Służąca (2016)

the_handmaiden_korean_poster

Ten erotyczno-kryminalny thriller/dramat niewątpliwie przypomni fanom Oldboya o Park Chan-wooku – reżyserze lubującym sie w umiarkowanej ekstremie, który swego czasu ochrzczony nawet został „popularyzatorem eksploatacji w kinie mainstreamowym”.

PCw nie wyrzeka się artyzmu w swoich dziełach, ale bezwzględnie eksploruje przy tym wątki sadomasochistyczne, nie skąpi scen tortur czy groteskowej przemocy. Nierzadko romansuje też z czarną komedią czy romcomem, otwierając nawet dialog z klasycznymi thrillerami amerykańskimi czy włoskimi.

Służąca to przedziwna hybryda, która igra sobie z wątkiem kryminalnym, zamieniając go w wątek erotyczny, a potem w dramat, szał miłości, lesbijską przygodę, a także w poszukiwanie wolności w bezdusznym świecie zdominowanym przez mężczyzn, który kruszy się pod własnym szaleństwem i manią wielkości… to historia, która swoją drogą jest bardzo wciągająca!

To film z jednej strony bardzo tradycyjny, przypominający dokonania azjatyckich formalistów w stylu Ozu, a z drugiej bardzo nowoczesny, oddany eklektycznej kreatywności, czego symbolem jest europejska muzyka i dom wujka Kouzukiego – główna sceneria filmu – składający się w połowie ze skrzydła japońskiego, a w połowie z angielskiego… choć akcja filmu rozgrywa się w okupowanej przez Japończyków Korei.

Dom ten zostaje odmalowany jako dzieło sztuki, a także metafora synkretyzmu zwierzęcego popędu seksualnego i kultury słowa pisanego, co szczególnie mocno widać w perspektywie okresu historycznego, w którym PCw osadził swoj film. Są to lata ’30, wiec TV i Internet nie wysadziły jeszcze z siodła czytania książek na głos, co w Służącej jest bardzo ważnym wątkiem.

Książki są też w filmie PCw walutą, która może być pomnożona dzięki oszustwie. Stanowią ponadto pewien kapitał, a przy okazji źródło największych podniet, bo księgozbiór Kouzukiego to głównie literatura erotyczna, inspirowana japońskimi perwersjami i dziełami Markiza de Sade, która ma wysoką wartość dla kolekcjonerów oddanych seksualnym fantazjom.

Do ich właściwego czytania wujek Kouzuki przykłada oczywiście wielką wagę, tak więc znajdująca sie pod jego opieką spadkobierczyni rodzinnej fortuny, panienka Hideko (Kim Min-hee), jest szkolona od dziecka w czytaniu ich na głos, a gdy już jest gotowa, swoim głosem sprzedaje pornograficzne manuskrypty klientom-zwyrolom, którzy po jej pokazach czytania rzucają się na nie nieprzytomni niemal z wrażenia.

Ta sama żądza z drugiej strony wyzwala Hideko, która zimna jak ryba i przebiegła jak wąż, wyłamuje się z własnego spisku przeciwko tytułowej służącej, Sook-Hee, mającej ją zasadniczo urobić pod szwindel zaplanowany przez „hrabiego” Fujiwarę, zawodowego oszusta widzącego okazję do pomnożenia swojej fortuny. Żądza staje się tu ważnym czynnikiem w grze o tożsamość i wolność młodej kobiety, której całe życie polegało na byciu narzędziem w cudzych rękach.

Misterna akcja została podzielona przez twórcę na trzy akty, które z czasem harmonijnie sie dopełniają, oferując widzowi dwie poetyckie niemal wolty. I nawet jeśli tajemnica przestaje być tak naprawdę interesująca zanim rozwiązana zostanie akcja, film do końca ogląda się z wielkim zainteresowaniem ze względu na przepiękne kadry i fantastyczny klimat.

