Kwitnienie konopi dla początkujących

Kwitnienie u konopi jest wynikiem rozpowszechnionego w obrębie gatunku fotoperiodyzmu, czyli fizjologicznej reakcji rośliny na zmianę proporcji okresów ciemności i światła w rytmie dobowym, związanej z działaniem zegara biologicznego. U podstaw fotoperiodyzmu leżą dwa zjawiska: fotoindukcja (zaprogramowana genetycznie odpowiedź na skracanie się lub wydłużanie dnia) i fotorefrakcyjność (zachodząca stopniowo adaptacja do skracającego się lub wydłużającego dnia).

Nie wszystkie odmiany konopi są jednak fotoperiodyczne, gdyż w obrębie gatunku znajdziemy również te fotoperiodycznie obojętne, znane wśród growerów jako automaty, które kwitną w momencie, gdy osiągną dojrzałość płciową.

Odmiany te wywodzą się z podgatunku Cannabis ruderalis, który został odkryty w 1942 roku na Syberii i który poddany sekwencjonowaniu DNA w ostatnich latach ujawnił swoje pokrewieństwo zarówno z podgatunkiem indica, jak i sativa, co wskazuje, iż jest on najprawdopodobniej spontaniczną hybrydą, która dostosowała się do trudnych warunków naturalnych północnej Azji i Europy Wschodniej.

ruderalis_europe
Samica Cannabis ruderalis rosnąca dziko w Europie Wschodniej

Pomijając odmiany automatyczne, których okres kwitnienia jest dość krótki, dzięki czemu roślina rośnie najlepiej na pełnym fotoperiodzie, kodowanym przez growerów jako 24/0, czyli 24 godziny światła i zero godzin ciemności, konopie wkraczają w okres kwitnienia, gdy skraca się się długość dnia (outdoor) lub liczba godzin światła (indoor).

Na zewnątrz proces ten jest znacznie płynniejszy i trudniejszy do uchwycenia, zależny od genetyki danej rośliny i szerokości geograficznej, ale odmiany outdoorowe powinny zacząć pierwszą fazę kwitnienia w momencie gdy liczba godzin słonecznych spadnie poniżej 14-15 godzin, co na szerokościach podzwrotnikowych ma już miejsce w połowie lipca.

Im dalej na północ proces ten jednak się opóźnia i na południu Europy przesuwa się na pierwszy/drugi tydzień sierpnia. Na północy może zaś zostać popchnięty nawet na początek września.

cannabis-male-female
Przed-kwiat u konopi / po lewej samica, po prawej samiec

Konopie rodzaju żeńskiego i męskiego pokazują gotowość do kwitnienia dojrzałością seksualną, która objawia się tworzeniem przed-kwiatu w okolicy przylistków.

Konopie męskie rozpoznajemy po obecności jajowatych pąków, a żeńskie po obecności białych, różowych lub czerwonych słupków. Płeć u konopi da się rozpoznać outdoor już w czerwcu, a indoor po 6-8 tygodniach okresu wegetatywnego (rzadko wcześniej).

Konopie reagują na zmianę fotoperiodu dynamicznym rozciąganiem łodyg i wzrostem wertykalnym, co jest zawsze oznaką pierwszej fazy kwitnienia, podczas której tworzy się zalążek kwiatu w kątach przysadek, z których w parach zaczynają wyrastać białe zwykle słupki.

cannabis_early_flowering_zoom
Wczesne kwitnienie u konopi

W ciągu dwóch/trzech tygodni słupki te wypełniają na tyle kwiat, że możemy już dostrzec małe kielichy, z których wystają, co jest oznaką wejścia rośliny w drugą fazę kwitnienia, zwaną przez growerów fazą środkową.

W tej fazie mamy do czynienia ze zwiększeniem się objętości kwiatu, zmniejszeniem produkcji liści i zwolnieniem wzrostu wertykalnego całej rośliny, co jest dobrym wskaźnikiem dla growera, że jego uprawa weszła w decydującą fazę.

cannabis_calyxes_zoom
Zrośnięte kielichy na kwiatostanie konopi z wystającymi słupkami

Środkowe kwitnienia jest czasem zwiększonej produkcji terpenów oraz kannabinoidów przez roślinę, która jeśli nie zostanie zapylona, zwiększa masę kwiatostanów aż osiągnie swój potencjał genetyczny.

W tej fazie zapach przybiera na sile, kwiatostany zaczynają pokrywać się szybko trichomami, a roślina coraz bardziej korzysta z rezerw zmagazynowanych w liściach i korzeniach. Dochodzi też do zmiany koloru przez słupki, które z białego zaczynają zamieniać się w pomarańczowe, różowe lub fioletowe.

bubba_kush_middle_flowering
Bubble Kush / środkowe kwitnienie

Roślina będzie kontynuować tę fazę przez 2-4 tygodnie aż do momentu, gdy kwiatostany staną się zwarte, kielichy urosną do widocznego rozmiaru, słupki zmienią kolor w 40-50% i dojdzie do transformacji zapachowej, podczas której roślina zacznie produkować dojrzałe terpeny, co jest oznaką wejścia w ostatnią fazę kwitnienia, zwaną przez growerów późną.

