Bodom (2016)

W czerwcu 1960 roku fińskie jezioro Bodom stało się świadkiem przerażającej zbrodni dokonanej na trójce z czwórki biwakujących u jego brzegów nastolatków. Przez lata główne podejrzenia padały na jedynego ocalałego z masakry, osiemnastoletniego wówczas Nilsa Gustafssona, a nieścisłości związane z całym zajściem do dziś elektryzują internetowych kryminologów, którzy nadbudowali wokół incydentu paranormalny aneks.

Taneli Mustonen w swoim drugim pełnometrażowym obrazie próbuje opowiedzieć autorską wersję wydarzeń sprzed pół wieku, kultywując przy tym tradycję skandynawskiego kina grozy. A przez tradycję tę rozumiem przeszczepienie znanego, zachodniego schematu filmu w surowe, fińskie plenery.

Bodom zaczyna się jak schematyczny, sztampowy slasher, który klimatem przypomina najlepsze odsłony z okresu renesansu tego podgatunku, by w ostatecznym rozrachunku, przez nagromadzenie fabularnych zwrotów, stanąć obok francuskiego Bladego Strachu (2003).

Film łączy popularną, obecną w warstwie audiowizualnej retro stylistykę oraz sprawdzone schematy kina siekanego. Niestety, twórcy podeszli do swojego dzieła bardzo na serio, przez co film może trącić w finale lekką pretensjonalnością. Brak autoironii zastępuje jednak sugestywny, zbrodniczy klimat, który niczym mgła wisi nad głowami naszych bohaterów oraz między otaczającymi ich zewsząd drzewami.

Jednak choć gęsty, bywa on często nierówny – winą jest wielomodułowy schemat budowania fabuły, na którą składają się różne, nie całkiem do siebie pasujące sekwencje. Bo jak inaczej nazwać sytuację w której oglądamy świetnie nagraną, zalaną mrokiem próbę wyciągnięcia kluczyków z zatopionego w jeziorze ciała, by chwilę później ogarniać wzrokiem chaotycznie nakręconą scenę z holownikiem.

Na ekranie widzimy młodych, w głównej mierze debiutujących aktorów, którzy bez żadnych wyjątków przypominają żywe schematy kina grozy. Od wytatuowanego osiłka przez nerda po zamkniętą, cichą dziewczynę – czy można zebrać bardziej ikoniczną dla gatunku ekipę? W opozycji do nich stoi oczywiście morderca, ale jest on niestety nader nudny i pozbawiony jakiegokolwiek atrybutu zapadającego w pamięć.

Twórca znany głównie z produkcji komediowych starał się w Bodom ująć szerszy aspekt filmowej grozy, równocześnie nie poświęcając żadnej z płaszczyzn odpowiedniej uwagi. Widz spodziewający się suspensu znajdzie go więc tu w prostej postaci… niestety niedziałającej. Ostatecznie jest to zaledwie solidny, rzemieślniczy twór, będący mirażem tego co znane i lubiane.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Bodom
Produkcja: Finlandia, 2016
Dystrybucja w Polsce: Kino Świat
Ocena MGV: 3/5

Wprowadzenie do koncentratów z marihuany

Koncentrat lub ekstrakt marihuanowy to technicznie rzecz biorąc pochodna kwiatostanu (z liśćmi lub bez), z którego usunięto wcześniej wodę i części roślinne. Koncentrat zawiera w większości czyste trichomy, co sprawia że jego potencja sięgać może nawet 94% THC. Najstarszym koncentratem znanym ludzkości jest haszysz, którego współczesnymi odmianami są BHO czy rosin.

Ekstrakcja trichomów z marihuany miała pierwotnie na celu dwie rzeczy: poprawienie smaku/efektu i ułatwienie handlu (transportu i sprzedaży). Tradycyjnie, obszarami parającymi się wyrobem haszyszu są Himalaje i Hindukusz, a także terytorium Maroka i Libanu. Ze względu na różne techniki ekstrakcji hasz z tych obszarów ma swój własny specyficzny charakter. Do tego dochodzi jeszcze odmienna genetyka konopi uprawianych na tych terenach.

W miarę jak zapotrzebowanie na haszysz rosło w krajach Zachodu w latach ’70/’80, a kraje parające się tradycyjnie jego produkcją stanęły w ogniu do dziś niezakończonych konfliktów zbrojnych (Liban, Afganistan), co razem z nabierającą tempa Wojną z Narkotykami ograniczyło swobodny import, zadanie produkcji haszu na barki wzięli zachodni producenci, którzy ulepszyli techniki ekstrakcji, motywowani przede wszystkim podwyższeniem zawartości THC.

Charas

Jedną z najstarszych technik wyrobu haszyszu jest ucieranie rękami żywych roślin, które kończą kwitnienie. Osadzającą się na rękach żywicę formuje się w kulki, walce lub stożki, otrzymując tzw. charas. Ojczyzną tej techniki są Nepal i północne Indie, gdzie od przynajmniej 5 tys. lat uprawia się rośliny z podgatunku sativa, które osiągają tam nawet 5 metrów wysokości.

Nepalski charas

Odmiany psychoaktywne były na tym obszarze selekcjonowane od niepamiętnych czasów bądź do otrzymywania marihuany (ganja), bądź do otrzymywania charasu. W tym drugim przypadku trichomy dają się bez trudu oddzielać rękoma, szybko zamieniając się w czarny lub ciemnobrązowy haszysz o bardzo aromatycznym smaku, który daje trudny do zapomnienia, medytacyjny haj.

Charas tradycyjnego wyrobu ma niezbyt wysoką zawartość THC, średnio 15-18%, ale zachowuje w całości profil kannabinoidowy i terpenowy lokalnych odmian, których próżno szukać u lokalnego dilera. Jest to produkt niezwykle rzadki w Europie w małych ilościach sprzedawany w Holandii, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii, gdzie osiąga wysokie ceny.

Kief

Kief to bezpośredni produkt przesiewu wysuszonych kwiatostanów konopi. Na kief w większości składają się trichomy i mikroskopijne części roślinne zależnie od rozmiaru oczek sita. Kief przypomina pyłek lub proszek, który w dotyku natychmiast klei się do palców. Jego aromat idealnie odpowiada aromatowi marihuany użytej do przesiewu. Jest to zasadniczo nieutwardzony haszysz, który w Maroku pali się w długich fajeczkach, gdzie można go czasem kupić od lokalnych producentów.

Świeży kief

Nie jest to raczej produkt dostępny na europejskim rynku ze względu na trudną do transportu i przechowywania postać, ale kief można otrzymać domowym sposobem miksując suchą marihuanę i przesiewając ją przez sito, screen czy filtr do kawy. Świeży kief można stosować dosypując go do jointów lub paląc w fajkach wodnych z odpowiednim screenem. Zawartość THC to średnio 20-30%.

Haszysz przesiewany

Hasz przesiewany to kief, który został utwardzony prasą mechaniczną lub przemysłową. Z jego tradycyjnej produkcji znane są przede wszystkim Maroko, Liban i Pakistan. Do produkcji tego rodzaju haszyszu tradycyjnie używa się roślin z podgatunku indica, charakteryzujących się krótkim okresem kwitnienia, niskim wzrostem i obfitą produkcją trichomów, którymi pokryte są także bujnie liście cukrowe.

Hasz tego rodzaju zazwyczaj prasowany jest do postaci cegły, która po przecięciu ujawnia kilka warstw. Komercyjny hasz marokański, pochodzący z drugiego lub trzeciego przesiewu, znany jest powszechnie jako „marokańska cegła” lub „mydło” i może zawierać nie więcej niż 8% THC. Jego dystrybucją ze względu na niski koszt zajmują się głównie organizacje przestępcze tj. włoska mafia.

Marokański hasz wysokiej jakości

Hasz lepszej jakości jest produkowany z pierwszego przesiewu i często formowany rękami, co nadaje mu ciemniejszy kolor. W Hiszpanii, przez którą przechodzi znaczna część marokańskiego eksportu, najlepszy sort jest znany jako culero, gdyż jest on przez przemytników transportowany w żołądku, a potem wydalany na miejscu do miseczki. Zawartość THC tego haszu może sięgać 18-20% THC.