W Służącej pasjonujące są postaci, które reprezentują świat bez uczuć i bez skrupułów, żywiący się własną fantazją i psychotycznymi aspiracjami. Dużo jest tu motywów charakterystycznych dla kultury azjatyckiej, choć reżyser jest głównie zainteresowany jej złodziejskim obliczem. Może to nie Imamura, ale nie jest to też film, który należy pominąć przy oglądaniu nowych niezależniaków ze Wschodu.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Agassi / The Handmaiden
Produkcja: Korea Pd., 2016
Dystrybucja w Polsce: Gutek Film
Ocena MGV: 4/5

Piję Twoją krew (1970)

i_drink_your_blood_1970_poster

Scenariusz do I Drink Your Blood powstawał w najgorętszym dla Stanów Zjednoczonych okresie minionego wieku, pod koniec lat ’60. Będący u szczytu konfliktu wietnamskiego rząd USA brutalnie spacyfikował studenckie protesty antywojenne na Uniwersytecie w Kent i na Uniwersytecie Stanowym w Jackson, Charles Manson wydał słynny album LIE, a siła ruchu hipisowskiego stawała się odwrotnie proporcjonalna do siły dragów, jakich używała. Na tle tych wydarzeń reżyser David Durston umieścił historię hipisowskiej komuny czczącej Szatana.

Na swoje nieszczęście, Synowie i Córki Szatana – bo takim mianem określa się sekta – gwałcą nie tę dziewczynę co trzeba, narażając się tym samym na zemstę jej dziadka. Stetryczały starzec w swoim ferworze kończy jednak pobity i „poczęstowany” kwasem, co kończy jego zapędy do szukania sprawiedliwości.

Ale z pomocą przychodzi wnuczek, który niczym Pomysłowy Dobromir, wymyśla genialny plan uszlachetnienia ciasteczek krwią chorego na wściekliznę psa i podaniu ich niczego niespodziewającym się gówniarzom.

Jak chce tego pokrętna logika filmu, doprawione skażoną juchą placki zmieniają następnie „hipisów” w krwiożercze bestie, co prowadzi do bestialskiej, absurdalnej rzezi o wyjątkowej formie.

Sugerujący wampiryczne klimaty tytuł to przy tym jedynie marketingowy pomysł producenta Jerry’ego Grossa na sprzedawanie filmu w paczce razem z czarno białym I Eat Your Skin (1964).

Fobia, tytuł oryginalny, sugerowany przez reżysera, wydaje się bardziej adekwatny, bo film Durstona to obskurna eksploatacja wyrwana żywcem z kina samochodowego, będąca zarazem czymś w rodzaju „konserwatywnej krytyki” dla pełnej luzu i dekadencji dekady.

Nie da się ukryć, że Piję Twoją krew jest produktem swoich czasów, jednocześnie wyprzedzającym je w kwestii eskalacji brutalności, choć mowa tutaj raczej o kontekstowości w ukazywaniu śmierci, niż samej realizacji.

Obrywa się zarówno ludziom jak i zwierzętom, odcinane są ręce i nogi, a wiadra krwi radośnie ochlapują ściany pomieszczeń. Wszystko to zaś w aurze uroczej, niskobudżetowej umowności, mimo że sceny takie jak samospalenie, czy wychodzące z rany ciętej wnętrzności, naprawdę robią wrażenie!

Można powiedzieć, że Durston ciekawie połączył klimaty psychodelicznego szokera z charakterystycznym dla lat 70-tych kinem campowym. Łatwo tutaj doszukać się jawnych inspiracji kultową Nocą Żywych Trupów (1968), jednak z drugiej strony czy Romero nie podłapał co nieco z filmu Durstona, kręcąc 3 lata później swoich Szaleńców?

To kino mikro-apokalipsy, w której prym wiedzie wystylizowany na Apacza Horacy (Bhaskar Roy Chowdhury), będące świetną laurką dla jednej z najbardziej szalonych epok w historii ruchomych obrazów. Zdecydowanie warto zobaczyć, choć wspomagacze będą niezbędne, by przetrwać choćby kakofoniczną muzykę.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: I Drink Your Blood
Produkcja: USA, 1970
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3/5

„Mansfield 66/67” łączy śmierć słynnej aktorki z satanistyczną klątwą!

Jayne Mansfield była słynną aktorką i piosenkarką, która w latach ’50 stała się hollywoodzkim symbolem seksu. Do historii przeszedł jej pin-upowy wizerunek medialny, śmiertelny wypadek samochodowy w 1967… a także przyjaźń z Antonem Szandorem LaVeyem, głową Kościoła Szatana.

W 50-tą rocznicę śmierci aktorki na ekrany wchodzi film dokumentalny Mansfield 66/67 w reż. P. Davida Ebersole’a i Todda Hughesa, spekulujący że spowodowana ona została satanistycznymi rytuałami w towarzystwie Antona LaVeya, który rzucił na aktorkę magiczną klątwę.

mansfield-6667

Film złożony jest z materiałów archiwalnych przemieszanych z animacjami, performance’ami oraz wywiadami z takimi osobistościami, jak John Waters, Kenneth Anger, Peaches Christ czy Dolly Read, co pomaga twórcom w podtrzymaniu mitu o niezwykłości ostatnich dwóch lat życia gwiazdy. Jak głosi zresztą plakat: „Historia jest oparta na plotkach i pogłoskach”.

