Powstańcie hedoniści, czyli manifest wyklętych

Wierzę, że środki psychedeliczne zapewniają szansę, choć być może niewielką, aby homo faber – przebiegły, bezwzględny, szaleńczy, chciwy na przyjemności twórca narzędzi, stał się inną istotą, której obecność tak dobrotliwie wyczuwamy, homo sapiens – istotą mądrą, rozumiejącą, współczującą, która złożona z czworga elementów: wizjonerskiej sztuki, polityki, nauki i religii, ponownie stanie się jednością. Z pewnością powinniśmy skorzystać z tej szansy.

– Humphrey Osmond, A Review of the Clinical Effects of Psychotomimetic Agents

 

O człowieku można powiedzieć i napisać wiele, lecz jeszcze więcej można napisać i powiedzieć o jego namiętnościach, poprzez które najgłębiej ujawniają się jego prawdziwe pragnienia. Nawet w przypadku, kiedy istota ludzka zniknie już zupełnie (co stanie się prędzej czy później w taki albo inny sposób), jej namiętność będzie trwać dalej zasilając wielki zbiornik kosmicznego szczęścia.

Każda bowiem, nawet najbardziej niepozorna chwila prawdziwej radości (ananda) pozostawia niezwykle głęboki ślad, tak jak i każda chwila prawdziwego cierpienia (dukkha). Różnica jakościowa jest żadna w obliczu istoty samego doświadczenia (wygłaszam tutaj pogląd buddyjski, trudno), ale zasadnicza dla naszych rozważań.

Tam, gdzie w grę wchodzi wybór pomiędzy korzyścią i niekorzyścią, człowiek zawsze wybierze opcję numer 1 (potwierdza to zarówno historia ekonomii, jak i psychologia ewolucyjna). Tendencja ta wynika wprost z naszych zdrowych zwierzęcych instynktów, które nieraz okazują się mądrzejsze niż wszystkie systemy religijne razem wzięte.

Jeśli zaś stoimy w obliczu wyboru pomiędzy cierpieniem i szczęściem, zawsze powinniśmy wybrać szczęście. Podkreślam to szczególnie dlatego, iż nie jestem zwolennikiem chrześcijańskiego kultu cierpienia; obce jest mi wpajanie człowiekowi memów nieszczęścia, obracających go w duchową skorupę, w której nędzny Egregor może uwić sobie gniazdko.

Jak pisał Nietzsche: Dopiero my, duchy oswobodzone, mamy warunek po temu, by rozumieć coś, czego dziewiętnaście wieków nie rozumiało – ową w instynkt i namiętność przeistoczoną uczciwość, która „kłamstwo święte” jeszcze bardziej zwalcza niż wszelkie inne kłamstwo1 Dzisiaj tym bardziej nie możemy zmarnować okazji!

Mówiąc jednak o tych magicznych chwilach, które pozwalają trwać w wieczności, patrzeć na cudowny krajobraz wszechświata, który ujawnił właśnie przed nami swój wzór, musimy sobie oczywiście odpowiedzieć na kluczowe pytanie. Czy powinniśmy sobie takie chwile zapewniać za pomocą środków psychedelicznych?

Odpowiedź może być tylko jedna, możliwie często i w taki sposób, jaki tego tylko zapragniemy. Odwołując się do największego objawienia duchowego hedonizmu, jaki został przyjęty na planecie Ziemi, a mowa oczywiście o księdze Liber AL vel Legis, która została objawiona Aleisterowi Crowleyowi w 1904 r. w Kairze, zacytujmy jednak oryginał: Jeśli chcecie mnie czcić, weźcie wino i dziwne narkotyki, o których powiem memu prorokowi, i upojcie się nimi! Nie zaszkodzą wam wcale. Jest kłamstwem to zatracenie siebie.2

W myśl przesłania Nowego Eonu, które głosi potrzebę wyzwolenia się z wszelkich więzów, stwarzających cielesne, mentalne i duchowe ograniczenia, musimy wywalczyć sobie wolność w świecie, który niepokojąco zaczyna przypominać kulturowe więzienie.

