Dlaczego powinniśmy przestać się bać środków zmieniających świadomość, czyli krótka opowieść o społecznym statusie halucynogenów

Wybrany blotter z LSD

– Jeśli to się działo naprawdę –
oświadczyła stanowczym głosem
Mary Lou – to w takim razie
wszystko inne w moim życiu
jest halucynacją.

Robert Anton Wilson, Oko w Piramidzie

 

Od dawien dawna w środowisku nauk społecznych toczy się wrząca ogniem dyskusja co doprowadziło małpę do stania się człowiekiem. Przez lata teorii na ten temat narosło mnóstwo – każdy jest w stanie znaleźć coś dla siebie – ale jedna z nich swoją kontrowersyjnością, jak i słabym odzewem ze strony owych obrońców racjonalistycznego, postoświeceniowego dyskursu mieniących się adwersarzami „poważnej” nauki, przerasta wszystkie inne razem wzięte…

Wysunął ją etnofarmakolog z zawodu, antropolog i kosmolog z fascynacji – Terence McKenna, który ukończył cieszący się sławą kolebki uniwersyteckiej kontrkultury i lewactwa, Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley. Otóż doszedł on do wniosku, że ów okryty nimbem tajemnicy jakościowy skok w postrzeganiu świata stwarzający „ludzką naturę” dokonał się w małpie naczelnej za pośrednictwem niewinnego grzyba psylocybinowego

Badając on występowanie tego grzyba w setkach odmian na całej planecie, jak i jego konkretne działanie na własnym organizmie, a potem dokonując komparatystyki z przedstawieniami obrazowymi, które zachowały się w różnych miejscach globu z okresu prehistorycznego do naszych czasów oraz z użyciem go we współczesnych technologiach szamanów plemiennych, doszedł on do swej idee fixe – grzyby są wehikułem naszej dynamicznej ewolucji kulturowej. Ich spożycie spowodowało gwałtowny rozrost naszego sytemu nerwowego dając początek świtowi cywilizacji homo sapiens.

Teza to oczywiście natychmiast została odrzucona przez pogrążony w transie konsensusu, podtrzymywany przez paradygmat psychiatryczno-prawniczy umysł przyzwyczajony do mechanicystycznego modelu świata, w którym sektory ludzkiego doświadczenia są dosłownie poszatkowane w kawałki nie przenikające się nawzajem, tak więc sfera umysłu NIE MA PRAWA przeciąć się ze sferą ciała. Mimo tego idea ta została podchwycona przez magiczny prąd, w którego wirze znalazła się cała kontrkultura lat 60′ i przeszła jako jeden z głównych postulatów do podziemnego kręgu antropologii zwanej czasem anty-antropologią lub antropologią chaosu.

Kierunek ten, do którego można by oprócz wspomnianego Terenca McKenny zaliczyć również następnego guru kontrkultury, o dziwo kończącego antropologię kulturową również w Berkeley J, zwanego także czasem „Ojcem Chrzestnym New Age” – Carlosa Castanedę. Ten niepoprawny politycznie czarownik i psychonauta zasłynął swoim długaśnym księgozbiorem, w którym opisywał inicjacje magiczne, które przechodził za pomocą środków enteogennych tj. grzyby psylocybowe, peyotl czy bieluń dziędzierzawa, pod okiem brujo z plemienia Yaqui zwanego przez niego Don Juanem.

Mimo wielu kontrowersji, które wiły się wokół tej osobistości (której?), Carlos Castaneda pozostaje jednym z pierwszych ludzi w późnonowoczesnej kulturze Zachodu, którzy szczegółowo i kompleksowo opisali proces transformacji ludzkiej jaźni za pomocą halucynogenów używanych od dawien dawna przez społeczności pierwotne i tego osiągnięcia nie odbierze mu nikt.

Do tej wesołej gromadki antropologów należałoby jeszcze dołączyć kolejnego szamana ponowoczesności – Michaela Harnera, który (o dziwo!) doktoryzował się na tym samym uniwersytecie co dwaj wyżej wymienieni bohaterowie naszej wyliczanki, by osiąść potem jako wykładowca New School for Social Research w Nowym Jorku, skąd w ramach badań terenowych udał się do Górnej Amazonii, aby zbadać zamieszkujący tamtą okolicę lud Indian Jivaro. Tam w roku 1956 Michael Harner po raz pierwszy zetknął się z miejscowym halucynogenem zwanym u nich natema, ale wśród innych plemion yage lub ayahuasca.

Harner już wtedy czuł, że do tradycyjnego wśród antropologów „wejścia w plemienny świat wyobrażeń” brakuje mu czegoś bardzo ważnego… Spróbował on w końcu tego znamienitego napitku w roku 1961 wśród Indian Konibo, a potem wrócił do Jivaro rozumiejąc tym razem znacznie więcej z tego co rozgrywało się na jego oczach, a czego nie pojmował wcześniej – wywar dosłownie otworzył mu mityczne Drzwi Percepcji, które jako specyficzną bramę w inny wymiar rozumienia rzeczywistości opisał w swoim legendarnym eseju Aldous Huxley, kolejna wielka postać kontrkultury, która zmarła przyjmując dożylnie na swoją wyraźną prośbę 1500 mikrogramów LSD.

* * * * *

Jeżeli przytakniemy bujającemu się już najprawdopodobniej w niebie Buddy Amitabhy Terencowi McKennie w sprawie grzybnego efektu ewolucyjnego, to musimy uznać także wszystkie podstawowe implikacje tej tezy, a są one następujące:
1.) środki enteogenne niemal od zawsze towarzyszyły istotom ludzkim.
2.) środki enteogenne były i są rzeczą przynoszącą ludziom wiele korzyści.
3.) środki enteogenne nie odurzają ludzi.
4.) środki enteogenne posiadają swoistą inteligencję i duszę.
5.) środki enteogenne NIE POWINNY być traktowane jako niebezpieczeństwo dla człowieka, rodziny, społeczeństwa, państwa, zdrowia psychicznego i fizycznego, procesów rozwoju kultury i cywilizacji lecz WPROST ODWROTNIE.

* * * * *

Jak mawiał pewien renegat z Harvardu, który po swoich słynnych odkryciach potencjalnego zastosowania LSD w szeroko pojętej dziedzinie psychologii, po odmowie objęcia tam profesury w zamian za „zamknięcie mordy na kłódkę” usunięty z tej wylęgarni amerykańskich geniuszy – Timothy Leary: Największy kłopot z narkotykami jest taki, że zmieniają one świadomość. Tą ironiczną tezę można zinterpretować w taki sposób, że ten kto zmienił swoją świadomość za pomocą dragów nie jest w stanie utrzymywać, że świat jest wciąż taki sam, a on powinien tak samo w nim żyć.

Co z tego wynika? Oczywiście to, że bardzo trudno jest dogadać się człowiekowi, który przyjmował środki enteogenne, z człowiekiem który ich nigdy w życiu nawet nie spróbował. W komunikacji takich osób niemal na pewno zajść musi jej zakłócenie, które nie pozwala przedrzeć się od jednej do drugiej osoby komunikatowi, jaki nadaje każdy z osobna wobec odbiorcy. Wobec tego sprawa doświadczeń z narkotykami musi pozostać w sferze, której treść ujawnia się tylko wtajemniczonym w ich działanie, bowiem tylko wśród ludzi znających podstawę i kontekst przekazu treść komunikatu ma szansę zostać odebrana właściwie. Jaki z tego wniosek? WŁADZA NAS NIE SŁUCHA!

Kryminalizacja środków zmieniających świadomość we współczesnym systemie polityczno-społecznym sięga okresu dwudziestolecia międzywojennego, kiedy to wraz z prohibicją alkoholu w Stanach Zjednoczonych nastąpił również gwałtowny atak na konopie indyjskie znane wszystkim jako marihuana – błogosławione ziele ! Co ciekawe, prohibicję alkoholu wkrótce zniesiono wobec jej NIESKUTECZNOŚCI i SPORYCH NAKŁADÓW PIENIĘŻNYCH, jakie ponosił rząd amerykański przy ściganiu nielegalnych producentów i sprzedawców alkoholu. Prohibicja Marihuany jednak trwała… Jest to oczywiście jawny paradoks na całej linii, szczególnie w społeczeństwie, które wychwala racjonalność i rozważność działań pod niebiosa, tak samo jak wolność ducha, słowa i CIAŁA!

Jak więc łatwo zauważyć, owe wolności należą bardziej do sfery deklaracji, niż do sfery prawdziwego przyzwolenia na wprowadzanie ich w życie, a ich istotą jest mydlenie ludziom oczu. Zresztą czy trzeba mydlić oczy ludziom, którzy nieustannie odtwarzają porządek władzy w swoich codziennych interakcjach społecznych, tak w rodzinie i związkach osobistych, jak w sferze publicznej? To mało prawdopodobne, władza też sobie lubi poleniuchować, w końcu składa się z NAJZWYKLEJSZYCH LUDZI, czasem może zbyt zwykłych – oto jest problem.

Ale wracając do naszego kochanego ziela, otóż głównym powodem, dla którego zostało ono opieczątkowane jako złowieszcze, złowrogie (a nawet bluźniercze) i odstawione na półkę z napisem: WRÓG PUBLICZNY NUMER 1, był mit który wyobraźnia prawodawców, uosabiana przez niejakiego Henry’ego Annslingera, zdołała włączyć w już i tak sprawnie działający psychiatryczny konsensus władzy, który opisywał w swoich wyraźnie lewicujących dziełach Michel Foucault.

Mit ów opierał się na mrocznym przesłaniu mówiącym o diabelskich siłach tkwiących w Marihuanie; ziele owo rozkoszne – Dar Sziwy, miało wywoływać obłęd, paranoję, a co najważniejsze OBSESJE SEKSUALNE (tak, tak, to nie żarty). Ludzie stawali się po nim dzicy, rozpustni i lubieżni niczym w „120 Dniach Sodomy” dokonując morderczych i złowieszczych czynów, od których stronił przeciętny (to ważne!), pracowity (to też ważne!), moralny (niezwykle ważne!) obywatel amerykańskiego państwa. Mit ów utrwalany dzięki psychomanipulacji telewizyjnej, z ostrzeżeniami o szkodliwości palenia zioła można się było zetknąć głównie tam, stał się podstawą dzisiejszego systemu ścigania i represjonowania hodowców, producentów i palaczy marihuany na całym świecie.

W mówieniu o mitach nie można jednak abstrahować zbyt daleko od sedna mitotwórczości, które ściśle wiąże się z utrwalonymi podświadomie wartościami rządzącymi w społeczeństwie amerykańskim, a które można by śmiało za tropicielem owych wartości, Maxem Weberem nazwać moralnością mieszczańską wyrastającą bezpośrednio z etyki skrajnych protestantów zwanych purytanami, którzy wsławili się min. wielką lubością w paleniu czarownic na stosie od XVI do XIX w. w Anglii i Ameryce Pn. czyli Stanach Zjednoczonych (widzicie ten sam mityczny wzór?). Mimo, że nie ma tu bezpośredniego związku pomiędzy tymi dwoma toposami, to jednak zachodzi tu pewna sylogia, która wynika z tych samych form umysłowych rządzących życiem purytan zarówno w ich chlubnej wierze o lepsze jutro materialne, jak i duchowe.

Sednem etyki purytańskiej jest praca, a takie bzdety w polskich przysłowiach jak: „Bez pracy nie ma kołaczy” należy uznać za wpływ etyki im właśnie właściwej i niby nic w tym złego – niech sobie pracują ile chcą, ale ci nasi mili purytanie strasznie nie lubili i nie lubią, jak RESZTA też nie pracuje. Czyli jednym słowem szlachetny wysiłek ewangelizacyjny i wycinanie sobie kerygmy na czole, które z wielką bogobojnością czynili ku łasce bożej (a której mogli przecież nie mieć… ehhh, te zawiłości teologiczne) służyły im do usprawniania całej, pogańskiej reszty świata, która nie została jeszcze oświecona przez Ducha Świętego (my wolimy Marię i Ducha co Bucha!).

Najbardziej jednak purytanie bali się swojego ciała (wiadomo, za dupę toto może złapać czy cuś…) i modlili się w dzień i w nocy, żeby ich nie wodzić na pokuszenie – czyli, mówiąc słowami Johna Lilly’ego – następnego metafizycznego narkomana, który wymyślił sobie pływanie w komorze deprywacji sensorycznej, aby mieć niezły odlot), żeby się jeszcze lepiej dać zaprogramować przez to, co Freud nazywał zasadą rzeczywistości (zresztą neofreudowscy purytanie za to go najbardziej nienawidzą). Zasada rzeczywistości bowiem jest zbawieniem od zasady przyjemności, a więc szatanowska przyjemność palenia marihuany nie wchodzi w grę.

WALKA dyskursu WŁADZY z dyskursem WOLNOŚCI jest walką z zasadą przyjemności, która uniemożliwia mechaniczne, automatyczne działanie wymagane we współczesnym systemie pracy starającym się wyalienować maksymalnie jednostkę od siebie samej, aby móc skierować całą energie seksualną do niewolniczej pracy, w której trybach jednostka traci indywidualność i czas na rozwój duchowy, na zmianę perspektyw, na objęcie wzrokiem większej całości. Traci czas dla SIEBIE. Jak pisał w Erosie i Cywilizacji Herbert Marcuse: „Społeczeństwo ucieleśnia racjonalizm całości, a walka jednostki przeciw represywnym siłom jest walką przeciw obiektywnemu rozumowi. Wyłonienie się nierepresywnej zasady rzeczywistości zakładające wyzwolenie popędów byłoby więc regresem od osiągniętego poziomu cywilizowanej racjonalności.”

Aparat bezpieczeństwa wewnętrznego nie może dopuścić, aby czas wolny od zewnętrznych zobowiązań i przyjemność jaki wiąże się ze spożywaniem środków enteogennych zapanował nad zorganizowanym systemem pracy dziennej. Tak więc mit szaleństwa i wybuchających żądz po marihuanie w latach dwudziestych był programem mającym pobudzić podświadomie zasiane kulturowe wartości, a do których odwołanie się musiało przynieść automatyczny sprzeciw. Jednak w cywilizacji, która rządzi się spreparowaną medialnie przyjemnością, to już nie jest wystarczający znak zakazu. Do mitu powodującego nieużyteczność w pracy dochodzi jeszcze mit strachu przed śmiercią i uzależnienia, a więc mit zagrożeń ostatecznych (mimo, że oba, jeśli zwrócimy na to wyraźniejszą uwagę, konotują nieprzydatność do pracy i niemożność nawiązywania stosunków społecznych), które godzą wprost w samo serce społeczeństwa.

Kontrola informacji przez zależne od kapitału media, które same zależne są od ludzkich pragnień powoduje, że do odbiorców docierają tylko pozbawione prawdy „FAKTY” ubarwione fantazjami i przekłamaniami, które ustanawiają granicę jednostkowego doświadczenia kontrolując PRAWDZIWE pragnienia jednostek skierowane na doświadczenia życia w pełni, które (to wyczuwają nawet spece od preparowania telewizyjnych wiadomości po każdym większym upaleniu! :P) jest symbolizowane przez odwieczną moc świętych roślin tj. grzyby psylocybowe, konopie indyjskie, bieluń dziędzierzawa, peyotl, ayahuasca, powój, muchomor czerwony, które mają magiczną moc przekształcania ludzkiego doświadczenia ukazując mu mityczną Drugą Stronę Lustra.

* * * * *

Fachowcami w społecznościach plemiennych, którzy zajmowali się dogłębnym badaniem efektów wywoływanych przez święte rośliny, byli od dawien dawna szamani. Na obszarach, gdzie występowały i występują rośliny enteogenne, czyli prawie na całym globie, szamani badani przez antropologów zawsze doskonale zdawali sobie sprawę z mocy tych środków i posiadali ogromną wiedzę na temat sposobów ich wykorzystywania, ZAWSZE traktując przyjmowanie środka jako potężny element pozwalający przełamać im Granicę Lustra i przejść na drugą stronę w celu dokonania czynności magicznych tj. leczenie, przepowiadanie przyszłości, zabijanie wrogów, sprowadzanie zwierzyny, wywoływanie deszczu. Spożywanie naturalnych narkotyków zawsze miało tam ściśle magiczny charakter, dzięki któremu zachowywał się także wewnętrzny charakter danej kultury.

Wielu antropologów długo nie zdawało sobie sprawy z tego, jak ważny jest w społecznościach pierwotnych ceremonialny enteogenizm, aż do odkryć Gordona Wassona i wspomnianego już Michaela Harnera, którzy zaczęli ujawniać inny wymiar doświadczenia jednostki żyjącej w strukturze pierwotnej. Zaczęli sobie oni zdawać sprawę z tego, że wielokrotnie spożywanie świętych roślin lub ich przetworów jest osią plemiennego sposobu widzenia świata. Niestety, wobec akademickiego aparatu zorganizowanego najczęściej na zachowywanie osiągnięć, niż ich rozwijanie, takie alternatywne podejście było najczęściej deprecjonowane lub wręcz wyśmiewane i kompromitowane pod pozorem „niezgodności wyników badań z obiektywną rzeczywistością” (vide Carlos Castaneda).

Dodatkową przeszkodą była prawie całkowita delegalizacja tych środków, tak więc rozwijanie badań nad nimi było niezwykle utrudnione. Nic więc dziwnego, że na początku lat 60′, kiedy w U.S.A. „odkryto” nowy środek enteogenny, wyizolowany przez Alberta Hoffmana w 1946, znany jako LSD, tłum psychologów i antropologów rzucił się wygłodniały na tą szansę przebicia się przez mur nieznanych obszarów ludzkiego doświadczenia, szczególnie że pierwsze próby wojskowe z jego użyciem okazały się bardzo obiecujące (mimo, iż jako środek bojowy dla wojska, LSD okazało się całkowicie nieprzydatne ze względu na działania niepożądane).

Do boju ruszyły dzisiejsze legendy kontrkultury, które po spróbowaniu tego środka uznały go za „rewolucyjny potencjał życia codziennego”, żeby sparafrazować słynne hasło sytuacjonistów. Timothy Leary wraz ze swoim kolegą Richardem Alpertem eksperymentował z LSD-25, z ochotnikami na Harvardzie, z powodu których został usunięty z uniwersytetu, kiedy jeden nakwaszony maksymalnie koleś zaczął latać po korytarzu krzycząc, że jest Bogiem – zdarza się, sami wiecie), a Ken Kesey studiujący wtedy na Stanford University poddał się w tym samym czasie eksperymentom rządowym z użyciem LSD i psylocybiny prowadzonym w Psychiatrycznym Szpitalu Stanowym, gdzie później podjął pracę, na kwasie obserwując jego codzienne życie, co zaowocowało „Lotem nad kukułczym gniazdem”, który w całości napisany jest na LSD-25, z momentem który powstał po spożyciu peyotlu (szukajcie, a znajdziecie).

Nie zapominajmy także o twórcy praktycznej gałęzi psychologii transpersonalnej – Stanislavie Grofie, który wyemigrowawszy z Czech osiedlił się w Maryland, gdzie w Centrum Psychiatrycznym prowadził min. badania nad LSD-25, LSD-6, psylocybiną, ecstasy, ketaminą tworząc nowatorskie do dzisiaj podejście do zagadnień psychiatrycznych, które okazało się niezwykle skuteczne w porównaniu z old skulowymi terapiami przynosząc ponad 90% wyzdrowień w przewlekłych depresjach, maniach i schizofreniach różnego rodzaju.

Niestety, NARKOTYKI SĄ ZŁE i kiedy je w końcu w Stanach zdelegalizowano doktor Grof musiał w końcu porzucić swoje niepoprawne politycznie doświadczenia z halucynogenami w terapii chorób psychicznych by przejść na metodę wyrastającą wprost z tych doświadczeń, ale przy której nie używa się ZŁYCH NARKOTYKÓW, zwaną oddychaniem holotropowym, również bardzo efektywną choć już nie tak skuteczną (potwierdzą to wszyscy, którzy i kwasili i brali udział w sesji oddychania holotropowego). Ale nie ważcie się wyprowadzić z tego eseju wniosku, iż narkotyki w dobrych rękach nie szkodzą, bo traficie w ręce samego Szatana!!!

Dzięki wyżej wymienionym ludziom mnóstwo wiary na całym świecie dowiedziało się o istnieniu halucynogenów i nieźle zabawiło się przez całe lata 60′, by potem smętnie opuścić głowę i poszerzyć w większości szeregi klasy średniej tudzież dać się kupić różnym agencjom wywiadowczym lub założyć sklepik ezoteryczny… lecz na szczęście nie wszyscy. Psychedeliczny bunt przeciwko rozpychaniu się rozumu instytucjonalnego trwał nadal schodząc do podziemia.

* * * * *

W latach 70′ na łonie powstającej właśnie w Anglii nowej formacji subkulturowej zwanej potocznie „ruchem industrialnym” idee psychedelicznej rewolucji ludzkiego postrzegania świata nabrały nowego wymiaru. Widać to szczególnie w obszarze działań Świątyni Psychicznej Młodzieży – międzynarodowej organizacji ezoterrorystycznej założonej przez filozofa, maga i artystę – Genesisa P-Orridge’a. Organizacja ta stawiała sobie za cel wyprzęgnięcie sił witalnych jednostki ze zorientowanego na spektakl zaspokojenia, systemu dystrybucji informacji i sposobu życia.

Grupa ta przejęła dużo ze sposobów rozluźniania więzów „rzeczywistości” wypracowanych przez psychobojowników poprzedniej dekady, szczególnie jeśli chodzi o wykorzystywanie rytuałów, stanów transowych oraz oczywiście środków zmieniających świadomość. Wystarczy dodać, że nieoficjalny lider Świątyni – Genesis P-Orridge korespondował z Timothym Learym, a po przegraniu sfingowanego procesie o rozpowszechnianie pornografii z elementami pedofilii, kiedy został wygnany z Wysp Brytyjskich wyemigrował do U.S.A., gdzie natychmiast się z nim spotkał, a ten szybko użyczył mu swoich ruchomych i nieruchomych dóbr, jak własnych.

W manifeście Świątyni, tzw. „Szarej Książeczce”, czytamy co następuje: „Nadchodzi Nowa Era Magicznej interpretacji Świata i ekscytacji połączonej z jego nadejściem. Interpretacji w terminach Woli i Wyobraźni wypełnionej przez kontakt z intuicją i instynktem.” Magia jak już się pewnie domyślacie polega głównie na ZMIANIE świadomości.

Łatwo jest w działaniach i deklaracjach Świątyni dopatrzeć się odwołań do genialnych magów XX w. tj. Aleister Crowley czy Austin Osman Spare, z których szczególnie pierwszy wychwalał zbawczy wpływ środków zmieniających świadomość na psychikę pogrążoną przez represywną kulturę w transie alienacji nie pozwalającą dostrzec jej „prawdziwych pragnień” tworzących podstawę intencji życia i zmiany świata. Napisał on także słynny „Traktat o haszyszu”, który co prawda kiepski stylistycznie, jeśli porównać go z kultowymi lekturami późniejszej kontrkultury wyprzedził je jednak o wiele lat.

Crowley jednak nie pozostawał w domenie Labiryntu i dostrzegał zgubny wpływ narkotyków stymulujących centralny układ nerwowy tj. kokaina czy nikotyna, na cywilizację Zachodu, słusznie wiążąc ich spożycie z dziwnym sprzężeniem zwrotnym, jakiemu się ona poddała, a które operowało zawsze w kierunku skracania czasu przyjemności i wydłużania czasu pracy. Tak więc stymulanty stawały się wg. niego tolerowanym po cichu przez system sposobem zwiększania wydajności pracy, a jednocześnie były ogłupiaczem świadomości, która wpadając w tą pętlę coraz bardziej pogrążała się w sefirze Malkuth, odpowiadającej za przywiązanie do materii, tracąc wszystkie horyzonty duchowe. Odmiennie od nich, halucynogeny stawały się wyzwalaczem świadomości z klatki trzech wymiarów.

Te poglądy (oczywiście bez pochwały narkotyków!) w europejskiej filozofii rozwinęła po II Wojnie Światowej tzw. Szkoła Frankfurcka, a której przewodziła Wielka Trójka: Herbert Marcuse, Theodor Adorno i Max Horkheimer. Najpopularniejsze dzieło, które wyszło z tej szkoły, napisane przez Adorno i Horkheimera, nosi nazwę „Dialektyka Oświecenia”. Szkoła ta była bezpośrednio związana z ruchem Nowej Lewicy lat 60′, a tu warto byłoby dodać, że asystentką profesora Marcusego była wtedy Angela Davies – jedna z osób, które urosły do rangi symboli tamtych lat, bez ogródek wychwalająca środki zmieniające świadomość i wyzwolenie seksualne. Wróciliśmy w ten sposób do punktu wyjścia…

* * * * *

Jak więc widzimy używanie środków enteogennych nie było represjonowane w kulturach pierwotnych, gdzie były traktowane jako oczywisty sakrament pozwalający ogarnąć rzeczywistość, w której żyła jednostka wraz ze swoim plemieniem. I nie było ono także represjonowane w kulturze Zachodu, aż do nadejścia ery panowania kapitalizmu, systemu społeczno-ekonomicznego będącego w prostej linii konstruktem wyobrażeniowym skrajnego skrzydła protestantyzmu, który ustawił jednostkę w opozycji wobec społeczeństwa, a spełnienie w opozycji do pracy.

Narkotyki musiały zatem nieuchronnie wejść w kolizję z nowym porządkiem stając się mitycznym obcym uosabiającym wszystko to, co nowo narodzona cywilizacja chciała wyprzeć na margines życia społecznego, aby nie mogło to zagrozić jej porządkowi. Jednak podziemne prądy drążyły przez ten czas swoje własne tunele nie zamierzając się poddawać usprawiedliwionemu przez boga niewolnictwu. Skrajność zawsze ma tendencję do wytwarzania swojego własnego przeciwieństwa. Nic więc zatem dziwnego, że najbardziej płodna pod względem artystycznym kontrkulturowa bohema, która otrzymała miano Beat Generation, narodziła się na Nowym Lądzie i że… używała sporo dragów).

