Zbyt sterylna, aby dawać komfort

Zwiększona liczba detali HDTV może zmniejszyć naszą przyjemność oglądania.

Jak większość Amerykanów, ja także chciałem własnego odbiornika HDTV. A kto by nie chciał? W społeczeństwie, w którym większe jest lepsze, a widzieć to uwierzyć, 42 cale plazmy o wysokiej rozdzielczości powinny być wszystkim, czego każdy z nas potrzebuje, aby odnaleźć w świecie sens siedząc w bezpiecznym zaciszu swojego pokoju.

Zaprawdę, HD jest zupełnie nowym doświadczeniem oglądania. Wreszcie możemy dostrzec kilkudniowy zarost na policzku gracza baseballowego. To poziom rzeczywistości i bliskości, którego nie możemy nawet otrzymać udając się na mecz: pot, pory w skórze, naprężona szczęka. Wszystko zaś z tego powodu, że HDTV nie jest tylko lepszym kineskopem, ale zupełnie nowym medium.

Z rozdzielczością dochodzącą do 1.920 X 1.080 pikseli (w porównaniu z telewizyjnymi 400 liniami horyzontalnymi), paletą kolorów pomnożoną przez dwa i współczynnikiem kształtu obrazu, który może pokryć moje całe pole widzenia zamiast zaledwie małego wycinka, duża wyrazistość zmienia odbiornik telewizyjny z migającego pudła w ostrą, jak brzytwa, hiperrzeczywistość.

W momencie, kiedy spróbujemy, większość z nas już nigdy się nie odwróci. Mimo, że odbiorniki HDTV mogą kosztować tyle, co używany samochód, w tym roku przebiją swoją sprzedażą swoich poprzedników o 89%, dolar za dolarem. Ale co to oznacza dla telewizji, samego medium? Czy wyraźniejsze znaczy zawsze lepsze? Na pewno oznacza inne.

Faktycznie, jak twierdzą neurofizjologowie, HDTV oferuje więcej informacji niż mózg jest w stanie przetworzyć, co pozwala nam na skanowanie w poszukiwaniu zmian w sposób, którego używamy przetwarzając pole wizualne w prawdziwym życiu. Tak więc nie wyciągamy już wniosków na podstawie niezależnej lampy błyskowej; wychwytujemy istotne szczegóły jak gdybyśmy konfrontowali się z prawdziwym światem.

Pierwszym programem, który obejrzałem z wyrazistością HD, był serial Rodzina Soprano, który reprezentuje wszystko, czego przyzwyczailiśmy się żądać od dramatu: wiarygodny, wulgarny język, autentyczne lokalizacje i co najważniejsze, „twardoziarnisty realizm”. Ale oglądając moich ulubionych gangsterów zarzynających się nawzajem na ekranie HDTV, nie czułem się już tak samo.

Mogłem dostrzec rozchodzące się szwy na garniturach, plamy na okularach słonecznych oraz zmarszczki na siedzeniach samochodów. Czułem się jak naukowiec obserwujący ludzi pod mikroskopem. Ci fikcyjni gangsterzy wyglądali, jak prawdziwi ludzie, zdolni do strachu, gniewu i sadyzmu. Tony Soprano nie był już dłużej wcieleniem everymana, ale socjopatą. Ekran nie był symbolicznym lustrem mojego własnego życia; był szczegółowym portretem brutalnego świata, do którego nie należałem i w którym nie chciałem przebywać.

Nie jest niespodzianką, że świadkowie wieku opanowanego przez technologię, pragną czystszych obrazów we wszystkich mediach. Ten trend zaczął się, kiedy mikroskopy odsłoniły, że „nastroje” powodujące choroby są w istocie mikrobami, a teleskopy zdekonstruowały konstelacje astrologiczne, aby ujawnić astronomiczne galaktyki. Ale co się dzieje, kiedy wnosimy do światów, które najlepiej powinno się zostawić w sferze mitu, technologie wysokiej rozdzielczości?

Tendencja, aby stosować naukową dokładność obserwacji do literatury, a nawet religii, może ostatecznie odebrać im ich największą moc. Wygenerowany przez komputer obraz Jezusa, krwawiącego z każdej rany w Pasji Mela Gibsona zamienił uniwersalną ewangelię w dosłowną opowieść o okaleczeniu i śmierci pewnego człowieka.

Podczas gdy takie realistyczne symulacje mogą się okazać cenne jako kurs video dla sanitariuszy pogotowia, ich zastosowanie do całego spektrum ludzkich narracji, może być symptomem postępującej dewaluacji wszystkiego, czego nasze społeczeństwo nie jest w stanie zrozumieć na dosłownym poziomie.

To ten sam trend, który zastępuje fikcyjną telewizję programowaniem „rzeczywistości”, międzywyznaniowy dialog nietolerancyjnym fundamentalizmem, dobroduszny patriotyzm natarczywym patriotyzmem. Nie ma symboli, a jedynie prawdziwe obiekty.

Teoretyk mediów, Marshall McLuhan zawsze postrzegał rolę telewizji jako sposób na tworzenie z nas „zimniejszych” ludzi. Jej niska rozdzielczość wymagała od swoich odbiorców aktywnej interpretacji. Oglądaliśmy, ale byliśmy także świadomi samych siebie oglądających i zdolni do angażowania się na naszych własnych warunkach.

W momencie, kiedy telewizja osiąga wysoką rozdzielczość, staje się tym, co McLuhan określił „gorącym medium”: zniewalającym nas, podsycającym nasze emocje i oferującym mniej miejsca na interpretację. „Zimne media” są lepsze do edukowania ludzi. „Gorące” są lepsze do wywoływania w nich złości do tego stopnia, że chcą wywoływać wojny.

Z tego powodu postrzegam gatunek HDTV jako jeszcze mniej inteligentną, mniej naukową kulturę niż ta z którą mieliśmy dotąd do czynienia. Podczas gdy skomplikowane technologie, takie jak ta, pozwalają nam ujrzeć naturę, zobaczyć gwiazdy, a nawet śledzić wiadomości z jeszcze większą łatwością, nie powinniśmy pozwolić na pozbawienie nas dostępu do ikon, metafor, za pomocą których opisywaliśmy elementy naszego życia, które są mniej namacalne i bardziej alegoryczne, są w mniejszym stopniu rzeczywistością, a bardziej modelem. Wszakże bez zdolności do tworzenia modeli, nie mamy do czynienia z żadną nauką.

Douglas Rushkoff

 

(tłum. Conradino Beb)

 

Źródło: Peer Review, Discover Magazine, Vol. 27, No. 10, Październik 2006.

Douglas Rushkoff

Ostateczny klucz cykliczny objawia się w samym tańcu, w którym tysiące „podobnych” młodych ludzi odgrywa plemienną ceremonię kultury house. Taniec łączy wszystkich w jednym, synchronicznym momencie. Są na tych samych dragach, w tym samym rytmie całodobowym tańcząc do tego samego podkładu, osiągającego 120 bitów na minutę. Są w pełni zsynchronizowani. W takich momentach zostaje spontanicznie wynaleziona nowa rzeczywistosć.

Douglas Rushkoff, Cyberia: Life In The Trenches Of Hyperspace

 

Douglas Rushkoff jest jednym z najbardziej wpływowych badaczy kultury współczesnej (mediów, reklamy, cyberkultury, popkultury, kultury młodzieżowej, subkultur oraz kontrkultury). To pisarz, wykładowca uniwersytecki, konsultant, propagator „społeczeństwa informacyjnego” oraz wielki guru sieciowej demokracji, skupiający się w swoich narracjach na sposobach i technikach, dzięki którym grupy społeczne, kultury i instytucje tworzą oraz rozpowszechniają swoje wartości ustanawiając współczesny, wielopoziomowy kanał komunikacji.

Jego głównym tematem badań są jednak media, które postrzega jako krajobraz, w którym ma miejsce podstawowa interakcja społeczna naszych czasów. Rushkoff prowadzi także refleksję nad tym, w jaki sposób kształtuje się współczesna „piśmienność”, czyli umiejętność świadomego uczestnictwa w przekazie medialnym.

Ma na swoim koncie wiele oficjalnych sukcesów! Jest laureatem pierwszej nagrody im. Neila Postmana za osiągnięcia życiowe w publicznej działalności intelektualnej. Jego dziesięć najlepiej sprzedających się książek na temat nowych mediów i kultury popularnej, zostało przetłumaczonych na ponad trzydzieści języków (w tym na język polski).

Wśród nich są: Cyberia, Media Virus, Playing the Future, Nothing Sacred: The Truth about Judaism, oraz Coercion, która zdobyła nagrodę im. Marshalla Mcluhana za najlepszą książkę o mediach. Rushkoff napisał także bardzo dobrze przyjęte powieści literackie tj. Ecstasy Club i Exit Strategy oraz powieść komiksową, Club Zero-G. Ukończył też książkę dla wydawnictwa HarperBusiness, dostosowującą reguły Renesansu do dzisiejszego, skomplikowanego krajobrazu ekonomicznego, która nosi tytuł: Get Back in the Box: Innovation from the Inside Out.

Był scenarzystą i korespondentem dwóch genialnych filmów dokumentalnych z cyklu „Frontline”, zrealizowanych przez telewizję PBS: The Merchants of Cool, który analizuje wpływ wielkich korporacji na kulturę młodzieżową, oraz The Persuaders, traktujący o pączkującym krajobrazie reklamy i nowych wysiłkach agencji marketingowych przezwyciężania oporu konsumenckiego. Obydwa są wspaniałym przykładem erudycji, wykorzystanej dla celów edukacji społecznej i wielkiej determinacji w walce o większy zakres wolności indywidualnej. Rushkoff przyjaźni(ł) się z takimi osobistościami kontrkultury, jak: Timothy Leary, Oliver Stone, Genesis P-Orridge oraz Robert Anton Wilson.

Komentarze Rushkoffa w programie „Sunday Morning”, na antenie CBS, a także na antenie NPR, w „All Things Considered” oraz na łamach The New York Times, Time czy Wired zaskarbiły mu szacunek wszystkich osób zajmujących się poważnie mediami. Napisał też pierwszą kolumnę prasową na temat cyberkultury i nowych mediów dla The New York Times oraz Guardian, jak również kolumnę o komunikacji bezprzewodowej dla The Feature i nową kolumnę dla pisma o muzyce i kulturze Arthur.

Rushkoff jest twórcą Laboratorium Narracyjnego w ramach Interaktywnego Programu Telekomunikacyjnego Uniwersytetu Nowego Jorku. Wykłada także na temat mediów, sztuki, społeczeństwa oraz zmiany kulturowej na uniwersytetach i konferencjach na całym świecie. Jest także doradcą Komisji ds. Kultury Światowej Organizacji Narodów Zjednoczonych, zasiada w Zarządzie Dyrektorów Media Ecology Association, Centrum Kognitywnej Wolności i Etyki, oraz jest twórcą teorii technorealizmu. Został również nagrodzony Starszym Członkostwem przez Fundację Markle’a oraz Członkostwem Centrum Globalnej Komunikacji Międzynarodowego Uniwersytetu Japonii.

Regularnie pojawia się w programach TV, od „Nightly News” w NBC, do Larry’ego Kinga i Billa Mahera. Napisał fantastyczną serię komiksową dla Vertigo oraz jest twórcą serii oprogramowania „Electronic Oracle” dla HarperCollins Interactive. Rushkoff jest także członkiem kilku organizacji non-profit, zajmujących się mediami. Jest też regularnym konsultantem na temat nowych mediów, sztuki i etyki dla muzeów, rządów, synagog, kościołów, oraz uniwersytetów, jak również dla prywatnych firm tj. Sony, TCI, agencji doradczych i innych 500 (notowanych przez Fortune).

Rushkoff obronił sie magna cum laude na Princeton University, otrzymał tytuł MFA z reżyserii w California Institute of the Arts, post absolwencki tytuł MFA w The American Film Institute, oraz stypendium reżyserskie od the Academy of Motion Picture Arts and Sciences. Pracował jako wykwalifikowany choreograf walk scenicznych, oraz grał jako klawiszowiec w legendarnym zespole Psychic TV. Przez długi czas mieszkał w Park Slope, na Brooklynie razem ze swoją żoną, Barbarą i córeczką, Mamie, ale w końcu wyprowadził się poza Nowy Jork, gdzie rozwija obecnie nowe teorie na temat ekonomii społeczności lokalnej i walut komunitarnych.

Conradino Beb

 

Przeczytaj także w MGV:

“Możemy przejąć kontrolę nad światem” – wywiad z Douglasem Rushkoffem [Conradino Beb]

Timothy, Allen i Bill – ojcowie założyciele cyberprzestrzeni [Douglas Rushkoff]

 

Stronki polecane:

Douglas Rushkoff – strona oficjalna

Przyszłość należy do wizjonerów – wywiad z Markiem Pesce

obraz/fotografia: Dan Lynch

 

Conradino Beb: Czy moglibyśmy zacząć od tego czym się ostatnio zajmujesz? Wiem, że aktualnie wykładasz na Uniwersytecie w Sydney, wcześniej zaś wykładałeś w Australijskiej Szkole Radiowo-Telewizyjnej (AFTRS) w ramach projektu Nowe Media i Design Interaktywny, jeśli mógłbyś jednak odsłonić małą część swojego życia codziennego, z pewnością byłoby to bardzo interesujące.

Mark Pesce: Obecnie raczej nie pochłaniają mnie codzienne wykłady, utrzymuję wprawdzie funkcję wykładowcy honorowego na Uniwersytecie w Sydney, ale oznacza to tyle, iż nie muszę w zasadzie pracować, a oni nie muszą mi płacić. Wykładam okazjonalnie, zarówno na Uniwersytecie w Sydney, jak i w Australijskiej Szkole Radiowo-Telewizyjnej (AFTRS), jednak większość swojego życia spędziłem gdzieś pomiędzy uczelnią, a przemysłem i właśnie tu obecnie znajduje się moje miejsce. Wszędzie, gdzie nie spojrzę, jest teraz mnóstwo ciekawych lektur – mam swoje ulubione kanały RSS, blogi, publikacje, agregatory wiadomości etc. Prawdopodobnie zajmuje mnie więc absorbowanie informacji przez 3-4 godziny dziennie. Potem przychodzi czas na pracę dla klientów – to są zaś bardzo różni goście, więc dzięki temu jakoś się kręci. Żaden kolejny dzień nie jest taki sam, jak poprzedni i to mi się podoba.

Conradino Beb: W jaki sposób znalazłeś się w Australii?

Mark Pesce: Najpierw zostałem zaproszony jako konsultant ds. designu i nowych mediów w nowym programie narodowej szkoły filmowej, AFTRS. Poszło mi tak dobrze, że poprosili mnie o pozostanie na miejscu i dalsze wdrażanie planu, który stworzyłem. Kiedy zajmowałem się konsultacjami zakochałem się przy okazji w Australii, tak więc była to łatwa do podjęcia decyzja.

Conradino Beb: Czytam obydwa twoje blogi – Hyperpeople oraz Yeschaton. Pierwszy z nich wydaje się być ostatnio pozostawiony nieco na uboczu, ale drugi cały czas iskrzy się od nowych odkryć naukowych, które są fajne nawet dla człowieka, nie będącego geekiem. Czy postrzegasz blogging jako ważne medium w tym sensie, że promuje on nowe idee i tworzy przestrzeń debaty społecznej? Czy sprawa Kathy Sierra w USA udowodniła, że blogging jako medium ma już niezwykle wielkie znaczenie społeczne?

Conradino Beb:: Z Hyperpeople mam obecnie przerwę, ponieważ blog ten skupiał się na transformacji mediów, a ja czuję że wyczerpałem temat. Mógłbym wprawdzie komentować bieżące wydarzenia tj. gwałtowny wzrost popularności Joost czy też sądowe walki YouTube lub utratę kontroli nad Digg, jednak poruszałbym w sumie te same tematy, które na łamach Hyperpeople już zostały poruszone. Kierunek, który obieram teraz, to polityka – kwestię tą zamierzam poruszyć jutro, na konferencji Media Hungaria w Tihany, na Węgrzech. To w tym kierunku zmierza zarówno sieć, jak i kultura sieci, a ja czuję iż mogę mieć coś do powiedzenia na temat tej ewolucji. Czujnie obserwuj tą przestrzeń. Yeschaton jest aktualizowany na bieżąco, ponieważ ciągle pojawiają się kolejne odkrycia naukowe; pomimo tego iż dostrzegam definitywną nierówność okresów wyłaniania się innowacji. W zeszłym tygodniu naukowcy ogłosili odkrycie genu, który (co pozostaje do dyskusji) czyni nas ludźmi. To rodzaj dyskursu, który idealnie pasuje do Yeschatonu.

Conradino Beb: Jesteś autorem dwóch interesujących terminów, które wprowadziłeł do dyskursu internetowego. Są to „mrowie” (swarm) oraz „hiperdystrybucja” (hyperdistribution). Czy mógłbyś opisać dokładniej, co leży u ich podłoża i przy okazji powiedzieć, co sądzisz na temat wszystkich zmian, które portretuje się jako „Web 2.0”? Zastanawiając się nad tym sam, doszedłem do wniosku, iż cała ta „treść tworzona przez użytkowników”, to tylko nowy korporacyjny PR i rosnący apetyt na branding i marketing online. Czy może być to nowy sposób kontrolowania naszego życia?

Mark Pesce: Krótka odpowiedź brzmi „TAK”. Długa odpowiedź jest zaś znacznie dłuższa. „Mrowie”, to termin który zapożyczyłem – oczywiście jestem tutaj dłużnikiem – z książki Kevina Kelleya pt. Out of Control: The Rise of Neo-Biological Civilization, która została opublikowana w 1995. W tym czasie Kelley był redaktorem naczelnym pisma WIRED, a był to prawdopodobnie najlepszy okres dla tego pisma, kiedy ukazywały się najciekawsze publikacje. Wszystko to, co dzieje się teraz, wraz z coraz widoczniejszą, przewodnią rolą kolektywnej inteligencji, zostało przepowiedziane w jakiś sposób przez Kelleya. Było pewnych kilka miesięcy, kiedy wszyscy w San Francisco – które było wtedy centralnym miejscem dla społeczności sieciowej – rozmawiali o ideach, zawartych w książce Kelleya. Ten człowiek naprawdę wpłynął swoją myślą na kształt rzeczywistości i sądzę, że teraz zaczynamy dostrzegać, jak wielki był to wpływ. Radzę każdemu znaleźć kopię tej książki i natychmiast ją przeczytać. Teraz może się wprawdzie okazać już nieco przestarzała, ale jedynie dlatego, iż idee w niej zawarte, stały się wiedzą powszechnie dostępną.”Hiperdystrybucja”, to termin który stworzyłem, ponieważ starałem się rozróżnić standardowy model dystrybucji hierarchicznej (góra-dół), który charakteryzował media masowego komunikowania przez ostatnie 300 lat od modelu anarchistycznego, kłączowatego, kierowanego przez użytkowników, który zaczął dominować w ostatnim czasie. Nie łączy go nic wspólnego z dystrybucją w sposób, w który rozumieliśmy ten termin dotychczas, jednak w obydwóch przypadkach niektóre media – i niektóre memy – poruszają się z umysłu A do umysłu B. W przypadku hiperdystrybucji nie ma jednak możliwości kontroli dystrybucji. Reczy po prostu się dystrybuują lub też precyzyjniej, rzeczy są tak znaczące, że inspirują ludzi do ich dystrybucji przy użyciu zasady „trzech F”, która mówi, że ludzie znajdują rzeczy (Finding), filtrują je dla tych, którzy mogą być nimi zainteresowani (Filtering), by następnie przesłać je dalej (Forwarding): odnajdywanie, filtrowanie i przesyłanie dalej. To podstawowe ludzkie zachowanie – było w nas przez długi, długi czas, ale teraz zostało niesamowicie wzmocnione przez Internet. Z tego powodu nazywam to hiperdystrybucją – to dystrybucja wzmocniona. Jeśli chodzi o kontrolę, w ogóle o tym zapomnij. Wszystko jest już poza kontrolą, teraz liczy się jedynie wyłanianie nowości. My zaś mamy swoją małą, cenną kontrolę jedynie nad tym, co się wyłania z rzeczy, które poddajemy obróbce. Rzeczy się wyłaniają, nowe rzeczy się rodzą. Niektóre z nich nie mogą konkurować i umierają. Jest w tym pewien element naturalnej selekcji, zachodzącej z szybkością światła, której pasmem komunikacyjnym staje się Internet.

Conradino Beb: Jesteś zwolennikiem licencji Creative Commons, stworzonej przez Lawrence’a Lessiga, używasz jej nawet w swojej ostatniej książce, którą można ściągnąć z Internetu. Na swojej stronie używam licencji GNU FDL. Czy sądzisz, że licencje typu „niektóre prawa zastrzeżone” zaczną w przyszłości wpływać na typowo korporacyjne modele biznesowe czy też pozostaną domeną treści, tworzonej przez techno-anarchistów i futuro-idealistów?

Mark Pesce: Obstaję przy takiej maksymie: Im bardziej coś jest udostępniane, tym bardziej staje się wartościowe. Nie ma to sensu w staromodnym modelu dystrybucji, jednak jest to jedyny model, który ma jakis sens w erze hiperdystrybucji. Motywy, stojące za udostępnieniem mojej pracy na licencji Creative Commons nie są tak naprawdę altruistyczne – pozwoliło to bowiem dotrzeć do globalnej publiczności, która ją przeczytała i wykorzystała do własnych celów; nadało to także moim ideom zasięg większy niż mógłbym osiągnąć przy pomocy bardziej archaicznych, komercyjnych licencji wydawniczych. Czy jest to dobre rozwiązanie dla każdego rodzaju mediów? Na wnioski trzeba poczekać. Oczywiście pewne modele ekonomiczne będą musiały zostać przystosowane i już się to robi. Jednak dla mnie puszczanie pracy w obieg jest najlepszym sposobem na upewnienie się, że brand „Mark Pesce” będzie akumulował swoją wartość – która dla mnie osobiście przekłada się na klientów i pieniądze, ze które jestem się w stanie wyżywić.

Conradino Beb: Jednym z twoich największych osiągnięć było stworzenie języka programowania VRML, który był uważany za podstawę implementacji Wirtualnej Rzeczywistołci (VR) do środowiska WWW. Czy mógłbyś powiedzieć, co było głównym konceptem, który stał się motywacją dla stworzenia tej technologii?

