1999: Anal Cunt debiutują w brytyjskiej telewizji jako „zespół, którego nazwy nie można wymienić”

Oto Anal Cunt w swoim najbardziej żywiołowym okresie, w trakcie europejskiej trasy koncertowej w 1999, promujący swój świeżo wydany album It Gets Worse, który zawiera – dla przypomnienia – takie legendarne hity jak: I Convinced You To Beat Your Wife On A Daily Basis, I Sent A Thank You Card To The Guy Who Raped You, I Sold Your Dog To A Chinese Restaurant, I Made Your Kid Get A.I.D.S. So You Could Watch It Die czy wreszcie słynny I Got An Office Job For The Sole Purpose Of Sexually Harassing Women.

Seth Putnam i spółka z Bostonu zostają schwytani przez brytyjski program telewizyjny UK Raw (nadawany w okresie 1994-1999 późną nocą przez Channel Five), zajmujący się głównie fetyszami i ciekawostkami z dziedziny pornografii, którego gospodarz przytacza nazwy wspomnianych kawałków, ale nie wymienia nazwy zespołu, gdyż jak mówi „jest ona zbyt obraźliwa”.

W trakcie koncertu, zagranym w jakimś zapomnianym przez szatana miejskim bunkrze, Putnam najpierw prowokuje publikę, a potem wdaje się w walkę na pięści z najbardziej napalonym fanem.

Przepytywany chwilę później Dan Tobin z Earache Records twierdzi, że „label nie popiera przemocy, ale ten zespół zagraża jedynie status quo, bo mówi rzeczy, które powinny być powiedziane”.

Putnam kończy materiał filozoficznie, mówiąc: Grałem jeden gig, podczas którego wszyscy się napierdalali, a ja wyrzygałem się jakiemuś kolesiowi na twarz i zacząłem to zjadać. Fantastyczny obrazek przypominający, co reprezentowała grupa w swoim złotym okresie.

Wszyscy kłamią, ale politycy robią to znacznie częściej

Znany amerykański dowcip mówi: „Skąd wiesz, że polityk kłamie? Bo rusza ustami”. Duża część społeczeństwa jest świadoma, że w polityce prawda jest o wiele bardziej względna, niż w książkach Richarda Rorty’ego. Ale nauczyliśmy się z tym żyć, bo przyjęliśmy do wiadomości, że traktować politykę jako ostoję szczerych intencji się po prostu nie da. Wiedzą to też politycy wszystkich opcji, którzy w erze post-prawdy z kłamstwa uczynili wygodne narzędzie polityczne, zdając sobię sprawę, że władza ważniejsza jest od prawdy.

Nikt nie jest bardziej świadomy roli kłamstwa w naszym życiu od psychologów, którzy od przynajmniej dwóch dekad badają wyczerpująco to zagadnienie. Jednym z najważniejszych naukowców zajmujących się kłamstwem jest profesor Kang Lee z Uniwersytetu w Toronto, specjalista od kognicji społecznej, który twierdzi, że uczymy się kłamać w wieku 2 lat.

Profesor Lee przeprowadził wiele badań na dzieciach, z których najbardziej znanym jest „doświadczenie z zabawką”. W jego ramach psycholog zainstalował monitoring wideo w pokoju, w którym umieścił dzieci w różnym wieku. W pierwszej fazie badania profesor powiedział dzieciom, że za ich plecami znajduje się zabawka, którą dostaną w prezencie, ale tylko w wypadku, gdy nie będą się oglądać za siebie.

W drugiej fazie naukowiec opuścił pokój, by wrócić po krótkiej chwili i spytać, czy dzieci faktycznie nie oglądały się za siebie? Wyniki: w wieku 2 lat zaledwie 30% dzieci kłamie, w wieku 3 lat jest to już 50%, ale w wieku 5-6 lat ten współczynnik podskakuje aż do 90%… co sprawiło, że profesor Lee oświadczył, że boi się o pozostałe 10%, bo badanie to objawia uniwersalny charakter kłamstwa, potwierdzany na bieżąco przez inne doświadczenia.

Profesor Lee twierdzi także, iż w rozwijaniu zdolności kłamania dużą rolę odgrywają rodzice, którzy każą na przykład swoim dzieciom udawać zadowolenie z prezentów od babci, żeby sprawić przyjemność swoim rodzicom/teściom.

Profesor Lee tłumaczy, w jaki sposób dzieci kłamią

Inną badaczką zainteresowaną kłamstwem jest psycholog z Harvardu, Bella DePaulo, której książka The Hows and Whys of Lies, wydana w 2010, pobiła rekordy popularności, opisując banalność i powszechność kłamstwa. Znacznie wcześniej, bo w 1996, DePaulo przebadała swoich studentów pod kątem prawdomówności, żeby stwierdzić, iż kłamią oni średnio w co trzeciej rozmowie trwającej 10 minut. Dorośli zaskakująco kłamali w tym doświadczeniu tylko raz na pięć rozmów.

Podobne wnioski wyłaniają się z badań Roberta Feldmana z Uniwersytetu w Massachusetts czy Maurice’a Schweitzera z Wharton School of Business Uniwersytetu w Pensylwanii. Ten drugi twierdzi, że kłamiemy zasadniczo cały czas.

