Wall Street chce swojej części marihuanowego tortu

Zapach zielonych zysków coraz bardziej przyciąga inwestorów z Wall Street, którzy czują pismo nosem, widząc w postępującej szybko legalizacji okazję do zrobienia kolejnej fortuny i chcą wiedzieć, jak zrobić pierwszy krok.

Konferencja mająca wyjaśnić stan przemysłu konopnego w USA i „punkty wejścia” została zorganizowana w tym miesiącu w Nowym Jorku przez marihuanową firmę konsultingową Viridian Capital Advisors. Zaledwie kilka dni wcześniej w Wielkim Jabłku otworzyły też podwoje pierwsze punkty pomocy oferujące medyczną marihuanę.

IBISWorld, firma specjalizująca się w badaniach rynku, prognozuje wzrost wartości amerykańskiego rynku medycznej marihuany z $3,6 mld w 2015 do $13,4 mld w 2020, co zwróciło oczywiście uwagę Wall Street. Ten przemysł, którego DNA tkwi w kulturze Deadhedów i potheadów, przechodzi prawdziwą rewolucję przemysłową i nie chodzi tylko o legalizację na szczeblu stanowym. Przyciąga to więc pewien rodzaj ludzi. – twierdzi CEO Viridian, Scott Greiper.

W istocie, wiele z nich porzuca posady w firmach Fortune 500, tj. były prezes Condé Nast Publications, Mitchell Fox, który nie ma żadnego doświadczenia na tym rynku. Żółtodzioby są jednak potrzebne rosnącemu biznesowi, nie tylko dlatego, że oferują zastrzyk pieniędzy, ale przede wszystkim dlatego, iż mają doświadczenie w kierowaniu dużymi firmami, które prędzej czy później zdominują masowy rynek.

Zainteresowanie biznesmenów, którzy wcześniej nie chcieli mieć nic wspólnego z przemysłem kojarzącym się głównie z hipisami, dilerami i meksykańskimi kartelami, zaczęło rosnąć po legalizacji rekreacyjnej marihuany na szczeblu stanowym przez Kolorado, Waszyngton, Alaskę, Oregon i Dystrykt Kolumbii, do których dołączą jeszcze w tym roku trzy kolejne stany. Referenci uczestniczący w konferencji związani są na co dzień z takimi branżami, jak ochrona, nieruchomości i biotechnologia.

Jak twierdzi Greiper, potencjalnych inwestorów jak na razie można podzielić na trzy grupy: delegacje inwestycyjne bogatych rodzin, fundusze dedykowane oraz bardzo bogatych inwestorów indywidualnych. Ten optymizm podziela Tory Dayton z ArcView Group, który twierdzi że nowi gracze są gotowi i mają znacznie większe zasoby od dotychczas obserwowanych start-upów. Z pewnością legitymizuje to konopie w finansowym centrum świata i to przyciągnie inwestorów zainteresowanych tym rynkiem. – dodaje Dayton.

Dodatkowo, obserwuje się rosnącą wartość akcji związanych z rynkiem konopnym na skutek zwiększających się dochodów firm już na nim działających. Jednak do prawdziwej eksplozji dojdzie dopiero, gdy marihuana zostanie zalegalizowana na szczeblu federalnym, gdyż na dzień dzisiejszy wciąż mamy do czynienia z ruchem społecznym, który musi walczyć, by móc dalej się rozwijać.

Conradino Beb

Żródło: Reuters

W wieku 74 lat zmarł Paul Kantner, założyciel i gitarzysta Jefferson Airplane

Paul Kantner, jeden z pionierów amerykańskiego folk rocka i rocka psychedelicznego, zmarł w czwartek 28. stycznia w San Francisco. Muzyk przeżył kilka dni wcześniej atak serca i był w stanie krytycznym. Jego śmierć potwierdziła długoletnia przyjaciółka i agentka, Cynthia Brown, która podała do wiadomości, iż ostateczną przyczyną zgonu był wstrząs septyczny i niewydolność narządowa.

Paul Kantner był jednym z filarów kultowej grupy Jefferson Airplane, która została przez niego założona w 1965 wspólnie z Martym Balinem w barze Drinking Gourd na Union Street w San Francisco jako projekt folk rockowy. Grupa zadebiutował 13. sierpnia tego samego roku w małym klubie jazzowym The Matrix, a występ został uwieczniony w San Francisco Chronicle, co otworzyło młodej grupie drogę do lokalnej sławy.

W lutym 1966 grupa stała się headlinerem koncertowego maratonu zorganizowanego przez słynnego Billa Grahama w The Fillmore Auditorium, które stało się szybko centralnym miejscem dla buzującej sceny acid rockowej San Francisco. W sierpniu tego samego roku Jeffersoni podpisali także kontrakt płytowy z RCA, co pozwoliło im nagrać debiutancką płytę Jefferson Airplane Takes Off, która okazała się wielkim sukcesem.

Po dołączeniu do zespołu Grace Slick, której garażowy projekt The Great Society rozpadł się we wrześniu 1966, Jefferson Airplane nagrali legendarną płytę Surrealistic Pillow. Ta doprowadziła do masowego zainteresowania sceną San Francisco i dała zespołowi możliwość koncertowania po całym kraju, dzięki czemu psychedeliczny bakcyl rozprzestrzenił się ostatecznie na cały świat.

Grupa wzięła udział we wszystkich najważniejszych festiwalach drugiej połowy lat ’60: Monterey Pop, Woodstock, a także Altamont (w grudniu 1969), który symbolicznie zakończył epokę muzyczno-społeczno-psychedelicznej rewolucji z pomocą klubu Hell’s Angels.

Po rozwiązaniu zespołu w 1974 ze względu na problemy natury prawnej, Kantner wraz ze swoją kochanką Grace Slick zmienili nazwę na Jefferson Starship – nazwa pojawiła się po raz pierwszy na solowej płycie Kantnera, Blows Against the Empire (listopad 1970).

W zespole Kantner przetrwał 11 lat, z którego odszedł po zaakceptowaniu czeku na $80 tys. za obietnicę, że nazwa Jefferson Airplane nie będzie używana bez porozumienia z Grace Slick, która śpiewała w nim jeszcze kilka następnych lat.

Kantner był uważany za prawdziwy charakter, który buchał sarkazmem i lubił też od czasu do czasu rozwścieczyć swoich kolegów. Jako jedyny członek Jefferson Airplane pozostał jednak na stałe w San Francisco, o którym twierdził: Zawsze kochałem San Francisco bardziej od wszystkich innych miast. Miało swoje problemy, ale weźmy pogodę, widoki. Ten mały zakątek dał mi tyle dobrego.

Jego status jako muzyka potwierdziło wprowadzenie do Rock and Roll Hall of Fame w 1996. Artysta pozostawił trójkę dzieci: synów Garetha i Alexandra oraz córkę Chinę. Data pogrzebu nie jest jeszcze znana.

Conradino Beb

Źródło: San Francisco Chronicle

Philip K. Dick był przekonany, że „Łowca androidów” odniesie sukces, choć nigdy nie zobaczył filmu!

Łowca androidów nie był wielkim hitem, kiedy wszedł do kin w 1982, a dla finansujących jego produkcję Warner Bros okazał się wręcz katastrofą, zgarniając w pierwszy weekend zaledwie $6,15 mln przy budżecie $28 mln. Psy wieszali na filmie zarówno producenci wykonawczy, co i krytycy, dzięki czemu wypracowanie statusu kultowego zajęło mu dekadę. Jednak docenił go z miejsca i przewidział jego przyszły sukces jeden człowiek… Philip K. Dick!

Kultowy pisarz nigdy nie obejrzał filmu w całości, gdyż zmarł przed jego premierą, ale zdołał się natknąć na zapowiedź telewizyjną, która odsłaniała niektóre ze scen, jak też zawierała wywiad z Harrisonem Fordem. Podekscytowany Dick napisał szybko list do producenta Jeffa Walkera z The Ladd Company (małej wytwórni, która produkowała film dla Warner Bros.), żeby wyrazić swój podziw.

11 października, 1981

Pan Jeff Walker,
The Ladd Company,
4000 Warner Boulevard,
Burbank,
Calif. 91522.

Drogi Jeffie,

Natknąłem się dziś w nocy na telewizyjny program Hooray For Hollywood na Kanale 7, którego segment traktował o Łowcy androidów. (Szczerze mówiąc, wcale się na niego nie natknąłem; ktoś mnie zawiadomił, że Łowca androidów będzie częścią programu i że trzeba to obejrzeć.) Jeff, po obejrzeniu – a szczególnie po wysłuchaniu Harrisona Forda, który omawiał film – doszedłem do wniosku, że to naprawdę nie jest science-fiction; to nie jest fantasy; to jest dokładnie to, co powiedział Harrison Ford: futuryzm. Wpływ Łowcy androidów będzie naprawdę gigantyczny, zarówno na publiczność, jak i na ludzi kreatywnych – i wierzę, że również na science-fiction jako dziedzinę. Jako że piszę i sprzedaję dzieła science-fiction od trzydziestu lat, jest to dla mnie sprawa bardzo ważna. Muszę powiedzieć z całą otwartością, że nasza dziedzina od kilku lat podlega stopniowemu i stabilnemu upadkowi. Żadne z naszych indywidualnych czy zbiorowych dzieł nie może się równać Łowcy androidów. To nie jest eskapizm; to superrealizm, tak obskurny, przepełniony szczegółami, autentyczny i cholernie przekonujący, że po programie moja codzienna „rzeczywistość” zbladła w porównaniu. Stwierdzam, że mogliście właśnie stworzyć zbiorowo unikalną, nową formę graficznej, artystycznej ekspresji, nigdy wcześniej nie widzianej. I sądzę, że Łowca androidów zrewolucjonizuje nasze koncepcje dotyczące teraźniejszości i przyszłości science-fiction.

Reasumując, science-fiction przeżywa powolną i nieubłaganą śmierć: praktykuje endogamię, kopiuje i jest czerstwe. Ale nagle pojawiliście się wy, jesteście jednymi z największych żyjących talentów, dzięki czemu zaczęliśmy żyć nowym życiem, dostaliśmy szansę na nowy start. Jeśli chodzi o moją własną rolę w Łowcy androidów, mogę tylko powiedzieć, że nie miałem pojęcia, iż moja praca czy zestaw pomysłów mogą zostać powiększone do tak niesamowitych rozmiarów. Moje życie i pracę kreatywną usprawiedliwia i wieńczy Łowca androidów. Dziękuję… to będzie niesamowity sukces komercyjny. Tego się nie da pokonać!

Serdeczne pozdrowienia,

Philip K. Dick

(tłum. Conradino Beb)

PKD_Letter_Blade_runner
Oryginał listu

Zemsta Emanuelle (1975)

emanuelle_e_francoise_1975_poster

Nakręcona przez Joe D’Amato w 1975 w duecie z królem włoskiego plagiatu, Bruno Matteim, Zemsta Emanuelle to jeden z najciekawszych projektów w dorobku Włocha. Znany wcześniej z całej masy tanich spaghetti westernów, twórca miał zawsze skłonności do mieszania ostrej pornografii z krwawym horrorem, co udowodnił zresztą kręcąc słabiutki straszak La Morte ha sorriso all’assassino.

W filmie, który został przez niego wyprodukowany jeszcze przed odpaleniem serii o Czarnej Emanuelle przez Bitta Albertiniego, młoda Emanuelle, pragnąc pomścić samobójczą śmierć swojej siostry, postanawia pojmać jej sadystycznego kochanka Carla, sprawcę całego incydentu. We wnętrzu luksusowego apartamentu, w specjalnie urządzonym pokoju, mężczyzna zostaje następnie poddany szeregowi tortur fizycznych, jak i psychicznych.

Pierwsza połowa to niezwykle powolnie rozgrywający się kryminał naznaczony wątkami obyczajowymi. W ślimaczym tempie oglądamy więc zaloty Emanuelle do Carla, nakręcone przez samego D’Amato. Jednak eksploatuje się tutaj sukces oryginalnego filmu z Sylvią Kristel, który wyszedł rok wcześniej, ta więc nie uświadczymy Laury Gemser. W jej skórę wchodzi za to, znana z wielu włoskich filmów pornograficznych, Rosemarie Lindt, która wychodzi z tego zadania obronną ręką!

Dziewczyna wie jak szybko doprowadzić do wrzenia zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Erotyczne show, którego jest gospodarzem, składa się z licznych orgii z udziałem kilku osób na raz, jak i seksu w klasycznym duecie. Wszystko to ogląda zaś uzależniony od seksu Carlo (w tej roli częsty współpracownik D’Amato, George Eastman, znany m.in. z Absurdu). Przywiązany do pala ukrytego za lustrem weneckim jednej ze ścian mieszkania, zmuszony jest on obejść się smakiem, obserwując baraszkujących ludzi.

Aby ubarwić swojemu więźniowi obraz, kobieta w pewnym momencie aplikuje mu dożylnie narkotyk. I w tym momencie cały film skręca w stronę taniego, obskurnego i naprawdę ohydnego kina eksploatacji. Naćpany Carlo przestaje rozróżniać granicę między jawą, a narkotycznymi wizjami, widząc rzeczy które spokojnie trafić mogłyby do któregoś z absurdalnie tanich, włoskich horrorów.

Kulturalna uczta w oczach Eastmana jawi się jako krwawy bufet, w którym domownicy niczym zwierzęta zajadają się surowym mięsem, by po chwili odpalić swoje kanibalistyczne zapędy. A wszystko to w rytm energetycznie wygrywanej na trąbce melodii.

Filmowi można by zarzucić wiele. Efekty gore tak odważnie pokazywane w końcówce szokują tylko kontekstem, bo tanie wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Dodatkowo, początek jest do bólu wręcz przeciągnięty i wypełniony słabo napisanymi dialogami, które skutecznie mogą uśpić widza. Jednak druga połowa filmu okazuje się wyjątkowym tripem przez szalony styl D’Amato, będąc dowodem na to, że jeśli tylko chciał, potrafił on stworzyć coś naprawdę ciekawego!

Oskar „Dziku” Dziki

 

Znany pod tytułami: Emanuelle’s Revenge / Emanuelle e Françoise (le sorelline) / Blood Vengeance, Demon Rage / Blood Rage / Venganza de mujer /  Emanuelle and Françoise
Produkcja: Włochy, 1975
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Stare wygrywa z nowym, czyli o retro rewolucji na rynku muzycznym

Wieść o tym, że stara muzyka – czyli licząca sobie więcej niż 18 miesięcy i nazywana wtedy przez korporacje muzyczne „katalogową” – zaliczyła w 2015 wyższy poziom sprzedaży od nowych wydawnictw w Stanach Zjednoczonych, rozprzestrzeniła się jak pożar w Internecie i zaliczyła nawet pięć wątków na reddicie, który słynie z komentowania bieżących trendów i informacji, choć od dłuższego czasu przeżywa kryzys z powodu trollingu.

Co mogę powiedzieć? Trend, który wykazuje największy rynek muzyczny na świecie, warty na dzień dzisiejszy $4,5 mld, jest dalszym powodem do przemyśleń nad tym, kto nadaje dziś rytm sprzedaży muzyki i dlaczego nowe wydawnictwa z roku na rok tracą na popularności za oceanem? Trend, który jak warto dodać, od kilku lat pozostaje dla ekspertów aż nadto wyraźny!

Fajnie by było oczywiście przeprowadzić taką analizę na przykładzie polskiego rynku – który z pewnością posiada własną specyfikę – ale rodzime dane są niestety zbyt ogólne i z tego powodu mogą służyć jedynie do fantazjowania.

Inną sprawą jest to, że wartość rodzimego tortu w 2014 wyniosła zaledwie 348 mln PLN, czyli $84,1 mln (przy 7% wzroście), co uplasowało nas poza pierwszą dwudziestką, którą zamknęły Indie z poziomem $100 mln, a jeśli przyjąć taki sam wzrost w 2015, to wciąż nie przebijamy poziomu azjatyckiej potęgi atomowej.

Zgodnie z badaniami Nielsena, nowe albumy (fizyczne i digitalne łącznie) przegrały w zeszłym roku w USA ze starymi o 4,3 mln kopii. Należy dodać, że nowe albumy wygrały wprawdzie ze starymi w formie streamingu lub downloadu w stosunku 52,5 do 50,9, ale jest to różnica minimalna, która w 2016 może się bardzo szybko odwrócić na korzyść muzyki katalogowej.

Duża w tym bez wątpienia zasługa rynku winylowego, który przeżywa od 4 lat prawdziwy boom na całym świecie i w 2015 urósł w USA o 30%, gdzie stanowi obecnie 5% sprzedaży fizycznych albumów i odpowiada za 8,4% wszystkich dochodów.

Winyle sprzedają w USA garściami zarówno Adele, Taylor Swift oraz Pink Floyd, The Beatles i Miles Davis. Te statystyki nie uwzględniają jednak rynku płyt używanych, który ma się doskonale dzięki Discogs. Ten zanotował w zeszłym roku poziom sprzedaży w wysokości $100 mln, z czego 8% zasiliło konta serwisu, a to nie wszystko, bo dużo sprzedano też na eBayu.

W istocie, 15% wzrost sprzedaży wszystkich form muzyki amerykański rynek zawdzięcza na dzień dzisiejszy wyłącznie płytom długogrającym i streamingowi, które ratują spadającą sprzedaż CD (-10,8%), downloadu albumów (-2,9%) i downloadu pojedynczych kawałków (-12,5%). Mimo tego, 65,6% dochodu wytwórnie muzyczne w USA pozyskują obecnie dzięki jakiejś formie usługi wykorzystującej Internet, tak więc kierunek rozwoju jest łatwy do przewidzenia.

Te proporcje odzwierciedla również rynek brytyjski (największy rynek muzyczny w Europie, warty na dzień dzisiejszy $1,3 mld), na którym download albumów zmalał w 2015 o 13,5%, sprzedaż CD o 3,9%… ale sprzedaż winyli wzrosła o 64%!

Ten stan rzeczy zaczyna prowadzić do sytuacji wcześniej niespotykanej, w której duże sieci tj. Tesco wprowadzają do sprzedaży winyle, blokując ograniczone możliwości przerobowe europejskich tłoczni dużymi zamówieniami, co odbija się negatywnie na małych, niezależnych wytwórniach.

Za tymi liczbami stoi jednak konsument, który przestał kupować CD, rzadko korzysta z downloadu, kupuje za to coraz więcej czarnych płyt i w tym samym czasie ma duży opór przed korzystaniem z płatnego streamingu, głównie natury finansowej, bo jak pokazuje raport 360 Nielsena, 46% tych, którzy wciąż nie płacą za żadną usługę typu Spotify, Apple Music czy Google Play (jak autor tego artykułu), nie robi tego ze względu na cenę, a 42% nie robi tego… bo może streamować muzykę za darmo z YouTube, który z tego właśnie powodu w pierwszym półroczu 2015 przebił o 60,6% wszystkie inne usługi streamingowe razem wzięte, płatne i darmowe!

To prowadzi nas do terminu multi channeler, co oznacza osobę słuchającą muzyki ze wszystkich dostępnych formatów (CD, winyl, streaming). Te stanowią wg badań BFI nawet 2/3 wszystkich odbiorców muzyki. Osoby te odsłuchują najpierw muzykę z YouTube, a potem kupują fizyczny album, żeby mieć go w wysokiej jakości lub po prostu, żeby postawić go na półce. Co ciekawe, najliczniejsza grupa multi chanellerów, to nie tylko młodsi Milenialsi i nastolatki, ale przede wszystkim fani muzyki w wieku 35-54 lat (80%).

To również ta grupa zasila renesans czarnej płyty, gdyż ma dużo pieniędzy w portfelu i zaczyna się starzeć, czemu towarzyszy nostalgia za latami, w której ukształtował się jej gust muzyczny. Ten, jak wskazują badania, formuje się zaś na dobre po 33. roku życia i rzadko potem zmienia! Nieprawdą jest więc obiegowa opinia, że kupowanie winyli to syndrom hipsterów w wieku studenckim. Ci mogą pozować na modnych, wydając od czasu do czasu pieniądze w niezależnym sklepie muzycznym, ale nie są realną siłą rynkową.

Czy to odpowiada nam jednak na pytanie, dlaczego z półek coraz częściej schodzi muzyka katalogowa? Na to odpowiada nam w swojej nieocenionej Retromanii Simon Reynolds, logicznie wskazując na pojawienie się Internetu (a ściślej YouTube’a) jako na punkt zwrotny:

W erze przedinternetowej już było więcej informacji i kultury, niż jednostka była w stanie przetrawić. Jednak większość tej kultury i tkanki kulturowej była schowana przed ludzkim wzrokiem w bibliotekach, muzeach i galeriach. Dzisiaj silniki wyszukiwania zniwelowały opóźnienie związane z przeszukiwaniem mrocznych zakątków biblioteki.

Oznacza to, iż obecność przeszłości w naszym życiu ogromnie i podstępnie się zwiększyła. Stare rzeczy albo bezpośrednio przenikają teraźniejszość, albo czają się tuż pod powierzchnią w formie wiecznie obecnych okien do innych czasów. Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do tej wygody, iż ciężko nam sobie przypomnieć, że życie nie zawsze wyglądało w ten sposób; że w miarę niedawno żyliśmy wciąż w kulturze teraźniejszości, z przeszłością zamkniętą we własnych granicach, uwięzioną w konkretnych miejscach lub obiektach.

Conradino Beb

Gdyby korporacje mogły reklamować się w naszych snach…

Znany amerykański pisarz James B. Twitchell, autor Lead Us Into Temptation: The Triumph of American MaterialismAdcult USA: The Triumph of Advertising in American Culture czy 20 ads that shook the world, napisał że prawdziwym pytaniem nie jest, ile reklam widzimy? Prawdziwym pytaniem jest, co musimy zrobić, żeby nie widzieć żadnych reklam? A odpowiedzią jest: musimy pójść spać!

Jednak co, gdyby  korporacje nauczyły się w końcu uzyskiwać dostęp do naszych marzeń sennych i wykorzystywać je do nadawania reklam? Ten scenariusz rodem z powieści Philipa K. Dicka eksploruje krótki film zrealizowany przez Studio Smack… który sugeruje, że pierwsza oczywiście będzie Coca-Cola.

Mustang (2015)

mustang_2015_original_poster

Aranżowane małżeństwo to tradycja, która we współczesnej kulturze Zachodu nie ma żadnej racji bytu, ale jeszcze na początku XX wieku był to standard wśród europejskiej arystokracji, która przyjmowała iż zawiera się je dla statusu, pozycji i majątku, a nie dla gorących uczuć.

Faktycznie, małżeństwo z miłości do kultury europejskiej wprowadził w dużej mierze XIX-wieczny romantyzm ze swoim akcentowaniem „drogi serca”, co pozwoliło – choć proces ten trwał lata – na odrzucenie tradycjonalistycznych przekonań i wprowadzenie do obiegu alternatywnej wizji związku dwójki partnerów, która przyjęła się z czasem na dobre i stała się nawet dominującą.

Mustang w reż. Deniz Gamze Ergüven przypomina jednak, że w wielu krajach praktyka ta jest wciąż żywa, a w Turcji (rodzimym kraju reżyserki, która wyemigrowała jednak do Francji w 1980) 1 na 5 małżeństw jest aranżowane, co prowadzi do prawdziwych tragedii, które rzadko wychodzą jednak na światło dzienne, gdyż są starannie tuszowane przez rodzinę.

Ale nawet jeśli Turcja jest krajem muzułmańskim, więc tradycja ta jest blisko związana z religią, optyka przyjęta w filmie nie jest krytyką Islamu per se. Mamy za to do czynienia z próbą wprowadzenia widza w realia procesu, który nie daje młodym dziewczynom żadnego wyboru!

Scenariusz, który napisała również Ergüven, osadza akcję w małej wiosce 100 km od Stambułu, w której wychowuje się 5 sióstr-sierot. Z braku ojca i matki za ich życie biorą odpowiedzialność wujek i babcia, reprezentujący najbardziej konserwatywną część tureckiego społeczeństwa, głęboko wierzący w sens aranżowania małżeństwa młodym istotom, które są dla nich tak naprawdę ekonomicznym ciężarem.

Problem w tym, że dziewczyny w okresie dojrzewania nie tylko nie są gotowe do małżeństwa, ale spontanicznie odkrywają swoją seksualność, co kłóci się z tradycjonalistycznym przekonaniem ich opiekunów, że wszystkie powinny pozostać dziewicami aż do ślubu.

Najstarsza siostra, Sonay, już uprawia seks ze swoim kochankiem, wymykając się z domu przy każdej okazji, a reszta z wypiekami na ustach śledzi jej przygody. Tymczasem nadchodzi dla niej dzień, w którym spotka swojego przyszłego męża.

Ostatecznie Sonay udaje się przekonać wujka, że powinna wyjść za swojego chłopaka, co jest jasnym punktem całej historii, gdyż reszta sióstr nie będzie już miała tyle szczęścia. Wpychanie ich przez rodzinę w ramiona młodych mężczyzn z tej samej wioski, gdy tylko osiągną odpowiedni wiek, jest przesycone smutkiem i beznadzieją, które doprowadzają najmłodszą z nich, Lele, do decyzji o ucieczce do Stambułu zanim będzie za późno, w czym utwierdza ją samobójstwo Esce, siostry którą wujek nocami gwałcił i którą w ten sposób popchnął do rozwiązania ostatecznego.

Zaletą Mustanga jest przede wszystkim naturalnie prowadzona akcja, która mimo bardzo poważnego tematu, nie kreuje w odbiorcy żadnego uczucia ciężaru. Do tego dokładają się ciekawe kreacje młodych aktorek i malownicze zdjęcia tureckiej prowincji z jasnym niebem w tle i gorącym słońcem, które kontrastują z prawdziwym piekłem nastolatek.

Film nie jest przesycony festiwalowym artyzmem, ale nie proponuje też w zamian jakiegoś wysoce oryginalnego języka autorskiego. Materiał bez wątpienia oscarowy (spełnia wszystkie kryteria), ale mało w swojej formie rewolucyjny. Prosta historia z łatwym do odczytania przekazem.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Mustang
Produkcja: Turcja/Francja/Niemcy, 2015
Dystrybucja w Polsce: Gutek Film
Ocena MGV: 3,5/5

Chile uruchomiło największą plantację medycznej marihuany w Ameryce Południowej

Rząd Chile oficjalnie zezwolił dwa dni temu na otwarcie największej plantacji medycznej marihuany w Ameryce Południowej, dając kolejny sygnał postępującej liberalizacji społecznej. Uprawa licząca 6,9 tys. roślin została ulokowana w małym miasteczku Colbun (275 km od Santiago) i ma zapewnić dostęp do leku 4 tysiącom osób.

Uprawa w Colbun jest kolejnym krokiem w masowej uprawie konopi po sukcesie projektu nadzorowanego w centrum Santiago i pojawia się w Chile w momencie, gdy parlament debatuje nad dekryminalizacją posiadania małych ilości i uprawy na własny użytek.

Jak twierdzi Ana Maria Gazmuri z Fundacji Daya: Konserwatywne przez wiele lat społeczeństwo w ciągu ostatnich kilku lat bardzo szybko zmienia swoje poglądy dotyczące marihuany. Uprawa ta umożliwi ludziom bezpośredni wgląd w rzeczywistość tej rośliny i jej zastosowanie. Nie obyło się jednak bez problemów ze strony prohibicjonistów, którzy próbowali opóźnić inaugurację projektu.

Fundacja ma nadzieję na zebranie plonu w wysokości 1,5 tony kwiatostanów konopi od marca do maja pod kontrolą chilijskiego ministerstwa rolnictwa. Aktywiści będą przy tym pracować ramię w ramię z uniwersytetami i laboratoriami w celu ustalenia optymalnej terapii dla chorych na chroniczne bóle, epilepsję czy różne odmiany raka.

Zobacz relację

Źródło: Reuters

Marcelo Burlon wprowadza psychodeliki, neoszamanizm i UFO do świata mody

Urodzony w 1977 w surowej argentyńskiej Patagonii, Marcelo Burlon przeniósł się wraz z rodziną do Porto Potenza Picena na południu Włoch w wieku 14 lat. W 1998 przeprowadził się do Mediolanu, gdzie rozpoczął karierę klubową. Startując od selekcjonera w klubie Magazzini Generali, w końcu stał się rzecznikiem PR, didżejem, promotorem i stylistą, powiększając swoją bazę klientów o Nike, Adidasa, Versace, Calvina Kleina, Pradę i Jil Sander.

W 2013 Burlon wystartował z własną marką odzieżową County of Milan, zbudowaną na wcześniejszych doświadczeniach z produkcją T-shirtów, którą tak opisuje jej właściciel, konsekwentnie odmawiający nazywania się dizajnerem: Mówimy o prawdziwym szamańskim rytuale, momencie kolektywnej ekstazy i duchowej transformacji, który odnajdujemy w zachodniej kulturze, nawet jeśli w zupełnie odmiennym kontekście, w nocnych klubach, tańcząc w rytm pulsującej muzyki elektronicznej i stroboskopów. Obmywani przez substancje psychoaktywne, zawieszeni w pustce, bez świadomości istnienia.

W świeżym wywiadzie dla włoskiego Vice’a Burlon szczegółowo wyjaśnia nawet, skąd w jego kolekcji pojawiły się neoszamanistyczno-psychedeliczne wzory: Urodziłem się i wychowałem w hipisowskiej wiosce w Patagonii, gdzie jedna z moich przyjaciółek była szamanką. To ona wprowadziła mnie w szamanizm i nauczyła mnie pewnego rytuału, który miałem powtarzać. Razem z moim przyjacielem-czarownikiem omawialiśmy później pomysł na rytuał szamański, który chcieliśmy przeprowadzić na wybiegu mody. Tłumaczył mi on wtedy, iż bardzo ważne jest, żebym był centrum tego rytuału.

Dalej Burlon wyjaśnia również swoją wiarę w UFO mówiąc: Patagonia to bardzo ciekawa i uduchowiona kraina, znajdziemy tam również przybyszy z kosmosu. Pewnego razu wspólnie z moim przyjacielem widzieliśmy o zmierzchu smugę światła mknącą przez niebo z szybkością ponaddźwiękową. Wydawało nam się, że leci prosto na nas, ale przelatywała nad górami. Istnieją istoty o wyższym poziomie rozwoju należące do różnych społeczeństw, tak jak na Ziemi.

Burlon właśnie zaprezentował swoją męską kolekcję na jesień 2016. Ta została bardzo wysoko oceniona przez Luke’a Leitcha na łamach Vogue, który podkreśla jak zręcznie połączył on organiczne, halucynogenne motywy z etnicznymi wzorami z Patagonii, oferując w pełni neoplemienne doświadczenie pełne ciepła i dające uczucie przygody.

Prezentację swojej kolekcji Argentyńczyk otworzył słowami: W ten wieczór obchodzę trzecią rocznicę swojego brandu. Ale nie chodzi tylko o brand, bo to styl życia. Jestem didżejem i pracowałem dla dizajnerów bardzo długo jako dizajner i promotor. Ale w pewnym momencie zdecydowałem promować sam siebie i wystartować z tym brandem, który okazał się wielkim sukcesem. Dziękuję mediom społecznościowym i wszystkim rewolucjom, które zastałem. Dzisiaj celebrujemy szamańską ceremonię, którą przeprowadzam na wybiegu. Dziękuję wszystkim bogom.

Kolekcja męska jesień 2016:

men2016_burlon_1

men2016_burlon_2
men2016_burlon_3
men2016_burlon_4
men2016_burlon_5
men2016_burlon_6
men2016_burlon_7
men2016_burlon_8

Wieża zegarowa w Oslo gra utwory Motörhead i Davida Bowiego do końca maja!

Urząd miejski w Oslo rozpoczął społeczny hołd dla zmarłych w ciągu ostatnich trzech tygodni, Davida Bowiego i Lemmy’ego Kilmistera z Motörhead, grając ich utwory z wieży zegarowej. Codziennie od 18:00 do 19:00 leci Electricity oraz Changes i tak będzie aż do końca maja.

Lemmy Kilmister, muzyk The Rockin’ Vickers, Hawkwind, Motörhead, odszedł z tego świata 28. grudnia 2015 i już stał się memem dekady. Myśleliśmy, że będzie nieśmiertelny także dlatego, że w ostatnich kilku miesiącach zmienił swoje życie, odszedł od whisky ze względów zdrowotnych na rzecz wódki (której reklamowania uporczywie jednak odmawiał) i odzyskał miłość do gier komputerowych… jednak rak nie dał mu żadnych szans.

Londyńczyk Davie Bowie, ikona mody i muzyki czy muzyko-mody, odszedł 10. stycznia 2016 po dłuższej, choć nigdy nie ujawnionej nikomu poza najbliższą rodziną, walce z rakiem, na Manhattanie w Nowym Jorku. Artysta w niesamowity sposób przetrwał próbę dekad, a przed swoją śmiercią zdążył wydać jeszcze jeden album, Blackstar, który właśnie zajął pierwsze miejsce na liście sprzedaży zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w USA (podwójne przyklepanie). Tak trzymać!

Zobacz relację z hołdu!

Kalifornia wprowadza system apelacji regionalnych dla marihuany na wzór wina

Zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych, producenci wina mogą starać się o apelację regionalną, która daje im większą rozpoznawalność, a więc większy potencjał zbytu. Konsumenci z drugiej strony otrzymują gwarancję pochodzenia czy jakości tego, co kupują i wszyscy są szczęśliwi. Czy marihuana pójdzie w tym samym kierunku? Kalifornia odpowiada twierdząco, wprowadzając pierwszą ustawę, która ma gwarantować lokalność odmian w stylu Mendo Purps.

Medical Marijuana Regulation and Safety Act, czyli ustawa o apelacjach konopnych, to nowa regulacja prawna, która weszła w Kalifornii w życie na początku stycznia. Ma ona na celu ustanowienie granic, w których można uprawiać odmiany charakterystyczne dla konkretnych hrabstw tj. Humboldt, Mendocino czy Trinity (Szmaragdowy Trójkąt) i wyciąć opatrywanie anonimowej marihuany nieznanego pochodzenia nazwami kojarzącymi się z legendarnymi strefami uprawy, co pozwala windować ceny i oszukiwać potencjalnych klientów.

organic_outdoor_grow
Kalifornijska uprawa typu outdoor

Jak tłumaczy Dale Sky Jones, rektor Uniwersytetu Oaksterdam w Oakland: Oprócz przydatności dla świadomego konsumenta, który szuka konkretnej odmiany marihuany na specjalną okazję lub po prostu, bo ją lubi, apelacje mogą ochronić małe uprawy przed inwazją dużych korporacji. W ten właśnie sposób mały biznes konkuruje z dużym. I z tego powodu ma to niezwykle duże znaczenie. Apelacje staną się pierwszymi liniami obrony.

Rozwiązanie to ma wesprzeć growerów ze znanych powszechnie części Kalifornii, którzy spędzili dekady rozwijając odmiany konopi dające wysokiej jakości marihuanę i nie chcą być świadkami rozwadniania swojej marki przez biznesmenów szukających szybkich zysków. Do odmian tego typu należą m.in. Mendo Purps – legendarna fioletowa indica z hrabstwa Mendocino, Trinity Kush, Lost Coast OG, Mendocino Madness, LA Affie, LA Confidential, czy słynny na cały świat OG Kush.

