Wszystkie wpisy, których autorem jest conradino23

Redaktor bezczelny

Obejrzyjcie zwiastun do „Electric Dreams”, serialu opartego na prozie Philipa K. Dicka

Steve Buscemi, Anna Paquin, Terrence Howard, Vera Farmiga i Timothy Spall wystąpią w Electric Dreams, serialu-antologii wyprodukowanym przez Bryana Cranstona (Breaking Bad) i Ronalda D. Moore’a (Battlestar Galactica) dla australijskiego serwisu streamingowego Stan.

W Wielkiej Brytanii serial pokaże Channel 4, a reszta świata będzie go mogła oglądać dzięki Amazon Video. Nieznana jest jeszcze data premiery.

W oku tygrysa, czyli klimaty synthwave we współczesnych ścieżkach dźwiękowych

Lata 80-te nadal w modzie (spójrzmy na Drive, Kung Fury czy Stranger Things), ale w stronę ejtisów tęsknie spoglądamy nie od roku czy dwóch, tylko niemal od dekady. Nasza kultura w ogóle chętnie zerka do tyłu, z różnych względów i przy różnych okazjach – a to na lata 70-te, a to 90-te czy zupełnie wstecz (odwołania do kina noir są np. nieustannie obecne w kinie), jednak to estetyka czasów Karate Kid zdaje się obecnie nurtem szczególnie silnym.

Prawdopodobnie wszelkie retro znajdzie swoich odbiorców, bo retro zabiera nas stąd – z twardego, opresyjnego TERAZ – ku pięknym krainom TAM, GDZIEŚ, KIEDYŚ. Wywołuje przyjemną melancholię czy rozmarzenie. Twórcom pozwala też korzystać ze sprawdzonych wzorców, stając się w miarę bezpiecznym rozwiązaniem. Poza tym ułatwia dobrą sprzedaż, daje szansę na łatkę kultowości i erudycji.

Nie inaczej działają ejtisy, aczkolwiek ich witalność ciężko obecnie porównać z czymkolwiek innym. Lata 80-te to różne style, różne gatunki i zjawiska, ale najlepiej pamiętamy je za rzeczy proste. W kinie owa dekada to zarówno mroczne produkcje Johna Carpentera, jak i wesołe przygodówki w stylu Goonies. To i krwawy Robocop, i rubaszna Akademia policyjna.

Ejtisy miały też swój mrok, przemoc i poczucie zagrożenia, ale unikały przekombinowania. Łatwo streścić fabułę filmu z lat 80-tych. Pozostawały zrozumiałe nawet wtedy, gdy oglądałeś dany tytuł z niemieckim dubbingiem. Łatwo wyodrębnić w nim pozytywnych bohaterów.

Na pewno były to obrazy energetyczne – taki Kickboxer, Rambo czy Dirty Dancing przede wszystkim pobudzały. Sprawiały, że chciało się wzuć białe adidasy i obiec w nich kulę ziemską, nucąc Time Of My Life lub Fight For Love, czy jakikolwiek inny kawałek, który pozwoli, by krew płynęła szybciej.

Time Of My Life (Dirty Dancing)

Pomijamy tu oczywiście pozycje w stylu Nagiego lunchu, trzymając się głównego nurtu, który stanowił główny składnik nawozu dla młodocianej świadomości wielu z nas. Naczelnym przesłaniem ejtisów było: działaj, próbuj, idź do przodu. Oblatuj śmigłowce, wygrywaj turnieje, podrywaj blondynki i eksterminuj narkotykowe gangi. Nieważne, ile krwi, potu i wyrzeczeń będzie cię to kosztowało – rób swoje!

W latach 90-tych postmodernizm namieszał i wszystko stanęło na głowie. Plugawe zło i zbrodnia zalały ekrany! Tarantino ruszył ze swoją kawalkadą szemranych typów; Schwarzenegger zaszedł w ciążę, a Steven Seagal dał się wypchnąć z samolotu w dwudziestej minucie filmu – zabili go i nie uciekł! Potem kino stopniowo zaczęło gubić lekkość i szlachetną prostotę, by w końcu utknąć w sklepie z zabawkami powodującymi epilepsję i raka (Transformersy, Piraci z Karaibów i legion innych).

Być może dlatego lata 80- te „wracają” ostatnio naprawdę namiętnie, zewsząd i w dużej ilości. Twórcy mody, filmu, muzyki czy grafiki znów korzystają z patentów sprzed 40 lat. Mało tego, być może nawet ich nadużywają, jakby chcieli tę cytrynę wycisnąć do ostatniej kropli.

W muzyce zaroiło się od zespołów nawiązujących do Depeche Mode, New Order czy Pet Shop Boys. Na ulicach od ludzi ubranych tak, jakby właśnie opuścili plan Powrotu do przyszłości (tyle że mężczyźni zdążyli zapuścić wcześniej brody).

Nie bez znaczenia jest tu wpływ francuskiej sceny house, która z radością zaczęła żenić swoje tradycyjne brzmienie z wpływami muzyki lat 80-tych. To stamtąd trafił do głównego nurtu jeden z bohaterów tego tekstu – Kavinsky. Na modę zareagowało kino. Obrodziło tytułami z oldskulowym sznytem.

A że pojawiły się ejtisowe filmy, to muzyka do nich także musiała stać się retro. Jest to o tyle istotne, że filmowy ejtis – bardziej niż np. twór wzorowany na stylu kręcenia lat 70-tych – wymaga dopełnienia w postaci takiegoż soundtracku. Bo retro electro to dwa w jednym; aktywacja wzroku i słuchu, która umożliwia włączenie odbiorcy w tryb przyjemnej nostalgii.

Umówmy się, każdy filmowy ejtis musi być jak teledysk. Obraz i dźwięk muszą wytworzyć pewien szczególny nastrój, który odbiorca łatwo zdekoduje: rozpozna nawiązania, a jego świadomość przyjmie ten miks jako przyjazny i kojący. Możesz w owym dziele wykreślać dialogi, możesz uprościć fabułę, ale audio-wizualna otoczka ma wgryzać się w korę mózgową jak critter.

To nie musi być głębokie, ale zmysłowe i estetyczne, owszem. Poza tym senne i marzycielskie. Eskapizm i nostalgia jako podwójne uderzenie wprost w serce. Chwyty na granicy kiczu są dopuszczalne – ważne, żeby uwieść i porwać odbiorcę. Okazuje się, że połączenie ejtisowych obrazów z ejtisową muzyką potrafi przyciągać widzów i słuchaczy, jak dyskoteka Travoltę w Gorączce sobotniej nocy.

Perturbator – Technoir (feat. Noir Deco)

Youtube pęcznieje od klipów w klimacie synthwave. Kanały takie jak New Retro Wave zapewnią wam uderzeniową dawkę ejtisów. To nieoficjalne klipy do klasyków filmowych (choćby Terminator czy Robocop), gier komputerowych czy dzikie kolaże, łączące wszystkie smaki dekady – często towarzyszą im efekty świadczące o fascynacji technologią VHS czy maszynami marki Atari lub Commodore.

Niekiedy zamiast klipów oczy cieszy jakaś soczysta grafika z odpowiednio nasyconymi kolorami i błyszczącymi literami tytułu. Auta, plaże, piękne kobiety w bikini, silni mężczyźni na tle groźnie wyglądających miast; cyborgi, palmy, neony i wielkie gnaty; sam miód z pasieki lat 80-tych. Barokowa kaskada i zestaw cukierków w opakowaniach, które zaprojektowano bez cienia przypadku.

Timecop 1983, Com Truise, Perturbator czy Night Runner, Carpenter Brut i paru innych, to już uznani twórcy gatunku, którzy zbudowali swoje kariery na czerpaniu z wiadomej estetyki. Dla wygody nazwijmy ich neoejtisowcami. Podgryzają i wyszarpują swoje od klasyków lat 80-tych. Od gwiazd popu i dance po twórców muzyki do gier i klasyków soundtracku: Johna Carpentera, Brada Fiedela, Tangerine Dream, Jana Hammera, Harolda Faltermeyera, Vangelisa i wielu innych.

Neoejtisowcy nie tylko nie ukrywają, skąd czerpią inspirację, oni nią epatują. Bryzgają retro electro klimatem, zapożyczając się nierzadko u paru klasyków naraz. Chcą być kojarzeni z tym nurtem, a o przynależności do niego świadczą nazwy tytułów na płytach, krój pisma na okładkach i każdy element, z pomocą którego można podkreślić swoją przynależność.

Mitch Murder – Telefuture Theme

Mamy tu wiele smaków, jak w lodziarni. Kawałki zwiewne (Mitch Murder) i te z tłustszym bitem (Perturbator); bardziej romantic (Timecop1983) i ciążące w stronę mroku (GosT, który jest fanem metalu). Wielu neoejtisowców nagrywa ścieżkę dźwiękową do naszego wyobrażenia/wspomnienia o latach 80-tych, miksując wszystko ze wszystkim i bardziej dbając raczej o klimat całości niż oryginalność czy wymuskaną produkcję.

