Wszystkie wpisy, których autorem jest conradino23

Redaktor bezczelny

The Void (2016)

Dla wszystkich, którzy przekroczyli już trzydziestkę, a są oddanymi fanami horroru i SF, nastały mroczne czasy. Pozornie wszystko gra. Groza – kosmiczna czy ta bardziej przyziemna – nadal wylewa się z ekranów. Do kin wrócili starzy wyjadacze: Freddy Krueger, Jason Voorhees, Michael Myers, Obcy, Predator, a także Godzilla. Takie powroty bywają w miarę udane (Coś) , umiarkowanie udane (Predators) lub zupełnie chybione (prequele Obcego, głupawa seria AVP), ale zazwyczaj drażnią lub pozostawiają niesmak.

Odświeża się wszystko i każdego, a wysoki połysk poraża siatkówki widza. Dorzuca się bezjajeczne CGI. Scenariusze odtłuszcza z wszelkiego kożucha nieprzewidywalności, dzikich scen, odpału w tę czy inną stronę. Kto w latach 90-tych w dusznej dżungli wypacał ze strachu wnętrzności przez skórę (Predator), raczej nie będzie miał problemów z zaśnięciem po seansie serii Naznaczony czy Obecność.

Kto zamarzał razem z Kurtem Russellem na Antarktydzie, przerażony bliską obecnością Czegoś, uzna Egzorcyzmy Emily Rose za równie straszne, co seplenienie Kaczora Daffy’go. Na panujący karnawał zbyteczności i przeciętności część widzów reaguje niesmakiem.

Na szczęście czasami reagują też filmowcy, próbując dać nam dzieło nawiązujące do udanych pozycji sprzed dekad. The Void wyciąga rękę w stronę fana hororów i SF, który ma dość współczesnej brei. Czy warto mu podać własną? Policjant patrolujący okolicę znajduje nieprzytomnego człowieka. Zabiera go do szpitala, który praktycznie już nie funkcjonuje, bo właśnie przenosi się w inne miejsce. Jedna z pielęgniarek dostaje morderczych skłonności, więc policjant musi ją zabić.

Do tego samego miejsca trafiają dwaj uzbrojeni mężczyźni – chcą odstrzelić jednego z pacjentów. Jakby tego było mało, szpital zostaje otoczony przez zakapturzony kult, który ewidentnie nie ma dobrych zamiarów, a wewnątrz budynku pojawiają się mordercze kreatury. Brzmi jak niezły bigos? Bo tak właśnie smakuje. Przygotowano go z uwzględnieniem przepisów mistrzów kuchni: Cronenberga, Carpentera czy Clive’a Barkera, więc wiadomo, że danie jest mięsne i pikantne.

The Void nie jest filmem idealnym, ale swoją robotę robi. Siła tej pozycji nie tkwi w scenariuszu. Ten jest dość pretekstowy i grubymi nićmi szyty. Kto oczekuje koronkowej roboty jak spod ręki M. Night Shyamalana, może sobie odpuścić. Autorzy postawili na połączenie różnych inspiracji w jedną całość, ale sam film jest jednym wielkim nawiązaniem, z czym twórcy nie zamierzają się wcale kryć.

Kto nie urodził się wczoraj, wyłuska mnóstwo odniesień – głównie do kina lat 80-tych i okolic (Powrót z piekieł, Coś, Hotel siedmiu bram, Atak na posterunek 13). Wszystko zaś spina atmosfera kosmicznego horroru, wywiedziona od mistrza Lovecrafta, którego duch unosi się nad tym projektem.

The Void ewidentnie wyrasta z nostalgii, ale akcja toczy się w zawrotnym tempie, napędzana silnikiem nadnaturalnych zdarzeń. Narracja trochę się rwie pod ciężarem kolejnych zwrotów akcji i kumulacji mocnych scen (ktoś krzyczy, ktoś komuś grozi; postaci mierzą do siebie z broni, a dodatkowo wybiega potwór itp.).

Nie liczcie na rozbudowane relacje między bohaterami. Ci miotają się przerażeni, strzelają i umierają. Nierzadko zagrażają sobie nawzajem. Postaci są nijakie, co stanowi spory minus – zbyt szybko zaczyna nam być obojętne, co się z nimi stanie; czekamy za to na jakiś mięsisty frykas w postaci dziwoląga z innego wymiaru.

