Sleazy Rider (1973)

Sleazy rider

Jeśli jesteście przekonani, że wasz lokalny klub motocyklowy spędza całe dnie na leśnych orgiach  szmuglując w międzyczasie trawę, ten film jest dla was stworzony. Sleazy Rider trwa wprawdzie tylko godzinę, ale daje zabawę godną najlepszych produkcji motocyklowych czy softcore’owych… bo obydwa gatunki zostały tu połączone z prawdziwą fantazją.

Film tak rzadki, że jego znalezienie graniczy z cudem, ale warto zmusić się do wysiłku dla tych kilku genialnych scen tj. rozbierana kontrola osobista z palcową penetracją, wykonywana przez dzielnego szeryfa (granego przez samego reżysera filmu).

Dla tych, dla których Straceńcy byli za mało wyuzdani, a erotyczne klasyki lat ’70 za mało motocyklowe, Sleazy Rider może się okazać strzałem w dziesiątkę. I choć te dwie (no może trzy) minuty jazdy na chopperach szybko zostają połknięte przez morze scen erotycznych – takich układów i konfiguracji nie znajdziecie w żadnym współczesnym pornolku – wątek fasadowy zostaje dzielnie podtrzymany, a akcja rozwija się jak churagan. Kobiety są cudne, motocykliści owłosieni i brodaci, a artystyczna kamera z ręki przyprawiłaby o zawrót głowy nawet dogmistów.

Nomadzi szos już na samym początku stykają się z wrednym szeryfem, który obowiązkowo sprawdza, czy nie przewożą oni przypadkiem nielegalnych substancji, a to odpala żądzę zemsty. Ale ta się nieco ociągnie, gdy na polanie, na której ci rozbili sobie obozowisko kilka godzin później, pojawia się lokalne dziewczę chcące jak najszybciej uciec z domu.

Nie namyślając się długo bezlitośni barbarzyńcy inicjują ją do klubu poprzez radosny akt miłosny z jedną z mamuśek, który kończy się grupową orgią na wolnym powietrzu.

Ale noc jest jeszcze młoda i 1%-owcy wdzierają się do domu brudnego stróża prawa, gdzie gwałcą jego córkę oraz żonę, a jego samego oddają w szpony swojej neofitki… wszystko zaś kończy się przepiękną orgią, w której rządzą rzadko już dzisiaj widywane 69-ki, łańcuszki szczęścia oraz artystycznie zaaranżowane, pięcioosobowe piramidki na domowym kominku!

Podane to zaś zostaje w oparach piwa, trawy i mlaskania przy orzeszkach ziemnych. Radosny old school softcore bez zbędnych dłużyzn, które mogłyby wypłukać film z esencji. A jest nią oczywiście poszukiwanie szczęścia i wolności w świecie rządzonym przez zdemoralizowane świnie!

Dawno się tak nie bawiłem na żadnym eksploicie! Aktorstwo zdecydowanie do dupy, ale dialogów jest tak mało, że schodzi to na trzeci plan. Panienki są za to bardzo zgrabne i nawet jeśli czasem perfidnie symulują sex, wciąż bardzo miło się to ogląda.

Twórca tego dzieła, Roger Gentry, wyreżyserował po nim tylko jeden film, by jak wielu eksploatatorów bez imienia wsiąknąć w końcu w czarną dziurę, a tu naprawdę chciałoby się prosić o więcej! Być może światowa kinematografia straciła w przedbiegach kolejny talent.

Koniec końców Sleazy Rider to śmieć idealny – brawurowa motocyklówka ery Głębokiego gardła, która nawet dzisiaj broni się dobrym scenariuszem a la Peckinpah i doskonałymi orgiami. Nie dajcie się jednak nabrać na hasło z plakatu, bo prezydent klubu to prawdziwy dżentelmen, a jego ziomali do rany by można przyłożyć.

I nawet jeśli dzieło to kończy się klasycznym pouczeniem moralnym – trochę smaku przedwojennych eksploitów – o tym, że 14 członków klubu Honchos zostało skazanych na karę więzienia za przedstawione tu złowieszcze czyny… to już dla tych, którzy wierzą, że Elza – Wilczyca z SS to film historyczny konkurujący w swoim geniuszu z Listą Schindlera.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Sleazy Rider
Produkcja: USA, 1973
Ocena MGV: 3,5/5
Dystrybucja w Polsce: Brak

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s