* * *

Pomimo tego, że ludzkość gnębi obecnie więcej uzależnień niż kiedykolwiek wcześniej na przestrzeni jej długiej historii, nasi społeczni prawodawcy podarowali nam prezent i stworzyli ad hoc jeszcze jedno – uzależnienie od środków psychedelicznych.

Do najpopularniejszych środków zaliczanych do tej grupy należą: konopie indyjskie, grzyby psylocybinowe, LSD, peyotl, szałwia divinorum, muchomor czerwony, gałka muszkatołowa, ayahuasca (yage), korzeń iboga, kava kava i wiele innych, mniej znanych (laikom) substancji. Pomimo tego, że nikt nigdy nie udowodnił możliwości uzależnienia się od substancji w nich zawartych, społeczeństwo zostało całkowicie przekonane o tym, że jest zupełnie odwrotnie.

Żeby jednak sprecyzować, wykazano empirycznie i znaleziono żywe, ludzkie przykłady uzależnienia od: cukru, kawy, telewizji, środków nasennych i antydepresyjnych, Internetu, alkoholu, kontaktów międzyludzkich, ćwiczeń fizycznych, modlitwy, amfetaminy, heroiny, kokainy, zabijania, słuchania radia, grania na giełdzie, hazardu, sprzątania, onanizowania się, rozmawiania przez telefon i wielu innych rzeczy… jednak żadnych dowodów na to, że można się uzależnić od psychedelików inaczej zwanych środkami enteogennymi.

Dlaczego jednak opinia taka wciąż pokutuje wśród znacznej części społeczeństw kultury Zachodu oraz, co nas najbardziej interesuje, w społeczeństwie polskim? Niestety, jest ono bezsilne na działanie propagandy rządowej, która posługując się umiejętną (lub też absurdalną) selekcją materiału, a ponadto kłamstwem, preparacją, prowokacją, tuszowaniem danych i ferowaniem nieuzasadnionych wyroków, skazuje je na wieczną niewiedzę oraz zasiewa najskuteczniejsze ziarno ogólnej ignorancji – strach.

Kiedy w 1943 r. Albert Hofmann przez przypadek zanieczyścił sobie palce drobinami LSD-25, by przeżyć pierwszy w historii kwasowy trip,3 nikt nie miał nawet pojęcia czym tak naprawdę charakteryzują się środki enteogenne.

24 lata później w Stanach Zjednoczonych LSD zostało bezwzględnie zdelegalizowane pomimo braku jakichkolwiek dowodów na jego szkodliwosć, co potwierdza sam Hofmann pisząc: Zwolennicy niekontrolowanego, legalnego użycia LSD i innych halucynogenów opierali swoje stanowisko na ustaleniach, że narkotyki tej grupy nie powodują uzależnienia i że nie wykazano dotychczas zagrożenia dla zdrowia, wynikającego z umiarkowanego ich użycia. I jedno i drugie jest prawdą. Prawdziwe uzależnienie – charakteryzujące się poważnymi skutkami psychicznymi i fizycznymi, wynikającymi z odstawienia narkotyku – nie występują nawet wtedy, gdy LSD było zażywane często i przez długi okres.4

Trudno się nie zgodzić z doktorem Hofmannem, który bądź co bądź, jest jednym z absolutnych ekspertów od LSD. Zainteresować nas jednak powinno pytanie, co jest takiego w środkach enteogennych, że delegalizuje się je i wyklina pomimo oczywistych braków w argumentacji, zwróconej przeciwko ich sfalsyfikowanej szkodliwości?

W żadnym wypadku nie da się bowiem dowieść ich większej szkodliwości medycznej od narkotyków zalegalizowanych tj. alkohol, cukier czy kawa, które zabijają miliony ludzi na całym świecie.

Kluczowe dla naszych rozważań może być odwołanie się do klasycznej analizy antropologicznej, w której jednym z pojęć fundamentalnych jest pojęcie „obcego”. Termin pochodzący od Ruth Benedict5 i szkoły antropologii psychologicznej, którego użycie rozwinął przede wszystkim w swojej strukturalistycznej metodologii, Claude Levi-Strauss,6 idealnie obrazuje istotę naszego narkotycznego zagadnienia.

