Archiwa tagu: Aleister Crowley

Kontrkulturowy Tarot Williama Haigwooda

Jak pisze Aleister Crowley w The Book Of Thoth: Tarot ilustruje przede wszystkim Drzewo Życia w swoim uniwersalnym aspekcie, ale również komentarz dotyczący konkretnej fazy Drzewa Życia, na który osoby obarczone strzeżeniem rasy ludzkiej zwracają szczególną uwagę w momencie produkcji danej, autoryzowanej talii kart. Strażnikom jest zatem dozwolona zmiana charakteru talii, gdy wydaje się to dobrym pomysłem. Tradycyjna talia została i tak poddana niezliczonym modyfikacjom, zaadaptowanym dla wygody.

Zdając sobie sprawę z niezwykłej elastyczności Tarota jako narzędzia amerykański fotograf i dziennikarz William Cook Haigwood stworzył internetowy projekt, który nazwał Tarotem Kontrkulturowym. Weteran burzliwych lat ’60, długoletni pracownik Berkeley Daily Gazette, fotografował i opisywał amerykańskie protesty studenckie w okresie 1964-72 produkując tym samym masę interesującego materiału. Haigwood ukończył wydział filmowy na Uniwersytecie Stanowym Humboldta i wyreżyserował dokument na temat słynnej anarcho-feministki Emmy Goldman w 1977.

Kilka lat temu, zainspirowany książką Theodore’a Roszaka Fool’s Cycle/Full Cycle: Reflections on the Great Trumps of the Tarot, Haigwood postanowił jednak nadać swojej pracy magiczny wymiar i stworzyć talię Tarota, która odmalowywałaby kontkulturę lat ’60 nie w terminach historycznych, ale magicznych, kosmicznych jako cykl symbolicznych oscylacji. Jak pisze sam Haigwood: Kompleksowa i starożytna struktura Tarota reprezentuje kontinuum egzystencji, w którym żadne doświadczenie nigdy się nie kończy. W momentach wzmożonej refleksji interpretujemy oczywiste fakty naszego życia poprzez poezję i metafory, w zwierciadle popularnych piosenek, zasłyszanej homilii, lub fantastycznych czy fikcyjnych wyobrażeń.

Poniżej kilka z Wielkich Arkanów:

magician_I

Empress_III

Justice_IX

devil_XV

judgment_XX

Długi lot metafizycznego anarchisty – Conradino Beb rozmawia z Dariuszem Misiuną

W pewien piękny listopadowy poranek siadłem sobie do rozmowy z Dariuszem Misiuną – socjologiem, rebeliantem, metafizycznym anarchistą, filarem polskiego undergroundu, człowiekiem-legendą polskiej sceny wydawniczej… który jako właściciel założonego w 2001 wydawnictwa Okultura nieprzerwanie wzbogaca krajowy rynek o bezcenne pozycje z kategorii kontrkultury, współczesnego okultyzmu, kultury psychedelicznej oraz idei wywrotowych. Naprawdę nie ma w Polsce drugiego takiego wydawnictwa!

Mimo że DUŻE media nadały Darkowi w późnych latach ’90 etykietkę „czarnego papieża”, zatrwożone promowaną przez niego myślą, była to w dużej mierze część nieszczęśliwego kursu polskiego establishmentu w stronę bezwzględnego zamordyzmu, którego wraz z wieloma innymi osobami padł ofiarą, a który w ostatnim czasie osiągnął swoją kulminację. Jednak nawet w obliczu zbliżającego się końca świata, gigantycznego kryzysu ekonomicznego i anomalii piętrzących się na polskiej scenie politycznej, OKULTURA ma się lepiej niż kiedykolwiek, gdyż siła optyzmizmu jest w stanie przenosić góry i podbijać kosmos. Poniższy wywiad zbiegł się szczęśliwie w czasie wraz z oddaniem do druku 3. numeru kultowego pisma Trans:Wizje!

Conradino Beb: Ciężko się składało trzeci numer Trans:Wizji?

Dariusz Misiuna: Oddawanie pisma do druku zawsze wiąże się z pokaźnym wydatkiem energetycznym, ponieważ nie wszystko można kontrolować i w dużej mierze trzeba improwizować. Ot, na przykład rola czynnika X, tego co nieprzewidziane w procesie twórczym, okazuje się nie do przecenienia. Tym razem mieliśmy w redakcji grypę i zapalenie płuc, tak więc trzeci numer Trans:Wizji dosłownie wycisnął z nas siódme poty.

Conradino Beb: Ale będzie za to lepszy od poprzednich numerów?

Dariusz Misiuna: Nie mnie to oceniać. Będzie na pewno inny, bardziej spójny. Pracując nad poprzednimi numerami bawiliśmy się światem znaczeń. W pierwszym numerze tematem przewodnim była transformacja, pod którą podpięliśmy zarówno zjawiska odnoszące się do modyfikacji ciała i świadomości, jak i te związane z samym procesem twórczym. Drugi numer był poświęcony transgresjom i rownież dotyczył szerokiego wachlarza zjawisk. Obecny numer, dotyczący psychoszamanizmu, w 90% skupia się na szamanizmie psychodelicznym, kulturze psychodelicznej i badaniach nad psychodelikami. Jest więc bardziej wyrazisty, ale też pewnie mocniej specjalistyczny. Nie było jeszcze na rynku polskim publikacji, oddającej głos ludziom, którzy są „profesjonalistami od psychodelików”. Myślę, że nowy numer dobrze wypełni tę lukę.

Conradino Beb: No wlaśnie, ciekawą sprawą jest, że Trans:Wizje raczej nie są pismem przystępnym poruszając wiele tematów na poziomie akademickim czy wręcz ezoterycznym, a jednak zainteresowanie jest ogromne. Długo nie bylo na polskim rynku tego typu pisma, prawda?

Dariusz Misiuna: Mogę się tylko uśmiechnąć. Wydaje mi się, że przynajmniej część osób zainteresowanych szeroko pojmowanymi marginaliami kultury lubi kiedy docenia się inteligencję czytelników. Trans:Wizje nie są wprawdzie pismem naukowym, ale nie zamierzamy też traktować podejmowanych tematów po „łebkach”. Pisma, które tak robią, kopią sobie własny grób na podglebiu Internetu. Chcemy prowokować do myślenia. Nie podejmujemy tematów doraźnych. Nie powielamy njusów. Szukamy tego, co nieoczywiste w obszarze kultury. Tego, co pulsuje w jej tkance. Cieszy nas to, że nie nadajemy w głuszy, że są ludzie, którzy chcą nas czytać. Wielu z nich staje się później naszymi współpracownikami. Pewnie, niemały wpływ na ten rezonans ma fakt, że przy okazji wydawania kolejnych numerów pisma organizujemy mini-festiwale.

Conradino Beb: Coś sie faktycznie dzieje na polskiej scenie czytelniczej w ostanich, powiedzmy dwóch latach. Wygląda to trochę na efekt zmęczenia masowym kursem, obranym przez wszystkie niemal polskie segmenty medialne na początku nowego stulecia. Osobiście widzę w tym zapowiedź powrotu fantastycznej energii początku lat ’90, kiedy panowała ta radosna atmosfera tworzenia, poczucie że wszystko jest mozliwe… choć dużo sie od tego czasu zmieniło, nieprawdaż?

Dariusz Misiuna: Żyjemy w zupełnie innych czasach. Okres przełomu lat ’80 i ’90 to był w Polsce karnawał. Wszystko wydawało się możliwe. Braliśmy sprawy w swoje ręce. Tzw. trzeci obieg, czyli różne fanziny związane ze sceną HC/punk, art ziny oraz pisma anarchistyczne, był potężniejszy od całej suto sponsorowanej prasy solidarnościowej. Codziennie odbywały się demonstracje, koncerty, przeplatane szalonymi podróżami po kraju i balangami. Obecnie jest całkiem inaczej, choć wyraźne jest poczucie, że tak dłużej być nie może. Jednak nie wydaje mi się, abyśmy mieli do czynienia z rozkwitem inicjatyw wydawniczych. Wręcz przeciwnie. Wszystko raczej zwija się w stronę Internetu. Pytanie tylko, co czeka nas za rogiem? Eksplozja czy implozja? Nie wiem. Nie sposób nic przewidzieć. Trzeba więc „robić swoje”.

Conradino Beb: Jaki jest wiec sens wydawania jakościowego pisma papierowego w erze digitalizacji, kiedy większość tradycyjnych mediów dokonuje dynamicznej migracji online?

Dariusz Misiuna: Jest. Internet wciąż niesie ze sobą pewne ograniczenia. Czytanie długich tekstów bywa mało wygodne. Nie sposób nacieszyć się całym kontekstem związanym z papierową edycją: dotykiem, szelestem papieru, zapachem, przestrzenią ilustracyjną. Myślimy o T:W bardziej jak o mini-albumach dostarczających mocy inspiracji. Nasz przykład dowodzi, że jeśli dostrzega się inteligencję czytelników, otrzymuje się w zamian ich uwagę.

Conradino Beb: A uwaga jest tym co się liczy, poza sferą pieniędzy… to trochę takie wydawnicze ZEN. Kiedy zakładałeś OKULTURĘ w 2001 mialeś jednak tą samą ideę – oprócz realiów ekonomiczno-społecznych w twoim podejściu do wydawania książek czy magazynów niewiele się chyba zmieniło?

Dariusz Misiuna: Wydaję to, co lubię. Początkowo przyświecała mi jeszcze misja, by wypełnić pokaźną lukę istniejącą na polskim rynku w zakresie tekstów źródłowych z pogranicza kontrkultury i zachodniej tradycji ezoterycznej. W ciągu kilkunastu lat sytuacja uległa znacznej poprawie. Inne wydawnictwa podjęły za nami ten temat. Dlatego wpadliśmy na pomysł by robić dwa pisma: Hermaion – poświęcony naukowym badaniom ezoteryki oraz Trans:Wizje – pismo psycho-aktywne. Lubię ciągłe wyzwania. Nie dla mnie spoczywanie na laurach ani zjadanie resztek ze stołu kultury. Pieniądze w tym wszystkim mają znaczenie drugorzędne. Liczą się tylko po to, by móc realizować wizje.

Conradino Beb: Ale rynek polski robi się mimo wszystko coraz cięższy. Coraz wiecej wydawców drży na myśl o wydaniu czegoś ryzykownego. Faktem jest, że przyczyna leży bardzo często w ograniczeniu ich własnych gustów, ale dokłada się do tego dyktat hurtowni, wolno spływające pieniądze za towar i wysokie podatki na produkty drukowane, czyż nie?

dariusz_misiuna_promo_shoot

Dariusz Misiuna: Nikt nie mówił, że będzie lekko. Czytelnictwo gwałtownie spada, choć cierpią na tym głównie wielcy wydawcy, publikujący „mydło i powidło”. Na dodatek, wciąż kuleje rynek dystrybucyjny. Wielcy hurtownicy dyktują swoje warunki. Na płatności trzeba nieraz czekać dłużej niż pół roku. Jedyną drogą wyjścia jest sprzedaż bezpośrednia przez Internet oraz kontakt z małymi księgarniami, zainteresowanymi czytelnikiem. W takich galerio-kawiarnio-księgarniach upatruję nadzieję i alternatywę wobec książkowych supermarketów. Wiele zależy też od czytelników, czy będą wspierać EMPiK, Matras i innych potentatów nie sprzyjających rozwojowi rynku książek, czy też zechcą chodzić do małych księgarń lub kupować książki bezpośrednio od wydawców.

Conradino Beb: Taka jest prawda! Wielcy dyktują warunki, a mali albo sie podporzadkowują zakładając sobie stryczek na szyję, albo znajdują własne kanały dystrybucji. Na Zachodzie jest tak w zasadzie od późnych lat ’60. Można mówić o kulturze nisz, które oferują własne produkty tematyczne, dystrybuowane bezpośrednio do zainteresowanych. W ten sam sposób dzialała zresztą polska scena zinowa w latach ’80 i ’90. Internet jednak przywrócił pewną równowagę, gdyż każdy jest teraz w stanie znaleźć dokładnie to, co go interesuje. Okultura się jednak dobrze odnajduje w nowym cyfrowym świecie?

Dariusz Misiuna: Jesteśmy tu od początku czyli od połowy lat ’90. Już wtedy pojawiła się strona Okultury, pierwotnie z moimi tekstami. Osobiście, lubię skracać dystans. Nie potrzebuję skomplikowanej instytucji i fanfaronady. Mam gorący temperament i lubię działać pod wpływem natchnienia. Internet to ułatwia. Wpisuje się też dobrze w naszą wizję jak najmniejszego „zapośredniczenia”. Połowa nakładu naszych książek sprzedaje się przez nasz sklep internetowy, co czyni nas swego rodzaju fenomenem. Niemniej, wiem, że czeka nas jeszcze bardzo dużo wyzwań. Ot, choćby praca nad nową stroną, przekształcenie jej w portal, dodanie dwujęzyczności itd.

Conradino Beb: Fanpejdż fejsbukowy tez jest tłumanie odwiedzany i lajkowany?

Dariusz Misiuna: To prawda. Zresztą Facebook niemal całkowicie pożarł media społecznościowe. Posiada wygodną formułę i jest mało anonimowy. Cieszy nas, że profil facebookowy Wydawnictwa Okultura i Trans:Wizji jest tłumnie odwiedzany. A jednocześnie pozytywnie zaskakuje to, że w Internecie cieszymy się większą popularnością od wielkich wydawnictw.

Conradino Beb: Bo w Internecie wszyscy sa równi… zadziwia, jak dobrze broni się to medium mimo wysiłków zduszenia niezależnej myśli i twórczych inicjatw – przejęcia pałeczki przez wielkie korporacje medialne… ale wskoczyło mi właśnie do głowy inne pytanie: czy nie czujesz się czesto ograniczony w swoich manewrach wydawniczych wiedzą i horyzontami własnych czytelników?

Dariusz Misiuna: Nie. Z prostego względu – wydaję to, co lubię. Nie targetuję Okultury pod kątem jakiejś grupy czytelniczej. Zakładam, że mam do czynienia z inteligentnym, otwartym odbiorcą, nie do końca pogodzonym z zastaną rzeczywistością i otwartym na zmiany. Oczywiście, miewałem chwile zwątpienia, zwłaszcza na początku naszej działalności wydawniczej, kiedy byliśmy kojarzeni z hardcore’owym okultyzmem. Zdarzały się wtedy kontakty z czytelnikami, dla których okultyzm pełnił rolę substytutu wiary. A mnie nigdy nie interesowało serwowanie komukolwiek jakiejś sztywnej mapy rzeczywistości.

Z biegiem lat Okultura rozpostarła jednak skrzydła obejmując swoją działalnością znacznie szersze spektrum wiedzy. Dzięki temu zaczęli też do nas „napływać” bardziej inteligentni, ciekawi świata czytelnicy. Z wieloma z nich zadzierzgnąłem znajomość, która czasami przeradzała się w przyjaźń lub współpracę. I to jest właśnie najfajniejsze w tej działalności, że prowadząc małą firmę, posiadającą solidne oparcie w Internecie, czujesz ten obieg energii ze swymi czytelnikami i tworzysz coś więcej aniżeli ksiażki. Pojawia się pewna wartość dodana – wspólnota.

Rzecz jasna, minimum dystansu bywa przydatne dla higieny psychicznej i ekonomizowania czasu. Inaczej, wydając książki o seksie, narkotykach i okultyzmie, można by się totalnie pogrążyć w ekscesie. Reasumując ten przydługi wywód, przyznam że dla mnie ta praca – która czasami bywa bardzo mozolna – to przede wszystkim fantastyczna przygoda, w której istotną rolę pełni cały proces wydawniczy, od kreowania wizji, poprzez ich materialne manifestacje, skończywszy na relacjach z czytelnikami.

Conradino Beb: Ale poznałeś legendarnego Andrzeja Urbanowicza, gdyż byłeś w swoim czasie jedynym tłumaczem Crowleya na język polski… czyli pewna fama wisiała nad tobą dosyć długo. Do dzisiaj jesteś kategoryzowany jako naczelny prorok mroku na polskiej scenie wydawniczej, he?

Dariusz Misiuna: Andrzeja poznałem w 2000 roku w Gardzienicach, w teatrze Staniewskiego. Pracował tam mój kumpel Joystick, który kilka lat wcześniej zrobił pierwszą Okulturową stronę z moimi przekładami i tekstami. Po spektaklu Metamorfozy wg Apulejusza odbyło się spotkanie aktorów z Urbanowiczem, podczas którego wygłosił on wykład na temat nowej ery, w której dominującą rolę odgrywa archetyp Dziecka. Wspominał w nim o wizjach Crowleya i przy tej okazji wyszło na jaw, że wśród słuchaczy znajduje się tłumacz książek Aleistera Crowleya. Sprezentował mi swój album, a ja mu przełożoną przeze mnie Principię Discordię.

Co do drugiej części pytania, odpowiedź brzmi tak. W latach 90-tych faktycznie uchodziłem za polskiego „czarnego papieża” z racji tego, że jako jedyny pisałem artykuły o Crowleyu i mrocznych odłamach okultyzmu. Czarowałem też wydawców, by publikowali przekłady jego książek. Jednak nie był to zaszczytny tytuł w kraju, gdzie nonkonformizm posiada diabelskie oblicze, nie za bardzo mi pasował i mocno mnie ograniczał.

Conradino Beb: Czarowaleś… dobrze 🙂

Dariusz Misiuna: Sam siebie zaczarowałem! Z Crowleyem jest taki problem, że choć dostarcza wielu fantastycznych technik na przezwyciężanie społecznych uwarunkowań i psychologicznych programowań, sam stwarza tak kompletny system, że łatwo potraktować jego świat jako doskonałą iluzję wypełniającą przestrzeń doświadczenia. A mnie jednak zawsze najbardziej interesowało doświadczenie wewnętrzne, życie jako wyzwanie, przygoda, eksperyment. Nie zaspokajanie się dogmatami, jakkolwiek rewolucyjnie, luzacko czy buntowniczo by one się nie prezentowały. Życie jest kolorowe, a nie czarne lub białe.

Conradino Beb: Fantastycznie! Rozszerzasz więc działalność na ogólne pole kontrkultury, myśli niepokornej i kultury psychedelicznej, żeby wyjść z mrocznej szufladki, a jednocześnie dać czytelnikom do zrozumienia, ze w życiu jest wiecej sposóbów na zabawę, niż odprawianie rytualów mniejszego pentagramu w czarnym worku na głowie i udawanie przed lustrem, że życie toczy się 24 godziny na planie astralnym. Czujesz się trochę dekonstrukcjonistą tej calej okultystycznej bzdury, która się w Polsce przyjęła jako obowiazujący model?

Dariusz Misiuna: Nie wiem czy bzdury, raczej bajki. Każdy ma prawo żyć według swojej bajki, ale to z pewnością nie moja formuła poetycka na życie. Interesują mnie twórcze odloty. Moją świątynią jest świat. Kręgiem magicznym jest przestrzeń sztuki i jej relacji z otoczeniem społecznym. Nie jest to zresztą takie odległe wobec crowleyowskiej definicji magii sformułowanej na łamach Magiji w teorii i praktyce. Ten wymiar fenomenologiczny jest tam bardzo wyraźnie zarysowany, niestety później tonie w mętach neoplatońskiej hierarchii. Widzisz, sam latałem w dziwnych ciuszkach uwalniając istoty z innych wymiarów. I rozumiem, że inni mogą odnajdywać w tym radość, szczególnie jeśli posiadają skłonność do fetyszyzmu oraz teatralizacji. Jednak obecnie najsilniej działa na mnie energia życia codziennego, którą przenika magia. Wystarczy tylko uwrażliwić się na nią i szerzej otworzyć oczy.

Conradino Beb: Niewymuszona (naturalna) działalność bez żądzy rezultatu jest najsilniejszym dzialaniem magicznym i nie trzeba do tego siedzieć w ciemnym pokoju probując oddzielić swój uduchowiony umysł od ciała, by mógł spotkać się z Wielkim Cthulhu… faktycznie, widać tu pewien neoplatonizm. Zresztą o czym my w ogóle mówimy, większość z tych domorosłych magów ślęczy obecnie 18 godzin na dobę przed komputerem wyszukując mroczne ikony, pod którymi mogą siedzieć na forach i prezentować się na Facebooku. Nie są zwykle zdolni do przełamania granicy pomiędzy poszukiwaniem wizerunku, a prostymi faktami życia. Zdaje mi się, że magia często bywa niczym więcej niż duchowym snobizmem. A jak z tobą, zdążyłeś go porzucić?

Dariusz Misiuna: Chyba musiałem być nieświadomym snobem, skoro go porzuciłem. A tak na serio, to mnie kwestia ornamentunku okultystycznego interesowała może przez pierwsze dwa lata. Nie dłużej. Jedyne przejawy mojego snobizmu objawiały się w pewnej skłonności do kupowania tajemniczych ksiąg w zdobionej oprawie. Ale nawet to nieszczególnie długo mnie trzymało. Myślę, że mam w sobie pewien rys antyspołeczny, przejawiający się w tym, że nie lubię tego, co modne, a wręcz czuję natychmiastowe znudzenie tym, co staje się modne. Kiedy Crowley stał się Polsce popularny, zacząłem postrzegać go jak starą raszplę. Owszem, nadal dostrzegam jego dawny urok, jak również doceniam jego geniusz, niemniej utraciłem fascynację całym budowanym wokół niego sztafażem. Faktycznie, jest w tym coś jasełkowego.

Conradino Beb: Anarchistyczne korzenie nigdy nie odeszły w przeszłość?

Dariusz Misiuna: Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Metafizyczna anarchia to wciąż dla mnie najbliższa formuła mitopoetycka.

Conradino Beb: A jak się anarchista, byly crowleyowiec, psychonauta odnajduje w brutalnych realiach IV RP?

Dariusz Misiuna: Dobrze. Konrad, przecież ta społeczna szopka to bzdura. Najwięcej prawicowych ustaw wprowadziły lewicowe rządy. Najbardziej zamordystyczni są tzw. liberałowie. Fakt faktem, że żyjemy w coraz bardziej opresywnym otoczeniu społecznym, które tylko czasami podsuwa nam lizaki, byśmy lepiej się z tym czuli.

Conradino Beb: Bronisz się przed ekspansją faszyzmu optymizmem?

Dariusz Misiuna: Jest kryzys, wszystko się sypie, pojawia się więc też i tęsknota za spójnym światem. A spójność można wytworzyć tylko kosztem wykluczenia, tylko poprzez grubo zakreślone granice. Tak właśnie rodzi się faszyzm. Jednak nie demonizowałbym tego zjawiska, skoro wielcy obrońcy narodu to często narkonaziści i dziwkarze. Spójność zapewniają im tylko fantazmaty, a nie praktyka życiowa.

Z drugiej strony straszenie ekstremami jest na rękę obecnej władzy, która bardzo chętnie dolewa oliwy do ognia. Dzięki temu jawi się przecież jako jedyny gwarant normalności i spokoju! Bardzo polecam lekturę komiksu Transmetropolitan. Warrenowi Ellisowi udało się uchwycić ten mechanizm polityczny robienia ludzi w balona poprzez polityczną ustawkę i grę złudzeniami.

Conradino Beb: Ale wladza demoralizuje – nawet, jeśli dzisiejsza polityka nie sprawuje już żadnej władzy nad procesami ekonomicznymi – i pojawia sie oczywiste pożądanie, żeby narzucać społeczeństwu coraz więcej krzywdzących, absurdalnych praw, które mają ograniczyć zdolność obywateli do partycypowania w „procesie demokratycznym”. Polska zaczyna trochę przypominać Republikę Delegalizacji Wszystkiego, nie sądzisz?

Dariusz Misiuna: Tak. Bo tak jest najłatwiej. Jeśli jest problem, prościej jest nie mierzyć się z nim, tylko go odcinać. Wiara, że można zaradzić czemuś poprzez zaostrzanie prawa to rodzaj myślenia magicznego – przekonania, że prawo zadziała jak klątwa. Nic bardziej mylnego. Życia społecznego nie da się kontrolować totalnie, nawet jeśli wszędzie postawimy kamery, a obywateli zaobrączkujemy w elektroniczne kajdanki. Największy problem w tym, że ludzie chcą tego, ponieważ najistotniejsza w ich życiu jest potrzeba bezpieczeństwa. Są przekonani, że to nie oni rezygnują z wolności, tylko ci, którzy w jakiś sposób im zagrażają. I tak oto zaciska się pętla samoograniczeń. Myślę też, że w tym procesie istotny aspekt odgrywa tzw. postęp techniczny i jego związki z biznesem. Na kontrolowaniu ludzi można przecież nieźle zarobić.

Conradino Beb: W Polsce wygrywa chyba na tym bardziej rozrośnięta administracja państwowa: policja, sądy i więziennictwo… chociaż z drugiej strony im bardziej skomplikowana sprawa, tym szybciej oprawcy chcą umyć ręce i pójść do domu, bo nie chce im się robić użytku ze wszystkich narzędzi konstytucyjno-technicznych, które maja do dyspozycji. Preferują raczej wybieranie tych najprostszych, godzących np. w nastolatkow, których złapano z jointem w parku, a nie lobbystów, przekupujących posłów i senatorów. Czyż nie?

Dariusz Misiuna: Oczywiście. Rozumiem, że nawiązujesz do polityki prohibicyjnej państwa. Cóż, to jednak tylko wierzchołek góry lodowej i choć uważam prawo do spożywania tego, czego się chce, za coś absolutnie elementarnego, nie wydaje mi się by był to największy problem społeczny.

Conradino Beb: Chciałbym, żebyś sie ustosunkował do problemów w Polsce gradacyjnie… a największym z nich nie jest chyba palenie trawy, co? GMO? Wysokie podatki? Mandaty za picie piwa w parku? Korupcja w mediach i w parlamencie? Niemozność skonstruowania pierdolonych autostrad?

Dariusz Misiuna: Żaden z partykularyzmów. Cały system misternie tka iluzję funkcjonalności, a jest kompletnie nieżyciowy. Zapewnia dobry byt tylko ludziom, którym się zdaje, że go kreują. Zresztą, o czym my gadamy, Konrad, przecież Polska nie istnieje, to tylko złudzenie podzielane przez 40 milionów ludzi.

Conradino Beb: Baudrillard?

Dariusz Misiuna: …is dead! Ale przynajmniej miał coś ciekawego do powiedzenia na temat ściemy społecznej. Może za wcześnie, bo jednak w epoce rozkwitu jego myśli jakieś tam formy społeczeństwa jeszcze istniały. Ale państwa narodowe to bzdura. Może w Ameryce Południowej spełnia się ta formuła, a to paradoksalnie dzięki kontynentalnemu internacjonalizmowi. To zresztą pewien paradoks – im bardziej zglobalizowane poszczególne społeczeństwa, tym silniejsza w nich iluzja narodowości.

Conradino Beb: Nie musisz dwa razy powtarzać, słyszę cię. Ale gdzie my zdążamy? Przyszłość będzie bardziej cyberpunkowa czy będzie raczej wyglądała, jak IV Rzesza Międzynarodowa?

Dariusz Misiuna: Może jedno i drugie. Cyberpunk w realiach międzynarodowej IV Rzeszy. Tak czy inaczej, jakiekolwiek tendencje będą wywoływać kontrtendencję, tak więc nawet w sytuacji IV Rzeszy pojawią się oazy wolności lub iluzje wolności, wyspy szczęśliwe, powroty do natury i do cudów naturalnego umysłu.

Conradino Beb: Wypiję za to…mądrości Williama Gibsona i Davida Cronenberga, choć tak naprawdę Burroughs.

Dariusz Misiuna: Grzybowe bad tripy.

Conradino Beb: Dokładnie, przyszlość jako kwasowy bad trip. A tymczasem nadchodzi 3. Festiwal Trans:Wizji. Dużo ludzi się zjawi?

Dariusz Misiuna: Pełna sala. Niestety, sporo osób odeszło z kwitkiem. Trochę przerosło nas zainteresowanie. Być może to czas na zmianę formuły. Najwyraźniej udało nam się wpaść na dobry pomysł organizacji festiwali podczas premier kolejnych numerów pisma. Festiwali łączących sztukę performance z warstwą audiowizualną, mocno zresztą transową. Zawsze jest to też okazja do fantastycznej wymiany energetycznej. Czyli święto!