Otrzymujemy glitch, impresję i przyczynek do wspomnień na temat cudownego lata czy magicznego seansu z czasów, kiedy królowały radiomagnetofony. Twórcy ci zazwyczaj nie pracują przy tworzeniu profesjonalnych soundtracków do dużych produkcji. Zdarza się, że użyczają niekiedy gotowego kawałka do jakiegoś filmu, o czym będzie zresztą poniżej.

My jednak zajmijmy się pełnoprawnymi ilustracjami, które są współczesną egzemplifikacją synthwave. Weźmiemy pod uwagę zarówno muzykę ilustracyjną, jak i utwory śpiewane. Uwzględnimy i nowe kawałki, które tylko nawiązują do ejtisów, jak i stare, użyte jako składowa część współczesnych filmów.

Przyjmijmy, że interesująca nas ścieżka dźwiękowa musi wyraźnie nawiązywać do retro electro i wzbogacać względnie nowy tytuł. Nie oceniamy brzmienia muzyki na płycie, lecz jej funkcjonalność do spółki z obrazem – w myśl zasady “dwa w jednym” daje wyrób ejtisowy.

Szczególnie zwróciłbym tu uwagę na Johna Carpentera – pozostając reżyserem wielu świetnych, ikonicznych wręcz filmów, przeważnie pisał też do nich muzykę. W efekcie jest on dziś cytowany, miksowany i uwielbiany przez wielu twórców… w jakimś sensie to on właśnie stał się papieżem syntezatorowego retro!

Eksplozja ejtisów zaczęła się od filmu Drive Nicolasa Windinga Refna z 2011 roku, jednak coś wisiało w powietrzu już wcześniej. Rok przed owym boomem strzelali na ekranie Niezniszczalni, a po ekranach od lat kręcili się bohaterowie przeszczepieni z lat 80-tych – a to w remake’ach, a to kontynuacjach (Indiana Jones, Rambo, Freddy Krueger, Terminator i inni).

Tron Dziedzictwo (Soundtrack)

Pojawił się też obraz Tron: Dziedzictwo – sequel przeboju z 1983 roku. Istotną rolę w kontynuacji odegrała muzyka. Stworzyli ją członkowie grupy Daft Punk wraz z 80-osobową orkiestrą, łącząc ilustrację symfoniczną i elektroniczną. Wyszedł im specyficzny misz- masz, który w wielu miejscach zahaczał o stylistykę retro electro.

Francuski duet nawiązywał do brzmienia Jeana Michaela Jarre’a czy Kraftwerk, ale wpływy te zostały przygniecione ciężarem orkiestry, walcującej całość w dość klasyczne brzmienie muzyki filmowej. Płyta okazała się sukcesem.

W tym samym roku na ekrany zawitał The Social Network Davida Finchera. Obraz o powstaniu Facebooka zilustrowano brzmieniem jak z thrillera, o co zadbał Trent Reznor, na co dzień władający kultową formacją Nine Inch Nails, i niejaki Atticus Ross. Ambientowe plamy i industrialne trzaski spotkały się z dźwiękami rodem z 8-bitowych gier.

Nawiązania do ejtisów były oczywiste, ale nie stanowiły dominanty na albumie. Soundtrack wyróżniał się i udowadniał, że nie potrzebujesz wielkiej orkiestry dmącej w rogi, żeby zaciekawić widza/słuchacza. Film był przebojem, a muzyka Reznora zgarnęła Oscara. Z pewnością to unaoczniło widzom na całym świecie, że igraszki z ejtisami są teraz w dobrym tonie i to na wagę złota.

Trent Reznor And Atticus Ross (Soundtrack do The Social Network)

Ale to Drive Nicolasa Windinga Refna (inspirowany kultowym Kierowcą Waltera Hilla) sprawił, że tamy puściły. Obraz o kierowcy-kaskaderze prowadzącym życie na krawędzi i uczuciu rodzącym się między nim, a jego sąsiadką, był jednocześnie romantyczny i brutalny. Film – z uproszczoną fabułą, małą ilością dialogów – postawił na klimat i niedopowiedzenia. Zabrał widzów na wieczorną przejażdżkę w stylu neo-noir i nasycił serią estetycznych obrazków.

A dla Ryana Goslinga stał się tym, czym kiedyś Top Gun dla Toma Cruise’a. Refn ma ten sam zmysł, co lata temu miał Tarantino (Pulp Fiction) czy Michael Mann (Gorączka). Chodzi o tę alchemiczną zdolność łączenia obrazów i dźwięków, których wynikiem jest zawładnięcie wyobraźnią widza. Film urzekł widownię, a tego, zdaje się, jej brakowało. Hipnotycznego zapomnienia. Wciągnięcia w historię przez oczy i uszy.

Nie udałoby się to jednak nigdy, gdyby nie ścieżka dźwiękowa. Jest ona prosta i oparta na elektronice. Zapomnijcie o przeładowanej orkiestracji, kotłach, kanonadzie dźwięków, jak u Hansa Zimmera czy Johna Williamsa, rażących bezlitośnie patosem i próbujących z ciebie wyciskać łzy, jak pan Endo informacje z Riggsa w Zabójczej broni.

Ścieżka z Drive to rzecz pożeniona z wieczornym nastrojem, prosta forma mająca indukować bogate emocjonalne reakcje. Większość utworów stanowią kompozycje Cliffa Martineza – czołowego obecnie dostawcy ambientu w kinie i byłego członka Red Hot Chili Peppers. Kompozytor i tym razem stawia na stonowane elektroniczne tło, gładko wprowadzając widza/słuchacza w świat pełen zagrożenia i napięcia.

Ale to nie on, lecz trzy electro popowe piosenki pociągnęły ten soundtrack w stronę ejtisów i kultowego statusu, jakim obecnie się cieszy. Z drugiej strony gdyby nie sugestywne obrazy filmowego Los Angeles, owe kawałki (zgrabne, ale nic ponadto) nie stałyby się takimi hitami, a ich wykonawcy nadal gnieździliby się w niszy.

Piosenki Under Your Spell Desire i Real Hero College to romantyczny electro pop. Nightcall Kavinskiego to podobna konwencja, choć w nieco mroczniejszej tonacji. Wszystkie one brzmią, jakby powstały w melancholijny wieczór pełen powolnego żucia gumy i wpatrywania się w plakat Sylvestra Stallone albo przejażdżki w deszczu po mieście pełnym neonów.

Kavinsky – Nightcall (Soundtrack do Drive)

Ejtisowo brzmi też instrumentalne Ticks of the Clock Chromatics – zespołu, którego cała twórczość również skłania do melancholijnych nocnych eskapad (ostatnio mignęli w trzecim sezonie Twin Peaks, grając samych siebie i prezentując kawałek Shadow).

Dodatkowo dostaliśmy utwór Oh My Love Ritza Ortolaniego (doskonały twórca soundtracków do włoskiego kina sprzed dekad). Jest to jedyna emocjonalnie rozbuchana kompozycja na płycie, całkowicie instrumentalna, z klasycznie użytym wokalem; ot, urozmaicenie, szczypta czegoś “innego”, która jednak świetnie uzupełnia całość.

Ponownie Refn udowodnił że kocha szperać w różnych dekadach kina i wie, jak korzystać z tego, co znajduje. Zresztą już we wcześniejszym Bronsonie pokazał, że jeśli kręcić scenę dyskoteki w psychiatryku, to tylko przy dźwiękach Pet Shop Boys. Drive rozpalił wyobraźnię widowni, ale nie zaspokoił głodu. Trzeba było więcej ejtisów – więcej obrazów i muzyki. Fala ruszyła.

W tym samym roku pojawił się też thriller Następny jesteś ty, nawiązujący do kina “home invasion” i stojący w wyraźnej opozycji do blockbusterów. Obraz wskrzeszał ducha z czasów Ostatniego domu po lewej czy Nędznych psów. Towarzysząca mu muzyka to już czystej wody retro electro. Syntezatorowe bicze, psychotyczne pulsowanie, groźne buczenia i pogłosy dają w efekcie materiał kojarzący się z muzyką do pierwszego Terminatora, a także ze slasherami w stylu Halloween.

Oto smakowita elektroniczna kaźnia. Klimat zaszczucia i walki o przetrwanie został zaznaczony dobitnie. Praca nie była odkrywcza, ale skutecznie wspomagała pompowanie adrenaliny do krwi. Rok 2012 przyniósł film światu Maniaka – remake obskurnego thrillera z lat 80-tych.

W roli dewianta mordującego kobiety wystąpił Elijah Wood. Jego mroczną historię zilustrował artysta tytułujący się Rob, decydując się na syntezatorowe brzmienie – zawiesiste i ciemne. Efektem jest dynamiczna, pełna napięcia muzyka, praktycznie pozbawiona lżejszych momentów. Praca nawiązuje zarówno do dokonań Carpentera, jak i włoskiego zespołu Goblin (autorzy muzyki do Odgłosów Argenta i wielu innych klasyków grozy).

