Dziedzictwo Szatana (1974)

Nakręcone w 1974 roku przez twórcę legendarnego Głębokiego gardła (1972), Gerarda Damiano, Dziedzictwo Szatana otwiera długa scena okultystycznego obrządku, w ramach którego bezimienna kapłanka wraz z liderem kultu, dr. Muldavo (John Francis), musi dokonać wyboru nowej Królowej (rytuał ma miejsce raz na 1000 lat). Obiektem ich zainteresowania jest młoda i piękna Maya (Lisa Christian), która zaniedbywana przez męża wydaje się podatna na wspomagane halucynogennymi środkami przejście na ciemną stronę.

Choć nie ma żadnych konkretnych dowodów, plotka głosi, że film początkowo został nakręcony w konwencji XXX, jednak zmontowano go tak, że wszystkie pikantne sceny poszły do kosza. Wydaje się to prawdopodobne nie tylko ze względu na renomę Damiano, ale dlatego iż cały film jest mocno pocięty i wybrakowany. To co się ostało przypomina dziwaczną retro-ekstazę, uderzającą w widza przejaskrawionymi kolorami i elektroniczną muzyką.

Niestety, ostatecznie dostajemy niebywale mdły straszak, w którym reżyser aspirując do bycia prawdziwym artystą stara się nam wcisnąć halucynogenną historyjkę z kultem w tle. Cały ten artystyczny mariaż sprawił, że na planie panował jeden wielki bałagan. W kontraście do mocnego światłocienia, uwydatniającego kolorową scenografię, stoją naprawdę okropne charakteryzacje opętanych i przypominające operę mydlaną przestoje między chwilami grozy.

A te można policzyć na palcach jednej ręki – sprowadzają się one głównie do majaków głównej bohaterki. Pozbawione gore czy seksualności nie szokują, a jedynie irytują kakofoniczną elektroniką w tle. Całość okraszona jest wyjątkowo źle napisanymi dialogami, których sztuki sprawnego tworzenia Damiano nie potrafi ogarnąć.

Jeśli jednak doszukiwać się w Dziedzictwie Szatana jakiś dobrych stron, byłaby to z pewnością strona wizualna. Operator zrobił naprawdę świetną robotę i przy ograniczonym budżecie nasycił film krwistymi kolorami i pustoszącym umysł widza oświetleniem. Na uwagę zasługuje psychodeliczna sekwencja w której biegnąca po ogrodzie Maya wpada w oniryczny wir niczym w Alicji w Krainie Czarów.

I to właśnie estetyka jest tym, czym film Damiano jest w stanie kogokolwiek zainteresować. Z dzisiejszej perspektywy jest to kino bardziej pocieszne niż straszące, bo jak inaczej patrzyć na wampira noszącego różową, obcisłą koszulkę z różą dopełnioną przez falującą fryzurę modną w latach 70-tych? Film nakręcono w tym samym roku co słynniejsze Głębokie gardło i naprawdę ciężko mi zrozumieć decyzję wycięcia erotycznych sekwencji, gdyż to one mogły być najciekawszym momentem tego rozczarowującego seansu.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Legacy of Satan
Produkcja: USA, 1974
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 1,5/5

Green Is Gold (2016)

Green Is Gold (czyli „Zielone złoto”) to mały, intymny obraz o dojrzewaniu oraz ciekawy komentarz na temat życia growerów konopi w północnej Kalifornii. Gdy 13-letni Mason zostaje odesłany pod opiekę starszego brata po tym, jak jego ojciec zostaje wsadzony za kratki, odkrywa on że życie nie musi się toczyć pod dyktando szkolnego rytmu. Paląc trawę i olewając naukę idzie tym samym w ślady swojego rodzica oraz brata, który szybko tłumaczy mu, że tylko dzięki uprawie konopi był w stanie awansować ze społecznych nizin.

Film w dosyć ciekawy sposób podejmuje dialog wydobywania się z międzypokoleniowej nędzy, wskazując na uprawę konopi jako na jedyną dla wielu drogę godnego zarabiania na życie (która pozostawała w Kalifornii półlegalna aż do ostatniego referendum).

Wątkiem naczelnym pozostaje jednak historia Masona, który uczy się fachu od swojego brata, jednocześnie szukając swojej własnej drogi w życiu. A że losy obydwóch splatają się bardzo przypadkowo (bracia żyli daleko od siebie), łuk dramatyczny (choć bardzo subtelny) wyznacza powolne przełamywanie lodów.

Film został w całości nakręcony w hrabstwie Sonoma (leżącym na północ od San Francisco), który słynny jest z uprawy winorośli, ale gdzie z roku na rok ze względu na ciepły klimat przybywa upraw konopi, która dla wielu pozostaje jedynym zajęciem. Wraz z upływem czasu widz poznaje więc wiele z tajników profesjonalnego procederu, którego celem jest spieniężenie plonów za gruby hajc, gdy nadejdzie jesień.

