alan_watts

Wywiad z Alanem Wattsem

Alan Watts (1915-1973)

Dziennikarze dust, Andrew Curry i Leonard Fulton, zrobili wywiad z Wattsem na pokładzie promu w Valleyo, gdzie żył i pisał. Była to cicha noc, podkreślana przez grzmoty odległej burzy, odgłos wystrzału korka Pinot Chardonnay i zapach kadzidełka z Japonii, palącego się na cześć Buddy. Rozmowa przeciągnęła się do późnej nocy, póki burza ucichła, wino się skończyło, a kadzidełko wypaliło.

DUST: Jesteś często uważany za przedstawiciela zen. Co sam o tym myślisz?

WATTS: To zależy od tego, czy masz na myśli przedstawiciela zen, czy propagatora zen. Bardzo stanowczo uważam, że nie jestem żadnym propagatorem próbującym sprzedać zen jako coś, na co chciałbym nawrócić ludzi Zachodu. Idę dalej. Stawiam sprawę jasno – nie uważam się za buddystę zen w tym samym znaczeniu, w jakim ktoś mógłby uważać się za katolika czy baptystę. Jestem głęboko zainteresowany zen i nauczyłem się dzięki niemu wiele, lecz myślę, że to nie w duchu zen być w niego zaangażowanym, podobnie jak człowiek angażuje się w religijne wierzenia Zachodu.

Te dwie rzeczy stanowią wzajemne antytezy, gdyż zaangażować się w Kościół to mówić, że kładzie się na szali swe życie, oświadczając, że pewne opinie są prawdziwe, cokolwiek by się działo, pomimo przeciwnych dowodów. W rzeczy samej jest to postawa, którą nazwałbym antytezą wiary: najmocniejsze życzenie sobie, by pewny pogląd na świat, na ludzką naturę i przeznaczenie, na materię i samo istnienie był prawdą. Bliskie to mówieniu, że nie dałoby się żyć, gdyby było inaczej, i że zamierza się postawić wszystko na jedną kartę, by w ten sposób rozwiązać swój problem.

A więc to nie jest postawa wiary, lecz rodzaj kurczowego przylgnięcia do jednego punktu widzenia. Wiara to postawa otwartości na wszystko, co może się zdarzyć. Wiara to postawa pływaka w wodzie. Nie chwyta się on wody, nie łapie się jej, by utrzymać się na powierzchni. Odpuszcza sobie, odpręża się i unosi się na niej. Zatem byłoby całkowitym absurdem w zen podchodzić do studiowania go i praktyki na tej samej zasadzie, na której zostaje się orędownikiem religijnego wierzenia.

Nazwałbym siebie buddystą zen w Japonii, gdyż tam by mnie zrozumiano. Lecz zdecydowanie nie nazwałbym siebie tak w tym kraju, gdyż to sklasyfikowałoby mnie po prostu jako kogoś, kto wybrał zen spośród innych możliwości, takich jak katolicyzm, episkopalizm, prezbiterianizm czy ateizm. Zatem moje podejście streszcza się w stwierdzeniu, że jeśli jakaś osoba rozumie zen, to nie przyjmuje żadnej etykietki. Raz przeprowadzano ze mną wywiad w radiu, gdzie zadeklarowałem, że nie jestem buddystą zen. Dziennikarz zapytał: „To kim pan jest?”, a ja odparłem: „To nie widzi pan kim?”.

DUST: Twierdzisz, że bycie wyznawcą jest nierozsądne. Pamiętam, że w swojej małej książeczce pt. Beat Zen, Square Zen and Zen wyznałeś: „Nie mam temperamentu wyznawcy”. Czy mógłbyś przedstawić swoje stanowisko odnośnie przyłączania się do ruchów religijnych i politycznych?

WATTS: Uważam, że obecnie bardzo nieinteligentne jest bycie wyznawcą jakiejkolwiek religii. Widzę sens bycia wyznawcą dla celów politycznych i ekonomicznych, lecz w domenie religii bycie wyznawcą wydaje mi się skrajnie nieinteligentne. To, co leży za propagandą ponaglającą nas do przyłączenia się do kościoła lub organizacji religijnej, to idea zaangażowania. Wiele obecnie mówi się o wadze zaangażowania i o złu oraz braku kręgosłupa u ludzi, którzy nie są gotowi się zaangażować. Myślę, że w domenie religii zaangażowanie może być czymś bardzo niedojrzałym.

Dana osoba może czerpać spore poczucie wygody z zaangażowania się w pewne wierzenie, ponieważ w chwili, gdy to uczyni, czuje się jak gdyby pozbyła się ciężaru odpowiedzialności. W tym samym sensie przyjmuje się święcenia kapłańskie i czyni trzy ślubowania – Ubóstwa, Czystości i Posłuszeństwa. Ubóstwo oznacza, że nie obchodzą cię finanse. Czystość, że nie musisz martwić się o żonę i rodzinę. Posłuszeństwo zaś oznacza, że nie musisz podejmować żadnych decyzji. Robisz dokładnie to, co każe ci Kościół albo przeor lub przeorysza.

Może to wywołać u ciebie ogromną euforię, możesz czuć niezwykłą ulgę. Uczyniłeś to, co po łacinie nazywa się Sacrificium Intellectus, czyli poświęcenie intelektu. Ofiarowałeś swój intelekt Bogu w akcie posłuszeństwa. Stałeś się na powrót małym dzieckiem, które nie zadaje pytań i robi to, co mu się powie. Uważam to za bardzo nieautentyczną wiarę i poświęcenie.

Przede wszystkim nie da się prawdziwie poświęcić intelektu, gdy się go nie ma. Wielu ludzi, którzy czynią takie poświęcenie, nie mają jeszcze intelektu; nie rozwinęli go. Nie przemyśleli tak naprawdę ważnych zagadnień. Prawdziwe poświęcenie intelektu ma miejsce wtedy, kiedy się go rozwinęło, kiedy naprawdę myślało się o różnych filozoficznych, etycznych, metafizycznych i moralnych problemach. Dociera się wtedy do punktu, gdzie rozumie się jasno, że intelekt nie może zaprowadzić cię już dalej i musisz wykonać skok poza to. Jednak skoki takie są nie do zaakceptowania, dopóki nie pozwolisz, by intelekt zaprowadził cię najdalej, jak to możliwe.

Kler robi dużo zamieszania wokół wartości zaangażowania; przedstawiają je bardzo realistycznie, rozsądnie i twardo, tak jak fundamentaliści, którzy twierdzą, że prawdziwie odważny chrześcijanin wierzy w to, iż Niepokalane Poczęcie miało naprawdę miejsce i że Jezus Chrystus powstał z martwych. Mówią też, że osoba, która interpretuje Niepokalane Poczęcie i Zmartwychwstanie w symboliczny sposób jest miękka, brakuje jej odwagi w zaangażowaniu i że trzeba wierzyć w fakty, w biblijne objawienie. Uwielbiają delektować się tymi słowami i sprawiać, by brzmiały mocno.

