Mroki i cienie ostatnich scen „True Detective”

Mimo, że zakończenie pierwszego sezonu True Detective pozostawia u dużej części fanów serialu pewien niedosyt (obawiającym się spojlerów radzę nie czytać dalej) całości nie można oceniać przez pryzmat ostatnich 15 minut, gdyż finały wszystkich wielkich dramatów telewizyjnych są zazwyczaj najbardziej kontrowersyjnymi momentami i rzadko podobają się wszystkim, ale także dlatego, iż ostatni odcinek udowadnia ponad wszelką wątpliwość, że najważniejszym elementem True Detective jest historia przyjaźni dwóch wyjątkowo trudnych samców.

True Detective to tak naprawdę ośmiogodzinny film, który został zrealizowany dla HBO tylko dlatego, że w takiej wersji nigdy nie byłby w stanie zaistnieć na dużym ekranie. Co nie znaczy, że marzenia o odesłaniu w niebyt 1,5-godzinnego formatu nie nawiedzały filmowców od bardzo dawna. Przykładowo, pierwsza wersja Easy Ridera, zmontowana własnoręcznie przez Dennisa Hoppera, miała 4,5 godziny, a po jej przycięciu do standardu kinowego przez BBC Productions, reżyser stwierdził, że zrobiono z jego dziecka miałki obraz telewizyjny.

Filmowe dzieła sztuki nie pozostają jednak nigdy zawieszone w próżni i zawsze muszą obcować z oczekiwaniami producentów, dystrybutorów, fanów i zawodowych krytyków, którzy potrafią w mgnieniu oka znienawidzić dany obraz, gdy nie spełnia on wszystkich pokładanych w nim nadziei. W trakcie emisji True Detective pojawiły się np. oskarżenia o meta-seksizm, filozoficzne dialogi jako pretekst do pokazywania dużej ilości scen seksualnych, czy wreszcie – tak, znowu mówimy o finale – o brak metafizyczno-okultystyczno-poetyckiego szoku, który dobrze wykorzystywałby motywy przewijające się przez cały serial.

Prawdziwe pytanie brzmi jednak, czy True Detective jest naprawdę okultystyczno-pogańskim thrillerem zrealizowanym w konwencji neo-noir, czy wszystkie te mrożące krew w żyłach elementy pozostają zaledwie satelitami centralnej historii dwóch mężczyn, którzy w trakcie 17 lat znajomości przechodzą 360-stopniową transformację od niechęci, przez trudną przyjaźń, głęboką nienawiść, aż po wybaczenie wzajemnych win i słabości? Osobiście, skłaniam się ku tej drugiej interpretacji, co nie znaczy, że nie doceniam fantazji Nica Pizzolatta do adaptowania nieziemskiej atmosfery horroru Chambersa, Lovecrafta i Ligottiego na potrzeby dramatu telewizyjnego.

alexandra-daddario-topless-true-detective
Alexandra Daddario w scenie erotycznej / jeden z powodów do krytyki serialu

Pizzolatto w istocie rozważał kilka sposobów zakończenia całej historii – jakże idealnie byłoby, gdyby nakręcono wszystkie, a my w interaktywnym trybie moglibyśmy wybrać sobie takie, które najbardziej apeluje do naszej wyobraźni – ale ostatecznie wybrał to, które wydało mu się najbardziej esencjonalne. Jak scenarzysta zwierza się HitFix: Dla mnie jako storytellera konieczne wydawało się organiczne podążanie za wymaganiami bohaterów i historii. A najłatwiejszą rzeczą na świecie byłoby zabicie ich obu.

Miałem nawet pomysł, w którym przytrafiło im się coś bardziej tajemniczego, w którym odchodzili w nieznane, a Gilbough i Papania musieli sprzątać całe zamieszanie i nikt nie wie, co się z nimi stało. Mogłem też polecieć w parapsychologiczny odlot, co skreśliłoby wszystkie realistyczne pytania, które show zadawał od początku.

