Hakim_Bey_promo

Wywiad z Hakimem Beyem [Millennium]

Wywiadowcy: Pierwsze pytanie dotyczy książki Immediatism (znanej również jako Radio Sermonettes) i odzewu czytelników na nią.

Hakim Bey: Oczywistym jest, że została ona stworzona jako dyskusja o tym, co ludzie robią, a nie o tym co powinni robić. Nie interesuje mnie kaznodziejstwo i nie uważam się w żadnym razie za jakiegoś guru. Ponadto, w tej szczególnej książce naprawdę miałem zamiar opisać to, co uważam za rewolucyjny potencjał życia codziennego, by posłużyc się terminem sytuacjonistów. Odpowiedź jest jak do tej pory całkiem niezła – mam na myśli to, że nie dostaję setek listów czy paczek, ale jednak dość sporo listów i odzewów – wygląda na to, że uderzyłem w czułą strunę ludzi zajmujących się sztuką, którzy faktycznie byli tymi, do których kierowałem swoje słowa. Mam na myśli to, że kiedy mówię, „ludzie zajmujący się sztuką”, może być to ktokolwiek, nie tylko profesjonalni artyści; to może być każdy, kto czuje potrzebę twórczego działania w swoim życiu.

Moim zamysłem było zdefiniowanie przestrzeni, na temat której czuję, że istnieje (w dowolny sposób); jest to prywatna, a nawet sekretna przestrzeń, jeśli chcecie… tajna… w której cały problem konsumpcji, kupna i sprzedaży sztuki, zamiany sztuki w towar oraz używania sztuki do sprzedaży towarów, co jest oczywiście rodzajem przekleństwa dla współczesnego artysty, zostaje wyminięty, po prostu ominięty; jest to wycofanie się ze świata i reafirmacja twórczej mocy w życiu codziennym, poza życiem towarowym, życiem rynkowym. Pomimo wszystko, właśnie dlatego wszyscy artyści są artystami, to dlatego jednostka staje się artystą – by nie sprzedawać swojej duszy hipermarketowi, ale tworzyć.

Wywiadowcy: Czy jest duże zainteresowanie mediów tym co robisz? Ponieważ w jakiś sposób znikający mógłby przyciągnąć sporą uwagę, a ten kto umieszcza go w ogniu krytyki mógłby stać się bardzo interesujący dla mediów. Jak to koło mogłoby na ciebie zadziałać?

Hakim Bey: Masz absolutną rację, ale nie działa to naprawdę w ten sposób. Jest prawdą, że TSA (Tymczasowa Strefa Autonomiczna) była częścią książki, która wywołała trochę szumu w kręgach podziemia czy jak je tam nazwać; było tam trochę rozgłosu, ale na pierwszym miejscu sam nie szukam rozgłosu – nie jestem zainteresowany ustanawianiem jakiegokolwiek kultu mojej osoby. Naprawdę chciałbym być niewidzialny. Właściwie było pomyłką użycie egzotycznego imienia w celu napisania tego materiału. Zbyt przyciąga ono ciekawość i uwagę zamiast być po prostu akceptowanym pseudonimem. Było trochę uwagi mediów, ale niewiele, a jednym z powodów dla którego tak się dzieje jest fakt, iż w Ameryce nic nie trafia do mediów, jeżeli nie jest towarem. To wszystko czym media się interesują, czymś przez co mogą sprzedawać produkty. A tu nie ma żadnego innego produktu do sprzedania poza małą, tanią książką lub dwoma.

W Europie rzeczy mają się zupełnie inaczej, istnieje tam prawdopodobnie, jak można powiedzieć, pozostałość publicznej inteligencji – której tu nie mamy. Naprawdę jej tu nie mamy. Mamy kilku sławnych pisarzy, którzy publikują w tych wszystkich czasopismach, a później mamy masy ludzi, którzy są prawdopodobnie znacznie bardziej inteligentni, znacznie bardziej twórczy, ale którzy nie są widywani w mediach i stąd nie zauważa się ich istnienia – czasem nie są widziani nawet przez samego siebie i dlatego piszę książkę taką, jak Immediatism: by przypomnieć artystom i ludziom twórczym, że naprawdę istnieją, powinni istnieć dla samego siebie, że to co robią jest ważne, nawet ważne politycznie; nawet jeśli dzieje się to poza mass mediami w sensie, który jest bardziej błogosławieństwem niż przekleństwem.

