Killers On Wheels (1976)


Jedna z najdziwniejszych eksploatacji motocyklowych wszech czasów została wyprodukowana w Hongkongu, gdy w Stanach Zjednoczonych biker movie powoli przechodził już do historii, wypierany przez filmy nazisploitation, women-in-prison, a przede wszystkim przez pierwsze blockbustery w stylu Szczęk, które wkrótce miały rywalizować o publiczność z tanimi produkcjami drive-inowymi nieodwracalnie zmieniając sytuację na rynku kinowej rozrywki.

Wyprodukowany przez legendarnych Shaw Brothers, Killer On Wheels wymieszał jak w kotle, wszystkie klasyczne elementy amerykańskich filmów motocyklowych… biorąc głównie przykład z tych najgorszych w stylu Satan’s Sadists (1969) czy Rebel Rousers (1970).

Scenariusz przypomina skrzyżowanie absurdalnej komedii z thrillerem o gangu zabójców, przyprawione sporą szczyptą nowojorskiego roughie, które zostaje następnie sprzedane jako film motocyklowy. Nie ma tu żadnych wątków pobocznych ani kombinacji. Dwie pary z klasy średniej udają się na weekend, na małą wysepkę, znajdującą się rzut beretem od Hongkongu… jednak już na promie natykają się na dziką sforę motocyklistów i ich panienek w koszulkach Yamahy.

Ci okażą się bardziej niż problematyczni napastując szukających spokoju obywateli na swoich maszynach czy bez nich, siejąc zgrozę i terror. Motocykliści z początku tylko straszą kobiety i przemalowują sprayem jeepa jednej z par, ale wkrótce ich głód krwi wydostanie się spod wszelkiej kontroli.

Film jest szybki, być może nawet za szybki dla widzów lubiących obserwować wątek. Sceny zmontowane są ze sobą bardziej niż luźno, a czasem nie łączy ich w zasadzie nic poza krzykiem, którego chóry zapewniają w pewnych momentach dziwaczną ciągłość historii. Pogoń na motorach potrafi się zamienić w imprezkę na plaży, którą nagle zastępuje scena łowienia ryb, czy namiętny seks na plaży pomiędzy szefem gangu, a jego słodką dupą.

Tradycyjne dla azjatyckich filmów głupawe dowcipy zostały wetknięte w każdą szparę i pojawia się nawet, zgodna z duchem czasów, sekwencja walk kung-fu. Większa część filmu w istocie została nakręcona na plaży, co na pewno dało duże oszczędności producentom.

Gdy obejrzeć tą dymiącą bzdurę z totalnego dystansu, ma ona jednak kilka zalet (do których bynajmniej nie należy aktorstwo, scenariusz czy muzyka). Film zawiera dużo scen z nagimi panienkami (mała uczta dla miłośników cycatych Azjatek), które funkcjonują jako silne charaktery, wypieprzając swoich goryli z namiotu, jeśli za szybko się spuszczą… taka ciekawostka. Obraz ma też mocne zakończenie, które jest zresztą jego najlepszym momentem.

Motocykliści atakują domek, w którym siedzą dwie zastraszone kobiety, po czym prawie je gwałcą, a jedną przy tym zabijają w bardzo brutalny sposób, po czym są ofiarami zemsty jedynego pozostałego przy życiu gościa z użyciem bardzo wyrafinowanych metod zadawania śmierci. Film tylko dla koneserów naprawdę złych filmów motocyklowych i fanów produkcji Shaw Brothers!

Conradino Beb

 

Znany pod tytułami: Killers On Wheels / Mad Boys in Hong Kong
Produkcja: Hongkong, 1976
Dystrybucja w Polsce: Magivanga Vaults
Ocena MGV: 2,5/5

2 myśli nt. „Killers On Wheels (1976)”

  1. Patrząc na tytuł i plakat w życiu bym nie pomyślał, że to produkcja z Hongkongu, w dodatku braci Shaw. Hongkong i Shaw Brothers kojarzy mi się z filmami kung fu, które lubię oglądać („Come Drink With Me” z 1966 to według mnie naprawdę świetne kino). Ale na „Killers On Wheels” raczej się nie skuszę. Nie jestem koneserem złych filmów motocyklowych ani nawet tych dobrych („Easy Rider” mi się średnio podobał, również serial o gangu motocyklowym „Sons of Anarchy” nie zaciekawił mnie na tyle, by dokończyć sezon 1).

    Lubię to

    1. Kino motocyklowe jest dość specyficzne i albo się je lubi, albo rezygnuje z zaglebiania się w gatunek po pierwszej próbie… no i to oczywiście czysta eksploatacja („Easy Rider” jest tu rzadkim wyjątkiem, który ja akurat kocham) z wieloma BARDZO złymi gniotami – „Killers On Wheels” bym zaliczył własnie do nich. Żadnego z nich nie da się oczywiście oglądać na poważnie, bo wtedy całkowicie pominąć można kontekst, w którym były robione.

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s