William S. Burroughs (1914-1997)

Urodzony 5 lutego 1914 w St. Louis, a zmarły 2 sierpnia 1997 w Lawrence, William Seward Burroughs pozostaje do dziś prawdziwą legendą kontrkultury oraz jedną z najznakomitszych postaci Beat Generation i awangardy literackiej drugiej połowy XX wieku.

Pisarz, malarz, poeta, filmowiec, aktor, podróżnik, narkoman, gangster, psychonauta, mag chaosu, teoretyk społeczny, nigdy nie skrywający przed światem swojej biseksualnej tożsamości seksualnej, był i będzie jednym z niewielu przykładów ludzi, którzy całkowicie odrzucili wszelkie konwencje społeczne i codzienne tabu na rzecz celu podstawowego, jakim jest spełnianie w życiu swojej woli i prowadzenie rozwoju osobowości ku wolności absolutnej. Do historii kontrkultury przeszedł także jako przyjaciel Briona Gysina, z którym przez wiele lat tworzył jeden z najciekawszych tandemów magiczno-artystycznych XX wieku.

Pomimo wychowania w rodzinie, należącej do wyższej klasy średniej, nie wpłynęło to w żaden sposób na dokonywane przez Burroughsa wybory życiowe i jego fascynacje, na które składały się: homoerotyzm, broń palna, zbrodnia, narkotyki i jazz. Dorastając na południu Stanów Zjednoczonych, w St. Louis, pośród synkretycznej, czarnej kultury i okazjonalnych egzekucji Ku-Klux-Klanu, młody William ponad wszystko pokochał książki, które już wtedy zawojowały jego wyobraźnię. Jak sam wyznawał, już wtedy miał ochotę spróbować swoich sił w literaturze, na to jednak kolej miała przyjść dużo później.

Po burzliwym okresie życia w stanie Missouri, podczas którego co najmniej dwa razy zmieniał szkołę średnią, William dostał się na prestiżowy Harvard University w Cambridge, którego Wydział Sztuk ukończył w 1936. Z przyznanym mu przez rodziców z okazji ukończenia studiów stypendium w wysokości $200 miesięcznie, rozbijał się następnie po klubach gejowskich i spelunach Chicago oraz Nowego Jorku. Włóczył się także przez pewien czas po Europie.

william_burroughs_in_paris
WSB nie miał wiele cierpliwości dla bezpiecznego życia…

Próbował studiować medycynę (będzie to później często wspominać) i podrywać chłopców w łaźniach miejskich w Wiedniu, co jednak skończyło się koniec końców romansem z Ilse Klapser – Żydówką uciekającą przed prześladowaniami nazistowskimi z Niemiec. Burroughs poślubił ją w Chorwacji, aby umożliwić jej wyjazd do Nowego Jorku, gdzie ostatecznie się rozwiedli, pozostając jednak przyjaciółmi do końca życia.

W Nowym Jorku zaczął się nowy, choć wcale nie różowy, okres życia Burroughsa. Wałęsając się bez celu, pijąc i waląc heroinę, spotkał w końcu podobnego do niego wyrzutka, złodzieja i narkomana Herberta Huncke’a – niewiele mniej znaną od niego legendę Beat Generation. Jak głosi wieść, do spotkania doszło, kiedy Burroughs chciał sprzedać komuś rewolwer i ampułki z heroiną.

W Nowym Jorku Burroughs podjął także pracę tępiciela robactwa, potem był zaś pracownikiem fabrycznym, copywriterem i barmanem (czego motywy znajdą się później m.in. na kartach Nagiego Lunchu). Niedługo później poznaje przez swoich przyjaciół – Davida Kammerer i Luciena Carra – trójkę nowych, nonkonformistów, wśród których są: Allen GinsbergJack Kerouac oraz jego przyszła żona, Joan Vollmer.

W 1942 Armia Amerykańska powołuje go na komisję wojskową, ale szybko wycofuje powołanie ze względu na negatywne wyniki testów psychiatrycznych. W środowisku Bitników powstają wtedy pierwsze powieści, poematy i kluły się postawy, mające zrewolucjonizować całą, amerykańską kulturę, Burroughs jest zaś jednym z naczelnych cyników, nadających szyk całej tej legendzie, mimo tego, że wciąż niczego nie napisał. W 1944 przyszły pisarz rozpoczyna jednak wspólne życie z Joan Vollmer w jednym mieszkaniu dalej popadając w uzależnienie od opiatów.

Jego żona (oficjalnie od 1945, kiedy to zerwała ze swoim poprzednim mężem) popada symultanicznie w uzależnienie od amfetaminy. Niedługo później Burroughs zostaje skazany przez sąd za podrabianie recept na morfinę i prawomocnym wyrokiem odesłany pod opiekę swoich rodziców do St. Louis. W 1947 na świat przychodzi jedyny syn Burroughsa, nazwany po ojcu William S. Burroughs Jr. Rodzina przeprowadza się rok później do Nowego Orleanu.

Uciekając z Nowego Orleanu przed policyjnymi podejrzeniami, łączącymi go z handlem i posiadaniem marihuany (faktycznie hodował ją u siebie na polu, na potrzeby swoje i przyjaciół), emigruje do Meksyku. Jego rodzina podąża za nim. Tutaj dochodzi do pechowego wydarzenia. Podczas jednej z pijackich imprez, Burroughs chcąc popisać się swoimi umiejętnościami strzeleckimi, każe swojej żonie ustawić kieliszek na głowie, aby mógł wykonać numer Wilhelma Tella.

Numer kończy się strzałem w głowę i śmiercią Joan na miejscu. Burroughs zostaje jednak oczyszczony z zarzutów przez meksykański sąd, z powodów przypadkowości zajścia i okoliczności łagodzących. Wychodzi z aresztu po 13 dniach. Incydent ten powoduje jednak w Burroughsie dramatyczną przemianę każąc mu poważnie przemyśleć karierę pisarską.

Podróżując do Ameryki Południowej w poszukiwaniu oczyszczenia, Burroughs natyka się na wieści o istnieniu legendarnego środka enteogennego, umożliwiającego bezpośredni wgląd w umysł. Tym środkiem jest ayahuasca (yage), którą udaje mu się w końcu po wyprawie w amazońską dżunglę odnaleźć i zażyć w towarzystwie indiańskiego brujo. Zamiast spodziewanej, błogiej wizji, Burroughs wpada jednak w narkotyczną paranoję wietrząc spisek na swoje życie. W tym okresie powstają jego pierwsze (niemal szkolne) powieści: Ćpun (1953) i Pedał (1963), podpisywane jako William Lee oraz zbiór listów do Allena Ginsberga, The Yage Letters (1963).

WSB kochał broń palną!

Jego droga prowadzi go następnie do Tangieru w Maroku, gdzie spotyka m.in. Timothy Leary’ego. Natyka się tam także po raz pierwszy na swojego długoletniego przyjaciela, Briona Gysina. Ten genialny artysta, wyrastający bezpośrednio z zuryskiego dadaizmu, będący świadkiem manifestów i wystaw tej grupy, wprowadza Burroughsa w świat swojej ulubionej techniki, czerpiącej z wypracowanego przez nią kolażu. Technika ta, nazwana cut-up, bierze swój początek z jego słynnej idei, iż: Pisarstwo jest 50 lat w tyle za malarstwem.

Tak powstaje pierwsza z cyklu eksperymentalnych powieści Burroughsa, legendarny, mroczny, psychedeliczny twór, operujący na granicy snu, urojeń i narkotycznych, paranoicznych wizji pt. Nagi Lunch(1959). Następnymi z kolei są: The Soft Machine (1961), The Ticket That Exploded (1962) orazNova Express (1963). Wszystkie dokonują przełomu w myśleniu o literaturze i jej pisaniu stając się inspiracją dla wielu genialnych artystów i rewolucjonistów społecznych, z których najbardziej znanym jest Genesis P-Orridge.

W 1957-59 r. Burroughs przebywa razem z Brionem Gysinem w Paryżu, w słynnym „Beat Hotel”, przy ulicy 9 Rue Git-le-Coeur, gdzie zapraszają go, zafascynowani tym miejscem, Allen Ginsberg oraz Peter Orlovsky. Tam też natyka się na kontrowersyjną legendę filmu undergroundowego, Antony’ego Balcha, przyjaciela i dystrybutora filmów Kennetha Angera.

Wraz z nim powstają trzy perły podziemnej kinematografii: Towers Open Fire (1963), The cut-ups (1966), Ghost at no 9 (1963-1972) oraz krótkie kilka ujeć, William Buys a Parrot (1959) – wszystkie realizowane metodą cut-up. Zdjęcia do filmów powstają w Tangierze, Londynie, Paryżu i Nowym Jorku. W tym miejscu razem ze swoim kochankiem, Ianem Sommervillem, Burroughs przeprowadza też pierwsze próby ze skonstruowaną przez Gysina, „maszyną snów” (dream machine) – urządzeniem wywołującym w mózgu stany alfa.

Jednak jego wielki nałóg nie mija. Pomimo tego, że w 1957 poddaje się kuracji apomorfinowej w Londynie, która przynosi skutek na pewien czas uwalniając go od heroiny, powraca do narkotyku w Nowym Jorku, gdzie osiada na początku lat ’70, by nauczać w City College of New York. Od opiatów Burroughs będzie faktycznie uzależniony aż do śmierci (tuż przed jej nadejściem wciąż uczestniczy w programie rządowym i zażywa metadon).

Przez ten czas nawiązuje jednak nowe, bardzo twórcze przyjaźnie i wchodzi we współpracę artystyczną z takimi osobistościami, jak: Andy Warhol, John Giorno, Patti Smith, Susan Sontag, Dennis Hopper, Terry Southern, David Bowie, Iggy Pop i Mick Jagger. W tym czasie Bitnicy stawali się już w Stanach Zjednoczonych legendą, dzięki ruchom kontrkulturowym lat ’60, które wyniosły ich do rangi kultu, poświęcano im więc coraz więcej opracowań naukowych i artykułów w prasie codziennej, a oni sami bez trudu znajdowali zajęcie.

Wciąż wyglądający jak tajemniczy suchotnik, Burroughs staje się teraz ulubieńcem następnego pokolenia artystów, muzyków, pisarzy, reżyserów i dziennikarzy, zafascynowanych ciemną stroną życia. Wielu z nich traktuje go niemal, jak guru i nauczyciela pragnąc skorzystać z jego głębokiej wiedzy na temat ludzkiej natury. Zespół Ministry kręci teledysk Just One Fix (1992) z jego udziałem. Grupa Sonic Youth pomaga produkować jego album spoken word pt. Dead City Radio(1990).

Występuje także w czarnej komedii Drugstore Cowboy (1989) w reż. Gusa van Santa, oraz w cyberpunkowej dystopii Decoder (1984), w reż. Muschy. Powstają o nim także filmy dokumentalne tj. William S. Burroughs: Commissioner Of Sewers (1991) w reż. Klaus Maecka. W międzyczasie przystępuje do kontrowersyjnego Kościoła Scjentologicznego, z którego jednak szybko odchodzi nie mogąc się przekonać do jego struktury i szemranych działań.

Ostra polemika pomiędzy nim, a tą organizacją sięgnie nawet znanego miesięcznika muzycznego Rolling Stone. W 1993 Burroughs staje się za to członkiem międzynarodowego paktu – Illuminati Of Thanateros, utworzonego z inicjatywy magów chaosu tj. Peter Carroll. Jego członkostwo będą też próbowały dorabiać sobie niektóre loże thelemicznego O.T.O.

william-burroughs.allen-ginsberg
William Burroughs i Allen Ginsberg

Przez ludzi, związanych z kontrkulturą kochany za obnażanie najmroczniejszy tendencji ludzkiej jaźni, a przez tradycjonalistów znienawidzony za trudny, graniczący z bełkotem język i zniszczenie linearnej tradycji literackiej Zachodu, jest William S. Burroughs z pewnością jednym z największych geniuszy sztuki XX wieku. Wprowadził do niej oprócz swoich powieści, pisanych w stylu cut-up, także specyficzny rodzaj twórczości – shooting art, polegający na strzelaniu do puszek z farbą, umieszczonych nad czystym płótnem i tworzeniu w ten sposób abstrakcyjnych obrazów.

Obiekt natchnienia wielu pisarzy, krytyków społecznych, reżyserów, aktorów, muzyków i malarzy tj. J.G. Ballard, William Gibson, Bill Laswell, Douglas Rushkoff i wielu innych. Twórca oryginalnej idei „języka jako wirusa” i wczesny prorok cyberprzestrzeni dał początek wielu niezwykłym koncepcjom we współczesnej kulturze. Jako żywy przykład świadczy także o tym, że jednostka ludzka, o ile tylko posiada wystarczającą wolę przeżycia, jest w stanie wytrzymać wszystko…

Conradino Beb

 

Polecane strony:

Profil filmowy [pl]
Filmy Antony’ego Balcha do ściągnięcia [en]
Nagrania audio on-line [en]
Stronka poświęcona Burroughsowi [en]
Stronka poświęcona Burroughsowi [en]
Wywiady audio dla BBC [en]
Konkretny portal poświęcony Burroughsowi!!! [en]
Zdjęcia Burroughsa [en]

Beat Generation (Bitnicy)

Tnij linie słów
Tnij linie muzyki
Rozwal obrazy kontrolne
Rozwal maszynę kontrolną.

William S. Burroughs, Szybki strzał –

 

Bitnicy, w oryginalnym znaczeniu tego słowa, byli małą grupą ludzi obdarzonych duchem twórczego działania, z których część można z pewnością nazwać artystami, mimo tego że sztuka w ich wykonaniu odbiegała od jej konwencjonalnego pojmowania i często przekraczała jej granice w stronę totalnego przeżywania życia.

Bitnicy po raz pierwszy w historii kultury Zachodu zaczęli konsekwentnie eksplorować mistyczno-religijne ścieżki poznania pochodzące z kultury Wschodu, doprowadzając w krótkim czasie do eksplozji zainteresowania ZEN, Thelemą, taoizmem i tantrą w Stanach Zjednoczonych – gdzie głównie działali – skąd prąd ten natychmiast przeniknął do Europy.

Dzięki rozpowszechnianiu azjatyckich wątków duchowych Bitnicy przyczynili się niezmiernie do eksplozji swoistego synkretyzmu we współczesnej kulturze Zachodu.

Bitnicy zajmowali się także: literaturą, malarstwem, fotografią, filmem, jeżdżeniem stopem, chodzeniem na dziwki, uprawianiem magii, zażywaniem środków psychedelicznych i narkotyków, a niektórzy także wywoływaniem dymów, prowokowaniem kontrowersji, jumaniem fur, szmuglowaniem dragów oraz strzelaniem z broni palnej.

Do kluczowej grupy Bitników należeli: Jack Kerouac, Allen Ginsberg, Neal Cassady i William S. Burroughs, którzy poznali się w okolicy otaczającej Uniwersytet Columbia na górnym Manhattanie, w połowie lat ’40, przedstawieni nawzajem przez niejakiego Luciena Carra.

W Greenwich Village natknęli się oni na Gregory’ego Corso, a w okolicach Times Square znaleźli wałęsającego się Herberta Huncke’a. Podróżując po Stanach Zjednoczonych dotarli też w końcu do San Francisco, gdzie skład grupy powiększył się o takie postaci jak: Gary Snyder, Lawrence Ferlinghetti, Michael McClure, Philip Whalen i Lew Welch.

Im sława działań Bitników rosła, tym coraz więcej amerykańskich artystów i frików zgłaszała pretensje do tego miana, niemniej za koryfeuszy ruchu uważa się czterech pierwszych wymienionych. Jednak do uznanych później za Bitników ze względu na przynależność do tego samego nurtu należą także: Alan Watts, Brion Gysin, Maya Deren, Harry Smith, a czasem zalicza się do nich także Kena Keseya.

Zwrot Beat Generation wg znanej legendy został stworzony podczas rozmowy telefonicznej w 1948 r. prowadzonej przez dwóch pisarzy: Jacka Kerouaca i Johna Clellona, którzy w ten sposób określili styl życia, jaki sami prowadzili. W innej został zaś podłapany od Herberta Huncke’a – nowojorskiego alfonsa, narkomana i największego wyrzutka całej sfory – który miał gdzieś powiedzieć I’m beat, man czyli Jestem zajechany.

Początkowo zwrot nie denotował nic więcej poza bezpośrednim znaczeniem czyli: pobitym pokoleniem – generacją pozbawioną złudzeń przez wielką tragedię II Wojny Światowej, ale w miarę upływu czasu nabrał ideologicznej nadbudowy w postaci interpretacji pochodzącej od słowa beatific, czyli święty, co prowadzić z kolei zaczęło do magicznych i inicjacyjnych treści, które pokolenie to odkrywało w swoich „podróżach na kraniec widnokręgu„.

Mimo, że słowo trip (wycieczka, podróż), spopularyzowane dopiero przez słynną Wielką Trójkę z Harvardu na początku lat ’60, nie miało wtedy jeszcze tak silnie zinterioryzowanego znaczenia, to włóczęgi stopem po bezdrożach Stanów Zjednoczonych właśnie dzięki Bitnikom zaczynają nabierać znaczenia duchowej inicjacji, rodząc pierwszy powojenny zryw kontrkultury.

John Clellon w swoim słynnym artykule This is the Beat Generation pisał o niej tak: Jej członkowie posiadają instynktowną indywidualność, niepotrzebującą cyganerii czy udawanej ekscentryczności, aby ją wyrazić. Dorastający podczas zbiorowych, fatalnych okoliczności koszmarnej depresji, postawieni przed życiem w czasie zbiorowego exodusu wojny światowej, nie ufają kolektywizmowi. Ale nigdy nie zapomnieli o swoich snach przeżywania świata (…)

Literacka sława Bitników zaczyna się od słynnego wieczorku poetyckiego w Six Gallery, w San Francisco, który odbył się 7 Października 1955 r. Wieczorek ten stał się w przełomem dla amerykańskiej literatury i poezji, a Michael McClure pisał o nim w Scratching The Beat Surface tak: We wszystkich naszych wspomnieniach nikt nigdy nie był wcześniej tak wymowny w swojej poezji – doszliśmy do punktu, z którego nie było odwrotu.

Nikt z nas nie chciał wracać do szarej, zimnej, militarystycznej ciszy, do intelektualistycznej pustki – do świata bez poezji – do duchowej bezbarwności. Chcemy ją stworzyć na nowo i na nowo, a ponadto włączyć w to proces, dzięki któremu do niej doszliśmy. Pragniemy głosu i pragniemy wizji. Wtedy właśnie Allen Ginsberg zaprezentował po raz pierwszy swój słynny poemat Skowyt, a Gary Snyder swoją rytualną Ucztę Jagodową.

Charakterystycznym dla artystów Beat Generation, niepowtarzalnym stylem, dzięki któremu wywarli niezatarty wpływ na sztukę XX wieku i stali się mistrzami w krainie kontrkulturowej tradycji, jest przede wszystkim złamanie niewidzialnej granicy, oddzielającej sztukę od życia, dzięki czemu sztuka zaczyna płynnie odzwierciedlać życie i vice versa – przez co staje się to kontynuacją odnowy sztuki zapoczątkowanej przez surrealistów. Takie pojmowanie własnej twórczości – oddanie się życiu w całości – jest w tym kontekście konsekwentnie przez nich realizowanym postulatem duchowym.

Poprzez zaś tę, niemal alchemiczną działalność, bazującą na ZEN i buddyzmie tantrycznym, Bitnicy starali się obezwładnić macki wszechogarniającej szarości społecznego spektaklu i doprowadzić swój umysł do stanu wrzenia, dzięki któremu dojść mogło do chwili przebłysku, zwanego oświeceniem. Byli więc Bitnicy w istocie poszukiwaczami Świętego Graala w krainie opanowanej przez telewizyjne maski.

jack_kerouac

Trzymając się intuicyjnie tej zasady, Bitnicy przestali stawiać także ostra granicę pomiędzy tym co jest rzeczywistością, a tym co nią nie jest. Życie zdefiniowane jako Droga  byłodla nich bowiem przede wszystkim ciągłym pasmem zmian, a granice tylko słupkami pełniącymi bardziej funkcję estetyczną niż tradycyjną funkcję nomotetyczną, zgodną z chrześcijańskim wartościowaniem rzeczywistości, którego Bitnicy – oprócz Jacka Kerouaca – byli zajadłymi wrogami.

Wyrwanie się z pułapki kulturowego dualizmu, dzielącego doświadczenia na dobre i złe, sprawiło z kolei, że uwolnieni od bicza bożego kreowali w swoim mniemaniu wolność totalną, nie znającą tych wartości i ich nie tworzącą. Życie Bitników w zgodzie z Drogą zdaje się być więc spełnioną przepowiednią Nietzschego o „duchach dostojnych”.

Łabędzim śpiewem Beat Generation jest kilka dzieł, do których oprócz słynnych poematów Ginsberga (Skowyt i Kadysz), wierszy-mantr czy haiku Snydera, należą psychedeliczne powieści drogi Kerouaca (W Drodze czy Włóczędzy Dharmy) oraz mroczno – narkotyczno – eksperymentalne dzieła Burroughsa (Nagi LunchSoft MachineThe Ticket That Exploded czy The Western Lands).

W dziełach tych przewijają się charakterystyczne dla Beat Generation wątki: nieposkromiona miłość do narkotyków, seksu i szlajania się po najbardziej zapadłych dziurach tego świata, które łączy jednak poszukiwanie wyższej świadomości własnego ja.

Brud miesza się w nich dokładnie z czystością, a każda chwila jest niepowtarzalna bez względu na swój charakter. Moralność mieszczańska, negująca potrzebę gwałtownej ekspresji, jest w tych utworach ośmieszana i prowokowana… a wszystko to żeby uzyskać dostęp do sfery wolności absolutnej.

Bitnicy poprzez swoją konsekwentną kontestację wartości, zakorzenionych w judeochrześcijańskich dogmatach oraz modernistycznym racjonalizmie, poszukujący technik wyzwolenia z tego konsensusu, skupiają na sobie wzrok całego, następnego pokolenia, które obwołuje ich „prorokami rewolucji” i zaczytuje się w ich dziełach, drążąc własną drogę, mającą eksplodować podczas gorących lat ’60 w rewoltach studenckich, ruchu psychedelicznym, nowej sztuce oraz duchowości, oderwanej od konsumencko-niewolniczych wartości swoich rodziców.

Jako silnie wspierający to młodsze pokolenie poprzez stałe uczestnictwo w manifestacjach, wykładach, warsztatach, koncertach, be-inach, pochodach itp. (oprócz Jacka Kerouaca) Bitnicy potwierdzają też w praktyce swoje silne zaangażowanie w kontrkulturową rebelię wobec reżimu próbującego rządzić za pomocą strachu i represji, udowadniając że sztuka może odgrywać rewolucyjną czy obronną rolę.

Pomimo wielu prześladowań, procesów sądowych i inwigilacji tajnych służb Bitnicy prowadzą też do końca życie zgodne ze swoimi osobistymi wizjami. Stają się przy tym pionierami nowych technik artystycznych i ezoterycznych, które na stałe wchodzą do arsenału kontrkultury, sztuki i aktywizmu społecznego, by zostać z powodzeniem wykorzystane w latach ’70 przez ruch industrialny, który pełni z kolei rolę pomostu dla kultury rave, a potem protestów alterglobalistycznych.

Bitnicy mają też duży wpływ na rozwój ruchów ekologicznych w latach ’70, na muzykę Boba Dylana, na prozę J.G. Ballarda, na performance w sztuce, na poezję współczesną czy wreszcie na film eksperymentalny i niezależny (jednym z największych fanów Beat Generation jest Gus van Sant).

Conradino Beb

Wywiad z Terencem McKenną [David Jay Brown & Rebecca McClen / High Times]

Czy halucynogeny grały decydującą rolę w ludzkiej ewolucji? Terence McKenna poświęcił większość swojego życia aby odpowiedzieć na to pytanie. Specjalista od etnomedycyny Dorzecza Amazonki, McKenna razem ze swoją partnerką Kate Harrison McKenna ufundowali Botanical Dimensions (Wymiary Botaniki), fundację nonprofit poświęconą ratowaniu amazońskich roślin, które były używane przez szamanów w ciągu długiej historii naszego trwania.

Przenoszą rośliny do 19 akrowego gospodarstwa na Hawajach i zachowują szczegóły dotyczące ich używania dzięki wpisaniu do komputerowej bazy danych. Obok zachowywania ważnych roślin, Botanical Dimensions jako organizacja nonprofit ubiega się o wsparcie w publikowaniu biuletynu informacyjnego i o pomoc w zbieraniu i zachowywaniu wiedzy ludowej rdzennych grup etnicznych z obszaru Amazonii. Kombinacja akademickiego podejścia McKenny – ma on stopień BS (Bachelor of Science), przyznany przez Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley wraz z rozszerzonym stopniem naukowym na ekologię, konserwację zasobów i szamanizm – jego szerokie doświadczenie podróżnicze i unikalne, wizjonerskie perspektywy tworzą z niego najbardziej poszukującego oratora i pisarza. Jego najnowsze książki to: Food of the Gods (Bantam) i The Archaic Revival (Harper/San Francisco) – w których pojawia się skrócona wersja tego wywiadu. Troszeczkę inna wersja tego wywiadu pojawia się także we wkrótce mającej ukazać się książce, której autorami są David Jay Brown i Rebecca McClen pt. Voices of Vision.

High Times: Powiedz nam jak zainteresowałeś się szamanizmem i rozwojem świadomości?

Terence McKenna: Odkryłem szamanizm poprzez zainteresowanie tybetańską religią ludową. Bon, przed buddyjska religia Tybetu jest rodzajem szamanizmu. Idąc od szczegółu do ogółu, zacząłem studiować szamanizm jako fenomen ogólny. Wszystko zaczęło się od zainteresowania historią sztuki, a przede wszystkim buddyjskiej ikonografii malowideł tanka.

HT: Kiedy to było?

TM: W 1967, kiedy byłem studentem drugiego roku w college’u. A zainteresowanie odmiennymi stanami świadomości wyszło po prostu z tego – nie wiem czy byłem przedwcześnie dojrzałym dzieckiem czy co – ale bardzo wcześnie odkryłem scenę literacką Nowego Jorku. Mimo tego, że mieszkałem w małym miasteczku w Colorado, popierałem Village Voice, a tam natknąłem się na propagandę związaną z LSD, meskaliną i wszystkimi innymi eksperymentami, w które byli zaangażowani późni bitnicy. Potem przeczytałem Drzwi Percepcji i Niebo i Piekło, a wtedy to już się potoczyło. To było coś, co naprawdę mnie podkręciło. Szanowałem Huxleya jako powieściopisarza i dokładnie czytałem wszystko co kiedykolwiek napisał i kiedy natknąłem się na „Drzwi Percepcji” powiedziałem sobie: „Tu się coś na pewno kręci”.