Najbardziej chyba znaczącym pod tym względem spośród całej gromadki bitników był osobnik o godności William S. Burroughs. Głównie z tego powodu wyrzutek z kanonów „dobrej literatury” XX w. Dla znawców prawdziwy geniusz operujący wielopoziomowym językiem i piszący o rzeczywistości w nie dający się podrobić sposób, ani nie realista, ani nie surrealista – można powiedzieć transrealista.

W swojej najbardziej znanej powieści pt. Nagi lunch, opisuje on swoje życie z narkotykami – WSZYSTKIMI NARKOTYKAMI, tworząc raz surrealistyczną, raz niemal turpistyczną, ale przede wszystkim niemal nirwanistyczną narrację nie podlegającą regułom trzech wymiarów zabierającą czytelników w najmroczniejsze odmęty ludzkiej wyobraźni i prawdziwych przeżyć (choć w zasadzie trudno je od siebie wyodrębnić). Clue jest jednak jedno, jak sam kiedyś powiedział: „Dotykanie granic ludzkiego doświadczenia sprawia, że jednostka styka się z pewnymi fundamentalnymi prawdami.”

Te prawdy zaś pozostają uniwersalne na wszystkich poziomach, są to bowiem najcenniejsze rzeczy, o jakie może się otrzeć w życiu człowiek. Narkotyki sprawiają, że człowiek staje się lepszy i pomagają spojrzeć na życie z większym dystansem, tym samym dają mądrość o sobie i o świecie. W świecie wyobrażeń pierwotnych narkotyki tj. grzyby psylocybowe (używane przez Mayów, Mazateków, Miksteków), peyotl (używany przez Huicholi), muchomory czerwone (używane przez Tunguzów, Samojedów i Ostiaków), konopie indyjskie (używane przez Hindusów, dawnych Persów i Scytów), ayahuasca (używana przez Jivaro, Konibo, Xinghu) i wiele innych były duchowymi nauczycielami ludzkości dostarczając wiedzę na temat środowiska naturalnego, kosmosu, jak i relacji społecznych.

Dziś kiedy, jak mawiał Marshall McLuhan, arcykapłan mediów: „Elektryczne sieci wprowadzają ludzkość w nową erę plemienną dając głębokie uczucie współuczestnictwa.”, środki enteogenne stają się sprzymierzeńcami ludzi w surfowaniu na fali płynnego chaosu, która nie ma już dłużej wiele wspólnego ze społeczeństwem panoptycznego nadzoru, ale jest rzeczywistością wszechstronnych poszukiwań, co widać nie tylko w nauce, ale także w życiu ulicy. Siły reakcji jednak nie chcą dopuścić do tej ustrojowej, globalnej transformacji dbając tylko o jej jednostronne korzyści nie mające wiele wspólnego z wyzwoleniem człowieka.

Jeżeli ta tendencja będzie postępowała, będziemy musieli jej wypowiedzieć wojnę, w której wszystkie środki będą dozwolone – choć mimo tego wciąż mam nadzieję na rozwiązanie pokojowe – a wtedy jako neohaszaszyni odwrócimy to niekorzystne rozdanie ku większemu zrozumieniu człowieka przez samego siebie. Tripiarze, kwasowi artyści, marihuanowi rewolucjoniści, anty-antropologowie, psycholodzy transpersonalni, anty-psychiatryści i magowie chaosu ŁĄCZCIE SIĘ w walce o wyzwolenie człowieka z jarzma systemu wysublimowanej represji! Spotkamy się w Oku Piramidy!

Conradino Beb – Oficjalny Papież Kościoła Wszechogarniającego Tripu, nr serii: 2393666.7744

Środki psychedeliczne i doświadczenie religijne

Przyjmij ten dar…

Doświadczenia będące skutkami użycia środków psychedelicznych są często opisywane w kategoriach religijnych. Znajdują się one zatem w kręgu zainteresowania ludzi takich ja, którzy zgodnie z tradycją Williama Jamesa,1 są skupieni na psychologii religii. Dłużej niż 30 lat studiuję przyczyny, konsekwencje i warunki tych szczególnych stanów świadomości, w których jednostka odkrywa samą siebie jako będącą jednym, ciągłym procesem z Bogiem, ze Wszechświatem, z Przyczyną Istnienia czy z czymś dla czego może ona użyć innej nazwy ze względu na kulturowe uwarunkowania czy osobiste preferencje, ale odnoszącym się do ostatecznej i wiecznej rzeczywistości. Nie posiadamy satysfakcjonującej i rozstrzygającej nazwy dla tego rodzaju doświadczeń.

Terminy tj. „doświadczenie religijne”, „doświadczenie mistyczne”, „świadomość kosmiczna” są wszystkie zbyt mgliste i ogólne do denotacji tego specyficznego stanu świadomości, który dla rozumiejących go jest tak samo rzeczywisty i przytłaczający jak zakochanie się. Ten artykuł opisuje takie stany świadomości indukowane przez środki psychedeliczne, mimo tego że są one pozornie nieodróżnialne od zachodzących samoistnie doświadczeń mistycznych. Artykuł ten omawia także zarzuty wobec stosowania środków psychedelicznych, które wyrastają głównie z opozycji pomiędzy wartościami mistycznymi, a tradycyjnymi wartościami religijnymi i świeckimi społeczeństwa Zachodu.

Doświadczenie psychedeliczne

Idea doświadczenia mistycznego będącego skutkiem użycia dragu2 nie jest z łatwością akceptowana w społeczeństwach Zachodu. Kultura zachodnia posiada historycznie udokumentowaną, szczególną fascynację wartością i cnotą człowieka jako jednostki, samo określającego się, odpowiedzialnego ego, kontrolującego siebie i swój świat poprzez siłę świadomego wysiłku i woli. W tych okolicznościach nic nie może być bardziej odrażającego dla tej tradycji, niż poczucie duchowego czy psychologicznego wzrostu poprzez użycie dragów. Osoba „odurzona” (drugged3) niejako z definicji posiada przyćmioną świadomość, jest otumaniona i pozbawiona woli. Ale nie wszystkie środki psychotropowe (zmieniające świadomość) są narkotykami i środkami usypiającymi, tak jak alkohol, opiaty i barbiturany.

Efekty tych środków zwanych obecnie psychedelicznymi (manifestującymi umysł4) różnią się od skutków powodowanych przez alkohol, tak jak śmiech różni się od gniewu lub zachwyt od depresji. Doprawdy, nie ma analogii pomiędzy ‚odlotem’ na LSD i ‚zalaniem się’ bourbonem. To prawda, nikt w jednym czy drugim stanie nie powinien prowadzić samochodu, ale nie powinien tego także robić czytając książkę, grając na skrzypcach czy uprawiając miłość. Pewne, twórcze czynności i stany umysłu wymagają koncentracji i poświęcenia, które są po prostu niekompatybilne z pilotowaniem silnika ocierającego się o śmierć, pędzącego wzdłuż autostrady.

Sam osobiście eksperymentowałem z pięcioma głównymi środkami psychedelicznymi: LSD-25, meskaliną, psylocybiną, dymetylotryptaminą (DMT) i konopiami. Zrobiłem tak, jak William James próbował podtlenku azotu (gazu rozweselającego), aby sprawdzić czy mogą mi one pomóc w identyfikacji tego co można nazwać ‚zasadniczymi’ czy ‚aktywnymi’ składnikami doświadczenia mistycznego. Albowiem prawie cała klasyczna literatura na temat mistycyzmu jest niejasna, nie tylko w opisywaniu doświadczenia, ale także w ukazywaniu racjonalnych powiązań pomiędzy samym doświadczeniem i różnymi tradycyjnymi metodami rekomendowanymi do jego indukowania-przyspieszania: koncentracją, ćwiczeniami oddechowymi, modlitwami, inkantacjami i tańcami.

Tradycyjny mistrz ZEN czy Jogi zapytany o to dlaczego takie-a-takie praktyki prowadzą czy predysponują jednostkę do doświadczenia mistycznego, zawsze odpowiada: W ten sposób mój nauczyciel mi to przekazał. W ten sposób się dowiedziałem. Jeśli naprawdę jesteś zainteresowany, spróbuj sam. Taka odpowiedź raczej nie usatysfakcjonuje impertynenta, naukowo usposobionego i intelektualnie ciekawego człowieka Zachodu. Przypomina mu to archaiczny, medyczny przepis mówiący o zmieszaniu pięciu salamander, sproszkowanego sznura wisielczego, trzech ugotowanych nietoperzy, szczypty fosforu, trzech pędów lulka czarnego i kupki smoczego kału zrobionego kiedy księżyc był w Rybach. Być może to działało, ale który składnik był najważniejszy?

Uderzyło mnie zatem to, że jeśli jakiś ze środków psychedelicznych faktycznie byłby w stanie przysposobić moją świadomość do doświadczenia mistycznego, mógłbym go użyć jako instrumentu do studiowania i opisywania tego doświadczenia, tak jak używa się mikroskopu w bakteriologii, nawet pomimo tego że mikroskop jest ‚sztucznym’ i ‚nienaturalnym’ przyrządem, o którym można powiedzieć, że ‚rozprasza’ wizję gołego oka.

Pomimo tego, kiedy po raz pierwszy zostałem zaproszony aby przetestować mistyczne właściwości LSD-25 przez dr Keitha Ditmana z Kliniki Neuropsychiatrycznej przy Szkole Medycznej UCLA (Uniwersytet Kalifornijski w Los Angeles), nie byłem skłonny wierzyć w to, że jakikolwiek zwykły środek chemiczny może spowodować pierwotne doświadczenie mistyczne. Co najwyżej, może on przynieść stan analogiczny wobec pływania za pomocą pływaków. W rzeczy samej. Mój pierwszy eksperyment z LSD-25 nie był mistyczny. Był on niezwykle interesujący estetycznie i intelektualnie, co w bardzo wysokim stopniu zakwestionowało moje moce analizy i ostrożnego opisu.

Kilka miesięcy później, w 1959, spróbowałem LSD-25 ponownie razem z doktorami Sterlingiem Bunnellem i Michaelem Agronem, którzy byli wtedy związani z Kliniką Langley-Porter w San Francisco. W trakcie dwóch eksperymentów zdumiałem się i w jakimś sensie zawstydziłem przechodząc sam przez stany świadomości, które korespondowały dokładnie z każdym opisem wielkich doświadczeń mistycznych, o których kiedykolwiek czytałem.5 Dodatkowo, przewyższyły one zarówno w głębi i dziwnej wartości związanej z zaskoczeniem trzy ‚naturalne i spontaniczne’ doświadczenia tego rodzaju, które przydarzyły mi się w latach poprzednich.

Poprzez późniejsze eksperymenty z LSD-25 i innymi środkami wymienionymi wyżej (z wyjątkiem DMT, które jest dla mnie zabawne, ale względnie nie interesujące), zauważyłem że bez trudu mogę wchodzić w stan ‚kosmicznej świadomości’ i we właściwym czasie stałem się coraz mniej zależny od samych środków chemicznych potrzebnych mi aby ‚dostroić się’ do charakterystycznej długości fali tego doświadczenia. Z pięciu testowanych środków psychedelicznych, zauważyłem że LSD-25 i konopie najlepiej służą moim celom. Z tych dwóch, ten drugi – konopie – których musiałem próbować za granicą, w krajach gdzie jest to legalne (sic! – przyp. tłum.), sprawdziły się najlepiej. Nie wywołują one dziwnych zmian w percepcji sensorycznej, a badania medyczne wskazują, że nie mogą one, zważcie że w znacznej większości przypadków, mieć groźnych efektów ubocznych LSD.6

Dla celów tego studium, w opisach moich doświadczeń ze środkami psychedelicznymi unikam trafiających się, incydentalnych i dziwnych zmian w percepcji zmysłowej, które mogą być przez nie wywoływane. Jestem raczej zainteresowany fundamentalnymi zmianami normalnej, społecznie uwarunkowanej świadomości własnego istnienia oraz jej związków ze światem zewnętrznym. Staram się raczej naszkicować podstawowe zasady świadomości psychedelicznej. Muszę jednak dodać, że mogę mówić jedynie za siebie. Wartość tych doświadczeń zależy w znacznym stopniu od orientacji i postawy życiowej danej jednostki, mimo że obszerna literatura zajmująca się tym tematem, wydawana dziś, w znacznej mierze odzwierciedla moje własne przeżycia.

Moje doświadczenia ze środkami psychedelicznymi prawie niezmiennie posiadały cztery dominujące cechy. Spróbuję je wyjaśnić – spodziewając się, że czytelnik powie, przynajmniej w przypadku drugiej czy trzeciej: ‚Czemu, to oczywiste!’ Nikt nie potrzebuje dragu żeby to zobaczyć.’ Właściwie tak, ale każdy wgląd posiada stopnie intensywności. Może być jakiś oczywisty stopień 1. i stopień 2., ale ten drugi pojawia się z trzeszczącą klarownością manifestując swoje implikacje w każdej sferze i w każdym wymiarze naszego istnienia.

Pierwszą cechą jest spowolnienie czasu, koncentracja na teraźniejszości. Nasz normalny, przymusowy stosunek do przyszłości rozmywa się i jednostka staje się niezwykle świadoma znaczenia i ważności tego, co dzieje się w tym momencie. Inni ludzie, zajmujący się swoimi sprawami na ulicach, wydają się być kompletnie stuknięci, nie zdając sobie sprawy z tego, że całym celem życia jest być w pełni go świadomym kiedy się wydarza. Człowiek zatem relaksuje się prawie bez reszty studiując kolory w szklance wody czy słuchając wyłaniających się właśnie teraz, wysoce zestrojonych wibracji każdej nuty wygrywanej na oboju czy wyśpiewywanej.

Z pragmatycznego punktu oparcia, na którym wspiera się nasza kultura, takie podejście jest bardzo niedobre dla interesów. Może ono prowadzić do nieopatrzności, braku umiejętności przewidywania, zmniejszonej sprzedaży ubezpieczeń na życie i zarzucenia składania oszczędności w bankach. Jest to zatem właśnie taka korekta, jakiej nasza kultura potrzebuje. Nikt nie jest beznadziejniej niepraktyczny niż urzędnik, „który odniósł sukces” i spędza całe swoje życie zaabsorbowany szaloną, papierkową robotą celem pójścia na emeryturę w wieku 65 lat kiedy już na wszystko będzie za późno.

Tylko ci, którzy całkowicie nauczyli się sztuki życia w teraźniejszości mają użytek z robienia planów na przyszłość, ponieważ kiedy ich plany dojrzeją będą zdolni cieszyć się rezultatami. „Jutro nie przychodzi nigdy”. Nigdy jeszcze nie słyszałem kaznodziei nalegającego swoje zgromadzenie aby praktykowało tą część Kazania na Górze, którą otwiera zdanie: ‚Nie troszczcie się o jutro…’ Prawda jest taka, że ludzie żyjący przyszłością mają, jak mówimy o szaleńcach, ‚nie całkiem tam równo’ – lub tu: poprzez naduważność ciągle tracą punkt wyjścia. Przewidywalność można kupić za cenę niepokoju, a kiedy jej się nadużywa, to traci ona wtedy wszystkie swoje zalety.

Drugą cechę nazwę świadomością biegunowości. Jest to bezpośrednie urzeczywistnienie sobie, że stany rzeczy lub nawet wydarzenia, które zwykle uznajemy za opozycyjne są wzajemnie od siebie zależne, jak tył i przód czy bieguny magnesu. Dzięki świadomości biegunowości widzi się, że rzeczy które są zewnętrznie zróżnicowane są wewnętrznie jednolite: ja i inne, podmiot i przedmiot, lewe i prawe, męskie i żeńskie – a dalej trochę bardziej zdumiewająco: bryła i przestrzeń, postać i otoczenie, dźwięki i interwał, święci i grzesznicy, policjanci i kryminaliści, zebrania i rozchodzenie się. Wszystko to jest definiowalne jedynie w terminach innego i tworzy się jedynie transakcyjnie, jak kupowanie i sprzedawanie, ponieważ nie ma sprzedaży bez kupna i kupna bez sprzedaży. Kiedy ta świadomość staje się bardzo intensywna, czujesz że ty sam polaryzujesz się z zewnętrznym wszechświatem w taki sposób, że implikujecie się wzajemnie. Twoje naciskanie jest jego popuszczaniem, a jego popuszczanie jest twoim naciskaniem – tak jakbyś kręcił kierownicą. Naciskasz ją czy popuszczasz?

Po pierwsze, jest to bardzo dziwne wrażenie, tak jakby słyszeć swój własny głos puszczany ci do tyłu przez system elektroniczny zaraz po tym jak coś się powiedziało.7 Stajesz się zaskoczony i czekasz aż się to powtórzy! Podobnie czujesz, że jesteś czymś tworzonym przez wszechświat oraz, że wszechświat jest również czymś tworzonym przez ciebie, co jest prawdą przynajmniej w sensie neurologicznym, jako że charakterystyczna struktura naszych mózgów tłumaczy słońce na światło, a wibracje powietrza na dźwięk. Nasze zwykłe poczucie związku z zewnętrznym światem jest takie, że czasem to ja naciskam, a czasem to ja jestem naciskany.

Ale jeśli dwa są właściwie jednym, to gdzie zaczyna się działanie i gdzie spoczywa odpowiedzialność? Jeśli to wszechświat tworzy mnie, jak mogę być pewna, że za dwie minuty wciąż będę pamiętać język angielski? Jeśli to robię, jak mogę być pewna, że za dwie minuty mój mózg będzie wiedzieć jak zamienić słońce na światło? Z takich niezwykłych przeżyć jak te, doświadczenie psychedeliczne może zamienić się w niepewność, paranoję i zgrozę – mimo że jednostka odczuwa swój związek ze światem dokładnie tak jakby był opisywany przez biologa, ekologa czy fizyka, ponieważ odczuwa siebie jako zjednoczone pole własnego organizmu i środowiska.

Trzecią cechą wyrastającą z drugiej jest świadomość względności. Widzę, że jestem częścią nieskończonej hierarchii procesów i bytów sięgającej od molekuł poprzez bakterie i insekty aż do istot ludzkich i być może aniołów i bogów – hierarchii, w której każdy poziom okazuje się być w efekcie tą samą sytuacją. Na przykład biedak martwi się o pieniądze, podczas gdy bogacz martwi się o zdrowie: zmartwienie jest to samo, ale różnica leży w jego treści czy też wymiarze. Uświadamiam sobie, że muchy owocówki muszą myśleć o sobie jak o ludziach, ponieważ tak jak my umieszczają się w centrum swojego własnego świata – z niezmiernie większymi rzeczami ponad i niższymi poniżej. Dla nas wyglądają wszystkie podobnie i wydają się nie mieć osobowości – tak jak Chińczycy, jeśli pośród nich nie żyjemy. Tak więc muszki owocówki muszą czynić tyle samo subtelnych rozróżnień pomiędzy sobą, jak my pośród nas.

Od tego dzieli nas już tylko mały krok do uświadomienia sobie, że wszystkie formy życia i bycia są po prostu wariacjami na jeden temat: faktycznie jesteśmy wszyscy jedną istotą robiącą tą samą rzecz na tak wiele różnych sposobów jak to tylko możliwe. Jak mówi francuskie przysłowie: plus ca change, plus c’est la meme chosé (dosł. ‚im bardziej się różni, tym bardziej pozostaje takie samo’). Dalej spostrzegam, że uczucie strachu przed nieuchronnością śmierci jest właściwie takim samym doświadczeniem jak poczucie, że jest się w pełni żywym i że kiedy wszystkie istoty odczuwają wszędzie to samo, są wszystkie tak samo ‚mną’, jak ja sam.

Poza tym poczucie ‚ja’ aby w ogóle mogło zaistnieć, musi zawsze być wrażeniem odnoszącym się do ‚innego’ – do czegoś poza jego kontrolą i doświadczeniem. Aby być w ogóle, musi ono zacząć się i zakończyć. Ale intelektualny skok, który w tym miejscu robi doświadczenie psychedeliczne, to możliwość dostrzeżenia, że te wszystkie miriady ja-centrów są tobą – nie twoim osobistym i niezwykle świadomym ego, ale tym co Hindusi nazywają paramatmanem, Jaźnią Wszystkich Jaźni.8 Kiedy siatkówka oka pozwala nam obserwować niezliczone tętna energii jako jedno światło, wtedy mistyczne doświadczenie ukazuje nam niezliczone jednostki jako niepodzielną Jaźń.

Czwartą cechą jest świadomość nieskończonej energii, często w formie intensywnego, białego światła, które wydaje się zarówno strumieniem w twoich neuronach i mistycznym e, które równa się mc2. To może brzmieć jak megalomania lub złudzenie wielkości – ale widzi się całkiem wyraźnie, że cała egzystencja jest jedną energią i że ta energia jest naszym własnym byciem. Oczywiście pozostaje śmierć tak samo jak i życie, ponieważ energia jest tętnem i tak jak fale musi mieć zarówno grzbiet, jak i dolinę, doświadczenie bycia musi trwać i być przerywane. Zatem w zasadzie nie ma nic czego można by się obawiać, ponieważ sam jesteś tą wieczną energią wszechświata grającą w chowanego (pojawiam-się-i-znikam) z sobą samym.

Na szczycie jesteś Okiem Boga, ponieważ Bogiem jest wszystko co jest. Cytując Izajasza tylko trochę poza kontekstem: ‚Jam jest Pan, poza mną nie ma nic innego. Ja tworzę światło i ciemność: Ja czynię pokój i tworzę zło. Ja, Pan czynię to wszystko.’9 To jest sens fundamentalnej doktryny Hinduizmu, Tat tram asi – ‚TO (np. ‚ta subtelna Istota, z której skomponowany jest cały wszechświat’) jesteś ty.’10

Klasycznym przypadkiem takiego doświadczenia z Zachodu jest urywek ze Wspomnień Tennysona: Od dzieciństwa popadałem, od czasu do czasu, w rodzaj transu na jawie, kiedy tylko byłem całkiem sam. Generalnie napadał on na mnie poprzez powtarzanie do siebie własnego imienia dwa lub trzy razy w cichy sposób, aż kiedyś na raz, jakby z intensywności skupienia na indywidualności, indywidualność owa sama w sobie wydała się blaknąć i rozwiewać w bezgraniczną istotę i nie był to stan zmieszania, ale stan najczystszy z czystych, najpewniejszy z najpewniejszych, najdziwniejszy z najdziwniejszych, właściwie niemożliwy do wyrażenia, gdzie śmierć była prawie że możliwością śmieszną, stratą osobowości (jeśli tak by się stało) wydającą się nie być zagładą, ale jedynym prawdziwym życiem.11

Oczywiście, taka charakterystyka doświadczenia psychedelicznego, jak się o tym przekonałem, to pojedynczy stan świadomości – ale opisywałem tą samą rzecz z różnych punktów widzenia. Opis jest próbą przeniesienia rzeczywistości tego doświadczenia na papier, ale czyniąc tak sugeruje on także niektóre ze sprzeczności pomiędzy takim doświadczeniem, a obecnymi wartościami wyznawanymi przez społeczeństwo.

Opozycja wobec środków psychedelicznych

Opór wobec przyzwolenia na używanie środków psychedelicznych jest pochodną zarówno religijnych, jak i świeckich wartości. Trudność w opisywaniu doświadczeń psychedelicznych tradycyjnymi terminami religijnymi sugeruje jedną platformę opozycji. Człowiek Zachodu musi zapożyczać terminy takie jak samadhi czy moksha od Hindusów lub satori czy kensho od Japończyków aby opisać doświadczenie jedności ze wszechświatem. Nie mamy odpowiednich terminów, ponieważ nasza własna żydowska czy chrześcijańska teologia nie zaakceptuje idei, że wewnętrzna jaźń człowieka może być identyczna z Bogiem, nawet pomimo tego, że chrześcijanie mogą nalegać na to, że było to prawdą w unikalnym przypadku Jezusa Chrystusa.

Żydzi i Chrześcijanie myślą o Bogu w kategoriach politycznych i monarchistycznych, jako o najwyższym władcy wszechświata, ostatecznym szefie. Oczywiście tak samo społecznie nie do zaakceptowania i logicznie niedorzeczne dla danej jednostki jest to, że ona osobiście jest omnipotentnym i wszechwiedzącym władcą świata, któremu należy się odpowiednia cześć i chwała.

Takiego rodzaju imperialny i królewski pomysł na ostateczną prawdę nie jest jednak ani konieczny, ani uniwersalny. Hindusi i Chińczycy nie mają trudności z nadaniem tożsamości jaźni i Bogu. Dla większości Azjatów innych niż muzułmanie, Bóg porusza się i manifestuje światu w bardzo podobny sposób, w jaki krocionóg manipuluje setką nóg – spontanicznie, bez zastanowienia czy kalkulacji. Innymi słowy, postrzegają oni wszechświat przez analogię z organizmem różnym od mechanizmu. Nie postrzegają go jako artefaktu czy konstruktu pod świadomym kierunkiem nadawanym przez zwierzchniego inżyniera, technika czy architekta.

Jeśli jednak w kontekście chrześcijańskiej czy żydowskiej tradycji, jednostka deklaruje bycie jednością z Bogiem, musi być ona określona jako bluźniercza (wywrotowa) czy szalona. Takie mistyczne doświadczenie jest czystym ciosem zadanym tradycyjnym ideom religijnym. Tradycja judeo-chrześcijańska posiada monarchiczne wyobrażenie Boga, a monarchowie którzy rządzą dzięki sile nie boją się niczego oprócz niesubordynacji. Kościół z tego powodu był zawsze wysoce podejrzliwy wobec mistyków, ponieważ wydają się być oni nieposłuszni i rozgłaszać, że są równi lub gorzej, identyczni z Bogiem. Z tego powodu Jan Szkot Eriugena i Mistrz Eckhart zostali wyklęci jako heretycy.

