Aniołowie piekieł na kołach (1967)

Jeden z najbardziej znanych obrazów motocyklowych, wciąż znajdujący się w obiegu głównie ze względu na rolę Jacka Nicholsona i oryginalnych Hells Angels, pojawiających się w krótkiej scenie na samym początku. Faktycznie rzecz biorąc był to drugi film, w którym członkowie Hells Angels MC zgodzili się zagrać samych siebie – po Dzikich aniołach w reż. Rogera Cormana – jednak tym razem na ekranie widzimy samego Sonny’ego Bargera wraz z lokalnym oddziałem z Oakland.

Film został wyreżyserowany przez Richarda Rusha (Getting Straight, Kaskader z przypadku) i sfotografowany przez wielkiego Laszlo Kovacsa (został tu skredytowany jako Leslie), który niedługo później miał rozpocząć swoją wielką karierę dyrektora zdjęć pracując na planie takich produkcji, jak: Easy Rider (1969), Pięć łatwych utworów (1970) czy Porozmawiajmy o kobietach (1971). Ten duet po prostu nie mógł odwalić kaszany i dzięki temu ich film zachował do dzisiaj kultowy status!

Kiedy to sensacyjne oglądadło zaatakowało drive-iny w Stanach Zjednoczonych (dystrybuowane przez AIP), okazało się dużym sukcesem kasowym. Film dostał bardzo pozytywne recenzje w amerykańskiej prasie, które podkreślały dobrą rolę Nicholsona i wielki talent Rusha do odmalowywania społeczeństwa w fazie rewolucji społecznej. Te opinie podtrzymać można nawet dzisiaj, prawie 50 lat po premierze, ale tylko do pewnego stopnia.

Rushowi faktycznie udało się dobrze wymieszać kolory na palecie i wyreżyserować stylową wizję buntowników na motorach – przekazać ich niespokojną naturę, oddanie dragom, alkoholowi i klubowemu braterstwu. Z drugiej strony twórca pozostał jednak mocno ograniczony eksploatacyjną formą – był to zaledwie szybki film klasy B! Prawdą jest, że kreacja Nicholsona jest poprawna, ale nie są to także wysokie loty. Przykładowo, jego znacznie mniejsza rola w acid westernie W poszukiwaniu zemsty Monte Hellmana – filmie który został wyprodukowany dwa lata wcześniej – charakteryzuje się znacznie większym oddaniem i pasją.

Jednak jako drive-inowy film motocyklowy, Aniołowie piekieł na kołach spełniają swoje zadanie znajdując się tylko trochę niżej w moim osobistym rankingu od Straceńców (1967) czy Hell’s Belles (1969), które reprezentują szczyt formy podgatunku. Mimo wszystko, każdy fan filmów motocyklowych, Nicholsona, AIP czy Richarda Rusha, powinien go obejrzeć i pewnie się nie zawiedzie. Scenariusz skupia się na losach Poety – motocyklisty z klasy średniej (Jack Nicholson), który pracuje na stacji benzynowej, ale brakuje mu cierpliwości, by utrzymać posadę i w efekcie, po sprzeczce z natrętnym klientem, dołącza do lokalnej sfory motocyklowej.

Mimo że Poeta jest młodym gniewnym, wisi wciąż pomiędzy światem tradycyjnej moralności, a rewolucyjnym zewem silnika motocyklowego. To zostaje zwerbalizowane przez klubową mamuśkę, którą nasz bohater próbuje zaciągnąć do wyra i przekonać, żeby olała dla niego klub. Kobieta jest jednak zbyt głęboko wkręcona w brutalny świat MC, by pozwolić sobie na nowy start ze świeżo poznanym, pół-zgredowatym kolesiem. Fani Nicholsona zyskują okazję, by porównać rolę w Aniołach piekieł na kołach do jego kreacji w Pięciu łatwych utworach Boba Rafelsona – obydwa charaktery mają dużo wspólnego.

W miarę rozwoju akcji stajemy się świadkami brutalnych wycieczek MC, które doprowadzają w końcu do przypadkowej śmierci marynarza w wesołym miasteczku. Anioły są zmuszone ulotnić się na pewien czas, a my oglądamy zapierające dech w piersiach sceny jazdy chopperami po kalifornijskich bezdrożach, ślub motocyklowy oraz chrzest Poety (próbne przyjęcie go do klubu).

Pomimo tego, że Poeta zostaje w końcu zaakceptowany przez grupę, nie potrafi się wyluzować i w efekcie rzuca wyzwanie głowie klubu (w tej roli sam Adam Roarke), co otwiera pole do brutalnej rywalizacji i kończy się brudną walką na łańuchy i pałki, a ostatecznie tragedią. Finałowa scena to jednak – co muszę podkreślić – prawdziwa zwała. Nieporadnie zmiata ona cały, naprawdę ciekawy klimat zostawiając widza z pytaniem: „Ale dlaczego?”. W filmie są też inne słabsze momenty, ale ta scena wyjątkowo siadła mi na mózgu.