HT: Niedawno przemawiałeś do prawie 2000 osób w Teatrze Johna Ansona Forda w Los Angeles. Czemu przypisujesz swoją wzrastającą popularność i jaką rolę widzisz dla siebie w sferze społecznej?

TM: Bez żadnego cynizmu, główną sprawą, której zawdzięczam swoją rosnącą popularność są lepsze stosunki z odbiorcami. Do momentu, w którym gram tę rolę, to nie wiem. Mam na myśli to, że przyjmuję iż każdy, kto ma coś konstruktywnego do powiedzenia względem naszego związku z substancjami chemicznymi – naturalnymi czy syntetycznymi – będzie miał rolę społeczną do grania, ponieważ sprawa dragów będzie wywoływać coraz większy niepokój na wokandzie publicznej, aż wreszcie znajdziemy dla niej jakieś rozwiązanie. Przez rozwiązanie nie mam na myśli jej stłumienia czy powiedzenia nie. Uprzedzam nową otwartość umysłu narodzoną z desperacji spowodowaną działaniami Establishmentu. Dragi są częścią ludzkiego doświadczenia i musimy stworzyć bardziej wyrafinowany system radzenia sobie z nimi.

HT: Powiedziałeś, że termin „New Age” trywializuje znaczenie następnej fazy ludzkiej ewolucji i zamiast tego odniosles sie do archaicznego odrodzenia. Jak rozróżniasz te dwa sposoby ekspresji?

TM: New Age jest zasadniczo psychologią humanistyczną, ukształtowaną w zgodzie ze stylem lat ’80 z dodatkiem neoszamanizmu, channelingu, leczenia kryształami i ziołami. Archaiczne odrodzenie jest znacznie większym, bardziej globalnym fenomenem, który przyjmuje, że przywracamy formy społeczne późnego neolitu i sięga znacznie dalej do początków XX w., do Freuda, do surrealizmu, do abstrakcyjnego ekspresjonizmu – nawet do fenomenu takiego jak Narodowy Socjalizm – który jest negatywną siłą. Ale nacisk na rytuał, na zorganizowaną działalność, na świadomość rasy/przodków – to są tematy, które były wypracowywane przez cały XX w., a archaiczne odrodzenie jest tego ekspresją.

HT: Zebrałem wiadomości z twoich prac, które wskazują na to, że podpisujesz się pod myślą mówiącą o tym, iż grzyby psylocybowe są gatunkiem o wysokiej inteligencji – które dotarły na tą planetę jako zarodniki przybyłe z przestrzeni kosmicznej i próbują ustanowić symbiotyczny związek i z istotami ludzkimi. W bardziej holistycznej perspektywie, jak postrzegasz tą myśl w kontekście teorii bezpośredniej panspermii Francisa Cricka, hipotezy mówiącej o tym, że całe życie na tej planecie i jego bezpośrednia ewolucja zostały zasiane lub być może zapylone przez zarodniki zaprojektowane przez wyższą inteligencję?

TM: Jeśli dobrze rozumiem teorię panspermii Cricka , dotyczy ona tego jak życie rozwinęło się we wszechświecie. To co ja sugerowałem – i nie wierzę w to tak mocno, jak ty to implikujesz – wygląda tak, że inteligencja, nie życie, ale inteligencja mogła przybyć tu poprzez te zarodnikowe formy życia. Jest to bardziej radykalna wersja teorii panspermii Cricka & Ponampuramy. Faktycznie twierdzę, że ta teoria się obroni. Sądzę, że w ciągu stu lat, jeśli ludzie będą studiowali biologię, będzie się wydawało całkiem głupie, że kiedyś ludzie myśleli, iż zarodniki nie mogą być wystrzelone z jednego systemu gwiezdnego do drugiego przez ciśnienie, spowodowane promieniowaniem kosmicznym.

Dotąd, aż rola grzybów psylocybinoowych lub ich związek z nami i z inteligencją pozostaje nierozstrzygnięty, jest to coś co musimy rozważyć. Naprawdę nie jest ważne to, że twierdzę iż są one pochodzenia pozaziemskiego; to czego naprawdę potrzebujemy to gromada osób potwierdzających ten fakt lub mu zaprzeczająca, ponieważ to o czym rozmawiamy, to doświadczenie grzyba.

Zaledwie kilkoro ludzi zajmuje pozycję, która pozwala rozstrzygnąć czy są one pochodzenia pozaziemskiego, ponieważ kilkoro ludzi z nauk ortodoksyjnych doświadczyło kiedykolwiek pełnego spektrum psychedelicznych efektów spuszczonych ze smyczy. Nie można się dowiedzieć czy wewnątrz grzyba istnieje pozaziemska inteligencja czy nie, aż nie będzie się miało ochoty, aby go zjeść.

HT: Masz unikalną teorię na temat roli, jaką odegrały grzyby psylocybinoowe w procesie ludzkiej ewolucji. Czy możesz nam o tym powiedzieć?

TM: Czy grzyby przybyły z przestrzeni kosmicznej, czy nie, obecność substancji psychedelicznych w diecie wczesnych istot ludzkich stworzyła pewną liczbę zmian w naszej sytuacji ewolucyjnej. Kiedy dana osoba bierze małą dawkę psylocybiny, aktywność wzrokowa wzrasta. Oni po prostu mogą widzieć trochę lepiej, a to oznacza, że zwierzęta przyjmujące psylocybinę w swoim pożywieniu zwiększyłyby sukces w polowaniu, co oznacza zwiększone zasoby pożywienia, co z kolei oznacza zwiększony sukces reprodukcyjny, który jest nazwą gry ewolucyjnej.

To jest organizm, który jest w stanie rozmnażać się pokaźnie, który odnosi sukces. Obecność psylocybiny w diecie wczesnych, polujących grupą naczelnych spowodował, że osobniki przyjmujące psylocybinę zwiększały swoją aktywność wzrokową. Przy trochę wyższych dawkach psylocybiny pojawia się pobudzenie seksualne, erekcja i wszystko to co można nazwać pobudzeniem centralnego systemu nerwowego. Ponownie, czynnik który zwiększyłby sukces reprodukcyjny jest wzmocniony.

HT: Czy nie jest prawdą, że psylocybina powstrzymuje orgazm?

TM: Nie w dawkach, o których mówię. Może w dawkach psychedelicznych, ale w dawkach trochę wyższych, niż „możesz to poczuć” działa stymulująco. Pobudzenie seksualne oznacza zwracanie uwagi, oznacza zdenerwowanie, wykazuje pewien poziom energetyczny organizmu. A wtedy, oczywiście we wciąż wyższych dawkach, psylocybina powoduje tą aktywność w językowo-formalnej części mózgu, która manifestuje się poprzez pieśń i wizję. To jest jak gdyby enzym, który stymuluje wzrok, popęd seksualny, wyobraźnię. A te trzy czynniki razem tworzą używającego języka naczelnego. Psylocybina mogła synergetyzować wyłanianie się wyższych form psychicznej organizacji z prymitywnych, protoludzkich zwierząt. Można na to patrzeć, jak na ewolucyjny enzym lub ewolucyjny katalizator.

HT: Jest duże zainteresowanie starożytną sztuką technologii dźwięku. W niedawnym artykule pisałeś że w pewnych stanach świadomości jesteś w stanie stworzyć rodzaj obrazowego rezonansu i manipulować „topologicznym kolektorem” używając wibracji dźwiękowych. Czy możesz nam powiedzieć coś więcej na temat tej techniki, jej etnicznych źródeł oraz potencjalnych zastosowań?

TM: Tak, ma ona dużo wspólnego z szamanizmem, który jest oparty na użyciu DMT w roślinach. DMT jest prawie lub pseudo-neurotransmiterem, który przyjęty i nakłoniony do spoczęcia na synapsach mózgu pozwala widzieć dźwięk, tak więc można używać głosu do produkowania nie muzycznych kompozycji, ale obrazkowych i wizualnych. To w mojej opinii wskazuje na to, że jesteśmy na wierzchołku jakiegoś rodzaju ewolucyjnej zmiany w obszarze formalno-językowym, zamierzamy przejść od języka słyszanego do języka widzialnego poprzez zmianę wewnętrznego przebiegu.

Język wciąż będzie tworzony z dźwięku, ale będzie on wyglądał jak nośnik wizualnego wrażenia. To właściwie dzieje się u szamanów w Amazonii. Pieśni, które śpiewają brzmią jakby raczej czynili to patrząc w pewien sposób. To nie są muzyczne kompozycje w naszym sensie rozumienia tego słowa. Są obrazkowe i tworzone przez sygnały audio.

HT: Jesteś uważany przez wielu ludzi za jednego z największych odkrywców XX w. Przeszedłeś przez dżungle amazońskie i przedarłeś się przez nieznane rejony umysłu, ale być może twoje ostateczne podróże tkwią w przyszłości, kiedy ludzkość opanuje technologię kosmiczną i podróż w czasie. Jakie możliwości podróży w tych dziedzinach przewidujesz i co sądzisz o tym jak te nowe technologie wpłyną na przyszłą ewolucję gatunku ludzkiego?

TM: Przypuszczam, że większość ludzi wierzy w to, że podróż w czasie jest tuż za rogiem. Też oczywiście mam taką nadzieję. Sądzę, że powinniśmy się wszyscy uczyć rosyjskiego wyprzedzając fakty, ponieważ rząd U.S.A. najwyraźniej nie jest zdolny do utrzymania programu kosmicznego. Pytanie o podróż w czasie jest znacznie bardziej interesujące. Prawdopodobnie świat doświadcza kompresji technologicznej innowacji, która doprowadzi do wynalazków bardzo podobnych do tego, jak wyobrażamy sobie podróż w czasie.

Możemy się zbliżać w swojej zdolności do transmisji informacji w stronę przyszłości i do stworzenia informacyjnej domeny komunikacji pomiędzy różnymi punktami w czasie. Jak to się stanie jest sobie trudno wyobrazić, ale rzeczy takie jak: matematyka fraktalna, nadprzewodnictwo i nanotechnologia oferują nowe i innowacyjne podejście do realizacji tych starych marzeń. Nie powinniśmy upierać się, że podróż w czasie jest niemożliwa tylko dlatego, że jeszcze nie miała miejsca. Jest wielka rozpiętość praw w fizyce kwantowej pozwalających na ruch informacji w czasie w różne strony. Najwyraźniej można poruszać informacją w czasie tak długo, jak nie porusza się nią szybciej od światła.

HT: Dlaczego tak się dzieje?

TM: Nie mam zielonego pojęcia. Czy jestem Einsteinem?

HT: Jak myślisz, co jest ostatecznym celem ludzkiej ewolucji?

TM: Oh, niezła impreza….. :PPPP

HT: Czy miałeś kiedykolwiek doświadczenia ze świadomym śnieniem – procesem, dzięki któremu można stać się świadomym wewnątrz swojego snu – a jeśli tak, to jak można to porównać z twoimi innymi, szamańskimi doświadczeniami?

TM: Naprawdę nigdy nie doświadczyłem świadomego snu. Jest to jedna z rzeczy, które mnie bardzo interesują. Jestem wobec niej trochę sceptyczny. Mam nadzieję, że to prawda, bo co to byłaby za cudowna rzecz.

HT: Nigdy żadnego nie miałeś?

TM: Miałem świadome sny, ale nie posiadam techniki pozwalającej na ich powtarzanie na żądanie. Stan snu prawdopodobnie wyprzedza tą kulturową granicę, ku której się przesuwamy. To, że posuwamy się naprzód ku czemuś bardzo przypominającemu wieczny sen, idziemy w stronę wyobraźni i zostajemy tam, a to będzie jak świadomy sen, który nie zna końca, ale co to za ciasne, proste rozwiązanie. Jedną z rzeczy, która interesuje mnie w snach jest to – mam sny, w których palę DMT, a to działa. Jest to dla mnie skrajnie interesujące, ponieważ wydaje się implikować fakt, że nie trzeba palić DMT, żeby tego doświadczyć. Musisz jedynie przekonać swój umysł, że to zrobiłeś, a wtedy on dostarcza tego wstrząsającego, odmiennego stanu.

HT: O, kurwa.

TM: Jak wielu ludzi, którzy mieli czasami sen o paleniu DMT tego doznało? Czy ludzie, którzy nigdy nie palili DMT mieli kiedykolwiek doświadczenie tego rodzaju we śnie? Założę się, że nie. Założę się, że trzeba tego doświadczyć w życiu, aby uzyskać wiedzę jego istnienia i wyobrażenie tego, jak to jest możliwe, ale wtedy takie doświadczenie może Ci się przytrafić bez żadnej chemicznej interwencji. Jest to znacznie silniejsze, niż joga, tak więc przejęcie kontroli nad stanem snu byłby z pewnością niezwykłą rzeczą i zaniósłby nas na wielki dystans naprzeciwko kulturowej transformacji, o której rozmawiamy. Jak to właściwie zrobić, nie jestem pewien. Dragi psychedeliczne, doznania w chwili śmierci, świadome śnienie, stany medytacyjne….. wszystkie z tych rzeczy, to puzzle mówiące nam jak budować nowy wymiar kultury, w którym będziemy mogli wszyscy żyć trochę zdrowiej, niż żyjemy dotychczas w tych wymiarach.

HT: Rupert Sheldrake niedawno udoskonalił teorię pola morfogenetycznego – niematerialnego, zorganizowanego, pola zbiorowej-pamięci, które wpływa na wszystkie systemy biologiczne. To pole można sobie wyobrazić jako hiper przestrzenny rezerwuar informacji, który promieniuje i przelewa się do znacznie większego obszaru kontroli, kiedy zostaje osiągnięta masa krytyczna – do punktu nazywanego morficznym rezonansem. Czy sądzisz, że ten morficzny rezonans może być uznany za możliwe wyjaśnienie dla fenomenów duchów oraz innych metafizycznych istot i czy metoda ewokacji bytów ze świata duchów może być zwykłym przypadkiem łamania morficznego kodu?

TM: To brzmi rozsądnie. Jeśli starasz się dotrzeć do tego czy uważam pola morfogenetyczne za dobrą rzecz lub czy istnieją, to odpowiedź brzmi tak; uważam, że jakiś rodzaj takiej teorii oczywiście staje się niezbędny. I dodatkowo, że następnym, wielkim krokiem w intelektualnym podboju natury, jeśli wolisz, jest teoria mówiąca o tym, jak z szeregu rzeczy możliwych niektóre w końcu się dzieją.

HT: Jak patrzysz na zwiększającą się liczbę sztucznych psychedelików i maszyny zwiększające wydajność mózgu w kontekście teorii pól morfogenetycznych Ruperta Sheldrake’a?

TM: Mam nadzieję, ale jestem trochę podejrzliwy. Sądzę, że dragi powinny pochodzić ze świata natury i być używane-testowane przez zorientowane na szamanizm kultury, wtedy mają one bardzo głębokie pole morfogenetyczne, ponieważ są używane od tysięcy lat w magicznym kontekście. Drag wyprodukowany w laboratorium i nagle rozdystrybuowany na cały świat, w prosty sposób wzmacnia globalną obecność hałasu przy kryzysie historycznym. A jest w tym bardzo praktyczny punkt widzenia mówiący, że nie można przewidzieć długoterminowych efektów wywoływanych przez drag stworzony w laboratorium.

Coś takiego jak peyotl, nasiona powoju czy grzyby jest używane od długich czasów bez żadnych szkodliwych, społecznych konsekwencji. Wiemy to. Dopóki pytanie o technologię jest na czasie – maszyny mózgowe i wszystko – życzę im powodzenia. Chcę przetestować cokolwiek, co ktoś mi przyśle, ale jestem sceptyczny. Sądzę, że jest to coś w rodzaju maszyny do pisania sterowanej głosem. Odstawi nas za sobą. Problemy będą o wiele bardziej kompleksowe, niż te z początku zakładane.

HT: Nie sądzisz, że prawdą jest to, iż sztuczne psychedeliki i maszyny mózgowe nie mają żadnego pola morfogenetycznego, tak więc w pewnym sensie tworzy się nowe pole morfogenetyczne wraz z ich użyciem. Konsekwentnie, byłoby więcej możliwości, żeby zaczęły zachodzić nowe procesy – w przeciwieństwie do substancji psychoaktywnych, o których mówisz, że mają starożytne pola morfogenetyczne i są znacznie bardziej obwarowane w przewidywalności i wzorze – tak więc nie tak wolne na nowe typy ekspresji?

TM: Możliwe, mimo że nie wiem, jak chwytasz pole morfogenetyczne nowo stworzonego dragu. Na przykład, powiem o swoim własnym przeżyciu na ketaminie. Moje wrażenie na ketaminie było takie – to jakby zupełnie nowy drapacz chmur, wszystkie ściany, wszystkie podłogi są wyłożone białym dywanami, wszystkie fontanny z wodą do picia działają, windy chodzą bez szemrania, fluoroscencyjne światła rozchodzą się nieskończenie we wszystkich kierunkach wzdłuż korytarzy. Tylko nikogo tam nie ma. Nie ma maszynerii biur, nie ma spieszących się sekretarek, nie ma telefonów – jest tylko ta ogromna, pusta, czekająca struktura. Więc nie mogę się wprowadzić do 60 piętrowego biurowego budynku.

Mam wystarczająco dużo rzeczy, żeby zapełnić nimi kilka małych pokojów, tak więc odczuwam to trochę przedziwnie, kiedy wchodzę do tych pustych pól morfogenetycznych. Jeśli weźmiesz grzyby, no wiesz, wspinasz się wtedy na pokład statku kosmicznego obsadzonego przez każdego szamana, który kiedykolwiek to zrobił, na twoich oczach, a to jest prawdziwa załoga, oni odwalili kawał dobrej roboty w ciągu millenniów i to wszystko tam jest: taśmy, które mają być puszczone; ale sztuczne wytwory powinny być traktowane bardzo ostrożnie.

HT: To interesujące, że John Lilly miał zupełnie odmienne doświadczenie po ketaminie. Czy sądzisz, że jest jakiś związek pomiędzy samo przetwarzającymi się, mechanicznymi elfami, na które natrafiłeś podczas swoich szamańskich wędrówek i istotami solidnego kształtu, które napotkał John Lilly w czasie swoich miedzy wymiarowych podróży?

TM: Nie sądzę, żeby była jakaś znacząca kongruencja. Istoty o solidnych kształtach, z którymi się skontaktował wydawały się wprawiać go w ponury nastrój. Mechaniczne, elfie istoty, które ja napotkałem są wcieleniem radości i humoru, ale miałem o tym taką myśl niedawno, o której ci opowiem. Jedna z fantazji science-fiction, która nawiedza zbiorową nieświadomość jest wyrażana przez „świat rządzony przez maszyny”. W latach 50′ było to po raz pierwszy wyrażone w stwierdzeniu: „Być może przyszłość będzie okropnym miejscem, gdzie światem będą rządziły maszyny”.

Tak więc pomyślmy przez chwilę o maszynach. Są ekstremalnie bezstronne, bardzo przewidywalne, nie ulegają moralnej perswazji, są neutralne wobec wartości i bardzo długo żyją w swoim funkcjonowaniu. Teraz pomyślmy o tym z czego zrobione są maszyny, w świetle teorii pól morfogenetycznych Sheldrake’a. Maszyny są zrobione z metalu, szkła, złota, silikonu, plastiku – są zrobione z tego z czego jest zrobiona ziemia. Czy nie byłoby to dziwne, że biologia jest drogą dla ziemi, aby ta mogła się alchemicznie przetransformować w samo odbijającą się rzecz? W którym więc wypadku, to ku czemu zmierzamy nieuchronnie, to co w istocie tworzymy, jest światem rządzonym przez maszyny?

A odkąd te maszyny zajmą swoje miejsce, można się spodziewać, że będą sterowały naszą ekonomią, językami, aspiracjami społecznymi itd., w taki sposób, że przestaniemy się nawzajem zabijać, zagładzać, niszczyć naszą ziemię itd. W końcu, strach przed byciem rządzonym przez maszyny jest męskim, egoistycznym strachem przed porzuceniem kontroli nad planetą na rzecz żeńskiej matrycy Gai. Ha. O to właśnie chodzi. To tylko myśl.

HT: Niedawne wynalezienie fraktalnych obrazów wydaje się implikować, że wizje i halucynacje mogą być rozbite na dokładny, matematyczny kod. Czy wiedząc to sądzisz, że zdolności ludzkiej wyobraźni mogą być replikowane w super komputerze?

TM: Tak. Mówiąc, że składniki halucynacji mogą być złamane i zduplikowane przez matematyczny kod nie odejmuje się im nic. Rzeczywistość może zostać rozdzielona i zreduplikowana za pomocą tego samego matematycznego kodu – to właśnie to sprawia, że idea fraktalna jest taka silna. Można wklepać pół strony kodu i otrzymać na ekranie systemy rzeczne, pasma górskie, pustynie, paprocie, rafy koralowe, wszystko wygenerowane z pół strony komputerowego kodu. Wydaje się to implikować fakt, że w końcu odkrywamy naprawdę potężne reguły matematyczne, które stoją za wizualnymi przedstawieniami. I tak, sądzę że super komputery, grafika komputerowa i symulacje środowiska to bardzo obiecująca rzecz. Kiedy światem będą rządziły maszyny, będziemy w filmach. O, kurde.

HT: Lub będziemy kręcić filmy.

TM: Lub będziemy filmami.

HT: Kiedyś myślałem, że to co widzisz jako formującą się symbiozę pomiędzy ludźmi i roślinami psychoaktywnymi może być w istocie przejmowaniem kontroli nad naszym życiem i rozkazywaniem nam przez nie. Czy myślałeś kiedyś w ogóle o tym?

TM: Symbioza nie jest pasożytnictwem, jest to sytuacja wzajemnie korzystna dla obydwóch stron, tak więc musimy przypuszczać, że rośliny wyciągają z tego tyle samo co my. To co otrzymujemy, to informacja z innego poziomu duchowego, ich punkt widzenia – innymi słowy – jest tym co nam dają. To co im dajemy, to opieka, pokarm, propagowanie i przetrwanie, tak więc dają nam swój podwyższony, wyższo-wymiarowy punkt widzenia. My z kolei odwdzięczamy się poprzez ułatwianie im drogi w fizycznym świecie. a to wydaje się rozsądną wymianą. Oczywiście mają one trudności w fizycznym świecie, rośliny nie ruszają się za bardzo dookoła. Mówisz o Tao, roślina ma Tao. Nie rąbie nawet drewna i nie nosi wody.

HT: Przewidywanie przyszłości jest często oparte na studiowaniu wcześniejszych wzorów i trendów, które są wtedy rozciągane, jak kontury mapy aby ekstrapolować kształt rzeczy, które mają się wydarzyć. Przyszłość może być także postrzegana jako rozwijająca się, dynamiczna i twórcza interakcja pomiędzy przeszłością i teraźniejszością – obecna interpretacja przeszłych wydarzeń aktywnie służy formułowaniu tych wzorów i trendów. Czy jesteś w stanie pogodzić te dwie perspektywy tak, żeby ludzkość była w stanie nauczyć się ze swoich doświadczeń bez bycia związanym przez nawyki historii?

TM: Te dwie rzeczy są antytetyczne. Nie wolno ci być uwiązanym przez nawyki historyczne jeżeli chcesz się uczyć z doświadczenia. To Ludwig von Bertalanffy, wynalazca ogólnej teorii systemów, wypowiedział słynne zdanie o tym, że: „Ludzie nie są maszynami, ale we wszystkich sytuacjach, w których mają okazję, będą się zachowywać jak maszyny”, tak więc trzeba im wciąż przeszkadzać, ponieważ zawsze zostają osaczeni przez rutynę. Tak więc, historyczne wzory są w większości cykliczne, ale nie ciągle; jest ostatecznie najwyższy poziom tego wzoru, który się nie powtarza i to jest część odpowiedzialna za przejście w prawdziwą oryginalność.

HT: Część, która się nie powtarza. Hmm. Pozytywni futuryści dzielą się jak gdyby na dwie grupy. Niektórzy wyobrażają sobie przyszłość jako coraz jaśniejszą z każdym dniem i to, że jako rezultat tego procesu nastąpi światowa iluminacja, inni wyobrażają sobie okres trwającej właśnie dewolucji – mrocznego wieku, przez który musi przejść ludzka świadomość, zanim zostaną osiągnięte bardziej zaawansowane szczeble. Który scenariusz widzisz jako najbardziej prawdopodobny do wyłonienia się i dlaczego utrzymujesz taki pogląd?

TM: Sądzę, że jestem trochę Mroczno Widzący. Sądzę, że przejdziemy przez łagodne Średniowiecze. Nie sądzę, że będzie to cokolwiek przypominającego Średniowiecze trwające tysiąc lat – sądzę, że potrwa to szybciej pięć lat – i będzie czasem ekonomicznej zapaści, religijnego fundamentalizmu, odwrotem w zamknięte wspólnoty pewnych części społeczeństwa, feudalnych wojen pomiędzy drobnymi państwami i tego rodzaju rzeczami.

Sądzę, że utoruje to drogę w późnych latach 90′ nadchodzącej globalnej przyszłości, na którą wszyscy pracujemy. Potem nastąpi zasadniczy 15 letni okres, w którym wszystkie te rzeczy zbliżą się do siebie z coraz większą i większą komplikacją, znacznie w taki sposób, w jaki nowoczesna nauka i filozofia zaczęły się komplikować w jednym kierunku od czasów Renesansu. Gdzieś około roku 2012 wszystko to zmiesza się jak w alchemicznym destylacie historycznego doświadczenia, który będzie bramą wejściową w życie wyobraźni.

HT: Morficzny rezonans Ruperta Sheldrake’a, teoria chaosu Ralpha Abrahama i twój falowy model czasu, wszystkie wydają się zawierać komplementarne wzory, które operują na podobnych, pokrywających się ze sobą regułach – że systemy energetyczne przechowują informację, aż osiągnięty zostanie pewien poziom i informacja jest wtedy przetwarzana w większy układ odniesienia, jak woda w kondygnacyjnej fontannie. Czy przepracowałeś te teorie we wszystko obejmującą meta teorię tego, jak wszechświat funkcjonuje i operuje?

