Voodoo za gitarą

Jimi Hendrix na festiwalu Monterey Pop

Rozsypałaś parzący stopy proszek, mmm
mmm, pod moimi drzwiami, sporo tego pod moimi drzwiami
Rozsypałaś sporo parzącego stopy proszku, mmm,
pod drzwiami twojego tatusia, hmm hmm hmm
Mój umysł oszalał i tułam się, kociaczku
Każde odwiedzane miejsce jest stare,
każde odwiedzane miejsce jest stare.

– Robert Johnson, Hellhound On My Trail

Gdybyśmy chcieli odnaleźć w „zamierzchłej przeszłości” pierwszą, mityczną iskrę fenomenu znanego dziś powszechnie jako muzyka gitarowa musielibyśmy niewątpliwie sięgnąć do korzeni rock’n’rolla, które choć na pozór niewidoczne, wrośnięte są mocno w miękką glebę delty rzeki Missisipi. W meandrach tej dzikiej rzeki narodził się bowiem właśnie na przełomie XIX i XX w. charakterystyczny styl muzyczny, znany jako rhytm’n’blues – kolektywny wytwór czarnej społeczności zamieszkującej południe Stanów Zjednoczonych.

Widząc obraz samej rzeki, wypłukującej cierpliwie dno swojej doliny, meandrującej i rozlewającej się w deltę, by wpaść do oceanu, moglibyśmy nadać mu metaforyczne znaczenie. Rodzący się bowiem blues niewiele miał jeszcze wspólnego ze swoją późniejszą, rockową postacią i jej późniejszymi transpozycjami, tj. punk, noise czy heavy metal. Jednak emigrując najpierw w inne rejony USA., a potem we wszystkie niemal zakątki świata, przekształcając się i przepoczwarzając, wywarł on swoją mocą tak wielki ślad na świadomość milionów ludzi, że porównać to wydarzenie można chyba tylko z historycznymi faktami tj. wynalezienie koła, druku czy silnika spalinowego – osiągając swoją dzisiejszą postać definitywnie udowodnia swoją siłę.

Bez bluesa z jego „diabelskimi inklinacjami” nie byłoby kultowych, ekstatycznych występów Elvisa Presleya, Lou Reeda, The Who czy The Doors, które gdy tylko na stałe zakorzeniły się w kulturze popularnej, zaczęły spędzać sen z powiek wiecznie czujnym obrońcom moralności obawiającym się o dusze swoich dzieci porwane przez nowy, wirujący prąd chaosu!

Niewątpliwie należy przyznać, że zjawisko tłumu tańczącego i krzyczącego w euforii na koncercie rockowym ma w sobie coś ze starożytnych Misteriów Dionizyjskich, w których chaos grał bardzo ważna rolę. Kiedy orszak wyznawców bożka wina, śmiechu i ekstazy maszerując przez skupiska ludzkie w narkotycznym uniesieniu, porywał ze sobą w szalonym tańcu każdego kogo tylko mógł, efekt był niezwykle podobny. Ciężko też nie zastanowić się przy tym nad związkiem samego instrumentarium muzycznego z indukowaniem stanów transowych.

Dusza ludzka od zawsze poruszana była emocjami i uczuciami domagającymi się uwolnienia, dla których ciężko było znaleźć werbalne środki ekspresji. Te, które nie mogły być rozwiązane przez zwyczajne czynności, musiały być doświadczane w rytualnym transie, stanie przekroczenia zwykłych uwarunkowań ciała i umysłu, podczas którego zawieszeniu ulegał cały widnokrąg codziennej percepcji.

Jak dobrze dziś wiemy z badań antropologicznych, w każdej, znanej kulturze istnieli od dawna mistrzowie i specjaliści zajmujący się zawodowo sprawami związanymi z funkcjonowaniem na przecięciu świata codziennego doświadczenia i niecodziennego doświadczenia, zwani powszechnie szamanami. Z pomocą w przekraczaniu granic świadomości przychodziły im muzyka, taniec, deprywacja sensoryczna oraz środki enteogenne, zwykle ze sobą współwystępujące.

