Nowa alchemia

Poza kamieniem filozoficznym, który zamieniłby prosty metal w złoto, jednym z wielkich poszukiwań alchemii, zarówno w Europie, jak i w Azji, był eliksir nieśmiertelności. Z naiwnym entuzjazmem dla tych poszukiwań niejeden chiński władca zmarł od bajecznych mikstur sproszkowanego jadeitu, herbaty, żeń-szenia i drogich metali, sporządzonych przez taoistycznych kapłanów.

I nawet jeśli proces transformacji ołowiu w złoto był w wielu przypadkach chemicznym symbolem duchowej przemiany samego człowieka, nieśmiertelność wywołana eliksirem nie była pojmowana dosłownie jako wieczny żywot, lecz raczej jako przeniesienie świadomości w stan bezczasowy.

Współcześni fizycy rozwiązali problem przemiany ołowiu w złoto, choć proces ten jest znacznie droższy niż samo wykopywanie złota z ziemi. Jednak w ostatnich latach chemicy sporządzili jedną lub dwie substancje, które w pewnych przypadkach są zdolne do wywołania stanu umysłu niesłychanie podobnego do kosmicznej świadomości.

Takie twierdzenia niepokoją wielu ludzi. Pierwsza przyczyna jest taka, że doświadczenie mistyczne wydaje się zbyt łatwe, gdy pochodzi z butelki, stając się tym samym dostępne dla ludzi, którzy nie zrobili nic, aby na nie zasłużyć, którzy ani nie pościli, ani nie modlili się czy nie praktykowali jogi.

Druga przyczyna leży w tym, że wspomniany fakt oznacza, iż wgląd duchowy jest tylko kwestią chemii ciała, pociągającej za sobą redukcję duchowości do materializmu. To są poważne zarzuty, mimo że można być przekonanym, iż na dłuższą metę trudność spoczywa w semantycznym pomieszaniu definicji „duchowego” i „materialnego”.

Ale powinniśmy wyraźnie zaznaczyć, że nie ma niczego nowego czy nieznanego w idei, że wgląd duchowy jest niezasłużonym darem boskiej łaski, często wywołanym przez takie materialne czy sakramentalne środki, jak woda podczas chrztu oraz chleb i wino podczas mszy.

Ksiądz, który na mocy swego powołania przeobraża chleb i wino w ciało i krew Chrystusa ex opere operato, przez zwykłe powtórzenie formuły z Ostatniej Wieczerzy, znajduje się w sytuacji nie tak radykalnie różnej od tej, w której znajduje się naukowiec, powtarzający formułę eksperymentu, która może wywołać transformację w ludzkim mózgu.

Porównywalna wartość tych dwóch działań musi być oceniona po ich efektach. Zawsze byli tacy, których sakramenty chrztu i komunii zdawały się „nie brać”, których życie pozostawało w żaden sposób niezmienione. Podobnie, żaden ze wspomnianych środków zmieniających świadomość nie jest dosłownie doświadczeniem mistycznym w butelce.

Wielu, którzy je zażywają, doświadcza jedynie ekstazy bez wglądu lub też nieprzyjemnego zamętu wrażeń i wyobraźni. Stany podobne do przeżyć mistycznych pojawiają się tylko u pewnych jednostek i nawet wtedy zależą od sporej koncentracji, wysiłku, by uczynić jakiś pożytek z tego stanu zmienionej świadomości.

Ważne jest również to, że ekstaza nie jest tożsama z autentycznym przeżyciem mistycznym, którego istota może być najlepiej opisana jako wgląd, w sensis w którym tego słowa używa się obecnie w psychiatrii.

Środek tego rodzaju może być uważany za pomoc w percepcji, tak samo jak teleskop, mikroskop czy spektroskop, pomijając w tym przypadku to, że tym instrumentem nie jest zewnętrzny obiekt, lecz wewnętrzny stan układu nerwowego. Ponadto, wszystkie tego typu instrumenty są względnie bezużyteczne bez właściwego treningu i przygotowania, nie tylko w samym użytkowaniu, lecz również w konkretnym polu badań.

Uwagi te niemal wystarczają, by wskazać, że użycie tych środków nie redukuje wglądu duchowego do kwestii jedynie chemii ciała. Należy dodać, że nawet wtedy, kiedy opisujemy pewne wydarzenia w terminach chemii, nie znaczy to, iż wydarzenia te mają jedynie charakter chemiczny. Chemiczny opis przeżycia mistycznego ma bowiem taką samą korzyść i takie same ograniczenia, jak chemiczny opis wspaniałego obrazu.

Dość łatwo jest dokonać chemicznej analizy obrazu. Zarówno dla artysty, jak i dla konesera, ma ona także pewien sens. Możliwe też pewnie pozostaje opracowanie chemicznego opisu wszystkich procesów, które mają miejsce w artyście podczas malowania, lecz byłoby to niewiarygodnie skomplikowane i w międzyczasie ten sam proces mógłby zostać opisany, zakomunikowany o wiele skuteczniej w jakimś innym języku niż chemicznym.

alan_watts
Alan Watts (1915-1973)

Moglibyśmy prawdopodobnie powiedzieć, że proces jest chemiczny tylko wtedy, kiedy język chemiczny jest najskuteczniejszym środkiem do jego opisania. Analogicznie, niektóre środki znane jako psychodeliki, zapewniają możliwość przeżycia wglądu mistycznego w taki sam sposób, w jaki gotowe farby i pędzle zapewniają możliwość stworzenia pięknego obrazu, a pięknie skonstruowane pianino wspaniałej muzyki. Ułatwiają to, lecz nie wykonują same całej pracy.

Dwa środki, które są najczęściej używane do otwierania świadomości na przeżycia duchowe, to meskalina i dietyloamid kwasu lizergowego (znany w skrócie jako LSD). Ten pierwszy jest syntetycznym ekstraktem aktywnych składników kaktusa pejotlu, a drugi czysto chemicznym związkiem z grupy indolowej, który wywołuje swe skutki nawet w dawce tak małej jak 25 mikrogramów.

Trudne jest jasne zidentyfikowanie dokładnych efektów tych środków, ale o tyle, o ile jest nam obecnie wiadomo, wydają się one działać na układ nerwowy poprzez znoszenie pewnych mechanizmów hamujących, które mają na naszą świadomość wpływ osłaniający.

Niektórzy psychiatrzy, którzy wydają się zbytnio polegać na społecznie uzgodnionym odbiorze rzeczywistości – mniej więcej takim, w jaki świat jest widziany w ponury poniedziałkowy poranek – klasyfikują te środki jako halucynogeny wywołujące toksyczne efekty i mające charakter schizoidalny lub psychotyczny.

Obawiam się, że jest to tylko psychiatryczny żargon, pewnego rodzaju autorytatywny wyraz dezaprobaty. Żadna z tych substancji nie jest uzależniającym narkotykiem, tak jak heroina czy opium. Nigdy nie udowodniono też, że mają one szkodliwy wpływ na ludzi, którzy nie byli wcześniej w jakiś sposób poważnie zaburzeni.

Niesłuszne jest także nazywanie zmian świadomości, które wywołują, halucynacjami, gdyż niektóre odczuwane i widziane po nich rzeczy nie są mniej realne, niż nieznane formy widziane przez mikroskop. Niesłuszne jest również nazywanie ich skutków działania toksycznymi, co może oznaczać „trującymi”, o ile słowa tego nie można użyć również do opisu działania witamin czy protein. Taki język jest wartościujący, ale nie jest wartościowym opisem naukowym.

Ponad dwa lata temu (w roku 1958) zostałem poproszony przez grupę badaczy–psychiatrów o zażycie 100 mikrogramów kwasu lizergowego, by sprawdzić, czy wywoła on cokolwiek podobnego do przeżycia mistycznego. Nie wywołało i z tego co wiem, powodem było to, że nie potrafiłem wtedy kierować swoimi procesami myślowymi, będąc pod wpływem tych środków.

Zamiast tego zdawało mi się, że moje zmysły uzyskały charakter kalejdoskopowy (jest to tylko metafora), co uczyniło cały świat czarująco skomplikowanym, jak gdybym znajdował się w wielowymiarowej arabesce. Kolory stały się tak żywe, że kwiaty, liście i tkaniny wydawały się rozświetlone od wewnątrz. Przypadkowe układy źdźbeł trawy wydawały się wytwornie zorganizowane, jednak bez żadnych faktycznych zniekształceń w polu widzenia.

Czarny tusz lub obrazy sumi-e chińskich i japońskich artystów wydawały się niemal trójwymiarowymi fotografami, a to, co zwykle jest ignorowane jako nieważne szczegóły mowy, zachowania, wyglądu czy formy, wydawało się w jakiś niewyjaśniony sposób ogromnie ważne.

Słuchając muzyki z zamkniętymi oczami, widziałem fascynujące formy tańczącej biżuterii, mozaiki, wzorów, ornamentów i abstrakcyjnych obrazów. W pewnym momencie wszystko wydawało się hałaśliwie śmieszne, szczególnie gesty i zachowanie ludzi goniących za swymi codziennymi sprawami.

Zwykłe uwagi wydawały się rozbrzmiewać podwójnymi, a nawet poczwórnymi znaczeniami, a zachowanie otaczających mnie ludzi, związane z odgrywaniem przez nich ról, stało się nie tylko niezwykle jasne, lecz również wskazywało ukryte postawy, przeciwne lub zgodne ze swymi jawnymi intencjami.

W skrócie, ochronny i wybiórczy aparat mojej normalnej, interpretującej selekcji doświadczeń został częściowo zawieszony, wskutek czego przypuszczalnie projektowałem wrażenie sensu i znaczenia na niemal wszystko, co widziałem. Całe to doświadczenie było niezmiernie rozrywkowe i interesujące, jednak nie przypominało żadnego przeżycia mistycznego, które przeżyłem wcześniej.