Conradino Beb: Rośniecie, więc pora na zmianę formuly. To zresztą jedyne tego typu wydarzenie w Polsce, organizowane w starej dobrej tradycji jednoczenia środowiska… wypić lampkę wina, zapalić bata, wyrwać jakąś mroczną gotkę. Jaki rodzaj energii jest krzesany na festiwalach Trans:Wizji?

Dariusz Misiuna: Pociągający, magnetyczny. Ludzie zdają się być oczarowani, trochę jak w transie, a jednocześnie bardzo dużo jest w tym eksperymentu i przestrzeni do śmiechu. Gotek nie widziałem 🙂

Conradino Beb: Z gotką to był żart, ale piękne kociaczki widziałem na wielu zdjęciach z poprzednich edycji 🙂

Dariusz Misiuna: Staramy się to robić w ten sposób, by sam festiwal był doświadczeniem psycho-aktywnym. Piękne dziewczyny lubią piękno. To widać w ich oczach. Dlatego błyszczą.

Conradino Beb: I nie grozi za to w Polsce kara więzienia?

Dariusz Misiuna: Szczęśliwie, jeszcze nikt nas tu nie kara za dobre samopoczucie.

Conradino Beb: Ufff, nagadaliśmy się za wszystkie czasy, ale przynajmniej udowadniamy czytelnikom MGV i Trans:Wizji, że nawet w czasach kryzysu wszystkiego i rządow politycznych gabinetów, które bez uszczerbku dla kraju mogłyby zastąpić moje dwa niesforne koty, wciąż można cieszyć się życiem i robić coś twórczego.

Dariusz Misiuna: Ależ oczywiście, wystarczy nie oglądać się na nikogo!

Conradino Beb: Można chyba oczekiwać, ze Okultura nie da sie zdławić i będzie dalej myśleć samodzielnie?

Dariusz Misiuna: Gdyby stało się inaczej, nie mielibyśmy już do czynienia z Okulturą.

Conradino Beb: Fantastycznie, wszyscy na pewno odetchną z ulgą. Dzięki za możliwość wytargania cię za uszy 🙂

Dariusz Misiuna: My pleasure!

Anioły spod znaku Skorpiona i świt Nowej Ery!

Mimo że kluby motocyklowe zostały wprowadzone do kina amerykańskiego w połowie lat ’50 wraz z wejściem na ekrany klasycznego obrazu Dziki z Marlonem Brando w roli głównej, musiało upłynąć kilkanaście lat, żeby tematyka upowszechniła się do tego stopnia, że stworzyła gatunek filmowy sam w sobie. Za sprawą takich geniuszy kina klasy B, jak Russ Meyer czy Roger Corman, wyjęci spod prawa brutale na motocyklach stali się jednym z najpopularniejszych tematów filmowych lat ’60 otwierając jednocześnie drogę do artystycznych wizji. To Kenneth Anger miał jednak nadać temu fenomenowi magiczne znaczenie swoim kultowym filmem Skorpion powstaje.

Gdy Mars szaleje, narody drżą!

Skorpion powstaje jest zazwyczaj zaliczany do trzech najważniejszych dzieł Angera obok Lucyfer powstaje i Inauguracji domeny rozkoszy. Ze wszystkich trzech jest też filmem najbardziej surowym, korzystającym w dużej mierze ze scen, wysamplowanych z innych obrazów tj. Dziki czy Jezus z Nazaretu. Dopełniony przez homoerotyczne ujęcia motocyklisty wciągającego amfetaminę i przygotowującego się do jazdy, a następnie całego klubu motocyklowego, dokonującego gwałtu na młodym chłopcu w obskurnej stodole ozdobionej swastykami, stwarza wrażenie chaotycznego i bezsensownego, jeśli patrzeć na niego tylko z perspektywy reżyserii i montażu.

Film ten posiada jednak nade wszystko silne, okultystyczne przesłanie, wykorzystujące odkrycia Aleistera Crowleya na polu astropsychologii i eoniki, które Anger wprawnie zaprzągł do swojej małej produkcji. Nie można też oczywiście pominąć wielkiego hitu Elvisa Presleya Devil In Disguise, wykorzystanego przez reżysera jako część ścieżki dźwiękowej – dzięki czemu film trafia do wszystkich fanów rockabilly (a czemu nie?).

To tajemnicze przesłanie nie jest jednak łatwe do odczytania, jeśli dobrze nie wgryźć się w film. Wschodzący skorpion? Motocykliści? Jezus? Elvis? Amfteamina? Swastyki? Jak to wszystko się ze sobą łaczy? Interpretację ułatwiają nam oczywiście deklaracje samego Angera, który wielokrotnie wypowiadał się na temat swojej sztuki jako magiji, narzędzia mającego powodować zmianę – tak w małej, jak i dużej skali. J

ego film miał ją proklamować i zarazem otwierać na nią głowę odbiorcy. Skorpion powstaje może być więc na pewnym poziomie interpretowany jako film zwiastujący rewolucję społeczną, która miała całkowicie roznieść klatkę starego świata… co z kolei było idealnym odzwierciedleniem myśli Aleistera Crowleya, proklamującego początek Ery Horusa w 1904, która sprawi iż „rytuały starych czasów szczernieją” – staną się innymi słowy irrelewantne i odejdą w przeszłość. Czym miały być te rytuały? Jedyną prawidłową odpowiedzią zdaje się: wszystkim czyli wierzeniami, zwyczajami, kodami, przyzwyczajeniami, tradycjami etc.

Skorpion został użyty przez Angera jako magiczny symbol tej przemiany – jeden z wielu agentów duchowej rewolucji! Brutalny motocyklista, której artysta użył jako filmowej personifikacji tego symbolu, był o tyle wyborem idealnym, że łączył kontrowersyjny wizerunek autasajdera społecznego z żelazną wolą przetrwania w swojej własnej niszy… która w latach ’60 powoli wykraczała poza granice, wyznaczone przez konserwatywne społeczeństwo. Innymi słowy, Anger wyciągnął na wierzch podziemny fenomen, by nadać mu nowe, okultystyczne znaczenie!

Jak pisze Crowley w swojej książce The Complete Astrological Writings, skorpion powinien być interpretowany jako ognisty stan żywiołu wody – jego aktywna, wzburzona postać (sztorm). Oczywiście, nie można zapominać że żywioł wody jest tradycyjnie w alchemii, jak też w thelemicznej astrologii, postrzegany jako element sam w sobie bierny, ale najbardziej podatny na zmianę, tym samym zaś posiadający największą moc transformacji.

Skorpion silnie koresponduje z Dużym Arkanem XIII Tarota Thotha, znanym jako Śmierć. Planetą rządzi przede wszystkim moc Marsa – symboliczna reprezentacja instynktów wojny, zagłady i zniszczenia. Jak wykłada to Crowley w The Book Of Thoth, Śmierć reprezentuje proces alchemiczny prowadzący od putrefakcji do egzaltacji, co oznacza iż element wymusza zmianę, ale panując nad procesem nie znajduje się w niebezpieczństwie bycia zmiażdżonym przez bieg wypadków.

Karta Śmierć przedstawia szkielet z kosą (który Anger zamienił na motocyklistę) oraz rybę (Jezusa), która symbolizuje zwrotność i zimnokrwistą zdolność przetrwania. W istocie reżyser zagrał więc wszystkimi symbolami, żeby objawić nam naturę nadchodzącej zmiany społecznej, która miała być dzika i brutalna, ale w końcu otworzyć drogę dla nowych energii duchowych – po części interpretowanych przez niego – jak i samego Crowleya – jako energii homoseksualnych. Jeśli popatrzymy na jego dzieło po prawie 50 latach z perspektywy kulturowej, miał sporo racji!

Scena z filmu Skorpion powstaje (1964)

Anger nakręcił swój kultowy film w 1963 roku, kiedy na amerykańskiej scenie kontrkulturowej wciąż kręciły się niedobitki Bitników, ale na horyzoncie nie widać było jeszcze nowej siły, która dojrzeć miała wraz z nowym pokoleniem Amerykanów w ciągu następnych 3-4 lat. Jeśli jednak zaczniemy się przyglądać latom ’60 zaczynając od krwawych rozruchów podczas Konwencji Partii Demokratycznej w Chicago, w 1968, wszystkie puzzle wskakują na swoje miejsce.

Pomimo tego, że Anger nie mógł przewidzieć dokładnie, co czekało świat wraz z ekstremizacją ruchów studenckich, Nowej Lewicy, psychedelicznej kontrkultury oraz zwiększającą się polaryzacją poglądów Amerykanów na Wojnę w Wietnamie, zaprzęgnięcie do swojej twórczości systemu Crowleya w pewien sposób dało mu ogląd rzeczywistości społecznej i pozwoliło ukazać punkty zapalne kilka lat zanim rewolucja społeczna stała się faktem.

Jako przepowiednia Skorpion powstaje sięga jednak znacznie dalej niż kilka lat do przodu zwiastując w istocię długofalową, kulturową i duchową przemianę, jakiej ulec miał cały świat za sprawą marsowej energii Horusa, zastępującej sztywną analność tradycji oralną radością zabawy, jaką odnaleźć możemy w każdym dziecku. Ta przemiana nadal trwa, a siła Skorpiona daleka jest od wyczerpania!

Diabły na motorach i kinowa eksploatacja

Dzieło Angera pomimo tego, że niezwykle istotne dla kina eksperymentalnego i magicznego, miało bardzo ograniczony wpływ na masową wyobraźnię i w zasadzie do dzisiaj jest znane jedynie  koneserom gatunku. Jeśli ktoś miał więc dać masowego szturchańca marsowej energii by obudzić ze snu Skorpiona, musiał mieć znacznie bardziej komercyjne podejście! Kto nadawał się bardziej do  spopularyzowania kulturowej rewolucji niż kino klasy B, którego wpływy sięgały każdego drive-inu, mieszczącego się praktycznie w każdej zapadłej, amerykańskiej dziurze?

Gdy boom ekonomiczny lat ’50 dawał młodzieży do ręki coraz więcej gotówki, ta zostawiała ją coraz częściej w kinie samochodowym, gdzie wyświetlane filmy dawały idealne spełnienie jej oczekiwaniom. Nie były ambitne, nie były długie i zdawały się ciągle powielać te same klisze w różnych ujęciach: erotyzm, akcję i grozę. Dla nastolatków wychowanych na komiksach i literaturze typu pulp fiction była to idealna propozycja kulturalna, z którą do połowy lat ’60 nawet Hollywood przestał konkurować skupiając się na starszym, bardziej konserwatywnym odbiorcy, będącym odbiciem wieku dyrektorów dużych studiów filmowych, a zatem łatwiejszym do zrozumienia.

Gdy Hollywood powoli odpuszczał, niezależne studia filmowe odnosiły duże sukcesy w drive-inach ze swoją masowo produkowaną ofertą. Momentem przełomowym dla niezależnego biznesu filmowego był rok 1956, gdy pewne małe studio, które przez dwa lata nie odnosiło większych sukcesów zmieniło swoją nazwę na American International Pictures zatrudniając też nowego reżysera o nazwisku Roger Corman.

Jego pierwszym filmem dla AIP był hotrodowy The Fast And Furious (na potrzeby którego Corman wypożyczał samochody na godziny). Miał on wkrótce wyznaczyć styl następnych kilku setek produkcji, z których praktycznie każda była sukcesem kasowym! Corman nie dbał zbytnio o artystyczną warstwę swoich filmów, która także w amerykańskim kinie mainstreamowym tego okresu była swoją drogą częściej pomijana niż rozwijana, ale za to skupił się mocno na wątkach, które wywoływały silny efekt w odbiorcy eksploatując je do upadłego.

Roger_Corman_Godfather_2
Roger Corman (po lewej) w „Ojcu chrzestnym 2”

Sukcesy finansowe filmów Cormana były tak wielkie, że pozwoliło to AIP szybko reinwestować zyski z jego szybkich produkcji i koniec końców potężnie rozwinąć działalność w kluczowej sferze marketingu. Jeśli pierwsze obrazy AIP były filmami hotrodowymi, wkrótce dołączyć do nich miały takie podgatunki eksploatacji, jak: film o nastoletnim potworze, thriller sci-fi, horror gotycki, film plażowy, eksploatacja wojenna, a w końcu film motocyklowy.

Mimo że większość z tych filmów nie zawierała początkowo żadnych kulturowo-społecznych alegorii będąc rzeczywistością sui generis – te pierwsze jako kluczowy element kreacji wprowadzili do kina przedstawiciele włoskiej i francuskiej Nowej Fali – do połowy lat ’60 także one zaczęły igrać z odbiorcą poprzez wprowadzenie swoistego rodzaju metanarracji i ukazywanie drugiego dna. Stąd droga prowadziła już bezpośrednio do renesansu kina autorskiego, który pod koniec lat ’60 stał się faktem!

Zanim goście z AIP zrozumieli jednak ducha lat ’60, na niezależnej scenie filmowej rozpychał się już kolejny talent o nazwisku Russ Meyer, mający za sobą długą karierę kamerzysty filmów dokumentalnych i doświadczenie wojskowe. Widząc możliwości, jakie daje umiejętne operowanie w kinie wątkami erotycznymi, sukcesywnie przesuwał do przodu granicę tego co można było pokazać zaczynając od swojego pierwszego filmu Immoral Mr. Teas (1959), który zrewolucjonizował film nudystyczny ze względu na wprowadzenie do niego – jakby nie było – wątku.

Scena z Motorpsycho! (1965)

Pomimo tego, że Meyer sukcesywnie otrzymywał od cenzorów kategorię „X”, co ograniczało możliwości dystrybucji do grindhouses, z każdym kolejnym obrazem udawało mu się zarabiać coraz więcej pieniędzy i powiększać budżet. Gdy na ekrany weszła Lorna (1964) – rewolucyjny, jak na lata ’60 film, zawierający frontalne ujęcia nagiego ciała i krótkie sceny seksu, który nie bawił się w delikatne, artystyczne aluzje typu La Dolce Vita (1960) – jego intuicję, co do preferencji widzów potwierdziły wpływy z box office. Wkrótce Meyer podążył w stronę roughie (którego pionierem był Herschell Gordon Lewis ze swoim filmem Scum of the Earth), mieszanki nagości i przemocy, jedynie delikatnie zaznaczonej w Lornie. Jak się szybko okazało, był to bardzo udany ruch.

Następnym filmem artysty został Motorpsycho! (1965), czysta eksploatacja przemocy i erotyzmu z dużą domieszka specyficznego humoru, która była pierwszą w kinie klasy B pozycją proponującą brutalnych motocyklistów jako temat główny. Meyer umieścił w swoim filmie wszystko, co już wkrotce miało stać się podstawą filmów motocyklowych: pełnych przemocy brutali na motorach, rozebrane panienki, zbrodnię, pogoń przez amerykańskie pustkowia i garażową ścieżkę dźwiękową.

Historia, zaproponowana przez Meyera była prosta, trzej motocykliści rozbijają się po rubieżach Kalifornii napastując ładne kobiety o dużych piersiach (bardzo charakterystyczny fetysz artysty), które następnie zostają zgwałcone, sponiewierane, zabite (niekoniecznie w tej kolejności) i tylko nielicznym udaje się ujść z życiem. Gdy banda doprowadza jednak do stanu krytycznego dziewczynę miejscowego weterynarza gwałcąc ją pod nieobecność narzeczonego w domu, ten rusza w pogoń za brutalami kipiąc żądzą zemsty.

Pomimo tego, że bohater ciśnie ile koni mechanicznych da silnik jego jeepa, nie może ich dogonić. Na bezdrożu odnajduje jednak półżywą, piękną brunetkę – świeżą ofiarę bandytów, która wkrótce odegra bardzo ważną rolę, gdyż przyda się do wysysania jadu grzechotnika z ukąszonego uda (film jest słynny z powodu tej właśnie sceny). Nie minie dużo czasu, a własnoręcznie zabije ona też jednego ze swoich oprawców nożem, gdy ten wraca na miejsce zbrodni i próbuje ją zgwałcić zrywając z niej wcześniej ubranie.

W dramatycznej scenie drugi z bandytów ginie z ręki samego przywódcy (strzelca wyborowego), który uznaje jego niepewność za zagrożenie dla całej sprawy. Ten z kolei zostaje pod koniec filmu wysadzony w powietrze znalezionym przez ledwo żywego weterynarza dynamitem! Film jest fantastycznym przykładem wielkiego talentu Meyera do pisania autentycznego scenariusza, kręcenia dynamicznych kadrów i wpisywania pewnej dawki humoru do akcji.

Jeśli Motorpsycho! był dla Meyera sukcesem, następne oglądadło wyprodukowane przez AIP, eksploatujące te same wątki, miało stać się prawdziwym finansowym tajfunem! Był nim film Dzikie anioły (1966), wyreżyserowany przez Rogera Cormana, który okazał się największym cudem finansowym w jego reżyserskiej karierze. Wyprodukowany za $360 tys., zgarnął okrągłą sumkę $10 mln.

Był to bez wątpienia przełomowy film także dla AIP, która okazała się trzymać całkowicie rękę na pulsie zainteresowań młodych Amerykanów z towarzyszącym temu sukcesowi, głośnym upadkiem hollywoodzkich kolosów, już wkrótce podminowanych spektakularnymi klapami tj. Hello, Dolly! (1969). Dzikie anioły osiągnęły w istocie tak wielki sukces rynkowy, że film promował nawet Stany Zjednoczone na festiwalu w Cannes, w 1967 i dał zielone światło pracującemu nad nim Peterowi Bogdanovichowi do zrealizowania swojego pierwszego samodzielnego filmu Żywe tarcze (1968).

Scena z filmu Dzikie anioły (1966)

Film skupia się na losach kalifornijskiego klubu motocyklowego Wild Angels, a przede wszystkim jego lidera Blue (granego przez Petera Fondę) oraz jego dziewczyny (w tej roli Nancy Sinatra). Klub ma problemy z Meksykanami, którzy kradną na początku filmu jednego z Harleyów, a także z prawem, które nieustannie ściga klub za jego brutalne wyskoki. Kiedy jeden z członków klubu (Bruce Dern) zostaje ranny i wpada w ręce policji, Blue postanawia go podstępem odbić ze szpitala, w którym jest przetrzymywany wywołując przy tym niezłą zadymę!

Jednak gdy pozbawiony dostępu do kroplówki motocyklista po ewakuacji ze szpitala w efekcie umiera, Blue wiedziony swoistym poczuciem honoru, postanawia mu wyprawić pogrzeb kościelny. Jako że klub jest jednak ścigany przez policję, daje nura do Nevady, gdzie dochodzi do dramatycznego finału, w ktorym ginie miejscowy ksiądz, klub zostaje z nienawiścią powitany przez miejscowych, a sam Blue postanawia się oddać w ręce prawa wyczekując na przybycie policji nad grobem swojego przyjaciela!

Dzikie anioły to jeden z największych gniotów Cormana ze scenariuszem przepisanym przez Bogdanovicha, ale tak absurdalnym, że ciężko recenzować. Tandetne, jak w burdelu dialogi i papierowe postacie głównych bohaterów oraz akcja, jak z komiksu, rysowanego przez licealistę składają się na mizerny szkielet, któremu nie pomagają ani reżyseria, ani doskonała muzyka Davie Allana & The Arrows. O aktorstwie w zasadzie w ogóle można nie mówić, Nancy Sinatra nie potrafi wykrzesać nic ponad bazową mimikę, a Fonda gra Blue jakby się sam okłamywał, że jest aktorem wypowiadając kluczową kwestię pod koniec filmu (Chcemy być wolni, by jeździć…) tak kiepsko, że widz mimowolnie zaczyna się śmiać.

Najlepszym momentem filmu jest bodajże pierwsze pięć minut, kiedy długie ujęcie kamery wprowadza do akcji Blue, po czym w tle zaczyna lecieć Blue’s Theme. Konwencja, w której został nakręcony początek filmu zostanie później wykorzystana przez Hoppera, Kovacsa i Fondę w Easy Riderze. Pomijając jednak zupełnie warstwę „artystyczną”, obraz ten stał się natychmiastowym blueprintem gatunku i zgarnął taką masę gotówki, że można tylko podziwiać rynkowy geniusz Cormana. Z tego punktu widzenia nie można go więc nie doceniać.

davie_Allan_the_arrows_1967
Davie Allan & The Arrows / 1967

Następne trzy lata staną się dla niezależnego przemysłu filmowego prawdziwym złotym okresem, w którym biker movie będzie wiódł prym jako najbardziej dochodowy podgatunek kina eksploatacji. Pomoże temu w dużej mierze wynaleziony przez genialnego gitarzystę Davie Allana, nowy styl gitarowy znany jako biker sound, oparty o brzmienie dwugryfowego modelu Mosrite’a i przester typu fuzz box.

Z „nieznanej przyczyny” nowo opublikowana książka Hunter S. Thompsona Hell’s Angels (1966), brzmienie utwórów Davie Allana & The Arrows oraz kinowa eksploatacja klubów motocyklowych okażą się idealnymi partnerami, a drive-inowa publiczność stanie się łakoma na wszelkie obrazy z motocyklistami, przemocą i dragami na pierwszym planie. Czy Meyer oraz Corman dotknęli właśnie silnego strumienia zbiorowej nieświadomości z taką mocą objawionego przez Kennetha Angera? Jeśli kontrkultura psychedeliczna, społeczna rewolucja i jeżdżenie na motorach były częściami jednej układanki z Horusem w tle, kino amerykańskie już wkrótce miało dać temu jeszcze lepszy dowód.

Jointy, motory i jazda do sławy

Jeśli istnieje jeden kultowy film, który zrobił pełen użytek z przełomu paradygmatu w latach ’60, jest nim bez wątpienia Easy Rider (1969). Silnie zakotwiczony w tradycji kina klasy B i nawet zaakceptowany z początku do produkcji przez American International Pictures (z tytułem roboczym The Loners), był manifestem pokoleniowym, jak też przykładem, że banda frików zarzucająca kwas co tydzień i paląca duże ilości marihuany jest w stanie wyprodukować coś niezwykle istotnego i do tego zarobić na tym duże pieniądze!

Mimo że dzisiaj film jest postrzegany jako atefakt popkultury (wykorzystany nawet w reklamie samochodów, co potwierdziło jego wpływ na masową wyobraźnię), w swoim czasie był rewolucyjnym dziełem, które otworzyło oczy widzów na wschodzące talenty amerykańskiego kina niezależnego i zupełnie nową szkołę kręcenia filmów, która miała przejść do historii jako „kino autorskie”.

Paradoksalnie, większość przedstawicieli tej kluczowej fali kina amerykańskiego, została wyszkolona przez Rogera Cormana, na pieniądzach AIP, przy kręceniu tanich filmów eksploatacji, które miały niskie lub żadne ambicje artystyczne! Wśród nich znaleźli się zaś m.in.: Monte Hellman, Martin Scorsese, Francis Ford Coppola i Peter Bogdanovich.

Easy Rider (1969) został zrealizowany przez trójkąt złożony z: Dennisa Hoppera, Petera Fondy i Terry’ego Southerna. Z wyjątkiem Southerna, który w połowie lat ’60 był już znany przez mainstream jako genialny nowelista i piekielnie dobry scenarzysta, dwójka przyjaciół stanowiła kontrkulturowy trzon American International Pictures.

Dennis Hopper był najbardziej kreatywnym, ale też przy tym najbardziej nerwowym członkiem ekipy, który swoje ostrogi zdobył grając role szekspirowskie w Old Globe Theatre, w San Diego. Wypatrzony przez Columbię nie polubił się jednak z producentem Barrym Cohenem i zamiast tego znalazł swoje miejsce w Warner Bros., gdzie dał się poznać grając niezapomniane role w duecie z Jamesem Deanem występując w kultowych filmach Buntownik bez powodu (1955) i Olbrzym (1956).

To właśnie James Dean zapalił w Hopperze kreatywne instynkty każąc mu prowadzić własne duchowe poszukiwania, co stało się jednym z długotrwałych wpływów w karierze buntowniczego artysty. Zainspirowany naukami swojego mentora, Hopper obudził w sobie dość szybko sporą świadomość artystyczną, która stanęła na drodze jego współpracy z hollywoodzką machiną. Kiedy został wyrzucony z planu filmu Z piekła do Texasu (1958) za odmowę zagrania sceny w zgodzie z poleceniami reżysera, Henry’ego Hathawaya, ten oficjalnie uczynił go wyrzutkiem z systemu studyjnego.

To jednak tylko podnieciło płomień, gdyż wkrótce Hopper zwrócił się w kierunku kina podziemnego oraz kina eksploatacji grając w niezależnych produkcjach tj. Key Witness (1960) czy genialny Nocny przypływ (1961) w reż. Curtisa Harringtona. Sukcesywnie podjął także naukę aktorstwa w tradycji Stanisławskiego, w okresie 1958-63, co pomogło mu rozwinąć jego naturalny talent do ekspresji scenicznej.

Jeśli Hopper był buntowniczym demonem, Peter Fonda był wrażliwą jednostką z największym bagażem emocjonalnym wśród całej trójki. Jako syn hollywoodzkiej gwiazdy, Henry’ego Fondy miał od małego kontakt z biznesem filmowym czując na sobie wymagający wzrok ojca, który jednak nigdy nie był zadowolony z poczynań swojego syna. Peter, jak się okazało, miał w sobie ducha buntownika i na skutek walki z kolegą, z prestiżowej szkoły średniej, do której uczęszczał, został z niej wydalony, po czym odesłany do dziadków w Omaha, w stanie Nebraska.

Tam rodzinny talent miał się wkrótce obudzić, gdyż Peter jako student szkoły aktorskiej wygrał pierwszoplanową rolę w spektaklu Krew, pot i Stanley Poole (1961) na Broadwayu, która została rozpoznana jako bardzo udana kreacja przez nowojorskich krytyków. Dzięki swojemu talentowi, a także znanemu nazwisku debiutujący aktor wkrótce dostał rolę w filmie Tammy i doktor (1963), a następnie w filmach The Victors (1964) oraz Lilith (1964).

Młody Fonda okazał się jednak zawodem dla hollywoodzkich producentów i został sukcesywnie wyrzucony z „listy młodych talentów”, co zmusiło go do szukania swojego miejsca w filmach klasy B. Do dzisiaj talent aktorski młodego Fondy pozostaje dyskusyjny ze względu na taką samą ilość ról dobrych, co i kiepskich, jak też szybkie pożegnanie się z karierą filmową.

Ostatni element układanki, Terry Southern, był z pochodzenia teksańczykiem, który ukończył Uniwersytet Northwestern w Chicago, by przenieść się do Francji, gdzie studiował na Sorbonie, której nie ukończył, gdyż poświęcił się karierze pisarskiej wydając takie powieści jak Flash And Filigree oraz The Magic Christian. Przełomem w karierze pisarza był komercyjny sukces jego satyryczno-erotycznej powieści Candy (1964), a także współpraca przy scenariuszudo filmu Dr. Strangelove czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę (1963) Stanleya Kubricka.

Terry Southern do 1967 roku wykształcił całą sieć znajomości w środowisku artystycznym i filmowym znając praktycznie każdego od Andy’ego Warhola do Lenny’ego Bruce’a, będąc osobistością rozchwytywaną do współpracy nad scenariuszami filmowymi. Jednymi z jego znajomych byli Dennis Hopper i Peter Fonda, którzy po wstępnym obgadaniu swojego nowego projektu właśnie do niego zwrócili się z prośbą o współpracę.

Jak głosi legenda, Peter Fonda wpadł na pomysł Easy Ridera paląc jointa i pijąc Heinekeny w hotelu, w Toronto – gdzie przebywał promując swój nowy film Podróż (1967) – gapiąc się na zdjęcie promocyjne Dzikich aniołów. Jak mówi sam: Nagle pomyślałem, że to jest to, współczesny western, dwóch kolesi jadących przez cały kraj… może odwalili duży numer, więc są pełni gotówki.

