Archiwa kategorii: Filmoteka

Recenzje filmowe

Moonlight (2016)

moonlight-poster

Moonlight to adaptacja sztuki teatralnej Tarella Alvina McCraneya, Moonlight Black Boys Look Blue, Moonlight, która uprościła eksperymentalny styl autora, charakteryzujący się mnóstwem przeskoków czasowych, w zgrabny, trzyaktowy dramat o bolesnym dorastaniu w środowisku pełnym nienawiści i o nieodwracalnych zmianach, jakie powoduje przemoc wszelkiego rodzaju.

Akcja filmu rozgrywa się głównie w Liberty City, czarnej dzielnicy Miami, w której rządzą dwie rzeczy: crack i biedota, a jego bohaterem jest wrażliwy Chiron dający się zajeżdżać aż nie przeleje się miara i nie nastąpi wybuch furii, który znaczy też cezurę jego historii.

Chiron jest niestety biedny, czarny i przez większość życia naznaczony kryzysem tożsamości… jego niepewna seksualność jest od samego początku przedmiotem drwin i prześladowań wszystkich rówieśników, co szybko zamienia się w „bicie pedała” i cały spektakl przemocy werbalnej czy fizycznej, który nie pozwala mu na swobodne eksplorowanie swojej orientacji seksualnej i szukanie prawdy o swoich pragnieniach.

Tu chciałbym dodać, że osobiście nie widzę tego filmu jako manifestu LGBT czy historii szukania homoseksualnej tożsamości, a bardziej jako historię wrażliwego, nieśmiałego mężczyzny, który musi wyjątkowo długo czekać na prawdę o swoim życiu, a która okazuje się być w dużej mierze homoseksualna.

Protagonista jest najpierw Małym (Alex R. Hibbert), by stać się Chironem (Ashton Sanders), by stać się Czarnym (Trevante Rhodes) i w każdym kolejnym rozdziale życia musi się mierzyć ze swoją seksualnością, która pozostaje jednak tak stłamszona, że „w akcji” widzimy ją tylko raz, kiedy jego kolega Kevin stawia mu druta na plaży, po tym jak upala go (prawdopodobnie) pierwszym jointem, co jest w ogóle bardzo romantycznie sfilmowane, bez zbliżeń, prawie jak w latach ’50.

Faktem jest, że Chiron musi sobie oprócz problemów tożsamości radzić z uzależnioną od cracku matką (w tej roli niesamowita brytyjska aktorka Naomie Harris), która jest paranoiczną postacią domagającą się miłości i synowskiego oddania, w tym samym czasie nie wywiązując się ze swoich rodzicielskich obowiązków, krojąc nawet swoje dziecko z ostatniego siana i wywalając go z domu, kiedy ma klientów.

Chiron daje jednak radę, bo zawiązuje jeszcze w dzieciństwie owocną znajomość z lokalnym kingpinem narkotykowym kubańskiego pochodzenia, Juanem (nagrodzony Oscarem Mahershala Ali), który chroni go częściowo przed najcięższymi ciosami otoczenia, zanim nie ginie w nieznanych okolicznościach (ze względu na zawód sugerujących śmierć biznesową). Juan tłumaczy mu także pozytywne strony życia, które inaczej mogłyby Chironowi zupełnie umknąć „w dolinie rozpaczy”… nawet jeśli to on sprzedaje jego matce crack, co reżyser Barry Jenkins podsumowuje zresztą jedną piękną sceną.

Siłą Moonlight jest doskonały scenariusz, piękne zdjęcia i ciekawa reżyseria, która przywodzi na myśl styl Paola Sorrentina, a w dalszej kolejności klasyków kina europejskiego i powab azjatyckich mistrzów. Długie chwile ciszy czy sceny, w których głos aktorów celowo wyciszono i zastąpiono muzyką mogą miejscami wydawać się romansem z Tarkowskim czy Godardem. Z drugiej jednak strony film posiada twardość Peckinapaha czy uliczność wczesnych dzieł Schatzberga.

Warto przy tym wspomnieć, że jest to obraz niezwykle przystępny dla (względnie) masowej widowni, co z pewnością rozpoznała Akademia Filmowa przyznając mu Oscara za Najlepszy Film 2016. Tłumaczy on trudną tematykę tożsamości seksualnej w podobny sposób do Brokeback Mountain (2005), który – jak twierdzi wielu amerykańskich krytyków – nie dostał najcenniejszego Oscara głównie za wątki gejowskie. Te zaś w Moonlight Barry Jenkins potraktował tak łagodnie, jak tylko się dało (Fassbinder to nie jest), choć ciężko mu jednocześnie zarzucić granie pod publiczkę.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Mooonlight
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Solopan

Ocena MGV: 4/5

The Love Witch (2016)

the-love-witch-poster

Anna Biller zadebiutowała w 2007 z fascynującym neoeksploitem Viva – feministyczną satyrą na rewolucję seksualną w formie hołdu dla filmów Russa Meyera z przełomu lat ’60/’70. Film nie przedarł się do masowej publiczności, ale stał się małym hitem w środowisku fanów kina eksploatacji, których apetyt na wszelkie próby rewitalizacji niskobudżetowej konwencji rósł w miarę oglądania kolejnych odpałów Tarantino i Rodrigueza (projekt spółki pt. Grindhouse miał premierę w tym samym roku).

