„The Woods” okazuje się tak naprawdę sequelem do „The Blair Witch Project”!

Po 16 latach Adam Wingard (Gość, Następny jesteś ty) odświeża oficjalnie legendę o wiedźmie z Maryland jako Blair Witch (wcześniej The Woods). Nakręcony przez Daniela Myricka i Eduardo Sancheza oryginał, zainspirowany klasycznym Cannibal Holocaust Deodata, do dzisiaj zarobił prawie $249 mln przy kosztach produkcji nieprzekraczających $60 tys. i plasuje się na 4. miejscu najlepiej zarabiających horrorów w historii kina.

Za scenariusz Blair Witch odpowiedzialny jest współpracownik reżysera, Simon Barrett, a obsadę zasilają: James Allen McCune, Callie Hernandez, Brandon Scott, Valorie Curry, Corbin Reid i Wes Robinson.

Film trzyma się mocno oryginału, sprzedając nam kolejną historię o grupie studentów, która nie będąc świadoma ryzyka, wałęsa się po feralnych lasach Black Hills.

W Blair Witch pokładane są duże nadzieje. Czy zrewolucjonizuje ponownie kino grozy, jak jego poprzednik 16 lat temu? A może zostanie wyklęty przez fanów i popadnie w mroki zapomnienia jak sequel Book of Shadows: Blair Witch 2? O tym przekonamy się już we wrześniu tego roku.

Obejrzyj oficjalny trailer

Źródło: IndieWire

Jaką odmianę konopi wybrać na pierwszą uprawę?

Największym problemem dla początkującego growera jest w naszych czasach nadmiar, a nie brak opcji. Niemal każdy sklep z nasionami oferuje przynajmniej tysiąc odmian o fantastycznych nazwach, które sugerować mają jakość i elitarne pochodzenie. Ale faktem jest, że większość seedbanków niezbyt przykłada się do swoich programów hodowlanych, wykorzystując do produkcji nasion pośredników, którzy pracują często dla wielu zleceniodawców naraz.

Gdy analizujemy ofertę danego seedbanku, szczególnie planując pierwszy zakup, powinniśmy mieć na uwadze fakt, że średnio na 10 odmian 2 dadzą palenie bardzo wysokiej jakości, 5 przeciętnej, a 3 niskiej lub bardzo niskiej.

Tu z pomocą przychodzi risercz, szperanie w Internecie, przeglądanie relacji/dzienników, a w końcu rejestracja na jednym z wielu forów (niekoniecznie polskich) i pytanie growerów o szczegóły, bo jak mówi stare polskie przysłowie: „Koniec języka za przewodnika!”

W praktyce (jeśli jest taka możliwość) radziłbym na pierwszą uprawę pozyskiwać nasiona od znajomych/przyjaciół lub zatrzymywać te z woreczka, jeśli palenie nam się wyjątkowo podobało.

Ryzyko w tym przypadku jest takie, że nie znamy nazwy odmiany, a więc czasu kwitnienia, struktury rośliny, jej wigoru, potencjalnego plonu, a więc powinniśmy się przygotować na wszystko. Zaletą jest za to obniżenie kosztów, a więc nie będziemy sobie pluć w brodę, jeśli wydamy 100-200 zeta na 5 nasion i całkowicie spierdolimy sprawę.

Ale jeśli zdecydujemy się na zakup, pojawiają się pierwsze pytania!

Indoor czy outdoor?

Odpowiedź na to pytanie jest bardzo ważna, bo nie każda odmiana hodowana indoor będzie się nadawała do uprawy outdoor i vice versa. Rośliny przeznaczone do uprawy indoor powinny mieć umiarkowany wigor, czyli nie powinny rosnąć drastycznie szybko, czego oczekujemy z kolei od roślin przeznaczonych do uprawy outdoor.

Autochtoniczne sativy (landrace sativas) znane są ze swojego dynamicznego wzrostu, miłości do spektrum słonecznego, wysokich temperatur i wysokiej wilgotności powietrza zarówno w fazie wegetatywnej, co i w fazie kwitnienia. Ich uprawa w warunkach indoor jest całkowicie możliwa, ale wymaga wieloletniego doświadczenia i nie jest polecana początkującym growerom.

malawi_gold_outdoor
Malawi Gold (autochtoniczna sativa) / uprawa outdoor

Czyste indiki nadają się z kolei niemal idealnie do uprawy indoor, ale trzeba będzie się mocno przyłożyć do kontroli temperatury i wilgotności powietrza, by wycisnąć maksimum z ich potencjału.

Odmiany tj. Afghan Kush, Moroccan Gold, Pakistan Chitral Kush nie będą się rozciągać gwałtownie w czasie kwitnienia, ale ich tradycyjnym przeznaczeniem jest produkcja haszyszu, więc trzeba się przy nich skupić przede wszystkim na produkcji trichomów, a później myśleć o ekstrakcji.