Wielkiego kopa daje im przedstawianie siebie jako twardych gości, którzy wierzą w te nonsensy i robią z tego wielkie show. Lecz to tylko zasłona dymna, postawa, którą przyjmują; rodzaj gry „kto górą”, aby inni wydawali się prostymi ludźmi o słabych umysłach, którzy nie potrafią się określić. Lecz faktycznie bycie nieokreślonym ma często dużą wartość; nieraz powinno się być nieokreślonym, jeśli idzie o pewne rzeczy. W niektórych krytycznych sytuacjach nie powinno decydować się o tym, co się wydarzy; należy być nieokreślonym – jest to wielka sztuka. Rodzaj czujności, otwartości, która nie pozwala na patowe rozwiązania, tak że jest się gotowym na cokolwiek by się wydarzyło.

DUST: W obecnych czasach starań naukowych czy rygor, który usiłujemy wprowadzić w nasze eksperymenty, wiara w statystyki, fakty i liczby, potrzeba trwałych odpowiedzi dla nieuchwytnych pytań – czyż to wszystko nie jest analogiczne do tego, co mówiłeś o religijnym zaangażowaniu?

WATTS: Potrzeba uczynienia rzeczy trwałymi – tak. Przenosi się to do postawy naukowej, owszem. Taki typ osobowości, który jako kleryk kładłby nacisk na stanowczą wiarę w doktrynę, jako naukowiec skłaniałby się ku rygorowi eksperymentalnemu, statystycznemu itp. Te dwie osobowości są zasadniczo takie same. Są to faktycznie ludzie, którzy okazują znaczną wrogość w stosunku nie tylko swego środowiska, lecz również własnych ciał. Czyż to nie ciekawe, że ludzie mówią tyle o twardych faktach, brutalnych faktach, a nigdy o miękkich czy cywilizowanych faktach? Jest o wiele więcej miękkich faktów o wielkiej wadze. Ludzka gałka oczna jest miękkim faktem, a jednocześnie narządem zmysłu, który zdolny jest do jasności i precyzji w zdumiewającym stopniu. Jednakże jest miękka.

W swej wielkiej książce, Tao Te Ching, Lao-tsy mówi: „Człowiek przy narodzinach jest giętki i delikatny, lecz po śmierci staje się sztywny i twardy. Zatem giętkość i delikatność towarzyszą życiu, a sztywność i twardość towarzyszą śmierci”. Ciekawe też jest to, że ewolucja wydaje się bardziej sprzyjać ssakom niż skorupiakom. Te drugie mają na zewnątrz twardą skorupę chroniącą miękkie wnętrze. Ssaki przeciwnie, wewnątrz mają kości, a strona zewnętrzna jest miękka.

Powodem, dla którego ssak ma większe powodzenie, jest to, że jest wrażliwszy. Wystawia więcej zakończeń nerwowych w stronę środowiska niż skorupiak, jest szybszy i lepiej się adaptuje. Delfin jest ssakiem, u którego występuje wibracja na powierzchni jego skóry – widocznie to jest powodem, dla którego potrafi podróżować w wodzie z taką ogromną prędkością. W jakiś sposób wibracja ta redukuje opór jego ciała w wodzie, więc delfin robi rzeczy, które według zwykłej dynamiki hydraulicznej są niemożliwe, tak jak pszczoła nie może latać zgodnie z teorią aerodynamiki.

DUST: Czy dostrzegasz zatem swego rodzaju ewolucję ku miękkości?

WATTS: Zdecydowanie tak. Z pewnością sprawdza się to w przypadku biologii. Trawa potrafi skruszyć olbrzymie głazy, woda potrafi wszystko zniszczyć. To nie jest tylko miękkość, to kombinacja miękkości i inteligencji. Jeśli odwołasz się do filozofii taoistycznej, jej naczelna zasada nazywa się wu-wei. Oznacza ona niedziałanie, nieusiłowanie w pokonywaniu rzeczy. Jest to, rzecz jasna, odprężona postawa, która jednak nie jest dobra bez inteligencji.

Weźmy na przykład sztukę żeglowania. Osoba prowadząca żaglówkę nie czyni żadnego wysiłku, ponieważ wykorzystuje do tego celu wiatr. Gdziekolwiek chce popłynąć, z wiatrem, czy pod wiatr, robi tak, by to wiatr napędzał jej łódź. Wymaga to jednak wrażliwej inteligencji, tak by móc precyzyjnie dostosować łódź do wiatru. Tak więc kombinacja zrozumienia siły natury, w tym przypadku wiatru, i pójście za nią jest całą sztuką – ale musisz mieć te obie rzeczy.

DUST: A co z ewolucją w kierunku inteligentnego używania niepewności?

WATTS: Uważam, że mowa tu o tym samym, ponieważ miękkość oznacza brak sztywności. Oznacza dawanie, zabawę, sprężystość i elastyczność. Sednem mojej książki pt. The Wisdom of Insecurity jest to, że każde sprawne działanie wymaga pewnego składnika, pewnej ilości nie dbania o to, co się robi. Zaznaczam, że chodzi o pewny składnik, gdyż to nie wszystko. Przecież każdy, kto rozwija jakąś umiejętność czy to atletyczną, czy aktorską, osiąga pewien punkt, w którym musi przestać się troszczyć; musi działać tak, jak gdyby zupełnie nieważne było to czy wygra, czy poniesie porażkę. Wtedy, gdy jakoś osiągnie taką postawę, coś innego wydaje się przejmować kontrolę, coś głębszego, bardziej bezosobowego niż jego własna wola i wysiłki.

Każdy miewa takie doświadczenie. Wiecie, jak to jest w pewne dni, kiedy prowadzicie samochód – wydaje się, że „płyniecie” bez wysiłku i trafiacie na same zielone światła, mając dziwne wrażenie, że nie wymuszacie tego, że to po prostu wydarza się, a wy „płyniecie” z tym. W bardzo podobny sposób uzdolniony artysta lub sportsmen osiąga takie samo uczucie, że w jakiś sposób jego sztuka dokonuje się poprzez niego. Rozważmy śpiewanie lub granie na instrumencie. Kiedy robisz to najlepiej, jak umiesz, masz wrażenie, że melodia gra samą siebie poprzez ciebie. Śpiewa siebie twoim głosem lub gra siebie twoimi palcami, a ty jesteś tylko sługą. To właśnie mam na myśli poprzez miękkość.

Jest pewna bardzo ciekawa książka o teologii, napisana wiele lat temu przez Dorothy Sayers, pt. The Mind of the Maker, w której dokonała analogii pomiędzy rzemiosłem pisarza a stworzeniem świata. Stwierdziła, że w taki sam sposób, w jaki twoje fikcyjne postacie zaczynają panować nad tobą i żyją swym własnym życiem, tak też stwórca świata odkrył, że jego stworzenia stały się wolne, inteligentne i żyją własnym życiem. Zdumiałem się tym, ponieważ jest to tak prawdziwe odnośnie sztuki pisarza.

DUST: Czy mógłbyś rozwinąć wątek związku stwórcy ze stworzeniem, tak jak ma to miejsce w powieści?