Mark Pesce: Pragnąłem – i sądzę, że w końcu mi się to udało – czegoś, co miałoby kształt, przypominający obecne Google Earth, czegoś działającego w czasie rzeczywistym, ciągle się aktualizującego. W 1990 miałem związaną z tym wizję, a tak naprawdę wszystko polega na tym, by obserwować, jak technologiczne puzzle wskakują na swoje miejsce. VRML miał być Wirtualną Rzeczywistością (VR) dla każdego. Kiedy tworzyłem ten projekt razem z Tonym Parsi, nie miałem ani bajońskich sum, ani super szybkiego komputera – wszystko polegało na przystosowaniu naszej wizji do możliwości wolnych maszyn, używających wolnych połączeł internetowych. Teraz każdy ma znacznie szybszego PeCeta z niesamowitymi możliwościami graficznymi (lepszymi niż komputery za milion USD w 1993) i szybkie, stałe łącze. Obecnie bardzo chciałbym zobaczyć ludzi, którzy wrzucają mnóstwo szybkich, ciągle aktualizowanych informacji do Google Earth lub systemu open source, jak World Wind, używany przez NASA (którego nie używam, ponieważ nie chodzi kurwa na OSX), żebyśmy mogli oglądać Ziemię taką, jaką jest teraz. Dlaczego wydaje mi się to istotne? Ponieważ im wyraźniej dostrzegamy, co się dzieje, lepiej możemy nad tym zapanować. W 1993 nikt nie mówił o globalnym ociepleniu czy globalnym zatruciu środowiska naturalnego – nikt nie mówił o niczym w skali globalnej. Obecnie widzimy, że wszyscy tego potrzebujemy. Chcę, żeby dzieci w Dubai mogły zobaczyć, jak robi się papier z trzciny nad Żółtą Rzeką w Chinach. Chcę, żeby chińskie dzieci mogły obserwować zużycie ziemi i zatrucie środowiska w Australii. Chcę, żeby każdy z nas trochę bardziej wniknął w to, co robią inni – w prawidłowy sposób – tak, żeby pomóc nam w rozwiązywaniu dużych problemów, przed którymi wszyscy stoimy.

Conradino Beb: Jaron Lanier stwierdził w wywiadzie Whatever Happened to Virtual Reality?, który został opublikowany przez RU Siriusa w książce True Mutations, że idea Wirtualnej Rzeczywistości (VR) po odrzuceniu przez biznes: osiągnęła sukces jako technologia przemysłowa. Nie udało jej się jedynie weśłć na rynek technologii komunikacyjnej. Mimo tego stała się absolutnie podstawowa. Co sądzisz na ten temat?

Mark Pesce: Second Life jest niezwykle popularny, a jest zarówno Wirtualną Rzeczywistością (VR) i technologią komunikacyjną. World of Warcraft jest znacznie popularniejszy niż Second Life i jest także technologią komunikacyjną. To dziwne, ponieważ z mojego punktu widzenia VR kompletnie zwyciężyła. Nie używamy EyePhone’ów, ponieważ są niewiarygodnie szkodliwe dla oczu, a DataGloves po przejściu wielu stadiów ewolucji, stały się znane jako Wiimote, co powoduje, że konsole Nintendo Wii zlatują teraz z półek sklepowych na całym świecie. Krótko: VR wygrała. Jest obecnie podstawą dla wszystkich współczesnych gier video i spełnia wielką rolę w symulacjach. Nie wygląda to ani trochę tak, jak przepowiadał to Jaron Lanier czy RU Sirius, jednak to kwestia ich własnych oczekiwań wobec VR. Po prostu VR wygląda inaczej. To dokładnie to samo oprzyrządowanie, na działanie którego jesteśmy codziennie wystawiani. A co z Google Earth? Czy to nie VR? Czy nie używa się tego wszędzie? Myślę więc, że są to głupie stwierdzenia w innych przypadkach bardzo inteligentnych ludzi, w tym jednak zupełnie błędne.

Conradino Beb: Podnosząc pytanie na temat możliwości światów, opartych na VR tj. Second Life na poziom społeczny, co sądzisz na temat wywrotowych możliwości, jakie stwarzają one dla wykształconych programistów? Niedawno mieliłmy w Second Life małą rewolucję, jednak świat ten jest oczywiłcie wykorzystywany w tej chwili dla celów korporacyjnego brandingu. Czy wciąż mamy szansę na Zajebiście Potężnych Hakerów kontra Nowy Światowy Porządek (w Polsce też by się pewnie znalazło trochę tych wypasionych gości :P)?

Mark Pesce: Nigdy nie udzielam komentarzy na temat Second Life publicznie.

Conradino Beb: W swojej książce Hyperpeople piszesz, że: Presja ze strony systemów ludzkiej komunikacji staje się coraz większa pod wpływem cyfrowych technologii i wydaje się prowadzić nas celowo w stronę nadchodzącej katastrofy. Jednak presja może mieć także swój pozytywny aspekt – istoty ludzkie pod wpływem presji regularnie tworzą nieprzewidywalne. Jesteś więc zwolennikiem idei infokalipsy Terence’a McKenny czy też postrzegasz cyfrowe cyber-technologie jako szansę, która sprzyja najlepiej przygotowanym? Czy możemy mieć jedno bez drugiego?

Mark Pesce: McKenna ukradł tą ideę z francuskiego konceptu „ucieczki do przodu”– co jest także cytatem z McKenny, którym otwieram Becoming Transhuman. Presja informacyjna jest typem naturalnej selekcji, a naturalna selekcja jest silnikiem ewolucji. Ewolucja pozostawia każdej istocie żywej prosty wybór: zmień się lub giń. W każdej sytuacji, niektóre formy dokonają zmiany, a niektóre wymrą. Jednak ludzie są niezwykle kreatywni i potrafią się bardzo dobrze adaptować. Wierzę, że z powodu informacyjnego stresu kultury współczesnej, już teraz widzimy wszędzie eksplozję nowych form. Ostatnie dwa lata obfitowały w innowację – jeśli chodzi o media – w takim stopniu, jak ostatnie sto lat. Czy to przypadek, czy odpowiedź na presję informacyjną?

Conradino Beb: Byłeś jedną z kontrkulturowych gwiazd DisinfoCon, na której dałeś krótkie, ale esencjonalne „para expose”. Twoje teksty można także znaleźć w archiwach Disinfo. Czy generalnie postrzegasz cybermagijny i kontrkulturowy dyskurs Richarda Metzgera i Genesisa P-Orridge’a jako ważną siłę w świecie undergroundu? Czy podoba ci się sposób, w jaki robi się to współcześnie?

Mark Pesce: Absolutnie. Jest coć bardzo ważnego w odkrywaniu zamierzchłych technik i wypuszczaniu ich na światło dzienne, gdzie mogą zostać włączone we współczesny dyskurs. Utrata dziesiątków tysięcy lat ciężko zdobytej mądrości z powodu zwykłej zmiany form, byłaby niewiarygodną pomyłką. Sztuczką jest spoglądanie poza zmienność form w kierunku prawdy, która leży u ich podłoża. Zawsze uważałem, że różnice pomiędzy światem magijnym i wirtualnym są głównie natury semantycznej; obydwa systemy służą manipulacji konstruktami umysłu – memami. Istnieje wiele ścieżek, którymi można pójść, a różni ludzie obierają różne ścieżki. Bycie związanym blisko z maszyną przez tak długi czas – bycie programistą i „hakerem” (w starym, szanowanym sensie tego słowa) nie różni się w zasadzie od bycia magiem. Rzucałem ten argument wiele razy, ale zaledwie kilku ludzi jest zawieszonych w obydwóch światach naraz na tyle, żeby uchwycić cały sens. Prawda jest taka, że prawie każdy, kto pracował w zamierzchłych dniach nad VR, był tego absolutnie świadomy. Nie mówiłem im niczego nowego.

Conradino Beb: Czy strategia „bycia niewidzialnym” jest wciąż najskuteczniejszą metodą zważywszy na to, iż masy zostały kupione dzięki nowym zabawkom? Napisałeś książkę Playful World, w której skupiasz się na roli, jaką odgrywa zabawa w cyberkulturze, pozwalająca na rozwój osobowości. W Eonie Horusa, w którym rządzi archetyp dziecka, jednocześnie kochamy zabawę i surfujemy po falach chaosu (jak w pewnym utworze Parliament). Jednak jeśli jesteśmy otoczeni przez dzieci, kto jest odpowiedzialny za ten świat? Gdzie są ci „niewidzialni nadzorcy”, którzy pilnują, żeby ten burdel jakoś trzymał się kupy?

Mark Pesce: To my jesteśmy Niewidzialnymi. Wszyscy z nas są. Właśnie to uważam za punkt wyjścia Granta Morrisona i główną ideę, która przyświecała Rushkoffowi przy tworzeniu serii Testament.

Conradino Beb: Zarówno Grant Morrison, jak i Douglas Rushkoff, reinterpretują w swoich komiksach wszystkie te magijne, mityczne wątki pokazując, jak łatwo mogą zostać odczytane w postmodernistycznym i nepogańskim kontekście. Komiksy wydają się być niezwykle elastycznym medium do tworzenia takiego przesłania. Czy jest to coś – co u Hakima Beya otrzymałoby nazwę hieroglificznej nauki – a może coś więcej?

Mark Pesce: Powiedziałbym, że zrobił to już William Gibson w swojej trylogii Cyberspace, a Neal Stephenson w swojej książce Zamieć. Mitologia to zarówno studnia ludzkiej tajemnicy, jak i zrozumienia. Tak, komiksy są dla niej dobrym medium – okupują bowiem granicę pomiędzy słowem drukowanym, a ruchomym obrazem, a granice są bardzo płodne, ale cokolwiek porusza wyobraźnię zostanie zaczarowane (dosłownie i w przenośni) przez mit.

Conradino Beb: Zrobiłeś bardzo interesującą, audiowizualną prezentację pt. Becoming Transhuman, która przypomina „audiograficzne przeładowanie” Timothy Leary’ego, znane jako How To Operate Your Brain. Rozwija ona psychedeliczną koncepcję żywego, kosmicznego organizmu, którą zawdzięczamy Terence’owi McKennie (jego książka Pokarm Bogów wyszła w Polsce miesiąc temu) w jednej „space operowej” formie. Pytanie brzmi, w jaki sposób wpłynęła na ciebie kontrkulturowa koncepcja duchowego rozwoju człowieka, a zarazem w jaki sposób wpłynęła na współczesną naukę i cyberkulturę? A może uważasz to za New Age’owe pierdolenie?

Mark Pesce: Posłużę się słowami piosenki…

Och wiemy gdzie idziemy
Ale nie wiemy gdzie byliśmy
A idziemy gdzie idziemy
Lecz nie powiemy co widzieliśmy
Nie jesteśmy małymi dziećmi
I wiemy czego chcemy
A przyszłość jest pewna
Dajcie nam czas na jej stworzenie

Road to Nowhere, Talking Heads

Esencją Eonu Horusa jest bycie swoim własnym Wysokim Kapłanem. Nikt, żaden Duży Tatuś w Niebie, ani żadna Mamusia Ziemia (co jest trochę problematyczne) nie są za nas odpowiedzialni. Jesteśmy odpowiedzialni sami za siebie. Uwielbiam tą kwestię ze Spider-Mana: Z większą potęgą przychodzi większa odpowiedzialność. Obecnie dysponujemy wielką potęgą, tak więc przychodzi też odpowiedzialnołć. I możemy ją przyjąć na jeden lub dwa sposoby: albo możemy pogrzebać nasz stary dom w ruinach aż naturalna selekcja zmusi nas do pogodzenia się z idiotyzmem, mających milion lat instynktów, w post-ludzkim ciele, albo nauczymy się trochę mądrości i wycofamy się z bezsensownych walk przeciwko sobie. Jeśli każda istota jest Królem (a tak myślę), w takim razie żaden Król nie powinien lub nawet nie jest w stanie powiedzieć „Stop!” żadnemu innemu. To wielka lekcja XXI wieku: niemożliwe jest zwyciężenie innej istoty ludzkiej. Pewnie, że możesz zabić inną istotę ludzką, jednak nie możesz jej zwyciężyć. To nie jest ta sama rzecz. A jeśli nie planujemy uczynić z całej planety cholernej ruiny, będziemy musieli nauczyć się odpowiedzialności, jedności i świadomości niszczącego wpływu każdego aktu przemocy. Nie jest to jakieś pseudo-hipisowsko-komunistyczno-szalone-wymyślone-pod-wpływem-dużych-porcji-kwasu-pieprzenie-głupot, ale zaobserwowany, udowodniony, nie podlegający dyskusji fakt. Pozytywny rozwój jest znacznie trudniejszy niż jego zwalczanie. Czasem trzeba jednak toczyć bój, żeby nauczyć się, iż jedyną, otwartą ścieżką jest pozytywny rozwój.

Conradino Beb: Czy możesz mi powiedzieć nieco na temat najdziwniejszej rzeczy, która ci się przydarzyła w życiu? Kiedy odczułeś emanację chaosu w tym sensie, że zerwałeś okowy iluzji i odkryłeś zupełnie nowy świat idei, w który się zanurzyłeś? Czy zaskutkowało to czymś znaczącym?

Mark Pesce: W moim życiu zdarzyło się wiele rzeczy, które można określić mianem „dziwne” Ogólnie rzecz biorąc, kiedy dzieje się coś niezwykłego, robię krok w tył i staram się zrozumieć, co ten moment dziwności stara się mi powiedzieć, ponieważ często wskazuje on, że nie słucham wystarczająco uważnie.

Conradino Beb: Czy któryś z tych momentów ukształtował twoje życie???

Mark Pesce: Tak.

Conradino Beb: Jak postrzegasz wzrastający problem ekonomicznego, zglobalizowanego terroru, na który wystawiane są kraje Biednego Południa?

Mark Pesce: Asymetryczne działania wojenne, to gra XXI wieku. Sieci zwielokrotniają to zjawisko, tak więc nawet największa siła nie jest w stanie zawładnąć małą. Może ona wprawdzie wybrać wymazanie jej z mapy, ale nigdy nią nie zawładnie. Przeczytaj Brave New War Johna Robba lub jego blog, Global Guerillas – wszystko jest tam wyjaśnione w bardzo jasny sposób. Państwa nie mają monopolu na użycie siły czy terroru w świecie sieci. Tego właśnie teraz uczy się Ameryka (jak też Estonia).

Conradino Beb: Jest wiele propozycji, które wydają się teoretycznie rozwiązywać dobrze ten problem… na pierwszy rzut oka. Kilka miesięcy temu Nicholas Negroponte zaproponował stworzenie programu One Laptop per Child (OLPC), który stał się szybko organizacją. Jest absolutnie przekonany, że laptopy w rękach dzieci mogłyby poprawić sytuację w Afryce. Jednak czym jest laptop w kraju takim, jak Sudan (gdzie dzięki Google Earth możemy oglądać bezpośrednio zniszczenia dokonane w Darfurze), w którym 80% ludzi wydaje codziennie na swoje życie mniej niż dolara dziennie? Czy nie jest to abstrakcja, która mogła zostać zrodzona jedynie w umyśle człowieka Zachodu?

Mark Pesce: Projekt OLPC jest dobry, szczytny i odpowiedni do zastosowania w krajach średnio biednych tj. Libia, Egipt czy Brazylia. W krajach kompletnie biednych, najpierw trzeba stworzyć podstawową infrastrukturę, co jest zgodne z moim zapatrywaniem, iż infrastruktura bezprzewodowa jest prawdopodobnie najważniejszą, pojedynczą rzeczą, która musi iść w parze z infrastrukturą transportową. Wydajny ruch bitów i atomów może wiele uczynić dla podniesienia standardu życia narodu na wyższy szczebel (który zdefiniuję na potrzeby tej wypowiedzi jako dłuższą średnią życia). Kiedy się to stanie, można stworzyć podstawy ekonomii, a ludzie mogą rozpocząć budowanie własnego życia. Mikrofinansowanie i mikrokredyt idą w parze z tym rodzajem aktywności; zauważ, że obydwa wywierają wielki wpływ na lokalne sieci społeczne, aby wydobyć ludzi z nędzy. To nieprzypadkowe.

Conradino Beb: Jaka jest twoja opinia na temat legalizacji środków psychoaktywnych i amerykańskiej Wojny z Narkotykami? Co sądzisz na temat wpływu, jaki psychedeliki miały na wczesną i wciąż mają na obecną cyberkulturę?

Mark Pesce: Masowe przekonanie na temat środków psychedelicznych jest takie, że wywołują one niestabilność w ludzkim zachowaniu i dlatego muszą być kontrolowane. Ta obserwacja nie do końca odpowiada rzeczywistości, ale dopóki nie nastąpią czasy właściwego zrozumienia roli wszystkich narkotyków przez całą populację, nie sądzę, żebyśmy mieli szansę na jakiekolwiek zmiany w prawie antynarkotykowym. Prawa antynarkotykowe są konstruowane w konkretny sposób – jako bariery, które zacieśniają podziały rasowe i klasowe; w pewien sposób są one całkowicie samozachowawcze. Ponieważ te dwie sprawy są trudne do oddzielenia – w kontekście legalizacji narkotyków – mogę jedynie radzić, aby ludzie używający tych substancji, robili to z rozwagą. Niestety widziałem za dużo przypadków nierozsądnego użycia. Nikomu to z pewnością nie pomoże, a już na pewno nie samym użytkownikom tych substancji. Dostarcza to jednak ciągle rosnącego zestawu anegdotek, które służą zastraszaniu społeczeństwa, aby podtrzymywało ono poparcie dla restrykcji prawnych, blokujących legalność narkotyków. Cyberkultura od najwcześniejszych dni była silnie zainspirowana przez psychedeliki. Jest to doskonale udokumentowane (spójrz na takiego gościa, jak Steve Jobs) i wśród społeczności cyberkulturowej powszechnie uświadamiane. Sądzę, że wizjonerskie substancje dały jednostkom możliwość „pomyślenia inaczej”, to zaś poprzez użycie komputerów przeobraziło część z tych wizji w rzeczywistość. Nie sądzę jednak, żeby to był koniec rewolucji – widzieliśmy jeden boom i koniunkturę w cyberkulturze (Web 1.0), która z powodzeniem wypłukała poszukiwaczy pieniędzy z tego interesu, a wizjonerów pozostawiła w nietkniętym stanie. Przyszłość należy właśnie do nich!

Wywiad przeprowadził Conradino Beb

Fela Kuti (1938-1997)

Fela Anikulapo Kuti, znany także jako Fela Ransome Kuti, urodził się po raz pierwszy 15 października 1935 r. w należącej do klasy średniej, rodzinie nigeryjskich Jorubów. Jego ojciec był protestanckim pastorem, matka zaś nauczycielką, która później zaangażowała się w działalność polityczną stając się pierwszą w Afryce socjalistyczną feministką. Jako pierwsza w Nigerii kobieta prowadziła samochód, a także osobiście spotkała się z Mao Tse Tungiem podczas swojej podróży do Chin.

Krótko po urodzeniu dziecka obydwoje z rodziców poszli za sugestią niemieckiego misjonarza i nazwali chłopca Hildegart. Jak Fela sam miał później stwierdzić: Czy miałem nosić imię zdobywców? Czy też odrzucić swoje pierwsze przyjście na świat? Co mogę powiedzieć? Orishas usłyszały mnie i oszczędziły. Nie byłem Hildegartem. To nie biały człowiek miał mi nadać imię.

Dziecko umarło krótko po porodzie, a ten sam duch miał wcielić się ponownie w małego chłopca, w miejscowości Abeokuta, w 1938 r. Tym razem chłopiec otrzymał imię, pod którym miał go poznać cały świat – Fela. Jako dojrzały mężczyzna Fela Kuti stworzył całkowicie nowy gatunek muzyczny – czerpiący z nigeryjskiego juju, co i amerykanskiego jazzu, rewolucyjny, pan-afrykanistyczny afrobeat.

Fela Kuti nagrał 77 albumów studyjnych i koncertowych, wiele z nich wydanych na krążkach winylowych w Nigerii, Francji, Wielkiej Brytanii, Niemczech i Stanach Zjednoczonych, które na rynku kolekcjonerskim wciąż osiągają zawrotne sumy. Jego kariera to także ponad 200 występów na scenie wraz z zespołami Koola Lobitos, Nigeria ’70 (który przyjął później nazwę Africa ’70) i Egypt ’80.

Swoim niepokornym, buntowniczym stylem Fela przez całe życie ściągał na siebie gniew nigeryjskiego establishmentu politycznego, który w odwecie prześladował go, zastraszał, więził i torturował. Nienawiść władzy była wprost proporcjonalna do miłości, jaką darzyła go nigeryjska ulica, a także fani na całym świecie.

Na dobre 7-8 lat, zanim w Europie wykiełkował nihilistyczny, anarchistyczny punk rock, Fela Kuti stworzył podwaliny pod jego „afrykańską odmianę” zapisując się tym także na stałe w historii muzyki. Wywrotowa działalność Feli zaczęła się dość wcześnie. Kiedy skończył 16 lat założył w szkole, do której uczęszczał klub o nazwie „Zgromadzenie Bez Planu”. Jego celem było buntowanie się przeciw prawom i rozkazom, a założenie najprostsze z możliwych – brak jakichkolwiek planów. Jednoczesnej „działalności anarchistycznej” towarzyszyła fascynacja rodzimą kulturą Jorubów.

Fela przemierzał duże odległości, byle tylko uczestniczyć w tradycyjnych obrzędach i uroczystościach ku czci Orishas. Szybko przekształciło się to w trwałą fascynację muzyką. W ten sposób w wieku dwudziestu lat Fela był już dobrze zapowiadającym się trębaczem. W tym samym roku, w którym skończył dwadzieścia lat, matka (ojciec umarł w 1955 r.) wysłała go na studia do Londynu, z sugestią by zapisał się na prawo lub medycynę.

Jednak Fela nie miał zamiaru iść w ślady swojego brata i zamiast tego natychmiast poszedł na studia muzyczne w London Trinity College of Music. Studia trwały pięć lat i dały młodemu Feli oprócz umiejętności gry na saksofonie podwaliny wiedzy muzycznej. Podczas studiów Fela spotyka swoją pierwszą żonę, Remi, z którą bieże ślub w 1961 r i płodzi z nią trójkę dzieci. Piewszym z nich jest córeczka Yeni, zaś drugim syn Femi.

W tym samym czasie razem z grupą nigeryjskich i karaibskich muzyków Fela zakłada zespół Koola Lobitos (The Cool Cats), który od początku ma problemy ze znalezieniem miejsc do koncertowania. Wśród członków zespołu znajduje się jego dobry znajomy, J. K. Bremah, który jeszcze w Lagos zdążył wprowadzić Felę do miejscowych środowisk muzycznych. Podczas śledzenia londyńskich wydarzeń jazzowych Fela natyka się na Gingera Bakera (perkusistę grupy Cream), z którym zwiąże się długoletnimi więzami przyjaźni.ù

Do Nigerii powraca w 1963, by podjąć pracę producenta muzycznego w Nigerian Broadcasting Corporation, którą szybko jednak rzuca. W Lagos Fela dobiera nowy skład do swojej grupy Koola Lobitos, ale nie odnosi z nią większych sukcesów z powodu podłamania kulturalnego w Nigerii, która po odzyskaniu niepodległości w 1960 przeżywa głębokie kłopoty społeczno-ekonomiczne.