W tym okresie, który może trwać od 2 do 12 tygodni, roślina zacznie coraz bardziej korzystać z rezerw, objętość kwiatostanów osiągnie optimum, podwoi się lub potroi, kielichy napęcznieją, trichomy staną się twarde i ciężkie do usunięcia z kwiatów metodą pocierania, około 60-80% słupków zmieni kolor na pomarańczowy, a produkcja THC osiągnie szczyt.

bubba_kush_cannabis_strain
Bubba Kush / szczyt gotowy do ścięcia

Zakończenie kwitnienia przez roślinę łączy się z kilkoma charakterystycznymi znakami, do których należą: obumieranie słupków na górnych szczytach, brak przybierania szczytów na wadze, żółknięcie lub nawet zrzucanie dolnych liści, dojrzałość terpenowa oraz – co najważniejsze – zmiana koloru trichomów z nieprzezroczystego na bursztynowy, co jest oznaką transformacji THC w CBN, kannabinoid powodujący senność i zmniejszający psychoaktywność marihuany.

Conradino Beb

The Park is Mine (1986)

the_park_is_mine_1986_poster

Film otwiera sekwencja samobójczego skoku jednego z wielu weteranów wojny w Wietnamie, którzy ze sfiksowaną psychiką powrócili do kraju. Jednym z nich jest Mitch (w tej roli Tommy Lee Jones), niepotrafiący pokonać ciążącego nad nim widma wojny bohater, który postanawia siłą przejąć władzę nad Central Parkiem.

Akt ten, będący u podstaw krzykiem rozpaczy, ma na celu zwrócenie uwagi rządu i społeczeństwa na problemy adaptacji w nowym środowisku jego kolegów po fachu.

Scenariusz napisany przez Stephena Petersa i Lyle Gorch bazuje na wydanej w 1981 noweli pod tym samym tytułem. Nietrudno się tutaj doszukać odniesień do kultowych filmów post-wietnamskiej ery kina tj. Rambo: Pierwsza krew czy Taksówkarz.

Jednak reżyser, Steven Hillard Stern, nie podchodzi w tak subtelny sposób do opowiadanej historii jak jego poprzednicy. Mitch nie zastanawia się długo, nie obmyśla szczegółowego planu. Korzystając z pokaźnego arsenału pozostawionego przez jego kumpla, w pełni uzbrojony wkracza do zielonych płuc Wielkiego Jabłka już w 15 minucie filmu.

Zabieg ten pozwala reżyserowi szybko przejść do sedna akcji – próby odbicia parku przez oddziały SWAT. I tutaj jest naprawdę dobrze! Mitch zastawia pułapki, miny czy zasieki, a sam pruje do niebieskich z M4.

Central Park staje się tutaj prawdziwym polem działań wojennych, po których nasz bohater przemieszcza się na swoim dwukołowcu. Choć sam koncept wojny jednego przeciw wszystkim wydaje się trochę naiwny, dzięki świadomie spłyconej konwencji film Sterna wychodzi z tego obronną ręką.

Z drugiej jednak strony, film aż prosi się o nieco bardziej pogłębione i mocniej nakreślone podłoże psychologiczne Mitcha, gdyż staje się on tutaj zaledwie głosem większości, skondensowaną frustracją byłych weteranów, z którymi Ameryka nie mogła sobie przez długi czas poradzić.

Jednak jak na tytuł przeznaczony dla telewizji – a Tommy Lee Jones w tamtym okresie był znany głównie z takich produkcji – jest on odważną wizją zwracającą uwagę na poważny problem społeczny. Produkcja zahacza w pewnym momencie o relacje złamanego weterana z jego bliskimi, jednak w skali filmu temat ten zostaje dosłownie liźnięty.

Jak na produkcję telewizyjną wrażenie robi również realizacja. Oparta na syntezatorach ścieżka dźwiękowa, skomponowana w głównej mierze przez Edgara Froese, to destylat brzemienia kina lat 80-tych.

Wrażenie robi również ekspozycja strzelanin, wybuchów i całej reszty wojennego rzemiosła. Stylistycznie twórcy czerpią pełnymi garściami z dorobku Johna Carpentera, szczególnie da się wyczuć mocne inspiracje klasykiem Oni żyją.

Ogólnie jest to seans wyjątkowo rozrywkowy z obowiązkowym romansem na drugim planie. Ale Tommy Lee Jones z wymazaną twarzą, w lustrzanych aviatorach i bejsbolówce Jankesów to nie jedyny powód, by sięgnąć po tę zapomnianą dzisiaj produkcję.