Ale żeby nie zaprzątać sobie tym głowy, na pierwszą uprawę indoor należy wybrać dobrą hybrydę (odmianę uzyskaną poprzez skrzyżowanie dwóch różnych od siebie odmian konopi), która idealnie będzie spełniać nasze warunki:

1.) będzie dobrze rosnąć bez światła słonecznego (pod lampami HPS, LED, CFL)
2.) będzie rosnąć szybko w fazie wegetatywnej
3.) będzie dobrze tolerować krótki okres wegetatywny
4.) będzie się rozciągać mało lub umiarkowanie w fazie kwitnienia
5.) będzie dobrze tolerować nasze warunki (temperaturę, wilgotność powietrza, rozmiar donic)
6.) będzie mieć krótki lub średni okres kwitnienia (5-9 tygodni)
7.) będzie produkować szczyty warte zachodu

Uprawa outdoor rządzi się z kolei swoimi własnymi regułami, co sprawia że odmiany pod słońce należy wybierać równie ostrożnie. Pierwszą rzeczą, na którą powinniśmy zwrócić uwagę, jest nasz lokalny klimat, a drugą szerokość geograficzna.

Te dwa warunki mocno ograniczają nasz wybór, ponieważ odmiany przystosowane do szerokości równikowych, zwrotnikowych czy podzwrotnikowych nie będą nigdy rosły tak dobrze w klimatach zimnych czy umiarkowanych, czyli na szerokościach północnoeuropejskich.

W wyborze odmiany na uprawę outdoor należy pamiętać, że najlepsze są te hodowane w warunkach najbardziej przypominających nasze lokalne. Przykładowo, odmiany kalifornijskie będą zazwyczaj bardzo dobrze rosły w klimacie śródziemnomorskim, gdzie możliwa jest nawet adaptacja niektórych z sativ autochtonicznych.

W tym samym klimacie wiele odmian holenderskich, szwedzkich czy duńskich nie będzie jednak kwitła na czas i będzie mieć duży problem z wysokimi temperaturami. Te odmiany będą jednak odpowiednie dla warunków wschodnioeuropejskich z umiarkowanym czy zimnym latem i krótkim sezonem wegetacyjnym, z czym problem ma również Kanada, gdzie uprawy outdoor coraz bardziej dominują odmiany automatyczne, które idealnie sprawdzą się również w Polsce.

green_crack_indoor
Green Crack (hybryda) / uprawa indoor

Konkretnie, pod uprawę outdoor należy więc wybrać odmianę konopi, która będzie dobrze spełniać następujące warunki:

1.) będzie dobrze tolerować lokalny (długi lub krótki) sezon wegetacyjny
2.) będzie dobrze tolerować lokalne (niskie lub wysokie) temperatury
3.) będzie dobrze tolerować lokalną (niską lub wysoką) wilgotność powietrza
4.) będzie dobrze tolerować opady atmosferyczne lub ich brak
5.) zakończy kwitnienie przed okresem jesienno-zimowym
6.) będzie odporna na silny wiatr
7.) będzie posiadać wysoki wigor, który umożliwi jej konkurowanie z lokalną roślinnością
8.) będzie odporna na owady i grzyby pasożytnicze

Sativa, indica czy hybryda?

Kolejnym ważnym pytaniem jest, jakich kwiatów szukamy? Odpowiedź ułatwi nam selekcję do odmian, które spełniają nasze wymagania. Czy szukamy mocno relaksacyjnego haju, palenia na wieczór, które wywołuje potężną gastrofazę i przyjemnie rozleniwia? A może szukamy stymulującego palenia na dzień, które nie zakłóci nam pracy i które nie będzie powodować zejścia?

Wiele z hybryd oferowanych na komercyjnym rynku nasion oferuje tak naprawdę obydwa. Jeśli szukamy więc klasycznego pół na pół, powinniśmy sprawdzić tzw. zrównoważone odmiany. Spidowe uderzenie z późniejszą relaksacją, a może relaksacja z mentalną aktywacją, która utrzymuje się przez cały czas trwania?

og_kush_nug
O.G. Kush / medyczny szczyt

Wielość odmian konopi sprawia, że prędzej czy później zawsze znajdziemy coś idealnego dla siebie, jak piwo czy wino, które wybieramy automatycznie, nawet mając do dyspozycji szeroki asortyment trunków.

Faktem jest, że trzeba się trochę nasadzić, popróbować, porównać, ale nie od razu Rzym zbudowano, a w razie wątpliwości recenzje większości odmian można znaleźć w Internecie na łamach The Cannabist czy Leafly i w ten sposób ustalić, czy dana odmiana jest tym, czego szukamy.

Jakość czy ilość?

To nie jest skomplikowane pytanie dla komercyjnych growerów, którzy sadzą setki roślin i preferują odmiany, które rosną bez żadnych problemów, kwitną szybko i dają duży plon, ale bardzo ważne dla początkującego czy zaawansowanego konesera. Jeśli uprawiamy od 2 do 20 roślin (normalny rozmiar uprawy na własny użytek), zazwyczaj chcemy, żeby palenie spełniało nasze oczekiwania.