Z najlepszego haszyszu przesiewanego słynie jednak Liban, który eksportuje obecnie swój sztandarowy produkt jedynie do krajów Bliskiego Wschodu (głównie Turcji, Izraela, Jordanii i Egiptu). Haszysz libański dzieli się na dwa rodzaje: Żółty i Czerwony Liban. Obydwa są produkowane z tych samych roślin, które ścinane są w dwóch różnych okresach, co w Czerwonym Libanie (późniejszym) zmienia haj na bardziej senny i narkotyczny ze względu na obecność CBN. Zawartość THC oscyluje tu w granicach 20-30%.

Culero

Warto dodać, że małe ilości Libana było dostępne w Polsce w połowie lat ’90 i był to prawdopodobnie najlepszy hasz, jaki kiedykolwiek można było dostać w granicach naszego kraju. Aromat był silnie pieprzowy i gryzł w gardło, a haj był masakryczny, uderzając zaledwie po 2-3 buchach. Obecnie hasz z Libanu można poza Bliskim Wschodem dostać czasem w Holandii, USA i Kanadzie, gdzie wciąż zbiera on znakomite recenzje.

W praktyce ograniczony import z ww. krajów zaskutkował w ostatniej dekadzie wielkim boomem na wyrób domowego haszyszu w Europie z prywatnych plonów, a w USA czy Kanadzie zwiększeniem jego dostępności w punktach pierwszej pomocy. W znacznej większości jest to jednak haszysz wytwarzany z hybryd tj. White Widow, Blueberry, Granddaddy Purple, Blue Dream, Chemdawg czy OG Kush, który nie ma wiele wspólnego z tradycyjnym produktem zakotwiczonym w odmianach autochtonicznych.

Haszysz wodny (bubble hash)

Haszysz wodny, znany doskonale jako bubble hash, bierze swoją nazwę od tego, że podgrzany zapalniczką delikatnie syczy lub bulgocze. Do jego produkcji używa się specjanych toreb (bubble bags) oraz zmrożonej wody, która pomaga oddzielić trichomy od kwiatostanów po wcześniejszym wymieszaniu. Te jako cięższe opadają na dół, skąd zlewa się je do torby z sitem z dzurkami o rozmiarze 10-80 µ. Otrzymany produkt zawiera jedynie główki trichomów, co pozwala zwiększyć zawartość THC nawet do 40-60%.

Bubble hash

Bubble hash został wynaleziony w Amsterdamie pod koniec lat ’90 i szybko rozpowszechnił się na cały świat, rywalizując ze względu na swoją potencję z tradycyjnym haszem przesiewanym. Jego wadą pozostaje jednak utrata większości terpenów, które zostają zniszczone w trakcie produkcji, co sprawia że nigdy nie smakuje on tak, jak jego kuzyn. Z drugiej strony rywalizować on jednak może na legalnych rynkach z koncentratami BHO.

Bubble hash można dostać w niektórych holenderskich coffee shopach, hiszpańskich klubach konopnych lub zrobić samemu. Efekt jest podobny do wiadra – silny, długo utrzymujący się haj, który docenia wielu regularnych użytkowników marihuany. Najczystszy hasz wodny (znany także jako full melt) idealnie sprawdza się w bongach i waporyzatorach.

Butanowy olejek haszowy (BHO)

Zwiększająca się tolerancja na używanie marihuany w Stanach Zjednoczonych połączona z postępującą legalizacją uprawy i sprzedaży na szczeblu stanowym (Kalifornia, Kolorado, Waszyngton, Oregon) doprowadziła w ostatnich dwóch dekadach do unowocześnienia procesu ekstrakcji, którego efektem było pojawienie się nowych koncentratów tj. BHO.

Nazwa pochodzi od metody produkcji, w której używa się butanu (gazu należącego do grupy węglowodorów) jako rozpuszczalnika. Kwiatostany są umieszczane w specjalnej tubie ekstrakcyjnej lub cylindrze, w których po odparowaniu gazu i oczyszczeniu otrzymuje się gęsty olej o ciemnobursztynowym, pomarańczowym lub miodowym kolorze noszący nazwy takie jak: shatter (kruszonka), wax (wosk) czy po prostu BHO.

Shatter

Koncentraty z tej rodziny zawierają średnio 50-80% THC, ale przy produktach najwyższej czystości można się natknąć nawet na 94% THC. Różne odmiany BHO w przeciwieństwie do tradycyjnych ekstraktów (kief, hasz, charas) nie są spożywane w postaci dymu, ale są zwykle waporyzowane w wysokiej temperaturze z rigów przy użyciu palników acetylenowych jako daby, skąd popularna nazwa procederu: dabbing.

Daby można porównać z tradycyjną polską techniką palenia wiader. THC w dużym stężeniu szybko dostaje się do krwiobiegu, co może u niedoświadczonych użytkowników wywołać efekty niepożądane tj. wymioty, zawroty głowy, nudności, bladość, problemy ze skupieniem, a nawet omdlenie. Wysoka temperatura pary może także powodować uczucie palenia w oskrzelach.

Dabbing przy użyciu rigu

Dabbing chwalą sobie osoby z wysoką tolerancją na marihuanę, którym ze względu na codzienne stosowanie (np. w celu zwalczania chronicznych dolegliwości) nie wystarczają jointy ani fifki. BHO bardzo popularny jest przede wszystkim w USA, ale robi się także popularny w Hiszpanii. W Polsce jest to jak na razie produkt raczej na rynku nieobecny, zarezerwowany dla małych plantatorów.

Rosin

Rosin to alternatywa dla BHO obywająca się bez rozpuszczalnika, która popularność zyskała w ostatnich dwóch latach. Do produkcji rosinu używa się jedynie gorącej prasy, która oddziela trichomy od świeżej marihuany i zamienia je w olej o pięknej barwie w procesie, który zajmuje maksymalnie 5 minut. Rosin można otrzymać domowym sposobem, używając tylko lokówki i papieru do pieczenia.

Świeży rosin otrzymany domowym sposobem

Rosin rywalizuje potencją z haszem wodnym i BHO, posiadając dwa wyjątkowo mocne atuty: pełen profil terpenowy przy użyciu odpowiedniej temperatury oraz brak jakichkolwiek zanieczyszczeń (pod warunkiem, że marihuana jest wysokiej jakości). Produkcja rosinu nie jest obarczona żadnym wyjątkowym ryzykiem, a produkt nadaje się do spożycia niemal natychmiast w waporyzatorze lub jako dab.

Conradino Beb

„Obcy – ósmy pasażer Nostromo” nie zostałby nigdy zrealizowany bez „Gwiezdnych wojen” i „Diuny” Jodorowsky’ego

Kto wie ile filmów science-fiction nie ujrzałoby nigdy światła dziennego (czy raczej ciemności kin), gdyby nie Gwiezdne wojny George’a Lucasa? Efektem kasowego sukcesu jednego z pierwszych blockbusterów w historii był dziki pęd hollywodzkich wytwórni do realizacji wszelkiej maści spin-offów i obrazów pokrewnych estetycznie… i tylko dzięki temu na ekrany wszedł Obcy – ósmy pasażer Nostromo!

Pierwsza część gwiezdnej sagi mocno pobudziła wyobraźnię niejakiego Dana O’Bannona, znanego w tym czasie tylko i wyłącznie ze scenariusza do niszowego dzieła Johna Carpentera – Ciemna gwiazda (1974), który szybko wpadł na pomysł horroru sci-fi, nazwanego przez niego roboczo They Bite. O’Bannon odpłynął jednak wkrótce w stronę realizacji Diuny razem z Alejandro Jodorowskym, która nigdy nie doszła do skutku.

Ale praca u boku Jodorowsky’ego nie poszła na marne, gdyż O’Bannon zapłodniony twórczo mrocznym konceptem graficznym H.R. Gigera, który zgodził się pracować nad Diuną, postanowił wykorzystać go w swoim własnym projekcie. Napisany przez niego w 1975 scenariusz nazwany został Star Beast (czyli Gwiezdna bestia), by niedługo później zmienić tytuł na Obcy.

Rok później scenariusz niemal wszedł w fazę produkcji, gdy jego reżyserii podjąć chciał się sam Roger Corman. W międzyczasie scenariuszem zainteresowała się jednak mała filia studia filmowego Fox, którego zarząd miał wielką ambicję zrealizowania własnych Gwiezdnych wojen i zlecił reżyserię Obcego brytyjskiemu reżyserowi Ridleyowi Scottowi. Ten postanowił zaś wejść w świat science-fiction, gdy tylko zobaczył Gwiezdne wojny w Chińskim Teatrze w Los Angeles.

