Śmierć w świetle reflektorów – odlotowe zanurzenie Timothy Leary’ego

timothy_leary_1967
Timothy Leary w parku Golden Gate / 1967

 

„To chyba najgorsze miejsce w domu, żeby je tu zostawić”, Tim warczy na piękną, młodą asystentkę, która oczyszcza mu drogę ze stosu kaset video, kiedy nadjeżdża w swoim elektrycznym wózku. Wtem zatrzymuje się na chwilę. „A w ogóle, co to za filmy?” „Dead Man Walking, Nixon, Babe, kilka dokumentalnych…”, fioletowo-włosa dziewczyna odczytuje etykiety na kasetach. „Wiesz, dała mi je Susan”, mówi Leary mówiąc o swojej długoletniej przyjaciółce, Susan Sarandon, która szmugluje mu specjalne, promocyjne taśmy nadsyłane Członkom Akademii. „Bierz co chcesz. Wszystkie już widziałem.” Gapi się na napis umieszczony na jednej z kaset odpływając w głębokie rejony umysłu.

„Jest tu Oliver Stone”, przypomina mu asystentka, „Na tylnym ganku.” „Wiem to!”, mówi Tim, jak gdyby nie dbał o to kim jest ta osoba. „Więc chodźmy.”

Jego zabandażowana dłoń (krwawiące, rakowe ropienie) zręcznie manipuluje przy joysticku sterującym wózkiem sprawiając, że Leary zaczyna pędzić przez oświetlone stroboskopowym światłem sypialniane wejście w głąb blado-niebieskich korytarzy w pasy ze sztucznego futra, które prowadzą do reszty wynajętego przez Leary’ego domu w Beverly Hills.

Obrazy zbyt liczne aby je powiesić leżą na podłodze, podczas gdy plastik, lustra i białe płótna pokrywają każdą pozostałą powierzchnię, nawet okna. Dom jest żarowiastą katakumbą. Tim rozbija się o obraz podpisany Kenny Sharf i zatrzymuje się ponownie na moment. „Czy Kenny przyjdzie w tym tygodniu? Musimy się upewnić, że to gdzieś zawiśnie! W jakimś miłym miejscu.” Tim lubi kiedy odwiedzający go artyści widzą na ścianach samych siebie.

Znowu zaczyna się martwić i powoli sięga ku przełącznikowi światła, ruch wywołuje w nim grymas, ale jest zdecydowany go wykonać i ostrożnie przełącza przycisk w jedną i drugą stronę czekając na odpowiedź światła. Nic.

„Idź znaleźć świetlówkę.” „Skończyły się”, odpowiada asystentka głupio ściskając mały, srebrny krążek w pępku. „Dostaniemy ich więcej jutro.” „W porządku”, mówi Tim prawie przejeżdżając dziewczynie stopę kołem swojego wózka, wytaczając się w kierunku słonecznego, dużego pokoju. „Cześć cześć cześć!”, krzyczy do zebranych gości.

Dyrektor filmowy i dwie gwiazdy, kilku starych kumpli z Harvardu, muzyk rockowy i trzech dziennikarzy prasowych czekający na wywiad na łożu śmierci, wszyscy siedzą w pokoju łamiąc lody, pijąc wino Leary’ego, paląc jego zioło lub trzymając coś, co chcą żeby Leary podpisał czy wylegitymizował w inny sposób. Wszyscy prócz Stone’a i psychedelicznych ekspertów z Bay Area – którzy pogrążeni są w głębokiej konwersacji na temat cracku w skrytce limuzyny Kennedy’ego – przerywają swoje zajęcia i zwracają się ku Leary’emu, klejnotowi koronnemu upadającego, psychedelicznego imperium.

Obcy w domu pierwszy wita Leary’ego. Młody człowiek klęka i poddańczo wymawia sylaby. „Cześć Timothy”, mówi, „Jak się masz?” „Umieram”, odpowiada bez pauzy Leary. „Jak myślisz, że się mam?”

Timothy Leary ćwiczył swoją śmierć przez 30 lat. Jako długoletni wielbiciel i osobisty przyjaciel Leary’ego od 10 lat, byłem jednak przestraszony i zniesmaczony cyrkiem towarzyszącym mu w jego ostatniej podróży. Dla człowieka, który wymyślił koncepcję „nastawienia i otoczenia” („set and setting”) jako kluczowych prognostykatorów jakości sesji psychedelicznej, Tim stworzył dla swojego ostatniego lotu środowisko i nastawienie umysłu, które było jednocześnie inspirujące i przerażające.

Leary zawsze postrzegał środki psychedeliczne jako praktykę nastawioną na końcowy proces zamierania, który reszta z nas nazywa śmiercią. Jedna z jego pierwszych książek na temat LSD, The Psychedelic Experience jest adaptacją starożytnej „Tybetańskiej Księgi Umarłych”, którą Leary i jego koledzy z Harvardu uważali nie tylko za przewodnik ku ostatniemu wyjściu, w życie po śmierci, ale za jazdę próbną tej podróży doświadczaną po LSD.