Charaktery obydwóch braci zostały napisane/odegrane z wyczuciem i wrażliwością, które nie oddalają ich za bardzo od inych portretów znanych z klasycznego amerykańskiego kina niezależnego. To obraz walki z systemem społecznym, w którym biedni i osieroceni mają niewielkie szane, chyba że zagryzą zęby i zaczną walczyć o swoje, co widzimy na załączonym obrazku.

Narracja jest powolna, ale tempo jest pewne, stabilne i działa na korzyść filmu. Sceny prawie nigdy nie zostają przeciągnięte bez powodu i często kończą się puentą w postaci osobistego podsumowania przez jednego z bohaterów lub mały gest, który wyraża jednak prawdziwe spektrum emocji. Wszystkiemu towarzyszy zaś indie popowy soundtrack z okazjonalnym numerem hip-hopowym, jak kultowy Don’t Gimme No Bammer Weed RBL Posse.

Jedną z najbardziej dramatycznych scen są odwiedziny ojca w więzieniu, który dostał 6 lat i musi odsiedzieć 3. Dialog z postacią graną przez Davida Fine’a staje się swoistym podsumowaniem losu obydwóch protagonistów. Błędy ojca zamieniają się w oczywiste oskarżenie pod jego adresem, ale świadomość tego, jak skończył staje się przestrogą, która służy za drogowskaz na przyszłość dla obydwóch mężczyzn.

Innym ciekawym momentem jest sekwencja scen, która pokazuje, że sprzedaż dużej ilości świeżych szczytów nawet w Kalifornii niesie ze sobą pewne ryzyko. Wschodnie Wybrzeże żąda Sour Diesela – mówi w pewnym momencie starszy brat i to właśnie uprawia i sprzedaje. Ale gdy przed domem marihuanowego brokera w trakcie transakcji wartej $150 tys. pojawiają się psy, wszystkie strony tracą luz i wpadają w panikę. To dobry komentarz na temat marihuanowego podziemia, który nie popada w absurd.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Green is Gold
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Netflix
Ocena MGV: 3,5/5

Uciekaj! (2017)

Nakręcone przez Jordana Peele’a Uciekaj! to dziecko specjalizującej się w lukratywnych, acz niskobudżetowych horrorach, wytwórni Blumhouse Productions (Paranormal Activity). To właśnie stojący na jej czele producent Jason Blum dostrzegł potencjał w napisanej przez Peele’a historii, która z dzisiejszej perspektywy idealnie wpisuje się burzliwą sytuację społeczną Stanów Zjednoczonych. Co więcej, o filmie mówi się w kontekście pierwszego czarnoskórego horroru z oficjalnym wsparciem finansowym Hollywood.

Fabularnie Uciekaj! to krytyka amerykańskiego rasizmu, delikatnie tylko przykrytego okleiną z białego liberalizmu. Młody, czarnoskóry fotograf, Chris (Daniel Kaluuya), spędza weekend w podmiejskiej posiadłości swojej białej dziewczyny. Jej przekonywania jakoby rodzice nie są uprzedzeni rasowo – czego potwierdzeniem ma być to, że głowa rodziny zagłosowałaby trzeci raz na Obamę, gdyby tylko była taka możliwość – pozornie koją niepokój chłopaka, podsycany przez telefony jego przyjaciela, pracownika służby granicznej.

Szerszy opis fabuły nie uniknąłby niestety spoilerów, a to właśnie wglądem w tajemniczą rodzinę Armitage i odkrywaniem jej tajemnic Uciekaj! stoi. To klasyczna historia ze zręcznym zawiązaniem akcji, która szybko epatować zaczyna jednak oparami absurdu.

Specjalizujący się w komediach Peele zaskakująco dobrze radzi sobie z wyczuciem tempa, rozsądnie umieszczając na fabularnej osi wszystkie wolty, jump scare’y czy sceny emanujące brutalnością. Stąd pod względem grozy Uciekaj! najbliżej do Dziecka Rosemary Polańskiego, ozdobionego psychodelicznymi rzutami, które jakby żywcem wyrwane zostały z Pod Skórą.

Ale by widz nie czuł się zaszczuty, jak główny bohater wśród białych na wykwintnym przyjęciu organizowanym przez domowników (czyżby wkradła się tu inspiacja klasycznym Zgadnij kto przyjdzie na obiad?), Peele podszywa całość sporą ilością humoru.

Głównym elementem wytchnienia jest ziomek Chrisa, grany przez amerykańskiego komika Lila Rela Howery’ego. Jego żarty, choć niezbyt wyszukane, idealnie nadają się jako wentyl pozwalający widzowi na łyk świeżego powietrza w gęstniejącej atmosferze, a sama postać jest kluczowa i idealnie dopasowana do fabuły.

