Archiwa tagu: alkohol

David Simon, twórca „The Wire”, na temat kryzysu dziennikarstwa i Wojny z Narkotykami!

David Simon, 57-letni twórca kultowego serialu The Wire, a ostatnio The Deuce z Jamesem Franco, to także dziennikarz Baltimore Sun, który kilka dni temu otrzymał za swoje zawodowe osiągnięcia nagrodę im. Damona Runyona, by przy okazji objaśnić Denver Post swoje zdanie na temat kryzysu zawodowego dziennikarstwa, Wojny z Narkotykami, tegorocznych Oscarów i swoich ulubionych seriali telewizyjnych.

Jak mówi Simon: Obecnie przed upadkiem na dno ratują się (w USA – przyp. red.) tylko The Washington Post i The New York Times, ponieważ są to produkty narodowe o pewnej wiarygodności, za które każdy czuje się zobowiązany płacić.

Ale problem z niezależnym dziennikarstwem zawsze polegał na wspieraniu lokalnych gazet. Wykonują one trudną do zastąpienia pracę, ale to towar sprzedawany po promocyjnej cenie. Moja gazeta wykonuje solidną robotę, ale zostało nas w redakcji tylko 120 z około 500, więc nie opisujemy już wszystkiego tak szeroko jak kiedyś.

Nikt nie dostał tak popalić, jak dziennikarstwo. Może muzyka. Nie wytwarzamy już w tym kraju wielu rzeczy, ale wciąż produkujemy sporo idei, co zostało zaprzepaszczone.

W dalszej części wywiadu Simon przedstawia swoją opinię na temat konsumpcji i ścigania konsumpcji narkotyków w odpowiedzi na pytanie o to, czy legalizacja marihuany w Kolorado pomoże w dalszej liberalizacji prawa:

Powiedz mi, czy coś się zmieniło? Czy spożycie Oxycontinu (syntetycznego opiatu – przyp. red.) w Kolorado po legalizacji marihuany wzrosło w stosunku do innych stanów, czy też nie ma różnicy? To główny argument przeciwko legalizacji marihuany, że jest to furtka do innych środków. Mimo że 94% wszystkich pijaków na Cross Street Market, chlejących whisky, zaczynała od piwa. Ale czy piwo jest furtką?

Na pewnym poziomie 94% wszystkich morderców, którzy chwycili za broń palną, miała pewnie na koncie mandat drogowy. Czy przewinienia drogowe są jednak nieuchronnym wstępem do agresywnych zbrodni? Przez 50 czy 60 lat Wojny z Narkotykami sprzedawano nam to pokrętne twierdzenie. A ludzie o zachowaniach kompulsywnych będą walczyli z uzależnieniem niezależnie od tego, od czego zaczynali, od kawy, od piwa, czy od środków nasennych.

Pójdą tą drogą, jeśli jakiś zewnętrzny czynnik ich z niej zdecydowanie nie zawróci. Siły antymarihuanowe ignorują fakt, że miliony ludzi używają marihuany rekreacyjnie i nigdy się nie uzależnili w ten sam sposób, w jaki ludzie pijący alkohol nigdy nie zostali narkomanami. Mam więc sporo wątpliwości co do teorii progowej.

Simon potwierdza, że jego zdaniem Wojna z Narkotykami jest przede wszystkim batalią o kontrolę nad kulturą i społeczeństwem: Powodem, dla którego mamy Wojnę z Narkotykami, jest ściganie tego, czego się boimy, nie niebezpiecznych narkotyków czy środków, które wyrządzają największe szkody i tylko dlatego ścigamy marihuanę.

Z drugiej strony szafuję nieintuicyjnym argumentem przeciwko polityce Kolorado, który nie ma nic wspólnego z moimi obawami na temat marihuany. I choć jestem w tym odosobniony, postrzegam to jako polityczną konieczność: jeśli bylibyśmy w stanie odseparować marihuanę od Wojny z Narkotykami, ten kraj pozwoliłby na dysproporcjonalne ściganie i wsadzanie do więzienia ludzi o innym kolorze skóry czy białej biedoty.

W momencie, kiedy białe dzieciaki z klasy średniej mogą jarać legalnie, to jak zakończenie poboru do wojska. Nie powoływaliśmy dzieciaków należących do elit, tak więc wywoływane przez nas wojny były łatwiejsze do walczenia z armią poborową. Ale wojsko nigdy nie przywróci poboru, ponieważ obecna sytuacja daje im znacznie większe usprawiedliwienie do kontynuowania niekończących się, niszczących wszystko w proch wojen, ponieważ walczą w nich jedynie zawodowcy.

Białe dzieciaki z klasy średniej przestały protestować przeciwko wojnie w campusach, gdy przestało im grozić ryzyko poboru. Opozycja wobec Wojny z Narkotykami powinna być wszechstronna i posiadać prawdziwe zrozumienie tego, że prawo nie jest równe dla czarnych dzieciaków. Jeśli poważnie myślisz o zakończeniu tego koszmaru w całości, złym pomysłem jest prawdopodobnie postrzeganie marihuany jako problemu osobnego od metamfetaminy czy heroiny.

Simon zdradza również, że wciąż lubi telewizję, chociaż jest w swoich gustach specyficzny: Ktoś musi mi powiedzieć, czy serial zaczął się i zakończył dobrze, i tylko wtedy zacznę go oglądać. Nienawidzę oglądania czegoś, czego zakończenia nie jestem w stanie merytorycznie ocenić od strony historii, więc nie jestem dobrym konsumentem własnych produktów. Naprawdę śmieję się przy Archerze. Doceniam w nim głupawy humor… który jest po prostu zabawny.

Naprawdę trzymałem kciuki za Moonlight podczas ceremonii oscarowej, ale następnego dnia łyknąłem screener La La Land, który mnie zaczarował. Nie chodzi mi więc wcale o jakieś wielkie idee.

Źródło: The Know/Denver Post

Woody Harrelson nie imprezuje już tak jak kiedyś, przestał nawet palić trawę!

Woody Harrelson promuje obecnie swój nowy film Wilson, w którym zagrał tytułową rolę malkontenta, który przegrał swoje życie osobiste 17 lat temu, kiedy opuściła go żona, ale próbuje je naprawić zanim naprawdę będzie za późno. Przepytywany przez magazyn The Vulture aktor zdradził przy okazji kilka szczegółów z życia osobistego.

