Głosy (2014)

the-voices-poster-2014

Są tacy aktorzy, którzy choćby ze wszystkich sił starali się wybierać role oryginalne i nierzadko odważne, to i tak kojarzą się raczej z gogusiami z komedii romantycznych i trudno na to cokolwiek poradzić. Cały świat miał tak do niedawna z Matthew McConaugheyem, a niektórzy wciąż tak pewnie mają z Bradleyem Cooperem, choć wiele wysiłku włożył on w odgrywanie szopów czy snajperów. Ja natomiast, wyznam szczerze, mam tak z Ryanem Reynoldsem.

Choć filmografia tego kanadyjskiego aktora jest raczej zróżnicowana (Pogrzebany, Amityville, Green Lantern), zawsze się dziwię, gdy widzę go w czymś, co nie jest dziełem pokroju Zakochanego mimo woli lub Wiecznego studenta. A jeszcze bardziej zdumiewa, gdy przychodzi zobaczyć Ryana Reynoldsa w Głosach, nowym filmie Marjane Satrapi.

Twórczyni uznanego Persepolis oraz Kurczaka ze śliwkami, obsadziła go tu w głównej roli, a sama występuje poniekąd jako podwójna debiutantka, gdyż nie dość, że zrobiła film w Ameryce – wcześniej robiła je raczej w Europie – to jeszcze po raz pierwszy ekranizuje scenariusz, którego nie jest autorką. Ten pochodzi z tak zwanej Black List, czyli listy, na którą trafiają godne uwagi, ale z różnych przyczyn niezrealizowane jeszcze scenariusze – stworzył go Michael R. Perry (Paranormal Activity 2).

Głównym bohaterem historii jest Jerry (Ryan Reynolds), mężczyzna sympatyczny, choć nieśmiały i w obejściu raczej dosyć dziecinny. Pracuje on w fabryce wanien (wygląda to na taki element dziwności wprost z wrażliwości indie, w przyszłości mający szansę umożliwić odkrycie tego filmu na imdb po tagu wanna), kocha się w pochodzącej z Anglii księgowej oraz choruje na schizofrenię. Mieszka sam, lecz w towarzystwie psa i kota.

Ten sam Jerry w końcu zbiera się jednak na odwagę i zaprasza dziewczynę na randkę do chińskiej knajpy. Fiona (Gemma Arterton) niestety go wystawia, ten ogląda więc samotnie występ chińskiego Elvisa i podróbki Bruce’a Lee. Ale że miasteczko jest zaiste niezwykle małe, na nieszczęście Fiony ich losy krzyżują się jeszcze tego samego wieczora i ta, choć pijana, przemoknięta, zmęczona, zmuszona jest zaprosić Jerry’ego na jakąś przekąskę.

Jadą więc samochodem do jakiejś przydrożnej burgerowni, kiedy niespodziewanie na maskę wskakuje im jeleń, który tłucze szybę, ledwo dycha i prosi bohatera: „dobij mnie”. Ten wyciąga więc nóż i spełnia ostatnią wolę zwierzęcia, co budzi prawdziwą żądzę krwi i wprowadza nas na znaną ścieżkę slashera. Ale siła Głosów polega na tym, że Jerry pozostaje w gruncie rzeczy bohaterem ujmującym – choć nieszczególnie bystrym – a Ryan Reynolds dwoi się i troi robiąc zabawne miny, więc trudno z nim nie sympatyzować.

Przekonująco pokazano również to, że każde następne morderstwo wynika z poprzedniego, można więc w gruncie rzeczy kibicować bohaterowi, aby jak najdłużej pozostał na ścieżce bezkarności. Taki obraz seryjnego mordercy zdarza się zaś we współczesnym kinie gatunków nieczęsto – zwykle trzymamy za niego kciuki raczej z czystej przekory, gdy jego ofiary stają się tak irytujące, że nie da się już na nie dłużej patrzeć.