Jednak to właśnie muzyka stała się podstawą wszelkich obrzędów i jej znaczenie jest wszędzie ogromne. Rytualne instrumenty są przy tym uważane za tak cenne, że często wyświęca się je przed obrzędem lub nawet tańczy dla nich specjalny, ofiarny taniec, a ich kradzież lub zniszczenie uniemożliwia zupełnie odprawienie jakiegokolwiek rytuału. Nic więc dziwnego, że otacza się je szczególnym kultem i opieką, a te najsilniejsze przechodzą z pokolenia na pokolenie.

Chyba najbardziej tajemniczymi i pobudzającymi wyobraźnię kultami, w których muzyka odgrywa tak rozumianą, kluczową rolę, są afro-amerykańskie synkretyzmy, zwane przez antropologów „religiami opętania”. Z nich zaś prawdopodobnie najbardziej znanym jest haitańskie vodoun, które „emigrując” do USA. podłożyło podwaliny pod system magiczno-religijny znany jako hoodoo. Oprócz nich najbardziej znanymi „religiami opętania” są: kubańska Santeria (znana także jako La Regla Lucumi), brazylijskie Candomble Jege-Nago oraz jamajskie Obeah, a nade wszystko ich afrykańska matka, rdzenna religia ludu Yoruba z Nigerii: Orishas.

Vodoun jest tak naprawdę twórczym synkretyzmem systemów magiczno-religijnych wielu kultur afrykańskich oraz wierzeń, pozostałych przy życiu do około XVIII wieku, Indian Arawak. Rytuały vodoun są niepokojącym i ekspresyjnym wydarzeniem, podczas którego pod przewodnictwem opiekuna rytuału: houngana lub mambo, śpiewa się, wznosi modły, tańczy, by koniec końców… wpaść w dziki, nieujarzmiony trans, podczas którego ciała człowieka dosiada jeden z loa, pradawnych, afrykańskich bóstw!

Siła tego doświadczenia nie jest zupełnie nieznana w „białej kulturze”, która zanim przyjęła na stałe chrześcijaństwo była oswojona z bezpośrednimi interwencjami sił duchowych w życie jednostki ludzkiej i znała sposoby wprowadzania się w trans przypominające te, które znane są rdzennym społecznościom na całym świecie. Dlatego też bez żadnej przesady można by stwierdzić, że wejście w trans jest archaiczną techniką leżącą u podstawy każdego systemu magiczno-religijnego, której odejścia w przeszłość tak naprawdę nigdy nie zanotowano. O sile tego rodzaju doświadczeń świadczy przede wszystkim wielkie ich odrodzenie w XX wiecznej, poszukującej muzyce rockowej i elektronicznej.

Nieprzypadkowo wielki psychonauta, mistyk i futurolog, Terence McKenna nazwał powszechny powrót tego rodzaju przeżyć „archaicznym odrodzeniem” twierdząc, że zataczamy właśnie koło i kierujemy się w stronę archetypów zbiorowych charakterystycznych dla epoki paleolitu. Nie był on jednak jedyny, gdyż już uważany za największego maga XX wieku w kulturze zachodniej, Aleister Crowley już wcześniej proklamował zmierzch epoki monoteizmu i racjonalizatorskich zapędów, który nazwał Eonem Ozyrysa, na rzecz narodzenia się Eonu Horusa, epoki dającej nieskrępowaną siłę wyobraźni i potędze twórczej. Przepowiedział to zaś poprzez dzieło zwane Liber AL vel Legis, objawione mu rzecz jasna w transie czy też wyrażając się bardziej ścisłym słownictwem, w odmiennym stanie świadomości, w roku 1904…

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy wysłannik Horusa, Aiwass objawiał Aleisterowi Crowleyowi prawa rządzące nowym eonem podczas jego pobytu w Egipice, a w Stanach Zjednoczonych zaczynano produkować pierwsze motocykle Harleya-Davidsona, wśród nieludzko traktowanej, czarnej społeczności rodził się rhytm’n’blues, grany w stodołach, knajpach, na ulicach i jakkolwiek by to nie zabrzmiało, na cmentarzach.