Jak słyszymy z ust Woody’ego: Ludzie myślą, że jestem duszą towarzystwa, którą… jestem duszą towarzystwa. Ale to tylko jedna strona medalu. Jestem duszą towarzystwa. Ale z dugiej strony nie… jestem obecnie bardzo powściągliwy… od prawie roku nie palę nawet trawy.

Zapytany co było powodem tej decyzji, Woody odpowiada, że „30 lat kurewsko grubego imprezowania zrobiło swoje”.

Poproszony o wyjaśnienie, w jaki sposób powstrzymuje się przed powrotem do nawyku, aktor mówi: No na przykład wczoraj w nocy ktoś miał nie tylko dobre zioło, ale sativę, naprawdę dobrą sativę. Więc jest joint, pięknie skręcony joint. A ja lubię pięknie skręcone jointy… więc myślę sobie, że nie paliłem już tak długo, ale byłoby dziwnie porwać się na jedną chmurę i szybko wrócić do palenia dużych ilości non stop… ale nie mam żadnego problemu z paleniem. Sądzę, że to wspaniałe. To wspaniały drag, jeśli chodzi o… nawet psy mówią, że efektem ubocznym jest euforia. Czy… jak tam to nazywasz?

Dalej aktor przyznaje jednak: Efektem jest euforia. Ale kiedy używasz go cały czas, staje się to… wiesz o czym mówię. Czuję się, jakby ograniczało mnie to emocjonalnie (…) Wciąż piję, ale próbuję też ograniczyć picie.

Trailer do „Wilsona”

Źródło: The Vulture

American Honey (2016)

american-honey-poster

Czasem punkt widzenia obcego może rzucić całkowicie nowe światło na kulturę, która pozostaje ograniczona przez własną samoświadomość. Nie inaczej jest w kinie, które zdominowane przez lubujący się w wystawnych produkcjach amerykański przemysł filmowy, zawsze przeżywa szok, gdy ogromne amerykańskie przestrzenie weźmie pod lupę ktoś inny, niż hollywoodzki insajder.

Z Ameryką w istocie mierzyło się w przeszłości wielu europejskich czy azjatyckich twórców i niemało z tych filmów należy dzisiaj do żelaznej klasyki kina. Wystarczy wspomnieć Zabriskie Point (Antonioni), Nocnego kowboja (Schlesinger), Chinatown (Polański), Atlantic City (Malle), czy żeby nie sięgać daleko Las Vegas Parano (Gilliam) i już mamy pewien obraz, który ciężko wymazać z pamięci.

Jestem przekonany, że do tego szeregu można teraz dodać American Honey wyreżyserowany przez brytyjską gwiazdę kina autorskiego, Andreę Arnold, która za swój Fish Tank otrzymała w 2009 Nagrodę Jury na Festiwalu w Cannes, żeby odebrać tę samą nagrodę za swoje najnowsze dzieło, pozostające w mojej skromnej opinii jednym z najlepszych filmów roku!

Andrea Arnold często mówi, że rzadko inspirują ją inne filmy, a znacznie częściej samo życie, co wypisz, wymaluj idealnie definiuje styl American Honey – naturalistycznej, surowej i szczerej opowieści o życiu amerykańskich nastolatków, którzy nigdy nie zaznali szczęścia troskliwej rodziny, dobrej edukacji i trzech posiłków dziennie, balansując przez większość swojego młodego życia na granicy nędzy, rozpaczy i szaleństwa.

Star (Sasha Lane), protagonistka tego niezależnego dramatu, zrealizowanego w dużej mierze z udziałem amatorów zhaltowanych z supermarketowych parkingów, którzy dostali od Arnold ogromne pole do improwizacji, wyprodukowanego za niecałe $3,5 mln, nakręconego kamerą z ręki w trakcie objazdu południa USA, to młoda dreadziara opiekująca się dwójką dzieciaków pozostawionych na lodzie przez rodziców grzejących crystal meth.

Jej sytuacja życiowa jest widoczna od pierwszej sceny, w której dziewczyna skipuje wysyp lokalnego Kmartu, wyciągając z niego zafoliowanego kurczaka i kilka ziemniaków, co ma zapewnić pożywienie dla całej rodziny na kilka kolejnych dni. Ale kilka chwil później na parking obok zawija Ford Minivan z bandą nastolatków, które wyglądają, jakby kończyły weekendowy rave, a Star wpada w oko przystojny Jake (Shia LaBeouf), który zachęca ją, żeby uderzyła nazajutrz razem z nimi do Kansas City.

W ten prosty sposób zawiązuje się akcja dzieła Arnold, łączącego klasyczne kino drogi z filmem o dorastaniu, w którym nie brakuje dymiących bongów, butelek taniej whisky i namiętnych scen seksu (to wszystko podcięło masową dystrybucję), co automatycznie przypomina o innych wielkich dokonaniach gatunku takich jak River’s Edge, Dzieciaki czy Spring Breakers – szokerach o trudnej młodzieży, które skutecznie niszczą idealistyczny obraz dorastania.

Jake wkrótce weźmie Star pod opiekę, żeby pokazać jej kulisy pracy, którą cała załoga wykonuje do znudzenia. A jest to sprzedaż papierowych magazynów w formie abonamentu, czy raczej wyciąganie siana od kogo się da poprzez sprzedaż siebie (swojego wizerunku, swojej osobowości, swojego ciała), w celu zaspokojenia nieograniczonego apetytu na pieniądze Krystal (Danielle Riley Keough) – szefowej tego amerykańskiego przedsięwzięcia.

I tak widzimy jak w kalejdoskopie miasta zmieniające się w wioski, dzielnice nędzy, pola naftowe, kaniony i motele, w których zatrzymuje się załoga, składająca się wyłącznie z nastoletnich wyrzutków, białych śmieci, dzieci osieroconych przez rodziców i los, nie bawiących się w subtelności… które podśpiewują We Found Love Rihanny.