Dokument ma swoją premierę dzisiaj na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Rotterdamie.

Zwiastun

Czy promieniowanie UVB zwiększa produkcję THC?

UVB stanowi zaledwie 3% ułamek promieniowania ultrafioletowego docierającego do ziemi, gdyż większość zostaje zablokowana i rozproszona przez warstwę ozonową, ale w miarę, jak powłoka ta jest coraz bardziej niszczona przez gazy cieplarniane, ułamek ten się powiększa. UVB w większych ilościach ma bardzo destruktywny wpływ na żywe komórki, ale rośliny nauczyły się jak sobie z tym radzić w toku ewolucji poprzez mechanizmy ochronne, produkując tzw. drugorzędne metabolity.

Do drugorzędnych metabolitów należą głównie flawonoidy i inne fenole, alkaloidy, terpenoidy (zmieniające się w terpeny pod wpływem tlenu), glukozynolany, izotiocyjaniany, a także kannabinoidy (wśród których znajdziemy oczywiście THC), mające niezwykle ważne znaczenie dla farmakologii i medycyny, gdyż pomimo rozwoju technologii farmaceutycznej wciąż 25% naszych lekarstw w skali światowej pozyskujemy z surowców roślinnych (w przeszłości było to znacznie więcej).

Więcej mentolu w mięcie pozwala na większą wydajność przy ekstrakcji i tak samo jest w przypadku marihuany, która przy większej ilości THC pozwala producentom na otrzymywanie mocniejszego haszyszu przesiewanego czy bąbelkowego, olejku haszyszowego, ekstraktu butanowego (BHO), rosinu lub jest po prostu bardziej wydajna w konsumpcji: stosujemy mniej dla pożądanego efektu.

Jednym z najważniejszych czynników powodujących wzrost produkcji THC u konopi, jest promieniowanie UBV, co potwierdziło amerykańskie badanie z 1987. Udział THC w kwiatostanach konopi, które były traktowane lampami UVB, zwiększył się w badaniu nawet o 5%, ale tylko w przypadku tzw. chemotypów psychoaktywnych, czyli mających genetyczny potencjał do produkcji kannabinoidów.

cannabis_calyxes_zoom
Kielich na kwiecie konopi

Chemotyp przemysłowy służący do produkcji włókna, znany także jako konopie przemysłowe lub cannabis sativa (choć genetycznie należący do podgatunku indica), nie zareagował w badaniu większą produkcją THC, co potwierdziło zasadniczy podział konopi na odmiany użytkowe i medyczne/rekreacyjne – wynik wieloletniej działalności hodowlanej człowieka.

Te drugie, należące do podgatunku sativa, są tradycyjnie uprawiane w okolicach równika, często na dużych wysokościach, co pozwala im na pełne rozwinięcie psychoaktywnego potencjału. Zasługą są krótsze noce i dłuższe dnie z większą aktywnością promieniowania słonecznego, które promuje wyższą produkcję THC, dochodzącą w przypadku odmian afrykańskich nawet do 27%.

Z drugiej strony, szybciej kwitnący i produkujący obfite ilości trichomów podgatunek indica, który jest często identyfikowany z odmianami takimi jak Afghani, Pakistani czy Hindu Kush, przyjął się jako roślina autochtoniczna w strefie zwrotnikowej, ale przede wszystkim na górskich wyżynach, gdzie dociera więcej UVB, którego ilość zwiększa się proporcjonalnie do wysokości i gdzie panuje suchy klimat, co jest dodatkowym czynnikiem stymulującym produkcję trichomów.

Współczesne próby dostosowania odmian autochtonicznych do szerokości północnych (często w zimniejszych klimatach) zakończyły się połowicznym sukcesem, gdyż naturalizowane rośliny bardzo często nie produkowały marihuany tej samej jakości i nie zawsze dobrze reagowały na nowe warunki, co sprawiło że hodowcy zaczęli ze sobą krzyżować różne odmiany.

kosher_kush_strain
Kosher Kush / indoor

Z pomocą przyszła uprawa indoor, która była w stanie stworzyć optymalne warunki wielu powstałym hybrydom, ale często za cenę utraty oryginalnej charakterystyki.