WATTS: Tak. Istotne pytanie dotyczy tego, kto jest odpowiedzialny? Jeśli napiszę powieść i postacie w niej nabędą swe własne charaktery, to czy jestem za to odpowiedzialny ja, czy one? Jeśli stworzę świat, w którym istnieje grzech obok stworzonych przeze mnie istot, które przejmują rzeczy we własne ręce, to czy ja jestem za to odpowiedzialny, czy one? Jest to ciekawe pytanie, lecz wydaje mi się, że to artysta odpowiedzialny jest za swoje dzieło, nawet jeśli ono przejmuje nad nim kontrolę, tak więc też władca wszechświata musiałby być odpowiedzialny. Ludzie ci próbują udowodnić, tak samo jak Dorothy Sayers, że Bóg nie jest odpowiedzialny za złe uczynki ludzi.

Jednak kwestię tę należy zgłębić. Znaczenie tego jest takie, że jeśli Bóg nie jest odpowiedzialny za nasze złe uczynki, to my jesteśmy, a więc powinniśmy być za nie ukarani, a wielu ludzi czułoby się nieswojo, jeśli złoczyńcy nie byliby ukarani za to, co robią. Czuliby się oszukani, gdyby każdy nie dostał tego, na co zasługuje, i gdyby nie było dusz lub zmartwychwstałych ciał smażących się w piekle po wsze czasy. Kiedy napotyka się taki typ mentalności, człowiek zastanawia się, kto powinien smażyć się w piekle – ludzie, którzy grzeszyli, czy też ludzie, którzy chcą widzieć tych grzeszników właściwie ukaranych.

DUST: Czy nie uważasz, że często doprowadzamy ten obowiązek odpowiedzialności do absurdalnych rozmiarów?

WATTS: Odpowiedzialność to tak naprawdę rodzaj gry. Mawiam czasem, że najważniejsze pytania filozoficzne wyrażone są w codziennym języku i myślę, że są cztery takie pytania: „Kto to zaczął? Czy nam się to uda? Gdzie to umieścimy? I kto to posprząta?”. Pierwsze pytanie jest fundamentalne, bo dotyczy odpowiedzialności. Gdy miejsce ma zadyma, przybywa policjant i pierwszą rzeczą, której chce się dowiedzieć, jest to, kto to zaczął, kto jest prowodyrem, kogo można pociągnąć do odpowiedzialności i obwinić. Kto To? Przypomina to dziecięcą grę „Farmer w dolinie”. W końcu każdy zostaje złapany oprócz Sera; wszystkie dzieci stoją wokół i szydzą z niego, a Ser stoi sam, jako Ten. W taki sam sposób my zawsze szukamy wokół tego nieszczęśliwca, na którego możemy zrzucić odpowiedzialność, kozła ofiarnego.

Jest to gra i nic innego jak tylko gra, ponieważ w istocie problem rozpoczął się wraz z cała grupą. Osoba, która rzekomo wszczęła problem, nie mogłaby grać swojej roli bez odniesienia do całkowitej sytuacji, albowiem ta całkowita sytuacja jest zawsze odpowiedzialna za powstający problem. To taka teoria pola, które jest zjednoczone. Całe środowisko i wszystkie organizmy w nim są jedną aktywnością. Kiedy powstaje problem, całe pole jest odpowiedzialne, gdyż krystalizuje się w pewnych swych miejscach.

Zilustruje to w ten sposób: jednym z najniezwyklejszych zjawisk jest fakt, że naukowcy pracujący niezależnie od siebie odkrywają te same rzeczy w tym samym czasie. Jest ktoś w Moskwie, ktoś inny w Timbuktu i jeszcze ktoś inny w Santa Monica, i jednocześnie wpadają na to samo odkrycie. Możecie powiedzieć, ze to bardzo dziwne, ale tak nie jest. To z powodu gestaltu pola suma informacji w polu osiągnęła pewien punkt.

Jest to punkt krytyczny, w którym mogą rozwinąć się pewne dalsze idee, a wybuchną one w najwrażliwszych punktach tego pola. Znaczy to, że przyjdą one do głowy tym naukowcom, którzy są w najlepszym kontakcie z gestaltem pola, muszą one wybuchnąć w jakimś określonym miejscu. Możesz teraz powiedzieć: „Co ludzie jako jednostki wymyślili nowe idee”. Faktycznie to te nowe idee skrystalizowały się w tych ludziach i w ten sam sposób, kiedy wydarzają się negatywne rzeczy, kiedy ktoś zrobi coś złego, to zło całego pola wybucha w tych wrażliwych punktach. Jednak my gramy w poszukiwanie kogoś, kto będzie kozłem ofiarnym. To on to zaczął, więc możemy pozbyć się całej odpowiedzialności i zrzucić ją na niego. Jakże szczęśliwi jesteśmy, że to nie my to zrobiliśmy!

DUST: Czy uważasz, że nasza pozornie żywa potrzeba określenia kogoś odpowiedzialnego, kogoś do obwinienia, doprowadziła nas do stworzenia stereotypu „ich”? Takich gotowych kozłów ofiarnych? Mam oczywiście na myśli komunistów i może ateistów, ale są też inni.

WATTS: Rzeczywiście, jest taka potrzeba. Wynika to z naszej paranoidalnej sytuacji. Pozwól mi nieco się w to zagłębić, gdyż wszystko to zależy od naszego poczucia tożsamości. Możesz winić kogoś lub coś innego niż ty sam za niepomyślne zdarzenie do stopnia, w którym doświadczasz siebie jako centrum działania niezależnego i odciętego od wszystkiego innego. Na Zachodzie jest to podstawowym założeniem o naszej tożsamości – że każda jednostka jest niezależnym źródłem działań i myśli. Podlega co prawda wpływom myśli i działań innych ludzi, lecz zasadniczo to ona jest sprawcą.

Jeśli ktoś działa, wychodząc z takiego założenia, będzie czuł, że wszystko, co mu się przydarza, nie pochodzi od niego, lecz od innych. Oni są niezależni, tak jak on, a więc zawsze jest w stanie zrzucić winę z siebie i powiedzieć: „To nie byłem ja”, że wszystkie złe rzeczy pochodzą z innych centrów działań. Używam wyrażenia „zrzucić winę”, choć faktycznie nie powinna to być w ogóle kwestia winy, bowiem nie leży ona ani w całości, ani w jednostce. Coś niepomyślnego, coś, czego nie lubimy, coś tragicznego wyłania się z całości, lecz nie ma tu kogo winić. Praktyczne w takiej sytuacji jest zapytanie: „Co owe wydarzenie oznacza? Czego mogę się z niego nauczyć? Jakie nowe możliwości ono przede mną otwiera?”, lepsze to jest niż szukanie kogoś winnego. Jeśli odkryjemy, że wszyscy jesteśmy odpowiedzialni, wtedy nie będzie sensu w obwinianiu siebie, ani w tym, by ludzie szli do kościoła i kajali się za „swe” złe uczynki.