BSO – You’re Next (Soundtrack do Następny jesteś ty)

Wkrótce zaskrzyło się od kolejnych dokonań synthwave. Gość z 2014 roku – kolejny film reżysera Następny jesteś ty – czerpie z retro electro równie ostentacyjnie co Drive. Estetycznie jest to po prostu skok w czasie – do tyłu, w stronę hitów epoki VHS. Muzycznie to kanonada piosenek z epoki. Nie dość więc, że opowiadana historia jest jak żywcem wyciągniętą z wypożyczalni, to jeszcze podpiera się zestawem kawałków z epoki.

Od popu po alternatywę, ale – zgodnie z programem Michaela Manna – zawsze z wyczuciem. Kultowe Sisters Of Mercy, równie kultowe Siouxsie And The Banshees, Stevie B w pościelówie Because I Love You, pan Perturbator w kawałku Vengeance i wielu innych.

Różna stylistyka w służbie jednego celu: uwypuklić, podkręcić emocje i – paradoksalnie – stworzyć spójny klimat. To jedna z tych płyt, które przepadłyby jako “zwykła” składanka, ale mając za sobą silnie oddziałujący film, przyciąga jego widzów, którzy chcą jeszcze raz – przynajmniej muzycznie – przeżyć emocje znane im z seansu.

Kolejnym obrazem był Chłód w lipcu – mieszanka thrillera i kina akcji. W roli głównej wystąpił znany z serialu Dexter Michael C. Hall, który tym razem nie ma zabójczych skłonności, ale takiż look – ewidentnie ejtisowy – i Dona Johnsona do pomocy. Dawny Sonny Crockett z Miami Vice samą obecnością dorzucił swoje do retro klimatu. Oto kolejny przykład filmu, który opowiada prostą historię, kładąc nacisk na styl i napięcie.

Wyszła z tego bardzo solidna rzecz z ewidentnie ejtisowym sznytem. Obraz nie byłby tak elektryzujący i dynamiczny, gdyby nie jego ścieżka dźwiękowa. Jeff Grace – zazwyczaj zajmujący się horrorami – stworzył elektroniczny soundtrack, pulsujący poczuciem zagrożenia. Kompozytor nawet nie próbował ukrywać, ile zawdzięcza Carpenterowi. Praca do Chłodu w lipcu to – w przeciwieństwie do Gościa – muzyka ilustracyjna. Brak na niej piosenek.

Jeff Grace – He’s In the House (Soundtrack do Chłodu w lipcu)

Całość ciągnie syntezator brzmiący nieco jak w Coś czy Mgle. Poza kawałkami Grace’a znalazło się tu też miejsce dla jednego utworu Dynatron, który doskonale wypadł na ekranie. Wykonawca ten należy do posteejtisowych wyjadaczy pokroju Pertubatora czy Timecop 1983, więc doskonale zna konwencję.

Przejażdżka kabrioletem w rytm Cosmo Black z Johnsonem na pokładzie wskrzesza ducha Miami Vice. Soundtrack do Chłodu w lipcu nie stanowi rewolucji czy rewelacji, ale fanom wiadomej estetyki powinien zapewnić sporą dozę frajdy.

O wiele oryginalnej brzmi muzyka do horroru Coś za mną chodzi. Film znacząco wyróżnia się na polu współczesnej grozy. To swoisty hołd dla Carpentera i lat 80-tych, ale też kino zaskakująco poważne, bazujące na ciekawym pomyśle i efektowne. Obraz jest klimatyczny i nieoczywisty. Ucieka od serwowania krwawej młócki na rzecz zagęszczania napięcia.

Muzyka podążyła w tym samym kierunku. Artysta o xywce Disasterpeace stworzył soundtrack mroczny i unikający utartych ścieżek. Owszem, słuchać tu gdzieniegdzie Carpentera czy Martineza, ale twórca nie pozostaje zbyt długo w jednym miejscu. Znajdziemy u niego ambient, muzykę atonalną, zgrzyty, trzaski czy sporo pokręconej motoryki, mającej opisywać skrajne przerażenie.

Nie tylko lata 80-te, ale i 70-te (momentami brzmienie zbliżone do muzyki z obrazu Andromeda znaczy śmierć), jednak całość – pomimo dużego eklektyzmu – pozostaje spójna i świeża. Jest to jedna z tych prac, które świetnie spełniając kryteria ejtisowości, wielokrotnie też opuszczają tę szufladkę. Dla miłośników intrygujących ilustracji to rzecz nie do przeoczenia!

Coś za mną chodzi (Soundtrack)

Gdzieś na uboczu dużych filmowych wydarzeń pojawił się horror Gwiazdy w oczach (2014). Mocna niszowa produkcja przywodziła na myśl zarówno filmy Cronenberga, jak i Polańskiego. Film opowiadał historię początkującej aktorki gotowej na wszystko, by zostać gwiazdą, nawet jeśli ceną będzie rozpad ciała i psychiki. Tak deliryczne kino musiało otrzymać oczywiście odpowiednią oprawę.

Kompozytor Jonathan Snipes postawił na carpenterowskie brzmienie, chwilami pozwalając sobie na wycieczki w stronę Komedy z czasu Dziecka Rosemary – rzecz jasna, w wariancie synth. Wyszła z tego dość świeża, niepokojąca oprawa, która znacząco wzbogaca obraz.

Gwiazdy w oczach (Soundtrack)

W 2014 pojawiły się też kolejne efekty współpracy Trenta Reznora i Atticusa Rossa z Davidem Fincherem. Ścieżka dźwiękowa do Zaginionej dziewczyny ma w sobie pewien ejtisowy pierwiastek, ale jest to przede wszystkim elektroniczna tuba pełna różnych odniesień. Dominują na niej niepokojące plamy dźwiękowe i plumkania. Rzecz jest sugestywna, ale pozostaje raczej na marginesie naszych poszukiwań, bo prawdziwego retro nie ma tu zbyt wiele.

Za to prace Wojciecha Golczewskiego – Polaka, który po cichu i bez większego szumu tworzy oprawy muzyczne dla kina i świata gier – są już na tyle ejtisowe, że musimy się mu przyjrzeć bliżej. Golczewski – młody twórca zafascynowany elektroniczną muzyką i gatunkiem SF – zaczął od stworzenia ścieżki dźwiękowej do gry Linger in Shadows na PS3, a w chwilę potem trafił do kina.

W ciągu paru lat zilustrował kilkanaście tytułów filmowych (w grę wchodzą tylko tytuły zagraniczne, bo w Polsce jeszcze nikt nie wykorzystał jego talentu). Golczewski zadomowił się w ukochanym gatunku SF, horrorze i thrillerach. Projekty, w których bierze udział, często mają posmak retro (jak choćby inspirowane VHS-owymi horrorami Beyond the Gates z czy We Are Still Here z 2015, nawiązujące do twórczości włoskiego twórcy grozy, Lucia Fulciego).

Nieco bardziej znaną pozycją, przy której pracował muzyk, są Późne fazy człowieczeństwa z 2014 – udany obraz o wilkołakach. Golczewski stawia na proste, nieprzekombinowane brzmienia. Słychać tu – jakżeby inaczej – Carpentera, którego autor podobno ceni, ale zna dopiero od niedawna i nie na wyrywki, a poza tym Jarre’a czy Tangerine Dream. Jest w tej muzyce sporo naiwności i niemało uroku; warto śledzić dalsze kroki pana Golczewskiego.

Wojciech Golczewski – Being Human

W 2015 niedomówienia się skończyły: synthwave i cały ten kult wokół ejtisów to epidemia. Koronnym dowodem było Kung Fury – szwedzkie tornado pod postacią krótkiego metrażu. W trzydziestu minutach skondensowano tu taką ilość ejtisów, że antyfani tego okresu mogą zakończyć seans jako rozgotowany brokuł.

Film opowiada o niekonwencjonalnym, nieprzestrzegającym regulaminu, ultra skutecznym gliniarzu z Miami stającym do walki z Kung Fuhrerem – mistrzem kung fu i zła, znanym szerzej jako Adolf Hitler. Podróże w czasie, walki karate, dinozaury, nordycki bóg i wstawki animowane – to wszystko znajdziecie w Kung Fury.

Owa oda do ejtisów opakowana została w stosownie brokatowe szatki. Dajmy na chwilę odpocząć Carpenterowi; tym razem oprawa poszła w kierunku Faltermeyera, odpowiedzialnego za muzykę do Tango i Cash czy Fletch.

Mamy tu zadzierzyste, wesołe brzmienia ilustrujące bycie kozakiem i uber-gliną. Kawałki (wśród wykonawców dominuje Mitch Murder – neoejtisowiec) są niewyszukane i podobne do siebie, ale na ekranie robią dobrą robotę. Śpiewanym utworem True Survivor błysnął tu David Hasselhoff, trzymając poziom swoich wcześniejszych dokonań. Ta muzyka jest ostentacyjna i właściwie użyta, tak więc misja zakończyła się sukcesem.