TM: Nie, ale pracujemy nad tym -:P Jest prawdą, że trójka z nas, a ja dodałbym jeszcze Franka Barra, który jest mniej znany, ale ma także w tym swój udział. Jesteśmy wszyscy komplementarni. Teoria Ruperta jest – w tym punkcie – hipotezą. Nie ma odpowiedników – nie ma przewidywalnej maszynerii – jest to sposób mówienia o podejściach eksperymentalnych. Moja jazda z czasem falowym jest, jak ekstremalnie formalny i specyficzny przykład tego o czym on mówi ogólnie. A wtedy robota Ralpha zapewnia most od rodzaju rzeczy, które robimy Rupert i ja do granicznej gałęzi zwyczajnej matematyki nazywanej dynamicznym modelowaniem. Frank jest ekspertem od powtarzalności procesu fraktalnego. Potrafi ci pokazać dzianie się tej samej rzeczy na wielu, wielu poziomach, na wiele, wiele różnych sposobów. Tak więc nazwałem nas Kompresjonistami lub Psychedelicznymi Kompresjonistami. Kompresjonizm twierdzi, że świat staje się coraz bardziej i bardziej skomplikowany, skompresowany, związany razem, tak więc holograficznie kompletny w każdym punkcie i to zasadniczo tu stoi cała nasza czwórka, tak sądzę, choć z innych punktów widzenia.

(tłum. Conradino Beb) 

 

Źródło: High Times Magazine, nr. 4, kwiecień 1992.

Nauka, duchy i rdzenny szamanizm

Szamani długo działali zgodnie z zasadą, że ludzie są częścią ciągłości natury, związani ze wszystkimi innymi formami biologicznymi i nie posiadającą wobec nich władzy zwierzchniej. Ta „pogańska” zasada była jednym z wielu powodów, dla których europejscy szamani byli prześladowani przez Inkwizycję, a lokalni szamani wszędzie indziej byli wyklinani przez misjonarzy z tego samego powodu, uważali oni bowiem taki punkt widzenia za sprzeczny z relacją biblijna dotyczącą pochodzenia mężczyzny i kobiety.

W rzeczy samej, dopiero kiedy pojawiły się „O pochodzeniu gatunków 2” i „Powstanie człowieka” 3 Darwina, ludzie Zachodu zaczęli, choć często niezbyt entuzjastycznie, powracać do ogólnego rozpoznawania związku człowieka z innymi formami życia. Innymi słowy, Zachód poprzez naukę w końcu zaadaptował pozycję, ze względu na którą długo prześladował i wyśmiewał szamanów.

Jeszcze jedną zasadą implicite szamanizmu jest to, że są dwie rzeczywistości i że odbiór każdej z nich zależy od danego stanu świadomości. Tak więc ci znajdujący się w „codziennym stanie świadomości” (OSC – ordinary state of conciousness, czyli po polsku CSŚ – przyp. tłum.) odbierają jedynie „codzienną rzeczywistość” (OR – ordinary reality, czyli po polsku CR – przyp. tłum.). Ci zaś znajdujący się w „szamańskim stanie świadomości” (SSC – shamanic state of conciousness, czyli po polsku SSŚ – przyp. tłum.) są w stanie wejść w „niecodzienną rzeczywistość” (NOR – nonordinary reality, czyli po polsku NR – przyp. tłum.)4 i ją odbierać. Obydwie zwą się rzeczywistościami, ponieważ każda z nich jest empirycznie doświadczana.

Zamaskowany szaman syberyjski (pocz. XX wieku)

Każda z nich jest rozpoznawana jako posiadająca swoje własne formy wiedzy i znaczenia dla ludzkiej egzystencji.5 NR nie jest konsensualną rzeczywistością, a jeśli faktycznie by była, praktykujący szamanizm nie mieliby wówczas żadnej funkcji, ponieważ do nich właśnie należy odpowiedzialność za zmianę stanu świadomości i osiąganie tego, co innym się nie udaje. Jedną z wyróżniających cech praktykującego szamanizm człowieka jest zdolność poruszania się zgodnie z wolą tam i z powrotem pomiędzy tymi rzeczywistościami zachowując dyscyplinę i świadomość celu, żeby leczyć i pomagać innym.

Konsekwentnym wynikiem tego podejścia jest to, że jednostki zamieszkujące niecodzienną rzeczywistość są same w sobie prawdziwe. Są one nazywane „duchami” i uważane przez praktykujących szamanizm za rzeczywiste, ponieważ szaman wchodzi z nimi w bezpośrednią interakcję. Z tego właśnie powodu interakcja wymaga bezpośredniej percepcji za pomocą wszystkich zmysłów.

Innymi słowy, dla praktykującego szamanizm egzystencja duchów nie jest kwestią wiary ani hipotezy, ale empirycznym faktem (zob. także Turnera).6 W NR praktykujący szamanizm rutynowo widzą, czują, słyszą i dotykają duchów; ponieważ uznają je za tak samo rzeczywiste, jak swoich pobratymców ludzi, z którym stykają się w CR. Indywidualnie praktykujący dowiadują się podczas pracy które z poznanych istot są osobiście pomocne czy opiekuńcze (tutelary) i często zapewniają niezwykłą pomoc w leczeniu i wróżeniu.

Następną charakterystyczną zasadą szamana jest to, że żyjący członkowie wszystkich gatunków, włączając w to ludzi, posiadają dusze lub osobiste duchy, towarzyszące im przez całe życie. Definiuję duszę jako duchową esencję jednostki wymaganą aby mogła ona pozostać przy życiu. Tak więc jest ona obecna od poczęcia lub urodzenia aż do śmierci, mimo że stopień w którym jest ona obecna może się wahać. Dusza kontynuuje swój żywot aż do śmierci, tak jak czyniła to przed urodzeniem, ale długość czasu w którym zachowuje się jak identyfikowalna istota różni się. Dla praktykujących szamanizm dusze są istotami identyfikowalnymi, ponieważ spotykają je bezpośrednio w niecodziennej rzeczywistości, tak samo jak i inne duchy.

Szamański stosunek do duchów, uznający ich realność, nie był długo akceptowany przez zachodnią naukę; mimo tego że jeden duch – Bóg, może być od czasu do czasu przywoływany, jak często czynił to Einstein. „Duchy” czy „dusze” są więc wyklęte i nie akceptowane jako element paradygmatu. Ten stosunek ma swoje historyczne źródła w atakach Kościoła na takich pionierów nauki jak Galileusz i Kopernik w czasach Renesansu i Reformacji.

W odwecie podczas „Ery Oświecenia” zachodnia nauka i medycyna uchwaliły, że dusze i duchy nie istnieją, nie są więc zatem odpowiednim obiektem badań naukowych i studiów medycznych. Podczas gdy ta pozycja jest całkowicie zrozumiała historycznie, jej dzisiejsze skutki ograniczają parametry nauki ustaliwszy a priori, że pewne fenomeny nie mogą istnieć. Rezultatem tej niefortunnej sytuacji jest to, że dalsza ewolucja zachodniej wiedzy jest limitowana ograniczeniami narzuconymi nauce, którego piętą Achillesa jest fakt że zostało ono ufundowane na nie udowodnionym przekonaniu: wierze w to, że duchy, włączając dusze, nie mogą istnieć.

Faktycznie rzecz biorąc, nauka nigdy nie udowodniła, że duchy nie istnieją. A dowód negatywny albo falsyfikacja jest kamieniem milowym metody naukowej (zob. Popper)7. Jak długo teoria istnienia duchów nie zostanie sfalsyfikowana, nie może ona zostać logicznie zignorowana przez naukę. Innymi słowy, pozycja nauki wobec tej sprawy jest całkowicie nie naukowa i, o ironio, oparta na wierze. Dzięki absencji nauki na tym polu, eksperymentalne badania nad istnieniem i właściwościami duchów zostały zostawione w dużej mierze szamanom.

Przez wiele tysięcy lat w bardzo wielu kulturach, niezależnie od siebie, na pięciu różnych kontynentach, prowadzili oni niezliczone eksperymenty lecznicze ze swoimi klientami, często w sytuacjach zagrożenia życia, otrzymując rezultaty, które ciągle podtrzymują teorię realności duchów. Z tego powodu, fundamenty oryginalnej praktyki szamańskiej są jak najbardziej obecne na całym świecie.

Moje własne, osobiste, bezpośrednie doświadczenie z duchami zaczęło się w 1961. Właśnie wtedy oraz nieco później – w 1964 i 1973 – byłem kształcony przez szamanów z dwóch różnych plemion z obszaru Górnej Amazonii, jak również zaangażowany w rozległe badania nad światowym szamanizmem w celu odkrycia jego podstawowych między kulturowych pryncypiów i praktyk. Te fundamentalne zasady nazwałem „rdzennym szamanizmem”.

Jako dodatek do mojej własnej praktyki szamanizmu i szamańskiego leczenia, we wczesnych latach ’70 zacząłem uczyć rdzennego szamanizmu innych ludzi Zachodu aby mogli praktycznie przełożyć go na swoje życie i życie innych ludzi. Przez około ostatnią dekadę asystowali mi w tym edukacyjnym przedsięwzięciu moi koledzy z Międzynarodowego Fakultetu Fundacji na Rzecz Badań nad Szamanizmem (International Faculty of the Foundation for Shamanic Studies), organizacji nonprofit założonej w celu badania, przywracania, i nauczania szamanizmu i szamańskiego uzdrawiania na całym świecie.

Nauczanie i używanie podstawowych zasad i praktyk rdzennego szamanizmu wywołało nagłe ożywienie praktyk szamańskiego uzdrawiania na Zachodzie i wszędzie indziej. Poprzez nie imitowanie żadnej konkretnej tradycji kulturowej, ale raczej przez trenowanie w leżących u podłoża między kulturowych zasadach, rdzenny szamanizm jest szczególnie przystosowany do użytku przez człowieka Zachodu, który pragnie względnie wolnego od kultury systemu, który może zaadoptować i zintegrować ze swoim współczesnym życiem. Rdzenny szamanizm jest dzisiaj dominującym modelem praktyki szamańskiej w większości społeczeństw Zachodu.

Krótkie wprowadzenie do niektórych zasad i praktyk szamanizmu można znaleźć w mojej książce: Droga szamana.8 Jednakże najważniejszego, praktycznego nauczania rdzennego i oryginalnego szamanizmu nie można znaleźć w żadnej książce. Jest to raczej rezultat bezpośrednich instrukcji dawanych jednej osobie przez drugą, na przykład komunikacji z duchami i osobistych eksperymentów i praktyki. Co więcej, znaczna część tego eksperymentalnego nauczania jest nieopisywalna, a zatem nie jest zauważalna przez nie uczestniczących w nauczaniu obserwatorów i badaczy z Zachodu.

Wynalezienie rdzennego szamanizmu zostało oparte na kombinacji miedzy kulturowych badań terenowych i eksperymentalnych doświadczeń ze starożytnymi technikami uzdrawiania, wróżenia i innymi praktykami oraz z przepracowywaniem tych metod z klientami. Ponownie powtarzam, że dowiedzieliśmy się, iż istnienie duchów jest koherentnym i rozsądnym wyjaśnieniem naszych sukcesów z użyciem szamańskich metod.

Aby pomóc innym, którzy mogą chcieć rozpocząć badania nad szamanizmem, chciałbym teraz krótko zarysować strategię badań, którą rozwinąłem przez ponad ostatnie trzydzieści osiem lat osobistej, szamańskiej praktyki, badań i nauczania. Ta strategia nie jest tylko wyłącznie moją, ale należy także do Fundacji na rzecz Badań nad Szamanizmem. Fundamentalny dla tej strategii jest szacunek dla zebranej, duchowej wiedzy kultur szamanistycznych.

Zatem kultury pierwotne są tu widziane jako nauczyciele, a nie jako przedmioty badań. Jeśli to, czego uczą wydaje się nam dziwne lub niezrozumiałe, patrzymy wtedy na to jako na nasz problem, a nie ich i jako dowód na to, że potrzebujemy się nauczyć więcej w ich kategoriach. Nieważne jak niemożliwe mogą się wydawać ich oświadczenia lub twierdzenia na pierwszy rzut oka, naszym wstępnym założeniem jest, że wiedzą o czym mówią. Ich punkt widzenia nie ma być redukowany poprzez pochopne narzucanie im przez nas krążących w Zachodnim świecie wyjaśniających paradygmatów. Aby to wyłuszczyć, są niewinni aż udowodni im się winę i ogólnie rzecz biorąc stwierdziliśmy, że to my jesteśmy winni dopóki nie udowodnią nam naszej niewinności.

Bezpośrednia, doświadczalna wiedza z pierwszej ręki jest wymagana zawsze i wszędzie w celu osiągnięcia większego zrozumienia szamanizmu i szamańskiego uzdrawiania. W ten sposób następnym podstawowym aspektem mojej strategii jest poważna obserwacja uczestnicząca lub „radykalna partycypacja” wyrażając to we współczesnych terminach antropologicznych, ponieważ nie wystarczy po prostu być obserwatorem i robić wywiady. Wczesnymi przykładami radykalnej partycypacji, zanim jeszcze ten termin wszedł do użytku, byli etnologowie Frank Cushing (który uczestniczył w praktykach duchowych Indian Zuni) i James Mooney (który uczestniczył w Tańcu Ducha Indian Prerii i pomógł także założyć Native American Church).

Wyszli oni poza tradycyjne granice obserwacji uczestniczącej, jaką zwykle praktykowało się podczas antropologicznych badań terenowych wkraczając na obszary znajdujące się poza zwykłymi sprawami ludzi, których badali. Komparatystyczne badanie raportów etnograficznych jest także bardzo ważną częścią strategii pozwalającą odnaleźć regularności praktyki, które prowadzą do rezultatów, jakie przyjmując naukowe standardy Zachodu zostałyby uznane za niemożliwe. Mogą one angażować szamańskie podróże do innych światów, rozdarcie, opętanie i uwalnianie się od niego, komunikację ze zmarłymi, mediumizm, szczegółowe, efektywne wróżenie dla zupełnie obcych osób i cudowne uzdrawianie.

Następnym punktem strategii jest eksperymentalne sprawdzanie praktyk aby wywnioskować czy są one do powtórzenia. Powtarzalność rezultatów zależy od odkrycia, poprzez takie eksperymentowanie leżących u ich podłoża zasad operowania nimi. Jedną z nich jest to, że istnieją współczujące duchy opiekuńcze (pomocnicze) zdolne do asystowania praktykującemu szamanizm przy usuwaniu bólu, cierpienia i duchowej ignorancji. Zastosowanie tych zasad umożliwia powtórzenie rezultatów przez innych. W tej eksperymentalnej strategii zarówno indukcja, jak i dedukcja gra współzależną rolę, indukcja jest częściowo przydatna szczególnie we wczesnej fazie linii badawczej. Kiedy dokonuje się postęp odkrywane są pryncypia dedukcyjne, a następnie wdrażane aby otrzymać przewidywalne rezultaty.

Kiedy te pryncypia, włączając w to realność duchów, są wdrażane, rezultaty są tak powtarzalne, że jest możliwe aby nauczać na eksperymentalnie zorientowanych, doświadczalnych kursach treningowych dużą liczbę studentów z możliwymi do przewidzenia, rozsądnymi wynikami takich eksperymentów. Aby wyrazić to w inny sposób, Fundacja na rzecz Badań nad Szamanizmem jest laboratorium szamanizmu torującego drogę nauce o duchach, a jej studenci uczą się wykorzystywać swoją wiedzę o duchach aby otrzymywać satysfakcjonujące rezultaty w swojej własnej praktyce szamańskiej.

Wykorzystując zasady rdzennego szamanizmu, włączając w to zasadę egzystencji duchów, zaawansowani studenci razem z asystą swoich duchów pomocniczych są zdolni do wykonywania nie tylko zdumiewających aktów uzdrawiania, ale także klasycznych, publicznych pokazów szamańskich mocy takich jak „spętany szaman” lub rytuał „trzęsącego się namiotu”, znany w takiej lub innej formie na obszarach rdzennej Ameryki Północnej i Arktyki. Jeśli byliby oni jedynie widzami, w ich umysłach wciąż pozostałoby oczywiste pytanie o potencjalne oszustwo. Ale poprzez uczestniczenie w tym jako czynnie praktykujący, wiedzą z pierwszej ręki, że oszustwo nie zachodzi w przypadku, gdy pozostają związani ciasno sznurem, a sznur nagle opada9.

Takie fenomeny mogą być wyjaśnione zgodnie z naukową zasadą prostoty; a proste wyjaśnienie jest takie, że duchy są rzeczywiste. Nie jest to sugestia, że nie powinniśmy szukać nie duchowych przyczyn fenomenów szamanizmu. Jak dotąd jednak, żadne nie duchowe wyjaśnienia prawdziwie nurtujących szamańskich fenomenów nie dowiodły swojej efektywności tak, jak zasada realności duchów, co nie jest zaskakujące, ponieważ było one testowane i podtrzymywane w kulturach obcujących w szamanistycznym kontekście przez tysiące lat.

To że ludzie, którzy testowali te techniki byli zwykle niepiśmienni i nie nosili białych, laboratoryjnych fartuchów nie czyni ich eksperymentów z pacjentami i klientami – często w sytuacjach zagrożenia życia – mniej godnymi szacunku. Moim celem nie jest tu próba przekonywania każdego do tych poglądów wyłącznie słowami; co oznaczałoby spowodowanie, że czytelnik uzna iż mam rację. Taka zwyczajna perswazja w codziennej rzeczywistości nie jest strategią szamanizmu i szamańskiego nauczania. Szamanizm jest ścieżką wiedzy, nie wiary i wiedza ta nie może pochodzić ode mnie czy od kogokolwiek innego, zamieszkującego tą rzeczywistość. Aby przyswoić sobie tą wiedzę, włącznie z namacalnością duchów, konieczny jest krok przez szamańskie drzwi i dostarczenie empirycznych dowodów.

Droga jest otwarta, a pierwszy krok na niej wymaga jedynie, jak dla każdego prawdziwego naukowca, szczerej ciekawości, otwartego umysłu i trochę odwagi. Kiedy przejdziesz przez te drzwi, przedzałożenia zostają zastąpione bezpośrednim doświadczeniem i możesz sam się przekonać o autentyczności zasady realności duchów. Jednak jedno małe ostrzeżenie dla tych, którzy dopiero zaczynają praktykę: wy i wasz punkt widzenia rzeczywistości nigdy znowu nie będą takie same, ponieważ przejście przez te drzwi będzie początkiem wielkiej zmiany paradygmatu, nie tylko dla ciebie, ale także dla parametrów nauki, a nauka nie będzie już dłużej ograniczana przez wielkie etnocentryczne i kognicentryczne przekonanie a priori o tym co jest niemożliwe.

Michael Harner

(tłum. Conradino Beb)

 

Przypisy:

1. W oryginale core shamanism, co należy wyraźnie odróżniać od native shamanism. Rdzenny szamanizm Harnera – jak to sam wyjaśnia dalej – nie jest New Age’ową próbą przyswojenia sobie elementów szamanistycznych z róznych kultur plemiennych, ale konstytutywnym i zgodnym wewnętrznie odzyskaniem istoty „szamańskiego doświadczenia” dla kultury Zachodu.

2. Darwin 1958.

3. Darwin 1971.

4. Terminy, które tłumaczę jako CR i NR pochodzą od Carlosa Castanedy i są w polskich wydanich jego książek tłumaczone także jako „zwykła rzeczywistość” i „niezwykła rzeczywistość”, ale tłumacz z tylko sobie wiadomych powodów uznaje te tłumaczenia za zbyt „oczywiste” zastępując je powyższymi :). – przyp. tłum.

5. Harner 1990: xix-xxii; 21-22.

6. Turner 1992: 15

7. Popper 1959: 63, 68-69.

8. Harner 1990.

9. Tamże.

 

Bibliografia przytaczana w pracy:

– Darwin Charles, The Descent of Man and Selection in Relation to Sex, New York: D.Appleton, 1871.

– Darwin Charles, The Origin of the Species, New York: New American Library (Mentor), 1959 (Org. wyd. 1859).

– Harner Michael, The Way of The Shaman (3rd Edition), San Francisco: Harper & Row, 1990 (Org. wyd. 1980).

– Popper Karl R., The Logic of Scientific Discovery, New York: Harper & Row, 1959 (Org. wyd. 1934).

– Turner Edith, The Reality of Spirits, dostępne na stronie www.shamanism.org/

Peter Lamborn Wilson aka. Hakim Bey

Między tragiczną Przeszłością, a niemożliwą Przyszłością anarchizmowi zdaje się brakować Teraźniejszości – jakby tu i teraz bał się postawić sobie pytanie: JAKIE SĄ MOJE PRAWDZIWE PRAGNIENIA? – i co mogę ZROBIĆ zanim będzie za późno?…

Hakim Bey, Poetycki Terroryzm

 

Peter Lamborn Wilson, to urodzony w Nowym Jorku, w 1943 r., amerykański historyk kultury i krytyk społeczny irlandzkiego pochodzenia. Oprócz tego jednak, podróżnik, mag chaosu, eseista, poeta, tłumacz, osobowość radiowa i psychonauta, znany przede wszystkim jako twórca post-anarchizmu (inaczej zwanego anarchizmem III fali).

Nieodłącznie kojarzony z zaproponowaną przez siebie koncepcją Tymczasowej Strefy Autonomicznej, która osadzona jest na doświadczeniach sytuacjonistów, ruchu psychedelicznego, chrześcijańskich oraz islamskich herezji religijnych, a także pirackich utopii. TSA wyznacza przede wszystkim nowy tor myślenia o rewolucji, zrywając z XIX wieczną linią ideologiczną lewicy i proponując w zamian syntezę doświadczenia wewnętrznego, wypracowanego przez ww. ruchy czy też szkoły światopogladowe. Jest to przede wszystkim wynik refleksji nad drugim stadium kapitalizmu, którego protoplastami byli sytuacjoniści lecz także zupełnie świeże spojrzenie na zagadnienie indywidualizmu jednostki, tłumionego przez zabójcze morze ideologii.

Stanowisko to jest także przerzucane bezpośrednio do poetyki i stylistyki dzieł Beya. Powieść awangardowa spotyka się w nich z neopogaństwem oraz wnikliwą analizą spoleczną, wywodzącą się z klasycznego anarchizmu, sufizmu, ZEN i surrealizmu. Wynikiem tego jest niezwykle ciekawy dyskurs, łączący w sobie na pozór sprzeczne spojrzenia na świat, które Wilson czyni jednak wybuchową, fascynująca mieszanką ideologiczną, będącą efektem głębokiego osadzenia w tradycji kontrkultury. Odwołuje się zaś do niej często posiadając niezwykle rozległą wiedzę na ten temat.

Obrany i często uzywany przez niego pseudonim Hakim Bey jest z jednej strony prowokacją, z drugiej jednak odnosi się do arabskich fasycynacji Wilsona. Jest to kombinacja dwóch słów arabskich: pierwsze oznacza „mędrca”, a drugie to miano, używane powszechnie na oznaczenie przynależności do Mauretańskiej Świątyni Nauki. W języku tureckim, Hakim oznacza też „sędziego” lub „jurystę”. Bey jest zaś z kolei słowem grzecznościowym, używanym jako odpowiednik angielskiego słowa „gentleman”.

Wilson jest osobą o niezwykle wszechstronnych zainteresowaniach. Zadziwia w swoich pismach głęboką znajomością tajników wielu kultur, wśród wielu których sam przebywał. Spędził dwa lata w Indiach (dokąd podróżował przez Afrykę Północną w 1968 r., tuż po rewolcie majowej), Nepalu, Pakistanie i Afganistanie, oraz przebywał siedem lat w Iranie (gdzie był członkiem Imperialnej Irańskiej Akademii Filozofii, zajmującej się badaniami nad sufizmem) opuszając ten kraj na skutek wybuchu rewolucji islamskiej w 1979., podczas której obalono szacha. W międzyczasie podróżuje też na Jawę.

Po objęciu rządów w Iranie przez Ajatollaha Homeiniego, Wilson wraca do Stanów Zjednoczonych, by osiąść w swoim rodzinnym Nowym Jorku. Tu nawiązuje kontakt z niezwykle aktywną, miejscową bohemą, wśród której są min. Bill Laswell i John Zorn. Rozpoczyna także szereg wykładów w jednej z nowojorskich stacji radiowych, pt. „Mauretańska Ortodoksyjna Krucjata Radiowa”. W Nowym Jorku rozpoczyna się wspaniała kariera pisarska Wilsona, prowadzona głównie przy współpracy z niezależnym kolektywem i wydawnictwem „Autonomedia”. Wydane przez kolektyw zostają takie dzieła jak: Tymczasowa Strefa Autonomiczna, Millennium, Immediatism, Scandal: Essays in Islamic Heresy, Sacred Drift: Essays on the Margin of Islam.

Korzystając ze swoich badań nad mistycznymi odłamami Islamu, prowadzonymi w Iranie, Wilson tłumaczy także na angielski szereg dzieł poezji sufickiej pozostając przy tym w konsultacji z tłumaczami irańskimi. Poezja ta zostaje zebrana w tomiku, The Drunken Universe: An Anthology of Persian Sufi Poetry. Tłumaczy także tomik poematów Abu Nuwasa: O Tribe That Loves Boys (przykład arabskiej poezji miłosnej, rozwijającej motyw „świętej pederastii”).

Ropoczyna także redagowanie „Semiotext(e)”, jednego z najciekawszych magazynów, dotyczących prawie wszystkich aspektów kultury współczesnej (mediów, ekologii, krytyki politycznej, feminizmu, mistycyzmu, rytualizmu, kontrkultury, popkultury, sztuki etc.). Poetyckie teksty i poematy Wilsona pojawiły się także w: P.A.N. (Pantologii Jeden, Dwa i Trzy), Ganymede, Exquisite Corpse, Biuletynie NAMBLA oraz w różnych tomach, wydanych przez Acolyte Reader.

Wiele z tych poematów, łącznie z serią “Sandburg”, zostało zebranych w jeszcze nie opublikowanym tomiku DogStar. Aktualnie, regularne publikacje Wilsona można też znaleźć w pismach tj. Fifth Estate oraz wydawanym w Nowym Jorku, First of the Month. Bey opublikował także jedną powieść, która obraca się w konwencji płaszcza i szpady poruszająjąc wątki miłości do małych chłopców, The Chronicles of Qamar: Crowstone.

Jeśli chodzi o przynależność religijną, Wilson jest oficjalnym członkiem tajemniczego Mauretańskiego Kościóła Ortodoksyjnego, który jest odłamem Mauretańskiej Świątyni Nauki (założonym w 1964 r.). MŚN założona została z kolei w 1913 r. przez Świątobliwego Timothy Drew Ali’ego w Chicago. Jej członkowie wyznają przede wszystkim wiarę w to, iż potomkowie czarnych niewolników w Ameryce są spadkobieracami prawdziwej, ezoterycznej nauki Islamu.

