Czarny Czwartek: Schronienie jest tylko iluzją

Parę miesięcy temu miałem okazje uczestniczyć w seansie dwóch japońskich filmów: Cure oraz Snake in June. Oba traktowały o ludziach zamkniętych w wielkich metropoliach, którym współczesna cywilizacja przyniosła jedynie depresję rodzącą szaleństwo, nie pozostawiając im szans na ucieczkę.

Porównując to z otaczającą mnie rzeczywistością upadku, moje myśli szybko podążyły w kierunku muzyki The Body, stanowiącej soundtrack dla niezliczonych szarych dni i ciągłych speedowych zwałów.

Muzycy z Portland mówią wprost, że żyją w stanie ciągłej depresji, znajdując szczątkowe ukojenie swojej marnej egzystencji w lekach i muzyce. W większości przypadków kończy się na pustym wielosłowiu i marnym rehu, lecz nie w przypadku The Body… po kontakcie z tą muzyką stoisz sam, nagi, czując smród porażki.

Nieprzypadkowo, w ostatnim utworze No One Deserves Happiness, jak mantra powraca zdanie: „I will find you”, które idealnie koresponduje z fatalistyczną wymową ostatnich kadrów Cure i Snake in June.

Na album ten można patrzeć jak na ostatnie ogniwo, spinające łańcuch kolaboracji z Krieg, Thou, Sandworm i Vampillią. Muzycy eksperymentowali na nich z industrialnymi beatami, noise’owymi częstotliwościami oraz naginali granice post-metalu i RIO.

Równocześnie, w licznych wywiadach oddawali swoje niezwykle trzeźwe spojrzenie na współczesne gatunki muzyczne. Z zaciętością tępili bong bandy, retromanię, podkreślając zarazem awangardowość hip-hopu. Z charakterystyczną dla siebie, cierpką przewrotnością, swoją nową płytę opisali jako najobrzydliwszy popowy album w dziejach.

Ale choć duet z Portland nie ukrywa swoich fascynacji mainstreamowym brzmieniem, to swoje kompozycje buduje w oparciu o noise, toksyczny sludge i majestatyczny doom metal. Ich wizję popu wykrzywia więc nihilizm, chłodna pustka i zgnilizna depresji.

Głównym elementem pchającym No One Deserves Happiness w stronę mainstreamu są Chrissy Wolpert i Marlie Armstrong. Ich styl pokrewny jest zawodzeniu Beth Gibbons, epickim hymnom PJ Harvey, czy odurzającej melancholii Kate Bush. Ale tło dla ich lamentów nie ma zbyt wiele wspólnego z popową wrażliwością.

Minimalistyczne melodie i chłodne elektroniczne loopy wraz z rozwojem poszczególnych kompozycji zostają rozdarte i okaleczone. Potężne, zwaliste riffy koroduje noise’owy szum, a mechaniczne kanonady bitów i akustycznych perkusjonaliów dopełniają dzieła zniszczenia.

Lodowate brzmienie albumu wyostrza efekt całości, otwierając pole do dywagacji, czy jego pierwowzór tkwi w ascezie norweskiego black metalu, czy w magii trapowych bogów.

Bez wątpienia No One Deserves Happiness jest płytą, która najodważniej – na przestrzeni ostatniego roku – penetruje zacieniony obszar między metalowym brzmieniem, elektroniką, a noisem. Jej emocjonalny ładunek przytłacza odbiorcę epickim nihilizmem, po kontakcie z którym pozostają dwa wyjścia -”(..) death or mental institution”.

Jakub Gleń

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s