W ten właśnie sposób, od marihuanowej produkcji kreatywności, wykrystalizowała się jedna z najbardziej inspirujących wizji kinowych wszechczasów, która miała wznieść komercyjny film motocyklowy na zupełnie inny poziom i mimo że zazwyczaj interpretuje się Easy Ridera jako przełomowy głos znikąd, jest w tym bardzo mało prawdy. Film Hoppera i Fondy startował ze znanego gruntu i miał zatwierdzony budżet przez Raybert (BBC) – najbardziej hipsterską kompanię filmową lat ’60!

Dennis Hopper na pierwszym planie w filmie Buntownik bez powodu (1955)

Jak można także wywnioskować z sylwetek samych twórców, wszyscy byli doświadczonymi, a przy tym aspirującymi artystami, którzy szukali nowych środków wyrazu na marginesach systemu filmowego. Także Laszlo Kovacs, który został zwerbowany jako dyrektor zdjęć, miał za sobą gruntowne wykształcenie filmowe na Węgrzech i warsztat techniczny, wypolerowany przez ponad dziesięć lat pracy nad filmami klasy B w Kalifornii.

Nawet Jack Nicholson, który podjął się roli Hansona z nadania Berta Schneidera – producenta filmu – miał za sobą kilkadziesiąt ról filmowych i był właśnie w trakcie odpalania kariery scenarzysty. Mówimy więc bez wątpienia o kolektywie artystów, trawionych dużą pasją, którzy w swojej idei widzieli generalny deser kontrkulturowych marzeń, pragnień i wizji po 1968 obracających się coraz bardziej w nicość, a jednak wartych przeniesienia na ekran w postaci mitycznej opowieści.

Easy Rider posiłkował się w swojej narracji psychedelicznymi wariacjami na temat tripu na kwasie, które zostały uwiecznione przez Cormana w Podróży (1967), zbanowanej na 25 lat w USA tuż po premierze. Film wychodził jednak od standardowego biker movie, z którym zarówno Fonda (via Dzikie anioły) oraz Hopper (via The Glory Stompers) mieli styczność poprzez AIP i z którym czuli się mocno związani. Ta świeżo odkryta konwencja kina eksploatacji niosła ze sobą w istocie klasyczne wątki westernowe, tak charakterystyczne dla kina amerykańskiego końca lat ’50 i połowy lat ’60.

Dwóch współczesnych kowbojów, którzy zamienili konie na choppery Harleya, byli idealnym tematem do podoboju amerykańskiej świadomości, tak przyzwyczajonej do oglądania wyalienowanych indywidualistów z rewolwerem w ręku wędrujących przez Dziki Zachód i wymierzających sprawiedliwość.

Faktycznie, imiona obydwóch charakterów w scenariuszu to: Billy i Wyatt. Pochodzą one od imion legendarnych rewolwerowców: Billy The Kida i Wyatta Earpa. Połączenie pomiędzy kontrkulturowym filmem drogi, a westernem zachodzi nawet na ekranie w scenie, w której Billy i Wyatt wymieniają gumę na drugim planie, podczas gdy na pierwszym farmer podkuwa swojego konia… niezbyt delikatna, ale bardzo efektowna alegoria, która wyjaśnia wszystko widzowi nie znającemu backgroundu filmu.

Mimo że Easy Rider zapożyczył w swojej formie wiele z westernów i filmów klasy B, to właśnie duch czasów sprawił, że treść filmu stanęła o poziom wyżej od jego inspiracji. Southern, a następnie Hopper, utalentowany storyteller i wielbiciel aktorskiej improwizacji, postarali się o głębię i autentyzm postaci, krytyczne ostrze oraz odpowiednie zakończenie, które podsumowywało tą psychedeliczną opowieść.

Było to oczywiście filmowe „związanie” kontrkulturowego mitu, ale z wpisaną weń tragedią, która symbolicznie reprezentowała finał walki bojowników o wolność z popierającą LBJ cichą większością – w praktyce koalicją faszystów, konserwatystów, rasistów i popleczników wojny dla interesu – która wkrótce wyniosła do władzy jeszcze bardziej skorumpowanego Richarda Nixona na fali ukierunkowanego przez reklamę telewizyjną gniewu społecznego wobec hipisów, zboczeńców i lewaków.

Właśnie zakończenie filmu okazało się punktem bardzo trudnym dla wielu do przełknięcia. Nawet Bob Dylan, który dostarczył kompozycję do ścieżki dźwiękowej, nie mógł strawić końcowej tragedii bohaterów. Jednak artysta się mylił, gdyż była to esencja całej opowieści, nie mówiąca o tym, jak piękna jest Ameryka i jakie daje możliwości, ale o tym, jak okrutna staje się dla tych, którzy chcą ją zmieniać. Następne lata miały pokazać, że Easy Rider był jednym z pierwszych obrazów, podsumowujących upadek kontrkulturowego snu o wolności absolutnej, która nie mogła zostać osiągnięta zewnętrznymi środkami.

To, że film był robiony w permanentnych oparach marihuanowego dymu za pieniądze najbardziej niezależnych producentów w Hollywood, z nutą artystycznego szaleństwa i na koniec otrzymał jeszcze od Hoppera fantastyczną ścieżkę dźwiękową, tylko dodawało mu autentyzmu, którego nie miały inne filmy. Dwóch palących jointy motocyklistów napotykających na swojej drodze przedstawicieli wszystkich sfer amerykańskiego społeczeństwa w magiczny sposób zadziałało na zbiorową nieświadomość i wybudziło ją ze snu ukazując naturę zodiakalnego Skorpiona.

Jak bowiem pokazuje nam karta Śmierć, zmianę osiąga się na wojnie, ale jeśli nie można wygrać bitwy w polu, trzeba zwrócić się ku partyzantce. To zaś prowadzi nas w kierunku lat ’70 – następnej dekady, która właśnie dzięki skacowanej kontrkulturze okazała się czasem społecznych reformy na całym świecie.

Okres ten rozpatrywany jest albo pod kątem całkowitej porażki skrajnych ruchów rewolucyjnych, albo pod kątem ich połowicznego zwycięstwa. Skorpion miał jednak mimo wszystko prokalmować swoją żądzę.

Jak twierdzi Peter Fonda, to właśnie Easy Rider umieścił kokainę na kulturowej mapie, która dużą falą nagle zalała świat po sukcesie filmu za sprawą tych samych libertariańskich przedsiębiorców, wcześniej dostarczających hipisom trawę z Meksyku!

Conradino Beb

 

Źródło: Trans:Wizje, nr 2, wiosna 2012 (jako Konrad Szlendak).

Rocznica urodzin Aleistera Crowleya

Dokładnie 137 lat temu w brytyjskiej miejscowości Leamington Spa, w hrabstwie Warwick  urodził się mag, okultysta, poeta i podróżnik Edward Alexander Crowley. Znany wśród  sympatyków jako „Alick” lub „wujek Al”, a powszechnie jako Wielka Bestia 666, gentleman ten ogłosił, iż stary świat musi umrzeć, by na jego gruzach mógł narodzić się nowy… przez co narobił sobie niemało kłopotów!

Jego wpływ na okultyzm, sztukę, muzykę i wiele innych dziedzin kultury okazał się gigantyczny… sięgnał nawet sceny dubstepowej!

Skorpion powstaje (1964)

Scorpio Rising / wydanie Criterion Collection

Skorpion powstaje to jeden z trzech najważniejszych filmów Kennetha Angera, który wspaniale zachowuje niskobudżetowy charakter działań artysty jednocześnie posiadając całą intensywność okultystycznego manifestu. Anger zaprzągł do swojego filmu teorię zmiany eonicznej Aleistera Crowleya, która była kluczowym elementem stworzonego przez niego systemu magijno-religijnego zwanego Thelemą.

Poza duchowym przesłaniem obraz ten jest również wczesnym przykładem samplingu w kinie eksperymentalnym wykorzystując sceny z Dzikiego czy starej wersji Jezusa z Nazaretu łącząc je z homoerotycznymi ujęciami motocyklistów – członków fikcyjnego MC… na dokładkę dostajemy Elvisa śpiewającego Devil in Disguise, piękny klasyk rockabilly z czasu kiedy Król wciąż miał intensywność rockowego zwierzaczka. Wylewając się nieco na bok można powiedzieć, że Skorpion powstaje w przedziwny sposób zapowiadał eksplozję filmów motocyklowych klasy B, którą już wkrótce mieli odpalić Russ Meyer i Roger Corman.

Jednak przesłanie filmu Angera nie jest tak łatwe do odczytania, jak mogłoby się wydawać. Skorpion wprawdzie powstaje… ale motocykliści? Jezus? Elvis? Jak to się wszystko ze sobą łączy? Trzeba zacząć od tego, że Anger głęboko wierzył w praktykę magijną (związaną z naukami Thelemy) jako akt prowadzący do odsłonięcia Prawdziwej Woli, która powoduje Zmianę.

Jego film miał za zadanie otworzyć umysł widza na energie Eonu Horusa, którego przesłanie można streścić w kruszeniu się starych instytucji społecznych, politycznych i religijnych – obumieraniu patriarchalnego ładu podporządkowanego tłumieniu energii seksualnej. Nowy świat miał zostać zbudowany na tańczącym chaosie, na metaranarracji dziecka, które nie ma żadnego celu poza oralnością zabawy i beztroskim trwonieniem czasu. Jednak żeby zrozumieć tą ideę dogłębnie trzeba sięgnąć do astropsychologii i okultyzmu Aleistera Crowleya.

W systemie Wielkiej Bestii skorpion jako znak zodiaku – reprezentowany w filmie przez brutalnego motocyklistę – który sam w sobie jest symbolem kosmicznego i astralnego wpływu, jest interpretowany jako ognisty element wody, aktywny czynnik fluidu zmiany.

Koresponduje on z kartą numer XIII Tarota Thotha (Śmierć), rządzoną przez „planetę” Mars – symboliczną reprezentację instynktów wojny, destrukcji i zagłady. Jak wskazuje Crowley, karta ta opisuje alchemiczny proces prowadzący od putrefakcji do egzaltacji, co oznacza iż element wymusza potrzebną zmianę, ale bez niebezpieczeństwa bycia zmiażdżonym w koniecznym procesie destrukcji – przeżywa.

Karta Śmierć przedstawia szkielet z kosą (wyobrażenie średniowieczne), a ryba reprezentuje Adepta (z tego powodu w filmie widzimy migawki z Jezusem) – ryba jest także symbolem zwinności i zimnokrwistej woli przetrwania. Anger igra z obydwoma ikonami, by proklamować, że zmiana kulturowa jest nieunikniona, będzie ona brutalna i bezwzględna, a jej agentów nie da się zniszczyć. Energia Horusa w końcu zapanuje!

Jeśli popatrzymy na rewolucję lat ’60 (szczególnie rok 1968), wszystkie puzzle wskakują na swoje miejsce. Anger zrobił swój film zanim społeczny tumult zaczął się na dobre, ale pierwsze sygnały były już odczuwalne. Sam w końcu maszerował na Pentagon w 1967 rzucając klątwy na rząd amerykański z własnej platformy.

Nie chodzi jednak tylko o te parę lat, ale o ciągłość zmiany paradygmatycznej, którą wciąż przechodzimy na skutek wpływów Horusa. Jeśli weźmiemy to pod uwagę, Skorpion powstaje okazuje się jedynym „filmem motocyklowym” w historii kina, w którym naspidowane friki na chopperach otrzymują duchowy status.

Tego nie znajdziecie ani w Motorpsycho!, ani w The Glory Stompers i nawet kontkulturowy Easy Rider stoi daleko! Jeśli nie oglądaliście jeszcze filmu Angera, a poważnie interesujecie się filmem eksperymentalnym, czas najwyższy nadrobić zaległości.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Scorpio Rising
Produkcja: USA, 1964
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Thelema

Thelema jest religią Woli, stworzoną przez angielskiego okultystę Aleistera Crowleya na bazie objawienia duchowego swojej żony Rose w Kairze, w 1904. W dniach 8-10 kwietnia przekazana mu przez istotę przedstawiającą się jako Aiwass została Liber AL vel Legis, zwana potocznie Księgą Prawa, która jest od tego momentu podstawą thelemicznego systemu.

Ci, którzy podążają drogą Thelemy nazywają się Thelemitami. Thelema kładzie nacisk na indywidualizm i wyjątkowość Woli każdej jednostki, w wyniku czego trudno jest określić kolektywne zasady ruchu thelemicznego, a tym bardziej poglądy jego zwolenników. Nawet etykietka „religia” powinny byc traktowana umownie, jako że Thelema stanowi także filozofię i sposób życia, a nawet stan umysłu, do którego realizacji Thelemici stosują praktyki i symbolikę magiji.

Teologia Thelemy postuluje, iż cała egzystencja powstaje w wyniku interakcji dwóch kosmicznych zasad: nieskończenie wielkiego, wszech-przenikającego kontinuum czasoprzestrzeni oraz nieskończenie małego indywidualnego atomu, odpowiadającego za życie. Wzajemna gra owych zasad tworzy trzecią – świadomość zarządzającą egzystencją. W Księdze Prawa zasady te zostały spersonifikowane przy pomocy trójcy egipskich bogów: Nuit (Bogini nieskończonej przestrzeni – kosmosu), Hadita (Uskrzydlonego Węża Światła – indywidualnej jaźni), Ra-Hoor-Khuita lub Horusa (solarnego, jastrzębiogłowego Pana Kosmosu – zasady życia i duchowej indywiduacji).

Teologia Thelemy jest synkretyczna i czerpie z różnych kultur i religii, w których napotykamy personifikacje specyficznych boskich, archetypowych i kosmicznych sił. Thelemiczna doktryna twierdzi, iż wszystkie religie posiadają w sobie zalążki prawdy, a ich studiowanie i porównywanie stanowi istotny aspekt treningu. Z całym szacunkiem dla idei jednej duszy, Thelema podąża za tradycyjną hermetyczną doktryną powiadającą, iż każdy człowieka posiada „duszę” lub „świetliste ciało”, składające się z wielu „powłok”.

Stela thelemicznego objawienia, która przedstawia Ra-Hoor-Khuita

Każda jednostka posiada również powiązania ze swym osobistym Augoeidesem bądź „Świętym Aniołem Stróżem”, którego można określać mianem „wyższej jaźni”, indywidualnej, boskiej istoty lub ducha opiekuńczego. Z całym szacunkiem dla idei „przyszłego życia”, życie postrzegane jest jako kontinuum, gdzie śmierć stanowi integralną część całego procesu. Augoeides jest jednakże istotą nieśmiertelną, wykraczającą poza uwarunkowania życia i śmierci.

Podobnie, jak w doktrynie buddyjskiej, świetliste ciało poddawane jest metempsychozie bądź reinkarnacji po śmierci ciała fizycznego. Thelemici uważają, iż rozwija ono swą mądrość, świadomość i duchową moc przez cały cykl wcieleń tych jednostek, które poświęcają swe życie rozwojowi duchowemu. Dzieje się tak do momentu, kiedy jego pośmiertny los może zostać ostatecznie zdeterminowany przez Wolę jednostki.

Thelema wykorzystuje ideę cyklicznej ewolucji świadomości kulturowej oraz osobistej. Historia ludzkości została podzielona na jednostki zwane „Eonami”. Każdy Eon posiada swe dominujące uwarunkowania, koncepcję boskości oraz „formułę” odkupienia i doskonalenia.

Obecny Eon nazwany został „Eonem Horusa”. Poprzednie dwa Eony: Izydy i Ozyrysa, cechowały się tym, iż ów pierwszy zdominowany był przez matczyną ideę boskości, a jego formuła wiązała się ściśle z oddaniem się karmicielce i opiekunce Matce Ziemi, natomiast drugi z nich, zarządzany był zasadą ojcowską, a jego formuła wiązała się z samoofiarą i poddaniem Bogu Ojcu. Obecny Eon wyraża się w formule dziecka, niezależnego indywidualisty, a jego zasada we wzroście, świadomości i miłości jako wyznacznikach samorealizacji.

Według Thelemitów wyrażaniem boskiego prawa Eonu Horusa jest pochodzące z Księgi Prawa wyrażenie „Czyń wedle swej woli będzie całym Prawem.” „Prawa Thelemy” nie należy jednak interpretować jako licencji upoważniającej do zaspakajania swych zachcianek i fanaberii, lecz jako upoważnienia do odkrycia swej prawdziwej Woli czyli celu życia i jego spełnieniu.

„Akceptacja” Prawa Thelemy, przy jednoczesnym pozostawieniu innych jednostek samym sobie, jest tym, co definiuje Thelemitę, którego fundamentalnym zadaniem jest odkrycie i zrealizowanie prawdziwej Woli. Osiągnięcie „Wiedzy i Konwersacji Świętego Anioła Stróża” stanowi integralną część tego procesu. Środkiem realizacji tego procesu jest „magija”.

Nie każdy Thelemita stosuje się jednak do tych praktyk, Thelema daje bowiem możliwość na indywidualne podejście do kwestii Woli. Ci, którzy decydują się na ich użycie, zazwyczaj odwołują się do takich technik, jak modlitwa, medytacja, studiowanie tekstów religijnych (Świętych Ksiąg Thelemy i innych religii), rytuał, praktyka oddania się bóstwu i samodyscyplina.

Większa część stosowanych praktyk powiązana jest z okultyzmem. Mowa tu o astrologii, wróżeniu, jodze, tantrycznej alchemii, nawiązywaniu kontaktu z „aniołami”, „duchami” i innymi istotami. Wszystkie z nich Thelemici mogą uznać za potencjalnie efektywne środki, pozwalające na duchowy wgląd w naturę ludzkiego bytu i jego miejsca we wszechświecie, a także na pełną realizację takiego wglądu poprzez harmonijną i twórczą pracę.

Każdy akt, który nie jest ukierunkowany na proces odkrycia i spełnienia Prawdziwej Woli, Thelema nazywa aktem „czarnej magii”. Przez to rozumiemy ogólnie zakłócanie harmonii życia innej jednostki. Dysharmonia i brak równowagi mogą zrodzić działania wszechświata zmierzające do przywrócenia równowagi, o czym przypomina nam wschodnia doktryna „karmy”. Thelema odrzuca bezpośrednie nawiązania do judeochrześcijańskiej koncepcji diabła lub szatana. „Choronzon” jest thelemiczną personifikacją stanu chaosu, iluzji i egoistycznej ignorancji.

Większość Thelemitów praktykuje magiczne rytuały, które służą zogniskowaniu ich Woli, bądź wprowadzają w stan świadomości, który uważany jest za istotny element pracy. Chociaż każdy Thelemita ma za zadanie stworzenie własnej interpretacji Księgi Prawa, wielu uważa, iż każda jednostka posiada swą boską prawdziwą Wolę, a jej odkrycie przez każdego człowieka na ziemi zaprowadziłoby światowy ład i harmonię. Wielu Thelemitów wyznaje etykę braku ingerencji, która powiada, iż wtrącenie się w wolę i wolność innego człowieka stanowi pogwałcenie własnej prawdziwej Woli.

Większość Thelemitów dzieli tę zasadę w swych społecznościach i tym samym unika fałszywego założenia, iż możemy poznać wolę innego człowieka w sposób, w jaki możemy poznać własną. Taka etyka tworzy środowisko oparte na szacunku, zaufaniu i zachęca każdą jednostkę do niezależnego myślenia i własnych poszukiwań, aniżeli opierania się na przekonaniach innych ludzi.

 

Materiały O.T.O. / red. Conradino Beb

 

Strony związane z Thelemą:

Wydawnictwo OKULTURA [pl]
Wydawnictwo LAShTal [pl]
Thelemiczna strona Amrokteisa [pl]
Kalifat O.T.O. Polska [pl]
The Libri of Aleister Crowley [en]
Astrum Argentum Brasil [por]
LAShtal – Home Of The Aleister Crowley Society [en]
Aleister Crowley (ALPHABETIC LIST OF WORKS) [en]
Thelema Coast To Coast – Podcast [en]
The 93 Current [en]
The Equinox [en]
U.S. Grand Lodge, Ordo Templi Orientis (Kalifat O.T.O.) [en]
Californian A.•.A.•. the College and Temple of Thelema [en]
The Order Of Thelemic Knights [en]
Ordo Templi Orientis International Headquarters [en]
Ordo Templi Orientis – Scarlet Woman Lodge [en]
Thelemapedia: The Encyclopedia of Thelema & Magick [en]

List do brazylijskiego masona

Marcelo Ramos Motta (1931-1987)

Rio de Janeiro, 9 Lipiec 1963 e.v.

Drogi Dr.G.:

Do what thou wilt shall be the whole of the Law.

Z przyjemnością przeczytałem wiadomość, że brazylijska masoneria wreszcie zdecydowała się jeszcze raz odegrać aktywną rolę w sprawach tego narodu. Wtedy przypomniałem sobie rozmowę z tobą i nasze pożegnanie, gdy poczyniłeś uwagę, że twoim zdaniem Rzymski Kościół jest dla dzieci dobrym wstępem do dorosłego życia. Wtedy powiedziałem ci: „Być może, ale masoneria jest nieskończenie lepsza” i teraz korzystam z tej okazji, by powtórzyć i rozszerzyć to stwierdzenie.

Nie chcę w tej chwili dyskutować o przydatności Rzymskiego Kościoła jako treningu dla dzieci lub jego braku. Nikt nie może dyskutować na ten temat. Temat ten musi – powtarzam, musi – zostać zbadany przez każdą odpowiedzialną jednostkę, w szczególności wysokiego stopniem masona, i szczególnie w Brazylii, gdzie kościół ten ma tak duży wpływ na psychologiczną postawę ludzi – ze skutkami jakie obserwujemy obecnie.

Dla takich badań, niezwykle ważna w tym momencie, szczegółowa analiza dowodów rozsianych w pracach wielu bezstronnych i szanowanych obserwatorów jest niezbędna – analiza, która nie może mieć miejsca podczas rozmowy lub być streszczona w argumencie. Ja znam fakty, ty w tej chwili nie; moje twierdzenia, mimo że oparte na faktach, mogą ci się wydać tendencyjne i niesprawiedliwe; tym bardziej, że podejrzewasz mnie i moje zamiary – Thelemici nie są obecnie bardziej lubiani lub budzą większe zaufanie niż Gnostycy i Esseńczycy w swoich czasach.

Celem tego listu jest wyłożyć, w uporządkowany i przejrzysty sposób, moje wnioski, i wymienić prace, na których są one oparte; tak abyś mógł, jeśli zechcesz, zbadać je samodzielnie i dojść do własnych wniosków, które mogą lub nie, zgadzać się z moimi. Proszę tylko o to, że jeśli po przeczytaniu tego listu i, jeśli będziesz chciał, zbadaniu wymienionych w nim źródeł, dojdziesz do wniosku, że mój list i źródła są warte do przeczytania dla twoich znajomych Masonów, to przekaż im zarówno list jak i źródła, tak by mogli mieć szansę zbadać, rozważyć i zadecydować.

Muszę rozpocząć powtarzając to, co powiedziałem podczas naszej rozmowy, a co tak bardzo zszokowało twoje szczere oddanie: człowiek w Ewangeliach nazywany „Jezusem Chrystusem” jest wyimaginowaną postacią; jego przygody są fikcją; nie był on i nie mógł być jedyną Inkarnacją Logosu; i jakikolwiek kościół, jakakolwiek sekta, lub grupa ludzi twierdząca inaczej albo okłamuje albo samemu jest okłamywana.

Nie mam przez to na myśli, że taki człowiek nie mógł istnieć; nauczać; i cierpieć. Nie chodzi mi o to, że taki człowiek nie mógł się narodzić. Przeciwnie: Tacy ludzi rodzą się nieustannie i będą kontynuować rodzić się przez wieki: Inkarnacje Logosu, Świątynie Świętego Ducha, Krzyże Materii ukoronowane przez Różę Ducha.

Powiem więcej: był, dawno temu, człowiek, który osiągnął najwyższy stopień poczucia swego własnego Bóstwa; i człowiek ten zmarł w analogicznych okolicznościach, lecz nie identycznych do tych opowiedzianych w Ewangeliach. Jego narodziny są zapomniane w nocy czasu; on był pierwowzorem Wisielca, Ofiary, Tarota, i Egipcjanie znali go pod imieniem Ozyrysa. Człowiek ten był twórcą Formuły Umierającego Boga.

Jest to formuła Śmierci Asara w Piramidzie, która jest opowiedziana w Masońskich obrzędach tradycji Hiram, z których najbardziej doskonałym jest Starożytny i Zaakceptowany Obrządek Szkocki.

Stopień 33 tego Obrządku oznacza Inkarnację Logosu; Zstąpienie Świętego Ducha; przejawienie się w ciele Chrystusa; Obecność Żyjącego Boga.

Dla faktów stojących za powyższym twierdzeniem odsyłam cię do następujących prac znakomitych i zasłużonych masonów:

LA MESSE ET SES MYSTERES, Ragon.

THE ARCANE SCHOOLS, John Yarker.

Możesz zyskać czytając również:

ISIS UNVEILED, Blavatsky, część poświęcona Chrześcijaństwu.

Mme. Bławatska nie była jedną z was, ale była jedną z Nas… Moim zdaniem, Dr G., wysoki stopniem mason, dysponujący wolnym czasem, przyniesie wiele korzyści swym braciom tłumacząc powyższe prace, szczególnie dwie pierwsze, na portugalski.

Dokumenty zawarte w tak zwanym Nowym Testamencie, Dr G., to jest Cztery Ewangelie, Dzieje Apostolskie, Listy i Objawienie są fałszerstwami dokonanymi przez patriarchów Rzymskiego Kościoła w czasach Konstantyna zwanego „Wielkim”, ponieważ zezwolił i pomógł w tym oszustwie. Konstantym nigdy nie miał żadnego snu „In hoc signo vinces”. Takie legendy są bezwstydnymi kłamstwami wymyślonymi przez rzymskich patriarchów w następnych trzech stuleciach, podczas których wszystkie historyczne zapisy z początków tak zwanej „chrześcijańskiej ery” zostały całkowicie zmienione.

Tym co naprawdę wydarzyło się za czasów Konstantyna było to, że biskupowie Rzymu i Aleksandrii, za wspólnym porozumieniem, udali się prywatnie do Cesarza i wytknęli mu, że rzymska religia była wyznawana tylko przez mniejszość patrycjuszy; że prawie cała populacja Rzymu była chrześcijanami, należącymi do rozmaitych sekt i zgromadzeń prowincji; że Imperium rozpadało się z powodu rozbieżności pomiędzy wiarą ludu a wiarą patrycjuszy; że ciągłe powstania wojowniczych esseńskich sekt Palestyny podburzały prownicje przeciwko autorytetowi Rzymu; i że, w skrócie, jedyną szansą Konstantyna na utrzymanie swego Cesarstwa było przyjęcie rzymsko-aleksandryjskiej wersji Chrześcijaństwa, a wówczas biskupowie poradziliby ludziom, aby z nim współpracowali. W zamian Konstantyn miał pomóc biskupom zniszczyć wpływy wszystkich innych chrześcijańskich sekt!

Konstantyn zgodził się na ten polityczny pakt zaproponowany przez biskupów Rzymu i Aleksandrii. Uczynił ich wersję Chrześcijaństwa oficjalną religią Cesarstwa. W konsekwencji religijne przywództwo przeszło w ręce ojców kościołów, które pomogły armii Cesarza rozpocząć „oczyszczanie” głównie wzdłuż granicy obecnej Rosji. Przywódcy niezależnych sekt chrześcijańskich zostali uwięzieni, ich świątynie zakazane, całe zgromadzenia były poświęcane na arenach prowincji Rzymu i Aleksandrii. Greccy Gnostycy, spadkobiercy Misteriów Eleuzyjskich, zostali oskarżeni o niesławne praktyki przez kastratów jak Origen i Irinaeus (kastracja była ciekawą metodą utrzymania czystości, którą wzięto z Kultu Attysa, z którego wywodzi się rzymska psychika). Esseńczycy zostali zgładzeni przez sztuczkę uczynienia Żydów złoczyńcam i z namiętnych gier Ewangelii; i z końcowym rozproszeniem wojowniczych plemion żydowskich, Kościół Rzymsko-Aleksandryjski zapewnił swoją pozycję, i był wstanie całkowicie poświęcić się temu, co od zawsze było jego specjalnością: pomaganie tyranom świata w zniewalaniu wszystkich prawdziwych ludzi.