Napisany przez niego Koran Siedmiu Kręgów, oparty jest min. na teozoficznym chrzescijaństwie, ludowej tradycji Islamu i pseudo eugenicznych spekulacjach (wykorzystywanych jednak w celach anty rasistowskich). Warto przy tym dodać, iż religia, objawiona Timothy Drew Ali’emu stała się jednym z najbardziej znaczących czynników ideologicznych, które ukształtowały ‚czarne wyznanie’ Nation Of Islam, niezwykle dzisiaj wpływowe w USA. Oprócz działalności politycznej i literackiej, Wilson wydaje także płyty spoken word, na których znajdują się jego wiersze, fragmenty dziennika i przekazy polityczne.

Jego głos jest także znany i doceniany na scenie nauk społecznych czy też nauk o kulturze. Odwiedza on ze swoimi odczytami i referatami konferencje na całym świecie, w tym znakomitą Next Five Minutes, odbywającą się corocznie w Amsterdamie. Jako wykładowca wizytujący bierze też udział w prestiżowych seminariach antropologicznych, jak np. seminarium im. Franza Boasa na Harvard University. Jako twórca niecodziennych dzieł krytycznych jest znany na całym świecie jako reformator anarchizmu, przystosowujący jego narzędzia do epoki informacji.

Z drugiej strony jest za to oraz swoje mistyczne odjazdy (a także rozwijanie fascynacji „świętą pederastią” przy współpracy z NAMBLA), krytykowany przez ortodoksyjnych anarchistów oraz konserwatywnych liberałów. Nie przeszkadza mu to jednak zjednywać sobie czytelników na całym świecie, co ma także swój bezpośredni powód, którym jest nie stosowanie przez Wilsona żadnych praw autorskich i wolne rozpowszechnianie swoich pism w Internecie. Jego wizjonerskie propozycje wolnościowe dzięki temu docierają do każdego zainteresowanego i z miejsca stają się rewelacją. Erudycja i doświadczenie ich autora pozostawiają przy tym wrażenie silnie scentralizowanego systemu światopoglądowego, który na scenie krytyki społecznej nie ma dziś sobie podobnych.

Prowadzone przez Wilsona wywody zawsze dotyczą jednocześnie sposobu życia, co i wyznaczonych przez jednostkę celów politycznych nigdy nie ocierając się o moralizatorstwo i wyłącznie intelektualną mądrość lecz w zamian próbując pobudzić w człowieku pasję odkrywania nowych możliwości. Nie są to przy tym oderwane od życia utopie, ale klarowna myśl, wskazująca na potrzebę spojrzenia przede wszystkim na realia kulturowe i znalezienia w nich furtki na insurekcję – jednorazowe uwolnienie woli mocy – co jest dla Wilsona zastępczą formą na nierealną już dziś, powszechną rewolucję społeczną.

W swoim dyskursie Wilson odwołuje się do dorobku wielu sławnych myślicieli wolnościowych, wśród których są min. Charles Fourier, Friedrich Nietzsche, Gabriele D’Annunzio, Gustav Landauer, Emilio Zapata, Max Stirner, Guy Debord, Timothy Leary i wielu innych…

Conradino Beb

 

Stronki polecane:

Bey na Hermetic.com – strona zawierająca wiele z jego tekstów
Bey na Gyw.com – stronka poświęcona dorobkowi Beya
Kolektyw Autonomedia – wydawca wielu radykalnych pozycji

Terence McKenna (1946-2000)

Wyobraźnia dowodzi obecności boskiej iskry w człowieku. Próby dopatrzenia się w wyobraźni wielkości niezbędnej z biologicznego punktu widzenia prowadzą na manowce. To emanacja z góry – zstąpienie duszy świata w każdego z nas.

Terence McKenna, Zdążyć Przed Apokalipsą

Terence McKenna urodził się 16 listopada 1946 r. w małym miasteczku Paonia, w zachodniej części Stanu Colorado, w którym głównym zajęciem miejscowej ludności był wypas i sprzedaż bydła. Rodzina McKenny należała do głęboko wierzących chrześcijan, ojciec był Irlandczykiem, pielęgnującym tradycyjne, katolickie wartości, zaś matka Walijką wyznania episkopalnego.

Podczas gdy ojciec pracował poza domem jako domokrążca, matka zajmowała się wychowaniem młodego Terence’a oraz jego młodszego brata, Dennisa w atmosferze poszanowania dla sztuki literackiej i muzyki klasycznej. Jak sam opowiada, od małego był trawiony przez niezwykłą ciekawość świata, która owocował już w młodym wieku wieloma pasjami. Pierwszą były minerały, drugą motyle, potem zaś przyszedł czas na science-fiction.

Jako nastolatek zaczął subskrybować Evergreen Review i Village Voice, obydwa pisma znane wówczas z łączenia bohemiarstwa z krytyką stylu życia klasy średniej, w latach ’60 zaś otwarcie już kontestujące społeczną rzeczywistość. Tu po raz pierwszy zetknął się z literaturą pisarzy Beat Generation, którzy wywarli niezapomniany wpływ na jego sposób postrzegania świata.

W tym samym czasie natknął się też na pisma jednego z największych erudytów XX wieku, wielkiego pisarza i miłośnika wolności wewnętrznej, Aldousa Huxleya. Dosłownie połknął Nowy Wspaniały Świat i Drzwi Percepcji, gdzie po raz pierwszy zobaczył dwa magiczne słowa: psychedeliczny i meskalina. To zachęciło go do pierwszego eksperymentu psychedelicznego w swoim życiu, w którym wypróbował działanie nasion powoju.

Wkrótce Terence pakuje manatki i za pozwoleniem rodziców rusza do Kalifornii, gdzie kończy dwa ostatnie lata szkoły średniej w Stanford. W 1966 McKenna decyduje się na studia na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Tam też po raz pierwszy zostaje inicjowany w pełną nowych możliwości ścieżkę LSD i konopi przez sąsiadującego z nim Barry’ego Meltona, członka popularnej grupy Country Joe and the Fish, grającej typową dla lat ’60 fuzję folk rocka i psychedelii.

W 1969 r. McKenna zdobywa tytuł B.S. z ekologii i zasobów naturalnych na Tussman Experimental College – trwającym cztery lata projekcie edukacyjnym, założonym przez filozofa Josepha Tussmana, kluczową postać dla powstałego na tym samym uniwersytecie, rewolucyjnego ruchu studenckiego Free Speech Movement.

Krótko potem decyduje się ruszyć w drogę, która prowadzi go do Izraela i na Seszele, a następnie do Indii, gdzie przez pewien czas pracuje jako przemytnik haszyszu. Podróżuje też po całej Azji południowo-wschodniej kolekcjonując okazy motyli dla amerykańskich firm przyrodniczych. Wtedy też po raz pierwszy przychodzi zainteresowanie rozwojem duchowym, Terence zaczyna odwiedzać liczne w Indiach ashramy, centra jogi.

Okres ten ma podsumować później w jednym ze swoich wywiadów mówiąc: Jedna rzecz na temat hinduskiej duchowości, o której nigdy nie usłyszysz jest taka, że nie zaczniesz o niej nawet rozmawiać dopóki nie spalisz czterech czy pięciu chillumów. Natknąłem się tam na najcięższe odmiany jarania, z jakimi kiedykolwiek miałem do czynienia. Mniej więcej 90 procent tych gości próbuje ci to wcisnąć w dupę i pozbyć się ciebie z ashramu.

Za swoją aktywność Terence staje się w końcu poszukiwany przez Interpol, który wystawia na jego głowę list gończy. Gdy tak krąży po południowo-wschodniej Azji, umiera jego matka, na Tajwan przychodzi zaś list od jego brata Dennisa, który pisze w nim przypominając o doświadczeniach z użyciem DMT w Berkeley: Uważam to za rodzaj hiperprzestrzennej projekcji astralnej, która pozwala hiper organowi, świadomości, w sposób ciągły manifestować się w każdym punkcie czasoprzestrzennej matrycy lub też symultanicznie we wszystkich punktach.

Obydwoje ciągnięci przez niesamowitość swoich doświadczeń decydują się odbyć podróż do Amazonii w poszukiwaniu dwóch psychedelicznych środków, zwierających DMT: yopo (Anadenanthera peregrina), spożywanego przez Indian w postaci tabaki oraz yage (Banisteriopsis caapi), słynnego wywaru wywołującego nieziemskie wizje. Zażycie jednego z nich, miało rozwiać wątpliwości, które bracia wciąż podtrzymywali ze względu na krótkotrwałość własnych przeżyć po spaleniu DMT.

Obydwa środki dają bowiem trip, który utrzymuje się od kilku do kilkunastu godzin. Wyprawa odbyta w 1971 r. miała na celu wykazanie, że szamańskie doświadczenia z użyciem tych środków są czymś więcej niż tylko pięknymi halucynacjami. Bracia McKenna mieli nadzieję udowodnić swoją intuicyjną korespondencję stanów psychedelicznych z najnowszymi teoriami fizyki i kosmologii (szczególnie z teorią kwantową i teorią superstrun).

Podróż odbyta w głąb amazońskiej dżungli jest znana jako „Eksperyment z La Chorrera” ze względu na miejsce pobytu ekspedycji. To właśnie tam pojawiła się po raz pierwszy w głowie Terence’a McKenny wizja wszechobecnej, „kwantowej”, syntaktycznej sieci spinającej język ze światem, którą otrzymał dzięki spożyciu świętych grzybów.

Doświadczenia, które były udziałem obydwóch braci w La Chorrera zostały przez nich opisane wspólnie w książce The Invisible Landscape, która starała się sformułować pewną spójną psychedeliczną teorię na temat szamanizmu, przeżyć psychedelicznych, struktury czasoprzestrzeni i psychologicznych synchroniczności.

Szczegółowa relacja z podróży wraz z fragmentami dziennika wyprawy została zaś opublikowana przez samego Terence’a w książce True Hallucinations dwadzieścia lat po tych wydarzeniach. Jak pisze w niej autor: Spoglądając z wygodnego punktu ponad dwudziestu lat, notatki te wydają się zarówno tajemnicze, jak i naiwne. Idea jednolitej metamorfozy mentalnych i fizycznych światów jest kontr intuicyjna i trudna do skonceptualizowania, jednak wiara w to, że za tym fenomenem leży coś prawdziwego lub jakaś idea, była głównym czynnikiem, który zaprowadził nas w głąb Dorzecza Amazonki.

Jedną z najbardziej znanych i kontrowersyjnych idei, które narodziły się w głowie Terence’a McKenny jest jednak Teoria Innowacji (Novelty Theory), której podstawą stało się zjawisko tzw. Rezonansu Czasowego (Temporal Resonance). Teoria opisana w książce The Invisible Landscape, a później także w zbiorze esejów i wywiadów The Archaic Revival, swoje źródło bierze z mistycznej chińskiej księgi I Ching biorąc za punkt wyjściowy pierwszy układ heksagramów, znany jako sekwencja Króla Wen.

Jak pisze w niej McKenna: Badając rodzaje porządków, odzwierciedlonych w sekwencji Króla Wen, zawartych w I Ching, dokonałem kilku znaczących odkryć. Doskonale wiadomo, że heksagramy w sekwencji Króla Wen łączą się w pary. Drugi człon każdej pary uzyskujemy poprzez odwrócenie pierwszego.

W każdej sekwencji sześćdziesięciu czterech heksagramów jest osiem heksagramów, które pozostają niezmienione po odwróceniu. W sekwencji Króla Wen te osiem heksagramów łączy się z heksagramami, w których każda linia pierwszego heksagramu staje się jego przeciwieństwem (yang zmienia się w yin i vice versa).

W ten sposób McKenna dochodzi do fraktalnej struktury czasu, która oparta o analizę tej sekwencji zostaje rozrysowana po raz pierwszy w 1974 r. przez komputer CDC 6400 za pomocą języka FORTRUN i staje się Falą Czasu Zero (Timewave Zero).

Wykres Fali Czasu Zero opiera się o dwie osie: oś czasu i oś innowacji (wskazująca „stopień połączenia”), które wskazują wzrost informacyjnej gęstości w ludzkiej cywilizacji na przestrzeni dziejów. McKenna analizując tradycyjny kalendarz Majów, zwany Tzolkin ustala koniec Fali na rok 2012, kiedy innowacja dojdzie do Punktu Omega, a ludzkość zostanie przetransformowana poprzez informacyjną apokalipsę. Inną niezwykle ciekawą teorią., stworzoną przez McKennę, czerpiącą niezwykle dużo ze zdobyczy ruchu psychedelicznego, jest tzw. „Psylocybinowa Teoria Dziejów”, która tropi wpływ spożywania grzybów psylocybowych na ludzką ewolucję.

Te kontrowersyjne w środowisku naukowym tezy zostały opublikowane w swoistym opus magnum jego myśli antropologicznej, książce Pokarm Bogów, wydanej w Polsce przez Wydawnictwo OKULTURA. Postawione w niej tezy były rodzajem analizy enteogennego szamanizmu i wpływu spożywanych przez człowieka substancji na jego świadomość.

Główną tezą było stwierdzenie, że substancje psychoaktywne mogą tłumaczyć wykształcenie się świadomości u wczesnych hominidów przyczyniając się wydatnie do skoków ewolucyjnych. Za głównego agenta Terence McKenna obrał w swojej teorii psylocybinę, zawartą w świętych grzybach.

W jego książce czytamy: Jestem głęboko przekonany, że to mutagenne, psychoaktywne składniki diety pierwszych hominidów odpowiadały za gwałtowne przeorganizowanie się ich mózgów i wykształcenie nadzwyczajnych umiejętności przetwarzania danych. Alkaloidy roślinne, posiadające własności halucynogenne, takie jak psylocybina, dimetylotryptamina (DMT) i harmalina, mogły znajdować się w diecie praludzi, katalizując wyłonienie się podstawowej cechy charakteryzującej współczesnego człowieka – autorefleksji.

Oddziaływanie halucynogenów, zawartych w wielu popularnych roślinach, sprzyjało rozwojowi umiejętności przetwarzania danych, a więc czyniło praludzi istotami bardziej wrażliwymi na środowisko, przyczyniając się do gwałtownego rozwoju ich mózgów. W późniejszej fazie tego samego procesu halucynogeny pełniły rolę katalizatorów rozwoju wyobraźni, napędzając tworzenie się wewnętrznych trosk i przemyśleń, które niewykluczone, że dały impuls do pojawienia się języka i religii (tłum. Dariusz Misiuna).

Jak więc dochodzi do wniosku McKenna, ludzka świadomość pełni w istocie funkcję psychedeliczną. Oprócz tego zainteresowania McKenny oscylowały wokół zagadek UFO, Manuskryptu Voynicha, nowej ekologii (związanej z gajanizmem), podróży w czasie, teorii światów alternatywnych, techno utopizmu, a także kontrkulturowej krytyki establishmentu i represyjnego wymiaru kultury.

Na temat swoich niezwykłych teorii McKenna opublikował wiele artykułów na łamach takich pism, jak: Entheogen Review, High Frontiers, Magical Blend, Gnosis, Reality Hackers, ReVision, a także Mondo 2000, które w latach ’80 stało się jednym z najbardziej aktywnych pism w promowaniu jego myśli. Jego założyciel i redaktor naczelny RU Sirius jest kojarzony jako bezpośredni następca, zarówno dziedzictwa Terence’a McKenny, jak też Timothy Leary’ego oraz Roberta Antona Wilsona.

Cała trójka przyjaźniła się ze sobą będąc aż do swojej śmierci ostoją kontrkulturowego dyskursu. Jak pisze w swoim eseju post mortem Mark Dery: Urodzony gawędziarz ukształtował swój mentalny Merzbau (szczyt swoich umiejętności) na New Age’owym cyklu wykładów, gdzie jego swobodna elokwencja, encyklopedyczna erudycja i błyskotliwy umysł zaskarbiły mu błogosławieństwo psychedelicznego Wysokiego Kapłana we własnej osobie, który nazwał Mckennę Timothym Leary lat ’90.

W 1985 r. McKenna założył wspólnie ze swoją żoną, Kathleen Harrison-McKenna, fundację Botanical Dimensions na Hawajach, gdzie aż do śmierci starał się chronić zagrożone rośliny enteogenne z całego świata. W zarządzie fundacji zasiedli Ralph Abraham, Frank Barr, Dennis J. McKenna, Ralph Metzner, Rick Strassman i David Tussman. Doradcami zostali zaś: Richard E. Schultes, Rupert Sheldrake, Nicole Maxwell i Luis Eduardo Luna. Od 1982 r. Terence McKenna uczestniczył także regularnie w trialogach razem z Ralphem Abrahamem i Rupertem Sheldrake’m, których część została opublikowana w Polsce jako Zdążyć Przed Apokalipsą (1995).

Ze względu na szerokość swoich zainteresowań i barwność teorii, McKenna jeszcze za swojego życia stał się najbardziej znanym z kontrkulturowych myślicieli, o czym świadczy wielość krótkich filmów, umieszczonych w serwisie YouTube, ilość mp3 krążących po sieciach peer-to-peer, a także ilości cytatów w prasie dla frików oraz na łamach undergroundowych webzine’ów. Terence opuszcza swoje ciało 3 kwietnia 2000 r. z powodu złośliwego raka mózgu (glioblastoma multiforme).

Pozostawił córkę Kleę oraz syna Finna, a także setki wykładów, książek, artykułów oraz kilka filmów, dokumentujących jego teorie. Jego dziedzictwo jest do dzisiaj rozwijane przez następców, wśród których najbardziej znanymi są Daniel Pinchbeck, a także Erik Davis i Lorenzo Hagerty. Będąc przykładem wyjątkowego nowatorstwa i nieszablonowego stylu myślenia, który posiadało niewiele jednostek w dziejach ludzkości, McKenna jest jedną z niewielu jednostek, która krytykując wpływ wszystkich możliwych autorytetów, świadomie podążała własną, indywidualną ścieżką poznania.

Conradino Beb

Polecane strony:

Wywiad z Terencem McKenną w Magazynie MAGIVANGA [pl]

Zbiór linków do wszystkiego, co jest związane z McKenną [en]

Terence McKenna Home [en]

Erowid Terence McKenna Vault [en]

Terence McKenna Land [en]

Robert Anton Wilson (1932-2007)

Wszyscy jesteśmy gigantami, wychowanymi przez pigmejów, którzy nauczyli się chodzić na mentalnych czworakach.

Robert Anton Wilson, Powstający Prometeusz

 

Robert Edward Wilson urodził się 18 stycznia 1932 w Nowym Jorku jako syn irlandzkich imigrantów – Johna Josepha Wilsona, robotnika portowego i Elizabeth Wilson (Milli). Wychowywany podczas Wielkiego Kryzysu lat ’30 doświadczył wszelkich możliwych skutków mitów społecznych i religijnych tj. przekonanie o tym, ż masturbacja powoduje ślepotę. Nie należał też do najzdrowszych dzieci, we wczesnym wieku przeszedł: odrę, różyczkę, świnkę, grypę, gorączkę reumatyczną, koklusz, dyfteryt, a w 1934 zdiagnozowano go jako chorego na polio (co uchodziło wtedy za chorobę niemal nieuleczalną).

Można powiedzieć, że miał jednak wyjątkowe szczęście. Został wyleczony dzięki innowacyjnej technice siostry Elizabeth Kenny, która polegała na terapii masażem, kompresami i kąpielami – pionierskich technikach, które stworzyły podwaliny późniejszej fizjoterapii. Choroba, jak się jednak okazało, nigdy go do końca nie opuściła i miała odezwać się po latach w postaci syndromu post polio. Na jego skutek Robert Anton Wilson opuścił swoje ciało 11 stycznia 2007 po długiej walce, którą prowadził na wózku inwalidzkim. Ból spowodowany chorobą zwalczał m.in. pigułkami z konopi, dostarczanymi mu przez kalifornijską Women’s Alliance for Medical Marijuana (WAMM). Przez całe życie był też wzorowym przykładem libertarianina, który opierał się szeroko rozpowszechnionemu terrorowi państwowemu, wymuszającemu płacenie haraczu w postaci podatków oraz był gorącym orędownikiem legalizacji konopi.

Najszerzej znany jako wielki papież dyskordiański, RAW dokonywał nieprzewidywalnych połączeń myślowych i wciąż zasilał kontrkulturowych bojowników w obfitość twórczych idei. Nie było rzeczy, która by go nie zainteresowała, a jednocześnie sprawy do której nie wykazywałby dystansu. Udowadniał to wywodząc genealogię swojej rodziny od duńskiego pirata z siódmego wieku, znanego jako Olaf Czarny, który podporządkował sobie drogą podboju Wyspę Man. Przez długi czas był Robertem Edwardem Wilsonem, jednak znudziło mu się noszenie tego drugiego imienia i razem z wydaniem swojej pierwszej książki zastąpił je imieniem Anton, dzięki czemu do dzisiaj znamy go jako RAW.

Robert Anton Wilson był wysoce wykształconym człowiekiem. W okresie 1946-1950 uczęszczał do Brooklyn Technical High School, gdzie uczył się na profilu matematycznym, co miało pomóc mu w odcięciu się od katolickiego tunelu rzeczywistości, który został zaszczepiony mu w dzieciństwie przez konserwatywnych rodziców i w rozwijaniu agnostycyzmu. Gdy szkołę tą ukończył, rozpoczął studia w dziedzinie inżynierii i matematyki na Brooklyn Polytechnic Institute jednocześnie pracując w firmie zajmującej się konserwacją rur wodociągowych. Po dłuższym okresie przerwy akademickiej podjął w końcu studia doktoranckie na Paideia University w Cotati, gdzie zdobył tytuł Ph.D. z psychologii w 1979. 14 grudnia 1958 poślubił miłość swojego życia – Arlen Riley, z którą spłodził czwórkę dzieci: Karunę, Djoti, Grahama i Lunę (zmarłą tragicznie).

Zainteresowanie wyklętymi na margines kultury twórcami zaczęło się u niego od poznania poezji Williama Blake’a, Walta Whitmana i Ezry Pounda. Szczególnie ten ostatni wywarł na niego tak wielki wpływ, że począł on kopiować jego styl w swoich własnych utworach pisząc także w wolnych chwilach krótkie opowiadania w stylu H. P. Lovercrafta. Na szczęście żaden z tych utworów nie ujrzał nigdy światła dziennego.

Prawdziwą rewolucję światopoglądową miało w nim jednak wywołać znakomite dzieło semantyka-wizjonera, Alfreda Korzybskiego pt. Science and Sanity, które odnalazł buszując po swojej szkolnej bibliotece w 1949. Książkę tą przeczytał kilka razy, by zrozumieć pierwszą, podstawową tezę semantyki ogólnej: Język tworzy rzeczywistość i jeśli mamy ją zmienić, musimy dokonać przemiany w strukturze samego języka.

Na lata ’50 przypadają kolejne odkrycia filozoficzne i ideologiczne Wilsona, który po kolei poznawał i odrzucał lub przekraczał: trockizm, randroizm (dziwna mieszanka obiektywizmu, idealizmu, indywidualizmu i libertarianizmu ze skrajnym konserwatyzmem obyczajowym, której matką jest Ayn Rand), nietzscheanizm i filozofia Bertranda Russella. Zniechęcony do freudowskiej psychoanalizy, w której szukał rozwiązania swoich problemów psychicznych, przeszedł w końcu fizjoterapię ze szkoły Wilhelma Reicha, która wyleczyła go z chronicznych bóli głowy, spowodowanych napięciami emocjonalnymi, jakie pojawiły się podczas zmiany paradygmatu światopoglądowego.

Dzięki temu przeczytał też z miejsca wiele książek genialnego psychologa i mistyka. W tym okresie poznał też po raz pierwszy nauki Buckminstera Fullera, który udzielił wykładu w Instytucie Semantyki Ogólnej. Uczyniło go to otwartym na wszelkie nowe idee i pomogło przygotować się na pierwsze przeżycia psychedeliczne z udziałem marihuany, którą poznał dzięki romansowi z czarną kochanką. W 1957 dzięki Alanowi Wattsowi poznał też w końcu smak ZEN.

Późne lata ’50 był czasem rewolucji pokoleniowej. Po USA hulali już na całego bitnicy, którzy zmieniali na bieżąco amerykańską historię i pokazywali do czego może służyć prawdziwa, oddychająca pełnią życia sztuka. RAW stał się szybko jednym z ich największych wielbicieli czytając w 1956 r fragment nie opublikowanej w całości aż do 1962 r (w Stanach Zjednoczonych) wersji Nagiego Lunchu dzięki magazynowi Big Table. William S. Burroughs stanął wtedy przed nim jako największy pisarz od czasów Jamesa Joyce’a, który jako jeden z niewielu potrafił operować słowami jak obrazami dzięki głębokiemu zrozumieniu natury doświadczeń psychedelicznych.

Kilka lat później RAW sam miał przecierać psychedeliczne ścieżki dzięki odkryciu dzieł Aldousa Huxleya. Jak pisze w swojej znakomitej książce Kosmiczny Spust: Po raz pierwszy zainteresowałem się środkami zmieniającymi świadomość, gdy w najbardziej konserwatywnym piśmie amerykańskim, National Review, przeczytałem recenzję książki Aldousa Huxleya, Drzwi Percepcji, napisaną przez konserwatywnego historyka, Russella Kirka. W późniejszych latach to wydawane przez katolickiego milionera, Williama Buckleya Jr. pismo bezpardonowo rozprawiało się ze zwolennikami psychedelików, ale w tych niewinnych latach 1960-61 taka recenzja była jeszcze możliwa (…) Materialista przeżył swój pierwszy trip 28 grudnia 1962 roku. Stało się to w starej chatce położonej w lasach za Yellow Springs, w stanie Ohio. Środkiem, który zażył, był peyotl – miał z nim odbyć łącznie ponad 40 sesji.

Niedługo później przyszedł czas na spotkanie z jedną z największych osobistości tamtych czasów, genialnym psychologiem, mistykiem, wizjonerem i showmanem, Timothy Learym, którego RAW poznał przez swojego przyjaciela Ralpha Ginzburga – redaktora naczelnego magazynu Fact. Gdy ten zaoferował mu pracę w redakcji, w Nowym Jorku, naszła go chęć przeprowadzenia z nim wywiadu, do którego jednak doszło dopiero na zlecenie dla Paula Krassnera – redaktora naczelnego pisma The Realist.