The Love Witch nadszedł po długiej przerwie, w trakcie której artystka miała dużo czasu na doskonalenie stylu, który na ekranie rozkwitł do prawdziwie gargantuicznych rozmiarów. Biller podjęła się ponownie niemal wszystkiego, rezygnując tylko z grania głównej roli, własnoręcznie projektując kostiumy, pisząc scenariusz, a także reżyserując, montując i produkując swoje dzieło, które całkowicie zaskoczyło krytyków swoim autorskim pazurem.

Film Biller nie jest łatwy w odbiorze, pomimo tego że zostaje „sprzedany” pod misterną retro fasadą – dwuwymiarowego w teorii – kina klasy B, czerpiąc z giallo (fascynacje żółtym thrillerem stają się absolutnie jasne, gdy sprawdzimy ścieżkę dźwiękową), cultsploitation, sexploitation i drugsploitation, co może łatwo zmylić mniej czujnych widzów.

Bebechy to jednak coś zupełnie innego – przewrotna, feministyczna satyra na współczesne pogaństwo z wiccą na czele (w swojej kalifornijskiej wersji), potęgę seksu, kobiecą drapieżność, męską bezradność, a przede wszystkim na psychologiczne rozbicie osobowości, doprowadzające do zawieszenia w świecie kompulsywnych marzeń-życzeń, kreujących potężną, magiczną siłę (dosłownie i w przenośni), która nie jest jednak w stanie zapełnić wewnętrznej pustki i ostatecznie prowadzi do tragedii.

Tytułowa Wiedźma Miłości, Elaine (grana przez piękną Samanthę Robinson), to młoda wiccanka, którą poznajemy w drodze z San Francisco na południe stanu, gdzie ma ona nadzieję rozpocząć nowe życie po świeżo zerwanym związku z pewnym mężczyzną (w jej myślach widzimy, jak pada on na podłogę pod wpływem trucizny).

Szczęśliwie się składa, że Elaine ma tam przyjaciółkę, która zaoferowała jej miejsce w swoim domu pod jej nieobecność… a także usługi dekoratorki wnętrz potrafiącej przeobrazić stary, wiktoriański budynek w prawdziwy okultystyczno-wiccańsko-tarotowy raj z tapetami wyjętymi żywcem z Vampyros Lesbos, dębowymi szafkami na magiczne eliksiry i obrazami, których nie powstydziłby się alchemik ze Świętej góry.

Elaine szybko odnajduje się w lokalnej społeczności, wystawiając swoje magiczne eliksiry na sprzedaż w sklepie dla wiedźm, odświeżając znajomość z operującym w okolicy wiccańskim covenem, a także rzucając miłosne uroki na spotkanych przez siebie mężczyzn, którzy jeden po drugim okazują się jednak zbyt wrażliwi na jej silną pozę i niepohamowaną żądzę spełniania męskich pragnień (Elaine czuje, że jej obowiązkiem jako kobiety jest dawanie mężczyznom pełni szczęścia).

Mentalna słabość rodzaju męskiego nie czyni oczywiście Elaine zbyt szczęśliwą, która roztacza przed swoimi ofiarami wizję zaspokojenia wszystkich pragnień, używając legendarnego wywaru z bielunia dziędzierzawy, aby wprowadzić ich w świat magii seksualnej i przywiązać do siebie na zawsze, co zawsze kończy się jednak u nich rozczarowującym załamaniem nerwowym.

Ideał silnego samca okazuje się nadzwyczaj trudny do znalezienia, aż nasza wiedźma nie spotka na swojej drodze lokalnego policjanta, który prowadzi śledztwo w sprawie nielegalnie pogrzebanego na terenie swojej posiadłości profesora lokalnego uniwerystetu i wpada wprost w jej sidła, próbując dowiedzieć się, czy miała ona z tym cokolwiek wspólnego.

Jednocześnie, w trakcie kolejnych podbojów erotycznych Elaine, wypełnionych komediowym ładunkiem, scen wiccańskich rytuałów – dość realistycznie swoją drogą zainscenizowanych – barowych pogawędek i konnych przejażdżek, Biller w gęstych oparach absurdu mierzy się z istotnymi problemami męsko-damskiego świata i post-patriarchalnej kultury, których próżno szukać w innych filmach niezależnych.

Dlaczego seks jest elementem kontroli? Czemu tak łatwo ogłupić mężczyzn? Czemu kobiety padają ofiarą patologicznych marzeń o miłości? Dlaczego magia i neopogaństwo są bliżej mainstreamu niż nam się to wydaje? W jaki sposób maskujemy własne słabości? Czy da się obłaskawić ludzki strach? A także dlaczego kochamy kultywować kłamstwo? Ten erotyczno-psychologiczny tour de force może was całkowicie powalić z nóg, jeśli lubicie mierzyć się z nieoczywistym pod powierzchnią oczywistego.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Love Witch
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4,5/5

Służąca (2016)

the_handmaiden_korean_poster

Ten erotyczno-kryminalny thriller/dramat niewątpliwie przypomni fanom Oldboya o Park Chan-wooku – reżyserze lubującym sie w umiarkowanej ekstremie, który swego czasu ochrzczony nawet został „popularyzatorem eksploatacji w kinie mainstreamowym”.

