Dzikie anioły (1966)

 

„The Wild Angels”, 1966 / oryginalny plakat

Miłośnicy Rogera Cormana doskonale wiedzą, jak słabe potrafią być czasami jego filmy, a najlepiej się o tym przekonać oglądając takie kultowe dzieła, jak: Naked Paradise (1956), Strach (1963) czy Gas-s-s (1970). Jednak nawet te głupawe obrazy znajdują swoich zwolenników – osobiście jestem wielkim fanem Strachu.

Jak powiedział kiedyś Dennis Hopper: Corman nigdy nie był dobrym reżyserem, ale miał wielki dar odkrywania talentów u innych ludzi. Przynajmniej tu ciężko się pomylić, jako że jego uczniowie należą dzisiaj do poważanego na całym świecie establishmentu filmowego, a ich dzieła są obecnie wielkimi klasykami. Francis Ford Coppola, Peter Bogdanovich, Martin Scorsese… co ich łączy? Wszyscy uczyli się fachu od Rogera Cormana.

Faktycznie rzecz biorąc, Peter Bogdanovich zaczął swoją karierę w Hollywood od asystowania Cormanowi na planie Dzikich aniołów – filmu, który został wyprodukowany za $360 tys. i zgarnął okrągłą sumkę $10 mln, który reprezentował amerykańskie kino na prestiżowym, 27. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji w 1967 roku i który ostatecznie zgarnął nagrodę na Festiwalu w Cannes za reżyserię.

Ten tani produkt American International Pictures rozpoczął także prawdziwy szał na filmy motocyklowe w USA – podgatunek, który miał się okazać do połowy lat ’70 najbardziej mlekodajnym tworem kina klasy B. Już w ciągu następnych czterech lat wyprodukowano kilkadziesiąt podobnych filmów, z których części nie da się oglądać nawet przy szczerych chęciach.

Ale osobiście mam z tym wszystkim pewien problem, jako że Dzikie anioły są dla mnie totalną porażką od strony scenariusza, aktorstwa, reżyserii i jednym z najgorszych filmów, jakie Corman kiedykolwiek nakręcił. Trailer wkręca nam brutalną historię klubu motocyklowego, którego członkowie prowadzą życie pełne przemocy i zbrodni, ale gdy patrzy się na ten film dzisiaj, poza kontekstem jego czasów – kiedy oglądało się go jako pewien rodzaju manifestu, atakującego tradycyjną, purytańską moralność – wzbudza on w nas salwy śmiechu.

Cały obraz zawiera dwie sceny, które nawet dzisiaj są naprawdę interesujące. Pierwsza z nich odpala film – główny bohater, Blue wyprowadza swojego Harleya z garażu… podczas gdy tuż obok młoda matka goni swojego synka na rowerze z trzema kółkami z trwogą na twarzy. I właśnie wtedy słyszymy frenetyczny riff Blues Theme, grany przez Davie Allana, podczas gdy Blue wjeżdża na zalaną słońcem autostradę.

Kiedy jednak Blue zsiada ze swojej maszyny, magiczny moment dobiega końca. Godzinę musimy czekać na kolejną, genialną scenę, którą jest rozpierdol w małym, wiejskim kościele – piękne połączenie pełnej emocji bijatyki i religijnego bluźnierstwa. Jeśli chodzi o resztę, możemy o niej właściwie zapomnieć w morzu melodramatycznych wątków, absurdalnych zdjęć ze swastykami w tle i kiepskiego aktorstwa… o tak, niemal o nim zapomniałem!

Praktycznie porzuca ono ideę charakteru zamiast tego proponując zlepek komiksowych grymasów w osobie Blue (granego przez Petera Fondę) i jego dziewczyny (granej przez Nancy Sinatrę). Scenariusz też nie błyszczy. Napisany przez Chucka Griffitha nie nadawał się podobno do niczego i w efekcie został przepisany przez Bogdanovicha – ten jednak poprawił go tylko w niewielkim stopniu, oddając do użytku zaledwie coś, co nadawało się do sfilmowania. Ale Corman nie oczekiwał niczego więcej.