Dla powyższych, odsyłam do:

ISIS UNVEILED, Blavatsky, rozdział o Chrześcijaństwie;

OUTLINES ON THE ORIGIN OF DOGMA, Harnack.

DECLINE AND FALL OF THE ROMAN EMPIRE, Gibbon.

THE AGE OF CONSTANTINE THE GREAT, Burckhardt.

Jeśli chodzi o historyczne fałszerstwa Kościoła Rzymu, odsyłam cię do słów wielkiego amerykańskiego naukowca Mosesa Hadasa w jego uwagach do tłumaczenia pracy Burckhardta, strona 367:

Historia Augusta przedstawia biografie Imperatorów, Cesarzy i uzurpatorów, od Hadriana do Numeriana (117-284), z przerwą dla okresu 244-253. Utrzymuje się, że dzieło to spisało sześciu autorów – Aelius Spartianus, Vulcacius Gallicanus, Aelius Lampridius, Julius Capitolinus, Trebellius Pollio i Flavius Vopiscus – i spisano je pomiędzy rządami Dioklecjana i Konstantyna, lub około 330. Kilku uczonych przyjmuje to za prawdę, lecz inni utrzymują, że dzieło to zostało spisane jedną ręką prawie wiek później; w tym przypadku imiona sześciu autorów miały dodać autorytetu.

Sparafrazowałem powyższe z pamięci; jednak praca Hadasa jest łatwo dostępna. Śmielszymi słowami, oznacza to: rzymscy patriarchowie, pragnący ukryć swe zbrodnie, szczególnie swe prześladowania chrześcijan należących do innych sekt i kościołów, i pragnący ogłosić się jedynymi prawdziwymi chrześcijanami, zniszczyli wszystkie autentyczne dokumenty, które mogli zdobyć (było to dla nich dość proste, odkąd od czasów Konstantyna to oni przechowywali księgi), i zastąpili je kłamstwami przedstawiającymi ich jako uciskanych przez imperatorów. W rzeczywistości płaszczyli się przed nimi od samego początku – Kult Attysa był jedynym w Rzymie, w którym zgodnie z prawem mogli uczestniczyć patrycjusze.

Trochę później, Rzymianie i Aleksandryjczycy pokłócili się, ponieważ każdy odłam chciał uczynić swoje miasto religijnym i politycznym centrum Imperium; i to właśnie wtedy jeden z pogańskich historyków, który uciekł uwadze Ojców Kościoła napisał, że: okrucieństwa chrześcijan przeciwko samym sobie przewyższają okrucieństwa dzikich bestii przeciwko człowiekowi. (Ammianus Marcellinus).

Końcowym rezultatem tej sprzeczki było rozdzielenie Imperium Rzymu i Bizancjum. Od tego czasu Kościół Rzymski nazwał się „katolickim”, podczas gdy Bizantyjski nazwał się „prawosławnym”.

Oba te kościoły, oczywiście, są pełne kłamstw…

Jaka była potrzeba, możesz zapytać, dla tego bezlitosnego prześladowania gnostyckich i esseńskich sekt?

Co do Esseńczyków, powody były polityczne i dogmatyczne. Około jednego wieku przed tak zwanym pierwszym rokiem w Palestynie narodził się mistrz, którego imię jest nieznane (jednak niektórzy uczeni przypuszczają, że było to Ionas, lub Jonas). Mistrz ten stworzył nowy system Essenizmu, założył wiele oddziałów tego Żydowsko-Koptyjskiego bractwa i zgromadził wielu następców w Azji Mniejszej. Spisano wiele dokumentów o wydarzeniach jego życia i doktrynie. Był on chrześcijańskim Adeptem, to znaczy, podtrzymywał tezę, że każda istota ludzka jest świątynią Żywego Boga; dał świadectwo Słowu i Świętemu Duchowi, i jego wpływ na myśl religijną tamtych czasów był tak wielki, że Rzymsko-Aleksandryjscy patriarchowie pisząc swą „historię Jezusa Chrystusa”, byli zmuszeni dołączyć go, by uniknąć podejrzeń. Nazwali go „Jan Chrzciciel”…

Odnośnie tego Esseńskiego Mistrza radzę przeczytać:

THE DEAD SEA SCROLLS, AN INTRODUCTION, R.K. Harrison.

Ta książka również powinna zostać przetłumaczona na portugalski przez masona!

Poniżej cytuję fragment poświęcony temu Inicjowanemu, zaczerpnięty z koptyjskiego manuskryptu nazywanego Ewangelią Marii, znajdującego się w Muzeum Berlińskim od 1896 roku. Po wyłożeniu im wielu punktów swojej doktryny, żegna się ze swoimi uczniami:

… Kiedy Błogosławiony skończył to mówić, pozdrowił ich, mówiąc: “Pokój z wami. Przyjmijcie dla siebie mój pokój. Wystrzegajcie się, by nikt was nie zwiódł słowami „Spójrz tu!” lub „Popatrz tam!”, gdyż Syn Człowieczy jest wewnątrz was. Podążajcie za nim; ci którzy szukają odnajdą go. Idźcie zatem i ogłoście Dobrą Nowinę o Królestwie. Nie dałem wam żadnych nakazów oprócz tego, że nakazałem wam to czynić (Kochać się wzajemnie) i nie dałem wam żadnego prawa, jak to uczynił Prawodawca (Mojżesz), ponieważ nie chciałem byście czuli się nim zobowiązani.

I powiedziawszy to, odszedł.

Fragment ten może być porównany z innymi w ewangeliach, gdzie „Jezus”, gdy spytany, mówi wyraźnie: „Królestwo Boga jest w was”.

A jakie motywy mieli Rzymianie i Aleksandryjczycy by prześladować i zniesławiać Greckich Gnostyków?

W tym przypadku powody były wyłącznie dogmatyczne. Mniej więcej w czasie przypisanym później „narodzinom Jezusa Chrystusa”, grecki Wtajemniczony dał nowe życie Misteriom Apolla i Dionizyjskim, ponownie założył kult Duchowego Słońca i Logosu, dokonał cudownych czynów i w skrócie wywarł takie piętno, że rzymscy Aleksandryjczycy byli zmuszeni włączyć kilka „cudów” do swojej ewangelicznej mieszaniny, by ich „Jezus” mógł równać się z cudami przypisywanymi Apollonowi z Tyany. W tym samym czasie ogłosili, że Apollon został zesłany przez „Szatana”, by naśladować “cuda Jezusa”, odciągając ludzi od „prawdziwego Chrystusa” i systematycznie niszczyli wszystkie autentyczne dokumenty z życia Apollona, pozostawiając jedynie fantastyczne i niewiarygodne Vita, przypisane „uczniowi” tego wielkiego Adepta.

Ponownie odsyłam do ISIS UNVEILED, i artykułu APOLLONIUS w Encyclopedia Britanica.

Teraz, Dr G., muszę nakreślić dość długą dygresję w celu ukazania w jaki sposób Rzymski Katolicyzm różni się od prawdziwego Chrześcijaństwa. Rozpocznę od przedstawienia jednego z kilku tekstów Ewangelii, które przetrwały niemal w ogóle nie zmienione przez Rzymsko-Aleksandryjskich patriarchów. Znaczące zmiany przez nich wprowadzone są skomentowane pod cytatami a sam tekst przedstawiam nienaruszony. Jest to rozpoczęcie Ewangelii Św. Jana:

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem było Słowo.

Ono było na początku u Boga.

Wszystko przez nie powstało, a bez niego nic nie powstało, co powstało.

W nim było życie, a życie było światłością ludzi.

A światłość świeci w ciemności, lecz ciemność jej nie przemogła.

Wystąpił człowiek, posłany od Boga, który nazywał się Jonas.” (Johannes po grecku)

Ten przyszedł na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy przezeń uwierzyli.

Nie był on światłością, lecz miał zaświadczyć o światłości.

Prawdziwa światłość, która oświeca każdego człowieka, przyszła na świat.

Na świecie był i świat przezeń powstał, lecz świat go nie poznał. (Rzymscy Aleksandryjczycy zastąpili tu słowo „było” – odnoszące się do Słowa, lub Światła – słowem „był”, oznaczającym, oczywiście, ich wyimaginowaną personifikację, “Jezusa”).

Do swej własności przyszedł, ale swoi go nie przyjęli. (znów kanoniczna wersja posiada „przyszedł” zamiast „przyszło”).

Tym zaś, którzy go przyjęli, dał prawo stać się dziećmi Bożymi, (i tutaj wtrącili: „tym, którzy wierzą w imię jego” – to jest w „Jezusa”, którego wymyślili, aby służył ich zamiarom), którzy narodzili się nie z krwi ani z cielesnej woli, ani z woli mężczyzny, lecz z Boga.

A Słowo ciałem się stało i zamieszkało wśród nas (tutaj znów Rzymsko-Aleksandryjska wersja ma “zamieszkało wśród nas” zamiast “w nas”, umyślny błąd w tłumaczeniu, który zmienia całe znaczenie tego fragmentu), i ujrzeliśmy chwałę jego, chwałę, jaką ma Pierworodny Syn od Ojca pełne łaski i prawdy. (Pierworodny Syn to oczywiście Chokmah, Duchowy Świat, pierwsza emanacja Starożytnych Dni, Kether; Pierworodny przywodzi również na myśl “najstarszego z Synów Boga”, Lucyfera lub Szatana!)…

W powyższej, oryginalnej wersji tego chrześcijańskiego dokumentu i zmianach wprowadzonych przez Rzymskich Aleksandryjczyków, Dr G., znajduje się streszczenie i podstawy Rzymskiego dogmatu.

Jon, Apollon, Szymon (Szymon Piotr i „Szymon Mag”; zajmiemy się tym później), wszyscy ci chrześcijańscy Adepci nauczali: Wy jesteście Świątyniami Żyjącego Boga. Spójrzcie, Światło jest w was, i wiedzcie, że jesteście Dziećmi Światła!

Co rusz można odnaleźć to przesłanie w Ewangeliach, jednak zawsze przekręcone lub uwarunkowane lub błędnie wyjaśnione przez Rzymsko-Aleksandryjskie wpływy i teologizmy. W rezultacie „Jezus” czasami mówi jak święty, jak prawdziwa Inkarnacja Słowa; jednak zdecydowanie częściej przemawia jak fanatyk i sekciarz. Sprzeczności tego typu przeważają same siebie.

Jest to rezultat edycji i wpływów Rzymskich Aleksandryjczyków. Skopiowali i przystosowali do ich tymczasowych potrzeb Esseńskie dokumenty opisujące nauczanie Jonasza (między innymi Kazanie na Górze). Wstawili cuda z rodzaju przypisywanych Apollonowi z Tiany. Zaaranżowali dramatyczne Misterium Męki na kształt kultów Mitry, Adonisa, Attysa, Dionizosa, Oannesa – rzecz niezbędna, by uczynić ich „Jezusa” inkarnacją Logosu Eonu Ozyrysa – ich Umierającym Bogiem. Wymieszali prawdę i kłamstwa tak starannie, że przez prawie tysiąc siedemset lat każdy chrześcijanin, który poszukiwał Słowa w samym sobie – jedynym miejscu gdzie można je odnaleźć – spotykał, na progu swej własnej duszy, to zdradzieckie widmo, tą bluźnierczą chimerę, ten teologiczny koszmar: „Nasz Pan Jezus Chrystus”.

„Czcij mnie!” krzyczy Egregor. „Ja jestem synem Boga; ty jesteś tylko bezwartościową i grzeszną istotą, potępioną od dnia swych narodzin i przeznaczoną piekłu, gdyby nie moja ofiara; i beze mnie nigdy nie osiągniesz nieba!”

Być może zaczynasz rozumieć, Dr G., fatalną naturę tego co nazywamy Wielkim Czarodziejstwem?

Po tysiąc sześciuset latach witalizacji rzeszami czcicieli i absorpcji pustych skorup kapłanów, zakonnic, zakonników i fanatyków, którzy pozwolili się tak wampiryzować, Egregor istnieje na tak zwanej „płaszczyźnie astralnej”; i jest to demon, to jest iluzoryczny byt, nie jest to prawdziwy Mikrokosmos, lecz skupisko ożywionych skorup, skupiających wszystko co negatywne, defetystyczne, płaczliwe, bigoteryjne, introwertyczne w ludzkiej naturze – mokradło całkowicie nieprzyjazne rozwojowi i duchowej ewolucji ludzkości

I z drugiej strony, nie ma nic bardziej świętego lub czystszego niż to, co jest ukryte pod imieniem „Jezusa Chrystusa”… Imię jest skomponowane z tytułów, którymi Esseńscy Kabaliści i Greccy Gnostycy nazywali Inicjowanych, którzy osiągnęli Sefirę Tifaretu, Syna – to jest “sferę” lub “płaszczyznę” świadomości, która w Naszym Systemie odpowiada stopniowi Adeptus Minor, a w Obrządku Szkockim odpowiada 33 stopniowi.

Chrystus, Chrestos, oznacza „Dobry” i „Namaszczony”. Był to królewski tytuł w Misteriach Eleuzyjskich. Inicjowany zawsze był kapłanem-królem od czasów starożytności; absurdalny przesąd o “boskim prawie” królów to kolejne fałszerstwo Rzymskich Aleksandryjczyków mające pomóc tyranom, którzy im pomogli. To rzeczywiście byłoby niezwykle proste, gdyby prawdziwe królestwo, bolesne wynagrodzenie Inicjacji, mogło być przekazywane metodami dynastycznymi, lub nadawane przez papieża!

W celu usprawiedliwienia tego tematu, należałoby napisać całe tomy; powiedzmy tylko, że tradycyjne symbole władzy królewskiej są symbolami pełnej Inicjacji. Berło reprezentuje Fallusa, materialny obraz Słowa; Kula i Krzyż są formą Crux Anasta, symbolu nieśmiertelności, którą daje Inicjacja (ukazuje Kobiece “zdominowane” przez Męskie, to jest, wypełnione przez Męskie…); Korona to Kether, Sahaszara Czakra w pełnym rozkwicie, Pierwsza Sefira, Starożytność Dni, Ojciec; fioletowa peleryna wyhaftowana gwiazdami kwiatów przedstawia Nocne Niebo, Aurę Kapłana Nuit; wreszcie karmazynowe i złote szaty są symbolami Słonecznego Ciała, Ciała Chwały Inicjowanego – czerwień i złoto są heraldycznymi kolorami Słońca…

Jeśli zaś chodzi o imię „Jezus”, po hebrajsku zapisuje się je jako JHShVH (wymawiane Jeheszuah). Proszę zauważyć, że jest to JHVH, Tetragrammaton, z Shin (Sh) w środku. Shin jest literą oznaczającą jednocześnie Ogień i Ducha, a w środku JHVH równoważy Cztery Elementarne Siły Demiurga. Jehova – Słowo Mojżesza – staje się Jeheszuah – Słowem Jona. W słowie tym zawarty jest Ukrzyżowany Bóg, Dr G.; jest w nim Pentagram, Znak Człowieka, Płonąca Gwiazda Sanktuarium; Krzyż rozdzielony w Pięć Elementów: Ogień, Wodę, Powietrze, Ziemię i Ducha; jest tu Kabalistyczny klucz chrześcijańskiego Tetragrammatonu, INRI, co między innymi oznacza, Igne Natura Renovatur Integra, to jest: Poprzez Ogień (Świętego Ducha) Natura jest Całkowicie Odnowiona…

Podstawową różnicą między Chrześcijaństwem i poprzedzającymi je religiami było to, że Misterium Ozyrysa, do tego czasu ujawniane jedynie starannie wybranym aspirantom w najgłębszych niszach najbardziej niedostępnych sanktuariów, zostało dane całemu światu. Przed Eonem Ozyrysa, podczas Eonu Izydy, człowiek czcił Boga w jednym z Jego wielu obrazów przystosowanych do duchowej wizji różnych jednostek i różnych narodów, w taki sami sposób w jaki dziecko kocha i czci swoją matkę: jako Kogoś kto chroni, karmi, daje pocieszenie, czasami poprawia lub karze; lecz zawsze jako Kogoś zewnątrz ich samych.

To objawienie Misterium Śmierci Ozyrysa obudziło w ludziach świadomość, że oni sami są inkarnowaną boskością. Nie możemy głębiej rozpatrzyć tematu Ozyrysa, gdyż zajęłoby to kolejny tom. Eon Dziewicy-Ryb, ze swoją wibracją przystosowaną do idei oddania i samo-poświęcenia, umożliwił Inicjację na dużą skalę; lecz jest koniecznym, abyś zrozumiał, Dr G., że Misterium Ozyrysa datuje się od czasów najodleglejszej starożytności. Umierający Bóg jest magiczną formułą pochodzącą sprzed zniszczenia Atlantydy, kiedy prawdziwe znaczenie symboli, aż stały się powszechnie znane, było przywilejem nielicznych inicjowanych. Coroczna ludzka ofiara, by zwiększyć zbiory, była powszechnym rytuałem pośród rolniczych plemion Europy i Azji Mniejszej pięć tysięcy lat temu; i nawet na początku Romanizmu nadal była praktykowana przez Indoeuropejskie plemiona. Poświęcany człowiek pierwotnie był królem plemienia; rządził przez cały rok i był zabijany w Rytach Wiosny, lub Wielkanocy (ang. „Easter” jest modyfikacją Isztar). Był traktowany jak inkarnacja plemiennego boga, i czczony aż do momentu jego śmierci. Jego krwią kropiono posiane pola; jego ciało było zjadane przez szlachciców i kapłanów. Zwykły lud musiał zadowolić się wdychając dym z palenia określonych części jego ciała, które były poświęcane bóstwu, którego był wcieleniem (części te były różne; niektórzy palili organy seksualne, inni serce).

Ostatecznie, w miarę rozwoju inteligencji, formuła stała się wygodna dla królów; niektórzy plemienni geniusze obmyślili ideę pastora i odtąd substytut, namaszczony król, symbolicznie był zabijany zamiast prawdziwego króla. Najpierw wybierano do tego ochotników, potem starców i chorych, później wrogów i ostatecznie zwierzęta.

W wielu plemionach rodzice poświęcali swoich pierworodnych zamiast siebie samych (w takich przypadkach rodzice byli zazwyczaj wodzami, lub patriarchami, plemienia). Historia pierworodnego syna Abrahama opisana w Biblii jest pomysłową bajką, stanowiącą przejście wczesnych Żydów od składania Jehowie ofiar z pierworodnych do składania ofiar z kozłów.

Ludzkie ofiary, którym towarzyszył rytuał antropofagii, były typowe na kontynencie Indo-Europejskim, w Australii, Afryce i w Nowym Świecie. Powszechna obecność takiego rytuału, w czasach kiedy znajomość nawigacji była praktycznie zerowa, świadczy o wspólnym źródle w starożytności. Tym wspólnym źródłem była Atlantyda, lecz należy pamiętać, iż Atlanci nie praktykowali składania ludzkich ofiar. To zniszczenie ich cywilizacji (lecz nie wskutek „boskiej kary”, lecz na skutek naturalnych ruchów skorupy ziemskiej), po którym przetrwało tylko kilka kolonii na innych lądach, zadecydowało o powrocie do barbarzyństwa na większości terenów, kiedy symbole zaczęły być traktowane w najbardziej ordynarny sposób.

Pewne bardziej zaawansowane centra Atlantyckiej kultury przechowały prawdziwe znaczenie. Wśród tych kilku możemy wskazać Egipt, gdzie Mniejsze Misteria (Misteria Izydy i Ozyrysa) były odprawiane z zachowaniem całkowitej znajomości ich znaczenia (wystarczy jeśli przypomnisz sobie, że w Księdze Umarłych dusza zmarłego mężczyzny bądź kobiety zawsze jest nazywana Ozyrysem) i Większe Misteria (Nuit-Hadit-Hoor) były zachowane w największej tajemnicy.

To Egipt był miejscem, z którego przyszedł Nurt Ozyryjski, który, ze względu na różnorodność ludzi i języków, oraz przez trudności komunikowania się na płaszczyźnie materialnej, został odbity w różnych punktach kontynentu Indoeuropejskiego w rozmaitych formach, lecz zawsze zgodnie z podstawową formułą Zabitego Boga. Nurt ten zaczął się około 500 roku p.n.e. Rozentuzjazmowana postać z Azji Mniejszej, której przygody stały się folklorem, i która ostatecznie została poznana pod imieniem Dionizosa, podróżowała po Grecji, Azji Mniejszej i Indiach, nauczając nowej formuły Inicjacji. Ten Inicjowany, który jest prawdziwym pierwowzorem ewangelicznego „Jezusa Chrystusa”, był duchowym synem Kriszny, lub raczej Wisznu, którego Kriszna był głównym awatarem; i jego słowem było INRI, będące modyfikacją rozwiniętego Słowa Kriszny, AUM. Możemy tu zacytować Rozdział 71 LIBER ALEPH, jednej z najgłębszych prac MISTRZA THERIONA:

Kriszna ma niezliczone imiona i formy, i nie znam jego prawdziwych ludzkich Narodzin. Gdyż jego Formuła jest wielkiej Starożytności. Lecz Jego Słowo rozprzestrzeniło się na wiele ziem, i znamy je aż do dziś jako INRI z tajemnym IAO w nim zawartym. I znaczeniem tego Słowa jest Sposób Działającej Natury w Jej Zmianach; czyli, jest to Formuła Magii zgodnie z którą wszystkie Rzeczy reprodukują i odtwarzają siebie. Jednak to Rozszerzenie i Specjalizacja było raczej Słowem Dionizosa; bowiem prawdziwym Słowem Kriszny było AUM, przywodzące raczej wyrażenie Prawdy Natury niż praktyczną Instrukcję w szczegółowych Operacjach Magii. Lecz Dionizos, poprzez Słowo INRI, wyłożył podstawę wszelkiej Nauki, jak rozumiemy dziś Naukę w szczególnym sensie, to jest powodowania zmian w Naturze w Harmonii z naszą Wolą.

Ten Inicjowany, którego ziemskie imię jest dziś nieznane, a którego znamy pod imieniem Dionizosa (które mogło być jego cielesnym imieniem, przy okazji; stało się dość powszechne w Azji i Grecji, po tym jak przez nie przeszedł!…), żył i działał mniej więcej pięćset lat przed tak zwaną „chrześcijańską” erą. Wspomniał o nim jeden z żydowskich proroków, Izajasz, w kilku fragmentach Księgi Izajasza. Fragmenty te były studiowane z głębokim szacunkiem przez dawnych Esseńczyków, którzy znali ich okultystyczne znaczenie. Główny ustęp jest następujący (wtrącenia są moje):

Kto uwierzył wieści naszej, a ramię (ramię jest eufemizmem dla Fallusa, materialnego organu Słowa. Udo, ramię, biodro, róg, etc., są eufemizmami dla penisa użytymi zarówno w Nowym jak i Starym Testamencie w celu uspokojenia lubieżnych myśli tłumaczy, którzy dokonujac projekcji ich własnych psychicznych urazow, myśleli, że ludzie będą zszokowani gdy nazwie się rzeczy po imieniu. Ten rodzaj “dobrodusznej” zmiany ciągle następuje; każdy wydaje się myśleć być zdolnym do ochrony “cnoty” swoich towarzyszy!) ADONAIa komu się objawiło?

Wyrósł bowiem przed nim jako latorośl (to jest, jako nowe Słowo, z konieczności początkowo źle zrozumiane i przerażające) i jako korzeń z suchej ziemi. Nie miał postawy ani urody, które by pociągały nasze oczy, i nie był to wygląd, który by nam się mógł podobać.

Wzgardzony był i opuszczony przez ludzi, mąż boleści, doświadczony w cierpieniu jak ten, przed którym zakrywa się twarz, wzgardzony tak, że nie zważaliśmy na niego.

Lecz on nasze choroby nosił, nasze cierpienia wziął na siebie. A my mniemaliśmy, że jest zraniony, przez Boga zbity i umęczony. Lecz on zraniony jest za występki nasze, starty za winy nasze. Ukarany został dla naszego zbawienia, a jego ranami jesteśmy uleczeni.

Wszyscy jak owce zbłądziliśmy, każdy z nas na własną drogę zboczył, a ADONAI jego dotknął karą za winę nas wszystkich.

Znęcano się nad nim, lecz on znosił to w pokorze i nie otworzył swoich ust, jak jagnię na rzeź prowadzone i jak owca przed tymi, którzy ją strzygą, zamilkł i nie otworzył swoich ust.

Z więzienia i sądu zabrano go, a któż o jego losie pomyślał? Wyrwano go bowiem z krainy żyjących, za występek mojego ludu śmiertelnie został zraniony.

I wyznaczono mu grób wśród bezbożnych i wśród złoczyńców jego mogiłę, chociaż bezprawia nie popełnił ani nie było fałszu na jego ustach.

Ale to ADONAIowi upodobało się utrapić go cierpieniem. Gdy złoży swoje życie w ofierze, ujrzy potomstwo (to jest, jego duchowe dzieci), będzie żył długo i przez niego wola ADONAIa się spełni.

Za mękę swojej duszy ujrzy światło i jego poznaniem się nasyci. Znajomością swoją (to znaczy Binah – przyjmując duszę korespondującą z Przekraczaniem Otchłani) sprawiedliwy mój sługa wielu usprawiedliwi i sam ich winy poniesie.

Przetoż mu dam dział dla wielu (to jest, jego uczniów), aby z mocarzami (to jest z “bogami”; lecz bardziej specjalnie Duchowymi Formacjami, które w Kabale nazywane są Królami lub Potężnymi), dzielił łupy (odnosi się to do wielkiej tajemnicy Inicjacji, której jednym z symboli jest “wieczerza”), ponieważ wylał na śmierć duszę swoję (to jest, jego krew, Wino IAO, w Pucharze BABALON, Puchar, który przechowuje krew świętych), a z przestępcami policzon będąc (to jest, uznanym za zło), on sam grzech wielu odniósł, i za przestępców (to jest za złych pośród których był policzony, a którzy w rzeczywistości byli tymi, którzy go oskarżyli) się modlił.

Księga Izajasza, LIII, wersy 1-12

Być może będziesz w stanie lepiej zrozumieć powyższe, jeśli zacytuje tu kilka wersów z jednej ze Świętych Ksiąg Thelemy:

46. O mój Boże, lecz miłość płonie we Mnie poza więzami Czasu i Przestrzeni; moja miłość jest rozdzielona między tymi, co kochają nie miłując.

47. Moje wino jest nalane dla tych, którzy nigdy nie smakowali wina.

48. Opary jego odurzą ich a energia mojej miłości zrodzi potężne dzieci z ich panien.

Liber VII, vii. wersy 46-48.

Są pewne inicjacyjne sekrety, Dr G., które nie mogą być „przekazane” z tego prostego powodu, że tylko ci, którzy sami ich doświadczą będą w stanie zrozumieć wzmianki o nich. Dlatego ograniczę się do powiedzenia, że prosta historia opowiedziana powyżej w wersach z Izajasza opisuje karierę każdego chrześcijańskiego Adepta. Również, w teorii, powinna to być historia każdego Masona 33 stopnia; lecz w praktyce, pomimo, że nie utraciliście Słowa, utrzymujecie literę a nie ducha. Wy Masoni oddaliliście się daleko od tego, co było zamiarem waszego systemu – a to głównie z powodu nieustannych ataków ze strony Rzymskiego Kościoła.

Rzymsko-Aleksandryjscy patriarchowie, którzy napisali Nowy Testament skopiowali słowa prawdziwie Inicjowanych; w rezultacie, wewnątrz ich sfałszowanych Ewangelii ciągle jest rozsianych kilka kluczy, które ci co „mają uszy do słuchania” (czyli ci, którzy mają duchowe postrzeganie – zmysł słyszenia odpowiedników z hinduską Akaszą, Elementem Ducha) mogą odnaleźć i użyć do osiągnięcia Uniwersalnego Leku i Eliksiru Życia.