Dopiero rok później spróbowałem LSD ponownie, tym razem na prośbę innej grupy badawczej. Od tamtego razu powtórzyłem eksperyment pięciokrotnie, z dawkami od 75 do 100 mikrogramów. Odniosłem wrażenie, że takie eksperymenty są głębokie i pożyteczne do momentu, w którym staram się jak najuważniej obserwować zmiany w mej percepcji i osądzie, a następnie opisywać je tak jasno i wyczerpująco, jak to tylko możliwe, zwykle z pomocą dyktafonu.

Zdanie relacji, nagranie po nagraniu, z każdego eksperymentu może być klinicznie interesujące, lecz co mnie interesuje najbardziej, to filozoficzna dyskusja nad głębszymi wymiarami i powracającymi wątkami moich przeżyć. Psychiatrzy jeszcze się nie zdecydowali, czy LSD może być pomocne w terapii, lecz w tym momencie żywię silne przekonanie, iż większy pożytek z tej substancji może płynąć dla twórczego artysty, myśliciela lub naukowca, który uzyskuje w ten sposób wartościowe narzędzie.

Zauważyłem mimochodem, że ludzkie, naturalne otoczenie, w którym takie eksperymenty są przeprowadzane, gra wielką rolę, oraz że jego użycie w salach szpitalnych, gdzie grupa lekarzy zadaje kliniczne pytania badanemu, jest niepożądane. Nadzorujący lekarz powinien przyjąć ludzką postawę, porzucając wszystkie obronne dramaty naukowej obiektywności czy medycznego autorytetu i poprowadzić eksperyment w otoczeniu jakiegoś naturalnego lub artystycznego piękna.

Wspomniałem, że moje główne wrażenie z pierwszego eksperymentu było takie, iż „mechanizm”, poprzez który przesiewamy dane ze zmysłów i wybieramy tylko niektóre z nich jako ważne, został częściowo zawieszony. Odczuwałem wtedy, że konkretne wrażenie, które kojarzymy z czymś „sensownym”, jest projektowane na wszystko bezładnie, a potem racjonalizowane w sposób, który mogłyby uderzyć niezależnego obserwatora jako absurdalny, chyba że badany byłby niezwykle pomysłowy w tym racjonalizowaniu.

Jednak filozof nie może przeoczyć faktu, że nasz wybór niektórych danych zmysłowych jako ważnych, a odrzucenie innych jako nieważnych, jest zawsze związany z konkretnymi celami – przeżyciem, poszukiwaniem pewnych przyjemności, znajdowaniem drogi do celu lub z czymkolwiek innym. Ale w każdym eksperymencie z LSD jednym z pierwszych efektów, które zauważałem, było głębokie odprężenie połączone z porzuceniem celów, co przypomina mi taoistyczne powiedzenie: „Kiedy cel został użyty, by osiągnąć bezcelowość, to istota rzeczy została pojęta”.

Innymi słowy, czułem się obdarzony całym czasem świata, wolny w rozglądaniu się, jak gdybym żył w wieczności bez choćby jednego problemu do rozwiązania. Z tego powodu ruchliwe i celowe działania innych ludzi wydają się w takiej chwili komiczne, gdyż oczywiste staje się, że poprzez wyznaczanie sobie celów, które zawsze są w przyszłości, w „jutrze, które nigdy nie nadchodzi”, ludzie mijają się całkowicie z sednem bycia żywym.

Tak więc wtedy, kiedy nasza selekcja wrażeń zmysłowych nie jest zorganizowana w odniesieniu do żadnego konkretnego celu, wszystkie szczegóły otaczającego nas świata muszą wydawać się równie sensowne lub równie bezsensowne. Logicznie są to dwa sposoby mówienia o tym samym, lecz uczucie ogarniające mnie podczas moich doświadczeń z LSD było takie, że wszystkie aspekty świata były raczej sensowne niż bezsensowne.

Nie znaczy to, że nabierały znaczenia wskutek wskazywania na coś innego, lecz że wszystkie rzeczy wydawały się stanowić swój własny sens. Ich zwykłe istnienie, lub lepiej – ich obecna forma, wydawała się doskonała, stanowiąc swój własny cel i spełnienie bez jakiejkolwiek potrzeby usprawiedliwiania.

Kwiaty nie kwitną, by wydać nasiona, a nasiona nie kiełkują, by wydać kwiaty. Każdy etap procesu – nasionko, kiełek, pączek, kwiat i owoc – może być uważany za cel sam w sobie. Kura jest sposobem jajka na stwarzanie innych jajek. W naszym normalnym życiu podobne doświadczenia kreują muzyka i w taniec, których celem jest każdy moment trwania, a nie tylko ostateczny koniec ich wykonania.

Przetłumaczenie codziennego doświadczenia na zjawisko o takiej samej naturze jak muzyka, było początkowo przeważającym odczuciem we wszystkich moich eksperymentach. Jednak LSD nie zawiesza procesów selektywnych poprzez ich zwykłe odcięcie; właściwsze byłoby powiedzenie, że ukazuje względność naszych zwykłych osądów czy danych zmysłowych poprzez zasugerowanie innych – pozwala umysłowi zorganizować wrażenia zmysłowe w nowe formy.

Podczas mojego drugiego eksperymentu zauważyłem na przykład, że wszystkie powtarzalne formy – liście na gałęziach, książki na półkach, framugi w oknach – dawały mi wrażenie podwójnego, a nawet zwielokrotnionego widzenia, tak jakby drugie, trzecie i czwarte liście na gałęzi były odbiciem tych pierwszych, widzianych poniekąd w kilku gęstościach szyby okiennej. Kiedy zwróciłem na to uwagę, obecny lekarz podniósł palec, by zobaczyć, czy otrzymam podwójny obraz.

Przez chwilę wydawało mi się, że tak, lecz nagle dostrzegłem, że ten drugi obraz pochodzi z wiązki dymu papierosowego przelatującej obok jego palca, na którą moja świadomość wyprojektowała zarys i kształt drugiego palca. Gdy skoncentrowałem się wtedy na tym wrażeniu podwójnych, powtarzających się obrazów, nagle wydało mi się, że całe pole widzenia jest przezroczystym płynem marszczącym się w koncentryczne okręgi, jak wtedy, gdy wrzuci się do wody kamień.

Normalne obrazy rzeczy wokół mnie nie zostały zniekształcone tą formą, pozostały takie jak zawsze, lecz moja uwaga zwróciła się ku ich zarysom, liniom i cieniom, które pasowały do tej formy, pozostawiając te, które nie przydarzały się, jako względnie nieważne. Jednak gdy tylko zauważyłem tę projekcję i stałem się świadomy szczegółów niepasujących do tej formy, nagle zdało mi się, jakby w przestrzeń optyczną rzucono garść kamyczków, wokół których rozchodziły się koncentryczne okręgi zachodzące na siebie we wszystkich kierunkach, tak że każdy widoczny punkt stał się punktem przecięcia tych okręgów.

Faktycznie, pole optyczne wydawało się mieć ziarnistą strukturę, tak jak fotografia powiększona w celu reprodukcji, poza tym, że ułożenie ziarenek nie było linearne, lecz okrężne. W ten sposób każdy szczegół pasował do tej formy i pole wizji stało się puentylistyczne, tak jak obrazy Seurata.

To wrażenie wywołało ogrom pytań. Czy mój umysł władczo projektował swe własne kształty geometryczne na świat, stwarzając „halucynacyjną” strukturę rzeczy, które faktycznie nie istnieją? Czy to, co nazywamy „prawdziwą” strukturą rzeczy, jest po prostu wyuczoną projekcją lub halucynacją, którą wspólnie utrzymujemy? Czy może byłem jakoś świadomy faktycznej porowatości czopków i pręcików siatkówki mego oka, gdyż nawet halucynacja musi mieć jakąś faktyczną podstawę w układzie nerwowym?

delysid_sandoz
LSD-25 (Delysid) / produkt firmy Sandoz

Przy innej okazji patrzyłem z bliska na garść piasku, stając się świadomy, że nie mogę się na nim wyraźnie skoncentrować, dzięki czemu zdałem sobie sprawę z każdego szczegółu i sposobu, w jaki moje oczy zniekształcały obraz, a było to z pewnością spostrzeganie ziarniste lub zniekształcenie samego pola widzenia.

Ogólnym wrażeniem z tych optycznych sensacji było to, że oczy bez tracenia normalnego pola widzenia stały się mikroskopami, oraz że powierzchnia pola wizualnego była nieskończenie bogata i złożona. Nie wiem, czy to była świadomość faktycznej mnogości zakończeń nerwowych w siatkówce oka lub w tym przypadku w palcach, gdyż takie samo ziarniste uczucie powstało w zmyśle dotyku.

Powodem tego wrażenie mogło być również, że się tak wyrażę, zwrócenie zmysłów ku samym sobie i zdanie sobie sprawy z tego, że widzenie świata zewnętrznego jest także widzeniem oczu. Innymi słowy, stałem się namacalnie świadomy faktu, że to, co w świecie zewnętrznym nazywamy kształtami, kolorami i powierzchniami, to stany mojego układu nerwowego, to znaczy mnie samego.

Znając je, znam także siebie. Ale dziwną częścią tego pozornego odczucia mych własnych zmysłów było to, że nie było poczucia badania ich z zewnątrz czy też z dystansu, tak jak gdyby były przedmiotami. Mogę jedynie powiedzieć, że świadomość ziarnistości lub struktury zmysłów wydawała się świadomością świadomości lub siebie z wnętrza siebie.

Z tego powodu dystans lub oddzielenie się od zmysłów z jednej strony, a od świata zewnętrznego z drugiej, wydawały się zniknąć. Nie byłem już oderwanym obserwatorem, małym człowieczkiem wewnątrz własnej głowy odbierającym wrażenia; byłem tymi wrażeniami do tego stopnia, że nie pozostało ze mnie nic, żadne obserwujące ego, z wyjątkiem serii wrażeń wydarzających się – nie mnie, lecz tylko wydarzających się – chwila po chwili, jednego za drugim.