Ze względu na powszechność kłamstwa dla psychologów znacznie ważniejsze są jego skutki uboczne czy cel. Czy bowiem kłamstwo, które nazwać można „społeczną lubrykacją” lub dobrym wychowaniem, polegające na unikaniu niewygodnego faktu i komplementowaniu, przykładowo, wyglądu swojej żony jako idealnego pomimo 20 kilogramów nadwagi i stresu na twarzy uznać można za moralnie niewskazane? Nie ma znaczenia, że fakt był motywowany dobrymi intencjami i że była to mało znacząca kwestia – mówi jednak DePaolo.

Ale jak twierdzi Feldman: Zostaliśmy wytrenowani do oszustwa. Jeśli tego nie robimy i zawsze jesteśmy całkowicie prawdomówni, nie jest to wcale dobre i będziemy musieli za to zapłacić. Nie lubimy ludzi, którzy zawsze mówią nam prawdę. A stąd jest już tylko mały krok do tego, co robią politycy. Kłamstwa, które akceptujemy obecnie z ust polityków, wydają się do zaakceptowania, gdyż właśnie to chcemy usłyszeć – podsumowuje Feldman.

Ludzie nauczyli się akceptować kłamstwo jako narzędzie polityczne, usprawiedliwiając i racjonalizując je takimi stwierdzeniami jak „polityka to brudna sprawa, nie da się inaczej” albo „musi kłamać, bo w innym wypadku go zagryzą”. I faktycznie, sami politycy bardzo często działają na zasadzie „cel uświęca środki” lub „liczą się powody”, co oznacza iż będą kłamać ile wlezie, jeśli tylko pomoże im to osiągnąć dany cel polityczny.

Robert Feldman o tym, że ludzie kłamią wszędzie i cały czas

Ale eksperci są zszokowani „nową falą polityki”, którą ochrzczono jako post-prawdę, co oznacza iż prawda przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, a politycy są zainteresowani tylko i wyłącznie komunikatami ułatwiającymi im sprawowanie lub zdobywanie władzy.

Inną sprawą jest mechanizm psycholgiczny znany jako „efekt potwierdzenia” polegający na tym, że ludzie mają tendencję do wiary w to, co wzmacnia i potwierdza ich dotyczasowe wierzenia/założenia, więc korzystają ze stronniczych źródeł, z którymi się zgadzają i którym często bezgranicznie ufają, co bez skrupułów wykorzystują politycy, oferując wizję rzeczywistości zaprojektowaną specjalnie pod swój elektorat (czyt. kłamstwa), zawiązując polityczne sojusze (często nieformalne) z mediami dającymi się łatwo manipulować lub zawłaszczyć.

Dodatkowo, w badaniach socjo-psychologicznych kłamstwo zostaje ujawnione jako zjawisko społeczne, które bardzo często skorelowane jest z indeksem korupcji. Im bardziej skorumpowany kraj, tym częściej politycy i zwykli obywatele rozmijają się z prawdą, tłumacząc sobie to w ten sposób: „Wszyscy oszukują, więc nie jestem inny od reszty”.

Ostatecznie, jak twierdzą psychologowie, ludzie przywykają do kłamiących polityków na zasadzie stopniowej znieczulicy. Gdy ich faworyci zostaną złapani na kłamstwie po raz pierwszy, mogą wprawdzie na chwilę zastygnąć w niewygodnym bezruchu, ale za drugim czy trzecim razem nie zwracają już w zasadzie uwagi.

Jak twierdził w końcu Machiavelli: Książęta, którzy dokonują wielkich czynów, przywiązują małą wagę do swojego słowa i wiedzą, jak zwodzić ludzkie umysły bystrością i przebiegłością.

Conradino Beb

 

Źródło: AP

„The Birth Of Body Horror” objaśnia korzenie kultowego gatunku filmowego

Body horror zaczyna się upowszechniać w połowie lat ’70 wraz z pierwszymi dziełami Davida Cronenberga takimi jak Dreszcze czy Wściekłość, do czego wkrótce dochodzi Obcy w reż. Ridleya Scotta, który zapoczątkował jedną z najdłużej eksploatowanych franczyz w historii przemysłu filmowego.

The Birth of Body Horror tłumaczy korzenie i losy gatunku, który efektownie straszy widzów mutacjami, chorobami i pasożytami ludzkiego ciała!

(Materiał z angielskimi napisami)

Niemcy zaczną uprawiać medyczną marihuanę w 2019

Niemiecki Federalny Instytut ds. Leków i Produktów Medycznych (BfArM) ogłosił, że uprawa konopi do celów medycznych rozpocznie się w 2019. Medyczna marihuana została zalegalizowana przez niemiecki parlament w styczniu tego roku, dzięki czemu 1000 pacjentów uzyskało natychmiastowe prawo do wypisywania leku na receptę.

BfArM jest obecnie na etapie powoływania „agencji konopnej”, która zajmie się nadzorowaniem programu medycznej marihuany, a także rozpisze przetargi dla firm z obszaru Unii Europejskiej mogących uprawiać konopie na potrzeby chorych. W międzyczasie marihuana medyczna będzie importowana z Holandii i Kanady, tak jak działo się to dotychczas.