Rzymscy Aleksandryjczycy, jednak, poważnie zbłądzili, kiedy spróbowali użyć bluźnierskich metod rozszerzania Chrześcijaństwa zepsutego dogmatycznymi interpretacjami i chwilowymi pragnieniami siły. Nie powiodło się to, ponieważ nie postępowali tak jak Jonasz nakazał Esseńczykom: nie “dali Cezarowi, tego co cesarskiego, a Bogu tego co boskie.” Niezmiennie, kiedy tylko w historii rodzaju ludzkiego system teurgii jest sprzedany jako zorganizowana religia, cierpi na tym połączenie między systemem i jego duchowym źródłem. Płaszczyzny nie mogą się mieszać, a Rzymscy Aleksandryjczycy, wierzący, że działają w najlepszych intencjach, byli w rzeczywistości kierowani dumą i próżnością – uczuciami wywodzącymi się z poczucia ego – dokładnie tej części człowieka, która musi być zniszczona podczas Przekraczania Otchłani!

W rezultacie Kościół Rzymsko-Aleksandryjski, tracąc kontakt z Logosem Eonu Ozyrysa, stał się narzędziem w rękach demonicznych mocy – to jest iluzorycznych mocy, egoistycznych mocy – i oddalił się od niego w stronę od zdumiewających błędów do niewypowiedzianych okrucieństw.

W konsekwencji, prawdziwi Chrześcijanie odeszli od tego kościoła w chwili gdy zatriumfował i sprzymierzył się z księciami zła tego świata, do Gnostyckich i Esseńskich “konkurentów”. Wycofali się i kontynuowali swoje dzieło w milczeniu poprzez wszystkie następne obrazy i prześladowania; i ostatecznie by skuteczniej odeprzeć efekty Wielkiego Czarodziejstwa, stworzyli Masonerię.

Wiesz oczywiście, że Starożytny Obrządek, lub raczej, Wielka Loża Anglii, została zorganizowana, a cały Obrządek zreformowany przez pewnego Eliasa Ashmole, Żyda, który był Bratem R.C.. R.C. (które istnieje pod tą nazwą na świecie dopiero od czasu gdy wielki wtajemniczony ukrywający się pod imieniem “Christiana Rosenkreutza” zapoczątkował ten ruch, który zaowocował najpierw w Renesansie, potem w reformacji, i wreszcie w Amerykańskiej i Francuskiej Rewolucji) jest odpowiedzialne za Misterium Logosu – Misterium Chrystusa. To ich zadaniem jest, by to Misterium nigdy nie zostało zapomniane przez ludzkość. Kiedy bez względu na to czy przez ludzkie błędy, oscylacje ludzkiej karmy, lub prawa przemiany, przekazywanie Słowa i Znaku, to jest apostolskiej sukcesji, jest zagrożone, wówczas to R.C., pod jedną ze swych wielu zasłon (nigdy nie używa otwarcie nazwy R.C.!), poprzez jednego lub więcej Braci, przypomina ludziom o duchowym znaczeniu Inkarnacji; o Przymierzu Zmartwychwstania; o Wielkim Dziele, to jest: Ustanowieniu Królestwa Bożego na ziemi.

R.C. nigdy w żaden sposób nie miesza się z organizacją kierowaną Masońskimi rytami; ani ich Adepci, niedostępnie szukają przyjęcia w takich obrządkach. Tylko wystarczające informacje są publicznie udostępniane oraz wskazywane są źródła dla badań, poprzez które Masoni mogą sami ponownie ustalić duchowe znaczenie ich misteriów.

R.C. jest poniżej Otchłani; Wielki Zakon, który nie ma nazwy jest symbolizowany przez Oko w Trójkącie; i jest to Collegium Summum, lub S.S., zakonu A.·.A.·.

A.·.A.·. jest tylko jednym z Inicjacyjnych Bractw, a poniżej Otchłani jednym z najmłodszych. Zostało zorganizowane w swej obecnej formie w pierwszej dekadzie tego stulecia.

Jeśli chodzi o S.S., jest wspólne dla wszystkich Inicjacyjnych Zakonów. Często jest to źródłem zaskoczenia dla aspirantów; gdy osiągając pewne zrozumienie, odkrywają, że Mistrzowie zdający się nauczać całkowicie przeciwne doktryny (jak na przykład Mahomet i Jonasz) siedzą ramię w ramię w Radzie Adeptów.

Podsumujmy.

Kim jest św. Jan Chrzciciel”? To Jonasz, Ionas, Jon, Johannes, Jan, Mistrz Prawości Esseńczyków, którego kazania są w Ewangeliach włożone w usta “Jezusa”.

Kim jest „Jezus”? To każdy Adept, czyli osoba, która osiągnęła Wiedzę i Konwersację Świętego Anioła Stróża, Parakleta.

Kim jest „Jezus Chrystus”? Jest to imię nadane przez Rzymskich Aleksandryjczyków ich fikcyjnej wersji Logosu Eonu Ozyrysa, którego Słowem było INRI, a którego znamy jako Dionizosa.

Kim jest “Ojciec”, do którego “Jezus” zawsze zwraca się w Ewangeliach? To Logos, LVX, Słowo, którego Sefirą jest Chokmah, pierworodny Kether. Kim jest Chrystus? Technicznie, jest to każdy Adept, odkąd imię odpowiada, w greckiej symbolice, esseńskiemu Jeheszua; lecz w praktyce jest to imię używane by desygnować LOGOS AIONOS.

Z tego mistycznego punktu widzenia, „nikt nie osiąga Ojca inaczej jak przez Syna”; konsekwentnie, odkąd każdy chrześcijański Adept jest Inkarnacją Słowa, różnica między Solarnym Chrystusem a Wewnętrznym Chrystusem jest tylko iluzją profana. Ego sum qui sum – mówi Inicjowany – AHIH, JESTEM KTÓRY JESTEM.

Kiedy Aleister Crowley został “oskarżony” (było to wtedy kiedy przewodniczący sędzia nazwał go “najniegodziwszym człowiekiem świata”), prokurator zapytał go:

Czy nie jest prawdą, że nazywasz siebie Wielką Bestią z Objawienia?

Crowley, przywykły oczekiwać najgorszego od swych bliźnich, odpowiedział z typowymi dla niego cierpliwością i humorem:

To imię oznacza tylko Słońce. Możesz mnie nazywać ‘małym słoneczkiem’.

To jest: mów na mnie Adept, to jest, Jeheszua, to jest Mason 33 stopnia, Dr G….

“małe słoneczko” = Mniejsze Słońce, Tifaret.

To zmieszanie między Adeptem i jego Ojcem pojawia się nawet u “Jana Chrzciciela” – tego malowniczego obchodu siły, którym Rzymscy Aleksandryjczycy oddzielili Jona, Esseńskiego Mistrza, od jego kazań. “Jan Chrzciciel” mówi: “Ja jestem Głosem (to jest Słowem) rozbrzmiewającym na Pustyni (to jest w Otchłani)”.

Najbardziej starożytnym symbolem oznaczającym Słowo jest Oko Egipcjan; a Oko jest w Otchłani. Jest to Oko w Trójkącie, i jest to prawdziwy Bafomet, Tajemny Wódz wszystkich Masonów.

Poniżej Otchłani jest reprezentowany przez dwóch Adeptów, jeden jest Białym Filarem, drugi Czarnym Filarem. Biały Adept to Adeptus Exemptus i obwieszcza on Prawo. Czarny Adept to Adeptus Major i egzekwuje on obwieszczenia Adeptus Exemptus.

Żydzi, po tym jak przestali składać ofiary z pierworodnych, przeznaczali dwa kozły ofiarne na ich święta, jeden biały, drugi czarny. Biały kozioł był poświęcany IAO (najstarsze imię Jehowy); czarny kozioł obłożony klątwami kapłanów był wyprowadzany na pustynię…

Czy rozumiesz teraz lepiej, dlaczego Pomieszczenie Masonów jest nazywane Pomieszczeniem Czarnego Kozła, Dr G.?

Oko w Otchłani jest Okiem Słońca, Okiem Hoora, które z pewnych powodów jest identyfikowane z odbytem. Dlatego mówi się, że wyznawcy “Szatana” “całują tyłek czarnego kozła”… W Starożytnym Egipcie, w pewnym rytuale, gdzie każda część ciała Inicjowanego była w relacji z odpowiadającą mu jakąś boską istotą, w określonym momencie Inicjowany mówił: “Moje pośladki są pośladkami Oka Hoora”.

Lecz kim do diabła – wybacz tę grę słów – naprawdę jest ten notoryczny Szatan, o którego czczenie oskarżają nas rzymscy kapłani, i którego winią za ich zmartwienia, zamiast obwiniać swą własną bigoteryjną głupotę?

Kiedy Rzymski Kościół rozpoczął “katechizację” prowincji, nieustannie odnajdywał lokalnych bogów. Ucząc się legendarnych wyczynów tych bogów, przebiegli rzymscy misjonarze wynaleźli “świętych”, którzy dokonali tych samych czynów i opowiadali prostym poganom:

Ten wasz bóg jest niczym innym jak demonem, który próbuje odciągnąć was od Naszego Pana Jezusa Chrystusa, i w tym celu naśladuje wyczyny naszego świętego męczennika Jana Kowalskiego. A jeśli mi nie wierzycie, posłuchajcie historii życia naszego świętego męczennika…

I tu następowała zmyślona opowieść.

W ten sposób Rzymski Kościół przyswoił do swojej liturgii cały panteon “pogańskich” bogów, przemieniając ich w całkowicie fikcyjnych świętych i męczenników; jedynymi chrześcijańskimi męczennikami wczesnego Chrześcijaństwa byli Gnostycy i Esseńczycy, których Rzymscy Aleksandryjczycy potępili przed Imperatorami. Przykład: Ci którzy czcili Chrystusa pod postacią osła (Priapus), ci którzy czcili Chrystusa pod postacią ryby (Oannes); ci którzy czcili Chrystusa pod Jego Imieniem Iacchusa, lub Dionizosa…

Lecz był pogański bóg, którego Rzymski Kościół nie był w stanie pochłonąć, ponieważ jego wyczyny były zbyt męskie, by przypisać je rzymskiemu “świętemu”, koniecznie kastratowi na ciele lub duchu. Z drugiej strony jego obrzędy były tak witalne, tak powszechnie popularne na prowincjach, że niemożliwym było spodziewać się, że lud o nim zapomni; po sześciu stuleciach rzymsko-aleksandryjskiej tyranii, nadal był on znany i adorowany: bóg PAN, bóg z rogami i koźlimi kopytami…

Zatem, Dr G., nie będąc w stanie uczynić go świętym, uczynili go diabłem…

Obfitość danych o wszystkim co napisałem powyżej można znaleźć w następujących książkach:

THE GOD OF THE WITCHES, Margaret Murray.

THE BOOK OF THE DEAD, w tłumaczeniu Sir Wallis Budge.

THE GOLDEN BOUGH, Sir James Frazer, kompletne wydanie w kilku tomach.

W ostatniej monumentalnej pracy, znajdziesz szczegółowe studium pogańskich bogów, którzy zostali przemienieni w “świętych” i “męczenników” rzymskiego kalendarza…

Lecz wracając do boga Pana: Rzymski Kościół walczył z obrzędami tego boga przez kilka stuleci. Święta Pana były orgiastyczne – stąd ich popularność – i były obchodzone na Równonoce i Przesilenia. Ostatecznie Rzymski Kościół był zmuszony włączyć te święta do własnej liturgii, uznając za niemożliwe wyeliminowanie ich; i bardzo przebiegle uczynili z nich najważniejsze święta kultu “Naszego Pana Jezusa Chrystusa”: Wielkanoc, Boże Narodzenie, Dzień Św. Jana Chrzciciela i Dzień Św. Jana Apostoła. Koniec końców reforma gregoriańska przesunęła “Boże Narodzenie”, które z początku było ruchome jak Wielkanoc i wypadało na Przesilenie; i w końcu wchłaniając orgiastyczny rytuał mający w ten dzień miejsce (pozostałość tych orgiastycznych aspektów to, na przykład, “całowanie pod jemiołą”. To było więcej niż całowanie za dawnych dni!…), rzymscy kapłani ustalili datę na 25 grudnia. Od tego czasu Rzymianie, ich późniejsi następcy i kilka złudnych okultystycznych zakonów obchodzi tego dnia „zmartwychwstanie” lub „narodziny” Słońca; jest to spowodowane tym, że Zimowe Przesilenie jest tą chwilą, kiedy Słońce osiągnąwszy maksimum południowej deklinacji na ekliptyce, zaczyna wracać na północ, przynosząc ocieplenie, które odnowi życie wegetacji na wiosnę.

Lecz kim był, z Inicjacyjnego punktu widzenia, ten Pan?

Był on, tak jak każdy bóg każdej krainy z każdego okresu historii świata, jedną z form pod którą czczone jest Duchowe Słońce, które jest prawdziwym Ojcem, lub jego Pierworodnym, który jest “Bestią”… Bestia różni się w zależności od daty Równonocy, ponieważ Wiosenna Równonoc jest ruchoma, na skutek przesunięcia punktu wiosny, od znaku do znaku Zodiaku średnio co dwa i pół tysiąca lat; a w Zodiaku znaki zawsze są przedstawione pod ludzką lub zwierzęcą postacią.

W późniejszym Eonie, wiosenny punkt wypadł odpowiednio w Pannie i Rybach, Dziewica i Ryba; w poprzednim Eonie w Baranie i Wadze, Jagnię i Sprawiedliwość (kobieta z mieczem i wagą dawnych Rzymian); w obecnym, wiosenny punkt wypadł w Wodniku, to jest Kobiecie z Pucharem (BABALON), i w Lwie, to jest Wielkiej Dzikiej Bestii (THERION).

Bóg Pan jest jedynie sędziwą formułą Logosu, pochodzącą z Eonu Raka-Koziorożca… Oto i zmora rzymskich kapłanów zredukowana do prawdziwych proporcji. Zredukowana?… Cóż, to kwestia punktu widzenia…

Nie możemy bardziej zagłębić się w temat “Rogatego”, ani w cały symbolizm rogów, ani w pełną historię walki Rzymskiego Kościoła przeciwko kultowi „Diabła”; kultowi którego, powiedzmy przelotnie, pomimo wszelkich wysiłków Rzym nigdy nie był w stanie zniszczyć. Znajdziesz podstawowe dane do przestudiowania w cennej książce, opublikowanej po raz pierwszy w XVIII wieku, jeśli się nie mylę, lecz obecnie ponownie wydanej w Stanach Zjednoczonych:

TWO ESSAYS ON THE WORSHIP OF PRIAPUS, Payne Knight.

Ograniczymy się tu do powiedzenia, że był to bóg czczony przez “wiedźmy”, które zachowały jego orgiastyczne obrzędy pomimo wszystkich diabelskich prześladowań, absurdalnych oszczerstw i strasznego ryzyka śmierci w ogniu i torturach narzuconych przez Rzymski Kościół nie tylko podczas Średniowiecza, lecz nawet w XVIII wieku – a które, gdyby nie cierpliwość i cicha praca Masonów, prawdziwych Chrześcijan, ten niesławny kościół z pewnością praktykowałby do dzisiaj…

Po tym jak Rzymianie i Aleksandryjczycy zapewnili swoją teologiczną dominację na Soborze w Nicei (omówimy to później) i ustanowili dogmat “Jezusa Chrystusa” jako historycznej postaci i “jednej i jedynej” Inkarnacji Słowa, nieliczni Gnostycy i Esseńczycy, którzy przetrwali “czystkę” kontynuowali, w największym sekrecie, oryginalną i czystą tradycję Mniejszych Misteriów Egiptu i Formuły Dionizosa.

Kilka razy, podczas ostatnich tysiąca pięciuset lat, ta lub inna grupa tych Inicjowanych próbowała otwarcie wznowić ich kult. Kiedykolwiek to robili, Rzymski Kościół interweniował z dziką furią, mordując mężczyzn, kobiety i dzieci, do tego stopnia, że w przypadku Albigensów, nawet średniowieczni kapitanowie, ludzie, którzy stali się brutalni od przemocy dzikich bitew tamtych czasów, zaniepokojeni masakrą poszli zapytać Papieża, czy może raczej powinni nie zabijać niewinnych ludzi razem z winnymi (Albigensi umierali tak cnotliwie, rozumiesz). I to w tej sytuacji Biskup Rzymu uhonorował “chrześcijańską” tradycję jego kościoła tymi pamiętnymi słowami:

Zabijajcie wszystkich; Bóg rozpozna swoich.

Rzeź, Dr G., objęła nawet nowo narodzone dzieci…

I to nie było tak, Dr G., że Biskup Rzymu był ofiarą ślepej wiary w prymitywną teologię jego wyznania; nie było tak, że naprawdę wierzył w istnienie “zbawiciela” nazywanego “Jezusem”, i wierzył że Albigensi byli “istotami Szatana”. Nie, Dr G., nie było nawet wyjaśnienia fanatyzmu dla decyzji Biskupa Rzymu – gdyż Rzymski Papież wie, zawsze wiedział, że nigdy nie było żadnego “Jezusa Chrystusa”!

Być może ciężko ci w to uwierzyć? W takim razie przypomnij sobie historyczne słowa, wyszeptane w momencie nieuwagi wywołanej władczą próżnością, jednego z najbardziej cynicznych i najlepiej prosperujących papieży, Leona X:

Quantum nobis prodest haec fabula Christi!

To jest: Jak bardzo pomaga nam ta bajka o Chrystusie!

Musisz pamiętać, że oryginalne dokumenty tego co Rzymianie nazywają „Chrześcijaństwem” są przechowywane w Tajnej Bibliotece Watykanu. Jest najprostszą rzeczą dla nielicznych prałatów, którym Kuria zapewnia dostęp do takich dokumentów sprawdzić gdzie kończą się fakty a zaczyna fikcja.

Sądzę, że powiedzieliśmy wystarczająco o przeszłej historii Kościoła Rzymu. Nie ma konieczności przypominać ci o Joannie d’Arc, Jules de Retz, przeciwko którym poczyniono najbardziej przerażające zarzuty, nie przedstawiono żadnych dowodów, a ich sędziowie i oskarżyciele byli ich spadkobiercami; lub o Jacques de Molayu i reszcie Templariuszy, o Michel Servet, lub o Cesarzu Friedrichu Hohenstaufen, o Johannie Hussie, lub Henryku IV (zamordowanym przez zakon Jezuitów), lub o Katarach, o Albigensach, o Hugenotach, lub o Żydach i Arabach Hiszpanii i Portugalii, lub francuskich, niemieckich, szkockich i irlandzkich Gnostykach nazwanych „czarownicami” i zmuszonych do przyznania się do absurdów pod ohydnymi torturami, lub o Galileuszu, o Cagliostro, lub o ogromnej ilości Masonów, których kości bielą drogi prowadzące do Rzymu… Sądzę, że Masonowi, nie muszę mówić dalej o przeszłości tego niesławnego kościoła.

Zamiast tego powiedzmy o teraźniejszości – o tym czasie “reform” i “Papieża Pokoju”.

Czy Rzym się zmienił?

Dr G., z pewnością myślisz, że te wychwalane reformy liturgiczne, to popularyzowane zgromadzenie ekumeniczne, dwie bulle późnego “Jana XXIII” (w rzeczywistości Jana XXIV; był czas w historii papiestwa, gdy było trzech papieży w tym samym czasie. Jeden z nich, nazywany Janem XXIII, został zmuszony do zrezygnowania z papiestwa, kiedy pozostałych dwóch zawarło przeciw niemu przymierze, i zaraz potem został otruty – z czyjej inicjatywy, pozostawię to twoim rozmyślaniom) uczyniły Kościół Rzymu bardziej humanitarnym, bliższym Boga i Jego Logosu?

Bardzo dobrze; mam przed sobą, w tej chwili gdy piszę, rzymski elementarz zatytułowany Chrześcijańska doktryna. Został wydany przez Pauline Editions i posiada numer 1: dlatego tez jest przeznaczony do indoktrynacji najczulszych dzieci. Powiedziałeś mi, że twoim zdaniem Rzymski Kościół był dobrym wstępem do dorosłego życia dla dzieci. Skoro tak myślisz, szczególnie rozważ następujące ustępy, które przepiszę z tej niesławnej broszury (nawiasy są mojego autorstwa):

Lubię mój katechizm (nieświadoma auto-sugestia).

Katechizm naucza mnie drogi do nieba (lub z drugiej strony, piekła).

Droga do nieba to: poznać Boga (poprzez słowa kapłanów), kochać Boga (zgodnie z definicją miłości ludzi, którzy ślubowali unikać wszelkich zdrowych jej przejawów), i słuchać Boga (który rozkazuje ci przez usta księży, jedynych prawdziwych pośredników; wszyscy inni są sługami Diabła, i jeśli spróbujesz określić, samodzielnie, posłuszeństwo Bogu, jesteś winny dumy, śmiertelnego grzechu).

Zawsze będę uczęszczać na moje lekcje katechizmu w celu poznania drogi do nieba (ukryta groźba, że jeśli nie będziesz chodzić na lekcje katechizmu, by poznać drogę do nieba, to skończysz w piekle).

Zawsze będę studiować mój katechizm bardzo uważnie (a są ludzie uważający, że to komuniści wynaleźli pranie mózgu!)

Powyższe to jedynie wstęp. Następnie są godne uwagi „prawdy”:

Jezus zmarł na krzyżu by nas zbawić (historyczne kłamstwo, lecz dogmatyczna implikacja jest taka, że odkąd od urodzenia jesteśmy istotami potępionymi i skazanymi przynajmniej na czyściec, dzieci potrzebują zbawienia. Cóż za różnica pomiędzy tym a „Chodźcie do mnie małe Dzieci”!…)

Małe dzieci bardzo kochają Naszą Panią (jeśli byłby to rosyjski elementarz i zamiast “Naszej Pani” byłoby tam “Nina Chruszczow”, nazwalibyśmy to zbrodnią przeciwko ludzkości. A ostatecznie Nina Chruszczow istnieje!…)

Nasza Pani jest matką Jezusa (prawda, BABALON jest matką Adepta; lecz to nie w ten sposób to zinterpretowali!…)

Następnie jest credo, z taką notką: Credo jest podsumowaniem religii, której nauczył nas Jezus.

Jest to bezwstydne kłamstwo, gdyż ani Jon ani Dionizos, pierwowzory ewangelicznego „Jezusa Chrystusa” nie nauczali „religii”. Budda nie nauczał Buddyzmu, Mahomet nie nauczał Islamu, ani Lao Zi nie nauczał Daoizmu, ani żaden inny wielki przywódca duchowy nigdy nie ustanowił formalnego dogmatu, z pojedynczym wyjątkiem Mojżesza; a on przynajmniej miał usprawiedliwienie, że musiał stworzyć kulturę gdzie jej nie było, stworzyć naród z motłochu zabobonnych i buntowniczych niewolników. To zawsze naśladowcy – dodajmy przelotnie, fałszywi naśladowcy – Mędrców organizowali religie i porzucali Ducha dla litery, wcześniej lub później postępując w sposób całkowicie przeciwny do zalecanego przez Instruktora.

Jednak w obecnym przypadku kłamstwo jest złożone; gdyż oprócz faktu, że Jon nie pozostawił żadnej “religii” do naśladowania, Kredo Nicejskie, do którego odnosi się ten elementarz, nie było nawet podsumowaniem religii, która skrystalizowała się wokół nauk Jona. Kredo to było raczej kodeksem dogmatów, które Rzymscy Aleksandryjczycy uznali za podstawowe dla ustanowienia ich politycznej, materialnej, czasowej dominacji nad wieloma zgromadzeniami – kościołami – założonymi w Azji Mniejszej i na Rzymskim Półwyspie przez następców uczniów Jona, każdy z odmianą doktryny i temperamentem zdeterminowanym przez lokalne warunki i przez specyfikę zakładającego je ucznia. Ci zakładający je uczniowie byli pierwowzorami “apostołów” z Dziejów apostolskich (Dzieje są antologią, starannie ocenzurowaną i wypaczoną przez wstęp opisujący wielce wyimaginowane wydarzenia i imiona, działalności kilku uczniów Jona. Fałsz najbardziej rażącej postaci jest tam wymieszany ze strzępami historycznych faktów. Celem tego sfałszowania zapisów było potwierdzenie autorytetu Rzymskiego Kościoła, który daleki od bycia najstarszym z kościołów chrześcijańskich, był najmłodszy – i z pewnością najmniej chrześcijański z ich wszystkich!

Interesującym przykładem jest „Św. Piotr”, „Szymon Piotr”, który jest tym samym “Szymonem Magiem” sprzeciwiającym mu się w Dziejach Apostolskich. Był on Gnostykiem, którego Rzymski Kościół musiał uznać za założyciela, ponieważ nauczał w Rzymie i był powszechnie szanowany przez wszystkie zgromadzenia; lecz jednocześnie musiał zaatakować z powodu doktryny wspólnej z greckimi Gnostykami i Esseńczykami. „Piotr” i „Paweł” są prawdopodobnie tą samą osobą – lecz tylko przyszłe badanie bezstronnych badaczy posiadających prawdziwą dokumentację może to potwierdzić. Zapis sposobów w jaki Rzymscy Aleksandryjczycy zmusili Sobór Nicejski do przegłosowania tego Kredo do użytku jest gąszczem horrorów. Sytuacja była taka, że zaproszeni patriarchowie nie odważyli się chodzić ulicami Nicei, Rzymu i Aleksandrii bez przynajmniej tuzina ochroniarzy, ze strachu przed śmiercią z rąk Rzymsko-Aleksandryjskich patriarchów. (Patrz OUTLINES ON THE ORIGIN OF DOGMA i DECLINE AND FALL OF THE ROMAN EMPIRE; również LA MESSE ET SES MYSTERIES, dla pełnej dyskusji nad tym.)

Lecz przeanalizujmy to „podsumowanie religii, której nauczał Jezus”:

Wierzę w Boga, Ojca Wszechpotężnego, Stworzyciela nieba i ziemi (dopiero zaczyna to zbaczać, gdyż „Ojciec”, do którego zwracał się Jon w swoich kazaniach był Dionizosem, Logosem Eonu, który był duchowym ojcem Jona. „Stworzyciel nieba i ziemi” to w rzeczywistości „Stworzyciele” – liczba mnoga. Genesis, Kabalistyczne dzieło, jest zawsze źle tłumaczone; „Elohim”, stwórcy nieba i ziemi, byli dosłownie „męsko-kobiecymi bogami” – to jest androgynicznym boskim zastępem. Zatem, możesz spytać, kim był Jehowa? Był Ojcem Mojżesza, w taki sam sposób w jaki Dionizos był Ojcem Jona!…

Lecz idźmy dalej: i w Jezusa Chrystusa, syna jego jedynego, Pana Naszego (te dziewięć słów spowodowało więcej śmierci na Soborze Nicejskim niż jakiekolwiek inne. Były przypadki rzymsko aleksandryjskich patriarchów prowokujących osobistymi obrazami innych patriarchów, którzy sprzeciwili się temu „jedynemu synowi” lub „Panu Naszemu”, aż do czasu gdy obrażany patriarcha zareagował – wtedy to byli zabijani od tyłu nożem przez wcześniej wyćwiczonych zabójców. Co do „Jezusa Chrystusa”, nikt szczególnie się temu nie sprzeciwił, gdyż prawdziwi chrześcijańscy Inicjowani nawet nie pofatygowali się na Sobór, wiedząc że była to szachrajska sprawa, jak każdy inny sobór zwołany przez Rzymskich Aleksandryjczyków wcześniej lub później.