Stanie się wrażeniami, co jest zupełnie inne od ich posiadania, rodzi zdumiewające poczucie wyzwolenia i wolności, gdyż implikuje to, że doświadczenie nie jest czymś, w czym jest się uwięzionym lub przez co jest się popychanym lub z czym trzeba walczyć. Konwencjonalny dualizm podmiotu i przedmiotu, znającego i znanego, czującego i uczucia, zamienia się w biegunowość; znający i znany stają się biegunami, terminami lub fazami jednej rzeczy, która przydarza się nie mnie, nie ze mnie, ale sama z siebie.

Doświadczający i doświadczenie stają się pojedynczym, wiecznie zmiennym, samokształtującym się procesem, pełnym i spełnionym w każdej chwili swojego rozwoju, a także nieskończenie złożonym i subtelnym. Przypomina to nie oglądanie, lecz bycie zwijającą się arabeską kształtów dymu w powietrzu lub atramentu w wodzie. Być może jest to „narkotykowa halucynacja”, ale odnosi się to ściśle do tego, co Dewey i Bentley nazwali transakcyjnym związkiem organizmu ze swym środowiskiem.

Oznacza to, że wszystkie nasze działania i doświadczenia wywodzą się z organizmu i ze środowiska w tym samym czasie. Oczy widzą światło, dlatego że istnieje słońce, ale słońce jest też światłem, dlatego że istnieją oczy. Zwykle, będąc pod hipnotycznym wpływem społecznego uwarunkowania, odczuwamy siebie jako zupełnie różnych od fizycznego otoczenia, raczej stawiając mu czoła, niż należąc do niego.

W ten sam sposób ignorujemy i zaciemniamy fizyczny fakt naszej całkowitej współzależności ze światem naturalnym. Jesteśmy tak w niego wcieleni, jak nasze własne komórki i molekuły są wcielone w nas. Nasze lekceważenie i tłumienie tego związku stwarza zapotrzebowanie na wszystkie nowe nauki ekologiczne, na studiowanie współgrania organizmów ze swym środowiskiem oraz ostrzega nas przed ignoranckimi zaburzeniami równowagi natury.

Wrażenie, że rzeczy dzieją się same z siebie, że nic ich nie wywołuje i że nie przytrafiają się nikomu i niczemu, było zawsze głównym rysem moich doświadczeń z LSD. Możliwe, że środek ten dawał mi po prostu żywe zrozumienie mojej własnej filozofii, choć czasem doświadczenia te sugerowały mi zmianę mojego dotychczasowego myślenia.1 Ale tak jak wrażenie biegunowości podmiot-przedmiot potwierdzone zostało przez psychologię transakcyjną Deweya i Bentleya, tak wrażenie rzeczy dziejących się „z siebie” jest równe temu, jak spodziewalibyśmy się widzieć świat będący wyłącznie procesem.

Obecnie język nauki staje się coraz bardziej językiem procesu – bardziej opisem zdarzeń, relacji, działań i form, niż rzeczy i substancji. Świat opisany w ten sposób jest raczej światem działań, niż działających, raczej czasowników, niż rzeczowników, co przeczy zdroworozsądkowej idei, że działanie jest zachowaniem jakiejś rzeczy, jakiegoś materialnego bytu.

Ta zdroworozsądkowa idea, że działanie jest zawsze funkcją działającego, jest tak głęboko zakorzeniona, tak związana z naszym wrażeniem porządku i bezpieczeństwa, że widzenie świata w odmienny sposób może poważnie niepokoić. Bez sprawców działania zdają się pochodzić znikąd, nie mieć wiarygodnego źródła i na pierwszy rzut oka taka spontaniczność jest oszałamiająca.

W jednym eksperymencie wydawało mi się, że gdy tylko próbowałem postawić swoją (metaforyczną) stopę na jakimś pewnym gruncie, grunt ten zapadał się w pustą przestrzeń. Nie mogłem znaleźć żadnej rzeczywistej podstawy, z której mógłbym działać – moja wola była kaprysem, a moja przeszłość, siła warunkowania sprawczego, po prostu znikała – istniały tylko teraźniejsze zdarzenia. Przez chwilę czułem się zawieszony w próżni, przerażony, nierealny i niepewny do szpiku kości. Jednak wkrótce przyzwyczaiłem się do tego dziwnego uczucia.

Miejsce zajęła po prostu forma działania, procesu, który był jednocześnie mną i światem, poza którym nie było nic, czemu można by było ufać, bądź nie ufać. Wydawało się, że nie ma sensu sama idea ufania i nieufania, tak jak nie ma możliwości, by palec dotknął swego własnego zakończenia.

Po dogłębnym przemyśleniu w takim widzeniu świata nie ma nic dziwnego. Sprawcą każdego działania jest samo działanie. Jeśli mata może być matowaniem, to kota można nazwać koceniem. Faktycznie, nie musimy pytać, kto lub co „koci”, tak samo jak nie musimy pytać, jakie jest podstawowe tworzywo lub substancja, z której został uformowany świat, gdyż nie ma sposobu na opisanie tej substancji inaczej, jak tylko w terminach formy, struktury, porządku i działania.

Świat nie został stworzony w formie biernej gliny poddającej się dotykowi dłoni garncarza; świat jest formą lub lepiej – formacją, gdyż po zbadaniu każda substancja okazuje się ciasno splecioną formą. Ustalone pojęcie, że każda forma musi być zrobiona z jakiegoś podstawowego materiału, który sam w sobie jest bezforemny, bazuje na powierzchownej analogii pomiędzy naturalnym powstawaniem, a wytwarzaniem, jak gdyby gwiazdy i kamienie zostały z czegoś zrobione, tak jak cieśla robi stoły z drewna.

Stąd też sprawca, stojący za działaniem, jest po prostu wcześniejszym lub relatywnie bardziej stałym stanem tego samego działania – kiedy biegnie mężczyzna, mamy „mężczyznowanie-bieganie” przed i ponad zwykłym „mężczyznowaniem”. Co więcej, mówienie że zdarzenia teraźniejsze są wywołane przez przeszłe, jest niezgrabnym uproszczeniem, gdyż faktycznie mówimy o wcześniejszych i późniejszych etapach tego samego zdarzenia.

Z biegiem zdarzeń możemy odkryć regularności rytmu czy formy i w ten sposób przewidywać ich przyszłe konfiguracje, lecz przeszłe stany nie „popychają” teraźniejszych i przyszłych stanów, tak jak gdyby stały na końcu rzędu kostek domino i popchnięcie pierwszej przewracało wszystkie pozostałe.

Kostki, które upadły, leżą na swym miejscu, ale przeszłe zdarzenia znikają w teraźniejszości, co jest innym sposobem stwierdzenia, że świat jest samoporuszającą się formą, a kiedy jego następujące po sobie stany są zapamiętane, możliwe jest ukazanie jego pewnego porządku. Jego ruch, jego energia wydobywają się same z tej chwili, a nie z przeszłości, która zwyczajnie sięga poza pamięć, tak jak ślad za statkiem.

Kiedy zadajemy pytanie „dlaczego” tej poruszającej się formie, zwykle próbujemy udzielić odpowiedzi w terminach jej oryginalnego, przeszłego impulsu lub też jej przyszłego celu. Ale dawno temu zdałem sobie sprawę z tego, że jeśli w jakimkolwiek sensie istnieje powód dla istnienia świata, trzeba go szukać w teraźniejszości, tak jak przyczyna śladu na wodzie musi być szukana w silniku poruszającego się statku.

Wspomniałem już, że LSD wywołuje u mnie szczególną świadomość muzycznego, tanecznego charakteru świata, kierując moją uwagę na jego teraźniejsze upływanie, gdzie znajduje się jego ostateczny sens. Byłem też w stanie dostrzec, że ten sens ma różne poziomy, że teraźniejszość wydobywa się z siebie energicznie, a to o wiele bogatsze od zwykłej obfitości.

Jeden z tych eksperymentów był prowadzony późną nocą. Jakieś pięć czy sześć godzin po jego rozpoczęciu lekarz musiał iść do domu i zostałem sam w ogrodzie. Jeśli chodzi o mnie, to ten etap eksperymentu daje mi zawsze najwięcej, jeśli chodzi o wgląd, po tym jak niektóre z bardziej niezwykłych i dziwnych wrażeń zmysłowych już miną.

Ogrodem był trawnik otoczony krzakami i wysokimi drzewami – sosnami i eukaliptusami. Z jednej strony znajdował się dom, z którego wydobywało się światło. Stojąc na trawniku, zauważyłem, że surowe płaty ziemi, gdzie trawa była rzadka lub upstrzona chwastami, nie wydawały się już skazą. Porozrzucane przypadkowo wydawały się układać w uporządkowany wzór, nadając otoczeniu aksamitną powierzchnię, a surowe płaty ziemi były częściami, gdzie meszek aksamitu był starty.

W czystej radości zacząłem tańczyć na tym zaczarowanym dywanie i przez cienkie podeszwy mych mokasynów czułem, że podłoże pod moimi stopami zaczyna żyć, łącząc mnie z ziemią, drzewami i niebem w taki sposób, że stawałem się jednym ciałem z całym moim otoczeniem. Patrząc w górę, widziałem, że gwiazdy miały takie same kolory czerwieni, zieleni i błękitu, które widać w wielobarwnym szkle, a pojedyncze światło samolotu potrzebowało wieczności, by przeciąć niebo.