To spojrzenie na niechlubny kawał historii Stanów Zjednoczonych z lekkim przymrużeniem oka i ironicznym uśmiechem, wypełnione wybuchami i rzucanymi przez głównego bohatera badassowymi tekstami. Trzymający się wiernie kina akcji minionego wieku film, za którego kotarą kryje się głębsza refleksja, choć może trochę zbyt dosłowna.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: The Park Is Mine
Produkcja: Kanada, 1986
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

John Malkovich zagra w „Humboldt”, kryminalnym serialu o handlu i uprawie marihuany

John Malkovich przyjął główną rolę w Humboldt, serialu opartym na bestsellerze Emily Brady, Humboldt: Life on America’s Marijuana Frontier, opowiadającym o życiu małego miasteczka w północnej Kalifornii utrzymującego się niemal wyłącznie z uprawy konopi, które teraz musi się zmierzyć z nieuchronną legalizacją używki.

Projekt zostanie wyprodukowany przez Sony TV oraz Anonymous Content (True Detective, Mr. Robot) na podstawie scenariusza Michaela A. Lernera (Miłość i litość).

Malkovich zagra w nim charyzmatycznego patriarchę rodziny growerów, która przez lata żyła w szarej strefie, utrzymując się wyłącznie z handlu marihuaną. Serial wyreżyseruje sam Carl Franklin (House of Cards, The Affair, Bloodline).

Źródło: Deadline

Paul Thomas Anderson o „Boogie Nights”: „Wciągałem masę koksu, więc sam prowadziłem te pokręcone rozmowy”

1997 by dobrym rokiem dla młodego Paula Thomasa Andersona, który po raz pierwszy poczuł smak międzynarodowego sukcesu dzięki Boogie Nights, brawurowo wyreżyserowanej rozprawie z przemysłem pornograficznym, który w latach ’70 królował w San Fernando Valley – krainie wyrzutków, narkomanów i biedaków, w której artysta się wychował i z której do dziś czerpie inspirację.

Boogie Nights pojawiło się na horyzoncie po pełnometrażowym debiucie PTA, Hard Eight (oryginalnie Sydney), który mimo że zaklasyfikował się do głównego konkursu na Festiwalu w Cannes, został kompletnie olany przez dystrybutora, Rysher Entertainment i szybko przepadł w morzu innych produkcji.

300-stronicowy scenariusz Boogie Nights miał swoje korzenie w pierwszym szorcie PTA, The Dirk Diggler Story, który został przez niego nakręcony w wieku 17 lat. Film zaliczył premierę na Festiwalu w Toronto w 1997, zyskując super pozytywne recenzje krytyków, którzy porównywali styl młodego reżysera do Roberta Altmana i Martina Scorsese, nie szczędząc zachwytu nad brutalnym realizmem jego dzieła. Ukoronowaniem sukcesu Boogie Nights stała się nominacja do Oscara za najlepszy scenariusz.

Obraz szybko stał się kultowy ze względu na unikalny klimat narkotykowego i seksualnego ekscesu, który uważany jest za bardzo realistyczny portret Kalifornii przełomu lat ’70 i ’80.

Dramatyczne sekwencje, pokazujące coraz większe uzależnienie bohaterów od białego proszku, nie byłyby jednak tak sugestywne, gdyby reżyser sam nie przeżył kilku kokainowych ciągów, do czego przyznał się w wywiadzie dla Creative Screenwriting, który oryginalnie został opublikowany w 1998 i właśnie pojawił się online.

Zapytany o to, skąd wie, jak rozmawiają ludzie nawciągani koksem, PTA odpowiada bez ogródek: Wciągałem masę koksu, więc sam prowadziłem te pokręcone rozmowy.

Zaskakujące jest przy tym to, że reżyser w tym samym wywiadzie uznaje swój film za bardzo krytyczny, co rzadko akcentowane jest przez fanów czy krytyków, którzy kochają go najczęściej za to, iż opowiada on historię, która wydaje się nie ferować żadnych wyroków.

Jak twierdzi jednak PTA: Sądzę, że to właśnie jest w tym wszystkim najśmieszniejsze i może być powodem, dla którego Boogie Nights nie osiągnął sukcesu kasowego – ten film jest do pewnego stopnia osądem. Kocham te charaktery i kocham pornografię z tego samego powodu, dla którego jej nienawidzę, czy dla którego wpędza mnie w depresję.

Pierwsza połowa to gry i zabawy, ale w drugiej pojawia się za nie kara. To moje własne poczucie winy za pornografię. W pewien sposób jest to więc rozprawa nad pornografią i jej bohaterami. Ale zostało to wykonane w łagodny i szczery sposób, ponieważ nie miałem żadnego pojęcia co robię.

PTA przyznaje również otwarcie, że… filmy powodują przemoc, a sam śmieje się z argumentów przeciwników razem z Johnem C. Reillym.

Filmy powodują przemoc. Filmy absolutnie promują przemoc. Wiem to, bo za dzieciaka po obejrzeniu filmów chciałem być taki jak filmowe charaktery. Chciałem się ubierać jak one i mówić jak one. Szczęśliwie, skanalizowałem to ostatecznie w pracę przy filmach – mówi artysta.

Conradino Beb

 

Źródło: Creative Screenwriting

Nowy zwiastun do „T2: Trainspotting 2”!

Oto Spud (Ewen Bremner), Sick Boy (Johnny Lee Miller), Renton (Ewan McGregor) i Begpie (Robert Carlyle) 20 lat później, gotowi stawić czoła kolejnym przeciwnościom losu w nowym trailerze!