PCw nie wyrzeka się artyzmu w swoich dziełach, ale bezwzględnie eksploruje przy tym wątki sadomasochistyczne, nie skąpi scen tortur czy groteskowej przemocy. Nierzadko romansuje też z czarną komedią czy romcomem, otwierając nawet dialog z klasycznymi thrillerami amerykańskimi czy włoskimi.

Służąca to przedziwna hybryda, która igra sobie z wątkiem kryminalnym, zamieniając go w wątek erotyczny, a potem w dramat, szał miłości, lesbijską przygodę, a także w poszukiwanie wolności w bezdusznym świecie zdominowanym przez mężczyzn, który kruszy się pod własnym szaleństwem i manią wielkości… to historia, która swoją drogą jest bardzo wciągająca!

To film z jednej strony bardzo tradycyjny, przypominający dokonania azjatyckich formalistów w stylu Ozu, a z drugiej bardzo nowoczesny, oddany eklektycznej kreatywności, czego symbolem jest europejska muzyka i dom wujka Kouzukiego – główna sceneria filmu – składający się w połowie ze skrzydła japońskiego, a w połowie z angielskiego… choć akcja filmu rozgrywa się w okupowanej przez Japończyków Korei.

Dom ten zostaje odmalowany jako dzieło sztuki, a także metafora synkretyzmu zwierzęcego popędu seksualnego i kultury słowa pisanego, co szczególnie mocno widać w perspektywie okresu historycznego, w którym PCw osadził swoj film. Są to lata ’30, wiec TV i Internet nie wysadziły jeszcze z siodła czytania książek na głos, co w Służącej jest bardzo ważnym wątkiem.

Książki są też w filmie PCw walutą, która może być pomnożona dzięki oszustwie. Stanowią ponadto pewien kapitał, a przy okazji źródło największych podniet, bo księgozbiór Kouzukiego to głównie literatura erotyczna, inspirowana japońskimi perwersjami i dziełami Markiza de Sade, która ma wysoką wartość dla kolekcjonerów oddanych seksualnym fantazjom.

Do ich właściwego czytania wujek Kouzuki przykłada oczywiście wielką wagę, tak więc znajdująca sie pod jego opieką spadkobierczyni rodzinnej fortuny, panienka Hideko (Kim Min-hee), jest szkolona od dziecka w czytaniu ich na głos, a gdy już jest gotowa, swoim głosem sprzedaje pornograficzne manuskrypty klientom-zwyrolom, którzy po jej pokazach czytania rzucają się na nie nieprzytomni niemal z wrażenia.

Ta sama żądza z drugiej strony wyzwala Hideko, która zimna jak ryba i przebiegła jak wąż, wyłamuje się z własnego spisku przeciwko tytułowej służącej, Sook-Hee, mającej ją zasadniczo urobić pod szwindel zaplanowany przez „hrabiego” Fujiwarę, zawodowego oszusta widzącego okazję do pomnożenia swojej fortuny. Żądza staje się tu ważnym czynnikiem w grze o tożsamość i wolność młodej kobiety, której całe życie polegało na byciu narzędziem w cudzych rękach.

Misterna akcja została podzielona przez twórcę na trzy akty, które z czasem harmonijnie sie dopełniają, oferując widzowi dwie poetyckie niemal wolty. I nawet jeśli tajemnica przestaje być tak naprawdę interesująca zanim rozwiązana zostanie akcja, film do końca ogląda się z wielkim zainteresowaniem ze względu na przepiękne kadry i fantastyczny klimat.

W Służącej pasjonujące są postaci, które reprezentują świat bez uczuć i bez skrupułów, żywiący się własną fantazją i psychotycznymi aspiracjami. Dużo jest tu motywów charakterystycznych dla kultury azjatyckiej, choć reżyser jest głównie zainteresowany jej złodziejskim obliczem. Może to nie Imamura, ale nie jest to też film, który należy pominąć przy oglądaniu nowych niezależniaków ze Wschodu.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Agassi / The Handmaiden
Produkcja: Korea Pd., 2016
Dystrybucja w Polsce: Gutek Film
Ocena MGV: 4/5

Piję Twoją krew (1970)

i_drink_your_blood_1970_poster

Scenariusz do I Drink Your Blood powstawał w najgorętszym dla Stanów Zjednoczonych okresie minionego wieku, pod koniec lat ’60. Będący u szczytu konfliktu wietnamskiego rząd USA brutalnie spacyfikował studenckie protesty antywojenne na Uniwersytecie w Kent i na Uniwersytecie Stanowym w Jackson, Charles Manson wydał słynny album LIE, a siła ruchu hipisowskiego stawała się odwrotnie proporcjonalna do siły dragów, jakich używała. Na tle tych wydarzeń reżyser David Durston umieścił historię hipisowskiej komuny czczącej Szatana.

Na swoje nieszczęście, Synowie i Córki Szatana – bo takim mianem określa się sekta – gwałcą nie tę dziewczynę co trzeba, narażając się tym samym na zemstę jej dziadka. Stetryczały starzec w swoim ferworze kończy jednak pobity i „poczęstowany” kwasem, co kończy jego zapędy do szukania sprawiedliwości.

Ale z pomocą przychodzi wnuczek, który niczym Pomysłowy Dobromir, wymyśla genialny plan uszlachetnienia ciasteczek krwią chorego na wściekliznę psa i podaniu ich niczego niespodziewającym się gówniarzom.

Jak chce tego pokrętna logika filmu, doprawione skażoną juchą placki zmieniają następnie „hipisów” w krwiożercze bestie, co prowadzi do bestialskiej, absurdalnej rzezi o wyjątkowej formie.