Szefujący im Jake wydaje się starszy i bardziej doświadczony, ale jego kontrola szybko pęka w obliczu miłości do Star, która ujawnia wybuchowy temperament i uliczną mentalność. Ale nawet jeśli mamy do czynienia z kilkoma brutalnymi akcjami, reżyserka oparła się pokusie przerobienia tego wątku na modłę Bonnie i Clyde, oferując rodzaj przedziwnej konsolacji wraz z zakończeniem, które pozostaje tajemnicze i otwarte na interpretację!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: American Honey
Produkcja: USA/Wielka Brytania, 2016
Dystrybucja w Polsce: Gutek Film
Ocena MGV: 4,5/5

Każdy by chciał!! (2016)

everybody-wants-some-poster

Linklater twierdzi, że Każdy by chciał!! to praktycznie kontynuacja Boyhood, a także swoisty sequel do kultowego Dazed and Confused.

To również film maksymalnie imprezowy, absolutnie bezpretensjonalny, z fantastyczną muzą, doskonałą obsadą i miodnymi dialogami, które puentowane są zawsze jakimś dobrym tekstem (sporo z nich spokojnie można cytować).

Król amerykańskiego kina niezależnego kontynuuje piękną passę, oferując prawdziwy powrót do korzeni w formie studenckiej komedii o drużynie baseballowej, która jeszcze nie zaczęła roku akademickiego, ale już uskutecznia nowe podboje łóżkowe.

Hormonalna gorączka, sex, imprezki, treningi, chlanie do upadłego i jaranie do ostatniego nabicia, to wszystko widzimy w jednym długim pasażu, który dla jednych jest wprowadzeniem w świat hedonizmu, a dla drugich powrotem do normy.

Doskonale dobrana obsada odgrywa swoje role z dobrze zwąchanym dystansem i humorem, czemu na pewno pomagają pieczołowicie wyhodowane przez aktorów wąsy, które tak samo jak szerokie spodnie, w 1980 nie wyszły jeszcze z mody.

Historia, co warto zaznaczyć, ponownie osadzona zostaje w Texasie, gdzie Linklater urodził się i wychował, a nic tak nie inspiruje prawdziwego mistrza kina, jak opowiadanie o swoim własnym podwórku.

Akcja jest szybka i nieskomplikowana, a zostaje zawiązana, kiedy mający w kieszeni stypendium sportowe Jake (Blake Jenner) wprowadza się do domu studenckiego trzy dni przed rozpoczęciem roku akademickiego, gdzie poznaje członków swojej studenckiej drużyny baseballowej.

A że jest to zasadniczo zbieranina gości ze wszystkich stanów, można w niej znaleźć świrów, przygłupów, pijaków, sportowców z temperamentem oraz dobrze wykręconych erudytów i autsajderów.

Mamy więc konfrontacyjnie nastawionych do świata McReynoldsa (Tyler Hoechlin) i Ropera (Ryan Guzman), którzy nie są zainteresowani okazywaniem Jake’owi sympatii.

Inaczej traktują go jednak sportowiec-intelektualista Finnegan (Glen Powell), pothead-Kalifornijczyk Willoughby (Wyatt Russell), czarnoskóry dowcipniś Dale (J. Quinton Johnson) i przygłup-żółtodziób Plummer (Temple Baker), którzy stają się jego ziomkami w świecie wypełnionym wszystkimi przyjemnościami, na które może liczyć dwudziestolatek.

I tak chłopcy ruszają na miasto, w jedną noc prawie podbijając klub disco, w drugą zamieniając się w kowbojów na imprezie country, a w trzecią uczestnicząc w wyrafinowanym melanżu artystyczno-teatralnym… bo wszyscy chcą jak najszybciej zaznać rozkoszy swieżej cipki, choć w większości marnują pierwsze okazje z różnych nieprzewidzianych powodów. Nie dają jednak nigdy popuścić hektolitrom alkoholu i kilogramom trawy, które dumnie przyjmują do płuc lub do żołądka! Brzmi dobrze?

Być może najlepszym składnikiem Każdy by chciał!! jest perfekcyjny rytm, który Linklater w dużej mierze ustawia do muzyki The Knack, Blondie, ZZ Top, Cheap Trick, The Cars, Chic, Stiff Little Fingers i wielu innych. A wspomniałem o dialogach? Może warto przypomnieć, bo są rewelacyjne.

Fajne są też kostiumy, choć styl skręca nieco w stronę American Hustle, co sprawia że film się robi miejscami bardzo odrealniony. To może być jednak zaletą, bo jeśli czegoś w trakcie tego seansu robić nie wolno, to traktować tego co się widzi na poważnie.

Z drugiej jednak strony pod płaszczykiem grubej imprezy Linklater stawia kilka mądrych pytań o wchodzenie mężczyzny w dorosłość i kształtowanie się osobistości pod wpływem środowiska, bo na ekranie szybko pojawia się też postać silnej kobiety, Beverly (Zoey Deutch), która męski testosteron potrafi trzymać w ryzach i roznieca ogień poezji, zmieniający najdzikszego ogiera w romantycznego marzyciela.

Temat transformacji to zresztą naczelny temat w twórczości artysty, który poruszał go na wiele różnych sposobów. Ale to już pewnie zabawa dla fanów reżysera, którzy nie mają się co zastanawiać, szczególnie jeśli pamiętają Dazed and Confused i nie obce są im seanse filmów w stylu Menażerii (1978).

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Everybody Wants Some
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Annapurna International
Ocena MGV: 4/5

1979: Francis Ford Coppola i Akira Kurosawa sączą wspólnie Suntory Whisky

1979 był ciężkim rokiem dla Francisa Forda Coppoli. Reżyser wkroczył w ostatnią fazę post-produkcji Czasu apokalipsy (film jeszcze na Filipinach został ochrzczony przez załogę Apocalypse Never, gdyż wydawało się, że nigdy nie zostanie ukończony) i miał niewiele czasu do dyspozycji… ale udało mu się wyrwać na parę chwil do Japonii, gdzie wraz ze swoim mistrzem Akirą Kurosawą nakręcił kultową reklamę Suntory Whisky.

Ten mało znany epizod z życia dwóch sławnych filmowców stał się inspiracją dla „fikcyjnej reklamy” Suntory w Między słowami (2003) z udziałem starzejącego się gwiazdora telewizyjnego Boba Harrisa, w którego wciela się brawurowo Bill Murray.

