Denis Villeneuve: Od artystycznego rekluza do wybrańca Hollywood

Jeszcze dwa lata temu, poza najbardziej zapalonymi kinomanami, nikt nie miał pojęcia kim jest Denis Villeneuve. Mimo że kanadyjski artysta zadebiutował w 1998 francuskojęzycznym dramatem 32. sierpnia na Ziemi, do masowej świadomości przebił się dopiero zeszłorocznym Sicario, swoim pierwszym wysokobudżetowym filmem, który został nominowany do Oscara w trzech kategoriach i zjednał mu sympatię Hollywood.

Villeneuve przeszedł długą drogę od kręcenia niezależnych filmów w kanadyjskim Québecu do współpracy z Ridleyem Scottem przy drugiej części Łowcy androidów.

Jak twierdzi 47-letni reżyser, zupełnie niespodziewanie: Po pierwsze, nie planuję swojej kariery. Nie sądziłem, że będę robił filmy w Los Angeles. Naprawdę nigdy nie sądziłem, że do tego dojdzie. Nie była to dla mnie żadna fantazja. Powtarzałem sobie, że jeśli się tam pojawię, to każą mi nakręcić Legalną blondynkę 5. Wolę robić swoje filmy w domu z małym budżetem, być wolny, by robić je tak jak mi się podoba. – wyznaje w wywiadzie dla The Independent.

I nie jest to bynajmniej kokietowanie garstki intelektualistów, bo jego wczesne filmy tj. Maelström (2000), którego bohaterką jest alkoholiczka z depresją, czy Politechnika (2009), oparta na prawdziwej historii strzelaniny w Montrealu, której ofiarą padło 28 osób, byłyby raczej ciężkie do sprzedania masowej widowni.

Ale potem przyszedł sukces Pogorzeliska (2010), które zostało nominowane do Oscara w kategorii najlepszy film zagraniczny i zwróciło na reżysera uwagę amerykańskiego przemysłu filmowego, jak i międzynarodowej krytyki.

Film opowiada historię dwójki bliźniaków, które testamentem swojej matki zmuszone zostają do podróży na Bliski Wschód, by odkryć jej zaskakującą przeszłość. Dzieło to jest nieco bardziej komercyjne od wcześniejszych obrazów Villeneuve’a, a ozdobione zostało nawet dwoma numerami Radiohead.

Film został pokazany na wszystkich najważniejszych festiwalach niezależnych w USA i Kanadzie, skąd strumieniem szerokiej dystrybucji popłynął w świat, co z kolei pozwoliło reżyserowi dokopać się do umieszczonego na czarnej liście scenariusza Aarona Guzikowskiego, traktującego o porwaniu dwójki dzieci w małym miasteczku w Pennsylvanii i pozyskać do współpracy nad jego ekranizacją znanego hollywoodzkiego dyrektora zdjęć, Rogera Deakinsa (Big Lebowski, Piękny umysł).

Labirynt miał swoją premierę w 2010 i stał się z miejsca beniaminkiem wielu krytyków, którzy umieścili go na swoich listach najlepszych filmów roku. Ze względu na wyjątkową brutalność ten mroczny thriller dostał rating R, co znaczy że jego oglądalność została ograniczona do widzów dorosłych, ale i tak okazał się hitem roku, czemu pomogła doskonała obsada z Jakiem Gyllenhaalem, Hugh Jackmanem, Paulem Dano i Marią Bello.

W Labiryncie Villeneuve objawił się jako mistrz thrillera w stylu Hitchcocka czy Polańskiego. Jego dzieło posiada suspense, mrok i ładunek emocjonalny, które stawiają go na równi z takimi klasykami kina o psychopatach jak Milczenie owiec.

To studium ludzkich zachowań sprowokowanych traumą i dziwnych dróg, jakie obiera sprawiedliwość, umiejętnie grające tajemnicą, a jednocześnie zadające pytania o źródło okrucieństwa, perwersji, nieszczęścia i ich związków z autorytetem czy pędem do władzy.

Udana kolaboracja reżysera z Gyllenhaalem na planie Labiryntu doprowadziła do kolejnej współpracy obydwóch przy Wrogu, jednym z najoryginalniejszych mystery thrillerów ostatniej dekady.

To film, który niezwykle wciąga widza dzięki bardzo oryginalnemu scenariuszowi, starannej reżyserii i odrealnionym zdjęciom Nicolasa Bolduca. Atmosfera snu stapia się tu z codzienną rzeczywistością, dając w efekcie teksturę pokrewną pierwotnemu, prawie że lovecraftowskiemu strachowi, co zbliża go bardzo do kina Davida Cronenberga.

Sukces Pogorzeliska i jego anglojęzycznych filmów ostatecznie doprowadził artystę do wyreżyserowania kasowego hitu Sicario ($84 mln wpływów) z Emily Blunt, Joshem Brolinem i Benicio Del Toro, do którego zdjęcia ponownie zapewnił Roger Deakins. Ten, myśląc o konkretnym stylu wizualnym, który pasowałby do historii, zaproponował reżyserowi posłużenie się bardzo specyficznym wzorcem, dziełami francuskiego mistrza kina gangsterskiego, Jean-Pierre’a Melville’a.

Film został dość dobrze przyjęty przez fanów i krytyków, choć nie wszyscy dają mu wysokie noty, ale nie ulega wątpliwości, że ma on bardzo dopieszczoną warstwę wizualną, a jego mocną stroną jest też stopniowanie przemocy poprzez odwołanie się do suspensu, a nie do akcji.