RobertAntonWilsonTimothyLeary1996
Robert Anton Wilson i Timothy Leary / 1996

Jak zanotował RAW w Kosmicznym Spuście: Przy pierwszym spotkaniu Tim robił wrażenie typowego profesora akademickiego w średnim wieku. Właściwie, jedyną wyróżniającą go cechą była dość atletyczna sylwetka (…) Dosyć szczególne było również zachowanie Tima, które bardzo różniło go od przeciętnych Amerykanów. Tim lubił stać blisko swoich rozmówców i patrzeć im prosto w twarz, podczas gdy większość Amerykanów zwykle unika czyjegoś spojrzenia. Kilka tygodni po tym spotkaniu cała rodzina RAW odnotowała pierwsze spotkanie z UFO.

Dwa lata później Wilsona natyka się osobiście na samego Williama S. Burroughsa, który zapoznaje go z gnozą tajemniczej liczby 23. W 1967 r Robert Anton Wilson poznaje też Kerry’ego Thornleya poprzez swoje publikacje w magazynie The New Libertarian, a ten zapoznaje go z najbardziej przełomową religią od czasów Misteriów Dionizyjskich – dyskordianizmem. RAW z miejsca przekonuje się, że jest to jedyna religia, której można ufać bezgranicznie i zostaje jej oficjalnym papieżem. W latach 1966-71 Wilson pracuje jako redaktor działu listów w magazynie Playboy, który przeżywa wówczas swój szczyt zainteresowań libertarianizmem.

W 1970, podczas obiadu z Alanem Wattsem rozmowa schodzi na nowy, kontrkulturowy projekt Wilsona, trylogię która ma przejść do historii jako genialne dzieło o nazwie Illuminatus. Zauroczony tym pomysłem Watts proponuje mu kupienie książki The Eye In The Triangle, która okazuje się być biografią Aleistera Crowleya, napisaną przez wybitnego znawcę współczesnego okultyzmu i członka Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku, dr Israela Regardiego. W ten sposób RAW natyka się na Thelemę i zaszyfrowane pod magicznymi symbolami techniki transgresyjne, mające całkowicie wyzwolić jednostkę ludzką. Trzy tomy trylogii: Oko w Piramidzie, Złote Jabłko i Lewiatan ostatecznie ukazują się w 1975 nakładem wydawnictwa Dell.

Innymi jego książkami przetłumaczonymi na język polski są: Powstający Prometeusz, Kosmiczny spust oraz Sex, narkotyki i okultyzm. Nie wydanymi dotychczas w Polsce, znakomitymi dziełami Wilsona pozostają: The Illuminati Papers (1980), Schrödinger’s Cat Trilogy (1988) oraz znakomita, punkowo-prześmiewcza sztuka Wilhelm Reich In Hell (1987), wystawiona przez Edmund Burke Theatre w Dublinie. Oprócz tego RAW opublikował wiele krótszych tekstów, komentarzy, esejów i felietonów w takich pismach, jak Mondo 2000 czy Semiotext(e).

Robert Anton Wilson był także założycielem Institute for the Study of Human Future oraz Guns and Dope Party, członkiem Association for Consciousness Exploration, Kościoła SubGeniuszu oraz Fully Informed Jury Association. Ponadto był także dyrektorem naczelnym Committee for Surrealist Investigation of Claims of the Normal (CSICON) i występował jako gwiazda na największej współczesnej konferencji, poświęconej stanowi współczesnej kontrkultury – Disinfocon, gdzie tłumaczył czym jest stworzony przez niego, transgresyjny system „Maybe Logic”.

Pod koniec życia RAW miał już setki tysięcy wielbicieli na całym świecie, którzy cenili go za wielkie poczucie humoru, błyskotliwość, erudycję i opierającą się wszelkim próbom szufladkowania życiową mądrość. Na jego blogu do dzisiaj można zobaczyć, jak wielki wpływ wywarł na rzesze niepokornych magów, okultystów, psychonautów, dziennikarzy, artystów, którzy wspierali go do ostatniej chwili jego życia przekazując nawet datki pieniężne, kiedy okazało się że nie stać go na profesjonalną opiekę medyczną. Mimo, że ciało Roberta Antona Wilsona przestało oddychać, jego wielkie idee na zawsze pozostaną żywe jako przykład jednostki, która była w stanie przez całe życie opierać się pułapkom światopoglądowej ortodoksji dając w ten sposób przykład praktykującym niepokorną Ścieżkę Lewej Ręki.

Conradino Beb

 

Przeczytaj także w MGV

„Nie wierz w nic” – wywiad z Robertem Antonem Wilsonem

Dziady w Betlejem czyli historia Leonarda [Robert Anton Wilson]

Zagadka liczby 23 [Robert Anton Wilson]

 

Polecane strony:

Robert Anton Wilson – official website [en]

Dlaczego powinniśmy przestać się bać środków zmieniających świadomość, czyli krótka opowieść o społecznym statusie halucynogenów

Wybrany blotter z LSD

– Jeśli to się działo naprawdę –
oświadczyła stanowczym głosem
Mary Lou – to w takim razie
wszystko inne w moim życiu
jest halucynacją.

Robert Anton Wilson, Oko w Piramidzie

 

Od dawien dawna w środowisku nauk społecznych toczy się wrząca ogniem dyskusja co doprowadziło małpę do stania się człowiekiem. Przez lata teorii na ten temat narosło mnóstwo – każdy jest w stanie znaleźć coś dla siebie – ale jedna z nich swoją kontrowersyjnością, jak i słabym odzewem ze strony owych obrońców racjonalistycznego, postoświeceniowego dyskursu mieniących się adwersarzami „poważnej” nauki, przerasta wszystkie inne razem wzięte…

Wysunął ją etnofarmakolog z zawodu, antropolog i kosmolog z fascynacji – Terence McKenna, który ukończył cieszący się sławą kolebki uniwersyteckiej kontrkultury i lewactwa, Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley. Otóż doszedł on do wniosku, że ów okryty nimbem tajemnicy jakościowy skok w postrzeganiu świata stwarzający „ludzką naturę” dokonał się w małpie naczelnej za pośrednictwem niewinnego grzyba psylocybinowego

Badając on występowanie tego grzyba w setkach odmian na całej planecie, jak i jego konkretne działanie na własnym organizmie, a potem dokonując komparatystyki z przedstawieniami obrazowymi, które zachowały się w różnych miejscach globu z okresu prehistorycznego do naszych czasów oraz z użyciem go we współczesnych technologiach szamanów plemiennych, doszedł on do swej idee fixe – grzyby są wehikułem naszej dynamicznej ewolucji kulturowej. Ich spożycie spowodowało gwałtowny rozrost naszego sytemu nerwowego dając początek świtowi cywilizacji homo sapiens.

Teza to oczywiście natychmiast została odrzucona przez pogrążony w transie konsensusu, podtrzymywany przez paradygmat psychiatryczno-prawniczy umysł przyzwyczajony do mechanicystycznego modelu świata, w którym sektory ludzkiego doświadczenia są dosłownie poszatkowane w kawałki nie przenikające się nawzajem, tak więc sfera umysłu NIE MA PRAWA przeciąć się ze sferą ciała. Mimo tego idea ta została podchwycona przez magiczny prąd, w którego wirze znalazła się cała kontrkultura lat 60′ i przeszła jako jeden z głównych postulatów do podziemnego kręgu antropologii zwanej czasem anty-antropologią lub antropologią chaosu.

Kierunek ten, do którego można by oprócz wspomnianego Terenca McKenny zaliczyć również następnego guru kontrkultury, o dziwo kończącego antropologię kulturową również w Berkeley J, zwanego także czasem „Ojcem Chrzestnym New Age” – Carlosa Castanedę. Ten niepoprawny politycznie czarownik i psychonauta zasłynął swoim długaśnym księgozbiorem, w którym opisywał inicjacje magiczne, które przechodził za pomocą środków enteogennych tj. grzyby psylocybowe, peyotl czy bieluń dziędzierzawa, pod okiem brujo z plemienia Yaqui zwanego przez niego Don Juanem.

Mimo wielu kontrowersji, które wiły się wokół tej osobistości (której?), Carlos Castaneda pozostaje jednym z pierwszych ludzi w późnonowoczesnej kulturze Zachodu, którzy szczegółowo i kompleksowo opisali proces transformacji ludzkiej jaźni za pomocą halucynogenów używanych od dawien dawna przez społeczności pierwotne i tego osiągnięcia nie odbierze mu nikt.

Do tej wesołej gromadki antropologów należałoby jeszcze dołączyć kolejnego szamana ponowoczesności – Michaela Harnera, który (o dziwo!) doktoryzował się na tym samym uniwersytecie co dwaj wyżej wymienieni bohaterowie naszej wyliczanki, by osiąść potem jako wykładowca New School for Social Research w Nowym Jorku, skąd w ramach badań terenowych udał się do Górnej Amazonii, aby zbadać zamieszkujący tamtą okolicę lud Indian Jivaro. Tam w roku 1956 Michael Harner po raz pierwszy zetknął się z miejscowym halucynogenem zwanym u nich natema, ale wśród innych plemion yage lub ayahuasca.

Harner już wtedy czuł, że do tradycyjnego wśród antropologów „wejścia w plemienny świat wyobrażeń” brakuje mu czegoś bardzo ważnego… Spróbował on w końcu tego znamienitego napitku w roku 1961 wśród Indian Konibo, a potem wrócił do Jivaro rozumiejąc tym razem znacznie więcej z tego co rozgrywało się na jego oczach, a czego nie pojmował wcześniej – wywar dosłownie otworzył mu mityczne Drzwi Percepcji, które jako specyficzną bramę w inny wymiar rozumienia rzeczywistości opisał w swoim legendarnym eseju Aldous Huxley, kolejna wielka postać kontrkultury, która zmarła przyjmując dożylnie na swoją wyraźną prośbę 1500 mikrogramów LSD.

* * * * *

Jeżeli przytakniemy bujającemu się już najprawdopodobniej w niebie Buddy Amitabhy Terencowi McKennie w sprawie grzybnego efektu ewolucyjnego, to musimy uznać także wszystkie podstawowe implikacje tej tezy, a są one następujące:
1.) środki enteogenne niemal od zawsze towarzyszyły istotom ludzkim.
2.) środki enteogenne były i są rzeczą przynoszącą ludziom wiele korzyści.
3.) środki enteogenne nie odurzają ludzi.
4.) środki enteogenne posiadają swoistą inteligencję i duszę.
5.) środki enteogenne NIE POWINNY być traktowane jako niebezpieczeństwo dla człowieka, rodziny, społeczeństwa, państwa, zdrowia psychicznego i fizycznego, procesów rozwoju kultury i cywilizacji lecz WPROST ODWROTNIE.

* * * * *

Jak mawiał pewien renegat z Harvardu, który po swoich słynnych odkryciach potencjalnego zastosowania LSD w szeroko pojętej dziedzinie psychologii, po odmowie objęcia tam profesury w zamian za „zamknięcie mordy na kłódkę” usunięty z tej wylęgarni amerykańskich geniuszy – Timothy Leary: Największy kłopot z narkotykami jest taki, że zmieniają one świadomość. Tą ironiczną tezę można zinterpretować w taki sposób, że ten kto zmienił swoją świadomość za pomocą dragów nie jest w stanie utrzymywać, że świat jest wciąż taki sam, a on powinien tak samo w nim żyć.

Co z tego wynika? Oczywiście to, że bardzo trudno jest dogadać się człowiekowi, który przyjmował środki enteogenne, z człowiekiem który ich nigdy w życiu nawet nie spróbował. W komunikacji takich osób niemal na pewno zajść musi jej zakłócenie, które nie pozwala przedrzeć się od jednej do drugiej osoby komunikatowi, jaki nadaje każdy z osobna wobec odbiorcy. Wobec tego sprawa doświadczeń z narkotykami musi pozostać w sferze, której treść ujawnia się tylko wtajemniczonym w ich działanie, bowiem tylko wśród ludzi znających podstawę i kontekst przekazu treść komunikatu ma szansę zostać odebrana właściwie. Jaki z tego wniosek? WŁADZA NAS NIE SŁUCHA!

Kryminalizacja środków zmieniających świadomość we współczesnym systemie polityczno-społecznym sięga okresu dwudziestolecia międzywojennego, kiedy to wraz z prohibicją alkoholu w Stanach Zjednoczonych nastąpił również gwałtowny atak na konopie indyjskie znane wszystkim jako marihuana – błogosławione ziele ! Co ciekawe, prohibicję alkoholu wkrótce zniesiono wobec jej NIESKUTECZNOŚCI i SPORYCH NAKŁADÓW PIENIĘŻNYCH, jakie ponosił rząd amerykański przy ściganiu nielegalnych producentów i sprzedawców alkoholu. Prohibicja Marihuany jednak trwała… Jest to oczywiście jawny paradoks na całej linii, szczególnie w społeczeństwie, które wychwala racjonalność i rozważność działań pod niebiosa, tak samo jak wolność ducha, słowa i CIAŁA!

Jak więc łatwo zauważyć, owe wolności należą bardziej do sfery deklaracji, niż do sfery prawdziwego przyzwolenia na wprowadzanie ich w życie, a ich istotą jest mydlenie ludziom oczu. Zresztą czy trzeba mydlić oczy ludziom, którzy nieustannie odtwarzają porządek władzy w swoich codziennych interakcjach społecznych, tak w rodzinie i związkach osobistych, jak w sferze publicznej? To mało prawdopodobne, władza też sobie lubi poleniuchować, w końcu składa się z NAJZWYKLEJSZYCH LUDZI, czasem może zbyt zwykłych – oto jest problem.

Ale wracając do naszego kochanego ziela, otóż głównym powodem, dla którego zostało ono opieczątkowane jako złowieszcze, złowrogie (a nawet bluźniercze) i odstawione na półkę z napisem: WRÓG PUBLICZNY NUMER 1, był mit który wyobraźnia prawodawców, uosabiana przez niejakiego Henry’ego Annslingera, zdołała włączyć w już i tak sprawnie działający psychiatryczny konsensus władzy, który opisywał w swoich wyraźnie lewicujących dziełach Michel Foucault.

Mit ów opierał się na mrocznym przesłaniu mówiącym o diabelskich siłach tkwiących w Marihuanie; ziele owo rozkoszne – Dar Sziwy, miało wywoływać obłęd, paranoję, a co najważniejsze OBSESJE SEKSUALNE (tak, tak, to nie żarty). Ludzie stawali się po nim dzicy, rozpustni i lubieżni niczym w „120 Dniach Sodomy” dokonując morderczych i złowieszczych czynów, od których stronił przeciętny (to ważne!), pracowity (to też ważne!), moralny (niezwykle ważne!) obywatel amerykańskiego państwa. Mit ów utrwalany dzięki psychomanipulacji telewizyjnej, z ostrzeżeniami o szkodliwości palenia zioła można się było zetknąć głównie tam, stał się podstawą dzisiejszego systemu ścigania i represjonowania hodowców, producentów i palaczy marihuany na całym świecie.

W mówieniu o mitach nie można jednak abstrahować zbyt daleko od sedna mitotwórczości, które ściśle wiąże się z utrwalonymi podświadomie wartościami rządzącymi w społeczeństwie amerykańskim, a które można by śmiało za tropicielem owych wartości, Maxem Weberem nazwać moralnością mieszczańską wyrastającą bezpośrednio z etyki skrajnych protestantów zwanych purytanami, którzy wsławili się min. wielką lubością w paleniu czarownic na stosie od XVI do XIX w. w Anglii i Ameryce Pn. czyli Stanach Zjednoczonych (widzicie ten sam mityczny wzór?). Mimo, że nie ma tu bezpośredniego związku pomiędzy tymi dwoma toposami, to jednak zachodzi tu pewna sylogia, która wynika z tych samych form umysłowych rządzących życiem purytan zarówno w ich chlubnej wierze o lepsze jutro materialne, jak i duchowe.

Sednem etyki purytańskiej jest praca, a takie bzdety w polskich przysłowiach jak: „Bez pracy nie ma kołaczy” należy uznać za wpływ etyki im właśnie właściwej i niby nic w tym złego – niech sobie pracują ile chcą, ale ci nasi mili purytanie strasznie nie lubili i nie lubią, jak RESZTA też nie pracuje. Czyli jednym słowem szlachetny wysiłek ewangelizacyjny i wycinanie sobie kerygmy na czole, które z wielką bogobojnością czynili ku łasce bożej (a której mogli przecież nie mieć… ehhh, te zawiłości teologiczne) służyły im do usprawniania całej, pogańskiej reszty świata, która nie została jeszcze oświecona przez Ducha Świętego (my wolimy Marię i Ducha co Bucha!).

Najbardziej jednak purytanie bali się swojego ciała (wiadomo, za dupę toto może złapać czy cuś…) i modlili się w dzień i w nocy, żeby ich nie wodzić na pokuszenie – czyli, mówiąc słowami Johna Lilly’ego – następnego metafizycznego narkomana, który wymyślił sobie pływanie w komorze deprywacji sensorycznej, aby mieć niezły odlot), żeby się jeszcze lepiej dać zaprogramować przez to, co Freud nazywał zasadą rzeczywistości (zresztą neofreudowscy purytanie za to go najbardziej nienawidzą). Zasada rzeczywistości bowiem jest zbawieniem od zasady przyjemności, a więc szatanowska przyjemność palenia marihuany nie wchodzi w grę.

WALKA dyskursu WŁADZY z dyskursem WOLNOŚCI jest walką z zasadą przyjemności, która uniemożliwia mechaniczne, automatyczne działanie wymagane we współczesnym systemie pracy starającym się wyalienować maksymalnie jednostkę od siebie samej, aby móc skierować całą energie seksualną do niewolniczej pracy, w której trybach jednostka traci indywidualność i czas na rozwój duchowy, na zmianę perspektyw, na objęcie wzrokiem większej całości. Traci czas dla SIEBIE. Jak pisał w Erosie i Cywilizacji Herbert Marcuse: „Społeczeństwo ucieleśnia racjonalizm całości, a walka jednostki przeciw represywnym siłom jest walką przeciw obiektywnemu rozumowi. Wyłonienie się nierepresywnej zasady rzeczywistości zakładające wyzwolenie popędów byłoby więc regresem od osiągniętego poziomu cywilizowanej racjonalności.”

Aparat bezpieczeństwa wewnętrznego nie może dopuścić, aby czas wolny od zewnętrznych zobowiązań i przyjemność jaki wiąże się ze spożywaniem środków enteogennych zapanował nad zorganizowanym systemem pracy dziennej. Tak więc mit szaleństwa i wybuchających żądz po marihuanie w latach dwudziestych był programem mającym pobudzić podświadomie zasiane kulturowe wartości, a do których odwołanie się musiało przynieść automatyczny sprzeciw. Jednak w cywilizacji, która rządzi się spreparowaną medialnie przyjemnością, to już nie jest wystarczający znak zakazu. Do mitu powodującego nieużyteczność w pracy dochodzi jeszcze mit strachu przed śmiercią i uzależnienia, a więc mit zagrożeń ostatecznych (mimo, że oba, jeśli zwrócimy na to wyraźniejszą uwagę, konotują nieprzydatność do pracy i niemożność nawiązywania stosunków społecznych), które godzą wprost w samo serce społeczeństwa.

Kontrola informacji przez zależne od kapitału media, które same zależne są od ludzkich pragnień powoduje, że do odbiorców docierają tylko pozbawione prawdy „FAKTY” ubarwione fantazjami i przekłamaniami, które ustanawiają granicę jednostkowego doświadczenia kontrolując PRAWDZIWE pragnienia jednostek skierowane na doświadczenia życia w pełni, które (to wyczuwają nawet spece od preparowania telewizyjnych wiadomości po każdym większym upaleniu! :P) jest symbolizowane przez odwieczną moc świętych roślin tj. grzyby psylocybowe, konopie indyjskie, bieluń dziędzierzawa, peyotl, ayahuasca, powój, muchomor czerwony, które mają magiczną moc przekształcania ludzkiego doświadczenia ukazując mu mityczną Drugą Stronę Lustra.

* * * * *

Fachowcami w społecznościach plemiennych, którzy zajmowali się dogłębnym badaniem efektów wywoływanych przez święte rośliny, byli od dawien dawna szamani. Na obszarach, gdzie występowały i występują rośliny enteogenne, czyli prawie na całym globie, szamani badani przez antropologów zawsze doskonale zdawali sobie sprawę z mocy tych środków i posiadali ogromną wiedzę na temat sposobów ich wykorzystywania, ZAWSZE traktując przyjmowanie środka jako potężny element pozwalający przełamać im Granicę Lustra i przejść na drugą stronę w celu dokonania czynności magicznych tj. leczenie, przepowiadanie przyszłości, zabijanie wrogów, sprowadzanie zwierzyny, wywoływanie deszczu. Spożywanie naturalnych narkotyków zawsze miało tam ściśle magiczny charakter, dzięki któremu zachowywał się także wewnętrzny charakter danej kultury.

Wielu antropologów długo nie zdawało sobie sprawy z tego, jak ważny jest w społecznościach pierwotnych ceremonialny enteogenizm, aż do odkryć Gordona Wassona i wspomnianego już Michaela Harnera, którzy zaczęli ujawniać inny wymiar doświadczenia jednostki żyjącej w strukturze pierwotnej. Zaczęli sobie oni zdawać sprawę z tego, że wielokrotnie spożywanie świętych roślin lub ich przetworów jest osią plemiennego sposobu widzenia świata. Niestety, wobec akademickiego aparatu zorganizowanego najczęściej na zachowywanie osiągnięć, niż ich rozwijanie, takie alternatywne podejście było najczęściej deprecjonowane lub wręcz wyśmiewane i kompromitowane pod pozorem „niezgodności wyników badań z obiektywną rzeczywistością” (vide Carlos Castaneda).

Dodatkową przeszkodą była prawie całkowita delegalizacja tych środków, tak więc rozwijanie badań nad nimi było niezwykle utrudnione. Nic więc dziwnego, że na początku lat 60′, kiedy w U.S.A. „odkryto” nowy środek enteogenny, wyizolowany przez Alberta Hoffmana w 1946, znany jako LSD, tłum psychologów i antropologów rzucił się wygłodniały na tą szansę przebicia się przez mur nieznanych obszarów ludzkiego doświadczenia, szczególnie że pierwsze próby wojskowe z jego użyciem okazały się bardzo obiecujące (mimo, iż jako środek bojowy dla wojska, LSD okazało się całkowicie nieprzydatne ze względu na działania niepożądane).

Do boju ruszyły dzisiejsze legendy kontrkultury, które po spróbowaniu tego środka uznały go za „rewolucyjny potencjał życia codziennego”, żeby sparafrazować słynne hasło sytuacjonistów. Timothy Leary wraz ze swoim kolegą Richardem Alpertem eksperymentował z LSD-25, z ochotnikami na Harvardzie, z powodu których został usunięty z uniwersytetu, kiedy jeden nakwaszony maksymalnie koleś zaczął latać po korytarzu krzycząc, że jest Bogiem – zdarza się, sami wiecie), a Ken Kesey studiujący wtedy na Stanford University poddał się w tym samym czasie eksperymentom rządowym z użyciem LSD i psylocybiny prowadzonym w Psychiatrycznym Szpitalu Stanowym, gdzie później podjął pracę, na kwasie obserwując jego codzienne życie, co zaowocowało „Lotem nad kukułczym gniazdem”, który w całości napisany jest na LSD-25, z momentem który powstał po spożyciu peyotlu (szukajcie, a znajdziecie).

Nie zapominajmy także o twórcy praktycznej gałęzi psychologii transpersonalnej – Stanislavie Grofie, który wyemigrowawszy z Czech osiedlił się w Maryland, gdzie w Centrum Psychiatrycznym prowadził min. badania nad LSD-25, LSD-6, psylocybiną, ecstasy, ketaminą tworząc nowatorskie do dzisiaj podejście do zagadnień psychiatrycznych, które okazało się niezwykle skuteczne w porównaniu z old skulowymi terapiami przynosząc ponad 90% wyzdrowień w przewlekłych depresjach, maniach i schizofreniach różnego rodzaju.

Niestety, NARKOTYKI SĄ ZŁE i kiedy je w końcu w Stanach zdelegalizowano doktor Grof musiał w końcu porzucić swoje niepoprawne politycznie doświadczenia z halucynogenami w terapii chorób psychicznych by przejść na metodę wyrastającą wprost z tych doświadczeń, ale przy której nie używa się ZŁYCH NARKOTYKÓW, zwaną oddychaniem holotropowym, również bardzo efektywną choć już nie tak skuteczną (potwierdzą to wszyscy, którzy i kwasili i brali udział w sesji oddychania holotropowego). Ale nie ważcie się wyprowadzić z tego eseju wniosku, iż narkotyki w dobrych rękach nie szkodzą, bo traficie w ręce samego Szatana!!!

Dzięki wyżej wymienionym ludziom mnóstwo wiary na całym świecie dowiedziało się o istnieniu halucynogenów i nieźle zabawiło się przez całe lata 60′, by potem smętnie opuścić głowę i poszerzyć w większości szeregi klasy średniej tudzież dać się kupić różnym agencjom wywiadowczym lub założyć sklepik ezoteryczny… lecz na szczęście nie wszyscy. Psychedeliczny bunt przeciwko rozpychaniu się rozumu instytucjonalnego trwał nadal schodząc do podziemia.

* * * * *

W latach 70′ na łonie powstającej właśnie w Anglii nowej formacji subkulturowej zwanej potocznie „ruchem industrialnym” idee psychedelicznej rewolucji ludzkiego postrzegania świata nabrały nowego wymiaru. Widać to szczególnie w obszarze działań Świątyni Psychicznej Młodzieży – międzynarodowej organizacji ezoterrorystycznej założonej przez filozofa, maga i artystę – Genesisa P-Orridge’a. Organizacja ta stawiała sobie za cel wyprzęgnięcie sił witalnych jednostki ze zorientowanego na spektakl zaspokojenia, systemu dystrybucji informacji i sposobu życia.

Grupa ta przejęła dużo ze sposobów rozluźniania więzów „rzeczywistości” wypracowanych przez psychobojowników poprzedniej dekady, szczególnie jeśli chodzi o wykorzystywanie rytuałów, stanów transowych oraz oczywiście środków zmieniających świadomość. Wystarczy dodać, że nieoficjalny lider Świątyni – Genesis P-Orridge korespondował z Timothym Learym, a po przegraniu sfingowanego procesie o rozpowszechnianie pornografii z elementami pedofilii, kiedy został wygnany z Wysp Brytyjskich wyemigrował do U.S.A., gdzie natychmiast się z nim spotkał, a ten szybko użyczył mu swoich ruchomych i nieruchomych dóbr, jak własnych.