W pojęciu obcego antropologowie zwykli zestawiać nieświadome pobudki danej grupy społecznej, dla której pewien kulturowy obiekt, wartość, wyobrażenie, jest agregatorem wykluczenia. Obcy ucieleśnia grozę rozpadu wspólnoty, powrotu do stanu zwierzęcego, nieprzewidywalnej zmiany, a przede wszystkim staje się semantycznym centrum konsolidacji kolektywnej, która konieczna jest do wytworzenia się uniformizacji zachowań.

Innymi słowy, obcy konotuje wszelkie negatywne cechy, wobec których grupa może się postawić w opozycji homogenizując przy tym swoje struktury wyobrażeniowe.

Acid Test Graduation
Autobus Kena Keseya i Merry Pranksters reklamujący „Acid Test Graduation” w listopadzie 1966

Dokładnie z takim samym, klasycznym przypadkiem mamy do czynienia stając naprzeciwko problemu środków enteogennych, które przemoc symboliczna,7 czerpiąca w dużej mierze z językowego dyskursu medycyny prawniczej, sklasyfikowała jako narkomanię czyli chorobę społeczną. Ten dyskurs jest następstwem racjonalistycznej nauki, a swoje narodziny uświęcił w XVIII wiecznej klinice polowej i przytułkach dla chorych psychicznie, w których jak pisze Michel Foucault, dokonano obiektywizacji i racjonalizacji, wcześniej niezrozumiałych gestów stwarzając pustkę pomiędzy chorym i pacjentem – naszą wspólną przestrzeń wykluczenia.8

Jak zauważa w swoim tekście Dariusz Misiuna, jak najbardziej na miejscu użycie w tym kontekście terminu „mityczny wróg”, gdyż problem z dyskursem anty narkotykowym jest problemem stricte mitologicznym. W swojej znakomitej analizie problemu pisze tak: O ile jednak argument szkodliwości zdrowotnej narkotyków jest czasem podnoszony w dyskursie zakazującym ich używania, znacznie częściej pojawia się w nim hipoteza mówiąca o płynących z nich zagrożeniach dla życia społecznego. Narkotyk jest tym „niewidzialnym obcym”, który podstępem wdziera się w delikatną tkankę związków międzyludzkich, a jego złowieszcza siła opiera się na mocy zarażania. Jest przeto skrojony na wzór i podobieństwo mitycznego Zła, które posiada zdolność przelewania się na osoby znajdujące się w jego otoczeniu.9

Jak więc widzimy, problem nie dotyczy wpływu środków enteogennych na zdrowie, ale ich negatywnej wizji społecznej, która uzależniona od mitologicznego, psychiatrycznego dyskursu, nie jest w stanie uzyskać dostępu do właściwych źródeł informacji i w ten sposób zdekonstruować kolejnego modelu władzy. Bez tej dekonstrukcji żaden członek społeczeństwa nie będzie zaś w stanie zrozumieć, że w „Wojnie z Narkotykami” nie chodzi tak naprawdę o narkotyki, ale o władzę – tępy, prymitywny, bezwzględny, terytorialny popęd, bazujący na najniższych emocjach i najgłupszych możliwych perspektywach.

* * *

Klatka z filmu propagandowego „Hemp For Victory”

Konopie indyjskie (tagi: haszysz, hasz, marihuana, zioło, ganga, trawa, skunk) to jeden z przypadków, ukazujących wypaczenie obrazu środków psychedelicznych i jego manipulację do ekstremum. Ta wspaniała roślina była przez wiele tysięcy lat utożsamiana z boskością. Uprawiana w Chinach już 3500 lat p.n.e., służyła jako doskonałe lekarstwo na choroby płuc, bóle żołądka, apatię i nerwicę. W Indiach była zaś czczona od zawsze jako dar boga Sziwy, umożliwiający doznawanie stanu oświecenia i rozwijająca talent jasnowidzenia.10

Konopie były także znane doskonale w Tybecie jako lekarstwo ludowe i wciąż używane jest przez mnichów buddyjskich w tych samych celach! Dzięki działaniom rządu amerykańskiego i pojedynczych jednostek tj. niesławny Harry J. Anslinger, komisarz Federalnego Biura ds. Narkotyków Departamentu Skarbu w latach 1930-1962, konopie szybko skojarzono jednak z przestępstwem, narkomanią i degradacją społeczną.