Tu niestety pewna smutna informacja dla growerów sugerujących się zawartością THC w opisach nasion. Poza bardzo zaawansowanymi operacjami, w ramach których growerzy mogą sobie pozwolić na sadzenie przynajmniej 50-250 nasion, selekcję najsilniejszych fenotypów metodami tradycyjnymi czy laboratoryjnymi, a także próbowanie różnych technik i warunków uprawy, potencjał produkcji THC z rośliny prawie nigdy nie jest osiągany.

Odmiana o deklarowanej zawartości THC 22% może w niektórych warunkach faktycznie ją osiągnąć, ale nawet analizy kwiatów z elitarnych klonów, które w teorii mają gwarantować ten sam rezultat za każdym razem, pokazują rozbieżności rzędu 10%. Innymi słowy, opisy producentów należy traktować z przymrużeniem oka i skupić się bardziej na tym, czy haj nam odpowiada, czy nie.

blue_dream_clone_flowering
Blue Dream / amerykańska hybryda dająca bardzo wysoki plon

Jeśli chcemy otrzymać palenie wysokiej jakości, powinniśmy się sugerować bardziej opiniami growerów i użytkowników na temat danej odmiany, szukać jej oryginalnego źródła i drążyć temat jej stabilności i ekspresji fenotypowej (tego, w jaki sposób genetyka danej odmiany zostaje uaktywniona w praktyce).

Powinniśmy też pamiętać, że w świecie konopi panuje jedna niepisana zasada: odmiany dające duży plon, dają palenie średniej lub słabej jakości i vice versa. Jeśli szukamy więc odmian do „pompowania wagi”, znacznie trudniej będzie nam trafić na te legendarne szczyty, a jeśli skupimy się na sadzeniu roślin dających niezapomniany haj, nie zawsze zbierzemy duży plon z rośliny. Wybór, jak zawsze, należy tu do samego growera.

Hydro, gleba, coco?

Inną kwestią, która ważna jest dla początkującego growera, jest medium, czyli technika uprawy. Hydro to pasywna lub aktywna uprawa konopi w zbiorniku wody, który zasilany jest chemicznymi lub organicznymi nawozami w płynie o kontrolowanym PH.

Gleba to klasyczny sposób uprawy, który korzysta z ziemi, często obficie nawożonej (chemicznie lub organicznie). Coco to zaś uprawa w łuskach kokosowych, które same w sobie nie posiadają żadnej wartości odżywczej, więc nawożenie jest tu wyjątkowo ważne.

Każda z tych technik ma swoje wady i zalety, które poznać można jednak wyłącznie na własną rękę. Growerzy hydro chwalą się szybkim wzrostem rośliny, gigantycznym przyrostem korzenia i ponadprzeciętnymi plonami, ale ich rośliny często padają ofiarą pasożytniczych grzybów i owadów ze względu na skrajnie kontrolowane środowisko uprawy.

Rośliny z upraw hydro mają także bardzo słaby profil terpenowy (chodzi o złożoność organoleptyczną, a nie silny zapach) i rzadko osiągają 12 stopni w skali Brix, produkcja węglowodanów jest tu więc bardzo niska.

og_kush_high_brix_outdoor
O.G. Kush / roślina uprawiana metodą High Brix

Uprawy coco są w stanie połączyć wydajność hydro ze zdrowiem roślin osiąganym w uprawach glebowych, ale wymagają pewnego doświadczenia u growera, który musi zrozumieć możliwości i ograniczenia tego medium.

Coco jest w stanie wchłonąć znacznie więcej wody i nawozów w płynie, ale bardzo łatwo jest poparzyć rośliny przy nieostrożnym stosowaniu tych drugich. Za zwiększoną produkcję kwiatostanów płacimy także gorszym smakiem.

Gleba jest klasyczną techniką uprawy i najbardziej wybaczającą początkującemu growerowi, chociaż indoor gwarantuje umiarkowany zwrot z inwestycji.

Jeśli zdecydujemy się jednak na przygodę z uprawą organiczną, otwieramy wrota do świata, w którym możemy spędzić wiele lat zanim dobrze zrozumiemy delikatne mechanizmy rządzące współpracą pomiędzy korzeniem rośliny i mikroorganizmami glebowymi. Gleba gwarantuje przy tym pełen profil terpenowy kwiatostanów i optymalną fotosyntezę.

Do wybranej przez siebie techniki powinniśmy dostosować odmianę konopi, gdyż wiele z komercyjnych odmian hodowanych jest poprzez zapylanie klonów utrzymywanych latami w środowisku indoor w takim, a nie innym medium, co niemal na pewno gwarantuje lepszy wzrost w jednym, ale nie w innym.

Problem jest taki, że breederzy rzadko ujawniają kulisy swoich działań, przez co growerzy są najczęściej skazani na eksperymentowanie i obserwację innych operacji. Tak czy siak, należy być świadomym istnienia tego problemu.

Wysoka zawartość CBD, niska zawartość CBD?