Sugerujący wampiryczne klimaty tytuł to przy tym jedynie marketingowy pomysł producenta Jerry’ego Grossa na sprzedawanie filmu w paczce razem z czarno białym I Eat Your Skin (1964).

Fobia, tytuł oryginalny, sugerowany przez reżysera, wydaje się bardziej adekwatny, bo film Durstona to obskurna eksploatacja wyrwana żywcem z kina samochodowego, będąca zarazem czymś w rodzaju „konserwatywnej krytyki” dla pełnej luzu i dekadencji dekady.

Nie da się ukryć, że Piję Twoją krew jest produktem swoich czasów, jednocześnie wyprzedzającym je w kwestii eskalacji brutalności, choć mowa tutaj raczej o kontekstowości w ukazywaniu śmierci, niż samej realizacji.

Obrywa się zarówno ludziom jak i zwierzętom, odcinane są ręce i nogi, a wiadra krwi radośnie ochlapują ściany pomieszczeń. Wszystko to zaś w aurze uroczej, niskobudżetowej umowności, mimo że sceny takie jak samospalenie, czy wychodzące z rany ciętej wnętrzności, naprawdę robią wrażenie!

Można powiedzieć, że Durston ciekawie połączył klimaty psychodelicznego szokera z charakterystycznym dla lat 70-tych kinem campowym. Łatwo tutaj doszukać się jawnych inspiracji kultową Nocą Żywych Trupów (1968), jednak z drugiej strony czy Romero nie podłapał co nieco z filmu Durstona, kręcąc 3 lata później swoich Szaleńców?

To kino mikro-apokalipsy, w której prym wiedzie wystylizowany na Apacza Horacy (Bhaskar Roy Chowdhury), będące świetną laurką dla jednej z najbardziej szalonych epok w historii ruchomych obrazów. Zdecydowanie warto zobaczyć, choć wspomagacze będą niezbędne, by przetrwać choćby kakofoniczną muzykę.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: I Drink Your Blood
Produkcja: USA, 1970
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3/5

Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie (2016)

rogue_1_star_wars_poster

Po obejrzeniu Łotra 1 jedna rzecz tak naprawdę nie ulega wątpliwości: ten film żadnym spinoffem nie jest. To historia, która w integralny sposób została powiązana z głównym wątkiem gwiezdnej sagi i za kilka lat może się okazać seansem obowiązkowym dla wszystkich żółtodziobów, jak teraz jest już dla zagorzałych fanów.

To także film zdecydowanie lepszy od Przebudzenia mocy, które z trudem przeskoczyło trylogię prequelową, a które sam George Lucas nazwał remakiem, z czym naprawdę ciężko się kłócić, bo scenarzyści i reżyser ujawnili tyle kompromitujących szczegółów na temat preprodukcji, że w zasadzie należy im pogratulować zrealizowania dobrego remake’u (szperaczy odsyłam do riserczu).

Łotr 1 nie jest przy tym pozbawiony pewnych wad i powiedzmy sobie szczerze, starej trylogii wciąż nie przeskakuje (do Imperium kontratakuje dużo mu brakuje), ale film został przynajmniej zrobiony z ładem i składem, ma bardzo dobrą obsadę, ciekawe kreacje, gładki scenariusz, niezłą reżyserię – która umie odróżnić właściwe tempo od nieuzasadnionych zwrotów akcji – i nie dusi widza piardami narracyjnymi w stylu „obejrzyj następny film, to skumasz dlaczego”.

Czas akcji został osadzony pomiędzy upadkiem Republiki, wzorowanym oryginalnie przez Lucasa na upadku Stanów Zjednoczonych, czyli przejęciu władzy przez Richarda Nixona (oportunisty, paranoika i tyrana), jaki pamiętamy z nienajlepszej (choć może też nienajgorszej) Zemsty Sithów, kiedy ostatni Jedi udali się na galaktyczne wygnanie i nastały czasy mroku, grozy, i ciemności (sorki oczywiście za spojlery), a pierwszymi scenami Nowej nadziei.

W tymże mrocznym czasie zawiązał się szczęśliwie Sojusz Rebeliantów, który zaczął kombinować, jak skutecznie obalić Imperium i przywrócić ład w Galaktyce, co jak wiemy prawie się udało w Powrocie Jedi (sorki ponownie za spojlery), ale jednak się nie udało (sorry, ale nie mogłem się powstrzymać), dzięki czemu do boju ruszyli w końcu producenci Disneya i rozbudzili na świecie potrzebę Przebudzenia Mocy (2015), która tylko na terenie USA dała mocny wynik prawie $1 mld brutto.

Ale wracając do Łotra 1, film odkrywa przed widzem ważny epizod z okresu walki Sojuszu z Imperium, w którym grupa straceńców rabuje plany Gwiazdy Śmierci (megastacji kosmicznej o śmiercionośnej sile bojowej), by dać później Luke’owi Skywalkerowi okazję do zniszczenia jej raz i na zawsze, ale wcześniej musi ona odnaleźć Saw Gerrerę, schizmatyka w szeregach rebeliantów – jedyny ślad do miejsca przechowywania planów.