W 1967 Fela odbywa trasę koncertową po sąsiedniej Ghanie, gdzie triumfy święci wówczas afrykański higlife. W międzyczasie od władzy w Ghanie na skutek zamachu stanu zostaje odsunięty Dr. Kwame Nkrumah (gorący orędownik pan-afrykanizmu), a Nigeria wdaje się w krwawą wojnę domową. Do Zachodniej Afryki dociera tymczasem muzyczny powiew ze Stanów Zjednoczonych – wybuchowy soul Jamesa Browna.

Jego afrykańskim popularyzatorem i prorokiem staje się muzyk ze Sierra Leone, Geraldo Pino wraz ze swoim zespołem The Heartbeats. Fela nie chce kopiować tego, co się dzieje w USA, kształtuje za to zupełnie nowy styl… swój styl! W 1969 decyduje się, praktycznie nieznany poza Lagos, na trasę koncertową po USA. Tuż przed odlotem na skutek dziwnej koincydencji spotyka słynną piosenkarkę z RPA, Miram Makebę, która daje mu adres swojego agenta w Nowym Jorku. Ten jednak odmawia reprezentowania zupełnie nieznanego nazwiska z Nigerii i plany trasy koncertowej, już w USA, szybko legną w gruzach.

Zespół zostaje w Stanach Zjednoczonych bez pieniędzy, zakwaterowania i ważnych wiz. W dramatycznym poszukiwaniu miejsc do koncertowania, zespół dociera w sierpniu 1969 do Los Angeles. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności część muzyków znajduje posady w fabryce, podczas gdy Fela próbuje organizować gigi i szuka pierwszego kontraktu nagraniowego. Grając w jednym z klubów zostają w końcu zauważeni przez studentkę, Sandrę Smith, członkinię Black Panther Party.

Fela także zauważa piękną studentkę, która szybko staje się jego kochanką i promotorką zajmując się pełną obsługą menadżerską zespołu. Dzięki niej zespół Feli zaczyna odbywać pierwsze występy w małym klubie Citadel de Haiti (mieszczącym się pod adresem 6666 Sunset Blvd.). Sandra staje się także nauczycielką Feli zapewniając obfitość książek na temat historii czarnej kultury w USA. Jedną z jego ulubionych pozycji staje się autobiografia Malcolma X. Na fali odkrywania „filozofii czarnej dumy”, a także za namową Sandry, Fela zaczyna pisać teksty w duchu „czarnej świadomości”, które mają być odmianą dla tradycyjnych afrykańskich przyśpiewek, traktujących o życiu codziennym.

Pierwszymi z nich stają się „My Lady’s Frustration” oraz „Black Man’s Pride”. W ten sposób od strony werbalnej rodzi się afrobeat! Niedługo później nazwa zespołu zostaje zmieniona na Nigeria ’70. W 1970 roku Fela Kuti wraz z zespołem wracają do Lagos, gdzie otwierają w Empire Hotel klub Afro-Spot, później przemianowany na Afro-Shrine. Koncerty Feli stają się prawdziwym wydarzeniem, a sława afrobeatu powoli przedostaje się do sąsiednich krajów, gdzie ludzie mogą rozumieć teksty Feli, dzięki temu że większość z nich coraz częściej zostaje pisana w pidgin English (dialekcie zrozumiałym dla całej Afryki Zachodniej).

Fela realizuje także swój plan powrotu do tradycyjnych, afrykańskich wartości otwierając w 1974, w centrum Lagos, komunę zamieszkałą przez około 100 osób – głównie członków jego zespołu oraz liczny harem chórzystek-kochanek. W tym samym czasie w odwiedziny przylatuje do Lagos Sandra, jednak w akcie zazdrości zostaje otruta przez jedną z zadrosnych kochanek i zaatakowana magicznie we śnie.

Chroniąc się przed dalszymi próbami ataków na swoje życie i czarną magią w domu starszego brata Feli, musi w końcu zrezygnować i wrócić do Los Angeles. Dom Feli staje się tymczasem siedliskiem potężnych Orishas i miejscem, w którym z pomocą magii kształtuje się rzeczywistość. Wybudowany w środku klubu-świątyni ołtarz zostaje poświęcony duchom przodków oraz prastarym bóstwom narodu Joruba, wśród nich zaś Ogumowi – bogowi wojny, buntu i stali.

W tym samym czasie Fela staje się gorącym zwolennikiem zażywania i palenia marihuany. Opracowuje też własną receptę na wywar z konopii, znany jako goro. Gotowany przez dwa tygodnie na wolnym ogniu wywar z dużych ilości szczytów, jest doprawiany ziołami, miodem i olejem palmowym, aż staje się gęsty, jak krem.

W komunie jedynym, który dostaje prawo jego serwowania, staje się Femi Kuti. Wokół komuny Feli, zaczyna krążyć także coraz więcej różnej maści ulicznych opryszków, a także lewicowych radykałów. Swój dom znajduje tam także skrajna, lewacka organizacja, Nigerian Associataion of Patriotic Writers and Artists.

Wkrótce Fela powołuje także swoją własną organizację młodzieżową – Young African Pioneers. Centrum działalności wywrotowej staje się w końcu solą w oku nigeryjskiego rządu. 30 kwietnia 1974 komuna Feli zostaje po raz pierwszy najechana przez wojsko, a sam Fela aresztowany za posiadanie marihuany. Uwolniony za kaucją, Fela powraca, by swój dom niezwłocznie nazwać Republiką Kalakuty, na cześć celi, w której był trzymany przez dwa tygodnie.

Republika zostaje otoczona przez niego wysokim murem z drutu kolczastego, a jako upamiętnienie tego wydarzenia zostaje nagrany album Alagbon Close. Niedługo potem Republika Kalakuty ponownie zostaje najechana przez policję, której celem jest tym razem znalezienie JAKIEJKOLWIEK ILOŚCI marihuany przy Feli. Złapany na gorącym uczynku, muzyk zjada dowód pokazując go najpierw zdumionej policji. Żądający dowodu oskarżenia, policjanci każą mu jednak oddać do analizy kał osadzając go w areszcie, w Timbuktu. Fela ostatecznie podmienia fekalia przy pomocy jednego z więźniów wykazując tym samym całkowitą niewinność od oskarżeń.

Na pamiątkę zostaje nagrany album Expensive Shit. W tym samym roku komuna Feli zostaje najechana po raz trzeci, a każdy jej członek zostaje dotkliwie pobity. Fela spędza dziewięć dni w szpitalu, by po wyjściu nagrać kolejny album-hit, Kalakuta Show. Gdy w ramach nowej taktyki kupowania Feli, nigeryjski rząd zaprasza go do udziału w Festival Of Black Arts and Culture , organizowanym w 1977, ten odmawia i organizuje alternatywne wydarzenie w Afro-Shrine. Na festiwal zostaje zaproszonych wielu ze sławnych, czarnych muzyków, w tym sam Stevie Wonder. Fela wykorzystał ten fakt publicznie krytykując i ośmieszając nigeryjski rząd. W akcie gniewu wykonuje utwór-hit Zombie – skrajnie polityczną pieśń, krytykującą głupotę i oportunizm nigeryjskich żołnierzy.

Na odpowiedź nie trzeba długo czekać, 18 lutego 1977 Republika Kalakuty zostaje ponownie otoczona przez wojsko, które przeprowadza ostrzał z moździerzy zmuszając domowników do poddania się. Matka Feli zostaje zrzucona z trzeciego piętra, a reszta orszaku pobita do krwi i poddana torturom. Samemu Feli znowu zostają postawiono te same zarzuty, co zwykle.

Dla upamiętnienia tego wydarzenia Fela nagrywa kolejne dwa labumy, Sorrow Tears and Blood oraz Unknown Soldier, którego tytuł ma być parodią oficjalnych komentarzy prasowych na całe wydarzenie, tłumaczących że rezydencję Feli spacyfikowali „nieznani żołnierze”. Po nieudanym proteście w biurze nigeryjskiego oddziału Decca, odmawiającego wydania jego kolejnych nagrań, Fela udaje się na emgirację do Ghany, skąd powraca po roku, by dać koncert na Stadionie Ogbe w Benin City. Tuż przed tym wydarzeniem poślubia w tradycyjnej afrykańskiej ceremonii 27 kobiet, wcześniej jego nałożnic, a także wokalistek jego zespołu.

Pod koniec lat ’70 reżim wojskowy w Nigerii wydaje się mieć ku końcowi, tak więc Fela korzysta z tej sposobności, by założyć partię M.O.P. (Movement Of The People), z ramienia której próbuje startować jako kandydat na prezydenta. W tym samym czasie rozwija też ideologię pan-afrykanizmu dając wykłady uniwersyteckie, krytykujące kolonializm i afrykański oportunizm wzorując się przy tym głównie na naukach Dr. Kwame Nkrumaha.

Fela nawołuje też do ponownego zainteresowania się tradycyjną, afrykańską medycyną (w tym wykorzystywaniem krowiego łajna do leczenia konwulsji). Staje się też gorącym zwolennikiem istnienia UFO i próbuje nakłonić nigeryjski rząd do korzystania z porad tradycyjnych wyroczni. Jako przeciwnik industrializacji nawołuje też do powrotu do naturalnych instynktów: „do spacerowania, gadania, pieprzenia, odpoczywania i większego cieszenia się życiem”.

Fela _Kuti_1983_europe

Na fali powrotu do tradycji Jorubów, Fela otacza się przy tym coraz większą ilością czarowników i znachorów. Otrzymuje od jednego z nich kamizelkę, która ma go uchronić przed śmiercią od broni palnej. Kamizlka przetestowana na kozie nie zdaje jednak egzaminu. Wkrótce razem z nimi i resztą świty udaje się na emigrację do Paryża, gdzie po raz pierwszy zostaje magicznie zaatakowany – zapada na chorobę, która później ma się okazać spowodowana przez wirus HIV.

Podczas swojego powrotu do Nigerii w 1980, Fela doznaje wizji w transie, o której ma potem powiedzieć: Ujrzałem cały świat zmieniający się w to, co nazywają Erą Wodnika. Muzycy będą bardzo istotni w rozwoju ludzkiego społeczeństwa, będą nawet prezydentami różnych krajów – artyści będą dyktatorami społeczeństwa. Umysł będzie bardziej wolny, a instytucje i technologie mniej skomplikowane. W transie zobaczyłem całą ludzką rasę, zjednoczoną w Egipcie pod przywództwem bogów.

Natchniony przez wizję Fela zmienia nazwę swojego zespołu na Egypt ’80 i rozpoczyna regularne obrzędzy ku czci Orishas w centrum Shrine oraz dokoptowuje do swojego ołtarza zdjęcia Malcolma X, Dr. Kwame Nkrumaha oraz swojej zmarłej matki. W 1984 udający się w podróż do USA, w celu nagrania kolejnego albumu, tym razem z Billem Laswellem jako producentem, Fela ponownie trafia do więzienia, osadzony tam na rozkaz generała Buhari za rzekomą próbę przemycenia nigeryjskiej waluty poza granice kraju.

Wyrok brzmi: pięć lat. Wyrok jest tak perfidny, że Amnesty International obwołuje Felę Więźniem Pokoju. Podpisy pod petycją o jego uwolnienie składają Stevie Wonder i David Byrne. Fela odsiaduje dokładnie dwadzieścia miesięcy ze swojego wyroku, gdyż reżim w końcu się zmienia – do władzy dochodzi generał Babangida, który uwalnia go na skutek nacisków prasy.

Po wyjściu z więzienia 23 kwietnia 1986 Fela Kuti nie jest już jednak tym samym człowiekiem, co wcześniej, połamany i pobity bardzo długo wraca do siebie. Rozwodzi się także ze swoimi 27 żonami oraz twierdzi, że jego więzienne rany są wynikiem duchowej przemiany, zmiany skóry na nową. Przyznaje się, że słyszy głosy duchów, jednak wciąż utrzymuje, że dalej potrafi uprawiać seks przez trzy godziny dziennie.

W końcu ogłasza prasie, iż duchy przodków uczyniły go nieśmiertelnym, co podały mu do osobistej wiadomości. Na początku lat ’90 prasę obiega jednak w końcu smutna wiadomość, że Fela Kuti – ten sam człowiek, który przez całe życie odmawiał używania kondomów jako wybryku cywilizacji i spisku przeciwko tradycyjnej, czarnej kulturze, jest chory na AIDS.

Już z brzemieniem choroby, Fela zostaje aresztowany po raz kolejny za posiadanie marihuany. Za kaucją, wpłaconą przez jego syna – Femiego, wychodzi jednak na wolność. Gdy choroba zaczyna powoli zwyciężać, Fela zamyka się przed światem we własnym pokoju i odmawia jedzenia. Gdy na skutek prółb rodziny, odwiedza w końcu szpital, jest już za późno. 2 sierpnia 1997, Fela Anikulapo Kuti umiera.

Tym samym odchodzi jeden z największych muzyków XX wieku. Jego pogrzeb w Lagos staje się gigantycznym wydarzeniem publicznym – na tamten świat odprowadza Felę w tradycyjnej ceremonii około 1 mln. Ludzi. Z całego świata natychmiast napływają kondolencje. Kult Feli, który stał się faktem już za życia, nasila się jeszcze bardziej po jego śmierci! Fela żyje poprzez swoją muzykę!

Conradino Beb

 

Odwiedź też:

Fela Project

Czarna krew – Manifestacje Antonina Artaud

Prawda życia leży w impulsywności materii. Umysł człowieka został zatruty przez pojęcia. Nie żądaj od niego, aby był zadowolony, proś go tylko, aby był spokojny, aby wierzył, że odnalazł swoje miejsce. Ale tylko szaleniec jest naprawdę spokojny.

Antonin Artaud

Ciała świętych męczenników (…) które pewnego dnia zostaną (…) wskrzeszone i obdarzone chwałą życia wiecznego, powinny być czczone przez wiernych. Bóg zsyła ludziom przez nie wiele łask.

Sobór Trydencki

 

Żyjemy we fragmentach. Jesteśmy rozczłonkowani. Dotyczy to zarówno naszego ciała (które podzielono nie tylko wedle zwyczaju na części publiczne i intymne, ale także wedle medycyny na osobne organy) jak i psychiki (poszczególne warstwy ujawniają się na różnych poziomach egzystencji). Tak jak w celu wyleczenia organizmu chodzimy do różnych lekarzy, dzielimy się chirurgicznie niemal, tak też występujemy jako ktoś inny w pracy, ktoś inny w domu, kto inny u kochanki, z przyjaciółmi, klęcząc w kościele, przepychając się do wyjścia.

Antonin Artaud w bezkompromisowy sposób sprzeciwił się tej fragmentaryzacji. Postanowił przywrócić pierwotną jedność za pomocą najbardziej syntetycznych technik poezji i teatru. I dlatego stał się ofiarą społecznej przemocy, dlatego został skazany na tortury psychiatryczne za swoją duchową pornografię, która podniecała ducha do wyrwania się z ograniczeń oraz podziałów i podążania tylko za własnym pragnieniem, żądzą zespolenia: Mieć poczucie głębokiej jedności rzeczy to mieć poczucie anarchii oraz wysiłku, jaki należy podjąć, ażeby ujarzmić rzeczy, sprowadzając je ku jedności. Kto ma poczucie jedności, ten ma poczucie wielości rzeczy, tego pyłu aspektów, jaki należy przemierzyć, by je ujarzmić i zniszczyć.

Nie chodzi ani o „sztukę”, ani o „politykę”, ani o „filozofię”, czy „metafizykę”. Chodzi o wskrzeszenie Całości, odzyskanie własnego istnienia i manifestację ducha ” czyli zintegrowanie żywej istoty. W tym zakresie wszystko pozostaje „sztuką” (albo religią lub magią), o ile ma wymiar symboliczny i unosi się w jednoczącym fluidzie energii mana.

I

Konwencjonalne działania „artystyczne” i „kulturalne” Antonina Artaud sprowadzały się do kilku nieudanych lub niezrozumianych prób.Początkowo Artaud pracował jako aktor filmowy. W latach dwudziestych zapoznał się z liderami ruchu surrealistycznego. Z czasem skierował się ku najbardziej „naocznej” i żywej sztuce – teatrowi. W rezultacie w 1926 założył Teatr im. Alfreda Jarry. Wkrótce jednak surrealizm okazał się dla niego nie wystarczająco radykalny. Wypracowuje własną koncepcję teatru, która, jak zaraza, ma ogarnąć całe społeczeństwa i zabić je lub uleczyć.

Bezpośrednią inspirację dla Teatru Okrucieństwa stanowił występ w 1931 zespołu tanecznego z Bali na Wystawie Kolonialnej, który zbiegł się z premierami filmów braci Marx i odkryciem przez Artauda pewnego obrazu przedstawiającego Lota i jego córki. Niezmienna od pokoleń ścisłość i gracja gestu, kazirodztwo jako obraz wstrząsu moralnego, wreszcie anarchistyczny humor czwórki braci Marx złożył się na mieszaninę, do której Artaud dodał swój zmysł krytyczny i zaczął głosić ideę teatru jako narzędzia zniszczenia ówczesnego ustroju społecznego. Zostaje ona zawarta w esejach o teatrze i dżumie, teatrze i sobowtórze, teatrze i okrucieństwie.

W 1932 powstaje ostateczny projekt Teatru Okrucieństwa. W kilka lat później jego manifesty wyjdą w książce pt. Teatr i jego sobowtór. „Okrucieństwo” byłoby terminem estetycznym na oznaczenie doprowadzenia widza do punktu przecięcia konieczności i fundamentalnego konfliktu zasad; dotyczy podstawowego stosunku między życiem a śmiercią. Istotnym składnikiem pojęcia jest Śmiech równoznaczny ze Zniszczeniem. „Sobowtór” ma wiele znaczeń, czasem symbolizuje samą rzeczywistość, a czasem stary, zdławiony teatr.

Antonin Artaud jako Lucrèce Borgia

W tym czasie Artaud oprócz komponowania manifestów grywa drugorzędne role w filmach. Podejmuje się także napisania libretta do muzycznego przedstawienia Edgara Varese „Astronom”. Jego treścią ma być historia astronoma współpracującego z pewną gwiazdą, która jednocześnie zachwyca i niszczy ludzkość. Artaud wyobraża sobie, że Teksty będą przerywane pasażami wrzasków, hałasów, dźwiękowych huraganów, które zaleją wszystko. Niestety sam kompozytor popadł w stan depresji samobójczej ze względu na swoje 13-letnie niepowodzenia artystyczne. Nie lepiej jest w tym czasie z samym Artaudem: cierpi na kłopoty materialne i problemy ze zdrowiem, pogrąża się w uzależnieniu od opiatów.

W roku 1933 powstaje Heliogabal albo Anarchista ukoronowany, historia psychopatycznego cesarza rzymskiego. Książka stanowi pierwszy wyraz zainteresowań Artauda ezoteryzmem, astrologią, okultyzmem i magią. 6 kwietnia 1933 odbywa się w sali Sorbony odczyt Teatr i dżuma. Odczyt został przerwany pewnym incydentem. Jak wspominała Anais Nin Artaud płynnie przeszedł od tekstu wykładu do odgrywania konającego na dżumę. Zapamiętały w swej roli, zapomniał o otoczeniu i popadł w rodzaj opętania. Na jego namiętną grę publiczność zareagowała śmiechem. Ludzie wychodzili, śmiejąc się i protestując, mimo to Artaud kontynuował „do ostatniego tchnienia”. Potem powiedział swojej przyjaciółce: Oni zawsze chcą tylko słyszeć o czymś; chcą usłyszeć obiektywny wykład na temat teatru i dżumy; chciałem dać im samo doświadczenie, samą dżumę, byli więc przerażeni, i przebudzeni. Chciałem przebudzić ich. Ponieważ oni nie uświadamiają sobie, że są martwi. Ich śmierć jest całkowita, jak głuchota i ślepota. To jest agonia, którą sportretowałem. Moja, owszem, i każdego, kto jest żywy.

Również wcześniejsze, jeszcze z czasów Teatru im. A. Jarry, wystawienie Gry snów Ibsena, zakończyło się skandalem: w trakcie spektaklu Artaud zwrócił się bezpośrednio do publiczności ze słowami: Gramy tę sztukę jako rzygnięcie na społeczeństwo.W 1935 na scenie teatru Folies-Wagram Antonin Artaud wystawił, jako pierwszy i ostatni spektakl swego Teatru Okrucieństwa, Rodzinę Cencich na motywach Stendhala i Percy Shelleya. Wedle dokumentów znalezionych przez Stendhala, głowa rodu, Ojciec Cenci, został oskarżony przez papieża o sodomię. Nienawidził swoich dzieci i zgwałcił swoją córkę Beatrice. W akcie zemsty jej słudzy wbili mu dwa gwoździe w gardło i jeden w oko. Beatrice jako współwinna morderstwa została skazana na łamanie kołem. Sztuka grana była ledwie kilkanaście razy.

Mimo pewnych innowacji (np. twarz głównej postaci była pomalowana w szachownicę, a w czasie sceny tortur użyto dźwięków przemysłowych) przedstawienie nie cieszyło się powodzeniem. Była to ostatnia rola sceniczna Artauda. Autor Teatru Serafina pojawił się jescze na scenie znacznie później, już po wojnie. 13 stycznia 1947 roku odbył się w teatrze Vieux-Colombier odczyt Antonina Artaud pt. Sam na sam. Odczyt był rodzajem happeningu, którego Artaud był jednocześnie reżyserem i aktorem. Na jego treść składały się manifesty, wspomnienia i poezje. Oskarżenia psychiatrii, żądania nowej rzeczywistości oraz magiczne inkantacje, akcentowane gwałtownymi gestami, okrzykami i znieważaniem publiczności stworzyły melanż, który wzbudził mieszane uczucia w publiczności.

W tym czasie Artaud traktowany był bardziej jako wyniszczony dziwak, niż jako Wielki Reformator.W tymże 1947 roku nagrał słuchowisko Pour en finir avec le jugement de Dieu (Aby skończyć z sądem bożym). Zgodnie z przesłaniem słuchowiska należy skończyć z ideą powszechnego sądu, aby każdy sam mógł zadecydować o swoim losie, swojej apokalipsie i swoim sądzie. Zamiarem Artauda było wypracowanie modelu tego, co miało zaistnieć w rzeczywistym kształcie w teatrze okrucieństwa. (Coś z pierwotnego oddziaływania, którego pożądał Artaud, musiało się przedostać do świadomości społecznej, skoro emisja słuchowiska była zakazana przez 30 lat!) W dźwiękowym happeningu znalazły się manifesty, poezje, wrzaski, gongi jawajskie.