W Europie rzeczy mają się zupełnie inaczej być może właśnie z tego powodu, ale w Ameryce jest bardzo małe przecięcie pomiędzy moim światem, a światem mediów – i kiedy to mówię nie mam na myśli tylko magazynów i gazet. Nie mówię nawet o telewizji i reklamach, które naprawdę są mass mediami. Mówię zaledwie o lokalnych gazetach. One po prostu nie są zainteresowane. Nie ma zainteresowania politycznym radykalizmem w intelektualnych kręgach Ameryki i sądzę, że to co oznajmię będzie szczere – nie ma absolutnie żadnego zainteresowania.

Wywiadowcy: W swoim tekście wspomniałeś o pewnej psychicznej sztuce walki i o powrocie paleolitu w sensie powrotu jej psychicznej technologii, o której zapomnieliśmy. Czy możesz to wyjaśnić?

Hakim Bey: Cóż, naprawdę nie staram się być taki tajemniczy czy sugerować, że jest sekretna sztuka, ktorą znam i się nią nie dzielę. Nazwałem ją tajemną sztuką walki, gdyż jest ona po prostu tajemnicza, ponieważ została zignorowana lub zapomniana. Co chcę powiedzieć to fakt, że życie cielesne, pełna świadomość pozytywności materialno-cielesnej zasady (by zacytować Bachtina) jest w gruncie rzeczy formą oporu, sztuką walki, jeśli chcesz. W świecie, gdzie ciało zostało tak zdegradowane, tak zdezakcentowane przez imperium obrazu z jednej strony, a z drugiej strony, gdzie ciało zostaje zdegradowane przez rodzaj obsesyjnego narcyzmu, atletyki, mody i zdrowia do tego stopnia, że gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami istnieje dla mnie naturalne ciało które, jak mówią mistrzowie ZEN, jest ciałem ZEN, by sparafrazować powiedzenie, że naturalny umysł jest umysłem ZEN.

Być świadomym i zdawać sobie z tego w pełni sprawę to już przyjąć pozycję oporu wobec zacierania ciała przez media czy też pseudo-apoteozy ciała w nowoczesnym sporcie albo wobec fast foodów i tego całego rodzaju degradacji ciała, który pojawia się razem z jego wymazywaniem. Czym właściwie byłaby ta sztuka, naprawdę nie wiem, sądzę że byłaby ona chyba inna dla każdej osoby i naturalnie zawierała rodzaj fizycznej aktywności, o której piszę w esejach. Niestety, nie przeszedłem z nią jeszcze do nauki, której można by uczyć w dojo i w której dostawałoby się czarne pasy. Nie wydarzyło się to jeszcze, chociaż możliwe że jakiś geniusz pójdzie tym tropem i ją wynajdzie.

Wywiadowcy: Czy dostajesz wiele zaproszeń na przyjęcia, które są dla ciebie dziwne lub niespodziewane z powodu tego kto identyfikuje się z twoją pracą? Czy możesz dać jakieś przykłady?

Hakim Bey: Podam wam jeden przykład. Zostałem zaproszony przez maga ceremonialnego, który żyje w średniowiecznym zamku na południu Francji, bym przyjechał i zobaczył jego muzeum sztuki okultystycznej. A był to jedynie rezultat czytania moich prac i korespondowania z nim przez jakiś czas. Było wspaniale. Niestety nie dam wam jego adresu.

Wywiadowcy: Jest sporo szczerego nie-pesymizmu w tym co piszesz i jest też w twojej książce jeden rozdział o śmiechu jako zarówno broni, jak i lekarstwie. Zastanawiałem się kim mogliby być ludzie, którzy wywoływaliby ten rodzaj uzdrowieńczego śmiechu?

Hakim Bey: Przede wszystkim jest tu zawarty egzystencjalny wybór. Zawsze myslałem, że literatura powinna być zabawna, tak samo jak pouczająca – bardzo staromodna idea, ale przy której obstaję. Kiedy przystępuję do pisania w ten sposób – szczególnie w ten sposób, polityczny sposób jeśli chcecie to tak nazwać – moją intencją jest ofiarowanie czegoś, próba dania czegoś. Nie wydaje mi się, żeby był jakikolwiek sens w dawaniu większej nędzy i zaostrzaniu nieszczęścia przez jakiś rodzaj hiper-intelektualnego, pirotechnicznego pisarstwa o nieszczęściu i gównie, które wszyscy w sobie znajdujemy. To zostało już zrobione setki razy.