Leary zaczął swój akt umierania jako kontynuację trwającego przez całe życie pokazu scenicznego – potwierdzenie jego diabelskiego sprzeciwu wobec bezużytecznych norm społecznych, od obrony użytkowników dragów do prześladowania palaczy.

Jako naukę ze swojego, nie dającego się operować raka prostaty, wyciągnął świadomość bycia ciosem w centrum następnego, wielkiego tabu: umierania.

I ponownie, zgodnie ze swoim charakterem, nie miał zamiaru poddawać się lękowi i wstydowi, z którymi we współczesnych czasach utożsamiamy śmierć. Nie, to miała być impreza. Święto. Nasz znawca mediów i kulturowy renegat zamierzał korzystać z tego przez każdą chwilę czasu antenowego i każdą kolumnę w gazecie, jaką to było warte. Timothy Leary, Najwyższy Kapłan LSD i Mistrz Cyberprzestrzeni wrócił.

Najpierw było 75. i Ostatnie Przyjęcie Urodzinowe w listopadzie „95, na którym Timothy i około 500 najbliższych znajomych – od Tony’ego Curtisa i Lizy Minelli do Perry’ego Farrela i Yoko Ono – konsumowało szampana, podtlenek azotu i gigantyczny tort urodzinowy starannie zaprojektowany na wzór blotterowej sztuki kwasowej z lat „60 w mozaikę głowy Leary’ego.

Najpierw go podziwialiśmy, a następnie zjedliśmy; całą przyjemność zawdzięczamy szczodremu budżetowi na wyżywienie dyrektora filmowego, Tony’ego Scotta. Kiedy nad zadowolonych wzeszło następnego dnia słońce, podstawieni pracownicy zburzyli nad nami ostatnie pozostałości domu Sharon Tate, w którym rodzina Charliego Mansona wyprawiła sobie przyjęcie z zupełnie innej bajki nadając wizji psychedelicznej przyszłości Ameryki Leary’ego o wiele bardziej mroczny, medialny rozgłos.

Potem była strona IT – www.leary.com – Tutanchamon w cyberprzestrzeni. Myśli, teksty i zdjęcia z życia Timothy’ego wrzucone na wieczność do infosfery. Kolejna, wspaniała rzecz dla mikroczipowej świadomości; strona internetowa została zaprojektowana tak aby mogła żyć długo po jego śmierci wciąż się rozrastając, podczas gdy niezwykłe, liczące tysiące kartonów archiwum Leary’ego będzie skanowane i kompresowane cyfrowo, a odwiedzający stronę poświęcać mu będą eseje czy rozmawiać w czat pokojach. Dla wypromowania umierającej polityki, Leary wystawił listę swojego dziennego spożycia dragów, zarówno legalnych i nielegalnych, jak również stan swojej choroby.

Wkrótce pojawiła się za tym propozycja napisania książki (dla której służę jako agent literacki). Design for Dying zostanie opublikowana na wiosnę przez HarperCollins. W książce tej Leary spiera się o przejęcie dowodzenia nad swoim własnym procesem śmierci, od krionicznego zamrożenia mózgu do samobójstwa przy asyście.

Szczegółowy appendix daje czytelnikowi szansę na skalkulowanie swojej „Jakości Punktów z Kart Życia”, tak aby lepiej mógł ocenić swoje pragnienie pozostania żywym po utracie różnych fizycznych, mentalnych i społecznych umiejętności. David Prince, szybko pnący się w górę dziennikarz i promotor rave z Chicago, został zaproszony do współpracy przy książce opartej na rozległych szkicach Leary’ego i długich, robionych późną nocą wywiadach z nim.

Najważniejszym i najbardziej kontrowersyjnym wydarzeniem była decyzja Leary’ego o tym, w jaki sposób postanowił zainicjować własną śmierć: poprzez świadome samobójstwo, które będzie transmitowane w sieci na żywo, tak aby dotarło do każdego świadka, program WidzęCiebieWidziszMnie. „Uczyniłby” w ten sposób śmierć taką, jak czynił inne rzeczy: publicznie i w wielkim stylu. Bez strachu i bez przeprosin.

Oficjalne media szybko podchwyciły ten spektakl. Razem z Kervokianem, który wciąż trzymał w garści główne nagłówki w Michigan, zaprojektowana śmierć stała się gorącym punktem. Tuziny z sieci programów informacyjnych, narodowych gazet i magazynów poczęły się ścigać o przedśmiertne rozmowy z Learym. Wozy transmisyjne były parkowane na podjeździe o wiele częściej niż nie, a dziennikarze wypełniali duży pokój w oczekiwaniu na swoje 15 minut Pytań i Odpowiedzi. Dokumentarzyści faksowali kontrakty na wyłączność praw do filmu z momentu śmierci. Leary był zbyt-szczęśliwy aby protestować. Do czasu.