Jak powiedział The Local Josef Mischo z Niemieckiego Stowarzyszenia Medycznego: Przewiduję zwiększone zainteresowanie tą terapią, ale nie mam pojęcia do jakiego stopnia. Jako społeczność medyczna w pełni akceptujemy fakt, że zwiększyły się teraz nasze możliwości terapeutyczne.

Na mocy nowego prawa niemieccy lekarze mogą przepisywać medyczną marihuanę chorym cierpiącym na stwardnienie rozsiane, chroniczny ból, utratę apetytu, efekty uboczne chemioterapii przy leczeniu raka lub inne dolegliwości (ustawa nie definiuje ich konkretnie). Firmy ubezpieczeniowe zostały przy tym zobowiązane do pokrycia kosztów terapii.

W 2016 Niemcy importowały 170 kg medycznej marihuany, a rok wcześniej zaledwie 92,8 kg, jak wynika z oświadczenia rządowego. W związku z legalizacją, która w dużej mierze pozostawia lekarzom decyzję, czy wykorzystywać marihuanę w terapii, zapotrzebowanie jednak najprawdopodobniej się zwiększy.

Krótko po oświadczeniu BfArM Niemieckie Stowarzyszenie Konopne (DHV) zażądało większej jasności w sprawie organizacji przetargów na uprawę rośliny. Jak czytamy w oficjalnym liście: Trzeba wyjaśnić, jakie ilości można uprawiać, jakie odmiany, jakie są wymagania co do jakości, jakie wymogi muszą spełniać firmy i ile licencji zostanie wydanych.

Źródło: The Local

Giallo w czasach rewolucji seksualnej – żółta trylogia Umberta Lenziego

Umberto Lenzi urodził 8 czerwca 1931 roku w małym miasteczku Massa Marittima w środkowych Włoszech. Entuzjasta kina od najmłodszych lat, na studiach prawniczych – które w końcu poniechał – prowadził liczne koła dla zainteresowanych filmem. W 1956 roku przeniósł się na rzymską filmówkę, którą ukończył filmem I ragazzi di Trastevere, krótkim metrażem inspirowanym jednym z opowiadań Paola Pasoliniego.

Jego nazwisko jako reżysera stało się znane szerzej w 1961 roku za sprawą nakręconego w Grecji filmu Le Avventure di Mary Read. Lenzi szybko złapał wiatr w żagle i już rok później stworzył dwa filmy: Duello nella sila oraz całkiem niezły Il Trionfo di Robin Hood. Ale jego postać jest dzisiaj znana głównie z kiczowatych horrorów i „żółtych filmów”, czyli kina giallo, które szczyty popularności święciło w latach ’70.

Sławę przyniósł mu prekursorski dla gatunku kina kanibalistycznego film Il paese del sesso selvaggio (1972) oraz legendarny Cannibal Ferox (1981). I mimo że Lenzi pozostał w cieniu swoich rodzimych kolegów po fachu takich jak Dario Argento czy Mario Bava, zebrał wokół siebie niemałą grupę fanów, w tym samego Quentina Tarantino.

Lata 60-te upłynęły Lenziemu na przebijaniu się przy produkcji szalenie popularnych w tamtym okresie filmów euro-spy, takich jak Kriminal (1966) i A 008, operazione Sterminio (1965).

Przełom nastąpił w 1969, kiedy zainspirowany twórczością Alfreda Hitchcocka i zdobywającym coraz większy poklask kinem giallo, Lenzi nakręcił Orgasmo. Jest to pierwszy, składający się na luźną trylogię film, w którym reżyser zmierzył się z pulpowym kryminałem.

umberto_lenzi
Umberto Lenzi za kamerą

Trylogia ta składa się z filmów: Orgasmo (1969), Così dolce… così perversa (1969) oraz Paranoia (1970). Wszystkie trzy łączy motyw morderczych knowań, zdrady i pożądania. W każdym z filmów pojawiła się także amerykańska piękność Carroll Baker, znana choćby z Jesieni Czejenów (1964) Johna Forda.

Orgasmo aka. Paranoia / Orgazm (1969)

Piękna Kathryn West (Carroll Baker), była pop gwiazdka i od niedawna wdowa po bogatym mężu, przybywa na włoską prowincję, by uciec od fleszy tabloidów. Robi to na zaproszenie swojego zaufanego prawnika, Briona (Tino Carraro), właściciela pełnej luksusu i podejrzliwej służby posiadłości.

Wkrótce po przeprowadzce u bram posiadłości zjawia się bezczelny dzieciak, który od razu zaczyna flirt z Kathryn. Znajomość ta wprowadzi kobietę w dekadencki świat pełen narkotyków, dyskotek i rozwiązłego seksu.