W tym samym czasie drzewa, krzaki i kwiaty zdawały się żyjącą biżuterią, rozświetloną wewnętrznie tak jak złożone struktury jadeitu, alabastru czy koralu, dodatkowo oddychającą i płynącą strumieniem tego samego życia, które było we mnie. Każda roślina stała się swego rodzaju muzyczną wypowiedzią, wariacją na temat powtarzany od głównych konarów, poprzez łodygi i gałązki, do liści, do żyłek w liściach i do wspaniałej sieci naczyń włosowatych pomiędzy żyłkami. Każdy nowy wybuch wzrostu z centrum, powtarzanie i wzmacnianie podstawowej formy ze wzrastającą złożonością i radością, w końcu triumfował jako kwiat.

Z mojego opisu wydaje się, że ten ogród nabrał atmosfery wyraźnie egzotycznej, takiej jak w ogrodach z drogich kamieni w Nocach arabskich lub jak w scenach z perskich miniatur. Wtedy mnie to uderzyło i zacząłem zastanawiać się, dlaczego żarzące się widoki z tych miniatur wydawały się egzotyczne, zresztą tak samo jak wiele chińskich i japońskich obrazów. Czy artyści ci uwieczniali to, co widzieli, będąc również pod wpływem narkotyków?

Wiedziałem wystarczająco dużo o życiu i technikach malarzy Dalekiego Wschodu, by w to wątpić. Zastanawiałem się też, czy to, co widziałem, było „narkotyczne”. Innymi słowy, czy działanie LSD w moim układzie nerwowym było dodaniem mym zmysłom jakiejś chemicznej zasłony, która przekształcała wszystko co widziałem w nadnaturalne piękno? Czy też działanie polegało na usunięciu pewnych nawykowych, normalnych zahamowań umysłu i zmysłów, co umożliwiało nam widzenie rzeczy takimi, jakie byłyby, gdybyśmy nie byli tak chronicznie stłumieni?

Niewiele nam wiadomo o dokładnych skutkach działania LSD, lecz obecny stan wiedzy sugerowałby tę drugą możliwość. Jeśli tak jest, to możliwe też pozostaje, że formy sztuki innych kultur wydają się egzotyczne, tzn. niezwykle czarujące, ponieważ widzimy świat oczami artysty, którego tłumienie nie jest takie samo jak nasze. Blokady w ich widzeniu świata mogą nie pokrywać się z naszymi blokadami, tak że w ich przedstawieniu świata widzimy to, co zwykle sami ignorujemy.

Skłaniam się ku takiemu wnioskowi, ponieważ zdarzało mi się widzieć świat w tym magicznym aspekcie bez korzystania z LSD i były to chwile, kiedy byłem głęboko zrelaksowany, a moje zmysły były swobodnie otwarte na otoczenie. Czując wtedy, iż nie byłem naćpany, lecz że znajdowałem się w stanie niezwykłej otwartości na rzeczywistość, próbowałem rozpoznać znaczenie, wewnętrzny charakter tańczącej formy, która stanowiła zarówno o mnie, jak i o ogrodzie, oraz o całym sklepieniu nocy z jej kolorowymi gwiazdami.

Nagle oczywiste stało się to, że to wszystko jest grą miłosną, gdzie miłość znaczy wszystko, co z tym słowem związane – spektrum rozciągające się od czerwieni rozkoszy erotycznej, poprzez zieleń ciepła ludzkiego serca, do fioletu boskiego miłosierdzia – od freudowskiego libido do dantejskiej „miłości, która porusza Słońcem i innymi gwiazdami”. Ale nawet jeśli wszystkie kolory pochodziły ze zwykłego, białego światła, źródło to było czymś więcej od zwyczajnie pojmowanej miłości; było również inteligencją, nie tylko Erosem i Agape, lecz również Logosem.

Dostrzegłem, że zawiła budowa, zarówno roślin, jak i mojego własnego układu nerwowego, przypominających symfonie rozgałęziających się złożoności, nie były tylko manifestacjami inteligencji, tak jakby rzeczy takie jak inteligencja i miłość były substancjami lub bezforemnymi siłami. Było raczej tak, że sama forma była inteligencją i miłością, wbrew jej wszystkim powierzchownym, głupim i okrutnym zniekształceniom.

Prawdopodobnie nie ma sposobu na przeprowadzenie obiektywnej weryfikacji takich wglądów. Świat jest miłością dla tego, kto go traktuje tak, jakby nią był, nawet jeśli jest przez niego torturowany i niszczony, a w stanach świadomości, w których nie ma podstawowego rozczepienia na ego i świat, cierpienie nie może być odczuwane jako zło wyrządzone przez kogoś innego. Na mocy tej samej logiki wydawać się może, że bez oddzielenia jaźni i świata miłość nie może istnieć.

To mogłoby być prawdą, gdyby indywidualność i uniwersalność były formalnymi przeciwieństwami wykluczającymi się wzajemnie, tzn. gdyby nierozłączność jaźni i świata oznaczała, że wszystkie indywidualne zróżnicowania są po prostu nierealne. Ale w unitarnym, niedualistycznym poglądzie na świat, który opisywałem, rzeczy tak się nie mają. Indywidualne różnice wyrażają jedność tak jak gałęzie, liście i kwiaty z tej samej rośliny, a miłość między nimi jest realizacją ich podstawowej współzależności.

Nie miałem jeszcze możliwości zażycia LSD w okolicznościach wielkiego fizycznego lub moralnego bólu i dlatego moje badania problemu zła pod wpływem tego środka mogą wydawać się powierzchowne. Tylko podczas jednego z tych eksperymentów odczuwałem dotkliwy lęk, ale słyszałem o kilku przypadkach, w których LSD wywołało stany psychiczne w najwyższym stopniu niepokojące i nieprzyjemne.

Nieraz próbowałem wywołać i u siebie takie stany, patrząc na obrazy zwykle wywołujące „ciarki” – pająki, niebezpieczne ryby i owady. Jednak wywołały one u mnie jedynie wrażenie piękna i bogactwa, gdyż nasza normalna projekcja zła na te stworzenia jest wtedy całkowicie wycofana, tak że ich narządy destrukcji stają się nie bardziej złowieszcze, niż zęby pięknej kobiety.

Przy innej okazji wpatrywałem się długo w reprodukcję Sądu Ostatecznego Van Eycka, który bez wątpienia jest jednym z najstraszniejszych wytworów ludzkiej wyobraźni. Obraz piekła zdominowany jest przez postać Śmierci, kościotrupa, pod którego nietoperzymi skrzydłami znajduje się wijąca masa krzyczących ciał zjadanych przez węże, które przenikają je jak robaki owoc. Jednym z ciekawych skutków działania LSD jest wywoływanie złudzenia ruchu w nieruchomych obrazach, malunek ten więc ożył, a cała plątanina kończyn i węży zaczęła wić się przed moimi oczami.2

Zwyczajnie widok taki powinien być odrażający, lecz wtedy obserwowałem go z żywym zainteresowaniem, dopóki nie przyszła mi do głowy myśl: „Demon est deus inversus – Diabeł to odwrócony Bóg. Obróćmy zatem obraz do góry nogami”. Tak też zrobiłem, po czym wybuchnąłem śmiechem, gdyż od razu jasne stało się to, że obraz ten przedstawia pusty dramat, pewnego rodzaju duchowego stracha na wróble, wymyślonego, by chronić jakąś tajemnicę przed profanacją ze strony ignorantów. Wyrażenia męki potępionych wydawały się całkiem jawnie maskami, a co do głowy Śmierci, wielka czaszka w centrum obrazu stała się tym, czym jest czaszka – pustą skorupą, zatem skąd przerażenie, skoro w środku nie ma nic?

Zobaczyłem, rzecz jasna, eklezjastyczne piekła takie, jakie są. Z jednej strony są roszczeniem, by od autorytetu społecznego nigdy nie dało się uciec, gdyż istnieje pośmiertna policja, która złapie każdego kryminalistę. Z drugiej strony są znakiem „zakaz wjazdu”, zniechęcającym nieszczerych i niedojrzałych ludzi do osiągania wglądów, których mogliby nadużyć.

Dziecko jest umieszczane w kojcu, by nie miało dostępu do zapałek lub by nie spadło ze schodów i chociaż zadaniem kojca jest trzymanie dziecka w zamknięciu, rodzice są naturalnie dumni, kiedy dziecko urośnie na tyle, by się z niego wydostać. Podobnie człowiek może dokonywać czynów prawdziwie moralnych jedynie wtedy, kiedy nie motywuje go już strach przed piekłem, to znaczy, kiedy dorasta do unii z Dobrem, które jest poza dobrem i złem, i kiedy nie działa już z chęci nagrody lub ze strachu przed karą. Dokładnie taka jest natura świata uważanego za samoporuszające się działanie, wytwarzającego przeszłość, zamiast być przez nią motywowanym.

Poza tym dostrzeżenie pustej groźby Śmierci było z pewnością zrozumieniem faktu, że strach przed śmiercią, różny od strachu przed umieraniem, jest jednym z najbardziej bezpodstawnych złudzeń, które nas kłopoczą. Ponieważ zupełnie niemożliwe jest wyobrażenie sobie własnej nieobecności, wypełniamy pustkę w naszych umysłach obrazami bycia pogrzebanymi żywcem w wiecznej ciemności. Jeśli śmierć jest po prostu przerwaniem strumienia świadomości, to z pewnością nie ma się czego obawiać.

Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że istnieją pewne jawne dowody na istnienie życia po śmierci w postaci kilku nadzwyczaj niewyjaśnionych kontaktów mediumicznych i pamięci przeszłych żywotów. Przypisuję je w dość niejasny sposób subtelniejszym sieciom komunikacyjnym i związkom form życia, które normalnie postrzegamy.

Albowiem jeśli formy się powtarzają, jeśli struktura gałęzi drzewa rozbrzmiewa w kształcie biegu strumyka wody na pustyni, nie byłoby takie dziwne, gdyby forma tak skomplikowana, jak ludzki układ nerwowy, miała powtarzać konfiguracje, które powstają w świadomości jako prawdziwe wspomnienia najdawniejszych czasów.