Zabieg ten, jak można sądzić, został podyktowany zbliżającym się, listopadowym referendum w Kalifornii, które rozstrzygnie ostatecznie, czy marihuana stanie się tam w pełni legalna, jako że od 1996 jest ona legalna tylko do użytku medycznego (co obejmuje jednak uprawę, handel i posiadanie). Nie zmienia to jednak faktu, że Kalifornia pozostaje największym producentem marihuany w USA i w ostatnich latach przeżywa boom inwestycji w tym sektorze.

System apelacji jest środkiem, który ma ochronić unikalną tradycję i pozycję Kalifornii w przemyśle konopnym. W każdym zakątku naszego stanu żyją odizolowane społeczności uprawiające konopie i każda z nich ma swoją własną, unikalną kulturę. Jednak odcięcie od świata, które pomagało im prowadzić nielegalne operacje, teraz stwarza problemy w walce z konkurencją. – twierdzi Hezekiah Allen, dyrektor naczelny California Growers Association, lokalnej platformy lobbingowej i edukacyjnej.

og_kush_nug
OG Kush

Allen dodaje przy tym, iż chciałby widzieć w systemie apelacji zainteresowanie także innymi sprawami oprócz pochodzenia produktu, głównie wiążącymi się z kwestią zdrowia i ekorozwoju, tj. uprawa organiczna, badanie na obecność pestycydów i standardy lokalnej społeczności, które nie zostały jak na razie włączone do tekstu nowej ustawy. Ale ta poczeka jeszcze przynajmniej kilka miesięcy, aż system będzie gotowy do praktycznego wdrożenia. Niektórzy sądzą nawet, że można się tego dopiero spodziewać około 2018.

Conradino Beb

 

Źródło: The Guardian

Sicario (2015)

sicario_poster_2015

Denis Villeneuve to jeden z tych niezależniaków, którego kolejne kroki obserwować zdecydowanie warto. Jego poprzedni film, Wróg z Jakiem Gyllenhaalem w roli głównej, to przykład brawurowo wyreżyserowanego mystery thrillera, który długo zapada w pamięć, pomimo że został zbudowany na bardzo rzadko eksplorowanym przez filmowców temacie. Villeneuve’a w skrócie można określić jako przedstawiciela nowej fali kina gatunkowego, coraz częściej nazywanej artystycznym kinem akcji czy kinem hybrydowym.

W Sicario artysta skompletował fantastyczną obsadę z Benicio Del Toro na czele (Las Vegas Parano, Traffic, Przekręt), Emily Blunt (Diabeł ubiera się u Prady, Looper, Gideon’s Daughter) i Joshem Brolinem (Wada ukryta, To nie jest kraj dla starych ludzi, Planet Terror), z którą stworzył film o wojnie amerykańskich agencji federalnych z meksykańskimi kartelami narkotykowymi, a więc o Wojnie z Narkotykami. I choć dragi pojawiają się w Sicario jedynie w tle, zdajemy sobie sprawę, że przemoc, której jesteśmy świadkami, jest skutkiem handlu nielegalnymi substancjami (marihuaną, metamfetaminą i kokainą).

Nieszczęśliwie, Villeneuve w swojej próbie eksploatacji modnego tematu zdecydował się skorzystać ze scenariusza Taylora Sheridana, znanego z roli zastępcy szeryfa w Sons of Anarchy, który doświadczenia w pisaniu nie ma żadnego, co widać w Sicario na każdym niemal kroku. Skutkiem tego, postaci ożywione przez artystę są ciekawe tylko do momentu, kiedy zaczynamy zastanawiać się nad ich głębszymi motywacjami, kiedy ujawniają, że zbudowano je z wytartych klisz i kazano odgrywać ciężko ciosaną historię. Mocnymi punktami są jednak kunsztowna reżyseria i piękne zdjęcia.

Poznajemy więc Kate Macer, funkcjonariuszkę oddziału SWAT, która pomimo długiego stażu w FBI i codziennej porcji ofiar śmiertelnych, wciąż emanuje aurą idealistki i niewiniątka. Film jest opowiadany w dużej mierze z jej perspektywy – zmaskulinizowanej kobiety biorącej prysznic raz w tygodniu, wierzącej w sens własnej służby i przeżywającej ciągły szok w związku z brutalnymi realiami walki z Kartelem z Juárez (który jest tu centralnym wrogiem). I nawet jeśli Blunt gra swoją rolę idealnie, symultanicznie sygnalizuje, że została w niej uwięziona i choćby chciała pokazać więcej, nie ma na to żadnych szans.

Optyka Kate nie jest jednak jedyną zaprezentowaną w filmie, bo w pewnym momencie reżyser odsłania – dosyć naiwny tak naprawdę – wątek szukającego zemsty, płatnego zabójcy Alejandro, o którym nie dowiadujemy się prawie niczego przez cały film, poza tym że pracuje z CIA, żeby przywrócić pierwotny sens w świecie karteli poprzez zabicie meksykańskiego bossa, Fausto Alarcona (sic!) Reżyser pokazuje nam jego „głębię” tyko raz, w jednej z ostatnich scen Sicario… w której dowiadujemy się, że świat to brutalna arena walki. Truizm ten podcina niestety wszystkie artystyczne zabiegi Villeneuve’a.

Całość zostaje sprzedana widzowi jako walka tajnych służb ze zorganizowaną przestępczością, w której stawką jest przywrócenie równowagi (wyjaśnienie samo w sobie absurdalne). Mamy więc operację CIA, którą dowodzi niejaki Matt Graver, w ramach której zatrudnieni zostają zarówno Kate, jej kolega ze SWAT, Reggie, jak i Alejandro, który… pracuje zwykle dla Kartelu z Medellín, ale dał się zwerbować Graverowi, bo jest przecież najemnikiem. Nie ma chyba nawet co wyjaśniać, że dodanie wątku kartelu uśmierconego na początku lat ’90, który teraz miałby współpracować z rządem USA, brzmi jak scenariusz Rambo IV i jest kolejnym strzałem w piętę.

Ale jeśli pominąć mało wiarygodną historię, Sicario oferuje bardzo ciekawy nastrój grozy i wyczekiwania, który kulminuje w szeroko komentowanej przez media „scenie wejścia do tunelu”. Villeneuve używa w niej kolorowych filtrów i zaskakującego montażu – który w innych scenach jest poprawny, ale brakuje mu pewnej gładkości – oferując perspektywę współczesnego żołnierza podłączonego do termowizora i wykonującego swoją misję, jak w grze komputerowej, a wszystko z mrocznymi dronami w tle, skomponowanymi przez Jóhanna Jóhannssona, którego muzyka w innych momentach jest jednak bardzo przeciętna.

Ta mroczna aura została generalnie dobrze nakreślona, szczególnie że od czasu do czasu akcentuje się ją zdjęciami krwawych zwłok, a to wywlekanych z sekretnych schowków w Arizonie, a to zwisających z mostu bez głów w centrum Juárez. Sicario posiłkuje się zresztą regułą Cormana, która mówi, że w pierwszych 10 minutach filmu musi dojść do jakiegoś brutalnego wydarzenia i faktycznie mamy wybuch zaminowanego schowka – w powietrzu fruwają poszarpane kończyny, co ustanawia klimat dla całego filmu.

Powiedzmy sobie jednak szczerze, że pomimo kilku jasnych punktów to nie jest Traffic, True Detective ani Beasts of no Nation, bo Sicario brakuje zwyczajnie głębi tychże dzieł. Wojna w filmie Villeneuve’a nie ma żadnych odcieni szarości i nie powoduje żadnych większych komplikacji. Amerykanie wjeżdżają do Meksyku, porywają kogo trzeba, zabijając po drodze wszystkich podejrzanych i jest cacy, bo kryminalistów traktuje się bez litości, a jeśli nie my ich, to oni nas. W skrócie, mającemu potencjał filmowi nie służą liczne uproszczenia. Do obejrzenia i zapomnienia.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Sicario
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: Monolith
Ocena MGV: 3/5

Najmodniejszym zdjęciem z aresztowania za dragi szczyci się… David Bowie

Tylko David Bowie mógł się dać złapać za posiadanie marihuany wspólnie z Jamesem Osterbergiem, czyli Iggym Popem, który został spisany przez policję pod swoim prawdziwym imieniem, a pierwszą rozprawę mieć 20. kwietnia (czyli w słynnym dniu 420)… i nie stracić przy tym ani na chwilę równowagi.

Śmierć ukochanego dandysa-kameleona popkultury zmusza prasę i Internet do wypluwania ze swojego gardła coraz ciekawszych anegdotek z życia muzyka, które obfitowało w wielokrotne transformacje, zadziwiające wydarzenia i zaskakujące zwroty akcji, których legenda oczywiście z czasem urośnie i w końcu zamieni się w mit, którym będziemy żyli jeszcze przez następnych 500 lat.

Jedną z najciekawszych jest aresztowanie Bowiego za posiadanie 182 g marihuany 21 marca 1976 w Rochester w stanie New York. Tego wieczoru Bowie grał tam koncert w Community War Memorial Arena, po którego zakończeniu zawinął do Hotelu Americana razem ze wspomnianym Jamesem Osterbergiem, by kilka godzin później znaleźć się w rękach lokalnej policji.

Była 2:25 nad ranem, więc Bowie był już od dłuższego czasu w imprezowym nastroju i właśnie wtedy do jego apartamentu hotelowego wtargnęła, wcześniej dobrze poinformowana, obyczajówka, która aresztowała go wspólnie z Osterbergiem i trzema innymi imprezowiczami. Bowiego wyprowadzono po cichu z budynku, żeby nie wzbudzić podejrzeń fanów i reporterów telewizyjnych czekających pod hotelem, po czym zawieziono na komisariat, a potem do więzienia okręgowego w Monroe.

Po opuszczeniu puszki tego samego dnia o 5:30 po południu za kaucją wynoszącą $2 tys., którą Bowie wpłacił za wszystkich aresztowanych, odnoszący się raczej z dużą rezerwą do mediów „przestępca” udzielił krótkiego wywiadu w biurze swojego prawnika, w którym wyznał, że policja była bardzo grzeczna i miła… używając nawet słowa „super”. I choć wiele innych pytań reporterów pozostało bez odpowiedzi, Bowie wyznał, że nigdy w życiu nie wpłynie to na jego decyzję o powrocie do Rochester (gdzie nigdy już nie wrócił).

Rebel Rebel (live) / Nassau Coliseum, 23.03.1976

25 marca Bowie stawił się po raz pierwszy w sądzie, chudy i blady, żeby złożyć wstępne wyjaśnienie w swoim postępowaniu – za posiadanie marihuany groziło mu 15 lat więzienia – i wtedy właśnie zostało wykonane słynne zdjęcie! Widzimy na nim artystę z nienaganną manierą w garniturze zaprojektowanym przez jego osobistego dizajnera, Freddiego Burrettiego (który odszedł w 2001), wpatrującego się w kamerę ze spokojem buddy.

Cała historia ostatecznie skończyła się dobrze. Thomas G. Presutti i Anthony F. Leonardo, prawnicy Bowiego, przebłagali sąd, wyjaśniając że ich klient nie ma na swoim koncie żadnego wcześniejszego przewinienia. Ten, zebrany 20 kwietnia, oddalił bez większych problemów wszystkie zarzuty i historia szybko poszła w niepamięć, szczególnie że artysta miał w tym czasie… dziury w pamięci na skutek walenia dużych ilości kokainy.

Incydent na lata zniknął w odmętach popkulturowej podświadomości, aż pewnego dnia pracownik domu aukcyjnego o imieniu Gary Hess znalazł wspomniane zdjęcie Bowiego w opuszczonym domu byłego oficera policji z Rochester, gdzie wygrzebał je ze śmietnika i sprzedał na eBayu za $2,700, co wywołało renesans tego zabawnego epizodu.

Conradino Beb

Źródło: Rochester Subway

„The Side Effects of the Cocaine”: komiks o Chudym Białym Księciu

W sierpniu 2010 pisarz Sean T. Collins oraz rysownik komiksowy Isaac Moylan wrzucili na Tumblr krótki komiks zatytułowany The Side Effects of the Cocaine z podtytułem David Bowie 01 April 1975 – 02 February 1976. Umieszcza to akcję na samym początku okresu Chudego Białego Księcia, który Bowie zasygnalizował wypuszczeniem płyty Station to Station. Ta została przez niego zrealizowana w permanentnym, kokainowym ciągu, który doprowadził go do takiego stanu, iż artysta nie był sobie nawet później w stanie przypomnieć, gdzie i jak ją nagrał.

Jak twierdzi Peter Bebergal w swojej książce Season of the Witch: How the Occult Saved Rock and Roll: Kiedy dziewiętnastoletni Cameron Crowe odwiedził Bowiego w 1975, żeby przeprowadzić wywiad dla Rolling Stone, znalazł go w narkotykowym delirium, w którym ten palił czarne świece w celu ochrony przed niewidzialnymi mocami za oknem.

Należy dodać, że dieta Bowiego w tym czasie składała się wyłącznie z czerwonej papryki, mleka i kokainy, co doprowadziło go do paranoicznych urojeń i halucynacji. W tym samym czasie jego koncerty przybrały bardziej minimalistyczną formę, co było odwrotem od wcześniejszych, muzyczno-wizualnych orgii.

Zmienił się także jego styl, który eksponował teraz garderobę z lat ’40 (co było początkiem jego fascynacji retro) i francuskie fajki marki Gitanes poetycko wystające z kieszeni… a poza tym Bowie coraz częściej zapominał teksty piosenek podczas występów na żywo.

W tym samym roku piosenkarz udzielił wywiadu Playboyowi, w którym czytamy: Telewizja jest najskuteczniejszym faszystą, nie ma co dodawać. Gwiazdy rocka to też faszyści. Adolf Hitler był jedną z pierwszych gwiazd rocka… popatrz na jego filmy i zobacz jak się ruszał. Sądzę, że był tak dobry jak Jagger.

To niesamowite. A kiedy wszedł na scenę, kręcił publiką na wszystkie strony. Dobry Boże! Nie był politykiem. Był artystą medialnym. Używał polityki i ekspresji teatralnej, co pozwoliło mu stworzyć technikę, dzięki której kontrolował i rządził spektaklem przez 12 lat. Świat nigdy już nie zobaczy mu podobnego. Urządził z kraju scenę.

Komiks bardzo ciekawie łapie ten cały nastrój…

bowie_comics1 bowie_comics2 bowie_comics3 bowie_comics4 bowie_comics5
Przeczytaj cały komiks

Próba przemytu 5 kilogramów marihuany otworzyła Billowi Murrayowi karierę aktorską!

Ciężko nie lubić Billa Murraya, który należy do aktorów z wiekiem mocno pogłębiających swój talent aktorski. Ale Bill był w młodości konkretnym palaczem trawy – zresztą dalej jest – który z powodu swojego dowcipu wpadł w ręce organów ścigania z 5 kilogramami marihuany.

Jak głosi historia opublikowana oryginalnie przez Chicago Tribune, 21 września 1970 Bill czekał na lot do Denver na lotnisku O’Hare International w Chicago i żeby umilić sobie czas zażartował współpasażerowi, że ma w swoim bagażu dwie bomby.

Jego tekst usłyszał jednak jeden ze stewardów pokładowych, który natychmiast powiadomił agentów FBI. Ci nieszczęśliwie nie znaleźli żadnych śladów materiałów wybuchowych, ale z walizek wyciągnęli za to 5 kilogramów marihuany wartej w tym czasie $20 tys. (dzisiaj około $100 tys.) Cytat z Chicago Tribune sugeruje do tego, że na Murraya czekali także detektywi obyczajówki, ponieważ otrzymali anonimowe zgłoszenie.

Późniejszy aktor był w tym czasie studentem na jezuickiej uczelni, Regis University i za swoje przewinienie, do którego się przyznał, otrzymał pięć lat w zawieszeniu na mocy wyroku sądu okręgowego hrabstwa Cook w stanie Illinois. Ten zakończył jego karierę studencką, ale otworzył drzwi do kariery aktorskiej, której aktor zdecydował się spróbować, z jak wiemy dzisiaj, bardzo dobrym skutkiem.

Conradino Beb

Źródło: The Smoking Gun

Ramon Film Productions, czyli takiego kina akcji jeszcze nie widzieliście!

Wakaliwood, bo tak właśnie ochrzczone zostało małe miasteczko Wakaliga w Ugandzie, wynurzyło się ostatnio z mroków afrykańskiego undergroundu i po raz pierwszy posmakowało międzynarodowej sławy dzięki dwóm niezwykłym dziełom filmowym: Who Killed Captain Alex i Tebaatusasula! Obydwa to arcydzieła campu z ostrą jak brzytwa akcją, oryginalnymi gagami i uniwersalnym przesłaniem.

Obydwa zostały wyreżyserowane przez lokalnego czarodzieja kina akcji, Nabwanę IGG, który ma na koncie aż 40 filmów niskobudżetowych i dowodzi w Wakalidze armią mistrzów kung-fu, kaskaderów i speców od CGI, którzy kochają kino do tego stopnia, że przenieśli się tam z różnych części Ugandy.

Nabwana realizuje swoje filmy za pieniądze, za które w Europie czy USA nie dałoby się zrealizować minuty teledysku muzycznego. Jego filmy nie są wyświetlane w kinach, a dystrybuowane przez samych aktorów na DVD, sprzedawane na ulicach, którzy potem dzielą się zyskami z Nabwaną. Kosztują one w granicach 2-3 tys. ugandyjskich szylingów (około 3,5-4 PLN), ale zysk wynosi niecałe 5-15%, co ledwo pokrywa koszty operowania wytwórni.

Z tego powodu Nabwana rozpoczął kampanię crowdfundingową apelującą do fanów sztuki filmowej z całego świata, którzy mogą rozpoznać w jego dziełach prawdziwy geniusz!

Trailer do jego nowego dzieła, Operation Kakongoliro! The Ugandan Expendables, już zdążył wywołać huragan na JuTjubie (cud, miód i malina). Budżet wyniósł $2 tys. (około 8 tys. PLN), więc teoretycznie film powinien być 10 razy lepszy od Who Killed Captain Alex, który został zrobiony za $200 i może być przy nim uważany niemal za wypadek przy pracy!

Conradino Beb

Gdy Carrie Fisher wciągała koks na planie „Imperium kontratakuje”

Jak zdradziła kilka lat temu Carrie Fisher, która w gwiezdnej sadze zagrała księżniczkę Leię: Wciągaliśmy kokainę na planie Imperium kontratakuje, na lodowej planecie. Nie przepadałam jednak aż tak bardzo za koksem. Chodziło bardziej o to, żeby naćpać się czymkolwiek.

Aktorka po raz pierwszy przyznała się do problemów z narkotykami w quasi biograficznej powieści Postcards From The Edge w 1987 (zekranizowanej trzy lata później przez samego Mike’a Nicholsa), która opisuje m.in. przedawkowanie kokainy przez jej alter ego, Suzanne Vale.

Dragi, które lubiłam, były zawsze ciężkie do załatwienia. Gdybym uzależniła się od alkoholu, byłabym już martwa, bo możesz go kupić wszędzie. A że były one nielegalne, czy ilość, której potrzebowałam, była nielegalna, sprawiało to, że trudniej było mi wpaść w kłopoty. – powiedziała bez żadnych ogródek Fisher.

Aktorka dostała się do obsady Gwiezdnych wojen w wieku 19 lat, które z miejsca uczyniły ją dużą gwiazdą, ale pogorszyły tylko jej zaburzenia dwubiegunowe, które ta od młodego wieku leczyła elektrowstrząsami, gdyż nie pomagały jej żadne środki farmakologiczne.

Wkrótce Fisher zaczęła również przesadzać z różnymi nielegalnymi substancjami (heroiną, kokainą), jak również z psychotropami i alkoholem, ze względu na nowo zdobytą sławę i presję ze strony przemysłu filmowego, aby w końcu wylądować w klinice odwykowej w 1984.

Źródło: The Sydney Morning Herald

„Jessica Jones” zmienia reguły gry

Problem z superbohaterami jest taki, że zostali wyssani niemal do ostatniej kropelki przez popkulturę, mainstreamowy komiks i Hollywood. Z drugiej strony, coraz więcej głosów krytycznych wyraźnie sygnalizuje, że konsumenci kultury są znudzeni oglądaniem kolejnej produkcji o wyciętym z kartonu bohaterze, który może wszystko, bo jest nadczłowiekiem. Hiperprodukcja filmów o Iron Manie, Spidermanie, X-Menach, Fantastycznej czwórce, Thorze i Transformersach doprowadziła do wyczuwalnego nastroju kryzysu po obu stronach barykady… który do pewnego stopnia definiuje i przełamuje Jessica Jones!

Znana z Breaking Bad Krysten Ritter wciela się w jeden z najciekawszych charakterów wykreowanych przez Marvel Comics. Jessica Jones to superbohaterka, która na poziomie czysto psychologicznym nie akceptuje swoich mocy, a do tego chleje na umór, swój codzienny czas spędzając na prowokującej cynizm pracy prywatnego detektywa. Ale do szukania u ludzi najgorszych cech Jessica ma naturalny talent, który wykorzystuje wielu poważnych graczy, m.in. bezwzględna prawniczka Jeri Hogarth (znana wszystkim z Matrixa Carrie-Ann Moss) stale szukająca brudu na swoich sądowych rywali.

Nie codzienna praca sprawia jednak Jessice najwięcej trudności, a złowroga obecność jej największego wroga, Kilgrave’a (znany z nowej wersji Doktora Who David Tennant), który wcześniej bez żadnych skrupułów kontrolował jej umysł dzięki swojej parapsychologicznej sile, gwałcąc jej sumienie i każąc dokonywać czynów zostawiających nie dający się wymazać ślad na psychice.

jessica_jones_drinking_whisky
Jessica Jones nigdy nie popuszcza z piciem!

Kilgrave to przy okazji jeden z najbardziej fascynujących superzłoczyńców, jacy zostali wykreowani przez superbohaterowy komiks. Jego osobowość jest psychopatyczna, chorobliwa, ale pełna cierpienia (wynik burzliwego dzieciństwa), a jego intencje, choćby nie wiadomo jak pokręcone, podszyte bardzo ludzkimi emocjami, co sprawia że nie można go tak po prostu odesłać do skrzyneczki z Zielonym Goblinem i innymi potworkami nie przekraczającymi dwóch wymiarów. Kilgrave balansuje do tego przez większość czasu ekranowego na granicy yin i yang.

To wróg idealnie odpowiadający profilowi Jessiki Jones, która jako nastolatka przygarnięta po wypadku samochodowym przez Dorothy Walker (Rebecca De Mornay), rozwiedzioną matkę ogarniętą obsesją na punkcie sławy swojej córki Trish (Rachael Taylor), staje się świadkiem tejże codziennego molestowania, co doprowadza w końcu do ujawnienia się jej supermocy. Dorastanie Jessiki przypada poza tym na lata ’90, więc na jej ścianach mamy okazję oglądać plakaty Nirvany i Green Day, co koresponduje ze wspomnieniami dużej części Milenialsów.

I tu Melissa Rosenberg, twórczyni serialu, znana głównie z pracy przy wampirycznej sadze Twilight (ale nie bijcie), wykonuje doskonałą robotę, każąc Jessice Jones pamiętać o tych wszystkich wydarzeniach, być nimi skażoną, tworząc w efekcie superbohaterkę, która nie może się tak po prostu oddać ratowaniu świata, bo życie poskładało ją do tego stopnia, iż ciężko się jej uporać z samą sobą. Ale to świat Marvela, więc żeby odzyskać kontrolę nad własnym życiem Jessica musi zniszczyć mitycznego potwora, który w serialu przybiera postać Kilgrave’a. Elementy kina akcji nie czynią jednak tej historii bardziej papierową.

krysten-ritter-david-tennant-jessica-jones
Jessica Jones i Kilgrave

Można to nazwać rewizjonizmem gatunku, a przynajmniej sam tak to lubię określać, bo Jessica Jones porzuca wszystkie blockbusterowe schematy (włącznie z milionowymi efektami specjalnymi) i zamiast nich proponuje dramat/thriller w klasycznym stylu noir z domieszką old schoolowego motywu zemsty, grą światłocienia, ulicznym językiem, psyche rozbitą przez osobiste tragedie i zepsutą do szpiku kości tkanką miasta, w której dla szlachetnego celu trzeba umazać się po szyję gównem. Akcja rozgrywa się zaś w Nowym Jorku, przez co wszelkie zepsucie nabiera wielkomiejskiego, nieco hipsterskiego charakteru.

I nie da się zaprzeczyć, że ta perspektywa, która została także zastosowana w Daredevil, a wkrótce będzie kontynuowana w The Defenders – nowym serialu, w którym Jessica Jones i Daredevil łączą siły wspólnie z Iron Fist, a który będzie miał premierę na Netflixie w tym roku – przywraca wiarę w możliwości gatunku ograbionego przez hollywoodzkich producentów ze wszelkich dramatycznych elementów i zamienionego w wysokobudżetową bajkę dla dzieci.

Nadanie Jessice Jones bardziej ludzkiego charakteru, wyznaczenie jej nieprzekraczalnych limitów, pogłębienie jej o rozdartą psychikę, nałogi i słabości, daje szansę na zadawania innych niż dotychczas pytań. Gdzie leży jej największa słabość? Skąd biorą się jej dylematy? Jakie są uboczne efekty jej działań? Jak radzi sobie ona z problemami, które przytłaczają normalnych ludzi? A także, dlaczego niemożliwe jest dla niej egzystowanie w biało-czarnej rzeczywistości?

Te pytania tworzą żywą, patologiczną, pokręconą osobowość Jessiki Jones, w której skórze Krysten Ritter czuje się jak ryba w wodzie. Jej feministyczno-rock’n’rollowa persona zderzona z komiksową postacią tworzy kreację, z którą pokolenie Y może się zidentyfikować lub przynajmniej przyznać jej pewną dozę wiarygodności. Czekanie na kolejny pokaz cudownych mocy protagonistki wylatuje przez okno, znacznie ważniejsze staje się za to śledzenie jej drogi przez otchłań wyborów, które nigdy nie są łatwe i zawsze mają poważne konsekwencje.

Conradino Beb

Czterech jeźdźców Apokalipsy (1975)

four-of-the-apocalypse-1975-kadr

Gdy w drugiej połowie lat 70-tych spaghetti western umierał śmiercią naturalną, Lucio Fulci cementował styl, który miał mu służyć przez całe lata 80-te. Zaczynając od komedii sytuacyjnych w latach ’60, artysta stopniowo wchodził w świat grozy i krwi, wpierw kręcąc genialne gialllo Jaszczurka w kobiecej skórze, a potem wymierzony w tradycjonalizm południa Włoch dramat/thriller, Nie torturuj kaczuszki.

Choć nakręceni w 1975 roku Czterej jeźdźcy Apokalipsy nie są pierwszym romansem Włocha z Dzikim Zachodem, bo w poprzedniej dekadzie nakręcił on bardzo ciekawy Czas masakry, a dwie części przygód Białego Kła noszą wszelkie znamiona kina kowbojskiego, jest to mimo wszystko kino bardzo osobliwe.

Bohaterowie tej opowieści to ludzie żyjący na marginesie, wykluczeni poza ramy społeczeństwa. Karciany kanciarz Stubby (Fabio Testi), ciężarna prostytutka Bunny (Lynne Frederick), drobny pijaczyna Clem (Michael J. Pollard) oraz niezrównoważony psychicznie, czarnoskóry grabarz Bud (Harry Braid), odsiadują w jednej celi wyrok z rozkazu szeryfa miasteczka Salt Flats. Jak się jednak okazuje, szeryf ocalił im życie przed zgotowaną za jego zgodą, krwawą czystką miasteczka z panoszącego się po ulicach grzechu.

Odstający od amerykańskiego archetypu „jeźdźca znikąd” protagonista, który w obronie interesu większości naraża się na zagrożenie, to nic nowego we włoskim westernie. Ale grupą naszych bohaterów kierują raczej przyziemne chęci dotarcia do miejsca, w którym będą mogli spokojnie oddawać się swoim zajęciom. Po drodze do bandy dołącza także samotny podróżnik Chaco (Tomas Milian), który szybko zaczyna mieszać szyki w grupie, ale metody rozprawiania się ze śledzącymi go wrogami wzbudzają w reszcie podejrzenia.

Fulci sprawnie balansuje na pograniczu różnych gatunków filmowych, pokazując nam, że te w kinematografii są raczej umowne. Najwięcej przeplata się tu wątków charakterystycznych dla późniejszych tworów Lucjana. Mamy więc całkiem okazałe gore i klimat sennego koszmaru.

Kreacja Chaco wygląda jak żywcem wyciągnięta z jakiejś hipisowskiej komuny, Milian inspirował się Charlesem Mansonem i z tego powodu to postać równie przerażająca, co fascynująca. Jego popis podczas narkotycznej sekwencji – próby naćpania współtowarzyszy w celu grabieży – to prawdziwy majstersztyk. Szkoda jednak, że postać ta nie dostała więcej czasu ekranowego – Chaco niby jest głównym czarnym charakterem, ale końcówka z jego udziałem kreuje wiele zastrzeżeń.

Nie chodzi jednak o jej intensywność czy generalny wydźwięk, bo tutaj jest tak jak powinno – niemający nic do stracenia bohater samotnie wkracza do opanowanej przez bandziorów Chaco szopy, by w brutalny sposób rozprawić się ze swoim antagonistą. Bardziej kuleje filmowe tępo, które nie zostało odpowiednio wygładzone.

Intensywny początek, który przechodzi w osobliwe kino drogi, nijak ma się do drugiej połowy seansu. Zapowiedzią jest epizod w osnutym strugami deszczu i połaciami pajęczyn, górniczym mieście widmo. I choć zakończenie tego wątku jest mocne, a nawet bardzo, Fulci, dysponując taką scenografią, mógł wyciągnąć z filmu jeszcze więcej.

Wielu widzów narzekać może też na muzykę country. Cook & Benjamin Franklin Group (studyjna grupa Fabia Frizziego) przyjemnie umilają podróż swoimi spokojnymi balladami, jednak na jakiś bardziej zapadający w pamięć utwór muzyczny nie ma co tutaj raczej liczyć. Taki zabieg, zastosowany choćby przez D’Amato w Scansati… a Trinità arriva Eldorado, wyróżnia film na tle podobnych. Dla mnie miły dodatek, ale w pełni rozumiem także drugą stronę.

Czterech jeźdźców Apokalipsy to kawał naprawdę interesującego, krwawego kina, który powinni docenić nie tylko fani spaghetti westernu, ale także szeroko pojętego włoskiego horroru. Co prawda film brutalnością nie może mierzyć się z takimi dziełami jak Zombi 2, czy Nowojorski rozpruwacz, ale mniej odporni widzowie odwrócą kilka razy głowę, zwłaszcza gdy w ich ręce trafi wersja uncut. I chyba to jest najlepsza rekomendacja, jaką można dać filmowi. Krew, koszmar i doza psychodelii, tak wygląda Dziki Zachód w obiektywie Lucia Fulciego!

Oskar „Dziku” Dziki

 

Znany pod tytułami: Four of the Apocalypse / I Quattro dell’apocalisse
Produkcja: Włochy, 1975
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Cztery kolejne stany USA niemal na pewno zalegalizują marihuanę w 2016!

W miarę jak ruch legalizacyjny w USA rośnie w siłę, a konserwatywna opozycja słabnie, coraz więcej inicjatyw stanowych przekonuje wyborców, że nadszedł wreszcie czas, by zakończyć długoletnią prohibicję i rozpocząć nowy rozdział dla marihuany. Na chwilę obecną mamy 4 pewniaków. Referenda decydujące o tym, czy rekreacyjna marihuana stanie się legalna, zostaną przeprowadzone w tych stanach jeszcze w tym roku!

NEVADA

Jeśli chcielibyście się zakładać, Nevada jest jednym z pewniaków. Stanowi zajęło wprawdzie trochę zalegalizowanie marihuany medycznej (nowe prawo zostało przyjęte w lipcu 2013), ale to tylko bardziej zdeterminowało aktywistów, których nie zatrzyma teraz nic!

Aktywiści z lokalnej platformy The Initiative to Tax and Regulate Marijuana byli jednymi z pierwszych, którzy zebrali wymaganą liczbę podpisów dla umieszczenia pytania o legalizację marihuany w referendum stanowym jeszcze w grudniu 2014, kiedy złożyli ich dokładnie 170 tys. (o 60 tys. więcej od wymaganego minimum).

Poparcie dla zmiany prawa wynosiło 54% dwa lata temu i od tego czasu z pewnością wzrosło, jako że program medyczny w Nevadzie okazał się wielkim sukcesem, chociaż punkty pierwszej pomocy zaczęły się dopiero otwierać w sierpniu 2015. Referendum jest oficjalnie planowane na 8 listopada.

organic_indoor_grow
Uprawa marihuany indoor

KALIFORNIA

Kalifornia jest pionierem legalnego dostępu do medycznej marihuany w Stanach Zjednoczonych, jako że rewolucyjne prawo zostało tam wprowadzone jeszcze w 1996. Problemem w tym stanie pozostaje brak spójnego systemu regulacji, którego egzekucją zajmują się poszczególne hrabstwa, ustalające limity dla punktów pierwszej pomocy i plantacji zajmujących się uprawą marihuany.

Nie zmienia to jednak faktu, że Kalifornia jest największym producentem marihuany w Stanach Zjednoczonych, dostarczając obecnie na rynek wewnętrzny – także czarny – marihuany o przybliżonej wartości $14 mld. Ponadto, uprawy wewnętrzne reprezentują w tym stanie aż 9% rocznego zużycia prądu, a uprawy outdoor konsumują około 220-240 miliardów litrów wody dziennie w sezonie, co stanowi wielkie ryzyko dla rezerw, które kurczą się z każdym rokiem z powodu suszy.

Aktywiści przedstawili gubernatorowi w 2015 aż dziesięć różnych propozycji zmiany prawa, z których zatwierdzonych zostało siedem, ale największe szanse na przegłosowanie ma tzw. Adult Use of Marijuana Act, który popiera m.in. bilioner Sean Parker. Ustawa ta nałożyłaby 15% podatek na sprzedaż rekreacyjnej marihuany. Do głosowania dojdzie 7 czerwcu i 8 listopada.

MAINE

Maine jest jednym z najbardziej idących do przodu stanów USA, w którym można znaleźć ograniczoną liczbę konopnych punktów pierwszej pomocy, ale bardzo rozpowszechnione są za to programy medycznego wsparcia (caregiver programs), które pozwalają udostępniać medyczną marihuanę pacjentom przez zarejestrowanych producentów, a wszystko za sprawą ustawy przegłosowanej w 1999.