„Jest prawie jak w Millbrook”, mówi mi Rosemary Woodruff – trzecia ex-żona Tima, obierając ziemniaki w kuchni. A powinna wiedzieć. Będąc członkiem podmiejskiej, nowojorskiej, kwasowej komuny Leary’ego w latach „60, Rosemary spędziła parę lat na wygnaniu z Timothym, po tym jak pomogła mu w ucieczce z więzienia, a potem przez wiele lat bunkrowała się w podziemiu, w Stanach Zjednoczonych. Jak na ironię, nawet wtedy gdy Tim został uwolniony ze swoich zarzutów, wyrok na Rosemary utrzymano w mocy.

Rosemary znała Tima w okresie szczytu jego popularności i dna jego niesławy. Mimo, że zapłaciła drogo za transgresje Tima przeciwko państwu, wydaje się że spokój niesławy był lepszy niż zoo popularności. Para nigdy nie była samotna – nawet wtedy gdy obozowali razem w lasach w pobliżu posiadłości Millbrook, zwolennicy Tima przychodzili do ich namiotu w środku nocy aby powalczyć z Wielkim. Rosemary zbierała drewno na ognisko i gotowała dla zdumionych gości.

Z trudem to wtedy tolerowała i teraz też nie zamierza tego tolerować. Krzyczy spoglądając na scenę z tłumem w dużym pokoju, następnie decyduje się wyjść i zostać w cichym łóżku jedząc śniadanie do północy, zaledwie jeden dzień po przyjeździe tutaj.

Na tylnym tarasie, z którego panoramicznie widać smog nad Los Angeles, hippisowscy pomocnicy Leary’ego – pół tuzina młodych artystów i komputerowych maniaków pozostających na jego usługi dzień i noc – ustawiają kamerę video aby nagrać jego interakcje z Oliverem Stonem. Ale młody człowiek, który niezręcznie przedstawił się Leary’emu jest tak nieznośnie uparty, że Tim decyduje się najpierw skończyć z nim aby już mieć to za sobą.

Chłopak opowiada przekręconą opowiastkę o swoim ojcu, który był studentem piątego roku na Harvardzie kiedy Leary prowadził swoje sesje z LSD. Student był wielkim przeciwnikiem używania psychedelików i kiedy zabłąkał się na jedno z nieoficjalnych, poza kampusowych przyjęć Leary’ego, był wstrząśnięty jego przebiegiem.

„I co z tego?”, odpowiada podrażniony Leary. „Dlaczego mówisz mi to właśnie teraz? Ja to wszystko wiem.” Leary niecierpliwie wyciąga chłopakowi wniosek z tej historii. Leary ma większe rybki do smażenia. „Mój ojciec poszedł do swojego terapeuty”, wyjaśnia chłopak, „i powiedział mu co zobaczył oraz jak go to przybiło. I to terapeuta, a nie ojciec poszedł na wydział i powiedział im o imprezie i o dragach.”

Leary mógł dbać mniej o uspokojenie sumienia podżegacza sprzed 30 lat, szczególnie że przed chłopcem przeminęła już jedna generacja. Długi list, który ojciec chłopaka przysłał Timowi wyjaśniając w nim swoją winę spoczywał nie przeczytany na imitacji jadalnianego stołu obiadowego Keitha Haringa przez przeszło dwa tygodnie.

„W porządku”, mówi Leary, odsyłając interesanta i zwracając się ku Stone’owi aby przejść do prawdziwego wydarzenia popołudnia. „Oliver”, woła przez krąg ogrodowych krzeseł. Stone pogrążony jest w następnej, głębokiej konwersacji o efektach i możliwościach DMT – krótko działającego środka psychedelicznego wywołującego jazdę o epickich proporcjach – i nie odpowiada na pierwsze zawołanie. „Oliver”, ponawia Leary trochę głośniej wręczając do napełnienia białym winem swój kieliszek. (Kieliszki z nóżką zostały w domu zakazane, ponieważ zbyt łatwo się przewracają.)

Stone w końcu odwraca się ku Leary’emu uśmiechając się. Siła całego przemysłu rozrywkowego wydaje się siedzieć na jego krześle razem z nim. Autobiografia Tima, Flashbacks, została uwzględniona przez Interscope kilka razy, a częste wizyty Stone’a w domu mogą zwiastować jego zainteresowanie podjęciem się jej reżyserowania – dając w końcu projektowi „zielone światło”. Tim nie jest pewien czy chce zostać zapamiętany jako kolejna ikona Stone’a, ale po tym jak Larry Flynt rozpłynął się wczoraj w zachwycie nad tym jak dobrą robotę wykonał Oliver produkując jego biograficzny film, Tim zapalił się do tego pomysłu.

