Archiwa kategorii: Filmoteka

Recenzje filmowe

The Void (2016)

Dla wszystkich, którzy przekroczyli już trzydziestkę, a są oddanymi fanami horroru i SF, nastały mroczne czasy. Pozornie wszystko gra. Groza – kosmiczna czy ta bardziej przyziemna – nadal wylewa się z ekranów. Do kin wrócili starzy wyjadacze: Freddy Krueger, Jason Voorhees, Michael Myers, Obcy, Predator, a także Godzilla. Takie powroty bywają w miarę udane (Coś) , umiarkowanie udane (Predators) lub zupełnie chybione (prequele Obcego, głupawa seria AVP), ale zazwyczaj drażnią lub pozostawiają niesmak.

Odświeża się wszystko i każdego, a wysoki połysk poraża siatkówki widza. Dorzuca się bezjajeczne CGI. Scenariusze odtłuszcza z wszelkiego kożucha nieprzewidywalności, dzikich scen, odpału w tę czy inną stronę. Kto w latach 90-tych w dusznej dżungli wypacał ze strachu wnętrzności przez skórę (Predator), raczej nie będzie miał problemów z zaśnięciem po seansie serii Naznaczony czy Obecność.

Kto zamarzał razem z Kurtem Russellem na Antarktydzie, przerażony bliską obecnością Czegoś, uzna Egzorcyzmy Emily Rose za równie straszne, co seplenienie Kaczora Daffy’go. Na panujący karnawał zbyteczności i przeciętności część widzów reaguje niesmakiem.

Na szczęście czasami reagują też filmowcy, próbując dać nam dzieło nawiązujące do udanych pozycji sprzed dekad. The Void wyciąga rękę w stronę fana hororów i SF, który ma dość współczesnej brei. Czy warto mu podać własną? Policjant patrolujący okolicę znajduje nieprzytomnego człowieka. Zabiera go do szpitala, który praktycznie już nie funkcjonuje, bo właśnie przenosi się w inne miejsce. Jedna z pielęgniarek dostaje morderczych skłonności, więc policjant musi ją zabić.

Do tego samego miejsca trafiają dwaj uzbrojeni mężczyźni – chcą odstrzelić jednego z pacjentów. Jakby tego było mało, szpital zostaje otoczony przez zakapturzony kult, który ewidentnie nie ma dobrych zamiarów, a wewnątrz budynku pojawiają się mordercze kreatury. Brzmi jak niezły bigos? Bo tak właśnie smakuje. Przygotowano go z uwzględnieniem przepisów mistrzów kuchni: Cronenberga, Carpentera czy Clive’a Barkera, więc wiadomo, że danie jest mięsne i pikantne.

The Void nie jest filmem idealnym, ale swoją robotę robi. Siła tej pozycji nie tkwi w scenariuszu. Ten jest dość pretekstowy i grubymi nićmi szyty. Kto oczekuje koronkowej roboty jak spod ręki M. Night Shyamalana, może sobie odpuścić. Autorzy postawili na połączenie różnych inspiracji w jedną całość, ale sam film jest jednym wielkim nawiązaniem, z czym twórcy nie zamierzają się wcale kryć.

Kto nie urodził się wczoraj, wyłuska mnóstwo odniesień – głównie do kina lat 80-tych i okolic (Powrót z piekieł, Coś, Hotel siedmiu bram, Atak na posterunek 13). Wszystko zaś spina atmosfera kosmicznego horroru, wywiedziona od mistrza Lovecrafta, którego duch unosi się nad tym projektem.

The Void ewidentnie wyrasta z nostalgii, ale akcja toczy się w zawrotnym tempie, napędzana silnikiem nadnaturalnych zdarzeń. Narracja trochę się rwie pod ciężarem kolejnych zwrotów akcji i kumulacji mocnych scen (ktoś krzyczy, ktoś komuś grozi; postaci mierzą do siebie z broni, a dodatkowo wybiega potwór itp.).

Nie liczcie na rozbudowane relacje między bohaterami. Ci miotają się przerażeni, strzelają i umierają. Nierzadko zagrażają sobie nawzajem. Postaci są nijakie, co stanowi spory minus – zbyt szybko zaczyna nam być obojętne, co się z nimi stanie; czekamy za to na jakiś mięsisty frykas w postaci dziwoląga z innego wymiaru.

Ale Carpenter też nie kreował skomplikowanych bohaterów, choć byli oni wyraziści i przekonujący, co wystarczało. W The Void kreacje aktorskie są zanadto sztywne, a dialogi brzmią jak przegryzanie twardego chleba. Film zdecydowanie nie błyszczy, jeśli idzie o materiał ludzki.

Znacznie lepiej idzie mu z ekspozycją piekielnego inwentarza. Efekty specjalne to ręczna robota – stara, dobra szkoła, która lubi kłęby ohydy, strugi śluzu i szeroki asortyment ran i uszkodzeń. Jest na czym oko zawiesić, a biorąc pod uwagę niewielki budżet, jakim dysponowali filmowcy – można wręcz bić brawo. Poza tym obraz napędza ciągłe napięcie i okrutna konsekwencja złych mocy – te napierają zewsząd i przerabiają ludzi na papkę. Zło nie dyskutuje, woli unicestwiać!

