Birdman (2014)

birdman-michael-keaton-movie-2014-poster

Czy superbohater może być aktorem, którego dni sławy już dawno minęły? Hm, mimochodem przypomina mi się słynny tekst Tarantino o Supermanie, który tym się różni wg niego od innych superbohaterów, że jest jedynym superbohaterem, który przebiera się za człowieka. Inni to zwykli ludzie, którzy dopiero w jakimś momencie stają się superbohaterami. W Birdmanie znajdziemy pierwszą zaangażowaną (politycznie?) próbę sportretowania tej komiksowo-filmowej manii – rozpętanej na całość w poprzedniej dekadzie – jako problemu, obrócenia jej w satyrę czy parodię.

Alejandro González Iñárritu (21 gramów, Amores perros, Babel) pyta gdzie leży przyczyna tego, że doskonali aktorzy nagle zaczynają się popisywać w głupawych filmach bez żadnych zalet artystycznych i często kończą karierę na takim poziomie? I choć nieszczęśliwie udziela na to szybko oczywistej odpowiedzi: pieniądze i popularność, która psuje nieco odbiór filmu – co razem z rzucanymi w twarz bon motami, zniża go czasem do poziomu Ironmana 3 – oferuje bardzo ciekawe studium dwóch charakterów z aktorskiego światka, fascynująco odegranych przez Michaela Keatona i Edwarda Nortona.

Ten pierwszy gra aktora Riggana Thomsona, którego absurdalne imię idealnie pasuje do absurdalnego charakteru, zbudowanego na schizofrenicznej walce pomiędzy artystą ambitnym, a superbohaterem. W istocie, Thomson sam wybrał życie superbohatera, który lewituje, lata, przenosi i rozbija w drobny mak fizyczne obiekty siłą woli, za co musiał jednak zapłacić kpiną i brakiem prestiżu ze strony swoich kolegów, krytyków filmowych oraz politowaniem ze strony członków własnej rodziny. Riggan nie był ani dobrym ojcem, ani dobrym mężem, był za to dobrym superbohaterem – Birdmanem!

Jego przeciwieństwo to Michael Shiner, grany przez genialnego Edwarda Nortona (Podziemny krąg, Więzień nienawiści, Moonrise Kingdom), aktora na planie słynnego z tego, że jest bardzo trudny w pracy i że potrafi grać skrajnie różne charaktery. Shiner jest filmową kopią charakteru Nortona, który w efekcie gra jednocześnie siebie i swój charakter. Najlepsze momenty filmu to te, w których dochodzi do starcia obydwóch postaci i mamy do czynienia z wybuchem emocji oraz pokazem zdolności aktorskich, które reprezentują dwie różne szkoły kunsztu.

Shiner to pełnokrwisty aktor metody w klimatach Instytutu Strasberga, które swoją drogą idealnie reprezentuje metodę Stanisławskiego przeniesioną na amerykański grunt, a Thomson to pełna mimetyka ozdobiona słabym talentem, co zasłaniał przez długi czas wybór komercyjnych ról, które zaprowadziły aktora na szczyty popularności. To zaś nieprzypadkowo sprawa paralelna z życiem samego Keatona, który jest pamiętany głównie za Batmana z 1989 i musi się tu personalnie mierzyć z prawdziwym wyzwaniem aktorskim.

Bo Keaton był zawsze uważany za aktora komercyjnego i jeśli ma zaliczyć comeback w wielkim stylu (Hollywood niczego nie kocha bardziej niż comebacków), to najwyższa na to pora. Iñárritu i jego dyrektor zdjęć, Emmanuel Lubezki (który swoją pracą podbił o stopień wyżej lekką i szmirowatą w zasadzie Grawitację) doskonale mu to zaś umożliwiają, używając bardzo długich ujęć w stylu najlepszych filmów Briana De Palmy (mistrza tych klimatów), które nie są do tego twardo cięte, ale „wyciszane”, rozmywane i przechodzą płynnie w kolejne sceny, co nadaje filmowi halucynogennego posmaku.