Z tego powodu również Kwakrzy natknęli się na opozycję ze względu na swoją doktrynę Wewnętrznego Światła i odmowę zdejmowania kapeluszy w kościele i w sądzie. Kilku mistyków mogło mieć rację tak długo dopóki trzymali język za zębami, jak Św. Teresa z Avila i Św. Jan od Krzyża, którzy podtrzymywali, można powiedzieć, metafizyczny dystans szacunku pomiędzy sobą i ich niebieskim Królem. Nic jednak nie może być bardziej alarmujące dla hierarchii kościelnej, niż powszechne zainteresowanie mistycyzmem, ponieważ może to w naturalny sposób zaskutkować ustanowieniem demokracji w królestwie niebieskim – a taki alarm podzieliliby zarówno katolicy, Żydzi oraz fundamentaliści protestanccy.

Monarchistyczne wyobrażenie Boga ze swoim niesmakiem implicite dla religijnego nieposłuszeństwa ma o wiele silniejszy impet niż wielu chrześcijan chciałoby przyznać. Trony królewskie mają ściany tuż za nimi i wszyscy, którzy kłaniają im się na dworze muszą płaszczyć się lub klękać, bo jest to niewygodna pozycja do wyprowadzenia nagłego ataku. Chrześcijanie prawdopodobnie nigdy nie wpadli na to, że kiedy projektują kościół na wzór modelu królewskiego dworu (bazylika) i określają kościelny rytuał, implikują oni że Bóg, tak jak ludzki monarcha, lęka się. Wskazują na to również pochlebstwa w modlitwach: ‚O Panie nasz, któryś jest w niebie, wielki i potężny Królu królów, jedyny Władco książąt, który ze swojego tronu widzisz wszystkich zamieszkujących ziemię: najpokorniej błagamy cię byś był dla nas łaskaw w swej potędze… ‚12

Człowiek Zachodu twierdzący, że ma świadomość jedności z Bogiem lub wszechświatem staje w konflikcie z koncepcją religii swojego społeczeństwa. Jednak w większości kultur Azji człowiek taki zostanie uznany za znającego prawdziwą tajemnicę życia. Dotarł on dzięki szczęściu czy też dyscyplinie tj. medytacja jogiczna czy ZEN do stanu świadomości, w którym odkrywa bezpośrednio i jasno to, co nasi właśni naukowcy znają jako prawdę w teorii.

Ponieważ ekolog, biolog i fizyk wie (ale rzadko czuje), iż każdy organizm konstytuuje pojedynczy zespół zachowań czy procesów w obrębie swojego środowiska. Nie ma żadnej drogi odseparowania tego co dany organizm robi od tego co robi jego środowisko, z tego powodu ekolodzy mówią nie o organizmach w swoich środowiskach, ale o organizmach-środowiskach. A zatem słowa ‚Ja’ i ‚jaźń’ powinny właściwie znaczyć to co cały wszechświat czyni w danym ‚tu-i-teraz’, jak mówi John Doe.

Królewska koncepcja Boga nie czyni rozróżnienia pomiędzy jaźnią i Bogiem czy też jaźnią i wszechświatem, co jest niewyrażalne w terminach religijnych Zachodu. Różnica pomiędzy Wschodnimi i Zachodnimi koncepcjami człowieka i jego wszechświata rozciąga się jednak poza wyłącznie terminy religijne. Zachodni naukowiec może w racjonalny sposób odbierać ideę organizmu-środowiska, ale zwyczajnie nie czuje, że jest to prawda.

Został on zahipnotyzowany przez kulturowe i społeczne uwarunkowania aby doświadczać siebie jako ego – wyizolowane centrum świadomości i woli wewnątrz worka ze skóry konfrontujące się z zewnętrznym i obcym światem. Mówimy: ‚Przyszedłem na ten świat.’ Ale nie zrobiliśmy nic podobnego. Pojawiliśmy się na nim w taki sam sposób, w jaki owoc spada z drzewa. Nasza galaktyka, nasz kosmos, ‚zaludnia się’ w taki sam sposób, w jaki jabłoń ‚rodzi jabłka’.

Taka wizja wszechświata kłóci się z ideą monarchistycznego Boga, z koncepcją oddzielonego ego, a nawet ze świecką, ateistyczną/agnostyczną mentalnością, która wywodzi swój zdrowy rozsądek z mitologii XIX-wiecznego naukowca. Zgodnie z tym punktem widzenia wszechświat jest bezmyślnym mechanizmem, a człowiek rodzajem przypadkowego mikroorganizmu przepełniającego miniaturową, sferyczną skałę, która wiruje jako nieistotna gwiazda na zewnętrznych rubieżach jednej z wielu pomniejszych galaktyk.

Ta „umniejszająca” teoria człowieka jest niezwykle popularna pośród takich quasi naukowców jak socjologowie, psychologowie i psychiatrzy, z których większość wciąż myśli o świecie w kategoriach mechaniki Newtona i nigdy nie załapało idei Einsteina i Bohra, Oppenheimera i Schrodingera. W ten sposób, każdy pacjent który wykazuje choćby cień mistycznego doświadczenia religijnego, jest przez każdego zwykłego psychiatrę instytucjonalnego typu automatycznie diagnozowany jako obłąkany.

Z punktu widzenia religii mechanistycznej jest on heretykiem i aplikuje mu się elektrowstrząsy jako uwspółcześnioną wersję zaciskacza do palców i koła tortur. A okazjonalnie jest on także rodzajem quasi naukowca, który jako konsultant rządu i aparatu sądownictwa dyktuje oficjalne ustawy związane ze środkami psychedelicznymi.

Niezdolność do zaakceptowania mistycznego doświadczenia jest czymś więcej niż intelektualną pułapką. Brak świadomości podstawowej jedności organizmu i środowiska jest poważną i groźną halucynacją. Ponieważ w cywilizacji uzbrojonej w niezmierzoną moc technologiczną poczucie alienacji pomiędzy człowiekiem i naturą wiedzie do użytkowania technologii we wrogim duchu – do ‚podboju’ natury zamiast do inteligentnej z nią współpracy.

Skutkiem jest to, że erodujemy i niszczymy nasze środowisko rozprzestrzeniając Los Angelizację miast cywilizacji. Jest to główna groźba wisząca nad Zachodnią, technologiczną kulturą i żadna miara rozumności ani mrocznych przepowiedni nie wydaje się pomagać. My po prostu nie odpowiadamy na profetyczne i moralizatorskie techniki konwersacji, od których Żydzi i chrześcijanie byli zawsze zależni.

Ale ludzie mają przewrotne poczucie tego co jest dla nich ‚dobre’ nazywając to ‚nieświadomym leczeniem’, ‚instynktem przetrwania’, ‚dodatnim potencjałem wzrostu’ czy jakkolwiek wolicie. Pośród wykształconej młodzieży zaczyna się jednak zaskakujące i bezprecedensowe zainteresowanie transformacją ludzkiej świadomości. W całym Zachodnim świecie wydawcy sprzedają miliony książek traktujących o Jodze, Wedancie, Buddyzmie ZEN oraz chemicznym mistycyzmie środków psychedelicznych i sam zacząłem wierzyć, że całą subkultura ‚hippie’, jakkolwiek mylnie skierowana w niektórych ze swoich manifestacji, jest szczerym i odpowiedzialnym wysiłkiem młodych ludzi aby dokonać korekty samo niszczącego kierunku industrialnej cywilizacji.

Sens mistycznego doświadczenia jest zatem sprzeczny zarówno z religijnymi, jak i świeckimi koncepcjami tradycyjnej myśli Zachodu. Co więcej, mistyczne doświadczenie często skutkuje postawami, które wstrząsają autorytetem nie tylko ustanowionych kościołów, ale także świeckiego społeczeństwa. Nie bojący się śmierci i niezależni wobec światowych ambicji, ci którzy przeszli przez mistyczne doświadczenie są nieczuli na groźby i obietnice. Co jednak więcej, ich poczucie względności dobra i zła wznieca podejrzenie, że brakuje im zarówno świadomości, jak i poszanowania prawa. Używanie środków psychedelicznych w Stanach Zjednoczonych przez wykształconą burżuazję oznacza, że znacząca część populacji ma odmienne zdanie na temat tradycyjnych przyzwoleń i sankcji.

Teoretycznie, istnienie wewnątrz naszego świeckiego społeczeństwa grupy, która nie akceptuje konwencjonalnych wartości jest zgodne z naszą polityczną wizją. Ale jednym z największych problemów Stanów Zjednoczonych, prawnie i politycznie, jest to że nigdy tak naprawdę nie mieliśmy odwagi naszych przekonań. Republika została założona na niezwykle rozumnej regule, która mówi że ludzka wspólnota może żyć i prosperować jedynie na bazie wzajemnego zaufania.

Metafizycznie, Rewolucja Amerykańska była sprzeciwem wobec dogmatu Grzechu Pierworodnego, który jest poczuciem tego, że jeśli nie możesz ufać samemu sobie ani innym ludziom, to musi być jakiś Najwyższy Autorytet aby utrzymywać nas wszystkich w porządku. Dogmat został odrzucony, ponieważ jeśli prawdą jest, że nie możemy ufać samemu sobie ani innym, to wychodzi na to że nie możemy ufać również Najwyższemu Autorytetowi, który sami tworzymy i któremu jesteśmy posłuszni, oraz że sama idea naszej nieufności jest niewiarygodna.

Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych wierzą lub mają wierzyć w to, że republika jest najlepszą formą rządów. Ale wciąż narasta zamieszanie spowodowane próbą bycia republikaninem w polityce i monarchistą w religii. Jak republika może być najlepszą formą rządów jeśli wszechświat, niebo i piekło są monarchiami?13 A zatem, pomimo teorii rządu z umowy społecznej opartego na wzajemnym zaufaniu, obywatele Stanów Zjednoczonych utrzymują, z powodu autorytarnego zaplecza swojej religii lub też źródeł narodowych, w najwyższym stopniu naiwną wiarę w prawo jako jakiś rodzaj nadnaturalnej i paternalistycznej mocy. „Powinno być jakieś prawo przeciwko temu!”

Nasi egzekutorzy prawa są zatem niezdecydowani, powstrzymywani i zdezorientowani – że nie wspomnę o korupcji – dzięki wymaganiu aby wymuszali ekstrawaganckie prawa, często o kościelnym pochodzeniu, których znaczna liczba ludzi nie ma zamiaru przestrzegać, oraz które w każdym wypadku są niezwykle trudne lub po prostu niewykonalne do wyegzekwowania – na przykład zabranianie handlu międzynarodowego i międzystanowego czymś tak niewykrywalnym jak LSD-25.

W końcu, są dwa specyficzne obiekcje wobec używania dragów psychedelicznych. Po pierwsze, używanie tych dragów może być niebezpieczne. Jednak każde warte wysiłku odkrycie jest niebezpieczne – wspinaczka wysokogórska, oblatywanie samolotów, podróżowanie rakietą w kosmos, skoki na główkę czy też kolekcjonowanie botanicznych okazów w dżungli. Ale jeśli droga jest ci wiedza, a końcowy zachwyt nad odkryciem cenisz bardziej niż zwykłe trwanie w bezowocnym życiu, będziesz chciał podjąć ryzyko.

Nie jest zbyt zdrowe praktykowanie przez mnichów głodówek i było raczej mało higieniczne dla Jezusa dać się samemu ukrzyżować, ale jest pewne ryzyko wpisane w ścieżkę duchowych przygód. W dzisiejszych czasach żądna przygód młodzież podejmuje ryzyko odkrywania swojej psyche testując swoją odwagę na rzeczach, które w przeszłości były testowane – z większą przemocą – podczas polowania, pojedynków, wyścigów żylet (hot-rod racing) i grania w piłkę nożną. Czego potrzebują, to nie prohibicja i policja, ale najinteligentniejsze wsparcie i rady jakie można znaleźć.

Po drugie, użycie dragów może być krytykowane jako ucieczka od rzeczywistości. Jednak ten krytycyzm niesprawiedliwie podsumowuje doświadczenia mistyczne same w sobie jako eskapistyczne lub nierealne. LSD w szczególności nie jest żadnym sposobem na łatwą i bezbolesną ucieczkę od rzeczywistości. Wzięcie go może łatwo stać się doświadczeniem, które zmusi cię do przetestowania swojej duszy w starciu z diabłami z piekła rodem.

Osobiście, stawało się ono dla mnie czasem doświadczeniem, w którym nagle gubiłem się pośród korytarzy umysłu, a odnosząc to niezwykłe zagubienie do właściwego porządku logiki i języka, było ono zarazem bardzo szalone i bardzo trzeźwe. Ale poza tymi okazjonalnymi epizodami zagubienia i szaleństwa są doświadczenia świata jako systemu totalnej harmonii i chwały, a dyscyplina odnoszenia tych doświadczeń do porządku logiki i języka musi w jakiś sposób wyjaśniać w jaki sposób to co William Blake nazwał ‚energią, która jest wieczną rozkoszą’ może być zgodne z nędzą i cierpieniem codziennego życia.14

Niezaprzeczalna mistyczna i religijna intencja większości użytkowników środków psychedelicznych, nawet jeśli powinno się wykazać, że niektóre z tych substancji są nieszkodliwe dla zdrowia fizycznego, wymaga aby ich wolne i odpowiedzialne użycie było nie karalne prze żadne prawo w żadnej republice, która podtrzymuje konstytucyjny rozdział kościoła i państwa.15

Do stopnia, w którym doświadczenie mistyczne łączy się z tradycją prawdziwego, religijnego zaangażowania i do stopnia, w którym środki psychedeliczne indukują takie doświadczenie, używającym należy się konstytucyjna ochrona. Także do stopnia, w którym badania z psychologii religii mogą zrobić użytek z takich dragów, studenci ludzkiego umysłu muszą swobodnie ich używać.

Przy dzisiejszym prawie, ja jako doświadczony student psychologii religii nie mogę już dłużej prowadzić badań na tym polu. To barbarzyńska restrykcja nałożona na duchową i intelektualną wolność sugerująca, iż system prawny Stanów Zjednoczonych jest mimo wszystko w cichym sojuszu z monarchistyczną teorią wszechświata, a zatem będzie prześladował i zabroni religijnych idei i praktyk osadzonych na organicznej i zjednoczonej wizji wszechświata.16

Alan W. Watts

(tlum. Conradino Beb)

 

Przypisy:

1. zob. William James, The Varieties of Religious Experience, 1902.

2. W jęz. angielskim istnieje już w tej chwili bardzo wyraźne rozróżnienie pomiędzy słowami drug i narcotic. Słowo narcotic odnosi się do środków uspokajających, lokalnie i całkowicie znieczulających, które Watts wymienia dalej w tekście, natomiast słowo drug odnosi się do wszelkiego rodzaju używek i lekarstw, w związku z tym obejmuje także środki psychedeliczne, których skutki spożycia znacząco różnią się od wymienionych powyżej. Zdecydowałem się tutaj na używany już przez niektórych tłumaczy zabieg stylistyczny spolszczenia angielskiego słowa drug nadając mu miano „drag” – przyp. tłum.

3. Watts używa słowa drugged, które dosłownie znaczy po polsku „znarkotyzowany”, ale które lepiej można oddać poprzez słowo „odurzony”, aby uwydatnić znaczenie jakie w społecznej świadomości – trzeba dodać mylnie – nadaje się stanom wywoływanym przez środki psychedeliczne już poprzez znaczenie samego słowa, którego wydźwięk jest bardzo pejoratywny i niesie znaczenie zamazujące sens samego doświadczenia psychedelicznego. Słowo ‚odurzony’ jest w polskim dyskursie antynarkotykowym mocno już zakorzenione i jest tak samo słowem bardzo negatywnie obrazującym stan, o którym mowa w całym tekście i w związku z tym zdecydowałem się tu go użyć. – przyp. tłum.

4. Istnieje wiele rodzajów określeń na środki, które Watts określa mianem psychedelicznych, tj. środki psychotropowe, środki psychomimetyczne lub środki enteogenne. Każda z tych nazw posiada sobie tylko właściwe asocjacje i jest używana zależnie od osobistego bądź oficjalnego stanowiska osoby wygłaszającej sąd na ich temat. Słowo „psychedeliczny” zostało wprowadzone do dyskursu naukowego pod koniec lat ’50 przez psychiatrę Johna Humphreya Osmonda, a później spopularyzowane przez takie osobistości kontrkultury jak Aldous Huxley, Timothy Leary, Ken Kesey oraz sam autor powyższego eseju. Spopularyzowana w Polsce pisownia tego slowa jako „psychodeliczny” jest bledem gramatycznym tlumaczenia i semantycznie nie ma zadnego sensu. – przyp. tłum.

5. Doskonałą antologią takich doświadczeń jest książka R. Johnsona, Watcher on the Hills, 1959.

6. W rzeczy samej nigdy nie stwierdzono doświadczalnie żadnego fizycznego skutku ubocznego wywoływanego przez LSD – wciąż alkohol pozostaje narkotykiem o wiele bardziej niebezpiecznym. Jednak mity mówiące o samobójstwach, morderstwach, szaleństwach i innych niesamowitościach mających być udziałem przyjęcia kwasu wciąż zasnuwają wyobraźnię społeczną tak silnie, że często pojawia się pytanie czy paranoja tego rodzaju nie jest nakręcana odgórnie. Jednak w czasach pisania tego eseju (1968 r.) pewność badań była wciąż pod znakiem politycznej poprawności względem konserwatywnego establishmentu i w związku z tym wyniki badań były bądź utajniane, bądź zwyczajnie FAŁSZOWANE. To nadal jednak ma miejsce, gdyż nie zanosi się szybko na osiągnięcie przez jakikolwiek dyskurs naukowy charakteru obiektywnego ze względu na „odwieczne” uwikłanie nauki w politykę. – przyp. tłum.

7. Watts ma tu na myśli często występujący po zarzuceniu grzybów psylocybowych i LSD efekt zwany w środowisku psychedelicznym ‚odbiciem’ lub ‚pogłosem’, szeroko wykorzystywany we współczesnej muzyce o silnie zaznaczonych korzeniach transowych tj. psychedelic rock, reggae, dub, techno trance czy industrial. Pierwsze analogowe przetworniki dźwięku typu ‚kamera pogłosowa’ lub ‚delay’ pojawiły się właśnie w latach ’60 na fali zainteresowania udziałem technologii w powstawaniu muzyki. Watts ma tu najprawdopodobniej na myśli właśnie takie urządzenia pisząc o ‚systemie elektronicznym’. – przyp. tłum.

8. Z tego powodu Hinduizm traktuje wszechświat nie jako artefakt, ale jako ogromną dramę, w której Jeden Aktor (paramatman lub brahman) gra wszystkie role, które są jego (lub ‚jej’ – w oryginale ‚its’, ale w jęz. polskim nie występuje zaimek zwrotny rodzaju nijakiego – przyp. tłum.) maskami lub personami. Poczucie bycia jedynie tą szczególną jaźnią wg. Johna Doe byłoby totalnym pochłonięciem Aktora przez granie tej i innych ról. Dla pełniejszego zobrazowania zobacz S. Radhakrishnan, The Hindu View of Life, 1927; H. Zimmer, Philosophies of India, 1951, str. 355-463. Popularną wersję zawiera książka Alana Wattsa, The Book – On the Taboo Against Knowing Who You Are, 1966.

9. Izajasz 45:6, 7.

10. Chandogya Upaniszad 6.15.3.

11. Alfred Lord Tennyson, A Memoir by His Son, 1898, 320.

12. A Prayer For The King’s Majesty, Order for Morning Prayer, Book of Common Prayer, Church of England 1904.

13. A zatem, całkiem do niedawna wiara w Istotę Wyższą była ustawowym sprawdzianem sprzeciwu i odpowiedzialnego obowiązku pełnienia służby wojskowej. Implikacja była taka, że indywiduum sprzeciwiające się znajdowało się w sytuacji, w której było zmuszone do posłuszeństwa wyższej instancji niż Prezydent i Kongres. Analogia jest militarna i monarchistyczna i z tego powodu jednostki sprzeciwiające się, takie jak naturaliści i buddyści podtrzymujący organiczną teorię uniwersum mieli trudności w pozostawaniu w zgodzie ze swoim poglądem.

14. Jest to dyskutowane szerzej w Alan Watts, The Joyous Cosmology: Adventures in the Chemistry of Consciousness, 1962.

15. ‚Odpowiedzialne’ w tym sensie, że te substancje powinny być przyjmowane i pozostawać w gestii ich aprobaty wyłącznie przez dojrzałych ludzi. Użytkownik konopii w szczególności ma szczególne trudności w udowodnieniu swojej ‚niezaprzeczalnej mistycznej i religijnej intencji’ w sądzie. Popełniając tak krwawą i poważną zbrodnię jego szanse udowodnienia swojej niewinności skruchy są większe jeśli przyzna, że jego zachowanie cechuje powracający nawyk, co jest zupełnie niezgodne ze szczerą wiarą w to, że spożycie konopi jest czynnością religijną. Z drugiej strony jeśli będzie wciąż nalegał na to, że patrzy na użycie konopi jako na religijny sakrament, to wiele sądów zadeklaruje wtedy, że ‚nie podoba im się jego punkt widzenia’ interpretując te słowa jako wrogie i którym brakuje rozpoznania wagi zbrodni, w ten sposób zaś wyrok będzie znacznie surowszy. Oskarżony jest zatem wpuszczany w ‚ślepą uliczkę’, w której zostaje ‚potępiony jeśli powie prawdę i potępiony jeśli skłamie’. Co więcej, religijna integralność – jako odpowiedzialny sprzeciw – jest generalnie uznawana i ustanawiana poprzez przynależność do jakiegoś kościoła czy grupy religijnej o stałym członkostwie. Ale zbrodniczy charakter konopi jest tak wielki, że na wszystkie jednostki tworzące taką grupę natychmiast padają mroczne podejrzenia, a zatem uznanie takiej grupy nie jest możliwe. Zapomina się generalnie, iż nasze gwarancje wolności religijnej zostały zaprojektowane aby dokładnie chronić tych, którzy nie są członkami żadnych oficjalnych wyznań, ale raczej należą do takich dziwacznych i wywrotowych grup jak kwakrzy, shakerzy, levellerzy lub anabaptyści. Jest tu małe pytanie o to czy ci, którzy używają konopi lub innych środków psychedelicznych z religijną intencją są teraz członkami prześladowanej religii, która jawi się reszcie społeczeństwa jako śmiertelna zaraza dla ‚zdrowia psychicznego’ w odróżnieniu od staroświeckiej ‚nieśmiertelnej duszy’. Ale jest wciąż to ta sama historia.

16. Indianie amerykańscy należący do Rdzennego Kościoła Amerykańskiego (Native American Church), którzy używają psychedelicznego kaktusa peyote w swoich rytuałach, są zdecydowanie przeciwni wszelkiej rządowej kontroli tej rośliny, nawet jeśli powinni oni uzyskać gwarancję pozwalającą na jej używanie. Czują oni, że peyote jest naturalnym darem Boga dla rodzaju ludzkiego, a szczególnie dla rdzennych ludów tej ziemi gdzie rośnie i że żaden rząd nie ma prawa aby wchodzić z regulacjami w jego używanie. Ten sam argument może zostać przytoczony w obronie konopi czy też grzybów psilocibe mexicana Heim. Wszystkie te rzeczy są naturalnymi roślinami, nie zaś przetworzonymi czy zsyntetyzowanymi dragami i jaki autorytet może zabronić ludziom ich zjadania? Nie ma prawa przeciwko zjadaniu czy też uprawie grzyba Amanita pantherina, nawet pomimo tego że jest on śmiertelnie trujący i tylko eksperci potrafią odróżnić go d zwykłego, jadalnego grzyba. Ten punkt widzenia może zostać przyjęty nawet przez wierzących w monarchistyczny wszechświat Żydów czy chrześcijan, ponieważ jest to główna zasada obydwóch religii wywodząca się z Genesis, mówiąca o tym że wszystkie naturalne substancje stworzone przez Boga są niezmiernie dobre i że zło może powstać jedynie poprzez ich niewłaściwe użycie. Z tego powodu prawa przeciwko posiadaniu czy nawet uprawie tych roślin są w podstawowym konflikcie z zasadami biblijnymi. Kryminalne uznanie za winnych tych, którzy używają takich roślin powinno być oparte na niewłaściwym użyciu. ‚I rzekł Bóg ‚Patrzcie, dałem wam nasiono każdego ziela, które rośnie na całej ziemi i każde drzewo, którego owoc dzierży ziarno do zasiania – tobie posłuży ono za pokarm… I widział Bóg, że każda rzecz, którą uczynił i ujrzał była niezmiernie dobra.’ Genesis 1:29, 31.

Źródło: California Law Review, Vol. 56, No. 1, Styczeń 1968, str. 74-85.

Hunter S. Thompson (1937-2005)

Nie lubię reklamować dragów,
alkoholu, przemocy czy szaleństwa,
ale oddawały mi one zawsze wielką przysługę.

– W prywatnej rozmowie –

Krawędź… Nie ma żadnego, prostego sposobu wyjaśnienia co to, bo tylko ci, którzy ją przekroczyli, wiedzą gdzie jest. Ci drudzy pozostali przy życiu, gdyż zaufali szczęściu na tyle, na ile było to możliwe, a potem zawrócili, zwolnili lub zajęli się swoją robotą, kiedy nadszedł CZAS WYBORU POMIĘDZY TERAZ I POTEM.

Hell’s Angels

I tyle by było z obiektywnego dziennikarstwa. Nawet nie próbuj go tutaj szukać, a na pewno nie w żadnym z moich zdań czy w tekstach kogokolwiek, kto przychodzi mi na myśl. Z wyjątkiem tabelek wyników sportowych, rezultatów wyścigów i zestawień wahań giełdowych, taka rzecz jak Obiektywne Dziennikarstwo nie istnieje. Samo to wyrażenie jest pompatycznym zaprzeczeniem.

Fear and Loathing on the Campaign Trail ’72

 

Hunter S. Thompson to jedna z najbarwniejszych postaci współczesnego dziennikarstwa i literatury, a jednocześnie ikona kontrkulturowego buntu wobec próbujących nas sobie codziennie podporządkować autorytetów. Samozwańczy doktor dziennikarstwa gonzo – stylu pisania, który nigdy nie znalazł żadnego innego przedstawiciela, oraz wielbiciel „dobrego przyjebania” marihuaną, meskaliną, kokainą, whisky i czym tam generalnie popadnie, Hunter S. Thompson aka. Raoul Duke, stanowił rzeczywistość samą w sobie – królestwo czystej fantazji.