Nigdy w życiu nie widziałem i nie czułem takiego uczestnictwa publiczności. Kino drżało w posadach. Kiedy na samym początku pojawiła się Gwiazda Śmierci, mój plan realizacji Tristana i Izoldy legł w gruzach, postanowiłem znaleźć coś innego. Zanim film skończył się na dobre, byłem zdruzgotany do tego stopnia, że czułem się beznadziejnie.

To największy komplement, jaki mogę dać; czułem się beznadziejnie przez tydzień. Nie znałem wtedy jeszcze George’a, ale myślałem sobie: „Kurwa, George”. I wtedy ktoś przysłał mi scenariusz pt. Obcy, więc powiedziałem „wow”, podejmę się tego – wspomina Scott w wywiadzie dla Deadline.

Dzieło Scotta weszło na amerykańskie ekrany 25.05.1979 i zarobiło $104 mln, pewnym krokiem wchodząc do kanonu filmów kultowych. Jak skomentował film jego producent, David Giler: Obcy jest dla Gwiezdnych wojen tym, czym The Rolling Stones dla The Beatles.

Conradino Beb

Od dziecięcych marzeń po ikonę popkultury – historia powstania „King Konga”

1. Ojcowie Konga

Merian Caldwell Cooper urodził się w bogatej rodzinie, pochodzącej z położonego na południu Stanów Zjednoczonych Jacksonville, w październiku 1893 roku. Już jako dzieciak wykazywał się nieprzeciętną inteligencją i fantazją, którą przekuwał na snucie niesamowitych, pełnych przygód opowieści.

W wieku sześciu lat otrzymał od wujka egzemplarz książki Odkrycia i Przygody w Afryce Równikowej (ang. Explorations and Adventures in Equatorial Africa), napisanej w 1896 roku przez francuskiego podróżnika Paula du Chiallu. Lektura rozpaliła w sercu młodego Coopera miłość do egzotycznych podróży i odkrywania najdalszych zakątów Świata.

Jego szczególne zainteresowanie zdobył jeden z rozdziałów książki, który przedstawiał historię stada wielkich goryli, żyjącego w konflikcie z lokalną społecznością plemienną. W konsekwencji jedna z małp porywa ludzką kobietę i wraz z nią znika w czeluściach dżungli. Wraz z rozwojem akcji okazuje się jednak, że prawdziwa natura goryli stoi w zupełnej opozycji do ich wizerunku jako krwiożerczych, dzikich bestii. Powieść ta była początkiem fascynacji Coopera gorylami, która została z nim do końca życia.

W 1911 roku rozpoczął on naukę na United States Naval Academy w Annapolis, Maryland. Jednak od nauki bardziej interesowały go samoloty i dziewczyny co poskutkowało wydaleniem go z uczelni. Zainteresowanie samolotami wkrótce znalazło jednak swoje ujście ze względu na toczącą się w Europie I Wojną Światową, w której Cooper zapragnął wziąć udział.

Mimo że Stany Zjednoczone w tym punkcie nie były jeszcze zaangażowane w działania zbrojne, Cooper próbował dołączyć do powietrznych sił Francji lub Anglii. Droga na Stary Kontynent prowadziła przez pracę w marynarce handlowej, a jego statek miał wkróce zacumować miała w londyńskim porcie. Ale jego podróż nie doczekała się idealnego finału, gdyż Coopera cofnięto niemal natychmiast z powodu braku wizy.

Po powrocie Cooper zasmakował dziennikarskiego chleba pisząc dla prasy, m.in. Minneapolis Daily News czy St. Louis Post-Dispatch. Wodzony żądzą przygody, w 1916 roku zaciągnął się do jednostki gwardii narodowej stanu Georgia, która brała udział w akcji przeciwko Pancho Villi, przywódcy chłopskiej partyzantki z okresu rewolucji meksykańskiej.

24 letni Merian Cooper wraz z wojskami Stanów Zjednoczonych w 1917 roku wziął udział w I Wojnie Światowej. Jako pilot odbył kilka zakończonych sukcesem lotów, by po przesiadce na bombowiec (model de Havilland DH4, nazywany pieszczotliwie „Płonącą Trumną”) cudem ujść z życiem po zestrzeleniu.

Merian C. Cooper w mundurze wojskowym

Jego rekonwalescencja poparzonego ramienia i twarzy odbyła się w niemieckim szpitalu dla jeńców wojennych w którym przebywał aż do zawieszenia broni przez obie strony konfliktu. Cooper został odznaczony Zaszczytnym Krzyżem za Zasługi, odmówił jednak przyjęcie orderu, kwitując to słowami: „Wszyscy podejmowaliśmy to samo ryzyko”.

Po wojnie Cooper wrócił do Europy, gdzie wraz z American Relief Organization dostarczał żywność na najbardziej wyniszczone przez konflikt tereny. W drodze do Warszawy zatrzymał się w Wiedniu, gdzie zaprzyjaźnił się z Ernestem Beaumontem Schoedsackiem, chudym i wysokim kronikarzem filmowym.

Ernest urodził się na farmie w Council Bluffs w stanie Iowa 8 czerwca 1983 roku. Z rodzinnego domu uciekł jednak w wieku 14 lat i ostatecznie stał się operatorem kamery w Mack Sennett Studios w LA. Kiedy tylko Europę ogarnęło piekło I Wojny Światowej, Schoedsack ruszył na front w roli fotografa.

Po wszystkim, on również został w Europie i pod banderą Czerwonego Krzyża pomagał polskim uchodźcom, co jakiś czas wykonując fotografie mające na celu uchwycenie każdego aspektu konfliktu, zwłaszcza ludzkiego.

W sierpniu 1919 roku Cooper ruszył do Paryża, gdzie przyłączył się do amerykańskiej brygady należącej do Dywizjonu Kościuszki. Odbył aż 17 lotów, co zaskutkowało jego promocją do rangi dowódcy szwadronu. Rok później został zestrzelony i pojmany przez armię bolszewicką, z niewoli której uciekł 5 dni później. Niestety, przez poważne obrażenia nogi został ponownie złapany i wysłany do moskiewskiego więzienia.

Kiedy Polska i Rosja Radziecka podpisała pakt pokojowy 12 października 1920, Cooper dalej nie mógł opuścić więzienia za sprawą swojego amerykańskiego pochodzenia. Dopiero rok później, przy pomocy dwóch polskich żołnierzy, udało mu się opuścić obóz karny. Przebyli oni pieszo ponad 800 km, kradnąc jedzenie i ukrywając się w lasach, dopóki nie przekroczyli granicy z Litwą, która umożliwiła im powrót do Polski.

Nad Wisłą Cooper został ponownie odznaczony, tym razem krzyżem Virtuti Militari, a podczas podróży do Stanów znów natknął się na Shoedsacka, który pracował jako operator w Londynie.

Powrót do domu zaowocował napisaniem przez Coopera autobiografii pt. Things Men Die For oraz pracą reportera dla poczytnego New York Timesa. Jednak w Cooperze wciąż żyła fascynacja egzotycznymi krainami, na temat których zaczytywał się jako dzieciak. W 1922 roku dołączył zatem do mającej na celu okrążenie Świata ekspedycji kapitana Edwarda A. Sailsbury’ego.

Kiedy jeden z operatorów mających za zadanie dokumentować wyprawę odszedł, Cooper zaproponował, by funkcję tą objął nikt inny jak Ernest Schoedscak. Ten został zatrudniony i oficjalnie zasilił załogę Wisdom II w Afryce. Panowie razem tworzyli reportaże z odwiedzonych przez nich krajów.

Niestety, z powodów uszkodzeń dokonanych prze monsun, załoga musiała przybić do brzegów Włoch w celu ich zreperowania. Trwająca wówczas w Italii susza skutkowała częstymi pożarami, których ofiarą stał Wisdom II.

2. Marzenia się spełniają

Obaj panowie chcieli wykrzesać coś więcej od kwitnącej gałęzi rozrywki, jaką było kino, aniżeli pozostać przy reportażu. Założyli zatem studio Cooper-Schoedsack Productions, a całości ich pracy przyświecał slogan: „Keep it Distant, Difficult and Dangerous”. Cooper szukając funduszy zapożyczył się u rodziny i przyjaciół, zdobywając $10 tys. i wraz z Schoedsackiem ruszył na tereny dzisiejszego Iranu.