Kto uwierzyłby w takim razie, że podczas II Wojny Światowej, w dzisiejszej „ojczyźnie narkotykowej prohibicji” – Stanach Zjednoczonych, gorąco namawiano do jej sadzenia? Dowód na to jest z jednej strony śmieszny, a z drugiej niezwykle obciążający. Odnaleziona w 1989 r. przez Jacka Herera (znanego marihuanowego aktywistę) taśma z propagandowym filmem – „Hemp For Victory”,11 ukazuje uśmiechniętych farmerów z Kentucky, sadzących hektary konopi oraz dumnie maszerujących żołnierzy w konopnych mundurach. Tego niezwykłego znaleziska dokonano w Bibliotece Kongresu USA przeszukując archiwa z lat trzydziestych i czterdziestych. Wcześniej robiono to bezskutecznie w Ministerstwie Rolnictwa, na zlecenie którego film powstał.

Niezwykle interesujący jest przy tym jeden zasadniczy fakt. Obydwie z instytucji utrzymywały uparcie, aż do momentu jego ujawnienia, że film ten nigdy nie istniał! Propagandowa reklamówka, nakręcona w 1943 r. – podczas szczytu zmagań militarnych II Wojny Światowej – objaśnia farmerom, że konopie są jedną z najstarszych, oddających wiele usług ludzkości, rośliną. Radzi im zwiększać plony na potrzeby armii oraz pokazuje w prosty sposób, jakie wymagania mają konopie i jak je najefektywniej sadzić.

Z prawdziwą werwą narrator dyktuje też odbiorcy długą listę produktów, do stworzenia których niezbędne są konopie. Wszystko zaś w majestacie prawa, które przyznaje każdemu hodowcy stempel, legalizujący uprawę po federalnej rejestracji. Sam tytuł filmu – „Konopie Dla Zwycięstwa” jest wymownym znakiem, jak ważna była dla USA w tym czasie ta roślina. Film zaś w istocie każe czynić wszelkie, możliwe wysiłki w celu ułatwienia rozwoju jej hodowli. Czy mogło być jeszcze piękniej? Z pewnością… gdyby nie wspomniany Harry J. Anslinger i koncern DuPont, którego nowe technologie syntezy włókien sztucznych z nafty kłóciły się z wielowiekową tradycją.

Na skutek nacisków Henry’ego J. Anslingera Organizacja Narodów Zjednoczonych przyjęła w 1961 r. jedną z najbardziej represyjnych ustaw w prawie międzynarodowym. Chodzi o Single Convention on Narcotic Drugs,12 która ratyfikowana w 1971 i 1988, jest do dzisiaj jednym z instrumentów prawnych, które najsilniej hamują każdą próbę rozsądnej polityki wobec środków psychedelicznych na szczeblu państwowym. Największym paradoksem jest fakt, że Anslinger zmarł niedługo później na raka zapewniając sobie przez długi czas ulgę w chorobie dzięki końskim dawkom morfiny.

Mimo wielu trudności, z jakimi wciąż styka się ruch depenalizacji i legalizacji konopi (z którym sam gorąco sympatyzuję), lata ’90 okazały się dla niego nadzwyczaj obiecujące, gdyż przyniosły prawdziwą odwilż. Najpierw zbuntowali się naukowcy, potem organizacje pozarządowe, a na końcu zwykli użytkownicy, którzy mieli dość traktowania siebie, jak zorganizowanej grupy przestępczej. Efekty tego zrywu są coraz bardziej widoczne, a dalsze kontynuowanie przez konopnych aktywistów rozsądnej polityki edukacyjnej, daje obecnie nadzieję na dalszą liberalizację absurdalnego, antymarihuanowego prawa.