Poprzez wypracowany rytm krzyków Artaud zamierzał rozbić proces prezentacji (przedstawienia). Krzyk stanowił podstawową technikę Artauda, nie tylko ze względu na przystosowanie do możliwości inscenizacji. Krzyk jest dźwiękiem ciała; intuicyjne działanie poddawane jest opanowaniu woli, która doprowadza jego nasilenie do maksimum. Tylko dźwięki mogą zdarzać się naprawdę: Nie ma podobieństwa między obrazem a dźwiękiem. Obraz przedstawia się sam z siebie tylko z jednej strony, jest przekładem, transpozycją rzeczywistości; dźwięk, przeciwnie, jest jeden i prawdziwy i w konsekwencji działa z więksżą intensywnością niż obraz…Dźwięki istnieją w przestrzeni, jak przedmioty.

Należy zauważyć, że gesty w Teatrze Okrucieństwa także nie są obrazami, bo nie mają przedstawiać czegokolwiek wobec kogokolwiek, ale służyć realizacji konkretnych, choć symbolicznych celów. Gesty nie mają w y g l ą d a ć dla widowni w pewien sposób, ale mają w pewien sposób w p ł y w a ć na widownię.Połączenie niematerialnego znaczenia i naturalnego gestu ciała stanowi podstawę myślenia symbolicznego. Nie ma znaczenia, co następuje pierwsze. Ważny jest nierozerwalny, niekwestionowany związek między wizerunkiem, gestem, a ich naturalnym skutkiem. Ciemne popędy natury wyrażają się jako górujące nad ciałami, świetliste zgłoski, które formują gesty i pozycje ciała. Oddech zyskuje kształt na kamiennym stole ofiarnym, w kamiennej matrycy znaku, hieroglifu: Pragnę hieroglifem tchnienia odnaleźć ideę teatru świętego.

Pierwotne języki pisane, takie jak hebrajski czy egipskie hieroglify, nie pokrywały się z mową tak przejrzyście, jak obecnie. Zapisywano w nich jedynie spółgłoski, samogłoski pozostawiając w domyśle. Pismo takie stawało się raczej rodzajem szyfru lub klucza dostępnego dla wtajemniczonych. Ożywało tylko w zespoleniu z kontekstem, z żywym otoczeniem, które umieszczało tchnienie pomiędzy niewzruszonymi znakami alfabetu. Z kolei:Europa ubzdurała sobie, że kultura zamyka się w książkach, każdy więc naród europejski ma swoje książki, to znaczy swoją filozofię. Bunt przeciwko Księdze to bunt przeciwko jednej wykładni świata, sceptycyzmowi racjonalnego umysłu; książka stanowi ciąg logiczny, przyczynowo-skutkowy, nie oparty na pamięci, ale na mechanicznym zapisie i regułach gramatyki. Literatura odnosząca się tylko do siebie nie ma już takiej mocy oddziaływania.

Europie brak jest jednego podstawowego kodu, odcięta została od swoich symbolicznych korzeni, a oderwane fragmenty martwych słów odbijają się już tylko w sobie, nie ingerując w życie, nie wpływając na ludzką egzystencję. Racjonalizm otworzył nam oczy po to, żeby zahipnotyzować nas najbardziej ponurym transem: halucynacją egzystencji społeczno-biologicznej.Poszukiwania Antonina Artaud dotyczą obszaru organicznego związku między egzystencją człowieka a jego ekspresją, jego emanacjami czy manifestacjami. Dlatego też mimo tak niewielkiego wykazu realizacji „artystycznych” Artaud pozostaje osobowością, która wpływa na najbardziej odkrywcze przedsięwzięcia XX wieku.

II

Osobista historia Antonina Artauda sprowadza się do ciągłej opresji dokonywanej na ciele przez społeczeństwo. Wedle metryki Artaud urodził się w 1896 roku w Marsylii, w sposób naturalny, czyli, jak mówił, bez udziału własnej woli. Ubezwłasnowolnienie człowieka wobec zewnętrznych okoliczności stanie się jego obsesją i całkowicie realnym koszmarem. Dopiero jego „twórczość” pozwoli mu począć się powtórnie, świadomie: narodziłem się z własnych dokonań, a nie z jakiejś matki.Pierwsze oznaki losu pojawiły w dzieciństwie, kiedy to Artaud w wyniku upadku uderzył się w głowę i wkrótce zachorował na zapalenie opon mózgowych. (Opony mózgowe to błony tkankowe, które osłaniają i ochraniają mózg). Zaczął się jąkać i odczuwał bolesne migreny. W 1915 roku musiał przerwać naukę w marsylskim gimnazjum Serca Jezusowego z powodu chronicznych newralgii, skurczów mięśni twarzy i języka.

Wysłano go do sanatorium, gdzie zaczęto podawać mu opiaty jako środki uśmierzające; był to początek jego uzależnienia, które nie opuściło go do końca życia. W 1916 roku Artaud został zmobilizowany do wojska, lecz wkrótce zwolniono go z podejrzeniami o somnambulizm. Po wielu perypetiach trafia do kliniki Villejuif, prowadzonej przez doktora Edouarda Toulose. To on właśnie zachęcił Artauda do prób literackich. Tutaj po raz pierwszy przypadek medyczny został uznany za przypadek społeczny.

W latach dwudziestych Antonin Artaud tworzy i wysyła do pism pierwsze wiersze. Jednak prawdziwym dziełem literackim pozostają jego listy, literatura intymna. W 1920 Artaud debiutuje jako aktor, a w latach 1921-1923 pracuje w Atelier Charlesa Dullin. W latach dwudziestych powstają teksty surrealistyczne. W tym czasie Artaud odczuwa napady paraliżu, mrowienie, cierpnięcie kończyn, bóle głowy, rwanie oddechu, opadanie szczęki. Doznaje konwulsji i osobliwego zablokowania nerwów, jego zmysły pozostają jakby odcięte od świata. W liście pisze:Kiedy się dotykam, nie czuję, żebym to był ja sam, ale że to jakaś umyślna przeszkoda, wydaję się sobie szkieletem odartym ze skóry i obranym z ciała albo raczej żywą pustką, którą tymczasem jeszcze kieruję i że wszystko to jest zarazem słabością i okropnym bólem.

antonin_artaud

Ulgę i zapomnienie przynosi opium. W liście dotyczącym ustawy ograniczającej stosowanie środków uśmierzających protestuje przeciwko odebraniu jednostce ludzkiej prawa do panowania nad własnym ciałem i bólem. Ci sami lekarze, którzy uzależnili go od opiatów, potem mu ich odmawiali. Nałóg niszczył go przez całe życie: był jednakże jego jedyną ucieczką przed ciągłym n a t u r a l n y m rozpadem życia. W 1935 roku Antonin Artaud wyrusza do Meksyku dla odnalezienia prawdziwej, żywej i świętej „kultury”. Udaje mu się dostapić rytuału peyotlowego. Trudno jednak powiedzieć, kto w tym czasie był bardziej zadomowiony w świecie halucynacji: szamani Indian Tarahumara, czy sam Artaud.

Z Meksyku Artaud wraca jako wizjoner. W 1937 ogłasza anonimową przepowiednię opartą na kartach Tarota. Głosi w niej, że świat za pośrednictwem ognia ulegnie przemianie, której rezultatem będzie: powrót do tego, co nadprzyrodzone, które jest racją istnienia człowieka; sprowadzenie seksu do właściwej roli; koniec supremacji żywiołu żeńskiego i powrót do elementu duchowego; przemiana ludzi w desperatów i samotników. W tym samym roku Artaud wyrusza do Irlandii poszukiwać świętego Graala i zgłębiać tajniki druidyzmu. Podczas swojej pielgrzymki ogłasza wizje przyszłości: kataklizm będzie powszechny: trzęsienia ziemi, dżuma, spora część Paryża spłonie, wybuchną zamieszki i strzelanina. Bałwochwalczy katolicyzm zrównany zostanie z ziemią, a papież skazany na śmierć jako zdrajca.

W Irlandii zostaje umieszczony w przytułku prowadzonym przez jezuitów, a wkrótce potem wydalony z kraju. Na promie dochodzi do niejasnego incydentu, w wyniku którego Artaud zostaje zatrzymany przez policję i osadzony w zakładzie psychiatrycznym. Zaczyna się jego 9-letnia męka psychiatryczna. W szpitalach spędza najgorsze lata II wojny światowej. W sierpniu 1939 roku w Ville-Auvrard na oddziale odwykowym przeżywa przemianę, umiera jako dotychczasowa osoba i rodzi się jako Antonin Nalpas (nie jest to jedyna jego transformacja, już oficjalne imię było zdrobnieniem prawdziwego Antoine). Odmawiano mu papierosów i opium, które stanowiło jego lek przeciwbólowy. Nękany głodem i torturami terapii przeżywa 3 i pół roku. Jego sytuacja materialna jest katastrofalna, aż do roku 1943, kiedy to zostaje przeniesiony do szpitala w Rodez, w strefie Vichy.

W latach 1943-1944 zaaplikowano mu 5 serii elektrowstrząsów, około 50 zabiegów. Potem już nigdy nie odzyskał swojej poprzedniej kondycji. Powraca do nazwiska Antonin Artaud, ale pogrąża się w paranoi i manii prześladowczej. Podejrzewa, że na jego życie czyhają wszystkie jawne i tajne instytucje religijne, a także większość społeczeństwa francuskiego, a to z powodu podjętych przez niego poszukiwań „materialnej substancji duszy”. Choroba psychiczna Artauda objawia się nie jakimś ubytkiem, czy defektem, ale nadmiarem, którego społeczeństwo nie jest w stanie znieść. Jego działalność zmierza ku pełni jednocząc sferę intelektualną, emocjonalną i ruchową, czy motoryczną. Jednak organy komunikacji i kontroli społecznej rozpoznają to zjawisko jako wrogie sobie. Tymczasem gwałtowne wystąpienia Artauda są jedynie odpowiedzią na skryte pragnienia „publiczności”.

Jeden z jego tekstów pt. Van Gogh, samobójca społeczny zainspirował ruch zwany antypsychiatryzmem. Według R. G. Lainga, twórcy antypsychiatryzmu, choroba psychiczna jest wywołana chorobą społeczeństwa, a chory psychicznie jest odzwierciedleniem nienormalnych stosunków społecznych. Źródłem konfliktu jest zafałszowanie doświadczenia jednostki przez przesądy społeczne, a w rezultacie rozwarstwienie pomiędzy „ja” osobowym a jaźnią, ponadczasowym rdzeniem indywiduum. Choroba psychiczna oznacza triumf subiektywności, zniszczenie „ja” społecznego i „wystawienie na działanie innych światów”. Subiektywność oznacza odkrywanie świata wewnętrznego, przeciwieństwa świata zewnętrznego, doświadczanego między większością członków społeczeństwa. Nowoczesna cywlizacja charakteryzuje się opanowaniem świata zewnętrznego i niemal całkowitym zapomnieniem o świecie wewnętrznym. Odbywa się to jednak pewnym kosztem.

Jak pisze R. G.Laing: Ponieważ jednak społeczeństwo, nie zdając sobie nawet z tego sprawy, usilnie pragnie kontaktu ze światem wewnętrznym, wywiera więc ogromne naciski na ludzi, by ujawniali obecność tego świata w sposób „bezpieczny”, w sposób, którego nie trzeba by było traktować poważnie… I wśród artystów, którzy „rozbili się na rafach” doświadczenia transcendentalnego wymienia F. Nietzschego, Van Gogha i Antonina Artaud. Ich tragedia symbolizuje nasze błądzenie w ciemności świata zewnętrznego pozbawionego światła płynącego z wewnątrz nas. Dopiero doświadczenia transcendentalne mają moc objawienia nam paradoksalnego ciemnego światła, świętości ukrytej wewnątrz naszych ciał, naszych jaźni.

W ciele ludzkim w organiczny sposób zawiera się cała historia gatunku, także mityczna. Poprzez ekstremalne stany świadomości objawia się rzeczywistość innego typu niż ta, która stanowi podstawę życia społecznego. Choroba umysłowa stanowi jedną z jej manifestacji. Psychiatria chce nas odciąć od tego nieśmiertelnego źródła życia, od pierwotności i pełni. Jednak psychiatria sama w sobie jest wypaczeniem najstarszej linii wiodącej do jądra doświadczenia pierwotnego. Laing pisze, bez wątpienia pod wpływem lektury Artauda: Mówiąc dosłownie i jak najbardziej poważnie: psychiatria jest również przejawem o b ł ą k a n i a, o ile rozumiemy przez nie wszelkie całkowite wyobcowanie się z pewnej dowolnej całości.

III

W 1946 Antonin Artaud opuszcza szpital w Rodez i wraca do Paryża. Zamieszkuje na przedmieściach Paryża, w Ivry-sur-Seine, w pokoju pawilonu przylegającego do kliniki dr Delmasa, już nie jako pacjent, lecz jako lokator. Dla podkreślenia jego niezależności, wręczono mu klucze do bramy wejściowej. Utrzymanie ma zapewnione dzięki aukcjom rękopisów i charytatywnym spektaklom. W swoim pokoju może bez przeszkód odczyniać rytuały magiczne, trenować krzyki, pisać, rysować, wybijać rytm stuknięciami pogrzebaczem lub młotkiem w drewniany pieniek (we wcześniejszych miejscach odosobnienia wszystko to było mu zabronione). W tym czasie, w ciągu dwóch lat (1946-48) przed śmiercią życie Artauda wypełniała bezustanna, jednorodna praca; pisał w metrze, w kawiarniach, rysował i dyktował w trakcie posiłków.

Wszystkie formy jego działalności zlewały się w jedną całość, której celem było stworzenie nowego obrazu ciała, w istocie scalenie nowego ciała z potrzaskanych resztek dawnego, skrępowanego przez społeczeństwo i okoliczności. Artaud spacerując po Paryżu szuka mieszkań przyjaciół, którzy już nie żyją lub są wręcz wymyśleni. Jednak kilka nowych osób zostaje przyciągniętych przez jego nie słabnący temperament. Jacques Provel, młody poeta zostaje jego pomocnikiem w staraniach o publikacje, w tworzeniu nowych książek i kupowaniu narkotyków na czarnym rynku. Pojawia się także Paule Thovenin, aktorka, a jednocześnie studentka medycyny, która uczestniczy w ostatnich przedstawieniach i audycjach radiowych.

Ponieważ w 1947 roku Artaud otrzymuje propozycję przygotowania odczytów we francuskim radio. Na początek opracowuje tekst o wyższości „antyspołecznego” stanu choroby nad „społecznym” stanem zdrowia. Jednak jego własny stan ulegał przesileniu za sprawą opium, heroiny i kokainy. Duża część zbieranych przez przyjaciół sum idzie na narkotyki konsumowane w porażających ilościach. W tekście Szaleństwo i czarna magia przedstawia szpitale psychiatryczne jako fabryki tortur magicznych. Wedle wspomnień nienawidził swojego ciała, szczególnie języka i serca, a także organów wewnętrznych, które musiały istnieć zanim powstanie nowe ciało, złożone jedynie z kości i nerwów. W rysunkach z tych czasów przeważają tańczące figury, gwoździe i czaszki. W rysowanych portretach dokonywał, jak mówił, transformacji twarzy na papierze.

13 stycznia 1947 roku odbył się wspomniany już odczyt pt. Sam na sam w teatrze Vieux-Colombier. Tematem jego pierwszej części były psychiatryczne cierpienia samego Artauda. Znalazły się w nim także najnowsze koncepcje antropologiczne: Artaud przedstawił śmierć jako stan wymyślony, wymuszony przez społeczeństwo na bezwładnym, bezwolnym ciele. Z wolą życia ciało mogłoby żyć bez końca, zasilane przez gniew. Wykład zamienił się w przedstawienie, z charakterystyczną, nienaturalną intonacją słów, która przeradzała się w krzyk, z gwałtownym gestami, które nasilały się jak w napadzie epilepsji. W końcu Artaud obraził publiczność i zszedł ze sceny. Pochodząca z tych czasów poezja Antonina Artaud zmierza ku granicom znaczenia, obfituje w seksualizmy, opisy przemocy i koprofagii. Jednak utwory z tomików Artaud le momo i Ci-got są przede wszystkim melodyjną grą brzmień przeznaczoną na czytania na głos, jak te słowa o znajomych rdzeniach, lecz obcym (szalonym lub „antyspołecznym”) znaczeniu:

klaver striva
cavour tavina
scaver kavina
okar triva.

W 1947 roku zdrowie Artauda było już w bardzo złym stanie. W 1948 roku pojawiają się krwotoki, komplikacje jelitowe. W klinice Salpetriere rozpoznano u niego raka odbytu. Jako środek przeciwbólowy zaaplikowano mu chloral, który wywołuje śpiączkę. Pod jego wpływen Artaud miał problemy z chodzeniem, doznawał paraliżu prawej ręki. Jego stosunek do uzależnienia oscylował między zdaniem, że opium to najważniejsza substancja w jego życiu, a stanowczą deklaracją, aby skończyć z nawykiem. Mimo jednak poważnych problemów nie przerywa swojej pracy. Postrzega przyszłe nowe ciało jako „drzewo chodzącej woli”.W ostatnich miesiącach życia Artaud przeniósł się do gorzej wyposażonego, ale większego pokoju na terenie kliniki, w którym mieszkał w swoim czasie Gerard Nerval, jeden z „samobójców społecznych”. Artaud przygotował testament, w którym stwierdził, że napisał już wszystko. Mimo to nie przerywał pracy nad kolejnymi tekstami, a na jednej z kartek zanotował:

Jeszcze się nie narodziliśmy,
Jeszcze nie jesteśmy na świecie,
To jeszcze nie jest świat,
Rzeczy jeszcze nie zostały stworzone,
Powód dla istnienia jeszcze nie powstał.

4 marca 1948 roku Antonin Artaud został znaleziony martwy w swoim pokoju przy ulicy Mairie 23 w Ivry-sur-Seine. W ręku trzymał but. Było kilka hipotez dotyczących jego śmierci, jedna z nich głosiła, że przedawkował chloral. Tak czy inaczej, Paule Thavenin powiedziała, że Antonin Artaud umarł tak jak chciał i wtedy, kiedy chciał.

IV

Spuszczam się na krzyż.

Antonin Artaud

Ostateczna potencjalność gestu zwanego „artystycznym” stanowi o najintensywniejszym promieniowaniu myśli Artaud Odkrywanie możliwości ciała jest osiągnięciem Artauda, które przekracza granice „sztuki”. Należy pamiętać, aby nie pomylić kierunków myślenia. To nie osoba Antonina Artauda ma być pretekstem do mówienia na temat teatru, ale teatr ma stanowić pretekst do mówienia o jednorodnej historii człowieka i idei. Oddzielanie biografii od twórczości, ukończonych dzieł od wciąż jeszcze rozwijających się idei, wiedzy od doświadczenia, a ciała od języka w wypadku Artauda nie ma już racji bytu.

Jak pisał Peter Brook:Artaud nigdy nie zrealizował swego teatru: być może siła jego wizji polegała na tym, że jak horyzont „“ była ona nieosiągalna. Niewątpliwie mówił on zawsze o całościowym modelu życia, o teatrze, w którym aktywnością aktora i aktywnością widza kieruje ta sama gwałtowna potrzeba.Teatr Artauda jest ideą (właśnie ideą!) prowokacyjną. Spektakl jako zdarzenie naoczne może w „rzeczywistym”, społecznym wymiarze przywrócić nas życiu symboli, życiu głębokich partii naszej jaźni. Jednak kiedy Artaud postuluje teatr okrucieństwa, czyni zdarzenie możliwym lecz nie realizuje go. Energia zniszczenia, wolności pozostaje energią potencjalną. Zrealizowany teatr Artauda nie mógłby nieść w sobie takiego potencjału, co teatr postulowany.

Realizacja wymagałaby zniesienia wszelkich zasad, także tych, które tworzą sam teatr i przedstawienie:Opuściłem scenę, ponieważ uświadomiłem sobie fakt, że jedyny wspólny język, który mógłbym znaleźć z widownią, to wydobycie bomby z kieszeni i rzucenie jej w twarz widzom w oczywistym geście agresji… i uderzenia to jedyny język, w którym czuję się na siłach mówić.Nie chodzi tu o sprawianie bólu, czy szokowanie obrazami napływającymi z ciemnej strony podświadomości zbiorowej, ale przeciwstawienie się podstawowym prawom egzystencji. Egzystencji społecznej, której celem jest przedłużenie gatunku, przedłużenie trwania materii, przypadkowej wody społeczeństwa; przeciw niej występuje niepowtarzalne zdarzenie, obcość, materia, seksualność lub cierpienie „“ niepowtarzalny błysk Równoczesności, fizyczności rzeczy.

Pornografia ducha jest ostateczną drogą sprzeciwu ducha-ciała wobec uwarunkowań przypadkowych warunków egzystencji.Artaud eksploruje granicę pomiędzy naszym umysłem (a więc wolą przetrwania i ciągłością zdarzeń), a rzeczywistością (czyli śmiertelnym, ekstatycznym wstrząsem). Estetyka Artauda opiera się na podjęciu heroicznego przedsięwzięcia ustalenia reguł dla stanów ekstremalnych i granicznych, wymykających się znanym nam prawom. Prawa przypadku mają zostać zastąpione przez reguły chaosu:W każdej poezji tkwi zasadnicza sprzeczność. Poezja jest rozproszoną wielością, która wznieca płomienie. A poezja, która przywraca porządek, odradza przede wszystkim chaos, chaos w rozpłomienionych postaciach; sprawia, że postacie te zderzają się ze sobą, i sprowadza je do jedynego punktu: ognia, gestu, krwi, krzyku.