Streszczenie fabuły nie zostało jeszcze ujawnione, ale sequel został oparty na książce Irvine’a Welsha Porno z 2002, której akcja rozgrywa się dziesięć lat po wydarzeniach z Trainspotting.

Sick Boy wraca do Edynburga po długim pobycie w Londynie, gdy załamuje się jego długa kariera kombinatora, alfonsa, męża, ojca i biznesmena. W tym czarnym momencie decyduje się on także urzeczywistnić swoje ostatnie marzenie wyreżyserowania filmu porno.

W tym celu Sick Boy sprzymierza się ze swoim dawnym kolegą, Markiem Rentonem, a także „Słodkim” Terry Lawsonem, byłym handlarzem napojami chłodzącymi, angielską studentką Nikki Fuller-Smith oraz bezrobotną pięknością Melanie. Na horyzoncie pojawiają się tymczasem stary wariat Frank Begbie i uwikłany w dragi Spud, co prowadzi do nowych problemów.

Film produkują: Miramax, Film4, Cloud Eight Films, DNA Films oraz Decibel Films. Premiera międzynarodowa planowana jest na luty 2017.

„BoJack Horseman” przedłużony o czwarty sezon

Ten krótki tweet mówi wszystko:

ludziska. sezon 4… doszedł do skutku! #ibingedtoohardlastnight #thankyoutomyfans #hopeyouarelovingseason3 pic.twitter.com/lZwuqRkpj0

— BoJack Horseman (@BoJackHorseman) July 22, 2016

Żadnego zaskoczenia oczywiście nie ma, bo trzeci sezon kultowego serialu animowanego, produkowanego przez Netflix, w którym głosów głównym bohaterom udzielają m.in. Will Arnett, Aaron Paul, Amy Sedaris, Alison Brie i Paul F. Tompkins, stał się sensacją w momencie swojej premiery.

„The Woods” okazuje się tak naprawdę sequelem do „The Blair Witch Project”!

Po 16 latach Adam Wingard (Gość, Następny jesteś ty) odświeża oficjalnie legendę o wiedźmie z Maryland jako Blair Witch (wcześniej The Woods). Nakręcony przez Daniela Myricka i Eduardo Sancheza oryginał, zainspirowany klasycznym Cannibal Holocaust Deodata, do dzisiaj zarobił prawie $249 mln przy kosztach produkcji nieprzekraczających $60 tys. i plasuje się na 4. miejscu najlepiej zarabiających horrorów w historii kina.

Za scenariusz Blair Witch odpowiedzialny jest współpracownik reżysera, Simon Barrett, a obsadę zasilają: James Allen McCune, Callie Hernandez, Brandon Scott, Valorie Curry, Corbin Reid i Wes Robinson.

Film trzyma się mocno oryginału, sprzedając nam kolejną historię o grupie studentów, która nie będąc świadoma ryzyka, wałęsa się po feralnych lasach Black Hills.

W Blair Witch pokładane są duże nadzieje. Czy zrewolucjonizuje ponownie kino grozy, jak jego poprzednik 16 lat temu? A może zostanie wyklęty przez fanów i popadnie w mroki zapomnienia jak sequel Book of Shadows: Blair Witch 2? O tym przekonamy się już we wrześniu tego roku.

Obejrzyj oficjalny trailer

Źródło: IndieWire

Jaką odmianę konopi wybrać na pierwszą uprawę?

Największym problemem dla początkującego growera jest w naszych czasach nadmiar, a nie brak opcji. Niemal każdy sklep z nasionami oferuje przynajmniej tysiąc odmian o fantastycznych nazwach, które sugerować mają jakość i elitarne pochodzenie. Ale faktem jest, że większość seedbanków niezbyt przykłada się do swoich programów hodowlanych, wykorzystując do produkcji nasion pośredników, którzy pracują często dla wielu zleceniodawców naraz.

Gdy analizujemy ofertę danego seedbanku, szczególnie planując pierwszy zakup, powinniśmy mieć na uwadze fakt, że średnio na 10 odmian 2 dadzą palenie bardzo wysokiej jakości, 5 przeciętnej, a 3 niskiej lub bardzo niskiej.

Tu z pomocą przychodzi risercz, szperanie w Internecie, przeglądanie relacji/dzienników, a w końcu rejestracja na jednym z wielu forów (niekoniecznie polskich) i pytanie growerów o szczegóły, bo jak mówi stare polskie przysłowie: „Koniec języka za przewodnika!”

W praktyce (jeśli jest taka możliwość) radziłbym na pierwszą uprawę pozyskiwać nasiona od znajomych/przyjaciół lub zatrzymywać te z woreczka, jeśli palenie nam się wyjątkowo podobało.

Ryzyko w tym przypadku jest takie, że nie znamy nazwy odmiany, a więc czasu kwitnienia, struktury rośliny, jej wigoru, potencjalnego plonu, a więc powinniśmy się przygotować na wszystko. Zaletą jest za to obniżenie kosztów, a więc nie będziemy sobie pluć w brodę, jeśli wydamy 100-200 zeta na 5 nasion i całkowicie spierdolimy sprawę.