Ale Carpenter też nie kreował skomplikowanych bohaterów, choć byli oni wyraziści i przekonujący, co wystarczało. W The Void kreacje aktorskie są zanadto sztywne, a dialogi brzmią jak przegryzanie twardego chleba. Film zdecydowanie nie błyszczy, jeśli idzie o materiał ludzki.

Znacznie lepiej idzie mu z ekspozycją piekielnego inwentarza. Efekty specjalne to ręczna robota – stara, dobra szkoła, która lubi kłęby ohydy, strugi śluzu i szeroki asortyment ran i uszkodzeń. Jest na czym oko zawiesić, a biorąc pod uwagę niewielki budżet, jakim dysponowali filmowcy – można wręcz bić brawo. Poza tym obraz napędza ciągłe napięcie i okrutna konsekwencja złych mocy – te napierają zewsząd i przerabiają ludzi na papkę. Zło nie dyskutuje, woli unicestwiać!

Muzyka także trzyma poziom, acz tu nie obędzie się bez zastrzeżeń. Za ścieżkę dźwiękową odpowiada Lustmord, tytan dark ambientu i inżynier dźwięku przy wielu filmach, który jednak – poza muzyką do krótkiego metrażu – nie miał wcześniej na koncie żadnego soundtracku.

Wiele razy zastanawiałem się, kiedy ktoś poprosi ten żywy miotacz sonicznej grozy o współpracę przy jakimś horrorze. Stało się, a efektem jest solidna pulsująco-szumiąca oprawa. Biorąc pod uwagę, jak niesamowite pokłady mroku kreował artysta na swoich płytach, mogę tu jednak mówić o pewnym rozczarowaniu. Może wynika to z faktu, że część materiału wypuściła nieznana mi grupa Blitz/Berlin.

The Void to obraz daleki od doskonałości. To także kino, któremu nie brakuje ambicji, stworzone przez twórców świadomych i konsekwentnych, oddanych miłośników gatunku. Włożono w ten projekt mnóstwo pasji, ale przydałoby się mimo wszystko podrasować pewne elementy.

Ci goście nie rozróżniają kina na klasę A czy B, zasysając zmutowane odpady z szemranych wytwórni i klasyki sprzed lat. Sięgają po to, co charakterne i mocne. Dzięki The Void (polecam również wypełniony przaśną energią trailer do nieistniejącego filmu Bio cop) mają już moją uwagę. Może następnym razem zdobędą serce!

Tomasz Bot

 

Oryginalny tytuł: The Void
Produkcja: Kanada, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena: 3,5/5

Oczy matki (2016)

W swoim autorskim debiucie Nicolas Pesce traktuje widza jako apatycznego obserwatora. Nie każe mu wchodzić w głąb psychiki głównej bohaterki, nie poddaje jej żadnej psychoanalizie, po prostu każe śledzić wzrokiem każdy jej ruch. Sama historia opowiadana jest za pomocą długich, statycznych kadrów, które ascetyczną czernią
i bielą podkreślają prozaiczność samotności postaci granej przez Kikę Magalhaes.

Fabuła jest nie tyle dramatyczna, co frustrująca już od pierwszych kadrów, w których obserwujemy codzienność żyjącej na odludziu rodziny, składającej się z Ojca, Matki oraz córki Franciski. Tę codzienność przerywa śmierć Matki z rąk psychopaty-domokrążcy.

Od tej pory obserwujemy pogłębiającą się alienację i próbę zatrzymania przy sobie bliskich, tych dawnych, jak i „nowo nabytych”. Następujące po sobie kolejno wydarzenia z pogranicza slasherów i torture porn w stylu niesławnego Serbskiego filmu układają się w nieśpieszną, melancholijną mozaikę zbrodni
z powołania.

Może to być nie lada cios dla mniej odpornej na przemoc widowni, tej dosłownej jak i kontekstowej. Czy jednak omawiany film zaspokoi fanów gore spod znaku Piły czy Hostelu? Nie byłbym tego taki pewien.

Oczy matki to wszakże nie tylko artystyczne kino transgresji, kręcące się wokół problematyki samotności, ale przede wszystkim subtelna próba rozliczenia się z problemami dorastania.