Muzyka także trzyma poziom, acz tu nie obędzie się bez zastrzeżeń. Za ścieżkę dźwiękową odpowiada Lustmord, tytan dark ambientu i inżynier dźwięku przy wielu filmach, który jednak – poza muzyką do krótkiego metrażu – nie miał wcześniej na koncie żadnego soundtracku.

Wiele razy zastanawiałem się, kiedy ktoś poprosi ten żywy miotacz sonicznej grozy o współpracę przy jakimś horrorze. Stało się, a efektem jest solidna pulsująco-szumiąca oprawa. Biorąc pod uwagę, jak niesamowite pokłady mroku kreował artysta na swoich płytach, mogę tu jednak mówić o pewnym rozczarowaniu. Może wynika to z faktu, że część materiału wypuściła nieznana mi grupa Blitz/Berlin.

The Void to obraz daleki od doskonałości. To także kino, któremu nie brakuje ambicji, stworzone przez twórców świadomych i konsekwentnych, oddanych miłośników gatunku. Włożono w ten projekt mnóstwo pasji, ale przydałoby się mimo wszystko podrasować pewne elementy.

Ci goście nie rozróżniają kina na klasę A czy B, zasysając zmutowane odpady z szemranych wytwórni i klasyki sprzed lat. Sięgają po to, co charakterne i mocne. Dzięki The Void (polecam również wypełniony przaśną energią trailer do nieistniejącego filmu Bio cop) mają już moją uwagę. Może następnym razem zdobędą serce!

Tomasz Bot

 

Oryginalny tytuł: The Void
Produkcja: Kanada, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena: 3,5/5

Oczy matki (2016)

W swoim autorskim debiucie Nicolas Pesce traktuje widza jako apatycznego obserwatora. Nie każe mu wchodzić w głąb psychiki głównej bohaterki, nie poddaje jej żadnej psychoanalizie, po prostu każe śledzić wzrokiem każdy jej ruch. Sama historia opowiadana jest za pomocą długich, statycznych kadrów, które ascetyczną czernią
i bielą podkreślają prozaiczność samotności postaci granej przez Kikę Magalhaes.

Fabuła jest nie tyle dramatyczna, co frustrująca już od pierwszych kadrów, w których obserwujemy codzienność żyjącej na odludziu rodziny, składającej się z Ojca, Matki oraz córki Franciski. Tę codzienność przerywa śmierć Matki z rąk psychopaty-domokrążcy.

Od tej pory obserwujemy pogłębiającą się alienację i próbę zatrzymania przy sobie bliskich, tych dawnych, jak i „nowo nabytych”. Następujące po sobie kolejno wydarzenia z pogranicza slasherów i torture porn w stylu niesławnego Serbskiego filmu układają się w nieśpieszną, melancholijną mozaikę zbrodni
z powołania.

Może to być nie lada cios dla mniej odpornej na przemoc widowni, tej dosłownej jak i kontekstowej. Czy jednak omawiany film zaspokoi fanów gore spod znaku Piły czy Hostelu? Nie byłbym tego taki pewien.

Oczy matki to wszakże nie tylko artystyczne kino transgresji, kręcące się wokół problematyki samotności, ale przede wszystkim subtelna próba rozliczenia się z problemami dorastania.

Mimo że Franciskę widzimy w różnych etapach życia, prócz fizycznych predyspozycji wciąż dostrzegamy w jej oczach to samo zagubione dziecko. Ten infantylizm w popełnianiu nieludzkich zbrodni ma w sobie coś zarówno z sadyzmu jak i zmysłowości.

I z takim właśnie podejściem najlepiej oglądać monochromatyczne dzieło Pesce’a. Mimo pozornej chronologii opowieści, całość odbiera się jak serię niepokojących obrazów, które najbardziej przerażające są zdecydowanie w swojej niespójności. Widz nie traktuje Franciski jako obiekt współczucia – trudno ją jednoznacznie osądzić, gdyż jej charakter zdaje się być wypadkową ciepłej i opiekuńczej Matki oraz wiecznie nieobecnego Ojca.

Całości dopełnia osobliwa oprawa artystyczna, która pozwala wziąć Oczy matki w pewien narracyjny nawias rzeczywistości… ta nigdy nie wydaje się do końca zdefiniowana.

To oniryczny seans, piękny i przerażający jednocześnie, ale mówiąc o nim „słaby” nie docenimy serca i pracy, jaką włożył w swoje pierworodne dziecko Nicolas Pesce. Kolejny raz kino niezależno daje nam jasno do zrozumienia, że horrorom najlepiej jest z dala od wielkich budżetów i restrykcyjnych wytwórni!

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: The Eyes of my Mother
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: HBO GO
Ocena MGV: 4/5

Dziedzictwo Szatana (1974)

Nakręcone w 1974 roku przez twórcę legendarnego Głębokiego gardła (1972), Gerarda Damiano, Dziedzictwo Szatana otwiera długa scena okultystycznego obrządku, w ramach którego bezimienna kapłanka wraz z liderem kultu, dr. Muldavo (John Francis), musi dokonać wyboru nowej Królowej (rytuał ma miejsce raz na 1000 lat). Obiektem ich zainteresowania jest młoda i piękna Maya (Lisa Christian), która zaniedbywana przez męża wydaje się podatna na wspomagane halucynogennymi środkami przejście na ciemną stronę.