David Hasselhoff (Soundtrack do Kung Fury)

W tym samym roku pojawił się jeszcze jeden hołd dla epoki – dłuższy, ale również ekscentryczny i ostentacyjny. Mowa o Turbo Kid, czyli Mad Maxie z bmx-ami. Kanadyjsko-nowozelandzkie postapo, które wyrosło z krótkometrażówki i uderzyło w widza nostalgiczną historią, dziką (acz niezbyt serio) brutalnością i nietypowym klimatem.

Film ma wyraźnie niszowy posmak, ale muzyka z niego to produkcja jak najbardziej profesjonalna. Kanadyjski zespół Le Matos przygotował koktajl oparty na inspiracjach Kraftwerk, Depeche Mode i Tangerine Dream. Jest raczej dynamicznie niż melancholijnie (pamiętajmy, sporo się w filmie gna na bmx-ach) i z pewnością atrakcyjnie dla słuchacza.

Moda na ejtisy nie ominęła także seriali. Stranger Things – przebojowa produkcja Netflixa – uderzyła skondensowaną dawkę retro. Serial gładko i zaskakująco naturalnie przeniósł nas w przeszłość. Akcja toczy się w latach 80-tych, a narracja przypomina filmowe hity z epoki. Muzyka postanowiła wskazywać ten sam kierunek, ale zrobiła to dwutorowo.

Po pierwsze, postarano się o zbiór odpowiednich piosenek. Clash, Joy Division, New Order , Peter Gabriel i wielu innych popularnych wykonawców, dobranych bez cienia przypadku, uświetniło liczne sceny z serialu, dodając do nich swoisty komentarz.

Głównie gitarowe brzmienia, ale także elektronika. Pop obok alternatywy – ramię w ramię i pożenione bez pudła. Głównie lata 80-te, ale także 60-te (The Doors i Jefferson Airplane). Powstał soundtrack równie retro i równie udany (i o zbliżonym klimacie), co ten z Donnie Darko.

Po drugie, do współpracy zaprzęgnięto też duet, który zadbał o muzykę ilustracyjną. Michael Stein i Michael Dixon z zespołu Survive to kolekcjonerzy syntezatorów. Używają sprzętu z lat 70-tych i 80-tych, będących celem ich eksploracji. Panowie mieli już wcześniej styczność z kinem – użyczyli dwóch swoich kawałków do filmu Gość, o którym było powyżej.

Na potrzeby serialu nagrali elektroniczną oprawę w swoim stylu. Co to oznacza? Jest mrocznie, tajemniczo, ale mniej klaustrofobicznie niż u Carpentera i bardziej przystępnie niż u Reznora. Artyści celują raczej w stylistyczne okolice Tangerine Dream, niż w klawiszową dyskotekę.

Survive płynnie łączą różne nawiązania i bez problemu utrzymują zainteresowanie słuchacza. Ich praca jest znacznie dojrzalsza niż wielu innych twórców, łasych na korzystanie z mody na retro, a z drugiej strony perfekcyjnie zestrojona z klimatem serialu.

Twórcy zostali zaskoczeni wielkim sukcesem własnej pracy. Ścieżka dźwiękowa, której Netflix początkowo nie chciał nawet wydać, okazała się hitem, a Survive stali się gwiazdami. Ciekawy zespół – znany dotąd niewielkiej garstce miłośników elektroniki – wypłynął na szerokie wody i aktualnie nie może sobie pozwolić, by na koncercie nie zagrać tematu z czołówki serialu.

Stranger Things – Full Main Theme

Popularność okazała się tak duża, że przez szał medialny twórcy mieli problem ze skończeniem swojej płyty RR7349, która nie będąc żadnym soundtrackiem, brzmi jak świetny soundtrack do nieistniejącego filmu z pogranicza grozy i SF.

W 2016 roku nastąpiło ponowne uderzenie Nicolasa Windinga Refna. Twórca Drive wraz ze swoim nadwornym muzykiem, Cliffem Martinezem, dali światu Neon Demon – obraz, który podzielił publiczność. Ta prosta opowieść o okrutnym świecie mody była tak przeestetyzowana, że dla jednych niestrawna, a dla innych zachwycająca. Muzykę powszechnie uznano za jeden z najważniejszych atutów obrazu.

Film bez tych dźwięków (i psychodelicznych zdjęć) nie miałby racji bytu. Cliff Martinez zaproponował ambient kojarzący się z Brianem Eno, Jarrem, Vangelisem. Zestaw pulsacji i niepokojących motywów wykreował odrealnioną atmosferę – gdzieś pomiędzy baśnią, a sennym koszmarem. Mamy tu zarówno igiełki grozy, jak i drony makabry.

Trudno stwierdzić, czy jest to bardziej klimat ejtisowy, czy może praca zahaczająca o lata 70-te. Dość powiedzieć, że Martinez jest tu w świetnej formie, szarpiąc nerwami widza jak szmacianą lalką. Poza tym prace tego autora zawsze łączy pewien eklektyzm, co oznacza, że nawet jeśli czerpie on z ejtisów, to łączy je w spójną całość z innymi wpływami.

Julian Winding – The Demon Dance (Soundtrack do Neon Demon)

Retro electro zadomowiło się także w świecie gier komputerowych. Duet Pover Glowe – neoejtisowcy – to dwaj panowie o pociesznych pseudonimach Michael Dudikoff i Michael Biehn. Są z Australii i dali się poznać światu dzięki kawałkowi Hunters do filmu Włóczęga ze strzelbą.

W pewnym momencie pojawiła się propozycja ze strony firmy Ubisoft – tytana świata gier. Chodziło o zilustrowanie dodatku do gry Far Cry 3. Panowie się zgodzili i wyprodukowali bardzo ejtisowy soundtrack do gry inspirowanej ejtisowymi filmami. Żeby było jeszcze bardziej ejtisowo, głosu jednej z postaci w grze użyczył Michael Biehn, znany z Terminatora czy Aliens.

Futurystyczna rozwałka bazująca na byciu twardzielem, pełna wybuchów i wymyślnej broni, to kwintesencja klimatu lat 80-tych. Wtóruje jej oprawa, która nie próbuje powalać oryginalnością, ale zagrzewać do walki i wykreować atmosferę radosnego eskapizmu. Płyta z muzyką z gry została wydana na płycie, co zdarza się coraz częściej, ale jeszcze nie tak często, jak w przypadku filmowych soundtracków.

I tu wrócimy do Johna Carpentera. Reżyser Coś i Halloween to bez dwóch zdań klasyk kina. Tytuły ten jednak nie ułatwiały mu pracy ostatnimi laty. Artysta miał problemy z tym, żeby się odnaleźć, już w latach 90-tych, a w nowym tysiącleciu nakręcił ledwie parę rzeczy – bez większego niestety sukcesu.

Wyglądo to tak, jakby jego twórczy potencjał, którym kipiał pod koniec lat 70-tych i przez całe lata 80- te, wyczerpał się. Z pewnością nie pomogły też inne czynniki, takie jak zmiana upodobań widza i brak zaufania ze strony producentów, którzy czuli, że autorski styl reżysera niekoniecznie musi owocować wielkimi kasowymi przebojami.

Jednak zamiast iść na emeryturę, reżyser postanowił zabrać się za muzykę. Nie po raz pierwszy, bo tworzył przecież (często do spółki z Alanem Howarthem) ścieżki dźwiękowe do swoich filmów. Carpenter wybrał syntezatory, bo pozwalały tanio produkować soundtracki.

Postawił na proste motywy muzyczne, chłodne i pulsujące grozą, i na tyle wyraziste, że obecnie stanowią wzór dla młodych twórców, i mają status absolutnej klasyki. Lata temu taki minimalizm w świecie muzyki filmowej miał posmak punkowego przewrotu.

Dziś także uwodzi prostotą i staje w ostrym kontraście do przeładowanych ilustracji, w których orkiestrowy patos lub inwazyjny elektroniczny wyziew świdruje nam mózgi na papkę. Za dowód żywotności tych dźwięków niech posłuży fakt, że ostatnio mieliśmy okazję usłyszeć motyw przewodni z Ataku na posterunek 13 w scenie orgii w Love Gaspara Noé.

John Carpenter – Night

Całkiem niedawno też Carpenter wziął do pomocy swojego syna i Daniela Daviesa (twórca muzyki do obrazu Ja, Frankenstein) i postanowił pobawić się klawiszami. Bez żadnego ciśnienia i na własnych zasadach stworzył płytę Lost Themes, którą wydała wytwórnia Sacred Bones (ta sama, która ma w katalogu muzyczne poszukiwania Davida Lyncha).

Brzmi ona jak przegląd ulubionych filmowych klimatów reżysera: horror, thriller, SF. Dominuje elektronika, pojawiają się też gitarowe riffy i organy – jak to zwykle u twórcy Mgły. Jest złowieszczo, trochę naiwnie i w starym stylu. I jakby czyściej niż w przypadku wykonawców z kręgu new retro – bez pastiszu, ostentacji, przeładowania.