46-dniowa podróż zaowocowała zdjęciami do pierwszego, pełnometrażowego filmu duetu, Grass: A Nation’s Battle for Life (1925). Produkcja opowiadała historię plemienia nomadów Bakhtiari, którzy próbują sforsować śnieżną górę Zard Kuh w celu zebrania trawy, która wyżywiłaby żywy inwentarz.

Inną konkluzją wynikającą ze współpracy obu panów było odkrycie symbiozy ich charakterów. Cooper był marzycielem-wizjonerem, który sypał z rękawa coraz to nowszymi pomysłami. Schoedsack był za to typem realisty, chłodno kalkulującym i stąpającym twardo po ziemi.

Ernest B. Schoedsack

Podczas podróży Schoedsacka na wyspy Galapagos, jako kamerzysta na usługach Nowojorskiego Towarzystwa Geologów (New York Geological Society), poznał córkę scenopisarza Edwarda Rose’a, Ruth. Młoda aktorka estradowa zabezpieczała swoją niepewną przyszłość pracą dla Nowojorskiego Towarzystwa Zoologicznego (New York Zoological Society) jako asystentka w prowadzonych przez instytut badaniach. Dwójka od razu wpadła sobie w oko i niedługo później para pobrała się.

Kiedy Schoedsack wygrzewał się na Wyspach Żółwich, szef wytwórni Paramount, Jess Lasky, miał okazję zobaczyć Grass: A Nation’s Battle for Life. Będący pod wrażeniem Lasky nabył prawa do dystrybucji filmu i zorganizował jego premierę 30 marca 1925 roku w gmachu New York’s Criterion Theather.

Mimo że film nie rozbił banku i nie przyniósł Lasky’emu góry pieniędzy, ten wciąż był pod jego wrażeniem i z miejsca zaproponował dwójce twórców sfinansowanie ich kolejnego dzieła. Tym razem padło na tajlandzką dżunglę, a fabuła kręciła się wokół miejscowej rodziny, która znajduje młodego słonia. Postanawia ona zabrać go do domu, sprowadzając tym samym na siebie, oraz resztę wioski, gniew stada słoniowej mamy.

Film, mimo że był fabularyzowany, jeszcze bardziej niż Grass: A Nation’s Battle for Life, był utrzymany w dokumentalnym stylu. Większość scen, zwłaszcza tych z udziałem słoni, zrealizowano w studiu, a skrypt do historii napisany został tak, by wzbogacić ją o silny wątek emocjonalny, na którego brak narzekała widownia po obejrzeniu poprzedniego obrazu.

Premiera Chang: A Drama of the Wilderness (1927) w Rivoli Theathre w Nowym Jorku okazała się wielkim hitem, owocując nominacją do Oscara. Film ten przypieczętował także styl duetu, który łączył ze sobą fantazyjną przygodę i fikcję ze starającym się uchwycić naturalizm stylem dokumentalnym.

W poszukiwaniu egzotycznej fauny i flory, Cooper, Schoedsack i Rose wybrali się następnie Afryki. Otoczeni hipopotamami, pawianami i rdzennymi mieszkańcami, nakręcili tam kolejny film dla wytwórni Paramount, The Four Feathers (1929).

Większość zdjęć, głównie tych z zatrudnionymi aktorami (m. in. Fay Wray, William Powell) nakręcono jednak w Kalifornii. Do zakończenia filmu, dogrania kilku scen, Paramount przydzieliło twórcom scenarzystę Lothara Mendesa, ale jego praca nie wpłynęła dobrze na ogólny wydźwięk The Four Feathers, który na ekrany kin wszedł w czerwcu 1929 roku.

Po premierze Lasky znów zachęcił duet twórców, by ten poszukał nowego tematu, który mógłby stać się kolejnym zwycięskim „dramatem natury”. Pomysł na scenariusz zrodził się w znudzonej doglądaniem lotniczego biznesu głowie Coopera. Idea, która miała przynieść duetowi twórców międzynarodową sławę i odmienić na zawsze oblicze kinematografii połączyła postać wielkiej małpy, egzotyczne podróże i podniebne wojaże samolotów.

3. Nabieranie kształtów

Cooper wciąż miał w głowie jedną ze swoich wypraw do Indonezji, gdzie pracownik Muzeum Historii Naturalnej pokazał mu wielkiego warana z Komodo. To właśnie to odpaliło w głowie filmowca ideę zapomnianego lądu zamieszkanego przez wymarłe stworzenia.

Trudno dzisiaj stwierdzić, czy to widok przerośniętej jaszczurki przyczynił się do sennej mary Coopera, w której wielki goryl terroryzuje Nowy Jork. Para filmowców wiedziała, że tylko dobry scenariusz uratuje produkcję od panującego wówczas Wielkiego Kryzysu, tak więc z prośbą o jego napisanie uderzyli do samego Edgara Wallace’a, najlepiej sprzedającego się pisarza przygodowego w Wielkiej Brytanii.

Wallace’owi z miejsca spodobała się wizja Coopera, bo autor całą powieść napisał w 4 styczniowe dni 1932 roku, a twórcy mogli oficjalnie promować swój film hasłem „oparty na prozie znanego pisarza!” Ale Wallace, mimo że znany z ekspresowego tempa pracy, nadał tylko ogólny zarys historii Konga. Prosta fabułka skupiona była wokół podróżnika i tropiciela Denhama, który trafia na owianą złą sławą Wyspę Czaszki.

Zatopioną w wiecznej mgle wyspę zamieszkują prehistoryczne gady, jest to także dom mitycznego Konga, ogromnego, humanoidalnego goryla. Warto wspomnieć tutaj o zakończeniu, jakie znaleźć można w oryginalnym skrypcie brytyjskiego pisarza, bo Kong, trzymając na samym końcu w łapach piękną dziewczynę niczym lalkę, ukręca jej głowę.

Jednak głównym problemem było tchnięcie życia w bestię. Z początku Cooper i Shoedsack planowali „wykorzystać” na planie filmowym prawdziwe zwierzę. Na szczęście pomysł ten rozwiał Willis O’Brien ze swoim rewolucyjnym sposobem wprawiania w ruch za pomocą techniki poklatkowej, który został stworzony przy pracy nad Aktem Stworzenia (1930).

Jako że film ten pochłonął niebyt finansowego krachu, miniaturowe figurki prehistorycznych bestii postanowiono ożywić na Wyspie Czaszki. Sam O’Brien już w 1915 roku nakręcił krótki filmik Dinozaur i Brakujące Ogniwo, w którym oczarował widzów magią techniki poklatkowej.

Swojej fascynacji dał upust przy legendarnej adaptacji powieści Arthura Conana Doyle’a, nakręconym w 1925 roku Zaginionym Świecie. To w tej produkcji na będącym odciętym od Świata płaskowyżu, O’Brein dał życie aż 49 różnym gadom, od latającego pteranodona po wielkiego brachiozaura.

Po śmierci Edgara Wallace’a 10 lutego 1932 roku, scenariusz trafił do pracującego w RKO Pictures – studia które współtworzył Cooper – Jamesa Creelmana, twórcy skryptu choćby do The Most Dangerous Game (1932).

Po poprawkach, jakie nanieśli Creelman i Cooper, scenariusz zmienił nazwę na Ósmy Cud Świata, a fabułę jeszcze mocniej zakręcono wokół głównego bohatera Carla Denhama, którego profesja ewoluowała z tropiciela w filmowca stawiającego czoła szalejącemu kryzysowi. Zabieg ten dodał filmowi o wielkiej małpie dozę autobiograficznej aury o filmowcu, który pokonał zapaść finansową i stał się legendą, pokazując ludzkości „Ósmy Cud Świata”.

Skrypt przeszedł też przez ręce innego scenopisarza RKO, Horace’a McCoya, odpowiedzialnego między innymi za powieść Czyż nie dobija się koni? (1935). To właśnie za namową McCoya, Cooper postanowił zaludnić Wyspę Czaszki prymitywnym plemieniem tubylców, zamieszkującym odgrodzoną wielkim murem część archipelagu, które samego Konga czci niczym bóstwo.

Jak każdy film z efektami specjalnymi, King Kong również okazał się drogi, gdyż jego całościowy budżet wyniósł $500 tys. Był to najdroższy w tym czasie film RKO, jednak David Sleznick – ówczesny szef studia – nie miał wątpliwości, że produkcja była skazana na sukces. Mimo tego, krążące nad głowami twórców widmo kryzysu kazało redukować koszty, gdzie tylko się dało, więc dżunglę odegrał ten sam egzotyczny las, co w młodszym o rok The Most Dangerous Game.