Choć nie ma żadnych konkretnych dowodów, plotka głosi, że film początkowo został nakręcony w konwencji XXX, jednak zmontowano go tak, że wszystkie pikantne sceny poszły do kosza. Wydaje się to prawdopodobne nie tylko ze względu na renomę Damiano, ale dlatego iż cały film jest mocno pocięty i wybrakowany. To co się ostało przypomina dziwaczną retro-ekstazę, uderzającą w widza przejaskrawionymi kolorami i elektroniczną muzyką.

Niestety, ostatecznie dostajemy niebywale mdły straszak, w którym reżyser aspirując do bycia prawdziwym artystą stara się nam wcisnąć halucynogenną historyjkę z kultem w tle. Cały ten artystyczny mariaż sprawił, że na planie panował jeden wielki bałagan. W kontraście do mocnego światłocienia, uwydatniającego kolorową scenografię, stoją naprawdę okropne charakteryzacje opętanych i przypominające operę mydlaną przestoje między chwilami grozy.

A te można policzyć na palcach jednej ręki – sprowadzają się one głównie do majaków głównej bohaterki. Pozbawione gore czy seksualności nie szokują, a jedynie irytują kakofoniczną elektroniką w tle. Całość okraszona jest wyjątkowo źle napisanymi dialogami, których sztuki sprawnego tworzenia Damiano nie potrafi ogarnąć.

Jeśli jednak doszukiwać się w Dziedzictwie Szatana jakiś dobrych stron, byłaby to z pewnością strona wizualna. Operator zrobił naprawdę świetną robotę i przy ograniczonym budżecie nasycił film krwistymi kolorami i pustoszącym umysł widza oświetleniem. Na uwagę zasługuje psychodeliczna sekwencja w której biegnąca po ogrodzie Maya wpada w oniryczny wir niczym w Alicji w Krainie Czarów.

I to właśnie estetyka jest tym, czym film Damiano jest w stanie kogokolwiek zainteresować. Z dzisiejszej perspektywy jest to kino bardziej pocieszne niż straszące, bo jak inaczej patrzyć na wampira noszącego różową, obcisłą koszulkę z różą dopełnioną przez falującą fryzurę modną w latach 70-tych? Film nakręcono w tym samym roku co słynniejsze Głębokie gardło i naprawdę ciężko mi zrozumieć decyzję wycięcia erotycznych sekwencji, gdyż to one mogły być najciekawszym momentem tego rozczarowującego seansu.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Legacy of Satan
Produkcja: USA, 1974
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 1,5/5

Green Is Gold (2016)

Green Is Gold (czyli „Zielone złoto”) to mały, intymny obraz o dojrzewaniu oraz ciekawy komentarz na temat życia growerów konopi w północnej Kalifornii. Gdy 13-letni Mason zostaje odesłany pod opiekę starszego brata po tym, jak jego ojciec zostaje wsadzony za kratki, odkrywa on że życie nie musi się toczyć pod dyktando szkolnego rytmu. Paląc trawę i olewając naukę idzie tym samym w ślady swojego rodzica oraz brata, który szybko tłumaczy mu, że tylko dzięki uprawie konopi był w stanie awansować ze społecznych nizin.

Film w dosyć ciekawy sposób podejmuje dialog wydobywania się z międzypokoleniowej nędzy, wskazując na uprawę konopi jako na jedyną dla wielu drogę godnego zarabiania na życie (która pozostawała w Kalifornii półlegalna aż do ostatniego referendum).

Wątkiem naczelnym pozostaje jednak historia Masona, który uczy się fachu od swojego brata, jednocześnie szukając swojej własnej drogi w życiu. A że losy obydwóch splatają się bardzo przypadkowo (bracia żyli daleko od siebie), łuk dramatyczny (choć bardzo subtelny) wyznacza powolne przełamywanie lodów.

Film został w całości nakręcony w hrabstwie Sonoma (leżącym na północ od San Francisco), który słynny jest z uprawy winorośli, ale gdzie z roku na rok ze względu na ciepły klimat przybywa upraw konopi, która dla wielu pozostaje jedynym zajęciem. Wraz z upływem czasu widz poznaje więc wiele z tajników profesjonalnego procederu, którego celem jest spieniężenie plonów za gruby hajc, gdy nadejdzie jesień.

Charaktery obydwóch braci zostały napisane/odegrane z wyczuciem i wrażliwością, które nie oddalają ich za bardzo od inych portretów znanych z klasycznego amerykańskiego kina niezależnego. To obraz walki z systemem społecznym, w którym biedni i osieroceni mają niewielkie szane, chyba że zagryzą zęby i zaczną walczyć o swoje, co widzimy na załączonym obrazku.

Narracja jest powolna, ale tempo jest pewne, stabilne i działa na korzyść filmu. Sceny prawie nigdy nie zostają przeciągnięte bez powodu i często kończą się puentą w postaci osobistego podsumowania przez jednego z bohaterów lub mały gest, który wyraża jednak prawdziwe spektrum emocji. Wszystkiemu towarzyszy zaś indie popowy soundtrack z okazjonalnym numerem hip-hopowym, jak kultowy Don’t Gimme No Bammer Weed RBL Posse.