Odwołanie się do parapsychologii lub pójście łatwą, dramatyczną ścieżką i zabicie obydwóch bohaterów w celu wywołania emocjonalnej reakcji od widzów, byłoby jednak wg mnie niedźwiedzią przysługą wyświadczoną opowieści. Co interesowało mnie bardziej, to danie szansy obydwóm bohaterom na uzyskanie odpowiedzi, postawienie ich w miejscu, w którym Cohle mógłby doświadczyć istnienia łaski w świecie.

True-Detective-cohle-tree
Cohle ogląda tajemniczą spiralę z gałązek

Co nie zmienia faktu, że większość widzów – łącznie z piszącym te słowa – czekała na scenę śmierci Cohle’a tuż po tym, gdy został zraniony nożem. To idealnie mieściłoby się bowiem w osobowości antynatalistycznego detektywa, jak i wywoływałoby głęboką, kathartyczną reakcję związaną z ostatecznym obnażeniem tragizmu żywota ludzkiego, odwołującym się do starożytnych korzeni zachodniej sztuki dramatycznej, w której człowiek jest ostatecznie tylko igraszką w ręku wyższych sił.

Czy ocalenie obydwóch bohaterów od niemal pewnej śmierci, ostateczne zgładzenie potwora i wgląd w naturę wszechświata był jednak aż tak fatalnym wyborem? Czy połączenie psychologczno-antropologicznego mroku Czasu apokalipsy z psychopatycznym realizmem Milczenia owiec było zabiegiem udanym? Wszystko zależy od tego, jak duży mieliśmy dystans do całej historii i jak bardzo uwierzyliśmy w parapsychologiczno-okultystyczne uwiarygodnienie historii True Detective, który czerpiąc garściami z The King In Yellow „kazał nam oczekiwać” czegoś w rodzaju Twin Peaks, którego drugi sezon został nomen omen ewidentnie spieprzony przez naciski producentów, a idealnie odzwierciedla to właśnie zakończenie.

Problem leży w tym, że True Detective to dramat-hybryda. Pesymizm Ligottiego z taką brawurą odzwierciedlony w charakterze Cohle’a zostaje przeciwstawiony pogańsko-magicznym wątkom atakującym ustaloną interpretację rzeczywistości w formie anonimowego kręgu morderców-pedofili wyjętych żywcem z Kultu albo Oczu szeroko zamkniętych, którego wszystkich członków nigdy jednak nie poznamy, bo jak mówi Cohle: To świat, w którym nic nigdy nie zostaje rozwiązane. Jednak z wyników samego śledztwa wiemy, że chodzi o krąg bogatych i wpływowych członków społeczeństwa i poznanie konkretnych nazwisk nic tak naprawdę nie zmieni.

errol_true_detective
Errol aka. Wysoki Człowiek / maniakalny zabójca w starym dobrym stylu

W serialu dużą rolę grają także odmienne stany świadomości, a do najlepszych momentów należą te, w których Cohle przeżywa barwne halucynacje, co prowadzi nas do płynnego przechodzenia przez Cary’ego Fukunagę od scen zakotwiczonych w twardym realizmie procedur policyjnych do magicznych ujęć pokazujących, co dzieje się w głowie mrocznego detektywa. W istocie, to właśnie wizja kosmicznego łona (kolejna interpretacja mitu Wielkiej Bogini), której Cohle doznaje na chwilę przed tym, jak zostaje zaatakowany przez Wysokiego Człowieka, staje się punktem zwrotnym finału, wprowadzając klimaty rodem z Enter The Void.

O ile wizualna egzekucja pościgu przez Carcosę zostaje zrealizowana przez Fukunagę z godnym podziwu fermentem – jedynym dobrym porównaniem byłaby pewnie rezydencja pułkownika Kurtza z Czasu apokalipsy – głównym problemem tej sekwencji scen pozostaje scenariusz Pizzolatta, który sprowadza wszystkie zasłyszane mity i pogłoski do labiryntu korytarzy. Fukunaga drąży wprawdzie gotyckość miejscówki, mieszając kameralne ujęcia Cohle’a w półmroku z szerokim ujęciem Carcosy nakręconym od góry, co dodaje jej majestatu, ale koniec końców pada ofiarą fizycznej tożsamości seryjnego mordercy.