Warto wspomnieć, że klimat filmu buduje nie tylko historia, ale również scenografia, przepełniona ogromnymi, pokazywanymi najczęściej w dziennym świetle, przestrzeniami. Potrafi ona wciągnąć widza w klimat bezlitosnej klaustrofobii, w której uwięziony jest bohater. Wrażenie to potęguje dodatkowo otaczający go panteon różnych postaci, od arystokratycznych rodziców po zachowującą się jak zombie z wuduistycznych rytuałów, czarnoskórą służbę.

Nieszczęśliwie jednak, Uciekaj! mimo ciekawego skryptu, solidnej realizacji czy gry aktorskiej grzęźnie w końcówce. Finał historii wprawny widz przewidzi już gdzieś w połowie seansu, a sam jego przebieg trąci sztampą – dobrze nakręconą, aczkolwiek sztampą. Jordan Peele pokierował kontrowersyjny temat przewodni trochę zbyt zachowawczo – w rękach bardziej odważnego reżysera dostalibyśmy z pewnością jeden z najlepszych horrorów XXI wieku.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Get Out
Produkcja: USA, 2017
Dystrybucja w Polsce: United International Pictures
Ocena MGV: 4/5

David Lynch potwierdza, że nie wyreżyseruje już więcej filmów!

Jak spekulowaliśmy prawie cztery lata temu, David Lynch, guru kina niezależnego, pragnie zakończyć karierę reżysera filmowego, co teraz kategorycznie potwierdził w wywiadzie dla australijskiego dziennika The Sydney Morning Herald.

Jak powiedział Lynch z goryczą: Sytuacja bardzo się zmieniła. Wiele filmów nie osiągnęło sukcesu kasowego, pomimo tego że mogły być to znakomite filmy, a te które podbijały box office nie miały nic wspólnego z tematami, które chciałem realizować.

Co jednak ważniejsza, to że artysta potwierdził silnym „TAK, to prawda”, choć po chwili wahania, że Inland Empire (2006), spektakularna klapa, która uczyniła z niego konia, na którego nikt nie chce postawić, oddalając jakąkolwiek szansę na sfinansowanie kolejnej produkcji, był jego ostatnim filmem w karierze.

Lynch skupia się teraz na zbliżającej się premierze trzeciego sezonu Miasteczka Twin Peaks, która będzie miała miejsce 21 maja, choć wciąż nie chce ujawniać żadnych szczegółów na temat fabuły, mówiąc:

Współczesny marketing kompletnie to (doświadczenie – przyp. red.) rujnuje. Ludzie chcą wiedzieć, aż w końcu się dowiadują, po czym tracą zainteresowanie. Tak więc, mówiąc za siebie, nie chcę wiedzieć nic na temat tego, co zobaczę. Chcę tego doświadczyć bez żadnego oczyszczenia, czystego. Chcę pójść w świat i pozwolić się temu stać.

Źródło: The Sydney Morning Herald

Nigel Wingrove opowiada o swojej fascynacji nunsploitation w „House of the Writhing Nun”

Nigel Wingrove, właściciel kultowego labela Salvation Group (odpowiedzialnego za renesans filmów Jeana Rollin), znany także jako reżyser kontrowersyjnego, eksperymentalnego szortu Visions Of Ecstasy (1989), zbanowanego do 2012 roku przez BBFC za przedstawienie Św. Teresy uprawiającej seks z inną kobietą i Jezusem na krzyżu, pełnometrażowego Sacred Flesh (2000) oraz trzech filmów wideo z serii Satanic Sluts (The Black Order Cometh, The Black Masses, Scandalized), dokumentujących występy sceniczne żeńskiej, gotycko-burleskowej grupy Satanic Sluts, opowiada o historii nunsploitation, poruszając przy okazji kwestię swojej osobistej fasynacji gatunkiem, która zamieniła go w filmowca i dystrybutora rzadkich filmów eksploatacji z lat ’70.

House of The Writhing Nun (wywiad)

Visions of Ecstasy (1989)

Ryzyko epizodów psychotycznych na skutek używania marihuany jest znacznie mniejsze, niż wcześniej sądzono!

Naukowcy z Uniwersytetu w Yorku wykazali w swoim najnowszym badaniu, że ryzyko wystąpienia epizodów psychotycznych takich jak halucynacje pod wpływem marihuany jest bardzo niewielkie, jeśli wziąć pod uwagę dużą liczbę użytkowników. Znacznie większym ryzykiem wg naukowców jest mieszanie marihuany z tytoniem.

Raport z badań został opublikowany w periodyku Addiction. W jego ramach przebadano ponad 2 miliony aktualnych użytkowników marihuany (czyli tych, którzy użyli środka w ciągu ostatnich 12 miesięcy) zamieszkujących Walię i Anglię.