Ale jeśli zdecydujemy się na zakup, pojawiają się pierwsze pytania!

Indoor czy outdoor?

Odpowiedź na to pytanie jest bardzo ważna, bo nie każda odmiana hodowana indoor będzie się nadawała do uprawy outdoor i vice versa. Rośliny przeznaczone do uprawy indoor powinny mieć umiarkowany wigor, czyli nie powinny rosnąć drastycznie szybko, czego oczekujemy z kolei od roślin przeznaczonych do uprawy outdoor.

Autochtoniczne sativy (landrace sativas) znane są ze swojego dynamicznego wzrostu, miłości do spektrum słonecznego, wysokich temperatur i wysokiej wilgotności powietrza zarówno w fazie wegetatywnej, co i w fazie kwitnienia. Ich uprawa w warunkach indoor jest całkowicie możliwa, ale wymaga wieloletniego doświadczenia i nie jest polecana początkującym growerom.

malawi_gold_outdoor
Malawi Gold (autochtoniczna sativa) / uprawa outdoor

Czyste indiki nadają się z kolei niemal idealnie do uprawy indoor, ale trzeba będzie się mocno przyłożyć do kontroli temperatury i wilgotności powietrza, by wycisnąć maksimum z ich potencjału.

Odmiany tj. Afghan Kush, Moroccan Gold, Pakistan Chitral Kush nie będą się rozciągać gwałtownie w czasie kwitnienia, ale ich tradycyjnym przeznaczeniem jest produkcja haszyszu, więc trzeba się przy nich skupić przede wszystkim na produkcji trichomów, a później myśleć o ekstrakcji.

Ale żeby nie zaprzątać sobie tym głowy, na pierwszą uprawę indoor należy wybrać dobrą hybrydę (odmianę uzyskaną poprzez skrzyżowanie dwóch różnych od siebie odmian konopi), która idealnie będzie spełniać nasze warunki:

1.) będzie dobrze rosnąć bez światła słonecznego (pod lampami HPS, LED, CFL)
2.) będzie rosnąć szybko w fazie wegetatywnej
3.) będzie dobrze tolerować krótki okres wegetatywny
4.) będzie się rozciągać mało lub umiarkowanie w fazie kwitnienia
5.) będzie dobrze tolerować nasze warunki (temperaturę, wilgotność powietrza, rozmiar donic)
6.) będzie mieć krótki lub średni okres kwitnienia (5-9 tygodni)
7.) będzie produkować szczyty warte zachodu

Uprawa outdoor rządzi się z kolei swoimi własnymi regułami, co sprawia że odmiany pod słońce należy wybierać równie ostrożnie. Pierwszą rzeczą, na którą powinniśmy zwrócić uwagę, jest nasz lokalny klimat, a drugą szerokość geograficzna.

Te dwa warunki mocno ograniczają nasz wybór, ponieważ odmiany przystosowane do szerokości równikowych, zwrotnikowych czy podzwrotnikowych nie będą nigdy rosły tak dobrze w klimatach zimnych czy umiarkowanych, czyli na szerokościach północnoeuropejskich.

W wyborze odmiany na uprawę outdoor należy pamiętać, że najlepsze są te hodowane w warunkach najbardziej przypominających nasze lokalne. Przykładowo, odmiany kalifornijskie będą zazwyczaj bardzo dobrze rosły w klimacie śródziemnomorskim, gdzie możliwa jest nawet adaptacja niektórych z sativ autochtonicznych.

W tym samym klimacie wiele odmian holenderskich, szwedzkich czy duńskich nie będzie jednak kwitła na czas i będzie mieć duży problem z wysokimi temperaturami. Te odmiany będą jednak odpowiednie dla warunków wschodnioeuropejskich z umiarkowanym czy zimnym latem i krótkim sezonem wegetacyjnym, z czym problem ma również Kanada, gdzie uprawy outdoor coraz bardziej dominują odmiany automatyczne, które idealnie sprawdzą się również w Polsce.

green_crack_indoor
Green Crack (hybryda) / uprawa indoor

Konkretnie, pod uprawę outdoor należy więc wybrać odmianę konopi, która będzie dobrze spełniać następujące warunki:

1.) będzie dobrze tolerować lokalny (długi lub krótki) sezon wegetacyjny
2.) będzie dobrze tolerować lokalne (niskie lub wysokie) temperatury
3.) będzie dobrze tolerować lokalną (niską lub wysoką) wilgotność powietrza
4.) będzie dobrze tolerować opady atmosferyczne lub ich brak
5.) zakończy kwitnienie przed okresem jesienno-zimowym
6.) będzie odporna na silny wiatr
7.) będzie posiadać wysoki wigor, który umożliwi jej konkurowanie z lokalną roślinnością
8.) będzie odporna na owady i grzyby pasożytnicze

Sativa, indica czy hybryda?