Tak rodzi się PORNOGRAFIA DUCHA. Proces tworzenia nowego ciała oznacza sprzeciwienie się naturze i warunkom egzystencji, już nie tylko zasadom społecznym.Działanie, które dla ułatwienia nazywamy „artystycznym”, jest katalizatorem procesu oczyszczenia, przemiany. Jego punktem ciężkości, najniższym tonem jest pierwotna czarna materia, jednocześnie ziemia, noc i wolność, która stanowi zaczyn nowego świata. Reprezentuje ona porządek wyższego rzędu, którego zrealizowanie oznaczałoby stworzenie nowego świata, przywrócenie pierwotnej jedności. W tej czarnej ziemi, która równie dobrze może być krwią, jak i gównem czy gnijącym mięsem, musi unurzać się słońce, król absolutny, żywy płomień. Podróż słońca w ciemności prowadzona jest przez cielesne idee Artauda, które swoją formę zyskały w „artystycznej” symbolice.Początek zawsze jest podwójny. U źródła leży konflikt, który stanowi ostateczną harmonię. Stamtąd, z dołu, z lędźwi, bierze się krzyk. Podniecany wilgotnym ogniem podnosi się do szczytu płuc, gdzie (do tej chwili jest wędrującą pustką) wola nadaje mu kształt. Kształt snu, broni magicznej:

nuyon kidi
nuyon kadan
nuyon kada
tara dada i i
ota papa
ota strakman
tarma strapido
ota rapido
ota brutan
otar gugido
ota krutan

Życie społeczne pokazuje rzeczywistość przenicowaną, gdzie wszystko wydaje się istnieć na odwrót. W świecie odwrotności, w świecie oszukanym przez nasze społeczne zasady zepsucie niweczy najbardziej twórczy ferment, zużycie nazywane jest wydajnością, a to co nazywa się ruchem jest tylko pulsacją martwych refleksów. Za sprawą odwrotności ciemność kryje w sobie najwięcej blasku: Można teraz powiedzieć, że każda prawdziwa wolność jest czarna i niezmiennie utożsamia się z wolnością płci, która jest również czarna, chociaż nie wiadomo dobrze dlaczego. Od dawna już bowiem platoński Eros, zmysł gene,0-zyjski, swoboda życia, zniknęły w ciemnej postaci Libido, którą myli się ze wszystkim co brudne, haniebne i niskie w samej istocie życia, w postępowaniu za nakazem przyrodzonego lecz wieczystego wigoru; słowem, myli się z zawsze odnawianym pędem ku życiu.

I dlatego wszystkie wielkie Mity są czarne, nie do pomyślenia bez nastroju rzezi, tortur, przelanej krwi; wszystkie wspaniałe Baśnie, które opowiadają tłumom o pierwszym rozdziale płci i o pierwszej rzezi Esencyj, co wyłoniły się ze stworzenia. Tak jak Indianie wykorzystywali cierpienie ciała dla zasilenia słońca, tak dla Artauda okrucieństwo było drogą ku wyzwoleniu i Pełni. Tak jak w starożytnym Egipcie schorzenia leczono za pomocą przeniesienia cierpień jednostki w wymiar mityczny, gdzie dopełniały się zgodnie z przeznaczeniem, tak też choroba Artauda jest synonimem choroby całej Europy. Tak jak ciała świętych katolickich pozostawały świeże i aromatyczne po śmierci, tak ciało Antonina Artaud gniło już za życia. A ferment oznacza przecież początek nowego.

Rafał „Lenin” Nowakowski

Garażowa eksplozja

Lata ’60 będziemy odkrywać jeszcze nie raz, gdyż wiele zjawisk, które wtedy zaatakowały umysły, wciąż czeka na wyciągnięcie ze skrzyni czasu. Ten okres w muzyce przede wszystkim kojarzy się z początkiem rocka progresywnego i psychedelicznego oraz pierwszymi eksperymentami z minimal music. Tym razem wraca pod zupełnie innym imieniem, które brzmi 60’s garage. Obiekt westchnień kolekcjonerów winyli w Londynie czy Nowym Jorku, od kilku lat staje się prawdziwą, podziemną sensacją.

Londyński start w przeszłość

Jesteśmy na The Nitty Gritty, małej, undergroundowej imprezie w pubie The Constitution na Camden Town. W ciasnej piwnicy tańczy około 20 osób ubranych w klasycznie skrojone garniturki lub luźne sukieneczki (zależnie od płci), a na głowach oczywiście obowiązkowe „pork pie hats”.

Można odnieść wrażenie, że to środek lat ’60, gdyż didżeje grają sety składające się z soul, raw funk, rocksteady i 60’s garage. Przeboje Shirley Ellis mieszają się tutaj z garażowym The Fifth Estate i ulicznym funkiem Donny’ego Hathawaya. To nowa koncepcja londyńskiej zabawy, radosne, hedonistyczne retro. Szkoda jedynie, że impreza kończy się dosyć wcześnie.

Jak mówi pomysłodawczyni całego wydarzenia, Debbie, didżejka oraz ekspertka od „czarnej muzyki”, pracująca na codzień w sklepie Intoxica na Portobello Road: Gramy muzykę, jaką naprawdę lubimy. Na nasze imprezy przychodzą znajomi, a grają im również znajomi, więc atmosfera jest zawsze doskonała. Koncepcja The Nitty Gritty powstała dzięki spotkaniu z moją znajomą, Elsą. Obydwie zafascynowane byłyśmy old skulowym brzmieniem, więc szybko powołałyśmy do życia tą imprezę. To coś zupełnie innego od wszystkich innych londyńskich wydarzeń.

The Standells

INTOXICA TO JEDEN Z NAJBARDZIEJ PRESTIŻOWYCH, LONDYŃSKICH SKLEPÓW MUZYCZNYCH, KTÓRY SZCZYCI SIĘ POSIADANIEM NAJLEPSZEJ JAZZOWEJ PIWNICY W TEJ METROPOLII I NIE JEST TO ZBYT DUŻA PRZESADA, GDYŻ SELEKCJA JEST TU IMPONUJĄCA. JAK MÓWI CHRIS ENERGY, WŁAŚCICIEL HIT ‚N’ RUN RECORDS, PRZESTRONNEGO HANGARU W WALTHAMSTOW, W KTÓRYM STERTY KARTONÓW Z PŁYTAMI SIĘGAJĄ OD PODŁOGI DO SUFITU: Dali mojemu znajomemu 50.000 funtow za kolekcje freakbeatu, 60’s psyche i calej reszty.

Nawet jeśli Chris lekko przesadza, można sobie szybko wyobrazić, że muzyka z lat ’60 znowu jest na fali, co widać nawet po szukającej świeżych inspiracji brytyjskiej sceny indie, która coraz bardziej skręca w stronę klasycznego rock & rolla mocno posiłukjąc się 60’s garage.

Papierkiem lakmusowym trendów w Londynie są zaś od zawsze ceny płyt winylowych, które szybują w górę lub spadają w miarę, jak dany gatunek muzyczny staje się bardziej lub mniej popularny. W ciągu ostatnich dwóch lat wszystkie liczące się sklepy muzyczne dorzuciły u siebie etykietkę 60’s garage, gdy gatunek ten z podziemnego zjawiska stał się nagle obiektem zainteresowania muzycznych kolekcjonerów, gazet i komercyjnych stacji radiowych.

Cały ten garaż

Za początek ery 60’s garage uważa się rok 1963, kiedy w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych eksplodowała fala muzyki, tworzonej przez lokalne, amatorskie grupy tj. The Kingsmen, The Sonics, The Wailers czy The Standells. Próby bardzo często odbywały się w garażu jednego z członków zespołu, skąd bierze się współczesna nazwa tej szufladki, która w tamtym czasie nie była jednak postrzegana jako osobny nurt .

Zazwyczaj grupy te nie wychodziły poza lokalną popularność grając małe gigi i często wydając zaledwie jeden lub dwa single siedmio calowe w limitowanym nakładzie, rzadko EPkę czy LP. Te rzadkie skarby teraz stają się celem poszukiwań fanatycznych kolekcjonerów.

Na nurt 60’s garage duży wpływ wywarły brytyjskie grupy tj. The Beatles, The Rolling Stones, The Small Faces czy The Yardbirds, które swoją karierę zaczynały na poczatku lub w połowie lat ’60. Ich muzyka silnie zainspirowała amerykańskich i kanadyjskich artystów dając im potężnego kopa, ale jednocześnie szybko doprowadziła do wyczerpania nurtu, którego szczyt przypada na 1966-1967, by w następnych czterech latach zostać zupełnie zapomniany.

The Sonics

Stylistyka 60’s garage wahała się od grzywek i garniturów a la The Beatles aż po pre-glamowy image, inspirowany komiksami firmy Marvel. W sferze muzycznej dominowały kawałki często nie przekraczające trzech minut, zazwyczaj w niskich tonacjach, z brudnymi, gitarowymi riffami, o pozostawiającej wiele do życzenia produkcji.

W takim układzie samo brzmienie stawało się często pretekstem dla nazwy grupy, co widać np. dobrze w przypadku The C-Minors. Teksty często oscylowały wokół uczuć miłosnych i inspirowane były zarówno lotami pozytywnymi, tak jak w przypadku utworu „Just a Little Feelin”, wspomnianego wyżej The C-Minors, jak i mrocznymi melancholiami, tak jak np. w przypadku znakomitego utworu „Black Lantern” zespołu Caesaer Romans.

Odkryte ponownie

60’s garage został wyciągnięty ponownie na światło dzienne dzięki podwójnej kompilacji The Nuggets (1972), wyprodukowanej przez samego Lenny’ego Kaye’a, gitarzystę Patti Smith Group. Znalazły się na niej m.in. takie garażowe przeboje, jak: „Pushin’ Too Hard” grupy The Seeds, „Lies” grupy The Knickerbockers, „It’s-A-Happening” grupy The Magic Mushrooms czy znakomity, mroczny kawałek „Five Years Ahead Of My Time” grupy The Third Bardo. Kompilacja wywołała niemałą furorę i spowodowała krótki okres ponownego zainteresowania tym gatunkiem.

Wkrótce scenę zajęły jednak hard rockowe, protopunkowe zespoły tj. MC5, The Stooges i The New York Dolls, które insipirując się 60’s garage pociągnęły muzykę gitarową w znacznie dynamiczniejszą stronę otwierając wrota dla punk rocka. Największym miłośnikiem 60’s garage miała się stać jednak amerykańska scena indie, która w latach ’80 została jedną z najważniejszych przechowalni klasycznych, gitarowych brzmień.

Na początku lat ’90 indie zaczęło z kolei ewoluować w stronę grunge, którego charakterystyczne brzmienie zostało stworzone przez geniuszy tj. Steve Albini (Shellac, Big Black). Scena z Seattle w krótkim czasie została głównym ośrodkiem, który underground zespolił na stałe z gitarowym mainstreamem. Ten jednak sam podupadł, gdy nurt zdążył się do połowy lat ’90 całkowicie wypalić.

Jak się okazało, gitarowy underground otwierał jednak w tym czasie po cichu kolejne szkatułki czasu, by uprzytomnić masowej publice, że gitarowa tradycja nie zaczęła się od Led Zeppelin. Jedną z najbardziej znanych grup, które wywodzą się z tej tradycji, jest dzisiaj The White Stripes.

Jej inspiracje stają się oczywiste dla każdego, kto wsłuchiwał się kiedykolwiek w 60’s garage. Inną popularną grupą, która oskarżana jest przez znawców o zrzynanie, jest wielce popularna na wyspach The Strokes nie wspominając o pop-indie chłopcach z The Arctic Monkeys i nu rave’owych adwersarzach z The Klaxons.

Jak mówi nam Francis, ekspert od 60’s garage londyńskiej sieci Music and Video Exchange z Notting Hill: Obecnie zbyt dużo uwagi poświęca się tej muzyce, ponieważ została ona spopularyzowana przez nowe zespoły. To w pewnym sensie bardzo smutne, ponieważ zabija scenę, która istniała od zawsze. Np. The Horrors kopiują styl 60’s garage niemal na żywca, zupełnie pomijając kwestie muzyczne. Jednak doskonale przemawia to do młodych ludzi, którzy kupują płyty. Przerodziło się to moim zdaniem w nowy, miejski trend, który jednak umrze w ciągu dwóch lat, jeśli już nie umarł.

Conradino Beb

Modyfikacje ciała jako narzędzie transgresji – modelowanie tożsamości w erze zniszczonego raju

Taniec Słońca – tradycyjny rytuał Indian Ameryki Północnej

Gdybyśmy mieli określić czym jest wehikuł dzisiejszej rewolucji, jak huragan niszczącej tradycyjne pojęcie tożsamości, zorganizowane wokół kulturowych czy też religijnych symboli, to bez wątpienia musielibyśmy wskazać na ciało. Abstrahując od wartościowania tej kulturowej rewolty, gdyż jest to rozważanie puste, należy wyraźnie podkreślić, że wdziera się ono na swoje stare, uprzywilejowane miejsce odbierając moc stanowienia nad nim praw wszechwładnym apostołom ducha apatii. Przestaje być tym samym krępowane długowiekowym wzrokiem kulturowej cenzury i powraca, by zająć miejsce, gwarantujące mu naturalną rozkosz i radość.

W dobie cybernetycznego chaosu ciało niewątpliwie posiada siłę! Ma przewagę witalności nad pustymi oczodołami kapłanów martwego Boga. Sprzyja mu postmodernistyczne przemieszanie poziomów, gdyż jako formie, nastawionej na doznawanie przyjemności, podlegającej ciągłej zmianie, łatwiej jest mu operować w oceanie neuronowych sprzężeń.

Ciało oczywiście relatywizuje doświadczenie, lecz dzięki temu centralizuje je i ożywia. Ciało niszczy pustkę niemożności i stwarza nową przestrzeń twórczą. Ciało wyzwolone z więzów duchowych ograniczeń, staje się w rzeczy samej autonomiczne, a jego pragnienia mają moc bomby atomowej! Co zaś najważniejsze, samo w sobie może wywoływać przemianę świadomości, która konieczna jest do tego, aby spójnie kontrolować swoją indywiduację. Tym samym jest ono doskonałym polem walki o wolność osobową i staje się dla człowieka idealnym drogowskazem transgresji.

* * * * *

W październiku 1991 r. nagłówki gazet na całym świecie obiegła niezwykła wiadomość, o wyjątkowym na skalę światową znalezisku. Andrzej Szyjewski opisuje owo odkrycie tak: Mężczyzna 25-30 letni, który najwidoczniej zamarzł w śnieżycy podczas wędrówki przez góry, w trawiastych butach, o skórze pokrytej tatuażami, z pozostałościami pyłu miedzi na włosach, miał na szyi zawieszony kamienny dysk, a w mieszku przy pasie halucynogenne grzyby.1

Tym samym łączy on w swojej wypowiedzi dwie rzeczy: tatuaż i środki psychedeliczne. Nie będziemy się tutaj wprawdzie zajmować dyskusją na temat znaczenia tych środków dla ludzkiej kultury, gdyż jest to temat na osobny artykuł, jednak głęboko interesuje nas fakt, iż już myśliwi-zbieracze z pewnością łączyli przemianę świadomości z modyfikacjami ciała. Tym samym, słuszne wydaje się założenie, że tatuaż zawsze miał związek z transgresją (inicjacją, rytuałem), pojętą jako najbardziej cielesne doświadczenie, mające przynieść człowiekowi większą wiedzę na temat jego ograniczeń i możliwości.

Przyjrzyjmy się jednak na tym przykładzie rzeczy, który nas najbardziej interesuje czyli samym tatuażom. Profesor Konrad Spindler z Uniwersytetu w Innsbruck – szef zespołu, zajmującego się badaniem znalezionego mężczyzny, nazwanego Ötzi, tak charakteryzuje ozdoby na jego ciele: Skóra ma niezwykłe znaczenie, ponieważ jest na niej kilka tatuaży: krzyż po wewnętrznej stronie lewego kolana, sześć linii prostych, długich na 15 cm, powyżej nerek oraz wiele równoległych linii na kostkach.

Spindler sugeruje także, iż miejsca wykonania tatuaży sugerują ich terapeutyczne przeznaczenie. Hipoteza ta może być niezwykle trafna wobec praktyk leczniczych, związanych z modyfikacjami ciała, spotykanych w innych częściach świata. Jak pisze nasz nieżyjący już ekspert od akupunktury, Zbigniew Garnuszewski: W krajach arabskich marabuci (uzdrowiciele) zwalczali ból zakładając na ucho w ściśle określonym punkcie miedziane kolczyki.2

Słowa te oczywiście potwierdzałyby hipotezę, iż poza wymiarem duchowym i rytualnym, modyfikacje ciała w przeszłości często miały sens zdrowotny. Na dokładkę do tej tezy, można byłoby jeszcze przytoczyć wyraźne ślady trepanacji czaszki, znajdowane już u myśliwych-zbieraczy z okresu Cro-Magnon, datowane na około 40.000 lat p.n.e. (sic!), wobec których wniosek jest niemal paradoksalny, iż były to pierwsze rodzaje zabiegów chirurgicznych, znane człowiekowi!

Z tego samego okresu pochodzą też pierwsze, wydobyte przez archeologów narzędzia do tatuowania. Francuski archeolog, Saint-Just Péquart, odkrywa je wraz ze swoją żoną pod koniec lat 30 XX wieku, w grocie Mas d’Azil. Wśród odnalezionych przez niego przedmiotów znajdują się: kamienne pojemniki na ochrę różnej wielkości i kościane igły, służące do nakłuwania skóry. Tak sprawa wygląda w świetle wykopalisk archeologicznych i badań historycznych. Na tym jednak na szczęście sprawa się nie kończy…

* * * * *

Dzisiejszy, masowy już w tej chwili trend modyfikacji ciała ma jednego, wielkiego ojca, który zwie się Fakir Musafar. Ten starszy dziś już pan, zasłynął jako wynalazca terminu „współcześni prymitywiści”, który zmutował następnie do słowa „neoprymitywiści” (pokrewnego znaczeniowo słowom „neopogański” i „neoplemienny”). Jest on także twórcą koncepcji „najpierw ciało”, która pozwoliła mu na wprowadzenie do współczesnej kultury tego, co nazwał „zabawą z ciałem”. Do tej miłej człowiekowi zabawy zaliczył zaś takie czynności jak:

1. modelowanie ciała (gimnastyka, joga, powiększanie sutków, wiązanie stóp, rozciąganie części ciała)
2. krępowanie ciała (wiązanie, gorsetowanie, zakładanie pasów i ściskającego ubrania, sznurowanie)
3. deprywacja sensoryczna (głodówka, skracanie czasu snu, działanie na zmęczenie, ograniczanie ruchów, izolowanie zmysłów w skrzyniach, klatkach, hełmach, workach)
4. obciążanie ciała (noszenie ciężkich bransolet, naramienników, naszyjników, nakolanników, łańcuchów)
5. działanie na ciało żywiołem (intensywne opalanie, elektrowstrząsy, gorące prysznice, przypalanie)
6. penetracja ciała (biczowanie, kolczykowanie, nakłuwanie, tatuowanie, stosowanie madejowego łoża oraz drażniących środków chemicznych)
7. podwieszanie ciała (ukrzyżowanie, korzystanie z „kołyski czarownic”, wiszenie na nadgarstkach, udach, ramionach i talii, podwieszanie się za kolczyki).

W tych punktach streszcza się oczywiście prawie cała wiedza społeczności plemiennych na temat tego, co można zrobić z ciałem, żeby wywołać dzięki temu przemianę świadomości. Fakir nigdy nie ukrywał zresztą, że od nich właśnie czerpał tą wiedzę i ona stała się także inspiracją dla jego pierwszych eksperymentów, które przeprowadzał na początku lat ’40. W chwili obecnej „zabawy” te można zaś obejrzeć na konwentach, podczas performance’ów, a także doświadczyć ich na warsztatach neoszamańskich lub sprawdzić osobiście posługując się jedynie własnym wyczuciem potrzeb i opublikować na fotoblogu.

Fakir Musafar

Wiele z tych „zabaw” jest jednak, poza wykorzystywaniem ich przez współczesną kulturę Zachodu, cały czas w rytualnym użyciu pośród społeczeństw na całym świecie. Przykładem typowym może być tu Festival Kavadi w hinduskim mieście Tamilnadu, poświęcony bogowi Murudze, synowi Shivy.

Wyznawcy oddają mu wtedy cześć w rytuale obnoszenia Kavadi (słowo to oznacza „poświęcenie w każdym kroku”) – struktury, która może się wahać od kija z dwoma koszykami (zawierającymi ofiary z żywności), aż do wysmakowanego palankinu, zawsze z zawieszonymi dzwoneczkami, które sygnalizują kroki wyznawcy, zobowiązanego do milczenia przez cały czas trwania rytuału.

Rytuał ten ma na celu duchowe zjednoczenie z Marugą w ekstazie, wynikającej z poświęcenia, tańca, znacznego ciężaru Kavadi i prób bólu, których dokonuje się przebijając język lub obydwa policzki długim szpikulcem w kształcie krótkiej włóczni. Niektórzy podwieszają się nawet na haczykach przebijając sobie skórę na plecach lub przechodzą z Kavadi po rozżarzonych węglach w ten sposób demonstrując swoje głębokie oddanie Marudze. Co najciekawsze, większość z wyznawców, nie odczuwa bólu, pogrążona bez reszty w stanie głębokiego transu.

Jak mówi sam Fakir Musafar w jednym z wywiadów: Poprzez użycie własnego ciała, jego modyfikację, możesz wejść w stany świadomości i odkryć prawdziwą naturę życia i samego siebie. W ten sposób kontynuuje on długą tradycję duchowego i rytualnego wykorzystywania modyfikacji ciała, które w innym celu stają się jedynie pokazem wysmakowanej estetyki, jednak bez żadnego wymiaru transgresyjnego.

* * * * *

W świecie plemiennym modyfikacje ciała miały zawsze swój określony czas i bardzo konkretne znaczenie. Wiązały się z przynależnością do rodziny, klanu, plemienia – symbolizowały uznanie przez duchy przodków. Były oznaczeniem statusu społecznego, a ich wykonanie wprowadzało w wiek dorosły, tak że nikt nie mógł już uważać w ten sposób naznaczonej jednostki za małoletnią.

Na Samoa, to tatuaż jest formą inicjacyjną, która miała tam zawsze silne tradycje i wykonywana jest do dziś ręczną metodą, za pomocą grzebyka z zębów rekina lub świni, przymocowanych do pałeczki od bębna.

Tatuaż na Samoa, jak każdą znaczącą tradycję dla społeczności plemiennej, tłumaczy mit. Głosi on, że dwie siostry: Tilafaiga i Taema zostały wysłane z Manu’a na Fiji w odwiedziny do córki króla Tuimanu’a. Kiedy tam przybyły, otrzymały w podarunku narzędzie do tatuażu od rodziny króla Tuifiti. Wracając do domu, bardzo uważały na ten dar śpiewając także pieśń, którą się nauczyły na Fiji tłumacząc ją jednocześnie na swój własny język.

Jej treść brzmiała: “Kobiety są wytatuowane, a mężczyźni nie”. Były bardzo wykończone kiedy przybyły do domu i przez zmęczenie odwróciły znaczenie pieśni. Kiedy dotarły do Savaii, zostały przyjęte w chacie najwyższego wodza i były traktowane z honorem, aż do wypoczęcia. Zanim dotarły do Manu’a, zaoferowały wodzowi i członkom plemienia narzędzie do tatuowania, które otrzymały od króla Tuifiti. Ludzie z Savaii natychmiast zaczęli tatuować młodych mężczyzn tak, jak się nauczyli z pieśni dwóch kobiet.. Tatuaż (na Samoa znany jako pe’a) stał się oznaką wysokiego statusu pośród młodych, poza Manu’a, gdzie król nie zgodził się na tą praktykę.

