Dolina Gwangi (1969)

the_valley_of_gwangi_1969_poster

Wkład, jaki miał w kinematografię oryginalny King Kong, jest ogromny, bo gdyby nie historia o wielkiej małpie, filmy przygodowe z potworami nigdy nie rozwinęłyby w pełni skrzydeł. A klasyczne kino przygodowe – które skończyło się w połowie lat 70-tych – pełne było wielkich potworów i prehistorycznych stworzeń, przywróconych do życia za pomocą przełomowej animacji poklatkowej.

Bazując na scenariuszu Ruth Rose, William Bast przeniósł wielkie gady z tropikalnej Wyspy Czaszki w pustynne tereny na południe od Rio Grande. Tytułowa Dolina Jaszczurki – Gwangi w języku Indian oznacza jaszczurkę – to zaginiony świat pełen wymarłej fauny i flory. Kiedy rezydujący w okolicy paleontolog Horace Bromley (Laurence Naismith) dowiaduje się o schwytanym miniaturowym koniku, wraz z kilkoma kowbojami postanawia dokładniej przyjrzeć się okrytej złą sławą dolinie.

Wyprodukowana w 1969 roku Dolina Gwangi to klasyczne kino przygodowe w najlepszym tego słowa znaczeniu. Film, choć prosty w swojej konstrukcji, zapewnia dużo zabawy prawie pięćdziesiąt lat po swojej premierze. Oczywiście, tylko pod warunkiem, że nie przeszkadzają wam archaiczne efekty specjalne, czy fabuła, będąca zrzynką z King Konga. Sam film jest zresztą remakiem zrealizowanego dziesięć lat wcześniej The Beast of Hollow Mountain.

Mimo tego, podczas seansu bawiłem się przednio, zwłaszcza gdy na ekran wjeżdżały piękne, oldschoolowe dinozaury. A do fanów wielkich gadów film jest głównie kierowany, gdyż zajmują one sporą część czasu antenowego. Są odpowiednio, płynnie animowane i wklejone w tło wielkich kanionów za sprawą Raya Harryhausena.

A Jeśli tego byłoby mało, mamy również tak pamiętne sceny, jak kowboje próbujący złapać wielkiego gada na lasso, ukręcanie łba pterodaktylowi, czy tyranozaur walczący ze słoniem podczas rodeo. Jest też krwiożerczy dinozaur, niczym King Kong na Broadwayu goniący wąsatych amigos po uliczkach Meksykańskiego miasteczka. Jedyne na co można ponarzekać w kreacji potworków, to na dźwięk jaki wydają. Zamiast ryków przypomina on syczenie rannego kota.

Aktorzy to głównie kowboje w kapeluszach i skórzanych kamizelkach, szczerzący białe zęby do kamery. Główną rolę męską, prócz wspomnianego doktorka, gra blondyn James Franciscus i ciężko mu cokolwiek zarzucić. Jest przystojny, ociekający testosteronem i co jakiś czas zarzuca cynicznym żartem do panoszącej się po planie piękności Gil Gloan. Mamy także duet tubylców, ślepą wróżkę i meksykańskiego karła, którzy przewidują przyszłość i przyczyniają się do tragicznego w skutkach finału.

Co jednak najbardziej zaskakuje to fakt, że film za bardzo się nie postarzał. Nagrany w ładnym Technicolorze, nie odrzuca swoją archaicznością, która staje się atutem i podkręca klimat popularnych w tamtych czasach westernów. To przede wszystkim film o Dzikim Zachodzie, w którym złodziei bydła zastępują dinozaury, a zamiast pojedynku w samo południe, mamy rodeo z dinozaurem w roli głównej.

Film Jima O’Connolly’ego niesłusznie pokrył kurz zapomnienia, bo dostarcza on solidnej porcji rozrywki. Fani klasycznego kina przygodowego powinni czym prędzej sięgnąć po Dolinę Gwangi, a cała reszta może rzucić okiem na to, jak kino zmieniło się na przestrzeni czasu, nie tylko w kwestii efektów specjalnych. Sam na seansie bawiłem się wyśmienicie, bo braki techniczne zastępuje tu pomysł, a oglądanie ganiających za kowbojami dinozaurów to czysta frajda.  Obraz nie przypadnie pewnie do gustu ludziom wychowanym na współczesnych blockbusterach pełnych CGI, ale czy dane im było usłyszeć kiedyś o starym, poczciwym Gwangi?

Oskar ‘Dziku’ Dziki

 

Oryginalny tytuł: The Valley of Gwangi
Produkcja: USA, 1969
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

2 myśli nt. „Dolina Gwangi (1969)”

  1. Chętnie bym to zobaczył, western + dinozaury to musi być niezła rozrywka. Słyszałem o tym fimie, Willis O’Brien, współtwórca King Konga, miał w planach ten film, ale nie zdążył go zrealizować (zmarł w 1962). Jego uczeń Ray Harryhausen (którego prace bardzo cenię) postanowił w hołdzie mistrzowi zrealizować ten projekt.

    Lubię to

    1. Szczerze polecam, sceny w której udział biorą kowboje jak i prehistoryczne bestie są naprawdę świetne. Oglądałem też ”prekursora” czyli ”Beast of Hollow Mountain” ale tamta produkcja niestety jest co najwyżej słaba. Ten film właśnie dzięki technikom Ray’a Harryhausena dla wielu stał się kultowy 🙂

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s