Moje osobiste zdanie, a jest to oczywiście nic więcej jak tylko opinia, jest takie, że przekraczamy śmierć nie jako indywidualne systemy pamięciowe, lecz o tyle, o ile nasza prawdziwa tożsamość jest całkowitym procesem świata, różnym od pozornie oddzielonego organizmu.

Jak już wspomniałem, to uczucie bycia całym procesem jest często doświadczane pod wpływem LSD i jak dla mnie powstawało z silnego odczucia wzajemności przeciwieństw. Linia i płaszczyzna, koncepcja i percepcja, przestrzeń i materia, figura i tło, podmiot i przedmiot wydają się tak współzależne, że aż ze sobą zamienne.

W pierwszej chwili zdaje się na przykład, że w naturze nie ma linii, że istnieją tylko granice płaszczyzn, granice, które mimo wszystko są samymi płaszczyznami. Lecz zaraz po tym, patrząc dokładnie na strukturę tych płaszczyzn, odkrywa się, że są one niczym innym, jak gęstą siecią wzorzystych linii.

Patrząc na formę drzewa naprzeciw nieba, czułem w pierwszej chwili, że jego zarys „należy” do drzewa, wybuchając w powietrze. Ale chwilę później czułem, że ta sama forma jest „szczerbą” w niebie, przestrzenią wdzierającą się w drzewo. Każde pociągnięcie odczuwane jest jako popchnięcie i na odwrót, tak jak podczas obracania kierownicy w dłoniach. Ciągnie się ją czy popycha?

Wrażenie, że formy są także cechami przestrzeni, w której się rozwijają, nie jest wcale takie fantastyczne, gdy rozważy się naturę pól magnetycznych czy, powiedzmy, dynamikę wirującego atramentu wpuszczonego do wody. Pojęcia zwerbalizowanej myśli są tak nieporęczne, że skłaniamy się ku myśleniu tylko o jednym aspekcie związku na raz. Zmieniamy nasze widzenie danej formy raz jako cechy figury, a raz jako cechy tła, jak w gestaltowskim obrazie dwóch czarnych profili zbliżających się do pocałunku. Biała przestrzeń pomiędzy nimi wydaje się kielichem, ale naprawdę trudno jest widzieć jednocześnie całujące się buzie i kielich.

Jednak pod wpływem LSD człowiek okazuje się w stanie odczuwać tę jedność całkiem żywo, stając się świadomy wzajemności swej własnej formy i działania oraz formy otaczającego go świata. Obydwie wydają się kształtować i determinować siebie wzajemnie w tej samej chwili, współdziałając w doskonałej harmonii, wywołując uczucie, że faktycznie jest się sobą i światem.

Wewnętrzna tożsamość odczuwana jest na każdym poziomie otoczenia – fizycznym świecie gwiazd i przestrzeni, kamieni i roślin, społecznym świecie ludzi oraz ideowym świecie sztuki i literatury, muzyki i rozmowy. Wszystkie są podstawami, polami działającymi w najintymniejszym związku z naszą własną egzystencją i zachowaniem, tak że „źródło” działań leży i w nas, i w świecie, stapiając je w pojedyncze zdarzenie. Z pewnością z tego powodu zażycie LSD wspólnie z małą grupą może być doświadczeniem głębokiej eucharystii, zbliżającym jej członków w nadzwyczaj ciepłej i intymnej przyjaźni.

Podsumowując, uważam moje eksperymenty z tym zdumiewającym środkiem za bardzo cenne chwile – twórcze, pobudzające i przede wszystkim dające mi do zrozumienia, że „są na tym świecie takie rzeczy, o których nawet filozofom się nie śniło”.

Tylko raz odczuwałem zgrozę – wrażenie bycia bliskim obłędu, ale nawet wtedy uzyskany wgląd był wart tego bólu. Jednak wystarczyło to, bym się przekonał o tym, że bezkrytyczne użycie tej alchemii może być nadzwyczaj niebezpieczne oraz abym zaczął zadawać sobie pytanie, kto w naszym społeczeństwie jest na tyle kompetentny, by kontrolować jej użycie? Rzecz jasna, odnosi się to jeszcze bardziej do innych potęg nauki, takich jak energia atomowa, bowiem gdy tylko coś się stanie znane, nie ma sposobu na zamknięcie go w szafie.

W czasach obecnych, w roku 1960, LSD jest pod kontrolą farmakologów i kilku grup badawczych złożonych z psychiatrów, i choć istnieją pozbawieni skrupułów, jawnie szaleni psychiatrzy, to wydaje mi się, że jest to bardziej wiarygodna forma kontroli niż ta stosowana przez policję i biuro ds. narkotyków – co wcale nie jest kontrolą, lecz nieskutecznym tłumieniem i oddawaniem faktycznej kontroli siłom zorganizowanej przestępczości.

Ogólnie rzecz biorąc, czujemy się usprawiedliwieni, używając niebezpiecznych mocy, kiedy da się ustalić, że istnieje relatywnie małe ryzyko katastrofy. Życie ułożone w całkowicie bezpieczny sposób nie jest zwyczajnie warte przeżycia, ponieważ wymaga całkowitego zniesienia wolności. A ta doskonale racjonalna zasada ryzyka usprawiedliwia nasze korzystanie z samolotów, samochodów, urządzeń elektrycznych w domach i całej reszty innych niebezpiecznych narzędzi cywilizacji.

Jak dotąd rejestr katastrof wynikających z zażycia LSD jest bardzo mały i nie ma wcale dowodów na to, że jest ono uzależniające lub fizycznie szkodliwe. Oczywiście, możliwe jest psychiczne uzależnienie od bodźców, które nie stwarzają żadnego pragnienia identyfikowalnego w terminach fizjologicznych.

Osobiście nie jestem przykładem fenomenalnej siły woli, lecz uważam, że nie mam skłonności do zażywania LSD w taki sam sposób, w jaki używam tytoniu, wina czy likierów. Przeciwnie, doświadczenie to jest zawsze tak owocne, że odczuwam, iż muszę przetrawić je przez parę miesięcy, zanim zdecyduję się na nie ponownie.

Ponadto, uważam iż instynktownie nie jestem skłonny podejść do niego bez takiej samej chęci i poświęcenia, z którą podchodzi się do sakramentu, oraz że doświadczenie to jest warte zachodu, pod warunkiem że utrzymuję moje krytyczne i intelektualne moce w pogotowiu.

Powszechnie uważa się, że istnieje radykalna niezgodność pomiędzy intuicją i intelektem, poezją i logiką, duchowością i racjonalnością. Na mnie największe wrażenie w doświadczeniach z LSD wywarło to, że te formalnie przeciwstawne królestwa wzajemnie uzupełniały i wzbogacały się, sugerując tym samym modus życia, w którym człowiek nie jest już dłużej paradoksalnym wcieleniem anioła i zwierzęcia, rozumu walczącego z instynktem, lecz cudownym połączeniem Erosa i Logosu w jedno.

Przypisy:

1. Często stwierdzałem, jak w Drodze zen, że „realny” świat jest raczej konkretny niż abstrakcyjny i że dlatego konceptualne formy porządku, kategoryzacji i logiki, które ludzki umysł projektuje na naturę, są w jakiś sposób mniej realne. Lecz przy kilku okazjach LSD zasugerowało mi fundamentalną tożsamość percepcji i koncepcji, konkretu i abstrakcji. W końcu nasze mózgi i same formy w nim są częścią konkretu, fizycznego świata, i dlatego nasze abstrakcje są tak samo formami natury, jak jest nimi budowa kryształu lub organizacja paproci.

2. Później za pomocą morskiej muszelki byłem w stanie zrozumieć pewne przyczyny tego efektu. Wszystkie małe różowe wypukłości na muszelce wydawały się drgać, nie tylko wizualnie, lecz także w dotyku. Obserwując to zjawisko dokładnie, zdałem sobie sprawę z tego, że wraz z ruchem moich oczu badających powierzchnię muszelki wydawały się one zmieniać intensywność kolorów, przyczyniając się do zwiększania lub zmniejszania głębi cieniów. Nie miało to miejsca, gdy utrzymywałem oczy w bezruchu. Ten ruch, pozorny ruch cieniów, często wydaje się ruchem przedmiotu rzucającego je, w tym przypadku wypukłości na muszelce. W obrazie Van Eycka miała miejsce podobna zmiana, rozjaśnianie i ciemnienie faktycznych cieni, które artysta namalował, i stąd też takie samo złudzenie ruchu.

Alan Watts

(tłum. duseone / red. Conradino Beb)

 

Źródło: This is It and Other Essays on Zen and Spiritual Experience, Pantheon Books, New York 1960.

„Filmmaker”: wczesny dokument George’a Lucasa o Francisie Fordzie Coppoli

W 1968 Francis Ford Coppola oddał Warner Bros Tęczę Finiana, pierwszą wysokobudżetową produkcję w swojej karierze, z udziałem takich gwiazd Starego Hollywood, jak Fred Astaire czy Petula Clark. Reżyser był jednak skrajnie niezadowolony z efektu swojej pracy i wkrótce przystąpił do realizacji o wiele bardziej osobistego projektu, który nazwał Ludzie z deszczu.

Jak artysta wspomina w wywiadzie dla BBC: Byłem bardzo nieszczęśliwy w trakcie produkcji, ponieważ nie mogłem wybrać obsady, nie mogłem wybrać scenografa i nie mogłem zmontować filmu tak jak chciałem. Jednym z jasnych punktów produkcji był jednak chudy dzieciak, który był mniej więcej w moim wieku i który nazywał się George Lucas.

Zawiązaliśmy spisek w celu opuszczenia studia. Władowaliśmy nasze kamery na ciężarówkę i pojechaliśmy na drugi koniec kraju, by wyreżyserować film bardziej osobisty, artystyczny. Dałem sobie więc spokój z robieniem czegoś w stylu Tęczy Finiana i zacząłem realizację Ludzi z deszczu razem z Georgem.