Cały film nakręcony został w spójnej, pulpowej stylistyce, podsycanej psychodelicznymi wstawkami. Te drugie idealnie komponują się z fabułą, najczęściej widzimy je bowiem wtedy, kiedy wirujemy razem z naćpaną Kathryn w rytm gitarowej muzyki. Środki psychoaktywne w produkcji Lenziego sprawdzają się także jako wspomagacz dla knującego, niestroniącego od erotycznej dominacji rodzeństwa.

paranoia-lenzi
Kadr z filmu

Odurzona lekarstwami główna bohaterka staje się czymś w rodzaju trzymanej w zamknięciu seks zabawki. Wytwarza to bardzo przyjemny, wręcz klaustrofobiczny klimat, który kamera skrzętnie łapie w ciasnych korytarzach bogatej posesji.

Niepokój, psychodela i marazm Lenzi doprawia, jak sugeruje sam tytuł, erotyzmem. Jednak nie jest to produkcja pod tym względem tak obsceniczna, jak inne B-klasowe, włoskie kryminały. Mógłbym nawet zaryzykować stwierdzeniem, że seks w Orgasmo jest ukazywany ze smakiem.

W ostatecznym rozrachunku, debiut giallo Lenziego można uznać za jak najbardziej udany. Wpisująca się w pre-argentowską – film wyszedł w 1969, rok przed słynnym Ptakiem o kryształowym upierzeniu Argenta – falę żółtego kryminału produkcja, to nie lada gratka dla każdego fana filmowego makaronu.

Choć nie trudno zarzucić Orgasmo przewidywalnej fabuły, niezbyt subtelnych czerwonych śledzi (fałszywych tropów), czy do przesady zapętlonego kawałka grupy Wess & The Airedales pt. Just Tell Me, Lenzi pokazuje że na stołku reżysera potrafi odwalić kawał przyzwoitej, stylowej roboty.

Così dolce… così perversa / Taka słodka… taka perwersyjna (1969)

Umberto Lenzi nie próżnował i już kilka miesięcy po premierze Orgasmo na podbój rodzimego kina gotowy był drugi film trylogii, Taka słodka… taka perwersyjna (Così dolce… così perversa). Powszechnie krążąca plotka głosi, że scenariusz do filmu Lenziego został przepisany z francuskiego Widma (1955) w reż. Henri’ego-Georgesa Clouzota w taki sposób, by trafić to rządnej pulpy włoskiej widowni.

Przerobiony materiał idealnie wpisał się w szalejącą pod koniec lat 60-tych rewolucję seksualną, jaka zawładnęła Zachodnią Europą. Jako że skrypt fabularny pochodził z Francji, Lenzi umieścił akcję swojego filmu właśnie w Paryżu i osnuł ją wokół Carroll Baker.

cosi-dolce-cosi-perversa_2
Kadr z filmu

W popadające w kryzys małżeństwo Danielle (Erika Blanc) z Jeanem (Jean-Louis Trintignant) wchodzi nowoprzybyła sąsiadka, Nicole – w tej roli Carroll Baker.

W urządzonym piętro wyżej gniazdku urocza blondynka przechowuje bogate zaplecze przyrządów do BDSM, które chętnie wykorzystuje do zabaw z nieokrzesanym Klausem (Horst Frank). Gdy zadurzony w Nicole Jean postanawia bronić jej przed apodyktycznym partnerem, pada ofiarą większej intrygi.

Tak jak w przypadku Orgasmo, tak i tutaj Lenzi kontynuuje swoją lustrację dekadenckiego stylu życia klasy zamożnej. Mimo że seks per se występuje tutaj w roli estetycznego dodatku, sztuki wyzwolonej, specyficzne napięcie erotyczne wyczuwalne jest przez większość seansu.

Zastosowanie różnokolorowych filtrów i szkieł na obiektyw skutkuje nieco halucynogennym klimatem, znakiem szczególnym kryminałów maestra Maria Bavy. Kolorowe i nasycone kadry potrafią idealnie uchwycić barwną strukturę rewolucji seksualnej.

Rewolta ta to także fabularny fundament pierwszej, nieco dłuższej połowy filmu. Ta, z dekadenckiego kina obyczajowego, poprzez niespodziewany twist, skręca w stronę klasycznego, żółtego kryminału.

Choć Lenzi nie staje na przekór gatunkowym konwenansom, scenariusz wyraźnie ustępuje miejsca wysublimowanemu stylowi. Jednak Taka słodka… taka perwersyjna to wciąż przykład solidnie zrealizowanego giallo. A wszystko to w iście międzynarodowej oprawie aktorskiej.

Ciche miejsce na zabójstwo aka. Paranoja / A Quiet Place To Kill (1970)

Pierwotnie tytuł trzeciego giallo Lenziego brzmiał Paranoia, identycznie jak ten z amerykańskiego wydania Orgasmo. By nie popaść w chaos przy tytułowaniu, reżyser postanowił zmienić go więc na bardziej wymowny: Ciche miejsce na zabójstwo.

Ale amerykański dystrybutor wykorzystał go później jako podtytuł kolejnego filmu Lenziego, Oasis of Fear (1971). Stąd pod hasłem Paranoia i Orgasmo można znaleźć naprzemiennie oba filmy, ot taka dewiza włoskiego kina.

paranoia_a_beautiful_place_to_kill_1970_poster
Paranoia (1970) / oryginalny plakat

Helen (Carroll Baker) poznajemy, gdy ta, pochłonięta wspomnieniami o swoim byłym mężu, rozbija się wyścigówką. Po udanej rekonwalescencji Helen popada w finansowy ambaras, z którego wybawieniem okazuje się telegraf od wspomnianego wcześniej męża (Jean Sorel).