Pomimo tego, iż pochodzenie terminu „gonzo” wydaje się równie niepewne, co pochodzenie Słowian, ten rewolucyjny stylu pisania zainspirował swoim heroizmem i brawurą wielu współczesnych pisarzy. W jednej z wersji określenie „gonzo” zostało stworzone przez Billa Cardoso, przyjaciele pisarza i dziennikarza Boston Globe. W drugiej Thompson podłapał je z kawałka anarchistycznego pianisty bluesowego, Jamesa Bookera.

Ten brak źródeł ciężko uznać za wadę, gdyż dzięki swojemu stylowi Thompson już za życia stał się legendą w Stanach Zjednoczonych. Kraj, który tak kochał, a jednocześnie tak mocno krytykował za postępującą degenerację społeczno-polityczną, był jego największą areną walki – obsesja ciemnego losu USA zdaje się niemal wyznaczać łuk jego pisarstwa.

Jako zdeklarowany nonkonformista, Thompson szkalował w swoich pismach hipokryzję polityczną, wiarę w obiektywizm, manipulację medialną, korupcję i fanatyczne podejście do zapisów legislacyjnych, uniemożliwiających wolne spożywanie psychedelików i innych środków zmieniających percepcję. Silnie związany całe życie z amerykańską kontrkulturą, stał się szczególnie znany z przerysowania najbardziej utopijnych z jej wizji, ujęcią ich w klamrę i pokazania, gdzie zdają się prowadzić.

Pomimo tego, Thompson był bez wątpienia jednym z największych romantyków amerykańskiej literatury, a jego słowa silnie odzwierciedlały postawy i marzenia pokolenia ’68. Po śmierci pisarza, gonzo zostało bez jednego”ale” uznane na całym świecie jako jeden z najbardziej nowatorskich nurtów pisarskich XX wieku, stanowiąc żelazny przykład tzw. Nowego Dziennikarstwa.

Jego trzy największe książki: Hell’s Angels: The Strange and Terrible Saga of the Outlaw Motorcycle Gangs (1966)Fear and Loathing in Las Vegas (1971) oraz Fear and Loathing on the Campaign Trail ’72 (1973), zostały napisane na fali idei kontrkultury lat ’60, stając się niejako dziennikiem jej rozwoju, upadku i przemiany. Thompson oprócz pisarskich strzałów w stronę gabinetu Richarda Nixona, przekazał w nich całkowity brak złudzeń wobec amerykańskiego społeczeństwa, systemu społeczno-politycznego i marzeń tych, którzy chcieli go zmienić „sięgając nieba”.

Mimo tego nie da się nie zauważyć, iż to w jego wielkiej osobowości szczególnie uwydatniła się potężna siła charakteru, która nawet pomimo śmierci epizodycznego dla kontrkultury okresu, wciąż była w stanie wzbudzać ogień przemiany. Reformatorski styl pisania Thompsona nie skończył się bowiem, jak taśma z nabojami, wraz z upadkiem kultury psychedelicznej, ale rozwijał się w ciągu następnej dekady. Doktor Gonzo stał ramię w ramię z politycznym aktywizmem i nieugaszonym gniewem na „niesprawiedliwości tego świata” całe swoje życie.

Thompson pomimo dużej sławy, która przyszła w latach ’70, nigdy nie wyrzekł się swoich libertyńskich przekonań i wspierał swoją twórczość przykładem własnego stylu życia kreując mit buntowniczego dziennikarza i jednostki za żadną cenę nie podporządkowanej zgredom. Podważając zaś wszystkie odgórne zasady, stał się mimowolnie wzorem do naśladowania dla tysięcy młodych ludzi. Jak powiedział bowiem Tom Wolfe: – To Thompsonowi zawdzięczamy nagły wykwit młodych dziennikarzy, którzy kompletnie nie potrafili pisać, ale na konferencjach prasowych siedzeli ubrani w hawajskie koszule i palili papierosy przez fifkę.

Ponad wszystko był jednak doktor gonzo niefrasobliwym dzieckiem swojego pokolenia. Mimo tego, że pozostawił w jednej ze swoich książek gorzki komentarz na temat stylu życia, który Timothy Leary pomógł wykreować w latach ’60, miał potem napisać o nim panegiryk w Rolling Stone, który wydrukowany został potem w limitowanej do 300 sztuk książeczce Mistah Leary – He Dead. Jego słowa były zaś bardziej niż wymowne: – Tim był wodzem. Zstąpił na Ziemię i pozostawił elegancki odcisk swojego kopyta na naszym życiu.

gonitwa kentucky

Hunter S. Thompson urodził się 18 lipca 1937 w miasteczku Louisville, w stanie Kentucky jako syn agenta ubezpieczeniowego i matki bibliotekarki. Był jednym z trojga rodzeństwa wychowując się w warunkach ekonomicznych niższej klasy średniej. Jego ojciec umarł, kiedy Hunter miał 15 lat i od tego czasu pozostawał jedynie pod opieką matki. Uczył się dobrze uczęszczając do szkół publicznych w Louisville, był także zapalonym sportowcem i członkiem szkolnego kółka literackiego.

Jak twierdziła jednak jego matka, był tzw. trudnym dzieckiem. W swoim pierwszym epizodzie na kilka tygodni przed maturą, został aresztowany przez policję za wykroczenie, związane z kradzieżą samochodu i skazany na sześćdziesiąt dni aresztu. W związku z dobrym zachowaniem odsiedział trzydzieści.

Krótko po wyjściu z aresztu (1956 r.), Thompson zaciągnął się do wojsk lotniczych i został odesłany do bazy Eglin Air Proving Ground w miasteczku Pensacola, na Florydzie. Tam też podjął swoją pierwszą pracę dziennikarską w miejscowej gazetce wojskowej jako redaktor działu sportowego przekonując swoich pracodawców, że ma duże doświadczenie dziennikarskie. Jak pisał później: – Ludzie, którzy mnie zatrudnili nie sprawdzali nawet mojego dziennikarskiego doświadczenia. Udało mi się trzymać ich w ignorancji jakiś miesiąc.

W tym czasie pisał także po cichu do innej miejscowej gazety pod pseudonimem Thorne Stockton łamiąc tym samym warunki swojego kontraktu (standardowa praktyka dziennikarska na całym świecie – sic!). Gdy został zwolniony z wojska w październiku 1957, natychmiast rzucił się w objęcia freelancerki żyjąc jednocześnie jak pół-nomad w Pennsylvanii i Nowym Jorku, zainspirowany stylem życie bitników.

Po wylądowaniu w Nowym Jorku pod imieniem Bill Thompson uczęszczał na zajęcia na Columbia University’s School of General Studies, gdzie ćwiczył się w pisaniu krótkich form. W tymże czasie powoli kształtował się jego gust literacki, gdyż Thompson przepisał na maszynie powieści Wielki Gatsby F.S. Fitzgeralda oraz Pożegnanie z Bronią Ernesta Hemingwaya mająca nadzieję zrozumieć dzięki temu ich warsztat pisarski. W jego głowie pracowała także głęboko twórczość Jacka Kerouaca, Allena Ginsberga i Williama S. Burroughsa (z którym miał się później zaprzyjaźnić). W tym samym czasie pracował krótko dla magazynu Time jako kopista za 50 dolarów na tydzień (jakieś 500 dolarów recesyjnych). Na początku 1959 został jednak wykopany z redakcji za niesubordynację.

W tym samym roku Thompson znalazł pracę jako reporter w dzienniku Middletown Daily Record, z którego wylany został z kolei za kopanie biurowej maszyny ze słodyczami i kłotnię z reklamodawcą. Z tego czasu pochodzą jego pierwsze listy i eseje, których katalogowanie stało się także obsesją wzorem Jacka Kerouaca. Wszystkie wydane zostały później w zbiorze The Proud Highway: Saga of a Desperate Southern Gentleman 1955-1967 (1998). Mniej więcej wtedy Thompson odkrył też twórczość jednego ze swoich głównych idoli, Henry’ego Louisa Menckena (1880-1956), amerykańskiego dziennikarza i komentatora politycznego o niezwykle libertariańskim usposobieniu.

Pod koniec 1959, zmęczony amerykańskim stylem życia i realiami dziennikarskiej profesji Thompson postanowił ruszyć na Karaiby. Gdy znalazł reklamę posady redaktorskiej w San Juan Star, w Puerto Rico, odpowiedział na nią z charakterystycznym dla siebie stylem: Upadek amerykańskiej prasy jest oczywisty już od dłuższego czasu, a mój czas zbyt cenny, by marnować go na wysiłki, które miałyby dostarczyć „człowiekowi na ulicy” dzienną porcję klisz, plotek i podniet erotycznych. Istnieje inna koncepcja dziennikarstwa, z którą możesz lub nie być zaznajomiony. Została ona wyryta na brązowej plakietce, w południowo-wschodnim rogu Times Tower w Nowym Jorku.

hunter_s_thompson_big_sur

Mimo, że otrzymał krótką, cyniczną odpowiedź od redaktora naczelnego, udało mu się złapać posadę w tygodniku kręglarskim El Sportivo. Praca ta nie trwała jednak długo, gdyż czeki okazywały się albo bez pokrycia, albo w ogóle nie przychodziły, co stawiało Thompsona w bardzo tudnej sytuacji materialnej.

Młody dziennikarz nie zrezygnował jednak ze swojej pisarskiej pasji atakując innych wydawców. Osamotniony, postanowił też w końcu sprowadzić do San Juan swoją dziewczynę Sandy Conklin, z którą podróżował przez pewien czas po Ameryce Południowej, na co pozwoliły mu freelancerskie kontrakty z nowojorskim New York Herald Tribune oraz Louisville Courier-Journal, gazetą z jego rodzinnych stron.

Dla obydwóch udawało mu się z powodzeniem opisywać życie miejscowych prostytutek, przemytników i handlarzy dragów oraz przygotowywać do napisania dwóch powieści: nigdy nie opublikowanej Prince Jellyfish oraz Dziennika Rumowego (1997), którą ukończył dopiero po powrocie do Nowego Jorku. Druga z tych książek pewnie nigdy nie ujrzałaby światła dziennego – odrzucana po kolei tuż po napisaniu przez wszystkich potencjalnych wydawców – gdyby Thompson nie zdecydował się jej opublikować nękany dotkliwym brakiem gotówki.

Szukając wraz ze swom przyjacielem, Paulem Semoninem, zajęcia jako pisarz, Thompson przeprowadził się następnie do Big Sur, w Kalifornii, gdzie znalazł pracę jako ochroniarz w Big Sur Hot Springs, które wtedy właśnie zmieniały nazwę na Instytut Esalen. Jako insajder napisał artykuł o bywalcach tego modnego wówczas kurortu duchowego dla magazynu Rogue, w którym objawił jego popularność wśród miejscowych gejów, co nie zjednało mu sympatii landlady i zaskutkowało wymówieniem umowy najmu jego mieszkania.

Thompson ponownie udał się więc w podróż po Ameryce Południowej, skąd prowadził tym razem freelancerską korespondencję dla dziennika National Observer. Praca dla tego pisma okazała się przełomem, dającym Thompsonowi solidną renomę w środowisku dziennikarskim, przyciągając oko Cary’ego Williamsa, redaktora The Nation, który zlecił mu napisanie artykułu na temat życia członków Free Speech Movement w kampusie Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley.

Był rok 1963, Thompson ożenił się ze swoją dziewczyną i przeniósł do Woody Creek nieopodal Aspen, w stanie Colorado. W listopadzie razem z całym krajem przeżył jednak szok obserwując zabójstwo JFK. Tak narodziła się słynne wyrażenie „fear and loathing”, którym Thompson starał się opisać myśli i emocje, zrodzone z tego horroru.

Krótko potem Thompson osiadł w San Francisco, które było dla niego idalną bazą do napisania kolejnego artykułu dla The Nation. Tym razem miał być to zapis przeżyć z jazdy z klubem motocyklowym Hell’s Angels. Artykuł ukazał się 17 maja 1965 i zrobił furorę, na fali której Thompson podpisał kontrakt na całą książkę o Hell’s Angels. Zbierając materiały, Thompson wszedł głęboko w środowisko kontrkulturowe San Francisco i okolic (tzw. Bay Area) zaprzyjaźniając się m.in. z zespołem Jefferson Airplane, Allenem Ginsbergiem i Kenem Keseym, którego zapoznał w zamian z członkami Hell’s Angels (co opisane jest w samej książce). Jego zapisy z dyktafonu posłużyły także pomocą w napisaniu przez Toma Wolfe’a Próby Kwasu w Elektryczne Oranżadzie.

Fearandloathing_rollingstone

Jego niezwykły reportaż ukazał się w 1966 nakładem wydawnictwa Random House. Książka szybko stała się bestsellerem ze względu na zaprezentowany w niej punkt widzenia (nikt wcześniej nie napisał o klubie nic, wychodzącego poza tanią sensację) i głębokość obserwacji (klub nie dopuścił do siebie wcześniej żadnego dziennikarza), co pozwoliło Thompsonowi wybierać w ofertach pracy dziennikarskiej w całym kraju.

Opromieniony pierwszą sławą Thompson powrócił do Woody Creek, gdzie starał się pisać i choć trochę ustabilizować ze względu na syna Juana. Była to jedak sprawa przegrana. Dom wciąż nawiedzały tłumy gości, w tym Oscar „Zeta” Acosta, samoański prawnik z Los Angeles, z którym pisarz zawiązał spisek w celu napisania dzieła o upadku amerykańskiego snu, a używanie alkoholu i dragów tylko przybierało na sile.

Gdy nadszedł pamiętny rok 1968, Doktor Gonzo był już mocno zaaferowany polityką. W dziennikarskiej misji udał się więc na obserwację sierpniowych obrad Konwencji Partii Demokratyczej w Chicago. Brutalne przejęcie władzy w partii przez Huberta Humphreya, któremu towarzyszyła świeża jeszcze śmierć Roberta Kennedy’ego, stało się w jego oczach jednym z najmroczniejszych epizodów w historii Stanów Zjednoczonych.

Protesty Nowej Lewicy (m.in. Students for Democratic Society, Vietnam Summer, Women’s Liberation Front), połączone z happeningiem yipisów, którzy postanowili obwołać kandydatem na prezydenta świnię imieniem Pegasus, przerodziły się w krwawe zamieszki z użyciem gazu, pałek, armatek wodnych i broni palnej. 23 tys. policjantów i członków stanowej gwardii narodowej dosłownie zmasakrowały 10 tys. protestantów na oczach kamer telewizyjnych mając za sobą oficjalne poparcie prezydenta Lyndona B. Johnsona i ciche wsparcie amerykańskiego społeczeństwa, pałającego nienawiścią do całego ruchu antywojennego (wydarzenia chicagowskie posłużyły m.in. za inspirację dla Oka w Piramidzie). Sam pisarz został podczas zamieszek wyrzucony przez szybę.

O wywołanie przemocy oskarżono yipisów (słynny, perfidnie sfingowany proces Chicagowskiej Siódemki), ale Thompson nie miał złudzeń co do rozkazów, które spłynęły do oddziałów policji i gwardii narodowej, brutalnie pacyfikującej protestujących. Załamany tym, co zobaczył, wrócił na swoją farmę całkowicie odmieniony. Jak poświadczyła jego żona: „płacząc po raz pierwszy, jak małe dziecko”.

To wtedy zakiełkował w nim polityczny gniew i pragnienie zerwania z brudem dotychczasowego stylu rządzenia. Thompson postanowił „pobić skurwysynów na ich własnym terenie” i wystartować w wyborach na szeryfa w Aspen (jesień 1969) z ramienia partii Freak Power proponując m.in. legalizację psychedelików. Przegrał o włos, ale jego kampania wyborcza stała się absolutną legendą anty-kampanii politycznych, a artykuł „The Battle Of Aspen”, opisujący ją we wszystkich szczegółach stał się jego pierwszym materiałem dla pisma Rolling Stone (październik 1970).

hunter_s_thompson_photo

Lata 1970-73 były dla Doktora Gonzo złotym okresem, to wtedy bowiem zrodziły się, zainspirowana upadkiem rewolucji psychedelicznej, okresem nixonowskiej paranoji i jego własnymi przygodami dziennikarskimi, Fear and Loathing in Las Vegas oraz nastawiona na ukazanie „drugiej strony” amerykańskiej polityki, Fear and Loathing on the Campaign Trail ’72.

Potem, jak sugeruje kilka osób w dokumencie Gonzo: The Life and Work of Dr. Hunter S. Thompson (2008), w tym pierwsza żona doktora, Sandy, Jann Wenner (red. naczelny Rolling Stone) oraz rysownik Ralph Steadman, Hunter spoczął głównie na zbieraniu owoców swojej sławy, która zaczęła go powoli przerastać. Osiadły na swojej farmie w Woody Creek, pisarz kolekcjonował broń palną (jego kolekcja doszła do 22 sztuk – wszystkie zawsze naładowane), pił, wciągał kokainę i mocno imprezował pisząc od czasu do czasu dla Rolling Stone.

W tymże dokumencie, jak też w biografii książkowej o tym samym tytule, jego „sturlanie się w dół” Jann Wenner przypisuje nieukończonemu materiałowi na temat walki Muhammada Ali’ego w Zairze, który miał być realną cezurą – oznaką zaniku mocy twórczej. Wtedy też na jaw zaczęło wychodzić, że pisarz pogrąża się w otchłani alkoholizmu, choroby z której nigdy miał się nie wyleczyć.

Wiele wskazuje na to, że Thompson przestał sobie wtedy też radzić z drugą stroną swojej osobowości (którą sam nazwał Raoul Duke), nabierającą mimowolnie coraz bardziej mitycznych kształtów. Jak możemy przypuszczać mógł być to także, dobrze znany twardym zawodnikom, syndrom „wyprania mózgu” przez alkohol, psychedeliki i kokainę… te wszystkie małe przyjemności. Nie pomagały także ciągłe orgie i romanse z kobietami, które zaprowadziły go w końcu do rozwodu z jego żoną, Sandy.

Na świeży powiew trzeba czekać dość długo. W 1979 wychodzi pierwsza część trylogii, będąca jednocześnie zbiorem jego wczesnych artykułów, Gonzo Papers, Vol. 1: The Great Shark Hunt, który pozwala zagłębić się w proces kreowania przez pisarza jego heroicznego stylu. Następnie Thompson publikuje uznawaną za nawiększy diament tego okresu, książkę The Curse Of Lono (1983), opisującą „dziką jazdę na Hawajach”. Książka ta prawdopodobnie nigdy nie zostałaby opublikowana, gdyby nie wysiłek agenta literackiego, który sam musiał złożyć ją do kupy.

Na następne czytadło trzeba czekać pięć lat, tym razem dostajemy od pisarza bezlitosną analizę stylu życia pokolenia yuppie jako Gonzo Papers, Vol. 2: Generation Of Swine (1988) i w końcu Gonzo Papers, Vol. 3: Songs of the Doomed (1990), gorzką rozprawę z epoką Reagana, zawierającą także fragmenty niepublikowanych wczesniej prac oraz teksty krytyczne na temat technokratyzacji amerykańskiego społeczeństwa i współczesnego stylu pracy dziennikarskiej.

great_shark_hunt

W 1980 na ekrany wchodzi pierwszy film, zainspirowany postacią Thompsona, Where The Buffalo Roam z Billem Murrayem w roli głównej. Film pomimo bycia oficjalnym hołdem nie przypada pisarzowi do gustu, ze względu na sparodiowanie jego stylu życia, ale znajduje masę wielbicieli. Na zrealizowanie wielkiego pragnienia, ujrzenia filmu, nakręconego na podstawie jednej ze swoich książek, Thompson musi czekać aż do 1998, kiedy genialny Terry Gilliam realizuje Fear and Loathing in Las Vegas z Johnnym Deppem w roli głównej. Film należy już obecnie do klasyki kina psychedelicznego i jest również jednym z moich ulubionych filmów.

Jak uważa kilku z biografów Thompsona, wielki doktor gonzo wraca do formy wraz z wzięciem pod lupę kariery Billa Clintona i napisania na ten temat książki Gonzo Papers, Vol. 4: Better Than Sex, Confessions of a Political Junkie (1994) oraz na fali wyżej wymienionego filmu. W 2001 zatacza też koło i ponownie zaczyna prowadzić kolumnę sportową, tym razem jest to „Hey Rube!” dla witryny ESPN.com. Służy mu ona głównie do rozprawy z wrogami politycznymi i do klasycznego abstrahowania od sportu w stronę gonzo z dużym naciskiem na psychologiczne tajniki hazardu.

W 2001 Thompson (jak i wszyscy to czytający) staje się świadkiem zawalenia Twin Towers w Nowym Jorku nie omieszkając jako jeden z wielu nadać temu wydarzeniu rangi epokowego przełomu. Jego ostatnia książka, Kingdom Of Fear: Loathsome Secrets of a Star-Crossed Child in The Final Days of the American Century (2003) wychodzi od epoki terroru, zapoczątkowanej przez rządy George’a Busha lecz staje się głównie rodzajem gonzo pamiętnika uzyskując bardzo pozytywne recenzje i stanowiąc też jedną z jego najlepszych książek w ogóle.

gonzo_symbol

Gdy już wydaje się, że Thompson zaczyna swoją drugą młodość literacką, 20 lutego 2005 r. odbiera sobie życie strzałem w głowę na swojej farmie w Woody Creek, przed maszyną do pisania. Przy trupie zostaje znaleziony pistolet pół-automatyczny Smith & Wesson 645 załadowany amunicją typu 99.45 ACP (automatic pistol cartridge), jedna z ulubionych broni Thompsona. Broń ma pełen magazynek, ale u stóp pisarza policja znajduje jedną łuskę. Samobójstwo nie było jednak aż taką niespodzianką, co potwierdzają wypowiedzi przyjaciół HST w „Gonzo” pod redakcją Jana Wennera.

Pisarz miał się nieoficjalnie żegnać ze swoimi przyjaciółmi na klika miesięcy przed pociągnięciem za spust niemalże mówiąc prosto w twarz, na co się decyduje. Jego ciało zostaje na osobiste życzenie skremowane, a prochy wystrzelone w powietrze z gigantycznej armaty, odlanej w symbol gonzo z towarzyszącymy fajerwerkami, w takt muzyki Mister Tambourine Man Boba Dylana. Gigantyczne koszty pogrzebu pokrywa Johnny Depp. Jak potwierdzają wszyscy jego przyjaciele i rodzina, Thomspon tak właśnie pragnął odejść i nic skromniejszego nigdy by go nie zadowoliło…

Conradino Beb

 

Koniecznie zobacz też:

Literackie ekscesy Huntera S. Thompsona, czyli po nitce do kłębka

Współczesne ars moriendi – w oparach niezaprzeczalnych dragów oraz twardego geniuszu

Hunter S. Thompson: dobry doktor mówi wszystko… o Carterze, kokainie, adrenalinie i narodzinach dziennikarstwa gonzo [Ron Rosenbaum / High Times]

 

…oraz kanoniczne teksty Thompsona w MGV:

Wspomnienia z nieszczęsnego weekendu w Waszyngtonie

Pierwsze odwiedziny u Mescalito

Gonitwa Kentucky jest dekadencka i zdegenerowana

Gonitwa Kentucky jest dekadencka i zdegenerowana

Wysiadłem z samolotu około północy nie słysząc od nikogo ani słowa, kiedy kierowałem się mrocznym przejściem w stronę terminala. Powietrze było gorące i lepkie jak w łaźni parowej. W środku ludzie obejmowali się i ściskali sobie ręce… wielkie uśmiechy, wrzaski tu i tam: „O Boże! Ty stary draniu! Dobrze cię widzieć, chłopcze! Cholernie dobrze… naprawdę!”

W klimatyzowanym lounge’u spotkałem gościa z Houston, który przedstawił się jakoś tam albo inaczej – „ale mów mi po prostu Jimbo” – i już był gotowy do bratania się. „O Boże, jestem gotowy na wszystko! Na cokolwiek. Ta, co pijesz?” Zamówiłem Margaritę z lodem, ale nie chciał o tym słyszeć: „Nie, nie… co to za drink, słyszałeś o Gonitwie Kentucky? Co z tobą, chłopaku?” Zazgrzytał zębami i mrugnął do barmana. „Cholera jasna, musimy czegoś nauczyć tego chłopaka. Polej mu starej, dobrej whisky…”

Wzruszyłem ramionami. „Ok, podwójny Old Fitz z lodem.” Jimbo przytaknął z aprobatą. „Słuchaj.” Klepnął mnie w ramię sprawdzając czy słucham. „Znam Gonitwę i te tłumy. Przyjeżdżam tu co roku i powiedzieć ci czego się nauczyłem? To nie jest miasto, w którym możesz ludziom pokazywać, że jesteś jakimś tam pedałkiem. A już na pewno nie publicznie. Kurwa, wyrolują cię raz dwa, jebną w banię i zabiorą ostatniego centa.”

Podziękowałem mu i wcisnąłem paczkę Marlboro do swojego futerału na papierosy. „Powiedz mi”, spytał. „Wyglądasz na biznesmena od koni… mam rację?”
„Nie”, powiedziałem. „Jestem fotografem.”
„Ta?” Zlustrował moją skórzaną torbę z większym zainteresowaniem i spytał: „Trzymasz tam swój sprzęt? Dla kogo pracujesz?”
„Dla Playboya„, powiedziałem.
Zaśmiał się. „Cholera jasna! Co będziesz fotografował – gołe konie? Ha! Pewnie będziesz ostro pracował, kiedy zaczną się Laury Kentucky. To wyścig tylko dla klaczy.” Śmiał się, jak szalony. „A niech mnie cholera! One wszystkie będą gołe!”