Wiele z miast Maine zaczęło także proces legalizacji na skalę lokalną, należą do nich Portland, South Portland i Lewiston. Nowa platforma Campaign to Regulate Marijuana like Alcohol promuje jednak akt legislacyjny, który ma zakończyć wszystkie lokalne rewolucje, wprowadzając jednolite prawo dla wszystkich. To nałożyłoby 10% podatek na sprzedaż rekreacyjnej marihuany (medyczna pozostałaby bez podatku), pozwoliłoby dorosłym na posiadanie 2,5 uncji na własny użytek i uprawę do 12 roślin. Referendum planowane jest na 8 listopada.

bubba_kush_cannabis_strain
Bubba Kush

ARIZONA

Arizona zalegalizowała marihuanę do użytku medycznego w 2010 i jest w tym sektorze jednym z najszybciej rosnących rynków w USA. Promocją legalizacji marihuany rekreacyjnej zajmuje się platforma Campaign to Regulate Marijuana Like Alcohol in Arizona, która zebrała w zeszłym miesiącu 125 na 150 tys. podpisów wymaganych do umieszczenia opcji zmiany prawa w tegorocznym referendum.

Ustawa proponuje 15% podatek od sprzedaży rekreacyjnej marihuany, który ma przynieść $40 mln wpływów do budżetu stanowego w pierwszym roku, legalizację posiadanie jednej uncji i uprawiania małych ilości na użytek osobisty. Badanie opinii publicznej przeprowadzone w połowie 2014 przez Rocky Mountain Poll wykazało 53% poparcia dla legalizacji i 39% sprzeciw. Referendum odbędzie się w listopadzie.

Conradino Beb

Interview with Gnod, trickster sound research unit from Salford. Part II

gnodpo_skalowaniu

Jakub: Our conversation is circulating around Islington Mill. Did you find that place before or after you set up Gnod?

Paddy: Just before. The first time i came here was after sound of the city festival. It was first SFTOC I think. Somebody said there was an after party in Islington Mill and we were like, “where? Where the fuck is that?” So we go there and it was this fucking crazy party with like 300 nutters all dancing, all partying like crazy. I was quite young and was just like “what is this fucking mad place”. And then it became the place to go to for little parties, then they starting doing gigs there and we stared doing gigs there, one when me & Chris were in Stranger Son of WB supporting The Fire Engines in 2006. Then Gnod started up and started playing here as Gnod. We became friends with an owners Bill, Morry & Mark and they said why don’t you move onto a studio so we started to rehearse there.

Chris: When we first moved in we didn’t realise at that time how much we would become involved in the place. When we go on tour it’s like 50% of the staff that actually run the place have suddenly gone on tour. And they do struggle because we do a lot jobs here.

It’s kind of like an eggs in one basket kind of thing. We have invested so much of what we do in this place. If we had to move out now and find something else we’d find it really hard because there’s no other place like it in the UK. We’d have to start something ourselves I think. It’s become a place to live, a place to work, a place to hang out. We have people dropping in from all over Europe to stay at the mill. Just to have that community around you, being able to bounce ideas off people. And we’ve got everything in one place.

But in the future it would be good to have own base somewhere. I mean, living here for just over five years and in that time I’ve got to see how it’s run. You get the idea that it’s possible to get somewhere, a building, and do something with it creatively. It would be a lot of work to do it but possible. Like a cafe or something??

J: Do you think about to set up something only by Gnodians?

P: Yes it would be great to do that. It will take obviously take a little bit of money, but it’s all possible. I’d love to have a place not so big as this, but like a place where Gnod could live, do stuff, and use it as a HQ but also be free to move around. I’m always looking for somewhere like that.

Ch: That idea has been with us from the start. I read somewhere that Sunburned Hand of the Man used to do that. They were based in a big barn in Boston where some of them live. They have a big room to jam and people come over, they record it and that’s how they made most of their records. We liked the idea of that. Not being a commune band but having somewhere as your base where you can live and rehearse in one place, that’s essential for us I think.

J: When i read an interviews and papers about you is an opinion about you that you are commune band, everybody is coming in coming out.

Ch: We had never been a nine to five band, or one of these bands that do a rehearsal for two hours on a Wednesday and Thursday.

P: We operate definitely different to other bands. We do all kind of live in each others pockets. So it is kind of commune in a very modern sense or post-modern sense? Not in a hippy sense of the word commune but it’s communal living. It’s become a community. We are living in each other pockets more than many other bands will do.

J: Have any of artists which you met in Islington Mill, which you hosted made an influence on you or changed you view on music, or how to reflect music?

Ch: Charles Hayward definitely, is good example.

P: lots of them. Charles Hayward, Chago, a guy from Cuba who has been here recently. Im not particularly knowledge about Cuba music. Watching him, the guy is 50 years of age whatever. Every morning for 2 hours he gets up and he’s playing his conga drums without fail, before does his classes all day. Seeing that and thinking that is how he is so good in what he does. Its also a part of his blood, It like more than him practicing its like a cup of coffee for him. Seeing that was an influence. It’s like his goal, showing this is the way to live in music.

I think loads of people have had an influence. Sam Weaver, Sam is obviously a part. But when he came in that was big. For Chris maybe especially then everyone else. Chris got more knowledge of modular synths and Logic from him. He is very knowledgable guy and he is unselfish with his knowledge. It happens with everybody that you have have conversation with. Again it’s on a subconscious level, something you don’t spend too much time thinking about. Its spontaneous, you just soak it up like a sponge and later it comes out. Maybe the most relevant now because it has happened most recently and also it’s big deal for us is working with Charles (Hayward). We are big fans. I love all his stuff. And getting to work with him and learn from him. And seeing his approach to making music. I’m sure he approaches every musician differently. How he is approaching us, to work with us to get out the best in us.

J: Are you gonna release an album after a gig and rehearsals with him?

P : We’ve already released an album with him (Anonymous Bash). But hopefully there will be another one, that would be great. Cos that project (Anonymous Bash) has taken on a live of it’s own.

Ch: We already have three or four new tracks of new stuff written.

P: I hope we get into a studio situation again with him and record whole new album in a similar way as we did the last one.

J: Can you describe what music is consist on that album?

P: Its fucked up funk music, and there’s a really fucked up pop song on there. A lot of it is kind of funky.

J: Is it post-punk funk?

Ch: Yeah a little bit.

J: IM was a big shift in your music. Do you think still about your music as music with strong psychedelic vibe?

P: I don’t know. We just the make music that we make. And if the listener feels it’s psychedelic or whatever than that’s what it is to them.

Ch: We don’t try to hang on to any labels, space rock, psych-rock, krautrock. We not are aiming to stay in any of those genres. IM was the first realise we did on Rocket that didn’t sound anything like psych space rock. Because of the distribution Rocket have got, our albums on that label tend to be the ones we are most known for so it might come to a surprise to some people to hear IM and think “Oh right they did something that they’ve never done before”. But if go back to some CDR releases it will make more sense.

J: Are you feel connected to psychedelic world, do you follow the path of psychedelic knowledge by Timothy Leary or other psychedelic psychologists?

P: Im a Discordian Pope.

Ch: I think the thing about psychedelics is that it’s a subject that we don’t take seriously enough. I think Timothy Leary and the stuff he was saying was possibly the worst thing that happened to the psychedelic movement. He put it all out there in the mainstream before he really knew what he was doing. I think that he only wanted to promote it for his ends. And in a way it has ruined the possibility of medical research into psychedelics for years after. I think at the moment in psychedelic research they are only just coming out of the other side of that because there was so much a stigma placed on psychedelics they became very difficult to get licenses to use them for experimenting. Leary scared the governments and the governments in turn scared a lot of people. I don’t think it was the best way to bring it into the public consciousness. I think it was irresponsible in a way, what he did. Because it isn’t something that can be taken lightly.

P: There are people who think that all the answers to their problems will be sorted out if they go to the Amazon and take some ayahuasca and that will somehow bring them to enlightenment. And people who meditate for 2 days and they think “when am I gonna be enlightened?”. And that’s not what is about. There are so many roads to take but there is no quick way, it takes time & effort. I think it’s more important to get yourself on the path to enlightenment than to try & be enlightened. Because you will probably only be enlightened when you die in the 23rd lifespan!

J: Like in Tibetan Book of the Dead.

P: Yeah, achieving enlightenment when you leave your body. There are so many different paths to find a way to make yourself happy and stay happy during life.

J: Great that we started that psychedelic subject because in last year you made very interesting project Gnodorowsky. He is well known magician, director and psychedelic figure. Do you feel connected to his work?

P: I find him really interesting and intriguing. I got his book Psychomagic and have been reading about his practices and I was thinking “wow a I’d love to go and have psychomagic session with this joker”.

J:Trickster figure.

P: He is total trickster , a piss taker. He manages to make people realise what is important about their life.

J: I think you and him have a similar philosophy. Once he said that true art doesn’t come form the heart or mind but from the balls, do you agree with that?

P: (Laugh) I’m down with that. It can comes from anywhere. Everything is open ended book when it comes to creating stuff. There is no right way, wrong way, set way. When i started to think about it is like all my opinions and thoughts disappear because I realised that i don’t have any clue what I’m fucking talking about. so asking me a question like that makes my mind go completely blank.

Ch: I mean, Jodorowsky in way he does his stuff, he’s running on that psychoenergy so he probably doesn’t really have a clue what his next thing is or the next thing after that. Circumstances happen which lead him on the path of what to do next. In that way I think him and Gnod are similar. The way he is working as he explains it in his writing is the same weird chaotic energy that we feed off.

P: I think he is far more dedicated to chaos magic than us.

Ch: But is 90 years old or whatever, we are in our 30’s. What was he doing in his 30’s?

P: From what I read in the book he was absolute egomaniac in his 40’s. And after that he had a moment of realisation that he was a total cunt.

J: How much the Dune is important to you? Do you remember your first impression after your read Dune for the first time?

P: I’ve never read it.

Ch: I read it when i was 18 or 19 for the first time. A guy who I was working with said “aye, have you read this book mate? It’s about desert people in space and they all take heroin and there’s this guy who’s the new Jesus.” And I thought that sounds right up my street so read it and I was totally amazed at the detail. And then I heard about the David Lynch movie. I watched it and it was a pile of shit. Form watching it few times I made my self kind of like it, because it was only real visual representation. And then when I heard about that Jodorowsky trying to make it with Dali, Pink Floyd, Mick Jagger and I thought “wow, that would have been amazing.” We had a Gnod track in 2008 on our MySpace page called Jodorowsky’s Dune and it kinda freaked us out when the documentary came out with the same title. Because the film was never made all you’ve got is you’re imagination of what it could been like and that’s almost better than the film could have ever been. I think he read just a little bit of the story before writing the script. I don’t think it would have made a really good movie going off how they explain it in the documentary. I think it was a bit to far away from the book and I think the book is such a special story in itself. I read somewhere that the Frank Herbert story was conceived while he was taking psilocybin mushrooms. It’s one of my favourite ever books.

J: We have started a little bit earlier a trickster figure subject. Do you feel attracted to trickster figure, is it important for you?

P: Yeah absolutely. You’ve got to have a sense of humour in there. We want to realese albums that gonna to fuck with people heads or their opinions whatever they think we are. Even in interviews. Sometimes we tell lies because we like to create a story, a myth.

J: So its one of your tactics?

P: Yes

Ch: I think everyone is a trickster because World is built on an illusion. It wouldn’t be if there wasn’t so many tricksters around – everything is a trick. Education, religion. Even your name, that isn’t you, it’s just a name. You have been told that is what you are called. Where do the tricks start and end?

J: Was the Gnodorowsky project a one off or are you going to repeat it?

P: I think in order to do it again we would need a year or two to work on it. If somebody was to ask us to do Gnodorowsky, and maybe commission us to do it and give us money and time to do it so we could make it really special then yeah, I think it would be cool to do it again. What I’d really like to do is to make an album based on the Gnodorowsky project. But I think it would have to be a commissioned thing. I even think when we did it for the Cork Film Festival we only had few weeks to get it all together. We were really busy as well doing other gigs and we didn’t have much time to put into it as we would have liked.

Ch: There was a problem about using some of the footage from the documentary which we had to get permission from the director before we could use it. We were waiting to get clearance and by the time we got an answer, which was no, we had maybe 3 weeks left before the festival. We had certain ideas of the structure and how we wanted to do it, but we couldn’t really start rehearsals before the visuals were finished because we were playing along to cues from the visuals. So in the end Jamie had to make all visuals himself using found footage and video effects. In a way we felt it was a bit rushed. What we came out with was OK, but i think we could have done it much better with a bit more time to work on it.

J: Do you think about other movies to reinterprate in similar way?

Ch: Not really. We’ve done a couple of AV shows mainly for festivals where we’ve just jammed to short films. It isn’t high up on the list of priorities.

P: We could do it but it takes a lot of time and money so it’s not high up on the agenda.

Ch: There were quite a few ideas that we couldn’t use in Gnodorowsky. One of them was having incense in the room. Having people dressed in robes with blue eyes walking around with church incense, to creating an atmosphere before the show. We weren’t allowed to do that because of fire regulations and plus we were told it would set off the smoke alarm. The other idea was giving out a little baggy with a blue sweet inside which was supposed to represent the spice, Everybody would get one as they walk in, but they would be the kind of sweets that turn your mouth blue so everybody would have been walking out with blue lips. But we couldn’t get a bulk amount of those sweets. So the were a few ideas for it that we never used but if we were to do it again it would have to be like that. We were even thinking about using live actors in the visuals or even live actors walking around so it’s not just about the video. We could make the best fucking Dune ever. But we need money, time and purpose to do it.

J: Lets talk about period in your career 2009 – 2010. It was very prolific period in your career. You released the so many albums Crystal Pagoda, Wurste Ceremony, Science and industry. Who was in the band in that period?

P: Marlene was in the band, yes, Alex wasn’t. We had guy called Del on drums in that period, Neil the fish was our vocal guy, who is on a lot of our albums A guy called John on synth, Will on noise and trumpet.

Ch: A lot of those releases came out at the time due to a lot of people get in contact with us asking us if we wanted to do tape or CD for their label. NotNotFun, Reverb Worship, Sonic Meditations were all asking us if they could release our music. At that time we had a huge backlog of recordings of good rehearsals and live shows so we started editing them into albums.

J: They are all drone music. Do you were in that time heavily inspired buy drone music ? Because they all sound very droney.

P: I don’t think we were heavily inspired by drone music at all. It’s just was what happening when we got into the rehearsal rooms. In those days we would spend all day in the rehearsal room getting fucked up, really drunk or stoned or take some drugs and make some noise.

Ch: We were just trying not to write songs. Trying to make music without the boredom of writing songs.

J: Do you like that records from current perspective ?

P: Yes, Science and Industry is one of my favourite Gnod albums.

J: For me as well. It the point when you sound really kraut and space in the good way, not repeating old schemes but getting something new with that tribal drone atmosphere.

P: Even like old recordings from Science and Industry, they were all moments I remember well and remember really enjoying. The memories of those recordings are really good strong memories. And then Crystal Pagoda

CH : That was actually an alternative soundtrack we did for the film The Invasion of the Thunderbolt Pagoda.

P: Do you know it?

J: No, i don’t know it.

P: It’s fucking great! You can watch it on youtube. Angus Macalise did the original soundtrack which is fucking brilliant, and then SHOFM did a version of it.

Ch: And you bought a dvd of it at a SHOTM gig.

P: Actually it was a lot of fun doing that. We performed it live twice and really enjoyed that.

J: On that record we can hear a trumpet and brass section, yes ?

P: That was Will. He played a lot of trumpet, keyboards & made other weird synthy noises Will is a very accomplished musician. He can read and write music, mostly plays classical music and jazz. So working with Will was always interesting cos we were coming from a non musical sort of approach and he would go “what is this?” but he loved it. He has a very musical head so it was always good working with him. We might think “we’re playing this and it sounds good but it needs to go somewhere” and he’d go “try this” and it’d work first time. He was good like that.

J: The sound of his trumpet which is swimming in that drone /psychedelic effect sounds similar to Miles Davis’ Agharta and his twin album Panagea.

P: Oh i don’t know it. There is not a lot of Miles Davis I really know. My favourite MD is probably On the Corner and I’ve got another…

Ch: What was after On the Corner?

P: This one, Big Fun.

J: I don’t know this album.

P: It fucking great, if you like On the corner you will like this one.

Ch: I think there is another one which he did shortly after On the Corner??

P: I don’t know, there is so much Miles Davis.

J: You also had in that period a split with Bong. How did you meet them?

P: That was our first ever vinyl release, the split 7” with Bong on Box Records. What happened was mate of ours, who played in Gnod early on (Matt Baty) was starting a record label. He’s from Newcastle so he has known the Bong guys for years. And he said he wanted his first release to be a 7 inch split with Gnod and Bong. And that’s how we came to meet them. They are a good friends now. They fucking brilliant, in that genre of music they are my favourites, they are like the kings of what they do.

Ch: I think there are more North East bands we have affiliations with than we’ve got with Manchester bands.

P: Bong, Khuunt, Drunk in Hell,

Ch: Blown out

J: Do all of them play sludge core or doom ?

P: Everything is kind of heavy. There is scene in the North East, it’s a small scene because a lot of the same musicians are playing in the same bands. But it is very vibrant scene. I think it is one of the better scenes I think in England for music.

J: I need to explore it.

P: You should.

J: Have you heard their last album from this year? What do you think about it?

P: It’s amazing isn’t it? It just Bong, isn’t it.

J: What attractive you most in their music for you, the heaviness ?

P: Yeah i think heaviness, Dave singing, and his storytelling, Mike’s guitar, Mikes really fuck up drums, the sound they are creating as unit. They tune their guitars to the 432 hertz. frequency. They plan to be the ultimate experience when you are high. And I think they do it very well. Every next album is like a continuation of the album before. Bong is like the perfect band. It’s all one big story. Maybe it is like when people collect s-f books – Bong are like that.

J: For me i love to listen to them when i m reading R. E. Howard, the tales about the things that happened before Atlantis rises from the sea. You can feel those ancient times.

P: Dave from Bong is obsessed with Lovecraft. If you listen to his lyrics, look at the artwork you can see that influences.

J: Do you plan the reissues of the records from that period we ware talking about? Because its very hard to get a physical copy.

P: I think maybe I’d like to do something like say when Gnod is 10 years old. I’m not up for making a big deal of it. But when you are in the band it makes sense to document everything. So maybe when Gnod is 10 we might suggest to the label to release a cd pack, or come up with some idea where all those releases are on one sort of thing. I’m down with it being on cd, or having 5 cds and a memory stick, or something a bit different. It will be nice to do all of them on vinyl but there’s no way they’ll do that.

Ch: I like idea to having all of them on cd but to get them like in vinyl sleeve with maybe a memory stick.

P: So maybe we will do something like that. That would be nice to do. As far as before that no, let them just be out there and become discogs material.

Ch: A lot of that stuff was self released on cd-r for sale on tours so there’s a lot of it about.

P: Before we started selling the cd-rs i must have given away 300-400 cds before we even started playing and gigging properly. We were just rehearsing and we would record the rehearsals, make a cd, make a little cover. We would go to a gig, leave them on a table, say pay a pound or just take one, whatever you feel. There’s fucking loads and loads of stuff. We even did those releases in dvd boxes when you can fit in 2 CDs . So we’d do a couple of hundred when you can get 2 or 3 albums in one, so there’s some double cdr’s in a double DVD case with nice wrapped around artwork with little inserts. I don’t have any of those, have you got any of them Chris?

Ch: I got a couple of versions before we stared to to doing all the inserts stuff. I’ve never seen them come up on discogs. There not listed on discogs.

P: No thats weird isn’t it? If you put them on discogs then we start making money, haha. So maybe we make few and get them on discogs? (Laugh) Check this one out, this one is not on discogs any more but used to go for silly money. This is my cdr from our first European tour, Three Sticks A Penny but with a different cover. Everybody made their own cdr’s to sell on tour and this is the one I made. Actually both of them are worth money. This is really sought after. It’s the first record that we made with White Hills, Aquarian Downer. That’s my pension plan sorted, haha!

J: In issue 8 of Optical Sounds Fanzine your colleagues The Cosmic Dead said that underground in 2015 is alive and alive and extremely healthy. I remember that when i talked to you after your spring tour your Chris when i asked you about underground and bands opinion was a little bit different.

Ch: I was talking about the recent tour and I think you asked me if we’d played with any other bands that I thought were good. I said that I couldn’t remember playing with any bands that stuck out as being particularly good, not that good underground bands don’t exist.

J: Do you feel that condition of underground music is good now?

Ch: There’s a lot of it around. It’s almost like there are two tier thing with music now where you’ve got bands that are on labels with money and they’re all over the music press and then there’s the underground. It was always been like that. I think underground at the moment is more accessible with things like Bandcamp and the internet. They’ve got a presence. To say that makes it more healthy I really don’t know, because I think it’s got a lot harder to get underground music to get noticed or into the mainstream.

J: Is it a goal for a underground music ?

Ch: No, it is not a goal. But in order to exist and carry on you need to have encouragement from somewhere. Not for financial reasons but to give you the drive to carry on, you need to have interest, to know someone is listening. Because if you don’t it tends to stagnate and bands can start to turn against each other. If you not being listened to and if you not getting written about it can be really hard for a band to maintain their fire. There is so much music around it’s hard to get noticed.

J: Sometimes it’s too much, isn’t it?

Ch: Yeah, and is a lot of bad music around, and a lot people making music for wrong reasons. I don’t know how to judge how it is healthier now than in another time. In 70’s and 80’s, you could have quite obscure bands that still get signed to the labels and end up touring and stuff like that. I don’t think they really get the support now. There are no independent labels with the money. They got to be able to recoup what they are spending so they can release the next thing.

J: They don’t want to take a risk.

Ch: They don’t really need to because now the testing ground for your music is the internet. You can get your stuff on Bandcamp or Soundcloud and get yourself heard.

J: Is it enough?

Ch: I don’t think so but i mean it is an option that bands didn’t have before, when you would have to wait for label to come and pick you up before you could make a record. Now you can make a record on your computer, post it online and it is out there.

J: While we are speaking about the underground i would like to get to know how the Salford/Manchester underground scene looks nowadays?

P: Really healthy, really good. There is lot of interesting stuff going on. A lot of interesting folk making music, combining music and art and all those sensibilities and all different ways of using the creative process. There is a lot of poets, artists, performers and dancers making really interesting stuff and far out music. When i think about some of the bands like Locean Water, Devi. It is kind like fucking New York in the 80’s or something.

Ch: Cos you’ve got a lot of people in those bands that aren’t a necessary a musician they are more like artists. They got an idea or concept of something and the way they bring something to a band is not like “I can play a guitar” it’s more like “I’ve got this weird cheap synth which makes this noise”, or an idea which is more performance based. You don’t really get that in more conventional bands. When you read about how bands formed in the past it’s always people who get together to form almost punk band – So, I’m a singer and I need a guitarist, a bass player and a drummer. It isn’t like that anymore from what I can see. It’s more like a lot of individuals contributing together to make something… other.

P: And the other flip side of it you got great conventional bands as well. There are so many different scenes in Manchester and Salford. So much different stuff and it’s all really healthy. Manchester is finally breaking away from Madchester.

J: Is Madchester a heavy burden?

P: I’m not from Manchester but i can see how it helped to shape what Manchester is today. And how it’s become this bloated dead horse.

Ch: The heavy burden is that if a band come out now sounding like Oasis or The Stone Roses it will be suddenly be written about. Where as what we were talking about, the underground scene, the stuff that is happening now and now matter how interesting it is it never gets written about because they’re looking for the same old story. A group of goodtime lads about to take over the world. They just want to write about bands like that. They’d prefer to write another article on The Hacienda, The Smiths, etc. So they are the ones holding on to that thing, not the artists.

J:Thank you for talking.

P: Thank you for asking.

Wywiad z Gnod, tricksterską jednostką badawczą dźwięku z Salford. Część II

Jakub: Nasza rozmowa krąży wokół Islington Mill. Znaleźliście to miejsce przed, czy po założeniu Gnod?

Paddy: Tuż przed. Odwiedziłem to miejsce po raz pierwszy po festiwalu Sound of The City. Była to pierwsza edycja SoTC. Ktoś powiedział, że after party odbędzie się w Islington Mill, na co my „Gdzie? Gdzie to kurwa jest?” Więc znaleźliśmy się tam, a w środku trwała zajebiście szalona impreza, na której tańczyło i bawiło się 300 pojebów.

Byłem wtedy dosyć młody i myślałem sobie: „Co to za pojebane miejsce?” Później chodziliśmy tam na małe imprezy, później zaczęto tam organizować koncerty, a jeszcze później zaczęliśmy grać tam gigi. Jeden w 2006, kiedy ja i Chris graliśmy jeszcze w Stranger Son of WB i supportowaliśmy The Fire Engines. Wkrótce ruszył Gnod i graliśmy już tam jako Gnod. Zaprzyjaźniliśmy się z właścicielami, Billem, Morrym i Markiem, którzy spytali nas, czy nie chcielibyśmy wprowadzić się do studia, więc zaczęliśmy tam grać próby.

Chris: Kiedy się tam wprowadziliśmy, nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak bardzo zaangażujemy się w prowadzenie tego miejsca. Kiedy wyruszamy na trasę, to okazuje się, że jakieś 50% pracowników Islington Mill na nią wybywa. Wtedy pojawia się problem, ponieważ robimy tutaj wiele rzeczy.

To coś w stylu stawiania wszystkiego na jedną kartę. Włożyliśmy tak wiele w to miejsce. Jeśli musielibyśmy się teraz wyprowadzić i szukać czegoś innego, byłoby niezwykle trudno znaleźć podobne miejsce, ponieważ nie ma drugiego takiego w Wielkiej Brytanii. Sądzę, że musielibyśmy zacząć coś na własną rękę. Islington stało się miejscem naszego zamieszkania, miejscem pracy, spotkań. Mamy ludzi, którzy wpadają z całej Europy, aby zostać na chwilę w młynie. Poczuć ducha tej wspólnoty, wycisnąć z ludzi jakieś pomysły. Mamy to wszystko w jednym miejscu.

Lecz w przyszłości byłoby fajnie mieć gdzieś własną bazę. Wiesz, żyjąc w tym miejscu przez 5 lat miałem okazję zobaczyć, jak to jest zarządzane. Nachodzi cię myśl, że możliwe jest znalezienie gdzieś jakiegoś budynku i zrobienia z nim coś twórczego. Wymagałoby to dużego nakładu pracy, lecz jest to możliwe. Jak kawiarnia czy coś w tym stylu.

J: Myślicie o czymś założonym tylko przez Gnodian?

P: Tak, byłoby wspaniale zrobić coś takiego. Oczywiście, trochę by to kosztowało, ale wszystko jest możliwe. Byłoby świetnie mieć jakieś miejsce, nie tak duże jak to, w którym Gnod mógłby żyć, tworzyć, używać jako kwatery głównej i zarazem mógł się swobodnie przemieszczać. Ciągle szukam takiego miejsca.

Ch: Ten pomysł towarzyszył nam od początku. Przeczytałem gdzieś, że Sunburned Hand of the Man żyli w ten sposób. Mieli wielką stodołę niedaleko Bostonu, w której część z nich mieszkała. Był w niej jeden wielki pokój do grania. Ludzie do nich przychodzili, a oni nagrywali te jamy i w ten sposób powstało większość ich albumów. Podobał się nam ten pomysł. Nie w sensie bycia zespołem-komuną, lecz posiadania własnej kwatery, gdzie moglibyśmy żyć i tworzyć. Sądzę że to jest dla nas najistotniejsze.

J: Gdy czytałem wywiady z wami i artykuły o was, odniosłem wrażenie, że jesteście zespołem-komuną, w którym każdy przychodzi i odchodzi.

Ch: Nigdy nie traktowaliśmy zespołu jak pracy, czy nigdy nie byliśmy kapelą, która ma 2 godziny próby w środy i czwartki.

P: Działamy zupełnie inaczej niż inne zespoły. Wiesz, każdy siedzi u każdego w kieszeni. Więc w pewien sposób jest to chyba komuna, w modernistycznym lub postmodernistycznym stylu. Nie w hipisowskim sensie słowa komuna, ale jest to wspólne życie. To wspólnota, bo żyjemy w swoich kieszeniach, bardziej niż jakikolwiek inny zespół.

J: Czy którykolwiek z artystów, których spotkaliście czy gościliście w Islington Mill, wpłynął na was lub zmienił wasz sposób patrzenia na muzykę lub to jak ją odbieracie?

Ch: Zdecydowanie Charles Hayward. Tak, to jest dobry przykład.

P: Wielu z nich. Charles Hayward, Chago, gość z Kuby, który gościł u nas całkiem niedawno. Nie mam sporej wiedzy o kubańskiej muzyce, lecz oglądanie gościa koło 50-tki wstającego każdego ranka i grającego przez 2 godziny – zanim rozpoczął zajęcia, na swoich kongach – bez żadnej pomyłki. Patrzyłem na to i myślałem, jak bardzo dobry jest w tym co robi. To było również w jego krwi, to było coś więcej niż tylko ćwiczenia, zastępowało to poranny kubek kawy. Oglądanie tego miało na mnie wpływ. To był jego cel, pokazywał, że to jest droga, aby żyć muzyką.

Uważam, że wiele osób na nas wpłynęło. Sam Weaver. Sam jest bez wątpienie jedną z nich. Gdy przybył do nas, to było coś wielkiego. Możliwe, że bardziej dla Chrisa, niż dla reszty z nas. Chris dzięki niemu poszerzył swoją wiedzę w temacie syntezatorów modułowych i logiki. Sam posiada ogromną wiedzę i bez problemu dzieli się nią z innymi. Dzieje się to z kimkolwiek byś nie rozmawiał. Znowu jednak dzieje się to na poziomie podświadomości, to jest coś nad czym nie rozmyślasz zbyt długo. To jest spontaniczne, po prostu wyciskasz to jak gąbkę a reszta sama wychodzi.

Możliwe, że najbardziej istotna, ponieważ dzieje się to od niedawna i jest to dla nas ogromnie ważna sprawa, jest obecnie nasza współpraca z Charlesem (Haywardem). Jesteśmy jego wielkimi fanami, kocham wszystkie jego materiały. To że możemy z nim pracować i uczyć się od niego, podglądać jego podejście do tworzenia muzyki. Jestem przekonany, że do każdego muzyka podchodzi inaczej. Pracując z nami stara się wyciągnąć to co najlepsze.

J: Czy po wspólnych próbach i koncercie zamierzacie wydać razem album?

P: Już wydaliśmy albumu (Anonymus Bash). Mamy jednak nadzieję, że będzie kolejny. To byłoby świetne, ponieważ tamten zaczął żyć swoim własnym życiem.

Ch: Na chwilę obecną mamy już 3–4 nowe kawałki.

P: Mam nadzieję, że będziemy mogli zaaranżować jakąś sytuację w studiu razem z nim i nagrać cały nowy album tak jak to zrobiliśmy ostatnio.

J: Czy możecie opisać muzykę z waszego pierwszego wspólnego albumu?

P: To jest popieprzony funk i są na nim naprawdę popieprzone popowe piosenki. Spora część tego materiału jest funkowa.

J: Czy to jest post-punkowy funk?

Ch: Trochę tak.

J: IM było sporą zmianą w waszej muzyce. Czy ciągle myślicie o swojej twórczości jako o muzyce, która posiada silny psychedeliczną aurę?

P: Nie wiem, po prostu robimy muzykę jaką robimy. Jeśli słuchacz czuje, że jest ona psychedeliczna czy jakaś tam, to są jego odczucia.

Ch: Nie staramy się trzymać żadnych etykietek: space rock, rock psychedeliczny, krautrock. Naszym celem nie jest trzymanie się ram żadnego z tych gatunków. IM było pierwszy albumem dla Rocket, który nie był zbliżony w żaden sposób do psychedelicznego space rocka. Z powodu dystrybucji Rocket, albumy które dla nich wydaliśmy stały się bardziej znane, więc niektóre osoby mogą się zdziwić, gdy usłyszą IM i pomyśleć: „Super, zrobili coś czego nigdy do tej pory nie robili”. Lecz gdy cofniesz się do naszych CDrów, nabierze to większego sensu.

J: Czujecie się związani ze światem psychedelii, podążacie ścieżkami psychedelicznej wiedzy wytyczonymi przez Timothy Leary’ego lub innych psychedelicznych psychologów?

P: Jestem dyskordiańskim papieżem.

Ch: Uważam, że sprawa z psychedelikami jest taka, że nie traktujemy ich wystarczająco poważnie. Sądzę, że Timothy Leary i rzeczy, które mówił, były najprawdopodobniej najgorszym co przytrafiło się całemu ruchowi psychedelicznemu. Wrzucił to wszystko do głównego obiegu zanim tak naprawdę zdał sobie sprawę z tego co robi. Myślę, że użył tego do wypromowania własnej osoby.

W ten sposób zaprzepaścił szanse badań nad psychedelikami na wiele lat do przodu. Uważam, że na chwilę obecną badania nad nimi dopiero zaczynają się rozwijać z zupełnie innej strony, ponieważ przez wiele lat były napiętnowane i ciężko było uzyskać zgodę na ich prowadzenie. Leary przestraszył rządy, a w odpowiedzi rządy przestraszyły wielu ludzi. Nie sądzę, aby to był najlepszy sposób przedstawienia ich społecznej świadomości. Według mnie to co on zrobił było nieodpowiedzialne, ponieważ to nie jest coś co można traktować w błahy sposób.

P: Są ludzie, którzy uważają, że znajda odpowiedzi na wszystkie problemy, gdy pojadą do Amazonii, zażyją ayahuaskę i to w jakiś sposób ich oświeci. Czy ludzie, którzy medytują przez 2 dni i zastanawiają się: „Kiedy zostanę oświecony?”. Ale nie o to chodzi. Jest tak wiele dróg, które można obrać, lecz nie ma jednej szybkiej, wszystko wymaga czasu i wysiłku. Sądzę, że ważniejsze jest wejść na ścieżkę oświecenia, niż próbować i być oświeconym, ponieważ tak naprawdę zostaniesz oświecony kiedy umrzesz w 23 wcieleniu!

J: Tak jak w Tybetańskiej Księdze Umarłych.

P: Tak, osiągniesz oświecenie, gdy opuścisz swoje ciało. Jest tak wiele różnych ścieżek, które pozwalają odnaleźć drogę do swojego szczęścia i pozostania szczęśliwym przez całe życie.

J: Świetnie, że zaczęliśmy ten psychedeliczny temat, ponieważ w tamtym roku zrobiliście niezwykle interesujący projekt Gnodorovsky. Jodorowsky jest dobrze znanym magiem, reżyserem i propagatorem psychedelików. Czujecie się związani z jego dokonaniami?

P: Sądzę, że jest niezwykle interesujący i intrygujący. Mam jego książkę Psychomagia. Czytałem także o jego praktykach i myślałem sobie: „Byłoby świetnie odbyć sesję psychomagii z tym błaznem”.

J: Postać trickstera.

P: Tak, to kompletny trickster wkurwiający ludzi. Udaje mu się kierować ludźmi tak, że zaczynają sobie zdawać sprawę z tego, co tak naprawdę ważne jest w życiu.

J: Sądzę, że wyznajecie podobną filozofię. Kiedyś Jodorowsky powiedział, że prawdziwa sztuka nie wychodzi z serca czy umysłu lecz z jaj, zgadzacie się z tym?