Przede wszystkim sądzę, że nie trzeba tego powtarzać, a po drugie jest w tym reakcyjny aspekt, który jest taki, że podkreślanie nędzy bez żadnego anty-pesymizmu, jak o tym mówisz, byłoby czystą pokusą do nieaktywności i politycznej rozpaczy. Innymi słowy, by w ogóle politykować na jakimkolwiek poziomie, a szczególnie na rewolucyjnym lub insurekcyjnym poziomie, trzeba mieć jakiś anty-pesymizm – nie powiem optymizm, ponieważ brzmi to bardzo niedorzecznie, płytko; ale anty-pesymizm jest ładnym wyrażeniem. I jest u mnie zamierzona próba, by zrobić to pisząc. Wtedy znowu jest to sprawa mojej osobowości, jak przypuszczam, ze skłonnością do pojęcia uzdrawiającego śmiechu do pewnego stopnia.

Mamy anarchistycznego myśliciela w Ameryce, Johna Zerzana, który napisał esej przeciwko humorowi, a który jest być może jedną z rzeczy przeciwko której się zbuntowałem. Nawet jeśli ironia jest kontrrewolucyjna, a sądzę że do pewnego stopnia tak jest, nie widzę żadnej drogi, żeby powiedzieć iż śmiech sam w sobie jest kontrrewolucyjny. To nie ma dla mnie sensu, jeżeli nie masz zamiaru pozbyć się zupełnie języka i myśli, co jest jeszcze jedną z form nihilizmu. Tak więc jak długo będziesz miał zamiar akceptować kulturę na pewnym poziomie, z pewnością będziesz musiał akceptować humor. Tak długo, jak będziesz musiał akceptować humor, możesz równie dobrze zauważyć jego rewolucyjny potencjał.

Właściwie nie mam zamiaru wszczynać mnóstwa śmiechu. Humor może naprawdę stać się kontrrewolucyjny jeżeli jest tylko wyzbyty z wszelkich proporcji i staje się celem lub centrum czyjejś sztuki. Tak więc, może być to uznane za frywolność. Jeszcze raz powiedziałbym że jest to część tej naturalnej sztuki walki naturalnego umysłu i ciała, jest to coś co jest i z tego powodu powinno być czczone jako część egzystencji.

Wywiadowcy: Palimpsest.

Hakim Bey: Całą ideą palimpsestu było wyjście poza fetyszyzowanie jedynej prawdziwej filozofii, poza źródło jedynych filozofii czy filozofii jedynych źródeł. Nie sądzę, że powinniśmy wyrzucać ideę pochodzenia za okno, jak na przykład dzieje się to u niektórych poststrukturalistycznych myślicieli lub wręcz w całym współczesnym dyskursie naukowym. Innymi słowy, źródła są mitologiczne, a mitologia porównawcza wciąż ma nam oczywiście masę rzeczy do przekazania. Wciąż żyjemy w świecie, w którym generowana jest mitologia, nawet jeśli ludzie sobie tego nie uświadamiają. Tak więc pochodzenie jest ważne, czy to z pozytywnych czy z negatywnych powodów, a moja idea palimpsestu była taka, że pisze ona pochodzenie na pochodzeniu, a każde pochodzenie, które jest potencjalnie interesujące powinno być dodawane do tekstu i mimo, że nie piszę dosłownie litery na literze – chociaż mógłby być to interesujący eksperyment – zachęcam w pewien sposób czytelników, by spróbowali układać te źródła czy też konceptualne elementy jedno na drugim w swoich umysłach, w miarę jak czytają i próbują je symultanicznie brać pod uwagę.

Jak Czerwona Królowa powiedziała Alicji w Krainie Czarów, musisz przyjąć sześć niemożliwych pomysłów przed śniadaniem. To wydaje mi się najlepszym sposobem czytania moich pomysłów. To jedna strona, ale z drugiej jest też spontaniczność, improwizacja, eksplozja chwili, tak więc wszystkie one są bardzo ważne. Ale wiecie, wyrosłem w erze, w której improwizacja opanowała awangardę, a szczególnie teatr, muzykę i tak dalej i nie sądzę, żeby rezultaty były zawsze bardzo pozytywne. Kiedy improwizujesz w sytuacji performance’u i nie włączasz się, nie jesteś olśniewający, rezultaty są totalnie katastrofalne, podczas gdy jeśli masz chociaż jakiś plan, jakiś rodzaj struktury, z którą po pierwsze pracujesz, możesz przynajmniej włączyć ją w przyzwoity performance, który przyzwoicie zabawi wszystkich. Tak więc trzymam się z daleka od improwizacji jako głównej zasady, jeżeli nie jest związana w jakiejś lub innej mierze z prawdziwie wysoko postawioną świadomością. Być może osobiście mam bardziej tendencję do palimpsestu niż do imrowizacji. Nie chciałbym koniecznie oddzielać ich, jak umysłu od ciała. Szum może być czasem lepszym pomysłem niż improwizacja.