CBD (kannabidiol) to związek, który w ostatnich kilku latach doczekał się prawdziwej eksplozji zainteresowania opinii publicznej. Jego brak właściwości psychoaktywnych, rekompensowany przez silne właściwości antyzapalne, bakteriobójcze, uspokajające i przeciwbólowe, udokumentowane przez wiele badań naukowych, sprawił że wiele pacjentów i growerów zaczęło szukać odmian w niego bogatych.

Niestety, okazało się że podziemne programy hodowlane, rozwijane w latach ’80 i ’90 pod kątem rynku nasion, niemal całkowicie wykluczyły CBD z puli genetycznej konopi na rzecz wysokiej zawartości THC (uboczny efekt prohibicji).

W praktyce ciężko jest znaleźć odmianę, która posiada 0% CBD, ale większość z odmian rekreacyjnych nie zawiera więcej niż 0,2-0,35% tego związku, co sprawia że jego oddziaływanie na ludzkie ciało jest bardzo ograniczone.

cannatonic_strain
Cannatonic / hybryda z wysoką zawartością CBD

CBD okazuje się jednak kluczowe w terapii przeciwbólowej, a także w leczeniu objawowym padaczki lekoopornej, samych użytkowników marihuany wystawia zaś na znacznie mniejsze ryzyko nerwicy lękowej spowodowanej przez nadmiar THC w krwiobiegu.

Jeśli chcemy więc uprawiać konopie dla wysokiej zawartości CBD, warto sprawdzić pewne konkretne odmiany (np. Cannatonic), pamiętając jednak o tym, że nasiona nigdy nie zagwarantują nam wysokiej zawartości tego związku w 100% i żeby się upewnić, co mamy w rękach, powinniśmy kwiatostany oddać do analizy laboratoryjnej.

Conradino Beb

THC zwalcza chorobę Alzheimera, chroniąc neurony przed degeneracją!

Mimo że kilka wcześniejszych badań sugerowało, iż THC (psychoaktywny związek występujący w marihuanie) pomaga chronić ludzki organizm przed chorobą Alzheimera, nowe badanie przeprowadzone przez kalifornijski Silk Institute idzie krok dalej, demonstrując jego skuteczność w zwalczaniu amyloidu beta (szkodliwego białka gromadzącego się w przestrzeni międzykomórkowej).

Raport z badania został opublikowany w czasopiśmie Aging and Mechanisms of the Disease przez doktora Antonio Curraisa, który pisze: Zapalenie mózgowe pozostaje jednym z najważniejszych efektów ubocznych choroby Alzheimera, ale wcześniej przypuszczano, iż reakcja ta była związana z komórkami układu odpornościowego, a nie z samymi neuronami.

W momencie kiedy ustaliliśmy, że owe komórki reagują na zapalenie wywołane przez nagromadzenie amyloidu beta, stało się oczywiste, że to właśnie związki podobne do THC, tworzone przez same neurony, mogą być odpowiedzialne za ich ochronę przed degeneracją.

Choroba Alzheimera to postępujące zaburzenie w pracy mózgu prowadzące do drastycznej utraty pamięci, które może całkowicie wykluczyć jednostkę z normalnego życia. Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że na dzień dzisiejszy na całym świecie choruje na nią 48 mln ludzi, a w ciągu następnych 50 lat liczba ta może się nawet potroić.

Naukowcy już od dłuższego czasu byli świadomi związku pomiędzy akumulacją amyloidu beta i rozrostem tzw. kamienia, a starzeniem się mózgu, co może doprowadzić m.in. do choroby Alzheimera, ale sam proces neurochemiczny pozostawał tajemnicą.

Współtwórca badania, prof. David Schubert, jest przekonany o jego doniosłości, co potwierdził mówiąc: Mimo że już wcześniejsze badania dostarczyły dowodów na skuteczność kannabinoidów w neuroochronie czy zwalczaniu objawów choroby Alzheimera, jesteśmy przekonani, że nasze badanie jest pierwszym demonstrującym, że kannabinoidy leczą zarówno zapalenie nerwów, jak też zwalczają nagromadzenie amyloidu beta.

Źródło: Aging and Mechanisms of the Disease

Green Room (2015)

green_room_2015_poster
Nazwa green w tytule wcale nie jest przypadkowa, bo kolor ten towarzyszy nam przez cały seans. Zielone jest pole kukurydzy, w którym pierwszy raz widzimy bohaterów, muzyków garażowo-punkowej kapeli grającej dla idei.

Klub, do którego przypadkowo trafiają, by zagrać koncert dla grupy skrajnie prawicowych skinów, pogrążony jest również w blasku zielonych neonów, a finał rozgrywa się gdzieś pośród leśnych ostępów. Kolor ten, jako symbol nadziei, zdaje się towarzyszyć bohaterom przez cały czas akcji.

Jeremy Saulnier wypłynął na szersze wody kinowego bezkresu dobrze przyjętym Blue Ruin. Już tam udowodnił, że nawet prostą historię o zemście można ubrać w szaty stylowego kina niezależnego, nie odchodząc przy tym od surowego i brutalnego widowiska.