Naukowcy potwierdzili wprawdzie, że marihuana może pogorszyć symptomy schizofrenii, ale epizody psychotyczne u zdrowych użytkowników występują wg nich niezmiernie rzadko, u 1 osoby na 20 tys. W związku z tym badacze dowodzą, iż penalizacja czy ostre prawo antymarihuanowe nie ma żadnego wpływu na poprawę stanu zdrowia psychicznego społeczeństwa.

Jak mówi dr Ian Hamilton, specjalista ds. zdrowia psychicznego na Wydziale Nauk Medycznych Uniwersytetu w Yorku: Związek pomiędzy konopiami i psychozą jest jednym z głównych przedmiotów badań od lat ’60. Większość z prestiżowych badań, do których mieliśmy dostęp, została jednak przeprowadzona w czasach, kiedy normą były odmiany o niskiej potencji, a dzisiaj coraz powszechniejsze są odmiany o wysokiej zawartości THC.

Marihuana ta zawiera mniej związków chemicznych, które, jak wierzymy, chronią przed negatywnymi efektami ubocznymi takimi jak psychoza, a więcej tych, które mogą ją powodować. W nowym badaniu przyjrzeliśmy się zarówno odmianom o niskiej, jak i wysokiej potencji, ale jasne jest, że potrzebujemy więcej przypadków używania tej drugiej, żeby głębiej przebadać fakty.

Naukowcy twierdzą więc, iż marihuana o wysokiej potencji zwiększa ryzyko wystąpienia problemów psychiczych, nawet jeśli statystycznie ich liczba jest bardzo ograniczona, ale znacznie większe ryzyko niesie ze sobą mieszanie marihuany z tytoniem, gdyż proceder ten powoduje uzależnienie od tytoniu już w młodym wieku, zwiększając ryzyko zachorowania na raka i choroby układu oddechowego.

Regulacja moglaby pomóc w zredukowaniu ryzyka, jakie niesie ze sobą używanie marihuany, gdyż uregulowany rynek wymusiłby kontrolę jakości. To dałoby również do ręki użytkownikom informację na temat potencji marihuany, coś co odkrywają oni obecnie dopiero po zastosowaniu używki – skutek nieuregulowanego rynku.

Komunikat dla społeczeństwa na temat związku pomiędzy używaniem marihuany, a psychozą nie jest łatwy i jednoznaczny, ale dowody wciąż wskazują na korzyść z regulacji, która zajęłaby się zapobieganiem największemu niebezpieczeństwu zdrowotnemu, jakim jest używanie tytoniu – mówi dr Hamilton.

Źródło: University of York

Muzeum Złej Sztuki jest oddane przechowywaniu dzieł, które inni woleliby spalić na stosie!

Muzeum Złej Sztuki (The Museum Of Bad Art, czyli w skrócie MOBA) to prywatna instytucja z trzema oddziałami w stanie Massachusetts, której celem jest kolekcjonowanie, przechowywanie i ekspozycja sztuki nazywanej często przez krytyków „porażką artystyczną”. MOBA zostało założone w 1993, po tym jak antykwariusz Scott Wilson znalazł na śmietniku obraz pt. Lucy in the Field with Flowers. MOBA swoją pierwszą, gorąco przyjętą wystawę, zorganizowało w marcu 1994 w bostońskiej piwnicy, a od tego czasu kolekcja muzeum urosła do ponad 600 dzieł.

„Peter The Kitty”

Do MOBA z założenia przyjmowane są tylko najgorsze prace niespełnionych artystów. Jak twierdzi jednak w wywiadzie dla Vice’a permanentno-przejściowy dyrektor wykonawczy muzeum, Louise Sacco: MOBA ma surowe standardy. Poszukiwane są dzieła o wyjątkowej jakości, która wyróżnia je w ten czy inny sposób od zwykłej niekompetencji.

MOBA ma tej chwili trzy oddziały, główny znajduje się w Dedham, a dwa mniejsze w Brookline i Soomerville (okolice Bostonu). W kolekcji muzeum znajdziemy wiele dzieł noszących znamiona wyjątkowości, brzydoty, absurdu i porażki.

Jednym z hitów jest na przykład portret kobiety o męskiej twarzy, która z jakiegoś nieodgadnionego powodu trzyma w dłoni rakietę do tenisa i kolorowy pióropusz. Jest też podróbka Mleczarki Vermeera, podobizna mężczyzny pożartego przez czerwonego kota, a także obraz leżącej w rowie i zapłakanej Statui Wolności.

„Lucy in the Field with Flowers”

Kolekcja MOBA przedarła się po raz pierwszy do mediów w 1996 za sprawą kradzieży dwóch eksponatów, co podniosło również rangę instytucji. Jednym z nich był obraz Eileen autorstwa R. Angelo Le. Charakterystyczną cechą tego dzieła, które trafiło do kolekcji MOBA wprost z kubła na śmieci, jest rozdarcie w płótnie od ciosu nożem, które według muzeum „dodaje jeszcze większej dramaturgii już i tak bardzo wymownemu dziełu”.

