Kali Juga na pełnych obrotach, czyli ostatnie podrygi pijanego absurdu

Istoty ludzkie pozostają pod kontrolą dziwnej siły,
która nagina je na absurdalne sposoby
każąc im grać rolę w zadziwiająco zwodniczej grze.

Jacques Vallee, Messengers of Deception

Po części przez apatię, po części przez pasywność
i po części całkowicie świadomie, pewne masy ludzi same
umożliwiają powstawanie katastrof, które przysparzają im
znacznie więcej cierpienia niż innym.

Wilhelm Reich, The Mass Psychology Of Fascism

Nikt z nas nie żyje w tej samej rzeczywistości, co pozostali.

Robert Anton Wilson , Psychologia kwantowa

Krótkie dzieje porządku

Istoty ludzkie i ich produkty, to dwa zjawiska, które zwykle żyły osobnym życiem. Możemy się oczywiście spierać i przerzucać argumentami, ale w mojej opinii powoływanie do życia jakiegokolwiek konstruktu przez człowieka zawsze stawało się początkiem jego schyłku. Czy będziemy mówić o instytucjach społecznych, umowach, prawach, rytuałach, religiach, mediach , czy też o jakichkolwiek innych ekstensjach symbolicznych, wszystkie nam znane zawsze przechodziły spiralny proces od wzrostu do upadku. Nawet najbardziej szczytne, idealne i zawiłe formy organizowania sobie życia społecznego nigdy nie uwolniły się od „piętna Frankensteina” prędzej czy później wyrywając się spod kontroli twórcy i obracając się przeciwko niemu.

Jak twierdzą dyskordiańscy mędrcy, taki stan rzeczy nie powinien nas jednak wcale dziwić, ponieważ wszechświatem rządzi wola szalonej bogini chaosu, zwanej Eris, która jest za to wszystko całkowicie odpowiedzialna. Jak całkiem rzeczowo też wnoszą, to właśnie za jej sprawą raz na dwa tysiące lat jakiemuś szalonemu prorokowi udaje się przypadkowo dobrać do suszonych liści pewnego magicznego krzaka, po spaleniu których objawia mu się wola jakiejś boskiej istoty, pragnącej szybkiego powołania kolejnej religii. Gdy religia staje już na nogi, jej wyznawcy natychmiast zaczynają prześladować i zabijać wyznawców wszystkich innych religii na zasadzie kto nie jest z nami, ten przeciwko nam, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, że być może cały czas ktoś się nimi zwyczajnie bawi.

Jak mówią nam współczesne badania neurologiczne, w ciągu zaledwie kilku sekund każdy z nas otrzymuje tysiące impulsów zmysłowych, przekształcanych na sygnały elektro-chemiczne, interpretowane przez nasz biologiczny komputer („biokomputer” w nomenklaturze profesora Johna Lilly’ego), które nasza kultura zwykła traktować jako wrażenia i myśli. Te wywołują z kolei reakcje zwrotne w postaci odruchów i kolejnych myśli, pomiędzy którymi snują się nieśmiałe formy intelektualne na temat zjawisk z zakresu mentalnej czasoprzestrzeni (efekty introspekcji). Większość przy tym przechodzi całkowicie niezauważona znajdując się w „ciemnym polu” naszej świadomości.

Mimo tysięcy lat praktyk medytacyjnych, które potwierdzają przetwarzanie przez umysł tak wielu sygnałów (dzięki obserwacji z „poziomu świadka”), dla racjonalistów dowód tego typu wciąż może brzmieć, jak mistycyzująca propaganda. Dowodów naukowych dostarczają nam jednak w tym przypadku świeże jeszcze eksperymenty profesora Ezequiela Morselli z San Francisco State University, które doprowadziły go do stworzenia roboczej teorii o magicznie brzmiącym skrócie SIT (Supramodular Interaction Theory).

Jak pisze profesor Morsella: Nie wszystkie rodzaje procesów integrujących wymagają stanów świadomych (nie wymaga ich np. aktywność neuronowa, powiązana z funkcjami wegetatywnymi, odruchami, nieświadomymi procesami motorycznymi, analizami percepcyjnymi niskiego poziomu oraz inter-sensorycznymi interakcjami tj. efekt brzuchomówstwa). SIT jest teorią unikalną, ponieważ tłumaczy pierwszorzędną rolę świadomości poprzez porównanie impulsów do działania (task demands) procesów obserwowanych przez świadomość (np. ból i brak oddechu) z procesami niedostrzeganymi przez świadomość (np. odruch źrenicy oka). SIT proponuje przyjęcie tezy, że stany te są koniecznym warunkiem dla integracji wysoko poziomowych funkcji mózgu, które konkurują ze sobą o (mówiąc konkretnie) kontrolę nad sferą szkieletowo-motoryczną, co zostało opisane przez zasadę równoczesnych odpowiedzi w mięśniu szkieletowym (PRISM).

 Może to brzmieć dosyć zawile, ale główny wniosek wydaje się taki, że nasz mózg przyzwyczajony został w toku milionów lat ewolucji do przetwarzania wielu informacji naraz i radzi sobie z tym dokonując podstawowych analiz i wyborów niemal automatycznie, co nie znaczy że pewne impulsy do niego nie dochodzą. Dochodzą, ale większość z nich niemal natychmiast zostaje odrzucona na rzecz innych impulsów, dostających swoisty priorytet komunikacyjny. Informacyjna apokalipsa (infokalipsa) naszemu mózgowi jednak nie grozi, gdyż w wypadku przeładowania zewnętrznego środowiska informacyjnego, ten po prostu odrzuci większość sygnałów jako szum.

Żeby unaocznić to, o czym mówię, spróbujmy sobie wyobrazić, że obserwujemy pochód radzieckich żołnierzy z okazji Święta Pierwszego Maja w przyśpieszonym tempie na ekranie wielkiego telewizora. Pomimo tego, że możemy zobaczyć w tym czasie 500-600 żołnierzy i na bieżąco jesteśmy w stanie wyłapać wiele szczegółów, gdy wrócimy do tego pochodu po godzinie, będziemy z niego pamiętać zaledwie zarys. Zaledwie kilka ogólnych spostrzeżeń będziemy sobie w stanie „dokładnie” przypomnieć, ale będzie nad nimi górowała jedna zbiorcza asocjacja: „pochód żołnierzy”, która pomoże jednostkowej świadomości wybronić się przed naturalną złożonością zjawisk.

Ewolucja naszego mózgu „nauczyła” nas wszakże kategoryzować aktywne procesy jako proste, pasywne formy tym samym „unieruchamiając” aktywną rzeczywistość, dostępną naszej naturalnej percepcji. Największym obrońcą takiej wizji rzeczywistości stał się jednak przede wszystkim sam JĘZYK czy raczej „tunel językowy”, który wszyscy wielcy naukowcy i magowie zawsze uważali za główną przyczynę waśni, wojen i wszelkich nieporozumień.