By utrzymać poziom THC w sztucznych warunkach przez dłuższy czas, rośliny trzeba było poddać dokładnej selekcji, a także propagować w formie klonów. To pozwoliło jednak na utrzymywanie stabilnych linii nasion F1 lub produkcję marihuany, która nie traciła z czasem na jakości na skutek kojarzenia krewniaczego (inbreeding).

Marihuana outdoor uzyskiwana legalnie w Kalifornii czy Waszyngtonie, okazuje się jednak nie być wcale słabsza od marihuany indoor, gdyż jak potwierdzają wyniki testów laboratoryjnych, klony z tej samej matki uprawiane outdoor często produkują więcej THC niż indoor, przynajmniej w warunkach dużej aktywności słonecznej i przy optymalnym typie uprawy, co wskazuje że pewne odmiany konopi entuzjastycznie reagują na UVB, które rzadko używane jest indoor z powodu wysokich kosztów.

Conradino Beb

Droga „Wściekłych psów” do kanonu zaczęła się od bolesnej krytyki!

Wściekłe psy Quentina Tarantino pojawiły się po raz pierwszy na ekranie 21 stycznia 1992 na Festiwalu Sundance, by z miejsca wywołać kontrowersje w niezależnym światku filmowym, od połowy lat ’80 nabierającym siły dzięki inicjatywom prężnego Sundance Institute, którego współzałożycielem był m.in. Robert Redford.

Można powiedzieć, że Tarantino miał na starcie dużo szczęścia, bo jego 80-stronnicowy scenariusz, napisany głównie w wypożyczalni kaset VHS, przekazany producentowi i aktorowi Lawrence’owi Benderowi, trafił do żony jego nauczyciela aktorstwa… która była przypadkowo znajomą Harveya Keitela.

Keitel uznał materiał za wybuchowy, wspominając nawet w jednym z wywiadów, że „tak dobrze napisane charaktery widział po raz pierwszy od lat ’70”, co dało możliwość Benderowi na podpisanie kontraktu z małą wytwórnią Live Home Video, która ostatecznie sfinansowała projekt na sumę $1,2 mln dzięki wstawiennictwu samego Monte Hellmana (Two-Lane Blacktop), który stał się nieoficjalnym rzecznikiem filmu.

Scena ucinania ucha

To pozwoliło na casting w Nowym Jorku, gdzie zatrudniono Steve’a Buscemiego i Tima Rotha, do których dołączyli później Michael Madsen, Chris Penn oraz Lawrence Tierney (do filmu przesłuchiwano jednak wielu innych znanych aktorów).

Film znalazał się w fazie preprodukcji w połowie 1991, kiedy reżyser doszlifował swój materiał w ramach dwutygodniowego Director’s Lab, sztandarowego projektu Sundance Institute, pozwalającego młodym twórcom na pracę pod okiem największych mistrzów kina.

To tam Wściekłe psy nabrały kolorów pod okiem Monte Hellmana, Terry’ego Gilliama, a także Stephena Goldblatta (operatora The Cotton Club, Zabójczej broni czy Bliżej), który kazał nowicjuszowi pociąć wszystkie długie ujęcia (reżyser był w tym punkcie pod wpływem Godarda).

quentin-tarantino-and-steve-buscemi-1991-lab
Quentin Tarantino i Steve Buscemi w trakcie Director’s Lab / czerwiec 1991

Kilka tygodni później film był już w trakcie kręcenia, a jego scenariusz robił furorę wśród niezależniaków takich jak Allison Anders, z którą 3 lata później Tarantino zrealizował Cztery pokoje.

Pokazany w Sundance, obraz wywołał jednak szok i niedowierzenie graniczące z potępieniem, co zgrabnie tłumaczy Peter Biskind w swojej książce Down and Dirty Pictures:

Oglądanie gości ze spluwami było grzeszną przyjemnością w Sundance, raczej też rzadką. Kierownictwo festiwalu bez końca dyskutowało o tym, czy filmy gatunkowe mogą być też filmami artystycznymi. Psy zgrabnie odzwierciedlały ten dylemat. Był to w dużym stopniu film gatunkowy i jednocześnie jego zaprzeczenie. Celowo napisany pod tanią produkcję, z akcją dostosowaną do budżetu.