DUST: Odniosłeś się do tego rodzaju myślenia jako pewnej paranoidalnej sytuacji. Czy mógłbyś powiedzieć coś o wzorcach myślowych, które dziś są naszym błogosławieństwem lub przekleństwem, tak jak to wyjaśniłeś w swojej książce pt. The Two Hands of God? Chodzi mi o wzorce, podług których jesteśmy zmuszeni myśleć.

WATTS: Wzorce te są regułami gry społecznej, którą gramy, i tak jak właśnie wyjaśniłem, jest to gra „Kto to zaczął?”. Kogo zdołamy wrobić w rolę winnego? Paranoja polega więc na tym, że czujesz, iż jesteś oddzielną jednostką, która jest niezależnym sprawcą działań i myśli. Gdy znajdujesz się w takim położeniu, zaczynasz projektować zło i spiski na wszystkich pozostałych, tak też my winimy Rosjan lub Chińczyków, lub Bóg wie kogo, za nasze wszystkie choroby społeczne. Próbujemy zawsze znaleźć wyjaśnienie dla tych chorób na zewnątrz siebie.

Idzie to ręka w rękę z odczuciem, że świat zewnętrzny znajduje się poza subiektywną jednostką. Wszystkie moje badania naukowe skierowane są w stronę ukazania różnych sposobów, w jakie zewnętrzne pole jest faktycznie w tobie – jest ono przedłużeniem ciała każdej jednostki. By ująć to inaczej, każda jednostka jest tym, co to pole czyni w tym, tamtym i każdym innym miejscu. Rzekłbym więc, że prawdziwe „ja” każdego człowieka jest całym kosmosem skupionym w miejscach, gdzie znajdują się nasze ciała.

Jednak zachowanie ciała, czyli organizmu, jest jednocześnie zachowaniem całego środowiska. Inteligencja człowieka jest zatem inteligencją całego kosmosu działającego w miejscu, gdzie ten człowiek się znajduje – może to być ujęte w jasnych terminach biologii i ekologii. A kiedy się to czuje, co nie jest tym samym, co wiedza teoretyczna, stanowi to tak zwane przeżycie mistyczne. Wielu ludzi, słysząc wyrażenie „przeżycie mistyczne”, żywi do tego pewne uprzedzenia i mówią: „To jest czysty nonsens. To nie może być źródłem skutecznej wiedzy”. Stąd też, gdy poruszam się w takich kręgach, nie mówię o „przeżyciu mistycznym”, lecz o „ekologicznej świadomości”, gdyż to jest im łatwiej zaakceptować.

DUST: Panie Watts, wspomniał pan wcześniej o artyście, a na myśli mam tu w szczególności pisarza, że jego postacie zyskują swój własny charakter i autentyczność. Mógłbyś powiedzieć coś więcej o tym? Jak uważasz, że to się dzieje?

WATTS: Pozwól mi ująć to tak – istotą wrażenia pisarza, że pewne rzeczy dzieją się same, jest to uczucie, które on ma, gdy proces twórczy przebiega właściwie. Może pamiętasz książkę pt. Zen and The Art of Archery, w której chodziło o to, by łucznik zwolnił cięciwę bez intencji uczynienia tego, w taki sam spontaniczny sposób, w który pęka skórka dojrzałego owocu lub kiedy nagle wiesz, że ci się odbije. Nie mówisz przecież: „O godzinie ósmej zamierzam beknąć”. Mamy takie samo uczucie odnośnie naszego oddechu, rośnięcia naszych włosów, zabarwienia skóry i wydzielania gruczołowego, że po prostu nie dokonujemy ich poprzez podjęcie decyzji.

To wszystko „przydarza się” i to właśnie mają na myśli Chińczycy, określając „naturę” wyrażeniem tzu-jan, co oznacza, że dzieje się to samo z siebie. Wielki artysta ma dziwne uczucie, że to co robi dzieje się poprzez niego. Jego postacie zdobywają swe własne życie i nim żyją. Lao-tsy mówi: „Wielkie tao płynie wszędzie, tak na lewo, jak i na prawo. Porusza i karmi wszystkie istoty, lecz nie panuje nad nimi, a kiedy dokona dobra, nie rości do niego pretensji”. Innymi słowy, jest to teoria natury bazująca na zasadzie takiej, że natura nie potrzebuje szefa, że panuje w niej porządek organiczny, całkiem inny od porządku politycznego.

Od niepamiętnych czasów nasze idee porządku politycznego były takie, że konieczny jest szef, który będzie rządził, jednak wyrafinowana filozofia anarchistyczna nie ujawnia takiej potrzeby; fundamentalną ideą polityczną jest w niej wzajemne zaufanie ludzi. Jeśli takiego zaufania nie ma, nie można też tak naprawdę mieć społeczeństwa. Nasze społeczeństwo jest bardzo zabawne, gramy w gry z samymi sobą – mówimy: „Nie ufamy sobie, że jesteśmy dobrzy, więc wyznaczamy policję, by trzymała nas w porządku”, myśląc naiwnie, że policjanci wyznaczeni przez społeczeństwo znajdują się na wyższym poziomie moralnym niż samo społeczeństwo. Jest to sposób nabierania samego siebie, że może zaistnieć porządek wskutek wyznaczenia ludzi, którzy trzymaliby nas w porządku. Żadne prawo ani żadna instytucja je wprowadzająca nie ma większej wartości niż taką, co do której społeczeństwo jako całość się zgodzi.

Tak więc idea natury, czy to tej zewnętrznej, czy tej ludzkiej, jest taka, że radzi ona sobie bez szefa, stanowiąc wyrażenie typowej chińskiej postawy, że system bazujący na wzajemnym braku zaufania nie będzie funkcjonował. Na przykład, swego czasu konfucjaniści byli poważnie zajęci kwestią, którą nazywali „rektyfikacją nazw” – chcieli być pewni, że mają właściwe słowa dla właściwych rzeczy, czując, że gdyby udało im się stworzyć dokładny język, bezpośrednio określony i opisowy, sprawy ludzkie byłyby bardziej uporządkowane. Taoiści wyśmiali to i powiedzieli: „Jakimi słowami zdefiniujecie właściwe słowa? I jakimi słowami opiszecie te słowa, które zdefiniują te właściwe?”, dostrzegali bowiem, że była to nieskończona regresja i że tak długo, jak chcesz pokładać zaufanie w prawie, tak długo beznadziejnie się łudzisz.

W Stanach Zjednoczonych istnieje pewna tendencja ku naiwnej wierze w Konstytucję z pominięciem faktu, że może ona znaczyć wszystko, cokolwiek ktoś sobie zażyczy, tak jak w przypadku Biblii – wystarczy do tego tylko wystarczająco wpływowa grupa ludzi. Nie ma sposobu na zapisanie jej tak, by to było niemożliwe, tak więc nie można pokładać zaufania w słowach, należy ufać ludziom. Czyż nie znalazłeś się nigdy w jakimś urzędzie państwowym, gdzie poproszono cię: „Udowodnij, że istniejesz”? „Nie widzicie?