„Co mogę dla ciebie zrobić, Tim?”, pyta uprzejmie Stone. Jego twarz jest jasno-czerwona od słonecznego żaru ostro kontrastując ze śnieżno-białą, morską falą. Tim nie owija w bawełnę. Nie spał dobrze ostatniej nocy i zużył sporo energii ubierając się, wsiadając na wózek, zbierając poklask i wyjeżdżając na ganek. Tim jest dość pewien, że Stone jest tu zawrzeć umowę, tak więc przystępuje do rozgrywki.

„Czy jesteś zainteresowany zrobieniem o mnie filmu?”, bez ogródek pyta Leary. Jest nas na tarasie przynajmniej tuzin i wszyscy zamieramy w napięciu. Jesteśmy świadkami transakcji i obydwoje ją zawierających o tym wie. „Co?”, odpowiada Stone. Gra na zwłokę, jak sądzę. Musiał zrozumieć co Leary ma na myśli. Tim powtarza buńczucznie . „Czy jesteś zainteresowany zrobieniem filmu o moim życiu lub na podstawie jednej z moich książek?” Innymi słowy odezwij się albo zamknij. „Znaczy w tej chwili? Nie.”, odpowiada Stone. „Nie rozważam zrobienia tego teraz.” „Więc w takim razie dlaczego tu jesteś? Czy chcesz czegoś?” „Nie, Tim.”, mówi Stone. „Jestem tu aby cię odwiedzić. Jedynie jako przyjaciel.” „W takim razie dobrze”, odpowiada Tim bez sekundy wahania. „Nie chcę żeby ktokolwiek robił taki film.” Wszyscy jesteśmy zszokowani. Tim rozmawiał o tym od tygodni. Zrobił nawet wywiad o filmie dla „LA Times”. Wtedy mnie to uderza. Jak inaczej mógłby odpowiedzieć zachowując twarz? „Naprawdę?”, Stone próbuje dowiedzieć się czegoś więcej, a być może nie powinien. „Dlaczego nie? Nie chcę go teraz.”

Po minucie takiej małej pogawędki Leary znika z tarasu we wnętrzu domu i wynurza się z powrotem. Właściciel małej kompanii literackiej daje Leary’emu do podpisania parę tuzinów ponownie wydrukowanych dzieł. Każdy podpis sprawi, że cena towaru wzrośnie. Podpisując każdą książkę Tim pyta z nadzieją „Dla kogo jest ta?” aby zostać za każdym razem upomnianym, że po prostu powinien ją podpisać swoim nazwiskiem. To interes, a nie sprawa osobista.

Zanim Stone opuści dom wraz ze swoją ekipą, zdobywa numer kogoś z dojściami do egzotycznych psychotropów i oddaje swój własny numer do fotografa sprzedającego dla celów charytatywnych portrety Tima. Uczciwa wymiana.

Później, tego samego popołudnia, większość nieznajomych już odeszła i Tim zostaje ze swoimi lojalnymi asystentami – adeptami Uczelni Leary’ego – przedzierając się przez pudła fotografii, podpisując tył każdego z nich i identyfikując przedmioty. Wygląda to tak, jakby chciał wypełnić swój mózg obrazami własnego życia – załadować swoje neuronalne czipy RAM aby w momencie śmierci móc zabrać to wszystko ze sobą na drugą stronę.

„Kto to?”, pyta piękna blondynka z satynową uzdą. Pokazuje Timowi zdjęcie mężczyzny w dziwnym mundurze trzymającego drinka. „To kapitan Al. Hubbard”, odpowiada Tim wpatrując się w zdjęcie. „Kim był?”, pyta ktoś inny. „On, hmm”, Tim próbuje odtwarzać ze swojego neuronowego dysku twardego, „ukradł całe LSD z CIA i oddał je nam w San Francisco.” Cofa się pamięcią jeszcze dalej. „Pamiętam, że miał odznaki szeryfów ze wszystkich okręgów i immunitet dyplomatyczny. Dziwny gość.”

Te ciche chwile są najlepszą porą – inną niż 4 rano w jego sypialni – aby wydostać to co naprawdę dzieje się w głowie umierającego. Czekam na chwilę przerwy aby przejść do delikatniejszej kwestii.