Za odnalezienie Eileen muzeum wyznaczyło nagrodę w wysokości $6,50, którą później zwiększono do $36,73, ale mimo to dzieło przepadło na lata. Bostońska policja zakwalifikowała zdarzenie jako drobną kradzież, a obraz wypłynął na światło dzienne dopiero w 2006, kiedy rzekomy sprawca kradzieży skontaktował się z MOBA, żądając $5 tys. okupu za zwrot obrazu. Mimo braku reakcji ze strony muzeum, obraz i tak zwrócono.

„Eileen”

Krytycy dopatrują się w działalności MOBA podważania kryteriów estetyki, a czasem jawnego wyśmiewania standardów piękna. Sacco postuluje jednak, że „może brzydota nas uwalnia”, co prowadzi do otwarcia się na szeroko pojmowane piękno, do zerwania z narzuconymi przez establishment regułami interpretacji sztuki, które dla wielu ludzi są zbyt hermetyczne, co skutkuje częstą, jawną do niej niechęcią.

Więcej obrazów na stronie MOBA

Conradino Beb

Bodom (2016)

W czerwcu 1960 roku fińskie jezioro Bodom stało się świadkiem przerażającej zbrodni dokonanej na trójce z czwórki biwakujących u jego brzegów nastolatków. Przez lata główne podejrzenia padały na jedynego ocalałego z masakry, osiemnastoletniego wówczas Nilsa Gustafssona, a nieścisłości związane z całym zajściem do dziś elektryzują internetowych kryminologów, którzy nadbudowali wokół incydentu paranormalny aneks.

Taneli Mustonen w swoim drugim pełnometrażowym obrazie próbuje opowiedzieć autorską wersję wydarzeń sprzed pół wieku, kultywując przy tym tradycję skandynawskiego kina grozy. A przez tradycję tę rozumiem przeszczepienie znanego, zachodniego schematu filmu w surowe, fińskie plenery.

Bodom zaczyna się jak schematyczny, sztampowy slasher, który klimatem przypomina najlepsze odsłony z okresu renesansu tego podgatunku, by w ostatecznym rozrachunku, przez nagromadzenie fabularnych zwrotów, stanąć obok francuskiego Bladego Strachu (2003).

Film łączy popularną, obecną w warstwie audiowizualnej retro stylistykę oraz sprawdzone schematy kina siekanego. Niestety, twórcy podeszli do swojego dzieła bardzo na serio, przez co film może trącić w finale lekką pretensjonalnością. Brak autoironii zastępuje jednak sugestywny, zbrodniczy klimat, który niczym mgła wisi nad głowami naszych bohaterów oraz między otaczającymi ich zewsząd drzewami.

Jednak choć gęsty, bywa on często nierówny – winą jest wielomodułowy schemat budowania fabuły, na którą składają się różne, nie całkiem do siebie pasujące sekwencje. Bo jak inaczej nazwać sytuację w której oglądamy świetnie nagraną, zalaną mrokiem próbę wyciągnięcia kluczyków z zatopionego w jeziorze ciała, by chwilę później ogarniać wzrokiem chaotycznie nakręconą scenę z holownikiem.

Na ekranie widzimy młodych, w głównej mierze debiutujących aktorów, którzy bez żadnych wyjątków przypominają żywe schematy kina grozy. Od wytatuowanego osiłka przez nerda po zamkniętą, cichą dziewczynę – czy można zebrać bardziej ikoniczną dla gatunku ekipę? W opozycji do nich stoi oczywiście morderca, ale jest on niestety nader nudny i pozbawiony jakiegokolwiek atrybutu zapadającego w pamięć.

Twórca znany głównie z produkcji komediowych starał się w Bodom ująć szerszy aspekt filmowej grozy, równocześnie nie poświęcając żadnej z płaszczyzn odpowiedniej uwagi. Widz spodziewający się suspensu znajdzie go więc tu w prostej postaci… niestety niedziałającej. Ostatecznie jest to zaledwie solidny, rzemieślniczy twór, będący mirażem tego co znane i lubiane.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Bodom
Produkcja: Finlandia, 2016
Dystrybucja w Polsce: Kino Świat
Ocena MGV: 3/5

Wprowadzenie do koncentratów z marihuany

Koncentrat lub ekstrakt marihuanowy to technicznie rzecz biorąc pochodna kwiatostanu (z liśćmi lub bez), z którego usunięto wcześniej wodę i części roślinne. Koncentrat zawiera w większości czyste trichomy, co sprawia że jego potencja sięgać może nawet 94% THC. Najstarszym koncentratem znanym ludzkości jest haszysz, którego współczesnymi odmianami są BHO czy rosin.