Ponownie rzuca się tu w oczy podobieństwo do Milczenia owiec, które opierając się w takim samym stopniu na gotyckim horrorze Rogera Cormana, co mistrzowsko odmalowanej przez Hopkinsa psychotycznej figurze Hannibala Lectera, reprezentującej w pewien sposób nieśmiertelność ludzkiej perwersji, koniec końców ofiaruje nam w ofierze trupa seryjnego mordercy pragnącego dokonać czysto fizycznej transgresji za pomocą kostiumu z ludzkiej skóry. Finał True Detective podąża podobną drogą, tyle że szkodzi mu niestety trochę ADHD ostatnich kilkunastu stron scenariusza. Na jego podstawie Fukunaga oferuje nam jednak wciąż dwie fantastyczne sceny.

The_King_in_Yellow
„The King In Yellow” to jedna z wielu literackich inspiracji dla „True Detective”

W pierwszej z nich widzimy Cohle’a siedzącego na szpitalnym łóżku z długimi, luźno zwisającymi włosami, w białej szacie (co przywodzi oczywiście na myśl Dobrego Pasterza), wpatrującego się w pustą przestrzeń. Kamera dokonuje bardzo powolnego zbliżenia, a samo ujęcie opatrzone jest bardzo specyficznym, ambientowym podkładem i zdecydowanie przypomina Odyseję kosmiczną 2001. Druga z nich to zaś seria krótkich ujęć pół-dzikiego krajobrazu Luizjany wprowadzających mistyczną perspektywę wieczności – wypisz, wymaluj, Koyaanisqatsi.

Obydwie z nich sprawdzałyby się wyśmienicie jako piękne zakończenie rewelacyjnego serialu, który startuje przecież odpersonalizowaną sceną ciągnięcia Dory Lange przez pole kukurydzy, które zostaje następnie z premedytacją podpalone, co wygląda na hołd dla Niebiański dni Terrence’a Malicka, ale Pizzolatto wybrał ostatecznie wymianę zdań pomiędzy Cohlem i Hartem, która ujawnia głęboką przemianę duchową obydwóch z nich. To prawda, że wprowadził tym samym światło i nadzieję do całej historii, ale zrobił także ze swojego dzieła buddy movie w stylu późnego Waltera Hilla, odzierając je nieco z tak mozolnie konstruowanej przez siedem odcinków, mistycznej aury.

Co sprawiało bowiem, że True Detective oglądany był przez wszystkich z taką pasją, to połączenie napięcia i tajemnicy, wyegzekwowane z perfekcją przez cały zespół. Za ostateczny efekt należy pochwalić nie tylko McConaugheya, Harrelsona, Pizzolatta i Fukunagę, ale także tropicieli lokacji, scenografów, charakteryzatorów, dyrektora zdjęć, a nade wszystko T Bone Burnetta z The Handsome Family, którego główny temat Far From Any Road idealnie trafił w klimat serialu. Lawirujący zręcznie pomiędzy alternative country i nefolkiem, numer ten ma w sobie coś z pogańskiego hymnu i poetyckiej nostalgii.

Poza tematem głównym T Bone Burnett dokonał również selekcji kawałków, które ilustrują kluczowe sceny serialu, opatrując je tym samym bardzo specyficznym komentarzem. Do szczególnie ważnych momentów należą ostatnie ujęcia każdego z odcinków, stanowiące swoiste podsumowanie emocjonalnego stanu głównych bohaterów i tego, czego właśnie przyszło im się dowiedzieć. Pilot kończy się pięknym songiem Young Men Dead teksaskich neopsychedelistów z The Black Angels, odcinek drugi Kingdom Of Heaven The 13th Floor Elevators, a słynny już odcinek czwarty, z 6-minutową sceną ucieczki Cohle’a i Gingera z getta, dynamicznym numerem Grindermana, Honey Bee (Let’s Fly To The Mars).