Film, zrealizowany na podstawie szybkiego scenariusza FFC, oscyluje wokół nieszczęśliwej kury domowej, Natalie Ravenny, która rzuca wszystko i rusza w drogę po tym, jak dowiaduje się, że jest w ciąży (co dało krytykom podstawę do porównywania go do Easy Ridera).

W obsadzie znaleźli się: James Caan jako Jimmy Kilgannon (Zabójca), Shirley Knight jako Natalie Ravenna, Robert Duvall jako Gordon, Marya Zimmet jako Rosalie oraz Tom Aldredge jako pan Alfred.

Towarzyszący Francisowi na planie George Lucas nie miał w tym czasie żadnego doświadczenia z filmami długometrażowymi, ale miał pomysł na film dokumentalny w stylu vérité o kulisach Ludzi z deszczu, który zostałby nakręcony na kamerze 16 mm.

Rezultat pt. Filmmaker: A diary by George Lucas, pozostaje jednym z najbardziej fascynujących dokumentów na temat procesu twórczego FFC. Widzimy w nim artystę użerajacego się z Warner Bros przez telefon, rzucającego słynnym tekstem: System zawali się pod swoim własnym ciężarem! Nie może mu się nie udać!, czy krzyczącego na głos o Shirley Knight: Nie mogę jej rozpieszczać, to byłoby dla niej destruktywne!

Obserwujemy też Jamesa Caana walczącego z grypą żołądkową, próbującego grać pomimo choroby i kumulację twórczego chaosu, tak wielbionego przez Coppolę.

Ten rok później miał założyć American Zoetrope – legendarną wytwórnię, która sfinansowała w 1971 kultowy dzisiaj debiut Lucasa: THX 1138, a osiem lat później także Czas apokalipsy. Lucas scenariusz do swojego pierwszego filmu długometrażowego napisał zresztą kręcąc właśnie ten dokument.

Conradino Beb

Zwolennicy legalizacji planują rozdawać jointy na inauguracji Trumpa!

DCMJ, grupa zwolenników legalizacji marihuany z Dystryktu Kolumbii, planuje rozdanie 4,200 jointów podczas inauguracji Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie.

Organizatorzy zbiorą się 20 stycznia o 8 rano w okolicach Dupont Circle, by następnie pomaszerować w stronę National Mall, gdzie dokładnie po 4 minutach i 20 sekundach od rozpoczęcia przemówienia przez Donalda Trumpa odpalą jointy.

Jak twierdzi przedstawiciel DCMJ, Adam Eidinger, manifestacja jest w pełni legalna pod warunkiem, że jej uczestnicy przebywają na terytorium Dystryktu Kolumbii, gdzie posiadanie małych ilości marihuany zostało zalegalizowane w 2015.

Eidinger twierdzi, że grupa chce w ten sposób zmusić rząd federalny do legalizacji używki, obawiając się zwrotu o 180° po tym, jak urząd prokuratora generalnego obejmie oficjalnie Jeff Sessions, senator z Alabamy, społeczny konserwatysta i przeciwnik marihuany, wytypowany na ten urząd przez Donalda Trumpa.

Źródło: DCMJ.org

Nie oddychaj (2016)

dont-breathe-poster_2016

Pogrążone w bankructwie Detroit coraz częściej inspiruje twórców kina gatunkowego. Wymarła metropolia była już domem dla introwertycznego wampira (Tylko kochankowie przeżyją), placem zabaw dla wenerycznego demona (Coś za mną chodzi), a w końcu sam Ryan Gosling umieścił akcję swojego debiutu w mieście inspirowanym stolicą amerykańskiej recesji.

Teraz reżyser Fede Alvarez, twórca dobrze przyjętego remake’u Martwego zła, w pejzaż postapokaliptycznych przedmieść Detroit wpisuje jeszcze jedną mroczną historię.

Filmowi trudno nie zarzucić bycia banałem. Ot historyjka o trójce dzieciaków, która starając się wyrwać z dotychczasowego życia, para się rabunkami. Ale pewnego razu za cel obiera sobie ona stojący na uboczu dom niewidomego weterana wojny w Iraku, mieszkającego ze swoim psem odludka. Reszta to czysto gatunkowa, trzymająca za gardło, poetyka kina grozy, wyraźnie odrzucająca przegięty styl Martwego zła (2013).

Jednak ta prostota w przypadku Nie oddychaj działa tylko i wyłącznie na plus, bo produkcja posiada w rękawie kilka fabularnych asów, przyprawiających widza o przyjemne doznania. Duża w tym zasługa wcielającego się w rolę Ślepca Stephena Langa. Aktor znany głównie z drugoplanowych ról wykreował wręcz idealny czarny charakter, posiadający wszystkie, nawet te przerysowane cechy nemesis dla naszej młodzieży.

Śrubę napięcia podkręca także scenografia i sposób, w jaki operator Pedro Luque nam ją przedstawia. Sekwencja wtargnięcia złodziejaszków do posępnego domostwa sugeruje nam, że Alvarez wykorzystuje wszystkie narzędzia filmowego rzemiosła w pełni świadomie. Kamera, która płynnie krąży po ciasnych, zagraconych korytarzach, rysuje nam topografię miejsca akcji.

Daje nam to przewagę nad trójką bohaterów, dla których dom Ślepca stanie się istnym labiryntem minotaura. Wszystko to okraszone hitchcockowskim motywem zawieszonej na ścianie broni. Jeśli kamera zatrzymuje się na jakimś przedmiocie, bądźcie pewni że zostanie on w filmie mniej lub bardziej efektownie wykorzystany.

Wszystko to sprawiło, że Alvarez, trochę niespodziewanie, wydał na świat jeden z najlepszych horrorów 2016 roku, podkreślając przy tym, że piękno tkwi w prostocie. Jest to spore ułaskawienie wobec kilku rzucających się w oczy gatunkowych klisz i rozwiązań, do przesady kameralnego charakteru, czy nieco naiwnego zakończenia.

Wyobraźcie sobie klasyczny kryminał Doczekać zmroku (1967), w którym zamiast śliczniutkiej Audrey Hepburn, mamy brodatego Stephena Langa, a całość nakręcono pośród niegdysiejszej dumy gospodarczej USA. Takie właśnie jest Nie oddychaj!

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Don’t Breathe
Produkcja: USA/2016
Dystrybucja w Polsce: United International Pictures
Ocena MGV: 3,5/5

American Honey (2016)

american-honey-poster

Czasem punkt widzenia obcego może rzucić całkowicie nowe światło na kulturę, która pozostaje ograniczona przez własną samoświadomość. Nie inaczej jest w kinie, które zdominowane przez lubujący się w wystawnych produkcjach amerykański przemysł filmowy, zawsze przeżywa szok, gdy ogromne amerykańskie przestrzenie weźmie pod lupę ktoś inny, niż hollywoodzki insajder.

Z Ameryką w istocie mierzyło się w przeszłości wielu europejskich czy azjatyckich twórców i niemało z tych filmów należy dzisiaj do żelaznej klasyki kina. Wystarczy wspomnieć Zabriskie Point (Antonioni), Nocnego kowboja (Schlesinger), Chinatown (Polański), Atlantic City (Malle), czy żeby nie sięgać daleko Las Vegas Parano (Gilliam) i już mamy pewien obraz, który ciężko wymazać z pamięci.

Jestem przekonany, że do tego szeregu można teraz dodać American Honey wyreżyserowany przez brytyjską gwiazdę kina autorskiego, Andreę Arnold, która za swój Fish Tank otrzymała w 2009 Nagrodę Jury na Festiwalu w Cannes, żeby odebrać tę samą nagrodę za swoje najnowsze dzieło, pozostające w mojej skromnej opinii jednym z najlepszych filmów roku!

Andrea Arnold często mówi, że rzadko inspirują ją inne filmy, a znacznie częściej samo życie, co wypisz, wymaluj idealnie definiuje styl American Honey – naturalistycznej, surowej i szczerej opowieści o życiu amerykańskich nastolatków, którzy nigdy nie zaznali szczęścia troskliwej rodziny, dobrej edukacji i trzech posiłków dziennie, balansując przez większość swojego młodego życia na granicy nędzy, rozpaczy i szaleństwa.

Star (Sasha Lane), protagonistka tego niezależnego dramatu, zrealizowanego w dużej mierze z udziałem amatorów zhaltowanych z supermarketowych parkingów, którzy dostali od Arnold ogromne pole do improwizacji, wyprodukowanego za niecałe $3,5 mln, nakręconego kamerą z ręki w trakcie objazdu południa USA, to młoda dreadziara opiekująca się dwójką dzieciaków pozostawionych na lodzie przez rodziców grzejących crystal meth.

Jej sytuacja życiowa jest widoczna od pierwszej sceny, w której dziewczyna skipuje wysyp lokalnego Kmartu, wyciągając z niego zafoliowanego kurczaka i kilka ziemniaków, co ma zapewnić pożywienie dla całej rodziny na kilka kolejnych dni. Ale kilka chwil później na parking obok zawija Ford Minivan z bandą nastolatków, które wyglądają, jakby kończyły weekendowy rave, a Star wpada w oko przystojny Jake (Shia LaBeouf), który zachęca ją, żeby uderzyła nazajutrz razem z nimi do Kansas City.

W ten prosty sposób zawiązuje się akcja dzieła Arnold, łączącego klasyczne kino drogi z filmem o dorastaniu, w którym nie brakuje dymiących bongów, butelek taniej whisky i namiętnych scen seksu (to wszystko podcięło masową dystrybucję), co automatycznie przypomina o innych wielkich dokonaniach gatunku takich jak River’s Edge, Dzieciaki czy Spring Breakers – szokerach o trudnej młodzieży, które skutecznie niszczą idealistyczny obraz dorastania.