P: Tak, odbieram to dobrze. To może wychodzić zewsząd. Wszystko jest otwartą księgą, gdy przychodzi czas tworzenia. Nie ma dobrej drogi, złej drogi, gotowego sposobu. Gdy zaczynam o tym myśleć, wydaje mi się, że moje wszystkie myśli i opinie na ten temat wyparowują, ponieważ nie mam pojęcia o czym mówię, więc zadawanie takich pytań wywołuje całkowitą pustkę w moim umyśle.

Ch: Myślę, że Jodorowsky gdy pracuje nad czymś, używa psychoenergii, więc prawdopodobnie nie ma pojęcia jaką następną rzecz zrobi, lub co będzie dalej. Okoliczności, które się pojawiają wiodą go na ścieżkę prowadzącą do następnej rzeczy. Sądzę, że w tym aspekcie on i Gnod są do siebie podobni. Jak wyjaśnia w swoich pismach, sposób w jaki pracuje bazuje na dziwnej chaotycznej energii, którą my również się karmimy.

P: Sądzę, że jest on bardziej oddany magii chaosu niż my.

Ch: Ale ma 90 lat, czy coś koło tego, a my jesteśmy po 30-tce. Co on robił gdy miał trzydzieści parę lat?

P: Z tego co czytałem w jego książce, w wieku 40 lat był totalnym egomaniakiem. Dopiero potem przyszedł moment, w którym zdał sobie sprawę, że jest całkowitą cipą.

J: Jak bardzo ważna jest dla was Diuna? Pamiętacie swoje wrażenia, po przeczytaniu jej po raz pierwszy?

P: Nigdy jej nie czytałem.

Ch: Przeczytałem ją po raz pierwszy gdy miałem 18–19 lat. Gość z którym pracowałem powiedział: „Ej kolego, czytałeś kiedykolwiek tę książkę? Traktuje o ludziach pustyni w kosmosie, którzy biorą heroinę i jest w niej gość, który jest nowym Jezusem.”. Pomyślałem sobie, że to jest coś w moim klimacie. Przeczytałem ją i byłem nią doszczętnie zachwycony. Później dowiedziałem się o filmie Davida Lyncha. Obejrzałem go i okazał się kupą gówna. Po obejrzeniu go kilka razy, na swój sposób nawet go polubiłem, ponieważ była to jedyna filmowa adaptacja powieści.

Kiedy dowiedziałem się, że Jodorowsky próbował ją zekranizować z Dalim, Pink Floyd i Mickiem Jaggerem, pomyślałem: „Wow, to może być wspaniałe”. W 2008 Gnod na swoim profilu na Myspace miał kawałek zatytułowany Jodorowsky’s Dune, co nas trochę przeraziło gdy wyszedł dokument o tym samym tytule. Ponieważ film nigdy nie został zrobiony, jedyne co nam pozostaje to wyobrażenie, jaki mógł być, które może być lepsze od filmu, gdyby ten w końcu powstał.

Myślę, że przeczytał on tylko kawałek książki, zanim napisał skrypt. Nie sądzę, aby mógł zrobić dobry film, sądząc po tym co opisywał w dokumencie. Uważam, że byłby zbyt daleki od oryginału, a sama książka zawiera wyjątkową historię. Czytałem gdzieś, że powieść Franka Herberta została poczęta w trakcie jego sesji z grzybami psylocybinowymi. To jedna z moich ulubionych książek.

J: Nieco wcześniej rozpoczęliśmy temat postaci trickstera. Fascynuje was ten typ postaci, jak bardzo jest dla was ważny?

P: Tak, całkowicie. Musisz mieć poczucie humoru. Chcemy wydawać albumy, które zryją ludziom głowy, lub ich opinie o tym kim jesteśmy. Nawet w wywiadach czasami kłamiemy po to, aby stworzyć historię, mit.

J: Więc jest to jedna z waszych taktyk.

P: Tak.

Ch: Uważam, że każdy jest tricksterem, ponieważ świat jest zbudowany na iluzji. Nie byłby taki, gdyby nie było w około tylu tricksterów – wszystko jest sztuczką. Edukacja, religia. Nawet twoje imię, to nie jesteś ty, to tylko twoje imię. Powiedziano ci, że tak się nazywasz. Gdzie te sztuczki się zaczynają, a gdzie kończą?

J: Gnodorovsky był tylko jednorazowym projektem, czy zamierzacie go jeszcze kiedyś powtórzyć?

P: Myślę, że w celu zrobienia tego ponownie potrzebowalibyśmy roku lub dwóch lat. Jeśli ktoś poprosiłby nas o zrobienia tego, zlecił to oraz dał pieniądze i czas abyśmy mogli zrobić coś naprawdę wyjątkowego, wtedy tak. Sądzę, że byłoby super zrobić to jeszcze raz. Tak naprawdę to chciałbym zrobić album w całości oparty na muzyce z tego projektu. Myślę jednak, że powinna to być nam zlecone. Nawet kiedy robiliśmy to dla Festiwalu Filmowego w Cork, mieliśmy tylko parę tygodni, aby połączyć wszystko w jedną całość. Byliśmy wtedy bardzo zajęci innymi koncertami i nie mieliśmy czasu aby zrobić to tak, jakbyśmy chcieli.

Ch: Pojawił się problem ze zgodą na użycie materiału z filmu dokumentalnego, którą musiał wydać jego reżyser. Czekaliśmy aż sprawa się wyjaśni i zanim otrzymaliśmy odpowiedź – która brzmiała nie – zostały nam tylko 3 tygodnie do festiwalu. Mieliśmy pewne pomysły odnośnie całości i jak chcieliśmy je wykonać, ale nie mogliśmy zacząć prób dopóki wizualizacje nie zostały skończone, gdyż mieliśmy grać podług nich. W końcu Jamie (odpowiadający za efekty wizualne i teledyski Gnod) musiał zrobić wizualizacje na bazie znalezionych materiałów filmowych i efektów wideo. Czuliśmy, że robimy to w pośpiechu. To co nam wyszło było ok, ale sądzimy, że stać by nas było na zrobienie czegoś o wiele lepszego, gdyśmy mieli trochę więcej czasu.

J: Porozmawiajmy teraz o pewnym okresie w waszej karierze, latach 2009–2010. Był to dla was wyjątkowo płodny czas. Wydaliście wtedy wiele albumów, m.in. Cystal Pagoda, Wurste Ceremony czy Science and Industry. Kto w tym czasie grał w zespole?

P: Malren była już z nami, Alex jeszcze nie. Na bębnach mieliśmy gościa, który nazywał się Del, za wokale odpowiadał Neil the Fish, który pojawił się na wielu naszych albumach. Facet o imieniu John obsługiwał syntezatory, a Will robił hałas i grał na trąbce.

Ch: Wiele z tych wydawnictw wyszło w czasie, gdy wielu ludzi kontaktowało się z nami i prosiło nas o zrobienie dla ich wytwórni taśmy czy CD. NotNotFun, Reverb Worship, Sonic Meditations, wszystkie te wytwórnie zwracały się do nas z prośbą o wydanie naszej muzyki. W tym czasie mieliśmy olbrzymi katalog niedoszlifowanych nagrań z udanych prób i koncertów, którym zaczęliśmy przekształcać w albumy.

J: Wszystkie z nich zawierają muzykę drone. Czy byliście wtedy mocno zainspirowani tym stylem? Brzmią one bardzo drone’owo.

P: Nie sądzę, abyśmy w ogóle byli mocno zainspirowani muzyką drone. Po prostu jest to zapis tego co działo się gdy wchodziliśmy do sali prób. W tych czasach mogliśmy spędzić cały dzień nakurwiając, ostro chlejąc, jarając, ćpając i hałasując.

Ch: Próbowaliśmy po prostu nie pisać piosenek. Staraliśmy się raczej tworzyć muzykę, byliśmy znudzeni pisaniem piosenek.

J: Czy z obecnej perspektywy lubicie te nagrania?

P: Tak, Science and Industry jest jednym z moich ulubionych albumów Gnod.

J: Dla mnie też. Osiągnęliście punkt, w którym brzmieliście naprawdę krautowo i space rockowo, bez powtarzania starych schematów, tworząc coś nowego za sprawą tego plemienno-drone’owego klimatu.

P: Te wszystkie nagrania od Science and Industry były chwilami, które pamiętam bardzo dobrze i wspominam bardzo miło. Wspomnienia tych nagrań są naprawdę silne. A później był album Crystal Pagoda

Ch: To był faktycznie alternatywny soundtrack, który zrobiliśmy do filmu The Invasion of the Thunderbolt Pagoda.

P: Znasz go?

J: Nie, nie znam.

P: Jest zajebisty. Możesz go obejrzeć na YouTubie. Oryginalny soundtrack, który jest kurewsko genialny stworzył Angus Macalise. Później SBHOM zrobił jego kolejną wersję.

Ch: Kupiłeś DVD z tym soundtrackiem na koncercie SBHOM.

P: Naprawdę mieliśmy dużo zabawy przy graniu. Wykonaliśmy go na żywo dwukrotnie i sprawiło nam to dużo frajdy.

J: Na tej płycie możemy usłyszeć trąbkę i sekcje dętą, tak?

P: To był Will. Stworzył dużo partii trąbki, klawiszy i innych dziwnych, syntezatorowych hałasów. Jest bardzo doświadczonym muzykiem. Potrafi czytać i pisać nuty, gra głównie muzykę klasyczną i jazz. Praca z nim była zawsze ciekawa, ponieważ nie mieliśmy podejścia wykształconych muzyków, na co on zawsze zareagował tekstem: „Co to do cholery jest?”, ale kochał to. Will ma świetną głowę do muzyki, więc zawsze dobrze się nam z nim pracowało. Byliśmy w tym stylu: „Gram to i brzmi to dobrze, lecz zmierza donikąd”, a on wtedy: „Spróbujcie tego” i wychodziło już za pierwszym podejściem. Był w tym dobry.

J: Brzmienie jego trąbki, które oscyluje wokół drone’owych/psychedlicznych efektów, przypomina mi to z Agharty i jej bliźniaczego albumu Pangaei Milesa Davisa.

P: Nie znam tych płyt. Tak naprawdę nie znam zbyt wielu albumów Davisa. Moim ulubionym albumem Milesa jest prawdopodobnie On the Corner i jeszcze jeden (podchodzi do półki z winylami)…

Ch: Co było po On the Corner?

P: Ten, Big Fun.

J: Nie znam tej płyty.

P: Jest zajebista, jeśli lubisz On the Corner to tę też polubisz.

Ch: Myślę, że jest jeszcze jedna, którą zrobił wkrótce po On the Corner.

J: W tym czasie mieliście także split z Bong. Jak ich poznaliście?

P: To było nasze pierwsze wydawnictwo na winylu, siedmiocalówka z Bong dla Box Records. Nasz kolega, który grał wcześniej w Gnod (Matt Baty), ruszał z wytwórnią. Pochodzi on z Newcastle i od lat znał chłopaków z Bong. Powiedział, że chce, aby jego pierwszym wydawnictwem był split Bong z Gnod na siedmiocalówce. W ten sposób się poznaliśmy. Są teraz naszymi dobrymi przyjaciółmi. Grają genialnie. W gatunku, w którym tworzą, są moimi faworytami, są jego królami.

Ch: Myślę, że bliżej nam do większości zespołów z północnego wschodu, niż do kapel z Manchesteru.

P: Bong, Khuunt, Drunk in Hell,

Ch: Blown Out.

J: Wszystkie z nich grają sludge core czy doom?

P: Wszystkie z nich w pewnym sensie grają ciężko. Na północnym wschodzie istnieje cała scena, ale jest ona mała z racji tego, że wielu muzyków gra w tych samych zespołach. Lecz jest ona niezwykle żywotna. Sądzę, że to jedna z lepszych lokalnych scen muzycznych w Anglii.

J: Musze ją poznać.

P: Powinieneś.

J: Słyszeliście ich ostatni album, co o nim sądzicie?

P: Jest wspaniały, co nie? To po prostu Bong.

J: Co was najbardziej pociąga w ich muzyce, ciężar?

P: Tak, sądzę że ciężar, głos Dave’a i jego narracja, gitara Mike’a, zdrowo popierdolone bębny Mike’a, brzmienie które tworzą jako grupa. Stroją swoje gitary do częstotliwości 432 Hz. Chcą, aby ich muzyka dała ci najwyższej jakości doznanie, gdy słuchasz jej zjarany. Sądzę, że udaję im się to całkiem dobrze. Każdy kolejny album jest rozwinięciem poprzedniego. Bong jest idealnym zespołem. Jest to jedna wielka historia. Z Bong jest podobnie, jak ze zbieraniem książek s-f.

J: Uwielbiam słuchać ich muzyki, gdy czytam Roberta E. Howarda, opowieści o rzeczach, które miały miejsce, zanim Atlantyda wyłoniła się z morza. Możesz poczuć oddech pradawnych czasów.

P: Dave z Bong jest maniakiem Lovecrafta. Jeśli wsłuchasz się w jego teksty, przyjrzysz się bliżej szacie graficznej, dostrzeżesz te wpływy.

J: Planujecie wydać reedycje albumów z okresu, o którym mówimy? Ponieważ teraz całkiem ciężko jest dostać ich fizyczną kopię,

P: Sądzę, że bardzo możliwe, iż coś takiego zrobimy, gdy Gnod będzie obchodził 10-tą rocznicę istnienia. Nie jestem za robieniem z tego czegoś wielkiego. Lecz kiedy jesteś w zespole, dokumentowanie wszystkiego ma sens. Gdy Gnod będzie miał 10 lat, może zasugerujemy wytwórni, aby wydała jakiś zbiór płyt, lub aby wymyśliła jakiś typ wydawnictwa, który obejmie te wszystkie materiały. Dobrą opcją byłoby wydanie tego na CD, lub jako 5 CDków z dołączonym pendrivem, lub w jeszcze inny sposób. Miło by było wydać to wszystko na winylu, ale nie ma na to szans ze strony wytwórni.

Ch: Podoba mi się pomysł wydania tego na CD, ale chciałbym to wydać w formie winylowej repliki w kopertach, może z pendrivem.

P: Może zrobimy coś takiego, fajnie by było. Lecz do tego czasu niech te materiały sobie krążą i nabierają wartości na Discogs.

Ch: Wiele z nich zostało wydanych na CD-rach do sprzedaży w trasie, więc powinno ich krążyć całkiem sporo.

P: Zanim zaczęliśmy sprzedawać CD-ry, rozdałem ich 300–400, zanim zaczęliśmy tak naprawdę porządnie grać i koncertować. Graliśmy próby i te które chcieliśmy, nagrywaliśmy, robiliśmy jakąś okładkę i wypalaliśmy CD. Chodziliśmy na koncerty i zostawialiśmy wszystko na stole, mówiąc zapłać funta, czy weź to sobie za darmo jeśli wolisz. Jest tego kurewsko dużo. Wypuszczaliśmy nawet materiały w boksach DVD, gdzie mogłeś zmieścić 2 CD-ki. Zrobiliśmy więc tego parę setek, gdzie miałeś 2 cz 3 albumy w jednym. Są to więc podwójne CD-ry w podwójnych boksach DVD, owinięte w fajną szatę graficzną i małą wkładką. Nie mam już żadnego z nich, może Ty Chris, masz jakieś?

Ch: Mam parę sztuk, ale jeszcze sprzed okresu, w którym zaczęliśmy robić wkładki. Nigdy nie widziałem, abyś jakieś z nich wypływały na Discogs, nie są nawet na nim umieszczone.

P: Dziwne, co nie? Jeśli wrzucimy je na Discogs to zaczniemy zarabiać na nich kasę (śmiech). To co, może zrobimy kilka i wrzucimy je na Discogs? Obczaj to, nie ma już tego dostępnego na Discogs, a potrafiło schodzić za naprawdę niedorzeczne pieniądze. To jest CD-r z naszej pierwszej trasy po Europie – Three Sticks A Penny – ale z inną okładką. Każdy robił własne CD-ry, aby sprzedawać je w trakcie trasy, a to jest wersja, którą robiłem ja. Obecnie obydwa są warte sporo pieniędzy. Ten jest również niezwykle rzadki. To jest pierwszy album jaki zrobiliśmy z White Hills – Aquarian Downer. Tak wygląda mój fundusz emerytalny (śmiech).

J: W 8. numerze Optical Sounds Fanzine wasi kumple z The Cosmic Dead powiedzieli, że underground w 2015 roku jest niezwykle żywotny i zdrowy. Ale jeśli dobrze pamiętam, gdy rozmawiałem z tobą o waszej wiosennej trasie koncertowej, miałeś odmienną opinię.

Ch: Mówiłem o ostatniej trasie i sądzę, że zapytałeś mnie, czy graliśmy z jakimiś zespołami, które uważam za warte uwagi. Odpowiedziałem, że nie graliśmy z żadnym zespołem, który zapadł mi w pamięć, a nie, że dobre undergroundowe zespoły nie istnieją.

J: Czyli czujesz, że kondycja undergroundu jest teraz dobra?

Ch: Dzieje się całkiem sporo. Wygląda to prawie tak, że masz dwie warstwy w muzyce, są zespoły prowadzone przez wytwórnie, które mają pieniądze i wtedy pojawiają się wszędzie w prasie muzycznej, a po nich zaczyna się underground. Zawsze tak było. Uważam, że muzyka undergroundowa jest teraz bardziej dostępna dzięki takim stronom jak Bandcamp. Nie wiem czy można powiedzieć, że czyni to scenę zdrowszą, ponieważ undergroundowej muzyce jest teraz trudniej zostać zauważonym czy przebić się do mainstreamu.

J: Ale czy taki jest cel undergroundu?

Ch: Nie, to nie jest jej cel, lecz żeby istnieć i kontynuować swoją działalność musisz mieć jakieś wsparcie. Nie chodzi tylko o pieniądze, ale żeby mieć energię do działania musisz mieć jakieś zainteresowanie, wiedzieć że ktoś tego słucha. Jeśli tego nie będzie, to nastąpi stagnacja, a członkowie zespołu zwrócą się przeciwko sobie. Jeśli nikt nie będzie cię słuchać, ani pisać o tobie, będzie ciężko utrzymać twórczy płomień w zespole. Jest tak wiele muzyki, że ciężko zostać zauważonym.

J: Czasami jest jej za dużo, co nie?

Ch: Tak, wokół jest dużo złej muzyki. Wielu ludzi tworzy ją także z błędnych pobudek. Nie wiem jak ocenić, czy scena jest zdrowsza niż była kiedyś. W latach ’70 i ’80 istniały całkiem nieznane kapele, którym ciągle udawało się podpisywać kontrakty z wytwórniami, jeździć na trasy i takie tam. Nie sądzę, aby grupy teraz otrzymywały takie wsparcie. Nie ma niezależnych wytwórni z pieniędzmi. Zawsze muszą one odbić sobie wydatki, aby móc wydać kolejną rzecz.

J: Nie chcą podejmować ryzyka?

Ch: Tak naprawdę nie muszą tego robić, ponieważ teraz polem do testów dla muzyki jest Internet. Możesz wrzucić swoje materiały na Bandcamp czy Soundcloud i zostać usłyszanym.

J: Czy to wystarcza?

Ch: Nie sądzę, lecz miałem na myśli to, że wcześniej zespoły nie miały takich możliwości. Kiedyś musiałeś czekać, aż wytwórnia cie znajdzie i wybierze, zanim w ogóle mógłeś nagrać album. Teraz możesz nagrać płytę w domu, wrzucić do sieci i ona już będzie w obiegu.

J: Gdy już rozmawiamy o undergroundzie, chciałbym się dowiedzieć jak obecnie wygląda scena undergroundowa w Salford/Manchesterze?

P: Naprawdę zdrowo, naprawdę dobrze. Dzieje się wiele interesujących rzeczy. Sporo interesujących ludzi tworzy muzykę, łączy ją z innymi rodzajami sztuki oraz wrażliwością i różnymi procesami twórczymi. Jest wielu poetów, artystów, performerów, tancerzy tworzących interesujące rzeczy i odlotową muzykę. Kiedy myślę o niektórych zespołach jak Locean, Water Devi, kojarzy mi się to z z pieprzonym Nowym Jorkiem w latach ’80 czy coś w tym stylu.

Ch: W tych zespołach jest wielu ludzi, którzy niekoniecznie są muzykami, a raczej artystami. Mają jakiś pomysł lub wyobrażenie o czymś i sposób, w jaki go przedstawiają reszcie zespołu, nie wygląda tak, że „Umiem grać na gitarze”, lecz raczej „Mam te dziwny, tani syntezator, który generuje hałas”, lub pomysły bazujące na ideach performerskich.

Nie znajdziesz tego w typowych zespołach muzycznych. Kiedy czytasz o tym jak w przeszłości zakładano zespoły, byli to zawsze ludzie, którzy zakładali quasi punkowy zespół – jestem wokalistą, potrzebuję gitarzysty, basisty i bębniarza. Teraz już tak nie jest, istnieje raczej wiele indywidualności próbujących coś współtworzyć.

P: Z drugiej strony masz również świetne konwencjonalne zespoły. Jest tak wiele różnorodnych scen w Salford i Manchesterze, tak wiele różnych rzeczy i to jest naprawdę zdrowe. Manchester w końcu zrywa z Madchesterem.

J: Czy Madchester to prawdziwe brzemię?

P: Nie jestem z Manchesteru, ale widzę jak Madchester ukształtował to czym Manchester jest obecnie. I jak stał się tym wzdętym końskim truchłem.

Ch: Jest to ciężkie brzemię, ponieważ jeśli pojawia się jakiś nowy zespół brzmiący jak Oasis czy The Stone Roses, to nagle zaczyna się o nim pisać. Podczas gdy underground, o którym mówimy, rzeczy, które się w nim dzieją, nieważne jak będą ciekawe, nie będzie przedmiotem zainteresowania mediów, ponieważ prasa szuka ciągle tych samych starych historii. Grupy dobrych koleżków chcących podbić świat. Chcą pisać tylko o takich zespołach. Wolą nasmarować kolejny artykuł o Haciendzie, The Smiths etc. Więc to oni są odpowiedzialni, nie artyści.

J: Dzięki za odpowiedzi.

P: Dzięki za pytania.

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy (2015)

star_wars_the_force_awakens_official_poster

Po seansie siódmej odsłony Gwiezdnych Wojen przynajmniej jedna rzecz nie pozostawia wątpliwości. Disney dobrze rozumie, że dalsze przekształcanie kultowej sagi w bajkę dla dzieci i apelowanie do młodej publiki, która nigdy nie widziała Starej Trylogii – co było głównym powodem krytyki nowych Gwiezdnych wojen przez starych fanów – nie wchodzi w grę. Ale czy Przebudzenie Mocy ze swoim scenariuszem nastawionym niemal wyłącznie na eksploatowanie słodko-gorzkiego uczucia nostalgii, wnosi do 38-letniej historii cokolwiek nowego?

Owszem, mamy nowych bohaterów, tyle że są to charaktery bazujące w dużej mierze na typologiach wykreowanych w Nowej nadziei. Ten sam problem pojawia się również, gdy zaczynamy rozkładać całą historię na czynniki pierwsze… co wiąże się oczywiście z lekkim spojlerowaniem, więc tym którzy filmu jeszcze nie widzieli, radzę nie czytać dalej. Jednak tych, którzy mają ochotę na wysilanie komórek mózgowych, zapraszam do dalszej eksploracji!

Z wielu elementów scenariusza następujące wydają się wyjątkowo śliskie: Jakku ma taki sam klimat jak Tatooine, BB-8 to nowy R2D2, który dostaje niemal identyczną misję, jak jego poprzednik, zabójcza planeta to powiększona do absurdu Gwiazda Śmierci, a do tego obydwie mają słaby punkt, który w taki sam sposób zostaje wykorzystany przez rebeliantów i nawet Han Solo (podstarzały Harrison Ford), którego wprowadzenie jest naprawdę emocjonujące, odgrywa TEN SAM ZNANY scenariusz schwytanego w pułapkę przemytnika.

Ale na tym się nie kończy, bo Przebudzenie Mocy prześladuje również chmara problemów logicznych, narracyjnych oraz GIGANTYCZNYCH luk. Dużo z nich da się wprawdzie zbyć, racjonalizując: „Wyjaśnią to pewnie w następnej części” albo: „To musi pozostać tajemnicą”, ale pozostają pytania, których w żaden sposób ugryźć się nie da, jak to, skąd miecz świetlny Luke’a Skywalkera magicznie trafia do piwnicy Maz Kanaty, skoro ten stracił go 40 lat wcześniej w walce z Darthem Vaderem na Basin i nigdy go później nie szukał?

Całkowicie bez odpowiedzi pozostaje także pytanie, w jaki sposób Rey (Daisy Ridley) opanowała bardzo trudny język Wookie, co dałoby się pewnie jakoś karkołomnie wyjaśnić – w końcu zna ona także inne egzotyczne języki – tyle że to nigdy nie zostaje wyjaśnione, a Moc w tym punkcie jeszcze nie wchodzi w grę. No i w jaki sposób po kilku minutach Rey jest w stanie machać mieczem świetlnym, jak wytrawny Jedi po kilkunastu latach treningu, nie mając pojęcia ani o dynamice tej starożytnej broni, ani o specyficznych technikach walki?

Czy tego typu zagrania narracyjne zniechęcają jednak prawdziwego fana Gwiezdnych wojen, za jakiego się uważam? Nie! I to jest klucz do Przebudzenia Mocy, które mimo wielu niedociągnięć, mielizn i ogranych chwytów, ogląda się znakomicie – szczególnie w 3D – nawet jeśli wszystko przypomina bardziej grę komputerową, niż jedną z klasycznych odsłon serii (konkretnie, Knights Of The Old Empire). A to dlatego, że J.J. Abrams pomimo oczywistego kalkowania Nowej nadziei zawarł w swoim filmie sporo klasycznej mitologii (freudyzmów, mitów inicjacyjnych, mitów sukcesji etc.)

Ta – oprawiona oczywiście w blockbusterowe ramy – pomaga gładko przechodzić nad słabymi punktami narracji, które pojawiają się i znikają w głowie widza, wciągniętego dogłębnie w kolejną magiczną odsłonę zmagań pomiędzy jasną i ciemną stroną Mocy – jedyną wojnę galaktyczną, która naprawdę się liczy. Pomaga także pojawienie się wszystkich starych bohaterów, dzięki czemu przyznaję się bez bicia, uroniłem w kinie niejedną łezkę.

Abrams zachowuje jednak balans pomiędzy nostalgią (prezentem dla starych wyjadaczy) i nową energią (komunikatem dla iPokolenia), pompując swoją historię masą akcji, która przerywana jest krótkimi momentami introspekcji (przyznać trzeba jednak, że stare Gwiezdne wojny miały odwrotne proporcje). I nawet jeśli film ze względu na niezbyt staranny scenariusz nie daje pełnej satysfakcji, zapewnia wystarczającą ilość emocji, żeby uczynić doświadczenie względnie wiarygodnym.

Na pokazie 3D latałem razem z X-Wingami, Tie Fighterami, Sokołem Millennium i dotykałem niemal ostrza energetycznego Kylo Rena, bo Przebudzenie Mocy to przede wszystkim film akcji i tu sprawdza się idealnie. Podobał mi się też wątek szturmowca Najwyższego Porządku, który przeżywa kryzys moralny, choć postać ta należy bardziej do kategorii papierowych. No i w końcu mamy Rey – kobiecą postać, która potrafi przeżyć w niesprzyjających warunkach, jest pilotem, super mechanikiem i ma szansę stać się w przyszłości nadzieją Jedi.

Tak, należę do fanów, którzy nie są w stanie bezkrytycznie patrzeć na nową odsłonę Gwiezdnych wojen, ale z drugiej strony zdają sobie sprawę, że nie było szans na nic lepszego, bo wymagania rynku, demograficzny target, merchandising, a także kierunek, jaki obrały blockbustery w ostatnich 10 latach, wykreowały zbyt silne ograniczenia dla producentów, scenarzystów i reżyserów pracujących z wysokimi budżetami. Mam jednak wciąż cichą nadzieję, że część VIII skorzysta z doświadczeń Przebudzenia Mocy i podniesie nieco poprzeczkę, żeby zapewnić nieco bardziej inteligentną rozrywkę.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Star Wars: The Force Awakens
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: Walt Disney Studios Motion Pictures
Ocena MGV: 3,5/5

Nowe estetyki upadku

Eufemizm „najstarszy zawód świata” jest jednym z najtrafniejszych – sprzedawanie i kupowanie seksualnej rozkoszy to czynności towarzyszące ludzkości od zarania cywilizacji. Jako zjawisko występujące w mnogości form, bez mała w każdej epoce historycznej i każdym rejonie świata, stanowi istotny temat dla kultury – sztuk pięknych, literatury czy wreszcie filmu.

Znamy oczywiście kinowe klisze tj. prostytutka o złotym sercu albo Kopciuszek z dzielnicy czerwonych latarni, grany przez Julię Roberts i zaklinany w damę przez biznesmena, w którego wciela się Richard Gere. Inną jest kobieta wplątująca się w kryminalną intrygę lub femme fatale.

Istnieje jednak także droga omijająca pop-mity i skupiająca się na fenomenie socjologicznym – dążąca do pewnej dozy realizmu – choć poza filmami stricte dokumentalnymi artysta zazwyczaj będzie ubierał temat we własną estetykę. Poszukiwania stylistyczne mogą doprowadzić w tym przypadku do odrealnienia aktualnego problemu.

Ciekawym wyjściem wydaje się ucieczka w przeszłość czy retro estetyka. Może ona pozwolić, bez ryzyka niesmacznej eksploatacji, na ukazanie natury zagadnienia i ubranie go w interesujące szaty na czysto artystycznym poziomie. Pod tym kątem warto przyjrzeć się dwóm serialom, jednemu brytyjskiemu i jednemu francuskiemu, które są próbą stworzenia „reportażu” ze świata XIX-wiecznej prostytucji, zamkniętego w nieco postmodernistyczne ramy. Obydwa podkreślają problematykę, ale i przenoszą ją na niedosłowny poziom mrocznej fikcji.

Szkarłatny płatek i biały (wyemitowany w 2011 roku) to stworzona przez BBC, 4-odcinkowa adaptacja powieści Michela Fabera, będącej współczesną wariacją prozy wiktoriańskiej, lecz podejmującą problemy z kategorii społecznego tabu, w tym prostytucji kwitnącej w Londynie w roku 1874.

Miniserial, wyreżyserowany przez Marca Mundena na kanwie scenariusza znanej dramatopisarki Lucindy Coxon, śledzi losy kilku postaci z różnych grup społecznych, ale skupia się na Sugar (w tej roli Romola Garai), tajemniczej prostytutce, wokół której krąży legenda tej, która nigdy nie zawodzi w alkowie.

crimson_petal_and_the_white_kadr1
Romola Garai w „Szkarłatnym płatku i białym”

Sugar jest nieprzeciętnie inteligentną i przedsiębiorczą młodą kobietą, kultywującą swoje talenty (samodzielnie nauczyła się czytać i pisać, co wykorzystuje także do tworzenia własnej prozy), niemniej pozbawioną szans na ucieczkę z getta płatnej miłości, w którym dosłownie urodziła się jako córka właścicielki domu uciech, pani Castaway. Większość jej wątku poświęcona jest próbie wyrwania się z dzielnicy ubóstwa na plecach kochanka Williama Rackhama, dziedzica fabryki perfumeryjnej, lecz sporo czasu spędzamy w świecie, z którego Sugar się wyzwala.

Apollonide. Zza okien domu publicznego (także 2011 rok) przedstawia realia zupełnie innej prostytucji, koncentrując się na paryskim domu schadzek dla wymagającej klienteli. Reżyser i scenarzysta filmu, Bertrand Bonello, specjalizuje się zarówno w opowieściach poświęconych seksualności (Pornograf z 2001, opowiadający o pionierze francuskiego kina porno), jak i w ponowoczesnym rozprawianiu się z dziedzictwem kultury (Tiresia z 2003 był swoistym uwspółcześnieniem mitu o Tejrezjaszu). A tu daje upust obu fascynacjom, biorąc za kulturowy cel belle époque, a dokładniej przełom lat 1899 i 1900.

W Apollonide zapoznajemy się z problemami pracownic tytułowego przybytku, w tym borykającej się z miłością do klienta i opiumowym nałogiem Clotilde (Céline Sallette); Julie (Jasmine Trinca), która zapada na syfilis; Pauline (Iliana Zabeth), szesnastolatki, która traktuje zamtuz jako szansę na lepsze życie; czy Madeleine, którą okalecza klient, zostawiając jej na twarzy bliznę niczym uśmiech ledgerowskiego Jokera.

Jako że te produkcje prezentują diametralnie różne oblicza wielkomiejskiej prostytucji XIX-wieku, różni się też wybór nadrzędnej estetyki w każdej z nich. Twórcy Szkarłatnego płatka i białego postawili na wizualną groteskę. Najuboższe dzielnice Londynu z pewnością były ludzkimi mrowiskami tonącymi w brudzie, wylęgarniami chorób, gdzie w każdej alejce kryło się cierpienie.

Mimo odzwierciedlenia tragedii trwania w tych warunkach, realizatorzy uciekają się do osnucia świata slumsów oniryczną zasłoną. I to od pierwszej sceny serialu, gdy wchodzimy w dzielnicę nędzy, prowadzeni przez samą Sugar – kamera nadaremnie próbuje ją doścignąć – wrzuceni bez ostrzeżenia, wyłączając narrację bohaterki (uświadamiającej widza, że cokolwiek by sobie nie wyobrażał i tak pozostanie zagubionym obcym z innego czasu i przestrzeni), w sam środek chaosu.

house_of_tolerance_kadr1
Céline Sallette w „Apollonide”

Wydaje się, że oglądamy „zwyczajne” obrazki z takiego miejsca – napad rabunkowy, żebraków śpiących w bramach, przerażonego konia wywracającego wóz i szabrujących zawartość pojazdu biedaków. Ale w tych widokach jest coś niepokojącego wręcz na podświadomym poziomie… czemu dwójka dzieci wiezie na wózku kogoś w kruczej masce na głowie? Kim jest zakapturzona wiedźma o białych włosach? Brudny chłopczyk ze skrzydłami anioła u ramion? Sama Sugar zaś, falująca szalem gdy znika w załomie alejki, zdaje się widmem.

Odrealnienie mija, kiedy stykamy się z problemem jednej z ulicznych postaci – dotkliwie pobitej prostytutki; ale powraca gdy tylko postać z zewnątrz, na przykład pijany (montaż dostosowuje się do stanu upojenia) William, zapuszcza się w te rewiry. Spora w tym zasługa technicznych tricków. Prędkości połączonej z dynamiką pracy kamery, specyficznych zbliżeń – migawkowych lub na fragmenty ciał postaci, nietypowych rozmyć pierwszego bądź dalszych planów.

Oprócz świetnej scenografii, kostiumów i charakteryzacji, pomagają także takie smaczki, jak rozważnie dobrana, ciemna kolorystyka, czy płatki śniegu okrążające szaleńczo goniącą kamerę. Można odnieść wrażenie, że twórcy znajdują turpistyczną przyjemność w zwracaniu naszej uwagi na szczegóły tego piekła – nie umknie im żadna oszpecona chorobą twarz, żaden dogorywający w cierpieniu ulicznik. Ale puste, oskarżające spojrzenia mijanych przez kamerę ubogich przypominają, że wkraczamy w koszmar niegdyś będący codziennością ludzi z krwi i kości.