Kolejnym ważnym pytaniem jest, jakich kwiatów szukamy? Odpowiedź ułatwi nam selekcję do odmian, które spełniają nasze wymagania. Czy szukamy mocno relaksacyjnego haju, palenia na wieczór, które wywołuje potężną gastrofazę i przyjemnie rozleniwia? A może szukamy stymulującego palenia na dzień, które nie zakłóci nam pracy i które nie będzie powodować zejścia?

Wiele z hybryd oferowanych na komercyjnym rynku nasion oferuje tak naprawdę obydwa. Jeśli szukamy więc klasycznego pół na pół, powinniśmy sprawdzić tzw. zrównoważone odmiany. Spidowe uderzenie z późniejszą relaksacją, a może relaksacja z mentalną aktywacją, która utrzymuje się przez cały czas trwania?

og_kush_nug
O.G. Kush / medyczny szczyt

Wielość odmian konopi sprawia, że prędzej czy później zawsze znajdziemy coś idealnego dla siebie, jak piwo czy wino, które wybieramy automatycznie, nawet mając do dyspozycji szeroki asortyment trunków.

Faktem jest, że trzeba się trochę nasadzić, popróbować, porównać, ale nie od razu Rzym zbudowano, a w razie wątpliwości recenzje większości odmian można znaleźć w Internecie na łamach The Cannabist czy Leafly i w ten sposób ustalić, czy dana odmiana jest tym, czego szukamy.

Jakość czy ilość?

To nie jest skomplikowane pytanie dla komercyjnych growerów, którzy sadzą setki roślin i preferują odmiany, które rosną bez żadnych problemów, kwitną szybko i dają duży plon, ale bardzo ważne dla początkującego czy zaawansowanego konesera. Jeśli uprawiamy od 2 do 20 roślin (normalny rozmiar uprawy na własny użytek), zazwyczaj chcemy, żeby palenie spełniało nasze oczekiwania.

Tu niestety pewna smutna informacja dla growerów sugerujących się zawartością THC w opisach nasion. Poza bardzo zaawansowanymi operacjami, w ramach których growerzy mogą sobie pozwolić na sadzenie przynajmniej 50-250 nasion, selekcję najsilniejszych fenotypów metodami tradycyjnymi czy laboratoryjnymi, a także próbowanie różnych technik i warunków uprawy, potencjał produkcji THC z rośliny prawie nigdy nie jest osiągany.

Odmiana o deklarowanej zawartości THC 22% może w niektórych warunkach faktycznie ją osiągnąć, ale nawet analizy kwiatów z elitarnych klonów, które w teorii mają gwarantować ten sam rezultat za każdym razem, pokazują rozbieżności rzędu 10%. Innymi słowy, opisy producentów należy traktować z przymrużeniem oka i skupić się bardziej na tym, czy haj nam odpowiada, czy nie.

blue_dream_clone_flowering
Blue Dream / amerykańska hybryda dająca bardzo wysoki plon

Jeśli chcemy otrzymać palenie wysokiej jakości, powinniśmy się sugerować bardziej opiniami growerów i użytkowników na temat danej odmiany, szukać jej oryginalnego źródła i drążyć temat jej stabilności i ekspresji fenotypowej (tego, w jaki sposób genetyka danej odmiany zostaje uaktywniona w praktyce).

Powinniśmy też pamiętać, że w świecie konopi panuje jedna niepisana zasada: odmiany dające duży plon, dają palenie średniej lub słabej jakości i vice versa. Jeśli szukamy więc odmian do „pompowania wagi”, znacznie trudniej będzie nam trafić na te legendarne szczyty, a jeśli skupimy się na sadzeniu roślin dających niezapomniany haj, nie zawsze zbierzemy duży plon z rośliny. Wybór, jak zawsze, należy tu do samego growera.

Hydro, gleba, coco?

Inną kwestią, która ważna jest dla początkującego growera, jest medium, czyli technika uprawy. Hydro to pasywna lub aktywna uprawa konopi w zbiorniku wody, który zasilany jest chemicznymi lub organicznymi nawozami w płynie o kontrolowanym PH.

Gleba to klasyczny sposób uprawy, który korzysta z ziemi, często obficie nawożonej (chemicznie lub organicznie). Coco to zaś uprawa w łuskach kokosowych, które same w sobie nie posiadają żadnej wartości odżywczej, więc nawożenie jest tu wyjątkowo ważne.

Każda z tych technik ma swoje wady i zalety, które poznać można jednak wyłącznie na własną rękę. Growerzy hydro chwalą się szybkim wzrostem rośliny, gigantycznym przyrostem korzenia i ponadprzeciętnymi plonami, ale ich rośliny często padają ofiarą pasożytniczych grzybów i owadów ze względu na skrajnie kontrolowane środowisko uprawy.

Rośliny z upraw hydro mają także bardzo słaby profil terpenowy (chodzi o złożoność organoleptyczną, a nie silny zapach) i rzadko osiągają 12 stopni w skali Brix, produkcja węglowodanów jest tu więc bardzo niska.

og_kush_high_brix_outdoor
O.G. Kush / roślina uprawiana metodą High Brix

Uprawy coco są w stanie połączyć wydajność hydro ze zdrowiem roślin osiąganym w uprawach glebowych, ale wymagają pewnego doświadczenia u growera, który musi zrozumieć możliwości i ograniczenia tego medium.