Ekstrakcja trichomów z marihuany miała pierwotnie na celu dwie rzeczy: poprawienie smaku/efektu i ułatwienie handlu (transportu i sprzedaży). Tradycyjnie, obszarami parającymi się wyrobem haszyszu są Himalaje i Hindukusz, a także terytorium Maroka i Libanu. Ze względu na różne techniki ekstrakcji hasz z tych obszarów ma swój własny specyficzny charakter. Do tego dochodzi jeszcze odmienna genetyka konopi uprawianych na tych terenach.

W miarę jak zapotrzebowanie na haszysz rosło w krajach Zachodu w latach ’70/’80, a kraje parające się tradycyjnie jego produkcją stanęły w ogniu do dziś niezakończonych konfliktów zbrojnych (Liban, Afganistan), co razem z nabierającą tempa Wojną z Narkotykami ograniczyło swobodny import, zadanie produkcji haszu na barki wzięli zachodni producenci, którzy ulepszyli techniki ekstrakcji, motywowani przede wszystkim podwyższeniem zawartości THC.

Charas

Jedną z najstarszych technik wyrobu haszyszu jest ucieranie rękami żywych roślin, które kończą kwitnienie. Osadzającą się na rękach żywicę formuje się w kulki, walce lub stożki, otrzymując tzw. charas. Ojczyzną tej techniki są Nepal i północne Indie, gdzie od przynajmniej 5 tys. lat uprawia się rośliny z podgatunku sativa, które osiągają tam nawet 5 metrów wysokości.

Nepalski charas

Odmiany psychoaktywne były na tym obszarze selekcjonowane od niepamiętnych czasów bądź do otrzymywania marihuany (ganja), bądź do otrzymywania charasu. W tym drugim przypadku trichomy dają się bez trudu oddzielać rękoma, szybko zamieniając się w czarny lub ciemnobrązowy haszysz o bardzo aromatycznym smaku, który daje trudny do zapomnienia, medytacyjny haj.

Charas tradycyjnego wyrobu ma niezbyt wysoką zawartość THC, średnio 15-18%, ale zachowuje w całości profil kannabinoidowy i terpenowy lokalnych odmian, których próżno szukać u lokalnego dilera. Jest to produkt niezwykle rzadki w Europie w małych ilościach sprzedawany w Holandii, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii, gdzie osiąga wysokie ceny.

Kief

Kief to bezpośredni produkt przesiewu wysuszonych kwiatostanów konopi. Na kief w większości składają się trichomy i mikroskopijne części roślinne zależnie od rozmiaru oczek sita. Kief przypomina pyłek lub proszek, który w dotyku natychmiast klei się do palców. Jego aromat idealnie odpowiada aromatowi marihuany użytej do przesiewu. Jest to zasadniczo nieutwardzony haszysz, który w Maroku pali się w długich fajeczkach, gdzie można go czasem kupić od lokalnych producentów.

Świeży kief

Nie jest to raczej produkt dostępny na europejskim rynku ze względu na trudną do transportu i przechowywania postać, ale kief można otrzymać domowym sposobem miksując suchą marihuanę i przesiewając ją przez sito, screen czy filtr do kawy. Świeży kief można stosować dosypując go do jointów lub paląc w fajkach wodnych z odpowiednim screenem. Zawartość THC to średnio 20-30%.

Haszysz przesiewany

Hasz przesiewany to kief, który został utwardzony prasą mechaniczną lub przemysłową. Z jego tradycyjnej produkcji znane są przede wszystkim Maroko, Liban i Pakistan. Do produkcji tego rodzaju haszyszu tradycyjnie używa się roślin z podgatunku indica, charakteryzujących się krótkim okresem kwitnienia, niskim wzrostem i obfitą produkcją trichomów, którymi pokryte są także bujnie liście cukrowe.

Hasz tego rodzaju zazwyczaj prasowany jest do postaci cegły, która po przecięciu ujawnia kilka warstw. Komercyjny hasz marokański, pochodzący z drugiego lub trzeciego przesiewu, znany jest powszechnie jako „marokańska cegła” lub „mydło” i może zawierać nie więcej niż 8% THC. Jego dystrybucją ze względu na niski koszt zajmują się głównie organizacje przestępcze tj. włoska mafia.

Marokański hasz wysokiej jakości

Hasz lepszej jakości jest produkowany z pierwszego przesiewu i często formowany rękami, co nadaje mu ciemniejszy kolor. W Hiszpanii, przez którą przechodzi znaczna część marokańskiego eksportu, najlepszy sort jest znany jako culero, gdyż jest on przez przemytników transportowany w żołądku, a potem wydalany na miejscu do miseczki. Zawartość THC tego haszu może sięgać 18-20% THC.