Mamy tu do czynienia z dwiema rzeczami. Po pierwsze, taki był scenariusz. Kiedy czytasz scenariusz, na końcu jesteś wykończony. Pamiętam, że kiedy oglądałem Siedmiu samurajów Kurosawy, były tam sceny, w których czekałem na przemoc. Ale nic się nie dzieje, wszystko jest spokojne.

Jedną z moich ulubionych scen jest ta, w której samuraje czekają na przechodzących złodziei. Czekają, wiedzą że złodzieje nadchodzą, ale nic nie robią, tylko czekają. Przemoc wkrótce się pojawi. To uczucie czekania na nadchodzący moment było bardzo silne. Był to dla mnie wzór przy robieniu Sicario.

Presja czasu, rozciągnięcie go do tego stopnia, że tworzysz potrzebne napięcie. Rzecz, która bardzo mi się podoba, to że jak popatrzysz na ludzi oglądających Sicario z pewnego kąta, to widzisz jak przesuwają się na krawędź fotela, chociaż nic się nie dzieje! – wyjaśnia Villeneuve w wywiadzie dla Den of Geek.

Na chwilę obecną Villeneuve zakończył zdjęcia do swojego nowego filmu Story Of Your Life, thrillera science-fiction o lądowaniu obcych z Amy Adams i Jeremy Rennerem w rolach głównych, do którego zwiastun jest już gotowy, ale jeszcze nie został udostępniony publicznie.

Jego następnym projektem jest zaś sequel do Łowcy androidów z Harrisonem Fordem, Ryanem Goslingiem i Robin Wright, do którego scenariusz napisali Hampton Fancher oraz Michael Green. Reżyser twierdzi, że ma błogosławieństwo Ridleya Scotta, ale zrobi film całkowicie po swojemu.

Conradino Beb

Bryan Cranston tajną bronią w Wojnie z Narkotykami w „The Infiltrator”

Bryan Cranston (Breaking Bad, Drive) wciela się w agenta DEA Roberta Mazura w The Infiltrator, nowym filmie Brada Furmana (Prawnik z Lincolna, Ślepy traf).

Akcja filmu została oparta o prawdziwą historię Roberta Mazura, który pod pseudonimem Bob Musella zinfiltrował na rozkaz DEA szczyty hierachii Kartelu z Medellín pod koniec lat ’80, neutralizując system dystrybucji kokainy i prania pieniędzy w USA przez organizację Pabla Escobara.

Międzynarodowa premiera jest zapowiadana na 15 lipca tego roku.

Człowiek, który nauczył pszczoły robić miód z konopi!

Nicolas Trainerbees to Francuz, który nauczył pszczoły robić miód z kwiatostanów konopi, nazwany przez niego „cannahoney”. 39-letni pszczelarz jest oczywiście wielkim zwolennikiem legalizacji marihuany medycznej, jak i rekreacyjnej.

Nicolas twierdzi, że nauczył się kierować zachowaniami pszczół do tego stopnia, że wykonują jego polecenia: Nauczyłem pszczoły robić kilka rzeczy, np. zbierać cukier z owoców, a nie z kwiatów.

Nicolas był hiperaktywny jako dziecko, a marihuanę odkrył w wieku 10 lat, by 9 lat później zainteresować się światem owadów, a w końcu pszczelarstwem, które po pewnym czasie połączył ze swoją pasją do marihuany. Od dłuższego czasu zdawałem sobie sprawę z leczniczych właściwości miodu, propolisu, pyłku, wosku i mleczka pszczelego, a także zalet konopi, więc połączyłem w końcu obydwa. – wyznaje.

Konopny pszczelarz wyjaśnia, że „wszystko co przechodzi przez ciało pszczoły zyskuje na jakości”, tak więc żywica z konopi przekształcona w miód również zachowuje swoje lecznicze właściwości.

Pierwszymi rezultatami swojej pracy Nicolas mógł się cieszyć w 2013, kiedy zauważył, że pszczoły zaczęły wykorzystywać żywicę konopną (trichomy) jako propolis i robić miód o tych samych właściwościach co marihuana. Produkt ostateczny zachowuje nawet profil terpenowy danej odmiany, ale nadaje się tylko do jedzenia.

„Vinyl” nie zawsze trzyma pion, ale wspomaga go rock’n’roll!

W czasach, gdy ludzie oceniają serial z perspektywy 2-3 pierwszych odcinków, coraz ciężej się przegryźć przez bełkot dziennikarzy, blogerów i komentatorów. W tej perspektywie binge’owanie (oglądanie całego sezonu w krótkim czasie) ma sporo zalet, z których najważniejszą jest samodzielne ustalenie, jak chcemy oglądać daną produkcję. Ale co, jeśli zostajemy zmuszeni przez stację telewizyjną do powrotu w przeszłość?

Kultura oglądania zmienia się w błyskawicznym tempie, a kierunek dyktują jak zawsze gracze, którzy przewidują przyszłość w najbardziej namacalny sposób, za pomocą pieniędzy. Sukces Netflixa zagraża dzisiaj pozycji HBO, opartej o podobny model subskrypcyjny, która jednak swoje produkty rozprzestrzenia za pomocą przestarzałego modelu telewizji kablowej.

Z tym łączy się taktyka udostępniania odcinków seriali w tygodniowych odstępach czasowych, co często wywołuje frustracje u widzów i prowadzi do obniżenia poziomu oglądalności. Vinyl w trakcie swojej emisji nie wyrobił sobie takiej publiki, jak Gra o tron (aktualnie 6,789 mln widzów) czy True Detective (2,6 mln), ale ze swoimi 635 tys. wciąż wyprzedził beniaminka amerykańskich krytyków, serial Dziewczyny, którego piąty sezon właśnie dobiegł końca (choć ciężko jest tak naprawdę określić widownię absolutną serialu w dobie Internetu).