Jestem tutaj” – odpowiadasz. „To nie jest żaden dowód na twoje istnienie. Chcemy zobaczyć jakiś dokument, twoje świadectwo urodzenia, paszport, cokolwiek”. Nie dostaniesz paszportu bez świadectwa urodzenia, a jeśli urodziłeś tam, gdzie nie wydaje się takich świadectw, musisz przyprowadzić ludzi, którzy będą zaklinać i przysięgać, że się urodziłeś, ponieważ tamci nie wierzą faktom. Ufają tylko dokumentom, a to jest pewna forma szaleństwa, gdyż dokumenty można fałszować na nieskończoną liczbę sposobów.

Tak więc kwestia sprowadza się zasadniczo do problemu kontroli. Mamy ideał bezpiecznego świata, w którym wszystko jest pod kontrolą i gdzie miejsca nie mogą mieć żadne pomyłki. Pracujemy nad technologią, by dotrzeć do punktu, w którym zapobiec da się wszystkim wypadkom, w którym wszystko jest pod kontrolą człowieka, ale im bardziej do tego ideału się zbliżamy, tym bardziej jest to świat, w którym nikt nie chce żyć, gdyż w bezpiecznym świecie przyszłość jest całkowicie przewidywalna, a jeśli dokładnie znasz przyszłość, nie ma sensu w jej przeżywaniu.

Ma to swoją pozytywną stronę – jeśli potrafisz przewidzieć wojnę i to, kto ją wygra, nie ma sensu walczyć. Jeśli rozwiniemy maszyny liczące do punktu, w którym będą mogły odpowiedzieć nam na pytanie, kto wygra wojnę, to po skonsultowaniu się z nimi powiemy: „Ok., oddajemy wam ten ruch. Ta dyplomatyczna korzyść należy do was, więc nie musimy prowadzić wojny”.

Byłby to wspaniały pomysł, lecz gdy mówimy o ludzkim życiu w ogólności, nie chcemy znać przyszłości, ponieważ wiedząc, co się wydarzy, nie będzie sensu w przeżywaniu tego. Można by więc powiedzieć, że kontrolowanie rzeczy opłaca się, ale tylko do pewnego stopnia – zawsze musi znajdować się coś, co jest poza kontrolą.

Przypuśćmy, że zrealizowaliśmy technologiczne marzenie o posiadaniu zestawu przycisków, których naciśnięcie wywoływałoby wszystko, co chcemy, natychmiast, tak jak potarcie lampy Aladyna. Gdybyśmy mieli te wszystkie przyciski przed sobą, zapragnęlibyśmy następnie przycisku oznaczonego jako „niespodzianka”, inaczej bowiem byłoby to nieznośne.

DUST: Jak daleko, uważasz, posuniemy się w oddawaniu siebie maszynom?

WATTS: Niewiele dalej, ponieważ ludzie, którzy pracują nad tymi przyciskami, są najbardziej świadomi ich ograniczeń. Mam dużo do czynienia z ludźmi od komputerów, elektroniki, systemów przewidywania itd. Jest ich spora koncentracja w Kalifornii i są to bardzo pomysłowi ludzie, którzy rozumieją gry i ich ograniczenia, np. Gregory Bateson, który stworzył ideę podwójnego związania – sytuacji wewnętrznie sprzecznej. „Musisz mnie kochać. Rozkazuję ci to, a docenię to tylko wtedy, gdy zrobisz to dobrowolnie”. Jest to usiłowanie rozciągnięcia całkowitej kontroli nad światem. Przypuśćmy, że mam harem i mówię do którejś z moich kobiet: „Przyjdź i pokochaj mnie”, a ona to robi. Nie podoba mi się to, gdyż nie robiąc tego z własnej woli przypomina mi ona swym zachowaniem automat, a tak naprawdę chciałbym, by kochała mnie dobrowolnie, lecz to jest coś, czego nie da się wymusić.

DUST: Co do maszyn i techniki, nie sądzisz że w pewien sposób wymykają się one swym uczonym wynalazcom?

WATTS: Tak, maszyny zaczynają żyć swoim własnym życiem. Systemy wymyślone przez technologów stają się ich panami, a dostrzegając to (a staje się to bardzo widoczne), ludzie nauki zmuszeni są zadać sobie pytanie: „Czy otrzymujemy skutki takie, jakich pragnęliśmy?”. Technologia inicjuje podległość człowieka maszynom, a pierwszymi ludźmi, którzy mieliby zakwestionować to, co robią, są bardzo często sami technologowie, którzy mówią: „Ta rzecz nie działa w taki sposób, w jaki zamierzaliśmy”. Słowa Jezusa: „Szabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla Szabatu” dają się bezpośrednio odnieść do technologii.

Tak więc stajemy w obliczu decydującego pytania, które będzie pojawiało się ciągle w nadchodzących latach, mianowicie – czy cała cywilizacja jest błędem? Innymi słowy, czy nie byłoby o wiele lepiej zostawić rzeczy ich biegowi – nie mieć medycyny, nie usiłować kontrolować natury, nie używać rozumu, nie przewidywać i nie sądzić, lecz działać kompletnie pod wpływem impulsu? Tęsknota za złotym wiekiem, wrażenie, że człowiek upadł, ostatecznie wiąże się z rozwojem świadomości jako układu zwrotnego, który ostrzega organizm przed pomyłkami, przewiduje przyszłość i ustanawia racjonalną kontrolę nad swymi działaniami oraz środowiskiem.

I tu leży problem! Świadomym rozumem możemy myśleć tylko o jednej rzeczy na raz; analizujemy sytuacje myśląc o nich powoli, ale one wydarzają się tak cholernie szybko, że rozum nie potrafi ich śledzić. Wiemy, że nadążamy za bardzo skomplikowanymi wydarzeniami bez świadomego rozumowania, tak jak w przypadku naszych wszystkich organicznych i fizycznych reakcji; nie myślimy o oddychaniu, o biciu serca itp. – po prostu to robimy.

Zatem doniosłym pytaniem dla ludzkości jest: „Czy należało pokładać zaufanie w takiej metodzie radzenia sobie z rzeczami, skoro wszystko, co nam dar przewidywania przyniósł, to zmartwienie i niepokój?”. Twierdzimy, że ważne jest przewidywanie przyszłości, gdyż to zabezpiecza nasze przetrwanie – możemy ubiec plagi, głód itp., lecz ceną, którą za to płacimy, jest zmartwienie. Czy podjęliśmy właściwe decyzje? Czy wzięliśmy pod uwagę wszystkie fakty, które należało rozważyć? Cofamy się cały czas, raz za razem i nie śpimy nocą, myśląc: „Czy wszystko zrozumiałem? Czy pomyślałem o wszystkich rzeczach, o których należało?”, w ten sposób czyniąc życie niewartym przeżycia.