Chrześcijańscy Wtajemniczeni już zaczynali się organizować, przewidując skrajną potrzebę tajnego stowarzyszenia braci, które otwarcie pojawiło się w Średniowieczu jako Masoneria – gildia wolnomularzy, która budowała wielkie gotyckie katedry. Ci wolnomularze utworzyli oddzielną klasę, gdyż, nie będąc szlachcicami czy kapłanami, nie byli też wieśniakami czy wasalami. Rzymski Kościół chronił ich, ponieważ potrzebował ich do budowy – Rzym samemu będący niezdolny, tak jak teraz, do zbudowania czegokolwiek… To przez te gildie Wolnomularzy prawdziwe Chrześcijaństwo było przekazywane od królestwa do królestwa i od miasta do miasta, i to dość ironicznie, pod życzliwą opieką Rzymian… Patrz THE ARCANE SCHOOLS i każde dobre kompendium masońskiej historii),

który się począł z Ducha Świętego (kolejnym źródłem wielu morderstw był ten dogmat, którego nie będziemy komentować, gdyż list ten z pewnością będzie czytany przez rzymskich kapłanów, a naszym celem nie jest dostarczanie im informacji o naturze Ducha Świętego – inwokują go tak często, że przecież musza wiedzieć co To jest!…),

narodził się z Maryi Panny (ta Panna Maria jest również Wielką Nierządnicą z Objawienia. Jest Wielką Nierządnicą, ponieważ oddaje się wszystkiemu co żyje; i jest panną ponieważ pozostaje Ona nietknięta przez to wszystko. Kim Ona jest? Jest Domem Boga, Naturą Wielkiej Matki – i naturalne prawa są jedynymi boskimi prawami… Isis-Urania, NUIT, Nasza Pani Gwiazd, jest najwyższą koncepcją tej Wielkiej i Wiecznej Matki, bezwstydnie i z zapałem kopulującej z Jej wszystkimi stworzeniami, gdyż w każdym z nich przejawia się Jej Pan, który w każdym z nich posiada Ją… Jest również najwyższą formą, prawdziwą formą PANa. Wiecznie nietknięta Izyda jest tą Nieskazitelną Dziewicą; a obrazy Dziewicy z Dzieciątkiem Jezusem w rzymskich kościołach są wiernymi kopiami wielu obrazów Izydy z Dzieciątkiem Horusem, które można obejrzeć w Brytyjskim Muzeum i w Louvrze…),

cierpiał pod Poncjuszem Piłatem (bardzo wątpliwa osoba, ten Poncjusz Piłat, z historycznego punktu widzenia. Ostatnio „listy żony Piłata do przyjaciela” zostały „odkryte” i „ujawnione” w Stanach Zjednoczonych Ameryki, opisujące jak życie tej pary stało się najzwyklejszym melodramatem, po umyciu ich rąk z „Jezusa Chrystusa”. Więcej dziecinnych opowiastek dowcipnych Jezuitów, bez wątpienia…).

Został ukrzyżowany i pogrzebany, i zstąpił do piekła, trzeciego dnia zmartwychwstał, wstąpił do nieba, gdzie siedzi po prawicy Wszechpotężnego Ojca, skąd przyjdzie by sądzić żywych i umarłych (wszystko to posiada ezoteryczne znaczenie i jest prawdą każdego Chrystusa, każdego Adepta; lecz rzymscy kapłani sprofanowali te święte symbole interpretując je w najprymitywniejszy sposób).

Wierzę w Ducha Świętego (nawet nie wiedzą co To jest, niezasłużywszy Jego obecności od tysiąca sześciuset lat!…),

święty Katolicki Kościół (to jest prawdziwy i jedyny Kościół, poniżej Otchłani, wliczając w to wszystkie ludzkie kulty; lecz rzymscy kapłani rozumieją przez to, oczywiście, Rzymski Kościół…),

odpuszczenie grzechów (wszystkich bluźnierstw tego wyznania wiary, to „odpuszczenie grzechów” czyniące z ludzkości nieczystą i potępioną rasę, jest największe i najmniej wybaczalne. To właśnie z tego powodu Kościół Rzymu nigdy nie zasłużył na objawienie Świętego Ducha!),

zmartwychwstanie ciała (odnosi się to do doktryny regeneracji, to jest Uniwersalnego Leku; lecz to i inne sekrety wczesnego Chrześcijaństwa zostało zatracone przez Rzymian, zinterpretowali tę frazę w najbardziej rażący sposób. Patrz: Rytuał Egipskiej Masonerii Cagliostra dla traktatu na ten temat), wieczne życie (odnosi się to do Eliksiru Życia – znów błędnie zinterpretowanego). Amen.

Teraz proszę rozważ następujące:

Dawno temu, kilka aniołów zgrzeszyło (później jest wytłumaczone co to jest grzech).

Upadłe anioły nazywa się diabłami.

Upadłe anioły poszły do piekła (muszą mieć piekło, zrozum. Pomyśl jak nieszczęśliwe były te dzieci, które nie wiedziały o istnieniu piekła do czasu aż spotkały się Kościołem Rzymu!).

Dlaczego Bóg nas stworzył? (petitio principii – jak zwykle.)

Bóg stworzył nas abyśmy Go poznali (w rzymskiej wersji), byśmy Go kochali i służyli Mu na tym świecie (rodzice płodzą dzieci ponieważ potrzebują niewolników – żadna nadludzka istota nie mogłaby mieć innych motywów…), a potem byli z Nim w niebie (każdy grzeczny piesek zasługuje na nagrodę).

Zbierzmy: rzymska wersja Stwórcy ukazuje niewiele twórczej wyobraźni!

Lecz bajeczka następuje dalej:

Adam i Ewa byli szczęśliwi w Raju.

Jednak, pewnego dnia popełnili grzech.

Czym jest grzech?

Grzech jest świadomym nieposłuszeństwem wobec prawa Boga lub PRAWA KOŚCIOŁA (podkreślenie moje. Proszę zauważyć, że przebiegli panowie są podwójnie zabezpieczeni. Po pierwsze, ponieważ sami napisali “prawo Boga”; po drugie, ponieważ sami napisali prawo kościoła!…).

Jezus umarł na krzyżu by zbawić nas od grzechu (oni nie wiedzą już czym jest Jezus i nigdy nie wiedzieli czym jest krzyż).

Bóg nagradza dobrych i karze złych.

Nagrodą za dobro jest niebo.

Karą za zło jest piekło.

Niebo i piekło NIGDY SIĘ NIE SKOŃCZĄ (podkreślenie moje).

Bóg nie tylko nie ma wyobraźni, ale nie ma i litości, żeby nie wspomnieć o poczuciu humoru!…

Ten „Bóg” to demon – uczyniony na podobieństwo swoich wyznawców!

Kto idzie do nieba?

Każdy kto umiera bez poważnego grzechu idzie do nieba.

Proszę zauważyć, że nie trzeba wcale być cnotliwym, wesołym, odważnym, uczciwym, honorowym, by iść do nieba. Pozytywne cnoty nie mają żadnego znaczenia dla „chrześcijańskich” dzieci Rzymu; wystarczy umrzeć bez „poważnego grzechu” by iść do nieba. Przeczytaj, Dr G., w Objawieniu, rozdział III, wersy 14-22, co AMEN ma do powiedzenia Kościołowi w Laodycei!

Kto idzie do piekła?

Każdy kto umiera z poważnym grzechem idzie do piekła.

W ten sposób panowie z Rzymu mogą jednocześnie zjeść ciastko i je zachować. Jeśli nie jesteś ochrzczony (przez nich) po urodzeniu, jesteś skazany przynajmniej na czyściec; i jeśli nie jest ci odpuszczone (przez nich) w chwili śmierci, jesteś skazany przynajmniej na czyściec (proszę pamiętać, że czyściec jest stosunkowo niedawnym wynalazkiem, powstałym gdy ludzie zaczęli skarżyć się, że Rzym okazuje niewielką dobroduszność dla ludzi; na początku mieli tylko piekło jako alternatywę dla nieba). A twoje życie pomiędzy narodzinami i śmiercią jest im całkowicie podporządkowane: komunia, sakrament, bierzmowanie, małżeństwo, spowiedź… Proszę pamiętać, Dr G., że cała ta teologia grożąca wieczną męczarnią dla nieakceptujących tego, cały ten syndrom ucisku, psychicznego i społecznego niewolnictwa, wszystkie te machinacje są oparte na zamierzonych i świadomych kłamstwach patriarchów Rzymu i Aleksandrii! Prawdziwie, mogą się szczycić:

„Quantum nobis prodest haec fabula Christi!”

Lecz na nieszczęście dla nich, Dr G., tak się składa, że Chrystus nie jest bajką!

A Słowo ciałem się stało, i zamieszkało w nas.

Thou who art I, beyond all I am,
Who hast no nature, and no name,
Who art, when all but thou are gone,
Thou, centre and secret of the Sun,
Thou, hidden spring of all things known
And unknown, Thou aloof, alone,
Thou, the true fire within the reed
Brooding and breeding, source and seed
Of life, love, liberty and light,
Thou, beyond speech and beyond sight,
Thee I invoke, my faint fresh fire
Kindling as mine intents aspire.
Thee I invoke, abiding one,
Thee, centre and secret of the Sun,
And that most holy mystery
Of which the vehicle am I.
Appear, most awful and most mild,
As it is lawful, in thy child!

Powyższe wersy, Dr G., zostały napisane przez Aleistera Crowleya, „najniegodziwszego człowieka świata” według słów jezuickiego kapłana, który zorganizował zniesławiającą kampanię podążającą za nim przez całe jego życie. Mogą one i powinny być śpiewane z dumą przez każde Dziecko Światła – to znaczy, przez każdą ludzką istotę, przez każde Dziecko Boga!

Czy nadal sądzisz, Dr G., że Kościołowi Rzymu można, za zgodą odpowiedzialnych i szanowanych ludzi, pozwolić na edukację dzieci?…

Dr G., tak długo jak ten kościół nie przyzna się publicznie do swoich zbrodni przeciwko Bogu i człowiekowi; jak długo nie zaprzestanie tych gróźb piekła i dogmatu grzechu, poprzez które negatywne siły sprzeciwiające się ewolucji rodzaju ludzkiego starają się powstrzymać mężczyzn i kobiety od stawania się Bogami poprzez akt seksualny (patrz Ewangelia „Jana”, Rozdział IV, wersy 13-16); tak długo jak prowokuje masturbację i samolubstwo pośród tak zwanych kapłanów, zakonników i zakonnic, zamiast pozwolić im swobodnie wyrazić się jako homoseksualistom, którymi często są, lub heteroseksualistom, którymi czasami są; jak długo Biskup Rzymu nie przyzna, że jest jednym pośród wielu, i spadkobiercą zbyt zawodnych protokołów; w skrócie, tak długo jak Rzymski Kościół istnieje, Dr G. (gdyż w dniu, w którym się podda cała jego niesława nie będzie już „rzymska”, lecz wreszcie stanie się częścią prawdziwego Kościoła Katolickiego – ludzkości!), stosuj do niego słowa Jona, Syna Światła, skopiowane w tak zwanych Ewangeliach.

Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w odzieniu owczym, wewnątrz zaś są wilkami drapieżnymi!

Po ich owocach poznacie ich.

Nie każdy, kto do mnie mówi: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios; lecz tylko ten, kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie.

W owym dniu wielu mi powie: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w imieniu twoim i w imieniu twoim nie wypędzaliśmy demonów, i w imieniu twoim nie czyniliśmy wielu cudów?

A wtedy im powiem: Nigdy was nie znałem. Idźcie precz ode mnie wy, którzy czynicie bezprawie.

Mateusz, VII, w. 15-23.

Szczerze mówiąc, Dr G., nie rozumiem jak Mason, jak rozsądny człowiek, jak honorowy człowiek może, przez jedną chwilę, bronić instytucji, która jest brudem w historii ludzkości. My, prawdziwi następcy Chrystusa, zostaliśmy oskarżeni o nienawidzenie Kościoła Rzymu. Bóg wie, że go nie nienawidzimy. Brzydzimy się nim i wzgardzamy nim z taką intensywnością, z powodu czegoś co jest nie tylko podłością samo w sobie, lecz również upadla wszystko co jest święte i warte człowieka. Powiada się, że diabły uciekają z Kościoła Rzymu, i jest to prawda. Lecz nie dlatego, że się go boimy, budzi on w nas obrzydzenie. Bezcelowym jest ogłaszanie jaki cudowny wpływ miał Romanizm na zachodnią cywilizację. Prawda jest dokładnie odwrotna. Rzym walczył z wszystkimi reformami i wszelkim rozwojem na każdym kroku, akceptując je dopiero w ostatniej chwili, a potem udając – przed nieświadomymi – że to on je wynalazł. Odnowienie sztuki, nauki, wolności człowieka, nigdy nie nadeszły z Rzymu; nadeszły od Masonów, od Arabów, od Żydów, od Pogańskiej spuścizny odkrytej w Renesansie, od niemieckich, francuskich i angielskich Protestantów, od inwazji Normańskich piratów, nawet od hord Tatarów i Turków; nigdy z Rzymu.

Rozważ dowody historii, Dr G.! W ciągu ostatniego tysiąca lat, system feudalny, uczyniony wstrętnym właśnie przez przekleństwa z powodu przymierza kościoła z feudalnymi panami, uciskał populację Europy. Potem nadeszła Reformacja – a z nią w ciągu wieku ten system praktycznie zniknął. Rzymsko-Katolicka Anglia była drobną, małą wysepką na mapie Europy; wtedy nadszedł Henryk VIII, wypędził Jezuitów, stworzył Anglikanizm – i w ciągu dwóch pokoleń Anglia odparła Rzymsko Katolicką Hiszpanię, stała się największą potęgą morską na świecie i była na drodze do zbudowania imperium większego niż Cezara. Francja rozpadała się pod rzymsko-katolickimi Valois; wtedy nadszedł Henryk IV, ochronił Hugenotów i został z tego powodu zamordowany; lecz w ciągu wieku Francja Ludwika XIV olśniła świat. Protestanci skolonizowali Północną Amerykę; porównaj postęp cywilizacji Północnej Ameryki ze Środkową i Południową Ameryką skolonizowaną przez Jezuickich kapłanów!

Kraje świata, w których, obecnie, przeważają rzymskie dogmaty, są od pięćdziesięciu do stu lat opóźnione w postępie materialnym; i moralnie w pewnych dziedzinach, są od pięciuset do tysiąca lat w innych dziedzinach. Kraje protestanckie wypadają o wiele lepiej. Lecz niestety, nawet Protestanci nie są wolni od brudu “pierworodnego grzechu” i kompleksu winy, ani od wiary w potrzebę “zbawienia”, używając jak oni ewangelicznych “tekstów” sfabrykowanych przez Rzymskich Aleksandryjczyków; i to nie bez powodu Ambrose Bierce, przez wielu uważany za jednego z największych Amerykańskich Inicjowanych, napisał jako część definicji słowa „chrześcijanin” w swoim realistycznym i bezcennym Słowniku diabła:

I dreamed I stood upon a hill, and lo!
The godly multitudes walked to and fro
Beneath, in Sabbath garments fitly clad,
With pious mien, appropriately sad,
While all the church bells made a solemn din –
A fire-alarm to those who lived in sin.
Then I saw gazing thoughtfully below,
With tranquil face, upon that holy show
A tall, spare figure in a robe of white,
Whose eyes diffused a melancholy light.
‚God keep you, stranger,’ I exclaimed. ‚You are
No doubt (your habit shows it) from afar;
And yet I entertain the hope that you,
Like these good people, are a Christian too.’
He raised his eyes and with a look so stern
It made me with a thousand blushes burn
Replied – his manner with disdain was spiced:
‚What! I a Christian? No, indeed! I’m Christ.

Jeśli pragniesz przeczytać wspaniałe psychologiczne studium Romanizmu, Dr G., przeczytaj Antychrześcijanina Nietzschego, a wszędzie gdzie odnajdziesz zapisane słowo „chrześcijanin” zastąp je mentalnie przez „rzymski katolik”. Otrzymasz Kościół Rzymu dokładnie takim jakim on jest.

Podsumujmy, na zakończenie, zawartość tego listu, Dr G.

Wszyscy ludzie są dziećmi Boga. Wszyscy ludzie są w stanie osiągnąć na ziemi Królestwo Niebios, które jest w nas. Wszyscy jesteśmy członkami Ciała Boga, jesteśmy Świątyniami Świętego Ducha, i wystarczy oczyścić Świątynie – co nie oznacza wykastrować się fizycznie lub psychicznie! – by Obecność zamanifestowała się Sama.

Nie ma żadnego “Jezusa, jedynego syna Boga”, którego należy czcić; i wielu ludzi wspierających taką możliwość albo zwodzi albo sami są zwodzeni.

Jest napisane w Ewangeliach: Poznacie prawdę, a prawda uczyni was wolnymi.

Jest również napisane, w świętych oryginałach, zbluźnionych i zdradzonych przez Rzymskich Aleksandryjczyków, że Jon spojrzał uśmiechnięty na tłumy i rozszerzając ramiona zawołał:

Wy jesteście Drogą, Zmartwychwstaniem i Życiem!

Gdyż jest wieczną prawdą, że Słowo ciałem się stało; i w tym konkretnym momencie, zamieszkało w nas.

Love is the law, love under will.

Marcelo Ramos Motta

(tłum. Waldemar Kowalewski)

Kult Czarnego Węża [La Couleuvre Noire] – część I („Cults of the Shadow”)

„Cults of the Shadow” / Kenneth Grant

Poznając Michaela Bertiauxa, wudu-gnostyckiego mistrza kultu La Couleuvre Noire, wkraczamy w naładowaną atmosferę, otaczającą przebudzenie magów francuskiej dekadencji. Revenants dekadencji żyją, a ich dzisiejsze ekwiwalenty w centrum Chicago budzą zainteresowanie cieni Josepha Peladana, Stanislasa de Guaita, Pierre Vintrasa, J-K. Huysmansa, złowrogiego pierwowzoru Canon Docre – Abbe Boullana – z którym Bertiaux, jak twierdzi, utrzymuje bezpośredni kontakt astralny.

Jednak atmosfera nostalgii otaczającej Monastyr Siedmiu Promieni, któremu Bertiaux przewodzi, pachnie nie tylko dziwnymi i diabolicznymi rytami, odprawianymi przez Gaufridiego, lub przez Guilborga, kiedy tkał on straszne zaklęcie, do którego złowroga fascynacja Madame Montespan dodała swój bukiet niezdrowej urody, lecz również bardziej żywotną i elementarną mocą, wznoszącą atmosferę dekadencji do jej najwyższych tonów. Odwołuję się tu do potwornych cieni wyczarowanych przez zaklinacza z Nowej Anglii, Howarda Philipsa Lovecrafta, bowiem Bertiaux twierdzi, że nawiązał kontakt z „Przedwiecznymi”– straszliwymi mieszkańcami Zewnętrznych Przestrzeni, których Lovecraft sprowadził w swych przerażających dziełach tak blisko ziemi.

Legowisko Czarnego Węża nie jest tak łatwo dostępne, jak to należące do Bestii 666. By spotkać Bestię, uczeń musiał tylko wyruszyć na Cefal i jeśli się ośmielił, odwiedzić Opactwo Thelemy w pobliżu niespokojnej zatoki Lion Rock. Centrala Kultu Czarnego Węża, choć usytuowana w jedym z najbardziej ruchliwych miast nowego świata, kierowana jest z Leogane (Haiti), wewnętrznej strefy mocy mrocznych tajemnic, których Michael Bertiaux jest Wysokim Adeptem.

Aspirant dostaje swoje pierwsze lekcje w prawdziwie chicagowskim stylu, za pośrednictwem kursu korespondencyjnego, którego ukończenie zajmuje mu ponad pięć lat, lecz który w odróżnieniu od większości tego rodzaju kursów, oferuje wiedzę magiczną, będącą poza zakresem jakiegokolwiek innego, udostępnianego przez tak wiele „tajemnych”bractw cechowanych jedynie powierzchownym podobieństwem do Monastyru Siedmiu Promieni, który sam w sobie jest jedynie Zewnętrznym Dworem Kultu Czarnego Węża.

Monastyr jest komórką O.T.O.A. czy też Ordo Templi Orientis Antiqua, które wciela między swe nauki magiczne doktryny Aleistera Crowleya. 15 Sierpnia 1973 roku O.T.O.A. podłączyło się na wewnętrznych planach do Nurtu 93 i ogłosiło swoją oficjalną akceptację Prawa „Czyń swą Wolę”. Okazję tą celebrowano między innymi zniesieniem dotychczasowej reguły nie udzielania kobietom wyższych stopni wtajemniczenia.

Michael Bertiaux, będący jednym z Wysokich Adeptów Monastyru Siedmiu Promieni i Arcykapłanem Kultu Czarnego Węża, jest bez wątpienia jednym z bardziej barwnych i kreatywnych spośród dzisiejszych okultystów. Jego kurs instruktażowy rozpoczyna się od tajemnej maksymy: „To, co na zewnątrz jest wewnątrz, a to co wewnątrz, jest na zewnątrz”, podanej w stylu, w ciekawy sposób przywodzącym na myśl Jiddu Krishnamurtiego.

Krishnamurti – „księżycowe dziecko” Besant i Leadbeatera, był dowodem magicznej skuteczności Towarzystwa Teozoficznego; jego związek z Towarzystwem był podobny do relacji Crowleya ze Złotym Brzaskiem; obydwaj byli jedynymi godnymi „produktami”swoich społeczności. Tu jednak podobieństwo się kończy, ponieważ tam, gdzie Krishnamurti i Crowley byli, w odpowiadających sobie sferach, związani formułą swego rasowego dziedzictwa, Michael Bertiaux jest kombinacją białego i czarnego, które spotykają się w nim, by stworzyć dalekosiężny i oryginalny system twórczego okultyzmu.

Jako że ta książka, jak jej dwie poprzedniczki, zajmuje się sprawami eksploracji podejmowanych przez człowieka w mało znanych regionach świdomości oraz jego komunikacji z istotami pozaziemskimi, koncepcja Choronzona wyrażana przez Bertiaux ma szczególne znaczenie i odniesienie dla wotariusza Czarnego Węża. Choronzon jako strażnik bramy pomiędzy znanym i nieznanym wszechświatem – A i B – jest tożsamy z ideami wspólnymi dla wszystkich kultów Cienia, które bez wyjątku wykorzystują tą koncepcję w ten czy inny sposób.

Na przykład w wuduistycznych rytach Petro, loa inwokowane są za pomocą niekonwencjonalnych rytmów, odmiennych od tych, które są wykorzystywane w ceremoniach Rada; można powiedzieć, że czają się one w przerwach lub pustkach, które oddzielają światło i ciemność, dzień i noc. Rozwinięta przez Austina Spare’a formuła re-aktywacji pradawnych atawizmów korzysta z takich „koncepcji bycia pomiędzy”, zaś H. P. Lovecraft wskazuje na istnienie nieludzkich bytów, które zamieszkują głębiny przestrzeni pomiędzy gwiazdami.

Z historycznego punktu widzenia, Dr John Dee (1527-1608) był pierwszym człowiekiem, który zostawił jakikolwiek szczegółowy zapis ludzkiej wymiany z mieszkańcami bezwymiarowych szpar między wszechświatami. Trzy stulecia później Crowley ewokował jedną z tych istot z Otchłani, i – jak niektórzy twierdzą – jest bardzo prawdopodobne, że to spotkanie przyniosło mu więcej kłopotów w jego magicznym życiu, niż te które były efektem jego współpracy z demonami Abramelina.

Bertiaux opisuje Otchłań jako „lodowate światy nicości zwane Meon”. Zatoka ta jest, w kategoriach nieskończoności, wytrzymałości i odległości, kosmiczną analogią nieskończenie bliskiego i nieskończenie ulotnego: drobnej i normalnie niezauważalnej szpary pomiędzy myślami, poddającej się hipersensytywnej uważności nagłego wglądu w prawdziwe podłoże istnienia. Tylko to jest rzeczywistością, jedyną rzeczywistością i jest to Nieistnienie – noumenalne źródło, z którego powstaje świat przejawień.

Crowley rozumiał Choronzona jako uosobienie przerażających energii kosmicznego chaosu; sprzeczną istotę, która redukuje każdą koncepcję, z którą zostaje zetknięta do swojego własnego nieopisywalnego stanu amorficznej i płynnej nicości. Charakterystyczne dla Crowleya było odnoszenie się do tej mocy jako reprezentującej pomieszanie, rozproszenie, brak kontroli; przed nim Sir Edward Kelley nazwał ją „tym potężnym diabłem Choronzonem”. Bertiaux, z kolei, widzi Choronzona jako strażnika przejścia między światem istnienia i nieistnienia traktując go raczej jako matematyczno-magiczny system dynamicznej negacji, niż jako pozytywną moc zakłócenia.

Interpretacja ta jest zbliżona do zasugerowanej przez Lovecrafta, który jednakże nie wymienia konkretnie Choronzona lecz odnosi się do mieszkańców bezprzestrzennych wymiarów pomiędzy systemami wszechświatów. Lecz na długo przed tymi poglądami, wyprzedzając również te należące do dr Dee, chińscy adepci Ch’an zdawali sobie sprawę z tego choronzonicznego strażnika świata nieistnienia jako medytacyjnego stanu uważności pozbawionej ego, jako że byt i niebyt są niezależnymi częściami i jako takie posiadają ważność jedynie w świadomości ograniczonej do przedmiotu lub ego.

Chociaż interpretacja ta pozbawia koncepcję jakichkolwiek znamion moralnych, nie pozbawia jej ani trochę esencjonalnego przerażenia, które świadomość czystej Nicości musi przywoływać w umyśle, który jeszcze nie został rozpuszczony w kosmicznej świadomości. W Ch’an magiczna konstrukcja naturalnie nie istnieje, gdyż Ch’an jest kultem mistycznym i znajduje się poza wszelkimi kategoriami mentalnymi.

Michael Bertiaux rozwinął interpretację, która zdaje się znajdować dokładnie pomiędzy tymi dwiema uczestnicząc w obydwu lecz nie reprezentując żadnej z nich. Wypracował on magiczne metody kontroli meonu, która uczyniła go założycielem Kultu Choronzona powiązanego, jeżeli nie wręcz bazującego na zasadach tajemnych określonych przez H. P. Lovecrafta. Lovecraft użył fikcji by opisać koncepcje rzeczywistości, które w jego czasach uznane zostałyby za zbyt fantastyczne, by zostać zaprezentowane poprzez inne medium. Bertiaux nie ma dzisiaj oporów przed tłumaczeniem wartości choronzonicznych ze światów fantazji do wymiarów „rzeczywistości metamatematycznej”, co jest krokiem całkowicie zrozumiałym w czasach takich jak nasze, gdy wybitny fizyk może powiedzieć: „Świadomość nigdy nie jest doświadczana w liczbie mnogiej, a wyłącznie w pojedynczej.”Wynika z tego, że nic – nawet nieistnienie – nie istnieje poza umysłem.

Michael Bertiaux

Magiczne skupisko mocy emanującej z tych „rejonów metakosmicznej ciemności” znajduje się w bezdrożnej Otchłani, w centrum znanym jako Daath. Jest ono też znane pod nazwą „fałszywej Sefiry”; jest to jedenasta strefa mocy na Drzewie Życia. Jedenaście jest liczbą Qliphotu – „Świata Skorup” – zamieszkanego przez „Cienie Ciemności”; jest to brama wyjściowa do zewnętrznych przestrzeni poza lub z tyłu samego Drzewa Życia. Adepci Kultu Czarnego Węża przemierzyli tą „sekretną ścieżkę w dół tylniej strony Drzewa, co jest bardzo ważne w procesie Magicznej Kreacji”.

Daath, w sensie Wiedzy symbolizuje Ósma Głowa Pochylonego Smoka, który powstał gdy Drzewo Życia zostało rozbite. Prawdopodobnie znaczący jest fakt, że 474 – liczba Daath, dodana do liczby Choronzona, 333, daje 807, liczbę znajdującą się pomiędzy 806 (Thoth) i 808 (Mosiężny Wąż), czego magiczną interpretacją jest to, że poprzez ewokację Choronzona aktywowana zostaje formuła Ognistego Węża i Boga Seta (Thotha). To z kolei otwiera bramę do wpływów poza kosmicznych.

Podróż w górę Drzewa Życia odbywa się za pomocą „wznoszenia się na plany”, do momentu, aż świadomość rozpłynie się w Najwyższym (Kether). Aby stan ten mógł odbić się w Malkuth, proces musi zostać odwrócony – należy zstąpić po Drzewie Życia, po tylnej stronie Środkowego Filaru. Odpowiada to procesowi viparita karunia, omówionemu w Rozdziałach 4. i 5., w połączeniu z Kołem Kaula. Podobnie Ognisty Wąż wznosi się wzdłuż rdzenia kręgowego, po Środkowym Filarze gromadząc magiczną świadomość czakr, przez które przechodzi w trakcie swego wzrostu. Mistyk zachowuje świadomość w Brahmandhra lecz Mag zabiera ją z powrotem w dół, na ziemię. Jest to formuła Prometeusza, który sprowadził ogień z niebios poprzez narthex lub pustą tubę. Tak samo tantryczny adept sprowadza na dół Światło, by zamanifestowało się w Mayi – cienistym świecie iluzorycznych obrazów.