True-Detective-finale
Finał „True Detective” / Cohle wpatruje się w kosmiczny wir

Przy całym niedosycie, który wywołuje zakończenie serialu, nie można jednak ani na chwilę zapomnieć, że True Detective wyznaczył nowy standard dla telewizji w formie tempa narracji, dramaturgii, rozciągnięcia historii niemal do poziomu sagi, a także włączenia do masowego obiegu kultury nowych źródeł inspiracji tj. ww. The King In Yellow.

Dramat ten jest także ewenementem z dwóch innych powodów, gdyż został w całości napisany przez jedną osobę (zwykle robi to cały zespół scenarzystów) i wyreżyserowany przez inną (zwykle reżyserzy telewizyjni zmieniają się z odcinka na odcinek), co daje powody do myślenia o telewizji autorskiej. Miejmy nadzieję, że będziemy teraz oglądać jeszcze więcej produktów medialnych o tak wysokiej jakości, bo zdecydowanie jest dla nich rynek!

Conradino Beb

9 myśli nt. „Mroki i cienie ostatnich scen „True Detective””

  1. Musiałem się z tym finałem ,, przespac”. Za długo się nie dało.
    Spróbuję tak : Kiedy Martin pyta Rusta w samochodzie , dlaczego w 2002 pozwolił sobie obic ryja bez walki, Rust mówi, że ,,każdy ma wybór” , że ,, by go powstrzymac, musiałby go chyba zabic” , i takie tam. Kłamie.
    Rust dał mu się zmłócic, bo chciał się ukarac, , że uległ jego żonie – a za to obwiniał wyłącznie siebie. Bo przekroczył granicę, którą bardzo jasno sobie wytyczył i nigdy dotąd jej nie przeszedł. Odkąd utracił, to, co kochał, znalazł się w stanie upadku, który przyjął za swe terytorium, tak zewnętrzne ( egzystencja wyłącznie w otoczeniu niczym nie skontrowanego ludzkiego brudu ) jak i wewnętrzne ( odbijający to permanentny stan ducha ). Odgrodził się od wszystkiego , co DOBRE,po to , by tego ( u innych ) bardziej , lub mniej rozmyślnie nie zniszczyc. Nigdy nie zanegował dobra w swoim otoczeniu, przyjął jedynie , że to nie dla niego.
    Zadbał, by swoje zło eksterioryzowac wyłącznie na tych, którzy już są straceni ( wkręcenie poczucia winy Charliemu Lange, namawianie przesłuchiwanej morderczyni do samobójstwa, etc )
    ,, Chronic tę otaczającą mnie jasną stronę życia, po prostu w niej nie uczestnicząc . A może czasem uda się , że czyściec zatriumfuje nad piekłem”

    Takie poświęcenie , to dowód prawdziwej szlachetności, nie sztuka byc dobrym mając pozytywny obraz człowieka, tak w sobie, jak i przed sobą.
    W tym ciężkim do ogarnięcia stanie zimnej desperacji Rust Cohle osiągnął potężną samoświadomośc – nie mającą szans na pozytywne zrównozażenie na tym etapie w danym nam,doczesnym doświadczeniu.
    Dla tego , skoro zdecydowano się go ocalic, musiało to nastąpic na gruncie mistycznym ( stan Bardo ) , tam doświadczył potężnej energii miłości , zdolnej skontrowac jego chorą jażń i odbudowac zrujnowaną częśc ducha.
    Jakoś to się miało do buddyjskiego ,, leczenia niedoboru nadmiarem, i na odwrót” ., jak i manichejskiego zrównoważenia przeciwstawnych sił ( tu przez dodanie tej „jasnej” )
    Dla tej logiki, kupuję ten finał, ostatnia rozmowa jet prosta, prawie fatyczna, bo tu już nie miejsce na myślowe fajerwerki.
    To co ukryte i grożne i tak nie umarło. Carcosa ( o której dalej tak na prawdę nic nie wiemy ) będzie siedziec w głowie jeszcze długo.