Wzruszyłem głową i nie powiedziałem nic; tylko pogapiłem się na niego przez chwilę, próbując wyglądać bardzo ponuro. „Będą kłopoty”, powiedziałem. „Moim zadaniem jest fotografować zamieszki.”
„Jakie zamieszki?”
Zawachałem się kręcąc lodem w szklance. „Na torze. W dzień Gonitwy. Czarne Pantery.” Spojrzałem mu znowu w oczy. „Nie czytasz gazet?”
Uśmiech na twarzy mu stopniał. „O czym ty cholera gadasz?”
„Więc… może nie powinienem ci mówić…”, wzruszyłem ramionami. „Ale cholera, wszyscy chyba już wiedzą. Mendy i Gwardia Narodowa przygotowują się od sześciu tygodni. W Fort Knox postawiono w stan gotowości 20 tysięcy funkcjonariuszy. Ostrzegali nas – całą prasę i wszystkich fotografów – żeby nosić hełmy i specjalne kamizelki ochronne. Powiedziano nam, że będzie strzelanina…”

gonitwa kentucky
rys. Ralph Steadman

„ Nie!”, krzyknął; jego ręce pofrunęły w górę, by zastygnąć nagle pomiędzy nim i mną, jak gdyby chciał w ten sposób odparować słowa, które właśnie usłyszał. Nagle uderzył pięścią w bar. „Te skurwysyny! Boże Wszechmogący! Gonitwa Kentucky!” Ciągle kręcił głową „Nie, Jezu! To prawie nie do wiary!” Wydawał się teraz wsiąkać w siedzenie, a kiedy spojrzał na mnie ponownie, jego oczy zachodziły łzami.

„Dlaczego? Czemu tu? Czy oni nie szanują już niczego?” Ponownie wzruszyłem ramionami. „To nie tylko Pantery. FBI mówi, że przyjadą autobusy, upchane białymi czubkami z całego kraju – wmieszają się w tłum i zaatakują z każdej strony. Będą ubrani tak, jak każdy inny. Wiesz, płaszcze, krawaty i tak dalej. Ale w końcu zaczną się kłopoty… stąd mendy tak się martwią.”

Usiadł na moment wyglądając, jak człowiek do głębi dotknięty, który nie jest nawet w stanie przetrawić tych wszystkich złych wiadomości. Nagle wykrzyknął: „O Jezu! Co w imię boże dzieje się z tym krajem? Gdzie można przed tym uciec?”
„Nie tutaj”, powiedziałem podnosząc moją torbę. „Dzięki za drinka… i powodzenia.”
Chwycił mnie za ramię nalegając, żebym wypił następnego, ale powiedziałem że jestem spóźniony na spotkanie klubu prasowego i spieprzyłem zebrać się do kupy na ten potworny spektakl.

W kiosku na lotnisku chwyciłem za Courier-Journal i przeskanowałem nagłówki na pierwszej stronie: „Nixon wysyła wojska do Kambodży, żeby uderzyć w Czerwonych”… „Nalot B-52, potem ofensywa wojskowa 20 mil w głąb”… „Cztery tysiące żołnierzy wysłanych w okolice Yale z powodu rosnącego napięcia na skutek protestów Panter.” Na dole strony znalazłem zdjęcie Diane Crump, która wkrótce miała stać się pierwszą dżokejką, biorącą udział w Gonitwie Kentucky. Fotograf cyknął fotę kiedy „zatrzymała się w stajni, żeby pogłaskać swojego konia o imieniu Fathom”. Reszta gazety była usiana okropnymi wiadomościami wojennymi i historiami o „niepokojach studenckich”. Nie było nawet wzmianki o tym, że na Uniwersytecie Kent State w Ohio kroił się gruby dym.

Podszedłem do biurka Hertza, żeby odebrać mój samochód, ale młody koleś z okrągłą twarzą na dowodzeniu powiedział, że nie mają ani jednego. „Nie wynajmiesz żadnego nigdzie”, zapewnił mnie. „Nasze rezerwacje na czas Gonitwy poszły sześć tygodni temu.” Wyjaśniłem, że mój agent potwierdził wynajęcie białego Chryslera z rozkładanym dachem dzisiaj po południu, ale tylko potrząsnął głową. „Być może ktoś coś odwoła. Gdzie się zatrzymujesz?”
Wzruszyłem ramionami. „Gdzie się zatrzymuje tłum z Texasu? Chcę być z moimi ludźmi.”
Westchnął. „Przyjacielu, jesteś w kłopotach. To miasto jest zapełnione po sufit. Tak jest zawsze podczas Gonitwy.”
Nachyliłem się bliżej w jego stronę na pół szepcząc: „Słuchaj, jestem z Playboya. Może chciałbyś pracę?”
Wycofał się szybko. „Co? No weź. Jaką pracę?”.
„Nieważne”, powiedziałem. „Właśnie ją spieprzyłeś.” Sprzątnąłem moją torbę z lady i poszedłem poszukać taksówki.

Torba jest cenną podpuchą w tego rodzaju pracy, a moja ma mnóstwo nalepek – SF, LA, NY, Lima, Roma, Bangkok, tego rodzaju rzeczy – ale najcenniejszy znaczek, to całkowicie oficjalna, zalaminowana wizytówka, mówiąca „Fotograf. Magazyn Playboy”. Kupiłem ją od alfonsa w Vail, w Colorado, który powiedział mi jak jej używać. „Nigdy nie wspominaj o Playboyu, jeśli nie jesteś pewien, że już zobaczyli wizytówkę, powiedział. „Kiedy zobaczysz, że już zauważyli, wtedy nadszedł czas ataku. Nakryją się jajami za każdym razem. To magiczna rzecz, mówię ci. Czysta magia.”

Być może… Użyłem jej na biednym frajerze w barze, a teraz sunąc żołtą taksówką w kierunku miasta czułem się trochę winny, że wkręciłem temu popaprańcowi zły film. Ale co tam, każdy kto kręci się po świecie i mówi: „Kurwa, jestem z Texasu”, zasługuje na wszystko, co mu się przydarza. Mimo wszystko, przyjechał tu robić z siebie dziewiętnastowiecznego dupka w centrum jadowitego, atawistycznego cyrku, nie będąc nawet w stanie go polecić odwołując się do czegoś więcej niż tylko do bardzo chodliwej „tradycji”.

Wcześniej podczas naszej gadki, Jimbo powiedział mi, że nie opuścił żadnej Gonitwy od 1954. „Moja malutka już nie przyjeżdża”, powiedział. „Tylko zgrzyta zębami i puszcza mnie wolno. A kiedy mówię wolno, to mam na myśli wolno. Rzucam banknotami dziesięciodolarowymi, jak gdyby właśnie wychodziły z mody. Konie, whisky, kobiety… kurwa, w tym mieście są kobiety, które zrobią wszystko za pieniądze.”

Czemu nie? Pieniądze to dobra rzecz w tych pokręconych czasach. Nawet Richard Nixon jest ich głodny. Zaledwie kilka dni przed Gonitwą powiedział: „Gdybym miał jakiekolwiek pieniądze, zainwestowałbym w akcje.” A rynki tymczasem kontynuowały swój smutny zjazd.

Następny dzień był ciężki. Miałem zaledwie trzydzieści godzin do rozpoczęcia imprezy i żadnych przepustek prasowych – wg redaktora sportowego Louisville Courier-Journal nie miałem nawet żadnych szans dostania czegokolwiek. Jeszcze gorzej, bo potrzebowałem dwóch kompletów; jednego dla siebie i drugiego dla Ralpha Steadmana, angielskiego ilustratora, który przylatywał z Londynu, żeby wykonać kilka szkiców Gonitwy.

Jedyne zaś co o nim wiedziałem, to że odwiedzał Stany Zjednoczone po raz piewszy. Im więcej myślałem nad tym faktem, tym bardziej zaczynałem się bać. Jak wytrzyma złowrogi szok kulturowy przeniesienia z Londynu i wbicia się w sam środek pijanego tłumu Gonitwy Kentucky? Nie było jak się dowiedzieć. Miałem nadzieję, że przyleci przynajmniej dzień wcześniej i da sobie czas na aklimatyzację. Być może dobrze mu zrobi kilka godzin spokojnego zwiedzania kraju Bluegrass nieopodal Lexington. Moim planem było odebranie go z lotniska w dużym Pontiacu Ballbusterze, którego wynająłem od sprzedawcy używanych samochodów o imieniu Pułkownik Quick, by następnie przenieść go w jakiś spokojny klimat, który mógłby mu przypominać Anglię.

Pułkownik Quick rozwiązał problem samochodu, a pieniądze (poczwórna stawka) kupiły nam dwa pokoje w śmierdzącym sraczu na obrzeżach miasta. Jedyną trudnością pozostawała konieczność przekonania bonzów na Churchill Downs, że Scanlan’s jest tak prestiżowym magazynem sportowym, iż zdrowy rozsądek nakazuje oddanie nam dwóch kompletów najlepszych przepustek prasowych. Nie było to łatwe do wykonania. Mój pierwszy telefon do biura akredytacyjnego był totalną porażką. Kierownik biura był zszokowany myślą, iż ktoś może być na tyle głupi, żeby składać podanie o akredytację prasową na dwa dni przed Gonitwą. „Cholera, nie mówisz serio”, powiedział. „Dedlajn minął dwa miesiące temu. Loża prasowa jest pełna; nie ma więcej miejsca… i co to jest Scanlan’s Monthly, do cholery?”

Wydałem z siebie bolesny jęk. „Czy biuro londyńskie się z tobą nie kontaktowało? Przysyłają tu artystę, który będzie malował. Nazywa się Steadman. Myślę, że jest Irlandczykiem. Jest tam bardzo sławny. Tak. Właśnie przyleciałem z Wybrzeża. Biuro z San Francisco potwierdziło, że wszystko jest załatwione.”

Wydawał się zainteresowany i nawet mi współczuł, ale nie mógł nic zrobić. Wmawiałem mu więcej głupot i w końcu zaoferował kompromis: załatwi nam dwie przepustki do sektora klubowego, ale wstęp do samego domku klubowego, jak i sektora prasowego pozostanie niedostępny.

„To brzmi trochę dziwnie”, powiedziałem. „To nie do zaakceptowania. Musimy mieć dostęp do wszystkiego. Do każdego kąta. Do spektaklu, do ludzi, do całej oprawy i oczywiście do wyścigu. Nie sądzisz chyba, że przebyliśmy taki kawał drogi, żeby oglądać cholerną rzecz w telewizji? W taki czy inny sposób dostaniemy się do środka. Być może będziemy musieli przekupić strażnika czy nawet zagazować kogoś Macem.” (Kupiłem puszkę Mace’u w sprayu, w aptece na przedmieściach za $5.98 i nagle w środku rozmowy telefonicznej uderzyło mnie, w jak wredny sposób można by jej użyć na torze. Potraktować Macem odźwiernych w ciasnej bramie, otwierającej drogę do klubowego sanktuarium, potem wślizgnąć się do środka atakując strumieniem Mace’u lożę gubernatora, w chwili gdy rozpoczyna się wyścig. Albo użyć Mace’u na bezwolnych pijaczkach w klubowej toalecie dla ich własnego dobra…)

W piątek, w południe, wciąż pozostawałem bez akredytacji nie mogąc też zlokalizować Steadmana. Wiedziałem tylko, że mógł zmienić zdanie i wrócić do Londynu. W końcu, po tym jak zrezygnowałem z jego szukania i bezskutecznie próbowałem dodzwonić się do mojego człowieka w biurze prasowym, zdecydowałem że moją jedyną szansą na dostanie akredytacji jest wyjście na tor i osobista konfrontacja bez żadnego ostrzeżenia – zażądanie na czas teraźniejszy tylko jednej przepustki zamiast dwóch oraz mówienie bardzo szybko z dziwnym natężeniem w głosie, jak człowiek próbujący usilnie kontrolować wylew kotłującej się furii. Na wyjściu zatrzymałem się przy biurku recepcji motelowej, żeby skasować czek. Potem, kierowany bezużytecznym odruchem, zapytałem czy nie pojawił się dzikim przypadkiem pan Steadman?

Pani przy biurku miała około pięćdziesiąt lat i bardzo szczególny wygląd; kiedy wspomniałem nazwisko Steadman, kiwnęła na „tak” nawet nie patrząc na mnie znad tego co pisała i powiedziała niskim głosem: „Daję głowę, że tak”. Potem zaoferowała mi duży uśmiech. „Tak, z pewnością. Pan Steadman pojechał na tor wyścigowy. Czy to twój znajomy?” Pokiwałem głową. „Mam z nim pracować, ale nawet nie wiem jak wygląda. A teraz, cholera jasna, muszę go znaleźć w tym tłumie na torze.” Zaśmiała się. „Nie będziesz miał żadnego problemu ze znalezieniem go. Mógłbyś wyłowić tego gościa z każdego tłumu.”

„Czemu?”, spytałem. „Coś jest z nim nie tak? Jak wygląda?” „No więc…”, powiedziała ciągle szczerząc się w uśmiechu, „to najzabawniejszy pacjent, jakiego w życiu widziałam. Ma ten… ten zarost na całej twarzy. Konkretnie, na całej głowie.” Pokiwała głową. „Poznasz go, jak tylko zobaczysz; nie martw się.”

Rany boskie, pomyślałem. To jebnie w nasze akredytacje prasowe. Miałem wizję jakiegoś poskładanego z nerwów frika, z wielką szopą posklejanych włosów i ciągiem strupów na całym ciele, który pojawia się w biurze prasowym żądając pakietu prasowego dla Scanlan’s. Ale… niech to cholera. Możemy zawsze zarzucić kwasa i spędzić dzień krążąc po sektorze klubowym z wielkim szkicownikiem śmiejąc się histerycznie z tubylców i popijając miętowe julepy, żeby mendy nie pomyślały, że odstajemy od normy. Być może nawet zarobić na całej akcji wystawiając ramę z wielkim napisem: „Niech Zagraniczny Artysta Namaluje Twój Portret, $10 Sztuka. Zrób To Teraz!”

* * * * *

Pojechałem autostradą prosto na tor wyścigowy, pędząc bardzo szybko i wymijając wszystko raz z lewej, raz z prawej, co chwila zmieniając pas, a wszystko z piwem w jednej ręce i mózgiem tak zamulonym, że prawie rozwaliłem się o Volkswagena pełnego zakonnic, próbując zjechać we właściwym miejscu. Myślałem, że szansa złapania szkaradnego Brytyjczyka zanim się akredytuje, była minimalna.

Kiedy jednak dotarłem na miejsce, Steadman już siedział w loży prasowej. Młody, brodaty Anglik w tweedowym płaszczu i okularach przeciwsłonecznych RAF-u. Nie było w nim w zasadzie niczego szczególnego. Żadnych żył na twarzy, zrostów ani strupów. Przedstawiłem mu jego opis kobiety z motelu, co niezwykle zbiło go z tropu. „Nie przejmuj się tym”, powiedziałem. „Pamiętaj tylko przez następnych kilka dni, że jesteśmy w Louisville, w Kentucky. Nie w Londynie. Nawet nie w Nowym Jorku. To dziwne miejsce. Masz szczęście, że ta niedorozwinięta z motelu nie chwyciła pistoletu z kasy i nie odstrzeliła ci dupy.” Zaśmiałem się, ale on wyglądał na zmartwionego.

„Po prostu udawaj, że jesteś na dużym spędzie dla czubków”, powiedziałem. „Jeśli koledzy wyrwą się spod kontroli, wyjedziemy na nich z Macem.” Pokazałem mu puszkę „Chemicznego Grzesia” powstrzymując się przed otwarciem strumienia na całe pomieszczenie w kierunku szczurogłowego kolesia, pedantycznie stukającego w maszynę, w sekcji Associated Press. Staliśmy przy barze sącząc szkocką whisky na koszt zarządu i gratulując sobie wzajemnie naszego nagłego, niewyjaśnionego szczęścia wyrwania dwóch kompletów dobrych akredytacji prasowych. Pani przy biurku była dla niego bardzo życzliwa, oznajmił mi. „Podałem jej tylko moje imię, a ona dała mi wszystko co trzeba.”

Po południu wszystko było już pod kontrolą. Mieliśmy siedzenia naprzeciwko mety, kolorowy telewizor i darmowy bar w sali prasowej, a także zestaw przepustek, które mogły zaprowadzić nas wszędzie, od tarasu domku klubowego do pomieszczenia dżokejów. Jedyną brakującą rzeczą był nieograniczony dostęp do klubowego sanktuarium wewnętrznego w sektorze „F&G”… a ja czułem, że był on nam konieczny, żeby zobaczyć alkoholową elitę w akcji. Gubernatora, kawał neo-nazistowskiej świni o imieniu Louie Nunn, znaleźlibyśmy w sektorze G razem z Barrym Goldwaterem i pułkownikiem Sandersem. Czułem, że nasze miejsce było w loży sektora G, gdzie moglibyśmy odpocząć i sączyć julepy chłonąc atmosferę oraz specyficzne wibracje Gonitwy.

Bary i jadalnie znajdowały się również w sektorze „F&G”, a klubowe bary w dzień Gonitwy stają się centrum niezwykłych scen. Razem z politykami, damami towarzystwa i lokalnymi liderami biznesu pojawia się tam każdy lekko zeschizowany kutas, który miał kiedykolwiek jakiekolwiek pretensje do czegokolwiek w promieniu pięciuset mil od Louisville, tylko po to żeby ostentacyjnie się nawalić, poklepać kogo trzeba po plecach i generalnie się pokazać.

Bar „Zagroda” jest prawdopodobnie najlepszym miejscem na torze, żeby siedzieć i obserwować twarze. Nikt nie ma nic przeciwko gapieniu się; w końcu po to tu są. Niektórzy spędzają większość z czasu w „Zagrodzie”, gdzie mogą przysiąść przy jednym z wielu drewnianych stołów, rozwalić się w wygodnym krześle i obserwować ciągle zmieniające się stawki zakładów na wielkiej tablicy za oknem. Czarni kelnerzy w białych mundurkach ruszają się w tłumie z tacami drinków, podczas gdy eksperci zagłębiają się w formularze zakładów, a łowcy szczęścia zaznaczają szczęśliwe numery lub skanują wzrokiem kolumny, szukając dobrze brzmiących nazw. Jest ciągły napływ ludzi do i z okienek zakładowych, znajdujących się na zewnątrz, w drewnianych korytarzach. W końcu, kiedy nadchodzi czas startu, tłum topnieje i ludzie wracają na swoje miejsca.

Było jasne, że musimy znaleźć jakiś sposób, żeby spędzić nazajutrz więcej czasu w domku klubowym. Niestety wejściówki prasowe do sektora F&G nadawały się tylko na jednorazowe pół godziny, co wprawdzie dawało szansę wszystkim typom z mediów szybko wbiec i zrobić kilka fotek albo krótki wywiad, by szybko wybiec z powrotem, ale zapobiegało spędzaniu tam całego dnia przez zalegaczy takich, jak ja i Steadman, zastraszaniu elity i rabowaniu torebek podręcznych podczas przechadzki po trybunach. Zapobiegało też atakowaniu Macem gubernatora. Limit czasowy nie był problemem w piątek, ale w Dzień Gonitwy te przepustki stałyby się bardzo pożądane. Jako że przejście z loży prasowej do „Zagrody” zajmowało dziesięć minut i tyle samo powrót, nie dawało nam to dużo czasu na oglądanie ludzi. W przeciwieństwie zaś do reszty dziennikarzy, mieliśmy głęboko w dupie to, co działo się na torze. Przyszliśmy tam przecież, żeby oglądać występy „prawdziwych” bestii.

W piątek, późnym popołudniem, wyszliśmy na balkon loży prasowej, a ja próbowałem opisać różnicę między tym, co widzimy dzisiaj, a tym co zobaczymy jutro. Była to moja pierwsza Gonitwa od dziesięciu lat, ale przedtem, kiedy mieszkałem w Louisville, uczęszczałem na nią każdego roku. Teraz spoglądając z loży prasowej wskazywałem na ogromną, trawiastą łąkę, otoczoną przez tor. „Ten cały obszar”, powiedziałem. „zostanie zalany ludżmi, pojawi się tam pięćdziesiąt tysięcy lub coś w tym stylu, a większość z nich będzie pijana w trupa. To fantastyczna scena – tysiące ludzi mdlejących, płaczących, kopulujących, napastujących się nawzajem i walczących rozbitymi butelkami od whisky. Będziemy musieli spędzić tam trochę czasu, ale ciężko będzie się poruszać, za dużo ciał.”

„Czy tam będzie bezpiecznie? Czy w ogóle wrócimy?”
„Pewnie”, powiedziałem. „Będziemy po prostu uważać, żeby nie nadepnąć nikomu na brzuch i nie wszczynać bójki.”, wzruszyłem ramionami. „Cholera, ta scena z domku klubowego pod nami będzie prawie tak samo potworna, jak na polu. Tysiące wrzeszczących, zataczających się chlorów, przegrywających coraz więcej pieniędzy, którym coraz bardziej skacze z tego powodu ciśnienie. Do popołudnia będą wlewać w siebie miętowe julepy obydwoma rękami i wymiotować na siebie nawzajem. Całe miejsce będzie upchane ludźmi, stojącymi łokieć w łokieć. Trudno będzie się poruszać. Przejścia będą śliskie od rzygowin, ludzie będą łapać cię za nogi padając na ziemię, żeby nie być stratowanym. Pijacy będą szczać na siebie nawzajem w kolejkach do okienek zakładowych upuszczając pieniądze i walcząc, żeby zgarnąć je z powrotem.”
Wyglądał tak nerwowo, że aż się zaśmiałem. „Żartuję sobie”, powiedziałem. „Nie martw się. Jak tylko zobaczę, że jest dym, natychmiast wpompuję całego Chemicznego Grzesia prosto w tłum.”

Zrobił kilka szkiców, ale jak dotąd nie wypatrzyliśmy tej specjalnej twarzy, której potrzebowałem na pierwszą stronę artykułu. Była to twarz, którą widziałem podczas każdej Gonitwy tysiące razy. Miałem jej obraz w głowie jako maski alkoholowej elity – pretensjonalnej mieszanki alkoholu, zawiedzionych nadziei i ostatecznego kryzysu tożsamości; nieuchronnego efektu wsobnego rozpłodu w odseparowanej od zewnątrz, niskiego gatunku kulturze. Jedną z głównych zasad genetycznych w rozpłodzie psów, koni czy jakiegokolwiek innego gatunku hodowlanego jest to, że rozmnażanie wsobne tworzy potomstwo, dziedziczące zarówno najsilniejsze, jak i najsłabsze cechy.

W hodowli koni istnieje na przykład znaczne ryzyko przy łączeniu dwóch szybkich koni, które obydwa mają iskierkę szaleństwa. Potomstwo ma znaczną szansę okazać się bardzo szybkie i równocześnie bardzo szalone. Tak więc sztuczką w rozmnażaniu ras zwierząt jest podtrzymywanie dobrych cech i odsiewanie złych. Jednak rozmnażania ludzi nie kontroluje prawie nikt, szczególnie w małych społecznościach na południu USA, w których łączenie się w pary z najbliższymi jest nie tylko pożądane i akceptowane, ale znacznie wygodniejsze – dla rodziców – niż dawanie potomstwu wolnej ręki w wyborze partnera z względu na ich własne preferencje. („Cholera jasna, słyszałeś o córce Smitty’ego? Odbiło jej w zeszłym tygodniu w Bostonie i wyszła za czarnucha!”) Zatem twarz, którą próbowałem namierzyć na Churchill Downs w ten weekend, była w moim umyśle symbolem tej całej, skazanej na zagładę, atawistycznej kultury, sprawiającej że Gonitwa Kentucky jest właśnie tym, czym jest.

W drodze powrotnej do motelu, tuż po piątkowym wyścigu, ostrzegłem Steadmana, że będziemy musieli stawić czoła także innym problemom. Nikt z nas nie wziął ze sobą żadnych dziwnych, nielegalnych dragów, tak więc musieliśmy polegać na alkoholu. „Musisz pamiętać”, powiedziałem „że niemal każdy, z kim od tej pory będziesz rozmawiać, będzie pijany. Ludzie, którzy będą się wydawać bardzo przyjacielscy przy pierwszym kontakcie, mogą na ciebie nagle wyskoczyć bez żadnego powodu.” Pokiwał głową gapiąc się przed siebie. Wydawał się nieco zesztywniały, a ja próbowałem go pocieszyć zapraszając na obiad wieczorem, który mieliśmy zjeść wspólnie z moim bratem.

W motelu rozmawialiśmy trochę o Ameryce i południowej Anglii – relaksując się nieco przed obiadem. Nikt z nas nie przypuszczał wtedy, że będzie to nasza ostatnia, normalna konwersacja. Od tego momentu weekend przerodził się w potworny, pijacki koszmar. Rozłożyło nas na części. Głównym problemem były moje wcześniejsze związki z Louisville, które naturalnie doprowadziły do spotkań ze starymi przyjaciółmi, krewnymi itp., z których wielu znajdowało się w stanie postępującego rozpadu, postępującego szaleństwa, w okresie rozkminki przed rozwodowej, łamania się pod ciężarem straszliwych długów lub powrotu do zdrowia po złych wypadkach. W środku samej szaleńczej akcji Gonitwy, jeden z członków mojej rodziny musiał zostać umieszczony pod specjalną opieką. To dolało trochę oliwy do ognia, a Steadman nie mając wyboru musiał brać co popadnie przechodząc zarazem wstrząs za wstrząsem.

Kolejnym problemem był jego zwyczaj szkicowania ludzi, spotykanych w różnych sytuacjach społecznych, w które go wkręcałem, a następnie dawanie im szkiców. Efekt był zawsze katastrofalny. Ostrzegałem go kilka razy przed wręczaniem swoich pokrzywionych popisów ludziom, ale z jakiegoś perwersyjnego powodu cały czas to robił. W końcu niemal każdy, kto widział jege prace lub o nich słyszał, odnosił się do niego ze strachem i odrazą. Nie potrafił tego zrozumieć. „To taki żart.”, powtarzał. „Czemu? W Anglii to zupełnie normalne. Ludzie się nie obrażają. Rozumieją, że po prostu trochę ich przerabiam.”