I w tej skromnej, ale zainfekowanej widowni, upatrywałbym sensu dalszego istnienia Vinyl, którego drugi sezon będzie miał premierę w przyszłym roku, bo to serial o muzyce dla muzyków i prawdziwych fanów muzyki, który ponad wszystko zręcznie operuje muzycznymi mitami epoki i igra z faktami w taki sposób, że wrzucamy na luz i nie doszukujemy się drugiego dna. Bo kto nie wspomina dobrze imprezy z Alicem Cooperem czy Ramonesów popalających fajki w tłumie koncertowym?

Zobacz jak robiono Vinyl

No właśnie, ludzie którzy niezbyt przejmują się historią muzyki gitarowej. Ci są pierwszym sezonem Vinyl zawiedzeni, bo na tym wewnętrznym dowcipie serial jest w dużej mierze zbudowany. Jasne, mamy też historię kryminalną, bardzo ciekawie skonstruowaną przez Martina Scorsese (dyżurnego artystę-dystrybutora nowojorskich klimatów mafijnych), ale niektórych może ona nie zachwycać, choćby Corrado Galasso (grany przez Armena Garo) był wybitnie popieprzonym charakterem.

Ale sęk w tym, że nie jest to serial mafijny, a nawet obyczajowy, a przynajmniej nie w takim samym stopniu co Mad Men czy Sex and the City. To serial o biznesie muzycznym, jego blaskach i cieniach, co widać dokładnie w pilocie serialu, jak i w finale – obydwa kończą się proto-punkowymi klasykami, które do pewnego stopnia zdefiniowały wczesną estetykę punk rocka, reprezentowaną w serialu przez The Nasty Bits.

Jest to także serial o temacie długim i szerokim jak Nil, czyli o dragach, które rock’n’rollowi, hip-hopowi czy disco towarzyszyły od samego początku i to że Richie Finestra (Bobby Cannavale) fruwa na koksie jest czymś zupełnie normalnym w historycznej perspektywie epoki, która żyła w kokainowym transie do tego stopnia, że gazety publikowały artykuły o tym, że koks nie ma żadnych właściwości uzależniających, puszczając jednocześnie reklamy najróżniejszych gadżetów, politycy wszystkich opcji, maści i odcieni regularnie czyścili nos, a kreskę mogła ci zaproponować dwudziestoletnia opiekunka do dzieci!

Z tego zresztą powodu lata ’70 zajmują wyjątkową pozycję w mitologii Boomerów, z których większość dałaby się pokroić za podróż w czasie na jeden dzień. Kobiety wyzwolone z patriarchalnej dominacji mogły wreszcie swobodnie eksplorować swoją seksualność, a mężczyźni… no tak, mogli szukać tych wszystkich wyzwolonych kobiet, bo sami byli wciąż czubkiem wszechświata, co Terence Winter przedstawił bez żadnych ogródek. A jeśli chcecie fabuły zgodnej z doświadczeniem tamtych czasów, nie możecie ferować argumentem o braku poprawności politycznej.

Olivia Wilde i Bobby Cannavale omawiają Vinyl

Szczególnie, że kobiety grają tu ważną rolę. Żona Richiego, Devon (w rolę której wcieliła się piękna i utalentowana Olivia Wilde), pozostaje bardzo ważną postacią, łączącą lajfstajl nowojorskiego undergroundu z ustatkowanym życiem rodzinnym, a Jamie Vine, agentka A&R American Century Records (przy okazji polskiego pochodzenia), reprezentuje nowe pokolenie amerykańskich kobiet, pewnych siebie i nie chcących pozostawać w cieniu mężczyzny, co udowadnia angażując się w romans z wokalistą The Nasty Bits, Skipem i uprawiając miłość w trójkącie z nim oraz jego ziomkiem z zespołu.

Czy jednak narkotyczny ciąg Richiego, udział w morderstwie, a także losy jego rodziny, przyjaciół i wytwórni, zostały w pierwszym sezonie wyreżyserowane z maksymalną dbałością o piękno fabuły? Czy przyjęta przez twórców forma teledysku, retro paradokumentu i komediodramatu sprawdziła się w każdym odcinku? Czy naprawdę potrzebny był dialog z nieboszczykiem i wątek śledztwa federalnego czy inne wątki, które w niektórych odcinkach zalatują nieco przerostem formy nad treścią?

Z drugiej strony Don Draper też rozmawia z duchami przeszłości i popada w stany transu, ale nikt nie zarzucił z tego powodu twórcom Mad Men operowania kliszami, co prowadzi nas do głównego problemu Vinyl, którym jest pojawienie się w momencie, kiedy złoty wiek telewizji powoli ustępuje srebrnemu. Jasne, wielkie seriale będą kręcone cały czas, ale będzie ich coraz mniej i coraz częściej będą one operowały środkami już wykorzystanymi, przez co wydawać się będą kopiami, nawet jeśli będą posiadać styl (dobrą obsadę, dobre dialogi, kosztowne kostiumy i scenografię).

Vinyl ze swoją poszarpaną, szaloną rytmiką w jakiś sposób namierza jednak klimat towarzyszący narodzinom punk rocka z przekrojem muzycznym początlu lat ’70 obecnym w postaci glamu, disco, hip-hopu, country rocka, easy listening, heavy metalu i wszystkich innych stylów, które zostają wplecione w pokręconą historię muzyki popularnej, opowiadaną w tym samy czasie, w którym American Century Records niemal upada na pysk.