Ten proponuje jej pozostanie u jego boku, oraz boku nowej żony Konstancji (Anna Proclemer). Nasza bohaterka początkowo przystaje na propozycję zamieszkania z ciągle powracającym w jej myślach mężem. Mimo początkowych turbulencji, między dwojgiem odradza się uczucie sprzed lat, które grać na nerwach zaczyna Konstancji.

Co odróżnia Ciche miejsce na zabójstwo od poprzednich dwóch filmów Lenziego, to próba uchwycenia charakteru filmów Hitchcocka. Mniej więcej w połowie filmu scenariusz odwraca wszystko do góry nogami, a z planowanej ofiary robi mordercę starającego się zatrzeć wszelki ślad po dokonanej na luksusowym jachcie zbrodni.

Niestety, wypada to jednak wszystko na jego niekorzyść. Skrypt przypomina absurdalne wątki z oper mydlanych pozornie prowadzące do psychicznego krachu głównej bohaterki.

Droga od silnej kobiety ścigającej się na torach samochodowych do znerwicowanej alkoholiczki prowadzi nie tyle na skróty, co jest maksymalnie wręcz spłycona.

I choć wydawać by się mogło, że Lenzi podejmuje tutaj na swój dziwny sposób temat równouprawnienia płciowego, wszak zbrodni winna jest zarówno kobieta jak i mężczyzna zmuszeni ze sobą współpracować, to brakuje mu jednak tak trafnej lustracji dekadenckiego pokłosia rewolucji seksualnej jego poprzednich filmów.

quietplacetokill_lenzi
Kadr z filmu

I choć jest to relatywnie najsłabszy segment luźno spiętej trylogii, Umberto Lenzi umiejętnie wpycha między rozwleczone sceny momenty autentycznego napięcia lub popadającej w schizmę urojenia Helen.

Całość grzebie jednak mało oryginalna historia, która od wspomnianego wyżej twistu okazuje się przewidywalna i zbyt mało oferująca widzom pochłoniętym przez kino giallo. Z drugiej strony czyni to film bardziej przystępnym i lekkim dla kogoś, kto dopiero zaczyna swój lot przez meandra włoskiego kina gatunkowego.

Na zakończenie

Ciche miejsce na zabójstwo nie zamknęło Lenziemu rozdziału z napisem giallo na dobre, nakręcił on bowiem w przyszłości jeszcze kilka mniej lub bardziej udanych kryminałów, by finalnie odlecieć w kierunku szalonych horrorów i akcyjniaków.

Jednak to właśnie te trzy filmy wprowadziły do świata kina autorski styl reżysera zafascynowanego wyrzucaniem na wierzch wszelki grzechów ludzi zamożnych taplających się w bogactwie czy cielesnej rozpuście.

W odniesieniu także do jego późniejszych dokonań, trylogia ta wydaje się subtelna i dużo bardziej wysmakowana, tworząc coś na zasadzie mostu łączącego pulpę z wizualnym pietyzmem, jaki przyświecał Lenziemu już na poziomie wyboru pięknej Carroll Baker na swoją muzę.

Filmy te czarownie obrazują kino giallo przed reformacjami gatunkowymi, jakie wprowadził w nim Dario Argento, zbliżając go do krwawego horroru. I jako właśnie pocztówkę z Włoch tamtego okresu należy je dzisiaj oglądać.

Oskar „Dziku” Dziki

Moonlight (2016)

moonlight-poster

Moonlight to adaptacja sztuki teatralnej Tarella Alvina McCraneya, Moonlight Black Boys Look Blue, Moonlight, która uprościła eksperymentalny styl autora, charakteryzujący się mnóstwem przeskoków czasowych, w zgrabny, trzyaktowy dramat o bolesnym dorastaniu w środowisku pełnym nienawiści i o nieodwracalnych zmianach, jakie powoduje przemoc wszelkiego rodzaju.

Akcja filmu rozgrywa się głównie w Liberty City, czarnej dzielnicy Miami, w której rządzą dwie rzeczy: crack i biedota, a jego bohaterem jest wrażliwy Chiron dający się zajeżdżać aż nie przeleje się miara i nie nastąpi wybuch furii, który znaczy też cezurę jego historii.

Chiron jest niestety biedny, czarny i przez większość życia naznaczony kryzysem tożsamości… jego niepewna seksualność jest od samego początku przedmiotem drwin i prześladowań wszystkich rówieśników, co szybko zamienia się w „bicie pedała” i cały spektakl przemocy werbalnej czy fizycznej, który nie pozwala mu na swobodne eksplorowanie swojej orientacji seksualnej i szukanie prawdy o swoich pragnieniach.

Tu chciałbym dodać, że osobiście nie widzę tego filmu jako manifestu LGBT czy historii szukania homoseksualnej tożsamości, a bardziej jako historię wrażliwego, nieśmiałego mężczyzny, który musi wyjątkowo długo czekać na prawdę o swoim życiu, a która okazuje się być w dużej mierze homoseksualna.