Wyreżyserowany przez Garetha Edwardsa, który zaczął swoją karierę w przemyśle filmowym od przygotowywania efektów specjalnych do programów BBC, PBS i Discovery, Łotr 1 nieco chwiejnie wprowadza widza w historię, która jednak dobrze się rozwija i już w połowie stoi na przyzwoitym poziomie, czemu pomagają znakomite role doświadczonych i utalentowanych aktorów takich jak: Ben Mendelsohn (Orson Krennic), Forest Whitaker (Saw Gerrera), Mads Mikkelsen (Galen Erso).

Biją oni na głowę warsztat Felicity Jones (Jyn Erso) i Diego Luny (Cassian Andor), wcielających się w protagonistów filmu, co jest z jednej strony bardzo zabawne, ale z drugiej zupełnie nie dziwi, jako że Disney na te role poszukuje przede wszystkim aktorów nadających się estetycznie do tłumaczenia franczyzy na język konsumencki, co sprawia, że są oni wymienni, jak felgi w legendarnym Golfie III.

Ale ich role nie są złe, a przez to że scenariusz uchwycił całkiem sporo dramatyzmu, a Edwards sam jest fanem sagi, ostateczny efekt daje sporo satysfakcji, która w moim osobistym wypadku pozostaje także wynikiem tego, iż nie znajdziemy na ekranie wyrachowanych prób wyciskania łez z widza, poza drobnymi ukłonami o bardzo nostalgicznym charakterze, które da się jednak w pełni usprawiedliwić po stronie narracji.

I choć jest to oczywiście film PG-13, bo innych Disney nie kręci, czyli dostajemy wojenną rzeź bez kropli krwi, Edwards montuje całkiem udaną wizję zmagań o losy Galaktyki z bohaterami, którzy muszą dokonywać trudnych decyzji, poświęcać się i ginąć, a więc mają jakiś zarys realizmu tak potrzebnego odświeżonym Gwiezdnym wojnom, balansującym w Przebudzeniu mocy na granicy kiczu.

Czy jest to jednak film polityczny? Zważywszy na to, że saga miała u swojego zarania bardzo polityczny charakter, co Lucas przyznał po latach bez owijania w bawełnę, Łotr 1 wraca po prostu do korzeni, choć nie naciągałbym teorii do tego stopnia, że film komentuje bieżące wydarzenia polityczne.

W efekcie dostajemy obraz, który próbuje być czymś więcej, niż próbą wyciągnięcia pieniędzy z portfela i w pełni zasługuje na uwagę wszystkich fanów Gwiezdnych wojen, którzy znajdą w nim poza nowymi także dobrze znane przez siebie charaktery – zaliczającego brutalny epizod Dartha Vadera oraz wygenerowanych cyfrowo Wilhuffa Tarkina (Peter Cushing) i księżniczkę Leię (Carrie Fisher).

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Rogue One: A Star Wars Story
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Walt Disney Pictures Polska
Ocena MGV: 4/5

Nie oddychaj (2016)

dont-breathe-poster_2016

Pogrążone w bankructwie Detroit coraz częściej inspiruje twórców kina gatunkowego. Wymarła metropolia była już domem dla introwertycznego wampira (Tylko kochankowie przeżyją), placem zabaw dla wenerycznego demona (Coś za mną chodzi), a w końcu sam Ryan Gosling umieścił akcję swojego debiutu w mieście inspirowanym stolicą amerykańskiej recesji.

Teraz reżyser Fede Alvarez, twórca dobrze przyjętego remake’u Martwego zła, w pejzaż postapokaliptycznych przedmieść Detroit wpisuje jeszcze jedną mroczną historię.

Filmowi trudno nie zarzucić bycia banałem. Ot historyjka o trójce dzieciaków, która starając się wyrwać z dotychczasowego życia, para się rabunkami. Ale pewnego razu za cel obiera sobie ona stojący na uboczu dom niewidomego weterana wojny w Iraku, mieszkającego ze swoim psem odludka. Reszta to czysto gatunkowa, trzymająca za gardło, poetyka kina grozy, wyraźnie odrzucająca przegięty styl Martwego zła (2013).

Jednak ta prostota w przypadku Nie oddychaj działa tylko i wyłącznie na plus, bo produkcja posiada w rękawie kilka fabularnych asów, przyprawiających widza o przyjemne doznania. Duża w tym zasługa wcielającego się w rolę Ślepca Stephena Langa. Aktor znany głównie z drugoplanowych ról wykreował wręcz idealny czarny charakter, posiadający wszystkie, nawet te przerysowane cechy nemesis dla naszej młodzieży.

Śrubę napięcia podkręca także scenografia i sposób, w jaki operator Pedro Luque nam ją przedstawia. Sekwencja wtargnięcia złodziejaszków do posępnego domostwa sugeruje nam, że Alvarez wykorzystuje wszystkie narzędzia filmowego rzemiosła w pełni świadomie. Kamera, która płynnie krąży po ciasnych, zagraconych korytarzach, rysuje nam topografię miejsca akcji.

Daje nam to przewagę nad trójką bohaterów, dla których dom Ślepca stanie się istnym labiryntem minotaura. Wszystko to okraszone hitchcockowskim motywem zawieszonej na ścianie broni. Jeśli kamera zatrzymuje się na jakimś przedmiocie, bądźcie pewni że zostanie on w filmie mniej lub bardziej efektownie wykorzystany.

