Wolny strzelec (2014)

alternative-poster-nightcrawler-2014

Jake Gyllenhaal ma być może połowę urody Ryana Goslinga, ale dwa razy tyle talentu aktorskiego, co udowodnił już wiele razy, na samym początku swojej kariery w kultowym Donnie Darko, a niedawno w surrealistycznym thrillerze Wróg, który pozostaje jedną z najlepszych egzekucji kina gatunkowego ostatnich lat. Jednak w Wolnym strzelcu aktor dopiero idzie na całość, pokazując wszechstronność godną Anthony’ego Hopkinsa, Ala Pacino czy Roberta De Niro, poprzez zagranie roli, którą każdy szanujący się aktor musi odwalić obowiązkowo: roli psychopaty!

Jego kreacja, Lou Bloom, to potrójna krzyżówka legendarnego bohatera Chłodnym okiem – który już w pierwszych minutach filmu Wexlera okazuje się reporterem wolącym najpierw sfilmować spektakularną śmierć, a dopiero potem myślącym o wzywaniu karetki pogotowia – Kierowcy (z filmu Hilla o tym samym tytule) oraz autystycznego niemal szaleńca w stylu Martina z Twisted Nerve (kultowego brytyjskiego thrillera z 1968), co świetnie skutkuje przy doskonałym scenariuszu i bezbłędnej, choć stylistycznie mało wyrazistej reżyserii Dana Gilroya, dla którego film ten pozostaje debiutem (wcześniej pisał on głównie scenariusze do romantycznych komedii).

Ale tu leży właśnie oryginalność tego strzału, bo reżyser nie posiadając żadnego stylu (to nie podlega dyskusji), tworzy na poziomie technicznym Paula Thomasa Andersona. I nawet jeśli ciężko oprzeć się wrażeniu, że Wolny strzelec (oryg. Nightcrawler, czyli bardziej owad niż człowiek, tj. Mucha Cronenberga) to pewnego rodzaju ćwiczenie reżyserskie (bo inaczej być nie może w debiucie), akcja filmu wciąga jak cholera, a ciągle podtrzymywane napięcie sprawia, że człowieka zaczynają pożerać nerwy, jak na horrorze Wesa Cravena.

Lou centralizuje akcję prezentując zestaw bardzo nieziemskich cech – czyt. przejawiając pełen zespół osobowości psychopatycznej – które czynią z niego fascynujące zjawisko do oglądania. Ale jest to psychopata nieszczególnie oddany zbrodniom, a bardziej biznesowi, który przyciąga zwyroli w takim samym stopniu co seryjne morderstwa czy polityka (o czym napisałem wyczerpująco tu). To, jak manipuluje osobami wokół siebie i jak zręcznie rozpoznaje przeciwników i sprzymierzeńców, podane zostaje w formie psychologicznego teatru, co odsyła do Psychozy, Milczenia owiec i Dextera.

Tak, jest tu faktycznie dużo telewizji, co wygląda jednak bardzo naturalnie, gdyż akcja rozgrywa się w środowisku mediów, które pozostają trudnym tematem do sfilmowania, przez co były one eksploatowane w Hollywood, jak i poza nim, bardzo rzadko, głównie przez kino autorskie. Oprócz wspomnianego Chłodnym okiem, największym klasykiem pozostaje tu kultowa Sieć Sidneya Lumeta, a w dalszej kolejności Wideodrom Cronenberga czy Truman Show (fantastyczny powrót Petera Weira po latach).

W Wolnym strzelcu telewizja zostaje potraktowana jednak dosłownie, gdyż w filmie pojawia się trójka aktorów grających w jednym z najlepszych seriali wszech czasów, czyli Mad Men! Podobnie było zresztą także w Drive, którego poziom podbiło pojawienie się Bryana Cranstona (Breaking Bad) i Christiny Hendricks (Mad Men). Gilroy również wydaje się bliższy małemu ekranowi ze względu na sposób filmowania i prowadzenia akcji – jego debiut to w zasadzie skompresowany serial autorski, przykuwający uwagę widza bardziej zagadkami i grą charakterów niż brutalnymi akcentami.