Jedną z najbardziej dramatycznych scen są odwiedziny ojca w więzieniu, który dostał 6 lat i musi odsiedzieć 3. Dialog z postacią graną przez Davida Fine’a staje się swoistym podsumowaniem losu obydwóch protagonistów. Błędy ojca zamieniają się w oczywiste oskarżenie pod jego adresem, ale świadomość tego, jak skończył staje się przestrogą, która służy za drogowskaz na przyszłość dla obydwóch mężczyzn.

Innym ciekawym momentem jest sekwencja scen, która pokazuje, że sprzedaż dużej ilości świeżych szczytów nawet w Kalifornii niesie ze sobą pewne ryzyko. Wschodnie Wybrzeże żąda Sour Diesela – mówi w pewnym momencie starszy brat i to właśnie uprawia i sprzedaje. Ale gdy przed domem marihuanowego brokera w trakcie transakcji wartej $150 tys. pojawiają się psy, wszystkie strony tracą luz i wpadają w panikę. To dobry komentarz na temat marihuanowego podziemia, który nie popada w absurd.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Green is Gold
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Netflix
Ocena MGV: 3,5/5

Uciekaj! (2017)

Nakręcone przez Jordana Peele’a Uciekaj! to dziecko specjalizującej się w lukratywnych, acz niskobudżetowych horrorach, wytwórni Blumhouse Productions (Paranormal Activity). To właśnie stojący na jej czele producent Jason Blum dostrzegł potencjał w napisanej przez Peele’a historii, która z dzisiejszej perspektywy idealnie wpisuje się burzliwą sytuację społeczną Stanów Zjednoczonych. Co więcej, o filmie mówi się w kontekście pierwszego czarnoskórego horroru z oficjalnym wsparciem finansowym Hollywood.

Fabularnie Uciekaj! to krytyka amerykańskiego rasizmu, delikatnie tylko przykrytego okleiną z białego liberalizmu. Młody, czarnoskóry fotograf, Chris (Daniel Kaluuya), spędza weekend w podmiejskiej posiadłości swojej białej dziewczyny. Jej przekonywania jakoby rodzice nie są uprzedzeni rasowo – czego potwierdzeniem ma być to, że głowa rodziny zagłosowałaby trzeci raz na Obamę, gdyby tylko była taka możliwość – pozornie koją niepokój chłopaka, podsycany przez telefony jego przyjaciela, pracownika służby granicznej.

Szerszy opis fabuły nie uniknąłby niestety spoilerów, a to właśnie wglądem w tajemniczą rodzinę Armitage i odkrywaniem jej tajemnic Uciekaj! stoi. To klasyczna historia ze zręcznym zawiązaniem akcji, która szybko epatować zaczyna jednak oparami absurdu.

Specjalizujący się w komediach Peele zaskakująco dobrze radzi sobie z wyczuciem tempa, rozsądnie umieszczając na fabularnej osi wszystkie wolty, jump scare’y czy sceny emanujące brutalnością. Stąd pod względem grozy Uciekaj! najbliżej do Dziecka Rosemary Polańskiego, ozdobionego psychodelicznymi rzutami, które jakby żywcem wyrwane zostały z Pod Skórą.

Ale by widz nie czuł się zaszczuty, jak główny bohater wśród białych na wykwintnym przyjęciu organizowanym przez domowników (czyżby wkradła się tu inspiacja klasycznym Zgadnij kto przyjdzie na obiad?), Peele podszywa całość sporą ilością humoru.

Głównym elementem wytchnienia jest ziomek Chrisa, grany przez amerykańskiego komika Lila Rela Howery’ego. Jego żarty, choć niezbyt wyszukane, idealnie nadają się jako wentyl pozwalający widzowi na łyk świeżego powietrza w gęstniejącej atmosferze, a sama postać jest kluczowa i idealnie dopasowana do fabuły.

Warto wspomnieć, że klimat filmu buduje nie tylko historia, ale również scenografia, przepełniona ogromnymi, pokazywanymi najczęściej w dziennym świetle, przestrzeniami. Potrafi ona wciągnąć widza w klimat bezlitosnej klaustrofobii, w której uwięziony jest bohater. Wrażenie to potęguje dodatkowo otaczający go panteon różnych postaci, od arystokratycznych rodziców po zachowującą się jak zombie z wuduistycznych rytuałów, czarnoskórą służbę.

Nieszczęśliwie jednak, Uciekaj! mimo ciekawego skryptu, solidnej realizacji czy gry aktorskiej grzęźnie w końcówce. Finał historii wprawny widz przewidzi już gdzieś w połowie seansu, a sam jego przebieg trąci sztampą – dobrze nakręconą, aczkolwiek sztampą. Jordan Peele pokierował kontrowersyjny temat przewodni trochę zbyt zachowawczo – w rękach bardziej odważnego reżysera dostalibyśmy z pewnością jeden z najlepszych horrorów XXI wieku.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Get Out
Produkcja: USA, 2017
Dystrybucja w Polsce: United International Pictures
Ocena MGV: 4/5

Bodom (2016)

W czerwcu 1960 roku fińskie jezioro Bodom stało się świadkiem przerażającej zbrodni dokonanej na trójce z czwórki biwakujących u jego brzegów nastolatków. Przez lata główne podejrzenia padały na jedynego ocalałego z masakry, osiemnastoletniego wówczas Nilsa Gustafssona, a nieścisłości związane z całym zajściem do dziś elektryzują internetowych kryminologów, którzy nadbudowali wokół incydentu paranormalny aneks.