Apollonide to kompletne przeciwieństwo onirycznej groteski brytyjskiego serialu, gdyż jest filmem malowniczym, więcej – malarskim (choć i w brytyjskiej produkcji znajdziemy nawiązania do sztuk pięknych; np. tatuaż skrzypaczki przygrywającej u pani Castaway, podkradziony ze znanego dzieła Ingresa).

Odbiorca od razu poczuje się jakby trafił w ruchomą wizualizację obrazów artystów pokroju Maneta czy Cézanne’a – a pamiętajmy, iż to właśnie XIX-wieczna szkoła francuska związana z impresjonizmem wprowadziła motyw prostytutki do malarstwa na szeroką skalę (powstają nawet dotyczące tego opracowania, jak opublikowane w 2003 przez wydawnictwo Getty Research Institute Painted Love: prostitution in French art of the impressionist era autorstwa Hollis Clayson).

crimson_petal_and_the_white_kadr2
Scena seksu ze „Szkarłatnego płatka i białego”

Skojarzenia te nie dotyczą jedynie rzeczy oczywistych, jak pełne splendoru wnętrza czy wymyślne, lubieżne kostiumy, ale także sposobu ułożenia kobiecych ciał na łożach lub samego doboru kolorystyki. Nie są to bezpośrednie zapożyczenia, acz wrażenie jest przemożne.

Styl malarski zaimplementowano jednak kontrastowo. Piękno otoczenia i samych wymyślnie „przybranych” kobiet nie pasuje do prawdziwej natury Apollonide. Do wulgarnych rozmów prostytutek i beznamiętnego wyliczania, ile razy posiadł którą mężczyzna w ciągu nocy. Do tęsknot i rozterek, do ich cierpienia z miłości, z poczucia beznadziei oraz znużenia związanego z sytuacją życiową.

Kilka wysmakowanych zabiegów podkreśla ich faktyczne doznania. Przede wszystkim, używany oszczędnie podział obrazu na okna ukazujące symultanicznie co dzieje się w różnych pokojach Apollonide; w każdym z nich ujrzymy reakcje dziewcząt obsługujących klientów, momenty podszytej smutkiem zadumy, ale także prozaiczne czynności, podczas których wykonywania są wymownie nieobecne.

Po drugie, pracę kamery cechuje nadzwyczajna koncentracja na twarzach i oczach prostytutek, zarówno w scenach z życia codziennego, jak i z alkowy. Zbliżenia ukazują puste, przerażone, czasem otumanione od używek lub zniesmaczone spojrzenia.

Warto dodać, że w Apollonide panuje reżim piękna – wobec higieny, pielęgnacji ciała, czy nawet zapachu prostytutek, stosuje się ścisłe zasady; podobnym regulacjom podlega także fryzura, dobór stroju. W odniesieniu do tego możemy stwierdzić, iż owa malarskość na estetycznym poziomie, w połączeniu z dekonstrukcyjnymi zabiegami, mają pokazać, czym w istocie są kobiety w „domu zamkniętym” – ekskluzywnym towarem w ekskluzywnej oprawie.

house_of_tolerance_kadr2
Dom publiczny w „Apollonide”

Mimo różnic w doborze środków estetycznych, między Szkarłatnym płatkiem i białym, a Apollonide, można dostrzec kilka intrygujących podobieństw. Pierwszym jest dążenie do deseksualizacji nagiego ciała. W obu produkcjach wdzięki aktorek w pełnej krasie widz ogląda nader często, ale kontekst odbiera tym ujęciom wymiar erotyczny. W filmie Bonello każdej scenie stosunku towarzyszą wspomniane zbliżenia twarzy i oczu kobiet, przypominając, że obcujemy z transakcją.

A potencjalnie podsycone erotyzmem ujęcia oglądamy, gdy kobiety bez emocji przygotowują się do sprzedawania ciała, a także w sytuacjach uwłaczających – podczas oględzin wstępującej do „oferty” Pauline pod kątem skaz, czy odhumanizowanego badania ginekologicznego. Usuwa to możliwą eksploatację nagiego ciała, miast tego wtłaczając je w codzienny znój bohaterek.

W brytyjskim serialu ciała z zasady nie są kuszące – niszczone ulicznym żywotem, przykryte brudem. W większości londyńskich kobiet upadłych trudno znaleźć nawet resztki urody. W jednym z odcinków mamy do czynienia z naturalistycznym przedstawieniem trzech dżentelmenów używających sobie w bocznej alejce, co ma charakter czysto zwierzęcego, brutalnego parzenia się; nagość obserwujemy głównie w konotacji z czynnościami takimi jak podmywanie się prostytutki po stosunku.

Ciało samej Sugar, choć urody Garai nie zniweczy charakteryzacja, także jest zniszczone – postępującą chorobą skóry, bliznami, przerażającą bladością. Piękno jest może jej narzędziem, ale także ulega w ten sposób degradacji. Seks dla Sugar to albo konieczność wypełniona udawaną rozkosz i nienawistnymi myślami, albo pretekst do zebrania przydatnych informacji o kochanku.

crimson_petal_and_the_white_kadr3
Prostytutka oddająca mocz w „Szkarłatnym płatku i białym”

Znamienne, że spełnienie u bohaterki obserwujemy dopiero, gdy William wyprowadza ją z dzielnicy nędzy – a kamera pomija wtedy jej kochanka, koncentrując się na rozsadzanej dziwaczną radością Sugar, przez co należy to postrzegać jako oderwany od intymności triumf. Cechą wspólną obu produkcji jest również obecność swoistego „centrum dekadencji”, cieplej ukazanego od reszty środowiska, w którym bytują prostytutki.

W Szkarłatnym płatku i białym jest to gospoda Fireside, w której klienci nawiązują kontakt z paniami lekkich obyczajów, tocząc rozmowy i zaprawiając się alkoholem. Oprócz rubasznej otoczki – kukiełkowego przedstawienia cieni ukazującego sadomasochistyczne praktyki, rozsznurowanych bluzek uwalniających piersi kurtyzan – granatowo-szare barwy getta ustępują brązom i pomarańczy, otoczenie jest w naturalnym blasku świec i ognia.

W Apollonide takim miejscem jest sala gościnna, gdzie zaczyna się każdy wieczór w przybytku. Malowniczość wizualna sięga w niej szczytu, a dziewczyny asystują możnym bywalcom w tak abstrakcyjnych w kontekście zajęciach, jak omawianie lektur typu Wojna Światów Wellsa czy opieka nad… udomowioną czarną panterą. Artystyczne podkreślenie tych lokacji jest nieprzypadkowe – to strefy przejścia, w których prostytutki stykają się z zewnętrznym światem i znajdują kruchą otuchę w namiastce rozrywki przed powrotem do rzeczywistości, gdy klient zdecyduje się na skorzystanie z usług którejś.

Kolejne punkty styczne znajdziemy na gruncie środków wyrazu. Interesującym jest skłonność do zapożyczeń estetyki i technik realizacyjnych kina grozy. W Szkarłatnym płatku i białym wychodzą one i poza wątek prostytucji, ale w jego ramach, obok szokowania widza migawkami z londyńskich ulic, możemy zaobserwować kreowanie atmosfery zwodniczego miejsca, w którym nic nie jest pewne.

Przykładem jest scena, gdy pijany William zapuszcza się sam w alejki slumsów. Nagle oferuje mu ciepłe łóżko kojący, głęboki głos dochodzący od rozmazanej kobiecej sylwetki w tle. Gdy postać zbliży się poza kadrem do bohatera, ujrzymy szpetną twarz ulicznicy – to oczywiście klasyczna metoda straszenia poprzez zaskoczenie z ekranowych horrorów.

Twórcy Apollonide czerpią z surrealistycznej odmiany grozy. Zwłaszcza w wątku Madeleine, którą ciemność obecna w jej relacji z psychopatą pociąga nawet po tym, jak naznaczył jej twarz, czyniąc ją mroczną legendą wśród bywalców domów uciech – Uśmiechniętą Kobietą.

Historia Madeleine opowiedziana jest w estetyce kameralnej grozy, osnutej wokół motywu maski, z użyciem nieco zaburzonej chronologii: granica między jawą, a snem jest niewyraźna, zaś retrospekcje momentu okaleczenia wkradają się nieoczekiwanie.

Kiedy wynajmuje ją klub organizujący orgie z udziałem „dziwowisk”, takiej galerii postaci, – upiornych starszych dam, karlic, adorujących się w transie kochanków  – ozdobionej szyderczym makijażem i odbierającej zabiegi tłumku wybitnie niejednoznacznie, nie powstydziłby się sam David Lynch.

house_of_tolerance_kadr3
Prostytutki przygotowujące się do pracy w „Apollonide”

Podobny klimat dominuje, gdy dziewczyny zajmują się klientami o egzotycznych upodobaniach. Przykładowo, widok mechanicznie poruszającej się prostytutki udającej lalkę oddziałuje potężnie w swym mroku. Ostatnim istotnym podobieństwem jest dobór ścieżki dźwiękowej, w obu produkcjach w większości anachronicznej – ryzykowny krok, lecz udanie wpisujący się w stylistykę.

Kompozytor Cristobal Tapia de Veer użył w Szkarłatnym płatku i białym konwencji ambientowej. Syntezatory z rzadka wybijają się na pierwszy plan, jak w „ćwierkającym” motywie przewodnim, ponurymi lub niekiedy dysonansowymi pomrukami w tle zapewniając udźwiękowienie obrazom ulic biedy. Czasem przykrywają je instrumenty smyczkowe i pianina, ale to hipnotyczna natura elektroniki decyduje o odbiorze.

W ścieżce dźwiękowej Apollonide wyróżnimy trzy rodzaje kompozycji. Pierwszym są utwory klasyczne – koncert fortepianowy Mozarta i aria Pucciniego. Drugi stanowią te stworzone przez reżysera, który jest też muzykiem. Najlepiej wpisują się w sceny surrealistyczne, jak towarzyszący wątkowi Madeleine motyw à la Badalamenti, czy ilustrujące perwersyjne sceny dźwięki gongu i pianina.

Trzecim i najmocniej wbijającym się w pamięć są klasyki R&B oraz rocka: Lee Mosesa, The Mighty Hannibal czy The Moody Blues. Choć z początku sprawiają mylne wrażenie – po czołówce z popisem Mosesa można by się spodziewać gry konwencjami w bardziej tarantinowskim stylu – sprawdzają się. Szczególnie w scenie, kiedy prostytutki w żałobie po zmarłej koleżance tańczą powoli w rytm Nights in White Satin, do której często odwołują się piszący o tym filmie.

Omawianym produkcjom udaje się zbudować bardzo nowoczesną estetykę, ale stylistyczne poszukiwania nie odwodzą widza od tematyki – zazwyczaj, bo w Apollonide da się wyczuć fałszywą nutkę nostalgii za fin de siècle. Jednak nawet odstępstwa, których nie ma w tych obrazach za wiele, nie zmieniają faktu, że warstwa estetyczna pomaga w przedstawieniu współczesnego widzowi problemu XIX-wiecznych pracownic seksualnych – w paraleli do losu dzisiejszych, Bonello pod koniec zestawia nawet dosłownie przeszłe z teraźniejszym.

Można je uznać za udane wizje dwóch odmiennych, a jednak podobnych więzień pochłaniających życia kobiet. Da się naturalnie znaleźć przykłady filmów, które poszły dalej w estetyzacji prostytucji czasów minionych. Taki jest choćby japoński Sakuran z 2006 roku w reżyserii Miki Ninagawy, znanej z oszałamiania feerią jaskrawych barw.

Niestety, przy zachwycającym oczy teledyskowym podejściu Sakuran oferuje niewiele w aspekcie treści. Przejścia głównej bohaterki są podane jak droga do sławy gwiazdy, ze statusem oiran – podziwianej i wpływowej kurtyzany – jako nagrodą, a bóle egzystencjalne sprowadzają się finalnie do ckliwej miłości. Opisane europejskie dzieła kina mają na szczęście tę zaletę, że przy całej swej efektowności zmuszają ostatecznie do refleksji nad losami bohaterek.

Marek Grzywacz

Cicha noc, śmierci noc (1984)

silent-night-deadly-night-movie-poster-1984

Popkultura przerobi na swoją modłę wszystko, co tylko wpadnie jej w łapy. O tym, że Święta Bożego Narodzenia dawno wyzbyły się sfery sacrum i nabrały komercyjnego charakteru, świadczą już nie tylko tłumy w rozświetlonych lampkami centrach handlowych, ale przede wszystkim ramówka telewizyjna: Kevin, Zły Mikołaj, czy rodzimy potworek Listy do M., to gwoździe programu! Ale fani kina nie powinni zapominać o produkcjach, które Boże Narodzenie zamieniają w prawdziwy horror. W Cichej nocy, świętej nocy Święty Mikołaj odwiedza tylko niegrzeczne dzieci!

Mamy Wigilię, w trakcie której Billy Chapman wraz z malutkim bratem cudem uchodzi z zasadzki zastawionej na autostradzie przez przebranego w strój Świętego Mikołaja bandyty. Na jego oczach facet zabija ojca, a matkę przed poderżnięciem gardła brutalnie gwałci.

Akcja przewinięta zostaje do przodu i wkrótce dowiadujemy się, że mając 18 lat Billy dalej żyje w traumie pozostawionej przez feralną noc. Wychowany w sierocińcu prowadzonym przez siostry zakonne, trafia w końcu do roboty w sklepie z zabawkami. Jak co roku, wybucha świąteczny szał zakupów, a Billy zostaje poproszony o przebranie się w strój Mikołaja.

Film w czasie premiery został obsmarowany przez rodziców, którzy zarzucali mu niszczenie wizerunku Świętego na rzecz psychopatycznego mordercy. Wszak kiedy Billy przyodziewa czerwony strój ze sztuczną brodą, budzą się w nim wspomnienia i staje się on cieniem koszmaru z dzieciństwa.

Uzbrojony w siekierę, przemierza zasypane śniegiem miasteczko, wyznaczając karę napotkanym po drodze, niegrzecznym dzieciakom. Oczywiście, zamiast rózgi woli skrócić grzesznika o głowę, lub nabić go na robiące za trofeum poroże. Swoje kroki kieruje jednak w końcu do przykościelnego sierocińca, gdzie przebywa jego młodszy brat oraz naprawdę niegrzeczna Matka Przełożona.

Trudno o bardziej świąteczny horror niż film Charlesa Selliera Juniora. Jak na prosty slasher film oferuje całkiem interesującą fabułę z mocno antykościelnym przesłaniem. Siostry prowadzące sierociniec uprawiają seks pod nieobecność apodyktycznej Matki Przełożonej – w tej roli świetna Lilyan Chauvin – która stosuje wymyślne kary za każdy przejaw naruszenia jej definicji grzechu. Sam Billy () rzuca charakterystycznym tekstem „PUNISHMENT!” przed każdą egzekucją. Film ma jasne przesłanie: lepiej być grzecznym w te Święta.

Film nie zawodzi na polu technicznym, a jak na slasher jest wyjątkowo krwawy! Pomysłowość Billy’ego w zadawaniu śmierci nie ogranicza się tylko do machania siekierą, w ruch idzie wszystko, co wpadnie mu w ręce. W sekwencji masakry w sklepie z zabawkami, w ruch idzie nawet łuk! Choć jak na tor, który film obiera w drugiej połowie, jest to wciąż za mało. Wydawać by się mogło, że wyszukane sceny śmierci są tylko dodatkiem, a nie motorem napędowym.

Ta klimatyczna produkcja obrosła już swoistym kultem i podobnie jak w przypadku Czarnych Świąt jest obowiązkowym seansem świątecznym dla każdego fana horroru. Pod otoczką krwawej masakry kryje się historia o tragedii i choroby psychicznej, choć jako film czysto rozrywkowy sprawdza się on znakomicie za sprawą unikalnego pomysłu, który łączy wszystkie elementy kina grozy lat 80-tych i podaje je w formie świątecznego prezentu. Po uroczystym rytuale Świąt Bożego Narodzenia możecie się spokojnie dać ponieść świątecznej psychozie.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Silent Night, Deadly Night
Produkcja: USA, 1984
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Ex Machina (2015)

ex-machina-poster-2015

Jedni mówią, że nie ma nic nowego pod słońcem, a inni, że wszystko jest remiksem, co na jedno wychodzi – kultura żywi się wiecznie samą sobą i kino nie jest tu wyjątkiem. Centralny wątek Ex Machiny przypomina Łowcę androidów, pytania poruszone przez debiutanta, Alexa Garlanda, 2001: Odyseję kosmiczną, a estetyka THX 1138 George’a Lucasa. Film ten należy jednak oceniać bardziej przez pryzmat egzekucji, niż przez źródła pomysłów, które zostają swoją drogą bezpośrednio zacytowane na ekranie.

Tajemniczy kod klepany przez programistę, Caleba, w drugiej części filmu, po uruchomieniu w Pythonie 2.7 kieruje do ISBN Embodiment and the inner life: Cognition and Consciousness in the Space of Possible Minds autorstwa Murraya Shanahana, prawdziwego specjalisty od sztucznej inteligencji. I jak tu nie kochać twórcy, który w ten sposób celebruje kulturę digitalną? Jego inne odniesienia są przy tym pełne osobistej wizji, co do roli której widz nie ma żadnych wątpliwości. To film, z którym reżyser w dużej mierze się utożsamia.

Dużym zaskoczeniem dla mnie była przede wszystkim prostota tej produkcji. Akcja rozgrywa się przez 95% czasu w czterech ścianach placówki badawczej, wybudowanej w malowniczej norweskiej głuszy, która stanowi ciekawy kontrast dla wysoce rozwiniętej technologii, będącej motywem przewodnim. A znajdujemy się w niedalekiej przyszłości, czy też w rzeczywistości alternatywnej, w której Nathan (znany m.in. z Drive Oscar Isaac), właściciel BlueBooka, gigantycznego silnika wyszukiwania, rozpoczął pracę nad stworzeniem sztucznej inteligencji.

Żeby zakończyć swój projekt, a jednocześnie potwierdzić sukces swojej pracy, Nathan werbuje na tydzień jednego z bardziej uzdolnionych programistów ze swojej firmy, Caleba (Domhnall Gleeson), który ma przeprowadzić na jego kreacji test Turinga – rodzaj testu sprawdzającego zdolności kognitywne sztucznej inteligencji, z dużym naciskiem na udowodnienie, że posiada ona samoświadomość na wzór ludzki. Problem w tym, że obiekt badania jest płci żeńskiej i nazywa się Ava, a Caleb nie ma wysokich zdolności interpersonalnych i jest także mocno aseksualnym geekiem.

Te słabości szybko dają o sobie znać, bo Ava okazuje się wysoce inteligentnym organizmem, który zasilany bezpośrednio przez BlueBooka, potrafi w zdumiewającym tempie pozyskiwać i analizować dostępną informację. Ava jest też niezwykle pociągająca, co zawdzięczamy delikatnej twarzy szwedzkiej piękności, Alicii Vikander (wciąż słabo znanej fanom kina, ale to się pewnie niedługo zmieni), której grę aktorską podziwia się od pierwszej do ostatniej sceny (było to dla mnie prawdziwe odkrycie).

Caleb zdaje codzienne raporty ze swoich sesji Nathanowi, który oprócz bycia geniuszem cybernetyki, okazuje się też pijakiem, kulturystą, fanem disco i miłośnikiem sushi o lumberseksualnym stylu. Nathan zadaje Calebowi pytania z pogranicza filozofii, kognitywistyki i psychologii, na które ten z trudem znajduje odpowiedzi, jednak zadowalające jego szefa na tyle, że ten szybko przekonuje się do jego geniuszu i do doniosłości jego pracy. Ale Caleb ma poważny problem, bo Ava zaczyna mu zdradzać informacje, które najpierw wywołują dysonans poznawczy, a w końcu kreują atmosferę paranoi…

I tak dzieło Garlanda, zgodnie z duchem czasów, z filmu wysoce artystycznego powoli zaczyna się zamieniać w klasyczny thriller, w którym napięcie rośnie aż do wybuchowego finału. Ten dla prawdziwych fanów kina gatunkowego nie będzie jednak wielkim zaskoczeniem, bo reżyser decyduje się operować „czerwonymi śledziami”, których nie powstydziłby się Lucio Fulci, Sergio Martino czy Dario Argento, a więc wpuszcza do swojego dzieła mnóstwo schematów wyjętych żywcem z filmów giallo. To jednak tylko drobny minus, który ma także swoje dobre strony, bo historia nabiera dzięki temu pewnej zwartości i nie schodzi na intelektualne manowce.

Ex Machina zadaje jednak – szczególnie w pierwszej połowie – mnóstwo istotnych pytań futurologicznych, psychologicznych czy duchowych. Poruszony zostaje problem człowieczeństwa, roli naszego gatunku w tworzeniu nowego życia, odpowiedzialności za inne życie, granic naszej inteligencji, a także roli chaosu czy przypadku w poszukiwaniu ideału. Są to pytania niezwykle fascynujące, które widz na pewnym poziomie będzie trawił jeszcze długo po zakończeniu seansu filmu Garlanda, który należy do najciekawszych produkcji europejskich ostatnich lat!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Ex Machina
Produkcja: Wielka Brytania, 2015
Dystrybucja w Polsce: United International Pictures
Ocena MGV: 4/5

„Dünyayı Kurtaran Adam”, czyli „Tureckie gwiezdne wojny”

turkish_star_wars_poster

Turecki rynek filmowy lat ’80 nie cierpiał na nadmiar zachodnich produkcji science-fiction, a że popyt rodzi podaż, w 1982 za kamerę chwycił niejaki Çetin Inanç, który z pomocą supergwiazdy kina akcji, Cüneyta Arkina, nakręcił legendarne w środowisku fanów campu dzieło, Dünyayı Kurtaran Adam, czyli Człowiek, który uratował świat.

Ten majstersztyk chorej wyobraźni był mockbusterem, tanią zrzynką z Gwiezdnych wojen George’a Lucasa i do historii przeszedł jako Tureckie gwiezdne wojny. Absurd, z którym mamy w tym filmie do czynienia, sięga zenitu i z tego powodu film przerasta do pewnego stopnia oryginał. W jednej ze scen główny bohater, Murat, wyglądający jak skrzyżowanie Rambo z He-Manem, walczy na przykład z pluszowym dywanem za pomocą miecza wyciętego z kartonu, używając przy tym mnóstwo ciosów karate (albo kung fu).

Co ciekawe, film posiłkuje się oryginalnymi scenami z Gwiezdnych wojen, a także materiałami radzieckich i amerykańskich programów kosmicznych, żeby ukryć niedostatki budżetu (jak to wychodzi możecie się sami domyślić). W filmie poza tym można oglądać: 1000-letniego czarnoksiężnika, który uciekł z Ziemi i jest posiadaczem złotego mózgu, krwiożercze zombiaki, potworki z czerwonego pluszu, roboty, a także szkielet jeżdżący konno.

W tym wszystkim znalazło się nawet miejsce dla religii, bo gdy Murat zakochuje się bezgranicznie w pięknej blondynce Bilgin’in Kizi, ta przedstawia go lokalnemu przywódcy religijnemu, który oprowadza go po meczecie i wygłasza przemowę na cześć Islamu. W efekcie Murat zostaje wysłany na poszukiwanie magicznego miecza (tak, tego samego) przechowywanego w ukrytym na pustyni kościele chrześcijańskim.

Całości dopełnia soundtrack, który został w pełni zajumany z popularnych produkcji początku lat ’80. Głównym tematem jest The Raiders March z Poszukiwaczy zaginionej arki, a reszta muzyki pochodzi z Moonrakera, Ben-Hura, Flasha Gordona, Planety małp czy Niemego wyścigu.

Turecki krytyk filmowy Evrim Ersoy tak podsumowuje tę legendarną produkcję: Próba stworzenia najwspanialszego filmu science-fiction w historii tureckiej kinematografii przez reżysera Çetina İnança posiada wszystkie obowiązkowe cechy gatunku. To mash-up amerykańskiej tradycji filmowej z turecką mitologią, połączony szalonym pragnieniem stworzenia dzieła wiekopomnego pomimo mikroskopijnego budżetu. Sam nie mógłbym tego lepiej ująć!

(Cały film z angielskimi napisami)

Conradino Beb

Jedyny w swoim rodzaju mashup trailer z Charlesem Bronsonem

Gdy trzeba „posprzątać” miasto ogarnięte przemocą i chaosem, do akcji wkracza Charles Bronson! Gliniarz-renegat, bezkompromisowy detektyw… którego czasem prześladują koszmary. Nazwij go szalonym mścicielem, wkurzonym kolesiem ze śmiercionośną misją.

Pracuje nad zniszczeniem imperium narkotykowego, eliminując dilerów. Ale został wrobiony i teraz musi oczyścić swoje imię! Staje twarzą w twarz z brudem miasta! Jest w sercu wojny! Kiedy sądy nie są w stanie spełniać swojej powinności, zrobi to Bronson!

– Kim jesteś?
– Śmiercią.

Trwające rok, kanadyjskie badanie, wykazało wysoką skuteczność marihuany w leczeniu bólu!

Zespół badawczy z Centrum Zdrowia Uniwersytetu McGilla (RI-MUHC) z Montréalu w Kanadzie zakończył trwające rok, kontrolowane badanie medyczne, które objęło 431 osób borykających się z chronicznym bólem niezwiązanym z rakiem. W jego ramach 215 osób podjęło kurację medyczną marihuaną, a 216 stanowiło grupę kontrolną, która przyjmowała tradycyjne leki.

Chorzy stosowali w kuracji marihuanę o zawartości 12% THC i mieli możliwość wyboru formy przyjmowania leku (waporyzacja, palenie lub przyjmowanie jej w formie doustnej). Dawka wynosiła 2,5 g dziennie. Większość pacjentów miała wcześniejszą styczność z medyczną marihuaną i była obeznana z jej efektami.

Jak stwierdził szef zespołu, Dr. Mark A. Ware: Jest to pierwsze i największe badanie długoterminowego bezpieczeństwa stosowania medycznej marihuany przez pacjentów cierpiących na chroniczny ból, jakie zostało dotychczas przeprowadzone. Było ono nadzorowane symultanicznie z 5 ośrodków badawczych znajdujących się w: Fredericton, Halifaxie, Londynie, Montrealu, Toronto i Vancouver.

Jak czytamy w oficjalnym podsumowaniu: Konopie są szeroko, na własną rękę, wykorzystywane przez pacjentów wykazujących wiele różnych symptomów, cierpiących na różne choroby, w tym na chroniczny ból niezwiązany z rakiem. Przeprowadzone przez nas badanie kohortowe miało na celu określenie bezpieczeństwa stosowania marihuany u jednostek z tego rodzaju bólem.

Istotnym punktem końcowym były groźne i niegroźne działania niepożądane. Mniej istotnym stan płuc i funkcje neurokognitywne, włącznie z hematologią, biochemią czy funkcją nerek, wątroby i dokrewnym wydzielaniem hormonalnym. Drugorzędnymi parametrami wydajności były ból, nastrój i jakość życia.

Wnioski płynące z badania są takie, że działania niepożądane u grupy przyjmującej medyczną marihuanę rzadko przekraczały granicę działań niegroźnych. Te obejmują zaś głównie: nudności, bóle głowy i dyskomfort oddechowy.

Nasze dane pokazują, że pacjenci przyjmujący marihuanę codziennie nie są wystawieni na wyższe ryzyko poważnych działań niepożądanych od grupy kontrolnej (nieprzyjmującej marihuany). Używanie konopi jest więc generalnie bezpieczne. – tłumaczy jeden z medyków nadzorujących badanie, Dr. Aline Boulanger.

Konkretnie, w grupie przyjmującej konopie 13% (28 pacjentów) zgłosiło przynajmniej raz w trakcie badania poważne działanie niepożądane, a w grupie kontrolnej zrobiło to 19% (42 pacjentów), tak więc ryzyko ich wystąpienia okazało się nieco wyższe w tej drugiej.

green_crack_medicinal_bud
Green Crack / medyczna marihuana

Najczęstszym problemem w grupie przyjmującej marihuanę były bóle brzucha, jednak naukowcy w większości odrzucają bezpośredni związek wynikający z jej stosowania, wskazując na inne przyczyny. W grupie kontrolnej doszło przy tym do dwóch zgonów, nie zanotowano jednak żadnych w grupie stosującej marihuanę.

Badania krwi, nerek, wątroby i pojemności płuc u pacjentów w grupie stosującej konopie, nie wykazały po roku żadnych odstępstw od normy. Zanotowano w niej za to zdecydowany spadek intensywności bólu, mierzony za pomocą skali VAS, którego nie zanotowano w grupie kontrolnej. Ponadto, w grupie tej znacznie poprawiła się jakość życia, mierzona za pomocą skali PCS. Była ona wyższa w porównaniu z grupą kontrolną o 2.36 punktów po 6 miesiącach i 1.62 punktu po zakończeniu badania.

Większość z osób biorących udział w badaniu (66%) miała doświadczenie w obchodzeniu się z konopiami. Ze względu na małą liczbę niedoświadczonych użytkowników, bezpieczeństwo stosowania medycznej marihuany, dla stykających się z nią po raz pierwszy, nie może więc zostać oszacowane.

Ponadto, rezultaty wskazują, iż częstotliwość występowania niegroźnych efektów ubocznych u doświadczonych użytkowników była niższa niż u ex-użytkowników czy tych, którzy z konopiami zetknęli się po raz pierwszy. Prawdopodobne jest, że w przypadku grupy składającej się wyłącznie z nowicjuszy, zaobserwowalibyśmy wyższy odsetek tego rodzaju efektów. – czytamy również w raporcie.

Conradino Beb

Źródło: Journal of Pain

Mandarynka (2015)

14004_JACKPOT_QUAD_AW.indd

Cassavetes pewnie piałby z zachwytu, że jego wyjątkowa domena sztuki – kino niezależne, cały czas wypluwa z siebie coś żywego, oryginalnego i nie podcinającego swojej własnej gałęzi onanizmem twórcy. A taka jest właśnie Mandarynka, kino transseksualne (motyw przewodni, ale wcale nie najważniejszy), uliczne, niskobudżetowe (wszystkie filmy niskobudżetowe mają jedną cechę wspólną – są kręcone na niskim budżecie), miejskie, etniczne, społeczne, amerykańskie i w przewrotny sposób romantyczne.

Historia Sin-Dee, latynoskiej, ulicznej prostytutki, która wychodzi z pierdla po krótkim pobycie, tylko po to by dowiedzieć się od swojej przyjaciółki i towarzyszki w zawodzie, Alexandry, że jej „tatuś” zaczął posuwać białą rybkę (tłumaczenie dosłowne słów głównej bohaterki), zostaje zamieniona w mini-odyseję – nomen omen wigilijną – przez Miasto Aniołów circa 2015, w którym, żeby zacytować Hanka Moody’ego z Californication (samo się narzuca): Seks zamawia się jak pizzę na wynos.

Ale jak na film o kurwach (lub jak kto woli, pracownicach seksualnych) w filmie jest zdumiewająco mało seksu, choć scena obciągania pały w myjni samochodowej należy do mistrzowskich i nie powstydziłby się jej żaden profesjonalny artysta. Jednak należy podkreślić, że nie jest to seks w znaczeniu pornograficznym czy eksploatacyjnym, tylko eksploracja aktu w wymiarze emocjonalno-uczuciowym. Tak, Mandarynka ma dużo paradoksów, ale tylko dlatego, że życie jest ich pełne i rzadko go starcza, żeby je wszystkie zrozumieć.

I za to należy reżyserowi, Seanowi Bakerowi, podać dłoń, bo niewielkimi środkami dokonał on cudu pokazania tych codziennych ludzkich absurdów, jak na dłoni. A że interesują go autsajderzy, ulicznicy, dilerzy, narkomani czy ludzie z marginesu społecznego, prezentuje je na przykładzie środowiska, które operuje minimalnymi regułami, w którym przemoc jest na porządku dziennym, a stabilizacja raczej rzadkością niż regułą, co tworzy z kolei bardzo silną presję na utrwalanie statusu grupowego i bezwzględną o niego walkę.

A o ten status walczy Sin-Dee, grana przez debiutującą na ekranie Kitanę Kiki Rodriguez, która „zdradzona” przez Chestera (wspomnianego alfonsa, a także dilera kokainy), za wszelką cenę próbuje znaleźć swoją konkurentkę i wytargać ją za włosy, co zresztą w końcu się udaje. Bocznym wejściem tymczasem wkrada się do filmu historia armeńskiego taksówkarza, który od domowych pieleszy (żony, dziecka, teściowej) woli płacić za seks z Alexandrą.

Razmik wnosi do tej opowieści optykę imigranta zakotwiczonego w tradycyjnej kulturze, która kontrastuje z brutalnym, choć bardzo wymownym, życiem transseksualnych prostytutek. Mimo tego istnieje nić łącząca te pozornie odmienne charaktery – determinacja i tragizm. Jakiekolwiek prowadzą bowiem życie codzienne, muszą walczyć o byt, jednocześnie będąc sobą i nie tracąc gruntu pod nogami, co zostaje przez reżysera bardzo zręcznie przeciwstawione sobie, a następnie wykorzystane do stworzenia wybuchowej kulminacji!

Film od warstwy realizacyjnej jest prawdziwą, niskobudżetową perełką (nakręconą za $100 tys). Cinema vérité wykorzystuje technologię cyfrową (a konkretnie iPhone’a) co skutkuje eksploatacyjnym realizmem ery YouTube, jednak bez utraty warstwy narracyjnej, która przypomina spotkanie Sprzedawców z Tarnation. Dzięki temu podczas seansu ani na chwilę nie pojawia się wątpliwość, że film jest tak surowy, jak tylko się da, a więc estetycznie prawdziwy.

Jako opowieść Mandarynka należy najbardziej do dramatu w stylu queer, ale film nie jest pozbawiony przy tym wątków komediowych, które ubarwiają go do tego stopnia, że można go nawet interpretować jako komediodramat czy dramedię. Innym, wartym przyjrzenia się bliżej, elementem tej historii jest elektroniczny soundtrack, który można potraktować jako przegląd muzycznego podziemia LA (dubstep, grime, syhthwave, trap, EDM).

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Tangerine
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: Tongariro Releasing
Ocena MGV: 4,5/5

Maika Monroe, kandydatka na nową królową krzyku?

Horror już ładnych parę lat czekał na nową „królową krzyku”, która stałaby się dla współczesnego kina gatunkowego personą na miarę Jamie Lee Curtis, Sigourney Weaver czy Marilyn Burns. A termin ten w mediach nie był używany aktywnie przez wiele lat, przynajmniej od czasu zakończenia ostatniej części Krzyku, zarezerwowany głównie dla blogowych zestawień odwołujących się do kinowej nostalgii.

Powodem, dla którego termin wyszedł w zasadzie z użycia pod koniec lat ’90, czy na początku nowego Millennium, był kryzys horroru i thrillera, które do tego czasu stały się gatunkami mocno zużytymi, coraz częściej parodiowanymi przez przemysł filmowy, po trochu z powodu wyczerpania się formuły, po trochu z braku nazwisk, które podtrzymałyby świeżość przekazu.