„Co miałeś na myśli”, pytam w końcu, „kiedy powiedziałeś Oliverowi, że nie chcesz żeby ktokolwiek kręcił ten film?” Tim nie odpowiada. Przystopowuję. „Wciąż kręcił się w pobliżu tak jakby chciał go nakręcić”, sugeruję. „Powiedziałem mu, że tego nie chcę i naprawdę tak myślałem”, odpowiada Tim. ‚ale co jeśli przyszedłby z walizką wypełnioną $100.000 i powiedział „Masz, zróbmy ten film.” „Hmm”, odpowiada Tim, „po pierwsze, to się nie dzieje ot tak. Byłoby to o wiele bardziej skomplikowane.” ‚ale powiedziałeś, że tego nie chcesz.” „Niczego nie chcę”, Tim przeszywa mnie spojrzeniem. On tu wciąż jest, w porządku. „To wszystko, co miałem na myśli. Nie chcę. Nie prosiłem go o zrobienie czegoś, bo tego chcę.” Po dalszych kilku minutach gapienia się w zdjęcie Timothy wraca do swojej sypialni aby popracować nad malowanymi piórkiem słownymi obrazami razem z artystą-fotografem z Los Angeles, Deanem Chamberlainem. Te szkice są chyba jedyną twórczą działalnością, którą Tim ma cierpliwość kontynuować i zgodnie z platynowym-blond artystą do tego go ośmielającym, mogą być kiedyś warte fortunę. Jeśli jednak nie, ich wykonywanie dostarcza Timowi chociaż trochę prywatności.

Cala reszta spędza popołudnie dekorując aparat, który ludzie z CryoCare przywieźli ze sobą aby przetoczyć do niego krew Timothy’ego w momencie śmierci jako przygotowanie do zamrożenia jego mózgu. To naprawdę mroczny sprzęt: wielkie, plastikowe tuby i butle do trzymania krwi, tlen do jej chłodzenia, wiadra, igły, kroplówki, oświetlenie, a w centrum tego wszystkiego aluminiowa komora, w której spocznie ciało.

W międzyczasie artyści i projektanci strony internetowej już skończyli, sprzęt został przemieniony w pogańską świątynię Timothy’ego. Komora została wypełniona rzeczami, których Tim mógł pragnąć po drugiej stronie, takimi jak wino, trawa, bong, tylenol, balony na podltenek, poezja Allena Ginsberga, książka Williama Burroughsa, zdjęcia przyjaciół Tima i szybkie żarcie. Tam gdzie spocznie Tim, leży teraz błyszczący, oświetlony manekin z maską Yody przyczepioną do głowy. Światła zostały pożelowane na niebiesko i czerwono, a sznury paciorków wiszą wszędzie dookoła. Zdjęcie Tima udekorowane kwiatami mieści się w środku całej instalacji.

Zamiast tego powinni pewnie pracować teraz nad stroną internetową. Pomimo prawie rocznego wysiłku, cztery z pięciorga dzieciaków przypisanych do projektu Leary.com zrobiły zdumiewająco mało. Szkielet strony jest genialny – wycieczka przez prawdziwy dom Leary’ego, gdzie klikanie na drzwi wprowadza cię do różnych pokojów. Ale jak dotąd, pokoje wciąż są puste. Każda okładka książki i gabinet, mimo że starannie opatrzone napisem ‚archiwum” czy „niepublikowane prace” prowadzi cię tylko do pustej strony przepraszając za „bycie w trakcie tworzenia”.

Starsi przyjaciele i sponsorzy Tima – w większości odwiedzający na pół etatu – skarżyli się od tygodni, że dzieciaki, choć słodkie do głębi i oddane dobrobytowi Tima, są tylko obibokami. Sponsorzy wypominają, że Tim dał tym dzieciom miesięczną pensję i że pieniądze, które mu „pożyczyli” przez te wszystkie lata zaczynają wyciekać szybciej niż na siebie zarabiać.

Dlaczego nie widzą tego, że te dzieciaki są z Timem 7 dni w tygodniu, 24 h na dobę zmieniając mu podomki, odpowiadając na jego zachcianki i wkraczając do akcji kiedy tylko zakrzyczy „Halo???!!!”, jedynie po to by znaleźć go przewróconego, krwawiącego i zdezorientowanego. Jeśli wygląda na to, że siedzą sobie tylko opowiadając bzdury i paląc papierosy, to dlatego że są do głębi wstrząśnięci. Te dzieciaki są razem z Timem w jego nasiąkniętej krwią i szczynami, powoli przegrywanej bitwy ze śmiercią. A kiedy właśnie potrzebują swojego mentora najbardziej – aby wytłumaczył im jak sobie z tym wszystkim radzić – on powoli blaknie. To traumatyczne przeżycie.

W międzyczasie dzieciaki obserwują każdego z weekendowych gości Tima ze zmartwionym wzrokiem. Każdy ma do Tima jakiś „interes” i nikomu nie można ufać. W większości przypadków jest to usprawiedliwione – rekiny nachodzą dom każdego dnia – ale czasem jest to czysty refleks. Danny Goldberg, osławiony dzięki Gold Mountain (Nirvana), długoletni filar kariery Timothy’ego, nakłaniał Tima aby ten zgodził się na wydanie albumu w jego hołdzie. Wierzy, że może nakłonić gwiazdy tj. Madonna do nagrania piosenek z użyciem wielu jego tekstów lub sampli z głosem. Ale dzieciaki z domu także mają pomysł na wypuszczenie swojego własnego albumu w hołdzie, na którym zagraliby mniej znani, ale za to o wiele bardziej „fajni” artyści.