Psy to przykład estetyki minimalnej, film rabunkowy bez rabunku, tylko wydarzenia przed i po. Psy to wyłącznie przedakcja, dużo dialogów i kilka miejsc. Koncept jest konwencjonalny, ale już nie wykonanie czy skoki czasowe, zawadiackie przemieszanie płaszczyzny literackiej z uliczną – gangsterzy omawiający stylowe wątki kultury popularnej niczym absolwenci uniwersytetów – podbite bezwzględnym, drapieżnym kopniakiem.

Szok festiwalowej publiczności był efektem scen takich jak słynne obcinanie ucha w takt Stuck In The Middle With You Stealer’s Wheel, czy krwawej rzezi podczas ucieczki gangsterów przed policją.

W efekcie film został obwołany „społecznie nieodpowiedzialnym” (sic!), ale Tarantino nie ustąpił nawet na milimetr, by na pytanie dziennikarza „jak usprawiedliwia przemoc w swoim filmie?” odpowiedzieć: Nie wiem jak ty, ale ja kocham drapieżne filmy. Mnie obraża to gówno z Merchant-Ivory. Przemoc jest jedną z najpiękniejszych spraw w filmie. Edison wynalazł kamerę, by filmować przemoc, ok?

Tarantino omawia film

To odstraszyło wszystkich potencjalnych dystrybutorów (początkowo nikt nie kupił filmu) i sprawiło, że Wściekłe psy nie dostały ani jednej nagrody na Sundance, choć talent reżysera i świeżość jego dzieła były bezsprzeczne dla prawdziwych miłośników kina.

Tarantino miał się także długo użerać o drastyczność słynnej sceny z Harveyem Weinsteinem z Miramax, który po wielu dyskusjach ostatecznie kupił jego dzieło i zabrał je do Cannes, gdzie film stał się europejską sensacją… a reszta jest historią!

Conradino Beb

Carrie Fisher nabija się z „Gwiezdnych wojen” i zapowiada The Blues Brothers w klasycznym odcinku „Saturday Night Live!”

22 kwietnia 1978 Carrie Fisher pojawiła się jako gość specjalny Saturday Night Live! Razem z aktorką u szczytu sławy możemy podziwiać klasyczną obsadę tego popularnego programu satyryczno-rozrywkowego, która wyniosła go w USA do rangi kultu: Dana Aykroyda, John Belushiego, Jane Curtin, Garretta Morrisa, Laraine Newman, Michaela O’Donoghue, Gildę Radner i Billa Murraya.

Fisher zaczyna ironicznym w zamyśle, ale cherlawo wykonanym monologiem – Czuję się trochę niezręcznie przychodząc tu w stroju księżniczki Lei, ponieważ mogę sprawiać wrażenie, że eksploatuję Gwiezdne wojny, ale zgodziłam się na to, bo gdybym przyszła w swoim normalnym ubraniu, kto by mnie poznał? – który kończy kiepskim kawałem, ale w dalszej części ujawnia swój talent do parodiowania wszystkiego co popadnie.

Załoga wciągą księżniczkę Leię do pastiszu Beach Blanket Bingo (setnej eksploatacji plażowej ze stajni American International Pictures), We Saved Gidget’s Brain (skeczu obyczajowego, w którym Carrie pali nawet jointa), Mercy Killers (w którym dwóch salowych zajmuje się skracaniem cierpienia pacjentów szpitala na Florydzie), wcielając się nawet w Lindę Blair (sic!), która 3 miesiące wcześniej została aresztowana za posiadanie kokainy.

Nie można też oczywiście zapominać o debiucie The Blues Brothers, zapowiedzianych przez aktorkę, którzy z kopniakiem wykonują Hey Bartender i Soul Man, by dwa lata później wystąpić w kultowym dzisiaj filmie, gdzie Carrie Fisher gra Tajemniczą Kobietę z M-16 w ręku.

Conradino Beb

Dogłębny przegląd badań dotyczących marihuany ujawnia zarówno zalety, jak i wady jej stosowania!

Marihuana towarzyszy rodzajowi ludzkiemu od przynajmniej 11 tys. lat, ale wciąż nie wiemy o niej wystarczająco wiele. Nasza wiedza wzbogaciła się jednak znacząco w ciągu ostatnich 20 lat, kiedy używka dostała się ponownie pod lupę naukowców, głównie w USA, gdzie badania przeprowadzają niezależne instytucje naukowe w oparciu o prywatne fundusze.