Jake wkrótce weźmie Star pod opiekę, żeby pokazać jej kulisy pracy, którą cała załoga wykonuje do znudzenia. A jest to sprzedaż papierowych magazynów w formie abonamentu, czy raczej wyciąganie siana od kogo się da poprzez sprzedaż siebie (swojego wizerunku, swojej osobowości, swojego ciała), w celu zaspokojenia nieograniczonego apetytu na pieniądze Krystal (Danielle Riley Keough) – szefowej tego amerykańskiego przedsięwzięcia.

I tak widzimy jak w kalejdoskopie miasta zmieniające się w wioski, dzielnice nędzy, pola naftowe, kaniony i motele, w których zatrzymuje się załoga, składająca się wyłącznie z nastoletnich wyrzutków, białych śmieci, dzieci osieroconych przez rodziców i los, nie bawiących się w subtelności… które podśpiewują We Found Love Rihanny.

Szefujący im Jake wydaje się starszy i bardziej doświadczony, ale jego kontrola szybko pęka w obliczu miłości do Star, która ujawnia wybuchowy temperament i uliczną mentalność. Ale nawet jeśli mamy do czynienia z kilkoma brutalnymi akcjami, reżyserka oparła się pokusie przerobienia tego wątku na modłę Bonnie i Clyde, oferując rodzaj przedziwnej konsolacji wraz z zakończeniem, które pozostaje tajemnicze i otwarte na interpretację!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: American Honey
Produkcja: USA/Wielka Brytania, 2016
Dystrybucja w Polsce: Gutek Film
Ocena MGV: 4,5/5

Holenderskie badanie udowadnia, że czystość dragów z Darknetu jest mitem!

Wiele z przeprowadzonych w ostatnich latach, niezależnych badań społecznych, takich jak Global Drug Survey, wskazuje iż użytkownicy narkotyków są coraz częściej przekonani, iż jakość środków zakupionych w Darknecie jest wyższa od tych nabytych od lokalnych dilerów.

Jednak nowe badanie holenderskie, przeprowadzone przez naukowców związanych z Instytutem Trimbosa, udowadnia iż przekonanie to jest mitem, gdyż większość z próbek pochodzących z Darknetu ma w istocie niższą jakość od ulicznej.

Jak piszą autorzy badania: Przekonanie o wyższej jakości produktu jest głównym powodem do kupowania substancji online, ale dowody przekonanie to obalają. To niejasne zaufanie do internetowych bazarów jest potencjalnie szkodliwe, ponieważ klienci nie mają często pojęcia o obecności nieoczekiwanych, nieznanych substancji czy szkodliwych rozrabiaczy w zakupionych przez siebie narkotykach, które mogą podwyższyć ryzyko niebezpiecznych reakcji.

W ramach badania przeanalizowano chemicznie 32,663 próbki, z których 928 zostały zakupione online, w Darknecie i poza nim. Wyniki ujawniły, że te zakupione online nie różniły się znacząco jakością od dostępnych na ulicy, a często były nawet mocniej przeżenione, jak np. MDMA.

Badanie wskazuje również na fakt, że ceny online są 10-23% wyższe od cen lokalnych, co nie wpłynęło jednak na spowolnienie rynku, gdyż stosunek zakupów online do zakupów lokalnych potroił się pomiędzy 2013, a 2015.

Analiza została przeprowadzona na rynku holenderskim, który może się znacząco różnić od innych rynków europejskich. Jako że większość środków dostępnych w Darknecie pochodzi jednak z Holandii, jest to ważny głos w dyskusji na temat ich jakości.

Jedyne znaczące różnice w jakości środków zaobserwowano w przypadku 4-FA (czystość online 59%, czystość uliczna 52%), MDMA w formie proszku (czystość online 45%, czystość uliczna 61%), tabletek 2C-B (zawartość online 21 mg, zawartość uliczna 10 mg) i tabletek Ecstasy (zawartość online 131 mg, zawartość uliczna 121 mg).

Conradino Beb

 

Źródło: NCBI / PubMed

1969: Neil Young spotyka Charlesa Mansona i próbuje mu załatwić kontrakt nagraniowy

W 2012 Neil opublikował swoją pierwszą w życiu autobiografię pt. Waging Heavy Peace, która nie zawiera specjalnie dużo rock’n’rollowych szokerów z okresu Crosby, Stills, Nash & Young, zakulisowych historii z okresu Buffalo Springfield, ani żadnych tajemnic procesu twórczego. Artysta pokazuje się za to czytelnikowi jako miłośnik miniaturowych pociągów i kolekcjoner starych amerykańskich samochodów.

Jednak ta przyziemność nie jest całkowicie pozbawiona ciekawych momentów, z których najbardziej fascynującym pozostaje pewnie spotkanie Neila z Charlesem Mansonem w domu Dennisa Wilsona z The Beach Boys „mieszkającego wtedy z trzema czy czterema dziewczynami emitującymi bardzo intensywne wibracje, które były mocno odłączone”.

neil-young-1969
Neil Young / Laurel Canyon, 1969

Young opowiada o zdarzeniu w następujący sposób:

Po jakimś czasie pokazał się koleś, który chwycił za moją gitarę i zaczął grać mnóstwo piosenek. Nazywał się Charlie. Był przyjacielem dziewczyn, a teraz także Dennisa. Jego piosenki były improwizowane w trakcie grania i nigdy nie były dwa razy takie same. Jak u Dylana, ale w inny sposób, bo ciężko w nich było znaleźć jakieś prawdziwe przesłanie, lecz same w sobie były fascynujące. Był całkiem dobry.

Spytałem go, czy ma kontrakt nagraniowy. Powiedział mi, że nie, ale że chce nagrywać płyty. Powiedziałem o nim Mo Ostinowi z Reprise (wytwórni wydającej w USA m.in. płyty The Jimi Hendrix Experience – przyp. red.) i zarekomendowałem tej samej wytwórni… niedługo potem doszło do zabójstwa Sharon Tate i małżeństwa La Bianca, a imię Charlesa Mansona stało się sławne na całym świecie.

Neil Young o Charlesie Mansonie w dokumencie BBC

Ze względu na aresztowanie Charliego Reprise nigdy nie zgarnęła go na pokład, ale niedoszły muzyk miał się ostatecznie doczekać kontraktu nagraniowego rok później, który podpisał z nim Philip C. Kaufman (znany z legendarnego podpierdolenia ciała Grama Parsonsa i spalenia go w kalifornijskim Joshua Tree National Park).

Ten wydał jego trzy taśmy demo w formie kompilacji LIE: The Love and Terror Cult w marcu 1970 pod szyldem Awareness Records, która była dystrybuowana w USA przez ESP-Disk (oryginał jest obecnie warty przynajmniej €900).

Okładka była reprodukcją ikonicznego zdjęcia Mansona ze swastyką na czole, opublikowanego przez magazyn Life.

lie_the_love_and_terror_cult_cover
„LIE: The Love and Terror Cult” / Awareness Records, 1970

Jak twierdzi Kaufman w wywiadzie na The New York Times udzielonym w sierpniu 1970:

Spotkałem Charliego w więzieniu na Terminal Island w San Pedro. Siedziałem za przemycanie trawy z Meksyku, a Charlie za kradzież czeku z przesyłki pocztowej. Charlie wyszedł w 1967, a ja w 1968. Kiedy odbębniłem wyrok zamieszkałem z nim na dwa miesiące.

phil-kaufman-mug-photo-1967
Zdjęcie policyjne Philipa Kaufmana / 1967

Próbowałem go nakręcić na nagrywanie, ale zawsze był zajęty robieniem głupot na pustyni. Mógł mieć kontrakt nagraniowy, ale jak tylko pojawiał się moment podpisywania papierów, uciekał na pustynię. Nigdy nie zostawał w jednym miejscu zbyt długo. Ale każdy, kto tylko miał go okazję usłyszeć, chciał go nagrywać.

Tu warto dodać, że w połowie 1968 Manson nagrał także 10 kawałków w prywatnym studiu Briana Wilsona, które wyprodukował sam lider Beach Boysów wspólnie ze swoim bratem Carlem, a które nadzorował jako inżynier dźwięku Steve Desper (znany z pracy przy wielu albumach z początku lat ’70) dobrze pamiętający tę sesję. W jej trakcie zostały nagrane utwory, które w innych wersjach trafiły ostatecznie na LIE.

Conradino Beb

Organiczna uprawa konopi: herbatka kompostowa

Spryskiwanie liści herbatką kompostową to wielce zyskująca w ostatnich latach na popularności technika organiczna, pomagająca roślinom skuteczniej zwalczać patogeny, lepiej przyswajać składniki odżywcze i dynamiczniej rozwijać system korzeniowy.

Herbatka kompostowa to zasadniczo mieszanina wody, kompostu i powietrza, którą można „warzyć” pasywnie lub aktywnie. W tym drugim przypadku nazywana jest ona aktywnie napowietrzaną herbatką kompostową ze względu na to, że tlenu dostarcza się bez przerwy za pomocą bubblera lub pompy, by wzmocnić populację bakterii aerobowych (tlenowych), które są jej głównym budulcem.

og_kush_high_brix_outdoor
O.G. Kush uprawiany metodą organiczną

Jak wskazują mikrobiologowie, zaledwie w 1 łyżeczce kompostu można znaleźć miliard bakterii, a w 1 łyżce aktywnie napowietrzanej herbatki kompostowej aż 4. Sekretem tego wzrostu jest zapewnienie stałego dopływu powietrza i pożywienia (prostych cukrów i soli mineralnych), pozwalającego bakteriom na szybkie zwiększenie populacji.

Dlaczego stosować herbatkę kompostową?

Gleba to coś znacznie więcej, niż mieszanina kwarcu i innych minerałów, to żyjący organizm podtrzymywany przy życiu dzięki działalności archeonów, bakterii glebowych i mikroskopijnych grzybów, bez których żadna roślina nie byłaby w stanie rosnąć i kwitnąć. W glebach, w których tego życia brakuje (zarówno indoor, jak i outdoor), rośliny nigdy nie osiągają swojego genetycznego potencjału, a w przypadku konopi nigdy nie osiągają rozmiaru, mocy i palety zapachowej.