Protagonista jest najpierw Małym (Alex R. Hibbert), by stać się Chironem (Ashton Sanders), by stać się Czarnym (Trevante Rhodes) i w każdym kolejnym rozdziale życia musi się mierzyć ze swoją seksualnością, która pozostaje jednak tak stłamszona, że „w akcji” widzimy ją tylko raz, kiedy jego kolega Kevin stawia mu druta na plaży, po tym jak upala go (prawdopodobnie) pierwszym jointem, co jest w ogóle bardzo romantycznie sfilmowane, bez zbliżeń, prawie jak w latach ’50.

Faktem jest, że Chiron musi sobie oprócz problemów tożsamości radzić z uzależnioną od cracku matką (w tej roli niesamowita brytyjska aktorka Naomie Harris), która jest paranoiczną postacią domagającą się miłości i synowskiego oddania, w tym samym czasie nie wywiązując się ze swoich rodzicielskich obowiązków, krojąc nawet swoje dziecko z ostatniego siana i wywalając go z domu, kiedy ma klientów.

Chiron daje jednak radę, bo zawiązuje jeszcze w dzieciństwie owocną znajomość z lokalnym kingpinem narkotykowym kubańskiego pochodzenia, Juanem (nagrodzony Oscarem Mahershala Ali), który chroni go częściowo przed najcięższymi ciosami otoczenia, zanim nie ginie w nieznanych okolicznościach (ze względu na zawód sugerujących śmierć biznesową). Juan tłumaczy mu także pozytywne strony życia, które inaczej mogłyby Chironowi zupełnie umknąć „w dolinie rozpaczy”… nawet jeśli to on sprzedaje jego matce crack, co reżyser Barry Jenkins podsumowuje zresztą jedną piękną sceną.

Siłą Moonlight jest doskonały scenariusz, piękne zdjęcia i ciekawa reżyseria, która przywodzi na myśl styl Paola Sorrentina, a w dalszej kolejności klasyków kina europejskiego i powab azjatyckich mistrzów. Długie chwile ciszy czy sceny, w których głos aktorów celowo wyciszono i zastąpiono muzyką mogą miejscami wydawać się romansem z Tarkowskim czy Godardem. Z drugiej jednak strony film posiada twardość Peckinapaha czy uliczność wczesnych dzieł Schatzberga.

Warto przy tym wspomnieć, że jest to obraz niezwykle przystępny dla (względnie) masowej widowni, co z pewnością rozpoznała Akademia Filmowa przyznając mu Oscara za Najlepszy Film 2016. Tłumaczy on trudną tematykę tożsamości seksualnej w podobny sposób do Brokeback Mountain (2005), który – jak twierdzi wielu amerykańskich krytyków – nie dostał najcenniejszego Oscara głównie za wątki gejowskie. Te zaś w Moonlight Barry Jenkins potraktował tak łagodnie, jak tylko się dało (Fassbinder to nie jest), choć ciężko mu jednocześnie zarzucić granie pod publiczkę.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Mooonlight
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Solopan

Ocena MGV: 4/5

Holenderski sejm zalegalizował komercyjną uprawę konopi

Holenderski sejm przegłosował minimalną różnicą głosów ustawę legalizującą komercyjną uprawę konopi, dokument musi teraz zostać zatwierdzony przez senat. Ustawa została przygotowana przez postępową partię D66, która od dłuższego czasu wspierała liberalizację prawa dotyczącego marihuany.

Holenderski rząd przez wiele lat stosował politykę przymykania oka, co przekładało się na to, że marihuanę można było kupić bez problemu w coffee shopach, jak i od ulicznych dilerów, którzy byli tolerowani przez policję.

Konsumpcja używki również odbywała się w coffee shopach, które były otwarte dla wszystkich, aż do wprowadzenia restrykcji przez holenderski wyrok sądowy w 2012. Ten zabronił wstępu turystom, ale nie objęło to Amsterdamu i innych większych miast w Holandii, co zostało szybko potwierdzone przez władze lokalne.

Komercyjna uprawa konopi pozostała z drugiej strony nielegalna, chociaż zdepenalizowano przy tym uprawę na własny użytek do 5 roślin, które mogą jednak w niektórych okolicznościach zostać skonfiskowane przez policję. Za większe uprawy grozi w Holandii grzywna, której wysokość zależy od liczby roślin.

Do nowej ustawy krytycznie ustosunkował się prokurator generalny, a także ministerstwo zdrowia. Holenderskie media wskazują, iż ustawa ma małe szanse zostać zatwierdzona przez senat, gdyż większość mają w nim konserwatyści.

Jak skomentował to wydarzenie dla AP Joachim Helms, przewodniczący Związku Coffee Shopów: To dobra wiadomość dla przemysłu coffee shopowego, ponieważ jeśli ustawa przejdzie przez senat, zakończy to wiele problemów wynikających z braku przejrzystości i normalności.

Helms wydaje się mieć na myśli to, że pomimo quasi legalnego statusu marihuany w Holandii, uprawa i dostawa produktu do coffee shopów musiała się latami odbywać w nielegalny sposób.