W swoim nowym filmie artysta znowu opowiada przystępną dla wszystkich fabułę, ale skupiając się bardziej na formie. Soczyście krwawa historia, zredukowana praktycznie do czterech ścian, przypomina coś na kształt kina przetrwania, przepuszczonego przez autorską maszynkę.

Gdy nasza ledwo wiążąca koniec z końcem grupa punków trafia do prowincjonalnej speluny, odpala się znana klisza gatunkowa – nieodpowiednie miejsce i czas. Będący świadkiem zbrodni rockersi stają się zakładnikami na obskurnym backstage’u i są terroryzowani przez menedżera klubu (Patrick Stewart).  Ale sytuacja staje się jeszcze bardziej napięta, gdy miejscówka okazuje się zakonspirowaną fabryką herki, a do akcji wkracza elitarny oddział skinów – Czerwone Sznurówki.

Koncept nie najświeższy, ale przynajmniej estetycznie dopieszczony. Przez cały seans czuć wręcz namacalny, brudny klimat, na który składa się świetna scenografia i ładne zdjęcia spod ręki Seana Portera. Przez ograniczenie miejsca akcji praktycznie do małego pokoju, Saulnier buduje napięcie bazując na klaustrofobicznych lękach widza.

Jednak im dalej będziemy próbowali wychylić nos z feralnego pokoju, tym napięcie będzie stopniowo osiadać. Klimat zaszczucia ustąpi krwawej rzeźni, w której dosłownie w każdym ułamku sekundy ktoś może paść martwy z kulką w głowie.

Krwi w Green Room faktycznie leje się dużo, ale twórca ustąpił mocno w stosunku do Blue Ruin. Brutalność w jego nowym filmie przyjmuje raczej wymiar psychiczny, który ujście znajduje w drugiej połowie filmu. Zbrodnie, te najgorsze, jak zagryzienie przez psa czy szlachtowanie nożem, są przeważnie szczelnie pokryte psychologiczną osłoną ciemności.

Ten film kolejny raz udowadnia jednak trafność castingu Saulniera. Nieodżałowany Anton Yelchin, wcielający się w grającego na basie członka kapel,i tworzy w duecie z Imogen Poots fajny duet protagonistów.

Przeciwko nim staje wspomniany wcześniej Patrick Stewart, opanowany i niepokojąco spokojny lider neonazistowskiej bandy. Drugie skrzypce na planie gra Macon Blair. Główny bohater poprzedniego filmu Saulniera gra tutaj jednak zupełnie inną rolę i wychodzi z tego obronną ręką.

Ostatecznie, Green Room to solidna dawka naturalistycznego, brudnego kina autorsko-gatunkowego, które zdaje się dobrze definiować styl młodego twórcy. To brutalna rozrywka, która przypadnie do gustu wszelkim fanom nihilizmu filmowego, krwawej eksploatacji czy klasyków pokroju Atak na posterunek 13.

Saulnier co prawda nie sili się na redefinicję gatunku, czy choćby tchnięciu w niego odrobiny świeżości, ale w udany sposób przenosi utarte przez lata schematy i klisze na grunt gatunkowego kina niezależnego.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Green Room
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: Brak danych
Ocena MGV: 4/5

Początki handlu marihuaną datowane na 9 tys. lat p.n.e. w nowym badaniu!

Jak piszą na łamach Vegetation History and Archaeobotany Tengwen Long i Pavel Tarasow z Wolnego Uniwersytetu Berlińskiego, używanie konopi przez społeczności zamieszkujące dzisiejszą Azję i Europę sięga 11,5 tys. lat wstecz. Badacze w swoim artykule posiłkują się bogatą literaturą archeologiczną, stawiając hipotezę o bezpośrednich związkach pomiędzy handlem marihuaną, a rozwojem cywilizacji.

Konopie wg naukowców stały się popularne w Eurazji około 11,5 tys. lub 10,2 tys. lat temu dzięki nomadom rozpoznawanym przez archeologów jako kultura grobów jamowych, która obfituje w pyłek, kwiatostany i włókno rośliny.

Wcześniej przyjmowano, że konopie rozprzestrzeniły się po raz pierwszy na obszarze Centralnej Syberii lub Chin około 5 tys. lat temu, ale nowa analiza tę tezę obala, wskazując na Japonię i Europę Wschodnią jako ich kolebkę.

Jak mówi Long: Historia dystrybucji konopi sięga wstecz przynajmniej 10 tys. lat. Razem ze swoim kolegą jest on zdania, iż konopie stały się w tym samym czasie rośliną popularną wśród wielu plemion zamieszkujących zachodnią Eurazję ze względu na właściwości psychoaktywne i medyczne czy użytkowe (sznury, włókna), co potwierdzają znaleziska archeologiczne z całego obszaru.

Kultura konopna nabrała tempa 5 tys. lat temu, u zarania Epoki Brązu, kiedy marihuanę wykorzystywać zaczęto na całym obszarze wschodniej Azji.