Reżyserka filmu, Sofia Coppola, tak wspomina to w jednym z wywiadów: Mój tata i Kurosawa wzięli udział w reklamie Suntory, stąd inspiracja. Wystąpili razem przed kamerą w latach ’70. Nigdy jej nie widziałam, ale widziałam oprawione zdjęcie mojego taty i Kurosawy siedzących na fotelu. Wydaje mi się, że był to punkt w karierze Kurosawy, w którym nie miał on żadnych pieniędzy i mój tata próbował mu pomóc, przynajmniej tak mi się wydaje.

Artystka faktycznie nie mija się z prawdą, bo Kurosawa na początku lat ’70 wypadł z łask japońskich producentów po swojej spektakularnej klapie Dodesukaden (1970), po której próbował popełnić samobójstwo, podcinając sobie żyły 30 razy żyletką.

Z tego powodu jego następny film, Dersu Uzała (1975), został zrealizowany w Rosji. Ale mimo tego, że dzieło to zdobyło Oscara w kategorii najlepszy film zagraniczny i serca krytyków na całym świecie, w Japonii film spotkał się raczej z chłodnym przyjęciem i reżyser wciąż był tam traktowany z ostracyzmem.

Przełom dla podłamanego Kurosawy przyszedł w 1978, kiedy jego losem po sukcesie Gwiezdnych wojen zainteresował się George Lucas, który nakłonił wytwórnię 20th Century Fox do sfinansowania jego długo planowanego projektu Sobowtór (1980). Produkcji filmu podjął się sam Francis Ford Coppola, który w tym samym czasie wystąpił z Kurosawą w reklamie Suntory Whisky, mającej naprawić kruchy budżet obydwóch artystów.

Faktycznie, Kurosawa nakręcił pierwszą reklamę dla Suntory w 1976, kiedy na jaw zaczęły wychodzić jego problemy finansowe (reżyser skasował za nią okrągłe $30 tys.), ale nie mógł odmówić kontynuacji już na planie Sobowtóra, gdzie pojawiał się także często Coppola, więc współpraca w tej sferze nie była trudna do zawiązania (choć Coppola, co ciekawe, był wtedy abstynentem).

Japoński narrator podkreśla prestiż obydwóch artystów i ich przyjaźń w klimacie spotkania Wschodu z Zachodem, a whisky służy oczywiście za najwyższy obiekt natchnienia… bo „pasja nie zna granic”. Sceny pomiędzy sączeniem trunku pochodzą z planu Sobowtóra.

Conradino Beb

Czy w rozwodzie Angeliny Jolie i Brada Pitta tak naprawdę poszło o palenie trawy?

Od złożenia pozwu o rozwód z Bradem Pittem przez Angelinę Jolie minęły zaledwie 24 godziny, a media już podsuwają nowe tropy. Być może nie chodziło wcale o zdradę małżeńską, ale o palenie marihuany! Faktycznie, aktor przez lata próbował oczyścić swój wizerunek potheada, zapoczątkowany w kultowym filmie Prawdziwy romans (1993) Tony’ego Scotta, ale jego upalona przeszłość dopadała go na każdym kroku.

Rozwodowe śledztwo rozpoczął TMZ, pisząc: Nasze źródła mówią, że Angelina miała dosyć palenia trawy przez Brada i być może konsumpcji alkoholu, co w powiązaniu z „problemem gniewu” stało się w jej oczach niebezpieczne dla dzieci.

W szranki szybko poszedł Vulture, który wyciągnął z archiwów wywiad z aktorem przeprowadzony w 2009 przez Billa Mahera na łamach Real Time. Showman przypomniał Pittowi na antenie, jak ten spędził całą imprezę siedząc na podłodze i kręcąc jointy.

Kręciłeś idealne jointy. Najdoskonalsze jointy, jakie widziałem w życiu. Jak maszyna… były lepsze niż papierosy – powiedział Maher. Aktor nieśmiało odebrał komplement, mówiąc: Jestem artystą.

I mimo że na palenie przez Pitta jointów w trakcie jego związku małżeńskiego brak twardych dowodów, aktora niechcący zdradził w 2009 sam Quentin Tarantino, który na łamach tokszołu Jimmy Kimmel Live ujawnił, jak udało mu się zwerbować go do obsady Bękartów wojny.

Reżyser przebywał we francuskiej rezydencji aktora, gdzie obydwoje omawiali zawiłości scenariusza nad butelką rosé, gdy Brad położył nagle na stole fajkę do palenia marihuany o kształcie puszki w czerwono-srebrnym kolorze.

Tarantino dołożył nawet anegdotkę, jak Brad obudził się rano, zobaczył fajkę, po czym zaczął liczyć butelki, których było sześć. Reżyser poprawił się później, oświadczając, że aktor „nie pali marihuany na planie”.

Czy Angelina może użyć marihuanowego argumentu w sądzie, żeby pozbawić aktora praw do opieki nad dziećmi? Marihuana medyczna pozostaje legalna w Kalifornii i jedyne co potrzebne jest użytkownikowi to karta medyczna za $40.

Sędziowie rodzinni wciąż traktują jednak palenie marihuany jak picie alkoholu czy wciąganie kokainy i jeśli strona sądząca jest w stanie udowodnić, że partner nadużywał danej substancji, może być to zaliczone na jego niekorzyść.

Conradino Beb

 

Źródło: TMZ / Vulture

Słynna recepta na kaca Huntera S. Thompsona

Kilka lat temu Playboy opublikował obszerną korespondencję redakcji z doktorem dziennikarstwa gonzo, który w latach ’60 i ’70 publikował regularnie na łamach magazynu. W tym stosie mniej lub bardziej fascynujących listów i notatek, jedna z nich wydaje się absolutnie fascynująca – jedyna w swoim rodzaju recepta na kaca!

Nabazgrana na kawałku papieru przez HST notka ujawnia, że recepty zażądała redakcja Oui (magazynu pornograficznego kupionego przez Playboya w 1972), a jest nią „12 azotanów amylu w połączeniu z tyloma piwami, ile jest to konieczne”. Innymi słowy, pisarz walił klina paczką poppersów i browarami.