Tak jak tantryk odkrywa magiczne moce w każdej strefie mocy, rozświetlonej wzrastającym ruchem Ognistego Węża, mag w miarę wznoszenia się po planach Drzewa Życia przyjmuje postaci boskie, odpowiadające każdej Sefirze. Postaci boskie zazwyczaj powiązane są ze starożytnymi bóstwami o głowach zwierząt. Tym sposobem atawizmy lub przedludzkie moce manifestują się w magu, który doświadcza i urzeczywistnia, w astralnym świecie, moce i energie posiadane przez dane zwierzę.

Adepci Kultu Czarnego Węża odwołują się do tego procesu jako do Mystere Lycanthropique. Stanowi on jeden z points chauds (gorących punktów), powiązanych z tantrą i voodoo. Mystere Lycanthropique jest także „Misterium Czerwonej Świątyni” – magii atlantydzkiej w jej pierwotnej postaci. Druga jej postać to L’Ataviqier, który – jak sama nazwa sugeruje – jest w powinowactwie z formułą Atawistycznego Wskrzeszenia Spare’a. Sekretna Ścieżka wiodąca przez przez światy qliphotu z tyłu Drzewa biegnie w dół i odpowiada przyjmowaniu zwierzęcych form, odpowiadających „bóstwom” systemu kabalistycznego. Takie jest prawidłowe wyjaśnienie zwierzęcołactwa i jego relacji do przedludzkich atawizmów.

Kult Czarnego Węża oparty jest o tantrę i voodoo. Tantra „jest systemem bazującym na wytworzeniu w magu lub joginie stanu nieustraszoności. Powinna korzystać z elementów seksualnych…” Jak pokazano w Rozdziale 4., nieustraszoność jest atrybutem Bhairavas, którzy osiągają ją poprzez spożywanie przygotowanych magicznie eliksirów, które biseksualizują ciało ludzkie czyniąc je samowystarczalnym i kompletnym na wzór ciał najwyższych spośród bóstw.

O tantrze i voodoo mówi się, że zostały wyprowadzone ze „starszej atlantydzkiej magii Czerwonej Świątyni” z pewnymi elementami pracy atlantydzkiej „Czarnej Świątyni”. Praca „Czerownej Świątyni” wykorzystuje inwokację Ognistego Węża, która jest podstawową formułą tantry, zaś praca „Czarnej Świątyni” odpowiada les cultes des morte – formule podobnej do Postury Śmierci, wykształconej przez Austina Osnama Spare’a w Kulcie Zos Kia z dodatkiem mystere du zombeeisme. Te dwa points chauds – magia seksualna (tantra) i rytuały śmierci (voodoo) – zostały zasymilowane w Kulcie Czarnego Węża przez Michaela Bertiaux, który wraz ze swymi „diabłami i diablicami” objaśnia dziś Misteria Choronzona.

Astralna likantropia Kultu Czarnego Węża korzysta nie tylko z sekretnej ścieżki qliphotu, ale w pewnym stopniu także z zamierzonej projekcji astralnej, którą wyznaczył Voltigeurs, gdzie wszystkie ścieżki tylnej strony Drzewa przemierzane są w skoku. Sekret Ścieżki Skoczków jest utkany w vever Marassa lub Bliźniaków. „Projekt ten przedstawia trzy kolumny, z których środkowa służy jako posterunek jedności. W mojej własnej pracy przeciąłem te trzy kolumny skrzyżowanymi batutami magicznego Saturna, lub Guede Nibho, by stworzyć model dla ścieżek voltigeurs, jak również ścieżek dla tajemnych szkół inicjacji voodoo”. Daje nam to „kompletny magiczny diagram” inicjacji voodoo.

Magiczny porządek lub hierarchia po tylnej stronie Drzewa znajduje się pod egidą Choronzona – Pana Ścieżki W Dół i Strażnika Pylonu Daath. Liczba 333 (Choronzon) należy również do Szakala lub Lisa (ShGL), związana jest z hieroglifem Shaitana-Aiwassa, którego Crowley inwokował jako Najwyższego Daimona Thelemy (Woli). Daath oznacza „wiedzę” w tym sensie, w jakim termin ten zastosowany został w biblijnej alegorii „Upadku – to „wiedza”, która otworzyła człowiekowi oczy na kreatywną naturę mocy solarno-fallicznej w nim samym, na jej szczególną relację do kobiety, która jest zewnętrzną manifestacją mocy (shakti). Pylon ten (Daath) jest Bramą do Tylnej Strony Drzewa, zaś jego planetarnym reprezentantem jest Uran, który stanowi również bramę do seksualnej magii Seta lub Shaitana, jaka jest praktykowana na jedenastym stopniu O.T.O.

Wykorzystanie tylnych ścieżek Drzewa i ewokacja Cieni usiane są niebezpieczeństwami, ponieważ, jak zaznaczono, qliphoty nawiedzają ścieżki, spośród których wiele kończy się ślepym zaułkiem bez wyjścia. Zostać uwięzionym w którejkolwiek z nich oznacza poddanie własnej świadomości najbardziej złowrogim wpływom, jakie mag może kiedykolwiek napotkać. Tych, którzy się tam znajdą, spotka szaleństwo i śmierć. Również jeżeli pozbawiona ujścia moc zostanie skierowana na te ścieżki, odbije się ona niechybnie na magu, jak bumerang napełniony dodatkową mocą złych wpływów, jakie pozyskał w locie.

Pomimo nieomijalnego i ciągłego niebezpieczeństwa nadmiernego uproszczenia tych złożonych i tajemnych spraw, można zasugerować, że podczas gdy naturalny aspekt Drzewa Życia przedstawia maga w relacji do jego obecnych i przyszłych mocy, przeciwna strona Drzewa stanowi rodzaj przedludzkich i poza ludzkich wpływów, jakie zderzają się z jego świadomością poprzez pylon Daath. Minimalna ilość tych wpływów „przecieka” na przednią stronę Drzewa, lecz kiedy operator przechodzi przez Bramę Jedenastej Strefy mocy, automatycznie inwokuje on Choronzona i zostaje wystawiony na pełen szturm atawistycznych mocy.

Mystere Lycanthropique angażuje metodę przyjmowania na planie astralnym postaci wilka (lub jakiegoś innego drapieżnego zwierzęcia). Adepci Kultu Czarnego Węża tłumaczą cel takiej transformacji w kategoriach potrzeby okresowego odzyskiwania zawartości podświadomości zaginionych lub stłumionych w trakcie przejścia człowieka z królestwa zwierząt do świata ludzi. Zamiast klasyfikacji dwóch aspektów Drzewa jako „dobrych” i „złych”, Kult Czarnego Węża przyjmuje podejście Nowego Eeonu i odwołuje się do sefirotycznych aspektów przedniej strony Drzewa jako „pozytywnych”, zaś do klifotycznych aspektów tylnich ścieżek jako „negatywnych”.

Magiem jest tylko ten, kto nauczył się ewokacji i kontroli obydwu tych aspektów. Sefirotyczne wpływy z kolei można dalej podzielić na pozytywne i negatywne moce, z których pierwsze znane są jako „Płomienie Światła”, drugie zaś jako „Płomienie Odbitej Ciemności”. Podobnie, wpływy klifotyczne znane są jako „Cienie Ciemności” oraz „Cienie Odbitego Światła”. W przypadku qliphotów jako pierwsze wymienione zostały negatywne duchy, ponieważ qliphoty same w sobie znajdują się w relacji negatywnej do sefirot.

Możliwe, że Choronzon jest zepsutą postacią Chozzara, ciemnego boga czarów atlantydzkich, będącego istotą poza ziemską o cienistej egzystencji, poza obręczą naszego wszechświata. Za pomocą skomplikowanych systemów „inżynierii ezoterycznej” Bertiaux skonstruował maszyny magiczne zdolne do przyjmowania impulsów z transneptunicznych rejonów przestrzeni. Transmitują one też tajemniczą i obcą muzykę. Zatrudnia on też ludzkie maszyny magiczne, znane jako „furie”, będące w mniejszym lub większym stopniu ekwiwalentem Szkarłatnej Kobiety Crowleya, które dzięki swym powinowactwom z wibracjami tellurycznymi zdolne są do eksploracji chtonicznych poziomów prelarwalnej świadomości.

Za pomocą tych metod Bertiaux jest w stanie zaaplikować naukowo formułę reaktywacji pierwotnych faz świadomości żywiołów. Przypomina to formułę Atawistycznego Wskrzeszenia Austina Spare’a. Znaczącym jest też fakt, że Bertiaux wymienia Spare’a jako członka Wewnętrznego (astralnego) Kręgu swojego kultu. Tego, że maszyny owe, zarówno mechaniczne, jak i ludzkie, również uczestniczą w swych magicznych manifestacjach, w kalas, dowodzą nawiązania Bertiauxa do pewnych rumów i likierów, które interpretowane w świetle doktryny Koła Kaula, sugerują iż używa on wibracji ofidiańskich w ich lunarnych, neptunicznych, a nawet transplutonicznych postaciach.

Odnośnie tych maszyn, zauważa on, że: Ostatnie wynalazki okultystów są w rzeczywistości ponownym odkryciem czegoś tak starożytnego, że idzie to wstecz przed ewolucję wszechświata ku czemuś absolutnie pierwotnemu. Przykładowo, najbardziej zaawansowany akumulator magicznej energii jest w rzeczywistości czymś, co zostało opracowane na planecie Wenus na długo zanim rasa ludzka wyłoniła się ze stanu królestwa minerałów. Przypomina to opis magicznych praw ewolucji wyrażony w Księdze Rozkoszy Spare’a: Prawem ewolucji jest retrogresja funkcji zarządzającej postępem naszych osiągnięć, tzn. im wspanialsze nasze osiągnięcia, tym mniejsza na skali życia funkcja, która nimi zarządza.

Jednym z „ostatnich” wynalazków Bertiaux jest zotyriometr. Jego zadaniem jest uporządkowanie astralnych i eterycznych pól magnetycznych energii do precyzyjnych wektorów mocy, tworzących złożoną sieć stref mocy. Poprzez ustanowienie przecięć między dwoma polami, tworzony jest specjalny wir energii. Wir ten może zostać wykorzystany do koncentracji masywnych strumieni mocy; funkcjonuje jak tuba służąca projekcji magicznej mocy do dowolnego wymiaru na planie astralnym. Maszyna ta opiera się na systemie marmi sandhi, które tantrycy wyszczególnili w relacji do subtelnej anatomii ludzkiego ciała. Przedstawione są one w złożonych yantrach Bogini, a konkretnie w Shri Yantra.

Inną maszyną, wymyśloną przez Bertiauxa jest „mandalum instrumentum”, które stworzył, by móc odprawiać działania magii ceremonialnej nie będąc ograniczonym przez wymogi fizycznych mebli związanych normalnie z tego rodzaju praktykami. Mandala tworzy i przekazuje magiczne moce z jednego punktu do drugiego. Może być opisana jako abstrakcyjna świątynia, w której poszczególni oficerowie są częściami maszyny. Bertiaux wyjaśnia, że „używają jej wysokiej rangi magnetyzerzy ceremonialni, którzy wyrośli ze stosowania rytuałów grupowych, niemniej chcą aby efekt ich pracy posiadał tę samą symetryczną strukturę, jaką ma struktura świątyni czy loży”. Ci, którzy zaznajomieni są z Głównym Rytuałem Loży Nu Isis, w którym każdy oficer reprezentuje skupisko planetarne w procesie budowy mocy z transplutonicznej Sfery Nu Isis, docenią fakt, że każda utrata energii, jaka miałaby miejsce w trakcie rytuału, zostałaby absorbowana i przetworzona przez „mandalum instrumentum”.

Kultowi Czarnego Węża dostarczają mocy adepci voodoo, a klasyfikacja jego maszyn magicznych naturalnie zbiega się z systemami inicjacji voodoo. Są one cztery: Lave-tete lub Inicjowany; Canzo lub Serviteur; Houngan lub Kapłan i Baille-ge lub Hierofant. Do stopni tych przypisane są rozmaite rodzaje maszynerii magicznej. Do stopnia inicjowanego przypisane są wszystkie maszyny fizyczne, to znaczy wszystkie maszyny, których funkcjonowanie przebiega na planie fizycznym. Do stopnia Canzo należą wszystkie maszyny astralne. Stopniowi Houngana odpowiadają maszyny mentalne; pracuje on nad zdolnościami umysłu, reprezentowanymi przez powietrze. Najwyższemu stopniowi Hierofanta – reprezentowanemu przez Ogień lub Ducha – przypisane są wszystkie maszyny intuicyjne. Bertiaux zaznacza, że „czysto fizyczny system inicjacji został ostatnio ożywiony przez niektórych okultystów w Ameryce, specjalizujących się wyłącznie w mistrzostwie fizycznych maszyn.”

Sekretne papiery Monastyru Siedmiu Promieni zawierają aluzje do tajemniczego urządzenia magicznego, znanego starożytnym Chińczykom jako Kwaw-loon. Niewiele zostało powiedziane o tym urządzeniu lecz wiadomo, że jest ono jakoś powiązane z Ognistym Wężem. Kwaw-loon jest także znane jako mirroir-fantastique. Jest ono zrobione z substancji istniejących w czwartym wymiarze, które odbijają i przekazują aktywne i pasywne nurty radioaktywnej energii w świetle astralnym. Na strumieniach energii, „która przechodzi przez Kwaw-loon, powstają wiadomości do i z czwartego wymiaru świata astralnego magnetyzmu.”

Wielki Cthulhu – jeden z Wielkich Przedwiecznych

W świetle faktu, że ostatecznym celem Bertiaux jest absolutna kontrola wszystkich magicznych systemów – doczesnych i kosmicznych – nie dziwi, że stworzył on już rozległą sieć wpływów magicznych, rozpiętą po całym świecie, ze szczególnymi punktami mocy ustanowionymi w Ekwadorze, Leogane (Haiti), Madrycie, Chicago i – poprzez zrzeszenie jego Kultu Czarnego Węża z O.T.O. – Londynie i Nowym Jorku.

Wewnętrzne nauki Kultu ujawniają siedem głównych linii ewolucji dostępnych istotom ludzkim. Monastyr Siedmiu Promieni przedstawia te siedem stopni rozwoju i przygotowuje świadomość do ostatecznej fazy jej ewolucji na tej planecie. Istnieje jednak pewne ukryte bądź tajemne znaczenie, według którego te linie ewolucji odnoszą się do mutacji świadomości, które wytworzą siedem różnych rodzajów istnienia w trakcie obecnego oraz następnego eonu. Według starożytnej tradycji magicznej siedmioma fazami lub liniami ewolucji zarządzała jedna z siedmiu gwiazd Ursa Major. Ich kulminacja w Ósmej lub na wysokości Ósmej wyznaczała narodziny z Bogini dziecka płci męskiej – Seta, którego moce manifestują się przez jego brata bliźniaka – Horusa, pana obecnego Eonu. Formuła bliźniaków jest, jak już zostało to zauważone, niezwykle ważna.

Starożytne genetrix Odudua zapewniało nazwokształt lub podstawową wibrację takim słowom jak Od, Ado, Aud. Vaudou lub wodu uosabia ten sam magiczny nurt. Kult Czarnego Węża naucza, że wudu było starożytną religią Atlantydy i Lemurii, która przetrwała do dziś w dwóch tajemnych centrach, jednym w Leogane (Haiti), a drugim w Stanach Zjednoczonych (Chicago). Nauki Czarnego Węża są rozwinięciem Misteriów nauczanych w Monastyrze Siedmiu Promieni. Centra te reprezentują dwie postaci wudu. Pierwotna postać usytuowana jest na Haiti, zaś bardziej wyrafinowana w Chicago, Illinois.

Magija seksualna jest podstawą w obydwu tych centrach, w których Ognisty Wąż odpowiada radio-aktywności seksualnej lub astralnemu magnetyzmowi. Jest on ulokowany w kilku miejscach w ciele, a mianowicie: u podstawy kręgosłupa, w dłoniach oraz w samych centrach seksualnych. Schemat ten oparty jest o starożytną tradycję afrykańską, która przyniosła resztę nauki atlantydzkiej. W naszym systemie świata czarownictwo atlantydzkie osiągnęło swoją apoteozę w okresie egipskiej i majańskiej cywilizacji. Te cztery centra radioaktywności seksualnej promieniują najbardziej skondensowanymi falami energii astralnej znanymi nauce tajemnej. Alchemicy tradycji afro-wuduistycznej znali ją pod nazwą radio-activitas sexualis, posiadającej cztery punkty odniesienia w sferach mocy ciała.

Tak jak w crowleyowskim kulcie Thelemy reprezentowanym przez O.T.O., energie odyczne uwalniane są poprzez rodzaj masażu lub magicznej masturbacji, która według Bertiaux: Stabilizuje pole astralne człowieka i czyni jego moc magnetyczną bardziej zharmonizowaną i cichą. Z tego samego powodu, masturbacja jest wykorzystywana w chwilach poddenerwowania; jest ona naturalną formą relaksacji aplikowaną instynktownie w życiu codziennym: Aktywność seksualna jest najwyższą formą terapii, ponieważ radioaktywność seksualna jest najpotężniejszym z astralnych pól magnetycznych.

Ta forma terapii może mieć efekt jeszcze dalszy niż negatywny lub wyciszający, może być wykorzystana jako ochrona przed wampiryzmem seksualnym, szeroko dziś rozpowszechnionym ze względu na generalne załamanie starych, ustanowionych kodeksów ludzkiego zachowania. Bertiaux, który posiada szerokie doświadczenie w pracy społecznej oraz grupowych polach aktywności, uważa, że: Dziś bardziej niż kiedykolwiek wcześniej przyciągamy istoty seksualne z wymiarów przeszłej historii, których życie zależy od absorpcji radioaktywności seksualnej.

Część liturgii Ecclecia Spiritualis Gnostica, którą ułożył, zawiera inwokacje magiczne, które chronią maga przed wampiryzmem seksualnym w trakcie jego działań magicznych. Inwokacje są tak skonstruowane, że słowa układają się we wzór mantryczny, naładowany wibracjami, które tworzą nieprzepuszczalną tarczę przeciwko wszelkim takim atakom. Maga otacza ściana światła naładowanego solarno-falliczną mocą przyciągniętą ze Słońca naszego systemu. Mieszkańcy qliphotu nie mogą przyswoić fluidów seksualnych ejakulowanych w momencie orgazmu, oraz „w czasie, gdy pozytywne i negatywne centra magiczne znajdują się w największym połączeniu i transmitują niemalże metaseksualną i elektryczną radioaktywność.”

Widziana oczami jasnowidza, ściana ta jawi się jako błyszcząca tarcza światła. Inną wersją tej praktyki, używaną przez Crowleya, było przyjmowanie boskiej postaci Harpocratesa: jajka jasnoniebieskiego światła plamionego złotem, jak czyste letnie niebo przeszyte promieniami słonecznego światła. Wampiry seksualne widząc tę promienną ścianę światła, są z dużą prędkością przyciągane do niej, gdzie rozbijają się na kawałki, lub – w przypadku specjalnego ładunku – dosłownie porażane prądem elektrycznym. Ta tarcza ochronna jest tak doskonale nieprzepuszczalna, że „nawet Mistrzowie nie mogą jej przełamać.”

Tarcza ta zachowuje swą postać do czasu jej rozproszenia przez maga za pomocą aktu woli. W tym momencie energia seksualna zebrana w niej „eksploduje ku zewnętrznej atmosferze wytwarzając oślepiający blask astralnego światła, mogący zniszczyć jakiekolwiek wrogie siły, czające się w pobliżu”. Jeżeli tarcza nie zostanie rozpuszczona poprzez akt woli, po siedmiu lub ośmiu godzinach sama utraci swą potencję i rozpadnie się emitując przy tym biało-niebieską parę, która czasem mylona jest z radioaktywnością seksualną w jej świeżo uwolnionej postaci. Bertiaux dostrzegł subtelne odcienie kolorów, charakterystyczne dla każdej fazy emanacji seksualno-radioaktywnych. Barwy tarczy zmieniają się w zależności od fazy jej ewolucji, gdzie „najświeższa postać ma kolor oślepiającego białego światła, podczas gdy jej ostatenie fazy rozpadu zmierzają ku purpurze.”

Ze względu na jej ulotną naturę, radioaktywność seksualną ciężko jest poddać analizie; najlepiej jest więc ją poznawać w obrębie ochronnej ściany światła. Rationale wudu, zajmujący się przede wszystkim manipulacją energii odycznych w ciele ludzkim, zajmuje się więc także radioaktywnością seksualną. Według tantryków lunarna wibracja, jaka emanuje od kobiety w trakcie catamenii jest również wysoce radioaktywna i chociaż kultyści Czarnego Węża nie wspominają o tym fakcie, szczególne zainteresowanie Bertiaux tajemniczymi „rumami” i „eliksirami” sprawia wrażenie, iż Kult nie jest pozbawiony nauk w tym zakresie. Zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę shakti, lub „furie”, jakie zbiera on wokół siebie w trakcie odprawiania swych rytuałów.

Bertiaux zwraca uwagę na fakt, że: Radioaktywność seksualna nie jest identyczna z fluidem seksualnym, wydzielanym przez mężczyznę w momencie orgazmu. Fluid seksualny jest magiczny w nierozwiniętym znaczeniu i musi, w całkowicie kontrolowanych warunkach, zostać zbombardowany przez emanacje rtęci i azotku srebra nim może zawrzeć magiczne moce, przypisywane mu przez niektórych. Myślę, że w tym punkcie znajdujemy aluzję do kalas i księżycowych wibracji ofidiańskich, które odgrywają tak ważną rolę w tantrycznym Kole Kaula.

Kenneth Grant

(tłum. Frater Snafu)

 

Źródło: Kenneth Grant, Cults of the Shadow,Skoob Books Pub Ltd., UK 1995.

Szatan w loży

Alegoria wolnomularska

„Wieść gminna” już od dosyć dawna z mniejszym lub większym skutkiem stara się utożsamiać wolnomularzy z satanistami. Niejednokrotnie na przestrzeni dziejów przekazywała nam ona rzeczy wartościowe, toteż z pewnością nie należy jej ignorować bez wnikliwszego nań spojrzenia. Biorąc jednak pod uwagę, że zdarzało się jej też popełniać błędy, nie można jej ufać bezgranicznie. Zawsze przecież istnieje obawa, że może to być „prawda” z gatunku tych mówiących o Żydach, którzy mordują rytualnie chrześcijańskie dzieci, by używać ich krwi do wyrobu macy.

Liczni autorzy mówiąc o religii w masonerii niejednokrotnie w swoich pracach poruszają kwestię satanizmu w tych organizacjach. Niektórzy z nich wręcz starają się utożsamiać religię głoszoną przez wolnomularzy z religią satanistyczną. W tekście tym w ogólnym zarysie poruszony zostanie problem „wierzeń masońskich”.

Na wstępie musimy jednak zaznaczyć, że jest to problem dość skomplikowany, gdyż oficjalne konstytucje na temat religii wypowiadają się w sposób bardzo ogólnikowy. Masoneria wbrew temu co niektórzy chcieliby w niej widzieć, wbrew niektórym ocenom przeciwników i nielicznym wypowiedziom członków nie jest ani religią, ani antyreligią. Nie jest ona religią przynajmniej w takim znaczeniu, jak to pojmujemy na co dzień. Nie jest religią, choć w swych podstawach odwołuje się niejednokrotnie do tych samych wartości co systemy religijne.

Wielokrotnie krótkie definicje encyklopedyczne zaczynają się właśnie od stwierdzeń, że chodzi tu o „międzynarodowy ruch parareligijny i etyczny. Oficjalne dokumenty mówią o tym dość ogólnikowo. O tym, jak interpretują te ogólniki i w co naprawdę wierzą masoni, możemy dowiedzieć się wsłuchując się w wypowiedzi dostojników lożowych. Zastrzec należy, że nie są to wypowiedzi organizacji, lecz jedynie przemyślenia poszczególnych jej członków. Biorąc jednak pod uwagę liczne powtórzenia pewnych myśli u różnych osób z dużym prawdopodobieństwem można założyć, iż są to koncepcje powszechnie zaakceptowane w tym środowisku.

Ivo Andrič mówiąc o dążeniach człowieka zauważył: W zasadzie pragniemy tylko jednego – prawdy. Uwolnić się od zgiełku słów, przebić się przez schematy obrazów i dojść do prawdy. No właśnie, podobnie jest i w tym wypadku. Zastanówmy się, jak jest naprawdę? W co wierzą masoni? Czy ich dzisiejsze wierzenia są tożsame z tymi z początku XVIII wieku, czy też ewoluowały na przestrzeni dziejów? W niniejszych rozważaniach spróbujemy dokonać krótkiej refleksji nad tymi właśnie pytaniami.

Za datę powstania współczesnej masonerii przyjmuje się dzień 24 czerwca 1717 roku, kiedy to z połączenia trzech lóż londyńskich i loży z opactwa Westminster powstała Wielka Loża Londynu z pełniącym obowiązki przewodniczącego wielkim mistrzem na czele. Na polecenie tej nowej struktury dwaj jej założyciele – pastor prezbiteriański Londynu doktor James Anderson i reformowany kaznodzieja dworu doktor praw John Theophilus Desaguliers – podjęli w 1721 roku próbę kodyfikacji dawnych przepisów obowiązujących w różnych lożach. Opracowana wówczas konstytucja została zatwierdzona, z pewnymi zmianami, 25 marca 1722 roku. Po raz pierwszy dokument ten pod tytułem Konstytucje wolnomularzy, zawierające historię, obowiązki i przepisy najstarszego i najszacowniejszego bractwa, na użytek lóż ukazał się drukiem 17 stycznia 1723 roku.

W tym pierwszym statucie organizacji masoneria przyjmowała formę religijną próbując dostosować swoje myślenie do tradycyjnych form i pojęć, aby przez to dotrzeć do jak najszerszych mas. Przejawem nowych treści, jakie niósł ten dokument, był brak rozpoczynającej konstytucje murarskie inwokacji do Kościoła i świętych. Artykuł pierwszy zatytułowany O Bogu i religii rozpoczyna się od myśli: Mason stosownie do swego stanu winien być posłuszny prawu moralnemu. Jeśli prawdziwie pojmuje Sztukę, nie będzie nigdy głupim ateistą ani niereligijnym libertynem.

Konstytucja wyraźnie odrzuca więc zarówno ateizm, jak i libertynizm, wymagając od adeptów wolnomularstwa, aby byli ludźmi religijnymi. Bliższe sprecyzowanie religii wyznawanej przez masonów zawarte jest w dalszej części tego artykułu: Pozostawiając każdemu jego poglądy osobiste, uważa się jednak obecnie za bardziej wskazane zobowiązać ich jedynie do religii, na którą wszyscy się zgadzają, tj. być człowiekiem dobrym i szczerym, człowiekiem honoru i uczciwości, niezależnie od wszelkich określeń czy przekonań, jakie ich dzielą.

Przytoczone tu sformułowanie dotyczące religii i Boga od samego początku było bardzo ogólnikowe. Spowodowane jest to tym, iż Wielki Architekt Wszechświata, do którego masoni kierują swe wezwania, nie jest Bogiem osobowym. Czytając określające go wypowiedzi dochodzimy raczej do wniosku, że jest on jakimś nieokreślonym i szczerze mówiąc bardzo abstrakcyjnym tworem. Niektórzy autorzy w związku z tym posuwają się dość daleko podkreślając wręcz, że: (…) tego rodzaju bóstwo nie jest niczym innym, jak kukłą, manekinem. I w dalszej części tego wystąpienia cytowany autor uzasadniał swoją wypowiedź w słowach: (…) zresztą masoni nigdy nie byli w stanie zgodzić się co do natury i osobowości tego fantomu.

Czymże więc jest Wielki Architekt Świata i jaką rolę pełni ta postać. Jak zauważa Guliano di Bernardo: W celu uniknięcia nieporozumień wprowadzono ideę transcendencji, wcieloną w postać Wielkiego Architekta Wszechświata; jest ona obiektywnym punktem odniesienia dla subiektywnie wyznawanych wartości moralnych; z niej także bierze swój początek idea doskonalenia się etycznego człowieka.