Z najlepszego haszyszu przesiewanego słynie jednak Liban, który eksportuje obecnie swój sztandarowy produkt jedynie do krajów Bliskiego Wschodu (głównie Turcji, Izraela, Jordanii i Egiptu). Haszysz libański dzieli się na dwa rodzaje: Żółty i Czerwony Liban. Obydwa są produkowane z tych samych roślin, które ścinane są w dwóch różnych okresach, co w Czerwonym Libanie (późniejszym) zmienia haj na bardziej senny i narkotyczny ze względu na obecność CBN. Zawartość THC oscyluje tu w granicach 20-30%.

Culero

Warto dodać, że małe ilości Libana było dostępne w Polsce w połowie lat ’90 i był to prawdopodobnie najlepszy hasz, jaki kiedykolwiek można było dostać w granicach naszego kraju. Aromat był silnie pieprzowy i gryzł w gardło, a haj był masakryczny, uderzając zaledwie po 2-3 buchach. Obecnie hasz z Libanu można poza Bliskim Wschodem dostać czasem w Holandii, USA i Kanadzie, gdzie wciąż zbiera on znakomite recenzje.

W praktyce ograniczony import z ww. krajów zaskutkował w ostatniej dekadzie wielkim boomem na wyrób domowego haszyszu w Europie z prywatnych plonów, a w USA czy Kanadzie zwiększeniem jego dostępności w punktach pierwszej pomocy. W znacznej większości jest to jednak haszysz wytwarzany z hybryd tj. White Widow, Blueberry, Granddaddy Purple, Blue Dream, Chemdawg czy OG Kush, który nie ma wiele wspólnego z tradycyjnym produktem zakotwiczonym w odmianach autochtonicznych.

Haszysz wodny (bubble hash)

Haszysz wodny, znany doskonale jako bubble hash, bierze swoją nazwę od tego, że podgrzany zapalniczką delikatnie syczy lub bulgocze. Do jego produkcji używa się specjanych toreb (bubble bags) oraz zmrożonej wody, która pomaga oddzielić trichomy od kwiatostanów po wcześniejszym wymieszaniu. Te jako cięższe opadają na dół, skąd zlewa się je do torby z sitem z dzurkami o rozmiarze 10-80 µ. Otrzymany produkt zawiera jedynie główki trichomów, co pozwala zwiększyć zawartość THC nawet do 40-60%.

Bubble hash

Bubble hash został wynaleziony w Amsterdamie pod koniec lat ’90 i szybko rozpowszechnił się na cały świat, rywalizując ze względu na swoją potencję z tradycyjnym haszem przesiewanym. Jego wadą pozostaje jednak utrata większości terpenów, które zostają zniszczone w trakcie produkcji, co sprawia że nigdy nie smakuje on tak, jak jego kuzyn. Z drugiej strony rywalizować on jednak może na legalnych rynkach z koncentratami BHO.

Bubble hash można dostać w niektórych holenderskich coffee shopach, hiszpańskich klubach konopnych lub zrobić samemu. Efekt jest podobny do wiadra – silny, długo utrzymujący się haj, który docenia wielu regularnych użytkowników marihuany. Najczystszy hasz wodny (znany także jako full melt) idealnie sprawdza się w bongach i waporyzatorach.

Butanowy olejek haszowy (BHO)

Zwiększająca się tolerancja na używanie marihuany w Stanach Zjednoczonych połączona z postępującą legalizacją uprawy i sprzedaży na szczeblu stanowym (Kalifornia, Kolorado, Waszyngton, Oregon) doprowadziła w ostatnich dwóch dekadach do unowocześnienia procesu ekstrakcji, którego efektem było pojawienie się nowych koncentratów tj. BHO.

Nazwa pochodzi od metody produkcji, w której używa się butanu (gazu należącego do grupy węglowodorów) jako rozpuszczalnika. Kwiatostany są umieszczane w specjalnej tubie ekstrakcyjnej lub cylindrze, w których po odparowaniu gazu i oczyszczeniu otrzymuje się gęsty olej o ciemnobursztynowym, pomarańczowym lub miodowym kolorze noszący nazwy takie jak: shatter (kruszonka), wax (wosk) czy po prostu BHO.

Shatter

Koncentraty z tej rodziny zawierają średnio 50-80% THC, ale przy produktach najwyższej czystości można się natknąć nawet na 94% THC. Różne odmiany BHO w przeciwieństwie do tradycyjnych ekstraktów (kief, hasz, charas) nie są spożywane w postaci dymu, ale są zwykle waporyzowane w wysokiej temperaturze z rigów przy użyciu palników acetylenowych jako daby, skąd popularna nazwa procederu: dabbing.

Daby można porównać z tradycyjną polską techniką palenia wiader. THC w dużym stężeniu szybko dostaje się do krwiobiegu, co może u niedoświadczonych użytkowników wywołać efekty niepożądane tj. wymioty, zawroty głowy, nudności, bladość, problemy ze skupieniem, a nawet omdlenie. Wysoka temperatura pary może także powodować uczucie palenia w oskrzelach.