Christian Loidl: Odkąd mam szczęście spotykać cię co jakiś czas, zastanawiam się nad czym teraz pracuje twój umysł? Wydajesz się trochę do przodu względem twoich publikacji.

Hakim Bey: Cieszę się, że pytasz. Minęło ponad dziesięć lat odkąd napisałem TSA i około pięć lat odkąd pracowałem nad tymi esejami z Immediatism i myślę, że sporo się zmieniło. Teraz pracuję nad esejem pt. Millennium w celu zaktualizowania części moich myśli. Zasadniczo czuję ostatnio, że upadek świata komunistycznego pomiędzy 1989 i 1991 naprawdę oznacza koniec wieku, jeśli tak mogę się wyrazić. Oczywiście, że są to sztuczne podziały historii, ale wciąż stwarza to dogodny sposób myślenia. I naprawdę pięć lat zabrało mi uświadomienie sobie implikacji dla mojego własnego sposobu myślenia.

Sposób, w jaki wyraził bym je teraz jest taki, że w TSA i Radio Sermonettes naprawdę proponowałem trzecie stanowisko, które nie byłoby ani kapitalizmem, ani komunizmem. To zasadniczo coś, co mógłbyś nazwać tematem całej anarchistycznej filozofii. W tym czasie mówiłem o tym moimi własnymi słowami. To nie jest żadne/ani stanowisko. To trzecie stanowisko. Teraz, jakkolwiek do tego dojdziesz, nie istnieją już dłużej dwa światy, dwie możliwości czy dwie rywalizujące ze sobą siły. Faktycznie jest tylko jeden świat i jest to świat globalnego kapitału. Światowy porządek, światowy rynek, spóźniony kapitalizm, jakkolwiek chcesz go nazwać, jest teraz samotnym zwycięzcą. Jest stanowczym zwycięzcą. Wie, że jest zwycięzcą mimo że naprawdę jest tylko zwycięzcą w walce oddanej walkowerem, jak sądzę. Pragnie on zmienić świat w swój własny obraz. A ten obraz jest oczywiście monokulturowy, oparty na Hollywood, na Disneyu, na towarach, na niszczeniu środowiska w szerokim sensie tego słowa, od drzew do wyobraźni i zamianie tego wszystkiego w towar, zamianie tego wszystkiego w pieniądze i zamianie pieniędzy samych w sobie, w gnostyczne przeżycie fantomu, który istnieje tylko gdzieś na zewnątrz świata, w tajemniczej, dostępnej tylko dla siebie sferze, gdzie pieniądze krążą nigdy nie zniżając się, nigdy nie docierając do ciebie ani mnie.

Patrzymy więc na jeden, jedyny świat. Oczywiście ten jeden, jedyny świat nie zamierza istnieć bez swojej własnej rewolucji, nie zamierza istnieć bez swojej opozycji i to właśnie wokół światowej rewolucji krążą moje myśli, ponieważ wydaje mi się, iż anarchiści i antyautorytarianie nie są w stanie dłużej utrzymywać trzeciej pozycji; ponieważ jak można okupować trzecią pozycję, jeżeli nie ma dłużej drugiej? Nie możemy dłużej rozmawiać o trzecim świecie z jednego powodu, a mianowicie dlatego, że nie istnieje już drugi świat. Nawet trzeci świat, tak jak był do tej pory, jest ściekiem tego jednego świata. To strefa bez wyjścia, należąca do tego jedynego, zjednoczonego świata kapitału. Oczywiście komuniści nie zamierzają przejść z powrotem na pozycję opozycji. Polityczny komunizm kompletnie stracił swoje powołanie, pokazał się w złym świetle, źle zasmakował podniebieniu historii. Nikt nie nawołuje do powrotu autorytarnego marksizmu na pozycję opozycji. Tak więc skąd pochodzi ta opozycja? W mojej opinii jest implikacją faktu, że jeśli nie staramy się już utrzymywać trzeciej pozycji na zewnątrz tej dychotomii, w takim razie to MY jesteśmy opozycją.