Do dzisiaj zwyczaj ten na Samoa nie zaginął i możemy tam podziwiać piękne, prymitywistyczno-geometryczne dzieła, wykonywane od pasa w dół aż do kolan. Pierwszy Europejczyk, który postawił nogę na ziemi Samoa w 1787 r., Francuz Jan Francoise de la Perouse, gdy spojrzał on na miejscowych, zanotował później w swoim dzienniku: Mężczyźni mają uda pomalowane lub wytatuowane w taki sposób, że człowiek myśli, iż są odziani pomimo tego, że są całkowicie nadzy.

Wprawdzie na Samoa tak, jak i w strukturach społecznych wielu innych plemion pierwotnych, kobiety posiadają niższy status, mogą jednak zostać wytatuowane, ale forma, którą otrzymują, jest znacznie mniej misterna i odznacza się niższą finezją estetyczną. Tatuaż jest więc w tym wypadku także sposobem utrzymywania segregacji ról społecznych i hierarchii płciowej.

* * * * *

W przeciwieństwie do kultur typu plemiennego, gdzie modyfikacje ciała były rzeczą kolektywną i miały charakter egalitarny, we współczesnej kulturze Zachodu, są one rzeczą szczególnie identyfikowaną z kontrkulturą i ruchami subkulturowymi tj. ruch HC/punk, ruch industrialny, neopoganie, neonaziści, bojówki kibiców piłki nożnej, ruch trance etc.

Przyczyn popularności tatuaży, piercingu i skaryfikacji u tych grup, pomimo ich wzajemnej nieprzystawalności ideologicznej, należy szukać przede wszystkim w zagadnieniu tożsamości. Słowo to jest kluczowe dla poszukiwań duchowych XXI wieku, w którym atomizacja współczesnego społeczeństwa i erozja norm grupowych, wyzwala potrzebę samookreślenia i definicji własnych działań.

Pierwszym krokiem na tej drodze staje się naznaczenie swojego ciała, najbliższej każdemu sfery i jednocześnie najbardziej oczywistej granicy samego siebie, której podkreślenie tatuażem czy kolczykiem staje się tym samym, czym jest stawianie godła państwowego na granicy kraju. Jest to oznaczenie przejścia pomiędzy jednym porządkiem, a drugim – każdy z nich charakteryzuje się bowiem innymi regułami.

Wykonanie modyfikacji ma też duże znaczenie jako przeżycie osobiste, jako próba bólu, w której możemy się dopatrzyć namiastki inicjacyjnych prób, dokonywanych w społecznościach pierwotnych. Są to też akty psychicznego oddzielania się od wartości etyczno-estetycznych, panujących w naszej kulturze, zdominowanych przez tradycję judeochrześcijańską.

Kavadi

Ortodoksyjni katolicy, krytykujący tatuaż, zazwyczaj za jego „pogańskie odniesienia”, powołują się przy tym na następujący cytat z Biblii: I nad umarłym nie będziecie nacinać ciała waszego, ani znaków żadnych, ani nakłuwań na sobie czynić nie będziecie. Ja [jestem] Pan.3

Oczywiście, dla jednostki wolnej od przesądów nie ma on żadnego znaczenia, ale warto zaznaczyć fakt, iż jest to typowy przykład wiary chrześcijańskiej w tzw. „stałą tożsamość”, która jako dar boski zobowiązuje człowieka, by wierny przykazaniom nie ważył się ingerować w kształt swojego ciała. W Polsce tatuaż jest zaś dodatkowym źródłem propagandy skrajnej prawicy, która wszystkie osoby nim ozdobione traktuje jak satanistów-zabójców, narkomanów, terrorystów i potencjalnych gwałcicieli.

Nie dziwi więc fakt, że pasjonaci tej najbliższej ciału sztuki są u nas często bywalcami „zamkniętych kręgów przyjaciół” i muszą cały czas uważać na potencjalne represje często będąc na ulicy obiektami najgorszych manifestacji nietolerancji, jakie tylko można sobie wyobrazić. Wydarzenia takie definitywnie udowadniają też, że chrześcijaństwo nigdy nie było i nie będzie religią miłości, a wyznawcy tej religii są rozwydrzonymi dziećmi, popadającymi w emocjonalną histerię, która graniczy z długowieczną pasją do postępowania w myśl biblijnego credo: „… I nie pozwolisz żyć czarownicom”.

W tym sensie każda głęboka modyfikacja ciała jest w Polsce aktem niezwykłej odwagi, a jej wykonanie musi być poparte głębokim hartem ducha. Z drugiej strony nosząc na ciele wyraźny ślad sprzeciwu wobec dominującego paradygmatu, jednostka taka stawia się na pozycji obcego i przestaje być częścią systemu społecznej hipokryzji. Dzięki temu, otwiera się na inność stając się częścią ponadnarodowego plemienia ludzi, zjednoczonych przez swoje decyzje. Symptomatyczne znaki na skórze stają się więc tym samym wartością samą w sobie i umożliwiają wytwarzanie się nowego typu zbiorowej tożsamości, opartego na modyfikacjach ciała.

* * * * *

Współczesne trendy i style w tatuażu dość daleko odeszły już od swoich pierwotnych form, które nazwać moglibyśmy prymitywistycznymi i geometrycznymi. Pomimo tego, że przykładowy, podręcznikowy styl, taki jak trybal, nawiązuje w założeniu do stylistyki tatuaży plemiennych, w istocie nie ma z nimi kompletnie nic wspólnego.

Formy takie, spotkać wciąż jednak można na Nowej Zelandii, Borneo, Tahiti, Samoa czy też generalnie na Wyspach Polinezji, w lasach tropikalnych Ameryki Pd i w Etiopii. Innym przykładem są wyrafinowane, kolorowe tatuaże japońskie, które jednak swoje źródło także biorą z prostych monochromatycznych form, jakie możemy dostrzec już w kulturze okresu Cro-Magnon.

Długą historię wykonywania takich tatuaży, udowodniło odnalezienie Ötzi, który nosi na swoim ciele dwa rodzaje takich wzorów. Poniżej postaram się nakreślić interpretację tych wzorów opierając się na analizie tzw. „zjawisk enoptycznych” lub inaczej fosfenów.

Interpretacja ta jest pokrewna analizie prehistorycznych malunków jaskiniowych – znaki te są jednak w istocie identyczne i uniwersalne. Pierwszą próbę ich interpretacji podjęli w 1988 r. David Lewis-Williams i Thomas Dowson, którzy w swoim artykule pisali tak: W pewnych warunkach układ wzrokowy generuje szereg świetlistych widzeń, powstających niezależnie od zewnętrznego źródła światła (…) ponieważ ich źródłem jest system nerwowy człowieka, wszyscy ludzie, którzy osiągnęli określone odmienne stany świadomości (ASC – altered states of conciousness), dostrzegają te świetliste geometryczne kształty niezależnie od swej przynależności kulturowej.4

Badacze dzielą owe kształty na sześć grup. Są to:

1) krzyżujące się linie
2) grupy linii równoległych
3) kropki lub plamki
4) linie zygzakowate (łamane lub faliste)
5) grupy linii zakrzywionych
6) drobne wzorki z linii krętych lub meandrowatych

Symbole te ujawniły swoje głębokie znaczenie podczas badania żywej pamięci Indian Tukano, którzy konotują za ich pomocą fundamentalne dla swojej kultury pojęcia i wartości. Tym, który zbadał je dogłębnie, był antropolog Reichel-Dolmatoff, który widząc, iż wzory te powtarzają się w wizjach, wywołanych yaje, kazał określić ich znaczenie członkom plemienia. Okazało się, że nawet najmniejsza kreska posiada swój wewnętrzny sens, a oto znaczenia, jakie przypisują symbolom Indianie Tukano:

1.) kółka lub kropki = krople spermy
2.) faliste linie pionowe = energia słoneczna
3.) spirala = wir wodny (kazirodztwo)
4.) dwie linie, zbiegające się pod kątem ostrym = członek

Szamani Indian Jivaro, wg. Michaela Harnera, kształty swoich wizji tłumaczą zaś następująco:

1.) pozioma linia falista = wąż (anakonda)
2.) linia lub rozchodzące się linie = droga
3.) krzyż = słońce (moc)
4.) spirala = zwinięty wąż (niebezpieczeństwo)
5.) linie poziome = strzały (ochrona)

Z powyższych przykładów można bez trudu wyciągnąć wniosek, iż tatuaże, zawierające te prymitywistyczne formy, były dla ich nosicieli wnoszeniem do swojego ciała rezerwuaru duchowych wizji, który poprzez swoją moc miał chronić od niebezpieczeństw, bądź leczyć choroby. W tatuażu był więc widoczny, magiczny związek człowieka z kosmosem i światem duchów.

Conradino Beb

 

Przypisy:

1.Andrzej Szyjewski, Etnologia religii, Zakład Wydawniczy NOMOS, Kraków 2001, str. 289-91.
2.Zbigniew Garnuszewski, Renesans akupunktury, Wyd. „Sport i Turystyka”, Warszawa 1988, str. 167.
3. Biblia Łacińsko-Polska, czyli Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Księga Kapłańska (19, 28).
4.Cyt. za Richard Rudgley, Alchemia Kultury, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2002, str. 21.

Źródło: Tatuaż – scena i konteksty kulturowe, nr 3, listopad 2006 (jako Konrad Szlendak)

Aleister Crowley (1875-1947)

Każdą upragnioną zmianę można osiągnąć poprzez zastosowanie odpowiedniego rodzaju i stopnia siły we właściwy sposób za pomocą odpowiednich środków do właściwego przedmiotu.

Aleister Crowley, Magija w teorii i praktyce

Edward Alexander Crowley (nazywany później „Aleisterem”, a dziś znany przez sympatyków jako „Alick” lub „wujek Al”) urodził się 12 października 1875 roku w brytyjskiej miejscowości Leamington Spa, w hrabstwie Warwick. Jego rodzina należała do lokalnych producentów piwa, a jej członkowie byli żarliwymi wyznawcami fundamentalistycznej sekty chrześcijańskiej – Braci Plymouth. Do prawd, wyznawanych przez sektę należały: dosłowna interpretacja Biblii jako słów samego Ducha Świętego, powszechne kapłaśstwo oraz boskość Chrystusa, którego powtórnego nadejścia żarliwie wyczekiwano.

Nade wszystko jednak członkowie sekty odcinali się od świata zewnętrznego i starali się utrzymywać kontakty tylko między sobą. Dom rodziny Crowleyów stanowił miejsce ich spotkań towarzyskich, które zawsze przeradzały się w nabożeństwa, bądź dysputy religijne. Młody Aleister większość czasu spędzał na lekturze Biblii pod bacznym okiem ojca. A kiedy ten wyjeżdżał w kraj głosić słowo boże, dostawał się pod kuratelę nienawistnej matki, która nazywała go apokaliptyczną Bestią 666.

Stosunek Crowleya do fanatycznej religijności swoich rodziców nacechowany był ambiwalencją, która w dużej mierze ukształtowała jego przyszły światopogląd. Wyznaczały ją dwa bieguny: wstręt i fascynacja, nakazujące mu szukać jednocześnie sacrum w świecie profanum i profanum w świecie sacrum. Trzeba szczerze przyznać, że Crowley w swoim wczesno młodzieńczym okresie darzył chrześcijaństwo dużą estymą i gorliwie zgłębiał prawdy objawione w księgach Starego i Nowego Testamentu. Podziwiał też przy tym swego ojca, który gotów był poświęcić swoje życie doczesne na ołtarzu religii.

Kiedy ten umarł w 1887 roku, młody Aleister dostał się w szpony rodziny ze strony matki, która obwiniała go za jego śmierć i dopatrywała się w nim maniakalnie nadchodzącego Antychrysta. Odtąd, edukacją Crowleya zajął się jego wuj, Tom Bishop, którego metody wychowawcze polegały na wpajaniu dogmatów wiary oraz nie przyzwalaniu na lekturę ksiąg, mogących w młodym Crowleyu osłabić szacunek wobec rodziny i religii. Bishop stworzył na ten użytek prywatny „Indeks ksiąg zakazanych”, na którym znalazł się między innymi David Copperfield Karola Dickensa (z tego powodu, iż zła bohaterka książki nazywała się Emily – tak samo jak matka Crowleya).

Tyrania wuja wydawała się jednak niczym w porównaniu z metodami wielebnego Champneya, prowadzącego w Cambridge szkołę dla chłopców, których ojcowie należeli do Bractwa. W szkole tej wiedzę i obowiązek zaprowadzano rózgą i batem, a lekcje przedzielano modlitwami, przez co Crowley nazwał spędzony w niej czas „dzieciństwem w piekle”. Wspominał później w autobiografii, jak razu pewnego otrzymał karę chłosty: Pamiętam jak lano mnie po nogach, by nie rozbudzić we mnie rozkoszy zmysłowych wywoływanych biciem po tyłku. Przez piętnaście minut musiałem się modlić, po czym otrzymywałem piętnaście razów chłosty. Następnie, znów przez kwadrans się modliłem, po czym łojono mi skórę. I tak w kółko.

Wycieńczonego, z chorymi nerkami, znajdującego się u kresu sił psychicznych, przeniesiono młodzieńca do szkoły powszechnej w Malvern, gdzie ze względu na zły stan zdrowia stał się celem ataków swych rówieśników. Kiedy już wydawało się, że nie ma końca tego koła cierpienia, nagle nadeszło wybawienie. Rodzina postanowiła zafundować mu indywidualny tryb nauczania, a jego naukę oddała pod pieczę Archibalda Douglasa, który rozbudził w nim nie tylko miłość do nauki, lecz na dodatek otworzył go na świat uciech zmysłowych.

Crowley pisał: Natychmiast przyswoiłem sobie jego styl i zacząłem zachowywać się jak normalna, zdrowa istota ludzka. Koszmarny świat chrześcijaństwa zniknął wraz z pierwszą jutrzenką….. Po raz pierwszy w życiu normalnie kontaktowałem się z mężczyznami i kobietami. Po raz pierwszy stała się dla mnie możliwa szczera przyjaźń, zdrowa miłość, otwarta, wesoła i odważna. Jak za dotknięciem magicznej różdżki, wraz z tym otwarciem się na zmysły Crowley rozwinął w sobie ponadprzeciętne zdolności.

Na przekór swoim słabościom, zajął się wspinaczką jako najniebezpieczniejszym ze sportów i szybko stał się cenionym i utalentowanym alpinistą. Samotne zdobywanie kolejnych górskich szczytów wzmocniło jego ciało, nauczyło go wiary w siebie i pozwoliło mu zasmakować nie znanej dotąd wolności. Nie lada sukcesy osiągał też w podbojach miłosnych. Twierdził, że „nawet czterdzieści osiem godzin abstynencji wystarcza dla stępienia ostrza umysłu” i rozpowiadał, że udało się mu uwieść gosposię niemalże na oczach swojej matki.

Rozmaite przygody miłosne nie przeszkadzały mu w edukacji. Wraz z osiągnięciem pełnoletniości, otrzymał w spadku po ojcu fortunę, liczącą czterdzieści tysięcy funtów. Była to niebagatelna suma, jak na tamtejsze czasy, pozwalająca mu wieść życie niezależne od pracy i rodziny. Większość pieniędzy wydawał na książki. Wychodził bowiem z założenia, że musi przeczytać wszystkie wartościowe pozycje. Studiował filozofię, psychologię i ekonomię w słynnym Trinity College, w Cambridge, by później przenieść się na wydział filologii klasycznej.

W międzyczasie rozwijał twórczość poetycką i zamiłowanie do wspinaczki. W 1898 roku wydał własnym nakładem swoją pierwszą książkę, zbiór baśni Aceldama, a zaraz potem opublikował w limitowanej edycji 100 egzemplarzy następny zbiór baśni, White Stains, który uznano za pornograficzny, by w 1924 roku zniszczyć większą część nakładu. Grał również w szachy. Nieustannie wygrywał szkolne turnieje szachowe. Pokonał w nich nawet mistrza Szkocji, a w 1897 roku wziął udział w berlińskim kongresie szachowym. Otworzyła się przed nim kariera zawodowego szachisty. A jednak w tamtym momencie jego droga była już przesądzona, niebawem los miał go bowiem popchnąć w stronę okultyzmu – pradawnej nauki stopniowego oświecania umysłu, która miała stać się jego największą życiową pasją.

Na „królewską ścieżkę” Crowley trafił w grudniu 1896 roku, kiedy pojechał do Sztokholmu z zamiarem powitania tam nowego roku. Wtedy to, w noc sylwestrową zdarzyło mu się przeżyć coś, co zadecydowało o jego całym późniejszym życiu. Doznał wizji mistycznej, o której wypowiadał się niezwykle zdawkowo: Doznałem olśnienia, że posiadam magiczne środki dla stania się świadomym swej natury, która jak dotąd skrywała się przede mną. Przeżyłem doświadczenie strachu i bólu, połączone z pewnym duchowym koszmarem, a jednocześnie był to klucz do najczystszej i najświętszej duchowej ekstazy jaka w ogóle istnieje.

Doświadczenie to, które buddyści nazywają „transem smutku” a współcześni wyznawcy psychologii „kryzysem egzystencjalnym”, ukazało mu znikomość jego dotychczasowych aspiracji. Pomimo tego, że grał jeszcze jakiś czas, z miejsca utracił chęć zdobywania laurów szachowych. Porzucił też zamiar robienia kariery dyplomatycznej. Wycofał się nawet ze spisku, zmierzającego do wprowadzenia don Carlosa na tron hiszpański oraz z działalności w bractwie rycerskim pod nazwą Kościół Celtycki. Wkrótce, jego półki wzbogaciły się o książki o tematyce mistycznej i magicznej. Szczególne miejsce zajmowała wśród nich Księga Czarnej Magii i Paktów A.E. Waite’a, której autor przyznawał się do związków z „ukrytym Kościołem”.

Ta drobna wzmianka tak bardzo rozbudziła wyobraźnię Crowleya, że odtąd jego idee fixe stało się poszukiwanie tajemnych przywódców świata, którzy z ukrycia, za pośrednictwem różnych tajemnych bractw kierują losami ludzkości. Porzucił studia i kontakty z ruchem dekadenckim na rzecz gorliwych poszukiwań wiedzy tajemnej. Poszukiwań tych nie powstrzymała nawet znajomość z Oscarem Eckensteinem, starszym od Crowleya o dwadzieścia lat, najwybitniejszym w ówczesnym czasie alpinistą.

Eckenstein uczył go wspinaczki, medytacji i skupienia. Nade wszystko jednak starał się dyscyplinować jego umysł, by ten nie błąkał się po bezdrożach wizji religijnej. Jego braterska pomoc na nic się wszakże nie zdała, Crowley bowiem tak długo szukał „ukrytego Kościoła” aż w końcu go znalazł… w piwiarni. W sierpniu 1898 roku przysiadł się do stolika, przy którym siedział Julian Baker – chemik, metalurg, a zarazem alchemik.

Kiedy obaj panowie ucięli sobie krótką konwersację, wnet okazało się że Baker posiada ponadprzeciętną wiedzę z dziedziny alchemii. Zaintrygowany tym Crowley, nie omieszkał zadać mu pytania, czy mógłby go wtajemniczyć w arkana wiedzy tajemnej. Ten zaś skontaktował go z Georgem Cecilem Jonesem, jednym z przywódców Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku, który okazał się osobą „wielkiego ducha i temperamentu”, a przy tym żywą skarbnicą wiedzy okultystycznej.

W ten sposób wieczorem 18 listopada 1898 roku, dwudziestotrzyletni Crowley, otrzymał w świątyni masońskiej przy Great Queen Street w Londynie, stopień Neofity w systemie Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku. O wydarzeniu tym pisał: Z niezwykłą powagą traktowałem ceremonię inicjacji. Mojego skupienia nie naruszył nawet fakt, że odbywała się ona w świątyni masońskiej. Zapytałem nawet Bakera, czy ludzie umierają podczas ceremonii? Nie zdawałem sobie z tego sprawy, że jest to zwykła formalność, a członkowie Zakonu są w przeważającej mierze drobnomieszczańskimi bufonami. Wydawało mi się, że wstępuję do Ukrytego Kołcioła Świętego Graala i dobrze się z tym czułem. Dzięki temu uczuciu moja inicjacja była prawdziwym sakramentem.

Niestety, wkrótce nadeszły same rozczarowania. Crowley wstąpił do zakonu, kiedy przeżywał on głęboki kryzys, spowodowany odejściem Annie Horniman i jej grupy rozłamowej. Wierzył, że wnet otrzyma bezcenne tajemnice, które ślubował dotrzymać podczas ceremonii inicjacji, tymczasem dano mu w opiece alfabet hebrajski. Crowley, rzecz jasna, znał arkana kabały już znacznie wcześniej, przez co czuł się mocno zawiedziony.

Tym niemniej, wciąż myślał, że prawdziwe tajemnice kryją się gdzieś za zasłonami Zakonu Wewnętrznego. Postawił zatem sobie za cel jak najszybsze zdobywanie kolejnych stopni inicjacyjnych i czynił to w zastraszającym tempie. Zgodnie z przyjętym przez siebie imieniem magicznym Perdurabo (co znaczy „Wytrwam aż do końca”), miesiąc po miesiącu wspinał się na kolejne szczeble Drzewa Życia (symbolicznego oznaczenia hierarchii zakonnej).

Już w grudniu, po dwóch tygodniach praktyki w Zakonie uzyskał stopień Zelatora, a w styczniu i lutym kolejne dwa stopnie Theoricusa i Practicusa. Musiał wtedy czekać „aż trzy miesiące” na otrzymanie stopnia Philosophusa, gdyż reguły zakonne nie przewidywały by ktoś tak szybko zdobywał kolejne stopnie wtajemniczeń. Wtedy to, w maju 1899 roku, znalazł się u progu Zakonu Wewnętrznego. Poznał też człowieka, który na dobre odmienił jego życie.

Był nim Allan Bennett, znany w Złotym Brzasku jako Iehi Aour (co oznacza: „Niech stanie się światłość”) i uznawany za drugiego w zakonie po MacGregorze Mathersie. Crowley natychmiast po poznaniu Bennetta stał się jego wiernym uczniem i przyjacielem. Ten zaś uczył go kabały praktycznej i różnych technik magii ceremonialnej: inwokacji Bogów, ewokacji duchów i konsekracji talizmanów. Obaj panowie zapewne jako pierwsi w Europie prowadzili metodyczne doświadczenia nad roślinami wywołującymi wizje psychedeliczne i rozwijającymi jasnowidzenie.

Tymczasem w łonie środowiska okultystycznego narastały konflikty. Mathers coraz mniejszym zaufaniem darzył Bennetta próbując nawet pozbawić go życia. Na dodatek Crowley podupadł na zdrowiu, a powtarzające się ataki astmy, wczełniej powstrzymywane solidnymi dawkami morfiny, zwalały go z nóg. Wtedy to jego wzrok skierował się ku Azji z jej ciepłym klimatem i atmosferą sprzyjającą praktykom jogicznym.