Mimo że Franciskę widzimy w różnych etapach życia, prócz fizycznych predyspozycji wciąż dostrzegamy w jej oczach to samo zagubione dziecko. Ten infantylizm w popełnianiu nieludzkich zbrodni ma w sobie coś zarówno z sadyzmu jak i zmysłowości.

I z takim właśnie podejściem najlepiej oglądać monochromatyczne dzieło Pesce’a. Mimo pozornej chronologii opowieści, całość odbiera się jak serię niepokojących obrazów, które najbardziej przerażające są zdecydowanie w swojej niespójności. Widz nie traktuje Franciski jako obiekt współczucia – trudno ją jednoznacznie osądzić, gdyż jej charakter zdaje się być wypadkową ciepłej i opiekuńczej Matki oraz wiecznie nieobecnego Ojca.

Całości dopełnia osobliwa oprawa artystyczna, która pozwala wziąć Oczy matki w pewien narracyjny nawias rzeczywistości… ta nigdy nie wydaje się do końca zdefiniowana.

To oniryczny seans, piękny i przerażający jednocześnie, ale mówiąc o nim „słaby” nie docenimy serca i pracy, jaką włożył w swoje pierworodne dziecko Nicolas Pesce. Kolejny raz kino niezależno daje nam jasno do zrozumienia, że horrorom najlepiej jest z dala od wielkich budżetów i restrykcyjnych wytwórni!

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: The Eyes of my Mother
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: HBO GO
Ocena MGV: 4/5

Użytkownicy marihuany są szczęśliwsi i odnoszą więcej sukcesów, twierdzi nowe badanie

Sonda przeprowadzona w amerykańskich stanach Kolorado i Kalifornia przypisuje użytkownikom marihuany więcej zadowolenia z życia i więcej sukcesów zawodowych. Średni dochód gospodarstwa domowego jest również wyższy wśród kalifornijskich potheadów, wynosząc $93,800 (352,585 PLN) rocznie w porównaniu z $70 tys. (263, 124 PLN) zarabianymi przez marihuanowych abstynentów.

Badanie zostało przeprowadzone przez firmę BDS Analytics wśród obydwóch grup, skupiając się na całej serii czynników społecznych, psychologicznych i ekonomicznych, wśród których znajdziemy zadowolenie z życia oraz stosunek do wychowywania dzieci.

Sonda obala stereotyp leniwego i bezradnego palacza marihuany, udowadniając że 20% przebadanych Kalifornijczyków stosujących używkę ukończyło studia ze stopniem magistra, podczas gdy zrobiło to tylko 12% abstynentów.

Stosowanie marihuany nie ma również w badaniu żadnego widocznego wpływu na motywację zawodową, gdyż w Kolorado 64% użytkowników marihuany ma stałą pracę, podczas gdy wśród abstynentów ma ją tylko 54%.

Palenie, jedzenie czy waporyzacja marihuany nie stoi także na przeszkodzie w wychowywaniu dzieci. W Kalifornii 64% konsumentów używki założyło rodzinę, co zrobiło tylko 55% abstynentów.

Małą różnicę widzimy również w poczuciu satysfakcji z życia obydwóch grup. 5 na 10 konsumentów marihuany uważa, iż są obecnie szczęśliwsi niż rok temu, a w drugiej grupie są to 4 osoby na 10.

Palenie marihuany może mieć również wpływ na socjalizowanie się, gdyż w Kolorado 36% użytkowników przyznało, że są bardzo towarzyscy, podczas gdy za towarzyskich uważa się już tylko 28% abstynentów. Zarówno w Kolorado jak i w Kalifornii użytkownicy marihuany znacznie bardziej lubią ponadto spędzać czas na łonie natury.

W Kalifornii użytkownicy marihuany biją także na głowę uczestnictwo w służbach czy inicjatywach ochotniczych, gdyż przyznaje się do tego 38% z nich, co robi zaledwie 25% abstynentów.

Konsumenci marihuany przestają być karykaturami, które przez długi czas wykorzystywano do ich przedstawiania – mówi Lind Gilbert, szef wydziału badań rynku konsumenckiego w BDS.

 

Źródło: The Independent

„Manhunt: Unabomber” odświeża historię Teda Kaczyńskiego!

Manhunt: Unabomber to nowy serial fabularny produkcji Discovery, który odsłania karierę owianego złą sławą Teda Kaczyńskiego, profesora matematyki z Berkeley, który odrzucił zdobycze cywilizacji i przeprowadził się do małej chatki w Montanie, skąd przez 17 lat siał postrach własnoręcznie skonstruowanymi bombami, wysyłanymi pocztą.