Przypuśćmy za to, że po prostu zaufaliśmy neurologicznemu komputerowi mózgu i powiedzieliśmy mu: „Stary, ty się tym zajmij. Oto problem, ty wymyśl rozwiązanie, a ja odpocznę i poczekam w czasie, kiedy będziesz nad tym myślał”, po czym działamy pod wpływem impulsu. Dostrzegasz co się stało? Do czasu około pięciu tysięcy lat temu ludzkość istniała już przynajmniej od miliona lat, działając, o ile nam wiadomo, na zasadzie zachcianki. Tak, zachcianki, ale nie rybiej, pszczelej, lecz zachciance mózgu tak wysoce rozwiniętego, jak mózg człowieka. Choć miejsce miało wiele błędnych decyzji, które prowadziły konkretny organizm do natychmiastowej śmierci, była to bezproblemowa śmierć, tzn. bez wcześniejszych zmartwień i obaw przed nią.

Ktoś podjął nagle błędną decyzję, popłynął łodzią w złym kierunku i roztrzaskał się. Woda pochłonęła go i to wszystko – oto wspaniały koniec! Gdy ćma leci wprost do płomienia, bo nie odróżnia go od swego popędu seksualnego i od czego ginie, to przed momentem zetknięcia się z płomieniem prowadzi wspaniałe życie, całkowicie spontaniczne, jest w całości ze sobą; nie zastanawia się, czy to jest słuszne, czy nie. Ale człowiek pytając się: „Czy to dobrze, czy źle? Powinienem bądź nie?”, zaczyna się martwić, poruszać nerwowo i powstaje z tego niewiarygodnie złożona cywilizacja ze swymi maszynami, prawami, księżmi, stróżami i poprawiaczami, nauczycielami i uczniami oraz tym podobnymi dziwnymi rzeczami.

Z głębszego punktu widzenia jest to wspaniała rzecz – spójrz tylko na dziwną złożoność ludzkiego życia, tak jakbyś patrzył na długą szyję żyrafy czy przesadny ogon pawia. Gdybyś wzniósł się wysoko w powietrze tej nocy i spojrzał na miasto, dostrzegłbyś, że jest ono olbrzymim, oddychającym organizmem. Rankiem wsysa cząsteczki wszystkimi kanałami – rzeczy, które rozpościerają się na sąsiednich rejonach – zasysa je, gdy wszystko zmierza ku miastu.

W ciągu dnia mieli je wszystkie, a około piątej po południu miasto wypluwa je poza swój obręb i tak to odbywa się dzień za dniem, jak wielki proces oddychania, na który możesz spojrzeć i rzec: „Czyż to nie wspaniałe, nie cudowne?”, albowiem jest to naturą, jak wszystko inne. Gdy spojrzy się na to z pewnej perspektywy, dostrzec można jego krzywdy, problemy i decyzje, które od nich należą, ale to wszystko jest tak naturalne, jak wzory piany na falach.

DUST: Czy możliwe jest, byśmy mogli coś uczynić dla odwrócenia lub przynajmniej spowolnienia tego procesu, który wydaje się błędnym kołem? Im większy postęp materialny, tym więcej zmartwień. Im większa pewność, tym więcej informacji itd. Czy uważasz, że powinniśmy coś z tym zrobić, jeśli się da, oraz…?

WATTS: Ujmę to tak – nie chodzi o to, co się robi lecz o to, kto to robi. Celne jest tu chińskie powiedzenie: „Kiedy zły człowiek używa właściwych środków, to działają one w niewłaściwy sposób”, ważne jest więc, kto to robi. Nie uważam, że powinniśmy odkrywać w tej chwili, co powinniśmy zrobić, lecz raczej zrozumieć, co się naprawdę dzieje, a także kim jesteśmy – jest to część tego samego pytania. To, co się obecnie wydarza na świecie jest tym, czym jesteśmy, ponieważ pełen opis tego, co się dzieje powie nam kim jesteśmy – uważam, że właśnie to powinniśmy szczególnie jasno zrozumieć.

Myślę, że nasze zrozumienie materii i środki służące kontrolowaniu materii są krótkowzroczne, bazujące na rozwiązaniu chwilowych problemów, które nie muszą być problemami długofalowymi. Można by rzec: „Znamy drogę na skróty do leczenia wszelkich chorób, lecz nie dostrzegamy długofalowych konsekwencji”. Nie mam tu na myśli tylko tego, że przyczyniamy się do przetrwania zbyt wielkiej liczby ludzi, co prowadzi do przeludnienia – nie tylko to. Jak będą się oni zachowywać po tym, jak podamy im antybiotyk? Przed jego podaniem badamy pole mikroorganizmów, następnie, aby w nie wkroczyć i je kontrolować, wymyślamy odpowiedni antybiotyk. Potem musimy zbadać to pole jeszcze raz, gdyż po podaniu antybiotyku nie jest one już takie same jak przedtem.

Trzeba dokonać ponownego badania, aby wiedzieć, co z nim zrobić, a ta potrzeba nawarstwia się i nawarstwia, ponieważ wiedzieć coś, to zmieniać coś. Wiedza nie jest czymś obiektywnym, gdyż aby ją zdobyć, należy zrobić coś z polem; trzeba robić eksperymenty, trzeba pracować nad nim i obserwować jego reakcje, tak więc za każdym razem dokonuje się jakaś zmiana. Musimy poważnie zastanowić się nad tym, czego tak naprawdę pragniemy. W przeszłości tak wiele zależało od tradycji, która mówiła nam, czego chcemy, czego powinniśmy chcieć i jak powinno wyglądać nasze życie.

Brakuje empirycznej chęci przygody tym, którzy nie pytają: „Jakim życiem moglibyśmy żyć? Co byłoby nowe? Co stanowiłoby nowy sposób życia?”. Zdumiewa mnie to, gdyż znajduje się tu z pewnością pole do popisu dla technologii. Jesteśmy najbogatszym krajem na świecie, potężnym, a brak nam zdolności do przeżywania przyjemności, gdy rozważy się nasz sztywny podział życia na pracę i rozrywkę. Niemal każdy z nas, z wyjątkiem kilku szczęściarzy, ma pracę, tzn. robi coś, by zarabiać pieniądze, i co nudzi go na potęgę, lecz musi to robić, gdyż potrzebuje pieniędzy.

Tak więc pracujesz osiem godzin, lub coś koło tego, bierzesz pieniądze, kończysz pracę i myślisz: „W porządku, teraz czas na rozrywkę”. Zarabiamy dużo pieniędzy, dość, by kupić wiele rzeczy, zatem co, u diabła, robimy? Wydawałoby się, że nowy wielki styl życia, technologia i wszystkie jej moce umożliwiają nam po wypełnieniu obowiązków i zarobieniu pieniędzy pójście do domu i przeżycie najwspanialszych chwil, jakie można sobie wyobrazić – jednak nic z tych rzeczy.