Scenografię zbudowano na tyłach planu RKO oraz studia dźwiękowego. Jedynymi prawdziwymi planami były: port w San Pedro oraz Shrine Auditorium w Los Angeles. Planowana była też druga ekipa, która miała ruszyć na ulice Nowe Jorku. Praca z figurkami, która stanowiła dużą część filmu, ruszyła w lipcu 1932 roku, a sekwencje z żywymi aktorami zaplanowano na sierpień.

Fay Wray w „King Kongu”

Most Dangerous Game nie tylko użyczył swojej scenografii, ale również aktorów. Byli to: grający dowódcę ekspedycji Robert Armstrong oraz hollywoodzka piękność Fay Wray, którą Cooper namówił do zagrania w „Kongu” słowami „będziesz u boku najwyższego, najciekawszego faceta w Hollywood”. Wątpliwości Way jakoby tajemniczym jegomościem miał być Clark Gable rozwiał dopiero graficzny koncept, który ujrzała. Przedstawiał on wielkiego goryla wspinającego się po Empire State Building.

4. Narodziny Bestii

Mimo że pomysł Konga zrodził się w głowie Meriana Coopera, życie tchnął w niego Marcel Delgado. To on przyszedł z pomysłem nadania mu bardziej humanoidalnych kształtów, ułatwiając tym pracę przy modelowaniu jego mechaniki poklatkowej O’Brienowi.

Pierwsze szkice skrzętnie odrzucane były jednak przez Coopera, gdyż ten chciał zostać przy jak najbardziej zwierzęcym wyglądzie. Dopiero kontakt z Amerykańskim Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku i prezentacja dorosłego okazu samca goryla przyczyniła się do ostatecznego zaakceptowania obecnego wyglądu King Konga.

Najpierw była gliniana, 18-calowa figurka z metalowym szkieletem w środku, umożliwiająca przybieranie przez postać różnych pozycji. By ożywić postać fotografowano kolejno każdą klatkę, których liczba doszła ostatecznie do 1440 na minutę.

Taka montażowa katorga miała dodatkowo jedną wadę, gdy tylko jedna klatka nawaliła, ekipa powtarzała całą sekwencję od początku, by nie stracić płynności. By w ożywione, ganiające po wyspie marionetki wmontować żywych aktorów i uzyskać poczucie głębi, użyto zdobionego szkła i nagrywano sceny na kilku poziomach taśmy filmowej jednocześnie. Stąd niezwykłe ujęcia, w których schowane u dołu ekranu postacie obserwują ikoniczną walkę Konga z Tyranozaurem na drugim planie.

Zbudowano także wielką głowę Konga, ramiona i górę jego klatki piersiowej, które posłużyły do bliskich ujęć. Na stworzonym z drewna i metalowych dźwigni rusztowaniu wmontowano specjalne kompresory powietrza – za ich pomocą manipulowano mimiką twarzy oraz ustami wielkiej małpy.

Całość konstrukcji zamontowano na mobilnym wózku pozwalającym na swobodne przemieszczanie się głowy po planie. W oryginalnej skali powstały jeszcze dłonie Konga – pierwszą widać w scenie, w której Kong stara się wyciągnąć ukrywającego się w jaskini Jacka, drugą użyto w sekwencjach trzymania przez nią Fay Wray – oraz widoczna w scenie z mieszkańcami wyspy noga.

Oprócz samego King Konga, studio tą samą techniką wykonało modele dinozaurów i reszty bestii zamieszkujących wyspę. Są to między innymi: Tyranozaur Rex, Styrakozaur, wielkie pająki czy latający pteranodon. Ciekawostką są ptaki, które krążą nad szczytami Wyspy Czaszek.

Ich stworzone z gumy modele nie wytrzymywały ciepła generowanego przez lampy naświetleniowe, które siały wśród figurek spustoszenie. Dopiero rzeźbiarz, John Cerasoli, stworzył ich drewniane odpowiedniki, które podwieszone na linach nad makietami otoczenia pozwoliły na dokończenie zdjęć.

Drewno posłużyło także do stworzenia miniaturowych aktorów, zarówno pierwszo jak i drugo czy trzecioplanowych. 6-calowe figurki przygotowano w różnych pozycjach, widać to szczególnie dobrze w scenach, kiedy Kong porywa postać graną przez Fray Wray lub gdy ta obserwuje jego walkę z ogromnym gadem siedząc na wielkim drzewie.

5. Popkulturowy symbol

Wytwórnia RKO wykupiła od National Broadcasting Company 30 minut czasu antenowego, a 10 lutego 1933 roku nadała półgodzinny blok reklamowy swojej nowej produkcji, zawierający specjalnie przygotowane efekty dźwiękowe. Sama powieść, którą inspirowany był film, pojawiła się w formie odcinkowej w magazynie Mystery, gdzie okrzyknięto ją „Ostatnią Wielką Powieścią Edgara Wallace’a”.

7 marca 1933 King Kong rozbił bank, przynosząc niespodziewany przez nikogo sukces finansowy, zarabiając na otwarciu $90 tys. Jest to wynik wręcz rekordowy, zważając na fakt, że bilety do kina na terenie Stanów Zjednoczonych kosztowały wówczas $5,50, wyłączając Los Angeles, bo tam ich cena wynosiła $3,30. Sam film zarobił na siebie jakieś $2.800.000 kosztując $670 tys.

Recenzenci również byli przychylni filmowi Coopera i Schoedsacka. Wychwalał ich między innymi New York Times i Variety. Aranżacja premiery też robiła wrażenie, jak choćby pokaz w Hali Widowiskowej Rock City, który przyciągnął aż 50 tys. chętnych widzów, czy opóźniony seans w Los Angeles, którego główną atrakcją była wielka głowa Konga witająca gości.

Dzisiaj Kong to już ikona popkultury, reprezentując długą drogę filmowej rozrywki. Wielka Małpa oprócz oryginalnego filmu i jego remake’ów stawała w szranki z Godzillą w King Kong vs Godzilla (1962), doczekała się potomstwa w Synu Konga (1933), czy wybudziła się ze śpiączki po przeszczepie serca w King Kong Żyje! (1986).

„King Kong vs. Godzilla” / plakat filmowy

Warto również wspomnieć o filmie jednego z współtwórców oryginalnego Konga, Ernesta Schoedsacka, Mighty Joe Young (1949). Mimo że opowieść również dotyczy wielkiej małpy, ma ona zupełnie inny klimat i nawet podobieństwa w fabule ubarwia całkiem inną paletą emocji. To tutaj zaczynał legendarny twórca praktycznych efektów specjalnych, Ray Harryhausen (niewymieniony w napisach).

Świeżości Kongowi próbował dodać Peter Jackson, kręcąc wyjątkowo nudny remake w 2005 roku, który okazał się niczym innym, jak tylko rozdmuchaną laurką dla oryginalnego produktu. Jackson postanowił jednak swoją miłość usprawnić kręcąc tzw. The Lost Spider Pit Sequence (2005), krótkometrażowy filmik pokazujący co spotkało część ekspedycji, która wpadła do wielkiej szczeliny.

W 2017 roku Kong ożył ponownie. Tym razem reżyser Jordan Vogt-Roberts wziął na warsztat klasyczny konflikt na linii natura-człowiek i wycisnął z niego maximum esencji kina rozrywkowego. Jest to także drugi film, który buduje tzw. Uniwersum Potworów studia Warner Bros, w którym, jeśli wierzyć plotkom, przeciwko sobie staną King Kong i Godzilla w zapowiadanej na rok 2020 produkcji!

Oskar „Dziku Dziki

Trzeci sezon „Better Call Saul” już na starcie ma właściwy ton!

Ostatnie odcinki poprzedniego sezonu Better Call Saul były idealne z konfliktem pomiędzy Jimmym (Bob Odenkirk), a jego bratem Chuckiem, który przerodził się w prawdziwą serię ciosów poniżej pasa zakończoną przepięknym cliffhangerem. Mieliśmy także okazję dowiedzieć się co nieco o mrocznej przeszłości małomównego zazwyczaj Mike’a Ehrmantrauta i zrobić kolejny krok w stronę Breaking Bad.

Trzeci sezon kultowego już spinoffu jest (jak już wiemy lub jak za chwilę się dowiemy) tym, w którym na ekranie pojawi się ponownie Gustavo Fring, co każe przypuszczać, że Mike musiał odstąpić od swojego planu zabójstwa właśnie na skutek interwencji narkotykowego kingpina.