Może dlatego, że Carpenter gra tu Carpentera, a nie Carpentera w sosie z Faltermeyera i muzykę rodem z Macgyvera oraz Airwolfa. Kto lubi styl reżysera, nie rozczaruje się. Płyta spotkała się z pozytywnym odbiorem, więc Carpenter stworzył jej kontynuację – Lost Themes 2, która okazała się kolejnym dobrym zestawem mrocznego grania.

Za Lost Themes wzięli się także muzycy alternatywni (JG Thirwell czy Silent Servant), nagrywając album Lost Themes Remixed. Wyszła z tego elektroniczna smoła – jest jeszcze mroczniej, wręcz piekielnie, i bardziej nowocześnie.

W końcu, dobiegający 70-tki reżyser postanowił uświetnić sukces trasą koncertową po Europie i U.S.A. Nie reklamując przy okazji żadnego konkretnego filmu, hipnotyzując chłodnym, motorycznym brzmieniem, rzucał na publiczność urok – dziwny wąsacz w otulinie z siwizny i za konsoletą, która przenosi w czasie.

A co będzie z ejtisami? Na razie mają się dobrze i nic nie wskazuje na to, by miały zniknąć z areny. Być może dlatego, że wielu obecnych 30-40 latków mających wpływ na świat filmu, muzyki czy mody funkcjonuje właśnie w trybie nostalgicznej tęsknoty za “tymi pięknymi czasami, kiedy wszystko było prostsze”.

I nawet jeśli w świecie muzyki filmowej ejtisy trzymają się raczej na uboczu, w okolicach niszy, ich obecność zaznacza się dość dobitnie. Są z całą pewnością rozwiązaniem ożywczym i energetycznym, dającym wytchnienie od zjełczałych orkiestrowych wycieczek pod Wagnera, co zdaje się obecnie dominować w głównym nurcie soundtracków.

Niemniej kultura jest kapryśna; łatwo się nudzi i niezmiennie szuka nowej krwi. Za jakiś czas ejtisy mogą uchodzić za towar drugiej świeżości. Ale nawet jeśli moda wyhamuje, to i tak sądzę, że będą wracać. Może inaczej niż w obecnej formie, może jeszcze mocniej zmixowane z innymi epokami, ale wróżę im liczne “comebacki”.

Prawdą jest bowiem, że łaknącą świeżego mięsa popkultura pędząc do przodu, zawsze spogląda też wstecz, a retro electro rzuca zbyt jasny blask, żeby pozostać jedynie bladym wspomnieniem. Podobno świat dąży ku coraz większej komplikacji, a otaczająca nas rzeczywistiść zdaje się potwierdzać tę tezę. Co to oznacza w kontekście ejtisów? Synthwave, guma do żucia i proste kino będą nam jeszcze potrzebne. Do zobaczenia na potańcówce w Tech-Noir.

Tomasz Bot

Hiszpańska marihuana nowym graczem na europejskim rynku!

Ostatnia dekada to prawdziwa rewolucja na europejskim rynku marihuanowym, która charakteryzuje się przede wszystkim rozwojem upraw outdoor na południu Europy, zastępujących holendersko-belgijskie uprawy indoor, podcięte przez wytyczne rządu holenderskiego w 2011, który radykalnie zwiększył kary za tego typu operacje.

W efekcie, produkcja marihuany, która zasilała kiedyś dużym strumieniem kraje północnoeuropejskie (w tym Polskę), zeszła do głębokiego podziemia i stała się towarem deficytowym.

W odpowiedzi dużo z państw UE przestawiło się na własną produkcję lub import z innych krajów, wśród których rządzi dzisiaj Albania, eksportująca marihuanę głównie do Włoch i krajów bałkańskich, ale ostatnio również do Belgii i Holandii. W 2016 albańska policja przechwyciła 30,16 ton marihuany i wyrwała z korzeniami 2,5 mln roślin, co standardowo przekłada się na 10-20% produktu wprowadzonego na rynek.

Albańskie operacje to jednak przede wszystkim fabryki pieniędzy dla operujących w tym kraju gangów, które nie są zainteresowane rozwijaniem technik uprawy czy poprawą jakości uprawianego produktu, jako że handlują także heroiną, ludźmi, bronią i wieloma innymi rzeczami.

Organizacje te ponadto muszą nieustannie czuwać nad swoimi wielohektarowymi uprawami z powodu coraz intensywniejszych nalotów albańskiej, macedońskiej i włoskiej policji, chroniąc swój biznes uzbrojonymi po zęby oddziałami najemników i łapówkami. Przykładowo, w kwietniu tego roku 25 albańskich celników i policjantów zostało aresztowanych za korupcję związaną z przemytem marihuany, a jest to zaledwie czubek góry lodowej.

W tym samym czasie wysoki procent zapotrzebowania na produkty z konopi w EU zaspokaja import z Maroka, które pozostaje największym producentem haszu przesiewanego na świecie, gdzie uprawa konopi jest nielegalna, ale tolerowana z powodu niedostatków innych gałęzi gospodarki.

I tu pojawia się Hiszpania, przez którą przechodzi przynajmniej 70% haszyszu przemycanego z Maroka do krajów UE, gdzie w ostatnich latach pojawia się jednak coraz większy popyt na wysokiej jakości kwiatostany i koncentraty (BHO, rosin), co skutkuje eksplozją małych i dużych upraw konopi!

Rynek ten zaistniał zaś z tego powodu, iż nawet jeśli komercyjna uprawa konopi i sprzedaż marihuany pozostają w Hiszpanii nielegalne, jej konsumpcja i posiadanie, a także uprawa konopi na własny użytek zostały zdepenalizowane na mocy wyroku Sądu Najwyższego w październiku 2001 i lipcu 2003, co otworzyło drogę eksplozji społecznych klubów konopnych, operujących bez zysku na zasadzie składek członkowskich.

Konsumpcja BHO

Kwestią do tej pory nieuregulowaną pozostają uprawy klubowe, które wciąż prowadzone są pół-legalnie i mogą być w każdej chwili zlikwidowane przez policję! W praktyce kwestia upraw konopi i dystrybucji marihuany w ramach klubu zależy od lokalnych władz (Hiszpania jest państwem mocno zdecentralizowanym z rozwiniętą administracją lokalną) i sądów, które mogą interpretować prawo, jak im wygodnie, ale coraz częściej uniewinniają klubowych plantatorów.

Obok klubów konopnych i upraw na własne potrzeby, będących korzystnym efektem liberalizacji prawa, Hiszpania przeżywa także w ostatnich latach boom seedbanków (biznesów specjalizujących się w sprzedaży nasion konopi), które mogą prowadzić swoje operacje w wielu lokalizacjach jednocześnie, nie łamiąc w ten sposób reguł uprawy na własny użytek.

W istocie, dużo ze znanych holenderskich seedbanków, takich jak Sensi Seeds czy Greenhouse, przeniosło w ostatnich latach swoje programy hodowlane do Hiszpanii, gdzie działa także wielu rodzimych producentów nasion: Ace Seeds, Cannabiogen, World of Seeds, Ministry of Cannabis, Tropical Seeds i wielu innych.

Za tym postępuje zaś rozwój growshopów oraz producentów akcesoriów do palenia/waporyzacji, a także sprzętu i nawozów do uprawy roślin (czyli ogólny wzrost gospodarczy), którzy mogą wystawiać się na targach takich jak Spannabis, które są w tej chwili najważniejszym tego typu wydarzeniem w Europie i jedynym pozwalającym na otwarte konsumowanie marihuany.

Hasz z Maroka

Jedynym efektem ubocznym liberalizacji prawa jest wzrost masowych upraw prowadzonych przez biznesmenów uprawiających na eksport do Holandii, Belgii, Wielkiej Brytanii, Francji, a nawet Szwecji, Niemiec czy Polski. Największa uprawa, zlikwidowana w 2015 przez organy ścigania, liczyła 75 tys. roślin uprawianych na trzyhektarowym polu w okolicach Albacete… był za nią odpowiedzialny 47-letni Hiszpan wysługujący się litwińskim pomocnikiem.

Mimo sporych rozmiarów niektórych upraw (250 do 1.000 roślin), 50% hiszpańskich operacji to jednak wciąż sadzenie na własne potrzeby nie przekraczające 50 roślin! Zaskakujące jest przy tym, że Hiszpania (przede wszystkim północna część kraju) wciąż zasadniczo polega na uprawach indoor, z których 3/4 prowadzone są poprzez nielegalne podpinanie się do sieci elektrycznej. Uprawy outdoor dominują bardziej na południu kraju, gdzie klimat jest cieplejszy, a sezon dłuższy, co pozwala na szersze manewry ogrodnicze.

Conradino Beb

 

Źródło: NCBI / Reuters / Euronews

Timothy Leary i Mary Woronov w „Possessed to Skate”!

W 1987 Sucidal Tendencies byli wciąż mało kojarzoną grupą z Venice Beach, którą fani punk rocka i thrash metalu znali głównie z hitu Institutionalized. To miało się jednak zmienić wraz z albumem Join The Army, który znaczył odwrót grupy od HC w kierunku popularnego stylu crossover. Singlem promującym krążek był Possessed to Skate, do którego nakręcono klip z udziałem Timothy Leary’ego i Mary Woronov.