W związku z tym Oswald Wirth podkreślał, iż masoneria nie próbuje definiować czym jest Absolut lecz: daje każdemu członkowi szerokie pole do wytworzenia sobie na ten temat idei odpowiedniej dla swej wiary i filozofii. To pole do interpretacji jest niezwykle szerokie, lecz nie jest nieograniczone, gdyż, jak pisał Bronisław Ferdynand Trentowski, ważne jest to by pamiętać o jednym: Budowniczy Wszechświata jest i pozostaje najwyższą istotą, którą może sobie pojmować, jak się chce – którą zarówno chrześcijanin, jak Żyd, i mahometanin, i poganin, i monoteista, i deista, i panteista, tak, nawet ateista… uznawać musi. Wolnomularstwo nie próbowało definiować Absolutu lecz podkreślano konieczność uznania istnienia „najwyższej istoty”.

Bafomet Templariuszy (symbol upowszechniony przez Eliphasa Levi’ego)

To wskazywanie przez organizację na „religię powszechną” było zwrotem w stronę równoznacznej z deizmem, adogmatycznej religii naturalnej. Istotę deizmu stanowi odrzucenie religii objawionej, a tym samym traktowanie wszystkich religii pozytywnych jako do pewnego stopnia błędnych i co za tym idzie nieprawdziwych. Tadeusz Cegielski podkreśla w swoich pracach, iż uważa określanie masonerii anglosaskiej jako „masonerii deistycznej” za niewłaściwe. Gdyby rzeczywiście taka była to odrzucałaby wszelkie prawdy objawione, a w lożach adepci składają przysięgę na księgi objawione tj. na Biblię, Koran, czy księgi Wedy.

Zauważa on, że: Gdyby wolnomularstwo brytyjskie doby Andersona stało na gruncie deizmu, […] wówczas przysięga składana na księgi święte, księgi zawierające prawdy objawione przez Boga, nie miałaby mocy wiążącej dla adepta. Można by uznać tą argumentację, gdyby nie szereg wypowiedzi świadczących o tym, iż w rzeczywistości prawda jest o wiele bardziej skomplikowana.

Wiele wskazuje na to, że w przypadku umieszczania „świętej księgi” na ołtarzu lożowym chodzi w istocie nie o księgi objawione, a jedynie o teksty, w stosunku do których adept ma wewnętrzne przekonanie o ich prawdziwości. Wolno mu więc powoływać się w loży na teksty ksiąg uważanych przez niego za objawione, ale tylko pod tym warunkiem, iż jest to jego wewnętrzne przeświadczenie, a nie prawda powszechna. Wynika stąd, iż pojedynczy mason może wierzyć w objawienie, ale nie oznacza to, że organizacja, w której nie wolno mówić o objawieniu, przestaje być organizacją deistyczną.

W początkowym okresie niejednokrotnie miało miejsce utożsamianie Wielkiego Architekta z chrześcijańskim Bogiem. Ewidentny przykład takiej postawy znajdujemy chociażby w opracowanych przez Wielką Lożę Francji pomiędzy 1728 a 1735 Przepisach dla wolnych mularzy. Wyraźnie jest tam mowa o chrześcijańskim ujęciu Boga. W

tekście przesłanym 25 listopada 1737 roku przez ówczesnego wielkiego mistrza Stowarzyszenia Wolnomularstwa w królestwie Francji księcia Charlesa Darwentwater do założyciela pierwszej loży masońskiej w Szwecji barona Scheffera artykuł pierwszy dotyczący Boga i religii mówił, że: w minionych wiekach wolnomularze byli zobowiązani wyznawać religię katolicką, ale od pewnego czasu nie zwraca się uwagi na ich osobiste poglądy w tym względzie, byleby pozostali chrześcijanami.

Nawiązania do tradycji chrześcijańskiej kultywowane były w obediencjach nordyckich i w trzech lożach staropruskich, które określały siebie mianem „chrześcijańskich wielkich lóż”. Jeszcze obecnie Namiestnik Wielkiego Mistrza i Przewodniczący Rady Najwyższej Zakonu Szwedzkich Wolnomularzy podkreśla, iż w przynależności do organizacji zasadniczą kwestią jest tożsamość chrześcijańska . Są to jednak dzisiaj głosy raczej odosobnione. W chwili obecnej masoneria otrząsnęła się już z tego i, jak podkreśla prof. di Bernardo, dawne zaufanie masonów interesujących się chrześcijańskim Bogiem byłoby dzisiaj czymś źle widzianym.

Jakkolwiek współcześnie masoneria opowiada się raczej za wizją Boga bezosobowego, to jednak w imię głoszonej często tolerancji wskazuje na możliwość funkcjonowania innych poglądów. Cóż jednak oznacza to odwoływanie się do tolerancji? Wyraźnie widać to w wypowiedzi jednego z dostojników organizacji, który wskazywał, że: wiara w osobowego Boga również dzisiaj, podobnie jak w przeszłości, może być pomocną dla umysłów najbardziej prymitywnych i naiwnych w pewnym zbliżeniu się do Niego myślą i uczuciem.

Zasadniczo więc przedstawiany w tych wypowiedziach Bóg nie jest Osobą, lecz jedynie jakąś, nie określoną zresztą bliżej, siłą. Wizje takie pojawiały się na przestrzeni dziejów już wielokrotnie, gdyż od dawna była to możliwość niezwykle kusząca. Siła nie może przecież człowieka pouczać czy sądzić, nie może też oceniać jego postępowania. Ludzie mają w tym wypadku znacznie większe możliwości, oni mogą wykorzystać siłę do swoich własnych celów, zgodnie ze swoimi zamiarami i aktualną potrzebą.

Od dnia 13 września 1877 roku, kiedy to Konwent Wielkiego Wschodu Francji idąc za wnioskiem członka komisji rytów – pastora Frederica Demonsa definitywnie wykreślił formułę ku chwale Wielkiego Budowniczego Świata, datuje się istnienie drugiej gałęzi wolnomularstwa. Nurt ten zazwyczaj bywa przez autorów określany mianem „masonerii ateistycznej”. Przeważnie ateizm bywa rozumiany jako zaprzeczenie jakiemukolwiek istnieniu Boga. Czy wobec tego takie określenie masonerii jest określeniem właściwym?

Jak zauważa będący wybitnym znawcą tematyki wolnomularskiej Ludwik Hass, masoneria ta nie była i nie jest ateistyczna, lecz agnostyczna. To prawda, bardziej pasuje do niej określenie agnostyczna, gdyż nie zaprzecza ona istnieniu Boga. Tak naprawdę nie jest ważne czy Bóg w ogóle istnieje, stąd też „brat” Lantoine może bez najmniejszych skrupułów powiedzieć: Idea Boga jest z tych, które odrzucamy bez dyskusji, tak niegodna uwagi nam się wydaje. Więc dobrze! Nie jesteśmy mniej zwolennikami, że się przyjmuje Wielkiego Architekta Wszechświata. Jest to wypisane na początku pierwszych konstytucji. Zostawmy to. Niektórzy przyjmują to jako prawdę, my to podtrzymujemy jako pewną umowę.

Czy fakt, iż masoneria odrzuca konieczność istnienia jakiejś bliżej określonej rozumnej siły stwarzającej i pobudzającej świat do istnienia oznacza, iż negują oni jakąkolwiek boskość? Nie, Bóg istnieje, lecz masońska wizja Boga jest dość oryginalna, stąd też słyszy się niejednokrotnie o Bogu-rozumie, Bogu-narodzie, czy Bogu-człowieku. Niejednokrotnie to właśnie człowiek jest jedynym osobowym Bogiem, którego wolnomularze są w stanie uznać i zaakceptować, wobec czego nie brak wypowiedzi głoszących, iż jest on jedynym Bogiem osobowym, jaki istnieje. Zwracając się w 1924 roku do konwentu Wielkiej Loży Francji Marcel Cauwell podkreślał: Masoneria nie przyjmuje niczego poza tym, co Rozum może jasno pojąć, nie uznaje niczego, jak tylko Ludzkość.

Mason winien nieustannie dążyć ku dobru, które jest celem jego życia. Cóż to jednak oznacza w praktyce? Gulliano di Bernardo udziela nam bardzo wyraźnej odpowiedzi na tak postawione pytanie. W swych rozważaniach nad definicją masonerii zauważa on m.in., że: w oczach masona dobro oznacza to wszystko co jest dobre dla człowieka. Po cóż więc ludziom jakaś władza zwierzchnia nakazująca im przyjęcie takich czy innych zasad postępowania. Wszak: człowiek jest punktem wyjścia każdej rzeczy i każdego poznania. On sam jest źródłem dla siebie i swym własnym odniesieniem. Jedynie on w każdorazowym „dzisiaj” może powiedzieć, co jest dobre dla człowieka– podkreślał 4 lutego 1979 roku w wypowiedzi dla Radia France były wielki mistrz Wielkiego Wschodu Francji.

Dopiero odrzucając Boga jako istotę najwyższą, różną od człowieka i wyższą od niego, człowiek staje się w pełni wolny. Od tego momentu, jak mówi brat Lacroix, odpowiadamy za nasze czyny tylko przed nami samymi. W związku z tym Konwent Wielkiego Wschodu Francji z 1913 roku wyraźnie podkreśla, iż nie możemy przyjąć Boga jako celu naszego – wybraliśmy ideał niezależny od Boga, to jest ludzkość.

XIX-wieczne wyobrażenie ceremonii wolnomularskiej

Wśród licznych ujęć Boga prezentowanych przez wolnomularzy w różnych okresach i różnych obediencjach widać ogromne zróżnicowanie. Prezentują oni dość szeroki wachlarz wizji toteż to, co możemy określić ogólnie jako religijność wolnomularską, rozciąga się począwszy od „religii naturalnej” proponowanej przez Jamesa Andersona, poprzez ujęcie deistyczne widzące w Bogu jedynie jakąś bliżej nie określoną transcendencję, aż po agnostycyzm czy wręcz ateizm.

Wizji Boga jest wiele, lecz żadnej z nich nie można pogodzić z koncepcją Boga prezentowaną przez chrześcijaństwo. Jak do tej pory trudno jednak w tych wypowiedziach dostrzec jakiekolwiek przejawy mogące być podstawą oskarżeń o satanizm. Skąd więc się one biorą? Czyżby były one zupełnie bezpodstawne? A może poza tymi głównymi nurtami istniały jeszcze jakieś inne? Może te wypowiedzi nie oddawały pełnego obrazu „wierzeń masońskich”?

Istotnie, na przestrzeni dziejów zdarzało się czasem, że w lożach rozbrzmiewały słowa w zupełnie innym duchu. Wolnomularz włoski Giosue Carducci we wrześniu 1863 roku napisał składający się z 50 zwrotek Hymn do Szatana. Końcowe słowa tego utworu brzmiały: Bądź pozdrowiony, o szatanie, / O rebelio, o mściwa potęgo rozumu! / Niech uroczyście wznoszą się ku tobie kadzidło i śluby! / Ty zwyciężyłeś Jehowę kapłanów. Manfred Adler podaje, że kilka zwrotek tego hymnu posłużyło w późniejszym okresie za podstawę do ułożenia uroczystej pieśni wolnomularskiej.

Zaczerpnięte z tego tekstu określenia Szatana, czasem pojawiały się również na kartach publikacji masońskich. W roczniku włoskich wolnomularzy można więc przeczytać wydany przez jednego z nich okrzyk: Szatan, rebelia, mściwa potęga rozumu zwyciężyła per omnis saecula saeculorum, na wieki wieków. Nie były to wprawdzie wypowiedzi zbyt częste, ale pojawiając się tu i ówdzie utożsamiane były z organizacją i dawały doskonała pożywkę do rozmaitych podejrzeń o zakusy satanistyczne.

W tym momencie na arenie dziejów pojawiła się postać, którą długo będzie się wspominać – Leo Taxil. Głoszone przez niego pod koniec ubiegłego stulecia teorie mogły znaleźć dla siebie niezwykle podatny grunt do rozwoju. W sytuacji, gdy w uszach wielu wciąż rozbrzmiewały jeszcze słowa skomponowanego niedawno przez Carducciego utworu, nie powinna dziwić łatwość, z jaką poglądy te zostały powszechnie zaakceptowane przez przedstawicieli wszystkich warstw społecznych.

Leo Taxil, a właściwie Gabriel-Antoine Jogant-Pages, urodził się w 1854 roku w rodzinie katolickiej, lecz od samego początku trudno byłoby określić jego działalność mianem pobożności. Pierwszym istotnym posunięciem było założenie w 1880 roku Biblioteki antyklerykalnej, w której publikował pismo L’Anticlerical oraz szereg pozycji książkowych, wśród których znalazły się m.in.: Groteskowe sutanny, Święci pornografowie, Papieskie metresy, Joanna d’Arc, ofiara księży. Te niezwykle wyraziste tytuły z pewnością nie pasują nam do obrazu człowieka, który w kilka lat później w trakcie prywatnej audiencji będzie prosił papieża Leona XIII o błogosławieństwo.

Zgodnie z duchem ówczesnej epoki młody Jogant-Pages wstąpił do wolnomularstwa. Epizod te nie trwał jednak długo, gdyż dość szybko zostaje z tej organizacji wyrzucony. W tym samym czasie po czteroletniej działalności podupada prowadzona przez niego oficyna wydawnicza. Zaczyna on więc szukać nowego celu w życiu. Wkrótce korzystając z panujących w ówczesnej Francji napięć na linii Kościół – Państwo postanawia na tym właśnie ogniu upiec własną pieczeń. Ogłosiwszy swe cudowne nawrócenie rozpoczyna walkę z masonerią, opisując „czarne msze” i będące jakoby na porządku dziennym liczne profanacje hostii.

Pisząc pod licznymi pseudonimami snuł szereg rozważań wokół, stworzonego jego zdaniem przez Alberta Pike, Nowego i Reformowanego Rytu Palladystycznego mającego przygotować świat na przyjście Antychrysta. Lekkie pióro Taxila i sprzyjająca tego typu sensacjom atmosfera schyłku XIX wieku sprawiły, że jego prace zostały rychło uwiarygodnione opiniami wielu autorytetów kościelnych. Głosząc „najprawdziwszą prawdę” opisywał on barwnie masońskie ceremonie z udziałem Szatana, któremu składano ofiary z ludzi. Niemal cała Europa z zapartym tchem czytała wspomnienia Diany Vaughan, której w trakcie inicjacji palladystycznej ukazał się sam Lucyfer na tronie z brylantów.

Mimo wątpliwości, które raz po raz pojawiały się w tej sprawie, nawet ci, którzy dopatrywali się jakiejś mistyfikacji, przyjmowali do wiadomości „niepodważalny fakt” istnienia bardzo ścisłych związków masonerii z kultem szatana. Swoją akcję demaskowania masonerii zakończył Taxil podczas konferencji prasowej, w trakcie której powiedział do zebranych: Nie gniewajcie się, lecz śmiejcie z całego serca. Nie było śladu spisku masońskiego… Dr Bataille, Sophie Valder, Diana Vaughan, cała ta przerażająca maszyneria została w najdrobniejszych szczegółach przeze mnie wymyślona.

Afera Taxila zakończyła się z wielkim hukiem, lecz jego publicystyka nie poszła w zapomnienie. To nic, że przyznał się on do wielkiej mistyfikacji. To nic, że dociekliwi dziennikarze amerykańscy nie odnaleźli w Charlestown opisywanej szczegółowo przez miss Vaughan sześciobocznej świątyni palladystycznej, wysadzanej marmurem i drogimi kamieniami. Dla wielu to wszystko okazało się detalem i po dziś dzień pojawiają się w literaturze nawiązania do taxilowskiego „żartu palladystyczngo”. Niejednokrotnie są to jednak nawiązania wcale nie żartobliwe.

Edith Star Miller podkreśla we wznowionej na początku lat 80-tych Teokracji tajemnej, że: cały masoński świat był zorganizowany przy Charlestown, świętym mieście Palladium. Wciąż pokutuje w publicystyce podana przez Taxila informacja o Wielkim Suwerennym Komandorze Rady Najwyższej 33 i ostatniego stopnia Rytu Szkockiego Dawnego Uznanego – Albercie Pike spotykającym się w każdy piątek o godzinie piętnastej z samym Mistrzem Ciemności.

Stopnie wtajemniczenia na przykładzie dwóch rytów wolnomularskich

Osoby starające się oskarżać wolnomularstwo o satanizm dość chętnie powołują się przy tym na wypowiedzi tego żyjącego w latach 1809-1891 ideologa organizacji i autora pracy o charakterze podręcznikowym zatytułowanej Moralność i Dogmat w Rycie Szkockim Dawnym Uznanym. W poświęconym satanizmowi rozdziale książki Jawne historie tajemnych stowarzyszeń Jacek Golędzinowski wymienia go wręcz jako głównego przedstawiciela amerykańskiego satanizmu.

Trzeba zauważyć, że chętnie nawiązujący w swej pracy do religii Albert Pike okazał się dość wdzięcznym obiektem do tego typu oskarżeń. Do jego najczęściej przy tego typu okazjach cytowanych wypowiedzi należy myśl, którą miał sformułować w Instrukcji z 14 lipca 1889 roku (niektórzy autorzy przesuwają ją na rok 1891: religia wolnomularska powinna być przez wszystkich, którzy jesteśmy wtajemniczonymi najwyższych stopni, utrzymana w całej czystości swej doktryny lucyferskiej.

Tekst ten mógłby wyjaśnić nam choćby częściowo, dlaczego o satanizm oskarżana bywa przeważnie masoneria zrzeszająca „braci” w najwyższych stopniach wtajemniczenia. Równocześnie należy przyznać, że jest on niezwykle druzgocący w swej wymowie. Z pewnością wrażenie jakie wywołuje, byłoby jeszcze większe, gdyby w jego rozpowszechnieniu nie maczał palców osławiony Leo Taxil.

W cytowanym fragmencie Pike mówiąc o religii masońskiej wspominał więc wyraźnie o Lucyferze, jednak sposób, w jaki pojmuje tą postać, przybliża nam inna z wypowiedzi: Lucyfer, nosiciel światła! Dziwne i tajemnicze imię nadano temu duchowi ciemności! Lucyfer, syn jutrzenki! Czy jest tym, który niesie światłość i całą jego okazałością oślepia słabe, zmysłowe lub egoistyczne dusze? Nie wątpcie w to!

Bijący z tego typu wypowiedzi kult „syna jutrzenki” zdaje się być aż nadto widoczny, choć z pewnością nie jest to „satanizm”, jaki proponują nam co jakiś czas media. W związku z tym w książce Edith Star Miller możemy przeczytać m.in., iż palladyzm [do którego autorstwa, na co uczulam zapominalskich, przyznał się Taxil] jest w istocie rytem lucyferianistycznym.

Kolejnym „bohaterem” wyciąganym przez autorów piszących o masońskim satanizmie jest Aleister Crowley. A trzeba przyznać – prawdziwy to rarytas… Z jednej strony był on wolnomularzem w najwyższych stopniach wtajemniczenia i członkiem założonego przez Theodora Reussa Ordo Templi Orientis. Z drugiej strony w jego nauczaniu widzimy szereg myśli w sposób wyraźny delikatnie mówiąc „podejrzanych”. Po doznanym w 1896 roku widzeniu powiedział: Szatan nie jest wrogiem człowieka. On jest […] życiem […] miłością […] światłem. Droga do nieba prowadzi przez piekło.

W swoich pracach Crowley wskazywał, iż rzeczywistym rdzeniem wszechświata jest satanistyczna moc, którą jednak pojmował nie tyle na sposób antyboski, co raczej jako energię seksualno-orgiastyczną. Podkreślał on z mocą: każdemu mężczyźnie i każdej kobiecie mówię, ty jesteś jednorazowy i królewski, punktem centralnym całego Uniwersum. Głosił więc bezwzględną potrzebę oddania się człowieka tej mocy, składania jej hołdu i ofiar.

Edward Alexander Crowley – mason i satanista. Pozornie wszystkie klocki tej układanki zdają się do siebie pasować. Ale tylko pozornie… Crowley był wolnomularzem, lecz nie to stanowiło istotę jego życia. Za znacznie ważniejszy należałoby uznać jego udział w pracach Zakonu Świątyni Wschodu. Ta założona przez wolnomularzy i wzorowana na masonerii organizacja niekiedy w literaturze bywa z nią mylona.

Niezależnie od istniejących tam stopni wtajemniczenia czy struktury lożowej warto pamiętać, że jak powiedział w jednym z wywiadów Tadeusz Gliwic – w teatrze też są loże, a nikomu nie przyjdzie do głowy włączać teatr do masonerii. Ponieważ Crowley już na początku okazał się osobą nieprzeciętną, odgadując tajemnicę praktykowanego w O.T.O. okultyzmu seksualnego, potraktowano go w sposób nieprzeciętny. Stosunkowo szybko został zwierzchnikiem brytyjskiej filii Zakonu Świątyni Wschodu noszącej nazwę Mysteria Mystica Maxima. Gdy jednak w 1922 roku przejął po Reussie przywództwo Zakonu, niemal z miejsca dokonał reformy odchodząc od masońskiego charakteru organizacji na rzecz wyakcentowania magii seksualnej.

Posunięcie to świadczy wyraźnie o tym, że odwołania do wolnomularstwa bywały w jego życiu jedynie dodatkiem do stanowiącego istotę okultyzmu. Dziś o jego przynależności do masonerii wspominają czasem w swych pracach autorzy proweniencji okultystycznej. Entuzjazm samych wolnomularzy przy przytaczaniu tego faktu jest znacznie, ale to znacznie mniejszy. Ponieważ wszystkie jego afiliacje związane były ze strukturami nieregularnymi, Wielka Zjednoczona Loża Anglii odmawia mu swego uznania.

Aleister Crowley w stroju Baphomet X° O.T.O.

Ktoś mógłby w tym miejscu powiedzieć, że przecież wszystkie przytaczane dotychczas fakty i cytowane wypowiedzi pochodzą sprzed kilkudziesięciu czy nawet stu kilkudziesięciu lat. To prawda. Bez wątpienia bardziej interesujące byłoby odnotowanie postawy współczesnych wolnomularzy aniżeli takie „wycieczki” historyczne. Spróbujmy więc poszukać interesującego nas wątku w wypowiedziach dostojników lożowych schyłku XX wieku. Lucyfer – znaczy niosący światło, i tak mówimy o sobie my wolnomularze powiedział kilka lat temu w wywiadzie dla Polityki będący wówczas wielkim mistrzem Wielkiej Loży Narodowej Polski Tadeusz Gliwic. „LUCY FER”, bez wątpienia nie przypadkowo użył tego, a nie innego określenia.

Można w tym miejscu zastanowić się jedynie czy mówienie w ten o organizacji, którą reprezentował miało jakieś głębsze podłoże, czy chodziło tu jedynie o swoistą „grę słów”. Możemy się również zastanowić, jak w tym kontekście interpretować fakt, iż odprawiona w katolickim kościele Św. Karola Boromeusza w Warszawie ceremonia pogrzebowa Tadeusza Gliwica miała bez wymiar chrześcijański.

Znany pisarz chrześcijański C. S. Levis zarysowując w swojej książce kilka podstawowych wskazówek, których w dzisiejszych czasach mógłby udzielać stary diabeł swojemu wychowankowi pisze m. in. pomoże ci fakt, że „diabły” są we współczesnych wyobrażeniach przeważnie śmiesznymi postaciami. Jeśli w umyśle twojego „podopiecznego” zaczyna się pojawiać niewyraźne podejrzenie dotyczące twojego istnienia, zasugeruj mu obrazek czegoś z czerwonymi rogami i doprowadź do wniosku, że ponieważ nie może wierzyć w coś takiego […], nie może wierzyć w ciebie.

Dziś mało kto wyobraża sobie Szatana w taki właśnie sposób, stąd też również autorzy piszący o „satanizmie masońskim” wspominają raczej o pojawiającym się w lożach „aniele światłości”. Wielu jednak nadal uważa, że przecież coś pojawiać się musi… Jeżeli już nie sam Lucyfer, to może chociażby kopytko Belzebuba. Ile w tym prawdy? Nie mnie o to pytać… Brzmi to bardzo sensacyjnie i bez wątpienia kusząco dla osoby piszącej o masonerii.

Niestety nauka jest tak skonstruowana, że opiera się na dowodach, a w tym przypadku jakichkolwiek dowodów brak. W tej sytuacji można więc jedynie skorzystać z „godnych zaufania” informacji, które przekazała „… jedna pani – drugiej pani…”. Czasem te ślepe trafienia można by podsumować uwagą Miguela de Cervantes, że: Mówić nie myśląc to jak strzelać nie celując. I w jednym, i w drugim przypadku pożytek z tego typu działań będzie raczej niewielki. Kiedy czytamy o owych „pojawieniach się” diabła w loży, czasem mogą zrodzić się wątpliwości czy nie chodzi tu przypadkiem o materializacje z gatunku tych, jakie miewał Leo Taxil, gdy podarował jezuitom wykradziony masonom kawałek ogona Belzebuba.

Autorzy poruszający problem „satanizmu masońskiego” z upodobaniem posiłkują się przy tym faktem licznych potępień wolnomularstwa ze strony Kościoła. Wykazują oni bardzo chętnie, iż wypowiedzi w tym duchu na przestrzeni wieków było niezwykle dużo. Wszak tylko za pontyfikatu Leona XIII Stolica Apostolska ogłosiła aż 226 dokumentów dotyczących tego problemu. To wszystko prawda, ale czytając tego typu publikacje pamiętać należy, że przy tak licznych potępieniach Kościół nigdzie nie motywował swych wypowiedzi twierdzeniami, iż masoni są czcicielami Szatana. Mimo niewątpliwej presji społecznej nawet pracująca w okresie największego boomu na „satanizm masoński” rzymska komisja badająca sprawę prawdziwości oświadczeń miss Vaughan wydała decyzję „Non liquet”.

Masońskiego pojęcia Boga nie można przyrównać do chrześcijańskiego obrazu Boga objawiającego się w Jezusie Chrystusie. Bardzo dobitnie wyraził to papież Leon XIII pisząc: Przypomnijmy, że chrześcijaństwo i masoneria są sobie co do istoty przeciwstawne, tak iż przynależność do jednego jest równoznaczna z zerwaniem łączności z drugim. Nie można pogodzić słów Ewangelii z hasłami rewolucji, Chrystusa i Beliala, Kościoła Boga z Kościołem bez Boga.

Czasem w wypowiedziach niektórych przedstawicieli tej organizacji pojawiają się wątki kojarzone z powszechnym postrzeganiem satanizmu. Nie jest to jednak chyba wystarczającym powodem, by idąc śladem niektórych „ekspertów” utożsamiać ze sobą oba te ruchy.

A tak w ogóle to należałoby sobie w tym miejscu wyjaśnić, co rozumiemy pod pojęciem satanizm. Czy będą to krwiożercze rytuały, o których z lubością rozpisują się żądne sensacji media, czy też może filozoficzny satanizm odwołujący się do myśli Antona Szandora LaVeya. Czasem może to iść znacznie dalej… Niedawno miałem w ręku prace, których autor wskazywał z naciskiem, że: ateizm jest wyższą formą satanizmu . W taką definicję z pewnością wpisywałby się niejeden przedstawiciel liberalnego nurtu wolnomularstwa, włącznie z wielkim mistrzem Wielkiego Wschodu Polski, który podkreślał, że: obecność „myślących ateistów” może wzbogacić życie wewnętrzne lóż.

Osobiście jednak odradzałbym tak szerokie rozumienie pojęcia satanizm, gdyż w dzisiejszym zlaicyzowanym społeczeństwie mogłoby się to okazać dość ryzykowne. Niezależnie od tego, którą definicję przyjmiemy, przesadą byłoby oskarżać o praktyki satanistyczne wszystkich wolnomularzy. Być może w lożach są również sataniści, lecz czy nie wynika to po prostu z podkreślanej nieustannie otwartości lóż, bez względu na prywatne poglądy religijne danej osoby.

Norbert Wójtowicz

 

Źródło: Wiedza Tajemna, nr 18 (2000), str. 70-72 / nr 19 (2000), str. 42, 56-57.