A historia ta posiada przepiękne motywy tj. scena z Gretschem Bo Diddleya, która zamienia się w klip z legendarnym gitarzystą w roli głównej grającym swój wielki hit Pretty Thing, czy Richie przychodzący ze skruchą do swojego byłego przyjaciela, Lestera Grimesa, który każe mu wypierdalać, czy piękna rozmowa z Maurym Goldem, która staje się pierwszym wstępem Richiego za kulisy biznesu muzycznego.

A przemysł ten do wielce etycznych nigdy nie należał i dlatego bohaterowie Vinyl są skrajnie wyrachowani, operują niemal jak gangsterzy i nie mają skrupułów, żeby łamać wszelkie reguły panujące w stosunkach międzyludzkich, co jak na razie jest sednem tej opowieści. Choć nie brakuje tu także innych morałów tj. łatwo w tym świecie upaść, ale ciężko podnieść się na nogi i osiągnąć sukces… ten ostatni przesądzony oczywiście z góry, bo nikt nie chce oglądać serialu o frajerach.

I tak, z wieloma doskonałymi odcinkami i kilkoma wpadkami, twórcy Vinyl mają teraz czas na przetrawienie reakcji publiczności i być może zaproponują zupełnie inny sezon drugi lub też pogłębią go o nowe motywy, charaktery czy relacje międzyludzkie. Widzieliśmy już przecież produkcje, w których pierwszy sezon potraktowany został tylko i wyłącznie jako punkt wyjścia, więc miło byłoby zobaczyć podobny kierunek obrany przez scenarzystów i reżyserów w drugim sezonie tego obiecującego serialu.

Conradino Beb

Złapali, ubili i pożarli E.T.

Czy jedzenie przybyszy z kosmosu jest mięsożerstwem? A może kanibalizmem? A może zwyczajnym barbarzyństwem? Jak byście się w końcu czuli, gdyby złapano was podczas wyprawy na Kepler-186f, przyrządzono i zjedzono? Jedno jest pewne, nie czulibyście się dobrze.

Te i inne pytania tj. „w jaki sposób możemy akceptować jedzenie kosmitów jednocześnie akceptując przemysłowy ubój mięsa?”, „czy też w jaki sposób możemy zaspokajać zapotrzebowanie na bezmięsnego grilla?”, zadają sobie twórcy „Eating E.T. – Mock Alien BBQ”, w ramach którego wykonano dokładną replikę głównego bohatera legendarnego filmu Spielberga z glutenu, by upiec ją i zjeść!

Aby nieco wyjaśnić przesłanie tego niecodziennego happeningu, Szwedzi cytują na swojej stronie When Species Meet Donny Haraway, która pisze: W jedzeniu otwieramy się na różne relacjonalności, które czynią nas takimi, a nie innymi. Nie ma sposobu, aby zjeść i nie zabić, nie ma sposobu, by zjeść i nie zrównać się z innymi istotami śmiertelnymi, wobec których jesteśmy odpowiedzialni. Nie ma sposobu, by udawać niewinność, transcendencję czy ostateczny spokój. Style życia i umierania wielu gatunków zależą od naszych praktyk jedzenia.

A tu zdjęcia z grilla…

14663790199_f77f55c0f7_k 14663879267_aeb87ddf5e_k 14663881727_e04224f402_k 14847361991_90a09baebf_k 14847978374_3717a72bff_k 14850089332_523dd320e5_k 14850093312_ce73c555fa_h 14870293183_4df7f63581_k 14870300823_2f7d05af03_k 14870312683_ae56cf70e6_k

Czy te ręcznie robione bokserki redefiniują męskość?

Ciepłe? Piękne? Oryginalne? Wygodne? A może rewolucyjne? Szczerze mówiąc, nie mamy pojęcia, bo nie testowaliśmy, ale te ręcznie robione bokserki, oferowane na Etsy przez warmpresents, na pewno skłaniają do chwili wesołej refleksji.

Czy męski penis jest marchewką? A może słoniem? A może motylkiem? A może muchomorkiem? Czy kupno tych bokserek usprawnia życie seksualne? Czy jest to produkt dla artystów? A może dla hipsterów? I nawet jeśli odpowiedź na wszystkie te pytania jest przecząca, zawsze można znaleźć alkoholowo-narkotykową imprezę, na którą będą idealne.

bad-wolf-mens-knit-underwearbear-wtf-mens-knit-underwearbutterfly-mens-knit-underwearcarrot-mens-knit-underwearelephant-mens-knit-underwearmushroom-mens-knit-underwearmushroom-mens-knit-underwear-2 palm-tree-mens-knit-underwear

Wpływ LSD na mózg ujawniony po raz pierwszy w historii na kolorowych skanach!

Badacze z Imperial College w Londynie, pracujący we współpracy z Beckley Foundation, ujawnili po raz pierwszy w historii, jak LSD wpływa na nasz mózg, wykonując serię skomplikowanych, nowatorskich skanów. Badaniu poddało się 20 zdrowych ochotników, a jego efekty znacznie powiększają naszą wiedzę o działaniu legendarnego środka psychedelicznego.

Naukowcy czekali 50 lat na moment, w którym ujawnione zostanie, w jaki sposób LSD zmienia biologię naszego mózgu. Po raz pierwszy naprawdę możemy zobaczyć, co dzieje się w mózgu w stanie psychedelicznym, a to pozwala nam lepiej zrozumieć dlaczego LSD miało tak ogromny wpływ na samoświadomość, muzykę i sztukę. To może mieć znaczące implikacje dla psychiatrii i kuracji pacjentów z takimi chorobami jak depresja. – powiedział znany badacz środków psychedelicznych, a także adwokat ich depenalizacji, profesor David Nutt.

lsd_brain_scan1
Mózg na LSD po prawej

Głównym odkryciem jest fakt, że ludzie przeżywający halucynacje na kwasie, działają pod wpływem wielu impulsów płynących z różnych stron mózgu. Przykładowo, wizualne informacje odbierane za pomocą zmysłu wzroku, są w normalnych warunkach przetwarzane dzięki strukturze zwanej pierwszorzędną korą wzrokową, ale nie pod wpływem LSD.