Dabbing przy użyciu rigu

Dabbing chwalą sobie osoby z wysoką tolerancją na marihuanę, którym ze względu na codzienne stosowanie (np. w celu zwalczania chronicznych dolegliwości) nie wystarczają jointy ani fifki. BHO bardzo popularny jest przede wszystkim w USA, ale robi się także popularny w Hiszpanii. W Polsce jest to jak na razie produkt raczej na rynku nieobecny, zarezerwowany dla małych plantatorów.

Rosin

Rosin to alternatywa dla BHO obywająca się bez rozpuszczalnika, która popularność zyskała w ostatnich dwóch latach. Do produkcji rosinu używa się jedynie gorącej prasy, która oddziela trichomy od świeżej marihuany i zamienia je w olej o pięknej barwie w procesie, który zajmuje maksymalnie 5 minut. Rosin można otrzymać domowym sposobem, używając tylko lokówki i papieru do pieczenia.

Świeży rosin otrzymany domowym sposobem

Rosin rywalizuje potencją z haszem wodnym i BHO, posiadając dwa wyjątkowo mocne atuty: pełen profil terpenowy przy użyciu odpowiedniej temperatury oraz brak jakichkolwiek zanieczyszczeń (pod warunkiem, że marihuana jest wysokiej jakości). Produkcja rosinu nie jest obarczona żadnym wyjątkowym ryzykiem, a produkt nadaje się do spożycia niemal natychmiast w waporyzatorze lub jako dab.

Conradino Beb

„Obcy – ósmy pasażer Nostromo” nie zostałby nigdy zrealizowany bez „Gwiezdnych wojen” i „Diuny” Jodorowsky’ego

Kto wie ile filmów science-fiction nie ujrzałoby nigdy światła dziennego (czy raczej ciemności kin), gdyby nie Gwiezdne wojny George’a Lucasa? Efektem kasowego sukcesu jednego z pierwszych blockbusterów w historii był dziki pęd hollywodzkich wytwórni do realizacji wszelkiej maści spin-offów i obrazów pokrewnych estetycznie… i tylko dzięki temu na ekrany wszedł Obcy – ósmy pasażer Nostromo!

Pierwsza część gwiezdnej sagi mocno pobudziła wyobraźnię niejakiego Dana O’Bannona, znanego w tym czasie tylko i wyłącznie ze scenariusza do niszowego dzieła Johna Carpentera – Ciemna gwiazda (1974), który szybko wpadł na pomysł horroru sci-fi, nazwanego przez niego roboczo They Bite. O’Bannon odpłynął jednak wkrótce w stronę realizacji Diuny razem z Alejandro Jodorowskym, która nigdy nie doszła do skutku.

Ale praca u boku Jodorowsky’ego nie poszła na marne, gdyż O’Bannon zapłodniony twórczo mrocznym konceptem graficznym H.R. Gigera, który zgodził się pracować nad Diuną, postanowił wykorzystać go w swoim własnym projekcie. Napisany przez niego w 1975 scenariusz nazwany został Star Beast (czyli Gwiezdna bestia), by niedługo później zmienić tytuł na Obcy.

Rok później scenariusz niemal wszedł w fazę produkcji, gdy jego reżyserii podjąć chciał się sam Roger Corman. W międzyczasie scenariuszem zainteresowała się jednak mała filia studia filmowego Fox, którego zarząd miał wielką ambicję zrealizowania własnych Gwiezdnych wojen i zlecił reżyserię Obcego brytyjskiemu reżyserowi Ridleyowi Scottowi. Ten postanowił zaś wejść w świat science-fiction, gdy tylko zobaczył Gwiezdne wojny w Chińskim Teatrze w Los Angeles.

Nigdy w życiu nie widziałem i nie czułem takiego uczestnictwa publiczności. Kino drżało w posadach. Kiedy na samym początku pojawiła się Gwiazda Śmierci, mój plan realizacji Tristana i Izoldy legł w gruzach, postanowiłem znaleźć coś innego. Zanim film skończył się na dobre, byłem zdruzgotany do tego stopnia, że czułem się beznadziejnie.

To największy komplement, jaki mogę dać; czułem się beznadziejnie przez tydzień. Nie znałem wtedy jeszcze George’a, ale myślałem sobie: „Kurwa, George”. I wtedy ktoś przysłał mi scenariusz pt. Obcy, więc powiedziałem „wow”, podejmę się tego – wspomina Scott w wywiadzie dla Deadline.

Dzieło Scotta weszło na amerykańskie ekrany 25.05.1979 i zarobiło $104 mln, pewnym krokiem wchodząc do kanonu filmów kultowych. Jak skomentował film jego producent, David Giler: Obcy jest dla Gwiezdnych wojen tym, czym The Rolling Stones dla The Beatles.

Conradino Beb

"Nigdy nie było dla mnie wystarczająco dziwnie." – Hunter S. Thompson