Czy nam się to podoba czy nie, czy to wiemy, czy nie, jesteśmy opozycją. Więc kim jesteśmy? Dla mnie ważną rzeczą jest uświadomienie sobie, że posiadam nowy związek ze światową rewolucją, podczas gdy wcześniej miałem skłonność do widzenia tego jako historycznego fantomu, jako kłamstwa rozsiewanego przez komunizm stojącego w opozycji do kłamstwa rozsiewanego przez kapitalizm. I podczas gdy wcześniej byłem skrajnie nieufny wobec lewackiej dogmatyki rewolucji jako sprzecznej z powstaniem czy insurekcją, teraz powiedziałbym, że siły historyczne popychają mnie jeszcze raz w kierunku rozważenia idei rewolucji, a mnie samego jako rewolucjonisty oraz mojej teorii jako rewolucyjnej, ponieważ opozycja na jedyny świat jest już dostatecznie prawdziwa. Nie ma drogi, na której triumf kapitału może odnieść ostateczny, monolityczny triumf, wykluczający ze świata wszelką różnicę w imię jego identyczności. I wygląda mi na to, że rewolucyjna siła, egzystująca w jedynym świecie identyczności musi być rożnicą: rewolucyjną różnicą.

Zaś w tym samym czasie od kiedy jedyny świat jest zaangażowany, od kiedy jedyny świat kapitału pozostaje światem separacji, alienacji, za rewolucyjną różnicą musi iść także rewolucyjna obecność (kiedyś było to nazywane solidarnością pomimo tego, że jest to świat, który stwarza pewne trudności; wolę po prostu słowo „obecność” jako opozycyjne wobec separacji czy nieobecności). Tak więc powiedziałbym, że rewolucja obecności jest rewolucją na rzecz różnicy i obecności. Jest ona opozycyjna wobec identyczności i separacji. I kiedy spoglądam z góry na świat, by zobaczyć gdzież tam może powstać naturalna, wojownicza, organizacyjna forma, która odpowiadałaby tej kondycji, jednym z błyszczących przykładów, który mógłbym wykombinować byliby Zapatistas z Meksyku broniący swojego prawa do bycia innymi w swojej istocie. Chcą być pozostawieni w spokoju samym sobie, być Indianami Maya, ale nie zmuszają innych, by zostali Indianami Maya. Nawet tego nie sugerują. Są inni, ale w solidarności z wszystkimi ludźmi dookoła świata, którzy przychodzą by ich wspierać, ponieważ ich przekaz jest bardzo świeży i przyciąga mnóstwo ludzi: jest to idea bycia innym i rewolucyjnym, sposobu walki o społeczną sprawiedliwość bez cienia Moskwy ciągle zatruwającego każde działenie itd. To coś nowego na świecie.

The New York Times nazwał to pierwszą postmodernistyczną rewolucją, co było po prostu ich ironicznym, szyderczym sposobem zbagatelizowania tego faktu, ale kiedy zaczniesz o tym myśleć, jest to pierwsza rewolucja XXI wieku w terminach, w których zacząłem ten wywód mówiąc o tym, że już jesteśmy na progu nowego stulecia, już jesteśmy jeśli chcesz, na progu millennium. Spodziewam się też zobaczyć o wiele więcej fenomenów takich jak Zapatistas. Powiedziałbym, że Bośnia mogłaby być potencjalnie takim fenomenem, nie w sensie etnicznego pluralizmu jak Mayowie, ale w sensie pluralistycznej odrębności: małego społeczeństwa, gdzie ludzie byliby inni, ale chcieliby razem żyć w pokoju. Ten model był jednak przeze mnie postrzegany jako bardziej ryzykowny od modelu Zapatistas I dlatego został w moim umyśle zniszczony.

Możliwe, że Bośnia nigdy nie pójdzie nową, utopijną drogą, o której marzono w 1991. Ale tamten moment był realny i sadzę, że ma on dla nas wielkie znaczenie. Tak więc to jest dla mnie linia przyszłości. Sądzę, że musimy przemyśleć wszystkie nasze priorytety, musimy uświadomić sobie, że wojowniczość jest ponownie bardzo istotnym konceptem. Nie chcę mówić, że mam plany marszu. Nie wiem do jakiej armii wstąpić i jestem zawsze podejrzliwy względem wstępowania do jakiejkolwiek armii. Ale rzeczy zmieniły się definitywnie. Jestem zawstydzony jedynie tym, że tyle czasu zajęło mi uświadomienie sobie tego. Nie sądzę, żeby wielu ludzi to załapało. Faktycznie, jeśli wciąż używamy słów takich jak „trzeci świat”, znaczy to że język popularny nie uświadomił sobie co się stało w okresie 1989-1991. Tak więc pierwszym celem jest po prostu uświadomienie ludziom tego faktu i to mam nadzieję zrobić w przyszłości.