Herbatka kompostowa SKUTECZNIE DOPŁYW TEGO ŻYCIA ZAPEWNIA, rozwiązując przy tym wiele problemów związanych z jego brakiem, do których należą złośliwe patogeny, owady pasożytnicze, słabe łodygi, brzydki kolor i wrażliwość na zmiany pogodowe.

Przygotowanie herbatki kompostowej dla konopi od podstaw

Gdy roślina korzysta ze współpracy z pożytecznymi organizmami, powyższe problemy zostają zminimalizowane, a często zupełnie znikają, co oznacza że można mocno ograniczyć, a nawet całkowicie zaprzestać stosowania kosztownych i czasochłonnych oprysków ochronnych, które w dużej mierze leczą skutki, a nie przyczyny problemów!

Ponadto, herbatka kompostowa (jak i sam kompost) dodaje do gleby cenny kwas humusowy, zawierający minerały, aminokwasy oraz szereg mikroelementów, które poprawiają strukturę i utrwalenie gleby. Konkretnie, kwas humusowy „skleja” cząstki szkieletowe gleby w większe agregaty, poprawiając stosunki powietrzne i doprowadzając do tworzenia się tzw. struktury gruzełkowatej, optymalnej do wzrostu wszystkich roślin.

Jak przygotować herbatkę kompostową?

Do przygotowania herbatki kompostowej potrzebujemy tak naprawdę niewiele: dużego wiadra, 10 litrów świeżej wody (najlepiej deszczówki lub wody źródlanej), 0,5 kg kompostu i pompy akwariowej lub bubblera, jeśli chcemy ją aktywnie napowietrzać. Najlepszym kompostem jest ten przygotowany własnoręcznie w ogrodzie czy na działce lub w domu przy pomocy kuchennego kompostownika, ale idealny jest też biohumus (wermikompost), który można kupić w każdym growshopie.

Opcjonalnie do tej mikstury można dodać siana (źródło protozoa), wodorostów morskich, glonów rzecznych, melasy (zawsze w malutkich ilościach), pokrzyw, koniczyny, mięty, rumianku, korzeń mniszka lekarskiego, a także gotowe startery bakteryjne i zarodniki grzybów mikoryzowych, które wzbogacą skład.

kompostownik-kuchenny
Kompostownik kuchenny

Kompost i dodatkowe składniki zalewamy wodą po czym napowietrzamy automatycznie lub zdecydowanie mieszamy 2-3 razy dziennie przez kilka minut. Najlepsza temperatura to 25-35°C, ale herbatka będzie się także warzyć w niższych temperaturach, zwolni jedynie cały proces. Mikstura jest gotowa po 48-72 godz., co rozpoznajemy po pęcherzykach powietrza na powierzchni, silnym, ziemistym zapachu (oznace buzującej flory bakteryjnej) oraz ciemnobrunatnym kolorze.

Należy przy tym pamiętać, że po dodaniu świeżego czy suchego materiału roślinnego wprawiamy w ruch proces kompostowania, który wydłuży czas przygotowania herbatki o kilka dni. Warto jednak eksperymentować z dodatkami, gdyż wzbogacamy w ten sposób zawartość odżywczą mikstury.

Jak stosować herbatkę kompostową?

Gotową herbatkę filtrujemy przy pomocy automatycznego filtra lub szmatki i przelewamy do wcześniej zakupionego spryskiwacza ogrodowego (najlepiej z regulowanym kątem rozpylenia, co pozwala na oprysk w postaci mgiełki), którym dokładnie opryskujemy wszystkie liście i łodygi (zarówno z góry, jak i z dołu), a także glebę wokół rośliny (kompost zawiera azot w anionowej formie, który dostępny jest dla korzeni już po godzinie).

Jorge Cervantes przygotowuje herbatkę kompostową

Herbatkę kompostową powinno się stosować na konopiach po raz pierwszy po około 2-3 tygodniach od wyjścia kiełka z ziemi, ale w wyjątkowych wypadkach, kiedy roślina nie wygląda na zdrową, można dać jej organiczny zastrzyk już po kilku dniach. Zabieg należy powtarzać profilaktycznie co 2-3 tygodnie aż do zakończenia fazy wegetatywnej, ale spryskiwanie gleby można wciąż kontynuować w fazie kwitnienia.

Herbatką kompostową można stosować naprzemiennie z nawożeniem dolistnym, ale znacznie lepiej jest połączyć to w jeden system, dodając stosowany preparat czy mieszankę do herbatki 24 godziny przed opryskiem. Szczególnie korzystne jest łączenie z herbatką preparatów cynkowo-wapniowo-magnezowych.

Conradino Beb

„King Cuts”: Odlotowe figurki wybitnych reżyserów Mike’a Leavitta

Mike Leavitt to rzeźbiarz zamieszkały w Seattle, którego projekt King Cuts przypomina dlaczego kochamy kino!

16 figurek sławnych reżyserów o wymiarach 16 cali (wysokości lub szerokości), wykonanych z polimeru, drewna i gliny oddaje hołd ich największym lub najbardziej znanym dokonaniom. Fantastyczne ciała filmowców są symbolem tego, jak sztuka transformuje i definiuje ich własne życie.

Jak pisze artysta na swojej stronie: Sztuka i film koją mój ból. To czysta magia. Zmuszają mnie do pamiętania, dlaczego ten świat jest tak cholernie piękny. Stworzyłem nawet Armię Sztuki, by bronić tego piękna.

Armia broni linii frontu. Klasa wielkich wizjonerów dowodzi z tyłu. Rządzą. Widzą drogę. Decydują o tym kto będzie żył, a kto umrze. Montują.

Nie ma już tajemniczej ligi za armią broniącą sztuki. Ich historia musi zostać opowiedziana, nawet jeśli oznacza to wyrzeczenie się moich własnych magicznych sztuczek. Oto „King Cuts”.

bigelow
Kathryn Bigelow
wes
Wes Anderson
mike-leavitt_woody-allen
Woody Allen
mike-leavitt_tim-burton
Tim Burton
mike-leavitt_steven-spielberg
Steven Spielberg
mike-leavitt_stanley-kubrick
Stanley Kubrick
mike-leavitt_spike-lee
Spike Lee
mike-leavitt_quentin-tarantino
Quentin Tarantino
mike-leavitt_orson-welles
Orson Welles
mike-leavitt_martin-scorsese
Martin Scorsese
mike-leavitt_james-cameron
James Cameron
mike-leavitt_hayao-miyazaki
Hayao Miyazaki
mike-leavitt_george-lucas
George Lucas
mike-leavitt_francis-ford-coppola
Francis Ford Coppola
mike-leavitt_david-lynch
David Lynch
mike-leavitt_alfred-hitchcock
Alfred Hitchcock

Gdy Orson Welles nagrywał z Manowar

Orson Welles posiadał bezsprzecznie pewien talent muzyczny, który później został zepchnięty na bok przez miłość do filmu. Za młodu pobierał on lekcje pianina i skrzypiec, stając się swoistym wunderkindem, co nie było zresztą trudne, gdyż jego matka, Beatrice Ives Welles, sama była doskonałą pianistką. W swojej karierze Welles wiele razy stosował zresztą strukturę utworów muzycznych, by pod koniec życia zafascynować się przeżywającym złoty okres heavy metalem!

Największy przełom w muzycznej karierze Wellesa to być może nagranie debiutanckiego albumu Battle Hymns razem z Manowar w 1982, którzy jeszcze wiele lat później na tyle cenili tę współpracę, że nagrali nową wersję Dark Avenger (kawałka oryginalnie z wokalem Orsona Wellesa) z gościnnym udziałem Christophera Lee.

Jak wspomina Ross Friedman aka. Ross The Boss w jednym z wywiadów:

Mieliśmy tę piosenkę Dark Avenger. A w tej części, w której występuje Welles, mieliśmy ochotę wykorzystać narratora. Więc siedzieliśmy sobie razem z naszym producentem wykonawczym, Bobem Currym z EMI, a ja mówiłem, że może powinniśmy zaprosić Burta Lancastera albo Charltona Hestona czy Waltera Cronkite’a… albo Orsona Wellesa, który idealnie podchodził!

On na to, że „Ok, spróbujemy załatwić Wellesa”. W mgnieniu oka dodzwoniliśmy się do jego menedżera i wysłaliśmy mu tekst, a Orson stwierdził po przeczytaniu, że to był odjazd! Powiedział „To ja” i zadebiutował w rock’n’rollowym światku razem z Manowar. Jego głos jest tak obrazowy, a szczególnie słowa, których użył, że odlatujesz w kosmos.

Welles faktycznie zapewnił odczyt tekstu w połowie tego legendarnego kawałka (który możecie odsłuchać tu), często uważanego za najlepszy na płycie, zapowiadającego power metal, najazd historii o Wikingach i ogólny crossover muzyki gitarowej ze światem He-Mana, który brzmi tak:

He was met at the gate of Hades
By the Guardian of the Lost Souls,
The Keeper of the Unavenged
And He did say to him:
„Let you not pass abandon return to the world from once you came
And seek payment not only for thy known anguish
But vindicate the souls of the Unavenged”

Podczas tej samej sesji został ponadto zarejestrowany numer Defender, który został jednak odrzucony z playlisty, by wrócić dopiero w 1987 (dwa lata po śmierci Wellesa) na albumie Fighting the World.

Co ciekawe, ten sam album jest często przytaczany jako pierwszy w świecie metalu, który został nagrany i zmiksowany cyfrowo. To oczywiście ten sam, który ma kultową okładkę z piorunami!

Conradino Beb

"Nigdy nie było dla mnie wystarczająco dziwnie." – Hunter S. Thompson