Jak powiedział dr Robin Carhart-Harris, szef zespołu badawczego: Zaobserwowaliśmy zmiany mózgu pod wpływem LSD, które sugerują, że nasi ochotnicy „widzieli z zamkniętymi oczami”, pomimo tego iż oglądali raczej wytwory własnej wyobraźni, a nie świata zewnętrznego. Odkryliśmy przy tym, że w przetwarzaniu informacji wizualnej na LSD brało udział znacznie więcej obszarów mózgu, nawet przy zamkniętych oczach ochotników. Ponadto, skala tego efektu odpowiadała ocenie wystawionej przez badanych swoim skomplikowanym, sennym wizjom.

Dr Carhart-Harris wyjaśnił także pokrótce, skąd na LSD bierze się dobrze znane jego użytkownikom poczucie jedności z kosmosem: Normalnie nasz mózg składa się z niezależnych sieci, które odpowiadają za wyspecjalizowane funkcje tj. widzenie, ruch, słuch, a także uwaga – ta jest bardziej skomplikowana. Jednak pod wpływem LSD izolacja tych sieci się załamuje i widzimy bardziej zintegrowany czy zjednoczony mózg.

Rezultaty naszego badania sugerują, że efekt ten jest podstawą głębokiego poziomu odmiennego stanu świadomości, o którym często mówią ludzie będący pod wpływem LSD. Jest on również związany z często wspominanym „rozpuszczeniem ego”, co oznacza iż normalne poczucie jaźni zostaje zniszczone i zastąpione przez poczucie połączenia z samym sobą, innymi czy światem natury. Doświadczenie to czasem nabiera wymiarów religijnych czy duchowych i wydaje się być utożsamiane z polepszeniem dobrobytu po tym, jak środek przestał działać.

lsd_brain_scan2
Mózg pod wpływem LSD na dole

Część z badania skupiła się również na efektach muzyki na ludzi pod wpływem LSD, ujawniając że prowokuje ona interesujące impulsy mózgowe, które zamieniają się w halucynacje. To współbrzmi z raportem opublikowanym niedawno w European Neuropsychopharmacology, który ujawnia że człowiek słuchający muzyki pod wpływem LSD otrzymuje dużo sygnałów ze strony parahipokampu – sfery mózgu zaangażowanej w przetwarzanie mentalnych obrazów i osobistych wspomnień – aktywujących pierwotną korę wzrokową, co prowadzi do kolorowych wizji.

Nasze mózgi stają się coraz bardziej ograniczone i posegregowane kiedy dorastamy, co może się przekładać na większe skupienie i sztywność w myśleniu. W wielu aspektach mózg pod wpływem LSD przypomina mózg dziecka: wolny i nieskrępowany. To ma także sens, jeśli pomyślimy o pełnej wyobraźni i hiper emocjonalnej naturze dziecięcego mózgu. – dodaje dr Carhart-Harris.

Conradino Beb

Źródło: Imperial College London News

Brak zgody ekspertów na kontynuowanie Wojny z Narkotykami w przeddzień Specjalnej Sesji Zgromadzenia Generalnego ONZ!

Specjalna Sesja Zgromadzenia Generalnego ONZ, której głównym tematem będzie Wojna z Narkotykami, odbędzie się w dniach 19-21 kwietnia w Nowym Jorku. Ale hasła o świecie wolnym od narkotyków będą tym razem grać znacznie mniejszą rolę od głosów wołających otwarcie o zmianę polityki międzynarodowej w sprawie substancji psychoaktywnych. Czy jednak zmiana stanowiska ONZ jest nieunikniona? Co do tego można mieć poważne wątpliwości...

Jeszcze w 1998 przedstawiciele państw biorących udział w Specjalnej Sesji Zgromadzenia Generalnego ONZ (UNGASS) deklarowali, iż trzeba prowadzić twardy kurs wobec producentów, przemytników, handlarzy i użytkowników nielegalnych substancji psychoaktywnych, które niszczą zdrową tkankę społeczną, zagrażają rozwojowi ekonomicznemu, a ostatnio wspierają też terroryzm (patrz deklaracja z 2008)!

W preambule do Deklaracji Politycznej, przyjętej w 1998 przez Zgromadzenie czytamy: Narkotyki niszczą istnienia ludzkie i społeczności, podminowują zrównoważony rozwój i generują przestępczość. Narkotyki wpływają na wszystkie sektory społeczne we wszystkich krajach, nadużywanie narkotyków w szczególności wpływa na wolność i rozwój młodych ludzi, nasze najcenniejsze dobro. Narkotyki są śmiertelnym niebezpieczeństwem dla zdrowia i dobrobytu ludzkości, niezależności państwowej, demokracji, stabilności narodów, struktury wszystkich społeczeństw, a także godności i nadziei milionów ludzi oraz ich rodzin.

Jednym słowem, nie ma na świecie gorszego zła niż narkotyki, nawet jeśli porównać je z otyłością, smogiem, bezrobociem, alkoholizmem, stresem, deforestacją i globalnym ociepleniem. A przynajmniej taką wersję rzeczywistości sprzedają nam wszystkie reżimy polityczne, dla których narkotyki są idealnym wrogiem poprzez uosobienie cech „obcego” lub „niewidzialnego obcego”, który nie daje żadnych szans racjonalności i względnej obiektywności badań naukowych, pokazujących zupełnie inną wersję rzeczywistości.