W manifeście Świątyni, tzw. „Szarej Książeczce”, czytamy co następuje: „Nadchodzi Nowa Era Magicznej interpretacji Świata i ekscytacji połączonej z jego nadejściem. Interpretacji w terminach Woli i Wyobraźni wypełnionej przez kontakt z intuicją i instynktem.” Magia jak już się pewnie domyślacie polega głównie na ZMIANIE świadomości.

Łatwo jest w działaniach i deklaracjach Świątyni dopatrzeć się odwołań do genialnych magów XX w. tj. Aleister Crowley czy Austin Osman Spare, z których szczególnie pierwszy wychwalał zbawczy wpływ środków zmieniających świadomość na psychikę pogrążoną przez represywną kulturę w transie alienacji nie pozwalającą dostrzec jej „prawdziwych pragnień” tworzących podstawę intencji życia i zmiany świata. Napisał on także słynny „Traktat o haszyszu”, który co prawda kiepski stylistycznie, jeśli porównać go z kultowymi lekturami późniejszej kontrkultury wyprzedził je jednak o wiele lat.

Crowley jednak nie pozostawał w domenie Labiryntu i dostrzegał zgubny wpływ narkotyków stymulujących centralny układ nerwowy tj. kokaina czy nikotyna, na cywilizację Zachodu, słusznie wiążąc ich spożycie z dziwnym sprzężeniem zwrotnym, jakiemu się ona poddała, a które operowało zawsze w kierunku skracania czasu przyjemności i wydłużania czasu pracy. Tak więc stymulanty stawały się wg. niego tolerowanym po cichu przez system sposobem zwiększania wydajności pracy, a jednocześnie były ogłupiaczem świadomości, która wpadając w tą pętlę coraz bardziej pogrążała się w sefirze Malkuth, odpowiadającej za przywiązanie do materii, tracąc wszystkie horyzonty duchowe. Odmiennie od nich, halucynogeny stawały się wyzwalaczem świadomości z klatki trzech wymiarów.

Te poglądy (oczywiście bez pochwały narkotyków!) w europejskiej filozofii rozwinęła po II Wojnie Światowej tzw. Szkoła Frankfurcka, a której przewodziła Wielka Trójka: Herbert Marcuse, Theodor Adorno i Max Horkheimer. Najpopularniejsze dzieło, które wyszło z tej szkoły, napisane przez Adorno i Horkheimera, nosi nazwę „Dialektyka Oświecenia”. Szkoła ta była bezpośrednio związana z ruchem Nowej Lewicy lat 60′, a tu warto byłoby dodać, że asystentką profesora Marcusego była wtedy Angela Davies – jedna z osób, które urosły do rangi symboli tamtych lat, bez ogródek wychwalająca środki zmieniające świadomość i wyzwolenie seksualne. Wróciliśmy w ten sposób do punktu wyjścia…

* * * * *

Jak więc widzimy używanie środków enteogennych nie było represjonowane w kulturach pierwotnych, gdzie były traktowane jako oczywisty sakrament pozwalający ogarnąć rzeczywistość, w której żyła jednostka wraz ze swoim plemieniem. I nie było ono także represjonowane w kulturze Zachodu, aż do nadejścia ery panowania kapitalizmu, systemu społeczno-ekonomicznego będącego w prostej linii konstruktem wyobrażeniowym skrajnego skrzydła protestantyzmu, który ustawił jednostkę w opozycji wobec społeczeństwa, a spełnienie w opozycji do pracy.

Narkotyki musiały zatem nieuchronnie wejść w kolizję z nowym porządkiem stając się mitycznym obcym uosabiającym wszystko to, co nowo narodzona cywilizacja chciała wyprzeć na margines życia społecznego, aby nie mogło to zagrozić jej porządkowi. Jednak podziemne prądy drążyły przez ten czas swoje własne tunele nie zamierzając się poddawać usprawiedliwionemu przez boga niewolnictwu. Skrajność zawsze ma tendencję do wytwarzania swojego własnego przeciwieństwa. Nic więc zatem dziwnego, że najbardziej płodna pod względem artystycznym kontrkulturowa bohema, która otrzymała miano Beat Generation, narodziła się na Nowym Lądzie i że… używała sporo dragów).

Najbardziej chyba znaczącym pod tym względem spośród całej gromadki bitników był osobnik o godności William S. Burroughs. Głównie z tego powodu wyrzutek z kanonów „dobrej literatury” XX w. Dla znawców prawdziwy geniusz operujący wielopoziomowym językiem i piszący o rzeczywistości w nie dający się podrobić sposób, ani nie realista, ani nie surrealista – można powiedzieć transrealista.

W swojej najbardziej znanej powieści pt. Nagi lunch, opisuje on swoje życie z narkotykami – WSZYSTKIMI NARKOTYKAMI, tworząc raz surrealistyczną, raz niemal turpistyczną, ale przede wszystkim niemal nirwanistyczną narrację nie podlegającą regułom trzech wymiarów zabierającą czytelników w najmroczniejsze odmęty ludzkiej wyobraźni i prawdziwych przeżyć (choć w zasadzie trudno je od siebie wyodrębnić). Clue jest jednak jedno, jak sam kiedyś powiedział: „Dotykanie granic ludzkiego doświadczenia sprawia, że jednostka styka się z pewnymi fundamentalnymi prawdami.”

Te prawdy zaś pozostają uniwersalne na wszystkich poziomach, są to bowiem najcenniejsze rzeczy, o jakie może się otrzeć w życiu człowiek. Narkotyki sprawiają, że człowiek staje się lepszy i pomagają spojrzeć na życie z większym dystansem, tym samym dają mądrość o sobie i o świecie. W świecie wyobrażeń pierwotnych narkotyki tj. grzyby psylocybowe (używane przez Mayów, Mazateków, Miksteków), peyotl (używany przez Huicholi), muchomory czerwone (używane przez Tunguzów, Samojedów i Ostiaków), konopie indyjskie (używane przez Hindusów, dawnych Persów i Scytów), ayahuasca (używana przez Jivaro, Konibo, Xinghu) i wiele innych były duchowymi nauczycielami ludzkości dostarczając wiedzę na temat środowiska naturalnego, kosmosu, jak i relacji społecznych.

Dziś kiedy, jak mawiał Marshall McLuhan, arcykapłan mediów: „Elektryczne sieci wprowadzają ludzkość w nową erę plemienną dając głębokie uczucie współuczestnictwa.”, środki enteogenne stają się sprzymierzeńcami ludzi w surfowaniu na fali płynnego chaosu, która nie ma już dłużej wiele wspólnego ze społeczeństwem panoptycznego nadzoru, ale jest rzeczywistością wszechstronnych poszukiwań, co widać nie tylko w nauce, ale także w życiu ulicy. Siły reakcji jednak nie chcą dopuścić do tej ustrojowej, globalnej transformacji dbając tylko o jej jednostronne korzyści nie mające wiele wspólnego z wyzwoleniem człowieka.

Jeżeli ta tendencja będzie postępowała, będziemy musieli jej wypowiedzieć wojnę, w której wszystkie środki będą dozwolone – choć mimo tego wciąż mam nadzieję na rozwiązanie pokojowe – a wtedy jako neohaszaszyni odwrócimy to niekorzystne rozdanie ku większemu zrozumieniu człowieka przez samego siebie. Tripiarze, kwasowi artyści, marihuanowi rewolucjoniści, anty-antropologowie, psycholodzy transpersonalni, anty-psychiatryści i magowie chaosu ŁĄCZCIE SIĘ w walce o wyzwolenie człowieka z jarzma systemu wysublimowanej represji! Spotkamy się w Oku Piramidy!

Conradino Beb – Oficjalny Papież Kościoła Wszechogarniającego Tripu, nr serii: 2393666.7744

Środki psychedeliczne i doświadczenie religijne

Przyjmij ten dar…

Doświadczenia będące skutkami użycia środków psychedelicznych są często opisywane w kategoriach religijnych. Znajdują się one zatem w kręgu zainteresowania ludzi takich ja, którzy zgodnie z tradycją Williama Jamesa,1 są skupieni na psychologii religii. Dłużej niż 30 lat studiuję przyczyny, konsekwencje i warunki tych szczególnych stanów świadomości, w których jednostka odkrywa samą siebie jako będącą jednym, ciągłym procesem z Bogiem, ze Wszechświatem, z Przyczyną Istnienia czy z czymś dla czego może ona użyć innej nazwy ze względu na kulturowe uwarunkowania czy osobiste preferencje, ale odnoszącym się do ostatecznej i wiecznej rzeczywistości. Nie posiadamy satysfakcjonującej i rozstrzygającej nazwy dla tego rodzaju doświadczeń.

Terminy tj. „doświadczenie religijne”, „doświadczenie mistyczne”, „świadomość kosmiczna” są wszystkie zbyt mgliste i ogólne do denotacji tego specyficznego stanu świadomości, który dla rozumiejących go jest tak samo rzeczywisty i przytłaczający jak zakochanie się. Ten artykuł opisuje takie stany świadomości indukowane przez środki psychedeliczne, mimo tego że są one pozornie nieodróżnialne od zachodzących samoistnie doświadczeń mistycznych. Artykuł ten omawia także zarzuty wobec stosowania środków psychedelicznych, które wyrastają głównie z opozycji pomiędzy wartościami mistycznymi, a tradycyjnymi wartościami religijnymi i świeckimi społeczeństwa Zachodu.

Doświadczenie psychedeliczne

Idea doświadczenia mistycznego będącego skutkiem użycia dragu2 nie jest z łatwością akceptowana w społeczeństwach Zachodu. Kultura zachodnia posiada historycznie udokumentowaną, szczególną fascynację wartością i cnotą człowieka jako jednostki, samo określającego się, odpowiedzialnego ego, kontrolującego siebie i swój świat poprzez siłę świadomego wysiłku i woli. W tych okolicznościach nic nie może być bardziej odrażającego dla tej tradycji, niż poczucie duchowego czy psychologicznego wzrostu poprzez użycie dragów. Osoba „odurzona” (drugged3) niejako z definicji posiada przyćmioną świadomość, jest otumaniona i pozbawiona woli. Ale nie wszystkie środki psychotropowe (zmieniające świadomość) są narkotykami i środkami usypiającymi, tak jak alkohol, opiaty i barbiturany.

Efekty tych środków zwanych obecnie psychedelicznymi (manifestującymi umysł4) różnią się od skutków powodowanych przez alkohol, tak jak śmiech różni się od gniewu lub zachwyt od depresji. Doprawdy, nie ma analogii pomiędzy ‚odlotem’ na LSD i ‚zalaniem się’ bourbonem. To prawda, nikt w jednym czy drugim stanie nie powinien prowadzić samochodu, ale nie powinien tego także robić czytając książkę, grając na skrzypcach czy uprawiając miłość. Pewne, twórcze czynności i stany umysłu wymagają koncentracji i poświęcenia, które są po prostu niekompatybilne z pilotowaniem silnika ocierającego się o śmierć, pędzącego wzdłuż autostrady.

Sam osobiście eksperymentowałem z pięcioma głównymi środkami psychedelicznymi: LSD-25, meskaliną, psylocybiną, dymetylotryptaminą (DMT) i konopiami. Zrobiłem tak, jak William James próbował podtlenku azotu (gazu rozweselającego), aby sprawdzić czy mogą mi one pomóc w identyfikacji tego co można nazwać ‚zasadniczymi’ czy ‚aktywnymi’ składnikami doświadczenia mistycznego. Albowiem prawie cała klasyczna literatura na temat mistycyzmu jest niejasna, nie tylko w opisywaniu doświadczenia, ale także w ukazywaniu racjonalnych powiązań pomiędzy samym doświadczeniem i różnymi tradycyjnymi metodami rekomendowanymi do jego indukowania-przyspieszania: koncentracją, ćwiczeniami oddechowymi, modlitwami, inkantacjami i tańcami.

Tradycyjny mistrz ZEN czy Jogi zapytany o to dlaczego takie-a-takie praktyki prowadzą czy predysponują jednostkę do doświadczenia mistycznego, zawsze odpowiada: W ten sposób mój nauczyciel mi to przekazał. W ten sposób się dowiedziałem. Jeśli naprawdę jesteś zainteresowany, spróbuj sam. Taka odpowiedź raczej nie usatysfakcjonuje impertynenta, naukowo usposobionego i intelektualnie ciekawego człowieka Zachodu. Przypomina mu to archaiczny, medyczny przepis mówiący o zmieszaniu pięciu salamander, sproszkowanego sznura wisielczego, trzech ugotowanych nietoperzy, szczypty fosforu, trzech pędów lulka czarnego i kupki smoczego kału zrobionego kiedy księżyc był w Rybach. Być może to działało, ale który składnik był najważniejszy?

Uderzyło mnie zatem to, że jeśli jakiś ze środków psychedelicznych faktycznie byłby w stanie przysposobić moją świadomość do doświadczenia mistycznego, mógłbym go użyć jako instrumentu do studiowania i opisywania tego doświadczenia, tak jak używa się mikroskopu w bakteriologii, nawet pomimo tego że mikroskop jest ‚sztucznym’ i ‚nienaturalnym’ przyrządem, o którym można powiedzieć, że ‚rozprasza’ wizję gołego oka.

Pomimo tego, kiedy po raz pierwszy zostałem zaproszony aby przetestować mistyczne właściwości LSD-25 przez dr Keitha Ditmana z Kliniki Neuropsychiatrycznej przy Szkole Medycznej UCLA (Uniwersytet Kalifornijski w Los Angeles), nie byłem skłonny wierzyć w to, że jakikolwiek zwykły środek chemiczny może spowodować pierwotne doświadczenie mistyczne. Co najwyżej, może on przynieść stan analogiczny wobec pływania za pomocą pływaków. W rzeczy samej. Mój pierwszy eksperyment z LSD-25 nie był mistyczny. Był on niezwykle interesujący estetycznie i intelektualnie, co w bardzo wysokim stopniu zakwestionowało moje moce analizy i ostrożnego opisu.

Kilka miesięcy później, w 1959, spróbowałem LSD-25 ponownie razem z doktorami Sterlingiem Bunnellem i Michaelem Agronem, którzy byli wtedy związani z Kliniką Langley-Porter w San Francisco. W trakcie dwóch eksperymentów zdumiałem się i w jakimś sensie zawstydziłem przechodząc sam przez stany świadomości, które korespondowały dokładnie z każdym opisem wielkich doświadczeń mistycznych, o których kiedykolwiek czytałem.5 Dodatkowo, przewyższyły one zarówno w głębi i dziwnej wartości związanej z zaskoczeniem trzy ‚naturalne i spontaniczne’ doświadczenia tego rodzaju, które przydarzyły mi się w latach poprzednich.

Poprzez późniejsze eksperymenty z LSD-25 i innymi środkami wymienionymi wyżej (z wyjątkiem DMT, które jest dla mnie zabawne, ale względnie nie interesujące), zauważyłem że bez trudu mogę wchodzić w stan ‚kosmicznej świadomości’ i we właściwym czasie stałem się coraz mniej zależny od samych środków chemicznych potrzebnych mi aby ‚dostroić się’ do charakterystycznej długości fali tego doświadczenia. Z pięciu testowanych środków psychedelicznych, zauważyłem że LSD-25 i konopie najlepiej służą moim celom. Z tych dwóch, ten drugi – konopie – których musiałem próbować za granicą, w krajach gdzie jest to legalne (sic! – przyp. tłum.), sprawdziły się najlepiej. Nie wywołują one dziwnych zmian w percepcji sensorycznej, a badania medyczne wskazują, że nie mogą one, zważcie że w znacznej większości przypadków, mieć groźnych efektów ubocznych LSD.6

Dla celów tego studium, w opisach moich doświadczeń ze środkami psychedelicznymi unikam trafiających się, incydentalnych i dziwnych zmian w percepcji zmysłowej, które mogą być przez nie wywoływane. Jestem raczej zainteresowany fundamentalnymi zmianami normalnej, społecznie uwarunkowanej świadomości własnego istnienia oraz jej związków ze światem zewnętrznym. Staram się raczej naszkicować podstawowe zasady świadomości psychedelicznej. Muszę jednak dodać, że mogę mówić jedynie za siebie. Wartość tych doświadczeń zależy w znacznym stopniu od orientacji i postawy życiowej danej jednostki, mimo że obszerna literatura zajmująca się tym tematem, wydawana dziś, w znacznej mierze odzwierciedla moje własne przeżycia.

Moje doświadczenia ze środkami psychedelicznymi prawie niezmiennie posiadały cztery dominujące cechy. Spróbuję je wyjaśnić – spodziewając się, że czytelnik powie, przynajmniej w przypadku drugiej czy trzeciej: ‚Czemu, to oczywiste!’ Nikt nie potrzebuje dragu żeby to zobaczyć.’ Właściwie tak, ale każdy wgląd posiada stopnie intensywności. Może być jakiś oczywisty stopień 1. i stopień 2., ale ten drugi pojawia się z trzeszczącą klarownością manifestując swoje implikacje w każdej sferze i w każdym wymiarze naszego istnienia.

Pierwszą cechą jest spowolnienie czasu, koncentracja na teraźniejszości. Nasz normalny, przymusowy stosunek do przyszłości rozmywa się i jednostka staje się niezwykle świadoma znaczenia i ważności tego, co dzieje się w tym momencie. Inni ludzie, zajmujący się swoimi sprawami na ulicach, wydają się być kompletnie stuknięci, nie zdając sobie sprawy z tego, że całym celem życia jest być w pełni go świadomym kiedy się wydarza. Człowiek zatem relaksuje się prawie bez reszty studiując kolory w szklance wody czy słuchając wyłaniających się właśnie teraz, wysoce zestrojonych wibracji każdej nuty wygrywanej na oboju czy wyśpiewywanej.

Z pragmatycznego punktu oparcia, na którym wspiera się nasza kultura, takie podejście jest bardzo niedobre dla interesów. Może ono prowadzić do nieopatrzności, braku umiejętności przewidywania, zmniejszonej sprzedaży ubezpieczeń na życie i zarzucenia składania oszczędności w bankach. Jest to zatem właśnie taka korekta, jakiej nasza kultura potrzebuje. Nikt nie jest beznadziejniej niepraktyczny niż urzędnik, „który odniósł sukces” i spędza całe swoje życie zaabsorbowany szaloną, papierkową robotą celem pójścia na emeryturę w wieku 65 lat kiedy już na wszystko będzie za późno.

Tylko ci, którzy całkowicie nauczyli się sztuki życia w teraźniejszości mają użytek z robienia planów na przyszłość, ponieważ kiedy ich plany dojrzeją będą zdolni cieszyć się rezultatami. „Jutro nie przychodzi nigdy”. Nigdy jeszcze nie słyszałem kaznodziei nalegającego swoje zgromadzenie aby praktykowało tą część Kazania na Górze, którą otwiera zdanie: ‚Nie troszczcie się o jutro…’ Prawda jest taka, że ludzie żyjący przyszłością mają, jak mówimy o szaleńcach, ‚nie całkiem tam równo’ – lub tu: poprzez naduważność ciągle tracą punkt wyjścia. Przewidywalność można kupić za cenę niepokoju, a kiedy jej się nadużywa, to traci ona wtedy wszystkie swoje zalety.

Drugą cechę nazwę świadomością biegunowości. Jest to bezpośrednie urzeczywistnienie sobie, że stany rzeczy lub nawet wydarzenia, które zwykle uznajemy za opozycyjne są wzajemnie od siebie zależne, jak tył i przód czy bieguny magnesu. Dzięki świadomości biegunowości widzi się, że rzeczy które są zewnętrznie zróżnicowane są wewnętrznie jednolite: ja i inne, podmiot i przedmiot, lewe i prawe, męskie i żeńskie – a dalej trochę bardziej zdumiewająco: bryła i przestrzeń, postać i otoczenie, dźwięki i interwał, święci i grzesznicy, policjanci i kryminaliści, zebrania i rozchodzenie się. Wszystko to jest definiowalne jedynie w terminach innego i tworzy się jedynie transakcyjnie, jak kupowanie i sprzedawanie, ponieważ nie ma sprzedaży bez kupna i kupna bez sprzedaży. Kiedy ta świadomość staje się bardzo intensywna, czujesz że ty sam polaryzujesz się z zewnętrznym wszechświatem w taki sposób, że implikujecie się wzajemnie. Twoje naciskanie jest jego popuszczaniem, a jego popuszczanie jest twoim naciskaniem – tak jakbyś kręcił kierownicą. Naciskasz ją czy popuszczasz?

Po pierwsze, jest to bardzo dziwne wrażenie, tak jakby słyszeć swój własny głos puszczany ci do tyłu przez system elektroniczny zaraz po tym jak coś się powiedziało.7 Stajesz się zaskoczony i czekasz aż się to powtórzy! Podobnie czujesz, że jesteś czymś tworzonym przez wszechświat oraz, że wszechświat jest również czymś tworzonym przez ciebie, co jest prawdą przynajmniej w sensie neurologicznym, jako że charakterystyczna struktura naszych mózgów tłumaczy słońce na światło, a wibracje powietrza na dźwięk. Nasze zwykłe poczucie związku z zewnętrznym światem jest takie, że czasem to ja naciskam, a czasem to ja jestem naciskany.

Ale jeśli dwa są właściwie jednym, to gdzie zaczyna się działanie i gdzie spoczywa odpowiedzialność? Jeśli to wszechświat tworzy mnie, jak mogę być pewna, że za dwie minuty wciąż będę pamiętać język angielski? Jeśli to robię, jak mogę być pewna, że za dwie minuty mój mózg będzie wiedzieć jak zamienić słońce na światło? Z takich niezwykłych przeżyć jak te, doświadczenie psychedeliczne może zamienić się w niepewność, paranoję i zgrozę – mimo że jednostka odczuwa swój związek ze światem dokładnie tak jakby był opisywany przez biologa, ekologa czy fizyka, ponieważ odczuwa siebie jako zjednoczone pole własnego organizmu i środowiska.

Trzecią cechą wyrastającą z drugiej jest świadomość względności. Widzę, że jestem częścią nieskończonej hierarchii procesów i bytów sięgającej od molekuł poprzez bakterie i insekty aż do istot ludzkich i być może aniołów i bogów – hierarchii, w której każdy poziom okazuje się być w efekcie tą samą sytuacją. Na przykład biedak martwi się o pieniądze, podczas gdy bogacz martwi się o zdrowie: zmartwienie jest to samo, ale różnica leży w jego treści czy też wymiarze. Uświadamiam sobie, że muchy owocówki muszą myśleć o sobie jak o ludziach, ponieważ tak jak my umieszczają się w centrum swojego własnego świata – z niezmiernie większymi rzeczami ponad i niższymi poniżej. Dla nas wyglądają wszystkie podobnie i wydają się nie mieć osobowości – tak jak Chińczycy, jeśli pośród nich nie żyjemy. Tak więc muszki owocówki muszą czynić tyle samo subtelnych rozróżnień pomiędzy sobą, jak my pośród nas.

Od tego dzieli nas już tylko mały krok do uświadomienia sobie, że wszystkie formy życia i bycia są po prostu wariacjami na jeden temat: faktycznie jesteśmy wszyscy jedną istotą robiącą tą samą rzecz na tak wiele różnych sposobów jak to tylko możliwe. Jak mówi francuskie przysłowie: plus ca change, plus c’est la meme chosé (dosł. ‚im bardziej się różni, tym bardziej pozostaje takie samo’). Dalej spostrzegam, że uczucie strachu przed nieuchronnością śmierci jest właściwie takim samym doświadczeniem jak poczucie, że jest się w pełni żywym i że kiedy wszystkie istoty odczuwają wszędzie to samo, są wszystkie tak samo ‚mną’, jak ja sam.

Poza tym poczucie ‚ja’ aby w ogóle mogło zaistnieć, musi zawsze być wrażeniem odnoszącym się do ‚innego’ – do czegoś poza jego kontrolą i doświadczeniem. Aby być w ogóle, musi ono zacząć się i zakończyć. Ale intelektualny skok, który w tym miejscu robi doświadczenie psychedeliczne, to możliwość dostrzeżenia, że te wszystkie miriady ja-centrów są tobą – nie twoim osobistym i niezwykle świadomym ego, ale tym co Hindusi nazywają paramatmanem, Jaźnią Wszystkich Jaźni.8 Kiedy siatkówka oka pozwala nam obserwować niezliczone tętna energii jako jedno światło, wtedy mistyczne doświadczenie ukazuje nam niezliczone jednostki jako niepodzielną Jaźń.

Czwartą cechą jest świadomość nieskończonej energii, często w formie intensywnego, białego światła, które wydaje się zarówno strumieniem w twoich neuronach i mistycznym e, które równa się mc2. To może brzmieć jak megalomania lub złudzenie wielkości – ale widzi się całkiem wyraźnie, że cała egzystencja jest jedną energią i że ta energia jest naszym własnym byciem. Oczywiście pozostaje śmierć tak samo jak i życie, ponieważ energia jest tętnem i tak jak fale musi mieć zarówno grzbiet, jak i dolinę, doświadczenie bycia musi trwać i być przerywane. Zatem w zasadzie nie ma nic czego można by się obawiać, ponieważ sam jesteś tą wieczną energią wszechświata grającą w chowanego (pojawiam-się-i-znikam) z sobą samym.

Na szczycie jesteś Okiem Boga, ponieważ Bogiem jest wszystko co jest. Cytując Izajasza tylko trochę poza kontekstem: ‚Jam jest Pan, poza mną nie ma nic innego. Ja tworzę światło i ciemność: Ja czynię pokój i tworzę zło. Ja, Pan czynię to wszystko.’9 To jest sens fundamentalnej doktryny Hinduizmu, Tat tram asi – ‚TO (np. ‚ta subtelna Istota, z której skomponowany jest cały wszechświat’) jesteś ty.’10

Klasycznym przypadkiem takiego doświadczenia z Zachodu jest urywek ze Wspomnień Tennysona: Od dzieciństwa popadałem, od czasu do czasu, w rodzaj transu na jawie, kiedy tylko byłem całkiem sam. Generalnie napadał on na mnie poprzez powtarzanie do siebie własnego imienia dwa lub trzy razy w cichy sposób, aż kiedyś na raz, jakby z intensywności skupienia na indywidualności, indywidualność owa sama w sobie wydała się blaknąć i rozwiewać w bezgraniczną istotę i nie był to stan zmieszania, ale stan najczystszy z czystych, najpewniejszy z najpewniejszych, najdziwniejszy z najdziwniejszych, właściwie niemożliwy do wyrażenia, gdzie śmierć była prawie że możliwością śmieszną, stratą osobowości (jeśli tak by się stało) wydającą się nie być zagładą, ale jedynym prawdziwym życiem.11

Oczywiście, taka charakterystyka doświadczenia psychedelicznego, jak się o tym przekonałem, to pojedynczy stan świadomości – ale opisywałem tą samą rzecz z różnych punktów widzenia. Opis jest próbą przeniesienia rzeczywistości tego doświadczenia na papier, ale czyniąc tak sugeruje on także niektóre ze sprzeczności pomiędzy takim doświadczeniem, a obecnymi wartościami wyznawanymi przez społeczeństwo.