Wszystko to sprawiło, że Alvarez, trochę niespodziewanie, wydał na świat jeden z najlepszych horrorów 2016 roku, podkreślając przy tym, że piękno tkwi w prostocie. Jest to spore ułaskawienie wobec kilku rzucających się w oczy gatunkowych klisz i rozwiązań, do przesady kameralnego charakteru, czy nieco naiwnego zakończenia.

Wyobraźcie sobie klasyczny kryminał Doczekać zmroku (1967), w którym zamiast śliczniutkiej Audrey Hepburn, mamy brodatego Stephena Langa, a całość nakręcono pośród niegdysiejszej dumy gospodarczej USA. Takie właśnie jest Nie oddychaj!

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Don’t Breathe
Produkcja: USA/2016
Dystrybucja w Polsce: United International Pictures
Ocena MGV: 3,5/5

American Honey (2016)

american-honey-poster

Czasem punkt widzenia obcego może rzucić całkowicie nowe światło na kulturę, która pozostaje ograniczona przez własną samoświadomość. Nie inaczej jest w kinie, które zdominowane przez lubujący się w wystawnych produkcjach amerykański przemysł filmowy, zawsze przeżywa szok, gdy ogromne amerykańskie przestrzenie weźmie pod lupę ktoś inny, niż hollywoodzki insajder.

Z Ameryką w istocie mierzyło się w przeszłości wielu europejskich czy azjatyckich twórców i niemało z tych filmów należy dzisiaj do żelaznej klasyki kina. Wystarczy wspomnieć Zabriskie Point (Antonioni), Nocnego kowboja (Schlesinger), Chinatown (Polański), Atlantic City (Malle), czy żeby nie sięgać daleko Las Vegas Parano (Gilliam) i już mamy pewien obraz, który ciężko wymazać z pamięci.

Jestem przekonany, że do tego szeregu można teraz dodać American Honey wyreżyserowany przez brytyjską gwiazdę kina autorskiego, Andreę Arnold, która za swój Fish Tank otrzymała w 2009 Nagrodę Jury na Festiwalu w Cannes, żeby odebrać tę samą nagrodę za swoje najnowsze dzieło, pozostające w mojej skromnej opinii jednym z najlepszych filmów roku!

Andrea Arnold często mówi, że rzadko inspirują ją inne filmy, a znacznie częściej samo życie, co wypisz, wymaluj idealnie definiuje styl American Honey – naturalistycznej, surowej i szczerej opowieści o życiu amerykańskich nastolatków, którzy nigdy nie zaznali szczęścia troskliwej rodziny, dobrej edukacji i trzech posiłków dziennie, balansując przez większość swojego młodego życia na granicy nędzy, rozpaczy i szaleństwa.

Star (Sasha Lane), protagonistka tego niezależnego dramatu, zrealizowanego w dużej mierze z udziałem amatorów zhaltowanych z supermarketowych parkingów, którzy dostali od Arnold ogromne pole do improwizacji, wyprodukowanego za niecałe $3,5 mln, nakręconego kamerą z ręki w trakcie objazdu południa USA, to młoda dreadziara opiekująca się dwójką dzieciaków pozostawionych na lodzie przez rodziców grzejących crystal meth.

Jej sytuacja życiowa jest widoczna od pierwszej sceny, w której dziewczyna skipuje wysyp lokalnego Kmartu, wyciągając z niego zafoliowanego kurczaka i kilka ziemniaków, co ma zapewnić pożywienie dla całej rodziny na kilka kolejnych dni. Ale kilka chwil później na parking obok zawija Ford Minivan z bandą nastolatków, które wyglądają, jakby kończyły weekendowy rave, a Star wpada w oko przystojny Jake (Shia LaBeouf), który zachęca ją, żeby uderzyła nazajutrz razem z nimi do Kansas City.

W ten prosty sposób zawiązuje się akcja dzieła Arnold, łączącego klasyczne kino drogi z filmem o dorastaniu, w którym nie brakuje dymiących bongów, butelek taniej whisky i namiętnych scen seksu (to wszystko podcięło masową dystrybucję), co automatycznie przypomina o innych wielkich dokonaniach gatunku takich jak River’s Edge, Dzieciaki czy Spring Breakers – szokerach o trudnej młodzieży, które skutecznie niszczą idealistyczny obraz dorastania.

Jake wkrótce weźmie Star pod opiekę, żeby pokazać jej kulisy pracy, którą cała załoga wykonuje do znudzenia. A jest to sprzedaż papierowych magazynów w formie abonamentu, czy raczej wyciąganie siana od kogo się da poprzez sprzedaż siebie (swojego wizerunku, swojej osobowości, swojego ciała), w celu zaspokojenia nieograniczonego apetytu na pieniądze Krystal (Danielle Riley Keough) – szefowej tego amerykańskiego przedsięwzięcia.

I tak widzimy jak w kalejdoskopie miasta zmieniające się w wioski, dzielnice nędzy, pola naftowe, kaniony i motele, w których zatrzymuje się załoga, składająca się wyłącznie z nastoletnich wyrzutków, białych śmieci, dzieci osieroconych przez rodziców i los, nie bawiących się w subtelności… które podśpiewują We Found Love Rihanny.