Naukowcy tłumaczą to kontaktami handlowymi pomiędzy azjatyckimi nomadami, a wielkimi społecznościami rolniczymi, które ułatwiło udomowienie koni. Był to początek sieci handlowej na linii wschód-zachód, który z czasem doprowadził do powstania słynnego Jedwabnego Szlaku.

Jest to oczywiście hipoteza, która wymaga dalszych badań, ale Long wskazuje, iż nie da się przecenić wartości marihuany jako wczesnej waluty, która pojawiła się w Chinach w tym samym czasie co pszenica, importowana najprawdopodobniej z Bliskiego Wschodu.

Te wnioski nie zaskakują Roberta Clarke’a z Międzynarodowego Stowarzyszenia Konopi w Amsterdamie, który już wcześniej przyjmował, że konopie zostały udomowione w wielu miejscach naraz i że odegrały ważną rolę cywilizacyjną w Epoce Brązu, szczególnie ze względu na swoje właściwości psychoaktywne.

Jak mówi David Anthony z Hartwick College w Oneonta, specjalista od kultury grobów jamowych: Ekspansja konopi jako środka psychoaktywnego wydaje się być związana z mobilnością stepową. Konopie mogły być zarezerwowane do świąt i rytuałów. To potwierdzają z kolei znaleziska fajek i kwiatostanów konopi w grobach należących do chińskich szamanów lub kapłanów oraz scytyjskiej arystokracji.

Conradino Beb

Źródło: New Scientist / Vegetation History and Archaeobotany

Mumia (1959)

Mummy_1959_poster

Brytyjskie studio filmowe Hammer Film Productions w drugiej połowie lat 50-tych tchnęło nowe życie w klasyczne horrory Universal Studios. Po udanych remakach Draculi oraz Frankensteina zarząd Hammera zdecydował się na kolejne. Wybór padł na Rękę mumii, nagrany w 1940 roku pseudo sequel oryginalnej Mumii, debiutującej na ekranach 8 lat wcześniej.

Do pracy wyznaczono ludzi odpowiedzialnych za Draculę i dwie odsłony przygód potwora Frankensteina (znanych jako Przekleństwo oraz Zemsta Frankensteina). Ekipa wraz z przeniesieniem w kolor zabandażowanego potwora podjęła się równocześnie próby podkolorowania dwóch innych klasyków Universal: Niewidzialnego człowieka i Upiora z opery. Niestety, historii Jacka Gryffina nie mieliśmy już okazji zobaczyć na dużym ekranie.

Mająca swoją premierę w 1959 roku Mumia w reż. Terence’a Fishera nosi wszystkie znamiona charakterystyczne dla klasyków brytyjskiego studia. Fabuła tylko luźno nawiązuje do oryginału oraz jego trzech sequeli.

Otwierająca scena rzuca nas w piaski pustyni, gdzie wraz z Johnem (Peter Cushing), jego ojcem oraz wujem uczestniczymy w grabieży starożytnego, egipskiego grobowca. Oczywiście łamią oni błagalną przestrogę pewnego Egipcjanina i wkraczają do miejsca wiecznego spoczynku księżniczki Ananki.

Akcja następnie przenosi się 3 lata w przód, do pewnej bagnistej prowincji Wielkiej Brytanii, gdzie znany z przestrogi Egipcjanin przywozi żądnego krwi, zabandażowanego potwora. A cały film kręci się wokół romantycznego wątku zemsty zamienionego w mumię kochanka księżniczki na grabieżcach, którzy zakłócili jej spokój.

Produkcja stoi przede wszystkim aktorstwem, głównie za sprawą nazwisk naczelnych gwiazd Hammera: Petera Cushinga i Christophera Lee. Panowie mieli okazję nieraz spotkać się na planie, nawet w tej samej konfiguracji – Lee potwór, Cushing jego Nemesis – i jak zwykle, tutaj też dali radę! Szczególne brawa należą się sir Christopherowi Lee, którego ekspresja ogranicza się praktycznie tylko do oczu. Noszony przez niego kostium zapewne nie był tak krępujący jak ten z Przekleństwa Frankensteina.

Ale jeśli miałbym porównać ten film do któregoś z poprzednich filmów Fishera to byłby to… Horror of Dracula! Podobieństwa zauważyć można choćby w podobnej budowie historii przedstawionej, zwłaszcza wątku miłosnego oraz bohaterów drugoplanowych. Przyprawia to widza o przyjemne déjà vu, jednak prowadzi do łatwo przewidywalnego zakończenia, które znowu na myśl przywodzi końcówkę filmu o zielonym potworze.

Choć nie jest to najlepszy film pośród franczyzy studia i można mu zarzucić pewną wtórność, to nie można mu odmówić jednego – stylu, który zapewnił produkcjom Hammera wejście do panteonu klasycznych filmów grozy. Serię filmów o Mumii cenię sobie też za jedno, bycie czymś na kształt proto-slashera. Wszak prące przed siebie monstrum, cień człowieczeństwa zabijający bez słowa wszystkich na swojej drodze z miejsca kojarzy mi się ze sztampowym, slasherowym killerem!