„Pierdolić Anglię”, powiedziałem. „To jest środek Ameryki. Ci ludzie uważają, że to co robisz, jest brutalnym i zwyrodniałym szyderstwem. Zobacz, co się stało wczoraj w nocy. Myślałem, że mój brat urwie ci łeb.”
Steadman smutno potrząsnął głową. „Ale ja go nawet polubiłem. Uderzyło mnie, jaki to porządny i szczery gość.”
„Słuchaj, Ralph”, powiedziałem. „Nie oszukujmy się. Rysunek, który mu dałeś, był szkaradny. To była twarz potwora. Źle mu to wpłynęło na nerwy.” Potrząsnąłem ramionami. „Jak myślisz, czemu do cholery wyszliśmy z restauracji tak szybko?”
„Myślałem, że z powodu Mace’u”, powiedział.
„Jakiego Mace’u?”
Uśmiechnął się. „Kiedy wyjechałeś z puszką na starszego kelnera, nie pamiętasz?”
„Cholera, to był pikuś”, powiedziałem. „Nie trafiłem w niego… a i tak w zasadzie wychodziliśmy.”
„Przecież pływaliśmy w tym”, powiedział. „Sala była pełna tego przeklętego gazu. Twojemu bratu ciekło z nosa, a jego żona płakała. Oczy bolały mnie przez dwie godziny. Nie byłem w stanie rysować, jak wróciliśmy do motelu.”
„Racja”, powiedziałem. „Miała coś od tego z nogą, nie?”
„Była wściekła”, powiedział.
„Ta… spoko, ok… Powiedzmy, że spieprzyliśmy to mniej więcej po równo”, powiedziałem. „Ale od teraz uważajmy, jak znajdziemy się wśród ludzi, których znam. Nie będzisz ich szkicował, a ja nie będę używał Mace’u. Postarajmy się po prostu zrelaksować i upić.”
„Spoko”, powiedział. „Jak tubylcy.”

* * * * *

Była sobota rano, dzień Wielkiego Wyścigu, a my jedliśmy śniadanie w plastikowym, hamburgerowym pałacu, który zwał się Fish-Meat Village. Nasze pokoje były po drugiej stronie ulicy, w hotelu Brown Suburban. Mieli jadalnię, ale jedzenie było tak kiepskie, że nie dawaliśmy rady już go jeść. Kelnerki wydawały się mieć zapalenie ścięgien; ruszały się bardzo powoli, jęcząc i przeklinając „ciemności” w kuchni.

Steadman lubił to całe Fish-Meat, ponieważ serwowali rybę z frytkami. Ja wolałem „tosty francuskie”, które były tak naprawdę masą naleśnikową, smażoną na konkretną grubość, a potem szatkowaną rodzajem wycinarki do ciastek, żeby przypominała tosty. Poza piciem i brakiem snu, naszym jedynym problemem w tym momencie było to czy dostaniemy się do domku klubowego. W końcu zdecydowaliśmy, że lepiej jest pójść na całość i ukraść dwie przepustki niż stracić kawał przedstawienia. To była ostatnia normalna decyzja, którą byliśmy w stanie podjąć przez następne czterdzieści osiem godzin. Od tego momentu – prawie że od chwili, gdy weszliśmy na tor – straciliśmy wszelką kontrolę nad wydarzeniami i spędziliśmy cały weekend topiąc się w morzu pijanego koszmaru. Moje notatki i zapiski z Dnia Gonitwy są bardzo nieczytelne.

Ale teraz, patrząc na duży, czerwony notatnik, który nosiłem ze sobą przez cały czas trwania tego spektaklu, widzę mniej więcej co się działo. Sama książka jest poszarpana i pogięta; niektóre ze stron są wyrwane, inne są zaschnięte, wcześniej poplamione przez prawdopodobnie whisky, ale ujęte w nawias, wspomagane przez nagłe przebłyski pamięci, notatki te wydają się opowiadać całą historię. Wejrzyjcie więc:

* * * * *

Deszcz przez całą noc aż do świtu. Bez snu. Chryste, lecimy ponownie, koszmar błota i szaleństwa… Ale nie. Do południa przedziera się słońce – wspaniały dzień, nie jest nawet duszno. Steadman martwi się teraz o ogień. Ktoś powiedział mu o pożarze w domku klubowym dwa lata wcześniej. Czy to się może zdarzyć ponownie? Okropne. Uwięzieni w loży prasowej. Holocaust. Setki tysięcy ludzi walczących o wyjście. Pijaczki walczące w płomieniach i błocie, oszalałe konie biegające wokół. Ślepi od dymu. Wielka trybuna waląca się w płomienie, razem z nami na dachu. Biedny Ralph jest bliski załamania. Pije na umór przeglądając się w butelce Haig & Haig.

Wjeżdżamy na tor taksówką próbując uniknąć tych okropnych miejsc do parkowania na podjazdach domów mieszkalnych za $25 od samochodu. Na ulicy stoją bezzębni starcy, trzymający ogłoszenia: PARKUJ TUTAJ oraz oznaczający wszystkie samochody na ganku. „Tak jest ok, chłopcze, nie przejmuj się tulipanami.” Rozwichrzona czupryna, stojąca na baczność, jak wiązka trawy polnej. Chodniki pełne ludzi poruszających się w tym samym kierunku, idących na Churchill Downs. Dzieciaki dźwigające przenośne lodówki i koce, landryny w obcisłych, różowych szortach, dużo czarnych… czarni kolesie w białych, filcowych kapeluszach, przystrojonych opaskami w leopardzie centki, mendy kierujące ruchem.

Tłum wokół toru był ogromny; szło się bardzo powoli i było bardzo gorąco. W drodze do windy, która wiozła ludzi do loży prasowej, w samym środku domku klubowego, natknęliśmy się na żołnierzy z wielkimi, białymi pałkami do tłumienia zamieszek. Około dwóch plutonów, w chełmach. Człowiek, idący obok nas powiedział, że czekają na gubernatora i jego świtę. Steadman lustrował ich nerwowo wzrokiem. „Czemu oni mają pałki?”

„Czarne Pantery”, powiedziałem. Wtedy przypomniałem sobie starego, dobrego Jimbo na lotnisku i zastanawiałem się co sobie teraz myśli. Prawdopodobnie był bardzo nerwowy; miejsce roiło się od mend i żołnierzy. Przepchnęliśmy się przez tłum, przez wiele bramek, przez zagrodę, z której dżokeje wyprowadzają konie i paradują przez pewien czas przed startem, żeby hazardziści mogli sobie lepiej popatrzeć.

W puli będzie dzisiaj pięć milionów dolarów . Wielu zwycięzców, jeszcze więcej przegranych. Co za cholera. Bramka prasowa była zapchana ludźmi, próbującymi dostać się do środka, wrzeszczącymi na ochronę i machającymi dziwnymi wywieszkami prasowymi: Chicago Sporting Times, Pittsburgh Police Athletic League… wszyscy zostali zawróceni. „Ruszaj się, kolo, zrób przejście dla pracującej prasy.” Wcisnęliśmy się w tłum, a potem do windy, by następnie szybko opanować darmowy bar. Czemu nie? Trzeba się wkręcać. Bardzo dzisiaj gorąco, nie czuję się dobrze, to musi być ten parszywy klimat. Loża prasowa była świeża i przewiewna, mnóstwo miejsca do chodzenia wokół i siedzenia na balkonach do oglądania wyścigu czy do patrzenia na tłum. Wzięliśmy kartę do zakładów i wyszliśmy na zewnątrz.

* * * * *

Różowe twarze pod klasycznymi, południowymi krawacikami, klimaty Old Ivy, lekkie płaszcze i kamizelki z guzikami. „Starczość w majowym rozkwicie” (zdanie Steadmana)… wcześnie wypalona lub może po prostu nie mająca gdzie się w ogóle wypalić. Niezbyt dużo energii w tych twarzach, niezbyt dużo też ciekawości. Cierpiący w ciszy, nie mający gdzie pójść po trzydziestce, po prostu trzymają się tego życia rozbawiając dzieci. Niech młodzi bawią się dopóki mogą. Czemu nie? Ponury kosiarz przychodzi w tej lidze wcześnie…. banshees krzyczące po nocy, na trawniku, obok tego małego, żelaznego czarnucha w ciuchach dżokeja. Może to właśnie on krzyczy. Złe delirium tremens i zbyt wiele okrzyków rozpaczy w klubie brydżowym. Leci się w dół razem z giełdą. O Jezu, ten dzieciak rozwalił nowy samochód, okręcił się wokół kamiennego słupa na poboczu autostrady. Złamana noga? Podbite oko? Wyślij go do Yale, leczą tam wszystko. Yale? Czytałeś dzisiejszą gazetę? New Haven jest w stanie oblężenia. Yale znalazło się w mrowisku Czarnych Panter… Mówię ci, pułkowniku, świat oszalał do cna. Dlaczego mówią mi, że dżokej-kobieta może wystartować dzisiaj w Gonitwie?

Zostawiłem Steadmana, szkicującego w „Zagrodzie” i poszedłem obstawić nasze zakłady w czwartym wyścigu. Kiedy wróciłem, gapił się intensywnie na grupę młodych mężczyzn przy stoliku obok. „Jezu, popatrz jaka ta twarz jest skorumpowana!”, wyszeptał. „Popatrz na szaleństwo, na strach, na chciwość!” Popatrzyłem i szybko odwróciłem wzrok w kierunku stolika, ktory szkicował. Twarz, którą uchwycił na szkicu, była twarzą mojego starego przyjaciela z liceum, w tamtych czasach gwiazdy footbalu, który jeździł wypasionym, czerwonym Chevroletem ze składanym dachem i jak mówili, miał bardzo szybką rękę, migającą swoim naramiennikiem 32 B. Zwali go „Człowiekiem Kotem”.

Ale teraz, dwanaście lat później, nie poznałbym go nigdzie, poza miejscem, w którym spodziewałem sie go znaleźć, barem „Zagroda” w Dzień Gonitwy… tłuste, fałszywe oczy i uśmiech alfonsa, niebieski, jedwabny garnitur i jego przyjaciele, wyglądający jak bankierzy spod ciemnej gwiazdy, którzy od tygodnia są w ciągu…

Steadman chciał zobaczyć kilku pułkowników Kentucky, ale nie był pewien jak wyglądali. Powiedziałem, żeby wrócił do męskich toalet w domku klubowym i szukał mężczyzn w białych, płóciennych garniturach, rzygających do urynałów. „Zwykle mają duże, brązowe plamy od whisky na marynarkach”, powiedziałem. „Ale popatrz na buty, bo to jest ważna wskazówka. Większości z nich udaje się uniknąć obrzygania własnego ubrania, ale zawsze trafiają w buty.”

W loży niedaleko nas siedziała pułkownik Anna Friedman Goldmann, prezes i powiernik Wielkiej Pieczęci Honorowego Porządku Pułkowników Kentucky. Nie wszystkie siedemdziesiąt milionów pułkowników Kentucky lub coś w tym stylu, było w stanie pojawić się na Gonitwie w tym roku, ale wielu z nich wciąż trwało w wierze i na kilka dni przed Gonitwą uczestniczyli w corocznym obiedzie, wydawanym w hotelu Seelbach.

Gonitwa, właściwy wyścig, był zaplanowany na późne popołudnie i kiedy wybiła w końcu magiczna godzina, zasugerowałem Steadmanowi, że powinniśmy może spędzić trochę czasu na polu, w tym wrzącym kotle, pełnym ludzi, który znajdował się w środku toru, tuż naprzeciwko domku klubowego. Na ten sygnał stał się troche nerwowy, ale jako że żadna ze strasznych rzeczy, przed którymi go ostrzegałem, jeszcze się nie zdarzyła – żadnych zamieszek, pożarów, ataków dzikich chlorów – kiwnął głową i powiedział: „Ok, idziemy.”

Żeby się tam dostać musieliśmy przejść przez wiele bramek, z których każda kolejna oznaczała krok w dół po drabinie statusu, a potem przejść przez tunel pod torem. Wyjście z tunelu było takim szokiem kulturowym, że trochę czasu zabrało nam dostosowanie się. „Boże Wszechmogący!”, wyszeptał Steadman. „To jest… Jezu!” Zanurkował w głąb ze swoim małym aparatem stąpając po ciałach, a ja szedłem za nim starając się robić notatki.

* * * * *

Totalny chaos, żadnej możliwości zobaczenia wyścigu, nawet samego toru… wszyscy mają to gdzieś. Długie kolejki do okienek zakładowych na zewnątrz, potem wszyscy wstają, żeby zobaczyć numery zwycięzców, wyświetlane na wielkiej tablicy, jak gigantyczna gra w bingo.

Podstarzali czarni sprzeczający się o zakłady; „Poczekaj tam, zalatwię to” (machanie butelką whisky z dłonią pełną dolarów); dziewczyna niesiona na ramionach, na T-shircie ma napis: „Ukradzione w więzieniu Fort Lauderdale.” Tysiące nastolatków śpiewających całą grupą: „Niech zaświeci słońce”, dziesięciu żołnierzy strzegących amerykańskiej flagi wspólnie z wielkim, tłustym chlorem, noszącym niebieski sweter footballowy (No. 80), ktory kiwa się w prawo i w lewo z kuflem pełnym piwa.

Nie sprzedają tu alkoholu, zbyt niebezpiecznie… nie ma też żadnych łazienek. Muscle Beach… Woodstock… pełno mend z pałkami do zamieszek, ale żadnych zamieszek nie ma. Z dużej odległości domek klubowy wygląda, jak pocztówka z Gonitwy Kentucky.

* * * * *

Wróciliśmy z powrotem do domku klubowego, żeby oglądać wielki wyścig. Kiedy tłum powstał, by spojrzeć na flagę i zaśpiewać „My Old Kentucky Home”, Steadman spojrzał na tłum i zaczął frenetycznie szkicować. Gdzieś z trybun u góry zaskrzeczał głos: „Odwróć się, ty owłosiona pokrako!” Sam wyścig trwał zaledwie dwie minuty i nawet z naszych super luksusowych siedzeń przy użyciu lornetki z dwunastokrotnym powiększeniem, nie byliśmy w stanie zobaczyć co tak naprawdę się działo. Później, gdy obejrzeliśmy powtórkę w loży prasowej, zobaczyliśmy co stało się z naszymi końmi. Holy Land, wybór Ralpha, potknął się i zrzucił dżokeja na ostatniej prostej. Mój koń, Silent Screen, prowadził na ostatnim zakręcie, ale zakończył wyścig piąty. Zwycięzcą był obstawiany 16 do 1, Dust Commander.

Chwilę po tym, jak wyścig się skończył, tłum rzucił się szaleńczo w stronę wyjścia biegnąc na taksówkę lub autobus. Następnego dnia Courier opisał przemoc na parkingu; ludzie byli bici i tratowani, grasowali kieszonkowcy, gubiono dzieci, poleciały butelki. Ale nas to wszystko ominęło, kiedy oddaliliśmy się do loży prasowej na trochę po wyścigowego picia. Do tego czasu byliśmy wykręceni od zbyt dużej ilości whisky, mocnego słońca, szoku kulturowego, braku snu i ogólnego rozstroju.

Kręciliśmy się po loży prasowej na tyle długo, żeby zobaczyć długi wywiad z właścicielem zwycięzcy, eleganckim, małym człowiekiem o inieniu Lehmann, który oznajmił że przyleciał do Louisville dzisiaj rano z Nepalu, gdzie „ustrzelił rekordowo okazałego tygrysa”. Dziennikarze sportowi oznajmili swój podziw, a kelner nalał Lehmannowi do szklanki Chivas Regal. Właśnie wygrał $127,000 dzięki koniowi, który kosztował go $6,500 dwa lata wcześniej. Jak powiedział, był „emerytowanym kontraktorem”. A potem dodał z dużym uśmiechem: „Właśnie przeszedłem na emeryturę.”

Reszta dnia znika w oparach szaleństwa. Reszta nocy także. A także cała następna doba. Wydarzyły się rzeczy tak okropne, że nie mogę się do myślenia o nich zmusić nawet teraz, a tym bardziej ich opublikować. Steadman miał szczęście, że wydostał się z Louisville bez żadnych poważnych obrażeń, a ja miałem szczęście że w ogóle wyszedłem z tego cało. Jednym z najwyraźniejszych wspomnień z tego brutalnego okresu jest zaatakowanie Ralpha przez jednego z moich starych przyjaciół w sali bilardowej klubu Pendennis, na przedmieściach Louisville, w sobotnią noc. Facet rozerwał sobie koszulę do pasa zanim zdecydował, że Ralph ma ochotę na jego żonę. Nie zadano ciosów, ale urazy emocjonalne były ogromne. Potem jako część ostatecznego koszmaru, Steadman użył swojego diabolicznego pióra próbując załagodzić sprawę poprzez wykonanie szkicu dziewczyny, o podrywanie której został oskarżony. W ten sposób byliśmy skończeni w Pendennis.

* * * * *

Około dziesiątej trzydzieści w poniedziałek rano obudziło mnie drapanie w drzwi. Wyjrzałem z łóżka i odsunąłem zasłonkę na tyle, żeby zobaczyć na zewnątrz Steadmana. „Czego, kurwa chcesz?”, krzyknąłem.
„A co ze śniadaniem?”, powiedział. Wylazłem z wyra próbując otworzyć drzwi, ale zaskoczyły tylko na łańcuchu i zatrzasnęły się. Nie mogłem sobie poradzić z łańcuchem! Juks nie chciał wyskoczyć z blokady, tak więc wyrwałem ją ze ściany perfidnym kopniakiem w drzwi. Ralph nawet nie mrugnął. „Pech”, mruknął.

Ledwo go widziałem. Oczy miałem tak spuchnięte, że prawie zamknięte, tak więc nagły wybuch światła słonecznego w drzwiach oślepił mnie i pozostawił bezbronnego, jak chorego kreta. Steadman ględził coś o chorobie i okropnej gorączce; zwaliłem się z powrotem na łóżko starając się skupić na nim, gdy łaził po pokoju bez ładu i składu przez jakiś moment, wtem nagle chwycił za wiaderko na piwo i wyjął puszkę Colta 45. „Chryste”, powiedziałem. „Wyrywasz się spod kontroli.” Kiwnął głową i zerwał zawleczkę biorąc głębokiego łyka. „Wiesz, to jest straszne”, powiedział w końcu. „Muszę się zmyć z tego miejsca…”, potrząsnął głową nerwowo. „Samolot odlatuje o trzeciej trzydzieści, ale nie wiem czy zdążę.”

Ledwo go słyszałem. Zdołałem jednak w końcu otworzyć swoje oczy na tyle, żeby przejrzeć się w lustrze i doznałem wstrząsu próbując rozpoznać sam siebie. Przez chwilę było ciężko i myślałem, że Ralph przyprowadził kogoś jeszcze – modela z tą specjalną twarzą, której tak szukaliśmy. Ale on tam był, na Boga – wyglądał jak spasiona, chora, przepita karykatura… jak potworna, animowana wersja starej fotki w albumie rodzinnym niegdyś dumnej matki. To była twarz, której szukaliśmy i oczywiście nie różniła się od mojej własnej. Okropne, okropne…

„Może powinienem trochę dłużej pospać”, powiedziałem. „Czemu nie pójdziesz do tego całego Meat-Fish i nie zjesz trochę tej zepsutej ryby z frytkami? Możesz potem wrócić i obudzić mnie koło południa. Czuję się zbyt zryty, żeby wyłazić na ulicę za godzinę.”
Potrząsnął głową. „Nie… nie… Sądzę, że wrócę na górę i popracuję trochę nad rysunkami.” Nachylił się, żeby zabrać jeszcze dwie puszki z wiaderka na piwo. „Próbowałem pracować wcześniej”, powiedział, „ale ręce mi się trzęsły… to okłopne, okłopne.”
„Musisz przestać pić”, powiedziałem.
Pokiwał ze zrozumieniem. „Wiem. Tak nie jest dobrze, na pewno nie jest. Ale w jakiś sposób tak robi mi się lepiej…”
„ Nie na długo”, powiedziałem. „Pewnie stoczysz się dzisiaj w nocy, w histeryczne delirium tremens – prawdopodobnie gdy wysiądziesz z samolotu na lotnisku Kennedy’ego. Wsadzą cię w kaftan i zawloką do Tombs, a potem będą cię bić po nerkach wielkimi pałkami aż wytrzeźwiejesz.”

Wzruszył ramionami i poszedł zamykając za sobą drzwi. Wróciłem do łóżka na godzinę czy coś w tym stylu i później, po dziennej porcji biegu po sok grejpfrutowy do Nite Owl Food Mart, zjedliśmy nasz ostatni posiłek w Fish-Meat Village – dobry lunch złożony z podrobów w cieście, usmażonych w gęstym tłuszczu.

Do tego czasu Ralph nie chciał już nawet kawy, żądał tylko więcej wody. „To jedyna rzecz, nadająca się do ludzkiej konsumpcji, jaką mają”, wyjaśnił. Potem, korzystając z ostatniej godziny przed jego odlotem, rozłożyliśmy rysunki na stole i trochę nad nimi pozwisaliśmy zastanawiając się czy oddał dobrze ducha całej sprawy… ale nie mogliśmy zdecydować. Jego ręce trzęsły się tak okropnie, że miał problem z utrzymaniem papieru w ręce, a mój wzrok był tak rozmazany, że ledwo byłem w stanie zobaczyć, co naszkicował. „Chuj”, powiedziałem. „Obydwoje wyglądamy gorzej niż wszystko, co naszkicowałeś.”
Uśmiechnął się. „Wiesz, myślałem o tym”, powiedział. „Przyjechaliśmy tu oglądać te okłopne sceny: ludzi nawalonych, jak stodoła, rzygających na siebie nawzajem i temu podobne… a teraz, wiesz co? To my…”

* * * * *

Wielki Pontiac Ballbuster przebija się przez ruch na autostradzie. Radiowy biuletyn informacyjny relacjonuje, jak Gwardia Narodowa masakruje studentów w Kent State, a Nixon wciąż bombarduje Kambodżę. Dziennikarz prowadzi ignorując swojego pasażera, który jest już prawie nagi po zdjęciu większości ze swojej odzieży, trzymanej za oknem w próbie wywietrzenia z niej Mace’u. Jego oczy są czerwone, a twarz i klatka piersiowa przesiąknięte piwem, którego próbował użyć do spłukania okropnego środka chemicznego ze swojego ciała. Cały przód wełnianych spodni ma uwalony rzygowinami; jego ciało wstrząsają wybuchy kaszlu i przechodzi je dzikie, dławione łkanie.

Dziennikarz napiera samochodem przez autostradę, kierując się w stronę postoju naprzeciwko terminala, by za chwilę nachylić się i otworzyć drzwi po stronie pasażera, po czym wyciągnąć Anglika rycząc: „Odwal się, ty bezużyteczny pedale! Ty pierdolony świniojebco! (Maniakalny śmiech.) Gdybym nie był chory, kopałbym twoją dupę aż do Bowling Green – ty jebany, zagraniczny kutasie. Mace jest dla ciebie za dobry… Możemy się obejść bez takich w Kentucky.”

Hunter S. Thompson

(tłum. Conradino Beb)

Źródło: Scanlan’s Monthly, vol. 1, no. 4, czerwiec 1970.

Pierwsze odwiedziny u Mescalito

(16 Lutego 1969) Ponownie w L.A., ponownie w Hotelu Continental… naładowany pigułami, kanapkami klubowymi i Old Crow, popijałem już piąty kieliszek Barbery Louis Martini spoglądając z balkonu na jedenastym piętrze na policyjny radiowóz, z którego rozlegały się okrzyki w stronę Whiskey A Go-Go na Strip1, gdzie przesiadywałem kiedyś często po południu razem z Lionelem, gadając z kurwami po pracy…

…a kiedy stałem tak przyglądając sie czwórce dzieci-kwiatów w spodniach-dzwonach, dwóm parom łapiacym stopa w stronę Hollywood jakąś milę dalej… zauważyli jak na nich patrzę i pomachali w moją stronę.

Pomachałem im, a moment później, po tym jak zdążyli pokazać mnie sobie nawzajem, wysłali mi symbol „V”, a ja go odwzajemniłem. Jeden z nich krzyknął: „Co tam robisz u góry?” Odpowiedziałem: „Piszę o was, frikach z ulicy”. Rozmawialiśmy tak przez chwilę nawiązując dość słabą komunikację, a ja czułem sie jak Hubert Humphrey2, spogladajacy na Grant Park. Być może gdyby Humphrey miał balkon w tym apartamencie na dwudziestym piątym piętrze Hiltona, zachowywałby się inaczej.

Wygladanie z okna to niezupełnie to samo. Dzięki balkonowi zostajesz skąpany w ciemności, co jest bardziej neutralne – jak wyjście na trampolinę. W każdym razie byłem zaskoczony dystansem pomiędzy mną, a tymi ulicznymi frikami; dla nich byłem tylko kolejnym tłustym bonzem, zwisającym znad krawędzi balkonu… co przypomniało mi o Jamesie Farmerze3 dzisiaj w telewizji, który opowiadał w „Face The Nation” o tym, jak podtrzymuje swoje kontakty z czarną społecznością trzęsąc przy tym podwójnym podbródkiem i mówiąc z manierą spiętego cwaniaka, błądząc po omacku w obliczu nieporozumienia na linii George Herman – Daniel Schorr… a potem McGarr mówiący w Luau, spędowni w Beverly Hills, że pamiętał Farmera z czasów, gdy był radykałem i przestraszyło go, jak daleko odpłynął od pierwszej linii frontu… przestraszyło go to, powiedział, ponieważ zastanawiał sie czy to samo nie stanie się z nim samym… to zaś sprowadza nas do mojej sceny na balkonie – do Huberta Humphreya, spogladającego na Grant Park we wtorek wieczorem, kiedy jeszcze miał jakieś opcje (potem, kilka chwil później, czwórka dzieci-kwiatów zatrzymała taryfę – tak, taryfę, taksę – a ja zszedłem na dół do sklepu monopolowego King’s Cellar, gdzie sprzedawca spojrzał na moja kartę Diner’s Club i spytał: „Czy to nie ty napisałeś Hell’s Angels?” I wtedy poczułem się ocalony… Selah).