Jak tłumaczy Mike Muir w preludium (które możecie oglądać poniżej razem z klipem): Ci ludzie przyszli do nas i powiedzieli „Yo Mike, kręcimy film, montujemy soundtrack i pozwolimy wam wystąpić w filmie”. Film okazał się katastrofą, ale pozwolił ST przedrzeć się do szerszej publiczności.

Klip dobrze wstrzelił się w revival skateboardingu połowy lat ’80, a oprócz guru kontrkultury i gwiazdy filmów Rogera Cormana, wystąpili w nim znani skaterzy: Jessie Martinez i Eric Dressen.

Leary i Woronov grają tu (ironicznie) parę zatroskanych rodziców, którzy zostawiają swojemu synowi wolną chatę, nie pozwalając na jazdę na desce, by po powrocie zastać kompletną demolkę!

80% pacjentów stosujących preparaty CBD uważa, że są one „niezwykle skuteczne”

Największa sonda dotycząca stosowania preparatów zawierających CBD (jeden z wielu związków chemicznych zawartych w kwiatostanach konopi), przeprowadzona do tej pory w USA, ujawnia że 80% pacjentów uważa je za „niezwykle skuteczne”, a tylko 3% odczuwa efekt minimalny lub też nie odczuwa żadnego.

Sonda została przeprowadzona przez pracowników Brightfield Group na portalu medycznym HelloMD na próbce 2,4 tys. z puli 150 tys. zarejestrowanych pacjentów, skupiając się na skuteczności produktów zawierających CBD.

Wyniki ujawniają, że 55% użytkowników tych środków to kobiety, w przeciwieństwie do mężczyzn, których wyższa liczba preferuje preparaty zawierające THC. Najczęstszymi powodami przyjmowania preparatów z CBD okazują się: bezsenność, depresja, stany lękowe i bóle stawów, jak ujawnia dr Perry Solomon, CMO HelloMD.

42% przebadanych pacjentów zadeklarowało przy tym wstrzymanie przyjmowania tradycyjnych leków takich jak Tylenol czy Viacodin po przestawieniu się na terapię koncentratami z konopi.

Jak ujawnia ponadto badanie, na rynku amerykańskim dostępnych jest obecnie 850 produktów zawierajacych CBD pozyskiwane z marihuany i 150 produktów będących pochodnymi konopi przemysłowych, co doprowadza do konfuzji wśród pacjentów, z których 8% nie ma pojęcia, jaki stosują preparat.

Zamieszaniu nie pomaga pół-legalny status CBD w Stanach Zjednoczonych, gdyż DEA uważa wszystkie produkty z CBD za nielegalne. W przypadku gdy ekstrakt jest jednak pozyskiwany z konopi przemysłowych (max. 0,3% THC), jego sprzedaż pozostaje legalna i produkt można kupić nawet w dużych sklepach internetowych.

Najpopularniejszymi produktami tego typu na rynku amerykańskim są na dzień dzisiejszy: olej Charlotte’s Web produkowany przez Braci Stanley, olej CBD Plus oraz olej Mary’s Nutritionals. Pacjenci uważają jednak, iż olejki te są mniej skuteczne od koncentratów pozyskiwanych z marihuany (która pozostaje nielegalna na szczeblu federalnym) i 90% z nich chciałaby używać wyłącznie takich.

Preferowaną metodą konsumpcji wśród badanych jest waporyzacja, na drugim miejscu palenie, a na trzecim przyjmowania preparatów doustnie. Miesięczne wydatki pacjentów na produkty CBD wynoszą $20-$80 (72-290 PLN). Dr. Solomon uważa, że waporyzacja przyśpiesza wchłanianie się leku do krwiobiegu i z tego powodu metoda ta staje się coraz popularniejsza.

 

Żródło: Forbes

Ludzki odruch (1974)

Dzięki tego rodzaju filmom jestem wielkim admiratorem włoszczyzny z lat 70-tych. Oto kino mroczne, brutalne i dosadne. Gdyby porównać je do pizzy, mielibyśmy do czynienia z bardzo grubym, przypalonym ciastem, mnóstwem ostrego, czerwonego sosu i obscenicznie ciągliwym serem. Ludzki odruch nie zostawia wiele miejsca na oddech. Nie łagodzi ciężkiego tonu. Albo bierzesz go w całej jego rozłożystości, albo wyłączasz.

Przed wami reprezentant poliziottesco, włoskiej odmiany kina gangsterskiego, która – w dużym uproszczeniu – kopiowała amerykańskie wzorce rodem z Brudnego Harry’ego, podrasowując je sporą dawką przemocy i nihilizmu.

Reżyserem filmu jest sam Umberto Lenzi, który kilka lat później dał światu kanibalistyczny klasyk Zjedzeni żywcem czy Nightmare city o zombie-sprinterach i wiele innych tytułów pod szyldem kostropatej, rozwichrzonej rozrywki. Włoch należał on do tych twórców, co żadnego gatunku się nie boją, ale najlepiej wychodziły mu kryminały i horrory. Obecnie na zasłużonej emeryturze, zajęty jest przyjmowaniem hołdów od Tarantino i innych smakoszy nietypowych doznań filmowych.

Fabuła filmu Lenziego jest prosta. Julio Sacchi to urodzony bandyta. Właśnie wyrzucono go z łupieżczej szajki, bo zbyt łatwo przyszło mu zastrzelenie policjanta, i nasz bohater szuka teraz dla siebie nowej roboty. Jest ambitny, więc sam staje się szefem. Znajduje dwóch pomocników, z którym postanawia porwać dla okupu córkę pewnego bogacza.

Film jest portretem prawdziwego psychopaty, istnej tykającej bomby. Julio zabije każdego, kto stanie mu na drodze, bo zabijanie uważa za nieodłączny element pracy. A praca to dla niego przyjemność. Oto facet, który chce być wyrafinowanym mistrzem zbrodni, ale potrafi zadźgać człowieka dla paru drobniaków. Julio nie jest Hannibalem Lecterem ani Jamesem Bondem kidnappingu. Nie ma klasy, inteligencji czy poczucia humoru.

To ludzki taran, mielący po drodze policjantów, kobiety, starszych ludzi czy wspólników. Nie znosi sprzeciwu. Szybko się nudzi. Pławi się w poczuciu wszechmocy i wymaga podziwu. Łatwo wpada w szał. Wywiera duże wrażenie na innych bandytach, ale tylko dlatego, że jest absolutnie wyjałowiony z uczuć wyższych i nieustannie gotów siać śmierć dookoła. Ma drażniący, głupawy głos i lubi prymitywne żarty. Przypomina pryszczatego nastolatka, który chce być zauważony i doceniony.

Jego bohater może nam się kojarzyć z Jokerem z Mrocznego rycerza Nolana. Obie postaci łączy głęboka niepoczytalność, stawiająca ich poza nawiasem społeczeństwa. Julio to chory umysł, wobec którego chcemy wnieść sprzeciw. Lepkie od samozadowolenia bydlę. Ktoś, kto całym swoim jestestwem domaga się kary.

Grający bohatera Tomas Milian to utalentowany aktor, którego można było zobaczyć u Bertolucciego czy Viscontiego, ale który w pewnym momencie zaczął celować w westerny i kino akcji. Podobno spodobała mu się możliwość, by dzięki pracy nad brutalnym kinem oswajać własne demony.

 

Na planie Ludzkiego odruchu wydarł z siebie tyle zła i ohydy, że po seansie możemy mieć ochotę na natychmiastowy prysznic. Ale cóż, przebywamy w świecie poliziottesco, gdzie twórcom nie przychodzi do głowy, by wygładzać kanty i pozwalać bohaterom na odkupienie czy pozytywną ewolucję.

Nie, tutaj pałamy czystą nienawiścią do Julia i marzymy o jego unicestwieniu – bez względu na to, jak liberalni byśmy nie byli – bo Milian zrezygnował z wszelkiego pierwiastka “cool”, w jaki wyposażono przecież setki filmowych złoczyńców, i jego Julio może być co najwyżej karykaturą wizerunku „fajnego drania”.

Po drugiej stronie barykady stoi policjant w typie doświadczonego wygi. Gość, dla którego praca także jest życiem. Jeden z tych, co mocno się angażują. Gra go Henry Silva – “zła” twarz kina włoskiego (Hitmen, The Boss), a także amerykańskiego (Nico, Ghost Dog). Ten charakterystyczny aktor, prawdziwy weteran westernów i kryminałów, który bez charakteryzacji mógłby zagrać Szkieletora z He-mana, zazwyczaj kreował role popaprańców czy zawodowych morderców.

Silva samą swoją obecnością wzbudza napięcie i zainteresowanie, ale nie da się ukryć, że aktor nieco blaknie, wcielając się w policjanta. Można odnieść wrażenie, że przypomina tu groźnego psa, którego ogranicza smycz biurokracji. Niemniej gra solidnie i dobrze wygląda w długich płaszczach.