Jednak rzeczą, o której zdecydowanie warto wspomnieć, są zdjęcia Kovacsa. Precyzyjne, ale bardzo naturalne ujęcia, którym montaż dał też płynne przejścia, odzwierciedlają kulturowy chaos, reprezentowany przez klub motocyklowy. Kamera zawsze zdaje się w centrum akcji bez względu na to czy chodzi o bójkę w barze, jazdę na chopperach, czy też intymne zbliżenie romansujących ze sobą postaci.

W tym samym czasie Kovacs zaczął się wprawdzie nudzić kręceniem filmów eksploatacyjnych, ale dawał im wszystko co miał, dzięki czemu pozostają one fascynującymi artefaktami nawet po tylu latach i dają się łatwo odróżnić od innych gównianych produktów przemysłu eksploatacyjnego. Jak głosi legenda, Aniołowie na kołach stał się szybko ulubionym filmem Sonny’ego Bargera. Ciekawe czy prezydent klubu zmienił zdanie po nakręceniu The Hell’s Angels 69 dwa lata później?

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Hells Angels On Wheels
Produkcja: USA, 1967
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

4 myśli nt. „Aniołowie piekieł na kołach (1967)”

  1. Chyba tego nie widziałem, Nicholsona bym raczej pamiętał. Tak, Kovacs to wielki operator, jego wizja jest taka promienna. W ,, Easy Riderze” odwalił niesamowitą robotę. Moim faworytem jest za to jego krajan i przyjaciel Vilmos Zsigmond, z którym jako studenci wydziału operatorskiego po 56-tym spierdolili z Budapesztu do Stanów, wywożąc sporą ilośc materiałów filmowych z walk ulicznych, które kręcili z narażeniem życia podczas wojny z kacapami. Zsigmond, zanim poszedł w mainstream, też działał w niskim budżecie, ma m. in. na koncie taki trashowy rodzyn, jak ,, Five Bloody Graves” Ala Adamsona. Ostatnio oglądałem reżyserski debiut Petera Fondy ,, Wynajęty Człowiek” ( the Hired Hand) z 1972, western z silną domieszką estetyki acid. Zdjęcia Zsigmonda to czysty impresjonizm, chwilami aż do przesady. Wspomniałes o ,, Shooting” Hellmana, to jest dopiero dzieło! Film mnie rozjebał : Samuel Beckett goes West 😀 Przydałoby się acid westernom trochę miejsca poświęcic.

    Lubię to

    1. Kovacs wywarł swoje piętno na praktycznie wszystkim, co rezyserowal – kocham te jego uduchowione kadry, szczególnie u Rusha, Nicholsa i Rafelsona!

      Adamson jest przejebany, obejrzałem chyba ze 4 jego filmy i nie podobał mi się żaden, ale może nie trafiłem jeszcze na ten dobry!

      Acid western musi się pojawić na łamach MGV – Strzelanina i Ride the Whirlwind to gatunek sam w sobie. Hellman je tylko przeskoczyl w Two-Lane Blacktop (recke jest w filmotece). Szczerze powiedziawszy, po obejrzeniu Strzelaniny nie wiedziałem co o tym sadzić 🙂 Ride the Whirlwind zlapalem z kolei od razu… po myśleniu przez miesiąc stwierdziłem, ze przez ten pierdolony południowy akcent nie wszystko zrozumiałem. Zdecydowanie do obejrzenia jeszcze raz z większa uwaga!

      Lubię to

  2. W zasadzie story w ,, Ride the Whirlwind” jest prosta, jak futerał na cepy . To surowy, realistyczny western ( czy na pewno acid – pytanie otwarte ), co go wyróżnia, to obsesyjny klimat nieuchronnego fatalizmu. A ,, Shooting” to istny teatr absurdu, też koniecznie muszę sobie to przypomniec.
    Mam ,, Two Lane Blacktop” ale jeszcze nie oglądałem.

    Lubię to

  3. „Ride the Whirlwind” jest zdecydowanie lzejszym obrazem niz „The Shooting”… zaczalem o nim myslec i w koncu DVD zamowilem. Przyjdzie w przyszlym tygodniu, to obejrze jeszcze raz, ale dokladnie… film naprawde trudny, jesli chodzi o strukture narracyjna i z doskonalymi rolami Oatesa i Nicholsona. Tak sobie mysle, ze moze sie nie zjaralem wystarczajaco mocno ostatnim razem, wiec teraz ten blad naprawie 😀

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s