To zdecydowanie najmocniejsze strony Birdmana (czyli cnoty ignorancji), który ma też trochę bardzo ciekawych charakterów drugoplanowych, jak prawnik Thomsona czy królowa nowojorskiej krytyki filmowej, Tabitha Dickinson (grana przez gwiazdę Broadwayu, Lindsay Duncan – sic!). Słabiej jest ze scenariuszem, który lawiruje pomiędzy komedią i dramatem, nie do końca łapiąc równowagę formy mistrzów. Keaton ma też, co trzeba wyraźnie powiedzieć, lepsze i gorsze chwile, nie zawsze prezentując dobrą interpretację. Ale to częściowo zasłaniają surrealistyczne momenty, w których w wybladłej gwieździe odzywa się Birdman!

Ten wątek jest kluczowy i ciekawy, ale nie do końca chyba został rozciągnięty na wszystkie boki przez scenarzystę i reżysera – szaleństwo z czasem okazuje się przecież sprawą absolutnie centralną dla fabuły czy charakteru i powinno zostać maksymalnie wyeksploatowane, a tego nie widać. Doskonale Iñárritu połączył za to jazzowy soundtrack perkusyjny z dialogami Birdmana z aktorem,  w których superbohater upomina się o swoje prawa, zaniżając ambicję życiową i usprawiedliwiając ego.

Pojawiają się też alkoholizm i wyrzuty sumienia, ale że charakter Thomsona z czasem odpływa coraz bardziej w fantazje o byciu superbohaterem, co automatycznie niesie wątek komediowy, ale też dużo moralizatorstwa, mają one małe znaczenie. Charakter Nortona pokazuje przy tym równie ciekawe problemy, z których impotencja i niezdolność do niczego innego poza aktorstwem, zostały najbardziej wyeksploatowane. Trochę czasu ekranowego zajmuje też Emma Stone, która jakoś nieszczególnie przypadła mi tu do gustu, choć jej rola dawała pewne pole do popisu.

Jednak mimo tych mankamentów Birdman pozostaje dobrym filmem z ambicjami, nietraktującym swojej tematyki do końca poważnie, co Iñárritu podkreśla frapującą końcówką, o której znaczenie można się długo spierać. Prowadzić do niej mogła oczywiście znacznie bardziej enigmatyczna fabuła, co jednak nie do końca leży w stylu reżysera, który po raz pierwszy w ogóle podjął temat o takiej lekkości. Powiem tak, nie dałem się zwariować Birdmanowi, ale z wielu rzeczy miałem radochę i Oscara lub dwa ten film pewnie dostanie!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Birdman
Produkcja: USA, 2014
Dystrybucja w Polsce: Imperial CinePix
Ocena MGV: 4/5

2 myśli nt. „Birdman (2014)”

  1. Chcę to obejrzeć, podobno jest najlepszy z tych filmów, które nominowano w tym roku do Oscara. Edward Norton w latach 90. grał role mistrzowskie (Lęk pierwotny, Więzień nienawiści), potem już bywało różnie i „Birdman” chyba nie tylko dla Keatona ale dla Nortona również jest pewnego rodzaju come backiem. Ale ja tam na współczesnym kinie to się nie znam, więc może przesadzam. Na pewno będę się starał obejrzeć ten film przed oscarową ceremonią.

    Lubię to

    1. Wiesz co, najlepszy, najciekawszy, najbardziej wstrzasajacy etc., to sa pojecia mocno subiektywne, no i dla Amerykanskiej Akademii filmowej nominacje sa zalezne dodatkowo od wielu czynnikow tj. pozytywne nakrecanie ich przez producentow i dystrybutorow danego filmu.

      Dla mnie filmami roku sa „Boyhood” i „Grand Budapest Hotel”, ale tylu filmow nie widzialem, ze moglem wiele przegapic. Jednak „Birdman” to material oscarowy, bez watpienia i ta rola Keatona moze zostac nagrodzona, jak i zdjecia czy montaz.

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s