Lenzi zrobił sporo, żebyśmy nie zapomnieli tego seansu. Akcja jest szybka i gęsta! Krwawe zabójstwa, sadyzm, przemoc psychiczna i fizyczna, brutalne starcia i atmosfera ciągłego zagrożenia – oto składowe Ludzkiego odruchu. Do tego kapitalne pościgi, których realizm nie niweluje efektowności, i spójny klimat filmu – mocny, uliczny i chropawy.

W dodatku tak zadzierżyście makaroniarski, że nie pomylicie tego tytułu z żadną jankeską rozpierduchą. Świetnie wypada też muzyka. Ennio Morricone dał nam ścieżkę dźwiękową, która nie wybiega przed obraz, ale dobrze uzupełnia nerwowy charakter filmu. Nader solidne zdjęcia wzbogacono o ciekawy element. Momenty szczególnego napięcia podkreślono falowaniem obrazu – dzięki temu widz widzi, kiedy gejzer agresji wzbiera w bohaterach.

Lenzi pcha nasze twarze w tę nihilistyczną historię, pozwalając, by pozatykała nam drogi oddechowe, i przypominając, że w panteonie włoskiego kina o zbrodni jest jeszcze wiele ciemnych pereł do odkrycia. Ta stanowi jedną z ciekawszych i bardziej dzikich, jakie widziałem.

Tomasz Bot

 

Znany pod tytułami: Milano odia: la polizia non può sparare / Almost Human / The Kidnap of Mary Lou / The Executioner / The Death Dealer / Kidnappningen
Produkcja: Włochy, 1974
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena: 4,5/5

„High Times” wchodzi na giełdę!

Magazyn High Times, jedna z najważniejszych publikacji, które zrodził underground lat ’60/’70, ma zamiar wejść na giełdę ze względu na rosnące poparcie dla uprawy i stosowania marihuany w USA, jak ogłosili wczoraj rzecznicy spółki High Times Holding Corp.

Magazyn został założony w 1974 przez legendarnego Toma Forcade’a, wcześniej jednego z założycieli Underground Press Syndicate (UPS) w 1966, który zrzeszał takie publikacje jak: East Village Other, Los Angeles Free Press, Berkeley Barb, The Paper oraz Fifth Estate.

Forcade zasłynął jednak o wiele bardziej po założeniu High Times w 1974, który w założeniu miał „robić z marihuaną to, co Playboy robił z seksem” i szybko stał się publikacją bez pardonu punktującą Wojnę z Narkotykami, w którą uwikłali USA Richard Nixon i Edgar J. Hoover.

Forcade znany jest ponadto z powiedzenia: „Są dwa rodzaje dilerów: ci, którzy potrzebują i ci, którzy nie potrzebują wózka widłowego”, które na stałe weszło do słownika kontrkultury.

Pod koniec lat ’70 jego magazyn nie tylko wypuszczał 500 tys. kopii miesięcznie, ale robił do tego kokainowe rozkładówki i słynął z tego, że w redakcji były trzy oddzielne pokoje do walenia koksu, jarania jointów i wdychania gazu rozśmieszającego.

Rozkładówka „High Times” / koniec lat ’70

Na giełdę magazyn wprowadzi firma Oreva Capital, posiadająca od zeszłego miesiąca pakiet kontrolny w wysokości $70 mln, która odsprzeda ją spółce specjalnego przeznaczenia (SPAC), Origo Acquistion Corp (OACQ.O) za $250 mln. Pierwsza oferta publiczna (IPO) ma zostać dokonana w październiku na NASDAQ.

Firmy w stylu Origo nie posiadają zwykle swojego majątku, ale kapitalizują zyski z pierwszej oferty publicznej, a w tym wypadku cyfra może być całkiem wysoka, na podstawie których mogą ubiegać się o dalsze finansowanie przez bank w formie kredytu, czego eksperci spodziewają się także teraz.

High Times ma na dzień dzisiejszy 336 tys. subskrybentów wersji papierowej lub cyfrowej, produkuje także ważne wydarzenia takie jak Cannabis Cup oraz inne festiwale marihuanowe lub muzyczne.

Jak powiedział CEO High Times, Adam Levin, który ma dalej prowadzić kompanię po wejsciu na giełdę: High Times jest jedną z kilku powszechnie znanych nazw w przemyśle konopnym. Wypowiedzi nie skomentował żaden z rzeczników NASDAQ ze względów prawnych.

Wywiad z HST w „High Times” / wrzesień 1977

Amerykańscy inwestorzy wciąż nie chcą oficjalnie wspierać spółek bezpośrednio związanych z przemysłem konopnym, jako że roślina pozostaje nielegalna na szczeblu federalnym. Jednak wszyscy spodziewają się, że w tym przypadku będzie duże zainteresowanie kupnem akcji, gdyż High Times pomimo pisania o marihuanie nie jest oficjalnie związany ze sprzedażą konopi i produktów z konopi.

To rynek, który na dzień dzisiejszy rośnie o 27% rocznie – powiedział Troy Dayton, CEO Arcview Group, firmy consultingowo-marketingowej związanej z biznesem marihuanowym. Troy zakłada, że w 2021 rynek ten osiągnie wartość $22,6 mld przy obecnej wartości $6,7 mld.

 

Źródło: Reuters

Wojna o planetę małp (2017)

Nowe spojrzenie na klasyczną franczyzę zapoczątkowane przez Genezę planety małp (2011) i rozwinięte w Ewolucji planety małp (2014) w ciągu ostatnich 7 lat zapewniło studiu Chernin Entertainment przychód w wysokości około $1,2 mld.

Stawia to film o małpiej apokalipsie w czołówce najlepiej zarabiających serii filmowych, a premiera Wojny o planetę małp w 2017 roku ma szansę wypchnąć go przed nolanowską trylogię o Batmanie czy produkcje z Iron Manem w roli głównej. Z pomocą przychodzi świetna kampania marketingowa i napływające z każdej strony pozytywne recenzje zwieńczenia trylogii o Cezarze.

Reżyser Wojny oraz Ewolucji planety małp, Matt Reeves, popchnął historię w stronę opowieści o ludziach, nawet jeśli bohaterami są szympansy. W swoim najnowszym dziele idea ta pociągnięta została do maksimum, dając nam całą gamę zależności, uczuć i interesów. Powoli odkrywając karty motywacji dwóch, a nawet trzech stron barykady, coraz trudniej określić tych naprawdę złych.

Sam Cezar grany przez Andego Serkisa, to postać nie tyle skomplikowana, co rozdarta emocjonalnie między fanatyczną wręcz chęcią zemsty, a zapewnieniem bezpieczeństwa swojej społeczności. Po drugiej stronie stoi Pułkownik o twarzy Woody’ego Harrelsona, który z nieprzeniknionym chłodem w oczach zbliża się do Waltera Kurtza z Czasu Apokalipsy (1979).

Wojna toczy się tutaj na wielu płaszczyznach, od tej dosłownej z karabinami i dzidami w ręku, po metaforyczną podróż targanego emocjami małpiego króla do samego jądra ciemności. I jest to zarazem obosieczna broń, gdyż film w trzecim akcie wytrąca tempo, a widz zamyka oczy na kolejne, patetyczne próby zagrania na emocjach.

To co zostało idealnie wyważone w poprzednim filmie, podkręcone do maksimum, skutkuje tym, że prawie każda śmierć, nawet którejś z drugo czy trzecioplanowych postaci, odbywa się na rękach Cezara, który zdąży wysłuchać jeszcze jakiejś łopatologicznej mądrości w rytm wzniosłej muzyki. Ujściem wydaje się być odgrywana przez Steva Zahna postać Złej Małpy, która pozwala odetchnąć od tej całej nadętej narracji, dając nam chwilę na szczerzenie się do granych przez komika gagów.

Wojna o planetę małp jest filmem pozbawionym typowego dla letnich blockbusterów tempa, stara się swoimi ambicjami wznieść w kierunku opowieści o nas samych, naszej przeszłości i przyszłości. I jest to chyba największa bolączka produkcji, bo zamiast subtelnych analogii scenariusz usilnie wlewa nam do głowy konkretne wydarzenia historyczne, jak Holocaust czy konflikt wietnamski.

Jednak film Reevesa to wciąż godny uwagi produkt, który w zalewie lekkostrawnej papki wydaje się swego rodzaju powiewem świeżości. Pochwalić należy nie tylko najwyższej klasy zdjęcia, które momentami zapierają dech w piersiach, ale także efekty specjalne, które z miejsca pretendują do wzięcia udziału w wyścigu po Oscary.