Jak dobrze wiedzą antropologowie i językoznawcy, niemal każda kultura posiada pewien specyficzny, zakotwiczony w zbiorowej nieświadomości archetyp, mem czy też mityczny topos, przekazujący wspomnienie czasu, w którym wszyscy ludzie (a często zwierzęta i rośliny) mówili jednym językiem. Nieprzypadkowo też, celem wszystkich ścieżek samorealizacji była gruntowna nauka języków (tych ludzkich, jak też tych, którymi operują zwierzęta i mieszkańcy innych wymiarów). Celem było tu przede wszystkim przezwyciężenie trudności komunikacyjnych, ale także dotarcie do punktu, w którym niwelowany był ów „szum komunikacyjny” – nieuchronny składnik podstawowego języka wszechświata… chaosu.

Pomimo tego, że interpretacja wszechświata jako „oceanu pełnego chaosu” (czy pola zabaw bogini Eris, jak uważają ludzie bardziej religijni) zawsze miała swoich zwolenników, najczęściej byli oni deptani i gonieni do kąta przez ich bardziej poukładanych kolegów, opowiadających się za stanowiskiem przeciwnym – klarownym wszechświatem pełnym ładu, gdzie każdy skutek ma swoją przyczynę (tzw. koncepcja stołu bilardowego). Niektórzy, za wychodzenie poza przyjęte przez społeczeństwo normy kulturowe, zostawali nawet więzieni, paleni na stosie czy truci, jak nieboraczek Sokrates, Giordano Bruno czy Timothy Leary.

Pomimo tego historycy kultury wyraźnie wskazują na to, iż w wielu społeczeństwach plemiennych, jak też w starożytnych demokracjach basenu Morza Śródziemnego, polifonia stanowisk była sama w sobie uważana za rzecz pożyteczną gwarantując kontrolę nad politycznym autorytaryzmem, nad pokusą zagarnięcia całej władzy przez jedną, silną jednostkę lub małą grupę ludzi. Do obrony przed takim obrotem spraw służyła m.in. „narada starszyzny plemiennej”, a także ateńskie forum czy też wczesno słowiański wiec rodowy. W taki właśnie sposób w czasach antycznych zachodziło postulowane znacznie później przez amerykańską kontrkulturę „porozumienie pomiędzy równymi”.

Wielość opinii w wielu kulturach była przez wieki naturalnym stanem rzeczy, który nigdy nie wydawał się przysparzać żadnych kłopotów. Każda grupa społeczna wiedziona była w tym modelu poczuciem podstawowego celu, jakim była ochrona wspólnych interesów, naturalnie wspierających też interesy poszczególnych jednostek. Homoestaza ta mogła trwać, gdyż jednostkowy autorytet  kształtował się jako stan, wynikający z doświadczenia i naturalnej, życiowej mądrości, zaś autorytet zbiorowy opierał się o wszystkie autorytety indywidualne oraz ustną tradycję.

Sytuacja ta uległa brutalnej zmianie wraz z ekspansją religii monoteistycznych, które zmiotły z areny społecznej wszelką opcję negocjowania rozbieżnych stanowisk na bazie wspólnego dobra zastępując przekaz ustny tradycją pisaną – rdzeniem, jak się później okazało, niezwykle podatnym na fałszerstwa, oszustwa i przekłamania. W ten sposób gwarancją autorytetu jednostki i słuszności postępowania stał się zamiast plemiennych zwyczajów kodeks religijny, ściśle związany z jego pisaną podstawą.

Nieprzypadkowo łacińskie słowo codex oznacza etymologicznie tyle co „blok drewna”. Słowo to za sprawą Izydora z Sewilli chrześcijańska tradycja kulturowa utożsamiła już w V w. n.e. z drzewem, z którego wyrastają niczym gałęzie święte księgi, na których wspierać się miała cała europejska tradycja religijna. Logos stał się Drzewem, które tożsamo zostało z Prawem. Chrześcijaństwo rzuciło tym samym na świat wyrok: „Na początku było Słowo”. Kto chciał zaś łamać Słowo, ten szedł prosto do piekła.

Początek tego modelu można wyśledzić w judaizmie, który jako pierwsza religia na świecie dokonała interpretacji etniczności bazując w takim samy stopniu na więzach krwi, co i na wspólnych wierzeniach. W ten sposób doszło do historycznego precedensu. Poglądy spoleczne w ramach judaizmu raz na zawsze zostały połączone z wierzeniami religijnymi i nigdy nie mogły być już rozerwane. Kto zrywa bowiem z wytycznymi Jahwe, zrywa także Przymierze czyli oddala się od jego łaski stając się pariasem w obrębie swojej grupy kulturowej i w końcu wygnańcem. Polityka Izraela w tym kontekście nabiera zupełnie nowego wymiar. W jaki sposób można bowiem walczyć ze wskazaniami samego boga?

To właśnie w judaizmie raczkująca, plemienna duma rozrosła się dzięki „nowej sile” i zmieniła w moralność negatywną, nastawioną na tępienie wszelkiej odmienności religijnej jednocześnie wspierając rozrost własnej religijności, który zależał od szybkości biologicznego rozpłodu. Nowa religia nie mogła być już tylko jedną z wielu, ale Religią Jedyną, na skutek czego natychmiast zaczęła wywoływać konflikty. W tym kontekście zapiski historyków rzymskich o Żydach, wywołujących niepokoje społeczne na tle religijnym wcale nie wydają się przesadzone. U podłoża tych konfliktów legł kult boga z brodą, nie chcącego mieć konkurentów, a który nieznany wcześniej, doprowadzał wszędzie gdzie zaszedł, do kłótni, jatek i krwawych rzezi.

Wśród wierzących Żydów do głosu nie mógł przy takim stanie rzeczy dojść nikt, kto wpierw nie wyznawał żarliwie owego post-plemiennego kultu. Prastary wódz plemienny obrócić się zdążył w przywódcę religijnego i stał autorytetem głównym, który wykazywać musiał całkowite poparcie proroków – głosów religii. Tylko połączenie autorytetu religii i polityki dawało absolutną legalizację władzy i pozwalało kultywować „czysty rdzeń odrębności”.

Za echo tej „cichej struktury” chciałoby się uznać wojny o zwierzchnictwo papieża nad cesarzem w średniowiecznej Europie, w której rozdzielenie dwóch sfer władzy, wydawało się wówczas szalonym pomysłem. Jak pokazują jednak zapiski historyczne, gdy jedność zwierzchnictwa upadła, natychmiast dało to okazję do wykwitu nowych odmian chrześcijaństwa, jak też łączenia go z poglądami niechrześcijańskimi (vide gnostycy) czyli nastąpił powrót do pierwotnej polifonii.

Kultywowanie nierozdzielności Państwa od Kościoła czy też religii w ogóle, tak jak ma to miejsce w krajach tj. Włochy, Polska, Irlandia, Iran, Arabia Saudyjska czy Stany Zjednoczone, pozostaje w tej optyce pod długim cieniem Średniowiecza. Wydaje się wam, że trudno żyć jednocześnie w XIII i XXI wieku? Jak się okazuje, w niektórych teoriach zdaje się to całkowicie możliwe.

