Skowyt (2010)

„Howl” / oryginalny plakat filmowy

Klasycy Beat Generation zdają się obecnie przeżywać renesans zainteresowania wśród współczesnych twórców filmowych, którzy próbują eksploatować ich nigdy wcześniej nie zekranizowane, literackie wizje. Choć należałoby raczej powiedzieć – zbliżając się pewnie do prawdy – że proza i poezja bitników nigdy nie wyszła z mody, od dwóch dekad ukrywając się po prostu w pewnej niszy, eksplorowanej zarówno przez profesorów akademickich i literackich buntowników z całego świata, którzy ciągle szukają w niej inspiracji.

To pewnie ten tłum powinien właśnie obejrzeć Skowyt – ludzie, którzy tworzą krąg zainteresowanych i którzy zawsze pozostają gotowi, by odkryć słynny wiersz Ginsberga na nowo. I nie ma w tym nic złego jako że pewien rodzaj sztuki nigdy nie daje się złożyć do grobu, w najgorszym wypadku stając się z czasem statecznym kamieniem milowym.

Skowyt to zasadniczo flashback z przeszłości, reinterpretujący legendarny poemat za pomocą wspaniałej animacji znanego, lewackiego rysownika – Erica Drookera, który włożył sporo wysiłku w to, żeby przetłumaczyć poetycki free jazz Ginsberga na zapierające dech w piersiach obrazy. To zdecydowanie najlepszy element filmu, przypominający fantazmat w stylu Waking Life, do którego zostały dołączone elementy para-biograficzne.

Przy tej zaś okazji mnóstwo pracy zostało wykonanej przez młodego Jamesa Franco, który niezwykle lekko traktując rolę Ginsberga ominął przy tym mielizny pretensjonalności (która często kładzie filmy biograficzne o znanych osobistościach), choć raczej stracił w trakcie głębię wglądu. Mocna podbudowa historyczna została jednak osiągnięta głównie dzięki scenarzystom, którzy postarali się, żeby słowa z oryginalnego procesu Lawrence’a Ferlinghetti’ego zostały skopiowane kropka w kropkę, co z pewnością dało aktorom poczucie zakotwiczenia w prawdziwych wydarzeniach i umożliwiło rozwinięcie – dosyć skromnych zresztą – ról drugoplanowych.

Film jako całość ogarnia życie osobiste Ginsberga, jego debiut poetycki w Six Gallery, w San Francisco, a także słynny proces o obsceniczność, wytoczony wydawnictwu City Light Books w 1957, które oryginalnie opublikowało Skowyt. Poemat staje się rodzajem głównej nitki narracyjnej dla obrazu, a sam proces jest zaledwie poboczną historią wynurzając się znienacka na kilka chwil, by za moment przejść w „wywiad z Allenem Ginsbergiem” lub ponownie w animację.

Cokolwiek sądzimy o samej wizji reżyserskiej czy też montażu, jeśli bierzemy pod uwagę tylko sam portret poety, zdaje się on być w dużej mierze wypełniony właściwymi pociągnięciami pędzla. Śledzimy odkrywanie przez Ginsberga swojej homoseksualności, jego romans z Nealem Cassadym, pobyt w szpitalu dla psychicznie chorych i oczywiście jego przyjaźń z Jackiem Kerouac. Nie usłyszymy żadnych fałszywych nut, o nie… problemem zdaje się jednak to, iż film nami w żaden sposób nie wstrząsa.

I z tego właśnie powodu mam mieszane odczucia na temat Skowytu. Dyrektorzy filmu (Rob Epstein oraz Jeffrey Friedman) podjęli wprawdzie fascynujący temat, ale stracili szansę na ukazanie go z szerszej perspektywy, ze stylem rasowego manifestu. Nie podjęli wątku znaczenia Ginsberga dla kontrkultury lat ’60, dla ruchu wyzwolenia gejów czy dla literatury/sztuki amerykańskiej w ogóle. Czuje się generalnie, że film jest pójściem na skróty – w Skowycie brakuje emocjonalnej głębi i w związku z tym obraz rzadko iskrzy, co przekłada się na niski lot i brak scen prawdziwie genialnych (które zazwyczaj decydują o notowaniach dzieła).

Innymi słowy, filmowi nie udaje się pomimo dużego potencjału oddać szaleństwa Beat Generation… elementu, który wydaje się bardzo znaczącym, tajemnym składnikiem literatury całego ruchu. Obraz jest zbyt normalny? Być może, gdyż nie tego oczekujesz przecież od filmu o kolesiu, który w pewnym momencie chciał naładować całe społeczeństwo LSD i mantrami Shiva OM. Czy twórców nie stać było na więcej niż oprawienie w ramkę okruchów legendy – nawet jeśli bardzo udanego? Chyba będziemy musieli jeszcze trochę poczekać na talent, który rozpruje bitników swoim fiutem i pokaże całą ich ciemną stronę.

 Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Howl
Produkcja: USA, 2010
Dystrybucja w Polsce: Mayfly
Ocena MGV: 3,5/5

5 myśli nt. „Skowyt (2010)”

  1. Pierwszy raz trafiłem na ten film późnym wieczorem w tv i pomimo, że zaczynałem już interesować się beatnikami, warstwa estetyczna mnie odrzuciła. Całość wydała mi się zbyt wygładzona i skrojona na standardy hollywoodzkie, animacje zbyt tandetne. Uznałem, że to kolejny nijaki film, zero autorskiego sznytu. Po jakimś czasie do niego wróciłem z uwagi na to, że sam temat bitników mnie na dobre wciągnął. Za drugim podejściem potraktowałem go mniej surowo, aczkolwiek zasługuje moim zdaniem najwyżej na ocenę dobrą.
    Swoją drogą to od niedawna odkrywam szeroko pojętą kontrkulturę i mam z tego dużą frajdę, bo wszystko jest dla mnie nowe i cały czas mnie coś zaskakuje. Tematy których w ogóle kiedyś ze sobą nie wiązałem (a miałem i tak o nich mizerne pojęcie) gdzieś się zazębiają. Okultyzm kojarzył mi się z zabobonami i horoskopem. Psychodeliki były kolorowymi dragami. Magia chaosu to w ogóle nic mi nie mówiła. Itd. Wszystko zaczęło się od recenzji „Najdalszej podróży” Grofa, później zakup jej i kolejnych pozycji z okultury. Dalej reaktywacja magivangi, którą czytam codziennie. Mam 28 lat a jakoś mnie to wszystko ominęło, a pierwsze kwasy zarzucałem w wieku 16 lat (typowo rozrywkowo i raczej bezmyślnie). W każdym razie dzięki za pracę nad tą stronką, bo przyczynia się mocno do poszerzania moich horyzontów i tworzenia się nowego światopoglądu. Od czasów dziecięcych nie byłem tak zafascynowany jakimś zagadnieniem.
    PS. Przydałoby się jakieś forum do dyskusji i wymiany poglądów lub nawiązania znajomości. Ja niestety z nikim nie mogę pogadać na kontrkulturowe tematy bo znajomi patrzą jak na pojeba jak zaczynam mówić np. o okultyzmie.
    Pozdrawiam

    Lubię to

  2. Dzieki za komentarz, stary. Tego typu slowa sprawiaja, ze w ogole chce mi sie ten magazyn ciagnac dalej wlasnymi silami, a co za tym idzie pewne idee moga zataczac dalsze kregi. Po raz kolejny przekonuje sie jednak, ze mozgi mozna zmieniac przez Internet… niby banal, ale zasadniczo wazna sprawa w kontekscie sieci jako medium magicznego.

    Wiesz, kiedys polskie srodowiska magiczno-kontrkulturowe skupialy sie wokol listy dyskusyjnej magia-pl (archiwa wciaz wisza tutaj: http://groups.yahoo.com/group/magia-pl/), ale potem przyszla era forow internetowych i ta fajna lacznosc sie nieco rozwarstwila… teraz fora jednak padaja, gdyz paleczke przejmuja serwisy spolecznosciowe – te jednak nie sluza dyskusji, ale bardziej promocji pewnych idei i czystej zabawie…

    mysle, ze to bylby dobry pomyslunek: stworzenie czegos w rodzaju fuzji mejlowego zaangazowania w dyskusje (wyrazajacego energie wczesnej, polskiej cyberkultury) i latwosci, funkcjonalnosci serwisow spolecznosciowych… sam bym sie do czegos takiego wlaczyl.

    Lubię to

    1. Podejrzewam, że osób, dla których Twoja pisanina jest naprawdę istotna, jest znacznie więcej, tylko po prostu nie piszą tu o tym. Ja sam jestem tego najlepszym przykładem i w zasadzie mogę powiedzieć to samo co MR.MB. Dla mnie również wszystko jest nowe, fascynujące i niejednokrotnie już zawiesiłem przeglądarkę, gdy otworzyłem wszystkie artykuły, które na Magivandze chciałem przeczytać. Nie podjąłbym się z pewnością administrowania forum, bo nie czuję się kompetentny pod względem merytorycznym, ale z pewnością chętnie dołączyłbym do niego i myślę, że warto robić coś w tym kierunku. Bo jak nie my, to kto? 🙂 Pozdrawiam i życzę autorowi (do którego Alma Mater mam przyjemność uczęszczać 😉 ) jak najwięcej siły do prowadzenia tej strony!

      Lubię to

  3. 20 sierpnia wszedł do kin film „W drodze” Waltera Salles’a według Kerouaca i podobno jest niezły. Niedługo pewnie się wybiorę. Moim zdaniem coś w rodzaju forum dobrze by funkcjonowało na stronie okultury, można by dyskutować o autorach i książkach wydawanych u nich a co za tym idzie jeszcze o milionie innych ciekawych rzeczy. Okultura dociera do sporej grupy czytelników, często wydają książki, transwizje, organizują festiwal. Mam wrażenie, że próbują zainteresować swoimi książkami jak najwięcej osób, więc forum jak najbardziej powinno powstać. Jest facebook, ale posty na konkretny temat bardziej prowokują do dyskusji. Mam nadzieję, że doczekam się jakiegoś ciekawego miejsca w sieci. A może forum magivangi? pozdrawiam

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s