18 Lutego,

Notatki z L.A., ponownie… już pierwsza trzydzieści, a mózg miażdży mi pigułowy nerw, gdy gapię sie na pół skończony artykuł… piloci testowi, po tygodniu (nie, trzech dniach) w Bazie Sił Lotniczych w Edwards, na pustyni… ale gdy próbuję mieszać pisanie z opierdalaniem się ze starymi przyjaciółmi, to już nie działa, ten szaleńczy, zabijający czas syndrom późnej pracy, wieczne nigdy w przystępowaniu do stukania na maszynie, aż robi sie druga lub trzecia w nocy, nie dam rady… szczególnie lekko nawalony, obżarty pigułami i ujarany trawą, z dedlajnami, które właśnie minęły i wrzeszczącymi ludźmi z Nowego Jorku… ciśnienie w mózgu wzrasta, jak piorun kulisty z opóźnionym zapłonem. Zmęczony i zryty z braku snu czy przynajmniej z powodu jego znikomej ilości. Żyjący na pigułach, nie wykonanych telefonach, nie widzianych ludziach, nie napisanych stronach, nie zarobionych pieniądzach, z ciśnieniem wzrastającym wokół i tworzacym rodzaj wyłomu, który ponownie pcha cię do czynu. Zdejmij strzelbę ze ściany, skończ coś, utnij ten potworny nawyk nigdy nie zapinania wszystkiego do końca – czegokolwiek.

songs_of_the_doomed
„Songs of the Doomed” / okładka

A teraz w korytarzu włącza się jeszcze cholerny alarm… potworny dźwięk dzwonków… ale korytarz jest pusty. Czy w hotelu wybuchł pożar? Nikt nie odbiera telefonu w recepcji; operator nie odpowiada… a dzwonek hałasuje dalej. Czytasz o pożarach w hotelach: 75 LUDZI ZGINĘŁO W HOLOCAUŚCIE SKACZĄC Z BALKONÓW (jestem na jedenastym piętrze)… ale widocznie pożaru nie ma. Operator w końcu podnosi słuchawkę i mówi, że to spięcie przewodów. Ale w korytarzu nie widać zupełnie nikogo; tak samo było w Waszyngtonie na wiecu Nixona. Fałszywe alarmy i człowiek krzyczący przez wywietrznik: „Czy ktoś chce się ruchać?” Fundamenty się walą.

Wczoraj jakiś ćpun próbował ukraść sterowiec Goodyeara, żeby polecieć nim do Aspen na festiwal rock’n’rollowy… miał że sobą gitarę, szczoteczkę do zębów i radio tranzystorowe, którym straszył jako bombą… „Trzymał organy ścigania w bezpiecznej odległości”, podała L.A. Times, „przez ponad godzinę twierdząc, że jest Georgem Harrisonem z The Beatles.” Osadzili go w areszcie, ale nie wiedzieli o co go oskarżyć… odesłali go więc do wariatkowa.

W międzyczasie zapadały się wzgórza pogrążając w gruzach domy wzdłuż ulic i autostrad. Wczoraj zamknęli dwie odnogi autostrady Pacific Coast pomiędzy Sunset i Topangą… przejeżdżając przez tą scenę małym samochodem McGarra, brytyjską pamiątką, w drodze do Govera, mieszkającego w Malibu… spojrzeliśmy do góry i ujrzeliśmy dwa domy zawieszone w przestrzeni oraz ziemię osuwającą się wzdłuż klifu. To była tylko kwestia czasu i nie było żadnej rady ani sposobu, żeby zatrzymać te dwa domy przed upadkiem na autostradę. Podcinali wciąż klify, żeby zrobić miejsce na więcej domów letniskowych, a wzgórza waliły się nieustannie. Pożary wypalają latem roślinność, a deszcze tworzą zimą zwały błota… kolosalna erozja, ogień i deszcz razem z trzęsieniem ziemi, zapowiadanym na kwiecień. Wszyscy wydają sie mieć to w dupie.

Dzisiaj znalazłem nasiona marihuany, rozsiane po całej powierzchni dywanu w moim pokoju… schylajac się, żeby zawiązać buty, byłem wpatrzony w podłogę i nagle dywan ożył nasionami. Przypomina mi to, jak porozrzucałem pijawki po pokoju hotelowym, w Missoula, w Montanie… zbierając je jedna po drugiej i rzucając nimi gdzie popadnie… wymeldowałem się ze względu na Butte. Jednocześnie, gdy byłem w tamtym hotelu ostatnim razem, miałem buta pełnego trawy i paczkę Johna Wilcocka… potworna scena na granicy kanadyjskiej w Toronto, byłem obładowany trawą nie będąc nawet w stanie powiedzieć, gdzie mieszkam, gdyby mnie zapytali… Myślałem, że nadszedł koniec, ale przepuścili mnie.

A teraz, przez zupełny przypadek znajduję „Własność Grubego Miasta” (konieczny odwrót zmiana przetrwanie-Oscar-grabienie), wymalowane na obudowie pożyczonej maszyny do pisania. Czy jest kradziona? Tylko Bóg wie… nasiona na dywanie i świeżo zajumana maszyna do pisania na biurku, żyjemy w dżungli ciągłych katastrof nieustannie chodząc po polu minowym… czy mój jutrzejszy samolot się rozbije? Co jeśli na niego nie zdążę? Czy następny też się rozbije? Czy mój dom spłonie? Dom przyjaciela Govera w Topandze spłonął wczoraj, nie ocalało nic poza oryginalnym Cezannem. Jak to się skończy?

18/19 Lutego,

Zbliża się świt, mam mocno zrytą głowę… i zero deksedryny w kieszeni. Po raz pierwszy od pięciu lat jestem pusty w moje małe bomby energii. W butelce nic poza pięcioma tabletkami Ritalinu i wielka spansułą4 meskaliny i „szuwaksu”. Nie znam proporcji tej mikstury, nie wiem też co to za szuwaks. Nie mam pojęcia, co mi to zrobi z głową, sercem czy z ciałem. Ale Ritalin jest w tym punkcie bezużyteczny – za słaby – tak więc muszę zaryzykować to drugie. Oscar przychodzi o dziesiątej, żeby odwieźć mnie na lotnisko, na lot do Denver i Aspen… tak więc jeśli popadnę w szaleństwo i dziwne halucynacje, przynajmniej może mnie wymeldować z hotelu. Lot samolotem sam w sobie, to może być zupełnie inna sprawa. Skąd człowiek może wiedzieć? (W końcu połknąłem nicponia… niedługo zacznie działać; nie mam pojęcia czego sie spodziewać, a w tym stanie zjazdu i kompletnego wyczerpania niemal wszystko może sie zdarzyć. Mój opór sie skończył, tak więc każda reakcja będzie skrajna. Nigdy nie brałem meskaliny.)

W międzyczasie na Strip trwa nieustający zwierzyniec. Przez chwilę oglądałem, jak czterech szeryfów z L.A. bije dwóch nastolatków, następnie zakuwa ich w kajdanki i pakuje do radiowozu. Potworne ryki i wrzaski słychać było nawet u mnie na balkonie. „Przepraszam pana… O Boże, proszę, przepraszam.” BAM. Jeden mendziarz podniósł go za stopy, tak że koleś zawisł na drucianym płocie; drugi kopał go wszędzie, po czym przydusił kolanem i przypierdoił w głowę kilka razy. Korcilo mnie, żeby rzucić w pały butelką od wina, ale się powstrzymałem. Później jeszcze więcej hałasów… tym razem jakiś ćpun, tańczący i krzyczący ile sił w płucach jakąś średniowieczną przyspiewkę. Nie zważający na nic, po prostu tańczący na samym środku Strip.

I pamiętaj tą scenę strzelaniny u Alfie’go… a także początek filmu z człowiekiem wpadającym do plastikowego domku, wymiotującym, przeklinającym wiadomości, podnoszącym pistolet i otwierającym ogień w sufit… doprowadzony do szaleństwa przez wiadomości i presję społecznego awansu… potem, może do Classic Cat na noc amatorów, na żonę jego sąsiada… a stamtąd do strzelaniny u Alfie’go… tak, to zaczyna sie kleić.

Jezu, już 6:45 i pigsa naprawdę poczesała. Metal na maszynie do pisania zmienił się z matowo zielonego w niebiesko-świecący, klawisze promieniują, połyskują ruszając się… Właściwie nie siedziałem, ale niby lewitowałem w krześle krążąc przed maszyną do pisania. Na wszystkim kładła się fantastyczna poświata, wypolerowana i nawoskowana, jakby korzystająca ze specjalnego oświetlenia… a fizyczne wrażenie jazdy jest jak pierwsze pół godziny na kwasie, coś w stylu szemrania dookoła, poczucie bycia chwyconym przez coś, wewnętrzne wibrowanie, ale bez zadnej zewnętrznej oznaki czy ruchu.

peyote_na_pustyni
Pejotl / święty kaktus zawierający meskalinę w swoim naturalnym środowisku

Jestem zdumiony, że mogę wciąż pisać na maszynie. Czuję się, jakbym razem z maszyną do pisania wszedł w stan nieważkości; pływa przede mną, jak świecąca zabawka. Dziwne, ale wciąż mogę literować… ale musiałem pomyśleć o tym ostatnim… „Dziwne.” Chryste, zastanawiam się czy zrobi się jeszcze gorzej? Jest już siódma, a ja muszę się wymeldować za jakąś godzinę. Jeśli to jest początek tripu, jak na kwasie, równie dobrze mogę sobie odpuścić lot gdziekolwiek. Start samolotu byłby teraz przeżyciem nie do zniesienia, zdmuchnąłby mi czubek głowy. Fizyczne wrażenie odrywania się od ziemi byłoby w tym stanie nie do zniesienia; czuję się jakbym mógł zstąpić teraz z balkonu i delikatnie popłynąć w stronę chodnika.

Tak i coraz gorzej, mięsień udowy dostał skurczy, trzęsąc się bezładnie, jak galareta… Mogę go widzieć i czuć, ale nie jestem w stanie się z nim połączyć. Nie ma też zbyt mocnego połączenia pomiędzy moją głową i ciałem… ale wciąż mogę pisać na maszynie, nawet bardzo szybko, znacznie szybciej niż normalnie. Tak, cholerny drag definitywnie czesze, bardzo podobnie do kwasu, poczucie bardzo przyjemnego, fizycznego paraliżu (wow, ta wymowa), podczas gdy mózg próbuje sobie poradzić z czymś, z czym nigdy wcześniej nie miał do czynienia.

Mózg odwala teraz kawal roboty przystosowując się do nowego impulsu, jak stary żołnierz, wpadający na chwilę w panikę z powodu zasadzki, biorący się w garść, ale bez funkcji dowodzenia, widzący, czekający na przerwę, ale spodziewający sie czegoś gorszego… tak, a to nadchodzi. Prawdopodobnie nie mógłbym wstać teraz z tego krzesła, nie mógłbym chodzić, wszystko co mogę, to pisać… uczucie krwi pędzącej na wyścigi przez całe moje ciało z fantastyczną szybkością. Nie czuję żadnego pompowania, tylko przyśpieszony bieg… Szybkość. Wewnętrzna szybkość… i szum bez hałasu, wibracje dużej prędkości i jeszcze więcej światła. Mała, czerwona wskazówka, która rusza się razem z balastem na maszynie, teraz wydaje się być zrobiona z prawdziwej krwi. Drga i podskakuje, jak żywy organizm.

Czuję, że zbiera mi się na wymioty, ale ciśnienie jest zbyt potężne. Moje stopy są zimne, dłonie zimne, głowa jak w imadle… fantastyczny wysiłek, żeby podnieść butelkę Budweisera i wziąć łyka, piję jakbym wdychał powietrze czując, jak jego zimno schodzi mi w dół do żołądka… bardzo spragniony, ale zostało mi tylko pół piwa, a jest zbyt wcześnie, żeby zadzwonić po więcej. Chryste, tu jest pies pogrzebany. Będę musiał poradzić sobie z całą górą skomplikowanego gówn tj. pakowanie, płacenie i to gówno może mi się zaraz zwalić na łeb. Jesli to coś zacznie trykać mocniej, mogę sie wkręcić i zażądać piwa… trzymać się z daleka od telefonu, obserwować czerwoną wskazówkę… ta maszyna do pisania trzyma mnie w siodle, bez niej wykręciłoby mnie kompletnie na dziwne sposoby.

Może powinienem zadzwonić do Oscara i sprowadzić go tutaj razem z piwem, żeby trzymał mnie z dala od balkonu. O kurwa, to bardzo dziwne, moje nogi są w połowie zamarznięte, a żołądek sciska mi panika, zastanawiam sie jak dziwniej jeszcze się zrobi… wlącz radio, skup sie na czymś, ale nie słuchaj tych słów, perfidnego gówna. Jezu, słońce wstaje, pokój robi się nieznośnie jasny, potem chmura zasłania słońce, oglądam chmurę poprzez nagły odpływ światła w pokoju, w końcu robi się jaśniej kiedy chmura odpływa lub przechodzi dalej.. gdzieś tam, ciężej sie teraz pisze, ale trzeba to zrobić, to jest mój punkt zaczepienia, utrzymywać mózg na holu, hamować go.

Każdorazowe wrzucenie na luz może zamienić się teraz w rzeźnię, utratę panowania, upadek lub krzywy lot, Chryste, nie mogę wydmuchać nosa, nie mogę go znaleźć, chociaż go widzę razem ze swoją rękę, ale razem nie dają rady, lód w nosie, dreszcze i włączone radio, jakaś muzyka fletowa, zimne i fantastyczne wibracje szybkie do tego stopnia, że nie mogę się ruszać… piłka została odbita, kapsuła kosmiczna dryfująca przez kartkę, jakaś zgniła, ściemniona muzyka soulowa w radiu, Melvin Laird śpiewający The Weight: „O tak, zdzierammy siee, zdzierrammi, zdzierrammih?” Jakiś pojebany akcent. Galaretkowa muzyka. Anthony Hatch w Jerozolimie, wielki Boże, lecą śmierdzące wiadomości, pozbądź sie ich, nie ma nic o Nixonie, za dużo dla torturowanej głowy…

Chryste, co za bestialska robota, szukanie nowej stacji na tym pasku radiowym, w górę i w dół niebieskiej linii z tymi wszystkimi numerami, szybki przeskok na FM, pozbyć sie tych pierdolonych wiadomości, znaleźć coś w obcym języku… wiadomości już są na ekranie telewizora, ale go nie włączę, nawet na niego nie spojrzę… twarz Nixona… CHOLERA JASNA, właśnie dzwoniłem do Oscara, fantastyczny wysiłek włożony w wybieranie numeru, a pierdolona linia jest zajęta… trzymaj sie teraz, żadnego luzu, zignoruj to dziwne drżenie… śmiej sie, tak, to poczucie humoru, ściągnij je skądś, niebiański hak… Jezu, muszę zamknąć te drzwi, powiesić plakietkę NIE PRZESZKADZAĆ zanim wtargnie pokojówka. Nie mogę tego znieść, a właśnie słyszałem gdzieś jedną na zewnątrz, wlekącą sie korytarzem i kręcącą klamkami… hu hu, tak, ten słynny uśmiech… tak, udało mi się właśnie namierzyć Oscara… przyjeżdża z piwem… to teraz problem, nie mogę sie zacząć jebać z kierownictwem żądając piwa o tej godzinie dnia… strefa klęski w tą stronę, nie pierdol się z kierownictwem, nie teraz w tym pokręconym stanie… zakonserwuj tą resztkę piwa aż do przyjazdu Oscara z dostawą, skołuj tu ludzką strefę buforową, coś za czym można się schować… znowu włączyły się wiadomości, tym razem na paśmie FM.

Czas maszyny do szycia Singera, to za kwadrans ósma, nie możemy nawet trochę skłamać na temat wyprzedaży urodzinowej Waszyngtona, nasze maszyny zaszyją cię w worku tak szybko, że pomyślisz że oślepłeś… cholera jasna czy w radiu nie ma już żadnego spokojnego, ludzkiego dźwięku… tak, przez chwilę był jeden, ale ponownie lecą reklamy i jeszcze więcej bzdur… teraz, nadchodzi nagle dźwięk skrzypiec, przytrzymaj go, zostań z nim, skup się na nim, zajedź go… ach, to piwo nie starczy na długo, dopadnie mnie pragnienie i zmusi do jebania się z kierownictwem… nie, zostało mi trochę lodu – na balkonie – ale ostrożnie tam, nie patrz za krawędź… wyjdź tyłem, wykmiń gdzie jest papierowe wiadro z wodą, chwyć je ostrożnie kciukiem i palcem środkowym, a potem wróć powoli na krzesło… spróbuj teraz… UDAŁO SIĘ, ale moje nogi zmieniły się w galaretkę, nie mogę się ruszać inaczej, jak tocząc się po podłodze, tylko się nie odbijaj i trzymaj się z daleka od telefonu, pisz na maszynie, zacisk, uchwyt…

Jezu, moje ręce wibrują, nie wiem jak mogą pisać. Klawisze wydają się być wielkimi plastikowymi górkami, mocno rozgniecionymi i ta czerwona strzałka latająca wzdłuż, jak kropeczka w jednym z tych krótkich filmów w stylu „śpiewaj razem z nami”, kołysząca się w takt muzyki… Dzięki Bogu za „Sonatę F Major na Obój i Gitarę” Charlesa Starkweathera… żadnych reklam, radia sponsorowanego przez słuchacza, nawet żadnych wiadomości… zbawienie ma wiele twarzy, przypomnij mi żebym wysłał tej stacji czek, jak wydobrzeję… KFPA? Brzmi poprawnie.

Kryzys piwny się wzmaga, zostaję sam na sam ze śliną po tej ostatniej, brązowej butelce… cholera jasna, połowa mojego mózgu już zastanawia się, jak zdobyć więcej piwa, ale nie da rady… niestety. Nie można tu dostać piwa. Nie da rady. Nio do. Pomysl o czymś innym, podziękuj Bogu za muzykę; gdybym mógł dostać się do łazienki, chciałbym wziąć ręcznik i powiesić go na ekranie tego śmierdzącego telewizora, lecą tam wiadomości, czuję je.

Gdzie są okulary, widzę je tam, czołgam się, ta chmura znowu przepuszcza słońce, tym razem naprawdę, w pokoju jest niesamowite światło, biały odblask na ścianach, połyskujące klawisze maszyny… a tam na dole, pod balkonem, ruch uliczny wrze stabilnie wzdłuż Sunset Strip, w Hollywood, kalifornijski kod pocztowy nieznany… właśnie wróciliśmy z objazdu po Zwiazku Radzieckim i Danii, a teraz ostrożnie, nie zbaczaj w wiadomości, trzymaj prosty kurs, tak, słyszę już dźwięki fletu, muzyka znowu zaczyna grać. Co z papierosami, kolejny obszar problemowy… I ponownie słyszę tą zręczną pokojowkę, jak ssie klamkę, czego ta durna pizda znowu chce do cholery? Nie mam pieniędzy. Jeśli tu wejdzie, resztę swoich dni spędzi w psychozie strachu. Nie jestem w nastroju do pierdolenia się z pokojówkami, trzymaj je daleko ode mnie, czają się po tym hotelu, jak kalekie wilki… znowu sie uśmiecham, tak, zyskuję przewagę, coraz lepiej ogarniam, ho ho…

Kiedy będę miał górkę? Czesze mnie coraz mocniej. Wiem, że nie może bardziej wykręcić niż kwas, ale tak się właśnie czuję. Za dwie godziny muszę złapać samolot. Czy dam radę? Jezu, nie mógłbym teraz polecieć… Nie mógłbym wsiąść do samolotu… o Jezu, gardło mam ściśnięte, a usta jak gorący szpadel, nawet śliny brak… czy mogę się dostać do butelki Old Crow i zmieszać ją z resztkami lodu… zimny napój dla frika? Daj panu coś zimnego, moja droga, nie widzisz że mózg ma podłączony do pompy wodnej, a uszy do generatora… odsuń się, bo lecą iskry! Wycofaj się, może zabrnął za daleko… owiń go wężem… walnij sobie drinka, chłopcze, bo lecisz, a my potrzebujemy KONCENTRACJI… tak, muzyka, jakaś niemiecka muzyka dla hipisów. Martin Bormann śpiewa White Rabbit… uwięziony w dżungli przez oddział nagich żółtkow… whiskey über alles, walnij tego drinka, wstań, rusz się.

UDAŁO SIĘ… ale kolana się pode mną uginają, a głowa znajduje się dwadzieścia stóp wyżej niż moje stopy… w tym pokoju, który ma osiem stóp wysokości, co bardzo utrudnia podróż. Znowu światło, znajdź te okulary, rusz kolanami i podczołgaj się tam… to niedaleko… tak, mam już na sobie okulary, ale blask wciąż nie chce odejść. Zmycie się z tego hotelu i złapanie samolotu będzie dziwne… Nie widzę zbyt dużo nadziei, ale nie można myśleć w ten sposób… Udało mi się do tej pory zrobić wszystko, co miałem zrobić. Dwadzieścia trzy minuty po ósmej na stacji zbawienia umysłu, słyszę echa wiadomości, wyciekające z tyłu telewizora… Nixon wysłał Legion Kondora do Berkeley… uśmiech… wyluzuj się trochę, sącz drinka.

Kobzy w radiu, ale tak naprawdę skrzypce… pieprzą się z tymi instrumentami, co brzmi jak traktor w korytarzu, pokojówki rozwalą mi drzwi pierdolonym wozem opancerzonym, podnośnik w korytarzu wyłamujacy drzwi z zawiasów, jak natłok pajęczyn… skrzypiąc i stukocząc, ten hotel diabli wzięli odkąd został przejęty przez sieć, nie ma już grejpfrutów w kontaktach… zarzuć jakiś lampion na te ściany, zdejmij ten blask. Na ścianach potrzebujemy więcej włosów, a na dywanie pijawek, by dodać mu życia. Na dywanie są nasiona marihuany, to miejsce jest ich pełne. Dywan chrzęści, jak popcorn, kiedy chodzę, kto zasadził te nasiona i dlaczego jeszcze nie są podlane?

Teraz… tak… jest projekt, dbać o plony, zrosić ten dywan jak gwałtowny deszcz, taki tropikalny opad… dobry dla plonów, utrzymuj wilgotną glebę i przycinaj liście każdego dnia. Uważaj komu wynajmujesz pokój, specjalni ludzie, friki natury, ogrodnicy… wpuść ich, ale na rany Chrystusa nie wpuszczaj pokojówek. One nie lubią rzeczy rosnących na dywanie, większość z nich wygląda jak trzecie pokolenie Finnow, stare mięśnie obrosly tłuszczem i wiszą, jak pajecze sieci…

Pajęcze sieci? Znowu czesze, uważaj, właśnie przyszedł Oscar z piwem. Jazda mi się trochę wyrównała, jak po pierwszej fali kwasu. Jeśli nie wykreci mnie już bardziej, to myślę że będziemy w stanie wsiąść do tego samolotu, ale i tak się obawiam. Wejść do stalowej puszki i być wystrzelony w powietrze, zapięty… tak, właśnie w tej chwili mam górkę, trochę przestaje kręcić, ale wciąż wibruję i wznoszę się razem z maszyną do pisania. Chmura znowu przesłania slońce, a może to smog… poświata już zniknęła ze ściany, żadnych światełek na budynkach w oddali, żadnych iskierek na dachach, żadnej wody, tylko szare powietrze.

hunter_s_thompson_big_sur
Hunter S. Thompson w Big Sur

Kawałek dalej na ulicy widzę betoniarkę, jak rusza się połyskując na szaro i czerwono, ale to bardzo daleko. Wygląda jak zabawka Matchboxa; sprzedają je na lotniskach. Kup jedną Juanowi. Sądzę, że uda nam się złapać samolot. Kiedyś, gdy wszystko sie ułoży i będzie jak być powinno, możemy to powtórzyć wsadzajac ćwiartkę pod kołdrę wibrujacego łóżka w Holiday Inn i biorąc specjalną pigułkę szaleństwa… ale poczekaj, wstrzymaj się chwilę, możemy to w zasadzie zrobić teraz. Możemy przecież zrobić prawie wszystko… czemu nie?

Kserokopia z notatkami autora na temat wczorajszego programu dla dzisiejszego koncertu taśmowego Continental Airlines – prywatne słuchawki dla wszystkich pasażerów oraz sześcio kanałowa centralka razem z indywidualną kontrolą głośności, wbudowana w każdy fotel. Program mający zaledwie dwadzieścia cztery godziny robi sieczke z mózgu napranego kaktusem – to jak oglądanie meczu footballowego NFL z tabelą AFL w rękach.

11:32 – ponownie wznoszenie. Bez ciężaru – dziwnie – poniżej L.A. – słuchawki i pokrętła – przełączanie pomiędzy Jezusem i Leonem Blumem – przemowa Haile Selassie dla Legionu Kanadyjskiego.

Tani wynajem samochodów na lotnisku – przejąć specjalnie wzmocnione pałki baseballowe i zawijać do Big Sur – wsadzić Michaela Murphy’ego za blokowanie handlu zabijając ostatnią, prawdziwą szajkę muzyki dla rolasów na Zachodnim Wybrzeżu. Kto może mnie winić za wybatorzenie tego paraplegika w łaźni? Każdy by to zrobił – Selah.

Kim są te świnie – jako prawowity nałogowiec żądam pozostawienia w spokoju – pić olej eukaliptusowy – z centralką i pokrętłami, wciąż porobiony jak dzika małpa, wbita w wibracje silników odrzutowych – załatwić torbę kwasu i kartę kredytową linii lotniczych – ocenić kąt, przetoczyć się i zabujać – żadnego uczucia ruchu w tym samolocie – tylko warczenie – słuchawki – jazda jak na kwasie i dziwne, intensywne wibracje. Zdejmij to martwe zwierzę z siedzenia – wsadź je pod spód – gdzie jest drink? Te świnie zabierają nas na przejażdżkę – obciąż tym kartę. Echa dziwnego feedbacku w słuchawkach. Gabriel Heatter krzyczacy w tle – rozmowy telefoniczne – fantastyczni ludzie prowadzący rozmowę. To jest wczorajszy program – nowe piosenki dzisiaj. Fiut po drugiej stronie korytarza i Kitty Wells w słuchawkach. Ten kanał jest nawiedzony przez echa – rozmowy telefoniczne. Ten samolot nie ma chyba skrzydeł – dobry Boże, zamek mojej torby z whiskey jest zamarznięty – ciało, które się wznosi ma tendencję do samodestrukcji, bardzo zarobaczone. Wydaję sie odlatywać.

