Dziennik zakrapiany rumem (2011)

Ukończenie tego hołdu dla Huntera S. Thompsona zajęło wprawdzie Johnny’emu Deppowi trochę czasu, ale ostateczny efekt okazał się warty jego starań. Pomimo słabych notowań przedpremierowych i długiego przeciągania daty samej odsłony, film okazuje się zabawną, romantyczną adaptacją małej powieści dr Gonzo… powszechnie uważanej przez fanów i krytyków za jedną z jego najgorszych książek. Co paradoksalnie – jak trzeba podkreślić – dało Deppowi do ręki dobrą monetę przetargową pozwalając mu na udowodnienie, że film może być znacznie lepszy niż książka, wykorzystana jako podstawa scenariusza, jeśli tylko ująć tu i dodać tam.

Oczywiście, nikt nie jest w stanie nakręcić dobrego filmu bez dobrej historii i także w tym wypadku słabej książki nie udało się przekształcić w naprawdę dobry film. Jeśli chcielibyście mnie jednak spytać, w tym wypadku przedłożyłbym film nad książkę! Dziennik rumowy Thompsona to bowiem nic więcej niż kiepska proza początkującego dziennikarza… a Dziennik zakrapiany rumem to przynajmniej zgrabny produkt grupy profesjonalistów.

Hunter S. Thompson zaczął pisać Dziennik rumowy około 1959 w Puerto Rico, by ukończyć go w połowie 1962, w Nowym Jorku. Wysyłana do każdego potencjalnego wydawcy, książka zawsze wracała jednak z WIELKIM NIE! Ostatecznie Thompson schował ją do szuflady… i wyjął dopiero w 1998, przekonany przez samego Johnny’ego Deppa, jak też swojego agenta literackiego, Douglasa Brinkleya.

Tak naprawdę dał się namówić na jej publikację po latach pomimo tego, że sam w książkę nie wierzył… ale rachunki za whisky, koks i trawę zaczynały dochodzić do tysięcy dolarów miesięcznie, tak więc nie mógł pogardzić żadną gotówką. Wydawca opublikował powieść reklamując ją jako zaginione ogniwo dziennikarstwa gonzo, ale to nie miało w zasadzie żadnego znaczenia, jako że fani byli gotowi kupić cokolwiek Thompson podpisał swoim nazwiskiem.

Sam byłem jedną z tych ofiar i wcale nie przeklinałem po przeczytaniu Dziennika rumowego, zamiast tego odkładając go na półkę i analizując tą dziwną mieszanką kiepskiego warsztatu pisarskiego i chlania na umór. Nuda narracyjna książki ujawnia rosnącą depresję młodego pisarza/dziennikarza, który znalazł się na skrzyżowaniu losu bez pomysłu na życie. To zaś przekłada się na jej treść, która próbuje kopiować styl pisarski Hemingwaya i Fitzgeralda, ale w efekcie staje się niczym więcej niż wyblakłą xerokopią fotografii Roberta Franka. Charaktery są chwiejnie rozrysowane, a sama fabuła jest nudna, jak flaki z olejem.

Dziennik rumowy jest generalnie prozą insajderską. Przedzieramy się przez przygody bandy wyrzutków, nieudaczników i alkoholików – dziennikarzy lokalnego pisma sportowego – którzy próbują desperacko nadać sens swojemu życiu pijąc od rana do wieczora… zdając sobie jednak sprawę, że znaleźli się głęboko w dupie. Dragi są nieobecne, nie ma kwasiarzy, a sex staje się prawdziwym wyzwaniem – wątki te należą do krainy pre-gonzo, która była bardzo oddalona od pierwszych sukcesów literackich Thompsona. Książka jest w istocie tak potwornie męcząca, że frustrujące staje się samo jej czytanie.