Marihuana wzbudza wiele kontrowersji medycznych, politycznych, ekologicznych i prawnych, co sprawia, że niełatwo jest odróżnić fakty od uprzedzeń. By zapewnić opinii publicznej fachowy wgląd, na przegląd 10 tys. najważniejszych badań opublikowanych od 1999 roku zdecydował się więc pozarządowy zespół naukowy z National Academies of Sciences, Engineering, and Medicine, który swoje konkluzje zawarł w świeżym jeszcze sprawozdaniu.

Opublikowano w nim prawie 100 oficjalnych wniosków, które zostały oparte na pięciostopniowym „modelu pewności”. Wyjątkowo silne dowody są w nim nazywane „niewątpliwymi”, te nieco mniej silne „znaczącymi”, średniej wagi „umiarkowanymi”, słabe „ograniczonymi”, a te nie posiadające żadnego poważnego poparcia „ich brakiem”, co oznacza iż aktualnie nie można ich w żadnym stopniu zweryfikować!

Do niewątpliwych raport zalicza trzy medyczne zastosowania marihuany: łagodzenie nudności i wymiotów spowodowanych chemioterapią w trakcie leczenia raka, usuwanie chronicznego bólu u dorosłych, leczenie spastyczności u chorych na stwardnienie rozsiane.

Naukowcy stwierdzają jednak, że istnieją tylko umiarkowane dowody (lub są one słabe) na poprawianie przez marihuanę snu u jednostek cierpiących na zaburzenia takie jak: fibromialgia (gościec mięśniowo-włóknisty), obturacyjny bezdech senny (OBS), chroniczny ból czy stwardnienie rozsiane.

Do ograniczonych (wyjątkowo słabych) argumentów zaliczono z kolei te, twierdzące że marihuana leczy utratę apetytu i wagi u chorych na HIV/AIDS, zespół Tourette’a, PTSD czy zaburzenia lękowe. Naukowcy nie potwierdzają również nic ponad słabe dowody na to, iż marihuana pomaga szybciej dochodzić do siebie po traumatycznym urazie mózgu.

Co ciekawe, raport podważa również uznany wcześniej niemal za wiążący, pozytywny wpływ marihuanę na jaskrę. Marihuanie nie przyznaje się także cech leczących demencję starczą czy depresję związaną ze starzeniem się.

W raporcie naukowcy piszą także o tym, czego marihuana zdecydowanie, raczej lub prawdopodobnie nie powoduje. Wśród umiarkowanie zanegowanych twierdzeń znalazło się m.in. powiązanie pomiędzy używaniem marihuany, a rakiem płuc, mózgu czy karku, a słabo zanegowanych powodowanie przez używkę raka jąder.

Na całkowity brak dowodów wskazuje się jednak przy leczeniu przez marihuanę raka, anoreksji związanej z rakiem, syndromu jelita drażliwego, epilepsji, pląsawicy Huntingtona, choroby Parkinsona, uzależnienia od narkotyków, schizofrenii, stwardnienia zanikowego bocznego czy spastyczności u pacjentów z urazem rdzenia kręgowego.

Nie oznacza to jednak, że marihuana nie posiada właściwości leczniczych w przypadku tych chorób lub urazów, a jedynie że na dzień dzisiejszy brak badań naukowych, które mogłyby je bezwzględnie potwierdzić lub obalić, czy że nasz aktualny stan wiedzy nie pozwala na wysuwanie takich twierdzeń.

I nawet jeśli zespół wciąż nie był w stanie znaleźć ani jednego przypadku zgonu po marihuanie (jeden z mitów o najdłuższym okresie trwałości w świadomości społecznej), znaleziono znaczące dowody na to, iż marihuana może w niektórych przypadkach pogarszać lub wystawiać na ryzyko zdrowie użytkowników.

Do najważniejszych z nich należą: ryzyko chorób układu oddechowego (szczególnie zapalenia oskrzeli) u długoletnich palaczy marihuany, a także większe ryzyko rozwinięcia schizofrenii i innych form psychozy oraz zmniejszenie wagi noworodków matek palących marihuanę w ciąży. Istnieje ponadto faktyczny związek pomiędzy używaniem marihuany, a zwiększonym ryzykiem wypadku samochodowego.

Badacze znaleźli jednak minimalną ilość dowodów na większe ryzyko zachorowania na raka u dzieci, których matki używały marihuany. Bardzo mało znaleziono ich także na powodowanie przez marihuanę ataków serca, chronicznego zapalenia płuc, rozedmy płuc, astmy czy komplikacji ciąży, które przez wielu lekarzy były uważane niemal za pewnik.