Źródło: BBC

The Love Witch (2016)

the-love-witch-poster

Anna Biller zadebiutowała w 2007 z fascynującym neoeksploitem Viva – feministyczną satyrą na rewolucję seksualną w formie hołdu dla filmów Russa Meyera z przełomu lat ’60/’70. Film nie przedarł się do masowej publiczności, ale stał się małym hitem w środowisku fanów kina eksploatacji, których apetyt na wszelkie próby rewitalizacji niskobudżetowej konwencji rósł w miarę oglądania kolejnych odpałów Tarantino i Rodrigueza (projekt spółki pt. Grindhouse miał premierę w tym samym roku).

The Love Witch nadszedł po długiej przerwie, w trakcie której artystka miała dużo czasu na doskonalenie stylu, który na ekranie rozkwitł do prawdziwie gargantuicznych rozmiarów. Biller podjęła się ponownie niemal wszystkiego, rezygnując tylko z grania głównej roli, własnoręcznie projektując kostiumy, pisząc scenariusz, a także reżyserując, montując i produkując swoje dzieło, które całkowicie zaskoczyło krytyków swoim autorskim pazurem.

Film Biller nie jest łatwy w odbiorze, pomimo tego że zostaje „sprzedany” pod misterną retro fasadą – dwuwymiarowego w teorii – kina klasy B, czerpiąc z giallo (fascynacje żółtym thrillerem stają się absolutnie jasne, gdy sprawdzimy ścieżkę dźwiękową), cultsploitation, sexploitation i drugsploitation, co może łatwo zmylić mniej czujnych widzów.

Bebechy to jednak coś zupełnie innego – przewrotna, feministyczna satyra na współczesne pogaństwo z wiccą na czele (w swojej kalifornijskiej wersji), potęgę seksu, kobiecą drapieżność, męską bezradność, a przede wszystkim na psychologiczne rozbicie osobowości, doprowadzające do zawieszenia w świecie kompulsywnych marzeń-życzeń, kreujących potężną, magiczną siłę (dosłownie i w przenośni), która nie jest jednak w stanie zapełnić wewnętrznej pustki i ostatecznie prowadzi do tragedii.

Tytułowa Wiedźma Miłości, Elaine (grana przez piękną Samanthę Robinson), to młoda wiccanka, którą poznajemy w drodze z San Francisco na południe stanu, gdzie ma ona nadzieję rozpocząć nowe życie po świeżo zerwanym związku z pewnym mężczyzną (w jej myślach widzimy, jak pada on na podłogę pod wpływem trucizny).

Szczęśliwie się składa, że Elaine ma tam przyjaciółkę, która zaoferowała jej miejsce w swoim domu pod jej nieobecność… a także usługi dekoratorki wnętrz potrafiącej przeobrazić stary, wiktoriański budynek w prawdziwy okultystyczno-wiccańsko-tarotowy raj z tapetami wyjętymi żywcem z Vampyros Lesbos, dębowymi szafkami na magiczne eliksiry i obrazami, których nie powstydziłby się alchemik ze Świętej góry.

Elaine szybko odnajduje się w lokalnej społeczności, wystawiając swoje magiczne eliksiry na sprzedaż w sklepie dla wiedźm, odświeżając znajomość z operującym w okolicy wiccańskim covenem, a także rzucając miłosne uroki na spotkanych przez siebie mężczyzn, którzy jeden po drugim okazują się jednak zbyt wrażliwi na jej silną pozę i niepohamowaną żądzę spełniania męskich pragnień (Elaine czuje, że jej obowiązkiem jako kobiety jest dawanie mężczyznom pełni szczęścia).

Mentalna słabość rodzaju męskiego nie czyni oczywiście Elaine zbyt szczęśliwą, która roztacza przed swoimi ofiarami wizję zaspokojenia wszystkich pragnień, używając legendarnego wywaru z bielunia dziędzierzawy, aby wprowadzić ich w świat magii seksualnej i przywiązać do siebie na zawsze, co zawsze kończy się jednak u nich rozczarowującym załamaniem nerwowym.

Ideał silnego samca okazuje się nadzwyczaj trudny do znalezienia, aż nasza wiedźma nie spotka na swojej drodze lokalnego policjanta, który prowadzi śledztwo w sprawie nielegalnie pogrzebanego na terenie swojej posiadłości profesora lokalnego uniwerystetu i wpada wprost w jej sidła, próbując dowiedzieć się, czy miała ona z tym cokolwiek wspólnego.

Jednocześnie, w trakcie kolejnych podbojów erotycznych Elaine, wypełnionych komediowym ładunkiem, scen wiccańskich rytuałów – dość realistycznie swoją drogą zainscenizowanych – barowych pogawędek i konnych przejażdżek, Biller w gęstych oparach absurdu mierzy się z istotnymi problemami męsko-damskiego świata i post-patriarchalnej kultury, których próżno szukać w innych filmach niezależnych.