A film ten to zasadniczo thriller psychologiczno-insajderski, historia szybkiej kariery zawodowej Lou, który zaczynając od drobnych numerów (rowerek tu, kawałek płotu tam) nagle odkrywa, co naprawdę powinien robić, śledząc bezwzględną pracę lokalnego wideo-freelancera zajmującego się nagrywaniem wypadków samochodowych i scen zbrodni. Ale choć Lou ma o wiele mniej skrupułów od 99% ludzkości (jakkolwiek zakłamana by ona nie była), odkrywa bratnią duszę wśród pracowników lokalnej stacji telewizyjnej… panią dyrektor programową sekcji informacyjnej.

I tu dzieło Gilroya pokazuje swoją prawdziwą siłę. Na żer dostajemy kąski niemalże na poziomie wspomnianej Sieci, obrazki z życia ludzi mediów, które pokazują jak bardzo jest to biznes bazujący na najniższych instynktach, uzależniony od statystyk oglądalności. I nawet jeśli nie jest to temat specjalnie odkrywczy, jego niebanalne potraktowanie sprawia, że całość zyskuje ambitny ton. Gilroy nie opowiada bowiem tylko o karierze psychopaty, ale portretuje również pewną rzeczywistość, do której wielu ludzi nie ma na codzień dostępu.

Telewizja jako siedlisko takich samych zwyroli jak seryjni mordercy, którzy zamiast zabijania manipulują ludźmi za pośrednictwem teleodbiorników, to oczywiście bardzo ciekawa wizja, pozwalająca na wiele zarówno reżyserowi, jak i aktorom. Bo jeśli dotykamy piątej władzy, wchodzimy w świat bardzo silnych charakterów, które muszą być silne, żeby wytrzymać wyjątkowo silną presję, która z kolei weryfikuje, czy są one wystarczająco silne, żeby pracować w tym zawodzie… i dlatego odsetek psychopatów na wyższych stanowiskach w mediach jest bardzo wysoki.

Pani dyrektor programowa zasadniczo nie jest lepsza od Lou, który rozpoznaje to z bomby i przynosi jej dokładnie to czego żąda, oczywiście za wyznaczoną cenę. Lou ponadto zatrudnia jako swojego asystenta młodego chłopaka bez żadnego doświadczenia i żadnej inteligencji, a więc żadnej przyszłości, który wraz z rozwojem akcji staje się jego sumieniem i lustrem, pokazującym z jakim psycholem mamy tak naprawdę do czynienia. Koniec końców to właśnie brak człowieczeństwa uniemożliwia Lou jakąkolwiek przemianę, bo psychopatia to choroba, która nie podlega romantycznym transformacjom.

Ten żelazny wątek psychologiczny stanowi o dużej sile filmu, który ogląda się również częściowo jak obraz samochodowy z lat ’70 w stylu Kierowcy (nie da się mówić o artystycznym kinie gatunkowym ostatnich kilku lat nie mówiąc o tym filmie). Styl filmowania odbiera nam jednak pełen rytuał uczestniczenia w unii człowieka i maszyny, która była podstawą old schoolowego kina na czterech kołach. Nie jest to faktycznie najmocniejsza strona tego dzieła, które znacznie więcej ma do zaoferowania w sferze charakterologii.