Wystarczy wziąć na pokład słowa Roberta Antona Wilsona, który w Psychologii Kwantowej pisze: Nikt z nas nie żyje w tej samej rzeczywistości, co pozostali. Miliony osób żyjące w świecie muzułmańskim mają poważny kłopot ze zrozumieniem świata chrześcijan. Miliony innych żyją w świecie marksistowskim. Większość Amerykanów wydaje się szczęśliwa żyjąc w świecie stanowiącym miksturę XIX-wiecznego kapitalizmu i XIII-wiecznego uniwersum chrześcijańskiego, ale elita intelektualna tego kraju żyje we freudowsko-marksistowskim świecie rodem z początków XX wieku. Tylko nieliczni, dobrze poinformowani naukowcy żyją teraźniejszością.

Nasza wspólna rzeczywistość ponad wszystko stanowi wynik odziaływania miliardów ludzkich umysłów, które różnią się od siebie w tak wielu kwestiach, że ustalenie jednej stycznej graniczy z cudem. Czy chcemy tego czy nie, „żyjemy w różnych światach”, czy też akceptujemy nieświadomie różne postacie kulturowego uniwersum, które do nas przemawiają lub zostały nam wdrukowane podczas socjalizacji. Nie znajdziemy dwóch osób, żyjących dokładnie w tej samej rzeczywistości, gdyż rzeczywistość sama w sobie – maniakalne marzenie obiektywistów, nie wydaje się istnieć w obliczu wszystkich dowodów naukowych, a także doświadczeń wielu z wybitnych jednostek.

Wprost przeciwnie, idea jednej, głębokiej rzeczywistości wydaje się coraz wyraźniej skrajnie utopijnym pomysłem, na ktorego poparcie nie ma żadnych dowodów. W fanatyczny sposób jest jednak promowana przez wszystkie religie monoteistyczne, którym najprawdopodobniej zależy, żebyśmy jak najszybciej zniknęli z powierzchni Ziemi. Jeśli w jakiś sposób jesteś w stanie łyknąć tą pigułkę, możesz czytać dalej…

Człowiek i produkt

Jeśli odrzuciliście już nieuchronność teologicznej (czy też apriorycznej) wykładni rzeczywistości, skupmy się na istocie ludzkiej i jej, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, produktach. Jak pisze Douglas Rushkoff w swojej ostatniej, przebojowej książce Life Inc., która tropi historię i sposoby oddziaływania korporacjonizmu na kulturę współczesną: W latach ’60 psycholog Stanley Milgram był zatrwożony i zainspirowany jednocześnie przez proces Adolfa Eichmanna, głównego inżyniera transportu Żydów do obozów zagłady. Milgram chciał się dowiedzieć czy niemieccy zbrodniarze wojenni zwyczajnie „wykonywali rozkazy”, jak twierdzili, czy też z pełną świadomością brali udział w nieludzkim procederze.

W założeniu miał nadzieję potwierdzić, że Amerykanie wystawieni na te same warunki nigdy nie postąpiliby w ten sam sposób. Dokonał więc nowatorskiego, słynnego dziś eksperymentu, w którym ochotnicy, instruowani przez osobników w białych fartuchach, poddawali swoje ofiary intensywnym elektro-wstrząsom o rosnącym napięciu. Ofiary krzyczały z bólu, narzekały na ból serca i błagały o wstrzymanie eksperymentu. Ponad połowa z ochotników wykonywała rozkaz pomimo błagań o litość wzmacniając napięcie elektryczne aż do zagrożenia życia. (Pomimo tego, że napięcie było pozorowane, a ofiary rekrutowanymi aktorami, eksperyment został wyklęty jako nie etyczny przez Amerykańskie Stowarzyszenie Psychologiczne w 1973.)

Wyniki eksperymentu Milgramamożna interpretować na wiele sposobów. Mówi się o dowodzie na wrodzone okrucieństwo człowieka, destruktywności impulsów zbiorowych, zawieszeniu sądów etycznych w warunkach laboratoryjnych, manipulacji psychologów obiektami swoich eksperymentów czy też o transgresyjnej roli przemocy, ale Rushkoff wysuwa bardzo proste wytłumaczenie, iż istoty ludzkie ciągle szukają pretekstu do rozkoszowania się przemocą w wyższej instancji (którą w eksperymencie personalizowały istoty w białych fartuchach), niczym w paternalistycznej figurze bóstwa, które słowem proroka potrafi „obrócić wioski niewiernych w morze krwi”. Jak można by sądzić także, doświadczenie to uczy poniekąd, że społeczeństwu wpaja się podatność na komendy poprzez funkcjonalne wdruki, które mogą zostać uaktywnione na mocy religijnego lub politycznego języka – wezwania do aktywności na mocy zaprogramowanego przymierza.

Doświadczenie Milgrama w pewien sposób pokazuje też, że religia i polityka to jedne z bardziej przerażających produktów społecznych. Są one w stanie zgotować nam horror uruchamiając program zniszczenia dosłownie w trzech słowach: „Wstań. Idź. Zabijaj.”, a my nie będziemy się buntować jednym słowem. Jako, że w strukturę tych wdruków zostaje wpisana także ich boska siła, jasność i nieomylność, zdają się one całej rzeszy „niewinnych szeregowców” głosem absolutu, którego charakter ukształtowany przez religijne przekazy tożsamy jest z najwyższą świętością. Wobec takiej instancji  nieposłuszeństwo zdaje się nie tylko głupotą, ale i bluźnierstwem – najwyższym wykroczeniem przeciwko porządkowi.

Nie tylko jednak duża część społeczeństwa nie jest w stanie opierać się wdrukom autorytetów tych dwóch instytucji, ale nie jest także w stanie ich zmieniać, a już w zupełności nie jest ich w stanie kontrolować.  Nazwałbym to zasadą fałszywej szachownicy, gdyż jeśli skorzystamy z takiej próbując rozgrywać partię szachów, nasze pionki szachowe pomimo prowadzenia wg. reguł będą nas same okłamywać swoimi ruchami. Wszystkie te instytucje trzymają, jak rzekłby Wilhelm Reich „nasz orgon w garści” ukracając wszelkie próby buntu dociśnięciem wieczka.

Warto w tym kontekście przytoczyć The Mass Psychology Of Fascism, jedną z najgenialniejszych książek na temat faszyzmu i autorytaryzmu, jakie zostały napisane w XX wieku, w której Reich pisze następujące słowa: Kiedy seksualność powstrzymuje się przed osiąganiem naturalnej gratyfikacji, co łączy się z procesem seksualnego stłumienia, zaczyna ona poszukiwać jej substytutów. W ten sposób na przykład naturalna agresja zostaje zamieniona w brutalny sadyzm, który konstytuuje znaczący składnik  podstawy psychologicznej imperialnych wojen, które są wywoływane przez garstkę ludzi.