Badacze nie znaleźli także wielu dowodów (opisane są one jako umiarkowane lub ograniczone) na pogarszanie przez marihuanę chorób psychicznych takich jak: depresja, zaburzenie dwubiegunowe, syndrom samobójczy, zaburzenia lękowe.

Umiarkowane dowody znaleziono także na upośledzanie przez marihuanę zdolności poznawczych i rejestracyjnych, a bardzo ograniczone na pogarszanie przez używkę wyników w szkole, pracy czy obniżanie zdolności ekonomiczno-społecznych.

Badacze wskazują przy tym, iż związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy stosowaniem marihuany, a zwiększonym ryzykiem pewnych chorób, może być w wielu wypadkach wynikiem rozpowszechnionej formy przyjmowania używki, czyli palenia, która ma swoje alternatywy w postaci przyjmowania doustnego czy waporyzacji. To potwierdzić musiałyby jednak kolejne badania.

Przy okazji kolejny raz zostaje obalona teoria inicjacyjna, znana także jako teoria furtki (gateway theory), gdyż naukowcy znaleźli umiarkowane lub ograniczone dowody na to, iż marihuana prowadzi do innych nielegalnych substancji, wskazując iż teoria ta często miesza związek kauzalny z korelacją, a więc nie ma żadnej wartości naukowej.

Conradino Beb

 

Źródło: Nationalacademies.org

Roger Corman powraca z „Death Race 2050”!

Panie i panowie, papież kina klasy B, Roger Corman, powraca z Death Race 2050 (sequelem do legendarnego Death Race 2000). Trailer obiecuje głupawy humor, campową estetykę i wszechstronną eksploatację z zaliczaniem punktów za podstarzałych pacjentów szpitala okręgowego włącznie.

Wyreżyserowany przez G.J. Echternkampa, film kusi rolami Malcoma McDowella jako Prezesa skorporatyzowanej Ameryki i Manu Bennetta (Arrow) jako Frankensteina.

Historia jest odświeżeniem klasyka, więc ponownie będziemy świadkami krwawego wyścigu samochodowego osamotnionymi autostradami, w którym punkty zostają przyznawane za przejeżdżanie mniej lub bardziej winnych przechodniów.

Jak przypomina jednak Prezes, cel jest szczytny: Chodzi tu wyłącznie o wolność. Wolność do siedzenia na wielkiej, grubej dupie cały dzień i oglądanie najważniejszego wydarzenia sportowego w historii ludzkości. Witajcie w Wyścigu Śmierci – jak słyszymy z jego ust w trailerze.

Film zostanie rzucony na rynek 17 stycznia w postaci Blu-ray, DVD i streamingu HD.

Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie (2016)

rogue_1_star_wars_poster

Po obejrzeniu Łotra 1 jedna rzecz tak naprawdę nie ulega wątpliwości: ten film żadnym spinoffem nie jest. To historia, która w integralny sposób została powiązana z głównym wątkiem gwiezdnej sagi i za kilka lat może się okazać seansem obowiązkowym dla wszystkich żółtodziobów, jak teraz jest już dla zagorzałych fanów.

To także film zdecydowanie lepszy od Przebudzenia mocy, które z trudem przeskoczyło trylogię prequelową, a które sam George Lucas nazwał remakiem, z czym naprawdę ciężko się kłócić, bo scenarzyści i reżyser ujawnili tyle kompromitujących szczegółów na temat preprodukcji, że w zasadzie należy im pogratulować zrealizowania dobrego remake’u (szperaczy odsyłam do riserczu).

Łotr 1 nie jest przy tym pozbawiony pewnych wad i powiedzmy sobie szczerze, starej trylogii wciąż nie przeskakuje (do Imperium kontratakuje dużo mu brakuje), ale film został przynajmniej zrobiony z ładem i składem, ma bardzo dobrą obsadę, ciekawe kreacje, gładki scenariusz, niezłą reżyserię – która umie odróżnić właściwe tempo od nieuzasadnionych zwrotów akcji – i nie dusi widza piardami narracyjnymi w stylu „obejrzyj następny film, to skumasz dlaczego”.