Dlaczego seks jest elementem kontroli? Czemu tak łatwo ogłupić mężczyzn? Czemu kobiety padają ofiarą patologicznych marzeń o miłości? Dlaczego magia i neopogaństwo są bliżej mainstreamu niż nam się to wydaje? W jaki sposób maskujemy własne słabości? Czy da się obłaskawić ludzki strach? A także dlaczego kochamy kultywować kłamstwo? Ten erotyczno-psychologiczny tour de force może was całkowicie powalić z nóg, jeśli lubicie mierzyć się z nieoczywistym pod powierzchnią oczywistego.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Love Witch
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4,5/5

Hunter S. Thompson demaskuje demokrację, wdając się w wymianę ognia ze swoim sąsiadem

Hunter S. Thompson był wielkim adwokatem prawa do posiadania broni, z czego korzystał z ochotą, strzelając na Owl Ranch do wszystkiego co popadnie (głównie do tarczy, butelek i innych przedmiotów), choć jego bliskie grono twierdzi, że najlepszym strzelcem nie był.

Zawsze zadziwiało mnie, że ktoś tak niewyćwiczony w użyciu broni palnej jak Hunter, może być tak w niej zakochany. Hunter był dobrym atletą, a jego koordynacja wzrokowo-ruchowa zawsze zdawała się wystarczać do innych zadań.

Ale w trakcie tych wszystkich lat, w których strzelałem razem z nim i patrzyłem jak strzela, nigdy nie zauważyłem, żeby trafiał w cel, szczególnie z dystansu – pisze długoletni przyjaciel pisarza, Ray Cowan, w swojej znakomitej biografii Hunter S. Thompson: An Insider’s View of Deranged, Depraved, Drugged Out Brilliance.

Poniższy klip, zatytułowany Wieczór na Owl Farm, łapie HST na wymianie ognia z sąsiadem, którego posiadłość graniczyła z Owl Farm (pisarz rzadko żywił ciepłe uczucia do swoich sąsiadów)… to gratka dla fanów, bo pomiędzy salwami z Lugera pisarz znajduje czas, żeby ujawnić swój libertariański stosunek do  amerykańskiej demokracji:

Jeśli ten sukinsyn chce tu psioczyć o swoich krowach i strzelać do mnie, wtedy… to nasz kraj. Nie ich. To nie jest własność bandy sprzedawców używanych samochodów z południowej Kalifornii.

Ludzie, którzy napisali Deklarację Niepodległości i Konstytucję, byli dobrymi ludźmi. To dobre miejsce. Oto jesteśmy w samym jego centrum, na szczycie góry. W demokracji musisz być graczem.

Zobacz klip

Colorado zarobiło $1,3 mld na marihuanie w 2016!

Sektor marihuanowy w Colorado pobił rekord w 2016, jak informuje Stanowy Departament Podatków Dochodowych. Punkty sprzedaży zanotowały w zeszłym roku obrót w wysokości $1,3 mld na sprzedaży marihuany medycznej i rekreacyjnej.

Marihuanowy rynek w stanie Colorado wykazuje jak na razie roczną tendencję wzrostową. W 2014, który był pierwszym rokiem legalizacji marihuany, sprzedawcy zdołali sprzedać produktów konopnych (kwiatostanów, koncentratów i produktów żywnościowych) wartych $699,2 mln. Rok później było to $996,2 mln, a w 2016 $1,3 mld.

Colorado miało naprawdę dobry okres, bo było pierwszym stanem, który wszedł na nowy rynek. Ale ze względu na to, że marihuanę zalegalizowano w międzyczasie gdzie indziej, niektóre z aktualnych, zewnętrznych korzyści, zostaną podkopane – mówi Miles Light, ekonomista z Marijuana Policy Group, firmy konsultingowej pracującej w sektorze marihuanowym.

2016 był rokiem, który pobił rekord $100 mln obrotu na marihuanie miesięcznie z bardzo zielonym latem (lipcem, sierpniem i wrześniem), które zostawiło w kasach punktów sprzedaży $376,6 mln. Ostatecznie, 8 z 12 miesięcy przekroczyło tę magiczną barierę, z grudniem, w którym zanotowano obrót warty $114,7, co oznacza 13% wzrost w skali rocznej.

Ale trzeci rok legalizacji przyniósł także pierwsze problemy. Widzimy stały wzrost liczby pacjentów i klientów, ale wyniki sprzedaży są raczej płaskie – mówi Sally Vander Veer, właścicielka Medicine Man, jednego z największych punktów sprzedaży w Denver.

sour_diesel_bud
Sour Diesel

Jak mówi Light, jest to wynik zmniejszającej się roli marihuanowej turystyki, która w 2016 zaczęła wracać do normy. Odwiedzający stan kupowali mniej marihuany niż rok wcześniej czy dwa lata temu i można się spodziewać, że ze względu na legalizację marihuany w innych stanach, przede wszystkim w Oregonie i Kalifornii, Colorado będzie musiało coraz bardziej polegać na popycie wewnętrznym.

Podatki od sprzedaży marihuany zapewniły fiskusowi w zeszłym roku przychód w wysokości $199 mld, wspomagajac budowę szkół, szpitali i płacąc za sprzęt, z którego korzysta policja.

Conradino Beb

 

Źródło: The Cannabist

"Nigdy nie było dla mnie wystarczająco dziwnie." – Hunter S. Thompson