Coco jest w stanie wchłonąć znacznie więcej wody i nawozów w płynie, ale bardzo łatwo jest poparzyć rośliny przy nieostrożnym stosowaniu tych drugich. Za zwiększoną produkcję kwiatostanów płacimy także gorszym smakiem.

Gleba jest klasyczną techniką uprawy i najbardziej wybaczającą początkującemu growerowi, chociaż indoor gwarantuje umiarkowany zwrot z inwestycji.

Jeśli zdecydujemy się jednak na przygodę z uprawą organiczną, otwieramy wrota do świata, w którym możemy spędzić wiele lat zanim dobrze zrozumiemy delikatne mechanizmy rządzące współpracą pomiędzy korzeniem rośliny i mikroorganizmami glebowymi. Gleba gwarantuje przy tym pełen profil terpenowy kwiatostanów i optymalną fotosyntezę.

Do wybranej przez siebie techniki powinniśmy dostosować odmianę konopi, gdyż wiele z komercyjnych odmian hodowanych jest poprzez zapylanie klonów utrzymywanych latami w środowisku indoor w takim, a nie innym medium, co niemal na pewno gwarantuje lepszy wzrost w jednym, ale nie w innym.

Problem jest taki, że breederzy rzadko ujawniają kulisy swoich działań, przez co growerzy są najczęściej skazani na eksperymentowanie i obserwację innych operacji. Tak czy siak, należy być świadomym istnienia tego problemu.

Wysoka zawartość CBD, niska zawartość CBD?

CBD (kannabidiol) to związek, który w ostatnich kilku latach doczekał się prawdziwej eksplozji zainteresowania opinii publicznej. Jego brak właściwości psychoaktywnych, rekompensowany przez silne właściwości antyzapalne, bakteriobójcze, uspokajające i przeciwbólowe, udokumentowane przez wiele badań naukowych, sprawił że wiele pacjentów i growerów zaczęło szukać odmian w niego bogatych.

Niestety, okazało się że podziemne programy hodowlane, rozwijane w latach ’80 i ’90 pod kątem rynku nasion, niemal całkowicie wykluczyły CBD z puli genetycznej konopi na rzecz wysokiej zawartości THC (uboczny efekt prohibicji).

W praktyce ciężko jest znaleźć odmianę, która posiada 0% CBD, ale większość z odmian rekreacyjnych nie zawiera więcej niż 0,2-0,35% tego związku, co sprawia że jego oddziaływanie na ludzkie ciało jest bardzo ograniczone.

cannatonic_strain
Cannatonic / hybryda z wysoką zawartością CBD

CBD okazuje się jednak kluczowe w terapii przeciwbólowej, a także w leczeniu objawowym padaczki lekoopornej, samych użytkowników marihuany wystawia zaś na znacznie mniejsze ryzyko nerwicy lękowej spowodowanej przez nadmiar THC w krwiobiegu.

Jeśli chcemy więc uprawiać konopie dla wysokiej zawartości CBD, warto sprawdzić pewne konkretne odmiany (np. Cannatonic), pamiętając jednak o tym, że nasiona nigdy nie zagwarantują nam wysokiej zawartości tego związku w 100% i żeby się upewnić, co mamy w rękach, powinniśmy kwiatostany oddać do analizy laboratoryjnej.

Conradino Beb

THC zwalcza chorobę Alzheimera, chroniąc neurony przed degeneracją!

Mimo że kilka wcześniejszych badań sugerowało, iż THC (psychoaktywny związek występujący w marihuanie) pomaga chronić ludzki organizm przed chorobą Alzheimera, nowe badanie przeprowadzone przez kalifornijski Silk Institute idzie krok dalej, demonstrując jego skuteczność w zwalczaniu amyloidu beta (szkodliwego białka gromadzącego się w przestrzeni międzykomórkowej).

Raport z badania został opublikowany w czasopiśmie Aging and Mechanisms of the Disease przez doktora Antonio Curraisa, który pisze: Zapalenie mózgowe pozostaje jednym z najważniejszych efektów ubocznych choroby Alzheimera, ale wcześniej przypuszczano, iż reakcja ta była związana z komórkami układu odpornościowego, a nie z samymi neuronami.

W momencie kiedy ustaliliśmy, że owe komórki reagują na zapalenie wywołane przez nagromadzenie amyloidu beta, stało się oczywiste, że to właśnie związki podobne do THC, tworzone przez same neurony, mogą być odpowiedzialne za ich ochronę przed degeneracją.

Choroba Alzheimera to postępujące zaburzenie w pracy mózgu prowadzące do drastycznej utraty pamięci, które może całkowicie wykluczyć jednostkę z normalnego życia. Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że na dzień dzisiejszy na całym świecie choruje na nią 48 mln ludzi, a w ciągu następnych 50 lat liczba ta może się nawet potroić.