Czas akcji został osadzony pomiędzy upadkiem Republiki, wzorowanym oryginalnie przez Lucasa na upadku Stanów Zjednoczonych, czyli przejęciu władzy przez Richarda Nixona (oportunisty, paranoika i tyrana), jaki pamiętamy z nienajlepszej (choć może też nienajgorszej) Zemsty Sithów, kiedy ostatni Jedi udali się na galaktyczne wygnanie i nastały czasy mroku, grozy, i ciemności (sorki oczywiście za spojlery), a pierwszymi scenami Nowej nadziei.

W tymże mrocznym czasie zawiązał się szczęśliwie Sojusz Rebeliantów, który zaczął kombinować, jak skutecznie obalić Imperium i przywrócić ład w Galaktyce, co jak wiemy prawie się udało w Powrocie Jedi (sorki ponownie za spojlery), ale jednak się nie udało (sorry, ale nie mogłem się powstrzymać), dzięki czemu do boju ruszyli w końcu producenci Disneya i rozbudzili na świecie potrzebę Przebudzenia Mocy (2015), która tylko na terenie USA dała mocny wynik prawie $1 mld brutto.

Ale wracając do Łotra 1, film odkrywa przed widzem ważny epizod z okresu walki Sojuszu z Imperium, w którym grupa straceńców rabuje plany Gwiazdy Śmierci (megastacji kosmicznej o śmiercionośnej sile bojowej), by dać później Luke’owi Skywalkerowi okazję do zniszczenia jej raz i na zawsze, ale wcześniej musi ona odnaleźć Saw Gerrerę, schizmatyka w szeregach rebeliantów – jedyny ślad do miejsca przechowywania planów.

Wyreżyserowany przez Garetha Edwardsa, który zaczął swoją karierę w przemyśle filmowym od przygotowywania efektów specjalnych do programów BBC, PBS i Discovery, Łotr 1 nieco chwiejnie wprowadza widza w historię, która jednak dobrze się rozwija i już w połowie stoi na przyzwoitym poziomie, czemu pomagają znakomite role doświadczonych i utalentowanych aktorów takich jak: Ben Mendelsohn (Orson Krennic), Forest Whitaker (Saw Gerrera), Mads Mikkelsen (Galen Erso).

Biją oni na głowę warsztat Felicity Jones (Jyn Erso) i Diego Luny (Cassian Andor), wcielających się w protagonistów filmu, co jest z jednej strony bardzo zabawne, ale z drugiej zupełnie nie dziwi, jako że Disney na te role poszukuje przede wszystkim aktorów nadających się estetycznie do tłumaczenia franczyzy na język konsumencki, co sprawia, że są oni wymienni, jak felgi w legendarnym Golfie III.

Ale ich role nie są złe, a przez to że scenariusz uchwycił całkiem sporo dramatyzmu, a Edwards sam jest fanem sagi, ostateczny efekt daje sporo satysfakcji, która w moim osobistym wypadku pozostaje także wynikiem tego, iż nie znajdziemy na ekranie wyrachowanych prób wyciskania łez z widza, poza drobnymi ukłonami o bardzo nostalgicznym charakterze, które da się jednak w pełni usprawiedliwić po stronie narracji.

I choć jest to oczywiście film PG-13, bo innych Disney nie kręci, czyli dostajemy wojenną rzeź bez kropli krwi, Edwards montuje całkiem udaną wizję zmagań o losy Galaktyki z bohaterami, którzy muszą dokonywać trudnych decyzji, poświęcać się i ginąć, a więc mają jakiś zarys realizmu tak potrzebnego odświeżonym Gwiezdnym wojnom, balansującym w Przebudzeniu mocy na granicy kiczu.

Czy jest to jednak film polityczny? Zważywszy na to, że saga miała u swojego zarania bardzo polityczny charakter, co Lucas przyznał po latach bez owijania w bawełnę, Łotr 1 wraca po prostu do korzeni, choć nie naciągałbym teorii do tego stopnia, że film komentuje bieżące wydarzenia polityczne.

W efekcie dostajemy obraz, który próbuje być czymś więcej, niż próbą wyciągnięcia pieniędzy z portfela i w pełni zasługuje na uwagę wszystkich fanów Gwiezdnych wojen, którzy znajdą w nim poza nowymi także dobrze znane przez siebie charaktery – zaliczającego brutalny epizod Dartha Vadera oraz wygenerowanych cyfrowo Wilhuffa Tarkina (Peter Cushing) i księżniczkę Leię (Carrie Fisher).

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Rogue One: A Star Wars Story
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Walt Disney Pictures Polska
Ocena MGV: 4/5

"Nigdy nie było dla mnie wystarczająco dziwnie." – Hunter S. Thompson