Taneli Mustonen w swoim drugim pełnometrażowym obrazie próbuje opowiedzieć autorską wersję wydarzeń sprzed pół wieku, kultywując przy tym tradycję skandynawskiego kina grozy. A przez tradycję tę rozumiem przeszczepienie znanego, zachodniego schematu filmu w surowe, fińskie plenery.

Bodom zaczyna się jak schematyczny, sztampowy slasher, który klimatem przypomina najlepsze odsłony z okresu renesansu tego podgatunku, by w ostatecznym rozrachunku, przez nagromadzenie fabularnych zwrotów, stanąć obok francuskiego Bladego Strachu (2003).

Film łączy popularną, obecną w warstwie audiowizualnej retro stylistykę oraz sprawdzone schematy kina siekanego. Niestety, twórcy podeszli do swojego dzieła bardzo na serio, przez co film może trącić w finale lekką pretensjonalnością. Brak autoironii zastępuje jednak sugestywny, zbrodniczy klimat, który niczym mgła wisi nad głowami naszych bohaterów oraz między otaczającymi ich zewsząd drzewami.

Jednak choć gęsty, bywa on często nierówny – winą jest wielomodułowy schemat budowania fabuły, na którą składają się różne, nie całkiem do siebie pasujące sekwencje. Bo jak inaczej nazwać sytuację w której oglądamy świetnie nagraną, zalaną mrokiem próbę wyciągnięcia kluczyków z zatopionego w jeziorze ciała, by chwilę później ogarniać wzrokiem chaotycznie nakręconą scenę z holownikiem.

Na ekranie widzimy młodych, w głównej mierze debiutujących aktorów, którzy bez żadnych wyjątków przypominają żywe schematy kina grozy. Od wytatuowanego osiłka przez nerda po zamkniętą, cichą dziewczynę – czy można zebrać bardziej ikoniczną dla gatunku ekipę? W opozycji do nich stoi oczywiście morderca, ale jest on niestety nader nudny i pozbawiony jakiegokolwiek atrybutu zapadającego w pamięć.

Twórca znany głównie z produkcji komediowych starał się w Bodom ująć szerszy aspekt filmowej grozy, równocześnie nie poświęcając żadnej z płaszczyzn odpowiedniej uwagi. Widz spodziewający się suspensu znajdzie go więc tu w prostej postaci… niestety niedziałającej. Ostatecznie jest to zaledwie solidny, rzemieślniczy twór, będący mirażem tego co znane i lubiane.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Bodom
Produkcja: Finlandia, 2016
Dystrybucja w Polsce: Kino Świat
Ocena MGV: 3/5

Moonlight (2016)

moonlight-poster

Moonlight to adaptacja sztuki teatralnej Tarella Alvina McCraneya, Moonlight Black Boys Look Blue, Moonlight, która uprościła eksperymentalny styl autora, charakteryzujący się mnóstwem przeskoków czasowych, w zgrabny, trzyaktowy dramat o bolesnym dorastaniu w środowisku pełnym nienawiści i o nieodwracalnych zmianach, jakie powoduje przemoc wszelkiego rodzaju.

Akcja filmu rozgrywa się głównie w Liberty City, czarnej dzielnicy Miami, w której rządzą dwie rzeczy: crack i biedota, a jego bohaterem jest wrażliwy Chiron dający się zajeżdżać aż nie przeleje się miara i nie nastąpi wybuch furii, który znaczy też cezurę jego historii.

Chiron jest niestety biedny, czarny i przez większość życia naznaczony kryzysem tożsamości… jego niepewna seksualność jest od samego początku przedmiotem drwin i prześladowań wszystkich rówieśników, co szybko zamienia się w „bicie pedała” i cały spektakl przemocy werbalnej czy fizycznej, który nie pozwala mu na swobodne eksplorowanie swojej orientacji seksualnej i szukanie prawdy o swoich pragnieniach.

Tu chciałbym dodać, że osobiście nie widzę tego filmu jako manifestu LGBT czy historii szukania homoseksualnej tożsamości, a bardziej jako historię wrażliwego, nieśmiałego mężczyzny, który musi wyjątkowo długo czekać na prawdę o swoim życiu, a która okazuje się być w dużej mierze homoseksualna.

Protagonista jest najpierw Małym (Alex R. Hibbert), by stać się Chironem (Ashton Sanders), by stać się Czarnym (Trevante Rhodes) i w każdym kolejnym rozdziale życia musi się mierzyć ze swoją seksualnością, która pozostaje jednak tak stłamszona, że „w akcji” widzimy ją tylko raz, kiedy jego kolega Kevin stawia mu druta na plaży, po tym jak upala go (prawdopodobnie) pierwszym jointem, co jest w ogóle bardzo romantycznie sfilmowane, bez zbliżeń, prawie jak w latach ’50.