Jednak w ostatnich 7-8 latach horror nieoczekiwanie wrócił do gry dzięki scenie niezależnej, która dała nam takie filmy, jak: Dom w głębi lasu, [Rec], I Am a Ghost, a ostatnio Oculus, The Babadook czy w końcu hit roku, Coś za mną chodzi w reż. Davida Roberta Mitchella. To zaś oznacza, że musiała się pojawić kandydatka na nową królową krzyku, za którą uważa się obecnie 21-letnią Maikę Monroe.

Szansom aktorki pomaga naturalna uroda blondynki, która zbliża ją do klasycznych hollywoodzkich piękności (pada nawet porównanie do Tippi Hedren), ale Monroe nie jest z żaden sposób konwencjonalna, bo ze swoją seksowną aparycją bardziej przypomina Linneę Quigley lub Neve Campbell, dwie inne aktorki, które mocno kojarzy się z ekranowym wrzaskiem.

Monroe dała się poznać szerszej publiczność w Gościu, a zaraz potem w Coś za mną chodzi, filmach dobrze przyjętych zarówno przez krytyków, jak i fanów. Obydwa dały jej składniki do szybkiego tworzenia statusu w branży, gdyż ich poziom wznosi się (mniej lub bardziej) poza gatunkową przeciętność, przyciągając także publikę oglądającą na co dzień tzw. ambitne kino. Także przez to, że są to filmy-hybrydy.

Pomimo tego, że aktorka zagrała do tej pory w filmach bazujących w dużej mierze na przetwarzaniu utrwalonych motywów kinowych (żyjemy przecież w erze mash-upu), sama w sobie nie jest jednak nośnikiem nostalgii, jaka może obezwładniać umysł, gdy słyszymy soundtrack do Coś za mną chodzi, skomponowany przez Disasterpeace, który miejscami w dziwny sposób przywołuje dźwięki grupy Goblin z filmów Daria Argenta, bo jasne jest, że reprezentuje młode pokolenie.

Monroe uoasabia charakter ery Drive, Prawnika z Lincolna czy Wolnego strzelca, który na dobre odchodzi od modelu dziewicy. Ta przeżywała w klasycznych horrorach, gdyż była niepokalana, jak dyktowała religijna logika.

Jednak w przeciwieństwie do klasyków, seksualność jej postaci w Coś za mną chodzi jest namacalna i kluczowa dla rozwoju akcji. Monroe reprezentuje kobietę, która świadomie używa swojej atrakcyjności – przyjemność jest jej prawem i kardynalnym wyborem. Co równie ważne, tą rolą dobrze wpasowuje się we współczesny model bohatera/ofiary.

Mimo tego sama aktorka niezbyt przejmuje się etykietką królowej krzyku i w wywiadzie dla IndieWire na pytanie o to, co o niej sądzi, mówi: Kurde, nawet nie wiem. Wiesz, przypadkiem zrobiłam te dwa filmy gatunkowe w krótkim odstępie czasu i obydwa odniosły sukces, więc teraz ludzie, którzy je kochają mówią: „OK, jest teraz królową krzyku”. Ale nie patrzę na siebie w ten sposób. Grałam wcześniej w różnych projektach i chcę teraz pójść w zupełnie innym kierunku. Nie widzę siebie w roli królowej krzyku i nie planuję kariery w tym gatunku.

Conradino Beb

Źródło: A.V. Club / IndieWire

Interview with Gnod, trickster sound research unit from Salford. Part I

Jakub: How are you guys? Not so long ago you released Infinity Machines. But after that you didn’t have a break. You worked on many projects, played dozens of gigs, spent many hours in the studio. Don’t you feel burnt out?

Paddy: Yes, I feel burnt on occasion out but not right now. You get big creative periods… ,I don’t think about this stuff really I just do it.

Chris: If I think that I’m burnt out, or that our ideas are not as good now as they were 10 years ago, you’ve kind of missed the point cos is it all about the journey. It’s not about getting to a point where we feel like we’ve made it.

J: Im speaking about lack of inspiration or lack of power which make you think – I have to record that, I wanna do that. In 9 years you released so many albums that are so different, that is from my perspective it’s so hard to keep turning this stuff out.

P: We just keep it going. The momentum is there now, so we stay on it. As long we are doing shows we always have something to work towards. Its become like our second nature to do what we do. It’s a lifestyle.

Ch: If we were aiming to get to say the point where we have got big selling albums and we put that pressure on ourselves to do that and you don’t achieve that, then I think you start feeling burnt out. But if you’re just on a kind of journey with something and it is in you mind to keep producing stuff, you don’t think about that. You just go on to the next thing.

J: I was rather talking about the feel when an artist can say ok that’s good but now i don’t have an inspiration to do the next thing, because that was really good, and how to achieve a higher level of artistry. This is one of the masterworks of my life.

P: I don’t think Gnod will ever have a masterwork. Every album is just the latest album.

Ch: Rocket (our label) for the last album, asked for our Master Of Puppets.

P: They said we want your Master of Puppets. So we gave them IM. Which I don’t think is our MOP.

Ch: Although we think it’s the best album we’ve done so far I wouldn’t say that it’s the definitive Gnod album.

P: It’s most challenging album we have done. It’s like a marker point in Gnod. The fact that it’s 3 discs long, it’s got so many different styles on it. It has tracks on it which we have never played live. It’s a very studio orientated project. It definitely stands out as being something which we think – OK we’ve done something different here. Where as the next album, who knows what it will be. It could be gongs, it could be a punk rock album. I don’t know we just keep doing it man.

J: And we can hear that shift in your recording process., as most of the records until IM was strictly based on the live recordings of your jams. Then you added some layers in the studio. But now the centre part of that album isn’t built during live jams, but the main framework of that album was born in the studio, so it’s big shift for you.

P: I mean we have worked in the studio in the past. We’ve done similar things like the Chaudelande records, a mixture of capturing live stuff as we played it, live, with no overdubbing. like Tron and The Vertical Dead to tracks like Genocider which was massively reworked in the studio. A lot of time was spent on it. We have worked in that kind of scenario before. In Gnod we trust too, that album has also got a massive amount of studio work on it. It’s not new to us. I think what was new to us with IM was more the style of the music. For example all the stuff slow heavy dubbed out saxophone, like the last track on IM. That’s something we never done before.

Ch: There was a different approach to that album than to the other albums. The other albums we usually go in and put down the tracks that which we have been playing live. Were as with this one we went in with only a handful of ideas about what we wanted to use & put down, the rest was worked out there and then. We were more conscious about only putting down a framework to be worked on more in the studio. That was the plan.

P: With all of the electronic stuff, we had been playing those rhythms live for a while. So that was all there when we came to lay them down on the drum machines. For IM we approached it differently.

Ch: It was the first studio album we did, where we weren’t trying to put down the bass, guitar & drum tracks as the base of the track. We were thinking about putting down the bare bones of the tracks in a new way, sometimes led by drum machines or synths. There isn’t any guitar on it, except for a bass guitar on Breaking The Hex and the title track.

J: Is it the first album of Gnod where there is no guitar and it’s so electronic orientated ?

P: The Sommabulist’s tale has no guitar on it.

Ch: I think its got bass guitar on it.

P: But just bass , not 6 string guitar, and Three stick of a penny has a little weird processed guitar in there somewhere.

Ch: Sex drones and broken bones is the same, there is not really much guitar on it. The split we did with Shit & Shine, Shitting Through The Eye of a Needle in a Haystack . That’s got no guitars on it. When I think back on things, fucking hell we done a lot of weird stuff.

J: Which electronic instruments did you use to create IM ?

P: The brain of the electronic stuff would be the MPC, its a sampler and sequencer. There was a Vermona analog drum-synth, Hordjiks modular synth, Rhodes piano, Doepfer Dark Energy, an SP404 sampler, little Korg Volkas. All kinds of stuff.

J: Did most of them vintage type of electronic devices?

P: Not really, most of them is kind new breed of analog synth. Except for modular synth, that’s more vintage, and more bespoke, built especially for Sam who played on the recording with us. The stuff we use you can buy online or in most music shops. I don’t own any of that stuff anymore. I sold them all. I kind of like to use that stuff for a bit until I get bored of it then I sell it.

J: I’m asking about that because Sam Weaver is a magician of modular synth.

P: Sam’s modular was made by a guy who is living in Den Haag called Rob Hordjiks. He builds these modular devices, he builds all kind of stuff. He is a very clever man.

Ch: He didn’t want to just build a modular synth he want to redesign how a modular synth works. Even the way he designed the oscillator is not the way you would usually build an oscillator. He uses double negative values to make a positive wave or something. Most of it is beyond me but I love the sounds & working paths you can create with it.

J: Do you feel attracted to the vision of sound building on vintage electronic gear, because many of the space/kraut bands are trying to recreate that retro-futuristic atmosphere based on working with old oscillators?

P: I don’t care. If it makes sounds I like I use it. I mean it’s always nice if a nice bit of vintage gear is around to play with but i don’t really care about owning the equipment. The only thing i care about equipment-wise are effects pedal and maybe guitars, but only a little bit, and guitar amplifiers. But I realised this recently when I bought a vintage tube Fender Twin 1973. An it was like yeah my guitar sounds gonna be amazing. But actually I was like, I don’t need this – I’m gonna fucking sell it. I prefer my piece of shit British old HH thing, I just prefer that solid state sound and it’s more reliable, and it costs me peanuts to fix it if it breaks.Vintage gear can be really expensive to repair.

Ch: I mean all that stuff for me smells like fucking nostalgia, and music purism. „I only use moog synths” Its bullshit.

P: But when they will purist they will say MOOOOOOOOg.

Ch: We never been like that, we have never been purists.

P: We will play anything if it’s there, and if we get sound of it, fantastic

Marlene: I only play Fender jazz basses

P :But you know that’s the kind of bass you likes, but that’s different.

Ch: When we put out the first vinyl, that was when we started to think of ourselves as a proper band. But its not like to say that we are vinyl purists and will only put out our stuff on vinyl. I think it’s a problem at the moment with vinylfilia or what ever you call it, the people will only buy a record if its on vinyl. That’s just stupid cos it should be about music, you should be into listening to the music. It’s killing music.

J: Vinyl is a piece of art so it’s straight collectors thing to have in your hand, a rare and beautiful piece of art.

Ch: It is beautiful, it’s the best format , but what is really important? Is it the format you own it in or the music itself?

J: I think maybe Henry Rollins or Fenriz , said that they don’t give shit from what format they listen to music, the most important for them is the music, emotions. They sometimes can’t hear the single sound, but they get the atmosphere of the records

P:  Yeah, I don’t care what the format comes on. For example some cassettes I’ve got that I’ve had for a long time, And when I listen to them, to me they bring back memories, certain nostalgia. They sound terrible. And then I say I’m gonna buy the CD version of that album because I really like it. I buy the CD and it sounds completely different because it does not sound like it been on tape for 20 years. And I kind of don’t like that album on CD, I prefer how it sounds on tape. Obviously record, for example Lighting Glove’s record, the most recent one, I put on tape originally and it sounds really good. But it been remastered and remixed for the vinyl. It have been pressed up at 45 pm, because it only has short tracks and its sounds fucking brilliant. It sounds mega on record. I’m really happy with it.

J: I’d like get back to IM subject. You were speaking that you tried your powers in new genres which you haven’t tried before. Is the noise/industrial sound the fruit of the last influences which you heard?

P: I think to a certain degree, yes. We all are listening a lot of different stuff. And I do think that you are listening to something you think is great and you think it will be great to make something like that and you do it. But it ends up being in the style of the band so it’s changed from what you heard when the rest of the band add their bits over it., Listening to music is definitely an inspiration to make music and it can influence it. There is so many different things to explore sound wise, music wise, it seems to me a little bit stupid to just stick to the one thing., If you listen something and you like it rather than trying to recreate it, not actually the track but the sound of it and then put your stamp on it. What will be good example… I don’t know. At the moment i really like gongs. I’d like to make a gong album. Not Dave Allen’s Gong. We are lucky, because we got a label to put our stuff out with good distribution and people know us for trying new things, We could actually get away with releasing a fucking autotune pop album tomorrow and people would just say “ah well, it’s Gnod’, y’know. We can experiment as much as we want. And the label or somebody will want to put it out, or we could put it out ourselves. We know that there is an audience for it no matter what we do even if its just a few weirdos trolling the net.

Ch: And hopefully that’s what people are looking for rather than another version of the Drop Out album.

Being pigeonholed is good career move. Because you know your market, you know how many people out there listen to that kind of thing. You can become a psych band, craft it a bit more, maybe write the best fucking psych record of a year, whatever you want. For us that isn’t an interesting way to do things. We are interested in experimenting, finding new ways of working and it’s good that there are people out there willing to listen to it and take it on.

J: How does the creative process inside the Gnod community look. Do only You and Paddy decide which way Gnod goes or do the other members get their chance to voice their take on it.

Ch: Everyone is free to bring ideas to the table.

P: It depends. People bring ideas, those ideas get tried out, if they stick they grow, get twisted or get taken somewhere. There is no set way at all. Sometimes, somebody has to take the reigns to push it forward.

Ch: Usually one or two people come up with a basic idea and everyone else works on that idea to make it grow and become something else.

J: After read your interview for The Quietus i realised that only you and Chr, was curating that process and other members give some pieces to that.

P: Thats true. There was a lot of that. When IM was happening I had some ideas and Chris had some ideas. then we would jam on some stuff as well with everybody. In the mixing process it was me, Chris and Sam Weaver and we sculpted everything how we wanted it to be.

Ch: There were a few mixing sessions were you would go in to do a session with Sam and then I’d go in to do a session with Sam. It helps you get things done faster. Too many people in the room can sometimes cause conflict.

P: With five people with ideas in a studio trying mix something there is no point. The other band members know what we’ve recorded and they trust us to make it the right way it should be.

Ch: If someone else in the band has got an idea about how to mix it they can come and try it. It is not just exclusively up to me and Paddy about how things should sound.

J: In the past you have got many members, has their arrival or departure heavily changed how Gnod sounds?

P: Every time we shift the personnel I would say that the sound changes a little bit. Or somebody can come in and play an instrument that we never had in Gnod before and we try something like that. Definitely. That’s kind of natural to happen. We don’t actively go out and search for members, we tend to meet them naturally.

J: Did in that way got involved Sam and David Mclean ?

P: I wanted to do something with saxophone on the album. That was our opportunity to work with David. That was a kind of planned thing. With Sam it was planned for him to record us. Modular synth was there for us to use in the recording and mixing process so we decided that we were going to use it a lot. There is one track on it , Do you know track Desire?

J: Yes.

P: Every single thing on that except for the vocals was processed through the modular synth.

J: Did you played some shows with Sam before you stared recording IM

P: No

Ch: I think we might have done?

P: Oh yeah we did couple of jams , but nothing major. But after IM we did more shows with him.

Ch: When we were doing shows with Sam early on he was just kind of in the line. When were using the electronic set up we had big long table with all stuff synched up so it was all connected & led by sequences from the MPC. But for the IM sessions everyone wasn’t linked up in that way. The way he was playing on that album was different to the way he was doing stuff with us live.

J: Do you think that location of Islington Mill in the heart of a concrete jungle influence the sound of your latest album? If you had recorded IM in some other place would it have sounded different?

P: I don’t know because I think your surroundings either directly or indirectly influence your person or the sound you make. I didn’t know if IM sound different in somewhere else because we didn’t make it somewhere else. I guess it would if we will record it in big house on country side it would sound a little a bit different. I think definitely your surroundings influence anybody’s creative output.

J: What is your opinion Chris?

Ch: I think the way we make music is spontaneous and when you do it spontaneously then the environment you do it in comes it in a play.

P: Any surroundings directly or indirectly influence you. You don’t have to think about it, it’s just there. You’re reacting to your environment, whatever that is.

Ch: But it’s subconscious.

J: I’m speaking about only subconscious level. Not that you think let’s make an industrial record because we are living in an industrial environment.

P: When we recorded Chaudlande we were in cottage in France. You can hear a lot of field recordings in that album. We decided to set up some mics in the garden cos it was a nice day. So you can hear little snippets where we been recording stuff in the garden. We were reacting to the environment around us. It wasn’t like we said lets go to the garden we gonna do a little hippie bit. We just wanted to capture the atmosphere of the environment..

Ch: And I don’t think you listen to that album and think “oh, it sounds like it was recorded in cottage in France”.

J: I never think about this album like it was recorded in France.

P: We were chilling out in the garden eating baguettes, Camembert cheese, drinking red wine in the sun and then going into the basement studio to make this stupidly heavy music.

Ch: That’s what those things sound like to me (the field recordings from Chaudelande). Like a few sounds from a magical garden and then you’re sucked into the basement where all dark weird shit happens and then back out into the garden again. I think that we had no idea at the time we were making the record. We just recorded the garden with the idea of using it in the background somewhere on the album. When we were mixing the album we remembered that we had all the stuff from the garden, about an hour and a half of chickens clucking, planes flying over, birdsong, random acoustic guitar, and decided to use it as segues to go in between songs. It gave the album an identity I think.

P: It was a representation of the place really. The fact that the album is called after the name of the cottage. The whole thing is just like the snapshot of the environment as it was recorded. Even the art work of front covers is two photographs that were taken in that place.

Chaudelande VOL i
The cover of Chaudelande Vol I

J: I also want to get back to the Islington Mill atmosphere. Because very important part of IM are speeches of visitors of Islington Mill about religion, politics, etc. You probably asked many people many not only that few we can hear.

Ch: I asked about 6 -7 different people, but there were four in the end that I could arrange time with to do it. I could have spent more time going around getting more people to speak. I think when you got 4 people with quite different personalities it was all I needed really. Jen who is a New York artist who is very politicly minded. Morry who is Irish artist, he is big part in the Mill, he is one of the directors of the mill. There is Neil Robbins who lives and works in his studio for 24 hours per day. Verity is one of Fat Out Till You Pass Out who run the venue space here at the mill (The Burrow). So there are four different opinions and personalities all connected to the Mill. So when I started interviewing them I asked them six open ended questions – one was about religion, money, privacy. I was looking for a hive mind, how people in Islington Mill were thinking about these issues at that particular time. Because that time when I was doing those interviews I think mill was going through the bid thing with the Arts Council and we weren’t very sure if Mill will survive in the same way. Noise complains from neighbours were being made to the local council. Cuts being made to local services. It was a pretty stressful time.

P: I think that atmosphere in the Mill at that time influenced the sound of the album. There are these really tense moments, also quite spacious moments, moments of reflection, moments where you feel like you’re gonna explode because it’s unbearable.

Ch: Also, we were all starting to get into meditation around that time which also influenced the feel of album.

P: … and the title & concept of the album.

P: It’s not about humans it’s about our brains being these infinite machines, the most important machines we have. For me it was directly saying we need to stop staring at our screens. We need to stop thinking that these things have got all the answers, the answers are there in our nervous system, we need to use our brains more . Well I do anyway haha.

Ch: For example with the ease of communication these days, all these different ways how to communicate. You can reach anyone in the world, you can see them on the screen. Does it really bring people together more, do people understand themselves and each other more?

Ch: We more like voyeurs of communication rather than better communicators. There’s a lot of distraction, people just looking at Facebook to find out what’s going on in the world. Like TV it’s become our window to the world and we don’t see that it’s a very distorted image. There’s a lot of saturation. Today with communication and information, we are totally bombarded. Its like a white noise. It’s hard to see a through it sometimes to find something that’s has real substance.

P: I think a big thing for us was when we were on tour and Facebook decided to stop us using our account because we weren’t using our real names. So we had that thing of, should we create a band page, should we put our names up there – And then I was like just like, fuck it. At that time I was thinking that we gonna lose touch with a hell of a lot of people who we speak to everyday on Facebook. Actually it was fucking amazing, it was like a blessing. It was like moving house and getting rid all of your shit. And you realise that if you’re supposed to speak to people you will find a way to get in touch. If it’s a conversation that matters then it’s going to happen. You don’t have that distraction of having to check your messages all the time. I found it really liberating. For me personally Facebook brings me down and makes me think about lot of shit I don’t need to think about. I would get angry with friends because I saw friends posting something on there that I don’t agree with or think “why are you telling people about that shit”? It was a negative circle. And that’s gone now. And when I see my friends now I have a conversation about what they have been doing because I don’t know what they have been doing cos I’ve not seen it all already on Facebook.

Ch: I think one of your mates was away. And you were saying it was almost when he gets back i don’t want to speak to him about his holidays because I’ve already see it all and the places he went to & what he ate. So somebody comes back after 6 month being away and and you are like “yeah, I know!”

P: There is no story. There is no genuine interest in his story because you’ve being updated everyday with that.

J: But you are using other media like twitter and tumblr.

P: Tumblr is great. Because whatever you are doing you go on Tumblr, post whatever you want to say – what is happening with the band, or label or whatever and its automatically posted on Twitter. So you don’t even have to go on Twitter. And we don’t have any conversations on Twitter. It’s great. And the other great thing we started doing which we should done years ago. We got a mailing list, we got 2000 people on it. And every time something happens, like a tour or a new album, we just send it out to the mailing list. And if people don’t want to know they can unsubscribe.

Ch: Also if you are doing everything on Facebook and that’s your main source of promotion what about the people who don’t like Facebook. It’s almost like you’re working for Facebook, bringing people to Facebook so they can find out what you are doing. I think with Facebook as well the way when kind everybody is on it, everybody got Facebook profile and can see what everyone else is doing it gives them a lot of power. I think we’re only just starting to realise how much power it has got over our relationships, our social relationships. A few years ago when you created an events page on Facebook you could invite all of your friends with a few clicks and then they changed it so you had to click every individual person you wanted to invite. Then they changed it again you you had to scroll more and could only click 10 at a time. And then they put a limit on the amount of friends you can invite and started charging you to tell your friends about the event. After that we thought “this is just bullshit”. We were making an event page for Gesamtkunstwerk, we started inviting people and when it got to 100 invites it stops you inviting any more unless you pay. It got to the point where we have to pay to speak with our friends in just a couple of years.

P: That’s what is gonna happen. Because if you gonna make Facebook so massive and it becomes a part of your life with all of your pictures on there and your kind of life diary on there that becomes a precious thing to everyone then they’re gonna start saying you have to pay for that service. It’s fucking shit, fuck Facebook.

Marlene: I had emails from Skiddle asking me to review shows that I said I was going to on Facebook without asking me if they could access my Facebook for that information. Facebook would also automatically invite people from my friends list on my behalf without me asking it to do that. It’s too much.

Wywiad z Gnod, tricksterską jednostką badawczą dźwięku z Salford. Część I

Jakub: Cześć. Jak się macie chłopaki? Całkiem niedawno wydaliście Infinity Machines, lecz mimo to nie zrobiliście sobie żadnej przerwy. Pracujecie nad wieloma projektami, gracie tuziny gigów, spędzacie wiele godzin w studio. Nie czujecie się wypaleni?

Paddy: Tak, czasami czuję się wypalony, lecz nie teraz. Masz długie, twórcze okresy…, nie myślę o tym, po prostu to robię.

Chris: Jeśli myślisz, że jestem wypalony, lub że nasze pomysły nie są takie same jak 10 lat temu, trochę nie dostrzegasz sedna, gdyż w tym wszystkim chodzi o podróż. Naszym celem nie jest dotrzeć do miejsca, w którym będziemy się czuli, jakbyśmy czegoś dokonali.

J: Mam na myśli brak inspiracji lub brak sił, które powodują, że myślicie „Muszę to nagrać, chcę to zrobić”. W ciągu 9 lat nagraliście tak wiele bardzo różnorodnych albumów, że z mojej perspektywy ciężko jest utrzymać taki tryb pracy.

P: Po prostu to kontynuujemy. Nabraliśmy teraz rozpędu i trzymamy się tego. Tak długo jak gramy koncerty, zawsze będziemy mieli nad czym pracować. To co robimy, stało się naszą drugą naturą. To jest styl życia.

Ch: Gdyby naszym celem było dotarcie do punktu, w którym mamy świetnie sprzedające się albumy i w którym nakładamy na siebie presję, aby do tego dążyć, a nie osiągamy tego, wtedy można czuć się wypalonym. Ale jeśli jesteś w trakcie swego rodzaju podróży, a w twoim umyśle jest tylko miejsce na ciągłe tworzenie, nie myślisz o tym. Po prostu przechodzisz do następnej rzeczy.

J: Mówiłem raczej o uczuciu, kiedy artysta może powiedzieć: „Ok, to było dobre, lecz nie mam inspiracji, aby zrobić kolejną rzecz, bo to było naprawdę dobre”. W jaki sposób osiągnąć wyższy stopień sztuki, jeśli było to dzieło mojego życia?

P: Nie sądzę, aby Gnod osiągnął kiedykolwiek swoje arcydzieło. Każdy album jest tym ostatnim.

Ch: Rocket (nasza wytwórnia) po ostatnim albumie poprosiła o nasze Master of Puppets.

P: Powiedzieli, chcemy waszego Master of Puppets. Więc daliśmy im IM, które nie sądzę, aby było naszym MOP.

Ch: Aczkolwiek uważamy, że jest to do tej pory nasz najlepszy album. Nie powiedziałbym jednak, że jest to ostateczny album Gnod.

P: Jest to najbardziej wymagający album, jaki kiedykolwiek zrobiliśmy. To jest znaczący punkt dla Gnod. Fakt, że mieści się na 3 płytach, i że znajduje się na nim tak wiele różnych stylów. Są na nim kawałki, których nigdy nie graliśmy na żywo. Jest to bardzo studyjny projekt. Wydaje się być czymś o czym myślimy – OK, zrobiliśmy tutaj coś naprawdę innego. Kto wie, jaki może być kolejny album. Mogą to być gongi, może być to krążek punk rockowy. Nie wiem, po prostu ciągle staramy się robić swoje, stary.

J: Możemy usłyszeć tę zmianę w procesie nagrywania. Do czasu IM, większość waszych albumów, była ściśle oparta na uchwyconych na żywo jamach. Po czym dodawaliście jakieś warstwy w studio. Teraz główna cześć tego albumu nie została zbudowana w trakcie jamów, lecz jego główna rama został zrodzona w studio. Jest to dla was istotna zmiana.

P: W przeszłości pracowaliśmy już w studio. Robiliśmy podobne rzeczy jak Chaudelande, który był połączeniem materiału uchwyconego na żywo, bez dogrywek, jak Trone i The Vertical Dead, czy numerów takich jak Genocider, który został znacznie przerobiony w studiu. Spędziliśmy nad nim dużo czasu. Pracowaliśmy według tego scenariusza już wcześniej. Również na In Gnod We Trust ogromną ilość pracy wykonanaliśmy w studiu. Nie jest to dla nas nowością. Myślę, że to co było nowe dla nas przy IM, to styl muzyki. Na przykład wszystkie wolne, ciężkie i zdubowane partie saksofonu, tak jak w ostatnim kawałku. To jest coś, czego nie robiliśmy nigdy przedtem.

Ch: Mieliśmy inne podejście do tego krążka niż do innych albumów. Przy innych albumach, zazwyczaj wchodziliśmy i rejestrowaliśmy kawałki, które graliśmy na żywo. Za to przy tym albumie weszliśmy(do studia) tylko z garścią pomysłów odnośnie tego, czego chcemy użyć i jak to nagrać. Reszta została wypracowana w trakcie i potem. Byliśmy bardzo świadomi tego, aby położyć tylko podwaliny, które zostaną dopracowane w studiu, taki był nasz plan.

P: Co tyczy się tych wszystkich elektrofonicznych motywów, bo przez jakiś czas graliśmy te rytmy na żywo. A więc mieliśmy już coś, gdy przyszło nam to przełożyć na automaty perkusyjne. Do IM podeszliśmy w inny sposób.

Ch: To był pierwszy studyjny album, na którym nie próbowaliśmy nagrać ścieżek gitary, basu i perkusji jako podstawy utworu. Myśleliśmy raczej o tym, aby w nowy sposób zarejestrować sam kościec numerów, czasem prowadzonych przez automaty perkusyjne lub syntezatory. Nie ma na nim żadnej gitary, poza gitarą basową na Breaking the Hex, w numerze tytułowym

J: Czy jest to pierwszy album Gnod na, którym nie ma gitary i który jest tak elektronicznie ukierunkowany?

P: Na The Sommambulist Tale nie ma żadnej gitary.

Ch: Sądzę, że znajduje się na nim gitara basowa.

P: Ale tylko bas, nie gitara sześciostrunowa i Three Sticks for a Penny, ma gdzieś tam przetworzoną gitarę.

Ch: Tak samo jest z Sex, Drones and Broken Bones, nie ma na nim zbyt dużo gitary. Split, który zrobiliśmy z Shit&Shine, Shitting Through The Eye of a Needle in a Haystack. Nie ma na nim wcale gitary. Gdy sięgam pamięcią wstecz, jasna cholera zrobiliśmy wiele dziwnych rzeczy.

J: Jakich elektronicznych instrumentów użyliście, aby stworzyć IM?

P: Mózgiem wszystkich elektronicznych urządzeń byłoby MPC, sampler i sekwencer. Użyliśmy również analogowego automatu perkusyjnego Vermona, syntezator modułowy Hordijka, pianino Rhodesa, Doepfer Dark Energy, sampler SP404, mały Korg Volkas. Użyliśmy przeróżnych rzeczy.

J: Czy większość z nich była vintage’owa?

P: Nie bardzo, większość z nich jest raczej nowym rodzajem analogowych syntezatorów. Z wyjątkiem syntezatora modułowego, który jest bardziej vintage’owy, zrobiony specjalnie na zamówienie dla Sama (Weavera), który grał na nim podczas sesji nagraniowej. Urządzenia, których używamy, możesz kupić w sieci lub w większości sklepów muzycznych. Nie posiadam już żadnego z nich. Wszystkie sprzedałem. Lubię się nimi pobawić, dopóki się nimi nie znudzę, a później sprzedać.

J: Pytam o to, ponieważ Sam jest magiem syntezatorów modułowych.

P: Moduł Sama został zbudowany przez gościa, który żyje w Hadze i nazywa się Rob Hordijks. Buduje on urządzenia modułowe tego typu i wiele innych. Jest on niezwykle zdolnym człowiekiem.

Ch: Nie chciał on jedynie zbudować syntezator modułowy, pragnął też zdefiniować na nowo sposób w jaki działają syntezatory modułowe. Nawet sposób, w jaki zaprojektował oscylator, nie był taki w jakim zazwyczaj je się buduje. Używa on podwójnie negatywnej częstotliwości, aby stworzyć falę dodatnią, czy coś w tym stylu. Większość tego mnie przerasta, ale kocham brzmienie i ścieżki rozwiań, jakie możesz za jego pomocą stworzyć.

J: Czy pociąga was wizja brzmienia zbudowanego w oparciu o vintag’owe sprzęt elektroniczny, ponieważ wiele space/krautowych zespołów próbuje odtworzyć retro-futurystyczny klimat za pomocą starych oscylatorów?

P: Nie dbam o to. Jeśli sprzęt wytwarza dźwięk, który przypada mi do gustu, używam go. Wiesz, zawsze jest miło, gdy można sobie pograć na niezłym starym sprzęcie, lecz tak naprawdę nie zależy mi na jego posiadaniu. Jedyne co mnie obchodzi w sprawach sprzętowych to efekty i gitary, ale tylko trochę i wzmacniacze gitarowe.

Jednak ostatnio, gdy kupiłem wzmacniacz lampowy Fender Twin 1973, zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy. Było tak, że najpierw myślałem: „Wow, moja gitara będzie brzmieć niesamowicie”, lecz moje podejście okazało się takie: nie potrzebuję go – sprzedam to w cholerę. Wolę swojego starego, brytyjskiego grata HH. Preferuję solidne, stałe brzmienie, w dodatku można na nim bardziej polegać, a gdy się popsuje naprawa kosztuje mnie grosze. Stary sprzęt może być naprawdę drogi w naprawie.

Ch: Wszystko to zalatuje mi pieprzoną nostalgią i muzycznym puryzmem. „Używam tylko syntezatorów Mooga”. Pierdolenie.

P: Gdyby byli purystami to powiedzieli by MOOOOOOOOGa.

Ch: Nigdy nie będziemy tacy, nigdy nie będziemy purystami.

P: Zagramy na czymkolwiek, co będzie dostępne. Jeśli uda nam się wydobyć z tego odpowiednie brzmienie to super.

Marlene: Ja gram tylko na jazzowych basach Fendera.

P: Wiesz to jest rodzaj gitary basowej, który lubisz, a to co innego.

Ch: Kiedy wydaliśmy pierwszy winyl, to był moment w którym zaczęliśmy myśleć o sobie jako o pełnoprawnym zespole. Nie możemy jednak określić siebie mianem winylowych purystów i powiedzieć, że będziemy wydawać nasze albumy tylko na winylach. Uważam, że mamy teraz problem z winylofilią, czy jakkolwiek to nazwać. Ludzie kupią album, tylko wtedy jeśli zostanie wydany na winylu. To jest głupie, bo powinno chodzić o samą muzykę, ludzie powinni być bardziej zaangażowani w słuchanie muzyki. To ją zabija.

J: Winyl jest dziełem sztuki, więc jest to typowo kolekcjonerska rzecz, którą możesz potrzymać w dłoniach, rzadka i piękna.

Ch: Jest piękny, to jest najlepszy format, ale co jest tak naprawdę ważne? Nośnik, który masz czy sama muzyka?

J: Z tego co pamiętam, Henry Rollins lub Fenriz powiedzieli, że mają kompletnie w dupie z jakiego nośnika słuchają muzyki, najważniejsze dla nich są muzyka oraz emocje. Czasami nie są w stanie usłyszeć pojedynczego dźwięku, ale łapią klimat całej płyty.

P: Nie obchodzi mnie to, jaki format wchodzi w grę. Na przykład niektóre kasety posiadam od bardzo długiego czasu. Gdy ich słucham przywodzą one wspomnienia, pewną nostalgię, choć ich brzmienie jest strasznie. Mówię sobie, że kupię wersję płytowa tego albumu, bo go naprawdę uwielbiam. Po czym kupuję wersję CD i brzmi ona zupełnie inaczej, bo nie brzmi jakby była na kasecie przez 20 lat.

W pewnym sensie nie lubię tego albumu w wersji kompaktowej, wolę jego kasetowe brzmienie. Rzecz jasna, są albumy, na przykład ostatni krążek Lighting Gloves, który oryginalnie wydałem na kasecie i brzmi naprawdę dobrze. Został on następnie zremasterowany i zremiksowany na potrzeby wydania winylowego. Wytłoczono go w prędkości 45pm, gdyż są na nim tylko krótkie kawałki i brzmi on wykurwiście. Brzmienie jest mega na tym krążku. Jestem z niego bardzo zadowolony.

J: Chciałbym teraz powrócić do wątku IM. Powiedzieliście przedtem, że spróbowaliście swoich sił w gatunkach, których nigdy nie graliście. Czy to industrialno-noise’owe brzmienie jest owocem waszych ostatnich muzycznych inspiracji ?