Od „Compassionate Use Act” z 1996,13 który został przegłosowany przez obywateli Kalifornii, przez słynny raport WHO z 1997,14 oficjalnie stwierdzający stosunkowo znikomą szkodliwość stosowania marihuany, aż po niedawny, „Światowy Raport Narkotykowy 2006” Biura ds. Narkotyków i Przestępstw ONZ,15, wszystko daje działaczom na rzecz legalizacji konopi coraz silniejsze argumenty w walce z absurdalnym i nieefektywnym prawem. Należy tu zwrócić uwagę, iż duży przełom nastąpił przede wszystkim w momencie, w którym dopuszczono do głosu naukowców, którzy mieli w końcu okazję po dekadzie zamordyzmu, zbadać działanie konopi po raz kolejny i dowieść bezsprzecznie, iż THC (mieszanina alkaloidów, którą zawierają konopie) jest związkiem o bardzo niskiej toksyczności.

W tej chwili leki na bazie THC dostępne są już w Holandii, Niemczech, Belgii, Nowej Zelandii oraz wielu stanach USA tj. Kalifornia czy Oregon. Kiedy trafią do naszego kraju? Moim zdaniem, to już tylko kwestia czasu. Będziemy zaś mogli konopie palić i hodować legalnie, kiedy w końcu weźmiemy w Polsce sprawy we własne ręce i zjednoczymy się we wspólnej walce, tej codziennej, na poziomie: edukacyjnym, medialnym, protestacyjnym, a przede wszystkim duchowym. Zwyciężymy, gdyż prawdziwa wolność nigdy nie da się powiesić, ani zamknąć w więzieniu!

* * *

Timothy Leary podczas „Human Be-In” w San Francisco, 1967

Wszystkie wnioski na temat środków psychedelicznych pozostają bez znaczenie, jeśli nie określimy ich w kontekście podstawowego zagadnienia, jakim jest kwestia świadomości. Od świadomości biegnie droga do podświadomości (logicznie rzecz biorąc), a stąd do jej ewolucji i funkcji strukturalnej, jaką jest percypowanie rzeczywistości wewnętrznej i zewnętrznej.

Jak pisze Terence McKenna, wielki adwokat pozytywnej mocy grzybów psylocybinowych, pisarz, wizjoner i futurysta: Świadoma obecność jest nazywana „świadomością świadomości” (Guenther, 1966) i charakteryzuje się nowymi połączeniami pomiędzy różnorodnymi informacjami, pochodzącymi ze sfery ludzkiego doświadczenia. Świadomość jest jak super nieswoista odpowiedź immunologiczna. Nie ma ewolucyjnego limitu, wskazującego do jakiego stopnia świadomość może zostać poszerzona przez gatunek.16

Pasjonaci psychedelików często przeciwstawiają powszechnie serwowanej papce medialnej o zniszczeniach i spustoszeniach mentalnych, jakich miałyby one dokonywać, antytezę, wskazującą, że środki te nie tylko nie szkodzą przy umiarkowanym stosowaniu, ale potrafią dokonywać cudów ewolucji wypychając nas na wyższy poziom. Przykładowo, nie jesteśmy w stanie podać wiarygodnych i wyczerpujących danych na temat neurochemicznych i neurofizjologicznych efektów zastosowania takich środków, jak LSD z powodu zablokowania wszelkich prób naukowego zbadania fenomenów, przez niego wywoływanych po 1971 r. (niewątpliwie jest to kolejny minus prohibicji, który dotkliwie odczuwają wszyscy neurologowie i psychologowie) – z wyjątkiem Szwajcarii, która wyłamała się w ostatnich kilku latach – to dzięki indywidualnym wglądom jesteśmy w stanie stwierdzić, że LSD może zwiększać liczbę połączeń neuronowych, odpowiedzialnych za całościowe, syntetyczne odbieranie rzeczywistości tym samym odbierając urok większości mentalnych zdobyczy racjonalnej, oświeceniowej cywilizacji.

