Hell Ride (2008)

hell_ride_2008

Nie dziwi zupełnie, że Quentin Tarantino od dłuższego czasu rzuca cień na wiele produkcji spod znaku odrodzenia eksploatacji. Człowiek kocha ten sam materiał, co wielu z nas i chciałby widzieć go z powrotem na scenie. I choć skredytowany jedynie jako producent wykonawczy Hell Ride – współczesnej próby przywrócenia do łask filmu motocyklowego (kto w ogóle przypuszczał, że ten specyficzny podgatunek w ogóle wróci?) – podobno zrobił dla niego nieco więcej.

A gdzie QT wepchnie swoje trzy grosze, tam interes dobrze się kręci, tyle że nie zawsze przekłada się to na jakość produktu (odgrzebcie kilka innych filmów z QT jako producentem). Mimo wszystko, Hell Ride pokazuje współczesnemu odbiorcy niszowe zjawisko filmowe, które przez ponad dekadę było w zasadzie nieobecne na ekranie. Co na to fani oryginałów? Ciężko powiedzieć, gdyż ja sam wynudziłem się na tym filmie niemiłosiernie cierpiąc przez ogólny brak koncepcji.

Hell Ride jest niestety produktem wyjątkowo kiepskim – jakiejkolwiek miary byśmy nie użyli – intryga jest żadna, aktorstwo rozwodnione, a okazjonalne, półnagie panienki czy nadużywanie scen przemocy nie zapychają dziur w serze. Czy film ma więc w ogóle jakieś atuty? Tak, parę, a najsilniejszym z nich jest obsada z Michaelem Madsenem (niezapomniara rola we Wściekłych psach), Dennisem Hopperem (odgrywającym hołd dla The Glory Stompers), Vinniem Jonesem (cockneyowskim bandziorem z Lock, Stock and Two Smoking Barrels), a nawet Davidem Carradinem, który dostał w filmie epizodyczną rolę.

Wszyskich prowadzi sam Larry Bishop – oryginalny członek obsady kultowego filmidła motocyklowego Savage Seven (1968) – który jest również reżyserem filmu. Wszyscy ci doskonali aktorzy wcielili się w role wściekłych, szczających ci na twarz motocyklistów z dwóch rywalizującyh klubów: The Victors oraz The 666ers. Duży potencjał doskonałej obsady zostaje jednak zmarnowany przez scenariusz i reżyserię. Co za wtopa, ludzie! Całe więc szczęście, że film został podpompowany przez kilka klasycznych tune’ów legendarnego bandu Davie Allan & The Arrows (QT umieścił też jeden kawałek w Bękartach wojny), które doskonale spełniają swoją robotę. Biker sound, oh yeah!!!

Jednak nawet muzyka nie pomaga całości. Ekspozycja charakterów i klubów poprzez często używane dzisiaj w kinie nieruchome ujęcia z tagami jest fatalna. Czasem działa, a czasem nie, ale tutaj się nie sprawdza. Innym nonsensownym pomysłem jest ciągnięcie widza przez serię nic nie wnoszących epizodów, które ani nie są chwytliwe, ani śmieszne, choć czasem zawierają nagie babki, ale najczęściej leje się w nich po prostu krew.

Sam szczyt łamie się jednak pod absurdalną koncepcją wymieszania motocyklowych antybohaterów z biznesmenami. Sama intryga też zbytnio nie świeci i nie pomagają jej ozdobniki w stylu tripu pejotlowego Pistolera (Larry Bishop), który w zasadzie oznacza kilka dodatkowych minut potwornie nudnych scen. Niektóre charaktery zostają do tego zabite przy dialogach tak głupich, że żyć się odechciewa. A do tego reżyser męczy nas ciągłymi flashbackami, zwalniającymi akcję… która została oparta na równie wymęczonym scenariuszu zemsty.

Najlepszym momentem całego filmu – och, dziękować, dziękować – jest pojawienie się Eddie’go Zero (Dennis Hopper), który rzuca kilka psychotycznych tekstów z wyjątkowo groźną miną i nagle zaczyna świecić słońce! Jeden z najlepszych surfowych kawałków Davie’ego Allana: The Rebel (Without A Cause), zostaje odpalony gdy Eddie wskakuje na swój stary motor, co naprawdę podnosi walory sceny. To samo tyczy się Vinnie’go Jonesa, odgrywającego scenę w kurniku/domku klubowym (czymś w tym stylu).

Hell Ride kładą także sceny jazdy chopperami, które wyglądają koszmarnie, jeśli postawić je obok fantastycznych zdjęć drogowych z The Hells Angels 69 czy Aniołów piekieł na kołach. Kto więc powinien obejrzeć ten film? Jedynie absolutni maniacy gatunku motocyklowego, kompletyści, friki eksploatacji, którzy niczego się nie boją. Widzieli oni zwykle tyle gówna, że jeszcze trochę na pewno nie zaszkodzi. Z drugiej strony film polecić można także fanom Dennisa Hoppera, którzy chcieliby obejrzeć legendę kontrkultury w jednej z ostatnich ról przed śmiercią, a do tego na motorze… i palącego jointy. W innym wypadku trzymajcie się z daleka od tego straszydła!

Conradino Beb

 

Oryginalny tutuł: Hell Ride
Produkcja: USA, 2008
Dystrybucja w Polsce: Kino Świat
Ocena MGV: 2/5

3 myśli nt. „Hell Ride (2008)”

  1. Trudno się z tym nie zgodzic, to nie jest film tylko jakiś figiel towarzyski zrobiony tak ot, dla zwały Tu w ogóle nie ma scenariusza. Gdyby nie Vinnie Jonnes, to można by się pochlastac z nudów. Dennis OK, ale to w zasadzie taki sentymentalny hommage.
    Kojarzę jeden doskonały film, którego Tarantino był współproducentem – ,, Napad” ((Killing Zoe ) w reżyserii jego starego kumpla Rogera Avary’ego.

    Lubię to

  2. Ono cienizna. Jedyne co zostaje w pamięci to zajebiście ładna balladka, która leci w trakcie łóżkowych igraszek – „Maria” dziabnięta z soundtracku Savage Seven.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s