Faktem jest, że Chiron musi sobie oprócz problemów tożsamości radzić z uzależnioną od cracku matką (w tej roli niesamowita brytyjska aktorka Naomie Harris), która jest paranoiczną postacią domagającą się miłości i synowskiego oddania, w tym samym czasie nie wywiązując się ze swoich rodzicielskich obowiązków, krojąc nawet swoje dziecko z ostatniego siana i wywalając go z domu, kiedy ma klientów.

Chiron daje jednak radę, bo zawiązuje jeszcze w dzieciństwie owocną znajomość z lokalnym kingpinem narkotykowym kubańskiego pochodzenia, Juanem (nagrodzony Oscarem Mahershala Ali), który chroni go częściowo przed najcięższymi ciosami otoczenia, zanim nie ginie w nieznanych okolicznościach (ze względu na zawód sugerujących śmierć biznesową). Juan tłumaczy mu także pozytywne strony życia, które inaczej mogłyby Chironowi zupełnie umknąć „w dolinie rozpaczy”… nawet jeśli to on sprzedaje jego matce crack, co reżyser Barry Jenkins podsumowuje zresztą jedną piękną sceną.

Siłą Moonlight jest doskonały scenariusz, piękne zdjęcia i ciekawa reżyseria, która przywodzi na myśl styl Paola Sorrentina, a w dalszej kolejności klasyków kina europejskiego i powab azjatyckich mistrzów. Długie chwile ciszy czy sceny, w których głos aktorów celowo wyciszono i zastąpiono muzyką mogą miejscami wydawać się romansem z Tarkowskim czy Godardem. Z drugiej jednak strony film posiada twardość Peckinapaha czy uliczność wczesnych dzieł Schatzberga.

Warto przy tym wspomnieć, że jest to obraz niezwykle przystępny dla (względnie) masowej widowni, co z pewnością rozpoznała Akademia Filmowa przyznając mu Oscara za Najlepszy Film 2016. Tłumaczy on trudną tematykę tożsamości seksualnej w podobny sposób do Brokeback Mountain (2005), który – jak twierdzi wielu amerykańskich krytyków – nie dostał najcenniejszego Oscara głównie za wątki gejowskie. Te zaś w Moonlight Barry Jenkins potraktował tak łagodnie, jak tylko się dało (Fassbinder to nie jest), choć ciężko mu jednocześnie zarzucić granie pod publiczkę.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Mooonlight
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Solopan

Ocena MGV: 4/5

The Love Witch (2016)

the-love-witch-poster

Anna Biller zadebiutowała w 2007 z fascynującym neoeksploitem Viva – feministyczną satyrą na rewolucję seksualną w formie hołdu dla filmów Russa Meyera z przełomu lat ’60/’70. Film nie przedarł się do masowej publiczności, ale stał się małym hitem w środowisku fanów kina eksploatacji, których apetyt na wszelkie próby rewitalizacji niskobudżetowej konwencji rósł w miarę oglądania kolejnych odpałów Tarantino i Rodrigueza (projekt spółki pt. Grindhouse miał premierę w tym samym roku).

The Love Witch nadszedł po długiej przerwie, w trakcie której artystka miała dużo czasu na doskonalenie stylu, który na ekranie rozkwitł do prawdziwie gargantuicznych rozmiarów. Biller podjęła się ponownie niemal wszystkiego, rezygnując tylko z grania głównej roli, własnoręcznie projektując kostiumy, pisząc scenariusz, a także reżyserując, montując i produkując swoje dzieło, które całkowicie zaskoczyło krytyków swoim autorskim pazurem.

Film Biller nie jest łatwy w odbiorze, pomimo tego że zostaje „sprzedany” pod misterną retro fasadą – dwuwymiarowego w teorii – kina klasy B, czerpiąc z giallo (fascynacje żółtym thrillerem stają się absolutnie jasne, gdy sprawdzimy ścieżkę dźwiękową), cultsploitation, sexploitation i drugsploitation, co może łatwo zmylić mniej czujnych widzów.

Bebechy to jednak coś zupełnie innego – przewrotna, feministyczna satyra na współczesne pogaństwo z wiccą na czele (w swojej kalifornijskiej wersji), potęgę seksu, kobiecą drapieżność, męską bezradność, a przede wszystkim na psychologiczne rozbicie osobowości, doprowadzające do zawieszenia w świecie kompulsywnych marzeń-życzeń, kreujących potężną, magiczną siłę (dosłownie i w przenośni), która nie jest jednak w stanie zapełnić wewnętrznej pustki i ostatecznie prowadzi do tragedii.

Tytułowa Wiedźma Miłości, Elaine (grana przez piękną Samanthę Robinson), to młoda wiccanka, którą poznajemy w drodze z San Francisco na południe stanu, gdzie ma ona nadzieję rozpocząć nowe życie po świeżo zerwanym związku z pewnym mężczyzną (w jej myślach widzimy, jak pada on na podłogę pod wpływem trucizny).

Szczęśliwie się składa, że Elaine ma tam przyjaciółkę, która zaoferowała jej miejsce w swoim domu pod jej nieobecność… a także usługi dekoratorki wnętrz potrafiącej przeobrazić stary, wiktoriański budynek w prawdziwy okultystyczno-wiccańsko-tarotowy raj z tapetami wyjętymi żywcem z Vampyros Lesbos, dębowymi szafkami na magiczne eliksiry i obrazami, których nie powstydziłby się alchemik ze Świętej góry.