Oczywiście, pojawia się tu problem relacji samo stanowiącej jednostki i monopolu władzy, który prowadzi do głębokiego konfliktu, odsłaniającego archaiczność struktur współczesnych systemów administracyjno-prawnych. Członkom tych struktur zależy na utrzymaniu starego status quo, co próbują wyegzekwować przemocą, a wolnym jednostkom (rebeliantom i piratom) zależy na jego zniesieniu, o co próbują walczyć pokojowo. Stan ten możemy nazwać konfliktem paradygmatycznym, a szanse określić jako z góry nierówne. Aby uniknąć dalszej eskalacji tego konfliktu, należałoby jedynie przystać na dwie proste zasady, wymyślone przez, bohatera rewolucji pokoleniowej, proroka psychedelicznej rewolucji i bezwzględnego krytyka działań znienawidzonego establishmentu, Timothy Leary’ego, które brzmią:

I Nie będziesz zmieniał świadomości bliźniego swego.
II Nie będziesz wzbraniał bliźniemu swemu zmieniać własną świadomość.
17

Leary wskazuje, że jeśli mamy dalej egzystować jako społeczeństwo, musimy przyjąć coś na kształt „Dwóch Przykazań Ery Molekularnej”, w innym wypadku dalsza wojna jest nieunikniona. Ten neurolibertarianizm Leary’ego jest z jednej strony konsekwencją oczywistych praw jednostki do wolności indywidualnej, a z drugiej pragnienia dalszego rozwijania badań nad skomplikowanymi mechanizmami oddziaływania psychedelików.

Pomimo tego, że Polityka ekstazy została napisana w 1968 r., to w wielu fragmentach wydaje się być wciąż aktualna, ponieważ tak naprawdę niewiele się od tamtego czasu zmieniło. O ile w pierwszym, wspomnianym przeze mnie przypadku, cały czas mamy impas, to w drugim następuje na szczęście powolny postęp. Do chwili obecnej zdążono już przeprowadzić kilka ciekawych projektów badawczych, a wiele innych jest kontynuowanych. Wszystkie zdążyły od swojego startu przynieść lub też ciągle przynoszą wiele cennych informacji.

Drogę powrotowi psychedelików do badań naukowych utorował dr Rick Strassman w 1990 r., który pierwszy raz po 20 latach ścisłego zakazu rozpoczął takie badania w Stanach Zjednoczonych zajmując się N,N-dimetylotryptaminą (DMT). Badania trwały do 1995 i objęły 60 ochotników.18 Potem przyszedł czas na badania dr Charlesa Groba nad efektami, wywoływanymi przez psylocybinę, które jednak amerykańska FDA pozwoliła przeprowadzać jedynie na pacjentach, będących w IV stadium raka.

Badacz ten wcześniej pracował przez kilka lat w Brazylii nad wykorzystaniem kultowego wywaru ayahuasca do zapobiegania narkomanii.19 Obok nich warto wspomnieć także o zakończonych w zeszłym roku badaniach próbnych dr Francisco Moreno, który również stosował psylocybinę w celu leczenia chronicznego, trudnego do wyleczenia zespołu obsesyjno-kompulsywnego. Ponadto niezwykle obiecujące są także badania, przeprowadzane przez dr Deborah Mash nad wykorzystaniem ibogainy w terapii uzależnień, prowadzone od 1993 r.20

Rick Strassman

Wszystkie te przykłady jasno pokazują, że psychedeliki znowu wracają do łask, chociaż w bardzo ograniczonym wymiarze. Rządy jednak wydają coraz więcej pozwoleń na takie badania, tak więc nasza wiedza będzie się zwiększać, a gdzie więcej wiedzy, tam mniej strachu. Oczywiście nie oznacza to natychmiastowej legalizacji wszystkich możliwych środków enteogennych, ale na pewno ułatwi pozyskiwanie w tym celu opinii publicznej i zakończy być może w krótkim czasie długą erę polowań na czarownice.

Jednak na razie jesteśmy zmuszeni nadal zapewniać sobie przyjemność w nielegalny sposób czekając na słodki dzień, opisywany przez Aldousa Huxleya w powieści Wyspa,21 w której ukazał on społeczeństwo, potrafiące w pełni przyswoić sobie rytuały z wykorzystaniem enteogenów, a jednocześnie wolne od narkomanii. Intuicja jednak mówi, że dopóki nie usuniemy cienia represyjnych rządów, pragnących roztoczyć nad nami władzę absolutną, będziemy raczej egzystować w świecie rodem z powieści Przez Ciemne Zwierciadło, Philipa K. Dicka.22