    Ps. Carcosa , obecna w prozie Chambersa nie jest jego pomysłem. Została
    zapożyczona z prozy Ambrose’a Bierce’a . Żółty Król jest rozwinięciem postaci Hastura – boga natury , również z kart Bierce’a. Hastur pojawia się też u Lovecrafta, jako Ten, Którego Imienia Się Nie Wymawia.
    Carcosa, to mityczna kraina na granicy światów, swego rodzaju synonim śmierci.

    Lubię to

    1. Ja „logicznie” nie mam nic przeciwko zakonczeniu, czyli przeciwko temu ostatniemu dialogowi, w ktorym Hart nawija, ze ciemnosc ma zawsze wieksze pole dzialania, a Rust, ze swiatlo jednak wygrywa 🙂

      Mnie drazni przede wszystkim sposob rozegrania starcia w Carcosie przez scenarzyste. Ok, Rust ma wizje macicy wszechswiata, co w pewien sposob podkresla, ze znalazl sie w swietym miejscu, ktore nic sobie nie robi z xianskiej dychotomii dobra i zla, bo to w koncu poganska swiatynia. To, ze zostala zawlaszczona przez mordercow-pedofili to juz osobna sprawa, ale ludzie kochaja tego typu uproszczenia, wiec w ramach fikcyjnej historii to jest ok.

      Scena zaczyna mnie draznic w momencie, kiedy wkrada sie kiczowata hollywoodzka estetyka rodem z teen slasherow. Cohle wali kolesia z banki cztery razy, chociaz ten wlasnie nadzial go na 20-centymetrowy noz kuchenny, a potem zapewnia happy end celnym strzalem w potylice z parteru.

      Potem mamy to ADHD, dwa black outy i jeden fade out, ktore mozna by zamienic w piekne, enigmatyczne, a wciaz wymowne zakonczenie, ale Pizzolatto wybral klimat buddy movie, ktory ograbia wszystko z tego niewyslowionego piekna. Tresc tego dialogu jest przy tym dla mnie bez znaczenia, bo bohaterowie moga rozmawiac o dupie marynie – przeszkadza mi sam fakt, ze w ogole zostal napisany, jest papierowy i jakos kompletnie nie pasuje mi do calego serialu.

      Generalnie za Oceanem krytycy sa podzieleni mniej wiecej 70/30 z przewaga ocen negatywnych, ale duzo w tym czasem bezpodtsawnego hejtu typu „nie podoba mi sei serial, bo ostatnie 15 minut bylo do dupy”. Coz, jak napisalem, zakonczenia dramatow telewizyjnych rzadko satysfakcjonuja wszystkich.

      Lubię to

  2. Ta walka Cohle ‚a z morderecą nie jest taka do końca nierealistyczna. W takich momentach dostajesz potwornej adrenaliny – jest masa przypadków, jak goście podziurawieni, jak sita – teoretycznie śmiertelnie – dalej byli w stanie walczyc, dopóki im ktoś łba nie odstrzelił , albo nie zadał rany powodującej momentalny, potężny ubytek tkanki w żywotnym miejscu,
    Nie mówię, że ten finał mnie zwalił z nóg, bez przesady. Ale mogli to bez porównania bardziej zjebac i to na rózne sposoby. Tu jest raczej kwestia, że czegoś odpowiednio wyrazistego zabrakło, bardziej niedosyt ,niż żenada,
    Mnie w serialu poważnie wkurwiło co innego: akcja na melinie u Ledoux