David Ender: Czy spostrzegasz jakieś namacalne skutki braku opozycji wobec USA?

Hakim Bey: O tak, absolutnie. Najbardziej namacalnym skutkiem I rzeczą, która jak sądzę, dała mi wskazówkę do myślenia na ten temat, jest ściśle rzecz biorąc kondycja psychiczna. Można zwrócić uwagę na mnóstwo ekonomicznych lub społecznych czynników, ale ponad nimi wyczuwam psychiczną niemoc, która jest czymś całkiem nowym i… więc, kilka lat temu zacząłem zauważać w dyskursie publicznym o wiele mniej odzewu ze strony odbiorców. Mógłbyś otrzeć się o publiczność, która siedziałaby całkowicie biernie, jakbyś był w telewizji. A jeśli nadeszłyby pytania, byłyby najprawdopodobniej w tym stylu: „Powiedz nam co mamy robić?”.

Wiesz, kiedy ludzie zadają ci takie pytania nie mają tak naprawdę zamiaru skorzystać z twojej rady. Co robią, to zapychają jakąś dziurę w sobie samym. Tak więc pomyślałem, po pierwsze jest to wpływ telewizji, który narasta od 1947 r. czy jakoś tak, ale wtedy uświadomiłem sobie, że nie jest to wystarczające wyjaśnienie dla tego rodzaju dziwnej bierności. I wtedy zacząłem słyszeć o tym od innych ludzi, którzy są zaangażowani w dyskurs publiczny, a ostatecznie przeczytałem o tym cały akapit w najnowszej książce Noama Chomsky’ego. Ma on dokładnie takie same doświadczenia z odbiorcami, a wszystkie te doświadczenia sięgają lat 1989-1991. To co się nam przydarzyło, nie jest tylko sprawką telewizji. Telewizja to tylko symptom.

Mamy do czynienia z rodzajem kognitywnego załamania w obrębie jedynego świata. Kiedy ludzie nie czują żadnego potencjału na świecie, możliwości innego podejścia, wtedy stają w świadomej opozycji wobec jedynego. A świadoma opozycja jest skrajnie trudna w atmosferze zatrutej przez media do tego stopnia, że żaden głos sprzeciwu nie jest nigdy słyszalny. Jeżeli sam nie zrobisz wysiłku, by skorzystać z alternatywnych mediów, gdzie ten głos jest wciąż, choć kiepsko słyszalny, wtedy jesteś w zasadzie pozostawiony w tym zuniformizowanym świecie identyczności i separacji. Identyczność – wszystko jest takie same; separacja – każda jednostka jest oddzielona od innej; kompletna alienacja, kompletna jedność. A ja sądzę, że na nieświadomym poziomie, na poziomie wyobrażeń, na poziomie mitologicznym, na poziomie religijnym, jeśli chcesz to wyłożyć w ten sposób, dzieje się to właśnie w Ameryce.

Nie mogę z pewnością mówić o wszystkich innych miejscach w takim samym stopniu. Podróżowałem po innych krajach, ale nigdy nie można mieć wyczucia innych krajów w taki sam sposób, w jaki ma je jego obywatel. Ale wyobrażam sobie, że jest to fenomen ogólno światowy – ten rodzaj poddania się monokulturze na głębszym, psychicznym poziomie. A więc był to faktycznie znak, który zaczął mnie niepokoić do tego stopnia, że musiałem przemyśleć moją drogę przez problem jednego świata, dwóch światów, trzech światów i rewolucyjnego świata. W żaden sposób nie zakończyłem myślenia na ten temat, ale niedawno dokonałem – indywidualnie – przełomu na polu światowej „rewolucji”. Tak więc za jedyne wyjście z tej dziwnej gabloty ze szkła, z tego gabinetu luster, uważam przebicie się przez szkło.

Christian Loidl: Brzmi to niemal jak ostateczny wniosek.

Hakim Bey: Jeśli tak uważasz.