Legendarny gitarzysta bluesowy – Robert Johnson

Prosta, pentatoniczna forma muzyczna grana na 12 taktów (zwana też czasem bluesem dwunastotaktowym – twelve-bar blues) stała się wkrótce duchową bronią wymierzoną w ciężką do zniesienia niedolę i opresję. Subtelność tego buntu była jej dużą zaletą, a jej prostota szybko zwiększała jej popularność. Muzyka ta przede wszystkim opowiadała o ciężkim życiu Afro-Amerykanów, lecz dawała też na nie praktyczne recepty o często magicznym rodowodzie, który bez trudu można określić jako ślad hoodoo – magicznego systemu czarnej kultury w Stanach Zjednoczonych.

W tekstach czarnych bluesmanów motywy związane z hoodoo pojawiają się nader często, co świadczy o jego powszechności i wpływie na życie codzienne czarnej społeczności, która swoją afrykańską tradycję przechowywała pieczołowicie przez wiele stuleci na obcym kontynencie, aby dostosować ją do nowych realiów, w których przyszło jej egzystować. Najczęściej występującymi motywami są też dlatego czarownicy i czarownice (hoochie coochie man, hoodoo lady), amulety ochronne (mojo, mojo bag) oraz czary i magiczne proszki (hot foot polder, goofy dust, hoodoo charm).

Od początku bluesmanów otaczała także charakterystyczna, magiczna aura, która z pewnością przyczyniła się nieco do powstania legendarnych opowieści o ich niezwykłych umiejętnościach i dziwnych przeżyciach. W mitach tych odnajdujemy wyobrażenia charakterystyczne dla czarnych kultur Afryki, które funkcjonując we współczesnym kontekście wielo kulturowego państwa postkolonialnego nadawały życiu niezwykłe znaczenie przeciwstawiając się agresywnie racjonalizatorskim zapędom postprotestanckiej mentalności zbiorowej białych Amerykanów. W tej optyce blues był nie tylko ucieczką od ciężkiego żywota, ale także duchową rebelią wymierzoną w obcą kulturę, związaną z czarnym dziedzictwem, którego częścią było hoodoo.

Ewokacją tego duchowego dziedzictwa zdaje się być legendarny muzyk Robert Johnson, którego życie otacza oczywiście nimb mrocznej legendy. Zaczynając karierę muzyka od harmonijki ustnej uczy się grać od starszego pokolenia bluesmanów. Pewnego dnia podczas przerwy w koncercie Sona House”a podrywa gitarę by wydawać dźwięki nie do zniesienia dla publiczności, która nie daje mu popisywać się zbyt długo i przegania go ze sceny. Zrażony tym Johnson znika na około rok, po czym wraca umiejąc grać na gitarze w sposób tak nowatorski, że stylu tego nie potrafi skopiować nikt! Pytany o to gdzie się tak nauczył grać odpowiada, że poszedł w nocy na rozstaje dróg by pobierać nauki od samego diabła, który uczynił to w zamian za jego duszę… smaczku dodaje fakt, że taka opowiastka była wpisana w powszechnie występujące wśród czarnych wierzenie, że diabeł stroi muzykom gitarę jeśli tylko człowiek odważy się pójść o północy na rozstaje gdzieś w dziczy.

