Pole w Anglii (2013)

a_field_in_england_poster_2013

Valhalla Rising spotyka Enter The Void – tak można by opakować marketingowo nowy thriller historyczno-okultystyczny Bena Wheatleya, który po bardzo przeciętnych Turystach wrócił do poziomu wyznaczonego w Kill List i zaserwował nam prawdziwie pokręcony, psychedeliczny, a przy okazji trzymający w napięciu film z rodzaju tych, które międzynarodowi krytycy już zaczęli określać arthouse’owym kinem gatunkowym (prawdziwa hybryda semantyczna będąca znakiem naszych czasów).

Grzebiąc w anglosaskim folklorze i historii Wielkiej Brytanii, Wheatley nie dał się ponieść tym razem emocjonalnym wyborom i nadmiarze satyry, które pożarły jego poprzedni obraz, lecz rzucił na szalę magiczny urok angielskiego krajobrazu, minimalistyczny scenariusz i eksperymentalną narrację. Ale na Polu w Anglii rządzi przede wszystkim reżyserska wizja, która wspomagana brawurowym aktorstwem i narkotycznymi efektami specjalnymi, stawia znaczenie samej historii pod znakiem zapytania.

Scenariusz zdaje się tu jedynie pretekstem do przypuszczenia totalnego szturmu na umysł widza, który albo pozostaje na zewnątrz i płacze, że nic nie kuma, albo daje się wciągnąć i całkowicie rezygnuje z operowania szkolną logiką. Podobnie jak w przepięknej Valhalli Rising NWR, głównym pytaniem nie jest to, gdzie zmierzają bohaterowie, ale to, jak silnie oddziaływuje na nas ich wewnętrzna tajemnica. Artysta zmusza nas do snucia tysiąca przypuszczeń na minutę, które nigdy nie zostają całkowicie potwierdzone, a jednocześnie wali po nerkach pasywno-agresywną formą, która odwołuje się do antycznej zasady jedności miejsca i czasu.

Film Wheatleya operuje zasadniczo przez nałożenie na siebie dwóch warstw: szczegółowo przemyślanej warstwy wizualnej, krzyżówki długich narracyjnych ujęć z szybkimi przejściami do dynamicznych scen narkotycznych wizji, oraz warstwy werbalno-dialogowej, która odsłania niepokoje społeczne połowy XVII w., w którym artysta upatruje symbolicznego rozłamu pomiędzy integralnym, magicznym, holistycznym postrzeganiem świata, a naukowym, racjonalistycznym, scjentystycznym tunelem rzeczywistości (wypisz, wymaluj, foucaultowskim episteme). To co więc widzimy, jest ostatecznie pograniczem i z tego punktu widzenia Pole w Anglii to także spaghetti western Sergia Leone i film wojenny Eli Klimova.

A że obraz został nakręcony w zaledwie 12 dni, więc na miejscu sa także porównania cormanowskie. To stanowi zaś o jego oryginalności! Szaleńczy pomysł spersonalizowania kluczowego momentu w historii Wielkiej Brytanii w formie opowieści o zemście na zdradzieckim irlandzkim magu O’Neilu, który ukradł wartościowe grimuary z rąk anonimowego astrologa, reprezentowanego przez swojego ucznia Whiteheada i magicznych zmagań pomiędzy obydwoma, zdaje egzamin pomimo tego, że ostatecznie brakuje mu trochę ciężaru i bezkompromisowości Valhalli Rising czy Enter The Void, które są jednak mimo wszystko filmami z innej półki.

W samą historię wpadamy zaś bardzo gwałtownie, bez ekspozycji, intra, w zasadzie żadnej amortyzacji. Bohaterowie po prostu pojawiają się przed nami, jakby zrodzili się we mgle, z bardzo niejasną historią i motywami. Pierwszych kilka scen sugeruje wprawdzie bitwę, a żołnierze, którzy dezerterują pod pretekstem pójścia na piwo i zabierają ze sobą Whitheada, zdają się to potwierdzać, ale to w zasadzie tyle, bo już za chwilę dochodzi do całkowitego utopienia kontekstu historycznego w magicznym horrorze o szatańskim magu wyciągniętym z bagiennej kryjówki.

I tu zaczyna się prawdziwy tour de force inspirowany m.in. Odyseją 2001 Kubricka (na pewno zauważycie tę scenę), lynchowskimi rozliczeniami z ludzką podświadomością w stylu Głowy do wycierania, a także szaleńczym kinem autorskim Kena Russella a là Diabły. Wszystko dostaje zaś psychedelicznego kopa i zostaje odrealnione przez wciągnięcie do historii mandragory i świętych grzybów. Te drugie służą uczniowi do zassania całej złowieszczej mocy Irlandczyka i wykorzystania jej do podporządkowania sobie sił natury w szamańskim akcie otworzenia się na moce kosmosu (scena została jednak zaaranżowana dość metaforycznie, ponieważ grzyby zaczynają działać, zanim przechodzą przez gardło).

Osobnym zabiegiem jest zakończenie w formie tajemniczej introspekcji. Załamuje ono na do widzenia reguły świata przedstawionego jeszcze bardziej, jak też podważa całą historię, którą reżyser zdążył nam opowiedzieć. Z jednej strony zabieg ten przypomina ostatnią scenę Zagubionej autostrady, będącej podobnie do Pola w Anglii rodzajem historii wymłóconej w strumieniu świadomości, a z drugiej kultowe outro Domu przy cmentarzu Lucia Fulciego, który w swoich dziełach często rezygnował zupełnie z podporządkowywania swoich filmów logice, oddając widzowi coś w rodzaju niepokojącej, sennej wizji!

Inymi słowy, mamy do czynienia z filmem wyjątkowo otwartym na różne interpretacje, będącym swoistym hołdem dla północnych pokazów, legendarnych z tego powodu, że pokazywano na nich filmy, które całkowicie wyłamywały się z gatunkowych czy marketingowych szufladek (Kret, Różowe flamingi, The Rocky Horror Picture Show). Także z tego powodu Pole w Anglii nie jest produkcją dla każdego. To swoista hybryda eksperymentu i gatunku stworzona w niezależnym środowisku filmowym, patchwork odniesień do klasyków, które nie tyle zostają jednak wyeksploatowane, co wyssane do ostatniej kropli krwi.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: A Field In England
Produkcja: Wielka Brytania, 2013
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s