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: The Mummy
Produkcja: Wielka Brytania, 1959
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

HBO wyrzuca „Vinyl” do śmietnika

Zarząd HBO zdecydował o skasowaniu Vinyl z anteny ze względu na zmianę w ramówce. Serial został wstępnie przedłużony w lutym tego roku, ale ostatecznie nie wytrzymał konkurencji z innymi produkcjami stacji.

W oficjalnym oświadczeniu HBO czytamy: Po dokładnym rozpatrzeniu sprawy zdecydowaliśmy się nie produkować drugiego sezonu Vinyl. Oczywiście, nie była to łatwa decyzja. Mamy wielki szacunek dla zespołu kreatywnego i obsady za ich ciężką pracę i pasję.

Jest to nagła zmiana w programie HBO, która przedłużyła serial w lutym tego roku, by w kwietniu wymienić jego głównego twórcę, Terence’a Wintera, na Scotta Z. Burnsa, który nie zdążył jednak ukończyć nawet pierwszego szkicu scenariusza.

Decyzja nadeszła po przetasowaniu na szczytach HBO. W zeszłym miesiącu do dymisji podał się dyrektor programowy Michael Lombardo, który swoje stanowisko piastował 10 lat. Na jego miejsce awansował Casey Bloys, który wcześniej był głową komedii.

Zmiana ta z pewnością ma powody finansowe. Vinyl nie zdobył sobie dużej publiki w pierwszym sezonie, nie spełnił wysokich oczekiwań stacji, a recenzje balansowały od dobrych do bardzo krytycznych.

W ten sposób serial o szalonych latach ’70 podzielił los innych produkcji HBO, które zostały skasowane po pierwszym sezonie. Wśród nich znajdziemy: Luck, Tell Me You Love Me czy John From Cincinnati.

Źródło: Variety

Alejandro Jodorowsky zostanie nagrodzony za całokształt twórczości na Festiwalu w Locarno

Alejandro Jodorowsky, kultowy filmowiec, którego Kret i Święta góra w dużym stopnia zdefiniowały odlotowe kino autorskie lat ’70, zostanie nagrodzony Pardo d’onore na Festiwalu Filmowym w Locarno, słynnym z promowania filmów skrajnie artystycznych.

Alejandro Jodorowsky jest bez wątpienia znany najbardziej ze swoich surrealistycznych filmów, ale 87-letni Chilijczyk żydowskiego pochodzenia to także pisarz, scenarzysta komiksów, poeta, mim, lalkarz, tarocista i psychoterapeuta.

W ostatnich latach Jodorowsky zaliczył comeback dzięki Tańcowi rzeczywistości, który został wyświetlony w Cannes w 2013 i otrzymał wiele pozytywnych recenzji. Artysta nakręcił w 2015 sequel Endless Poetry, który ponownie miał swoją premierę w Cannes.

Dyrektor Artystyczny Festiwalu w Locarno, Carlo Chatrian, nazwał Jodorowsky’ego „artystą, którego praca przekracza granice filmu i w tradycji awangardy nie rozdziela życia od tworzenia sztuki”. Nagrodę za całokształt twórczości odbierze on 12 sierpnia, w przedostatnim dniu szwajcarskiego festiwalu.

Wcześniej tę samą nagrodę w Locarno odebrali: Samuel Fuller, Jean-Luc Godard, Ken Loach, Sidney Pollack, Abbas Kiarostami, William Friedkin, Jia Zhang-ke, Werner Herzog, Agnes Warda, Michael Cimino oraz Marco Bellocchio.

Źródło: Variety

Microsoft otwiera się na zieloną gorączkę!

Microsoft złamał korporacyjne tabu w tym tygodniu, ogłaszając że podejmuje współpracę ze start-upem Kind, który pracuje nad stworzeniem oprogramowania śledzącego sprzedaż marihuany „od ziarna do szczytów”, jak lubi to nazywać przemysł marihuanowy.

Jak mówi CEO Kind, David Dinenberg: Każdy biznes pracujący w sektorze konopnym żąda teraz większej legalności. Skłaniam się ku wnioskowi, że jest to pierwsza z upadających kostek domina.

Jednak droga dla wielu start-upów jest jeszcze daleka, bo inwestorzy potencjalnie zainteresowani „zieloną gorączką”, jak określa się powszechnie konopny boom w stanach USA, gdzie marihuana została zalegalizowana do użytku rekreacyjnego, boją się kontrkulturowej aury, którą używka epatowała przez wiele lat.

Software rozwijany przez Kind, który Microsoft ma zamiar sprzedawać w „legalnych stanach”, ma dać sprawne narzędzie służące rejestrowaniu tego co dzieje się z marihuaną, trafiającą z dużych upraw na rynek i pomóc tworzącemu się przemysłowi pozbyć się otoczki nielegalności.