Hunter-S-Thompson-hangover-cure
Oryginalna notka

„Jessica Jones” zmienia reguły gry

Problem z superbohaterami jest taki, że zostali wyssani niemal do ostatniej kropelki przez popkulturę, mainstreamowy komiks i Hollywood. Z drugiej strony, coraz więcej głosów krytycznych wyraźnie sygnalizuje, że konsumenci kultury są znudzeni oglądaniem kolejnej produkcji o wyciętym z kartonu bohaterze, który może wszystko, bo jest nadczłowiekiem. Hiperprodukcja filmów o Iron Manie, Spidermanie, X-Menach, Fantastycznej czwórce, Thorze i Transformersach doprowadziła do wyczuwalnego nastroju kryzysu po obu stronach barykady… który do pewnego stopnia definiuje i przełamuje Jessica Jones!

Znana z Breaking Bad Krysten Ritter wciela się w jeden z najciekawszych charakterów wykreowanych przez Marvel Comics. Jessica Jones to superbohaterka, która na poziomie czysto psychologicznym nie akceptuje swoich mocy, a do tego chleje na umór, swój codzienny czas spędzając na prowokującej cynizm pracy prywatnego detektywa. Ale do szukania u ludzi najgorszych cech Jessica ma naturalny talent, który wykorzystuje wielu poważnych graczy, m.in. bezwzględna prawniczka Jeri Hogarth (znana wszystkim z Matrixa Carrie-Ann Moss) stale szukająca brudu na swoich sądowych rywali.

Nie codzienna praca sprawia jednak Jessice najwięcej trudności, a złowroga obecność jej największego wroga, Kilgrave’a (znany z nowej wersji Doktora Who David Tennant), który wcześniej bez żadnych skrupułów kontrolował jej umysł dzięki swojej parapsychologicznej sile, gwałcąc jej sumienie i każąc dokonywać czynów zostawiających nie dający się wymazać ślad na psychice.

jessica_jones_drinking_whisky
Jessica Jones nigdy nie popuszcza z piciem!

Kilgrave to przy okazji jeden z najbardziej fascynujących superzłoczyńców, jacy zostali wykreowani przez superbohaterowy komiks. Jego osobowość jest psychopatyczna, chorobliwa, ale pełna cierpienia (wynik burzliwego dzieciństwa), a jego intencje, choćby nie wiadomo jak pokręcone, podszyte bardzo ludzkimi emocjami, co sprawia że nie można go tak po prostu odesłać do skrzyneczki z Zielonym Goblinem i innymi potworkami nie przekraczającymi dwóch wymiarów. Kilgrave balansuje do tego przez większość czasu ekranowego na granicy yin i yang.

To wróg idealnie odpowiadający profilowi Jessiki Jones, która jako nastolatka przygarnięta po wypadku samochodowym przez Dorothy Walker (Rebecca De Mornay), rozwiedzioną matkę ogarniętą obsesją na punkcie sławy swojej córki Trish (Rachael Taylor), staje się świadkiem tejże codziennego molestowania, co doprowadza w końcu do ujawnienia się jej supermocy. Dorastanie Jessiki przypada poza tym na lata ’90, więc na jej ścianach mamy okazję oglądać plakaty Nirvany i Green Day, co koresponduje ze wspomnieniami dużej części Milenialsów.

I tu Melissa Rosenberg, twórczyni serialu, znana głównie z pracy przy wampirycznej sadze Twilight (ale nie bijcie), wykonuje doskonałą robotę, każąc Jessice Jones pamiętać o tych wszystkich wydarzeniach, być nimi skażoną, tworząc w efekcie superbohaterkę, która nie może się tak po prostu oddać ratowaniu świata, bo życie poskładało ją do tego stopnia, iż ciężko się jej uporać z samą sobą. Ale to świat Marvela, więc żeby odzyskać kontrolę nad własnym życiem Jessica musi zniszczyć mitycznego potwora, który w serialu przybiera postać Kilgrave’a. Elementy kina akcji nie czynią jednak tej historii bardziej papierową.

krysten-ritter-david-tennant-jessica-jones
Jessica Jones i Kilgrave

Można to nazwać rewizjonizmem gatunku, a przynajmniej sam tak to lubię określać, bo Jessica Jones porzuca wszystkie blockbusterowe schematy (włącznie z milionowymi efektami specjalnymi) i zamiast nich proponuje dramat/thriller w klasycznym stylu noir z domieszką old schoolowego motywu zemsty, grą światłocienia, ulicznym językiem, psyche rozbitą przez osobiste tragedie i zepsutą do szpiku kości tkanką miasta, w której dla szlachetnego celu trzeba umazać się po szyję gównem. Akcja rozgrywa się zaś w Nowym Jorku, przez co wszelkie zepsucie nabiera wielkomiejskiego, nieco hipsterskiego charakteru.

I nie da się zaprzeczyć, że ta perspektywa, która została także zastosowana w Daredevil, a wkrótce będzie kontynuowana w The Defenders – nowym serialu, w którym Jessica Jones i Daredevil łączą siły wspólnie z Iron Fist, a który będzie miał premierę na Netflixie w tym roku – przywraca wiarę w możliwości gatunku ograbionego przez hollywoodzkich producentów ze wszelkich dramatycznych elementów i zamienionego w wysokobudżetową bajkę dla dzieci.

Nadanie Jessice Jones bardziej ludzkiego charakteru, wyznaczenie jej nieprzekraczalnych limitów, pogłębienie jej o rozdartą psychikę, nałogi i słabości, daje szansę na zadawania innych niż dotychczas pytań. Gdzie leży jej największa słabość? Skąd biorą się jej dylematy? Jakie są uboczne efekty jej działań? Jak radzi sobie ona z problemami, które przytłaczają normalnych ludzi? A także, dlaczego niemożliwe jest dla niej egzystowanie w biało-czarnej rzeczywistości?

Te pytania tworzą żywą, patologiczną, pokręconą osobowość Jessiki Jones, w której skórze Krysten Ritter czuje się jak ryba w wodzie. Jej feministyczno-rock’n’rollowa persona zderzona z komiksową postacią tworzy kreację, z którą pokolenie Y może się zidentyfikować lub przynajmniej przyznać jej pewną dozę wiarygodności. Czekanie na kolejny pokaz cudownych mocy protagonistki wylatuje przez okno, znacznie ważniejsze staje się za to śledzenie jej drogi przez otchłań wyborów, które nigdy nie są łatwe i zawsze mają poważne konsekwencje.