Opozycja wobec środków psychedelicznych

Opór wobec przyzwolenia na używanie środków psychedelicznych jest pochodną zarówno religijnych, jak i świeckich wartości. Trudność w opisywaniu doświadczeń psychedelicznych tradycyjnymi terminami religijnymi sugeruje jedną platformę opozycji. Człowiek Zachodu musi zapożyczać terminy takie jak samadhi czy moksha od Hindusów lub satori czy kensho od Japończyków aby opisać doświadczenie jedności ze wszechświatem. Nie mamy odpowiednich terminów, ponieważ nasza własna żydowska czy chrześcijańska teologia nie zaakceptuje idei, że wewnętrzna jaźń człowieka może być identyczna z Bogiem, nawet pomimo tego, że chrześcijanie mogą nalegać na to, że było to prawdą w unikalnym przypadku Jezusa Chrystusa.

Żydzi i Chrześcijanie myślą o Bogu w kategoriach politycznych i monarchistycznych, jako o najwyższym władcy wszechświata, ostatecznym szefie. Oczywiście tak samo społecznie nie do zaakceptowania i logicznie niedorzeczne dla danej jednostki jest to, że ona osobiście jest omnipotentnym i wszechwiedzącym władcą świata, któremu należy się odpowiednia cześć i chwała.

Takiego rodzaju imperialny i królewski pomysł na ostateczną prawdę nie jest jednak ani konieczny, ani uniwersalny. Hindusi i Chińczycy nie mają trudności z nadaniem tożsamości jaźni i Bogu. Dla większości Azjatów innych niż muzułmanie, Bóg porusza się i manifestuje światu w bardzo podobny sposób, w jaki krocionóg manipuluje setką nóg – spontanicznie, bez zastanowienia czy kalkulacji. Innymi słowy, postrzegają oni wszechświat przez analogię z organizmem różnym od mechanizmu. Nie postrzegają go jako artefaktu czy konstruktu pod świadomym kierunkiem nadawanym przez zwierzchniego inżyniera, technika czy architekta.

Jeśli jednak w kontekście chrześcijańskiej czy żydowskiej tradycji, jednostka deklaruje bycie jednością z Bogiem, musi być ona określona jako bluźniercza (wywrotowa) czy szalona. Takie mistyczne doświadczenie jest czystym ciosem zadanym tradycyjnym ideom religijnym. Tradycja judeo-chrześcijańska posiada monarchiczne wyobrażenie Boga, a monarchowie którzy rządzą dzięki sile nie boją się niczego oprócz niesubordynacji. Kościół z tego powodu był zawsze wysoce podejrzliwy wobec mistyków, ponieważ wydają się być oni nieposłuszni i rozgłaszać, że są równi lub gorzej, identyczni z Bogiem. Z tego powodu Jan Szkot Eriugena i Mistrz Eckhart zostali wyklęci jako heretycy.

Z tego powodu również Kwakrzy natknęli się na opozycję ze względu na swoją doktrynę Wewnętrznego Światła i odmowę zdejmowania kapeluszy w kościele i w sądzie. Kilku mistyków mogło mieć rację tak długo dopóki trzymali język za zębami, jak Św. Teresa z Avila i Św. Jan od Krzyża, którzy podtrzymywali, można powiedzieć, metafizyczny dystans szacunku pomiędzy sobą i ich niebieskim Królem. Nic jednak nie może być bardziej alarmujące dla hierarchii kościelnej, niż powszechne zainteresowanie mistycyzmem, ponieważ może to w naturalny sposób zaskutkować ustanowieniem demokracji w królestwie niebieskim – a taki alarm podzieliliby zarówno katolicy, Żydzi oraz fundamentaliści protestanccy.

Monarchistyczne wyobrażenie Boga ze swoim niesmakiem implicite dla religijnego nieposłuszeństwa ma o wiele silniejszy impet niż wielu chrześcijan chciałoby przyznać. Trony królewskie mają ściany tuż za nimi i wszyscy, którzy kłaniają im się na dworze muszą płaszczyć się lub klękać, bo jest to niewygodna pozycja do wyprowadzenia nagłego ataku. Chrześcijanie prawdopodobnie nigdy nie wpadli na to, że kiedy projektują kościół na wzór modelu królewskiego dworu (bazylika) i określają kościelny rytuał, implikują oni że Bóg, tak jak ludzki monarcha, lęka się. Wskazują na to również pochlebstwa w modlitwach: ‚O Panie nasz, któryś jest w niebie, wielki i potężny Królu królów, jedyny Władco książąt, który ze swojego tronu widzisz wszystkich zamieszkujących ziemię: najpokorniej błagamy cię byś był dla nas łaskaw w swej potędze… ‚12

Człowiek Zachodu twierdzący, że ma świadomość jedności z Bogiem lub wszechświatem staje w konflikcie z koncepcją religii swojego społeczeństwa. Jednak w większości kultur Azji człowiek taki zostanie uznany za znającego prawdziwą tajemnicę życia. Dotarł on dzięki szczęściu czy też dyscyplinie tj. medytacja jogiczna czy ZEN do stanu świadomości, w którym odkrywa bezpośrednio i jasno to, co nasi właśni naukowcy znają jako prawdę w teorii.

Ponieważ ekolog, biolog i fizyk wie (ale rzadko czuje), iż każdy organizm konstytuuje pojedynczy zespół zachowań czy procesów w obrębie swojego środowiska. Nie ma żadnej drogi odseparowania tego co dany organizm robi od tego co robi jego środowisko, z tego powodu ekolodzy mówią nie o organizmach w swoich środowiskach, ale o organizmach-środowiskach. A zatem słowa ‚Ja’ i ‚jaźń’ powinny właściwie znaczyć to co cały wszechświat czyni w danym ‚tu-i-teraz’, jak mówi John Doe.

Królewska koncepcja Boga nie czyni rozróżnienia pomiędzy jaźnią i Bogiem czy też jaźnią i wszechświatem, co jest niewyrażalne w terminach religijnych Zachodu. Różnica pomiędzy Wschodnimi i Zachodnimi koncepcjami człowieka i jego wszechświata rozciąga się jednak poza wyłącznie terminy religijne. Zachodni naukowiec może w racjonalny sposób odbierać ideę organizmu-środowiska, ale zwyczajnie nie czuje, że jest to prawda.

Został on zahipnotyzowany przez kulturowe i społeczne uwarunkowania aby doświadczać siebie jako ego – wyizolowane centrum świadomości i woli wewnątrz worka ze skóry konfrontujące się z zewnętrznym i obcym światem. Mówimy: ‚Przyszedłem na ten świat.’ Ale nie zrobiliśmy nic podobnego. Pojawiliśmy się na nim w taki sam sposób, w jaki owoc spada z drzewa. Nasza galaktyka, nasz kosmos, ‚zaludnia się’ w taki sam sposób, w jaki jabłoń ‚rodzi jabłka’.

Taka wizja wszechświata kłóci się z ideą monarchistycznego Boga, z koncepcją oddzielonego ego, a nawet ze świecką, ateistyczną/agnostyczną mentalnością, która wywodzi swój zdrowy rozsądek z mitologii XIX-wiecznego naukowca. Zgodnie z tym punktem widzenia wszechświat jest bezmyślnym mechanizmem, a człowiek rodzajem przypadkowego mikroorganizmu przepełniającego miniaturową, sferyczną skałę, która wiruje jako nieistotna gwiazda na zewnętrznych rubieżach jednej z wielu pomniejszych galaktyk.

Ta „umniejszająca” teoria człowieka jest niezwykle popularna pośród takich quasi naukowców jak socjologowie, psychologowie i psychiatrzy, z których większość wciąż myśli o świecie w kategoriach mechaniki Newtona i nigdy nie załapało idei Einsteina i Bohra, Oppenheimera i Schrodingera. W ten sposób, każdy pacjent który wykazuje choćby cień mistycznego doświadczenia religijnego, jest przez każdego zwykłego psychiatrę instytucjonalnego typu automatycznie diagnozowany jako obłąkany.

Z punktu widzenia religii mechanistycznej jest on heretykiem i aplikuje mu się elektrowstrząsy jako uwspółcześnioną wersję zaciskacza do palców i koła tortur. A okazjonalnie jest on także rodzajem quasi naukowca, który jako konsultant rządu i aparatu sądownictwa dyktuje oficjalne ustawy związane ze środkami psychedelicznymi.

Niezdolność do zaakceptowania mistycznego doświadczenia jest czymś więcej niż intelektualną pułapką. Brak świadomości podstawowej jedności organizmu i środowiska jest poważną i groźną halucynacją. Ponieważ w cywilizacji uzbrojonej w niezmierzoną moc technologiczną poczucie alienacji pomiędzy człowiekiem i naturą wiedzie do użytkowania technologii we wrogim duchu – do ‚podboju’ natury zamiast do inteligentnej z nią współpracy.

Skutkiem jest to, że erodujemy i niszczymy nasze środowisko rozprzestrzeniając Los Angelizację miast cywilizacji. Jest to główna groźba wisząca nad Zachodnią, technologiczną kulturą i żadna miara rozumności ani mrocznych przepowiedni nie wydaje się pomagać. My po prostu nie odpowiadamy na profetyczne i moralizatorskie techniki konwersacji, od których Żydzi i chrześcijanie byli zawsze zależni.

Ale ludzie mają przewrotne poczucie tego co jest dla nich ‚dobre’ nazywając to ‚nieświadomym leczeniem’, ‚instynktem przetrwania’, ‚dodatnim potencjałem wzrostu’ czy jakkolwiek wolicie. Pośród wykształconej młodzieży zaczyna się jednak zaskakujące i bezprecedensowe zainteresowanie transformacją ludzkiej świadomości. W całym Zachodnim świecie wydawcy sprzedają miliony książek traktujących o Jodze, Wedancie, Buddyzmie ZEN oraz chemicznym mistycyzmie środków psychedelicznych i sam zacząłem wierzyć, że całą subkultura ‚hippie’, jakkolwiek mylnie skierowana w niektórych ze swoich manifestacji, jest szczerym i odpowiedzialnym wysiłkiem młodych ludzi aby dokonać korekty samo niszczącego kierunku industrialnej cywilizacji.

Sens mistycznego doświadczenia jest zatem sprzeczny zarówno z religijnymi, jak i świeckimi koncepcjami tradycyjnej myśli Zachodu. Co więcej, mistyczne doświadczenie często skutkuje postawami, które wstrząsają autorytetem nie tylko ustanowionych kościołów, ale także świeckiego społeczeństwa. Nie bojący się śmierci i niezależni wobec światowych ambicji, ci którzy przeszli przez mistyczne doświadczenie są nieczuli na groźby i obietnice. Co jednak więcej, ich poczucie względności dobra i zła wznieca podejrzenie, że brakuje im zarówno świadomości, jak i poszanowania prawa. Używanie środków psychedelicznych w Stanach Zjednoczonych przez wykształconą burżuazję oznacza, że znacząca część populacji ma odmienne zdanie na temat tradycyjnych przyzwoleń i sankcji.

Teoretycznie, istnienie wewnątrz naszego świeckiego społeczeństwa grupy, która nie akceptuje konwencjonalnych wartości jest zgodne z naszą polityczną wizją. Ale jednym z największych problemów Stanów Zjednoczonych, prawnie i politycznie, jest to że nigdy tak naprawdę nie mieliśmy odwagi naszych przekonań. Republika została założona na niezwykle rozumnej regule, która mówi że ludzka wspólnota może żyć i prosperować jedynie na bazie wzajemnego zaufania.

Metafizycznie, Rewolucja Amerykańska była sprzeciwem wobec dogmatu Grzechu Pierworodnego, który jest poczuciem tego, że jeśli nie możesz ufać samemu sobie ani innym ludziom, to musi być jakiś Najwyższy Autorytet aby utrzymywać nas wszystkich w porządku. Dogmat został odrzucony, ponieważ jeśli prawdą jest, że nie możemy ufać samemu sobie ani innym, to wychodzi na to że nie możemy ufać również Najwyższemu Autorytetowi, który sami tworzymy i któremu jesteśmy posłuszni, oraz że sama idea naszej nieufności jest niewiarygodna.

Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych wierzą lub mają wierzyć w to, że republika jest najlepszą formą rządów. Ale wciąż narasta zamieszanie spowodowane próbą bycia republikaninem w polityce i monarchistą w religii. Jak republika może być najlepszą formą rządów jeśli wszechświat, niebo i piekło są monarchiami?13 A zatem, pomimo teorii rządu z umowy społecznej opartego na wzajemnym zaufaniu, obywatele Stanów Zjednoczonych utrzymują, z powodu autorytarnego zaplecza swojej religii lub też źródeł narodowych, w najwyższym stopniu naiwną wiarę w prawo jako jakiś rodzaj nadnaturalnej i paternalistycznej mocy. „Powinno być jakieś prawo przeciwko temu!”

Nasi egzekutorzy prawa są zatem niezdecydowani, powstrzymywani i zdezorientowani – że nie wspomnę o korupcji – dzięki wymaganiu aby wymuszali ekstrawaganckie prawa, często o kościelnym pochodzeniu, których znaczna liczba ludzi nie ma zamiaru przestrzegać, oraz które w każdym wypadku są niezwykle trudne lub po prostu niewykonalne do wyegzekwowania – na przykład zabranianie handlu międzynarodowego i międzystanowego czymś tak niewykrywalnym jak LSD-25.

W końcu, są dwa specyficzne obiekcje wobec używania dragów psychedelicznych. Po pierwsze, używanie tych dragów może być niebezpieczne. Jednak każde warte wysiłku odkrycie jest niebezpieczne – wspinaczka wysokogórska, oblatywanie samolotów, podróżowanie rakietą w kosmos, skoki na główkę czy też kolekcjonowanie botanicznych okazów w dżungli. Ale jeśli droga jest ci wiedza, a końcowy zachwyt nad odkryciem cenisz bardziej niż zwykłe trwanie w bezowocnym życiu, będziesz chciał podjąć ryzyko.

Nie jest zbyt zdrowe praktykowanie przez mnichów głodówek i było raczej mało higieniczne dla Jezusa dać się samemu ukrzyżować, ale jest pewne ryzyko wpisane w ścieżkę duchowych przygód. W dzisiejszych czasach żądna przygód młodzież podejmuje ryzyko odkrywania swojej psyche testując swoją odwagę na rzeczach, które w przeszłości były testowane – z większą przemocą – podczas polowania, pojedynków, wyścigów żylet (hot-rod racing) i grania w piłkę nożną. Czego potrzebują, to nie prohibicja i policja, ale najinteligentniejsze wsparcie i rady jakie można znaleźć.

Po drugie, użycie dragów może być krytykowane jako ucieczka od rzeczywistości. Jednak ten krytycyzm niesprawiedliwie podsumowuje doświadczenia mistyczne same w sobie jako eskapistyczne lub nierealne. LSD w szczególności nie jest żadnym sposobem na łatwą i bezbolesną ucieczkę od rzeczywistości. Wzięcie go może łatwo stać się doświadczeniem, które zmusi cię do przetestowania swojej duszy w starciu z diabłami z piekła rodem.

Osobiście, stawało się ono dla mnie czasem doświadczeniem, w którym nagle gubiłem się pośród korytarzy umysłu, a odnosząc to niezwykłe zagubienie do właściwego porządku logiki i języka, było ono zarazem bardzo szalone i bardzo trzeźwe. Ale poza tymi okazjonalnymi epizodami zagubienia i szaleństwa są doświadczenia świata jako systemu totalnej harmonii i chwały, a dyscyplina odnoszenia tych doświadczeń do porządku logiki i języka musi w jakiś sposób wyjaśniać w jaki sposób to co William Blake nazwał ‚energią, która jest wieczną rozkoszą’ może być zgodne z nędzą i cierpieniem codziennego życia.14

Niezaprzeczalna mistyczna i religijna intencja większości użytkowników środków psychedelicznych, nawet jeśli powinno się wykazać, że niektóre z tych substancji są nieszkodliwe dla zdrowia fizycznego, wymaga aby ich wolne i odpowiedzialne użycie było nie karalne prze żadne prawo w żadnej republice, która podtrzymuje konstytucyjny rozdział kościoła i państwa.15

Do stopnia, w którym doświadczenie mistyczne łączy się z tradycją prawdziwego, religijnego zaangażowania i do stopnia, w którym środki psychedeliczne indukują takie doświadczenie, używającym należy się konstytucyjna ochrona. Także do stopnia, w którym badania z psychologii religii mogą zrobić użytek z takich dragów, studenci ludzkiego umysłu muszą swobodnie ich używać.

Przy dzisiejszym prawie, ja jako doświadczony student psychologii religii nie mogę już dłużej prowadzić badań na tym polu. To barbarzyńska restrykcja nałożona na duchową i intelektualną wolność sugerująca, iż system prawny Stanów Zjednoczonych jest mimo wszystko w cichym sojuszu z monarchistyczną teorią wszechświata, a zatem będzie prześladował i zabroni religijnych idei i praktyk osadzonych na organicznej i zjednoczonej wizji wszechświata.16

Alan W. Watts

(tlum. Conradino Beb)

 

Przypisy:

1. zob. William James, The Varieties of Religious Experience, 1902.

2. W jęz. angielskim istnieje już w tej chwili bardzo wyraźne rozróżnienie pomiędzy słowami drug i narcotic. Słowo narcotic odnosi się do środków uspokajających, lokalnie i całkowicie znieczulających, które Watts wymienia dalej w tekście, natomiast słowo drug odnosi się do wszelkiego rodzaju używek i lekarstw, w związku z tym obejmuje także środki psychedeliczne, których skutki spożycia znacząco różnią się od wymienionych powyżej. Zdecydowałem się tutaj na używany już przez niektórych tłumaczy zabieg stylistyczny spolszczenia angielskiego słowa drug nadając mu miano „drag” – przyp. tłum.

3. Watts używa słowa drugged, które dosłownie znaczy po polsku „znarkotyzowany”, ale które lepiej można oddać poprzez słowo „odurzony”, aby uwydatnić znaczenie jakie w społecznej świadomości – trzeba dodać mylnie – nadaje się stanom wywoływanym przez środki psychedeliczne już poprzez znaczenie samego słowa, którego wydźwięk jest bardzo pejoratywny i niesie znaczenie zamazujące sens samego doświadczenia psychedelicznego. Słowo ‚odurzony’ jest w polskim dyskursie antynarkotykowym mocno już zakorzenione i jest tak samo słowem bardzo negatywnie obrazującym stan, o którym mowa w całym tekście i w związku z tym zdecydowałem się tu go użyć. – przyp. tłum.

4. Istnieje wiele rodzajów określeń na środki, które Watts określa mianem psychedelicznych, tj. środki psychotropowe, środki psychomimetyczne lub środki enteogenne. Każda z tych nazw posiada sobie tylko właściwe asocjacje i jest używana zależnie od osobistego bądź oficjalnego stanowiska osoby wygłaszającej sąd na ich temat. Słowo „psychedeliczny” zostało wprowadzone do dyskursu naukowego pod koniec lat ’50 przez psychiatrę Johna Humphreya Osmonda, a później spopularyzowane przez takie osobistości kontrkultury jak Aldous Huxley, Timothy Leary, Ken Kesey oraz sam autor powyższego eseju. Spopularyzowana w Polsce pisownia tego slowa jako „psychodeliczny” jest bledem gramatycznym tlumaczenia i semantycznie nie ma zadnego sensu. – przyp. tłum.

5. Doskonałą antologią takich doświadczeń jest książka R. Johnsona, Watcher on the Hills, 1959.

6. W rzeczy samej nigdy nie stwierdzono doświadczalnie żadnego fizycznego skutku ubocznego wywoływanego przez LSD – wciąż alkohol pozostaje narkotykiem o wiele bardziej niebezpiecznym. Jednak mity mówiące o samobójstwach, morderstwach, szaleństwach i innych niesamowitościach mających być udziałem przyjęcia kwasu wciąż zasnuwają wyobraźnię społeczną tak silnie, że często pojawia się pytanie czy paranoja tego rodzaju nie jest nakręcana odgórnie. Jednak w czasach pisania tego eseju (1968 r.) pewność badań była wciąż pod znakiem politycznej poprawności względem konserwatywnego establishmentu i w związku z tym wyniki badań były bądź utajniane, bądź zwyczajnie FAŁSZOWANE. To nadal jednak ma miejsce, gdyż nie zanosi się szybko na osiągnięcie przez jakikolwiek dyskurs naukowy charakteru obiektywnego ze względu na „odwieczne” uwikłanie nauki w politykę. – przyp. tłum.

7. Watts ma tu na myśli często występujący po zarzuceniu grzybów psylocybowych i LSD efekt zwany w środowisku psychedelicznym ‚odbiciem’ lub ‚pogłosem’, szeroko wykorzystywany we współczesnej muzyce o silnie zaznaczonych korzeniach transowych tj. psychedelic rock, reggae, dub, techno trance czy industrial. Pierwsze analogowe przetworniki dźwięku typu ‚kamera pogłosowa’ lub ‚delay’ pojawiły się właśnie w latach ’60 na fali zainteresowania udziałem technologii w powstawaniu muzyki. Watts ma tu najprawdopodobniej na myśli właśnie takie urządzenia pisząc o ‚systemie elektronicznym’. – przyp. tłum.

8. Z tego powodu Hinduizm traktuje wszechświat nie jako artefakt, ale jako ogromną dramę, w której Jeden Aktor (paramatman lub brahman) gra wszystkie role, które są jego (lub ‚jej’ – w oryginale ‚its’, ale w jęz. polskim nie występuje zaimek zwrotny rodzaju nijakiego – przyp. tłum.) maskami lub personami. Poczucie bycia jedynie tą szczególną jaźnią wg. Johna Doe byłoby totalnym pochłonięciem Aktora przez granie tej i innych ról. Dla pełniejszego zobrazowania zobacz S. Radhakrishnan, The Hindu View of Life, 1927; H. Zimmer, Philosophies of India, 1951, str. 355-463. Popularną wersję zawiera książka Alana Wattsa, The Book – On the Taboo Against Knowing Who You Are, 1966.

9. Izajasz 45:6, 7.

10. Chandogya Upaniszad 6.15.3.

11. Alfred Lord Tennyson, A Memoir by His Son, 1898, 320.

12. A Prayer For The King’s Majesty, Order for Morning Prayer, Book of Common Prayer, Church of England 1904.

13. A zatem, całkiem do niedawna wiara w Istotę Wyższą była ustawowym sprawdzianem sprzeciwu i odpowiedzialnego obowiązku pełnienia służby wojskowej. Implikacja była taka, że indywiduum sprzeciwiające się znajdowało się w sytuacji, w której było zmuszone do posłuszeństwa wyższej instancji niż Prezydent i Kongres. Analogia jest militarna i monarchistyczna i z tego powodu jednostki sprzeciwiające się, takie jak naturaliści i buddyści podtrzymujący organiczną teorię uniwersum mieli trudności w pozostawaniu w zgodzie ze swoim poglądem.

14. Jest to dyskutowane szerzej w Alan Watts, The Joyous Cosmology: Adventures in the Chemistry of Consciousness, 1962.

15. ‚Odpowiedzialne’ w tym sensie, że te substancje powinny być przyjmowane i pozostawać w gestii ich aprobaty wyłącznie przez dojrzałych ludzi. Użytkownik konopii w szczególności ma szczególne trudności w udowodnieniu swojej ‚niezaprzeczalnej mistycznej i religijnej intencji’ w sądzie. Popełniając tak krwawą i poważną zbrodnię jego szanse udowodnienia swojej niewinności skruchy są większe jeśli przyzna, że jego zachowanie cechuje powracający nawyk, co jest zupełnie niezgodne ze szczerą wiarą w to, że spożycie konopi jest czynnością religijną. Z drugiej strony jeśli będzie wciąż nalegał na to, że patrzy na użycie konopi jako na religijny sakrament, to wiele sądów zadeklaruje wtedy, że ‚nie podoba im się jego punkt widzenia’ interpretując te słowa jako wrogie i którym brakuje rozpoznania wagi zbrodni, w ten sposób zaś wyrok będzie znacznie surowszy. Oskarżony jest zatem wpuszczany w ‚ślepą uliczkę’, w której zostaje ‚potępiony jeśli powie prawdę i potępiony jeśli skłamie’. Co więcej, religijna integralność – jako odpowiedzialny sprzeciw – jest generalnie uznawana i ustanawiana poprzez przynależność do jakiegoś kościoła czy grupy religijnej o stałym członkostwie. Ale zbrodniczy charakter konopi jest tak wielki, że na wszystkie jednostki tworzące taką grupę natychmiast padają mroczne podejrzenia, a zatem uznanie takiej grupy nie jest możliwe. Zapomina się generalnie, iż nasze gwarancje wolności religijnej zostały zaprojektowane aby dokładnie chronić tych, którzy nie są członkami żadnych oficjalnych wyznań, ale raczej należą do takich dziwacznych i wywrotowych grup jak kwakrzy, shakerzy, levellerzy lub anabaptyści. Jest tu małe pytanie o to czy ci, którzy używają konopi lub innych środków psychedelicznych z religijną intencją są teraz członkami prześladowanej religii, która jawi się reszcie społeczeństwa jako śmiertelna zaraza dla ‚zdrowia psychicznego’ w odróżnieniu od staroświeckiej ‚nieśmiertelnej duszy’. Ale jest wciąż to ta sama historia.