Elaine szybko odnajduje się w lokalnej społeczności, wystawiając swoje magiczne eliksiry na sprzedaż w sklepie dla wiedźm, odświeżając znajomość z operującym w okolicy wiccańskim covenem, a także rzucając miłosne uroki na spotkanych przez siebie mężczyzn, którzy jeden po drugim okazują się jednak zbyt wrażliwi na jej silną pozę i niepohamowaną żądzę spełniania męskich pragnień (Elaine czuje, że jej obowiązkiem jako kobiety jest dawanie mężczyznom pełni szczęścia).

Mentalna słabość rodzaju męskiego nie czyni oczywiście Elaine zbyt szczęśliwą, która roztacza przed swoimi ofiarami wizję zaspokojenia wszystkich pragnień, używając legendarnego wywaru z bielunia dziędzierzawy, aby wprowadzić ich w świat magii seksualnej i przywiązać do siebie na zawsze, co zawsze kończy się jednak u nich rozczarowującym załamaniem nerwowym.

Ideał silnego samca okazuje się nadzwyczaj trudny do znalezienia, aż nasza wiedźma nie spotka na swojej drodze lokalnego policjanta, który prowadzi śledztwo w sprawie nielegalnie pogrzebanego na terenie swojej posiadłości profesora lokalnego uniwerystetu i wpada wprost w jej sidła, próbując dowiedzieć się, czy miała ona z tym cokolwiek wspólnego.

Jednocześnie, w trakcie kolejnych podbojów erotycznych Elaine, wypełnionych komediowym ładunkiem, scen wiccańskich rytuałów – dość realistycznie swoją drogą zainscenizowanych – barowych pogawędek i konnych przejażdżek, Biller w gęstych oparach absurdu mierzy się z istotnymi problemami męsko-damskiego świata i post-patriarchalnej kultury, których próżno szukać w innych filmach niezależnych.

Dlaczego seks jest elementem kontroli? Czemu tak łatwo ogłupić mężczyzn? Czemu kobiety padają ofiarą patologicznych marzeń o miłości? Dlaczego magia i neopogaństwo są bliżej mainstreamu niż nam się to wydaje? W jaki sposób maskujemy własne słabości? Czy da się obłaskawić ludzki strach? A także dlaczego kochamy kultywować kłamstwo? Ten erotyczno-psychologiczny tour de force może was całkowicie powalić z nóg, jeśli lubicie mierzyć się z nieoczywistym pod powierzchnią oczywistego.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Love Witch
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4,5/5

Służąca (2016)

the_handmaiden_korean_poster

Ten erotyczno-kryminalny thriller/dramat niewątpliwie przypomni fanom Oldboya o Park Chan-wooku – reżyserze lubującym sie w umiarkowanej ekstremie, który swego czasu ochrzczony nawet został „popularyzatorem eksploatacji w kinie mainstreamowym”.

PCw nie wyrzeka się artyzmu w swoich dziełach, ale bezwzględnie eksploruje przy tym wątki sadomasochistyczne, nie skąpi scen tortur czy groteskowej przemocy. Nierzadko romansuje też z czarną komedią czy romcomem, otwierając nawet dialog z klasycznymi thrillerami amerykańskimi czy włoskimi.

Służąca to przedziwna hybryda, która igra sobie z wątkiem kryminalnym, zamieniając go w wątek erotyczny, a potem w dramat, szał miłości, lesbijską przygodę, a także w poszukiwanie wolności w bezdusznym świecie zdominowanym przez mężczyzn, który kruszy się pod własnym szaleństwem i manią wielkości… to historia, która swoją drogą jest bardzo wciągająca!

To film z jednej strony bardzo tradycyjny, przypominający dokonania azjatyckich formalistów w stylu Ozu, a z drugiej bardzo nowoczesny, oddany eklektycznej kreatywności, czego symbolem jest europejska muzyka i dom wujka Kouzukiego – główna sceneria filmu – składający się w połowie ze skrzydła japońskiego, a w połowie z angielskiego… choć akcja filmu rozgrywa się w okupowanej przez Japończyków Korei.

Dom ten zostaje odmalowany jako dzieło sztuki, a także metafora synkretyzmu zwierzęcego popędu seksualnego i kultury słowa pisanego, co szczególnie mocno widać w perspektywie okresu historycznego, w którym PCw osadził swoj film. Są to lata ’30, wiec TV i Internet nie wysadziły jeszcze z siodła czytania książek na głos, co w Służącej jest bardzo ważnym wątkiem.

Książki są też w filmie PCw walutą, która może być pomnożona dzięki oszustwie. Stanowią ponadto pewien kapitał, a przy okazji źródło największych podniet, bo księgozbiór Kouzukiego to głównie literatura erotyczna, inspirowana japońskimi perwersjami i dziełami Markiza de Sade, która ma wysoką wartość dla kolekcjonerów oddanych seksualnym fantazjom.

Do ich właściwego czytania wujek Kouzuki przykłada oczywiście wielką wagę, tak więc znajdująca sie pod jego opieką spadkobierczyni rodzinnej fortuny, panienka Hideko (Kim Min-hee), jest szkolona od dziecka w czytaniu ich na głos, a gdy już jest gotowa, swoim głosem sprzedaje pornograficzne manuskrypty klientom-zwyrolom, którzy po jej pokazach czytania rzucają się na nie nieprzytomni niemal z wrażenia.