Czym jest obcy? Pojęcie to wywodzi się z antropologii kultury (a konkretnie z prac Ruth Benedict i antropologów społecznych), w której używa się go często do zobrazowania kolektywnych fobii, najgłębszych lęków wspólnoty. Obcy symbolizuje grozę rozpadu pierwotnych więzi, utraty kontroli, powrotu do stanu zwierzęcego i chaosu. Konotuje również przy okazji wszelkie negatywne cechy, wobec których grupa może się postawić w opozycji, homogenizując swoje struktury wyobrażeniowe, czyli „zwierając szyki” na poziomie politycznym czy społecznym.

Problem w tym, że społeczeństwa na całym świecie zgodnie przestają wierzyć w mity i domagają się empirycznych dowodów, które potwierdzałyby zasadność Wojny z Narkotykami, kosztującej obecnie amerykańskich podatników $51 mld rocznie, brytyjskich £3,355 mld, australijskich $1,3 mld, a meksykańskich $9 mld, co równa się na poziomie międzynarodowym $100-150 mld rocznie wg raportu watchdoga Count The Costs.

Ale nawet gdyby budżet ten zwiększyć dwukrotnie, nie wystarczy on do zlikwidowania międzynarodowego rynku narkotykowego wartego $321 mld (który ten poziom osiągnął w 2005 zgodnie z raportem ONZ, bo od tego czasu na pewno się powiększył), z którego korzysta bardzo dużo obywateli Unii Europejskiej. Ci wydali w 2015 na narkotyki ponad €24 mld – głównie na marihuanę, która stanowi także najpopularniejszą nielegalną używkę na świecie – co ujawnił kilka dni temu raport EMCDDA.

A nie da się tego zrobić, gdyż jak trąbią dzisiaj na alarm wszystkie szanujące się media, agencje informacyjne i organizacje pozarządowe, nie udało się tego zrobić do tej pory… a mieliśmy czas od 1961, kiedy z inicjatywy Harry’ego J. Anslingera sygnowano pierwsze porozumienie międzynarodowe, wprowadzające globalną prohibicję, którego kolejne ratyfikacje ani na chwilę nie doprowadziły do zmniejszenia dostępności substancji uznanych za nielegalne! Nie, w ostatnich latach dostępność ta nawet się zwiększyła, Wojna z Narkotykami okazała się więc bardzo drogą porażką!

Udało się za to zapełnić więzienia, doprowadzić do niespotykanej wcześniej eskalacji przemocy, epidemii chorób zakaźnych i do minimum obniżyć zaufanie do organów ścigania, które zmuszone zostały do egzekucji absurdalnego prawa! W efekcie, w każdym kraju Zachodu, w tym w Polsce, znajdziemy dzisiaj grupy tworzone przez doświadczonych policjantów, domagające się zmiany prawa antynarkotykowego, których opinii również należy słuchać!

Nic również dziwnego w tym, że największymi wrogami kontynuowania Wojny z Narkotykami są dzisiaj Kolumbia, Ekwador, Wenezuela, Meksyk, Gwatemala i Urugwaj – kraje Ameryki Południowej, których narkotykowa prohibicja dotknęła najgłębiej, gdzie kartele narkotykowe stały się silniejsze niż demokratycznie wybrane rządy… tylko dlatego, że przez 40 lat miały do dyspozycji rynek nielegalnych substancji psychoaktywnych. Można nawet postawić śmiałą hipotezę, że nigdy nie mielibyśmy takiej epidemii kokainizmu i heroinizmu oraz korupcji, gdyby obrót tymi substancjami był legalny!

Potwierdza to bardzo obrazowo Maricio Rodriguez, dyplomata i ekonomista, który na nadchodzącym szczycie będzie reprezentował Kolumbię, mówiąc Los Angeles Times: Wojna narkotykowa w Cartagenie to największa tragedia, którą przeżyliśmy w Kolumbii i prawdopodobnie w całej Ameryce Łacińskiej. Całkowita liczba ofiar w tej wojnie przebija nawet liczbę ofiar wojennych w Syrii. Każdy dzień to strata kolejnych ludzi i setek milionów dolarów.

Rodriguez tłumaczy ten stan rzeczy odwołuje się do słów laureata Nagrody Nobla w ekonomii, Miltona Friedmana, który dorastał podczas prohibicji alkoholowej w Chicago, by zrozumieć wyraźnie, że gdy rząd zabrania sprzedaży jakiejkolwiek substancji (alkoholu, marihuany, MDMA czy kokainy), otwiera drzwi dla czarnego rynku i uzbrojonych gangów, które natychmiast zaczynają walczyć o kontrolę nad nim. Jednak gdy kończy się prohibicja, kończy się też przemoc.

I właśnie z tego powodu przed nadchodzącym szczytem z prohibicyjnego konsensusu wyłamują się także kraje bogate tj. Norwegia, Szwajcaria czy Australia, której sens uczestnictwa w UNGASS zakwestionował kilka dni temu dr Alex Wodak z Australian Drug Law Reform Foundation, mówiąc w wywiadzie dla Guardiana:

Nie sądzę, że Australia zostanie wysłuchana podczas UNGASS. Nie zobaczymy nic z tego, co Australia chciałaby zobaczyć. Co powinniśmy zaś zobaczyć w idealnym świecie, to jasne i wyraźne oświadczenie, że ścieżka obrana przez społeczność międzynarodową kilka dekad temu w ramach przeciwdziałania nielegalnym substancjom, nie doprowadziła do realizacji celów. Faktycznie, strategia kontroli narkotyków okazała się nieproduktywna i doprowadziła do bardzo poważnych, niezamierzonych konsekwencji.