Ludzie idą do domu i siadają przed telewizorem, który jest martwą reprodukcją życia na srebrnym ekranie – nie możesz przez niego sięgnąć i czegoś dotknąć; nie da się też nic poczuć, w większości wypadków nie ma też koloru, ale cóż, ludzie to oglądają. Następnie przychodzi pora na odgrzewaną kolację, również przed telewizorem. Ale co to jest? Wiecie, że amerykańska kuchnia należy do najgorszych na świecie, jest po prostu obrzydliwa. Wszystko przyrządzane jest na zjełczałym smarze, którego smak jest kombinacją tłuszczu i mydła, którym szorowane jest przed podaniem. Nie ma w tym wcale uczucia, jest tylko tego duża ilość. Ile ma to witamin?

DUST: Czy jest to brak tego, co nazwałeś „empiryczną przygodą”?

WATTS: Z pewnością. Wydaje się, że zarobiwszy dużo pieniędzy, można pozwolić sobie na wspaniałe chwile, więc po powrocie do domu wolałbym – zamiast oglądać telewizję i zjeść niedobry obiad – usiąść z moją żoną i wymyślić coś fantastycznego do ugotowania. Poświęcilibyśmy na to czas i czerpalibyśmy z tego radość. Następnie usadziłbym ją i umieścił wokół niej kwiaty; zrobił jej wieniec z żonkili i pomalował jej twarz, tak jak Hindusi przyozdabiają twarze tancerek maleńkimi perłami. Spędzilibyśmy ten wieczór na sposób, jaki niektórzy z nas nazywają „śnieżnym traktowaniem”.

DUST: Co to takiego?

WATTS: Nie wiesz, co to jest? To wspaniały zwyczaj! Chodzi o to, że jedna osoba poświęca się przez całą noc dla przyjemności drugiej osoby. Przypuśćmy, że to jest mąż i żona – jedno z nich decyduje się służyć drugiemu na wszelki sposób. Zrobi kolację i poda ją drugiej osobie w najpiękniejszy sposób – najlepsze szkło, najlepszy obrus – wszystko to, co najlepsze! Następnie masaż, cudowna muzyka i taniec lub jeszcze lepiej – granie na instrumentach i śpiewanie. Poświęcą temu cały wieczór, czyż to nie świetny pomysł?

DUST: Wspaniały!

WATTS: Lecz nikt tego nie robi, nie jest to ogólna praktyka. Zamiast tego wchłania się syntetyczną, telewizyjną reprodukcję życia. Reprodukcja nie w sensie pokoleń, lecz w sensie sztuki, tzn. nagrywania na taśmy lub drukowania offsetowego – wszystko z drugiej ręki. Nie robimy tego, gdyż uważamy, że byłoby to niemoralne.

Faktycznie znajdujemy się w niebezpiecznym stanie niezdolności do przeżywania przyjemności, a w świecie, w którym wkrótce trzeba będzie ludziom płacić, by nie pracowali, jest to bardzo poważne. Taki jest naturalny kierunek automatyzacji i przemysłu, w którym siła intelektu oraz siła pracownicza przeciętnego człowieka przestają być chodliwym towarem – można o tym mówić w taki sposób. Można też w taki, że moglibyśmy wynaleźć rzeczy, które uwolnią przeciętnego człowieka od ciężaru przekleństwa pracy, od używania swej intelektualnej i manualnej przebiegłości w celu przeżycia.

Tak więc człowiek stworzył świat, genialną maszynerię, która robi to, do czego została stworzona, tzn. oszczędza pracę. Z jednej strony oszczędzanie pracy nazywamy „bezrobociem”, co jest czymś niekorzystnym. Z drugiej, moglibyśmy to nazwać naprawdę oszczędzaniem pracy, co znaczy, że zapanowaliśmy nad sytuacją, że uwolniliśmy się od konieczności robienia nudnych rzeczy, aby przeżyć.

Zastanawiało mnie, kiedy byłem dzieckiem i patrzyłem na mego ojca idącego codziennie do pracy – zakładał kapelusz, brał parasol i wychodził na pociąg, a było mnóstwo innych facetów w kapeluszach i z parasolami. Czasami wychodziłem do miasta z ojcem, obserwowałem tych wszystkich ludzi zmierzających ku śródmieściu, Wall Street Londynu, i przesiadujących w brudnych biurach cały dzień, tylko licząc. Siedzieli nad księgami, kupowali i sprzedawali, a mnie wydawało się najbardziej absurdalnym sposobem prowadzenia swego życia.

Ślubowałem tam i wtedy, że nigdy nie założę kapelusza i nie będę szedł codziennie do miasta, oddając się temu dziwacznemu niewolnictwu. Teraz natomiast automatyzacja uwalnia nas tego wszystkiego, nie musimy już tego robić.

DUST: Nie uważasz, że technologia staje się obecnie „patronem”?

WATTS: Niezupełnie. Nie potrzebujemy patrona, ponieważ społeczeństwo jako całość nim jest. Zapewnia podstawowe utrzymanie, ale nie całkiem jest patronem, ponieważ patron to osoba, która ustanawia standardy dzieł sztuki, które mają być wykonane. W dawnych czasach patron wymagał tego, co artysta jako rzemieślnik miał zrobić, więc to trochę inna sytuacja. Społeczeństwo jest nie tyle patronem, co matroną – zapewnia ci konieczną postawę utrzymania, z której wychodząc, robisz już, co chcesz – różni się od sytuacji patronatu.

DUST: A co z twoimi dziełami? Czy istnieje jakaś szczególna postawa potrzebna do rozważnego czytania twoich książek? Czy może jest to obojętne?

WATTS: Powiedziałbym tak, że czytelnik musi być świadom, iż podchodzę do tego samego tematu z bardzo wielu różnych stron. Chodzi o to, że jeśli podążysz pewnymi ścieżkami myśli konsekwentnie i gruntownie, to wszystkie doprowadzą cię do tego samego wniosku. Tak więc uprawiam, na przykład, w książce pt. The Supreme Identity tradycyjny, ortodoksyjny styl myślenia, a w innej, pt. The Wisdom of Insecurity, podążam całkowicie sceptyczną, nietradycyjną i buntowniczą ścieżką myślenia. Nie są to jednak dla mnie niespójne punkty widzenia, gdyż jeśli wyruszysz z nich konsekwentnie, poprowadzą cię do tego samego końca – ja tylko bawię się wokół okręgu. Napiszę ze stanowiska chrześcijaństwa lub buddyzmu – z dowolnego, którego chcecie i pokażę, jak w końcu musi prowadzić do centrum, które nie jest ideą, lecz doświadczeniem.

Powiedziałbym, że piszę o centrum rzeczy – nie mam żadnego stanowiska filozoficznego, ani też doktryny, do której próbowałbym przekonać ludzi. Fascynuje mnie raczej doświadczenie zmienionej świadomości, w której pozornie wyizolowana jednostka odkrywa, że tak naprawdę nie jest wcale wyizolowana, lecz że jest wyrazem, działaniem całkowitej sumy rzeczywistości. Tak samo, jak nie jesteśmy bezpośrednio świadomi naszych procesów fizjologicznych, które odbywają się czy myślimy o nich, czy też nie, tak pod pokrywką świadomości zachodzi fundamentalna egzystencja, czy śpimy, czy jesteśmy na jawie.