Szefujący im Jake wydaje się starszy i bardziej doświadczony, ale jego kontrola szybko pęka w obliczu miłości do Star, która ujawnia wybuchowy temperament i uliczną mentalność. Ale nawet jeśli mamy do czynienia z kilkoma brutalnymi akcjami, reżyserka oparła się pokusie przerobienia tego wątku na modłę Bonnie i Clyde, oferując rodzaj przedziwnej konsolacji wraz z zakończeniem, które pozostaje tajemnicze i otwarte na interpretację!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: American Honey
Produkcja: USA/Wielka Brytania, 2016
Dystrybucja w Polsce: Gutek Film
Ocena MGV: 4,5/5

Demony wyobraźni (1972)

demons_of_the_mind_poster_1972

Demony wyobraźni w reż. Petera Sykesa były jedną z prób ratowania wytwórni Hammer przed ziszczającą się wizją bankructwa. Ostatecznie okazały się eksperymentem stojącym w opozycji do tego wszystkiego, czym dotychczas studio karmiło widownię.

Z jednej strony, wciąż utrzymany w kochanej przez Brytyjczyków gotyckiej estetyce, film eksperymentuje na płaszczyźnie narracji, choć ta kluczy naprzemiennie przez szaleńczy marazm i zduszoną przez represyjnych rodziców rzeczywistość XVIII wiecznych dzieci kwiatów.

Scenarzysta Christopher Wicking miał okazję rok wcześniej współpracować z Sykesem przy jego debiutanckim obrazie Venom. Jednak postanowił on zerwać z hammerowskim kanonem pokazywania nauki i religii w charakterze dobra zwalczającego zło vide zawsze racjonalny Peter Cushing w roli Van Helsinga.

W historii domniemanej klątwy ciążącej na głowie patriarchalnej rodziny, Zornie – w tej roli znany brytyjski aktor Robert Hardy – nie da się postawić nikogo po jasno określonej stronie barykady. Modły reprezentującego kler Michaela Horderna okazują się bezużytecznym bełkotem, a nauka staje się narzędziem w rękach szarlatana.

W środku tej opresyjnej sytuacji znajduje się rodzeństwo, Elizabeth (Gillian Hills) i Emil (Shane Briant), które razem próbuje się wyrwać z rąk pogrążającego się w coraz większym obłędzie ojca, stosującego wobec nich formę psychicznej tortury. Z tak patologicznego źródła bierze się także dość jednoznacznie zaakcentowana przez film relacja kazirodcza między bratem, a siostrą.

Mimo dość odważnej próby połączenia głębokiego kina psychologicznego z pełną krwi i nagości eksploatacją, obraz ten nie przyniósł Hammerowi oczekiwanego sukcesu. Duet Sykes i Wicking na ponowną pracę w brytyjskim studio zdecydowali się dopiero 4 lata później przy produkcji Córki dla diabła, filmu który okazał się ostatnim gwoździem do trumny wytwórni.

Jednak dzisiaj pozostaje on jedną z najciekawszych pozycji w katalogu studia Hammer. Nawet jeśli zrealizowany został w mocno przejaskrawionej optyce, kulminacja historii jest dość sztampowa, a zawiązanie akcji grzęźnie w montażowym chaosie.

Gęsta atmosfera paranoi wypełnia każdy, nieraz ocierający się o artyzm kadr, a fanom czerwonej farby reżyser serwuje ponadto kilka krwawych sekwencji. To dzieło ekscentryczne i niecodzienne, stąd też potraktowane przez brytyjską wytwórnię po macoszemu, jednak całkowicie niesłusznie.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Demons of the Mind
Produkcja: Wielka Brytania, 1972
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Snuff (1976)

snuff_1976_poster

Nakręcony przez małżeństwo Findlay, Robertę i Michaela, film pierwotnie nosił wymowny tytuł Slaughter i pod taką też nazwą został przejęty przez wytwórnię Exploitation Film Extraordinaire. By nowy nabytek mógł wypłynąć na fali brutalnego i niezwykle popularnego w tamtym okresie kina eksploatacji, wytwórnia zleciła dokręcenie epilogu Simonowi Nuchternowi.

Ten wpadł na pomysł, by wstrząsnąć opinią publiczną faktem, wedle którego w końcowej scenie obserwujemy prawdziwe morderstwo, dokonane na filmowym planie. Do tego zmieniono również nazwę, która ze Slaughter zmieniła się na bardziej enigmatyczną Snuff. W ten właśnie sposób słowo to przeszło do historii, tworząc mitologiczny nurt filmowy, który ukazuje prawdziwe morderstwa.

Warto wspomnieć, że Ameryka w latach 70-tych dalej żyła zbrodniami dokonanymi przez bandę Charlesa Mansona. Nic więc dziwnego, że nakręcony na niskim budżecie Snuff kłania się tym wydarzeniom. Zamiast oczadzonych gówniarzy, przepowiadających wojnę rasową w piosenkach The Beatles, mamy jednak grupę zmotoryzowanych handlarzy narkotyków pod przewodnictwem charyzmatycznego typa o ksywie Szatan – w tej roli Enrique Larratelli.

Naprzemiennie obserwujemy też losy aktorki Terry London (Mirtha Massa) oraz jej kochanka Horsta (Clao Villanueva). Splot wydarzeń sprawi, że na swojej drodze spotkają oni Szatana ze swoją hordą półnagich lasek na motocyklach.

Film małżeństwa Findlay znany jest dzisiaj głównie z manipulacji w fazie promocji. To właśnie ta, trwająca jakieś 3 minuty i stylizowana na autentyczne nagranie scena, zapewniła mu marketingowy sukces. Cała reszta to, niestety, nudne i nieoferujące za wiele kino, jakiego pełne były wówczas podrzędne grindhouse’y.