Christian Loidl: Nie, nie dlatego, że tak uważam… Kiedy mówisz o jednej, dwóch lub trzech opozycjach i tak dalej, otrzymuję w glowie całkowicie sprzeczne wyobrażenia, bo Europa w tej chwili i gdziekolwiek dalej ruszysz na wschód po starym kontynencie, zobaczysz jak to wszystko potłukło się na małe, prawie plemienne, bardzo szowinistyczne części ludzi próbujacych gorączkowo przetrwać – mafia jest tu odpowiednim modelem – z tego punktu widzenia, jak również z twojej wypowiedzi na temat spóźnionego kapitalizmu chciałbym otrzymać twoją wersję tego, jak Europa jako SE czy UE, w której środku teraz siedzimy, prezentuje się stamtąd?

Hakim Bey: Dobrze, oczywiście, szczególnie z powodu załamania się komunizmu wszystko zostaje rozbite na wiele małych kwałków. Ale jest w tym coś więcej. Musimy sobie uświadomić, że różnica jest organiczną, rewolucyjną odpowiedzią na identyczność, a wszystkie te rozszczepiające się społeczeństwa, o których mówisz, świadomie czy nieświadomie są rewolucyjne. Teraz, w przypadku Zapatistas czy Bośniaków, powiedzmy, jest to pozytywny rodzaj rewolucji, którą być może jesteśmy w stanie wesprzeć. W przypadku Serbów jest jeszcze coś innego. Jest to rewolucja konserwatywna, być może nawet rewolucja faszystowska. Nie jest to naprawdę „nacjonalizm”, ale raczej rodzaj etnicznego imperializmu. Sęk w tym, że ludzie będą podkreślać różnicę.

Spójrz na to w ten sposób: jeśli masz własną kulturę, powiedzmy że jest to kultura bośniacka, muzułmańska, fińska lub celtycka czy kultura Ashanti albo jakaś kultura plemienna – będzie się ona dla ciebie stawała coraz cenniejsza jako źródło i miejsce różnicy. Tu jest miejsce na twoją różnicę. Jest to język, kuchnia, sztuka, są to te wszystkie rzeczy. Różnicą jest, iż różnica nie musi być hegemoniczna czy faszystowska. A to jest z kolei skrajnie trudne do zaakceptowania przez starych lewaków, ponieważ stara lewica miała ideał jednej światowej kultury – zsekularyzowanej, racjonalistycznej, wiesz, totalnie oświeconej, bez cieni, przemysłu, proletariatu, patrzącej w przyszłość, zasadniczo skrajnie hegemonicznej wobec różnic. Tak, mieli swoich małych tancerzy z Uzbekistanu, ale to był tylko spektakl różnicy, a nie prawdziwa różnica. A my mamy to samo: 600 kanałów – wybierz jeden! Jest kanał dla każdego. Czy to jest różnica? Nie. To nie jest żadna różnica. Jest to tylko identyczność przebrana za różnicę. Ale prawdziwa, organiczna, integralna różnica jest teraz rewolucyjna.

Musi być taka, ponieważ stanowi opozycję wobec jednego świata, monoświata, monokultury kapitału. Tak więc, musimy wybrać i wpływać na wybory innych ludzi, żeby wybierali antyhegemoniczną, a nie hegemoniczną partykularność. Innymi słowy, weź sobie znowu za przykład Zapatistas. Jak mówiłem, nie proszą oni innych ludzi, żeby zostali Indianami Maya. Mówią po prostu: „To jest nasza różnica. Jest dla nas rewolucyjna. Bronimy jej.”. Tak więc wydaje mi się, że to co dzieje się w Europie jest z jednej strony rozbijaniem na wszystkie te fragmenty, co jest sytuacją w której polityczna świadomość staje się ekstremalnie trudna. Z drugiej strony, masz twory takie jak EWG, które są wg. mnie naturalnym symptomem kapitalistycznej monokultury. Tak więc przypuszczam, że oznaczałoby to – mimo że muszę myśleć o tym bardzo ostrożnie – rewolucyjną postawę w Europie, która byłaby anty-EWG. Sądzę, że musi być właśnie taka, ponieważ rzecz, którą musimy zachować to ekologia, wiesz. Ekologia umysłu i ciała implikuje różnicę. Implikuje różnicę w stanie równowagi – równowagi, która może nawet wiązać się z konfliktem. Jeżeli popatrzysz na społeczności plemienne, nie są one koniecznie społecznościami pokojowymi.