Oglądają dokładnie kontrakt Goldberga po tym jak opuszcza dom protestując przeciwko niektórym z punktów i drobnym wymuszeniom – częściowo bez zainteresowania bogactwem Tima, ale tak samo zainteresowani konkurencją, którą ta umowa mogłaby stworzyć dla ich własnego projektu. Jakkolwiek próbują szczerze oddzielić swoje własne interesy od interesów Timothy’ego, konflikt jest nieunikniony. Tim jest dla nich zarówno największym przyjacielem na tym świecie i najlepszym stopniem do osobistego rozwoju i dobrej kariery. Miłość zmieszana z aspiracjami i strachem, zmieszana z winą.

Nikt z nas w domu nie jest w stanie sprawdzić wielkiego, miesięcznego kalendarza na ścianie aby dokładnie zanotować jaka sława zamierza się kiedy pokazać. Ram Dasss i Ralph Metzner w sobotę po południu przyciągają właśnie rozwijających się psychedelicznych naukowców, podczas gdy Larry Flynt zachęca zaczynającego pracować w zawodzie dziennikarza. Wszyscy widzimy nazwiska Winony Ryder i Williama Burroughsa, mimo że ten drugi nie przybędzie aż do połowy kwietnia, co okaże się datą zbyt późną.

Jeszcze gorszy los spotka archiwa. Co stanie się kiedy Tim umrze? Czy archiwa zostaną sprzedane Stanford? Czy goście z IRS – którzy zgodzili się zostawić posiadłość Tima w spokoju aż do jego śmierci – wskoczą i zabiorą wszystko? Czy wytwórnia filmowa ma do nich prawa? Gdzie jest ten kontrakt? Co z prawami elektronicznymi?

Tim nie jest w stanie pomóc nam w rozstrzyganiu tych pytań. Jak guru z oddanymi czcicielami, Tim rozkręca wizje wszystkich, a następnie pozwala im walczyć między sobą. Mówi po prostu „tak” wszystkim prowadząc do tego, że każdy z nas zaczyna wierzyć, iż to właśnie on sam wypełnia prawdziwą wolę Tima. Gdybyśmy go tylko usłyszeli – „Nie chcę niczego!”

Do wieczora Timothy jest z powrotem w łóżku ze świeżym opatrunkiem fenantylowym dla uśmierzenia bólu i z balonikiem podtlenku azotu w dłoni. Każdy napełnia swój balonik ze świeżego zbiornika stojącego obok łóżka Tima z głośnym „SHHHHH!” Tim kurczy się na ten dźwięk. „Możesz powiedzieć wiele na temat danej osoby patrząc na to, w jaki sposób napełnia swój balonik”, wyjaśnia Tim.

Dave Prince, współautor książki Leary’ego wchodzi z wrogim faksem od biografa o nazwisku Peter O. Whitmer. Na swój sposób Whitmer wierzy, że jest oficjalnym biografem Leary’ego opierając swoją argumentację o porozumienie, które podpisał z Learym w latach ’70, kiedy Leary siedział w więzieniu. Whitmer chce wiedzieć jak Leary może w tej chwili podpisywać umowy biograficzne z innymi ludźmi (włącznie ze mną).

Ale Leary odwrócił się od Whitmera, który napisał biografię szkalującą życie Huntera S. Thompsona i przypuszczalnie podał się za doręczyciela kwiatów aby dostać się do domu matki Huntera. Leary deklaruje, że bezczelność pisarza musi zostać pomszczona – ze stylem. Po próbie sklecenia kilku dowcipów na własny temat, każe Prince’owi wysłać faks do Huntera.

„Jestem szantażowany przez literackiego skunksa”, dyktuje Leary modląc się do Thompsona o jego zdolność do „poradzenia sobie z tym szakalem” i prosząc go o pomoc w uknuciu sprytnego scenariusza mającego na celu „ukaranie go i jego manier”. Thompson w końcu odpowiada telefonicznie i knuje spisek aby zaprosić Whitmera do posiadłości Leary’ego pod pozorem podpisania umowy; Thompson będzie czekał przy drzwiach ze strzelbą i nastraszy tego pisarzynę. Podczas gdy taka odpłata nigdy nie dojdzie do skutku, ciepła rozmowa pozwala dwóm starym przyjaciołom połączyć się raz jeszcze.