Muzycznie też nie ma fajerwerków, ale na szczęście Gyllenhaal tak pochłania uwagę, że człowiek się jakoś specjalnie na tym nie skupia. Elektro, które gra sobie w tle, jest na tyle dobre, że nie burzy skupienia, a to wystarcza, żeby chłonąć film bez zakłóceń. Macie ochotę na coś nietypowego, nieprzeciętnego i dającego pełną satysfakcję z oglądania? Coś co dodatkowo zawiera sporą dawkę czarnego humoru, który eksploduje na samym końcu? Na Wolnego strzelca naprawdę warto poświęcić czas, bo szerokie czoło Lou pozostanie z wami jeszcze przez długi czas po tym, gdy polecą napisy!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Nightcrawler
Produkcja: USA, 2014
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films
Ocena MGV: 4,5/5

12 myśli nt. „Wolny strzelec (2014)”

  1. Nie za bardzo podkręcasz notki Conradino? Z całym szacunkiem, ale na takie oceny zasługują There will be Blood czy No Country for Old Men z ostatniego dziesięciolecia. Z twojej recki wynika, że to mało odkrywczy film bazujący przede wszystkim na dobrym rzemiośle i bardzo dobrej grze aktorskiej jednego aktora. 3,5 byłby sprawiedliwszym wynikiem.

    Lubię to

  2. Na filmwebie oceniłem na 7/10, bo scenariusz nie do końca mnie przekonał, w dodatku ten nachalny dydaktyzm trochę razi po oczach i osłabia napięcie. Jednak oglądałem z zaciekawieniem, ciekaw byłem do jakich jeszcze podłości dopuści się główny bohater. Na pewno się nie nudziłem, mimo że to był czwarty, ostatni, film w maratonie sylwestrowym i niektórzy już zasypiali lub wychodzili z kina mając dość wrażeń. Najważniejsze atuty filmu to nocne zdjęcia i kapitalna (być może najlepsza w karierze) kreacja Jake’a Gyllenhaala – to głównie dzięki nim Dan Gilroy zaliczył ten sprawdzian na czwórkę.

    Lubię to

    1. A widzisz, ja ma calkiem odmienna opinie. W filmie nabardziej urzekl mnie scenariusz, nawet bardziej niz rezyseria, ktora byla nieprzecietna, bo material byl nieprzecietny, a najmniej zdjecia i muza – obydwa elementy uznalbym z najgorsze w calym filmie. Co „Strzelca „jednak ciagnie w gore, to rewelacyjny, mroczny klimat i doskonale kreacje aktorskie (te drugoplanowe tez sa niezle). Pomaga tez czarny humor, gadki wyjete z ksiazek typu „Szamani zarzadzania” itp., czy sam fakt, ze glowny bohater nikogo nie zabija, bo to czyni film oryginalnym. Moim zdaniem czolowka zeszlego roku gatunkow!

      Lubię to

      1. Dla mnie właśnie dialogi były najlepsze , a zwłaszcza kwestie głównego bohatera . On mówi strasznie specyficznym językiem. To było coś świeżego – on przez cały czas, nie wyłączając najbardziej zwyczajnych, bądż intymnych sytuacji nieprzerwanie leci jakimś takim neobarokiem z kursów marketingowych dla średnio zaawansowanych , a Jake to świetnie odgrywał . I nikogo wokół taka ekspresja nie dziwiła ani nie odrzucała, jako coś nienaturalnego i komicznego – wręcz budziło to swego rodzaju respekt i posłuch. Co świadczyło o tym, jak pojebany jest świat ,który chce sam siebie oglądać okiem takich ,,pejzażystów”.

        Lubię to

  3. tak się zastanawiam nad tym Jake’m i dochodzę do wniosku, że nie miał szczęścia w otrzymywanych scenariuszach i prócz wspomnianego Donnie Darko nie pokazał zbyt wiele w warsztacie aktorskim. Co by jednak nie mówić, to i tak dalej jedna liga niżej od Bale’a czy młodego Pattinsona. Niestety, może i ma dobry warsztat, ale powyżej pewnego nie jest w stanie podskoczyć. Intelektem nie poraża, brak w nim teatralności, i przede wszystkim emocjonalnego zaangażowania do swoich ról. Wybacz Conradino, Gyllenhaal to dalej mało znaczący no name na rynku. Chcesz czarnego charakteru z krwi i kości to sprawdz serial Fargo.