Jednak w pierwszym odcinku Fringa jeszcze nie zobaczymy (ma to nastąpić w drugim, jak twierdzi Variety). Będziemy za to świadkami przedziwnego epizodu z sekretnego życia Saula w Omaha – gdzie ukrywa się on przed FBI i DEA, pracując w filii Cinnabon, umiejscowionej w jednym z wielu anonimowych centrów handlowych – nie pozostawiającego złudzenia, że wciąż siedzi w nim niepokorny prawnik!

Jimmy nie może się wprawdzie wywinąć z tego co zrobił firmie swojego brata, na co Chuck ma teraz swoistego rodzaju dowód, ale próbuje przywrócić braterskie stosunki do stanu w miarę pokojowego, co prawie mu się udaje. Tymczasem Kim pokazuje swoją perfekcjonistyczną stronę w próbie udowodnienia swojej prawdziwej wartości „z trudem wygranemu” klientowi.

Sezon trzeci ma być także tym, w którym Jimmy ostatecznie dokona transformacji w Saula dzięki kreatywnym wysiłkom Petera Goulda i Vince’a Gilligana. Ten drugi powiedział Variety:

Biznesowa sztuczka polega na tym, żeby wycisnąć z historii tyle epizodów, ile się da w granicach rozsądku, ale żeby nie nadużywać gościnności. W taki sposób podeszliśmy do Breaking Bad i w taki sam sposób podchodzimy do Better Call Saul. Wraz z trzecim sezonem zdecydowanie zbliżamy się do przemiany Jimmy’ego w Saula Goodmana. A wraz z kolejnymi motywami z Breaking Bad pojawiającymi się w serialu wszystko nabiera dodatkowego tempa.

A mowa tu oczywiście o powrocie Gusa Fringa, który będzie jednak przedstawiony w nieco inny sposób. Chciałem Gusa nieco mniej doświadczonego, chciałem przedstawić jego drogę na szczyt i chciałem też pokazać jego przeszłość, w jaki sposób stał się tym kim jest – twierdzi Peter Gould.

Conradino Beb

Izrael przoduje w badaniach nad medyczną marihuaną i jest gotowy na jej eksport do innych krajów!

Laboratorium Izun oferuje wgląd w buzujący przemysł marihuanowy w Izraelu, którego wartość gwałtownie wzrosła po tym, jak rząd tego kraju dał w lutym zielone światło na rozwój uprawy, hodowli i eksportu rośliny do krajów, w których jest ona legalna. Na horyzoncie jest głównie rynek amerykański, który do 2020 ma osiągnąć wartość $20 mld.

Badania naukowe nad zastosowaniem marihuany są w Izraelu najbardziej zaawansowane na świecie głównie z tego powodu, iż pilotażoway program medyczny został tam uruchomiony już w 1996. Po ostatnich ruchach legalizacyjnych o licencję rządową ubiega się zaś obecnie 500 różnych firm.

W laboratoriach naukowych toczą się tymczasem eksperymenty, których celem jest stworzenie odmian o konkretnych profilach kannabinoidowych, pomagających w walce z rakiem, chorobą Parkinsona, bezsennością itp. Ich podstawą jest ponad 100 skrupulatnych badań naukowych, prowadzonych podług metdologii podwójnej ślepej próby, dowodzących skuteczności marihuany w zwalczaniu wielu dolegliwości.

CEO Izun, Saul Kaye, znajduje się na samym czubku tego boomu, który jego zdaniem przyciągnie w ciągu następnych pięciu lat ponad $1 mld inwestycji, co wiąże się przede wszystkim z bardzo liberalnym nastawieniem rządu izraelskiego do badań nad rośliną.

Dlaczego Izrael jest światowym liderem (w badaniach nad marihuaną – przyp. red.)? Głównym powodem jest to, iż mamy historię. Mamy najstarszy program medycznej marihuany na świecie, który został oficjalnie zapoczątkowany w 1996. Innym powodem jest szeroka akceptacja marihuany we wszystkich grupach demograficznych, ponieważ widzi się jej leczniczą rolę – mówi Kaye.

Sparaliżowany pacjent przyjmujący medyczną marihuanę

Wtóruje tej opinii szef oddziału ds. medycznej marihuany (IMCA) izraelskiego ministerstwa zdrowia Yuval Landschaft, który powiedział agencji Reutersa: Przykładowo, w Stanach Zjednoczonych używa się marihuany rekreacyjnej do celów medycznych, a to jak leczenie przeziębienia rosołem. My tworzymy antybiotyki.

W tym celu Izun stworzył CannaRx, firmę pracującą nad nowymi zastosowaniami dla marihuany, której przedstawiciel William Levine twierdzi:

Zajmujemy się identyfikacją poszczególnych części rośliny, sprawdzając które z nich są skuteczne przy danej chorobie, a następnie usprawniamy ich działanie. Konopie są niesamowitym lekarstwem roślinnym. Do tej pory zidentyfikowaliśmy bardzo silne profile kannabinoidowe, które mają zastosowanie wobec takich problemów, jak: bezsenności, ból, utrata apetytu, a także choroby Parkinsona czy innych schorzeń neurodegeneracyjnych.

Te twierdzenia nie są jednak wodą na młyn, gdyż codzienne zastosowanie konopi w medycynie demonstruje program prowadzony przez klinikę Tikun Olam w Tel Avivie, która założona 10 lat temu opiekuje się teraz 9 tys. pacjentów, w tym kilkusetnią grupą dzieci.

CEO kliniki, Tikun Olam, widzi na rynku medycznej marihuany wielki potencjał wzrostowy, mówiąc: Wierzę, że użycie wzrośnie dramatycznie. To bardzo skuteczne lekarstwo z niewielkimi skutkami ubocznymi, które już pomaga w leczeniu wielu schorzeń. Śledząc opinię publiczną, pięć lat temu była ona przeciwna zastosowaniu marihuany, nawet w przypadku pacjentów, a obecnie uważa ją ona za sprawdzony środek medyczny.

Conradino Beb

 

Źródło: The Guardian

David Simon, twórca „The Wire”, na temat kryzysu dziennikarstwa i Wojny z Narkotykami!

David Simon, 57-letni twórca kultowego serialu The Wire, a ostatnio The Deuce z Jamesem Franco, to także dziennikarz Baltimore Sun, który kilka dni temu otrzymał za swoje zawodowe osiągnięcia nagrodę im. Damona Runyona, by przy okazji objaśnić Denver Post swoje zdanie na temat kryzysu zawodowego dziennikarstwa, Wojny z Narkotykami, tegorocznych Oscarów i swoich ulubionych seriali telewizyjnych.

Jak mówi Simon: Obecnie przed upadkiem na dno ratują się (w USA – przyp. red.) tylko The Washington Post i The New York Times, ponieważ są to produkty narodowe o pewnej wiarygodności, za które każdy czuje się zobowiązany płacić.

Ale problem z niezależnym dziennikarstwem zawsze polegał na wspieraniu lokalnych gazet. Wykonują one trudną do zastąpienia pracę, ale to towar sprzedawany po promocyjnej cenie. Moja gazeta wykonuje solidną robotę, ale zostało nas w redakcji tylko 120 z około 500, więc nie opisujemy już wszystkiego tak szeroko jak kiedyś.

Nikt nie dostał tak popalić, jak dziennikarstwo. Może muzyka. Nie wytwarzamy już w tym kraju wielu rzeczy, ale wciąż produkujemy sporo idei, co zostało zaprzepaszczone.

W dalszej części wywiadu Simon przedstawia swoją opinię na temat konsumpcji i ścigania konsumpcji narkotyków w odpowiedzi na pytanie o to, czy legalizacja marihuany w Kolorado pomoże w dalszej liberalizacji prawa:

Powiedz mi, czy coś się zmieniło? Czy spożycie Oxycontinu (syntetycznego opiatu – przyp. red.) w Kolorado po legalizacji marihuany wzrosło w stosunku do innych stanów, czy też nie ma różnicy? To główny argument przeciwko legalizacji marihuany, że jest to furtka do innych środków. Mimo że 94% wszystkich pijaków na Cross Street Market, chlejących whisky, zaczynała od piwa. Ale czy piwo jest furtką?