Powiedziałbym też: „Czy żyjemy, czy też umieramy”. Każdego sezonu drzewo wydaje na świat owoce, liście, kwiaty, które opadają, i pojawiają się następne, by zająć ich miejsce. Uważam, że podobnie jest z muzykami, powiedzmy z Orkiestrą Symfoniczną San Francisco. Każdego sezonu wydaje na świat swego Beethovena, Brahmsa i Bacha, wszystko to opada i znika w ciszy po tym, jak zostało zagrane. W następnym sezonie grają to znowu i jest to w pewnym sensie ten sam Beethoven, Brahms i Bach. Tak też świat tworzy nas wszystkich, lecz rzeczywistość, istota rzeczy, tkwi w całości i w tym, co ona robi, tak jak istotą owocu jest drzewo. Jeśli nasza świadomość może być dostosowana do odczuwania, że zasadniczo jesteś raczej drzewem niż tylko owocem, niż tylko liściem, wtedy masz wrażenie istnienia autentycznego zamiast schizofrenicznego.

DUST: Mógłbyś to rozwinąć?

WATTS: Uważam, że nasze poczucie istnienia jest schizofreniczne, ponieważ wielu ludzi ma świadomość świata zewnętrznego jako obiektu, z którym muszą się borykajć. Przychodzą na ten świat pełen innych ludzi i rzeczy patrząc na to wszystko, jak na coś zewnętrznego, tak jakby ród ludzki był stadem ptaków przylatującym znikąd i siadającym na drzewie z suchymi gałęziami, zamiast być liśćmi, które faktycznie wyrastają z tego drzewa. Jesteśmy poprzez nasze wszystkie tradycyjne filozofie wychowywani w poczuciu, że tak naprawdę tu nie należymy, że jesteśmy obcymi i pielgrzymami, zamiast być działaniem i wyrazem tego, co robi całość rzeczy.

DUST: Temat ten był dziś często poruszany. Czy podejmujesz go w ogóle w swej nowej książce?

WATTS: Ta nowa książka nosi tytuł Beyond Theology: The Art of Godmanship. Dość swobodnie powiedziałem, że jest ona wyprawą poza scenę monoteistycznego wszechświata, pod przewodnictwem dworskiego błazna niebios. Faktycznie zaś rozpatruję tam chrześcijaństwo i judaizm razem, w kontekście hinduizmu.

DUST: Wyjaśnij nam to jeszcze raz!

WATTS: Można to wyjaśnić następująco – chrześcijaństwo jest nie do przyjęcia dla Żydów, ponieważ chrześcijanie wierzą, że Jezus Chrystus był Bogiem wcielonym; niemniej, chrześcijanie wchłonęli judaizm i teksty żydowskie stanowią dla nich Stary Testament. Można by powiedzieć, że w judaizmie nie ma nic, czego chrześcijaństwo by nie akceptowało, ale w chrześcijaństwie są za to rzeczy, których judaizm nie akceptuje, tak więc w pewnym sensie chrześcijaństwo „zjada” judaizm.

Skonfrontujmy teraz chrześcijaństwo z hinduizmem i spytajmy: „Czy chrześcijaństwo może wchłonąć hinduizm”? Innymi słowy, czy wszystko, co znajduje w hinduizmie jest akceptowane przez chrześcijaństwo? Odpowiedź brzmi – nie. Tak samo jak Żydzi nie mogli zaakceptować tego, że Jezus był wcielonym Bogiem, chrześcijanie nie mogą zaakceptować hinduskiej idei, że każdy człowiek jest wcielonym Bogiem, tak więc chrześcijaństwo nie może wchłonąć hinduizmu. Powstaje pytanie: „Czy hinduizm może wchłonąć chrześcijaństwo”? Odpowiedź brzmi – tak, ponieważ hinduizm bazuje na idei, że świat jest grą w chowanego. Najwyższy Pan spędza beztrosko wieczność, mówiąc do siebie: „Spadaj!” i zatraca się we wszelkich fantastycznych sytuacjach, w formie przygód, które są odnawiane bez końca.

Jednym z najbardziej cudownych sposobów zapomnienia o sobie byłoby stanie się duszą chrześcijanina, która wierzy, że jest zasadniczo różna od Boga oraz że żyje w dramatycznej sytuacji, w której należy dokonać doniosłego wyboru pomiędzy dobrem i złem – rozgrywce, w której chodzi albo o wieczną błogość, albo o wieczne potępienie, a wybór ten musi być dokonany w jednym życiu. W tym miejscu są pewne wątpliwości, ponieważ w chrześcijaństwie trzeba unikać dwóch grzechów – zarozumialstwa i rozpaczy. Pierwszy to pewność, że jest się zbawionym, a drugi to pewność, że jest się potępionym – nie wolno ci popaść w żaden z nich. To tak jak gdybym powiedział ci: „Wybierz jedną z mych dłoni. Którą wolisz, lewą czy prawą? Wybierz prawą”.

Hindus spojrzy na sytuację chrześcijanina i powie: „Rety! Ależ zaawansowana gra”. Mamy tu Boga, który tak zapomniał się w swym przebraniu, że stał się duszą chrześcijanina wierzącą silnie, na zasadzie dogmatu, że nie jest sobą, że istnieje odwieczna otchłań, ontologiczna różnica pomiędzy stwórcą a stworzeniem – wierzy ona , że znajduje się w tym fantastycznym niebezpieczeństwie. Jeśli przyjmiemy hinduski punkt widzenia, to chrześcijańska dusza umiera i idzie na Sąd, odkrywa swe braki i musi iść na wieczność do piekła. Następnie znajduje się na dnie piekła, gdzie jest torturowana przez diabła, który bierze czerwony, gorący trójząb, wbija go w najwrażliwszą i najżywszą cześć jej istnienia i zaczyna nim obracać. Dusza krzyczy i to jest koniec. Dzieje się to w kółko, bez końca, przez wieczność. Ale nagle ten krzyk przemienia się w głos, który mówi: „Ja jestem Alfa i Omega, Początek i Koniec” i dusza nagle budzi się ze snu.

Hinduska idea jest bluźniercza dla chrześcijan, tak jak chrześcijańska idea jest bluźniercza dla Żydów. Chrześcijanie wierzą, że Jezus Chrystus jest Bogiem, a hindusi wierzą, że każdy człowiek jest Bogiem w przebraniu i że nasza jednostkowa świadomość jest działaniem tego całego świata. Gubi on zawsze siebie samego udając, że jest ograniczony, że jest tobą i mną; zdarzają się jednak krytyczne momenty, w których budzi się – są to rzecz jasna chwile, które uderzają wielu ludzi jako doświadczenia mistyczne i kosmiczna świadomość. Wtedy też mają to dziwne wrażenie bycia czymś o wiele, wiele większym niż to, co byli nauczeni uważać za siebie.

(tłum. Dunno)

 

Źródło: The „Deep-in” View. A conversation with Alan Watts, /ed./ Andrew Curry, dust Books, USA 1965 (dzieki uprzejmosci Dunno – autora strony poswieconej Alanowi Wattsowi)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s