W roli głównej Paul Bettany (bohater drugiego planu, znany z filmu Gangster numer jeden), który w ten sposób interpretuje swój wybór: Poczucie prześladowania Teda i jego motywacje były niewiarygodnie skomplikowane i pokręcone, ale dalekie od jego idealistycznych wizji. Jestem przekonany, że został on zbrutalizowany jako wrażliwy, utalentowany, 16-letni chłopiec i to w pewnym sensie dało mu do ręki broń.

Z kadrów, które widzimy w trailerze możemy dostrzec solidną pracę, jaką wykonał Bettany dokonując transformacji w Kaczyńskiego, czytając jego ulubione lektury, a nawet odwiedzając jego legendarną chatę w leśnej głuszy.

Widzimy w nim wszystkie ikoniczne oblicza eko-terrorysty: zarośniętą twarz pustelnika, anonimową, zakapturzoną twarz w okularach słonecznych (przez wiele lat jedyny ślad dla FBI), a także przygotowaną na wszystko twarz osadzonego w areszcie skazańca.

W ciągu swojej 17-letniej kariery terrorystycznej Kaczyński wysyłał bomby do wyższych uczelni, linii lotniczych, a także sklepów ze sprzętem komputerowym, zabijając w efekcie 3 osoby i poważnie raniąc 29. Jego książka Społeczeństwo przemysłowe i jego przyszłość. Manifest wojownika, zawierająca przemyślenia zaszufladkowane jako anarchoprymitywizm, została wydana w Polsce przez wydawnictwo Nowy Świat.

Kaczyński został ostatecznie aresztowany w 1996 na skutek współpracy własnej rodziny z FBI i wysiłków niejakiego Jamesa „Fitza” Fitzgeralda (granego przez Sama Worthingtona), który awansował w produkcji Discovery do roli głównego antagonisty.

Jeśli historia brzmi tak: „Fitz jest bohaterem, a Ted jest potworem, to bardzo króka historia”. Serial nie ma sympatii dla Teda Kaczyńskiego, ale jest próbą jego zrozumienia. To ważne, ponieważ w innym wypadku rozmowa kończy się na „potworze” – podsumowuje Bettany.

Serial będzie miał premierę 1. sierpnia.

Zobacz zwiastun

Liryki Boba Dylana sprzedawane jak chipsy w Chinach, czyli spadł w końcu „ciężki deszcz”

Czy to opakowanie do chipsów? Dokładnie. Czy w środku znajdziemy chipsy? Niezupełnie. Tak oto chiński wydawca próbuje jedynie promować „literaturę” Boba Dylana na lokalnym rynku, wykorzystując świeżego jeszcze Nobla artysty do kolejnej kampanii sprzedażowej.

Jak czytamy na stronie producenta: Co jest najpopularniejszą rzeczą? My wybraliśmy paczkę chipsów. Lubisz krążyć po sumermarkecie w poszukiwaniu paczki chipsów, lubisz ją rozrywać, nadgryzać, przebijać, przecinać. Miejmy nadzieję, że pojawi się ona też w ulicznej księgarni, metrze, sklepach spożywczych, automatach – pojawi się w ludzkim życiu.

Opublikowane teksty Dylana zostały przetłumaczone przez 15 wybitnych chińskich poetów i zostały podzielone na 8 tomów sprzedawanych w osobnych paczkach chipsów. Istnieje także zestaw, w ramach którego można je kupić wszystkie w miniaturowych wersjach, zapakowane do retro-walizki w stylu lat ’60.

Dziedzictwo Szatana (1974)

Nakręcone w 1974 roku przez twórcę legendarnego Głębokiego gardła (1972), Gerarda Damiano, Dziedzictwo Szatana otwiera długa scena okultystycznego obrządku, w ramach którego bezimienna kapłanka wraz z liderem kultu, dr. Muldavo (John Francis), musi dokonać wyboru nowej Królowej (rytuał ma miejsce raz na 1000 lat). Obiektem ich zainteresowania jest młoda i piękna Maya (Lisa Christian), która zaniedbywana przez męża wydaje się podatna na wspomagane halucynogennymi środkami przejście na ciemną stronę.