W myśli Reicha, interes instytucji religijnych i politycznych leży przede wszystkim w tępieniu swobodnej aktywności seksualnej, naturalnie odciągającej jednostki od autorytarnego paternalizmu (którą jest dla Reicha zarówno religia chrześcijańska, jak i ustroje totalitarne) i regulującej wszelkie bloki psychologiczne, których podtrzymywanie jest z kolei podstawym instrumentem sprawowania władzy. Naturalna agresja wykorzystywana jest albo do zaspokojenia seksualnego, albo do zabawy, albo do walki o materialny byt (obecnie patrz „kariera”).

Gdy jednak zostaje zablokowana, może stać się sadystyczną skłonnością do upadlania innych i w efekcie zamieniona na wojenny instynkt żołnierza i zabójcy. To jak z wykorzystaniem energii ładowanej w granie w Medal Of Honour na prawdziwym polu bitwy. Energia jest zasadniczo ta sama (a obecnie nawet technologia), tylko inny wektor. Zjawisko to, znane we współczesnej psychologii jako „efekt przeniesienia”, używane jest ponadto do produkcji hollywoodzkich hitów, jak i przebojowych gier komputerowych.

Wspomniane wyżej słowo wdruk (lub program) wydaje się kluczowe dla naszych zagadnień, jako że tłumaczy osobiste obsesje większości z ludzi. Teoria wdruków pochodzi od etologa, Konrada Lorenza, ktory badając zachowania gęsi odkrył, iż swój obiekt wyładowania seksualnego odnajdują one w ciągu 13-16 godzin po urodzeniu poprzez utrwalenie mentalnego obrazu pierwszej ruszającej się rzeczy. Lorenz udowodnił rację swojej tezy każąc konfrontować się pewnej, małej gęsi z parą swoich butów, które stały się w późniejszym etapie jej ulubionym kochankiem.

Reguła ta jednak obowiązuje nie tylko w świecie gęsi, ale sprawdza się idealnie w świecie ludzi, gdzie małe dziecko konfrontowane z wizjami jadowitych pająków, w późniejszym okresie będzie ujawniać arachnofobię. Gdy zaś będzie uczone, że masturbacja jest grzechem, nabędzie zespół dysfunkcjonalności seksualnej. Wdruki nie ograniczają się zatem do jednej sfery życia, ale funkcjonują jak komputerowy software wpływając na nasze możliwości, zachowania i marzenia.

W społeczeństwach, gdzie silną władzę sprawują religia i państwo, a więc silna wydaje się także instytucja rodziny (obwołanej przez Reicha korzeniem faszyzmu) i „lokalnej parafii”, przekazywane programy będą o wiele bardziej represywne i zbudują w efekcie jednostkę mocno wycofaną z radosnej eksploracji uniwersum. Ta zazwyczaj będzie nieufna wobec liberalnych idei (co współgra z konserwatyzmem), oddana kultywowaniu zewnętrznego nakazów i zakazów (co łączy się z kultem autorytaryzmu), wroga wobec eksperymentów seksualnych (często będzie oscylowała w stronę freudowskiej osobowości analnej), a także bezkrytyczna wobec mechanizmów władzy (będzie submisywna wobec wszelkich umów społecznych) i często wystraszona potęgą instytucji (co czasem przekształca się w osobowość paranoiczną). Jeśli wasz sąsiad przejawia powyższe cechy, możecie spróbować dorzucić mu LSD do oranżady albo zaprosić na fetish-party, być dopiero wtedy może ujawni elementy podatności na nowy wdruk.

Orgonalną myśl doktora należy potraktować bardzo poważnie, gdyż doktor Reich był jednym z pierwszych, którzy przewidzieli znaczenie wyzwolenia energii seksualnej dla kultury Zachodu około trzydzieści lat przed wstrząsami lat ’60. Orgon wyzwolony przez kontrkulturę lat ’50 i ’60 okazał się na tyle potężny, że doprowadził w efekcie do dużego, kulturowego wachnięcia w liberalną stronę (lata ’70), co dało z kolei możliwości następnemu pokoleniu na „budowanie zabawek” i bawienie się nimi w swobodną wymianę informacji w Internecie, która zawocowała z kolei wizją rzeczywistości pozbawioną granic państwowych, w której królować miała ekstaza wolności informacyjnej z wolnymi licencjami autorskimi i wolnością wymiany poglądów włącznie.

Ekonomia seksualna wspomogła więc w tym wypadku ekonomię informacyjną, która udowodniła zasadnicze ludzkie pożądania odnoszące się do wolności wymiany myśli i informacji. Cyberkultura, powstała z rozwoju „kultury sieci” upowszechniła też ponad wszystko metaforę umysłu jako komputera i myśli jako programów (sic!) oraz pozwoliła rozwinąć się sztuce interaktywnej, memetyce, cybernetyce, informatyce i wirologii nie wspominając o psychologii społecznej.

W jaki sposób te wszystkie fantastyczne wdruki mogły się jednak rozwinąć w tak krótkim czasie? Tu na pomoc przychodzi nam kolejny eksperyment Milgrama, będący ostatnio na gorącym widelcu teoretyków mediów. W eksperymencie tym zatrzymywani przez naukowca na ruchliwej ulicy ludzie na jego prośbę zaczynali patrzeć się w niebo. Gdy patrzyła się tylko jedna osoba, wokół niej 40% przechodniów natychmiast podążało wzrokiem w tą samą stronę. Gdy patrzyły się dwie osoby, współczynnik podskakiwał do 60%, gdy patrzyły się trzy, do 65%, zaś gdy były to cztery osoby, niemal 80% przechodniów już patrzyło się w niebo.

Fenomen ten nazwany został w psychologii „transmisją społeczną” (social contagion) i pomimo, że w granicach nauki jego omawianie głównie spoczęło na kłótni o definicję, został on niezwykle efektywnie wyeksploatowany przez wielkie korporacje dla celów marketingu i sprzedaży. Globalny rynek w tym przypadku idealnie potwierdził wcześniejsze teorie i eksperymenty, gdyż jak uczą słowiańskie mądrości ludowe, gdzie dwóch się kłóci, tam trzeci korzysta.

Nie martwiąc się za bardzo o kwestie upadku meta narracji, erozję autorytetów moralnych, nierówności społeczne i „paradoksy” fizyki kwantowej, to właśnie globalni gracze rynkowi stali się w dużej mierze „odpowiedzialni” za praktyczne wykorzystanie większości ze zdobyczy eksperymentów psychologicznych, etologicznych i neurologicznych. Korporacje zajmujące się handlem stworzyły nawet swój rodzaj praktycznej wiedzy psychologicznej o ezoterycznie brzmiącej nazwie „atmosferyka”.