W efekcie, Fonda jest dobry dopóki się nie odzywa i po prostu leży pod drzewem opalając się. Jednak gdy zaczyna jakikolwiek dialog czy monolog, z jego ust wydobywa się najśmieszniejsza parodia kontrkulturowych deklaracji, z jaką można spotkać się na ekranie, jak np. ten słynny, kościelny tekst: Chcemy być wolni, by jeździć, chcemy być wolni, by robić to, na co mamy ochotę…w tym momencie naprawdę czujesz się, jak gdyby zaatakował cię obwoźny handlarz bielizną i ciężko to łyknąć.

I z tego właśnie powodu Dzikie anioły są jednym z najgorszych filmów eksploatacyjnych, wyprodukowanych przez AIP i wcale nie robię mu tu reklamy – to esencja formy bez treści (brawo, panie Corman). W rzeczy samej, jedynymi filmami motocyklowymi, które wydają się jeszcze gorsze, są: Satan’s Sadists (1969), The Hellcats (1967) oraz Rebel Rousers (1970). Trudno się jednak kłócić przy tym z sukcesem kasowym filmu, który okazał się prawdziwą żyłą złota i uczynił gwiazdę z Petera Fondy, dając mu także do ręki pomysł na Easy Ridera (1969).

Film ma oprócz tego znaczenie historyczne, jako że pojawili sie w nim po raz pierwszy na ekranie członkowie Hells Angels MC. Jeśli chcecie jednak obejrzeć coś naprawdę fajnego, w tym podgatunku największe hity reprezentują: Hell’s Belles (1969), The Born Losers (1967)The Glory Stompers (1968).

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Wild Angels
Produkcja: USA, 1966
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2/5

2 myśli nt. „Dzikie anioły (1966)”

  1. Witam
    Tak, brzmienie tej gitary jest niebywałe. Coś podobnego było na płycie Os Mutantes z 70-go roku. A sam film… faktycznie kupa nieoglądalna, z ledwie pretekstową fabułką która raz dwa się wypala. Jeden dobry tekst Bruce’a Derna, który dogorywa na własnej stypie ( ,, Czy ma tu ktoś jednego normalnego papierosa?” ), to niewiele. Z zakulisowych kwestii można wspomniec o romansie na planie między Dernem a Diane Ladd, którego owocem jest Laura Dern. Dobrymi filmami Cormana są moim zdaniem oparte na faktach gangsterskie obrazy ,, Masakra w Dzień Św. Walentego” i ,, Krwawa Mama”. Z kina motocyklowego niejakie wrażenie zrobił na mnie ,, Werewolves on Wheels” – totalnie serowata produkcja gdzie harleyowcy- wilkołaki stawiają czoła konwentowi satanistów. Poluję natomiast na ,, Northville Cemetery Massacre” z muzyką i piosenkami Michaela Nesmitha z The Monkees ; motocykliści kontra banda prowincjonalnych rednecków z południa, trailer wygląda całkiem sympatycznie. A ,, Born Losers” Laughlina, to bodajże jedyny film motocyklowy, który szedł w kinach w Polsce w latach 70-tych, pt. ,, Straceńcy”.
    Ps. Na prawdę świetna strona.

    Lubię to

  2. Muzyka w „Dzikich aniolach” to klasyk biker sound – Davie Allan & The Arrows (mosrite na fuzz boksie) – jedyny konkretny atut tego filmu… zainteresowales mnie „Northville Cemetery Massacre”, gdyz jako milosnikowi filmow motocyklowych wydawalo mi sie, ze juz znam prawie wszystko, a jednak nie 🙂

    „Stracencow” oczywiscie znam, bardzo dobry filmik, ustepujacy tylko „Hell’s Belles” i „The Glory Stompers”… w przyszlym tygodniu na pewno wrzuce recke jednego z nich.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s