    Lubię to

  3. No żesz kurwa : Rust trzyma Ledoux na muszce na podwórku, Marty wchodzi do chałupy i znajduje tam parę dzieciaków ; trochę zabiedzonych i wystraszonych, ale generalnie zdrowych, nie okaleczonych , nie jakieś storturowane zwłoki, czy coś.
    Wychodzi i bez wahania strzela Ledoux w łeb . Spoko, sam ma dzieci, jest wstrząśnięty, ale to go ni chuja nie tłumaczy z tak nieobliczalnej reakcji. Przecież tego typa oni namierzali w pocie czoła przez tyle czasu, tyle żmudnej roboty w to włożyli!
    On był do chuja głównym podejrzanym, a nie oskarżonym, był bezcenny, jako żywy, którego należało przesłuchac!
    Jak powinien był zareagowac Rust ? Powinien był wpaśc w starotestamentowy szał i sprzedac Marty’emu wpierdol stulecia, za zniweczenie całej ich pracy.
    A jak zareagował ? Nijak. W ogóle nie zareagował. Jakby się nic nie stało, jakby tak właśnie było w planie.
    Tuż wcześniej mieliśmy scenę, jak chłopaki zdają z tego relację przed wydziałem wewnętrznym i żenią kit o strzelaninie – opowiadają jakieś kocopoły, a my widzimy faktyczny obraz zajścia , a potem Rusta z kałachem który fabrykuje sytuację , jaką mają potem zastac ( łuski, ślady po kulach )
    To wszystko wyglądało jednoznacznie, jakby celowo chcieli zajebac Ledoux i jego funfla . DLACZEGO ? I tu zrobiło się szalenie interesująco, bo dla mnie to był ewidentny znak, że coś bardzo cennego zataili, coś, co będzie jeszcze jedną , a wychodzi na to, że pewnie najważniejszą tajemnicą tej historii. Wszystkie dotychczasowe rozmowy, zdarzenia, monologi, znaki , straciły jakikolwiek grunt pod nogami, wszystko już w tym momencie mogło miec drugie dno albo więcej. Po tym piątym odcinku byłem podjarany, jak nigdy.
    I co się okazało ? Nic. Po prostu scena bez znaczenia, przeszli nad tym do porządku dziennego. Jak dla mnie , tragiczna niedoróba.

    Lubię to

  4. Mnie też się wydawało, że ta scena będzie miała jakieś znaczenie, ale oglądając finałowy odcinek zupełnie o niej zapomniałem. Podobał mi się finał, żadnego pieprzenia ani zbędnych wątków, tylko prawdziwy thriller. Warto było na to czekać. Podobno w sezonie drugim będzie para mieszana (kobieta i mężczyzna). Ciekawe, kto wystąpi.

    „Cohle wali kolesia z banki cztery razy, chociaz ten wlasnie nadzial go na 20-centymetrowy noz kuchenny, a potem zapewnia happy end celnym strzalem w potylice z parteru.”

    Przypomniał mi się film „Raid: Redemption”, podczas finałowej walki jeden z wojowników został dźgnięty jakimś ustrojstwem w szyję, ale to go nie osłabiło, nadal wściekle walczył 😉

    Lubię to

  5. Krótko: dla mnie finał na plus. Do scen z artykułu dodam wizytę rodziny u Marty’ego. IMO jedna z najmocniejszych scen w serialu. Możemy sobie tylko wyobrażać co się dzieje w jego głowie, ale to wygląda jakby zdał on sobie nagle sprawę z tego co tracił przez te wszystkie lata. Emocjonalna miazga.

    Lubię to

    1. Ja widze przynajmniej cztery opinie krazace po Internecie, ktore mozna strescic tak:

      1.) Serial byl zajebisty dla niektorych do piatego odcinka, a potem zszedl na psy
      2.) Serial od poczatku byl slabiutki
      3.) Serial byl do konca doskonaly
      3.) Serial byl doskonaly, dopoki Cohle’a nie nadziano na noz, po czym zmartwychwstal w szpitalu, by nawrocic sie na jasna strone mocy

      Osobiscie nie uwazam, zeby mozna bylo skreslac „True Detective” w calosci, bo scenarzyscie – debiutantowi, zanznaczam – nie udalo sie zadowolic wszystkich i napisac zakonczenia w taki sposob, zeby ladnie zwiazywal wszystkie nitki.

      Dygresja, „Czas apokalipsy” w swoim czasie krytykowano za to, ze „trzeci akt” byl za bardzo „rozmyty”, a minal czas i film sie broni w calosci…

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s