Od naprawdę marnego aktorstwa, przez żenująco wyglądające i nieliczne sceny mordu, aż po ewidentnie wyrwaną z kontekstu całości końcówkę, Snuff nie stara się być niczym więcej, niż słabym pochłaniaczem czasu. I choć ma to swój specyficzny urok, docenią go tylko nieliczni fani naprawdę obskurnych produkcji.

Snuff to także budzące szyderczy uśmiech obrazki pokroju napadu na przydrożny sklep. Jednak te sympatyczne wstawki są niczym krople w morzu nudy i miałkości, choć produkcja w swoim zamyśle opierać się miała na obscenicznym ukazywaniu zbrodni bandy Szatana. Ta dziwaczna ekspozycja mordu przeważnie prezentowane jest w formie symultanicznego stanu ekstazy i cierpienia.

Ciekawy zabieg widzimy w otwierającej film sekwencji. Cięta nożem po stopach dziewczyna zawieszona wydaje się być między orgiastyczną uciechą, a skrajnym wyczerpaniem. Jednak to nie policzek wymierzony w sadystyczną rządzę oglądania skrajności amerykańskiej widownia, a zwykły pokaz słabego aktorstwa.

Będący u podstaw małym, nic nie znaczącym eksploitem, film dzięki jednemu pomysłowi zapisał się na kartach historii dla tych, którzy lubują się w kinematograficznej ekstremie. Najtrafniej sedno filmu ujął sam Nicolas Winding Refn w jednym z opcjonalnych wprowadzeń do wersji Blu-Ray: Lepiej w ogóle tego nie oglądać, niż być później zawiedzionym. Dla wielu fanów niskobudżetowego kina będą to jednak słowa wypowiedziane zupełnie na wyrost.

Oskar „Dziku” Dziki

Oryginalny tytuł: Snuff
Produkcja: Argentyna/USA, 1976
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2/5

Miles Davis i ja (2015)

miles_ahead_poster

Don Cheadle chyba za bardzo popłynął w swoim reżyserskim debiucie, żeby można go było oglądać jak biografię z prawdziwego zdarzenia. Z drugiej jednak strony mamy tu przepiękne momenty milesowskie, które artysta wyczarował dzięki swojej pracy aktorskiej. A że Cheadle znany jest z mierzenia wysoko swoimi kreacjami – wystarczy wspomnieć takie kultowe filmy, jak Boogie Nights czy Traffic – warto mu ten pierwszy raz po drugiej stronie kamery wybaczyć.

Miles Davis i ja byłby rewelacyjnym stadium osobowości boga jazzu, który ustami Cheadle’a określa go jako „muzykę społeczną” (tak moi mili, Miles nienawidził szufladek), gdyby Cheadle nie nadmuchał go niepotrzebnie sensacyjno-kryminalną intrygą, sprowadzającą wszystko w rejony Across 110th Street z machającym zza rogu Shaftem.

Z tego prującego ogniem i ścigającego się furami po nowojorskich ulicach muzyka ciężko się nie uśmiać, choć mniej tu chodzi o zgodność z faktami (biografie są interpretacjami faktów), ale o wybór twórcy, który w pewnym momencie rozciąga psychologiczno-emocjonalną strunę do tego stopnia, że oczekuje się zakończenia przynajmniej na miarę Bound for Glory, a ta zostaje zwinięta wraz z pojawieniem się alternatywnego Milesa, zamieniającego wszystko w gangsterską fantazję.

Wspomnijmy jednak o największych zaletach filmu, którymi są oprócz wspomnianej kreacji Cheadle’a, rola Ewana McGregora, wcielającego się w wyrachowanego reportera Rolling Stone, doskonałe dialogi, wyśmienity, zdegenerowany klimat oraz bardzo ciekawie wyreżyserowane momenty biograficzne. O muzyce nie ma nawet co wspomniać, bo ciężko żeby była słaba w filmie o Milesie Davisie – dostajemy pełno tune’ów z Agharty, Sketches of Spain czy Kind of Blue.

Akcja filmu rozgrywa się w 1980, w trakcie Wielkiej Ciszy, w której Miles przestał nagrywać studyjnie, zaszywając się w swoim nowojorskim domu, gdzie ćpał koks i imprezował z dziwkami, co pokazane jest bardzo dosłownie (w jednej ze scen muzyk pokrywa nawet różnicę za ćwierć uncji swoim autografem). Cheadle dokonuje ponadto introspekcji, która pokazuje Milesa w latach ’50/’60, kiedy ten został pobity przez policję, a także ożenił się i rozwiódł z Frances Taylor.

Czy to dużo, czy to mało? Mi to wystarczyło, żeby z zainteresowaniem oglądać film do połowy i z nieco mniejszym czekać na zakończenie, kiedy przed oczami miałem głównie stracony potencjał, co nie znaczy jednak, że należy sobie ten seans odpuścić. Należy się raczej skupić na najmocniejszych stronach filmu, szczególnie milesowskich tekstach i manieryzmach, które gwarantują dobrą zabawę wszystkim fanom muzyka, a zapomnieć o artystycznym oberwaniu chmury.

Conradino Beb

Oryginalny tytuł: Miles Ahead
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: UIP
Ocena MGV: 3/5