(12:15) Ostrzeż pilota – samolot na tym pułapie łatwo zarobaczyć. Wszechmożne poczucie przetaczania się… ześlizgiwania z krawędzi – ogień w popielniczce. Dziwne rzeczy na tym kanale.

Dalsze notatki z lotniska w Denver – schodzi mi, ale nie mogę się wyluzować szukając lotu do Aspen, podczas gdy wszystkie możliwe loty są odwołane na skutek burzy śnieżnej – jeśli nie do Aspen, to z powrotem do L.A. – ostatnia szansa na wyprostowanie – ostateczny wysiłek – w połowie wciąż pożądając otchłani. Jeden z was, świnie, znajdzie mi samolot – obscenicznie się pocę, włosy przyklejone i wypadające z policzków – jazda zakończona, żadnych wkrętów, uziemiającej energii, myśli bez ładu i składu – sterowiec Goodyeara to ostatnia nadzieja, ale żadnej jazdy samochodem. Strzeżcie się (niepoczytalnych) sokołów w grupie normalnych ludzi – złapać ten lot charterowy, odlatujący za pięć minut – mam zgagę, biegam po lotnisku wrzeszcząc o Bromo-Seltzer – znowu zejście na lotnisku w Denver.

W końcu siadam w siedzeniu drugiego pilota Aero Commandera – dziwność sama się sobą żywi – ze sterami na kolanie i p…łami pod stopami – czterdzieści jeden okrągłych wskaźników przed oczami, mrugające światła, hałaśliwy odgłos radia – palę czekając na tlen – chory z poczuciem rozbicia – dwa Ritaliny nie za bardzo pomagają – zjeżdżam – bez nadziei na bycie wyciągniętym – pęcherzyki powietrza w mózgu – otworzyć to okno obok, powiew powietrza i dźwięki innych krzysów. Czuję zapach alkoholu w tej małej kabinie, wszyscy siedzą cicho – lęk i odraza, kręci mi się w głowie, lecę i odbijam się od chmur. Żadnych ukrytych kart, wycieńczony. Z powrotem do L.A., niż raczej do Grand Junction – dlaczego tam? Chaos na lotnisku w Denver – spływa po mnie pot, a wszystkie loty są odwołane – sprzątaczki pracują – świnie leżące na ladach – „masz chłopcze, wynajmij ten samochód”. Przepraszam, jako certyfikowany nałogowiec nie mogę prowadzić w śniegu – ja muszę latać!

Hunter S. Thompson

Los Angeles, 1969

(tlum. Conradino Beb)


Przypisy:

1. Chodzi o Sunset Strip – przedłużenie Sunset Boulevard, ciągnące się przez zachodnią część Hollywood. Popularne miejsce imprezowe zarówno w latach ’60, jak i obecnie.
2. Hubert Horatio Humphrey, Jr. (ur. 27. 05. 1911 – zm. 13. 01. 1978) – wiceprezydent Stanów Zjednoczonych (1965-1969), a także kandydat na prezydenta Stanów Zjednoczonych z ramienia Partii Demokratycznej w 1968 r., który przegrał wybory z Richardem Nixonem. Znienawidzony przez Huntera S. Thompsona za dwulicowość, zdradzenie ideałów praworządności i łamanie standardów demokracji.
3. James Farmer (1920-1999) – jedna z najważniejszych osobistości Ruchu Praw Obywatelskich w Stanach Zjednoczonych, współzałożyciel Kongresu na rzecz Równości Rasowej (CORE) w 1942. W 1969 Farmer został mianowany przez prezydenta Nixona sekretarzem ministerstwa zdrowia, edukacji i skarbu, do czego odnosi się właśnie Hunter S. Thompson jako „zdradzenia ideałów”.
4. Spansuła – rodzaj kapsułki, zawierającej granulowany preparat chemiczny (lekarstwo, narkotyk), który stopniowo uwalniany jest w żołądku. Wynaleziona w 1952 przez firmę Smith Kline & French i zastosowana po raz pierwszy przy sprzedaży deksdedryny, pochodnej amfetaminy, która wykazuje od niej prawie czterokrotnie silniejsze działanie.

 

Źródło:  Songs Of The Doomed: More Notes on the Death of the American Dream, Gonzo Papers Vol. 3 (1991)

Skąd przywędrował skunk – historia współczesnej marihuany

Marihuana jest znana ludzkości od przynajmniej 5 tys. lat i nigdy nie znaleziono na jej negatywne działanie żadnych dowodów, a nawet lepiej, gdyż współczesne badania naukowe zaprzeczyły jakimkolwiek poważnym zagrożeniom związanym z paleniem marihuany, pomimo że były najczęściej finansowane przez rządy, pragnące jedynie potwierdzenia swojej tezy i nie spodziewające się, że dostaną raport o znikomej lub żadnej szkodliwości stosowania trawki.

Jednym z największych zawodów represyjnych gabinetów politycznych było odkrycie, że marihuany nie da się przedawkować śmiertelnie, gdyż proporcje jej dawki skutecznej do dawki śmiertelnej wynoszą 1- 40,000, podczas gdy przykładowo aspiryna pochwalić się może proporcją 1 – 10. Do tego, taka dawka konopi jest absolutnie niemożliwa do przyjęcia z powodu samej wagi szczytów konopi, która musiałaby oscylować w granicach 21 kg i zostać wprowadzone do oganizmu w całości w krótkim odstępie czasu. Dla porównania, zawodowi palacze jointów nie są w stanie spalić więcej niż 5-10 gram mocnego towaru w ciągu całej doby.

Pomimo tego znane jest „pozorne przedawkowanie THC” – czynnej substancji zawartej w konopiach – efekt uboczny wypalenia zbyt dużej ilości, który objawia się najczęściej zawrotami głowy i ostatecznie zaśnięciem. Jeśli dana osoba jest jednak skłonna do paniki, może także pojawić się strach, a jeśli ktoś posiada nerwowe usposobienie lub ma poważne problemy z żołądkiem, „przejaranie” może także prowadzić do nagłej bladości i wymiotów.

Dojrzały szczyt legendarnej odmiany Skunk#1

Najprostszym środkiem, powszechnie dostępnym, „zbijającym THC” jest fruktoza lub sacharoza, czyli owoce, soki owocowe lub zwykła woda z cukrem – pomaga nawet zwykły batonik czekoladowy. Działanie po zastosowaniu takiego antidotum, pojawia się już po 10-15 minutach, czasem po 20-25 i pozwala całkowicie luźno fruwać dalej.

THC nie wykazuje fizjologicznych skutków ubocznych – nie kumuluje się w organizmie w postaci toksyn, tak więc nie zatruwa wątroby, pomimo tego że kannabinoidy łączą się z tłuszczem i pozostają przez pewien czas w krwiobiegu – te cechy czynią jednak z marihuany idealny, długo działający środek przeciwbólowy, który w jednostkowych przypadkach może likwidować całkowicie nawet bardzo dotkliwe bóle neurologiczne.

Poważnym zagrożeniem ze strony konopi, o którym warto wspomnieć, może być jedynie prowadzenie samochodu lub pilotowania samolotu w stanie poważnej intoksykacji, co może prowadzić do wypadków. Odnotowano takie incydenty w skali całego świata, ale są one tak niezmiernie rzadkie, że nie można ich nawet porównywać z potwornymi wypadkami, będącymi efektem prowadzenia samochodu przez pijanych kierówców, którzy w samym 2009 spowodowali w Polsce 5,346 wypadków.

W tym samym roku zatrzymano także na polskich drogach 82,000 nietrzeźwych kierowców. Marihuana w żadnym wypadku nie może się z tym na szczęście mierzyć! Palenie marihuany jest zdrową alternatywą dla picia alkoholu, który w atmosferze kulturowego przyzwolenia bardzo często prowadzi do alkoholizmu – we wszystkich większych miastach Polski alkoholizm zbiera żniwo w postaci 20% populacji!

* * * * *

Gdy miałem szesnaście lat i pierwszy raz za sprawą mojego przyjaciela poczułem marihuanowy dym w płucach, nie zdawalem sobie sprawy, co tak naprawdę palę, ale wiedziałem że holenderski cud, który totalnie zmienił moje życie, nazywany był „skunem”. Nazwa, jak miałem się dowiedzieć znacznie później była zwykłym spolszczeniem angielskiego słowa „skunk”.

W tym czasie nie miałem oczywiście żadnego pojęcia o niezwykłej dynamice genetycznej konopi i wielości jej odmian, które za sprawą hodowców od późnych lat ’60 niezwykle wzbogaciły pole doświadczenia przeciętnego palacza trawy, pozwalając dzisiaj także polskim potheadom wybierać wśród najnowszych i przede wszystkim najmocniejszych propozycji na europejskim rynku.

Gdy granice Polski – które do końca lat ’80 pozostawały mniej lub bardziej szczelne – otworzono nagle z hukiem w 1989, na naszych oczach narodził się kolejny szlak handlowy, tym razem krążyło nim nowe egzotyczne palenie – skunk. Marihuana, a także haszysz wszelkiej maści stały się w Trójmieście i w granicach samej aglomeracji tak szeroko dostępne, jak wcześniej tylko ocet w supermarkecie.

Uderzył też szuwaks, Gdynia i Sopot pływały w kwasie, ale to już upełnie inna historia… W czasach mojej szkoły średniej w Trójmieście rządził niepodzielnie holenderski i niemiecki import, a nazwy takie jak Northern Lights, Orange Bud, Shiva Skunk i Super Skunk stawały się doskonale rozpoznawanymi synonimami jakości palenia.

To była wszakże połowa lat ’90 i wszystko wydawało się możliwe. Restrykcyjna Ustawa o Przeciwdziałaniu Narkomanii, delegalizująca posiadanie konopi na własny użytek, która za sprawą SLD znalazła drogę do sejmu i zniszczyła poprzez więzienie tysiące niewinnych istnień ludzkich, miała zostać uchwalona dopiero w 1998, a tamten czas należał do najbardziej liberalnych w III RP.

Co stało się potem, to historia terroru i bezwzględnej penalizacji wszystkiego co tylko związane z konopiami… powrót do doskonale w Polsce znanego zamordyzmu. Trzeba podkreślić, że dla mnie samego, jak i dla wielu innych, słowa „marihuana” i „skunk” były w zasadzie synonimami, jak do dzisiaj są wśród doświadczonych palaczy i growerów.

Pomimo tego, że nie ma jednak pomiędzy nimi żadnej różnicy, słowo skunk jest wykorzystywane przez gros rządów europejskich i sterowanych przez siebie aparatów represji do siania atmosfery paniki, jak też do dezinformowania społeczeństwa poprzez utożsamianie go z psychozą i śmiertelnym zagrożeniem.

Nie ma się jednak czego obawiać, jeśli tylko zdamy sobie sprawę z tego, że słowo skunk pochodzi od niewinnej kalifornijskiej hybrydy konopi, która została w połowie lat ’70 wyhodowana przez kolektyw Sacred Seeds i zamieniona następnie w grubą maszynkę do zarabiania pieniędzy, jak też w podstawę genetyczną 70-80% odmian konopi, oferowanych obecnie na europejskim rynku nasion. Historia Skunk #1 niesie za sobą historię całego przemysłu, stworzonego przez hipisów w USA na fali ucieczki z wielkich miast, gdy fala kontrkultury cofnęła się w końcu i pozornie zniknęła z oczu…

* * * * *

Odmian i rodzajów skunka jest obecnie tak wiele, że nazwa ta mówi nam coś jedynie bardzo ogólnie. Jeśli chcemy wiedzieć, czym naprawdę jest skunk, musimy zawędrować do korzeni, które ponad trzydzieści lat temu zapuściła w Kalifornii odmiana znana jako Skunk #1. Roślina ta była efektem zbiorowego wysiłku hodowlanego konopnego kolektywu Sacred Seeds, którego członkowie zamieszkiwali w różnych miejscówkach, rozsianych na obszarze całej Kalifornii.

Do na pół-mitycznych postaci, tworzących kolektyw należeli: Sam Skunkman, Sandy Weinstein, Mendocino Joe i Maple Leaf Wilson (a być może także inni), z czego większość da się zidentyfikować jedynie poprzez relacje z drugiej ręki, hodowcy ci zniknęli bowiem całkowicie z pola widzenia do początku lat ’90.

afghan_kush
Afghan Kush w Afganistanie

Pierwszy prototyp rośliny typu skunk (niestabilna krzyżówka Colombian Gold x Afghan Kush) został najprawdopodobniej wyhodowany przez samych członków Sacred Seeds, choć czasem podaje się jako jego twórcę hodowcę o xywce Jingles, który jak głosi mit, ściął wszystkie swoje rośliny z niestabilinej linii, ale zatrzymał jedną, wyróżniającą się, dla celów własnych eksperymentów. Większość starych wyjadaczy uważa jednak, że jest to zasadniczo inna xywka Sama Skunkmana, który z niejasnych powodów użył jej do objaśnienia korzeni Skunk #1, za którym stoi sam jako jeden z głównych hodowców.

Roślina została wyhodowana najprawdopodobniej właśnie przez niego i była pierwszą w USA próbą połączenia genów cannabis indica z cannabis sativa – dwóch głównych rodzajów konopi. Początki eksperymentu datuje się na 1969 rok w mieście Santa Cruz (Oakland). Hybryda (krzyżówka) Skunkmana w postaci klonu wkrótce zaczęła krążyć po całym obszarze Bay Area i w końcu kolektyw Sacred Seeds zaadaptował tego niestabilnego „skunka” jako projekt hodowlany.

Hodowcy z Bay Area nie mieli jednak na początku łatwego zadania, gdyż skrzyżowanie Colombian Gold (aromatyczna, wysokiej jakości cannabis sativa z wybrzeża Kolumbii) z jakąkolwiek dziką odmianą w celu wyhodowania stabilnej rośliny, okazało się niezmiernie trudne. Skunkman odkrył jednak, że bardzo łatwo było skrzyżować ją z już istniejącą hybrydą. W ten sposób do miksu dołączona została niezwykle popularna w latach ’60 w USA, meksykańska odmiana cannabis sativa, Acapulco Gold (dobry, komercyjny klasyk).

Ten wstrzyk okazał się także dodawać dwie pożądane cechy. Oprócz umożliwienia samej krzyżówki, zwiększał także poziom general combining ability (GCA – ogólnej zdolności do krzyżowania). Dodatek Acapulco Gold skracał ponadto minimalnie czas kwitnienia. Najważniejszym osiągnięciem był jednak wzrost stosunku calyx/liść w Skunk #1 – roślina zaczęła być bardzo wydajna.

Sacred Seeds, jak wiele innych projektów kontrkulturowych lat ’60, byli na początku małą grupą, ale z czasem urośli w siłę. Sam Skunkman był pod koniec lat ’60 młodym hodowcą, ale z czasem urósł do rangi głównego selekcjonera i hodowcy nasion dla Seed Co w pod koniec lat ’70. Wejście do grupy było bardzo trudne, gdyż kandydat musiał zostać zaproponowany przez czynnego członka wewnętrznego kręgu. Na wejściu zlecano mu wyhodowanie konkretnej liczby klonów Skunk #1 z wypracowanej wcześniej genetyki.

Colmbian Gold / wysuszony szczyt
Colombian Gold / 100% sativa

W ten sposób osiągano kontrolę produkcji i zwiększano pulę genetyczną tej konkretnej rośliny, co pozwalało na jeszcze większe ustabilizowanie hybrydy. Jeśli wierzyć tej legendzie, w Sacred Seeds panował całkowity podział pracy. W ten sposób kolektyw osiągnął wiele w krótkim czasie używając naturalnej selekcji na swoją korzyść. Skunk #1 poszedł po raz pierwszy raz na sprzedaż w 1978 roku. Była to jedyna odmiana, na którą Seed Co nie dawało zniżek przy zamówieniu powyżej 1kg. Nasiona kosztowały $2 za sztukę i nawet wtedy ludzie protestowali, że cena jest za wysoka i że nie daje się zniżki przy zamówieniach hurtowych.

Był to drugi kalifornijski hit po odmianie Haze (która wyprzedawała się nawet rok do przodu), Skunk #1 wyprzedawał się bowiem całkowicie co roku. Nasiona były w tym czasie sprzedawane jako F1 (pierwsze pokolenie) matki i rośliny męskiej z następnego pokolenia, która była krzyżowana wstecz z jednym z oryginalnych rodziców.

Ze względu na komunalną rolę projektu, odmiana Skunk #1 miała wielu ojców jako że każdy z hodowców dokonywał swojej własnej wariacji. Hybryda pochodziła jednak zasadniczo z tej samej puli P1 (pokolenie rodziców), ale cel osiągano czasem nieco odmienną drogą, na przykład niektórzy z hodowców używali męskiej rośliny Colombian Gold.

Ze ścisłą kontrolą P1, hodowcy mogli wreszcie osiągnąć swój cel w postaci prawdziwie hodowlanej odmiany, przy czym z szeroką pulą genetyczną mieli pewność osiągnięcia zarówno wysokiego współczynnika specific combining ability (SCA – konkretnej zdolności do krzyżowania), jak i GCA – cech, które były bardzo mocno pożądane.

Powszechnie wiadomo, że grupa Sacred Seeds miała na samym początku wielkie problemy ze swoimi hodowlami i w przypadku Skunk #1 była to plaga botris cinerea (popularnie występująca w przyrodzie szara pleśń). Gdy zaatakowała ona wczesne krzyżówki Afghani (oryginalnej, afgańskiej wariacji cannabis indica), członkowie kolektywu postanowili przeprowadzić z nimi wielki test tortur, który miał objawić najbardziej odporne fenotypy.

Testy tortur i „wstrzyknięcia” były przeprowadzane głównie w hodowli typu outdoor na poletku klonów w odizolowanym miejscu, które były tam z premedytacją infekowane. Zarażone i zagrzybione rośliny lokalne były transportowane na miejsce hodowli, a same konopie testowane w ten sposób na odporność – hodowcy spoglądali przy tym i robili notatki na temat najsilniejszych fenotypów.

Większość genów Afghani do tego eksperymentu zapewnił Maple Leaf Wilson, ale jego nasiona i klony były twardo weryfikowane przez outdoorowe tortury. W tym momencie wyhodowaniem stabilnej linii Skunk #1 zajęli się także Sandy W. i motocyklista z East Bay, a także weteran wojny w Wietnamie, znany jako Mendocino Joe, który miał przejść do historii jako ojciec chrzestny sceny hodowców z Trinity (obok hrabstwa Mendocino i Humboldt podstawa tzw. Szmaragdowego Trójkąta w północnej Kalifornii).

Mendocino Joe pracował już w tym czasie nad pachnącą winogronami i pieprzem hybrydą Afghani. Miał ponadto dużą kolekcję genów konopi i był ogólnie dobrym hodowcą, tak więc zaangażował się ostatecznie w test tortur. Rezultatem eksperymentu była specjalna linia, nazwana Skunk #18.2 (Skunk #1 x Afghani bx-1). Linia ta wprowadziła niezwykłą twardość i odporność na owady oraz grzyby do swojego potomstwa. Skunkman wziął ze sobą kilo tych nasion, kiedy w 1982 przeprowadził się do Holandii, a także wiele innych odmian z obszaru Kalifornii, Oregonu i Waszyngtonu, w tym Original Haze (stworzony przez równie legendarnych Haze Bros), Early Girl, Durban Poison oraz Northern Lights.

Nasiona te zostały podarowane Nevilowi, Shantibabie i Wernhardowi z Positronics – twórcy pierwszego holenderskiego coffee shopu, Mellow Yellow – w ten sposób narodziła się także holenderska potęga konopna. Oferowana do dzisiaj przez odnowiony Positronics hybryda Shiva Skunk (oficjalnie NL#5 x Skunk #1) wciąż wykazuje zastanawiającą odporność na wszelkie pasożyty roślinne.

Sam kolektyw Sacred Seeds został zlikwidowany podczas obławy policyjnej w 1982, w Santa Cruz, w efekcie której Sam Skunkman musiał przeprowadzić się do Holandii, a Mendocino Joe odleciał na wyspy Vancouver w Kanadzie i zmienił imię na Romulan Joe biorąc ze sobą także nasiona wczesnego Skunk #1 lub jego krzyżówek, linię nizinnego Central Ithsmus Thai, która prawdopodobnie została zakupiona od Haze Bros i jego największe osiągnięcie, winogronowo-pieprzową krzyżówkę zdominowaną przez geny Afghani – nazwaną w końcu Romulan.

The Pure
The Pure / Flying Dutchman

Wkrótce był to hit w Brytyjskiej Kolumbii (BC). Te same linie genetyczne zostały zakupione od starego Joe przez Profesora Ziggy z The Federation Seeds Co na krótko przed jego śmiercią i miały pojawić się wkrótce na rynku jako Island Sweet Skunk, Golden Triangle Thai i Romulan w tej samej lub tylko nieco zmienionej postaci. To co dokonało ewolucji „skunka” było jednak kwestią dyskusji, która w latach ’80 przeniosła się na grunt holenderski.

O wizję rośliny rywalizowały dwa stronnictwa, obóz „słodkiego skunka”, do którego należał Sam Skunkman oraz obóz „śmierdzącego skunka” z Nevilem i Shantibabą. Jeśli chodzi o współczesnego Skunk #1, jedna linia oferowana była przez Skunkmana w Cultivator’s Choice Co, a następnie przez The Flying Dutchman jako „The Pure”.

Odzwierciedlała ona podejście do hodowania bardziej spójnych roślin, idące w kierunku idealnej, stabilnej hybrydy Skunk#1. Śmierdzący obóz był z kolei reprezentowany przez Seed Bank Co, a obecnie przez Mr Nice Seeds Co. Optuje on za większą wariacją fenotypów, tak jak prowadzony był wczesny skunk w Kalifornii. W ofercie Mr Nice Seeds przez długi czas można było znaleźć Skunk #1, sprzedawany jako „Pure Shit”, obecnie jest to „Shit” (Skunk #1 zdominowany przez Afghani x Skunk #1).

Hodowla skunka ma już ponad trzydzieści lat i hodowcy wciąż dorzucają swoje własne pomysły. Warto do tego wszystkiego dorzucić legendę, pochodzącą od hodowcy o xywce Texas Kid, który pisze, w jaki sposób Skunkman musiał uciekać do Holandii.

Wydarzenie to zostało nazwane „wielkim ratunkiem korzeni” i choć od końca lat ’80 uważane jest za mało wiarygodne, warto je tutaj przytoczyć dla porządku. Trzeba przy tym wyraźnie podkreślić, że jest to wersja której sam Skunkman nie potwierdza ciągle podtrzymując zdanie, że nigdy nie siedział w więzieniu. Dołączają się do tego oskarżenia o współpracę z DEA i podstawienie im hodowców z całego świata poprzez organizację pierwszego Cannabis Cup.

Wersja mityczna idzie to mniej więcej tak… Gdy w 1982 policja dorwała uprawę Sacred Seeds w jednym z magazynów w Santa Cruz, Skunkman został aresztowany, ale tego samego dnia wyszedł za kaucją mając opłaconego wcześniej prawnika i firmę poręczającą. W tym samym dniu sprawdził stan swojej hodowli z zewnątrz bojąc się ponownie wlecieć w łapy policji.

Po kilku godzinach w końcu opanował paranoję i odważnie zapuścił się do środka i nie mógł uwierzyć w to, co znalazł, mendy zalepiły bowiem budynek taśmą policyjną zostawiając wszystko w środku. Skunkman sprawdził magazyn, jak też śmietnik z tyłu budynku i okazało się, że wiele z roślin zostało uciętych wysoko ponad pierwszym poziomem liści, zaś niektóre zostały po prostu wyrwane z korzeniami i wrzucone tam w całości. Śmietnik był także pełen nasion, oczywiste stało się więc, że policja rozerwała pojemniki z nasionami, było ich jednak tak wiele, że Skunkman znalazł w końcu całe, zamknięte pojemniki. Mendy zostawiły taki burdel na całą dobę, kiedy można było wreszcie wszystko opisać i skatalogować, łącznie ze sprzętem do hodowli.

the_shit_mr_nice
The Shit / Mr. Nice

Skunkman zadzwonił jednak do innych członków kolektywu i rozebrał z nimi całe miejsce z użytecznego sprzętu. Światła zostały sprzedane, żeby zapłacić rachunki sądowe, a korzenie roślin, w tym matkę Haze, którą Skunkman hoduje do dziś, zostały z powrotem umieszczone w glebie przez innych hodowców i policja pozostała z brakiem dowodów, co przełożyło się na bardzo niskie wyroki lub ich kompletny brak.

Skunkman odsiedział w efekcie mniej niż rok i po wyjściu natychmiast odebrał swoje odmiany od przyjaciół łącznie ze Skunk #18.2, uratowanym ze śmietnika, by następnie przedostać się do Amsterdamu, gdzie założył Cultivator’s Choice Seed Company, nazwaną tak na cześć dorocznej nagrody Sacred Seeds, która przyznawana była w północnej Kalifornii w latach 1967-1983.

Rok później inny przyjaciel Skunkmana zdobył kolejną porcję nasion Skunk #1 z Sacred Seeds, która także powędrowała do Holandii. Kiedy Cultivator’s Choice poszła z torbami kilka lat później, Nevil kupił większość z nasion Skunkmana i następnie założył Seed Bank Co. Obydwie z linii, które do dzisiaj sprzedawane są w Holandii pochodzą więc z tej samej grupy samic Skunk #1, zapylanych przez różnych samców (hodowcy nigdy nie rozstają się z samcami), jednak wyselekcjonowanych z dwóch kluczowych, jedynych importów oryginalnego Skunk #1 do Holandii. Te importy posłużyły do stworzenia całego szeregu współczesnych hybryd, które w latach ’90 zalały całą Europę i do dzisiaj są używane do ustabilizowania nowych odmian.

Conradino Beb

"Nigdy nie było dla mnie wystarczająco dziwnie." – Hunter S. Thompson