Niestety, nawet finanse Crowleya nie wystarczały do realizacji tego ambitnego planu. Nie było rady, trzeba było zasięgnąć mocy magicznej. Crowley i Jones odnaleźli w starym rękopisie magicznym, Goetii, rytuał ewokacji ducha Buera, którego cechą było leczenie. Operacja ta zakończyła się fiaskiem. Kilka dni później Crowley otrzymał jednak od pewnej kobiety pieniądze potrzebne na podróż Bennetta, który otrzymawszy je natychmiast udał się na Cejlon, by wieść tam żywot mnicha buddyjskiego.

Wiedza zasięgnięta u Bennetta pomogła Crowleyowi w rozpoczęciu następnej, niezwykle trudnej operacji magicznej wg. Księgi Świętej Magii Abramelina Maga. Wg. tego średniowiecznego dzieła mag musi przez całe pół roku dzień w dzień prowadzić praktyki magiczne, zmierzające do osiągnięcia tzw. Wiedzy i Konwersacji Świętego Anioła Stróża, czyli do poznania swej prawdziwej natury, swej prawdziwej Woli. Kiedy zaś to osiągnie, musi ewokować czterech Wielkich Złych Książąt Świata, ich ośmioro zastępców oraz trzystu szesnastu sług, których mocami naładowuje uprzednio przygotowane talizmany.

Grimoire ten powiada, że przy ich pomocy mag może w pełni egzekwować swoją Wolę, czyli innymi słowy stać się panem swego świata. Crowley przystąpił do tej operacji z zamiarem poznania swej prawdziwej Woli i zapewnienia sobie tym samym miejsca w Kręgu Wewnętrznym Zakonu Złotego Brzasku.

Operacja Świętej Magii Abramelina wymagała od niego porzucenia dotychczasowego trybu życia. Wyjechał więc z Londynu i kupił dom w Szkocji, w posiadłości Boleskine, tuż nad brzegami słynnego jeziora Loch Ness (rezydencja ta należy obecnie do Jimmy’ego Page’a, byłego gitarzysty grupy Led Zeppelin). Nie mógł jej jednak dokończyć, ze względu na nagłą rewoltę, która wybuchła w zakonie. Złotym Brzaskiem od dawna targały spory i konflikty.

Tym razem jednak poszło o jego osobę. Niektórym braciom zakonnym nie podobała się jego ekstrawagancja i biseksualizm. Kiedy więc pod koniec 1899 roku, Mathers ze swej paryskiej siedziby wydał rozkaz, by członkowie świątyni w Londynie inicjowali Crowleya na stopień Adepta Minora, ci odmówili mu posłuszełstwa i po ostrej wymianie listów ogłosili secesję świątyni londyńskiej. W uzasadnieniu swego czynu, przywódca rebeliantów, William Butler Yeats pisał: Bractwo mistyczne nie jest reformacją moralną.

W tej sytuacji Mathers samodzielnie inicjował Crowleya, co stało się zarzewiem magicznego pojedynku między Crowleyem, a Yeatsem. Crowley odpowiedział zdecydowanym działaniem. Wraz z grupą wynajętych osiłków, ubrany w strój góralski wtargnął do londyńskiej świątyni i zajął jej posiadłości. Nie na długo jednak, gdyż secesjoniści zasięgnęli pomocy u policji. Na dodatek, namówili jednego z wierzycieli Crowleya do wszczęcia przeciwko niemu sprawy, co tylko pogrążyło go w kłopotach.

Tymczasem, w Paryżu Mathers posługiwał się czarną magią. Wziął dużą paczkę suszonego groszku, ochrzcił każde ziarnko imieniem jednego ze swych oponentów, inwokował diabła Belzebuba i Tyfona-Seta, a wtedy równocześnie trzęsąc grochem na dużym sicie, nakazywał tym mrocznym bogom wzbudzić wśród rebeliantów kłótnię i niezgodę. Musiały być to skuteczne działania, gdyż zakon Złotego Brzasku rozpadł się na kilkanaście drobnych frakcji, których przedstawiciele istnieją po dziś dzieś.

Crowley czuł się tą całą sytuacją zmęczony. Potrzebował zmiany, ale takiej zmiany, która dotyczyła by nie tylko jego samego, lecz i całego środowiska, w którym przebywał. W rozwiązaniu dręczących go dylematów pomagały mu podróże po Azji i Europie, w trakcie których wspinał się po górach, poznawał inne kultury, gromadził okruchy mądrości z różnych tradycji filozoficznych i religijnych. Studiował taoizm i starożytne greckie misteria.

Dzięki wspinaczkom górskim z Oscarem Eckensteinem rozwijał świeckie metody koncentracji i treningu woli. Allan Bennett, uczył go w Indiach i Birmie zasad buddyzmu i technik jogi. Starał się go nawet wciągnąć w spisek zmierzający do rozpowszechnienia buddyzmu w Europie, który jak widać to dzisiaj, okazał się niezwykle skuteczny.

Te wszystkie indywidualne poszukiwania pozwoliły mu inaczej spojrzeć na tajniki magii i mistycyzmu. Crowley utracił, przynajmniej na pewien czas, wiarę w istnienie Tajemnych Przywódców i nabrał dystansu do magii ceremonialnej, której patos i rytualizm przyciągał zbyt wiele osób, szukających nie wiedzy, lecz taniej sensacji. Przyjął postawę naukowego sceptycyzmu, a w sferze światopoglądowej najbliższy był buddyzmowi.

Lecz wtedy właśnie, w 1904 r., spotkało go wydarzenie, które na zawsze ukształtowało bieg jego życia. Crowley poślubił piękną Rose Kelly i wraz z nią spędzał „miodowy miesiąc” w różnych mistycznych zakątkach świata. Kiedy w marcu tego roku państwo młodzi przybyli do Kairu, Crowley postanowił pokazać małżonce sylfy, duchy żywiołu powietrza i w tym celu przystąpił do „Wstępnej Inwokacji” z Goetii.

Uczynił to, jak wspomina, z nudów, ponieważ małżonkowie nie mieli nic innego do roboty. Rose nie przejawiała jakiegokolwiek zainteresowania magią i nie ujrzała sylfów. Miast tego jednak zapadła w dziwny trans, podczas którego sennym, choć wyrazistym głosem powtarzała słowa: Oni czekają na ciebie. Było to niecodzienne wydarzenie, zważywszy na fakt, że włałciwości mediumistyczne tak nagle objawiła osoba nie mająca nic wspólnego z okultyzmem.

A jednak Crowley, świeżo upieczony sceptyk, zignorował ten przekaz. Bardziej interesowało go skuteczne wywołanie sylfów, do czego przystąpił następnego dnia. 17 marca, mimo usilnych starał Crowleya, Rose ponownie nie ujrzała sylfów. Tak jak poprzednio, zapadła w trans, w trakcie którego mówiła coś o „dzieciątku” i Ozyrysie. Na nic się zdały wszelkie jego próby odwrócenia biegu wydarzeń.

W tym celu Crowley wykonał inwokację egipskiego boga mądrości Thotha, który podobno przemówił ustami jego żony, lecz nie wyjawił niczego konkretnego. Nazajutrz, powrócił do inwokacji i wtedy niespodzianie usłyszał głos Rose, która powiedziała, że bóg Horus oczekuje od niego przeprosin za jego poprzednie uczynki. Postanowił ją zatem sprawdzić. Rose nie tylko znakomicie opisała Horusa, podając w szczegółach jego cechy i wartości liczbowe, lecz również pokazała w Muzeum Kairskim stelę z obrazem bóstwa, które podobno miało być źródłem tych wszystkich przekazów.

Stela przedstawiała Ra-Hoor-Khuita, aktywną formę boga Horusa i nosiła numer 666, liczbę w sposób szczególny związaną z powołaniem Crowleya. W jednym z kolejnych przekazów Rose nakazała Crowleyowi w dniach od 8 do 10 kwietnia zasiadać w pokoju w samo południe i spisywać wszystko co usłyszy.

Crowley wykonał polecenie, czego efektem było dzieło o niesłychanej złożoności i głębokim znaczeniu, Liber AL vel Legis, zwana potocznie Księgą Prawa. Księga Prawa jest dziełem wyjątkowym, choć podobnie jak Biblia, czy Koran należy do tradycji objawień. Jej oryginalność, czy też raczej źródłowość polega jednak na tym, że stanowi dokładny, bezpośredni przekaz objawienia, podczas gdy większość innych „świętych ksiąg” zawiera przekazy wtórne lub też skażone późniejszym namysłem.

Prawdziwym twórcą Księgi Prawa jest istota przedstawiająca się jako Aiwass, wysłannik ze świata bogów. W przypadku przekazów mistycznych podstawowym czynnikiem, który utrudnia ich zrozumienie jest ich zakres historyczno-kulturowy. Jełli jednak przyjmiemy, że przekazy te płyną ze świata astralnego, a więc ze świata znajdującego się na pograniczu nieświadomości indywidualnej i zbiorowej, będziemy mogli uznać, że bogowie są różnymi aspektami, bądź też nazwami nieświadomych energii psychicznych. Oznacza to, że objawienie jest podłączeniem się pod ukrytą skarbnicę indywidualnej lub zbiorowej mądrości tajemnej.

Księga Prawa składa się z trzech rozdziałów, których narratorami są trzy bóstwa pochodzące z panteonu egipskiego: Nuit, Hadit i Ra-Hoor-Khuit. Bóstwa te tworzą nie tylko triadyczną strukturę książki, lecz i troistość na której zasadza się egzystencja świata. Crowley określa boginię Nuit jako „panią przestrzeni”, jako przestrzeń wszelkich dostępnych możliwości, matrycę z której wyłania się świat i w której wszystko jest możliwe. Z kolei męski bóg Hadit jest to wszędobylski punkt symbolizujący świadomość, której manifestacje rozproszone są we wszechświecie, czyli przestrzeni Nuit. Niektórzy interpretatorzy Księgi Prawa porównują Nuit i Hadita do koła i punktu, czy też do materii i energii. Z ich zjednoczenia powstaje Ra-Hoor-Khuit, bóstwo symbolizujące manifestację działania, czyli ruch.

Księga Prawa[/i] zwiastowała tzw. Równonoc Bogów czyli bliski kres, symbolizowanej przez Ozyrysa, ery monoteizmów. Upadkowi ładu chrześcijańskiego i narodzinom nowej epoki towarzyszyły apokaliptyczne wizje zniszczenia. Nowa epoka rodzić się miała w bólu i cierpieniu. Miazmaty lęków i koszmarów przesłaniały widzenie jej zarysów. Niemniej jednak apokalipsa w wizji Crowleya nie oznaczała ostatecznego końca świata rzeczywistego, a jedynie kres ładu patriarchalnego wspieranego przez ortodoksyjne (w przeważającej mierze monoteistyczne) religie prawa i porządku.

Z udręki wyłaniał się nowy ład, którego zasadniczymi cechami były wieloznaczność i ekstaza. W nowej epoce, Eonie Horusa – zwycięskiego dziecka w koronie – jedynym prawem miało być realizowanie własnej prawdziwej Woli. Pod tym względem crowleyowska wizja powtarzała platońską metaforę jaskini, w której odbijają się cienie prawdziwych idei. Crowley jako proroczy wizjoner nowej epoki, nawoływał do porzucenia świata cieni, świata pozorów i fałszywych pragnień.

W nowej epoce ludzie mieli odkrywać swoje prawdziwe pragnienia i zgodnie z nimi kształtować swoją tożsamość. Oznaczało to odrzucenie prawa pisanego, kodeksu etycznego, stanowiącego podstawę istnienia każdej cywilizacji patriarchalnej oraz przejęcie odpowiedzialności za własne życie, która w uprzedniej epoce spoczywała głównie na religii, państwie i stróżach porządku. Eon Horusa miał być epoką indywidualizmu i wolicjonalizmu, twórczości i niezależności.

Człowiek przyszłości łączył w sobie cechy dziecka i nietzscheańskiego ubermenscha, swawolność z wolą czynu, gwałt z rozkoszą. Daimonion crowleyowski, istota przedstawiająca się jako Aiwass, głosił: Zniesione są wszelkie rytuały, wszelkie próby, wszelkie słowa i znaki. (..) Słowem Grzechu jest Ograniczenie. (…) Czyń swoją wolę niechaj będzie całym prawem. (…) Miłość jest prawem, miłość poddana woli. Księga Prawa stała się dla Crowleya nie tylko niezwykłym objawieniem, ale miała także zaważyć na jego życiu.

Darowała mu ona funkcję proroka nowego eonu, rolę, której pod wpływem fascynacji buddyzmem za nic nie chciał się podjąć. Odrzucała go apokaliptyczna wizja zagłady, która czyniła zeń Antychrysta. Porzucił zatem Księgę i powrócił do normalnego życia. Jak się wkrótce okazało, na niedługo. Przekaz Księgi Prawa miał wkrótce zawładnąć jego umysłem i natchnąć go do stworzenia Thelemy czyli religii „Miłości podług Woli”.

Kolejnym punktem milowym w jego rozwoju duchowym miało stać się odnalezienie żywej tradycji rytuałów, korzystających z seksu jako katalizatora działań magicznych. Niebagatelną rolę w tym procesie odegrał zakon Ordo Templi Orientis, którego ezoteryczne nauki zmierzały do resakralizacji seksu, czyli do ponownego nadania mu wymiaru duchowego. Otoczone tajemnicą przed niewtajemniczonymi, nie mogły się jednak obronić przed intuicją samego Crowleya, który na ich trop wpadł w 1912 r. jako świeżo upieczony adept O.T.O.

Według wszelkich prawdopodobieństw, Crowley zawarł te tajemnice w dziele pt. Księga Kłamstw, które zawierało opis rytuału „Szafirowej Gwiazdy”. Jego symbolika miała charakter wyraźnie seksualny. Rozpoczynały go słowa: Niechaj Adept uzbroi się w magiczną różdżkę i wyposaży w mistyczną różę, które w języku symboli informowały, że mag ma przygotować siebie i swoją partnerkę do odbycia stosunku seksualnego. Punkt kulminacyjny rytuału „Szafirowej Gwiazdy” obejmował magiczny stosunek płciowy.

Rytuał „Szafirowej Gwiazdy” czynił z seksu klucz do zrozumienia tajemnic magii, klucz, który otworzył przed Crowleyem drzwi do najwyższych zaszczytów w Zakonie Templariuszy Wschodu. W ciągu następnych kilku lat Crowley stał się niekwestionowanym przywódcą tego zakonu, a w 1922 roku, po śmierci Theodora Reussa, mógł to przywództwo potwierdzić oficjalnym tytułem. Sam trzon ezoterycznych nauk O.T.O. stanowiły instrukcje, które Crowley napisał w latach 1913-14. Niektóre z nich, odnoszące się do VII i VIII stopnia O.T.O. (a więc do panseksualizmu i magii masturbacyjnej) omawiamy gdzie indziej.

Najważniejszym jednak traktatem na temat magii seksualnej była Liber Agape. Crowley przestrzegał przed zbyt dosłownym rozumieniem symboli religijnych: Uważaj, mój drogi braciszku, byś nie popadł w tarapaty rozmyślając nad tą Jednią. Albowiem pierwsza zasada zwykle pojawia się w różnych, przeciwstawnych formach. Mamy więc Ojca i Matkę, występujących pod różnymi postaciami. Dziś męskość przeciwstawiana jest kobiecości, choć w Tym Co Najwyższe nie ma podziału.

I tak punkt, i okrąg, lingam i joni, róża i krzyż, jin i jang, iglica i nawa w rzeczywistości tworzą jedność, chociaż na pozór zdają się być rozdzielone. Ta sama prawda dotyczy trzech najistotniejszych par przeciwieństw: Boga i człowieka w Bogoczłowieku, podmiotu i przedmiotu w stanie samadhi oraz kobiecości i męskości w ludzkości. Parom tym, jak twierdzi Crowley, towarzyszy jednak zawsze trzeci element, bez którego żaden symbol nie może być pełen.

Tę troistość każdego symbolu dobrze wyraża symbol Trójcy Świętej, która dla Crowleya jest po prostu fallusem-pankreatorem – „stwarzającym wszystko członkiem”. W trójcy tej Ojciec to penis w erekcji, Syn to nasienie – produkt Jego działalnołci i nośnik Jego koncepcji, Duch zaś to zygota – idea w poczęciu (zjednoczenie tego, co męskie i żeńskie). Każdy z nich, w oderwaniu od pozostałych, jest niekompletny i tylko razem tworzą całość, która podtrzymuje świat przy istnieniu.

Podobnie triadyczną formułę zachowują święte słowa różnych systemów inicjacyjnych: aryjskie AUM, gnostyckie Iao, chińskie Tao, różokrzyżowe INR, czy też wreszcie O.T.O – skrót od nazwy Ordo Templi Orientis. Nakreślony w ten sposób wizerunek świata tworzy z niego system fallocentryczny, w którym niewiele miejsca pozostaje dla kobiety. Naraża to Crowleya i jego epigonów na liczne oskarżenia o męski szowinizm, czy też nawet krypto-homoseksualizm (co jest ulubioną tezą lansowaną przez niemieckiego historyka okultyzmu, Petera Koeniga).

W crowleyowskich rozważaniach na temat magii seksualnej bardzo widoczne są sprzeczności charakteryzujące jego myśl. Z jednej bowiem strony, Księga Prawa wyznaczała mu rolę Bestii – niszczyciela starego porządku świata, który mógł zbudować nowy ład tylko przy pomocy Szkarłatnej Kobiety, Babalon. Z drugiej jednak strony, na kształt ideowy Zakonu Templariuszy Wschodu składały się dziewiętnastowieczne doktryny różokrzyżowe i masońskie, które nie dopuszczały kobiet do najwyższych wtajemniczeń.

Crowley musiał tę sprzeczność jakoś rozwiązać, a jedyne wyjście z tej sytuacji widział w stworzeniu systemu fallocentrycznego, w którym kobieta, jakkolwiek niezbędna w dziele tworzenia i niszczenia, była tylko dopełnieniem mężczyzny. Należy przy tym pamiętać, że zręby ideowe crowleyowskiej magiji seksualnej powstawały w czasie, kiedy kobiety dopiero walczyły o prawa wyborcze, a religia była postrzegana jako oręż zaprowadzania ojcowskiej woli.

Księga Prawa i tajemne instrukcje O.T.O umiejscawiały kobietę w zupełnie innym porządku makro- i mikrokosmicznym. I choć nadal była ona fantazmatem mężczyzny, produktem jego niespełnionych fantazji, nie sposób nie dostrzec znacznie szerszej sfery swobód, jakie mogła w ramach tych fantazji realizować. W obiegowej opinii przyjęło się traktować tantryczne systemy hinduizmu i buddyzmu jako miejsca, w których w sposób idealny realizowane jest równouprawnienie kobiet i mężczyzn.

Wystarczy jednak wnikliwie przeczytać teksty niektórych tantr, by zauważyć że i one przedstawiają świat zwykle z męskiej perspektywy. Siakti rzadko kiedy jest stroną dominującą, albowiem zgodnie z tradycją kobieta jest partnerką mężczyzny, a nie na odwrót. Nie będzie przesadą twierdzenie, że Crowley znajdował się pod dużym wpływem tantryzmu, a jego system magiji seksualnej w dużej mierze z niego korzystał.

Było jednak coś, co w znacznym stopniu odróżniało jego magiję seksualną od tantryzmu. Tym czymś była wiara w magiczną moc sakramentu złożonego z męskich i kobiecych płynów seksualnych. Subtelności dotyczące tego rytuału nie ograniczały się tylko do kwestii „sakramentu”. Crowley najwyraźniej przeżywał poważne rozterki związane z chęcią włączenia do tego rytuału praktyk nieco odchodzących od normalnego seksu.

I tak, pierwsze wyzwanie wiązało się z homoseksualizmem, który sam uważał za wyższą (sic!) formę magiji seksualnej. Z tej właśnie racji praktykom homoseksualnym poświęcił XI stopień O.T.O. Co się zaś tyczy praktyk związanych z IX stopniem wtajemniczenia, postanowił że mogą one dotyczyć stosunków z partnerem tej samej płci, pod warunkiem że jest to mężczyzna. Łączyło się to zapewne z jego wiarą w wyższość męskich fluidów seksualnych nad kobiecymi, które uważał same w sobie za bezużyteczne.

W latach dwudziestych Crowley usiłował wcielać w życie idee zawarte w Księdze Prawa w swoim projekcie utopijnym Opactwa Thelemy (wzorowanym też na, nomen omen, ironicznym dziele Francois Rabelais Gargantua i Pentagruel), założonym w sycylijskiej miejscowołci Cefalu. Wypracował tam m.in. unikalny, wolicjonalny system odwykowy, który opisał później w dziele Diary of a Drug Fiend.

Próbował też „eksportować” Thelemę (swój libidinalno-wolicjonalny system magiczno-mistyczny) za ocean, głównie za pośrednictwem swego „magicznego dziecka”, Fratra Achada. Równolegle do O.T.O. rozwijał bardziej indywidualistyczny i hermetyczny system wtajemniczeń – zakon A.•.A.•.. Jednak największą popularność jego idee zyskały po śmierci (w 1947 roku), począwszy od lat siedemdziesiątych, kiedy to na fali rozczarowania hippisowskim modelem utopii i jego naiwną ekstrawersją, niektórzy liderzy kontrkultury zaczęli poszukiwać bardziej introwertywnych, wewnątrzsterownych technik przekształcania rzeczywistości.

Niemałą rolę w popularyzacji Crowleya jako postaci mistycznej, odegrali jednak artyści, muzycy – Jimmy Page, David Bowie, John Lennon, filmowcy – Kenneth Anger i Harry Smith, malarze – H.R. Giger i pisarze – John Symonds, Colin Wilson, Robert Anton Wilson, a także „eksperci” od okultyzmu – Kenneth Grant, Francis King, Lon Milo DuQuette. W latach osiemdziesiątych zmitologizowaną postać Crowleya przechwyciły na swe sztandary dwie, zgoła odmienne formacje subkulturowe związane z muzyką metalową i industrialną.

Z kolei rynek new age’owy docenił Crowleya przede wszystkim jako współautora (wraz z malarką, Friedą Harris) niezwykle sugestywnej talii kart Tarota Thotha (wydanej dopiero po łmierci Crowleya). I to właśnie oddziaływanie Crowleya za pośrednictwem sfery symbolicznej stało się najmocniejszym, pośmiertnym punktem tego niedocenianego za życia myśliciela, artysty i wizjonera, nazywanego „czule” wielką Bestią.