A warto dodać, że zaledwie tydzień temu, po długiej walce toczonej przez aktywistów z sektorem finansowym, komisja senacka dała zielone światło bankom, które chcą robić interesy ze sklepami marihuanowymi, zmuszonymi od samego początku do operowania wyłącznie gotówką ze względu na prawo federalne zabraniające transakcji finansowych związanych z handlem narkotykami, które traktowane w świetle amerykańskiego prawa były wcześniej jako pranie brudnych pieniędzy.

colorado_dispensary
Rekreacyjna marihuana w Colorado

W tym kontekście decyzja znanej korporacji o wkroczeniu na rynek marihuanowy wydaje się silnym sygnałem, że marihuana przestaje być tabu dla wielkiego biznesu, co potwierdza Kimberly Nelson, dyrektor wykonawczy ds. rozwiązań stanowych i rządowych Microsoft, mówiąc: Sądzimy, że wzrost będzie znaczący. W miarę jak biznes będzie się regulować, będzie też więcej transakcji. Wierzymy, że wzrośnie również zapotrzebowanie na skomplikowane narzędzia przeznaczone do jego obsługi.

Kind, nowy partner Microsoft, ma swoją bazę w Los Angeles, gdzie próbuje podbić rynek, oferując podobne do bankomatów terminale, obsługujące sprzedaż medycznej marihuany poprzez banki uprzywilejowane przez stan Kalifornia do prowadzenia tego rodzaju transakcji i chcące kapitalizować przepływające coraz szerszymi strumieniami środki finansowe.

Ale Microsoft nie chce wchodzić w proces tworzenia oprogramowania i ma się zająć z początku wyłącznie marketingiem, sprzedażą i dystrybucją gotowych rozwiązań informatycznych, które będą oferowane instytucjom stanowym i federalnym chcącym nadzorować przejrzystość nowego rynku. Szefostwo korporacji nie wyklucza jednak bliższego związania się z marihuaną w przyszłości.

Decyzję Microsoft przyjął z zadowoleniem sektor konsultingowy, reprezentowany m.in. przez Green Wave Advisors, firmę zajmującą się głównie monitoringiem przemysłu marihuanowego, której założyciel Matthew A. Karnes oświadcza: Można powiedzieć, że nikt na razie nie wyszedł z szafy. To bardzo znaczące, że biznes tego kalibru ryzykuje otwierając się i angażując we współpracę z firmą związaną z przemysłem marihuanowym.

organic_weed_california
Uprawa outdoor w Kalifornii

Jednak w dyskusji o łamaniu tabu nie należy w żadnym wypadku pomijać motywów czysto ekonomicznych, jako że krok ten Microsoft wykonuje zmuszony do szukania nowych źródeł przychodu, po tym jak zarząd zdecydował o kupieniu LinkedIn i kilka miesięcy przed referendum w Kalifornii, które najprawdopodobniej zalegalizuje marihuanę do użytku rekreacyjnego, dając wschodzącemu przemysłowi kolejnego kopniaka.

Karnes twierdzi, że wartość rynku legalnej marihuany, medycznej i rekreacyjnej, osiągnie $6,5 mld pod koniec tego roku, notując astronomiczny wzrost wobec $4,8 mld w roku ubiegłym. Liczba ta może zaś osiągnąć nawet $25 mld do 2020 pod warunkiem, że Kalifornia powie tak rekreacyjnej marihuanie.

Conradino Beb

 

Źródło: The New York Times

Drugi sezon „Mr. Robot” dosłownie ukłoni się wirtualnej rzeczywistości

Jak ogłosił Jeff Wachtel, CCO NBCUniversal Cable Entertainment, drugi sezon Mr. Robot będzie zawierał scenę zrealizowaną w technologii VR. Wachtel zdradził, że została ona właśnie nakręcona i że ma wynieść narrację serialu na zupełnie nowy poziom.

Twórca serialu, Sam Esmail, wyreżyseruje wszystkie odcinki drugiego sezonu Mr. Robot, serialu który stał się jednym z największych hitów telewizyjnych poprzedniego roku.

Mam konkretną wizję tego, jak chcę nakręcić serial, jak ma wyglądać jego wizualna struktura i jak chcę opowiadać historię. Nie mam nic przeciwko naszym reżyserom z pierwszego sezonu, bo wszyscy byli wspaniałymi współpracownikami, jednak osobiście czuję, że byłoby to dla mnie znacznie łatwiejsze w codziennej pracy, bo jestem na planie każdego dnia i sądzę, że dodałoby to całemu widowisku większej wydajności – powiedział Esmail Variety.

Pierwszy sezon Mr. Robot, który skupia się na losach młodego informatyka Elliota Aldersona (Rami Malek), eksperta od cyberochrony, próbującego wspólnie z duchem swojego ojca (Christian Slater) i podziemną organizacją hakerów F Society sprowadzić na kolana potężną Evil Corp, zdobył do końca emisji 2,74 mln widzów, stając się drugim nowym dramatem telewizyjnym ze scenariuszem 2015.

Premiera drugiego sezonu jest planowana na 13 lipca tego roku.

Źródło: Variety

"Nigdy nie było dla mnie wystarczająco dziwnie." – Hunter S. Thompson

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 4 192 obserwujących.