Choć nie ma żadnych konkretnych dowodów, plotka głosi, że film początkowo został nakręcony w konwencji XXX, jednak zmontowano go tak, że wszystkie pikantne sceny poszły do kosza. Wydaje się to prawdopodobne nie tylko ze względu na renomę Damiano, ale dlatego iż cały film jest mocno pocięty i wybrakowany. To co się ostało przypomina dziwaczną retro-ekstazę, uderzającą w widza przejaskrawionymi kolorami i elektroniczną muzyką.

Niestety, ostatecznie dostajemy niebywale mdły straszak, w którym reżyser aspirując do bycia prawdziwym artystą stara się nam wcisnąć halucynogenną historyjkę z kultem w tle. Cały ten artystyczny mariaż sprawił, że na planie panował jeden wielki bałagan. W kontraście do mocnego światłocienia, uwydatniającego kolorową scenografię, stoją naprawdę okropne charakteryzacje opętanych i przypominające operę mydlaną przestoje między chwilami grozy.

A te można policzyć na palcach jednej ręki – sprowadzają się one głównie do majaków głównej bohaterki. Pozbawione gore czy seksualności nie szokują, a jedynie irytują kakofoniczną elektroniką w tle. Całość okraszona jest wyjątkowo źle napisanymi dialogami, których sztuki sprawnego tworzenia Damiano nie potrafi ogarnąć.

Jeśli jednak doszukiwać się w Dziedzictwie Szatana jakiś dobrych stron, byłaby to z pewnością strona wizualna. Operator zrobił naprawdę świetną robotę i przy ograniczonym budżecie nasycił film krwistymi kolorami i pustoszącym umysł widza oświetleniem. Na uwagę zasługuje psychodeliczna sekwencja w której biegnąca po ogrodzie Maya wpada w oniryczny wir niczym w Alicji w Krainie Czarów.

I to właśnie estetyka jest tym, czym film Damiano jest w stanie kogokolwiek zainteresować. Z dzisiejszej perspektywy jest to kino bardziej pocieszne niż straszące, bo jak inaczej patrzyć na wampira noszącego różową, obcisłą koszulkę z różą dopełnioną przez falującą fryzurę modną w latach 70-tych? Film nakręcono w tym samym roku co słynniejsze Głębokie gardło i naprawdę ciężko mi zrozumieć decyzję wycięcia erotycznych sekwencji, gdyż to one mogły być najciekawszym momentem tego rozczarowującego seansu.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Legacy of Satan
Produkcja: USA, 1974
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 1,5/5

Green Is Gold (2016)

Green Is Gold (czyli „Zielone złoto”) to mały, intymny obraz o dojrzewaniu oraz ciekawy komentarz na temat życia growerów konopi w północnej Kalifornii. Gdy 13-letni Mason zostaje odesłany pod opiekę starszego brata po tym, jak jego ojciec zostaje wsadzony za kratki, odkrywa on że życie nie musi się toczyć pod dyktando szkolnego rytmu. Paląc trawę i olewając naukę idzie tym samym w ślady swojego rodzica oraz brata, który szybko tłumaczy mu, że tylko dzięki uprawie konopi był w stanie awansować ze społecznych nizin.

Film w dosyć ciekawy sposób podejmuje dialog wydobywania się z międzypokoleniowej nędzy, wskazując na uprawę konopi jako na jedyną dla wielu drogę godnego zarabiania na życie (która pozostawała w Kalifornii półlegalna aż do ostatniego referendum).

Wątkiem naczelnym pozostaje jednak historia Masona, który uczy się fachu od swojego brata, jednocześnie szukając swojej własnej drogi w życiu. A że losy obydwóch splatają się bardzo przypadkowo (bracia żyli daleko od siebie), łuk dramatyczny (choć bardzo subtelny) wyznacza powolne przełamywanie lodów.

Film został w całości nakręcony w hrabstwie Sonoma (leżącym na północ od San Francisco), który słynny jest z uprawy winorośli, ale gdzie z roku na rok ze względu na ciepły klimat przybywa upraw konopi, która dla wielu pozostaje jedynym zajęciem. Wraz z upływem czasu widz poznaje więc wiele z tajników profesjonalnego procederu, którego celem jest spieniężenie plonów za gruby hajc, gdy nadejdzie jesień.

