Witchcraft ’70 (1970)

witchcraft_70_poster

Jeden z najsłynniejszych szokumentów lat ’60, zawierający sceny pozorowanych rytuałów tubylczych, publiczne wersje rytuałów satanistycznych i wiccańskich… a nawet kilka prawdziwych ceremonii. Włoski reżyser Sergio Ricci dostarczył w swoim filmie tonę bzdurnych scen z Europy, Azji i Południowej/Północnej Ameryki, którym towarzyszy sensacyjna narracja mająca spotęgować emocje. Ten „szokujący film” został wyprodukowany przez Włochów i był początkowo dystrybuowany pod tytułem Angeli Bianchi, Angeli Neri.

Międzynarodową dystrybucję przechwyciła jednak wkrótce wytwórnia Trans American Films (Pokolenie halucynacji), która zmieniła tytuł na Witchcraft ’70 w USA i The Satanists w UK. W obydwóch krajach film był reklamowany, jak typowa eksploatacja („Nigdy wcześniej…”) targetowana na rynek młodzieżowy.

A tematyka mrocznych rytuałów była w tym czasie bardzo gorąca z powodu ogona medialnego ciągnącego się za zabójstwami Manson’s Family, rosnącej popularności sexploitation i wielkiego sukcesu Dziecka Rosemary. Był to zdecydowanie dobry czas na robienie kasy na satanistycznych sensacjach!

Mimo że materiał nigdy nie miał szans na stanie się wielkim klasykiem filmu mondo – a już zupełnie wykluczona jest w tej konwencji powaga badania tematu – z czasem udało mu się przedostać do wielu prywatnych kolekcji rzadkich filmów okultystycznych jako rodzajowi ciekawostki. Jeśl interesuje cię jednak współczesny powab, wiedz że Witchcraft ’70 daje rzadką okazję do zobaczenia na ekranie takich legendarnych postaci, jak Anton Szandor LaVey czy Alex Sanders.

Na poziomie koncepcyjnym film wciąż pozostaje jednak tanim szmatławicem, który raczej nie skłania do śmiechu. Kilka absurdalnych sentencji może wprawdzie wywołać grymas na twarzy, ale generalnie nie ma tu dużo absurdalnego humoru.

Tak naprawdę jest to niemal wyłącznie głupawa eksploatacja i maraton narracyjnego bełkotu, który posiada garstkę cennych scen rytualnych, ukrytych pod masą ceremonii turystycznych – odgrywanych na żądanie reżysera przez aktorów i członków różnych wspólnot za pieniądze …. które kupiły również nagość kultystów, więc są i dupy, i cycki.

Sceny dokumentalne – jak np. opętanie kobiety z południa Włoch przez ducha Alberta, która jest teraz w stanie przekazywać wiadomości zza grobu – są jednak mało interesujące. Do tego wyłaniają się one pod stertą „potajemnie złapanych na kamerze 8 mm” ceremonii Candomble czy rytuałów z Indonezji. Ale w połowie filmu reżysera rzuca nam perłę – eksploatację Alexa Sandersa i jego covenu wiccańskiego.

Jako że do dnia dzisiejszego zachowało się naprawdę niewiele materiałów wideo pokazujących mityczną osobistość zwaną w Anglii Królem Czarownic – który założył swoją własną gałąź wicca po schizmie w łonie porządku gardneriańskiego – jest to swoista nagroda. Sanders pozwala ekipie filmowej na nakręcenie wiccańskiej ceremonii weselnej, odprawionej w covenie najbliższych wyznawców, którzy są oczywiście „odziani w niebo”. Kamera pokazuje, jak Sanders zamyka mieczem krąg i całuje ciało Bogini, ale reszta to już obowiązkowy pokaz nagich cycków kultystek.

Nie łudźmy się jednak, iż film mondo miał w swoim złotym okresie jakieś większe ambicje – nie  odbiega więc od schematu także Witchcraft ’70. Chodzi tu przede wszystkim o sensacyjne przedstawienie wątków satanizmu i czarownictwa – mrocznych kultów, które nagle zakwitły na całym świecie, by odprawiać swoje rytuały nago w blasku świec. Nie wiem, jak wielki sukces film osiągnął w drive-inach (czy w telewizji), ale jego „mroczna atmosfera”, paternalistyczny ton i tanie przesłanie zapewniają średnio dobrą rozrywkę.

To prawda, że można tu zobaczyć kilka ślicznych męskich i kobiecych ciałek, ale z dzisiejszej perspektywy wszyscy mają gdzieś czy należą one do satanistów, wiccan, hooduistów, neopogan czy mormonów. Prawdziwą zwałą w filmie pozostaje narracja – kwintesencja wyssanych z palca pierdół – choć zawsze można przecież wyłączyć głos. Można także próbować czytać książkę i odwracać wzrok, kiedy narrator podnosi głos zwiastując kolejną sekwencję absurdalnych objawień.

Jeśli zdecydujesz się obejrzeć ten film dla LaVeya, wiedz że pojawia się on dopiero pod koniec filmu. Będziesz mógł jednak zobaczyć kultowy Czarny Dom w San Francisco oraz jeden ze słynnych pop satanistycznych rytuałów, odprawiany w legendarnym kostiumie z plastikowymi rogami. Naprawdę fascynujące… choć z pewnego dystansu marketingowa sensacyjność Witchcraft ’70 otwiera się na pewną pozaekranową analizę rytualnych tendencji kontrkultury późnych lat ’60.

Film w pewnym sensie zapowiada droga do sławy laveyowskiego Kościoła Szatana, odrodzenie się pogaństwa w postaci covenów wiccańskich w UK i w USA, przewiduje nagły urok kultów opętania, które są dzisiaj wiodącym nurtem duchowym na całym świecie (czyt. religie bezpośredniego doświadczenia) oraz fascynację filmowców mrocznymi kultami, których prorokiem medialnym stał się oczywiście Charles Manson. Witchcraft ’70 nadaje się więc do sprawdzenia, ale żeby film docenić, trzeba go oglądać nieco ponad klatkami.

Conradino Beb

 

Znany pod tytułami: Witchcraft ’70 / The Occult Experience / Angeli Bianchi, Angeli Neri / The Satanists
Produkcja: Włochy, 1970
Dystrybucja w Polsce: Magivanga Vaults
Ocena MGV: 2,5/5