Pomimo koniecznego optymizmu, nie powinniśmy mieć jednak zbyt wielu złudzeń, gdyż jak pisze święty Robert Anton Wilson, niedawno zmarły, wielki współczesny mędrzec, agnostyk, libertarianin i zagorzały użytkownik konopi indyjskich: Ortodoksje krajów wysoko rozwiniętych bardzo obawiają się szamanistycznych poszukiwań wizji. Szamani najczęściej przyjmują i przekazują wartości o charakterze plemiennym i ekologicznym, zwykle podszyte anarchią. (Wystarczy przyjrzeć się takim hasłom, jak: „Wszystko jest dozwolone” Hassana-e Sabbaha, „Czyń swoją wolę, niechaj będzie całym Prawem” Crowleya, „Nikt nie może być dobrym, jeśli nie czuje się dobrze” Abbiego Hoffmana itp.) Plemię jest zwykle zdecentralizowane i ma charakter skrajnie indywidualistyczny (zob. maksymę Indian Czirokezów: „Nikt nie powinien być zmuszany do robienia tego, co kłóci się z jego sercem”). Cywilizacja jest zwykle scentralizowana i nawet w tak zwanych demokracjach ma charakter skrajnie autorytarny. Kieruje się regułą, że każdy człowiek powinien codziennie robić to, co kłóci się z jego sercem, dla pożytku harmonii całości.23

Jednak pamiętajmy o tym, żeby zawsze starać się być kowalem własnego losu… w innym wypadku nie możemy mieć do nikogo pretensji.

Conradino Beb

 

Przypisy:
1. Friedrich Nietzsche, Antychryst, Wyd. Zielona Sowa, Kraków 2003, str. 34.
2. Liber AL vel Legis, II: 22.
3. zob. Albert Hofmann, LSD… moje trudne dziecko, Wyd. Latawiec, Warszawa 2001.
4. Tamże, str. 81.
5. zob. szczególnie Ruth Benedict, Chryzantema i miecz. Wzory kultury japońskiej, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2003.
6. zob. Claude Levi-Strauss, Antropologia strukturalna, Wyd. KR, Warszawa 2000.
7. Na temat przemocy symbolicznej zob. Pierre Bourdieu, Jean-Claude Passeron, Reprodukcja. Elementy teorii systemu nauczania, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2006.
8. zob. Michel Foucault, Narodziny kliniki, Wydawnictwo KR, Warszawa 1999.
9. Dariusz Misiuna, „Budujemy nowy dom”, czyli jak operuje się mitem złych narkotyków, Antena Krzyku, R. 2000+2001, nr 6+1.
10. zob. Robert Anton Wilson, Sex, narkotyki i okultyzm – podróże poza granice świadomości, Wyd. Graffiti BC, Toruń 2002.
11. Film dostępny tutaj.
12. Dokument znajduje się tutaj.
13. Dokument znajduje się tutaj.
14. Dokument znajduje się tutaj.
15. Dokument znajduje się tutaj
16. Terence McKenna, The Archaic Revival, MJF Books, New York 1993, str. 143 (tłum. moje).
17. Timothy Leary, Polityka ekstazy, Wyd. EJB, Kraków 1998, str. 92.
18. zob. Rick Strassman, DMT: The Spirit Molecule: A Doctor’s Revolutionary Research into the Biology of Near-Death and Mystical Experiences, VT: Park Street Press, Rochester 2001.
19. zob. Dennis J McKenna, J C Callaway, Charles S Grob, The Scientific Investigation of Ayahuasca. A Review of Past and Current Research.
20. zob. Deborah Mash, Ibogaine in Drug Detoxification. From Preclinical Studies to Clinical Trials
21. Aldous Huxley, Wyspa, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Inowrocław 2004.
22. Philips K. Dick, Przez Ciemne Zwierciadło, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2004.
23. Robert Anton Wilson, Sex, narkotyki i okultyzm – podróże poza granice świadomości, Wyd. Graffiti BC, Toruń 2002, str. 213.

 

Źródło: fo:pa, nr.10 (narkotyki), styczeń 2007 (jako Konrad Szlendak)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s