Jak możemy się domyślać, to w zasadzie technika pobudzania zmysłów klientów w celu nakłaniania ich do większych zakupów, bazująca na obseracji mowy ciała przez CCTV, pomiarach neurologicznych, rozwiniętych formach focus groups oraz sesjach „day dreaming”. Atmosferyka ponadto stałą się codzienną częścią medialnego marketingu, gdzie wykorzystywana jest do tych samych celów. Inną korporacyjną nauką jest wirologia, mocno sprzężona z marketingiem bezpośrednim. Bada ona i wykorzystuje zjawisko społecznej transmisji w celu rozprzestrzeniania świadomości brandu lub też w celu zwiększenia sprzedaży danego produktu. Jednym ze słów-wytrychów stosowanych w wirologii jest trend setting, innym zaś marketing wirusowy czy neuro marketing.

Pomimo, że wykorzystanie nauki w taki sposób przez organizmy, nie mające żadnego innego celu niż akumulacja kapitału, może nieco niepokoić, znacznie ważniejsze zdaje się przekonanie, że globalni gracze zdążyli odsunąć od władzy wykonawczej przestarzałe języki religii i polityki wylewając beton pod coś na kształt religii politycznego konsumeryzmu, co tworzy jednocześnie grunt pod syntezę „wszystkiego ze wszystkim”. W obecnym momencie historycznym nie wydaje się to aż tak trudne, podminowany dyskurs polityczny nie ma już dla kultury europejskiej żadnego praktycznego znaczenia, a religia chrześcijańska po „wyzwoleniu seksualnym” i kolejnych skandalach pedofilskich stała się podwójnie niewygodna.

Korporacjonizm podtrzymuje rękę na pulsie oddalając obydwie narracje lecz przekuwając je także w tym samym czasie dla własnych celów. Przede wszystkim wykorzystuje się tu ponad narodowy język zysku (czy jak wolą old skulowi marksiści kult „wartości dodanej”), który zarówno dla religii i polityki był zawsze celem najważniejszym (w sensie materialnym czy politycznym), ale w sferze wewnętrznej inżynierii dodaje się do niego aromat Nowej Duchowości.

Mamy oczywiście do czynienia z precedensem, gdyż ani religia, ani polityka nigdy nie były w stanie zjednoczyć pod swoim sztandarem całego świata musząc się w swoich próbach pociągać do autorytaryzmu i przemocy. To udało się dopiero współczesnym korporacjom dzięki magnetycznej sile brandu (personalizowanej przez logo) i całkowitemu oddaniu mnożeniu pieniędzy, oczywistej realizacji postulatów mistycyzmu New Age.

Ta wizja nigdy by się jednak nie ziściła, gdyby nie pojawienie się na planszy kolejnego gracza – mass mediów (pozostających od zawsze pod patronatem Hermesa, trickstera komunikacji) nie wspominając o podpisaniu stosów tajnych, pół-tajnych i zupełnie jawnych traktatów, umów prawnych, uchwał, statutów, ustaw i innych dokumentów, pozwalających na wykorzystywanie państw, społeczeństw i rynków lokalnych do własnych celów.

Poza areną polityczno-społeczną korporacja musiała jednak zmienić także układ na bazowej płaszczyźnie indywidualnych wdruków (jak uczył nas w końcu doktor Reich, to co uważamy za indywidualne, bywa także polityczne) posługując się subtelną sztuką warunkowania kulturowego. Jeśli podstawowy wdruk monoteistyczny polegał na zakazywaniu swobodnej aktywności seksualnej przekierowując zgromadzony orgon do żywienia konstruktu Egregora (w wypadku chrześcijaństwa zmory Jezusa Chrystusa), a zasadniczy wdruk demokratyczny polegał na wmawianiu tego, iż mozoł głosowania w wiosenną niedzielę jest lepszy niż dobra, orgonalna zabawa w łóżku z koleżanką, pomimo tego że w zasadzie służyć ma głównie dalszemu żywieniu grupy publicznych biznesmenów, wydających twoje własne pieniądze na dziwki, hotele i spanie do 12 w południe (czyli podtrzymywaniu status quo), to wdruk korporacyjny polegałby na wykorzystywaniu orgonu do podtrzymywania wizji wspinania się na drabinę, wiodącą zarówno insajderów, jak i autsajderów do materialnego nieba.

W korporacyjnej wizji życia, pracowników mają przechodzić ciarki w obliczu przedłużającej się w nieskończność i dającej coraz więcej wyzwań pracy. W nagrodę ma ona dawać swoim wyznawcom materialne spełnienie i społeczny prestiż, a także wizję uczestnictwa w solidarnej, duchowej misji i poczucie jedności, zaprojektowane na wzór kultów religijnych przez korporacyjnych guru, praktykujących jogę zarządzania.

Wiele z dużych koncernów całkowicie przyswoiło już sobie bowiem efekty badań nad kultami i grupami społecznościowymi, z których wynika, że ich członkowie szukają tam przede wszystkim utraconego w kulturze współczesnej poczucia tożsamości. Tą tożsamość konstruuje się zatem zarówno dla swoich pracowników, jak i ofiar rynkowej gry mając nadzieję na permanetne wprowadzenie jej do obrotu kulturowego.

Korporacja z tym ostatnim krokiem wchodzi już na poziomy jungowskie i stara się sama konstruować archetypy. Tu chciałaby oczywiście zastąpić archetyp Wielkiej Matki stylizując się na postać rogu obfitości, Świętego Graala i złotego runa w jednym. Korporacja chce być niebem tu i teraz, na które można sobie jednak zapracować oddaniem i lojalnością. Nie ma w tej wizji grzechu, ale nie ma też niebezpieczeństwa indywidualnego odkrywania uniwersum.

Mamy zamiast tego solidną dawkę około New Age’owego utopizmu, wymieszaną z praktycznymi aplikacjami zdobyczy neuropsychologii i dokładny system inżynierujący jednostkowe pragnienia. Byłaby to całkowicie niegroźna zabawa, jednak te piękne korporacyjne wizje „uczestnictwa w tworzeniu ziemskiego absolutu” niosą treści nie będące niczym więcej niż piramidowym kultem, obliczonym na optymalizację zysków i wywołanie poczucia całkowitej tożsamości swoich poddanych z cybernetycznym Molochem, który żeby przeżyć musi odżywiać się krwią i ciałem całych ludzkich społeczeństw.

Korporacja tworzy zaiste idealną piramidę jednostek, oddanych stresującej i mozolnej pracy, poddawanych systemowemu planowi meta programowania. W ten sposób właśnie stworzona zostaje cała warstwa ludzi przejawiających te same syndromy na całym świecie. Są oni niezwykle optymistyczni, a jednocześnie odseparowani od rzeczywistości, przyjacielscy, a jednocześnie wyniośli, zapracowani, a jednocześnie wyluzowani.