Każdy, kto przychodzi, mówi na swój sposób do widzenia. Yoko Ono optuje za względnie prywatną audiencją w sypialni Tima – chaotyczny stos artykułów, zdjęć, poplamionych prześcieradeł, buteleczek po lekach, pustych szklanek, paru karaluchów i starych balonów oraz wielki zbiornik do deprywacji sensorycznej szumiący nieprzyjemnie w kącie. Dzieła sztuki wykonane przez przyjaciół – niektóre wielkie, a niektóre po prostu dziwne – wiszą wszędzie, nawet na suficie. Wszystkie cztery siedzenia w pokoju to wózki inwalidzkie, tak więc Yoko Ono oczyszcza sobie miejsce na łóżku tuż obok Tima. Gigantyczne, mierzące 5 na 6, zdjęcie Timothy’ego z Johnem i Yoko podczas „bed-in”, w trakcie nagrywania „Give Peace a Chance” po prostu wisi sobie na ścianie.

„Byłeś wielkim człowiekiem”, mówi mu dotykając jego kolana. „Byłem?”, odpowiada. Śmieją się obydwoje z tej gafy. Po tym jak już wyszła, Tim mówi nam, „Przychodzi tylko wtedy kiedy chce”. Na swoich własnych zasadach.” Patrzę na Tima gotowy ją znieważyć. ‚ale to jest w porządku”, mówi. „Kocham ją tak bardzo. Czy nie jest urocza?” Nic nie sprawia, że Tim jest szczęśliwszy, niż słuchanie pochwał swoich przyjaciół. Niestety, musiał już wysłuchać większości z nich.

William Burroughs dzwoni trochę później tego samego popołudnia. Timothy wychwala zalety swoich uśmierzających ból opatrunków fenentylowych aby następnie zapisać sobie adres pocztowy Billa. Weteran „beat generation” chce ich sam spróbować. Tim jest zaszczycony nawracając „wielkiego Billa Burroughsa” na nowy opiat. Wysyłamy to do Kansas za pośrednictwem Federal Express.

John Lilly składa wizytę kilka dni z rzędu aby podzielić się swoim ulubionym dragiem, ketaminą. Daje jedną strzykawkę Timothy’emu, a drugą bierze dla siebie i w dwójkę leżą razem na łóżku, jak tylko odłączający i znieczulający środek wynosi ich z niedoskonałych ciał na pewien czas. To pierwsze doświadczenie Timothy’ego z ketaminą – która jest teraz wciągana w małych dawkach jako drag klubowy – i to nie jest jego najlepszy lot.

„Cały wszechświat zamienił się w książkę”, mówi mi około 3 nad ranem. ‚ale zszycie puściło i kartki fruwały wolno. Wiedziałem, że dojście do tego która strona jest właściwa zajęłoby trochę czasu.”

Wszyscy przyjaciele Tima mówią mu „żegnaj” na swój własny sposób – niektórzy poprzez wzięcie czegoś, a niektórzy poprze danie czegoś. Timothy akceptuje i przyjmuje wszystko z tą sama wytwornością.

„Każdy szuka swojego własnego Timothy’ego, mówi mi by odpłynąć za chwilę w coś, co wygląda jak sen. Nagle trzęsie się, patrzy na mnie i pyta, „czego ty chcesz?” „Niczego nie chcę”, żartuję. Śmieje się. „Tu mnie masz! Teraz wiesz jak się czuję!”

To była długa noc, ale Tim łapie drugi wiatr i wszyscy zostajemy przez niego porwani. Zmusza nas do wzięcia go na dwa przyjęcia i do studia nagrań, gdzie szybko wysłuchuje pewnego zespołu z LA, którego członkowie są jego przyjaciółmi. W drodze powrotnej kieruje nas kiedy kradniemy wielkie, okrągłe lustra drogowe z pobocza Benedict Canyon Drive. Umieszczamy je w jego sypialni – komora zamierania – tak żeby mógł widzieć cały pokój bez ruszania głową.

„Czy boisz się umierać?”, pytam go po tym jak ostatnie lustro zostaje umieszczone na miejscu. ‚ani trochę.” „I zamierzasz dalej ciągnąć ten numer z zamrażaniem głowy?” „To może boleć.” ‚ale co jeśli już jesteś martwy, przechodzisz przez Bardo, o czym pisałeś w „The Psychedelic Experience” i wtedy nagle zatrzymujesz się – proces zostaje zamrożony?” „Hmm”, mówi, na chwilę odpływając, „Nie sądzę żeby to zadziałało w ten sposób. Mam nadzieję, że nie.”

Nagle jestem przez moment przytłoczony winą. Jak mogę próbować wciągać go w krzywą jazdę? Dlaczego czuję potrzebę projekcji na niego własnego lęku przed śmiercią? Ponieważ dla mnie, tak jak dla każdego innego, jest lustrem dla moich, własnych, niedokończonych interesów.