Ta sama żądza z drugiej strony wyzwala Hideko, która zimna jak ryba i przebiegła jak wąż, wyłamuje się z własnego spisku przeciwko tytułowej służącej, Sook-Hee, mającej ją zasadniczo urobić pod szwindel zaplanowany przez „hrabiego” Fujiwarę, zawodowego oszusta widzącego okazję do pomnożenia swojej fortuny. Żądza staje się tu ważnym czynnikiem w grze o tożsamość i wolność młodej kobiety, której całe życie polegało na byciu narzędziem w cudzych rękach.

Misterna akcja została podzielona przez twórcę na trzy akty, które z czasem harmonijnie sie dopełniają, oferując widzowi dwie poetyckie niemal wolty. I nawet jeśli tajemnica przestaje być tak naprawdę interesująca zanim rozwiązana zostanie akcja, film do końca ogląda się z wielkim zainteresowaniem ze względu na przepiękne kadry i fantastyczny klimat.

W Służącej pasjonujące są postaci, które reprezentują świat bez uczuć i bez skrupułów, żywiący się własną fantazją i psychotycznymi aspiracjami. Dużo jest tu motywów charakterystycznych dla kultury azjatyckiej, choć reżyser jest głównie zainteresowany jej złodziejskim obliczem. Może to nie Imamura, ale nie jest to też film, który należy pominąć przy oglądaniu nowych niezależniaków ze Wschodu.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Agassi / The Handmaiden
Produkcja: Korea Pd., 2016
Dystrybucja w Polsce: Gutek Film
Ocena MGV: 4/5

Piję Twoją krew (1970)

i_drink_your_blood_1970_poster

Scenariusz do I Drink Your Blood powstawał w najgorętszym dla Stanów Zjednoczonych okresie minionego wieku, pod koniec lat ’60. Będący u szczytu konfliktu wietnamskiego rząd USA brutalnie spacyfikował studenckie protesty antywojenne na Uniwersytecie w Kent i na Uniwersytecie Stanowym w Jackson, Charles Manson wydał słynny album LIE, a siła ruchu hipisowskiego stawała się odwrotnie proporcjonalna do siły dragów, jakich używała. Na tle tych wydarzeń reżyser David Durston umieścił historię hipisowskiej komuny czczącej Szatana.

Na swoje nieszczęście, Synowie i Córki Szatana – bo takim mianem określa się sekta – gwałcą nie tę dziewczynę co trzeba, narażając się tym samym na zemstę jej dziadka. Stetryczały starzec w swoim ferworze kończy jednak pobity i „poczęstowany” kwasem, co kończy jego zapędy do szukania sprawiedliwości.

Ale z pomocą przychodzi wnuczek, który niczym Pomysłowy Dobromir, wymyśla genialny plan uszlachetnienia ciasteczek krwią chorego na wściekliznę psa i podaniu ich niczego niespodziewającym się gówniarzom.

Jak chce tego pokrętna logika filmu, doprawione skażoną juchą placki zmieniają następnie „hipisów” w krwiożercze bestie, co prowadzi do bestialskiej, absurdalnej rzezi o wyjątkowej formie.

Sugerujący wampiryczne klimaty tytuł to przy tym jedynie marketingowy pomysł producenta Jerry’ego Grossa na sprzedawanie filmu w paczce razem z czarno białym I Eat Your Skin (1964).

Fobia, tytuł oryginalny, sugerowany przez reżysera, wydaje się bardziej adekwatny, bo film Durstona to obskurna eksploatacja wyrwana żywcem z kina samochodowego, będąca zarazem czymś w rodzaju „konserwatywnej krytyki” dla pełnej luzu i dekadencji dekady.

Nie da się ukryć, że Piję Twoją krew jest produktem swoich czasów, jednocześnie wyprzedzającym je w kwestii eskalacji brutalności, choć mowa tutaj raczej o kontekstowości w ukazywaniu śmierci, niż samej realizacji.

Obrywa się zarówno ludziom jak i zwierzętom, odcinane są ręce i nogi, a wiadra krwi radośnie ochlapują ściany pomieszczeń. Wszystko to zaś w aurze uroczej, niskobudżetowej umowności, mimo że sceny takie jak samospalenie, czy wychodzące z rany ciętej wnętrzności, naprawdę robią wrażenie!

Można powiedzieć, że Durston ciekawie połączył klimaty psychodelicznego szokera z charakterystycznym dla lat 70-tych kinem campowym. Łatwo tutaj doszukać się jawnych inspiracji kultową Nocą Żywych Trupów (1968), jednak z drugiej strony czy Romero nie podłapał co nieco z filmu Durstona, kręcąc 3 lata później swoich Szaleńców?

To kino mikro-apokalipsy, w której prym wiedzie wystylizowany na Apacza Horacy (Bhaskar Roy Chowdhury), będące świetną laurką dla jednej z najbardziej szalonych epok w historii ruchomych obrazów. Zdecydowanie warto zobaczyć, choć wspomagacze będą niezbędne, by przetrwać choćby kakofoniczną muzykę.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: I Drink Your Blood
Produkcja: USA, 1970
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3/5