Wydają się także nie wierzyć w Boga, ale przejawiają religijny wręcz kult dla własnej pracy i swojej korporacji… innymi słowy, większość z nich balansuje na granicy kontrolowanej schizofrenii, z menadżerami średniego i wyższego szczebla wciągającymi za duże ilości kokainy na pierwszym miejscu. Mimo, że znaczna część oddaje się w szpony diabła dobrowolnie („Przecież w życiu liczą się tylko pieniądze”), „ci którzy nie mieli innego wyjścia” zazwyczaj kończy w ten sam sposób. Piramida to bowiem całość, składająca się z połączonych w swoim zadaniu jednostek (jakkolwiek masońsko by to nie zabrzmiało). Koniec końców ta budowla chce oczywiście pochłonąć cały świat rozszerzając się w poziomie dzięki kampaniom marketingowym, lobbingowym (czyli także marketingowym) i sponsoringowi (czyli innemu rodzajowi marketingu).

Oczywiście wizja ta nie jest niewidoczna, jak chciałoby wielu z korporacyjnych CEO i wspomagających ich europejskich i amerykańskich polityków. Z paranoicznych otchłani Internetu, publikacji ostatnich lewicowych intelektualistów oraz tekstów gwiazd muzyki punkowej i hiphopowej, dochodzi nas bowiem głos o maszerującym bezlitośnie N.W.O. (New World Order) – nowym światowym porządku, który całkowicie zrenegocjuje stopień jednostkowego uczestnictwa w polityce krajów członkowskich do minimum likwidując także wszystkie instytucje, sprzyjające społecznej kontroli korporacyjnych planów. Gdy konstrukcja będzie gotowa, my mamy już nie mieć żadnych narzędzi, pozwalających na protest, bunt czy też zmianę. Ile w tej wizji możemy znaleźć rzeczywistych dowodów na poparcie takiej tezy? Okazuje się, że wcale niemało, gdyż N.W.O. niejedno ma imię.

Douglas Rushkoff przedstawia nam w Life Inc. kilka bardzo trzeźwych argumentów pisząc o pierwszej z międzynarodowych umów, które miały się odbić na życiu połowy naszego globu, przedstawianej zazwyczaj w podręcznikach historii jako PLAN NAPRAWY ŚWIATA: Przewidując potrzebę ustanowienia post kolonialnego, światowego porządku, Alianci wysłali swoich delegatów na spotkanie w hotelu, w Bretton Woods, New Hamshire, w 1944, w celu stworzenia nowego, globalnego systemu monetarnego. Stany Zjednoczone znalazały się w pozycji, pozwalającej na wywarcie nacisku z powodu bycia wojskowym zbawcą i jedną ekonomią przemysłową, która mogła promować własny system fiskalny: wolne rynki i monetarne przywództwo.

Wszystkie waluty miały zostać podporządkowane dolarowi, a świat miał cieszyć się z wolnych rynków, których beneficjentem miały być Stany Zjednoczone, jako że zysk miał zostać skierowany do wzrostu ekonomii tego kraju. Na spotkaniu ustanowiono Międzynarodowy Fundusz Walutowy, dano zrąb Bankowi Światowemu i położono podwaliny pod międzynardowy pakt handlowy, który został wprowadzony w życie pięćdziesiąt lat później przez George’a Herberta, Walkera Busha i Billa Clintona jako Światowa Organizacja Handlu.  

Korzenie solidnie już dzisiaj utwierdzonego, międzynardowego systemu bankowo-kredytowego i handlu międzynarodowego znaleźć więc można w zasadzie w umowach, zawartych u kresu II Wojny Światowej przez Francję, Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone. W praktyce głównie te trzy ekonomie skorzystały na zawartych umowach, dla ich rozwinięcia podporządkowano sobie jednak niemal cały świat.

Niestety, dopiero teraz zaczynamy tak naprawdę rozumieć globalne koszty powojennego okresu boomu gospodarczego w krajach Zachodu, z którego cała Europa Wschodnia, jak i większa część świata zostały przynajmniej na pięćdziesiąt lat całkowicie wyłączone. Budzące się do niezależnego życia afrykańskie i azjatyckie kolonie, które mogły się wreszcie wyzwalać ze względu na upadek militarny ich opresorów, zostały w tym okresie zaprzęgnięte do realizacji wzniosłego planu ekonomicznego na mocy wielo milionowych pożyczek, których egzekucja została poddana przy okazji absolutnej, korporacyjnej kontroli.

Jak pisze także Rushkoff: W końcu, jak w restauracji zadłużonej u mafii, cały kapitał produkcyjny i zasoby skończyły w kieszeni zagranicznych korporacji i przeznaczone do eksportowania całej swojej produkcji jako sposób spłacenia pożyczek. Usługi i instytucje publiczne zostały przejęte przez zagraniczne korporacje i obrócone w pieniądz. Bank Światowy służy jako rekin pożyczkowy, finansujący korporacyjne misje na rachunek krajów rozwijających się, podczas gdy MFW stał się szalonym komornikiem, wspieranym przez armie krajów bogatych i ich agencje wywiadowcze.

Dalej zaś czytamy: Światowa Organizacja Handlu, utworzona w końcu w 1995, służy za świadectwo, jak uniwersalnie akceptowane stały się te praktyki w krajach rozwijających się – i jak bardzo uzależniona jest od nich nasza chwiejna ekonomia. To nie była republikańska czy demokratyczna idea, ale korporacyjna mentalność, która cierpliwie czekałą na akceptację. Szerokie protesty, organizowane przez najróżniejsze grupy rzeczników ochrony środowiska, aktywistów związkowych i wszystkich tych, którzy rozumieli jeden lub więcej argumentów za takim protestem, zostały wyśmiane przez większość amerykańskich, brytyjskich, francuskich i niemieckich mediów jako robota wolno myślących, brudnych i niedoinformowanych jednostek, przestraszonych globalną przyszłością.     

Korporacyjna wizja przyszłości wydaje się pełna brudui znacznie lepiej zdawalibyśmy sobie z tego sprawę, gdybyśmy znali wszystkie sekrety przeszłości i teraźniejszości tj. spekulacje walutą, zatruwanie środowiska, fałszowania ekspertyz nakowych, przekupywanie polityków, finansowanie zamachów politycznych, maczanie rąk w produkcji kokainy i heroiny oraz resztę smrodu spod sterty gówna.

Nie wychodzą one niestety na jaw za często, gdyż są zatrzymywane przez filtr korporacyjnych mediów, których interesem jest podbudowywanie fałszywej wizji rzeczywistości i pokazywanie jej przeciwników w niesprzyjającym świetle – ośmieszanie ich jako bandytów, chuliganów, narkomanów i ludzi, balansujących na granicy zdrowia psychicznego. Innymi słowy, „urabianie im gęby”, prowadzące do społecznej dyskredytacji i wywoływania wobec nich strachu i wrogości, niczym wobec trędowatych. Wszystko zaś w desperackiej próbie zachowania władzy społecznej.