Conradino Beb

W poszukiwaniu inspiracji i pięknych słowiańskich chłopców, czyli trzy pielgrzymki Allena Ginsberga do Ziemi Polskiej

ginsberg praga
Allen Ginsberg w Pradze, tydzień po pierwszej wizycie w Polsce / 1965

Gdy Edward White przygotowywał się do odbycia pierwszego spaceru w przestrzeni kosmicznej, a amerykańskie śmigłowce latały masowo nad Wietnamem, biedny i szary kraj nad Wisłą oczekiwał na przybycie arcyważnego gościa z zagranicy. Zamiatano chodniki, malowano przystanki, łatano dziury w drogach i uzupełniano zapasy niezbędnego alkoholu. Na lastrykowych parapetach miały zagościć nowiuteńkie kompozycje paprotek, a obsługa hotelowa była kierowana na kursy języka obcego.

Dzieci czekały z kwiatami, a piękne niewiasty nie mogły powstrzymać się od wybuchów szaleńczej radości, gdyż już lada moment granicę Polskiej Republiki Ludowej miał przekroczyć zacny piewca pokoju, niezrównany geniusz słowa, człek wielkiego serca, orędownik biednych i pokrzywdzonych, przyszły przywódca duchowy oświeconej części świata, najrówniejszy wśród równych – Leonid Breżniew!

Dziwnym trafem, „odwiedziny” te zbiegły się z innymi, o wiele mniej spektakularnymi, kiedy mało znany (w ówczesnej Polsce) poeta z Ameryki przybył do Peerelu na zaproszenie Związku Literatów Polskich. Jedyną rzeczą, która łączyła te dwie wizyty – oprócz daty – była ukryta nadzieja obydwóch gości, że uda się im wyruchać kogoś w dupę. Różnica była taka, że jeden miał na myśli miłego, przystojnego Polaka, a drugi kraj, w którym chłopcy ci piękni mieszkali.

1965

Była wiosna roku Pańskiego 1965 i rzeczony Allen Ginsberg miał przy sobie podręczny bagaż, pojemny notes na wiersze, własnoręcznie sporządzone rozmówki angielsko-polskie i długą, starannie przyciętą brodę, dzięki której wyglądał jak żywcem zdarty z portretów Karola Marksa, zdobiących wówczas ściany niejednej warszawskiej kawiarni.

W takiej kawiarni po raz pierwszy spotkał go właśnie polski poeta Nowej Fali – Jarosław Markiewicz. Literat przez chwilę bacznie mu się przyglądał, po czym onieśmielony wydukał po francusku: „To pan jest tym amerykańskim poetą? Przecież to niemożliwe!”. Allen potwierdził, że to jednak możliwe i zapytał, skąd go zna? Tamten odparł, że czytał jego wiersze w polonijnym kwartalniku literackim i ogólnie, że „łał”. Ginsberg słysząc to ucieszył się niezmiernie i powiedział, że mogą razem zorganizować kilka wypadów na miasto.

Literackich iwentów było wtedy niemało i na jednym z nich ex-Bitnik spotkał się m.in. z Herbertem, Grochowiakiem i Arturem Sandauerem – tego ostatniego odwiedził nawet osobiście w mieszkaniu, co zresztą nie było dziwne, ponieważ uchodził on wówczas za największą szychę polskiej krytyki literackiej i trzeba mu było pokazać „egzotycznego” poetę z Ameryki.

Jednak gospodarz chyba nie zapamiętał dobrze tej wizyty, bo gdy Sandauer wraz z Markiewiczem tylko na moment zostawili Ginsberga samego, po chwili musieli oglądać, jak Amerykanin odpierdala jakieś „buddyjskie hołupce” i za bardzo nie wiedzieli, czy mają wzywać pomoc, czy tylko się przyglądać. Jednak incydent zupełnie nie przeszkodził Markiewiczowi w przedstawieniu artysty jednemu z najbardziej odjechanych twórców powojennej Warszawy, czyli Mironowi Białoszewskiemu.

Drzwi otworzył chłopak Mirona, Leszek. Z początku atmosfera była dość drętwa, jeśli nie „krępująca”, bo po francusku dogadać się było trudno (po angielsku jeszcze gorzej), a wspólnych tematów literackich też poeci nie mieli za wiele. Rozkoszny Ginsberg uśmiechał się i przeglądał notatki Mirona, z których zapewne niewiele rozumiał, ale niezwykle się cieszył.

allen kielce 1986
Allen Ginsberg i Szczęsny Wroński (pierwszy z prawej) – Pałacyk Zielińskiego, Kielce / wrzesień 1986 (fot. Zbigniew A. Stefański)

Później wskoczył na biurko, przeglądał biblioteczkę, siadał, wstawał, zachowując się niczym wiejski przygłup z ADHD. Jednak Białoszewskiego po pewnym czasie ta niecodzienna sytuacja zaczęła irytować. Dopytywał, czy aby na pewno Ginsberg jest Żydem, a nawet nazwał Amerykanina kabotynem. Na usta cisnęły mu się już słowa typu: „A w coś ty mnie tu wpuścił, Leszku?”.

Chłopaki odnaleźli wspólny język dopiero, gdy Ginsberg zagaił coś o narkotykach i szybko wyszło na jaw, że Miron leci na kodeinie, a Allen na LSD. Temat okazał się istnym workiem bez dna, ponieważ obaj twórcy lubili dobrze przyjebać. Gospodarze przywołali na dodatek temat Witkacego oraz jego przygód z dragami, co rzecz jasna bardzo zainteresowało Ginsberga. Snuli już prawie plany wspólnych tripów, lecz czas naglił i trzeba było się pożegnać.