Na pewnym poziomie 94% wszystkich morderców, którzy chwycili za broń palną, miała pewnie na koncie mandat drogowy. Czy przewinienia drogowe są jednak nieuchronnym wstępem do agresywnych zbrodni? Przez 50 czy 60 lat Wojny z Narkotykami sprzedawano nam to pokrętne twierdzenie. A ludzie o zachowaniach kompulsywnych będą walczyli z uzależnieniem niezależnie od tego, od czego zaczynali, od kawy, od piwa, czy od środków nasennych.

Pójdą tą drogą, jeśli jakiś zewnętrzny czynnik ich z niej zdecydowanie nie zawróci. Siły antymarihuanowe ignorują fakt, że miliony ludzi używają marihuany rekreacyjnie i nigdy się nie uzależnili w ten sam sposób, w jaki ludzie pijący alkohol nigdy nie zostali narkomanami. Mam więc sporo wątpliwości co do teorii progowej.

Simon potwierdza, że jego zdaniem Wojna z Narkotykami jest przede wszystkim batalią o kontrolę nad kulturą i społeczeństwem: Powodem, dla którego mamy Wojnę z Narkotykami, jest ściganie tego, czego się boimy, nie niebezpiecznych narkotyków czy środków, które wyrządzają największe szkody i tylko dlatego ścigamy marihuanę.

Z drugiej strony szafuję nieintuicyjnym argumentem przeciwko polityce Kolorado, który nie ma nic wspólnego z moimi obawami na temat marihuany. I choć jestem w tym odosobniony, postrzegam to jako polityczną konieczność: jeśli bylibyśmy w stanie odseparować marihuanę od Wojny z Narkotykami, ten kraj pozwoliłby na dysproporcjonalne ściganie i wsadzanie do więzienia ludzi o innym kolorze skóry czy białej biedoty.

W momencie, kiedy białe dzieciaki z klasy średniej mogą jarać legalnie, to jak zakończenie poboru do wojska. Nie powoływaliśmy dzieciaków należących do elit, tak więc wywoływane przez nas wojny były łatwiejsze do walczenia z armią poborową. Ale wojsko nigdy nie przywróci poboru, ponieważ obecna sytuacja daje im znacznie większe usprawiedliwienie do kontynuowania niekończących się, niszczących wszystko w proch wojen, ponieważ walczą w nich jedynie zawodowcy.

Białe dzieciaki z klasy średniej przestały protestować przeciwko wojnie w campusach, gdy przestało im grozić ryzyko poboru. Opozycja wobec Wojny z Narkotykami powinna być wszechstronna i posiadać prawdziwe zrozumienie tego, że prawo nie jest równe dla czarnych dzieciaków. Jeśli poważnie myślisz o zakończeniu tego koszmaru w całości, złym pomysłem jest prawdopodobnie postrzeganie marihuany jako problemu osobnego od metamfetaminy czy heroiny.

Simon zdradza również, że wciąż lubi telewizję, chociaż jest w swoich gustach specyficzny: Ktoś musi mi powiedzieć, czy serial zaczął się i zakończył dobrze, i tylko wtedy zacznę go oglądać. Nienawidzę oglądania czegoś, czego zakończenia nie jestem w stanie merytorycznie ocenić od strony historii, więc nie jestem dobrym konsumentem własnych produktów. Naprawdę śmieję się przy Archerze. Doceniam w nim głupawy humor… który jest po prostu zabawny.

Naprawdę trzymałem kciuki za Moonlight podczas ceremonii oscarowej, ale następnego dnia łyknąłem screener La La Land, który mnie zaczarował. Nie chodzi mi więc wcale o jakieś wielkie idee.

Źródło: The Know/Denver Post

Woody Harrelson nie imprezuje już tak jak kiedyś, przestał nawet palić trawę!

Woody Harrelson promuje obecnie swój nowy film Wilson, w którym zagrał tytułową rolę malkontenta, który przegrał swoje życie osobiste 17 lat temu, kiedy opuściła go żona, ale próbuje je naprawić zanim naprawdę będzie za późno. Przepytywany przez magazyn The Vulture aktor zdradził przy okazji kilka szczegółów z życia osobistego.

Jak słyszymy z ust Woody’ego: Ludzie myślą, że jestem duszą towarzystwa, którą… jestem duszą towarzystwa. Ale to tylko jedna strona medalu. Jestem duszą towarzystwa. Ale z dugiej strony nie… jestem obecnie bardzo powściągliwy… od prawie roku nie palę nawet trawy.

Zapytany co było powodem tej decyzji, Woody odpowiada, że „30 lat kurewsko grubego imprezowania zrobiło swoje”.

Poproszony o wyjaśnienie, w jaki sposób powstrzymuje się przed powrotem do nawyku, aktor mówi: No na przykład wczoraj w nocy ktoś miał nie tylko dobre zioło, ale sativę, naprawdę dobrą sativę. Więc jest joint, pięknie skręcony joint. A ja lubię pięknie skręcone jointy… więc myślę sobie, że nie paliłem już tak długo, ale byłoby dziwnie porwać się na jedną chmurę i szybko wrócić do palenia dużych ilości non stop… ale nie mam żadnego problemu z paleniem. Sądzę, że to wspaniałe. To wspaniały drag, jeśli chodzi o… nawet psy mówią, że efektem ubocznym jest euforia. Czy… jak tam to nazywasz?

Dalej aktor przyznaje jednak: Efektem jest euforia. Ale kiedy używasz go cały czas, staje się to… wiesz o czym mówię. Czuję się, jakby ograniczało mnie to emocjonalnie (…) Wciąż piję, ale próbuję też ograniczyć picie.

Trailer do „Wilsona”

Źródło: The Vulture

Faza wegetatywna konopi dla początkujących

Poprzez wzrost wegetatywny u roślin rozumie się różnicowanie (czyli stopniową zmianę ekspresji komórek, która jest zaprogramowana genetycznie) i wzrost łodyg oraz liści. Konopie nie odbiegają w tym względzie od innych roślin, rozwijając w fazie wegetatywnej system korzeniowy, liściowy i łodygi, co zapewnia podstawy pod zdrowe kwitnienie, które kończy cykl życiowy rośliny, jeśli nie dokonamy rewegetacji.

Faza wegetatywna jest bardzo istotna dla konopi, gdyż w tym czasie roślina przyzwyczaja się do klimatu (temperatury i wilgotności powietrza), medium, w którym zapuszcza korzenie, a także poziomu dwutlenku węgla i składników odżywczych. To wszystko będzie miało później znaczenie w fazie kwitnienia, w której roślina zacznie produkować kwiatostany.

Faza wegetatywna u konopi może być dowolnie wydłużana i skracana, a indoor nawet pomijana poprzez stosowanie fotoperiodu stymulującego kwitnienie od wyjścia nasiona z gleby, co nie znaczy jednak że roślina od razu zacznie kwitnąć, gdyż by osiągnąć dojrzałość płciową musi i tak przejść ZAPROGRAMOWANĄ GENETYCZNIE wegetację, która trwa minimalnie 3-4 tygodnie.

Konopie są w fazie wegetatywnej rośliną raczej mało wymagającą, choć nie jest to już niestety reguła ze względu na zalew rynku hybrydami, które wyhodowane zostały (bardzo często nieświadomie) z dużymi wymaganiami w stosunku do warunków uprawy, czego należy być świadomym.

W pierwszym tygodniu po wyjściu z ziemi konopie rosną głównie dzięki liścieniowi, który stanowi źródło wszystkich składników odżywczych na czas rozwoju korzenia, formującego się przynajmniej przez kilka dni zanim będzie on w stanie efektywnie wychwytywać cokolwiek z gleby. Z tego powodu w pierwszym tygodniu wzbronione jest absolutnie podawanie jakichkolwiek nawozów, odżywek czy innych preparatów stymulujących wzrost!

W tym samym okresie ważne jest obfite zraszanie roślin oraz podłoża czystą wodą z samego rana spryskiwaczem i pilnowanie, żeby donica była cały czas lekko wilgotna. PODLEWANIE NALEŻY ZACZĄĆ JEDNAK NIE WCZEŚNIEJ NIŻ PO TYGODNIU OD WYJŚCIA Z ZIEMI, A WILGOTNA DONICA NIE ZNACZY TONĄCA W WODZIE. 

Wyjątek stanowią temperatury powyżej 30°C w słońcu na zewnątrz, kiedy młoda roślina jest narażona na śmierć z wysuszenia, a więc należy zapewnić stały dostęp wody w ramach zdrowego rozsądku.