Jeśli nawet nie wierzę w to, że moje pytania spowodowały u niego moment wahania, kilka dni później jeden z reprezentantów „Krio-opieki” składa wizytę wraz z maskującym się fotografem i w Timothym coś drga. Wykopuje ich z domu, a oni rozbierają świątynię i zabierają swój sprzęt. Później Timothy sprzedaje tą wiadomość mediom: „Byli tak poważni, że aż przestraszyłem się tego, iż obudzę się i będą tam ci wszyscy ludzie stojący obok mnie z wykresami.” Wciąż sądzę, że miało to związek z „więzami przytrzymującymi” jego krioniczną umowę. Chcieli wykorzystać swój dostęp do jego śmierci i zamrożenia aby dać zdjęcie do „Wired”. Tim wolałby po prostu umrzeć niż być reanimowanym dzięki jakiejś obcej fobii.

W przeciągu następnych tygodni Timothy staje się coraz bardziej dbały o swoją prywatną przestrzeń. Fotografka, która zna go od lat rozpływa się w łzach kiedy słyszy, że jest zbyt wymagająca i ma wyjść. Kilkoro ludzi zostaje wygnanych w ten sposób. Potem daje wywiady jedynie tym, których zna lub którzy za to płacą. Kiedy jego przybrany syn Zach wraca ze szkoły muzycznej, Tim zaczyna cenić czas spędzany z rodziną i przyjaciółmi ponad wszystko inne.

Służące pielęgniarki mówią nam, że jego poziom bólu jest niesamowicie wysoki i że nie powinniśmy być zdziwieni nowymi humorami. Ale co zaskakuje nas wszystkich najbardziej, to jego ostateczna decyzja aby nie pokazywać się ze swoją śmiercią, tak jak z początku planował. Mówi, że nie chce żadnemu z nas sprawiać kłopotów związanych z możliwym postawieniem zarzutów o udział w asystowanym samobójstwie i następnie odwołuje śmierć na żywo.

W następnym tygodniu, po tym jak koncertuje jeden z członków Ministry, a on, John Barlow i dzieciaki uczestniczą w wózkowym konwoju, Tim staje się zbyt słaby aby podejmować jakiekolwiek decyzje. Nikt nie ma pełnego zaufania aby podjąć decyzję o samobójstwie za niego, a my uświadamiamy sobie, że Timothy Leary zakończy swój żywot pewnie tak jak większość z nas: cicho prowadzony przez to, co nieuniknione. Poza tym uświadamia sobie, że kocha życie tak bardzo, że nie może nawet podjąć decyzji o jego zakończeniu. Wytrzyma każdą dawkę bólu aby zakosztować przyjemności następnego dnia.

Zach, Rosemary, dzieciaki w domu i kilku bliskich przyjaciół są przy jego łóżku w tych ostatnich momentach. To intymny i czuły finał, w którym polityka, sprawy osobiste i medialna otoczka otaczająca go dają przejście głębokiej miłości i szacunku, jaki wszyscy jego przyjaciele mają dla niego. Cyfrowa ósemka dyskretnie nagrywa ostateczną ciszę.

Tuż przed utratą świadomości po raz ostatni Timothy pyta „dlaczego?” Pokój milknie. Czy się boi? Czy czuje się potępiony? Potem się uśmiecha i mówi „dlaczego nie?”. Wszyscy się śmieją. Powtarza „dlaczego nie” jakieś piętnaście razy, za każdym razem innym głosem. Komicznie, czule, tragicznie, ze strachem. Pociesza swoją publiczność tworząc cyrkowy występ, który w jakiś sposób daje mu siłę potrzebną aby zmierzyć się z ostatnią kurtyną. Ostatnia rzecz, którą robi, jest aplauz, dla siebie i dla publiczności. W tym paradoksalnie wyrażającym szacunek stylu, Tim stwarza komiczną ulgę dla swojej własnej śmierci. O świcie nadlatują helikoptery kręcąc z powietrza dom; ale Leary już opuścił budynek.

Podczas gdy niektórzy postrzegają ostateczny odwrót Tima w samotność śmierci jak brak przekonania lub poddanie się tym samym siłom, które zwyciężają każdego, sądzę że zrobił więcej niż tylko udowodnił swój punkt widzenia. Umarł tak jak chciał, nawet jeśli wybrana przez niego metoda i tego wyraz wciąż się zmieniały. Nie był nam winny spektakularnej śmierci na żywo bardziej, niż był winny konsensusowi kultury to aby umrzeć haniebnie w szpitalu.

Tak jak w latach ’60, kiedy został uwięziony za nakłanianie nas do podłączenia się, to właśnie my wokół niego nie byliśmy zdolni pozwolić wolnej duszy zrobić tego, na co miała ochotę. Timothy Leary był więziony dwa razy przez kulturę niezdolną zobaczyć kim jest ze względu na swoje lęki i uprzedzenia.

To właśnie my, a nie Timothy Leary, zawiedliśmy w walce toczonej w świetle reflektorów.

Douglas Rushkoff

(tłum. Conradino Bob)

 

Źródło: Esquire, sierpień 1996

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s