P: Myślę, że w pewnym stopniu tak. Wszyscy słuchamy wielu różnych rzeczy. Sądzę również, że gdy słuchasz czegoś i uważasz, że to jest świetne i stwierdzasz, że wspaniale byłoby zrobić coś w tym stylu, kiedy jednak to robisz, końcowa wersja różni się od tego co słyszałeś, gdyż każdy z zespołu dodaje coś od siebie. Słuchanie muzyki jest bez wątpienia inspiracją do jej tworzenia i ma wpływ na twoją twórczość. Jest tak wiele różnych rzeczy, które można poznawać względem brzmienia, względem muzyki, trzymanie się jednej rzeczy wydaje się dla mnie po prostu głupie. Jeśli słuchasz czegoś co ci się podoba, a następnie próbujesz to odtworzyć, nie utwór, lecz brzmienie, odciśnij na tym swoje piętno.

Co mogłoby być dobrym przykładem… sam nie wiem. W tym momencie naprawdę ciekawią mnie gongi, chciałbym zrobić album w całości oparty na nich. Ale nie w stylu Gong czy Davida Allena. Jesteśmy szczęściarzami, bo mamy wytwórnię z dobrą dystrybucją, która wydaje nasze materiały, a ludzie znają nas z próbowania nowych rzeczy. Mogłoby nam nawet ujść płazem wydanie nazajutrz pieprzonego pop albumu zrobionego w autotune, a ludzie powiedzieliby tylko: „No wiesz, to jest Gnod”. Możemy eksperymentować do woli, a wytwórnia czy ktoś inny będzie chciał to wydać, lub zrobilibyśmy to sami. Wiemy, że istnieje grupa odbiorców, niezależnie od tego co zrobimy, nawet jeśli jest to tylko kilku dziwaków trolujących w sieci.

Ch: Mam nadzieję, że to jest to czego ludzie szukają, a nie kolejna wersja Drop Out. Bycie zaszufladkowanym jest dobrym ruchem, aby zrobić karierę. Znasz swój rynek i wiesz ilu ludzi słucha tego typu muzyki. Możecie stać się psycho rockowym zespołem, trochę wyrobić swój styl, może nawet nagrać najlepszych psycho rockowy album roku, czego tylko dusza zapragnie. Ale dla nas nie jest to ciekawy pomysł na tworzenie. Interesuje nas eksperymentowanie, poszukiwanie nowych sposobów wyrazu. Cieszy nas to, że są ludzie, którzy chcą tego słuchać i łapią naszą muzykę.

J: Jak wygląda proces tworzenia wewnątrz kolektywu Gnod? Czy tylko Ty i Paddy decydujecie, w którą stronę zmierza Gnod, czy również inni członkowie mają prawo głosu ?

Ch: Każdy może swobodnie przynosić swoje pomysły i pokazywać je reszcie.

P: To zależy. Ludzie przynoszą pomysły, testujemy je. Jeśli pasują to je rozwijamy, wkręcamy, lub nadajemy lepszą formę. Nie ma gotowego sposobu. Czasami ktoś musi przejąć władzę, aby popchnąć je do przodu.

Ch: Zazwyczaj jedna lub dwie osoby podają zarys pomysłu, a reszta pracuje nad nim, aby go rozwinąć i przekształcić w coś innego.

J: Po przeczytaniu waszego wywiadu dla The Quietus, zdałem sobie sprawę, że tylko Ty i Chris, czuwaliście nad całością procesu nagrywania, a reszta dodawała od siebie tylko elementy.

P: To prawda, w większości tak było. Gdy tworzyło się IM ja i Chris mieliśmy pewne pomysły, które w wyniku wspólnych prób dogrywaliśmy. W trakcie miksów byliśmy tylko ja, Chris i Sam. Udało nam się wszystko wyrzeźbić tak jak tego chcieliśmy.

Ch: Było klika sesji miksowania z Samem, najpierw wchodziłeś ty, a potem ja miałem z Samem sesję. To pozwala zrobić pewne rzeczy szybciej. Zbyt wiele osób w pokoju może czasami powodować konflikty.

P: Gdy w studio masz pięć osób z pomysłami, jak miksować album, mija się to z celem. Inni członkowie zespołu wiedzą co nagraliśmy i ufają, że zrobimy to w sposób, w jaki powinno to być zrobione.

Ch: Jeśli ktoś inny w zespole ma pomysł, jak coś zmiksować, może śmiało przyjść i spróbować. Nie jest tak, że tylko ja i Paddy decydujemy o brzmieniu.

J: W przeszłości przez zespół przewinęło się wielu osób. Czy ich przychodzenie i odchodzenie w znaczny sposób wpływały na zmianę brzmienia Gnod?

P: Powiedziałbym nawet, że za każdym razem zmiany personalne wpływały trochę na zmianę brzmienia. Ktoś może przyjść i zagrać na instrumencie, którego do tej pory nie używaliśmy w Gnod, a my potem próbujemy zrobić coś z jego udziałem. Zdecydowanie. To dzieje się w naturalny sposób. Nie wychodzimy i nie szukamy aktywnie kolejnych członków zespołu, staramy się ich spotykać, naturalnie spotykać.

J: Czy w ten sposób zaangażowani zostali Sam i David Mclean?

P: Na ostatnim albumie chciałem zrobić coś z saksofonem. Wtedy pojawiła się możliwość pracy z Davidem. Było to w pewien sposób zaplanowane. Odnośnie Sama, było to już wcześniej ugadane, że właśnie on będzie nas nagrywał. Syntezator modułowy został nam udostępniony do nagrań i procesu miksowania, więc zdecydowaliśmy, że będziemy go często używać. Na albumie jest jeden kawałek, Desire, znasz go?

J: Tak

P: Każdy pojedynczy dźwięk z wyjątkiem wokali został przetworzony przez syntezator modułowy.

J: Graliście jakieś koncerty z Samem, przed rozpoczęciem nagrywania IM ?

P: Nie.

Ch: Sądzę, że mogliśmy jakieś zagrać.

P: A tak, zagraliśmy parę jamów, ale nic wielkiego. Po nagraniu IM zaczęliśmy grać z nim więcej koncertów.

Ch: Gdy wcześniej graliśmy koncerty z Samem, wypełniał on tylko swoje obowiązki. Gdy używaliśmy naszego elektronicznego zestawu, mieliśmy wielki, długi stół, gdzie wszystkie rzeczy były zsynchronizowane, tak aby były połączone i prowadzone przez sekwencje z MPC. Lecz w przypadku sesji do IM nie byliśmy połączeni w ten sposób. Styl, w jakim Sam grał na albumie, był inny od tego, w jaki gra z nami na żywo.

J: Czy uważacie, że położenie Islington Mill w sercu betonowej dżungli wpłynęło na brzmienie waszego ostatniego albumu? Jeśli nagrywalibyście IM w jakimś innym miejscu brzmienie mogłoby być inne ?

P: Ciężko mi powiedzieć, gdyż uważam, że otoczenie może wpływać pośrednio i bezpośrednio na ciebie, jak i na dźwięki, które tworzysz. Nie wiem czy IM brzmiałoby inaczej, gdyby było nagrywane gdzieś indziej, dlatego że nie nagraliśmy go w innym miejscu. Zgaduję, że mogłoby być odmienne gdybyśmy nagrywali ten album w wielkim domu na wsi. Jestem o tym stanowczo przekonany, że otoczenie wpływa na jakiekolwiek dorobek twórczy.

J: Jaka jest twoja opinia Chris ?

Ch: Sądzę, że sposób w jaki tworzymy muzykę jest spontaniczny i kiedy robisz to spontanicznie otoczenie, w którym to robisz, odgrywa pewną rolę.

P: Każde otoczenie pośrednio lub bezpośrednio wpływa na Ciebie. Nie musisz o tym myśleć, tak po prostu jest. Odbijasz otoczenie w którym się znajdujesz, niezależnie od tego jakie ono jest.

Ch: Ale jest to podświadome.

J: Mówię tylko i wyłącznie o poziomie podświadomym. Nie uważam, że stwierdziliście: „Zróbmy industrialny album, bo żyjemy w industrialnym otoczeniu”.

P: Gdy nagrywaliśmy Chaudlande, przebywaliśmy w chacie we Francji. Możesz usłyszeć sporo nagrań terenowych na tym albumie. Zdecydowaliśmy się ustawić część mikrofonów w ogrodzie ponieważ był to ładny dzień. Możesz więc usłyszeć małe fragmenty, gdy nagrywaliśmy w ogrodzie. Odpowiadaliśmy na nasze otoczenie. Nie wyglądało to tak, że powiedzieliśmy sobie: „Chodźmy do ogrodu, zagrajmy coś w hipisowskim stylu”. Chcieliśmy tylko uchwycić atmosferę naszego otoczenia.

Ch: Wątpię, że gdy ktoś słucha tego albumu i myśli: „Och, to brzmi jakby zostało nagrane we francuskiej chacie”.

J: Nie wiedziałem, że ten album został nagrany we Francji.

P: Chilowaliśmy sobie w ogrodzie, jedząc bagietki, ser Camembert, pijąc czerwone wino w promieniach słońca, a później graliśmy głupawą i ciężką muzykę w piwnicy.

Ch: W taki sposób to dla mnie brzmi (nagrania terenowe z Chaudelande). Kilka dźwięków z magicznego ogrodu, a po chwili zassanie do piwnicy, gdzie dzieją się dziwne i mroczne rzeczy, a potem znowu znajdujesz się w ogrodzie. Nie mieliśmy pojęcia, iż nagrywamy album. Kiedy miksowaliśmy płytę, przypomnieliśmy sobie, że mamy przecież te nagrania z ogrodu, ponad półtorej godziny, gdakania kurcząt, przelatujących samolotów, śpiewu ptaków, przypadkowych dźwięków gitary akustycznej. Zdecydowaliśmy się ich użyć jako przejść między piosenkami. Sądzę, że nadało to albumowi osobowości.

P: Uważam, że było to odzwierciedlenie tego miejsca, naprawdę. Fakt, że wzięliśmy tytuł płyty od

nazwy tej chaty. Całość jest migawką z otoczenia, w którym nagrywaliśmy. Nawet szata graficzna obu okładek to fotografie, które zrobiliśmy w tym miejscu.

Chaudelande VOL i
Okładka pierwszej części albumu Chaudelande

J: Ponownie chciałbym powrócić do klimatu Islington Mill. Bardzo ważną częścią IM są wypowiedzi osób odwiedzających Islington na temat religii, polityki, etc. Pewnie przepytaliście wiele osób, nie tylko te kilka, które możemy usłyszeć na krążku?

Ch: Przepytałem około 6 –7 osób, lecz w końcu mogłem tylko zarezerwować czas i przeprowadzić rozmowy tylko z czterema. Jen to artysta z Nowego Jorku, dla którego polityka jest bardzo ważna. Morry, Irlandczyk, stanowi ważną część Islington Mill, jest jednym z jego dyrektorów. Wypowiada się również Niel Robbinson, który żyje i pracuje w swoim studio 24 godziny na dobę. Verity jest jedną osób tworzących Fat Out Till You Pass Out , która zajmuje się salą koncertową w Islington (The Burrow).

Mamy więc cztery różne opinie i osobowości, wszystkie związane z młynem. Gdy zacząłem przeprowadzać z nimi wywiady, zadałem im sześć otwartych pytań: na temat religii, pieniędzy i prywatności. Szukałem wspólnej perspektywy, byłem ciekawy, jak ludzie w Islington Mill patrzą na pewne problemy, a gdy przeprowadzałem te rozmowy, przechodziliśmy przez problemy związane z umową licencyjną od Art Council i nie wiedzieliśmy, czy Islington przetrwa w dotychczasowym kształcie. Nasi sąsiedzi złożyli skargi na hałasy do lokalnej rady. Informowano również lokalne służby. Był to bardzo stresujący okres.

P: Uważam, że atmosfera panująca w tamtym czasie w Islington wpłynęła na brzmienie albumu. Znajdują się na nim momenty pełne napięcia, lecz również ciche, przestrzenne fragmenty, chwile refleksji, gdy czujesz, że wybuchniesz, bo nie jesteś w stanie tego znieść.

Ch: W tym czasie zaczęliśmy się również zagłębiać w medytację, co miało wpływ na klimat płyty.

P: Oraz tytuł i temat albumu.

J: Tytuł odnosi się do ludzi?

P: Nie odnosi się do ludzi, lecz do naszych mózgów, które są nieograniczonymi maszynami, najważniejszymi urządzeniami jakie posiadamy. Dla mnie jest to równe z powiedzeniem, że musimy przestać gapić się w ekrany. Musimy przestać myśleć, że te rzeczy udzielają wszystkie odpowiedzi. Odpowiedzi znajdują się w naszym układzie nerwowym, musimy więc zacząć używać naszych mózgów. Przynajmniej ja to robię (śmiech).

Ch: Na przykład ułatwienia komunikacyjne w dzisiejszych czasach, te wszystkie różne sposoby komunikacji. Możesz skontaktować się z kimkolwiek na całym świecie, zobaczyć go na ekranie. Czy to naprawdę zbliża ludzi do siebie, czy ludzie rozumieją przez to lepiej siebie i innych?

Raczej podglądamy swoje kontakty, niż lepiej komunikujemy się z innymi. Jest za dużo dekoncentracji, ludzie tylko gapią się w Facebooka, żeby dowiedzieć co się dzieje. Wcześniej to telewizja była naszym oknem na świat, ale był to obraz pełen zakłóceń i tak samo jest w tym przypadku. Nasycenie jest zbyt duże, jesteśmy bombardowani przez informację w mediach społecznościowych, ale to jest biały szum. A poprzez to wszystko ciężko jest dostrzec warstwę prawdy.

P: Sądzę, że ważne było dla nas to, iż Facebook zablokował nasze konto, gdy byliśmy w trakcie trasy, z tego powodu, że nie używaliśmy naszych prawdziwych imion. Zastanawialiśmy się, czy nie stworzyć profilu zespołu, lub używać prawdziwych danych, lecz potem stwierdziliśmy: „Pierdolić to”! Sądziłem wtedy, że stracimy kontakt z piekielne wielką ilością ludzi, którzy rozmawiali z nami codziennie przez Facebooka. Faktycznie jednak okazało się to czymś wspaniałym, to było jak błogosławieństwo.

Można to porównać do wyprowadzki z domu i pozbycia się całego swojego gówna. Zdajesz sobie wtedy sprawę, że jeśli faktycznie masz z kimś porozmawiać, to znajdziesz sposób aby się z nim skontaktować. Jeśli ta rozmowa ma dla ciebie znaczenie to i tak się odbędzie. Nie rozpraszasz się ciągłym sprawdzaniem, czy dostałeś jakąś wiadomość. Odebrałem to jak wyzwolenie.

Osobiście, Facebook mnie dołował i sprawiał, że myślałem o gównie, o którym nawet nie powinienem myśleć. Wkurzałem się na przyjaciół, którzy wrzucali na Facebooka rzeczy, z którymi się nie zgadzałem, lub myślałem: „Po jaką cholerę ci ludzie mówią o tym gównie?” To był negatywny krąg. Ale to już minęło i teraz gdy widzę swoich przyjaciół, mam faktycznie o czym z nimi porozmawiać. A nie wiem co robili, gdyż nie widziałem tego wcześniej na Facebooku.

Ch: Jeśli dobrze pamiętam, jeden z twoich kumpli gdzieś pojechał. Pamiętam, że powiedziałeś wtedy, iż nie chciałeś z nim rozmawiać o jego wakacjach, bo widziałeś wszystkie miejsca, które odwiedził i co jadł w ich trakcie. Więc ktoś był gdzieś przez 6 miesięcy, a ty odpowiadasz: „Wiem wszystko”.

P: Nie ma czego opowiadać. Nie ma prawdziwego zainteresowania jego opowieścią, bo na bieżąco wrzucał co robi.

J: Ale używacie innych mediów jak Twitter i Tumblr.

P: Tumblr jest świetny, ponieważ cokolwiek na nim robisz, umieszczasz na nim wszystko co chcesz przekazać – co dzieje się w zespole czy w wytwórni jest to automatycznie wyświetlane na Twitterze. Nie musisz więc nawet wchodzić na Twittera. Nie prowadzimy na nim żadnych rozmów. To jest świetne. Jest też inna zajebista rzecz, którą zaczęliśmy robić całkiem nie dawno, a którą powinniśmy zacząć już dawno. Mówię o liście mailowej, na której mamy 2000 osób. Zawsze kiedy coś się dzieje, jak trasa czy nowy album, wysyłamy maile to do ludzi, którzy są na nią zapisani. Jeśli ludzie nie chcą otrzymywać tych informacji, wystarczy że się z niej wypiszą.

Ch: Poza tym, jeśli robisz wszystko przez Facebooka i to jest twoje główne źródło promocji, co z ludźmi, którzy nie lubią Facebooka? To wygląda tak, jakbyś pracował dla Facebooka, przyciągasz dla nich ludzi, aby mogli się dowiedzieć co robisz. Sprawa jest taka, że każdy ma profil na Facebooku i może zobaczyć co robią inni, a to daje im ogromną władzę. Sądzę, że dopiero teraz zdajemy sobie sprawę, jaką ogromną władzę to medium ma nad naszymi relacjami, naszymi stosunkami społecznymi.

Jeszcze parę lat temu, gdy tworzyłeś wydarzenie na Facebooku, za pomocą paru kliknięć mogłeś zaprosić wszystkich swoich przyjaciół. Lecz później zostało to zmienione i musiałeś kliknąć na profil każdej osoby, którą chcesz zaprosić. Potem znowu to zmienili i mogłeś za jednym zamachem zaprosić 10 osób.

W końcu ustanowiono limit osób, które możesz zaprosić i zaczęto pobierać opłaty za możliwość poinformowania twoich znajomych o wydarzeniu. Po tym fakcie zaczęliśmy myśleć, że to gówno. Gdy robiliśmy stronę wydarzenia do Gesamtkunstwerk, zaczęliśmy zapraszać ludzi i doszliśmy do 100, ale nie mogliśmy zapraszać kolejnych dopóki nie zapłacimy. Doszło w końcu do tego, że aby porozmawiać, ze swoimi przyjaciółmi to musisz zapłacić.

P: Tak właśnie się stanie. Jeśli uczynisz Facebooka ogromną częścią twojego życia, ze wszystkimi twoimi zdjęciami i pamiętnikiem, stanie się to dla każdego niezwykle cenną rzeczą, a wtedy każą ci płacić za tę usługę. To jest pierdolone gówno, jebać Facebooka!

Marlene: Dostawałem maile od Skiddle z prośbą o zrecenzowanie koncertów, które zaczynałam na Facebooku, bez pytania o zgodę na dostęp do mojego profilu. W dodatku Facebook automatycznie, w moim imieniu, zapraszał przyjaciół z mojej listy kontaktów, bez pytania o zgodę. To już przegięcie.

Pierwsze reakcje na „The Hateful Eight”

Recenzje nowego filmu Quentina Tarantino są oficjalnie wstrzymywane do 21 grudnia, kiedy film wejdzie na ekrany, ale mimo tego wielu z krytyków, którzy widzieli film na przedpremierowych pokazach, już zdążyło się wypowiedzieć w mediach społecznościowych. Od hajpu buczy Twitter, Facebook i portale filmowe.

Jordan Hoffman, krytyk piszący m.in. dla Guardiana, Mashable i Vanity Fair zareagował bardzo emocjonalnie na Twitterze, pisząc: Moje zdanie o Hateful: po prostu kocham ten film. Death Proof w stylu Agathy Christie na Starym Zachodzie. Chciałbym, żeby trwał godzinę dłużej.

David Ehrlich z Rolling Stone pisze z kolei (też na Twitterze): The Hateful Eight to Coś, które przybrało formę wczesnego filmu Johna Forda i muszę powiedzieć, że jest cholernie dobre. Sam L. Jackson to narodowy skarb.

Mike Ryan z Uproxx twierdzi ponadto, iż: The Hateful Eight to jeden z tych filmów, które wspaniale ogląda się za pierwszym razem, ale będzie tysiąc razy lepszy przy drugim oglądaniu.

Nie szczędzi też pochwał Kristopher Tapley z Variety, który pisze, że: The Hateful Eight jest wspaniały. Najlepszy film gatunkowy Tarantino. Mistrzowski suspens w pierwszej połowie, który eksploduje w krew i przemoc. Zdjęcia są niesamowite. Oko eksploruje każdy cal kadru. Mistrzowska inscenizacja scen oraz gra światłocieniem.

(Scena z filmu)

Źródło: Twitter

To już oficjalne, Danny Boyle nakręci „Trainspotting 2”

Grube ryby w Tri-Star wybrały życie, wybrała pracę… i zatwierdziły do produkcji Trainspotting 2, który wyreżyseruje ponownie Danny Boyle. Wytwórnia zarządzana przez Sony dała zielone światło na sequel do kultowego filmu z lat ’90, w którym pojawi się oryginalna obsada: Ewan McGregor, Jonny Lee Miller, Ewen Bremner i Robert Carlyle. Scenariusz napisze ponadto oryginalny scenarzysta, John Hodge.

Umowa doszła do skutku, gdyż Tom Rothman (jeden z członków zarządu Sony) jest długoletnim znajomym Danny’ego Boyle’a i wspierał jego Życie mniej zwyczajne (1997), kiedy wciąż piastował pozycję producenta wykonawczego w Fox.

Zasilający dzisiaj szeregi filmów kultowych, Trainspotting (1996) był adaptacją powieści Irvine’a Welsha, opowiadającej historię szkockich heroinistów z klasy robotniczej, którzy próbują w pokręcony sposób poukładać sobie życie. Ewan McGregor został narratorem filmu, wcielając się również w główną rolę Rentona, mając u swojego boku legendarnego Sick Boya (Jonny Lee Miller) i Spuda (Ewen Bremner).

Boyle ujawnił po raz pierwszy, że zamierza nakręcić kontynuację na swojej trasie poświęconej Steve’owi Jobsowi. Zdjęcia mają się zacząć na wiosnę 2016, a film ujrzałby światło dzienne w 2017. Media z kontaktami w Hollywood twierdzą, że umowa ma dużą szansę stać się faktem. Produkcją mają się zająć: Figment Films, Decibel Films, Cloud Eight Films oraz Film4.

Minęło 20 lat od kiedy oglądaliśmy te charaktery na ekranie, a John Hodge napisał scenariusz, który w fantastyczny sposób ciągnie dalej ich – i naszą – historię. Jesteśmy wdzięczni Tomowi i Hannah za ich wsparcie i nie możemy się doczekać przystąpienia do pracy. – podsumował Boyle.

Źródło: Hollywood Reporter

Czy czeka nas schyłek Złotego Wieku Telewizji?

Alan Sepinwall ma dużo do powiedzenia na temat nieprzeciętnych ramówek, jakie w ostatnich 8 latach pod nos podsuwają nam amerykańskie i brytyjskie stacje telewizyjne, zapełniając je oryginalnymi serialami (tu wstaw odpowiedni tytuł). Jego książka The Revolution Was Televised, opublikowana w 2013, pomogła zdefiniować krytykom na całym świecie, czym właściwie jest Złoty Wiek Telewizji i dała pole wielu poważnym dyskusjom na temat rewolucji, jaka dokonała się w przemyśle rozrywkowym w ostatnich dwóch dekadach.

Ten przełom doprowadził do tylu zmian w ostatnich dwóch latach, że Sepinwall był zmuszony opublikować zredagowaną wersję swojej książki, która pojawiła się na rynku kilka dni temu i bierze pod uwagę zakończenie emisji Breaking Bad i Mad Men, analizując błyskawiczne rozpowszechnienie się medium „jakościowego serialu”.

Zapytany, czy można wskazać na konkretny punkt rozpoczynający nową erę dla serialu, Sepinwall odpowiada: Powiedziałbym, że ta linia jest rozmyta. Można argumentować, że Mad Men i Breaking Bad należą do ery współczesnej, jakkolwiek ją nazywamy (Złoty Wiek Telewizji, Szczyt Telewizji etc.), a nie do ery Rodziny Soprano czy The Wire.

tony_soprano
Tony Soprano – archetyp nowego antybohatera

Opisałem je w książce, ponieważ wydaje mi się, że są one ostatnimi odcinkami łańcucha łączącymi przeszłość z teraźniejszością. Konkretnie, sukces i prestiż Mad Men produkowanych przez AMC – którzy na początku byli żartem, by stać się liderem przemysłu – pozostaje prawdopodobnie najważniejszym powodem, dla którego wszyscy w tym biznesie śpieszą się obecnie z produkcją własnych seriali ze scenariuszem.

Ale sądzę, że istnieją pewne kluczowe różnice, choć nie chodzi mi wcale o jakość, bo tak samo jak wiele innych wielkich seriali podoba mi się na przykład The Leftovers. Netflix i Amazon przedefiniowały sposób, w jaki konstruuje się seriale, czasem na lepsze, czasem na gorsze.

Reprezentowanych jest więcej różnych głosów, zarówno za, jak i przed kamerą, co można zobaczyć oglądając Orange Is The New Black czy Transparent. Doszło też do delikatnego odejścia od modelu, w którym rządzi scenarzysta, wraz z The Knick, True Detective czy nowym sezonem Miasteczka Twin Peaks, który okaże się tym, czym się okaże.

Autor wskazuje przy tym, że istnieje zasadnicze, strukturalne podobieństwo pomiędzy Breaking Bad, Rodziną Soprano oraz Mad Men, ponieważ wszystkie z nich akcentują przede wszystkim wewnętrzną tożsamość poszczególnych odcinków, a nie łuki narracyjne spajające cały sezon. Wszystko to, co zaskakujące, jest związane z presją sukcesu czy też strachu przed porażką producentów.

revolution_was_televised_book_cover

Sepinwall potwierdza przy tym wątpliwości manifestowane w ostatnich miesiącach przez wielu dziennikarzy i blogerów, iż ta wysoka fala może się wkrótce załamać. Peter Gould, który napisał Breaking Bad i współtworzył Better Call Saul, porównał to do gorączki złota, co wydaje się trafne. Nie sądzę, żeby taka ilość programowania, sącząca się z tylu różnych kanałów i usług, mogła być podtrzymana. Ale nie mam niestety dostępu do wewnętrznych szacunków. – podsumowuje te obawy.

Nowe seriale mają także wg krytyka istotny wymiar społecznościowy, bo otwierają pole dialogu pomiędzy fanami i twórcami seriali, dla którego centralnym pasmem komunikacyjnym staje się Internet. Telewizja zmienia się przy tym jako medium wraz z usługami streamingowymi tj. Netflix, które pozwalają teraz na „wciąganie na raz” seriali, które tradycyjnie były jeszcze do niedawna emitowane w tygodniowych przerwach.

Innym zjawiskiem, towarzyszącym tej gorączce złota, jest ożywianie starych seriali – produkcja nowych sezonów lub ich ponowna emisja. Ale jak stwierdza Sepinwell: Mam mieszane uczucia względem tych powtórek i powrotów. Chcę, żeby nowe odcinki Z archiwum X, Miasteczka Twin Peaks i Gilmore Girls były dobre, ale to się rzadko zdarza. Seriale się kończą. W porządku. Nie wszystkie z nich potrzebują filmu czy sequelu.

ken_taylor_breaking_bad
Alternatywny plakat do „Breaking Bad”

Wszystkie te ruchy w biznesie sprawiają, że bardzo ciężko określić, czy mamy do czynienia z rozwojem trendu, czy z jego schyłkiem, szczególnie że nowych produkcji przybywa z miesiąca na miesiąc. Bardzo trudno to zdefiniować będąc w środku, dlatego że jest tego znacznie więcej, niż dekadę temu. Ale sądzę, iż będzie można napisać podobną książkę do mojej w 2025, patrząc w retrospektywie na Orange Is The New Black, Transparent, Fargo, The Knick, Louie i kilka innych seriali, które kontynuują transformację zapoczątkowaną przez Oz czy Rodzinę Soprano. – podsumowuje krytyk.

Conradino Beb

Źródło: Washington Post

Wampiry (1957)

i-vampiri-1957-original-poster

Francja, druga połowa lat 50-tych. Paryż spoczywa w cieniu paniki grasującego mordercy, któremu prasa nadała pseudonim „Wampir”. Przezwisko wzięło się stąd, że kolejno odnajdywane zwłoki młodych kobiet pozbawione były zupełnie krwi.

Te wydarzenia dają nam okazję poznać prowadzącego śledztwo inspektora Chantala (Carlo D’Angelo) oraz mającego obsesję na punkcie mordercy, dziennikarza Pierra Valentina (Dario Michaelis). Czy do czynienia mamy jednak z seryjnym mordercą? A może to tylko część większej intrygi?

Reżyser Riccardo Freda serwuje nam oryginalny melanż klasycznego kina noir, gotyckiego horroru rodem ze stajni Hammera i sztampowego sci-fi. Wszystko to oprawione genialnymi zdjęciami Maria Bavy, który był tutaj odpowiedzialny za pracę kamery.

To połączenie, w rękach dwóch solidnych rzemieślników (a tymi Freda i Bava bezapelacyjnie są), nie straszy obecnym w innych tego typu produkcjach wszechobecnym kiczem. Tutaj od samego początku bierzemy udział w osnutej mrokiem i tajemnicą historii która co rusz zaskakuje odkrywając przed widzem kolejne karty.

Gatunki płynnie przechodzą jeden w drugi, tworząc spójny ciąg przyczynowo skutkowy. Wrzuceni zostajemy w toczące się na przedmieściach Paryża śledztwo, by po chwili wylądować w zawalonej futurystycznym sprzętem piwnicy wraz z szalonym naukowcem w białym kitlu i jego kulowym pomagierem.

Finał prowadzi nas za to po majestatycznych salach i kamiennych korytarzach wielkiej posiadłości jednego ze znanych paryskich monarchów. Tutaj kolejny raz należy pochwalić stojącego za kamerą Bavę, stosującego wizualne zagrywki w sposób niegryzący się z obraną przez Freda konwencją.

Od strony technicznej produkcja trzyma cały czas równy, solidny poziom. Zarówno aktorzy, jak i cząstkowe efekty specjalne, robią wrażenie, biorąc pod uwagę że jest to produkcja mająca już prawie 60 lat. Pamiętać należy jednak, że pomysłowość w kadrowaniu i „cięciu kamerą” wymaga więcej wysiłku i innowacji, niż klepany na komputerze kod CGI.

Twórcy z charakterystyczną dla siebie manierą bawią się konwencją i schematami. Wampir jest tutaj zupełnie czymś innym, niż to, do czego przyzwyczaiło nas kino. Nie zdradzając szczegółów fabuły powiem tylko, że jest to pomysł nad wyraz interesujący. Co prawda dzisiaj nie zrobi na przeciętnym widzu należytego wrażenia, ale jeszcze raz przypominam datę produkcji.

Nakręcone w stylowej czerni i bieli Wampiry to solidny kawał smakowitego kina. Nie jest to może film, który stał się wizytówką Bavy, ten nakręcił ich całą masę później, ale warto cofnąć się do początków jego twórczości. Każdy twórca od czegoś zaczynał, nie każdy miał tak udany start, jak wielce u nas niedoceniony Mario Bava.

Oskar „Dziku” Dziki

Znany pod tytułami: I vampiri / The Vampires / Lust of The Vampire / The Vampire / El vampiro
Produkcja: Włochy, 1957
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4,5/5

Animowany klip ożywia rzadki wywiad radiowy z HST na temat Hells Angels!

Blank on Blank to projekt tworzony przez PBS (David Gerlach, Patrick Smith, Amy Drozdowska), produkowany we współpracy z nowojorską inicjatywą Quoted Studios. Celem Blank on Blank jest restauracja archiwalnych wywiadów, które nigdy nie ujrzały światła dziennego, lub latami leżały w piwnicach małych stacji radiowych.

Poniższy wywiad z Hunterem S. Thompsonem pochodzi z 1967 roku i został oryginalnie wyemitowany przez stację WFMT-FM z Chicago – jego archiwizacją zajęło się Studs Terkel Radio Archive. Legenda dziennikarstwa gonzo opowiada w nim o roku spędzonym z Hells Angels MC, w trakcie którego powstał jego debiut literacki, Hell’s Angels: The Strange and Terrible Saga of The Outlaw Motorcycle Gangs.

Oto krótki cytat z tego materiału: Wyrobienie goryczy polegającej na tym, że jak ktoś woła za tobą „brudas”, to nie patrzysz w lustro i nie zastanawiasz się, czy pójść umyć twarz, tylko idziesz ubrudzić się jeszcze bardziej jakimś gównem, a potem wracasz, walisz gościa w pysk, zbijasz butelkę i wbijasz mu ją w brzuch, zajmuje trochę czasu.

(Materiał z angielskimi napisami)

Mike Medavoy: „Rocky” dał publiczności poczucie uczestnictwa

Mike Medavoy to jedna z legend hollywoodzkiego przemysłu filmowego. Człowiek, który w 1974 został wicedyrektorem produkcji w wytwórni United Artists, gdzie nadzorował proces powstawania takich filmów, jak Lot nad kukułczym gniazdem, Sieć, Czas apokalipsy, Annie Hall, Powrót do domu, Wściekły byk oraz Rocky, które na zawsze zmieniły kino!

Jak mówi Medavoy: Naprawdę podobał mi się Creed, najnowszy film firmowany franczyzą Rocky, ponieważ był prawdziwy tam, gdzie się tego nie spodziewałem. Sylvester Stallone zagrał jedną z najlepszych ról od dłuższego czasu, a reżyser Ryan Coogler pokazał klasę, praca kamery też jest niesamowita. Wiele z filmów, przy których pracowałem, doczekało się remake’ów, ale działają one tylko wtedy, gdy są świeże.

Pierwszy Rocky kosztował $1,5 mln, ale przekroczył budżet o $40 tys. Były oczywiście wątpliwości związane z tym, czy Stallone w ogóle dostanie jakieś pieniądze na realizację filmu – usprawiedliwione, bo wcześniej nie pokazał w zasadzie nic. A reguła w tym czasie była taka, że filmy bokserskie nie dawały sobie rady (Wściekły byk, który był ostatnim filmem osobiście przeze mnie zatwierdzonym, poniósł klęskę w box office), ale Rocky był wyjątkiem.

Należy przy tym pamiętać, że Hollywood lat ’70 znajdował się pod wpływem „efektu Easy Ridera”, co przyniosło tzw. renesans kina autorskiego. Każdy film miał być produkowany na budżecie nie przekraczającym $1 mln – reguła została zapoczątkowana przez BBS Productions – i Rocky nie był tu wyjątkiem.

Producenci Irwin Winkler i Robert Chartoff mieli wyłączny kontrakt z United Artists. Pracowali z nami nad New York, New York Martina Scorsese, co do którego mieliśmy bardzo wysokie oczekiwania ze względu na reżysera, obsadę: De Niro, Liza Minelli oraz jego formę – musical. Byliśmy przekonani, że film odniesie sukces (ale mu się nie udało). Prawnik UA, Bill Bernstein, negocjował w tym samym czasie umowę dla Rocky’ego. Zyski z New York, New York miały pokryć straty z Rocky’ego, ale to się odwróciło. – mówi Medavoy.