    Lubię to

    1. Panie Szeremeta ekhe he, pierdolisz jak potluczony. Owszem, Bale jest dobrym aktorem, czy raczej byl, bo po sukcesie „American Psycho” wynurzyl sie dopiero w 2010 w drugoplanowej roli w „Fighterze”, za ktora dostal Oscara. Przypadkowo, takze Gyllenhaal zaliczyl duza przerwe pomiedzy swoja pierwsza wazna rola, a ostatnimi sukcesami, do ktorych jak najbardziej zaliczylbym „Strzelca”, bo to chyba jego labedzi spiew, ktory byc moze bije nawet role Bale’a z „American Psycho”, a na pewno nie jest to rola gorsza!

      Mlody Pattinson? Wolne zarty? Co on zrobil takiego nieprzecietnego przed „The Rover”? Mam nadzieiej, ze nie myslisz o roli krwiopijcy z „Twilight” 🙂 Wiesz, co jest pieknego w kinie? Ze to troche jak sport i przy dobrym zaparciu, ciezkiej pracy i minimum talentu niemal kazdy aktor moze nagle stac sie objawieniem tj. Gyllenhaal w tym filmie. Obejrzec bys go mogl, bo to generalny update jego persony!

      „Fargo” mi sie nie podobalo… glowna rola ssie pale!

      Lubię to

  4. Christian Bale rozkurwił system przede wszystkim w ,, Harsh Times” Davida Ayera 2005 i to jest imo jego rola życia , a że ten doskonały film przeszedł bez echa, to przykład jawnej niesprawiedliwości losu ; takiego studium spierdolonego umysłu żołnierza jednostki specjalnej , który wraca do cywila , chyba w kinie nie było .
    Gyllenhaal był świetny w ,, Zodiaku” i w ,, Enemy” , rola w ,, Nightcrawlerze” jest zupełnie inna, co tylko obrazuje , jak rozległą paletą środków on operuje. Może odległe skojarzenie, ale mi się od razu przypomniał młody Malcolm McDowell z ,, O’Lucky man” Lindsaya Andersona .

    Lubię to

  5. A ja powiem że główny trzon fabuły też mnie jakoś nie zaskoczył, takie trochę od zera do bohatera bo koniec końców historia dla głównego bohatera kończy się happendem. Mnie najbardziej urzekły wszystkie te rzeczy wokół, nocne życie miasta i służb porządkowych, scena z bandytami, inni strzelcy i w końcu praca telewizji, manipulacja faktami czy traktowanie ludzkich tragedii jak towaru który trzeba sprzedać. Kreacja głównego bohatera świetna a i plastycznie film jest ciekawy choćby scena w studiu z panoramą Los Angeles w tle. Na filmwebie przyznałem 8/10 🙂 Obrodziło dobrymi filmami w tamtym roku.

    Lubię to

  6. ło widzę, że ktoś tu chyba zapomniał o Mechaniku gdzie dosyć skrajnie zaangażował się do roli wycieńczonego fizycznie robola z fabryki hodujący omamy na własne życzenie. W tym akurat przypadku poszedł na całość, ale grając na pół gwizdka u Nolana w Prestiżu zjadł swojego rywala już na wstępie. Dla mnie Bale to człowiek demolka, gigantyczny charakter, awanturnik i bardzo duży talent co przy drewnianym Jake’u potulnym chłopcu z sąsiedztwa nie stoi nie ma jak przyłożyć miary. To tak jak porównać misia polarnego do diabła tasmańskiego.
    Pattison ładnie zagrał u Cronenberga szklanego emocjonalnie młodego yuppie, który widzi świat z wygodnej i bezpiecznej pozycji dzięki własnym zdolnościom i wytężonej pracy. Taki świetne zobrazowanie nowego trendu gdzie młodzi krwiożerczy biznesmeni spuszczają skrupuły do deski klozetowej czytając przy Sartre’a. Kto tego nie widział to jest po prostu biedny intelektualnie i uczuciowo. Peace.
    PS. Obczaj ”Lombardzistę” Lumeta. Nie pożałujesz.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s