Kolejną zaletą Głosów są kolory. Wszystkie barwy są jaskrawe i nienaturalnie intensywne, pożyczone raczej ze świata Katy Perry, niż z tak popularnych ostatnio instagramowych filtrów. Kombinezony w fabryce wanien są różowe, niebo niebiańsko niebieskie, a szminki dziewcząt mają wyraziste odcienie i są grubo nałożone. A to swoisty styl, bo gdy Jerry po swojej pierwszej zbrodni decyduje się pokawałkować ciało i umieścić je w plastikowych pojemnikach na żywność, nawet te obrzydliwe szczątki zostają ustawione równo, porządnie, w gruncie rzeczy elegancko.

Ponadto, kot i pies Jerry’ego chętnie komentują jego życie, często udzielają rad. Są jak diabełek i aniołek z kreskówek. Kot bez ogródek mówi to co myśli, nie certoli się i ze szkockim akcentem, niczym lalka brzuchomówcy, wypowiada wszystko, czego wolałoby się nie usłyszeć. Pies jest natomiast najlepszym przyjacielem człowieka i zawsze ma w zanadrzu ciepłe słowa dla swojego pana. „Nie martw się, przecież jesteś dobrą osobą” – mówi na przykład po kolejnym morderstwie. A wszystko to ma bezpośredni związek z tym, że ciąg wydarzeń serwowany jest z perspektywy głównego bohatera – ta jest oczywiście zaburzona.

Wdzięcznym motywem pozostaje również odcięta głowa. W wielu filmach pozostaje ona niewidoczna, ledwie zasugerowana, choć intryguje (Wariatka z Alabamy, Barton Fink, Siedem). Jednak głowa może też atakować pod wpływem demonicznych sił tych, których za życia kochała (Evil Dead 2). W niej gromadzi się również wszystko to, co potrzebne do odtworzenia osoby (They Saved Hitler’s Brain). Mieszkańcy południowo-wschodniej Azji wierzą zaś w istnienie demona Krasue, objawiającego się właśnie pod postacią latającej w powietrzu głowy, okraszonej trzewiami. Niekiedy kręcą nawet o tym filmy.

Nic to jednak nie ma wspólnego z nowym filmem Satrapi! W Głosach odcięte głowy gadają i zdarza im się niekiedy wpływać na decyzje głównego bohatera, choć w gruncie rzeczy działają jako kamuflaż. Mają na celu odwrócenie uwagi widza od tego, że numer z gadającymi zwierzakami już się wyczerpał i nie da się go dalej ciągnąć w niezmienionej formule. Do dowcipu należy więc systematycznie dokładać kolejne gadające głowy, trzymając kciuki, że rzecz nie straci tempa. To niestety nie do końca się udaje.

Sama Satrapi mówi, że nie zależało jej tu na zrobieniu tradycyjnego filmu gatunkowego i Głosy po trosze zdają się to potwierdzać. Jest wprawdzie seryjny morderca, ale jest też dużo żartów. Z tymi drugimi mam problem, bo choć zdarzają się i te rzeczywiście zabawne (prowadzona tuż przed wypadkiem rozmowa o czterech znanych z imienia biblijnych aniołach), niejednokrotnie odnoszę wrażenie, że ktoś tu za wszelką cenę próbuje olśnić, rozbawić i trochę po omacku mizdrzy się na wszystkie strony.

Niemniej, pomijając miałkość niektórych żartów, można przyjąć, że Głosy to po prostu komedia grozy (hybrydyzację tych dwóch gatunków usprawiedliwia wypowiedź reżyserki). A skoro tak, nie można mieć raczej pretensji o schematyczność autorskiej wizji schizofrenii, ale również (nie zdradzę chyba zbyt dużo) o musicalową końcówkę, która nie wszystkim może przypaść do gustu. Ogólnie, Głosy są zaskakujące, ale raczej z tego względu, że rzecz o gadających zwierzakach, w której gra Ryan Reyonolds i Anna Kendrick, daje się całkiem gładko obejrzeć. I choć jest to raczej ekscentryczny bibelocik, gdyby nań trafić gdzieś przez przypadek, może sprawić nieco radości.

Natalka Suszczyńska

 

Oryginalny tytuł: The Voices
Produkcja: Niemcy/USA, 2014
Dystrybucja w Polsce: M2 Films
Ocena MGV: 3/5

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s