16. Indianie amerykańscy należący do Rdzennego Kościoła Amerykańskiego (Native American Church), którzy używają psychedelicznego kaktusa peyote w swoich rytuałach, są zdecydowanie przeciwni wszelkiej rządowej kontroli tej rośliny, nawet jeśli powinni oni uzyskać gwarancję pozwalającą na jej używanie. Czują oni, że peyote jest naturalnym darem Boga dla rodzaju ludzkiego, a szczególnie dla rdzennych ludów tej ziemi gdzie rośnie i że żaden rząd nie ma prawa aby wchodzić z regulacjami w jego używanie. Ten sam argument może zostać przytoczony w obronie konopi czy też grzybów psilocibe mexicana Heim. Wszystkie te rzeczy są naturalnymi roślinami, nie zaś przetworzonymi czy zsyntetyzowanymi dragami i jaki autorytet może zabronić ludziom ich zjadania? Nie ma prawa przeciwko zjadaniu czy też uprawie grzyba Amanita pantherina, nawet pomimo tego że jest on śmiertelnie trujący i tylko eksperci potrafią odróżnić go d zwykłego, jadalnego grzyba. Ten punkt widzenia może zostać przyjęty nawet przez wierzących w monarchistyczny wszechświat Żydów czy chrześcijan, ponieważ jest to główna zasada obydwóch religii wywodząca się z Genesis, mówiąca o tym że wszystkie naturalne substancje stworzone przez Boga są niezmiernie dobre i że zło może powstać jedynie poprzez ich niewłaściwe użycie. Z tego powodu prawa przeciwko posiadaniu czy nawet uprawie tych roślin są w podstawowym konflikcie z zasadami biblijnymi. Kryminalne uznanie za winnych tych, którzy używają takich roślin powinno być oparte na niewłaściwym użyciu. ‚I rzekł Bóg ‚Patrzcie, dałem wam nasiono każdego ziela, które rośnie na całej ziemi i każde drzewo, którego owoc dzierży ziarno do zasiania – tobie posłuży ono za pokarm… I widział Bóg, że każda rzecz, którą uczynił i ujrzał była niezmiernie dobra.’ Genesis 1:29, 31.

Źródło: California Law Review, Vol. 56, No. 1, Styczeń 1968, str. 74-85.

Hunter S. Thompson (1937-2005)

Nie lubię reklamować dragów,
alkoholu, przemocy czy szaleństwa,
ale oddawały mi one zawsze wielką przysługę.

– W prywatnej rozmowie –

Krawędź… Nie ma żadnego, prostego sposobu wyjaśnienia co to, bo tylko ci, którzy ją przekroczyli, wiedzą gdzie jest. Ci drudzy pozostali przy życiu, gdyż zaufali szczęściu na tyle, na ile było to możliwe, a potem zawrócili, zwolnili lub zajęli się swoją robotą, kiedy nadszedł CZAS WYBORU POMIĘDZY TERAZ I POTEM.

Hell’s Angels

I tyle by było z obiektywnego dziennikarstwa. Nawet nie próbuj go tutaj szukać, a na pewno nie w żadnym z moich zdań czy w tekstach kogokolwiek, kto przychodzi mi na myśl. Z wyjątkiem tabelek wyników sportowych, rezultatów wyścigów i zestawień wahań giełdowych, taka rzecz jak Obiektywne Dziennikarstwo nie istnieje. Samo to wyrażenie jest pompatycznym zaprzeczeniem.

Fear and Loathing on the Campaign Trail ’72

 

Hunter S. Thompson to jedna z najbarwniejszych postaci współczesnego dziennikarstwa i literatury, a jednocześnie ikona kontrkulturowego buntu wobec próbujących nas sobie codziennie podporządkować autorytetów. Samozwańczy doktor dziennikarstwa gonzo – stylu pisania, który nigdy nie znalazł żadnego innego przedstawiciela, oraz wielbiciel „dobrego przyjebania” marihuaną, meskaliną, kokainą, whisky i czym tam generalnie popadnie, Hunter S. Thompson aka. Raoul Duke, stanowił rzeczywistość samą w sobie – królestwo czystej fantazji.

Pomimo tego, iż pochodzenie terminu „gonzo” wydaje się równie niepewne, co pochodzenie Słowian, ten rewolucyjny stylu pisania zainspirował swoim heroizmem i brawurą wielu współczesnych pisarzy. W jednej z wersji określenie „gonzo” zostało stworzone przez Billa Cardoso, przyjaciele pisarza i dziennikarza Boston Globe. W drugiej Thompson podłapał je z kawałka anarchistycznego pianisty bluesowego, Jamesa Bookera.

Ten brak źródeł ciężko uznać za wadę, gdyż dzięki swojemu stylowi Thompson już za życia stał się legendą w Stanach Zjednoczonych. Kraj, który tak kochał, a jednocześnie tak mocno krytykował za postępującą degenerację społeczno-polityczną, był jego największą areną walki – obsesja ciemnego losu USA zdaje się niemal wyznaczać łuk jego pisarstwa.

Jako zdeklarowany nonkonformista, Thompson szkalował w swoich pismach hipokryzję polityczną, wiarę w obiektywizm, manipulację medialną, korupcję i fanatyczne podejście do zapisów legislacyjnych, uniemożliwiających wolne spożywanie psychedelików i innych środków zmieniających percepcję. Silnie związany całe życie z amerykańską kontrkulturą, stał się szczególnie znany z przerysowania najbardziej utopijnych z jej wizji, ujęcią ich w klamrę i pokazania, gdzie zdają się prowadzić.

Pomimo tego, Thompson był bez wątpienia jednym z największych romantyków amerykańskiej literatury, a jego słowa silnie odzwierciedlały postawy i marzenia pokolenia ’68. Po śmierci pisarza, gonzo zostało bez jednego”ale” uznane na całym świecie jako jeden z najbardziej nowatorskich nurtów pisarskich XX wieku, stanowiąc żelazny przykład tzw. Nowego Dziennikarstwa.

Jego trzy największe książki: Hell’s Angels: The Strange and Terrible Saga of the Outlaw Motorcycle Gangs (1966)Fear and Loathing in Las Vegas (1971) oraz Fear and Loathing on the Campaign Trail ’72 (1973), zostały napisane na fali idei kontrkultury lat ’60, stając się niejako dziennikiem jej rozwoju, upadku i przemiany. Thompson oprócz pisarskich strzałów w stronę gabinetu Richarda Nixona, przekazał w nich całkowity brak złudzeń wobec amerykańskiego społeczeństwa, systemu społeczno-politycznego i marzeń tych, którzy chcieli go zmienić „sięgając nieba”.

Mimo tego nie da się nie zauważyć, iż to w jego wielkiej osobowości szczególnie uwydatniła się potężna siła charakteru, która nawet pomimo śmierci epizodycznego dla kontrkultury okresu, wciąż była w stanie wzbudzać ogień przemiany. Reformatorski styl pisania Thompsona nie skończył się bowiem, jak taśma z nabojami, wraz z upadkiem kultury psychedelicznej, ale rozwijał się w ciągu następnej dekady. Doktor Gonzo stał ramię w ramię z politycznym aktywizmem i nieugaszonym gniewem na „niesprawiedliwości tego świata” całe swoje życie.

Thompson pomimo dużej sławy, która przyszła w latach ’70, nigdy nie wyrzekł się swoich libertyńskich przekonań i wspierał swoją twórczość przykładem własnego stylu życia kreując mit buntowniczego dziennikarza i jednostki za żadną cenę nie podporządkowanej zgredom. Podważając zaś wszystkie odgórne zasady, stał się mimowolnie wzorem do naśladowania dla tysięcy młodych ludzi. Jak powiedział bowiem Tom Wolfe: – To Thompsonowi zawdzięczamy nagły wykwit młodych dziennikarzy, którzy kompletnie nie potrafili pisać, ale na konferencjach prasowych siedzeli ubrani w hawajskie koszule i palili papierosy przez fifkę.

Ponad wszystko był jednak doktor gonzo niefrasobliwym dzieckiem swojego pokolenia. Mimo tego, że pozostawił w jednej ze swoich książek gorzki komentarz na temat stylu życia, który Timothy Leary pomógł wykreować w latach ’60, miał potem napisać o nim panegiryk w Rolling Stone, który wydrukowany został potem w limitowanej do 300 sztuk książeczce Mistah Leary – He Dead. Jego słowa były zaś bardziej niż wymowne: – Tim był wodzem. Zstąpił na Ziemię i pozostawił elegancki odcisk swojego kopyta na naszym życiu.

gonitwa kentucky

Hunter S. Thompson urodził się 18 lipca 1937 w miasteczku Louisville, w stanie Kentucky jako syn agenta ubezpieczeniowego i matki bibliotekarki. Był jednym z trojga rodzeństwa wychowując się w warunkach ekonomicznych niższej klasy średniej. Jego ojciec umarł, kiedy Hunter miał 15 lat i od tego czasu pozostawał jedynie pod opieką matki. Uczył się dobrze uczęszczając do szkół publicznych w Louisville, był także zapalonym sportowcem i członkiem szkolnego kółka literackiego.

Jak twierdziła jednak jego matka, był tzw. trudnym dzieckiem. W swoim pierwszym epizodzie na kilka tygodni przed maturą, został aresztowany przez policję za wykroczenie, związane z kradzieżą samochodu i skazany na sześćdziesiąt dni aresztu. W związku z dobrym zachowaniem odsiedział trzydzieści.

Krótko po wyjściu z aresztu (1956 r.), Thompson zaciągnął się do wojsk lotniczych i został odesłany do bazy Eglin Air Proving Ground w miasteczku Pensacola, na Florydzie. Tam też podjął swoją pierwszą pracę dziennikarską w miejscowej gazetce wojskowej jako redaktor działu sportowego przekonując swoich pracodawców, że ma duże doświadczenie dziennikarskie. Jak pisał później: – Ludzie, którzy mnie zatrudnili nie sprawdzali nawet mojego dziennikarskiego doświadczenia. Udało mi się trzymać ich w ignorancji jakiś miesiąc.

W tym czasie pisał także po cichu do innej miejscowej gazety pod pseudonimem Thorne Stockton łamiąc tym samym warunki swojego kontraktu (standardowa praktyka dziennikarska na całym świecie – sic!). Gdy został zwolniony z wojska w październiku 1957, natychmiast rzucił się w objęcia freelancerki żyjąc jednocześnie jak pół-nomad w Pennsylvanii i Nowym Jorku, zainspirowany stylem życie bitników.

Po wylądowaniu w Nowym Jorku pod imieniem Bill Thompson uczęszczał na zajęcia na Columbia University’s School of General Studies, gdzie ćwiczył się w pisaniu krótkich form. W tymże czasie powoli kształtował się jego gust literacki, gdyż Thompson przepisał na maszynie powieści Wielki Gatsby F.S. Fitzgeralda oraz Pożegnanie z Bronią Ernesta Hemingwaya mająca nadzieję zrozumieć dzięki temu ich warsztat pisarski. W jego głowie pracowała także głęboko twórczość Jacka Kerouaca, Allena Ginsberga i Williama S. Burroughsa (z którym miał się później zaprzyjaźnić). W tym samym czasie pracował krótko dla magazynu Time jako kopista za 50 dolarów na tydzień (jakieś 500 dolarów recesyjnych). Na początku 1959 został jednak wykopany z redakcji za niesubordynację.

W tym samym roku Thompson znalazł pracę jako reporter w dzienniku Middletown Daily Record, z którego wylany został z kolei za kopanie biurowej maszyny ze słodyczami i kłotnię z reklamodawcą. Z tego czasu pochodzą jego pierwsze listy i eseje, których katalogowanie stało się także obsesją wzorem Jacka Kerouaca. Wszystkie wydane zostały później w zbiorze The Proud Highway: Saga of a Desperate Southern Gentleman 1955-1967 (1998). Mniej więcej wtedy Thompson odkrył też twórczość jednego ze swoich głównych idoli, Henry’ego Louisa Menckena (1880-1956), amerykańskiego dziennikarza i komentatora politycznego o niezwykle libertariańskim usposobieniu.

Pod koniec 1959, zmęczony amerykańskim stylem życia i realiami dziennikarskiej profesji Thompson postanowił ruszyć na Karaiby. Gdy znalazł reklamę posady redaktorskiej w San Juan Star, w Puerto Rico, odpowiedział na nią z charakterystycznym dla siebie stylem: Upadek amerykańskiej prasy jest oczywisty już od dłuższego czasu, a mój czas zbyt cenny, by marnować go na wysiłki, które miałyby dostarczyć „człowiekowi na ulicy” dzienną porcję klisz, plotek i podniet erotycznych. Istnieje inna koncepcja dziennikarstwa, z którą możesz lub nie być zaznajomiony. Została ona wyryta na brązowej plakietce, w południowo-wschodnim rogu Times Tower w Nowym Jorku.

hunter_s_thompson_big_sur

Mimo, że otrzymał krótką, cyniczną odpowiedź od redaktora naczelnego, udało mu się złapać posadę w tygodniku kręglarskim El Sportivo. Praca ta nie trwała jednak długo, gdyż czeki okazywały się albo bez pokrycia, albo w ogóle nie przychodziły, co stawiało Thompsona w bardzo tudnej sytuacji materialnej.

Młody dziennikarz nie zrezygnował jednak ze swojej pisarskiej pasji atakując innych wydawców. Osamotniony, postanowił też w końcu sprowadzić do San Juan swoją dziewczynę Sandy Conklin, z którą podróżował przez pewien czas po Ameryce Południowej, na co pozwoliły mu freelancerskie kontrakty z nowojorskim New York Herald Tribune oraz Louisville Courier-Journal, gazetą z jego rodzinnych stron.

Dla obydwóch udawało mu się z powodzeniem opisywać życie miejscowych prostytutek, przemytników i handlarzy dragów oraz przygotowywać do napisania dwóch powieści: nigdy nie opublikowanej Prince Jellyfish oraz Dziennika Rumowego (1997), którą ukończył dopiero po powrocie do Nowego Jorku. Druga z tych książek pewnie nigdy nie ujrzałaby światła dziennego – odrzucana po kolei tuż po napisaniu przez wszystkich potencjalnych wydawców – gdyby Thompson nie zdecydował się jej opublikować nękany dotkliwym brakiem gotówki.

Szukając wraz ze swom przyjacielem, Paulem Semoninem, zajęcia jako pisarz, Thompson przeprowadził się następnie do Big Sur, w Kalifornii, gdzie znalazł pracę jako ochroniarz w Big Sur Hot Springs, które wtedy właśnie zmieniały nazwę na Instytut Esalen. Jako insajder napisał artykuł o bywalcach tego modnego wówczas kurortu duchowego dla magazynu Rogue, w którym objawił jego popularność wśród miejscowych gejów, co nie zjednało mu sympatii landlady i zaskutkowało wymówieniem umowy najmu jego mieszkania.

Thompson ponownie udał się więc w podróż po Ameryce Południowej, skąd prowadził tym razem freelancerską korespondencję dla dziennika National Observer. Praca dla tego pisma okazała się przełomem, dającym Thompsonowi solidną renomę w środowisku dziennikarskim, przyciągając oko Cary’ego Williamsa, redaktora The Nation, który zlecił mu napisanie artykułu na temat życia członków Free Speech Movement w kampusie Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley.

Był rok 1963, Thompson ożenił się ze swoją dziewczyną i przeniósł do Woody Creek nieopodal Aspen, w stanie Colorado. W listopadzie razem z całym krajem przeżył jednak szok obserwując zabójstwo JFK. Tak narodziła się słynne wyrażenie „fear and loathing”, którym Thompson starał się opisać myśli i emocje, zrodzone z tego horroru.

Krótko potem Thompson osiadł w San Francisco, które było dla niego idalną bazą do napisania kolejnego artykułu dla The Nation. Tym razem miał być to zapis przeżyć z jazdy z klubem motocyklowym Hell’s Angels. Artykuł ukazał się 17 maja 1965 i zrobił furorę, na fali której Thompson podpisał kontrakt na całą książkę o Hell’s Angels. Zbierając materiały, Thompson wszedł głęboko w środowisko kontrkulturowe San Francisco i okolic (tzw. Bay Area) zaprzyjaźniając się m.in. z zespołem Jefferson Airplane, Allenem Ginsbergiem i Kenem Keseym, którego zapoznał w zamian z członkami Hell’s Angels (co opisane jest w samej książce). Jego zapisy z dyktafonu posłużyły także pomocą w napisaniu przez Toma Wolfe’a Próby Kwasu w Elektryczne Oranżadzie.

Fearandloathing_rollingstone

Jego niezwykły reportaż ukazał się w 1966 nakładem wydawnictwa Random House. Książka szybko stała się bestsellerem ze względu na zaprezentowany w niej punkt widzenia (nikt wcześniej nie napisał o klubie nic, wychodzącego poza tanią sensację) i głębokość obserwacji (klub nie dopuścił do siebie wcześniej żadnego dziennikarza), co pozwoliło Thompsonowi wybierać w ofertach pracy dziennikarskiej w całym kraju.

Opromieniony pierwszą sławą Thompson powrócił do Woody Creek, gdzie starał się pisać i choć trochę ustabilizować ze względu na syna Juana. Była to jedak sprawa przegrana. Dom wciąż nawiedzały tłumy gości, w tym Oscar „Zeta” Acosta, samoański prawnik z Los Angeles, z którym pisarz zawiązał spisek w celu napisania dzieła o upadku amerykańskiego snu, a używanie alkoholu i dragów tylko przybierało na sile.

Gdy nadszedł pamiętny rok 1968, Doktor Gonzo był już mocno zaaferowany polityką. W dziennikarskiej misji udał się więc na obserwację sierpniowych obrad Konwencji Partii Demokratyczej w Chicago. Brutalne przejęcie władzy w partii przez Huberta Humphreya, któremu towarzyszyła świeża jeszcze śmierć Roberta Kennedy’ego, stało się w jego oczach jednym z najmroczniejszych epizodów w historii Stanów Zjednoczonych.

Protesty Nowej Lewicy (m.in. Students for Democratic Society, Vietnam Summer, Women’s Liberation Front), połączone z happeningiem yipisów, którzy postanowili obwołać kandydatem na prezydenta świnię imieniem Pegasus, przerodziły się w krwawe zamieszki z użyciem gazu, pałek, armatek wodnych i broni palnej. 23 tys. policjantów i członków stanowej gwardii narodowej dosłownie zmasakrowały 10 tys. protestantów na oczach kamer telewizyjnych mając za sobą oficjalne poparcie prezydenta Lyndona B. Johnsona i ciche wsparcie amerykańskiego społeczeństwa, pałającego nienawiścią do całego ruchu antywojennego (wydarzenia chicagowskie posłużyły m.in. za inspirację dla Oka w Piramidzie). Sam pisarz został podczas zamieszek wyrzucony przez szybę.

O wywołanie przemocy oskarżono yipisów (słynny, perfidnie sfingowany proces Chicagowskiej Siódemki), ale Thompson nie miał złudzeń co do rozkazów, które spłynęły do oddziałów policji i gwardii narodowej, brutalnie pacyfikującej protestujących. Załamany tym, co zobaczył, wrócił na swoją farmę całkowicie odmieniony. Jak poświadczyła jego żona: „płacząc po raz pierwszy, jak małe dziecko”.

To wtedy zakiełkował w nim polityczny gniew i pragnienie zerwania z brudem dotychczasowego stylu rządzenia. Thompson postanowił „pobić skurwysynów na ich własnym terenie” i wystartować w wyborach na szeryfa w Aspen (jesień 1969) z ramienia partii Freak Power proponując m.in. legalizację psychedelików. Przegrał o włos, ale jego kampania wyborcza stała się absolutną legendą anty-kampanii politycznych, a artykuł „The Battle Of Aspen”, opisujący ją we wszystkich szczegółach stał się jego pierwszym materiałem dla pisma Rolling Stone (październik 1970).

hunter_s_thompson_photo

Lata 1970-73 były dla Doktora Gonzo złotym okresem, to wtedy bowiem zrodziły się, zainspirowana upadkiem rewolucji psychedelicznej, okresem nixonowskiej paranoji i jego własnymi przygodami dziennikarskimi, Fear and Loathing in Las Vegas oraz nastawiona na ukazanie „drugiej strony” amerykańskiej polityki, Fear and Loathing on the Campaign Trail ’72.

Potem, jak sugeruje kilka osób w dokumencie Gonzo: The Life and Work of Dr. Hunter S. Thompson (2008), w tym pierwsza żona doktora, Sandy, Jann Wenner (red. naczelny Rolling Stone) oraz rysownik Ralph Steadman, Hunter spoczął głównie na zbieraniu owoców swojej sławy, która zaczęła go powoli przerastać. Osiadły na swojej farmie w Woody Creek, pisarz kolekcjonował broń palną (jego kolekcja doszła do 22 sztuk – wszystkie zawsze naładowane), pił, wciągał kokainę i mocno imprezował pisząc od czasu do czasu dla Rolling Stone.

W tymże dokumencie, jak też w biografii książkowej o tym samym tytule, jego „sturlanie się w dół” Jann Wenner przypisuje nieukończonemu materiałowi na temat walki Muhammada Ali’ego w Zairze, który miał być realną cezurą – oznaką zaniku mocy twórczej. Wtedy też na jaw zaczęło wychodzić, że pisarz pogrąża się w otchłani alkoholizmu, choroby z której nigdy miał się nie wyleczyć.

Wiele wskazuje na to, że Thompson przestał sobie wtedy też radzić z drugą stroną swojej osobowości (którą sam nazwał Raoul Duke), nabierającą mimowolnie coraz bardziej mitycznych kształtów. Jak możemy przypuszczać mógł być to także, dobrze znany twardym zawodnikom, syndrom „wyprania mózgu” przez alkohol, psychedeliki i kokainę… te wszystkie małe przyjemności. Nie pomagały także ciągłe orgie i romanse z kobietami, które zaprowadziły go w końcu do rozwodu z jego żoną, Sandy.

Na świeży powiew trzeba czekać dość długo. W 1979 wychodzi pierwsza część trylogii, będąca jednocześnie zbiorem jego wczesnych artykułów, Gonzo Papers, Vol. 1: The Great Shark Hunt, który pozwala zagłębić się w proces kreowania przez pisarza jego heroicznego stylu. Następnie Thompson publikuje uznawaną za nawiększy diament tego okresu, książkę The Curse Of Lono (1983), opisującą „dziką jazdę na Hawajach”. Książka ta prawdopodobnie nigdy nie zostałaby opublikowana, gdyby nie wysiłek agenta literackiego, który sam musiał złożyć ją do kupy.

Na następne czytadło trzeba czekać pięć lat, tym razem dostajemy od pisarza bezlitosną analizę stylu życia pokolenia yuppie jako Gonzo Papers, Vol. 2: Generation Of Swine (1988) i w końcu Gonzo Papers, Vol. 3: Songs of the Doomed (1990), gorzką rozprawę z epoką Reagana, zawierającą także fragmenty niepublikowanych wczesniej prac oraz teksty krytyczne na temat technokratyzacji amerykańskiego społeczeństwa i współczesnego stylu pracy dziennikarskiej.

great_shark_hunt

W 1980 na ekrany wchodzi pierwszy film, zainspirowany postacią Thompsona, Where The Buffalo Roam z Billem Murrayem w roli głównej. Film pomimo bycia oficjalnym hołdem nie przypada pisarzowi do gustu, ze względu na sparodiowanie jego stylu życia, ale znajduje masę wielbicieli. Na zrealizowanie wielkiego pragnienia, ujrzenia filmu, nakręconego na podstawie jednej ze swoich książek, Thompson musi czekać aż do 1998, kiedy genialny Terry Gilliam realizuje Fear and Loathing in Las Vegas z Johnnym Deppem w roli głównej. Film należy już obecnie do klasyki kina psychedelicznego i jest również jednym z moich ulubionych filmów.

Jak uważa kilku z biografów Thompsona, wielki doktor gonzo wraca do formy wraz z wzięciem pod lupę kariery Billa Clintona i napisania na ten temat książki Gonzo Papers, Vol. 4: Better Than Sex, Confessions of a Political Junkie (1994) oraz na fali wyżej wymienionego filmu. W 2001 zatacza też koło i ponownie zaczyna prowadzić kolumnę sportową, tym razem jest to „Hey Rube!” dla witryny ESPN.com. Służy mu ona głównie do rozprawy z wrogami politycznymi i do klasycznego abstrahowania od sportu w stronę gonzo z dużym naciskiem na psychologiczne tajniki hazardu.

W 2001 Thompson (jak i wszyscy to czytający) staje się świadkiem zawalenia Twin Towers w Nowym Jorku nie omieszkając jako jeden z wielu nadać temu wydarzeniu rangi epokowego przełomu. Jego ostatnia książka, Kingdom Of Fear: Loathsome Secrets of a Star-Crossed Child in The Final Days of the American Century (2003) wychodzi od epoki terroru, zapoczątkowanej przez rządy George’a Busha lecz staje się głównie rodzajem gonzo pamiętnika uzyskując bardzo pozytywne recenzje i stanowiąc też jedną z jego najlepszych książek w ogóle.

gonzo_symbol

Gdy już wydaje się, że Thompson zaczyna swoją drugą młodość literacką, 20 lutego 2005 r. odbiera sobie życie strzałem w głowę na swojej farmie w Woody Creek, przed maszyną do pisania. Przy trupie zostaje znaleziony pistolet pół-automatyczny Smith & Wesson 645 załadowany amunicją typu 99.45 ACP (automatic pistol cartridge), jedna z ulubionych broni Thompsona. Broń ma pełen magazynek, ale u stóp pisarza policja znajduje jedną łuskę. Samobójstwo nie było jednak aż taką niespodzianką, co potwierdzają wypowiedzi przyjaciół HST w „Gonzo” pod redakcją Jana Wennera.

Pisarz miał się nieoficjalnie żegnać ze swoimi przyjaciółmi na klika miesięcy przed pociągnięciem za spust niemalże mówiąc prosto w twarz, na co się decyduje. Jego ciało zostaje na osobiste życzenie skremowane, a prochy wystrzelone w powietrze z gigantycznej armaty, odlanej w symbol gonzo z towarzyszącymy fajerwerkami, w takt muzyki Mister Tambourine Man Boba Dylana. Gigantyczne koszty pogrzebu pokrywa Johnny Depp. Jak potwierdzają wszyscy jego przyjaciele i rodzina, Thomspon tak właśnie pragnął odejść i nic skromniejszego nigdy by go nie zadowoliło…

Conradino Beb

 

Koniecznie zobacz też:

Literackie ekscesy Huntera S. Thompsona, czyli po nitce do kłębka

Współczesne ars moriendi – w oparach niezaprzeczalnych dragów oraz twardego geniuszu

Hunter S. Thompson: dobry doktor mówi wszystko… o Carterze, kokainie, adrenalinie i narodzinach dziennikarstwa gonzo [Ron Rosenbaum / High Times]

 

…oraz kanoniczne teksty Thompsona w MGV:

Wspomnienia z nieszczęsnego weekendu w Waszyngtonie

Pierwsze odwiedziny u Mescalito

Gonitwa Kentucky jest dekadencka i zdegenerowana

"Nigdy nie było dla mnie wystarczająco dziwnie." – Hunter S. Thompson