Naukowcy już od dłuższego czasu byli świadomi związku pomiędzy akumulacją amyloidu beta i rozrostem tzw. kamienia, a starzeniem się mózgu, co może doprowadzić m.in. do choroby Alzheimera, ale sam proces neurochemiczny pozostawał tajemnicą.

Współtwórca badania, prof. David Schubert, jest przekonany o jego doniosłości, co potwierdził mówiąc: Mimo że już wcześniejsze badania dostarczyły dowodów na skuteczność kannabinoidów w neuroochronie czy zwalczaniu objawów choroby Alzheimera, jesteśmy przekonani, że nasze badanie jest pierwszym demonstrującym, że kannabinoidy leczą zarówno zapalenie nerwów, jak też zwalczają nagromadzenie amyloidu beta.

Źródło: Aging and Mechanisms of the Disease

Green Room (2015)

green_room_2015_poster
Nazwa green w tytule wcale nie jest przypadkowa, bo kolor ten towarzyszy nam przez cały seans. Zielone jest pole kukurydzy, w którym pierwszy raz widzimy bohaterów, muzyków garażowo-punkowej kapeli grającej dla idei.

Klub, do którego przypadkowo trafiają, by zagrać koncert dla grupy skrajnie prawicowych skinów, pogrążony jest również w blasku zielonych neonów, a finał rozgrywa się gdzieś pośród leśnych ostępów. Kolor ten, jako symbol nadziei, zdaje się towarzyszyć bohaterom przez cały czas akcji.

Jeremy Saulnier wypłynął na szersze wody kinowego bezkresu dobrze przyjętym Blue Ruin. Już tam udowodnił, że nawet prostą historię o zemście można ubrać w szaty stylowego kina niezależnego, nie odchodząc przy tym od surowego i brutalnego widowiska.

W swoim nowym filmie artysta znowu opowiada przystępną dla wszystkich fabułę, ale skupiając się bardziej na formie. Soczyście krwawa historia, zredukowana praktycznie do czterech ścian, przypomina coś na kształt kina przetrwania, przepuszczonego przez autorską maszynkę.

Gdy nasza ledwo wiążąca koniec z końcem grupa punków trafia do prowincjonalnej speluny, odpala się znana klisza gatunkowa – nieodpowiednie miejsce i czas. Będący świadkiem zbrodni rockersi stają się zakładnikami na obskurnym backstage’u i są terroryzowani przez menedżera klubu (Patrick Stewart).  Ale sytuacja staje się jeszcze bardziej napięta, gdy miejscówka okazuje się zakonspirowaną fabryką herki, a do akcji wkracza elitarny oddział skinów – Czerwone Sznurówki.

Koncept nie najświeższy, ale przynajmniej estetycznie dopieszczony. Przez cały seans czuć wręcz namacalny, brudny klimat, na który składa się świetna scenografia i ładne zdjęcia spod ręki Seana Portera. Przez ograniczenie miejsca akcji praktycznie do małego pokoju, Saulnier buduje napięcie bazując na klaustrofobicznych lękach widza.

Jednak im dalej będziemy próbowali wychylić nos z feralnego pokoju, tym napięcie będzie stopniowo osiadać. Klimat zaszczucia ustąpi krwawej rzeźni, w której dosłownie w każdym ułamku sekundy ktoś może paść martwy z kulką w głowie.

Krwi w Green Room faktycznie leje się dużo, ale twórca ustąpił mocno w stosunku do Blue Ruin. Brutalność w jego nowym filmie przyjmuje raczej wymiar psychiczny, który ujście znajduje w drugiej połowie filmu. Zbrodnie, te najgorsze, jak zagryzienie przez psa czy szlachtowanie nożem, są przeważnie szczelnie pokryte psychologiczną osłoną ciemności.

Ten film kolejny raz udowadnia jednak trafność castingu Saulniera. Nieodżałowany Anton Yelchin, wcielający się w grającego na basie członka kapel,i tworzy w duecie z Imogen Poots fajny duet protagonistów.

Przeciwko nim staje wspomniany wcześniej Patrick Stewart, opanowany i niepokojąco spokojny lider neonazistowskiej bandy. Drugie skrzypce na planie gra Macon Blair. Główny bohater poprzedniego filmu Saulniera gra tutaj jednak zupełnie inną rolę i wychodzi z tego obronną ręką.

Ostatecznie, Green Room to solidna dawka naturalistycznego, brudnego kina autorsko-gatunkowego, które zdaje się dobrze definiować styl młodego twórcy. To brutalna rozrywka, która przypadnie do gustu wszelkim fanom nihilizmu filmowego, krwawej eksploatacji czy klasyków pokroju Atak na posterunek 13.

Saulnier co prawda nie sili się na redefinicję gatunku, czy choćby tchnięciu w niego odrobiny świeżości, ale w udany sposób przenosi utarte przez lata schematy i klisze na grunt gatunkowego kina niezależnego.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Green Room
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: Brak danych
Ocena MGV: 4/5

"Nigdy nie było dla mnie wystarczająco dziwnie." – Hunter S. Thompson