To również potwierdzenie wątpliwości, iż nadchodzący szczyt zakończy się oficjalnym odwrotem od prohibicyjnej strategii narkotykowej. Jak pisze bowiem The Economist: Problem w tym, że na zmianę konwencji ONZ, które wprowadziły globalną prohibicję, potrzebna jest zgoda 193 państw członkowskich, z których wiele wciąż jest przeciwnych choćby minimalnym reformom. Najbardziej prawdopodobne jest więc to, iż samo zebranie skupi się na ględzeniu, konwencje ONZ wcale nie zostaną zreformowane, ale wiele krajów je zwyczajnie zignoruje.

W praktyce jest to bardzo realna możliwość, bo ONZ jako ciało ustawodawcze i kontrolne staje się z roku na rok coraz bardziej niewydolne i zwyczajnie nie jest w stanie powstrzymać reform prawa antynarkotykowego w wielu krajach, które tj. Urugwaj, już się z nich wyłamały, legalizując produkcję i obrót marihuaną. Paradoksalnie, od ONZ grubo dostaje się w ostatnich latach samym pionierom prohibicji, Stanom Zjednoczonym, za postępującą legalizację marihuany na szczeblu stanowym, których rząd mało sobie z tego jednak robi.

Conradino Beb

Badacze z Uniwersytetu Yale odkryli gen odpowiedzialny za nadużywanie konopi

Badanie genetyczne naukowców z Uniwersytetu Yale, które objęło ponad 14 tys. ochotników, zidentyfikowało kilka alleli (części genu w kodzie DNA) odpowiedzialnych za skłonność do nadużywania konopi. Raport sugeruje ponadto, że te same allele zwiększają ryzyko zachorowania na depresję.

Raport z badań, który został opublikowany w czasopiśmie JAMA Psychiatry, wyjaśnia że punktem wyjścia dla naukowców była teoria, że podobnie jak w przypadku „genu alkoholizmu”, człowiek posiada gen odpowiedzialny za uzależnienie od konopi. Zaskoczyło nas znalezienie genetycznego związku pomiędzy uzależnieniem od konopi i chroniczną depresją. – wyjaśnia szef zespołu badawczego, dr Joel Gelernter, profesor psychiatrii, genetyki i neurologii.

Badanie objęło zarówno użytkowników konopi nie wykazujących żadnych oznak uzależnienia, co jednostki nie potrafiące obyć się bez używki i razem z monitoringiem trwało kilka lat. Badacze tłumaczą w podsumowaniu, że silna podstawa genetyczna pomiędzy zaburzeniami psychicznymi, a nadużywaniem marihuany, może tłumaczyć dlaczego schizofrenicy często diagnozowani są jako osoby uzależnione od tej substancji. Naukowcy odkryli również, że te same allele są związane z regulacją poziomów wapnia w organizmie, których zmiana prowokuje reakcję ze strony systemu nerwowego.

Próbka osób uzależnionych od konopi w badaniu wahała się od 18% do 36%, co przewyższa powszechnie przyjętą średnią społeczną wynoszącą 9-10%. Badacze tłumaczą to większym prawdopodobieństwem znalezienia genetycznego związku, który faktycznie udało się ujawnić.

Należy przy tym dodać, że w amerykańskiej literaturze psychiatrycznej, uzależnienie od konopi (cannabis use disorder) jest definiowane jako „kontynuacja używania marihuany pomimo klinicznie znaczącego uszkodzenia, wahającego się od łagodnego do poważnego” (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders), a więc nie ma żadnego związku z ilością konsumowanej marihuany w stosunku dziennym, tygodniowym czy miesięcznym.

Badanie zostało poprzedzone wcześniejszą analizą z 2002, w ramach której dr Gelernter zdołał ustalić, że 90% jednostek uzależnionych od konopi cierpi także na inne zaburzenia psychiatryczne. Nadużywanie substancji psychoaktywnych i choroby psychiczne mogą więc mieć wspólną podstawę genetyczną, ale dane te naukowcy na razie radzą traktować z dużym dystansem.

Środowisko naukowe nie jest bowiem zgodne, czy używanie marihuany w młodości prowadzi do depresji w późniejszym życiu, czy ludzie leczą marihuaną symptomy depresji, która jest uwarunkowana genetycznie. Ta druga hipoteza jest znana powszechnie jako „hipoteza samoleczenia” i potwierdzają ją niektóre badania, inne z kolei wspierają tę pierwszą.

Jak podkreśla także zapobiegawczo dr Gelernter: Wyniki naszego badania nie roszczą sobie żadnych pretensji, żeby potwierdzać szkodliwość używania marihuany czy zasadność legalizacji. Nasze badanie jest związane z zupełnie innym zagadnieniem, mówiącym że niektórzy użytkownicy marihuany są biologicznie bardziej wystawieni na ryzyko uzależnienia niż inni.

Conradino Beb

Źródło: Yale News / The Daily Beast

Na jakich gatunkach przemysł filmowy zarabia najwięcej?

Myśląc o ogromnych pieniądzach, jakie hollywoodzkie wytwórnie zarabiają na filmach, instynktownie myślimy o naładowanych efektami specjalnymi blockbusterach z gwiazdorską obsadą. Jednak filmy te kosztują majątek i zwrot z inwestycji (ROI) jest bardzo niewielki w porównaniu z tymi, które mają średni lub niski budżet i często nie posiadają żadnych znanych nazwisk.

Faktycznie, na liście filmów, które przyniosły największy zwrot z inwestycji w historii przemysłu filmowego, nie znajdziemy Iron Mana, Władcy pierścieni czy Titanica, bo przychód z biletów, licencji telewizyjnych i wydań DVD/Blu-ray tych behemotów musiał zostać pomniejszony o koszty produkcji, promocji i dystrybucji, a także ubezpieczenia, od których na końcu trzeba było jeszcze zapłacić podatek dochodowy.