Żyjemy w erze hipermedialności, w której jedyną „prawdą” jest prawda wizerunku. Fakty są czymś znacznie gorszym niż fałszerstwo, a obiektywizm czymś znacznie bardziej pokrętnym niż skrajny relatywizm. Jako, że wizerunek jest jedynym kryterium rzeczywistości, tak więc ten kto nad nim panuje, klonuje go i przetwarza, staje się Wielkim Reżyserem, sprzedającym społeczeństwom wygodną dla korporacyjnego modelu wizję. Nie ma w niej wojny o przyszłość, panuje pełna zgoda.

Nie ma też problemów, wszystko jest pod kontrolą. Ciepli, korporacyjni ludzie  dobijają w niej interesów ze skorumpowanymi politykami przejmując kontrolę nad naszym życiem przy pełnym aplauzie publiczności obserwującej to niczym telewizyjny reality show. Kto bowiem jest w stanie powiedzieć Bogu wszechmocnemu „NIE”? W nowej religii masowej hipnozy, działającej poprzez medialne msze i konsumpcyjne pielgrzymki, spowiedź działa tylko na płatny abonament.

Koniec świata i po sprawie     

Rok 2012 zbliża się z każdym miesiącem. Każdy kolejny film fabularny, dokumentalny i następna strona internetowa, stworzona przez ludzi zastanawiających się jak przeżyć ten ostatni dzień na Ziemi, przypadający 21 grudnia, przynosi nam kolejną dawkę memów ostatecznego zagrożenia, fatalnego końca, zagłady i apokalipsy. Czy już czas gromadzić jedzenie w puszkach, budować schron przeciw atomowy i zakopywać karnistry z benzyną w ogrodzie? A może poczekać jeszcze rok?

Strach zamienia się powoli w fascynację, ta zaś w oczekiwanie spełnienia, które staje się z kolei nową religią. Jak uczył nas bowiem doktor Reich, pod pragnienim któremu odmawia się gratyfikacji, kryje się zazwyczaj autorytarny kult, poddający swoich wyznawców memetycznej kontroli. W tym wypadku byłby to pop-kult stworzony ad hoc przez przemysł kulturowy, który korzystając z koniunktury wylewa z siebie na rynek kolejne kultowe produkty. Trzy lata do końca świata to przecież dużo, dużo pieniędzy.

W roku 2009 liczba pop kulturowych memów, związanych z apokalipsą, Dniem Sądu Ostatecznego, zagładą Ziemi, końcem cywilizacji czy jakkolwiek inaczej nazwalibyśmy tą wizję upadku, urosła do maksimum. Nie trzeba tu daleko szukać, jeśli zaaplikujemy bowiem wirologię i memetykę do świata cyber-kultury, naturalnym kanałem rozprzestrzeniania się każdej info-bomby będzie społeczna transmisja.

Wideo na temat nowego filmu o przepowiedni Majów, zamieszczone na YouTube, zostanie rozesłane przez komunikatory tekstowe i Skype’a do przyjaciół, a także zagnieżdzone w news feedzie na Facebooku czy pasku komentarzy na korporacyjnych portalach informacyjnych, skąd pójdzie na blogi, a stąd do gazet i telewizji. Te z kolei produkując informację sprowokują prawem feedbacku jeszcze większe zainteresowanie. Leżąca u podłoża tego zjawiska hiperdystrybucja, będąca zasługą samych użytkowników, stwarza przy tym iluzoryczne wrażenie, że informacja powiela się sama.

Warto właśnie w tym miejscu odwołać się do słów wielkiego wizjonera sieci, cyfrowego libertarianina i znanego teretyka mediów, Marka Pesce, który wyróżnia dwa rodzaje medialnej dystrybucji informacji: dystrybucję góra-dół i hiperdystrybucję. Z pierwszego typu korzystają telewizja, radio i gazety, z drugiego Internet. Dystrybucja góra-dół, to jednostronne, hierachiczne przekazywanie spreparowanej informacji, zaś hiperdystrybucja to informacja rzucona w przestrzeń, poddawana samplingowi, przeróbkom, weryfikacji, stylizacji, a także prowokująca cały strumień narracji, oscylującej wokół jej przekazu. Typowym przykładem hiperdystrybucji są dyskursy YouTube’owe, składające się z dialogów filmów video, uploadowanych do serwisu, wokół których tworzy się tymczasowa kultura interpretacji – internetowa tożsamość dialogowa, naganiająca bardzo często gigantyczną liczbę odsłon.

Trudno sobie wyobrazić, jak potoczyłyby się losy „memu końca świata”, gdyby nie Internet, umożliwiający szybką i wielostronną komunikację, roznoszący go niczym wirusa. Cyberprzestrzeń bywa znacznie bardziej chaotyczna niż media nadawcze, a przy tym dokonuje się w niej naturalna alchemia informacyjna, wynosząca na powierzchnię informacje najbardziej poszukiwane i potrzebne, które następnie są przesuwane wyżej w rankingu przez użytkowników, co sprawia, że stają się tym samym coraz bardziej dostępne. Jeśli informacja ta będzie gwałtowanie replikowana poprzez media werbalne i wizualne w Internecie, stanie się jednocześnie dominantą, gwarantującą zysk z jej komercjalizacji. Trzy miliardy internautów na całym świecie, żyjące w podniecie informacyjnego przeładowania cyfrą 2012 są ogromnym rynkiem zbytu.

Z tej perspektywy to właśnie feedback kulturowy zdaje się być odpowiedzialny za obecny, maniakalny wylew filmów, książek i komiksów, których tematem jest ostateczny upadek ludzkiej cywilizacji. Infokaliptyczne analizy Terence’a McKenny mieszają się w nim z astrofizycznymi wynikami badań aktywności słonecznej, przepowiedniami Nostradamusa i rozpowszechnianą wszędzie przepowiednią kalendarza Majów.

Z boku kroczą cyberpunkowe wizje upadku demokracji społecznej oraz fuzji człowieka i technologii (wielką falą przelewające się przez kulturę japońską) oraz echa Watchmen Alana Moore’a i hollywoodzkie produkcje z zawalaniem sie drapaczy chmur na głównym planie. Sukces finansowy jest główną miarą wiarygodności wszystkich wizji i przepowiedni. Gdyby nie można było na tym trendzie zarobić, wciąż pozostawałby on w cieniu internetowych nisz, gdzie dyskutowany byłby zaledwie przez garstkę okultystów i parapsychologów. Tak się jednak składa, że wielkie wizje rodzą się w cieniu, a na światło słoneczne są wyciągane przez biznesmenów, czujących w nosie zapach świeżej gotówki.

Przy okazji nadchodzącego roku 2012 pod wschodzącą gwiazdą znajduje się przede wszystkim ruch survivalistów, którzy traktują tą datę z największą powagą jednocześnie nie chcąc biernie czekać na bieg wypadków i przygotowując się do konfrontacji. W sieci wykwitają strony, przyciągające osoby, mające nadzieję na przetrwanie końca świata dzięki kolektywnej akcji. W pragnieniu tym może się jednak kryć coś więcej niż tylko instynktowny odzew na zbiorowe pranie mózgu.