Charaktery obydwóch braci zostały napisane/odegrane z wyczuciem i wrażliwością, które nie oddalają ich za bardzo od inych portretów znanych z klasycznego amerykańskiego kina niezależnego. To obraz walki z systemem społecznym, w którym biedni i osieroceni mają niewielkie szane, chyba że zagryzą zęby i zaczną walczyć o swoje, co widzimy na załączonym obrazku.

Narracja jest powolna, ale tempo jest pewne, stabilne i działa na korzyść filmu. Sceny prawie nigdy nie zostają przeciągnięte bez powodu i często kończą się puentą w postaci osobistego podsumowania przez jednego z bohaterów lub mały gest, który wyraża jednak prawdziwe spektrum emocji. Wszystkiemu towarzyszy zaś indie popowy soundtrack z okazjonalnym numerem hip-hopowym, jak kultowy Don’t Gimme No Bammer Weed RBL Posse.

Jedną z najbardziej dramatycznych scen są odwiedziny ojca w więzieniu, który dostał 6 lat i musi odsiedzieć 3. Dialog z postacią graną przez Davida Fine’a staje się swoistym podsumowaniem losu obydwóch protagonistów. Błędy ojca zamieniają się w oczywiste oskarżenie pod jego adresem, ale świadomość tego, jak skończył staje się przestrogą, która służy za drogowskaz na przyszłość dla obydwóch mężczyzn.

Innym ciekawym momentem jest sekwencja scen, która pokazuje, że sprzedaż dużej ilości świeżych szczytów nawet w Kalifornii niesie ze sobą pewne ryzyko. Wschodnie Wybrzeże żąda Sour Diesela – mówi w pewnym momencie starszy brat i to właśnie uprawia i sprzedaje. Ale gdy przed domem marihuanowego brokera w trakcie transakcji wartej $150 tys. pojawiają się psy, wszystkie strony tracą luz i wpadają w panikę. To dobry komentarz na temat marihuanowego podziemia, który nie popada w absurd.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Green is Gold
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Netflix
Ocena MGV: 3,5/5

Uciekaj! (2017)

Nakręcone przez Jordana Peele’a Uciekaj! to dziecko specjalizującej się w lukratywnych, acz niskobudżetowych horrorach, wytwórni Blumhouse Productions (Paranormal Activity). To właśnie stojący na jej czele producent Jason Blum dostrzegł potencjał w napisanej przez Peele’a historii, która z dzisiejszej perspektywy idealnie wpisuje się burzliwą sytuację społeczną Stanów Zjednoczonych. Co więcej, o filmie mówi się w kontekście pierwszego czarnoskórego horroru z oficjalnym wsparciem finansowym Hollywood.

Fabularnie Uciekaj! to krytyka amerykańskiego rasizmu, delikatnie tylko przykrytego okleiną z białego liberalizmu. Młody, czarnoskóry fotograf, Chris (Daniel Kaluuya), spędza weekend w podmiejskiej posiadłości swojej białej dziewczyny. Jej przekonywania jakoby rodzice nie są uprzedzeni rasowo – czego potwierdzeniem ma być to, że głowa rodziny zagłosowałaby trzeci raz na Obamę, gdyby tylko była taka możliwość – pozornie koją niepokój chłopaka, podsycany przez telefony jego przyjaciela, pracownika służby granicznej.

Szerszy opis fabuły nie uniknąłby niestety spoilerów, a to właśnie wglądem w tajemniczą rodzinę Armitage i odkrywaniem jej tajemnic Uciekaj! stoi. To klasyczna historia ze zręcznym zawiązaniem akcji, która szybko epatować zaczyna jednak oparami absurdu.

Specjalizujący się w komediach Peele zaskakująco dobrze radzi sobie z wyczuciem tempa, rozsądnie umieszczając na fabularnej osi wszystkie wolty, jump scare’y czy sceny emanujące brutalnością. Stąd pod względem grozy Uciekaj! najbliżej do Dziecka Rosemary Polańskiego, ozdobionego psychodelicznymi rzutami, które jakby żywcem wyrwane zostały z Pod Skórą.

Ale by widz nie czuł się zaszczuty, jak główny bohater wśród białych na wykwintnym przyjęciu organizowanym przez domowników (czyżby wkradła się tu inspiacja klasycznym Zgadnij kto przyjdzie na obiad?), Peele podszywa całość sporą ilością humoru.