UA ostatecznie zatrudniła jako reżysera filmu Johna G. Avildsena (twórcę kontrowersyjnego Joe), który w tym czasie nie był nazwiskiem powszechnie znanym, ale był bardzo zdolnym filmowcem. Finansowanie spoczęło na Winklerze i Chartoffie, jednak największy ciężar przyjął na siebie Stallone – napisał scenariusz i zagrał główną rolę. Bardzo udany okazał się też casting.

Jak wspomina Medavoy: Wyświetliliśmy film w siedzibie MGM, bo mieliśmy tam dostęp do dużej sali projekcyjnej. Ludzie naprawdę wdali się w bójkę. Następnie poleciałem do Nowego Jorku, żeby obejrzeć film w kinie na Broadwayu. Publiczność tak się podnieciła walką, że spodziewałem się zobaczyć ją na sali.

Co jednak interesujące, to że obraz nie był natychmiastowym hitem. Na początku miał tylko premierę w kilku miastach, gdzie zanotował umiarkowany sukces, ale nie było to nic szczególnego. Pamiętam jak Arthur B. Krim, prezes UA, zadzwonił do prezydenta UA, Erika Pleskowa, który zadzwonił do mnie i powiedział: „Hej, o co chodzi? Powiedziałeś, że obraz odniesie sukces.” A go nie odniósł.

Ale wkrótce wszystko nabrało rozpędu. Oczywiście, nagrody pomogły Rocky’emu osiągnąć większą popularność. A wszystko dlatego, iż historia skazanego na porażkę poruszyła emocje u publiczności. Większość ludzi nie jest w stanie powiedzieć, kto wygrał walkę. Nie był to jednak Rocky. Chodzi o to, że chciał wziąć udział w grze i uniknąć ośmieszenia. A czy to nie jest prawdą dotyczącą nas wszystkich?

W efekcie film stał się pierwszym blockbusterem lat ’70, wyprzedzając Szczęki i Gwiezdne wojny, zarabiając w ciągu roku $225 mln. Jak dodaje Medavoy: Dzisiejsze standardy są prześmieszne. W przypadku, gdy film kosztuje $100 mln, zyski muszą być dziesięciokrotne. To recepta na klęskę. Na szczęście, robienie filmów na małą skalę, które przezwyciężają trudności, będzie zawsze możliwe. Wyzwaniem jest ukończenie projektu.

mike-medavoy_promo
Mike Medavoy

Publiczność idzie do kina i angażuje się w historię, utożsamia z charakterem, albo nie. Rocky dał publiczności poczucie uczestnictwa. Każdy z widzów krzyczał w trakcie walki: „Wal go, Rocky! Wal go, Rocky!” Byli częścią sceny. Płynie z tego lekcja dla filmowców. A jeśli chodzi o Creed, to doskonały film. Idźcie go obejrzeć, zainspiruje was i poprawi wam samopoczucie.

Źródło: IndieWire

Macedonia rozważa legalizację medycznej marihuany

Macedońskie ministerstwo zdrowia zaczęło w ten weekend konsultacje społeczne, które zmierzają w stronę legalizacji marihuany do celów medycznych, po tym jak sondaż społeczny ujawnił 70% poparcie dla zmian w prawie.

Konsultacje są prowadzone z lekarzami-specjalistami, farmakologami i pacjentami. Mają one na celu przygotowanie projektu ustawy, która zadowoliłaby wszystkich zainteresowanych legalizacją produktów z konopi do celów medycznych.

Tych jest zaś 70%, jak wykazało wcześniejsze badanie społeczne, przeprowadzone we wrześniu przez agencję M-Prospekt, które ujawniło zaledwie 28% sprzeciw. 34% badanych poparło w nim także legalizację marihuany rekreacyjnej, a 63% było przeciwnych.

Inicjatywa legalizacji medycznej marihuany nie pochodzi od narkomanów, ale od cierpiących pacjentów. – twierdzi Darko Kostovski, psychiatra z September 8, centrum leczenia uzależnień w Skopje.

Są jednak lekarze tj. Milan Ristevski, szef onkologii i radiologii największej kliniki w Skopje, stolicy kraju, którzy zwracają uwagę, że potrzebna jest większa liczba danych naukowych. Badania pokazały, że marihuana pomaga pacjentom w zwalczaniu bólu, ale trzeba udowodnić, iż ma ona właściwości antyrakowe. Nie możemy zapominać o tym, że połączenie różnych terapii może doprowadzić do komplikacji. – dodaje doktor.

W dyskusji zabrała również głos Marija Darkovska Serafimova, szefowa Krajowego Biura Farmakologicznego, które jest najwyższym organem kontroli leków w Macedonii, mówiąc: Istnieją badania wskazujące na skuteczność produktów z konopi, ale pozytywne efekty nie są uniwersalne. Jednak legalizacja pozwoliłaby pacjentom na dostęp do marihuany o zweryfikowanej i zestandaryzowanej jakości.

Macedonia posiada także indywidualne świadectwa skuteczności, dotychczas nielegalnej, terapii olejem konopnym RSO. Jedno z nich zaprezentował w trakcie debaty Filip ze Skopje, 40-letni pacjent, który wyleczył w ten sposób chłoniaka (raka wywodzące się z układu chłonnego).

Miałem chłoniaka i używałem do leczenia oleju konopnego. Wyleczyłem się i znam kilka innych przypadków takich jak mój. Powodem nieskutecznej terapii jest niska jakość marihuany sprzedawanej na czarnym rynku, co jest normalne w momencie, gdy marihuana pozostaje nielegalna. – powiedział Filip.

rso_oil
Olej RSO

Jeden z ekspertów, który pragnie pozostać anonimowy, dodał przy tym, iż produkcja oleju RSO może stać się poważnym przychodem dla rządu, gdyż dilerzy już zarabiają krocie, oferując go na czarnym rynku: Produkcja oleju staje się coraz bardziej dochodowym biznesem na czarnym rynku, alternatywą dla kwiatostanów konopi, gdyż do jego produkcji potrzeba ich dużej ilości. To jeden z ekonomicznych trendów, który notuje duży wzrost w Europie.

W Unii Europejskiej aktualnie 13 krajów zezwala na używanie marihuany do celów medycznych, z których ostatnim jest Chorwacja, która dołączyła do tego grona miesiąc temu, stając się pionierem trendu na Bałkanach. Kraj wciąż czeka jednak na wprowadzenie prawa, a przede wszystkim na udostępnienie marihuany w autoryzowanych punktach sprzedaży. Tymczasem czarny rynek gra silnie na zwiększającym się popycie na olej RSO w tych krajach, gdzie pozostaje on nielegalny.

Conradino Beb

Źródło: Balkan Insight

1986: Roman Kostrzewski śpiewa „Wyrocznię” w Jarocinie i rozmawia z księdzem

Romek Kostrzewski od zawsze symbolizował w moich kręgach śląski folklor metalowy. 666 to jedna z najzabawniejszych płyt polskiego heavy, w zasadzie true stoner metal… bo ujarani tarzaliśmy się zawsze z ziomkami po ziemi, gdy tylko poleciała jakaś z bardziej absurdalnych linijek w stylu „Aaaaa w nocy Szatana przyjąć w dłoń… tak jak Faust!!!”! Top playlisty imprezowej tuż po Minor Threat/In My Eyes.

Ale trzeba uczciwie przyznać, że w drugiej połowie lat ’80 Romek prezentował prawdziwe wyzwanie, zarówno dla komunistycznych, jak i kościelnych autorytetów, co zostało uwiecznione, w obecnie ciężkim do trafienia, dokumencie telewizyjnym z 1986, który przepięknie naświetla nastawienie ojca polskiego satanizmu do Kościoła Katolickiego.

Z wielką radością dokonuję transkrypcji: Proszę księdza, w XX wieku to właściwie potrzeba ludziom zupełnie nowej doktryny. Szczególnie młodym ludziom. Doktryny, która wzięłaby ich do ich podstaw, takich które są dla nich naturalne. Nie takich, które Kościół narzucił przez lata. Jest to niezgodne z moim duchem. Odwrócony krzyż świadczy o tym, że z tymi doktrynami się w ogóle nie zgadzam.

Aż się łezka w oku kręci – materiał do obejrzenia poniżej – i żeby nie było, doskonała wersja live Wyroczni! A swoją drogą to RK udzielił kilka dni temu nowego wywiadu o metalu, religii i śmierci.

Conradino Beb

Daczego synthwave?

Skąd wyrasta magia synthwave? Z nostalgicznego fetyszyzmu, który ewokuje ostatnią prostą Zimnej Wojny? Z elektronicznego pulsu stylizowanego na archaiczne syntezatory Rolanda? Czy też może z hipnotycznego eskapizmu, przypominającego starszym Milenialsom słodkie lata dzieciństwa przeżyte – zależnie od miejsca urodzenia – w cieniu Muru Berlińskiego, czołgów i kartek na mięso, lub na fali napędzanej reaganomiką i kokainą, na której surfowała nowa klasa japiszonów.

W ostatnich latach synthwave, znany też jako retrowave lub futuresynth, zrewolucjonizował pożerającą własny ogon muzykę elektroniczną. Korzystając z Internetu, młodzi artyści rozprzestrzenili muzycznego wirusa na cały świat. Duże znaczenie miała tu sieć NewRetroWave, która została założona w listopadzie 2011 i święci obecnie 4-tą rocznicę działalności.

Jak czytamy na oficjalnej stronie NRW: Retrowave to gatunek muzyczny, który poskramia brzmienie, pęd i czystą pasję do lat ’80. To najbardziej pobudzające brzmienie, które pojawiło się na scenie muzycznej, a które było już od dawna oczekiwane. Ludzie, rodzi się coś niesamowitego. Ruch muzyczny, który przywraca muzyce pasję i słuch, za którymi zdążyliśmy zatęsknić.

Podstawy kodu tego imponującego wirusa zostały napisane w połowie poprzedniej dekady przez graczy komputerowych i nerdów, zainspirowanych francuskimi artystami grającymi electro/tech house tj. Kavinsky (Teddy Boy EP), Justice (Water of Nazareth EP) czy College (Teenage Color EP), którzy z kolei zainspirowani zostali przez soundtracki filmowe Johna Carpentera, grupy Goblin czy Brada Fiedela (twórcy muzyki do Terminatora).

Ruch dostał pierwszy poważny zastrzyk energii po sukcesie Drive Nicolasa Windinga Refna, do którego muzykę napisał Cliff Martinez, były perkusista Captaina Beefhearta, The Dickies, The Weirdos, a także Red Hot Chili Peppers. Był to pierwszy komercyjny sukces rozwijającego się stylu, który stał się zauważalny głównie dzięki pięknie zaaranżowanym, wokalnym hitom tj. Under Your Spell grupy Desire, idealnie akcentującym znaną powszechnie retromanię NWR.

To słodkie uczucie nostalgii, które uderza w nas, gdy przypominamy sobie, jak oglądaliśmy po raz pierwszy Gliniarza z Beverly Hills, Akademię policyjną czy Terminatora na zdartej kasecie VHS, zostaje idealnie wyrażone przez synthwave’owe dźwięki, co potwierdza jedna z największych sław sceny, Mega Drive: Cały ten czas był bardzo magiczny, bo wszystko wciąż było wielkie i nowe.

Nasze uczucia potwierdza przy tym współczesna psychologia, która wskazuje na efekt czystej ekspozycji jako kluczowy dla odbioru muzyki. Emocje, które przechowywane są w centrum naszej pamięci długoterminowej, zostają na krótką chwilę uwolnione, gdy wyzwala je bodziec bezpośrednio z nimi powiązany, podświadomie kojarzony jako ich nośnik.

Ale to nie wszystko, bo artyści tj. Mitch Murder twierdzą, że lata ’80 reprezentują także dziwną mieszankę optymizmu i pesymizmu, fascynację latającymi samochodami i robotami, połączoną ze strachem przed III Wojną Światową, czy zagładą atomową: Z jednej strony kultura była pełna pozytywnego myślenia o najbliższej przyszłości, czego uosobieniem były filmy w stylu Powrotu do przyszłości, a z drugiej wszyscy obawiali się masowej zagłady na skutek wojny atomowej. Skutkiem tego ludzie żyli chwilą.

Ta dychotomia jest zdecydowanie obecna w synthwave’owych dźwiękach, które łączą technologiczne ciepło i futurystyczny magnetyzm ze strachem przed nieubłaganą apokalipsą, przeplatając syntezatorowe podkłady – bardzo często przesterowane – w średnich tempach i niskich tonacjach, słodkimi, eskapistycznymi samplami, które jednak ostatecznie zawsze znikają na rzecz monotonnego bitu. Sama muzyka ma przy tym bardzo maksymalistyczny charakter, odrzucając minimalistyczne samoograniczenie, pojmowane często przez artystów jako swoistego rodzaju estetyczny ascetyzm.

Synthwave w ostatnich latach stał się prawdziwie międzynarodowym fenomenem. Obecnie na scenie mamy m.in. Dynatron (Dania), Mitch Murder (Szwecja), Night Runner (Brazylia), Perturbator (Francja), Lazerhawk (USA), Power Glove (Australia), Miami Nights 1984 (Kanada), FutureCop (Wielka Brytania) czy Timecop1983 (Holandia). Żaden z tych twórców nie nagrywa jednak dla dużego labelu, a większość nie wypuszcza swoich EP-ek i abumów na żadnym innym nośniku poza mp3. Największym narzędziem promocyjnym jest oczywiście YouTube z takimi kanałami, jak New Retro Wave, Luigi Donatello i Maniac Synth (ostatnio zablokowany), które subskrybowane są przez 160 tys. użytkowników.

Conradino Beb

5-minutowy zwiastun do „Gwiezdnych wojen: Przebudzenia mocy” wykorzystuje wszystkie dostępne materiały!

W miarę jak zbliża się premiera najnowszej odsłony Gwiezdnych wojen, fani mogą oglądać coraz więcej trailerów i teaserów w kinie, w Internecie i w TV. Ale grupka nerdów stojąca za kanałem Science Vs. Cinema po raz pierwszy połączyła je w jedną całość, wykorzystując montaż, który pozwala publice na szybkie zorientowanie się o co chodzi. Tak, mamy tu wreszcie do czynienia ze spójną narracją, która daje dużą satysfakcję wszystkim z niecierpliwością czekającym na dzień premiery!

„Straight Outta Compton”: Ice Cube​’a gra jego własny syn, ale proces wchodzenia w rolę nie był łatwy

24-latek O’Shea Jackson Jr. dostaje huczne brawa za rolę własnego ojca, Ice Cube’a, w filmowej biografii legendarnych NWA, Straight Outta Compton. Ale proces opanowywania roli nie był łatwy, bo Jackson musiał przejść dwuletni trening aktorski pod okiem trzech nauczycieli, który trwał 24 godziny na dobę i dał debiutantowi konieczne wsparcie psychologiczne.

Ice Cube pozostaje producentem filmu, a więc musiał się upewnić, że danie roli własnemu synowi ma absolutny sens. Gdybyśmy znaleźli lepszego Cube’a, to właśnie on dostałby rolę. W ten sposób działa aktorstwo i film. Nie mogłem mu dać tego na dłoni i nie zrobiłbym tego nawet, gdybym mógł, bo to za łatwe. – mówi Cube.

Do roli przesłuchano wielu aktorów i raperów, ale na ostatniej liście znalazł się tylko Jackson i dwóch innych kandydatów. Na werdykt ostatecznie nie wpłynęły jednak zupełnie zdolności warsztatowe, tylko rapowy flow, bo aktorzy musieli odtwarzać przekonująco tracklistę ze Straight Outta Compton, co było kluczowe dla uzyskania efektu realizmu i tu wygrał Jackson.

Wiele recenzentów daje mu bardzo wysokie noty, a co najważniejsze, zadowolony jest sam ojciec. Jako rodzic zawsze jesteś dumny z tych momentów, w których twoje dziecko naprawdę sobie radzi, więc jestem na wieczność wdzięczny Jacksonowi za to, że zdał egzamin aktorski. Nie widziałem nikogo innego w tej roli i całkowicie mnie pochłonęła. Widzisz, nigdy nie byłem na koncercie N.W.A. – ja grałem koncerty N.W.A., więc nigdy nie miałem okazji ich doświadczyć jako publika. I wiesz co, to było potężne. – zwierza się Cube.

O’Shea Jackson Jr. jest jednym z 4 dzieci Ice Cube’a z żoną Kimberly Woodruff, z którą pozostaje on w związku małżeńskim od 23 lat. Straight Outta Compton jak na razie doskonale radzi sobie w box office, zbliżając się obecnie do $170 mln wpływów.

Źródło: EW

Organiczna uprawa konopi: rola mikoryzy

Historia symbiozy pomiędzy korzeniami roślin, a pożytecznymi grzybami, zwanej mikoryzą, sięga ordowiku (505-440 mln lat temu). W istocie, rośliny mogły dokonać ekspansji lądowej tylko dlatego, że pomagały im grzyby. Zostało to udowodnione przez prof. Dirka Redeckera z Universytetu Kalifornijskiego, który analizując próbki skalne ze stanu Wisconsin, natknął się na skamieniałości z zarodnikami i delikatnymi nitkami grzybni podobnej do grzybni współczesnych grzybów mikoryzowych z rzędu Glomales.

Rośliny mają dwóch naturalnych sojuszników w zdobywaniu składników pokarmowych: bakterie brodawkowe, dostarczające im głównie azotu, oraz grzyby mikoryzowe, zajmujące się szukaniem i przyswajaniem fosforu. Jednak symbioza z bakteriami wiążącymi azot z powietrza, w porównaniu z mikoryzą, jest nowa, gdyż pojawiła się w ciągu ostatnich 100 mln lat.

Mikoryza jest w przyrodzie bardziej regułą, niż ewenementem. Niemal 90% roślin zielonych żyje z grzybami za pan brat. Z drzewami grzyby tworzą tzw. mikoryzę ektodermalną. Ich grzybnia otacza korzenie tzw. mufką i nie wnika do wnętrza roślinnych komórek, a jedynie w przestrzenie międzykomórkowe, tworząc tzw. sieć Hartiga. Włośniki zanikają, a ich funkcję przejmują strzępki grzybni.

Inne grzyby tworzą mikoryzę endodermalną – tu grzybnia penetruje komórki korzenia – którą znajdziemy u większości jednorocznych roślin zielnych i krzewów, w tym u konopi. Związek ten jest o wiele bardziej rozpowszechniony i może być kontrolowany poprzez inokulację – dostarczenie  korzeniom rozwijającej się rośliny świeżych zarodników.

Największą zaletą mikoryzy jest gigantyczny przyrost masy korzeniowej. Powierzchnia chłonna, wspomagana przez gęstą sieć delikatnych strzępek (tzw. grzybokorzeń), rozrasta się kilkaset razy bardziej, niż bez grzybowego partnera. Strzępki grzyba mogą ponadto tworzyć tzw. sznury grzybniowe, transportujące składniki pokarmowe, a także wodę z miejsc, do których nie sięgnęłaby bez ich pomocy sama roślina.

cannabis_mycorrhizae
Grzybokorzeń u konopi

Niektóre związki mineralne tj. fosfor czy wapń, znajdujące się w glebie, są nierozpuszczalne w wodzie, a więc niedostępne dla roślin. Tu z pomoca przychodzą właśnie grzyby mikoryzowe, wydzielając na zewnątrz kwas węglowy oraz enzymy, które powodują zamianę tych związków w formy przyswajalne.

Grzyby mikoryzowe potrafią także rozkładać materię organiczną, uwalniając związki azotu, które przekazują roślinom–gospodarzom. Na skutek tej symbiozy rośliny pobierają blisko dwa razy więcej azotu, cztery razy więcej fosforu i półtora raza więcej potasu, niż rośliny pozbawione symbionta.

Dodatkową korzyścią płynącą z takiej współpracy jest fakt, że nadmiar składników odżywczych może być magazynowany przez grzyby i dostarczany roślinie w miarę jej wzrostu. Grzyby ułatwiają także pobieranie wielu kluczowych mikroelementów, np. cynku, siarki, magnezu, żelaza czy miedzi. Ponadto, niektóre z nich syntetyzują hormony: auksyny, gibereliny i cytokininy, „wstrzykując” je do komórek gospodarza.

W zamian za te dostawy rośliny dostarczają grzybom związków węgla, cukrów prostych (tzw. wysięków), aminokwasów i witamin z grupy B, które wytwarzają w procesie fotosyntezy, wykorzystując wodę i światło. Taka wymiana bardzo się roślinom opłaca, gdyż towar deficytowy zostaje „kupiony” za ten, którego zawsze jest nadmiar.

W tym samym czasie grzybokorzeń dokonuje dalszej ekspansji, wykorzystując do tego „towar” pobrany od gospodarza. Grzybowi lokatorzy szukają najmłodszych korzeni, przez co inokulacja (zaszczepienie) powinna być przeprowadzona gdy ziarno czy klon dopiero się ukorzenia, lub nawet wcześniej, w fazie kiełkowania nasion. Na krótkim odcinku korzenia może rosnąć do kilku gatunków grzybów, a na całym systemie korzeniowym do kilkuset.

cannatonic_strain
Cannatonic / odmiana konopi

Korzyści płynące z mikoryzy są jednak znacznie większe, bo rośliny żyjące w symbiozie z grzybami są odporniejsze na trudne warunki: niewłaściwą temperaturę gleby, brak wody, niekorzystne pH, obecność pasożytów czy substancji toksycznych. To dzięki tej ostatniej zdolności w pobliżu hut, na hałdach, mimo ogromnego skażenia gleby, także jest zielono. Grzyby niczym filtr zatrzymują metale ciężkie, unieruchamiając toksyny w swoich strzępkach, co zapobiega zatruciu roślinnego partnera.

W warunkach niezakłóconych działalnością człowieka, rośliny bez problemu trafiają na odpowiednie grzyby i wchodzą z nimi w symbiozę. Jednak zmiany spowodowane przez przemysł i rolnictwo ekstensywne, które zatruwają gleby nawozami sztucznymi i chemikaliami, a także niszczą jej naturalną strukturę poprzez nieodpowiedzialnie stosowaną orkę, zaburzają lub wręcz eliminują ten związek.

Na przykład grunty, które były kiedyś polami uprawnymi, są bogate w związki azotu. Jednak próby zalesiania takich terenów nie zawsze kończą się powodzeniem. Drzewa rosną tam słabiej, gdyż mając w bród pokarmu, niechętnie wchodzą w mikoryzowy związek. Do analogicznej sytuacji dochodzi również w rolnictwie.

Przemysłowe metody uprawy, wymagające stosowania dużej ilości sztucznych nawozów, środków ochrony roślin i herbicydów, uniemożliwiają często zaistnienie symbiotycznego tandemu, gdyż doprowadzają do tworzenie w glebie gigantycznych złogów fosforu i potasu (bardzo często w formie toksycznych soli), które hamują rozrost mikoryzy. W istocie, badania nad wzrostem grzybów mikoryzowych wykazały, że zwalniają one tempo ekspansji glebowej gdy stężenie fosforu przekracza 85 ppm, a przestają całkowicie rosnąć gdy dochodzi ono do 100-140 ppm.

O tym MUSZĄ ZAWSZE pamiętać organiczni growerzy, których miks glebowy zawiera dużo guano nietoperzy, mączki rybnej, obornika, czy innych nawozów bogatych w fosfor. Mikoryza rozwija się przede wszystkim w warunkach niedoboru tego pierwiastka, a więc roślina może czerpać z niej maksymalne korzyści tylko wtedy, gdy rośnie w ubogim podłożu.

Z drugiej strony, dostawy organicznego wapnia, magnezu i innych mikroelementów, niezwykle stymulują wzrost grzybów i doprowadzają do wybujałego wzrostu konopi. Jak zostało także udowodnione w ostatnich latach, kanał wapniowy pozostaje kluczowy dla komunikacji pomiędzy grzybami, a rośliną-gospodarzem.

Conradino Beb

Molekularna biżuteria zainspirowana strukturą dragów  

LSD_necklace_by_Aroha_Silhouettes
Naszyjnik z LSD

Nowozelandzka fizyczka laserowa Tania Hennessy założyła firmę Aroha Silhouettes w 2008 w Kanadzie, po tym jak poczuła w swoim życiu artystyczny zew, zamieniając pracę w laboratorium na świat biżuterii. Jej kreacje łączą technologię laserową z minimalistycznym dizajnem, wzorami chemicznymi i geometrycznymi kształtami, czego najlepszym przykładem jest nowa kolekcja Molecular Addictions.

To linia frapujących naszyjników i kolczyków zainspirowanych substancjami zmieniającymi świadomość, zarówno legalnymi tj. kofeina czy czekolada, jak i nielegalnymi tj. LSD, THC, psylocybina czy kokaina. Dizajnerka nazywa swoje naszyjniki wprost “nałogami do noszenia”. Stanowią one wg niej “doskonały prezent, którym można się rozkoszować i który długo będzie wywierał wrażenie”.

Chocolate_Necklace_gold
Czekoladowy naszyjnik
MDMA_Necklace_gold
Naszyjnik z MDMA
Psilocybin_Necklace
Naszyjnik psylocybinowy
DMT_Earrings
Kolczyki z DMT
Methamphetamine_Earrings
Kolczyki metamfetaminowe

Undergroundowy plakat filmowy przeżywa rozkwit dzięki mediom społecznościowym!

Zmęczeni sztampą współczesnego plakatu filmowego, młodzi artyści próbują uczynić z niego ponownie sztukę, która parzy w oczy. Boom nakręcają media społecznościowe, gdzie szybko ląduje wiele z prac tworzonych w domowym zaciszu, z których część już zdążyła osiągnąć duży sukces.

Scena plakatu undergroundowego, czy raczej należałoby rzec, alternatywnego, rośnie w zawrotnym tempie, mimo że tworzą ją głównie hobbyści, niepowiązani z dużymi wytwórniami filmowymi. Jak mówi Matthew Chojnacki, za dnia pracownik banku, a pisarz w wolnym czasie, autor Alternative Movie Posters: Film Art from the Underground oraz Put the Needle on the Record: To dobry sposób na zaistnienie dla artystów.

alternative_movie_posters_book_1
„Alternative Movie Posters: Film Art from the Underground”

Chojnacki po raz pierwszy zauważył zjawisko plakatu filmowego DIY, kolekcjonując autorskie plakaty do wydarzeń muzycznych. Wielu z artystów, na których się natknął po drodze, projektuje plakaty zarówno do festiwali filmowych, jak i pokazów. Istnieje duża grupa dizajnerów rozgoryczonych tym, jak robi się dziś plakaty. – mówi Chojnacki.

Wielu z nich chciałoby powrotu plakatu jako formy sztuki, gdyż ten został zdominowany przez sylwetki celebrytów. A to już niedługo może stać się prawdą, bo ich dzieła są bardziej doceniane przez fanów filmów, niż plakaty zlecane przez hollywoodzkie studia. W miarę rozwoju sceny artyści i dizajnerzy z nią związani bywają także coraz częściej zauważani przez przemysł filmowy.

Przykładem takiego sukcesu był alternatywny plakat do Django Unchained autorstwa Federico Mancosu, którego prace zainspirowane Full Metal Jacket czy Ucieczką z Nowego Jorku, zostały włączone do książki Chojnackiego. Sam Tarantino nakazał skontaktować się pracownikom swojej wytwórni z artystą, po tym jak jego dzieło zostało udostępnione w 2011 na ścianie facebookowego fanpage’a reżysera – plakatu użyto do kampanii promocyjnej filmu.

alternative_movie_posters_book_2
„Alternative Movie Posters: Film Art from the Underground”

Temu trendowi wtóruje nostalgia za latami ’70 i ’80, która przywraca chwałę oryginalnym plakatom do Gwiezdnych wojen, Indiany Jonesa czy Powrotu do przyszłości. Te stały się już wcześniej ikonami, które teraz służą za źródła inspiracji. Człowiek stojący za tymi dziełami, Drew Struzan, to jedna z supergwiazd sceny. W latach ’80 zaprojektował on również plakaty do Łowcy androidów, Coś, Akademii Policyjnej, a obecnie pracuje dla AMC nad oprawą graficzną The Walking Dead.

Chojnacki w swojej pierwszej książce zaprezentował 200 plakatów autorstwa 100 artystów, druga część zostanie opublikowana już na dniach. W ramach riserczu przeszukuje on blogi, Instagram, Pinterest. Kiedy pisałem pierwszą książkę było ciężko znaleźć 100 artystów, a teraz jest ich przynajmniej 300-400. – dodaje autor.

Wielu z nich ma swoje strony internetowe, ale popularność ich prac jest głównie zasługą mediów społecznościowych tj. Instagram, Tumblr, Facebook czy Pinterest, gdzie osiągają one nawet 50 tys. udostępnień.

Dodatkowo, mamy także strony typu Expressobeans.com czy Deviantart.com, które są centralne dla tego trendu – śledzić tam można na bieżąco co się dzieje na scenie.

 

Źródło: Observer

 

Dlaczego Gaspar Noé wyreżyserował „Nieodwracalne” na koksie i masturbował się do tego w jednej ze scen?

Magazyn Filmmaker miał ostatnio okazję zorganizować retrospektywny seans Mięsa Gaspara Noé, rzadko pokazywanego na dużym ekranie, 40-minutowego debiutu artysty, który poprowadził tuż po jego zakończeniu klasę filmową w Nowojorskim Centrum Medialnym. Reżyser, tłumacząc co sprawia, że krew mu szybciej krąży w żyłach, przywołał wiele ciekawych anegdotek z własnej kariery.

Mięso otwiera jedna z najdziwniejszych sekwencji w historii. Zarzynanie konia w okropnych warunkach zestawione zostaje ze stekiem czekającym na talerzu. Noé musiał jednak posłużyć się sprytem, żeby nakręcić tę krwawą scenę, bo francuski związek rzeźników trzymał reporterów z daleka od miejsc swojej pracy, bojąc się rosnącej krytyki społecznej, która była efektem kilku wcześniejszych dokumentów.

Noé wykorzystał 18-letnią asystentkę do nakręcenia na zgodę właściciela jednej z rzeźni, która podała się słodkim głosem za studentkę filmową przez telefon. Zamiast studentki następnego dnia na miejscu pojawił się jednak reżyser ze swoim kamerzystą, który wkręcał rzeźnikowi, że dziewczyna za chwilę się pojawi, gdy jego ciśnienie zamieniało się w szaleństwo. Ostatecznie dziewczyna jednak nie przyszła, a Noé nakręcił to co chciał.

Na pytanie o to, czy czuje się ciągle pod presją wyreżyserowania czegoś nowego, Noé odpowiedział: Jeśli potrafisz zrobić coś, co wygląda jak nowe, to nowość jest ekscytująca. Miałem dużą przyjemność przy kręceniu swojego ostatniego filmu w 3D, ponieważ jako filmowiec miałem nową zabawkę i rozkoszowałem się tą zabawą.

Bardzo mi odpowiadało używanie dźwigów i CGI przy Enter the Void. Nie wiem, jaki będzie mój następny krok, ale trzeba się bawić językiem. Nie tylko i wyłącznie, dla własnego samopoczucia, ale również dla przyjemności odkrywania życia i tego co dookoła. Jeśli będzie ci sprawiało przyjemność to co robisz, publiczność odpowie tym samym.

Ludzie zwykle mieszają rzeczy już istniejące. Ale jeśli miałbyś powiedzieć, ile w ostatnim czasie widziałeś filmów, które mają coś nowego, nie byłoby ich dużo. Ciągle podziwiam 2001: Odyseję kosmiczną czy starego King Konga. Nie rozumiem jak byli w stanie robić te filmy w późnych latach ’30 czy ’60.

Artysta wyjaśnia przy okazji, iż Nieodwracalne nakręcił w zasadzie przez przypadek. Po Sam przeciw wszystkim miał produkować Enter the Void, ale miał za mało pieniędzy, więc zamiast tego skupił się na pisaniu Danger – historii, która została zekranizowana jako Love. Jego pomysł był odważny, ale spodobał się Vincentowi Casselowi, który stwierdził, że mógłby być zainteresowany współpracą razem ze swoją żoną, Monicą Bellucci. A byli oni w tym okresie złotą parą francuskiego kina!

irreversible_kadr
Monica Bellucci w „Nieodwracalnym”

Reżyser bez jednej linijki scenariusza pozyskał następnie producentów, którzy sprzedali produkcję Studio Canal za €2 mln. Noé miał więc pieniądze, gwiazdy i datę rozpoczęcia zdjęć, zanim cokolwiek pojawiło się na papierze. Ale gdy jego erotyczny dramat nabrał wreszcie kształtów, Cassel i Bellucci odmówili wystąpienia w filmie po przeczytaniu pierwszego szkicu, obawiając się zbytniej intymności. Noé zaproponował wtedy zrobienie czegoś innego w tym samym terminie za te same pieniądze.

Jak sam wspomina, mając zaledwie jedną noc na znalezienie nowego tematu, reżyser wymyślił dramat o gwałcie nakręcony od tyłu: Widziałem Memento i pomyślalem, żeby nakręcić film od tyłu. Miałem 5 tygodni na napisanie scenariusza, przygotowanie obsady i filmu. 5 tygodni później kręciliśmy film, ale to był napad na bank. Czułem się, jakby ktoś dał mi 5 minut na wbiegnięcie do banku, zrabowanie pieniędzy i ucieczkę, bo po 5 minutach przyjeżdzałaby gliny.

Noé ujawnił ponadto, że przezwyciężył wyczerpanie na planie wciągając kokainę: Przez większość czasu sam byłem operatorem kamery, a kręciłem z ręki. Nie jestem z tego dumny – nie jestem koksiarzem, mam alergię – ale było trochę członków ekipy wciągających koks, a kiedy kamera musiała była wciągana na górę i ściągana z powrotem, zaczynały mnie boleć ramiona, więc przyjaciele dawali mi koks na planie. Czujesz się silny, jak superbohater, wbiegasz do góry i włączasz kamerę. Byłem naprawdę szczęśliwy, że pomogło mi to ukończyć scenę.

Przed premierą filmu reżyser pokazał swojemu przyjacielowi, Dariowi Argento, kontrowersyjną scenę w gejowskim klubie, nakręconą na kokainie. Ten natychmiast zwrócił mu jednak uwagę, że społeczność gejowska zrobi mu piekło, bo Noé nie jest jej częścią. Przypomniał przy tym słynny film Friedkina, co zmusiło Noé do znalezienia jakiegoś rozwiązania.

enter_the_void_2009
Scena z „Enter the Void”

Jak wspomina filmowiec: Wpadłem na pomysł. Poszedłem do tego klubu i dokręciłem krótką scenę, w której masturbuję się przed kamerą, jakbym był jego członkiem. To było głupie, ale każdy zauważył, że byłem częścią klubu, więc nie mogłem być homofobem, bo stał mi solidarnie. Oprócz mnie świadkami sceny byli pomocnik operatora i asystent reżysera, oni i ja, a to bardzo dziwna sytuacja, w której twoi pomocnicy patrzą, jak się masturbujesz i musisz udawać, że to nie problem. Zaczęli się śmiać i miałem problem z erekcją.

Conradino Beb

 

Źródło: IndieWire

"Nigdy nie było dla mnie wystarczająco dziwnie." – Hunter S. Thompson

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 3 474 obserwujących.