Wilkołaki na kołach (1971)

Jeden z tych obrazów, które zawsze wywołują uśmiech na ustach, niemniej absolutnie kultowy, kochany przez frików za próbę zlepienia wszystkich absurdów kina klasy B w jedną całość. Klasyczny film motocyklowy z obszarpanymi brutalami w roli głównej spotyka się tu z mrocznym, satanistycznym kultem, opowieściami o wilkołakach, a także eksploatacją mistycznych fascynacji kontrkultury.

Nad wszystkim wisi zaś widmo Rogera Cormana, który był mentorem reżysera i scenarzysty tego zabawnego filmu – Michela Levesque’a. W istocie debiutujący z Wilkołakami na kołach twórca zdobył swoje pierwsze ostrogi na planie kultowej Podróży (1967) będąc pomocnikiem wybitnego dyrektora scenografii Leona Ericksena, który pracował z kolei przy Dzikich aniołach, Up in Smoke oraz jako producent planu przy McCabe i pani Miller.

Twórca przebił się w roli scenografa kombinując przy Nagich aniołach (1969), zrealizował dwa własne filmy, po czym dołączył do zespołu Russa Meyera w 1975 wracając tym samym do swojej podstawowej roli, z której jest najbardziej znany. Do reżyserii Levesque miał wprawdzie wrócić jeszcze dwa razy, ale jego późniejsze dzieła nie odniosły większego sukcesu.

Ten mało w zasadzie znany – nieżyjący już zresztą filmowiec – pozostaje więc dla większości reżyserem Wilkołaków, które są prawdopodobnie najdziwniejszym filmem motocyklowym początku lat ’70. Okres ten odznaczał się zaś generalnie nieskrępowanym eklektyzmem i sporą dawką szaleństwa. Dobrym porównaniem byłoby mielenie nagłówków tabloidowych na kwasie przez filmowców, którzy zdążyli zobaczyć relację z Altamont i proces Rodziny Mansona.

O ile motocykliści stali się za sprawą AIP najbardziej eksploatowanymi czarnymi charakterami w kinie końca lat ’60, następny okres miał z nich uczynić bazę do wdzierania się na terytorium traumy wojennej (The Losers), kultury gejowskiej (Różowe anioły) i posthipisowskich kultów narkotykowych (Angels’ Wild Women). Wszystkie te wątki zapowiadały zaś liberalną rewolucję w kinie drive-inowym, w którym dragi, sex i przemoc stały się chlebem powszednim.

Żaden film nie wymieszał ich jednak bardziej niż Wilkołaki na kołach, w których znajdziemy wszystko, co zostało wcześniej przerobione przez AIP, ale podane z iście surrealistycznym rozmachem. Obawiam się wprawdzie, że film ten nie zadowoli fanów hororu, ale będzie za to idealnym wieczornym gniotem dla fanów przerysowanej eksploatacji.

Bohaterowie to mały klub motocyklowy Devils Advocates, który pędzi przez amerykańskie bezdroża zmierzając w kierunku siedziby satanistycznego kultu, gdzie ma nadzieję dobrze się zabawić. Motocykliści zostają na miejscu przywitani przez grupę zakapturzonych mnichów, którzy oferują znużonym chleb i wino. Dochodzi do dzikiej libacji, po której brutale osuwają się na ziemię, ale gdy zapada zmrok kultyści otwierają wrota swojej świątyni, by przeprowadzić mroczny rytuał.

Przywódca kultu przywołuje mocą czarnej magii jedną z klubowych mamusiek – całkiem zresztą ładną – która z wiankiem na głowie pojawia się na ołtarzu, by odtańczyć nago taniec z jadowitym wężem. Tymczasem w ogniu ląduje woskowa figurka, w ofierze zostaje złożony czarny kot, a jego krwią zostają zapisane imiona leżących w pijackim śnie drani. Od tej pory żyć będą oni w strachu i niepewności, jako że na odbitą w trakcie rytuału panienkę zostaje rzucona klątwa wilkołactwa!

I tu zaczyna się naprawdę dziać! Levesque pompuje wydarzenia bardzo nietypowym dla gatunku suspensem, który oscyluje wokół brutalnych nocnych zabójstw i złych wibracji, odczuwanych przez klubowego szamana i tarocistę, a także konfliktu pomiędzy nim, a prezydentem klubu. Co by nie mówić, film został sprawnie wyreżyserowany i mimo jednowymiarowości charakterów, absurdalnej intrygi oraz kiepskiego aktorstwa ogląda się go doskonale!