Ale idea wojny do zagłady wszystkich ludzkich pragnień – to jest właśnie monopol zwycięskiego kapitału. A ja sądzę, że musimy się do niej włączyć – musimy przemyśleć swoją pozycję, jeśli uważamy się za jakiś rodzaj lewactwa lub jakąś część lewackiej tradycji. Musimy naprawdę poważnie prze-myśleć nasz pogląd na to czym jest rewolucyjna różnica, czym naprawdę może być. Tak więc, właśnie to wszystko jest dla mnie nieuniknione. To co dzieje się we Wschodniej Europie jest nieuniknione i potencjalnie rewolucyjne. Jeżeli ugrzęźnie w konserwatywnej rewolucji i neofaszyzmie, będzie to największa tragedia XXI wieku, ale nie sądzę żeby było to konieczne. Jest taka rzecz, jak rewolucyjna odrębność. I tak daleko, jak rozciąga się Europa Wschodnia, wspomniałbym nie tylko Bośnię jako klęskę, ale może także inne, małe enklawy jako potencjalne sukcesy, wiesz. Anarchiści w Ljubljanie wydają się robić całkiem interesujące rzeczy. Jest to kraj dostatecznie mały, by mogli mieć w nim jakiś poważny wpływ. Tak więc przed nami interesujące czasy, nie mam co do tego wątpliwości.

Christian Loidl: Taaa. Chciałbym z tobą dzielić ten widok.

Hakim Bey: No dalej kłóć się ze mną, ponieważ…

Christian Loidl: Nie, nie. To na czym się skupiłem zostało zawarte w drugiej części twojej wypowiedzi – ożywienie konserwatywnego kapitalizmu we wszystkich krajach tj. Litwa, Rumunia i tak dalej. Był tam rodzaj ducha oporu, kiedy wciąż panowały autorytarne rządy. A teraz, kiedy te upadły, jest tak jakby dolar stał się dla każdego głównym autorytetem i wszyscy są przeciwko wszystkim, tak więc jest bardzo trudno dostrzec w tym cokolwiek rewolucyjnego. Oprócz tego, że wygląda to jak bastion obrony.

Hakim Bey: Zgadzam się z tobą, ale Wschodnia Europa jest ideologiczną bitwą, gdzie kapitał chce triumfalnie paradować, gdzie kapitał jest zdeterminowany by nawrócić każdego. I oczywiście nie ma wątpliwości co do tego, że sześćdziesiąt lat komunizmu skrajnie wykończyło każdego.

Christian Loidl: I sprawiło, że są zapóźnieni mentalnie. Ludzie byli całkowicie odcięci od wszelkich źródeł informacji.

Hakim Bey: Znam wyczerpanie, ale w tym samym czasie kiedy spotykam rozradowanych ludzi z Europy Wschodniej, młodych intelektualistów, punków, anarchistów i tak dalej, doznaję uczucia swieżego podejścia, którego brakuje w Europie Zachodniej i Ameryce; ponieważ byli poza obiegiem przez tak długi czas, ponieważ jest u nich pewność, być może nawet naiwność osadzona na (hahaha) ignorancji. To może właśnie zostać paradoksalnie obrócone w rodzaj siły. Mam na myśli to, że na konferencji, na której byłem w zeszłym roku w Europie, która koncentrowała się głównie na Internecie i teorii komunikacji, zawsze bez wyjątku najbardziej interesującymi ludźmi byli ludzie z Europy Wschodniej. Mieli najwięcej do powiedzenia, mieli najwięcej energii, najbardziej twórcze pomysły itp. itd. Tak więc, nie sądzę żeby była to totalnie ponura i beznadziejna sytuacja. Sądzę, że siła międzynarodowego kapitału jest w znacznej mierze skupiona właśnie na tej części świata. Tak więc, opór jest skrajnie ważny. Sądzę, że dla Amerykanów i mieszkańców Zachodniej Europy najwyższym priorytetem jest to, aby wspierać każdy rodzaj oporu we Wschodniej Europie. Wiesz, czy on podziała czy nie, kto wie. Ale co innego mielibyśmy robić?

10.IV 1996
Nowy Jork – Wiedeń
(wywiad przeprowadzony telefonicznie)

Wywiadowcy – David Ender, Christian Loidl, Jack Hauser
Odpowiadał – Hakim Bey

(tłum. Conradino Beb)

Źródło: Millennium, Wyd. Inny Świat, Mielec 2005.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s