Dariusz Misiuna

 

Strony związane z dziedzictwem Aleistera Crowleya:

Wydawnictwo OKULTURA [pl]
Wydawnictwo LAShTal [pl]
Thelemiczna strona Amrokteisa [pl]
Święty Zakon Ra-Hoor-Khuita [pl]
The Libri of Aleister Crowley [en]
Astrum Argentum Brasil [por]
LAShtal – Home Of The Aleister Crowley Society [en]
Aleister Crowley (ALPHABETIC LIST OF WORKS) [en]
Thelema Coast To Coast – Podcast [en]
The 93 Current [en]
The Equinox [en]
U.S. Grand Lodge, Ordo Templi Orientis (Kalifat O.T.O.) [en]
Californian A.•.A.•. the College and Temple of Thelema [en]
The Order Of Thelemic Knights [en]
Ordo Templi Orientis International Headquarters [en]
Ordo Templi Orientis Antiqua & La Couleuvre Noire – European HQ [en]
Ordo Templi Orientis – Scarlet Woman Lodge [en]
Thelemapedia: The Encyclopedia of Thelema & Magick [en]

Kenneth Anger

fot. i prawa autorskie Mark Berry

Reżyser filmowy, homoseksualista, okultysta, skandalista. Znał wszystkich liczących się w show biznesie, wiedział o ich głęboko ukrytych tajemnicach, których nie bał się wyjawiać w swoich książkach. Dla Kennetha Angera nie było żadnych świętołci, jest do dzisiaj jedną z najbardziej fascynujących postaci współczesnej kontrkultury. Kenneth Anger nigdy nie kręcił pełnometrażowych filmów, wybierając krótkie, eksperymentalne formy, które przepełnione są magiczną symboliką i homoerotycznymi wątkami. W swoim czasie szokowały i zachwycały jednocześnie, ale zrozumiałe były jedynie dla nielicznych. Sam głęboko tkwiąc w undergroundzie, wywarł jednocześnie olbrzymi wpływ na popkulturę i na o wiele bardziej znanych od niego artystów, wyznaczając nowe kierunki sztuki filmowej. A przeżył tyle ciekawych rzeczy, że można by nimi obdzielić parę osób.

Kenneth Anger urodził się w 1927 roku (wg innych źródeł w 1930) w Hollywood. Od wczesnego dzieciństwa miał styczność ze światem Srebnego Ekranu. Jego babka była garderobianą przy niemych filmach, a on sam już wieku czterech lat zagrał w filmie Sen nocy letniej w reż. Maxa Reinhardta u boku takich gwiazd, jak James Cagney i Mickey Rooney. Kiedy ten ostatni złamał nogę na nartach, co opóźniło zdjęcia, włciekły szef studia Warner Bros Jack Warner najpierw zagroził, że go zabije, a później… połamał mu druga nogę. Świadkiem takich właśnie wydarzeń był Anger – jak pokaże przyszłość, zapamiętał je wszystkie doskonale. Mały Kenneth miał wszelkie predyspozycje do bycia popularnym aktorem dziecięcym, uczęszczał do tej samej szkoły tańca, co Shirley Temple (najsłynniejsza mała gwiazda w historii Hollywood).

Już jako dziecko nastawiony był nie tylko na jasną, ale i ciemną stronę Fabryki Snów. W jednym z wywiadów bez ogródek opowiedział historię o tym, jak razem z babką odwiedził Walta Disneya: Walt Disney lubił małych chłopców. Był ukrytym pedofilem. Nigdy nie zdejmował im spodni, nie obciągał im czy coś podobnego. Ale oto co się wydarzyło. Posadził mnie na kolanie. Powoli poczułem w jego spodniach ośmiocalową erekcję. Na oczach mojej babci. Ona uważała go za nieszkodliwego ekscentryka, ale on był także na zimno kalkulującym potworem. To nie aktorstwo okazało się jednak powołaniem Angera, a reżyseria. W wieku 17 lat znalazł w domu rodzinnym kamerę i w trakcie jednego weekendu nakręcił swój pierwszy film.

Co to był za wybuchowy debiut! Fireworks to piętnastominutowa, oniryczna historia młodego chłopaka (reżyser sam wcielił się w tę rolę), którego gwałci grupa marynarzy (ponoć część wykorzystanych w filmie ujęć skradziono z biur Marynarki Wojennej). W 1947 roku nie było jeszcze mowy o kinie gejowskim czy sadomasochistycznym, a na dodatek przedstawienie wojennych bohaterów z U.S. Navy jako gwałcicieli było szokiem dla widzów. Co ciekawe, jednym z pierwszych kupców filmu był dr Alfred Kinsey z Instytutu Badań Nad Seksem, Płcią i Reprodukcją, autor pierwszych, słynnych badań nad seksualnością Amerykanów (tzw. „Raportów Kinseya”).

Znajomość przekształciła się w przyjaźń i Anger wspominał, że pomagał badaczowi w zbieraniu materiałów filmowych i przekazywał wiele eksponatów (erotyczne listy, czasopisma, zdjęcia, książki) do archiwum Instytutu, a nawet sam był obiektem jego badań (Kinsey filmował go np. podczas masturbacji). Nawet dzisiaj na oficjalnej stronie internetowej Instytutu przeczytać można wiele tekstów o reżyserze. Pomimo olbrzymich kontrowersji, jakie wzbudził jego debiut, krytyka padła przed nim na kolana. Fireworks porównywano nawet do Psa Andaluzyjskiego w reż. Luisa Bunuela czy Krwi poety w reż. Jeana Cocteau. Ten ostatni powiedział zresztą o filmie Angera, że: Pochodzi z tej pięknej nocy, z której wyłaniają się wszystkie prawdziwe dzieła.

Francuski reżyser zaprosił młodego Amerykanina do Paryża, gdzie szybko stał się ulubieńcem, a wręcz pieszczoszkiem artystycznej bohemy. Poznał wówczas m.in. Federico Felliniego i Johna Paula Getty’ego II (ten słynny filantrop i kolekcjoner książek aż do swojej śmierci w 2003 roku był kimś w rodzaju mecenasa reżysera). Mimo takich znajomości Angerowi szybko skończyły się pieniądze, więc aby dorobić, postanowił napisać książkę. A na czym znał się lepiej, niż na przemyśle filmowym z Hollywood i jego kulisach? Tak oto w 1959 roku światło dzienne ujrzała książka Hollywood Babylon, fascynujący zbiór historii na temat najgłębiej skrywanych sekretów gwiazd złotej ery filmu. Seksualne perwersje, gwałty, narkotykowe nałogi, przemoc, choroby psychiczne, tajemnicze zgony – to tylko kilka z trupów w szafie, które Anger ośmielił się wystawić na światło dzienne.

Pisał np. o sadomasochizmie Rudolfa Valentino, upodobaniu Charliego Chaplina do nieletnich dziewcząt czy orgiach, które szokowałyby nawet w czasach antycznego Rzymu, czy… Babilonu właśnie. Hollywood Babylon stała się bestsellerem we Francji, ale z powodów natury prawnej w USA książka ukazała się dopiero w 1975 roku. Jakże znamienny był fakt, że pierwszym francuskim wydawcą był Jean-Jacques Pauvert, który publikował dzieła Markiza de Sade. Każdy rozdział Hollywood Babylon poświęcony był innej postaci, obficie zapełniony często kontrowersyjnymi fotografiami oraz złośliwym poczuciem humoru Angera. New York Times nazwał tę książkę bombonierką pełną zatrutych czekoladek. Potem nadeszły lata ’60, które były wyjątkowo owocną i twórczą dekadą dla Angera, szczególnie dzięki jego zainteresowaniem okultyzmem, a zwłaszcza magiją Aleistera Crowleya. Filozofia „Bestii 666” przeżywała wówczas renesans popularności, a okultyzm stał się szalenie modny.

Fascynacja magią sprawiła, że zaprzyjaźnił się w tym czasie z zespołem The Rolling Stones stając się ich oficjalnym astrologiem. Jak twierdzi sam Anger, to włałnie on zainspirował zespół do napisania słynnego hitu, Sympathy For The Devil. Mick Jagger skomponował muzykę do jego filmu Invocation For My Demon Brother, a Keith Richards uważał go za rodzaj guru. Najsłynniejszym filmem Angera jest jednak Lucifer Rising, dzieło które powstawało w bólach przez ponad 10 lat.

Pomagało mu przy nim wielu sławnych znajomych (zagrała w nim np. piosenkarka i aktorka Marianne Faithfull (dziewczyna Micka Jaggera) i reżyser Donald Cammell – twórca filmu Performance, ale nad obrazem zdawała się ciążyć klątwa. Anger popadł w konflikt z Bobbym BeauSoleilem, swoim ówczesnym sublokatorem, aktorem i gitzraystą psychedelicznej grupy Love, który miał powiązania z „Rodziną” Charlesa Mansona. Bobby miał skomponować ścieżkę dźwiękową do filmu, ale kiedy Anger odkrył, że trzyma w ich domu kilkadziesiąt kilogramów marihuany, bezceremonialnie wyrzucił go na bruk.

W odwecie BeauSoleil ukradł rolki z filmem i ukrył je gdzies na pustyni – nigdy ich nie odnaleziono. W tej sytuacji o skomponowanie muzyki reżyser poprosił znajomego miłośnika magii Aleistera Crowleya – nikogo innego jak samego Jimmy’ego Page’a z Led Zeppelin. Szybko jednak obaj się pokłócili – Anger narzekał, że komponowanie zajęło 3 lata, a rezultatem było rozczarowujące 25 minut eksperymentów. Zdaniem reżysera na przeszkodzie stanął romans z „Białą Damą”, co było aluzją do nadużywania narkotyków przez gitarzystę. Ostatecznie muzykę napisał BeauSoleil w 1981 roku, ale uczynił to z więzienia, gdzie odsiaduje dożywocie za morderstwo.

Znajomość z Angerem nie skończyła się również dobrze dla pewnego egipskiego urzędnika z Departamentu Starożytności. Obaj panowie należeli do magicznego zakonu O.T.O. (Ordo Templi Orientis), kultywującego magiję Aleistera Crowleya. Dzięki tej znajomosci Anger dostał pozwolenie na kręcenie Lucifer Rising w antycznych lokacjach: przy Sfinksie, piramidach czy świątyni w Karnaku (żadne studio hollywoodzkie nie otrzymało takiej zgody). Jak sam reżyser wspomina, nie wie co później się stało z jego egipskim znajomym, bo przepadł bez wieści, najprawdopodobniej został rozstrzelany.

Temperament reżysera jest legendarny. Wiele zresztą mówi o nim fakt, że zmienił swoje nazwisko z Anglemeyer na Anger (czyli po angielsku gniew). Jego konfliktowa natura sprawiała, że nawet z najbliższymi przyjaciółmi czasem kłócił się paskudnie, nie uznając żadnych kompromisów. Denerwowanie maga nie należy zaś do najbezpieczniejszych rzeczy – reżyser po prostu rzucał klątwy na tych, którzy nadepnęli mu na odcisk. Bobby’ego Beausoleila przeklął w następujący sposób: uwięził żabę, która miała przedstawiać właśnie Bobby’ego, wrzucając ją do studni.

Wkrótce potem wróg Angera trafił do więzienia. Na Jimmy’ego Page’a i jego dziewczynę rzucił klątwę Midasa (czego się dotknął, zmieniało się w złoto), aby ukarać go za chciwość i skąpstwo: Mieli tylu służących, a nigdy nie zaproponowali mi kubka herbaty czy kanapki! Klątwa została także rzucona na Billa Landisa, autora nieprzychylnej biografii, w której reżysera potraktował z takim samym taktem, z jakim on sam opisywał życie gwiazd w Hollywood Babylon. Chociaż sam Anger bez skrupułów opowiada o najbardziej nawet kompromitujących szczegółach z życia innych, sam ma wręcz obsesję na punkcie własnej prywatności. Znane jest również negatywne nastawienie Angera do czarnoskórych i Latynosów. Można to przypisać temu, że w latach ’80, kiedy jeszcze mieszkał w Nowym Jorku, trzykrotnie padł ofiarą młodocianych gangów. Po ostatnim takim napadzie Anger ocknął się w szpitalu

Stąd wynikło też zainteresowanie Angera pomysłem pewnego ekscentrycznego kompozytora. David Woodard z San Francisco, bo o nim mowa, zapragnął przywrócić świetnołć paragwajskiej kolonii o nazwie Nueva Germania. Była to osada, którą stworzyli w XIX wieku osadnicy z Niemiec, marzący o utopijnej społecznołci aryjskich rodzin – pomysłodawczynią projektu była zresztą siostra filozofa, Friedricha Nietzschego. Eksperyment skończył się niepowodzeniem, a obecnie żyjący potomkowie pionierów wymieszali się z rdzenną ludnością i obecnie stanowią najuboższą częłć jednego z najbiedniejszych społeczeństw Ameryki Południowej.

Trudno przecenić wpływ, jaki Kenneth Anger miał i nadal ma na współczesne kino, kulturę popularną i niezależną. To on był pionierem wykorzystywania popowych podkładów dźwiękowych w filmie eksperymentalnym. Po raz pierwszy potraktował w ten sposób film Skorpion powstaje dodając znany hit rockabilly Devil in Disguise. W podobny sposób pracować będzie z muzyką wielu innych reżyserów, w tym Quentin Tarantino i Martin Scorsese, który określił Angera mianem wyjątkowego twórcy filmowego, artysty o nadzwyczajnej wyobraźni. Jego praca z dźwiękiem, korzystanie z krótkich ujęć i dynamicznego montażu zainspirowała świat filmów reklamowych i teledysków muzycznych. Do fascynacji jego dziełami przyznają się tacy awangardowi reżyserzy, jak John Waters (Lakier do włosów, W czym mamy problem), Paul Morrissey (Ciało Dla Frankensteina) czy Vincent Gallo.

Ten ostatni – znajomy Angera – przejął też od niego kolejny zwyczaj. Po tym, jak znany krytyk Roger Ebert niemiłosiernie zmieszał z błotem jego film Brown Bunny, Gallo oznajmił w wywiadzie dla New York Post, że rzucił na niego klątwę. Jej rezultatem miał być rak jelita grubego, a w odprawieniu uroku miał mu pomóc sam Anger. Dodać tutaj trzeba, że Ebert faktycznie zachorował na raka, co prawda nie złośliwego i nie jelita, ale zawsze… obecnie Anger żyje skromnie, niewiele słychać o jego nowych projektach filmowych. Jest bardzo staromodny: ubolewa nad końcem ery celuloidu i dominacją kamer cyfrowych.

Sztuka współczesna jest dla niego całkowicie wypalona, wyzuta z pomysłów. Co prawda docenia zalety internetu, ale uważa, że jest to sieć pająka, w której ludzie łatwo mogą zmienić się w elektroniczne muchy. Męczy go fakt, że nie ma już na świecie miejsc, które nie zostałyby zbrukane cywilizacją. Uważa też, że największym problemem, przed jakim stoi człowiek współczesny, to brak koncentracji. Otacza nas zbyt duża ilość informacji, które rozpraszają naszą uwagę, robimy zbyt wiele niepotrzebnych rzeczy naraz. Skupienie uwagi na jednym celu jest kluczem do jego zrealizowania. Ta sama zasada obowiązuje zarówno w magiji (Crowley mówił o koncentracji na jednej gwieździe na nieboskłonie), jak i sztuce. Dla Angera zaś każdy twórczy artysta jest magiem.

Patryk Balawender

 

Polecane stronki:

Profil na 3Cinema [pl]
Profil na Senses of Cinema [en]
The Magick Lantern Cycle – zbiór streamów [en]

Źródło: Relaz

Homie’s blink on afrofuturism – hip hop Black Myth revival

If you have ever thought of hip hop lifestyle as just another way of staying hype in the hood, hanging on the street, smoking weed… or even pushing the crack all night, then you’re obviously wrong or omit the real knowledge about what rapping has all become about now. Fasten your seat belts then and prepare for the journey into The Black Myth dimension.

Long time ago, as they call the previous century, there was a musician and jazz composer, extraordinary, outer celestial newcomer from the planet Saturn, which baptized himself with a name Sun Ra, expressing his deep Egyptian sympathies. For to Egypt lead his studies over history of „black culture”, where he found eventually the origins of the whole human culture. As a matter of fact he wasn’t philosopher and didn’t practise any religion either, instead he believed in what he called „subtle living equations”, occult, higher law, which he tried to harness in order to liberate Earth from the rules of vile Demiurg.

Mainly he had been unveiling this ever present fight by his afofuturistic music, in which he explored the meaning of The Black Myth, but he left some written impressions as well. In his beatufiul poem, Cosmic Equation, he wrote: Subtle living equations Clear only to those Whose wish is to be attuned To the vibrations of the Outer Cosmic World  Subtle living equations Of the outer realms Dear only to those Who wish fervently the greater life (Sun Ra, 1965)

Throughout his whole career we can see profound desire to join the community of this noble, outer space, „angelic race”, which has found Egypt as its home, as he was convinced. Sun Ra wasn’t a lonely exile though, rather was he a typical team player always surrounded by crowds of friends and open to any form of creative collaboration, which he was proposed.Warm words had spoken about him John Cage and Amiri Baraka, then from his own statements had poured out a deep concern about the fate of humanity.

In one of the interviews conducted by John Sinclair in 1966, Sun Ra explained the meaning of his secret code of reality stating: Because they’re changing ages – one age moves over into another one, and the rulers – they’re in trouble. You’ve got not only a change of age, but a change of laws – the law that has been the law on this planet has moved over to no longer be the law. Now when that happens, and since this planet for thousands of years has been up under that law of death and destruction, it’s moving over into something else which I choose to call MYTH, a MYTH-SCIENCE, because it’s something that people don’t know anything about. That’s why I’m using the name MYTH-SCIENCE ARKESTRA, because I’m interested in happiness for people, which is just a myth, because they’re not happy.

Sun Ra’s afofuturism was very closely related to ideology of Marcus Garvey, Malcolm X or esoteric theology of The Moorish Science Temple, established 1913 by The Most Noble Timothy Drew Ali in Chicago. Afrofuturism was reflected also in ideal manner by music of Miles Davis, John Coltrane, Ornette Coleman or Fela Kuti. The other leading examples of tuning into worlwide net of The Black Myth are „rastafarian prophets” such as Burning Spear, Jah Shaka or in particular Lee Perry (who’s very likely to believe he’s an instant incarnation of Budda, Allah, Jah, Krsna, identical with the Internet as well as having visions of Lion of Judah levitating over Titikaka Lake) – he reached with their roots reggae message absolutely mass audience in the last 30 years, gaining widespread, memetic influence on the global culture and becoming kind of cult personality.

It’s worth mentioning that this influence in The Western World is largely due to post countercultural abolition of fixed identity and exchanging it for collage of multiple, arbitrary (often randomly chosen) elements. This is the movie we’re actually in – the politics has been deprived of the leading role here, as well as nationality, skin color (so called race) or even position in the social hierarchy.For the screenagers generation there is only one issue left… music. Due to the Internet, which involves globally circulating music, possible become to proliferate mems on a large scale by many subcultures, faiths, sects, NGOs, ideological parties or just business networks and corporations, the music has become one of the greatest powers of nowadays world.

It’s not so strange then that one of the hottest battlefield right now is a music market, which is the intersection of all the imaginable contents of collective unconsciousness. The Black Myth has been one of the most strikingy present on this „market” for the last 30 years, but hidden in a niche of its own. Today we’re facing the next stage, which lets it be domesticated by popular culture, to weigh anchor from any specific cultural or ethnic language roots. However one of the most important is still connection with popular black culture expression – hip hop subculture.

The new revelation of gnostic pop vodoun is The Black Dot, most profound rapper you could imagine, straight from Harlem, NY, author of disconcertingly mad book Hip Hop Decoded: From its Ancient Origin to its Modern Day Matrix and DVD series 5 Bloodlines of Hip Hop or Hip Hop Is Dead.Watching the 5 Bloodlines of Hip Hop we’re acknowledged with the real Black Myth trace being ensured that the spirits of ancestors are still alive. The Black Dot takes for granted that black ancestors had stepped to Earth long time ago through Five Bloodlines, which can be identified by sci-fi freaks as something like Stargate stuff. These five would be: Earth identified by The Black Dot with Hierogliphs, Water identified with Dance (shake that booty thing), Fire identified with Griot (praise singer and wandering musician among Malinke, Mandinke and Bambara of Western Africa) or Oracle, Air identified with Sacred Drum (for instance could be haitian Asotor Drum) and Ether identified with Knowledge. This was the way black people gained their precious culture and original indentity.

However, happiness hadn’t lasted long, the troubles had come in forms of deadly and vile vampire-mutants, which sucked up the whole bloodlines and seized the spiritual connection with ancestors leaving black nations in long lasting despair. As The Black Dot claims, redemption was long to be received for the black people, which were supressed and abused during all that time waiting for reclaiming their lost Wisdom. It came eventually in 1973 largely due to hip hop, when the superheroes appeared such as Afrika Bambaataa (founder Of The Universal Zulu Nation) and Grandmaster Flash (one of the best Djs ever), who revitalized the lost bloodlines and brought them back to life. The old ancestors’ manifestations have been transformed into B-boying, Rap, Graffiti and Turntablism, joined together by Knowledge.

Although the new battle was to begin, vampire-mutants quick started to spread their agendas again, creating deadly style known as gangsta rap, which was a nail in the coffin. The Black Dot has found, however, the leader of this turmoil, which is Jay-Z, being mounted amongst many other pop rappers by the forces of evil. In spite of such difficulties our Harlem’s activist has been still irreconcilable optimist believing that real hip hop is going to win this war in 2012, when it will approach an Omega Point and tune in to the rhymes and beats from the highest dimensions.In his book

The Black Dot also writes about the reasons of starting his mission explaining why hip hop is dead: I started this story by saying there’s a war going on. It’s more than just a rhyme war, or a mind war. It’s also a spiritual vs. a material war with many other factors involved. Everyone knows that rhyme pays including the „Government.” So when they couldn’t shut it down in the early days because of its high demand, they made sure they got paid a very high percentage before the product even hit the streets. Yet even this wasn’t enough. The government wanted to control the type of product that hit the streets more than anything else. The earlier rhyme families always gave the streets something uplifting, motivating, educational, conscious, or spiritual. This presented a problem for the government. They didn’t want product that freed the minds of the young hitting the streets. This kind of product was considered dangerous and something had to be done. So positive rap was destroyed, and in came gangsta rap, followed by the playas, pimps, hoes, hustlers, and thugs.

So may we say that the war is on for hip hop, then we’ve encountered another good reason to believe in the power of black culture, which has been very often mistreated and misunderstood in The Western World. Stay tuned to The Black Myth agenda, rappers have got many more things to say…

Conradino Beb

"Nigdy nie było dla mnie wystarczająco dziwnie." – Hunter S. Thompson