Dużą rolę odgrywają tu okazjonalne nagie piersi i śliczne zdjęcia, czy to jazdy na chopperach, czy to scen obozowisk, czy też wspomnianego rytuału, na nakręcenie którego poszła pewnie połowa budżetu – w filmie znajdziemy też sceny hołdu dla Easy Ridera. Koniec końców Wilkołaki to niezwykle przyjemna, wysokooktanowa bzdura z dodatkiem takich smaczków, jak wróżenie z Tarota na stacji benzynowej, szamańskie dialogi lub pościg za wilkołakiem na motorze. Całą historię należy potraktować z dużym przymrużeniem oka, niemniej obowiązkowo oglądać po zmierzchu!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Werewolves on Wheels
Produkcja: USA, 1971
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

12 myśli nt. „Wilkołaki na kołach (1971)”

  1. Bardzo smaczny grindhouse’owy syr, najdurniejsze kacopoły podane są ze śmiertelną powagą , co bardzo podnosi fun factor dzieła. Wilkołaki wyglądają, jak Wojciech Pszoniak po przemianie w finale ,, Diabła” Żuławskiego. 😀 Ja w ogóle uwielbiam diabelskie kino z lat 70-tych w każdej postaci. Ciekawa rzecz, w poczet jego akolitów wpisała się niemal cała czołówka aktorów z … ,, Dzikiej Bandy” ! William Holden zagrał w ,, Omenie II ” , Ernest Borgnine w ,, Diabelskim Deszczu” ( kapłana wyznawców ),
    L.Q. Jones wyprodukował ,, Brotherhood of Satan ” wg. własnego scenariusza i razem ze Strotherem Martinem w nim zagrali, a Warren Oates wystąpił w ,, Race with the Devil” ( kolejna krzyżowka samochodowo-motocyklowego kina drogi z satanikiem ).

    Lubię to

    1. Bardzo ciekawe porównanie Wilkolakow z Diabłem Zulawskiego, większość kytykow pewnie przyprawiloby o ból głowy… choć ci nie maja pojęcia o skarbach amerykańskich drive-inow :DDD

      widziałeś włoski „AntiChrist” (1976), ciekawe sataniczne giallo inspirowane Egzorcysta? Albo „The Ring of Darkness” (1979), gdzie kultysci biegają w rajtuzach?

      Lubię to

  2. ,, AntiChrista”’ nie widziałem, ale kojarzę ten tytuł, to jest Albert De Martino, bodajże. Ten drugi tytuł nic mi nie mówi. Od siebie polecam i to bardzo, dwa doskonałe sataniczne gialli ,, Il Profomo Della Signora in Nero” Francesco Barillego z Mimsy Farmer i ,, Tutti Colori del Buio” Sergio Martino z duetem Hilton-Fench.
    Do tego jeszcze dwa mocne euro-diaboliki ; hiszpański, hedonistyczny,, Satan’s Blood” i brytyjski ,, Blood on the Satan’s Claw” , który podąża ścieżką, którą wytyczyl osławiony ,, Witchfinder General” Reevesa.
    Lewa Gnoza Neva’ Daj !

    Lubię to

  3. … a tak BTW, w ,, Zmotoryzowanych Wilkołakach” jedną z głównych ról zagrał folk-singer Barry McGuire, głownie kojarzony z apokaliptycznym protest songiem ,, Eve of Destruction” , wielokrotnie coverowanym .

    Lubię to

      1. To i nawet wilkołaki na motorach jeździły. Dziwny jest ten świat, po prostu 🙂 Co do „Rabid Dogs” to mogę powiedzieć, że mi się nie podobał i bardzo szybko wyleciał mi z pamięci ten film. Jedyne co pamiętam to, że przez cały film bohaterowie jechali samochodem i nic ciekawego się nie wydarzyło 🙂

        Lubię to

  4. Obiecałem, wiem, tylko moje lenistwo stoi na przeszkodzie. Postaram sie za trzy , cztery księzyce dostarczyc. To jest w chuj dobry film, zrobiony przez odjebanego na boczny tor, schorowanego 60- latka. Za komuny , każdy z demoludów miał przydzielony jakiś kraj z Europy zachodniej, żeby finansowac poczynania jego partii komunistycznej.Polska miała Włochy. I wszyscy wierzyli w cwela Wajdę, że na zbawi w świecie, zamiast wysyłac młodych in spe filmowców na nauki do Włoch.

