The Monks – Black Monk Time (1966)

Jedna z najbardziej awangardowych grup muzycznych lat ’60 została o dziwo utworzona przez amerykańskich żołnierzy, stacjonujących w Berlinie, w 1964 roku. Muzycy początkowo występowali pod nazwą The Torquays łącząc wpływy beatowe z rock’n’rollowymi korzeniami. W repertuarze zespołu znalazły się zarówno hity Chucka Berry’ego, jak i standardy surfowe oraz przeboje brytyjskich grup wokalnych. Skład stanowili: Gary Burger (gitara prowadząca/wokal), Larry Clark (organy/wokal), Dave Day (gitara rytmiczna/banjo/wokal), Roger Johnston (perkusja/wokal) oraz Eddie Shaw (bas/wokal).

The Torquays z miejsca objawili swoją klasę – niemieckie kluby bookowały ich przez 7 dni w tygodniu, a zespół był zmuszony przebywać na scenie nawet do 8 godzin! Z tego powodu formuła coverowania hitów została dość szybko wyczerpana, a pogłębiająca się rutyna sprawiła, że muzycy zaczęli eksperymentować z brzmieniem odchodząc w końcu zupełnie od tradycyjnej melodyki kompozycji w kierunku minimalistycznej rytmiki i sprzężeń gitarowych. Podbudowę stanowił prymitywistyczny overbeat perkusji, któremu towarzyszył głośny, dudniący bas, często przesterowana gitara i przeszywające do szpiku kości organy.

Nowy styl nie pojawił się jednak znikąd, gdyż jak twierdzą muzycy, wypolerowanie rewolucyjnych koncepcji zajęło im jakiś rok. Zespół cały czas eksperymentował i choć wiele z kawałków, powstałych podczas jamowania na próbach, okazało się porażką, pojawiły się także prawdziwe perły, które z czasem zostały obrócone w sceniczne killery! W tym mniej więcej czasie Amerykanami zainteresowała się dwójka menadżerów muzycznych z niemieckiego oddziału Polydoru, która zachęciła muzyków do zmiany nazwy i eksplorowania możliwości szokowania wizerunkiem. Za tą radą The Torquays przemianowali się na The Monks, wkrótce dodając do swojej muzyki charakterystyczny image: goląc środek głów i występując na scenie w czarnych kostiumach, co dodawało ich nihilistycznej twórczości dodatkowego ładunku ekspresji.

Jedną z najważniejszych technik, która pojawiła się w tym czasie w arsenale zespołu był feedback gitarowy, odkryty przez Gary’ego Burgera niezależnie od angielskich grup garażowych tj. The Kinks czy The Troggs, które do dzisiaj są uważane za pionierów wykorzystywania tego efektu. To pozwoliło Mnichom wykształcić do 1966 roku styl tak głośny i agresywny, że muzycy przymusowo musieli się zacząc interesować wszystkimi nowinkami na rynku muzycznym – stary sprzęt zaczął zwyczajnie umierać na scenie od przesteru lub od nadmiaru fizycznego maltretowania. Już wkrótce Burger stał się fanem gitary Gretsch Black Widow, której brzmienie przepuszczane było przez audio atom-smasher, ukrywany pod wzmacniaczem Fendera.

Kakofoniczna furia gitarzysty miała jednak wciąż zbyt duży ładunek energii, jak na ten tradycyjny sprzęt i w końcu Gary musiał go wymienić na 100 watowy wzmacniacz Vox Super Beatle, który został fabrycznie przystosowany do jego ekstremalnych wymagań. Muzyk był także wielkim miłośnikiem fuzz boxa, produkowanego przez Gibsona, który był często używany jako jego ulubiony efekt. Drugi gitarzysta Dave Day stał się kolei jednym z niewielu muzyków rockowych w historii, którzy wymienili gitarę elektryczną na banjo. Dave nagłośnił je przez dwa mikrofony i stroił, jak normalną gitarę elektryczną, co dawało porażające, trzeszczące brzmienie.

W kastomizacji sprzętu nie odstawał również perkusista Roger Johnston, który miał tylko jedną misję, walić w bębny tak mocno, jak tylko się dało i uciekać od technicznej finezji. Co najdziwniejsze, Roger był początkowo wyrafinowanym perkusistą jazzowym. W jego arsenale znalazł się bardzo mocny, francuski zestaw peruksyjny Asba, który był nieustająco torturowany przez pałeczki z grubymi końcówkami. Basista Eddie Shaw dorzucił zaś od siebie możliwości Gibsona, podłączonego do wzmacniacza Selmer z 18″ głośnikiem, który był nagłaśniany do granic wytrzymałości tworząc mięsistą podbudowę rytmiczną.

The Monks nagrali tylko jeden album w 1966 pt. Black Monk Time dla Polydoru, ale była to rzecz absolutnie wyprzedzająca swoje czasy! Nie znajdziemy żadnych konkurentów w latach ’60 dla mrocznego, schizofrenicznego minimalizmu tej płyty – nawet dwie pierwsze płyty The Sonics stoją z boku. Bez żadnej przesady można wskazać na brzmienie Black Monk Time i ogólną działalność The Monks jako pierwszy krok w stronę mechanicznego, ciężkiego krautrocka początku lat ’70, reprezentowanego przez Can czy Faust. Muzyka i teksty są tu odarte ze wszelkich kombinacji, co sprawia że nawet dzisiaj płyty tej słucha się z wielkim zaangażowaniem od początku do końca. Mnisi stworzyli i zaaranżowali na niej wspólnie wszystkie swoje numery stapiając indywidualne wpływy w potężną proto-punkową/proto-noise’ową hybrydę.

Black Monk Time to zasadniczo kakofoniczna erupcja rytmu i dźwięku, uciekająca od bluesowych struktur i pop rockowych harmonii wokalnych, które zdominowały muzykę połowy lat ’60 za sprawą Brytyjskiej Inwazji. The Monks całkowicie zrezygnowali z kopiowania angielskiego brzmienia i skierowali się w stronę miazgi głośnych, przesterowanych gitar, przedindustrialnych partii organów Voxa i tłustego, ciężkiego podłoża basowego, które tworzą tło pod krzykliwy, piskliwy wokal. Tę koncepcję idealnie obrazują kawałki w stylu I Hate You, Complication czy Monk Time, które przypominają nieustające wiercenie w mózgu i natychmiast wpadają w ucho. Słyszymy tu zalążek niemal wszystkich kluczowych stylów lat ’70: krautrocka, EBM-u, industrialu i punk rocka.

Zanim ktoś miał przejąć pałeczkę po The Monks, minęły lata! Czas okazał się jednak bardzo łaskawy dla zespołu, gdyż ich płyta została wydana w Stanach Zjednoczonych w 1999 przez Light In The Attic –  w latach ’60 było to niemożliwe, gdyż zespół okupował otwarcie nihilistyczny, antyspołeczny front, szczególnie wobec Wojny w Wietnamie. Z perspektywy czasów The Monks są dzisiaj uważani za najważniejszy band garażowy swoich czasów, choć ich wkład w muzykę jest znacznie większy.

W rzeczy samej, wizja która została utrwalona na Black Monk Time, pozostaje unikalna i wyjątkowa. Warto dodać, że pierwsze tłoczenie płyty jest dzisiaj praktycznie nie do znalezienia – mówimy tu o tysiącach euro – podobnie jak pierwszy repress Polydoru z 1979. Jedyną kopią dla ludzi jest – doskonały swoją drogą – autoryzowany niemiecki repress z 2009, z czerwonym labelem. Pozycja, bez której nie sposób się wprost obyć!

Conradino Beb

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s