W dorobku Thompsona jest tylko jedna gorsza powieść – Hey Rube! ze swoimi fantazjami pijacko-sportowymi, ale to twórczość z zupełnie innej planety. Dziennik rumowy należy jednak traktować jako wprawkę literacką pisarza – dokładnie tak, jak traktuje się Ćpuna Burroughsa, którego ciężko uznać za dobrą książkę. W tym prawie-że-debiucie Thompsona brakuje późniejszego, psychedelicznego szaleństwa, które dzisiaj jest już klasyczne, ciętych komentarzy i brawurowego sprintu literackiego przez galaktykę rzeczywistości społeczno-politycznej. To, co dostajemy w Dzienniku rumowym, nijak ma się do geniuszu Lęku i odrazy w Las Vegas… to kompletna zwała.

Sam film jest luźno oparty na książce i jestem głęboko przekonany, iż w tym wypadku była to dobra decyzja. Charakter Rossa Kempa (literackiego alter ego Huntera S. Thompsona, granego przez Johnny’ego Deppa) nie ma cienia desperacji oryginału i sceneria filmowa podąża tą samą logiką oszczędzając nam brudnych szczegółów. Ponadto, scenariusz dodaje do kotła dragi psychedeliczne – Ross wraz ze swoim ziomkiem Bobem zarzucają w filmie kwasa – co wydaje mi się próbą przywołania ducha Lęku i odrazy w Las Vegas Terry’ego Gilliama.

Film ten wprawdzie został wielokrotnie skrytykowany (w USA) za nieudolną próbę przekazania nihilistycznego, kontrkulturowego snu Thompsona… ale z perspektywy czasu okazuje się najwierniejszą adaptacją „litery” jego prozy i jedynym kultowym obrazem, nakręconym na podstawie twórczości pisarza.

Dziennik zakrapiany rumem zgrabnie omija także główny problem bohaterów książki… siano. Kemp filmowy nawiązuje kontakt z panem Andersonem i już nie musi chodzić głodny. Z drugiej strony, wiele z książkowych bohaterów w ogóle nie pojawia się w filmie, co ułatwia reżyserowi zrobienie głównego wątku z romansu i daje Deppowi pole do pogłębienia roli Kempa jako buntownika.

Prawie dwugodzinny film bez dłużyzn jest rzadką rzeczą, ale akcja Dziennika zakrapianego rumem zostaje na szczęście wstrząśnięta kilka razy, co pozwala się praktycznie nie nudzić. Żadnych większych błędów technicznych nie wypatrzyłem, akcja toczy się w średnim tempie, a kilka scen jest naprawdę dobrych. Aktorzy grają przekonująco wpadając w komediowy lub tragiczny ton zależnie od kontekstu fabuły.

Dziennik zakrapiany rumem nie połamie wam wprawdzie dupy, ale nie zanudzi was też na śmierć! To niedojebanie jest jednak w dużej mierze efektem wykorzystania kiepskiego źródła dla scenariusza. W jakiejś mierze historia została po hollywoodzku usprawniona, ale jako że nie da się zrobić złota z błota, aktorzy mając do dyspozycji mało wyraziste charaktery, sami z siebie nie mogą zrobić wielkiego filmu. Ważne jest, że Johnny Depp sfinansował produkt, który bardzo chciał rzucić na rynek i który sam Hunter by pewnie docenił.

Dostarczając fanom pisarza kolejnej adaptacji jego prozy, oddał sprawiedliwość swojemu dobremu przyjacielowi. Oczywiście, że poszedł po najmniejszej linii oporu, ale czy coś by mu dała próba adaptacji Fear and Loathing on the Campaign Trail ’72? W najlepszym wypadku dostałby grube cięgi od krytyków, a tak przynajmniej zrealizował coś, co może ze spokojem odłożyć na półkę. Zadanie wykonane, pułkowniku!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Rum Diary
Produkcja: USA, 2011
Dystrybucja w Polsce: Tim Film Studio
Ocena MGV: 3/5

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s