Wtóruje temu podaniu Julio Finn w swojej książce zatytułowanej: The Bluesman The Musical Heritage of Black Men and Women in the Americas. Finn popiera przypuszczenie o związku muzyka z Hoodoo pisząc tak: Należy wątpić, czy Johnson mógł napisać teksty swoich piosenek bez bycia inicjowanym w kult – symbolizm w nich ujawniony jest wysoce kompleksowy i posiada naturę, która czyni wysoce nieprawdopodobnym zwykłe „podłapanie” tych motywów”. Ciekawego, choć krótkiego potwierdzenia tej hipotezy udziela także z drugiej strony prawdziwy hoodoo man, Doktor Snake w swojej Voodoo Spellbook pisząc tak: „Czy wierzysz, że Robert Johnson naprawdę sprzedał swoją duszę Diabłu?”, spytałem Earla . „Tak, wierzę w to”, odpowiedział. „Musisz w to wierzyć jeśli jesteś czarny. Tylko biali w to nie wierzą.”

Oczywiście nie chodzi tu o diabła w chrześcijańskim pojęciu, ale o afrykańskiego trickstera, androgyniczne bóstwo znane pośród Yoruba jako Eshu, który raz przynosi pomyślne wróżby, a raz płata figle. Na Haiti znane jest ono jako Legba i pełni niezwykle ważną funkcję opiekuna wrót łączących nasz świat ze światem loa, w Brazylii przybiera zaś imię Exu-Elegba i jest otaczany dużym respektem ze względu na moc spełniania ludzkich pragnień. Jego magicznym znakiem jest skrzyżowanie symbolizujące wspomnianą wyżej bramę pomiędzy dwoma światami, które w czarnym folklorze stało się także ziemskim miejscem jego igraszek.

Nic więc dziwnego, że Johnson właśnie na tradycyjne rozstaje udał się, by dobić paktu, który miał go rozsławić jako największego muzyka delty Missisipi. Nie on zresztą pierwszy i nie ostatni, bowiem faustowski motyw jest filarem wspierającym całą tradycję bluesa, który od samego początku zwany był w USA „muzyką diabelską” ze względu na podejrzane więzy łączące muzyków ze światem pogańskich tradycji afrykańskich, ich miłość do seksu, alkoholu i narkotyków – rzeczami związanymi tradycyjnie z okultystyczną „ścieżką lewej ręki”. Faktycznie, aż do późnych lat ’50 gitara miała bardzo negatywne konotacje, a pierwsi muzycy rock’n’rollowi byli traktowani jak wyrzutkowie i agenci szatana. Dodać jeszcze należy, że sam Johnson zginął śmiercią co najmniej tajemniczą. Czyżby psotny Eshu w ten sposób upomniał się w końcu o jego duszę?

Jeden z wielu rytuałów synkretycznego kultu Vodoun

Magiczna wibracja muzyki Johnsona miała się jednak obudzić jeszcze nie raz po jego śmierci, w dzikim szale największego znanego wirtuoza gitary, Jimiego Hendrixa – jednego z najwierniejszych wielbicieli zmarłego bluesmana. Mańkut grający na gitarze z przełożonymi strunami, który do muzyki wprowadził chyba najwięcej nowych technik gry na tym instrumencie, łamiący swoją grą wszelkie standardy harmoniczne i rytmiczne, palący i rozwalający na scenie swoje instrumenty w dzikim szale, zainteresowany okultyzmem, oddany dragom i alkoholowi, już za życia nazywany bogiem, jest chyba najlepszym przykładem dziedziczenia magicznej linii przekazu vodoun poprzez muzykę. Jego „niebezpieczne życie”, zakończone nieszczęśliwą śmiercią w kałuży rzygowin (najprawodpodobniej zabójstwem przez służby specjalne) było doskonałym potwierdzeniem jego deklaracji muzycznych, które składał na swoich płytach i koncertach.