Głównym elementem wytchnienia jest ziomek Chrisa, grany przez amerykańskiego komika Lila Rela Howery’ego. Jego żarty, choć niezbyt wyszukane, idealnie nadają się jako wentyl pozwalający widzowi na łyk świeżego powietrza w gęstniejącej atmosferze, a sama postać jest kluczowa i idealnie dopasowana do fabuły.

Warto wspomnieć, że klimat filmu buduje nie tylko historia, ale również scenografia, przepełniona ogromnymi, pokazywanymi najczęściej w dziennym świetle, przestrzeniami. Potrafi ona wciągnąć widza w klimat bezlitosnej klaustrofobii, w której uwięziony jest bohater. Wrażenie to potęguje dodatkowo otaczający go panteon różnych postaci, od arystokratycznych rodziców po zachowującą się jak zombie z wuduistycznych rytuałów, czarnoskórą służbę.

Nieszczęśliwie jednak, Uciekaj! mimo ciekawego skryptu, solidnej realizacji czy gry aktorskiej grzęźnie w końcówce. Finał historii wprawny widz przewidzi już gdzieś w połowie seansu, a sam jego przebieg trąci sztampą – dobrze nakręconą, aczkolwiek sztampą. Jordan Peele pokierował kontrowersyjny temat przewodni trochę zbyt zachowawczo – w rękach bardziej odważnego reżysera dostalibyśmy z pewnością jeden z najlepszych horrorów XXI wieku.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Get Out
Produkcja: USA, 2017
Dystrybucja w Polsce: United International Pictures
Ocena MGV: 4/5

David Lynch potwierdza, że nie wyreżyseruje już więcej filmów!

Jak spekulowaliśmy prawie cztery lata temu, David Lynch, guru kina niezależnego, pragnie zakończyć karierę reżysera filmowego, co teraz kategorycznie potwierdził w wywiadzie dla australijskiego dziennika The Sydney Morning Herald.

Jak powiedział Lynch z goryczą: Sytuacja bardzo się zmieniła. Wiele filmów nie osiągnęło sukcesu kasowego, pomimo tego że mogły być to znakomite filmy, a te które podbijały box office nie miały nic wspólnego z tematami, które chciałem realizować.

Co jednak ważniejsza, to że artysta potwierdził silnym „TAK, to prawda”, choć po chwili wahania, że Inland Empire (2006), spektakularna klapa, która uczyniła z niego konia, na którego nikt nie chce postawić, oddalając jakąkolwiek szansę na sfinansowanie kolejnej produkcji, był jego ostatnim filmem w karierze.

Lynch skupia się teraz na zbliżającej się premierze trzeciego sezonu Miasteczka Twin Peaks, która będzie miała miejsce 21 maja, choć wciąż nie chce ujawniać żadnych szczegółów na temat fabuły, mówiąc:

Współczesny marketing kompletnie to (doświadczenie – przyp. red.) rujnuje. Ludzie chcą wiedzieć, aż w końcu się dowiadują, po czym tracą zainteresowanie. Tak więc, mówiąc za siebie, nie chcę wiedzieć nic na temat tego, co zobaczę. Chcę tego doświadczyć bez żadnego oczyszczenia, czystego. Chcę pójść w świat i pozwolić się temu stać.

Źródło: The Sydney Morning Herald

Nigel Wingrove opowiada o swojej fascynacji nunsploitation w „House of the Writhing Nun”

Nigel Wingrove, właściciel kultowego labela Salvation Group (odpowiedzialnego za renesans filmów Jeana Rollin), znany także jako reżyser kontrowersyjnego, eksperymentalnego szortu Visions Of Ecstasy (1989), zbanowanego do 2012 roku przez BBFC za przedstawienie Św. Teresy uprawiającej seks z inną kobietą i Jezusem na krzyżu, pełnometrażowego Sacred Flesh (2000) oraz trzech filmów wideo z serii Satanic Sluts (The Black Order Cometh, The Black Masses, Scandalized), dokumentujących występy sceniczne żeńskiej, gotycko-burleskowej grupy Satanic Sluts, opowiada o historii nunsploitation, poruszając przy okazji kwestię swojej osobistej fasynacji gatunkiem, która zamieniła go w filmowca i dystrybutora rzadkich filmów eksploatacji z lat ’70.

House of The Writhing Nun (wywiad)

Visions of Ecstasy (1989)