    Lubię to

    1. Wiesz co, ja tez nie lubie tworczosci Wajdy – choc nie widzialem wszystkich jego filmow, ale tez nie zamierzam – gdyz nie jestem w stanie przelknac jego natrentnej martyrologii i tej jaselkowej religijnosci, ktora oferuje zarowno w szkicach swoich bohaterow, co w dramatycznych ujeciach (vide „Katyn” ze scena zolnierza padajacego do grobu z rozancem). Po chuj to? Dla mnie koles sie skonczyl na „Niewinnych czarodziejach”, ktore tez sa naiwne, jakby robilo to dziecko!

      Najwiekszym polskim rezyserem jest Wojciech Jerzy Has, ktory jest dla mnie bogiem polskiego kina – widzialem chyba polowe jego filmow i podobaly mi sie wszystkie bez wyjatku. Drugim po Hasie jest dla mnie Kieslowski egzekwo z Zulawskim, a na trzecim miejscu postawilbym Borowczyka razem z Polanskim.

      Polska to jednak dziwny kraj… ktory ceni mialkosc i konformizm ponad geniusz i autorska wizje!

      Lubię to

      1. Z polskich filmów ja najwyżej oceniam komedie i dlatego w czołówce reżyserów umieściłbym Machulskiego i Chmielewskiego. Ten ostatni obok świetnych komedii zrobił też znakomity kryminał „Wśród nocnej ciszy”. Być może Hasa uznawałbym za geniusza, gdybym obejrzał któryś z jego filmów, niestety żadnego jeszcze nie widziałem. Z filmów Wajdy podobały mi się jego wczesne filmy „Kanał” oraz „Popiół i diament”. Niezły jest jeszcze film „Polowanie na muchy”, no i oczywiście „Ziemia obiecana”. Co do „Katynia” to według mnie nie jest zły, Wajda ma z pewnością gorsze filmy na koncie. Z około 15 obejrzanych filmów Wajdy podobało mi się nie więcej niż 5. Wajdę szanuję jednak za to, że nawet do swoich zagranicznych filmów zatrudnia polskich aktorów (np. Marek Kondrat w „Smudze cienia”). Jako reżysera bardziej cenię Polańskiego, ale trudno go zaliczyć do polskich twórców, skoro zrobił tylko jeden polski film („Nóż w wodzie”).

        Lubię to

  5. Wajda wyrządził wiele szkód dla polskiej kultury, ale to dośc obszerny temat. Najlepszym jego filmem jest dla mnie ,, Ziemia Obiecana” , pokonana w oscarowej rywalizacji przez ,, Dersu Uzałę” Kurosawy. ,, Kanał” ,, Wesele” ,, Popioły” i ,,Przekładańca” wg Lema też idzie bez bólu obejrzec. ,, Polowanie na muchy” to film wprost nieprzyzwoicie kretyński. ,, Katyń”to jest chore gówno, a nie film. Generalnie wszystko, co zrobił po 80-tym można śmiało o dupę rozbic.
    Wojciech J. Has stworzył moim zdaniem najlepszy polski film wszech czasów – ,, Rękopis Znaleziony w Saragossie” – adaptację napisanej po francusku oświeceniowej, szkatułkowej powieści Jana Potockiego. Sprostał też iście szalonemu wyzwaniu, jakim była z pozoru nieekranizowalna proza Brunona Schulza. Po tym sukcesie został przez komunistycznych włodarzy skazany na twórczy niebyt, przez całe lata 70-te nie dano mu nakręcic ani jednego filmu ! Jego come back w 80-tych to juz byl niestety łabęzdzi skowyt. Przez te wszystkie lata Has zyskał status reżysera stricte kultowego we Francji.
    Kopia ,, Rękopisu…” Hasa jakimś zrządzeniem losu na przełomie lat 60 i 70 wpadła w ręce Jerry’ego Garcii . Chłopaki z Grateful Dead zakochali się w tym filmie i uwielbiali puszczac go sobie na haju. 😀 Zagorzałym fanem filmu jest także Martin Scorsese.
    Autor powieści, Jan Potocki, zakończył swe niezwykle barwne życie strzelając sobie w twarz z pistoletu nabitego srebrną gałką z rodowej cukiernicy, uprzednio poświęconą.
    Z polskich reżyserów najbliższy jest mi Andrzej Żulawski.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s