W swoim kawałku Voodoo Chile, pochodzącym z płyty Electric Ladyland, Hendrix dokładnie określił kim jest i co kieruje jego przeznaczeniem wykrzykując w niebo swój duchowy bunt, nieprzypadkowo włożony w rytm klasycznego bluesa, którego dziedzictwo słychać prawie we wszystkich jego utworach. David Henderson, autor biografii genialnego gitarzysty pt. Scuse Me While I Kiss the Sky, dokłada do naszych poszukiwań wuduistycznego klucza twórczości Hendrixa ciekawą anegdotkę: Miał on [Hendrix] okazję zobaczyć Rocki”ego i kilku innych afrykańskich muzyków na scenie londyńskiej. Sprawiało mu dużą przyjemność granie rytmów jako kontrapunktów wobec ich polirytmii. Wychodzili wtedy wszyscy totalnie z siebie przekraczając wrota innego wymiaru przestrzeni, do którego wcześniej rzadko zaglądał…. OJCIEC ROCKI’EGO BYŁ KAPŁANEM VOODOO I GŁÓWNYM BĘBNIARZEM w jednej z wiosek, w Ghanie, w Zachodniej Afryce. Prawdziwe imię Rocki’ego brzmiało Kwasi Dzidzornu. JEDNĄ Z PIERWSZYCH RZECZY, O KTÓRĄ ROCKI ZAPYTAŁ JIMIEGO BYŁO TO, SKĄD WZIĄŁ TEN RYTM VOODOO?

Kiedy Jimi odmówił odpowiedzi, Rocki zaczął wyjaśniać swoim łamanym angielskim, że wiele z jego popisowych rytmów granych na gitarze było często takimi samymi rytmami, które jego ojciec grał podczas ceremonii voodoo. Sposób, w jaki Jimi tańczył do granych przez siebie rytmów przypominało Rocki’emu ceremonialne tańce, związane z rytmami granymi przez jego ojca dla Oxuna, boga pioruna i błyskawicy. Ceremonia nazywała się voodooshi. Jako dziecko w wiosce Rocki rzeźbił drewniane statuetki bóstw. Reprezentowały one także jego przodków. Były to bóstwa, które czcili. Grali dużo jamów w domu Jimiego. Kiedy jamowali tak pewnego razu, Jimi przystanął i zapytał Rocki’ego od czapy: „Komunikujesz się z Bogiem, prawda?” Rocki zaś odpowiedział: „Tak, komunikuję się z Bogiem”.

Dzisiaj widzimy już wyraźnie, że potężna moc vodoun pada także daleko od swojego źródła nie oszczędzając kultury popularnej (filmów, gier komputerowych, reklam), w której za pośrednictwem coraz bardziej rozwiniętych, elektrycznych mediów zapuszcza głęboko swoje macki. Powikłane losy muzyki gitarowej byłyby w tym sensie odbiciem kłączowatej struktury współczesnej kultury, w której wszystko łączyć się może ze wszystkim, a „prymitywne” tradycje Czarnego Lądu przenikałyby niespodziewanie do mentalności, zdegenerowanej przez kastracyjne chrześcijaństwo, białej kultury. Może więc przypatrzeć się także powinniśmy bliżej niektórym, podejrzanym tytułom i hasłom występującym na widnokręgu, po którym spaceruje nasza codzienna percepcja rzeczywistości by znaleźć w nich coś więcej niż tylko zalepione przez marketing dziury…

Conradino Beb

 

Źródło: Magazyn muzyczny ZINE (jako Konrad Szlendak)

3 myśli nt. „Voodoo za gitarą”

  1. Konkretnie rzecz biorac z „hoodoo”… wlasnie blues przechowal wiekszosc sladow dotyczacych tego fascynujacego systemu afro-amerykanskich wierzen magicznych w swoich tekstach. Ciesze sie, ze artykul ci sie podoba.

    Lubię to

  2. Może warto w tym miejscu wspomnieć, że w czasach współczesnych Hendriksowi kilka płyt nagrał przybyły do USA adept voodoo z Bahamów (także gitarzysta) – McFarlane Anthony McKay – znany szerzej jako Exuma. Dwa pierwsze albumy „I” i „II” (obie z 1970) należą do najlepszych miksów muzyki karaibskiej i bluesa, jakie dane mi było usłyszeć. Szczerze polecam!

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s