Być może ludzie chcą w ten sposób odzyskać utracone poczucie jedności społecznej. Jak pisze słusznie Douglas Rushkoff w znakomitej książce Life Inc.: Nasza przerażająca obsesja zagładą może być śladem czegoś znacznie mniej apokaliptycznego – czegoś, co pozwoli nam na wyrwanie się ze świata, podporządkowanego korporacjom. Jeśli skomplikowane łańcuchy dystrybucji dóbr i schematy ekonomiczne, które służą nam do zaspokajania zapotrzebowania na pożywienie, ubranie, schronienie i troskę o własne dobro przestaną działać, czy będziemy w stanie wytworzyć zdolność zapewnienia sobie i innym tych podstawowych potrzeb? Czy mamy przyjaciół wśród rolników, żeby prosić ich o plony? Czy mamy cokolwiek jako członkowie ich rozszerzonej wspólnoty do zaoferowania w zamian?

Rushkoff słusznie zwraca uwagę, że fascynacja zagładą może być także formą głębokiego pragnienia powrotu do utraconej harmonii społecznej i bezpośredniej łączności z naturą, od której oderwała nas kultura miejska, cywilizacja industrialna i rozpad społeczeństwa rozumianego jako kolektyw jednostek połączonych ze sobą realizacją wspólnych funkcji życiowych. W tym wypadku  fascynacja nadejściem roku 2012 może być rzeczywiście rozumiana jako kontratak zbiorowej podświadomości, kierującej nas na przywrócenie naturalnej homeostazy. Pragnienie to wydaje się przy tym na tyle poważne, że jest w stanie zjednoczyć mrowie ludzkie wokół ogólnej idei – służy więc samo w sobie jako akumulator tożsamości.

Kolejne rozwiązanie znajdujemy dzięki teorii narratywnej mediów. W łonie jej rozważań wysuwa się tezę, iż do zadań narracji należy m.in. eksperymentowanie z różnymi wcieleniami kultury, a więc także scenariuszami jej rozwoju. Narracja biorąca sobie za główny temat koniec wszelkiej kultury jest wprost idealnym polem do jej podsumowań, a przede wszystkim do uprawiania wszelkiego rodzaju apokryficznej apokaliptyki. Dużo tu miejsca dla wyobraźni, spekulacji, fantazji i eksplorowania mrocznych pokładów zbiorowej nieświadomości.

Przy okazji apokaliptyka takiego rodzaju daje nam niezwykle silny materiał na temat zjawisk z zakresu psychologii zbiorowej i jej relacji do pop kultury, która okazuje się najsilniejszym zwierciadłem ludzkich emocji ery hipermedialności dając możliwość werbalizacji i wizualizacji wszelkich wariantów narratywnych. Monetyzacja tego potencjału wydaje się oczywiście idealnym zadaniem dla jednostek, potrafiących śledzić wyłaniające się w info sferze trendy i zamieniać je w narracyjne artefakty – pop kulturowe pomniki memetyczne.

Mimo całego bagaża teorii, która może tłumaczyć fenomen roku 2012, znaleźć możemy także zupełnie realne przyczyny wzrastającej popularności memów apokalipsy. Jednym z nich jest światowy kryzys systemu ekonomicznego, drugim spór o zmiany klimatyczne, a jeszcze innym dynamiczny przyrost wymiany informacji i związane z nim poczucie utraty stabilności narracyjnej, wykorzystywane przez międzynarodowe korporacje.

Każde z tych zagadnień kryje w sobie niczym chińskie pudełeczko, wiele warstw, odzwierciedlających w pewien sposób polifonię stanowisk. Nie istnieje jedna prawda, być może nie istnieją nawet dwie. Czy wzrost temperatury jest skorelowany ze wzrostem CO2 w atmosferze czy jest wprost odwrotnie? Ma to jedynie znaczenie w kontekście decyzji politycznych, jako że nauka przestała być samodzielną dziedziną i związana została stalowymi więzami z potrzebami rynku.

Łatwość manipulowania opinią publiczną staje się z roku na rok coraz łatwiejsza w związku z tym, że pływamy w coraz większym morzu informacji, którego nie są w stanie ogarnąć już nawet najwięksi naukowcy. Preparowanie „prawdy medialnej” stało się więc, jeśli wierzyć naszym kochanym elitom politycznym, słuszną koniecznością. Sprzeczności występują w obecnym stadium wyłącznie w Internecie, ale żeby do nich dotrzeć trzeba poświęcić dużo czasu.

Weryfikacja wielu danych stała się więc przywilejem mniejszości, a opinia publiczna musi zadowalać się głównie prawdą przepuszczaną przez gatekeepera. Dochodzi obecnie do takich paradoksów, że pewne grupy interesów lobbują na rzecz rozwiązania, wymierzonego w ich dobro nie mając nawet o tym pojęcia. Jak rozgryzła już bowiem 50 lat temu CIA, najlepszym agentem jest jednostka, która zupełnie nie zdaje sobie z tego sprawy.

Ze względu na upadek znaczenia społecznej kontroli nad procesami informacyjnymi „zawartość prawdy” można w tej chwili mierzyć jedynie w procentach. Ten dziwny proces entropii informacyjnej, zachodzący w kulturze współczesnej, w pracach teoretyków mediów, antropologów i okultystów bywa czasem określany jako „wojna informacyjna” ze względu na decydującą rolę, którą można odegrać stając się „opiekunem ostatecznego filtra informacji”.

Taki filtr może być jednak nałożony tylko poprzez wprowadzenie nowego rodzaju autorytaryzmu i zdelegalizowanie wszystkich innych środków przetwarzania informacji. Czy wyobrażacie sobie Noc Kryształowych Noży w cyberprzestrzeni – ostatniego miejsca swobodnej wymiany myśli? Z każdym miesiącem jest do niej coraz bliżej. Zawalające się budynki jedynie odciągają uwagę od procesów, zachodzących w tle.

Do serca weźcie sobie słowa Marka Pesce, który pisze: NIE WIERZCIE IM. Oni widzą co się dzieje. Oni wiedzą, że są bliscy utraty kontroli nad globalną mediasferą, że korporacje medialne, które pomogły im stać się niewzruszonymi potęgami, nie będą znaczyły chuja za dekadę. Oni się boją. Tak więc starają się zdelegalizować wszystko w próbie uszczelnienia luk swojej władzy.

Gdzie zastanie was koniec świata? W łożku? W pubie? W samochodzie? Przy komputerze? Gdziekolwiek przyjdzie wam zmierzyć się z tą informacyjną bombą, pamiętajcie że każdy koniec jest jednocześnie nowym początkiem, a medialny strach przede wszystkim paraliżuje wszelkie działanie, które jest kluczem do przejęcia władzy nad własnym umysłem w Nowej Erze Światowego Chaosu.

Conradino Beb

Londyn, styczeń 2010

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s