Oczywiście, Złote Globy i Oscary zwiększają rentowność każdego produktu, więc studia wydają również dużo na bankiety i prezenty dla jurorów, które jeśli poskutkują otrzymaniem nagrody, wydłużają „okres trwałości”, a więc zapewniają długofalowe przychody bez potrzeby kontynuowania wydatków marketingowych, które średnio stanowią 50-70% wydatków produkcyjnych.

Popularne filmy o superbohaterach są zazwyczaj sprzedawane przez Hollywod jako przygodowe kino akcji. Ich produkcja kosztuje majątek, ale dzięki obniżeniu kategorii wiekowej do minimum studia stawiają na szeroki zasięg. Ze względu na to, że promocja obejmuje masowe kampanie marketingowe, które trafiają do bardzo szerokiej publiczności, mogułowie obstawiają pewne wpływy kasowe… ale że wtopy zdarzają się często, ryzyko finansowe tych produkcji jest również niezwykle wysokie!

the-most-profitable-movies-since-2010
Filmy o najwyższym ROI od 2010

Jako że na filmy te wydaje się jednak masę pieniędzy, zwrot z inwestycji jest zazwyczaj bardzo niski. Przykładowo, Avatar zarobił $2,7 mld, ale ROI filmu to zaledwie 500%, co jest liczbą śmiesznie niską w porównaniu z klasykiem kina drogi, Mad Maxem (1979), walczącym w tej samej kategorii, którego ROI to oszałamiające 24.837,5%. Budżet filmu Millera w tym przypadku okazał się wielkim atutem ekonomicznym.

Innymi ważnymi gatunkami dla przemysłu filmowego są melodramat i komedia romantyczna, często targetowane do tej samej grupy odbiorczej. Budżety tych filmów znacząco odbiegają od filmów akcji, a więc w przypadku sukcesu, mogą one przynieść znaczący zwrot z inwestycji, jak irlandzki musical romantyczny Once (2007), który nakręcony za $150 tys. zarobił prawie $19 mln, osiągając ROI w wysokości 6.232,39%.

Wśród innych filmów z tej samej kategorii na liście filmów z najwyższym ROI wszech czasów dziewiąte miejsce zajmuje American Graffiti George’a Lucasa z wynikiem 8.909,01%. Niezależna komedia Napoleon Wybuchowiec (2004) nakręcona za $400 tys., dwunaste z wynikiem 5.667,62%, a klasyczny melodramat Przeminęło z wiatrem piętnaste z wynikiem 4.906,73%. Wśród tych filmów bardzo dużo znajdziemy niestety również finansowych porażek, które nie są jednak dla przemysłu tak znaczące jak porażki blockbusterów.

Ponad nimi znajduje się jednak gatunek, który zajmuje bardzo wyjątkową pozycję w kwestii zwrotów z inwestycji… a jest nim dokument. Z minimalnymi kosztami produkcji, brakiem wysoko opłacanych gwiazd czy efektów specjalnych, dokumenty potrafią przynosić astronomiczne zarobki, jeśli tylko przebiją się do szerokiej publiczności, a zdarza się to coraz częściej w dwóch ostatnich dekadach.

Niezależny hit Tarnation (2003) został nakręcony przez Jonathana Caouette’a za $218, a jego promocja kosztowała $400 tys., czyli cempletki w porównaniu z innymi filmami niezależnymi. W efekcie jego ROI sięgnęło 266.416.97%, co daje mu trzecią pozycję na liście zwrotów z inwestycji wszech czasów. Tuż za nim uplasował się inny hit, Super Size Me, który kosztował $65 tys. i osiągnął ROI w wysokości 22.614,90%. Dodać należy, że dokumenty które na siebie nie zarabiają, praktycznie nie istnieją.

box_office_roi
ROI w latach 2003-2012 podzielone na gatunki

Poza dokumentami, przemysł filmowy nie mógłby istnieć bez jednego gatunku, który jest niemal tak stary jak samo kino, a jest nim oczywiście horror. Paranormal Activity (2007) plasuje się na podium listy najwyższych ROI z budżetem $15 tys. i zarobkami w box office, które sięgnęły prawie $162 mln., dając ROI w wysokości 539.336,30%.

Inny niezależny horror, The Blair Witch Project (1999), który przywrócił modę na konwencję found footage, osiągnął z kolei zwrot w wysokości 20.591%, a klasyczna Noc żywych trupów (1968) 13.057,89%. W pierwszej dwudziestce znajdziemy ponadto Piątek 13-go ze zwrotem 5.332,24%, Ocean strachu (2003) ze zwrotem 5.110,09% , Piłę ze zwrotem 4.195,68% oraz Martwe zło ze zwrotem 3.820%.

Ogólnie rzecz biorąc, horror jako gatunek zajmuje najwięcej miejsc w pierwszej dwudziestce najwyższych ROI w historii przemysłu filmowego, zaliczając także najmniej wtop. W latach 2003-2012 horror zrzucił wprawdzie z tego piedestału dokument, ale w dłuższej perspektywie jest to absolutny król finansowego sukcesu w kinie, którego wspiera dobrze zorganizowana scena fanowska i długa tradycja, co tłumaczy częściowo dlaczego mimo okresów kryzysu gatunek ten zawsze dokonywał rewizji własnych klisz i ponownie stawał na nogi.

Conradino Beb

Źródło: Investopedia

"Nigdy nie było dla mnie wystarczająco dziwnie." – Hunter S. Thompson

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 4 028 obserwujących.