Konopie zaczynają zazwyczaj pobierać składniki z gleby, gdy dojrzałość osiągnie pierwszy poziom liści. W tym okresie roślina szuka przede wszystkim fosforu, wapnia i magnezu do wzmocnienia korzenia i łodygi, co zmienia się jednak wraz z przyrostem kolejnych liści, kiedy coraz większą rolę zaczyna odgrywać fotosynteza, do której niezbędny jest chlorofil, a którego podstawowym budulcem jest azot.

Młoda konopia z liścieniem i pierwszym poziomem liści

Azot jest przez konopie pobierany w dwóch formach: amoniaku i azotynów. Ta druga jest formą anionową (posiadającą ładunek ujemny), preferowaną w fazie wegetatywnej, pobieraną wraz z wodą.

Azot odpowiada za szybki przyrost liści i łodyg, a więc zapewnia dynamiczny wzrost wertykalny rośliny, jednak w zbyt dużym stężeniu wywołuje efekty niepożądane takie jak: wiotkość łodyg, zastopowanie wzrostu korzenia, a także ciemnienie i skręcanie lub zginanie się liści, co jest oznaką zablokowania przyswajania innych składników odżywczych.

Zbyt dużo azotu wywołuje kolosalny stres u konopi, który bardzo trudno jest naprawić. Anionów azotynowych można wprawdzie stopniowo pozbyć się z gleby stosując płukanie (tzw. flush), co jednak wywołuje kolejny stres wywołany brakiem stabilności pokarmowej i zabijaniem mikroflory bakteryjnej. To w następstwie może spowodować gnicie korzenia, żółknięcie i zrzucanie listowia, a nawet śmierć rośliny.

Wczesna faza nadmiaru azotu u konopi

Rzadszym problemem u konopi jest brak azotu, który objawia się stopniowym żółknięciem dolnego listowia, które ostatecznie usycha z tego powodu, iż roślina transportuje ten związek na bieżąco do młodych liści, które stają się głównym źródłem fotosyntezy. Prawdziwym problemem jest żółknięcie, które przesuwa się z dolnych części rośliny do środkowych, co oznacza iż niedobór azotu jest zaawansowany.

Jako że azot jest jednak związkiem bardzo mobilnym w glebie, jego brak może być szybko naprawiony poprzez podanie odpowiedniego nawozu. W uprawie organicznej preparatem bezpiecznym ze względu na niską zawartość, ale wysoką przyswajalność związku, jest przykładowo kompost lub wermikompost, czyli popularny biohumus, który stosować można również w formie herbatki. „Azotowym sterydem” jest z kolei wysuszona krew (bloodmeal).

Azot odgrywa niezwykle ważną rolę zarówno w fazie wegetatywnej, jak i w fazie kwitnienia, ale należy pamiętać, że należy do nawozów azotowych podchodzić bardzo ostrożnie, gdyż jeśli medium (szczególnie podłoże komercyjne, często na bazie torfu, które zostało nawożone) zawiera dostateczną ilość tego składnika, dodatkowe nawożenie może szybko doprowadzić do toksycznej koncentracji, która wywołuje ww. efekty uboczne. W wypadku niepewności co do składu medium, grower powinien stosować max. 1/3 sugerowanej dawki nawozu raz na jakiś czas i obserwować na bieżąco reakcję rośliny.

Uschnięte liście prezentujące klasyczny niedobór azotu

Faza wegetatywna to także okres, w którym stymulować wzrost można zapewniając optymalną temperaturę i wilgotność powietrza (przynajmniej indoor), które w przypadku indik/hybryd powinny oscylować w granicy 50-55% przy temperaturze 25-28°C, a 60-70% przy temperaturze 25-30°C dla sativ/hybryd. Przy wyższych temperaturach wskazane jest zapewnienie stałego dopływu dwutlenku węgla – konopie tolerują stężenie dochodzące do 500 ppm – który skutecznie pomaga w fotosyntezie.

Inną ważną kwestią jest w fazie wegetatywnej stosowanie tzw. suchego/mokrego cyklu, czyli czekanie z podlewaniem aż gleba całkowicie się wysuszy, co można łatwo sprawdzić wbijając patyczek lub pałeczkę głęboko w ziemię. Jeśli patyczek jest suchy, to podlewamy, a jeśli jest wilgotny, to czekamy kolejny dzień. Mokry/suchy cykl pozwala konopiom szybciej i skuteczniej rozwijać korzenie, które wnikają głęboko w ziemię tylko wtedy, gdy brakuje w niej wody, jest to więc swoisty trening.

Konopia po przycięciu stożka wzrostu

W fazie wegetatywnej rozpocząć można także trening nadziemnej części rośliny. Podstawowym jest tzw. topping, czyli przycięcie stożka wzrostu, co sprawia że roślina rozwija dwie równoległe łodygi, które następnie można rozciągać na boki, stosując LST (low stress training), by zwiększyć produkcję poprzez wzrost horyzontalny.

Pokrewną techniką jest FIM, który prowadzi do wzrostu czterech łodyg. Innymi są lollipopping (pozbywanie się dolnego i środkowego listowia) oraz super cropping (miażdżenie wewnętrznej części łodygi), które stosuje się tuż przed rozpoczęciem kwitnienia – obydwie sugerowane jedynie doświadczonym growerom.

Conradino Beb

Medyczna marihuana może zostać zalegalizowana na Filipinach po tym jak przywrócono karę śmierci za łamanie prawa antynarkotykowego!

Dzień po tym jak filipiński parlament przywrócił karę śmierci za ciężkie przestępstwa narkotykowe, komisja ds. zdrowia zaaprobowała projekt legalizacji medycznej marihuany. Autorzy projektu zwracają uwagę, że legalizacja pomoże tysiącom pacjentów cierpiącym na ciężkie schorzenia, którzy będą mogli skorzystać z leczniczych właściwości rośliny. Projekt ustawy popiera sam prezydent Rodrigo Duterte, którego prywatna Wojna z Narkotykami przyniosła do tej pory 7 tys. ofiar.

Projekt ustawy przewiduje stworzenie systemu identyfikacji chorych, zakładanie marihuanowych centrów opieki, a także szkolenie lekarzy i terapeutów w korzystaniu z marihuany. Projekt oprócz sejmowej komisj ds. zdrowia ma poparcie Filipińskiego Stowarzyszenia Walki z Rakiem.

Inicjatywa, co ciekawe, cieszy się również dużym poparciem walczącego bez pardonu z narkotykami prezydenta Rodriga Duterte, który dał policji przyzwolenie do mordowania dilerów i użytkowników narkotyków bez sądu, a często nawet bez żadnych dowodów, na ulicy, w barach czy w mieszkaniach.

Promotor projektu, poseł Seth Jalosjos powiedział: Pokładam wielkie nadzieje w administracji Duterte na przegłosowanie tego projektu. W końcu mamy nadzieję dla naszych ludzi, szczególnie dzieci, którzy cierpią z powodu wielu dolegliwości takich jak rak czy stwardnienie rozsiane. W przeciwieństwie do wielu lekarzy, prezydent Duterte ma otwarty umysł w sprawie medycznej marihuany.

Faktem jest, że tu „otwarty umysł” Duterte się kończy, gdyż polityk nie ma już tego samego zdania o używaniu marihuany w celach rekreacyjnych, które absolutnie potępia. Tak dla medycznej marihuany, ponieważ jest to teraz składnik współczesnej medycyny. Obecnie pracuje się nad lekarstwami lub są one już obecne na rynku, które mają w składzie marihuanę – powiedział Duterte zanim został prezydentem.

Jednak już po objęciu urzędu oświadczył: Nigdy nie pozwolę na palenie jej jak papierosów. Pozostaje ona środkiem zabronionym i zawsze grozi ci aresztowanie. Jeśli będziesz walczył z organami ścigania, zginiesz. Faktycznie, po tym jak nowe prawo antynarkotykowe wejdzie w życie, posiadanie marihuany na użytek rekreacyjny będzie karane dożywotnim więzieniem.

Tymczasem pomysłodawczyni ustawy, Isabela Rep. Rodito Albano zachęca flipińskie społeczeństwo do otwarcia się na roślinę i odrzucenia antymarihuanowej propagandy, która zasiała w nim ziarno niepewności. Odrzuć swój strach przed nieznanym – powiedziała posłanka, stwierdzając ponadto, że „marihuana nie jest szkodliwa tak jak tytoń czy alkohol”.

Źródło: Asian Correspondent

"Nigdy nie było dla mnie wystarczająco dziwnie." – Hunter S. Thompson