Zawiedzeni będą ci, którzy na wiarę wzięli poprzedzający film, pełen wybuchów i akcji zwiastun, bo choć prolog i epilog dostarczają odpowiednią dawkę ognia, najnowsza produkcja z małpiej serii to hołd dla wspomnianego kilkukrotnie Czasu Apokalipsy w którym fani pierwszych Planet znajdą całą masę smaczków i odniesień właśnie do tych starych filmów.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: War for the Planet of the Apes
Produkcja: USA, 2017
Dystrybucja w Polsce: Imperial CinePix
Ocena MGV: 4/5

 

Gubernator Nevady ogłosił „stan wyjątkowy”… bo w sklepach zabrakło marihuany!

Od legalizacji rekracyjnej marihuany w Nevadzie nie minęły nawet dwa tygodnie, a sklepom już brakuje towaru, jak potwierdza Departament Podatkowy. W związku z tym gubernator stanu, Brian Sandoval, ogłosił „stan wyjątkowy”, który ma ułatwić dostęp do rynku większej ilości dystrybutorów.

Na dzień dzisiejszy w Nevadzie zaledwie 50 punktów sprzedaży posiada wymaganą licencję na obrót marihuaną lub produktami z marihuany i tylko te otworzyły podwoje 1. lipca. Ale zgodnie z nowym prawem, nie mogą one legalnie dokonywać zakupu mającego na celu uzupełnienie asortmentu, gdyż na pośrednictwo pomiędzy growerami, a sprzedawcami, wyłączność mają hurtownicy alkoholu.

Ten stan rzeczy jest wynikiem wyroku sądowego, który został przedłużony w czerwcu tego roku i ma na celu „promocję regulacji marihuany w podobny sposób do alkoholu”, a także ochronę sklepów monopolowych przed bankructwem na skutek wzrastającej popularności marihuany. Nevada jest jedynym stanem z prawem tego typu!

Uprawa konopi indoor

Stan wyjątkowy może zmienić zaistniałą sytuację, rozszerzając pulę aplikantów, którzy mogą ubiegać się o licencję na dystrybucję marihuany, o przedsiębiorców spoza branży alkoholowej. Stanowa Komisja Podatkowa ma głosować nad wprowadzeniem tej regulacji w życie w czwartek

Jak powiedziała Reno Gazette-Journal Stephanie Klapstein z Departamentu Podatkowego, niewydolny rynek marihuany może mieć daleko idące konsekwencje finansowe, gdyż 15% podatek od uprawy konopi generuje przychody przeznaczane na edukację publiczną i blokada tego rynku mogłaby mieć katastofalne skutki dla budżetów szkolnych.

Conradino Beb

 

Źródło: Business Insider

The Void (2016)

Dla wszystkich, którzy przekroczyli już trzydziestkę, a są oddanymi fanami horroru i SF, nastały mroczne czasy. Pozornie wszystko gra. Groza – kosmiczna czy ta bardziej przyziemna – nadal wylewa się z ekranów. Do kin wrócili starzy wyjadacze: Freddy Krueger, Jason Voorhees, Michael Myers, Obcy, Predator, a także Godzilla. Takie powroty bywają w miarę udane (Coś) , umiarkowanie udane (Predators) lub zupełnie chybione (prequele Obcego, głupawa seria AVP), ale zazwyczaj drażnią lub pozostawiają niesmak.

Odświeża się wszystko i każdego, a wysoki połysk poraża siatkówki widza. Dorzuca się bezjajeczne CGI. Scenariusze odtłuszcza z wszelkiego kożucha nieprzewidywalności, dzikich scen, odpału w tę czy inną stronę. Kto w latach 90-tych w dusznej dżungli wypacał ze strachu wnętrzności przez skórę (Predator), raczej nie będzie miał problemów z zaśnięciem po seansie serii Naznaczony czy Obecność.

Kto zamarzał razem z Kurtem Russellem na Antarktydzie, przerażony bliską obecnością Czegoś, uzna Egzorcyzmy Emily Rose za równie straszne, co seplenienie Kaczora Daffy’go. Na panujący karnawał zbyteczności i przeciętności część widzów reaguje niesmakiem.

Na szczęście czasami reagują też filmowcy, próbując dać nam dzieło nawiązujące do udanych pozycji sprzed dekad. The Void wyciąga rękę w stronę fana hororów i SF, który ma dość współczesnej brei. Czy warto mu podać własną? Policjant patrolujący okolicę znajduje nieprzytomnego człowieka. Zabiera go do szpitala, który praktycznie już nie funkcjonuje, bo właśnie przenosi się w inne miejsce. Jedna z pielęgniarek dostaje morderczych skłonności, więc policjant musi ją zabić.

Do tego samego miejsca trafiają dwaj uzbrojeni mężczyźni – chcą odstrzelić jednego z pacjentów. Jakby tego było mało, szpital zostaje otoczony przez zakapturzony kult, który ewidentnie nie ma dobrych zamiarów, a wewnątrz budynku pojawiają się mordercze kreatury. Brzmi jak niezły bigos? Bo tak właśnie smakuje. Przygotowano go z uwzględnieniem przepisów mistrzów kuchni: Cronenberga, Carpentera czy Clive’a Barkera, więc wiadomo, że danie jest mięsne i pikantne.

The Void nie jest filmem idealnym, ale swoją robotę robi. Siła tej pozycji nie tkwi w scenariuszu. Ten jest dość pretekstowy i grubymi nićmi szyty. Kto oczekuje koronkowej roboty jak spod ręki M. Night Shyamalana, może sobie odpuścić. Autorzy postawili na połączenie różnych inspiracji w jedną całość, ale sam film jest jednym wielkim nawiązaniem, z czym twórcy nie zamierzają się wcale kryć.

Kto nie urodził się wczoraj, wyłuska mnóstwo odniesień – głównie do kina lat 80-tych i okolic (Powrót z piekieł, Coś, Hotel siedmiu bram, Atak na posterunek 13). Wszystko zaś spina atmosfera kosmicznego horroru, wywiedziona od mistrza Lovecrafta, którego duch unosi się nad tym projektem.

The Void ewidentnie wyrasta z nostalgii, ale akcja toczy się w zawrotnym tempie, napędzana silnikiem nadnaturalnych zdarzeń. Narracja trochę się rwie pod ciężarem kolejnych zwrotów akcji i kumulacji mocnych scen (ktoś krzyczy, ktoś komuś grozi; postaci mierzą do siebie z broni, a dodatkowo wybiega potwór itp.).

Nie liczcie na rozbudowane relacje między bohaterami. Ci miotają się przerażeni, strzelają i umierają. Nierzadko zagrażają sobie nawzajem. Postaci są nijakie, co stanowi spory minus – zbyt szybko zaczyna nam być obojętne, co się z nimi stanie; czekamy za to na jakiś mięsisty frykas w postaci dziwoląga z innego wymiaru.

Ale Carpenter też nie kreował skomplikowanych bohaterów, choć byli oni wyraziści i przekonujący, co wystarczało. W The Void kreacje aktorskie są zanadto sztywne, a dialogi brzmią jak przegryzanie twardego chleba. Film zdecydowanie nie błyszczy, jeśli idzie o materiał ludzki.

Znacznie lepiej idzie mu z ekspozycją piekielnego inwentarza. Efekty specjalne to ręczna robota – stara, dobra szkoła, która lubi kłęby ohydy, strugi śluzu i szeroki asortyment ran i uszkodzeń. Jest na czym oko zawiesić, a biorąc pod uwagę niewielki budżet, jakim dysponowali filmowcy – można wręcz bić brawo. Poza tym obraz napędza ciągłe napięcie i okrutna konsekwencja złych mocy – te napierają zewsząd i przerabiają ludzi na papkę. Zło nie dyskutuje, woli unicestwiać!

Muzyka także trzyma poziom, acz tu nie obędzie się bez zastrzeżeń. Za ścieżkę dźwiękową odpowiada Lustmord, tytan dark ambientu i inżynier dźwięku przy wielu filmach, który jednak – poza muzyką do krótkiego metrażu – nie miał wcześniej na koncie żadnego soundtracku.

Wiele razy zastanawiałem się, kiedy ktoś poprosi ten żywy miotacz sonicznej grozy o współpracę przy jakimś horrorze. Stało się, a efektem jest solidna pulsująco-szumiąca oprawa. Biorąc pod uwagę, jak niesamowite pokłady mroku kreował artysta na swoich płytach, mogę tu jednak mówić o pewnym rozczarowaniu. Może wynika to z faktu, że część materiału wypuściła nieznana mi grupa Blitz/Berlin.

The Void to obraz daleki od doskonałości. To także kino, któremu nie brakuje ambicji, stworzone przez twórców świadomych i konsekwentnych, oddanych miłośników gatunku. Włożono w ten projekt mnóstwo pasji, ale przydałoby się mimo wszystko podrasować pewne elementy.

Ci goście nie rozróżniają kina na klasę A czy B, zasysając zmutowane odpady z szemranych wytwórni i klasyki sprzed lat. Sięgają po to, co charakterne i mocne. Dzięki The Void (polecam również wypełniony przaśną energią trailer do nieistniejącego filmu Bio cop) mają już moją uwagę. Może następnym razem zdobędą serce!

Tomasz Bot

 

Oryginalny tytuł: The Void
Produkcja: Kanada, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena: 3,5/5