Ostatecznie poeci rozstali się w dobrych nastrojach, choć w relacji Białoszewskiego czuje się, że pozostał lekko uprzedzony w stosunku do Ginsberga. Może nie potrafił zrozumieć jego talentu, a może bariera kulturowa była w tym przypadku nie do przebrnięcia. Widać to wyraźnie, gdyż Białoszewski opowiada o świeżo napisanym przez Ginsberga wierszu, który Amerykanin przyniósł do mieszkania, a premierowo odczytał (oraz „wytłumaczył” swojemu chłopakowi) Leszek. Wszyscy byli zachwyceni, choć w opinii Mirona poemat „dupy nie urywał”. A był to wiersz o Polsce, o Warszawie, o warszawskiej kawiarni…

Warszawska kawiarnia

Te widma spoczywające na plastikowych stołkach
Widma w skórzanych rękawiczkach przez godzinę mknące wzdłuż całej kawiarni
Widma dziewczyn z okaleczonymi obliczami, czarnymi pończochami brwiami cienkimi
Widma chłopców z małymi bródkami, o blond włosach przylizanych do czaszki
Nowe widma wciągnięte w rozmowy, tłoczące się wokół czarnych stołów późnym
popołudniem
smutny sopran historii płynący z głośnika hi-fi
– perspektywa murów i okien z XVIII wieku od Nowego Świata aż po kolumnę Zygmunta III –
z podniesionym mieczem strzegącego od trzech stuleci polskiej młodzieży
O polskie widma ileście wycierpiały odkąd Chopin ronił łzy do swego
romantycznego fortepianu
zruiniałe stare budowle, wesołość całonocnych zabaw pod bombami lotniczymi,
pierwsze krzyki znikającego getta – Robotnicy kroczą przez różowo-błękitne ściany
przedwojennej sypialni, niszcząc spowite słońcem gruzy –
Teraz widma gromadzą się do całowania rąk, dziewczyny całują się wzajemnie, paryskie
włosy rudych czarownic
i szczerozłote zegarki – by usiąść pod żółtą ścianą z dużą brązową teczką –
by wypalić trzy papierosy w cienkich czarnych krawatach i kiwnąć głową na temat nowego filmu
Widma Chrystusa i wasze ciała niech będą z wami w godzinie waszej młodości
w powojennym niebie splamionym przez pot Komunizmu, wasze miłości i wasze białe
gładkie policzki delikatne we wzajemnym spojrzeniu.
O widma, jak piękne są wasze spokojne ogolone twarze, wasze szale koloru bladej szminki,
wasze liche obcasy,
jak piękne wasze nieobecne spojrzenie, z samotnie skrzyżowanymi nogami na stole, z długimi rzęsami,
jak piękna wasza cierpliwa miłość siedzących razem czytających czasopisma o sztuce –
jak pięknie wchodzicie przez drzwi zasłonięte aksamitną kotarą, ze śmiechem do
zatłoczonego pokoju
jak czekacie w kapeluszach, oceniając inne twarze, i odwracacie się i wychodzicie na godzinę
lub dumacie przy barze, czekając aż ospała kelnerka zaparzy czerwoną gorącą herbatę,
minuta po minucie
wciąż stojąc, podczas gdy godziny uderzają w kościelne dzwony, podczas gdy lata mijają, a
wy pozostaniecie na ulicy Nowy Świat
jak pięknie ściągacie wargi, wzdychając wypuszczacie dym z waszych ust, pocieracie wasze dłonie
lub ze śmiechem nachylacie się ku sobie na widok tego dzikiego kudłatego szaleńca, który
siedzi i płacze pośród was obcy.

                        10.04.1965

W stolicy Ginsberg zdążył jeszcze zwiedzić ruiny getta, po czym wyruszył koleją do Krakowa. Na samym dworcu przywitał go kontrowersyjny sytuacjonista i ówczesny „gwiazdor” krakowskiej awangardy – Krzysztof Niemczyk. Pomimo trudności komunikacyjnych, Niemczyk – wraz ze swoimi towarzyszami po artystycznym fachu – szybko dogadał się z Amerykaninem. Niemniej nawijał tylko Ginsberg, tłumaczył kumpel Niemczyka, a reszta milczała, przez co zaczęło robić się nudnawo. Ale po obaleniu kilku browarów, świeżo upieczeni koledzy udali się na domówkę u krakowskiego sytuacjonisty.

Impreza zapowiadała się wybuchowo i wszystko było ok, aż do momentu kiedy Ginsberg nagle odpłynął i przystąpił do ustawiania na środku pokoju ołtarzyka z kostek margaryny. Później przy użyciu zapałek oraz – wyciągniętych nie wiadomo skąd – dzwoneczków przekształcił margarynową konstrukcję w święty instrument.

Gdy dzieło było gotowe, zaczął odpierdalać podobne przedstawienie, co w domu Sandauera. Jednakże tutaj wszyscy byli nawaleni, więc wyczyn Ginsberga spotkał się z nieco większą aprobatą. Na sam koniec Amerykanin zaproponował jednemu z obecnych w mieszkaniu (Zbigniewowi Werpechowskiemu – poecie i performerowi) odbycie upojnego stosunku analnego, lecz ten odmówił, co wzbudziło w Ginsbergu smutek, przykrość i rozczarowanie.

Cóż, polscy chłopcy z branży chyba nie mieli wtedy tyle ognia, co ich koledzy zza żelaznej kurtyny. Hmm… nie mnie oceniać, ale Ginsberg z pewnością odczuł to dotkliwie, bo jedyną rzeczą, którą mu dano w Krakowie, była nagroda za wygraną w konkursie na najdłuższą brodę, organizowanym przez klub „Pod Jaszczurami”. Jednakże poeta pozostawił w Mieście Królów dość ważną pamiątkę – autograf na ścianie mieszkania Krzysztofa Niemczyka, gdzie po wybuchu rewolucji kontrkulturowej pielgrzymowali hipisi z całej Polski.

Po pobycie w Krakowie Ginsberg wyruszył jeszcze do Oświęcimia, a później do Wrocławia, gdzie skończyła się jego pierwsza polska pielgrzymka. Anegdot dotyczących tej wizyty jest na pęczki, choć większość z nich – niewiadomo dlaczego – wzajemnie się wyklucza. Możliwe, że dopiero po latach – gdy Ginsberg stał się jednym z najważniejszych amerykańskich poetów oraz kapłanem kontrkultury – osoby, które spotkały go wiosną 1965 roku, zrozumiały z kim miały do czynienia i puściły wodze fantazji, by owiać tamtą wizytę jeszcze donioślejszą legendą – co zrozumiałe – najpiękniej wybrzmiewającą w słowach ginsbergowskich wierszy, jak ten napisany tydzień po wizycie u Białoszewskiego:

Chwile powrotu

tysiąc zachodów słońca za sieciami trakcyjnymi w otwartej przestrzeni Warszawy
Pałac Kultury chińskie szczyty czernieją na tle zachmurzonego w pomarańcz horyzontu –
żelazny tramwaj nabierający tempa owadzie czułki skrzą błękitami znad głowy, człowiek w kapeluszu kuśtykający przez zardzewiałe ściany mieszkania –
Chrystus w kaplicach pod białą świętą poświatą – drżące palce na długim różańcu
oczekiwanie zmartwychwstania
Stary rudy spasiony Jack śmiertelny na Florydzie – łzy na czarnych rzęsach, pożegnanie
Bacha z Krzyżem –
To było 24 lata temu na trzeszczącym gramofonie Sebastian Sampas* mówiąc adieu stałemu lądowi
Zatrzymałem się na chodniku, by przypomnieć sobie Koncert warszawski**, puste smutne
fortepiany łomoczą niczym bomby, niebiańska melodia
wewnątrz kuchni w Ozon Park*** – To wszystko spełnia się podczas wschodu słońca na
opustoszałej ulicy –
I nie mam nic do roboty tego wieczoru prócz spaceru w futrzanym płaszczu w zimnej szarości
alei, lata później, melancholijny człowiek w samotności – 
muzyka przenikająca do innego kosmosu – chwile powrotu – echo taksówki podjeżdżającej
pod ławkę w parku –
Moja broda to nieszczęście, brak języka dla tych młodych oczu – w których rozpoznaję siebie
samego nagiego w moim najwcześniejszym śnie –
teraz siedzę przy skrzyżowaniu żałosny przez łysinie na przedzie mojej czaszki i szare znaki
czasu na mojej brodzie –
ból głowy lub taneczne wyczerpanie lub czerwonka w Moskwie lub wymioty w Nowym Jorku –
Och – wybudowali Metropol Hotel – tłum oczekujący na drogowej wysepce pod uliczną
latarnią – jęk tramwajów na Jerozolimskich –
Szczyty błyszczących konstrukcji olśniewających Czerwone Stany****, olbrzymia kamienna
aleja obwieszona żółtymi żarówkami – przerwane miganie świateł, długie tramwaje
szlifują aż do zatrzymania, motocykle przemijają w eksplozjach
Wiersz powrotu do tej chwili, moje przyrzeczenie do zapisu – moje zimne palce – więc trzeba
przysiąść i czekać na moją własną samotną Obecność – ten pierwszy psalm –
Również powracam do siebie, ta chwila i ja jesteśmy jedną osobą na ławce w parku na
zatłoczonym rogu ulicy w Warszawie
Oddycham i wzdycham – Nie porzucaj dążeń do rodzicielstwa kościstolicy białobrody Guru
rzekł w Benares*****  – czym ja gotów do śmierci?
czy może głos w mym kierunku na ławce, uprzejmie zapytuje – noś młodzieńczą twarz pod
perłowym szarym kapeluszem
Niestety, wszystko co mogę powiedzieć to „Nie Panamay” – Ja nie mogę mówić

                                   Niedziela Wielkanocna, 18.04.1965

[przypisy tłumacza]

* Sebastian „Sammy” Sampas – poeta, znany przede wszystkim jako przyjaciel i szwagier (został nim pośmiertnie) Jacka Kerouaca, z którym znał się od gimnazjum; pochodzący z greckiej rodziny, opisywany przez Keruaca jako towarzysz, powiernik pierwszych świtań poezji i prawdy oraz jako brat, zestawiany przez pisarza z postaciami Jezusa i Buddy; bohater kilku książek Kerouaca, w których występował jako Stavroula Savakis; Ginsberg najprawdopodobniej wspomina nagranie na płycie winylowej, które, przeżywający fascynację komunizmem, Sampas miał wysłać Kerouacowi; na nagraniu Sampas deklarował chęć wyruszenia za ocean wraz z Jackiem, przede wszystkim do Rosji; sposobem na przebycie tego dystansu okazało się zaciągnięcie do amerykańskiej marynarki po wybuchu II WŚ; jednak irytacja poglądami i zachowaniem Sammy’ego (który pałał do Jacka nie tylko przyjacielskimi uczuciami), zaważyła na decyzji, że Kerouac wyruszy w morze bez przyjaciela; niedługo po tym zdarzeniu rozczarowany Sampas zdecydował się jednak zapisać do wojska i zginął w 1944 roku pod Anizo we Włoszech podczas operacji desantowej o kryptonimie „Żwir”.

** Koncert warszawski – (org. Warsaw Concerto) popularny w USA utwór Richarda Addinsella, zawierający liczne motywy oparte na muzyce Chopina; skomponowany w 1941 do brytyjskiego filmu Niebezpieczne światło księżyca, często wyświetlanego w Anglii i USA podczas II WŚ; film opowiada historię polskiego pianisty i pilota, Stefana Radeckiego, który komponuje swój koncert, broniąc Warszawy przed bombardowaniami w 1939 r., później udaje mu się uciec do USA, gdzie odbywa swoje tournee, po którym wraca do Wielkiej Brytanii, by walczyć w bitwie o Anglię.

***Ozone Park – robotnicze osiedle w Queens (Nowy Jork) zamieszkiwane głównie przez wielokulturową mieszankę potomków imigrantów z Europy, których największa fala osiedliła się tam w pierwszej połowie XX w.

**** Red states – w amerykańskiej publicystyce terminem tym określane są stany, w których podczas wyborów zwyciężyła partia republikańska.

*****Benares (współ. Waranasi) – indyjskie miasto stanowiące ważny ośrodek kultu buddyzmu i hinduizmu. Znane m.in. z rytualnych kąpieli w świętej rzece Ganges i palenia zwłok zmarłych na schodach zbudowanych na brzegu, prowadzących z miasta aż do samej rzeki. Na obrzeżach miasta mieści się Park Jeleni, gdzie Budda wygłosił swoje pierwsze kazanie. Cel wielu wypraw Ginsberga.

1986

Mijały lata i Ginsberg stał się nieformalnym duchowym przywódcą ruchu kontrkulturowego spod znaku Lata Miłości 1967. Jego wiersze tłumaczono na dziesiątki języków i było o nim głośno nawet na wschód od Łaby – oczywiście wśród osób żywo zainteresowanych literaturą, ale tych wówczas nie brakowało. Mimo tego w Polsce przekłady jego wierszy z rzadka ukazywały się na szorstkich kartach czasopism literackich, choć w zamkniętym obiegu już od dawna krążyły jego oryginalne teksty anglojęzyczne, jak i polskie tłumaczenia.

Były lata ‘80, a w Peerelu nie tak dawno zakończył się stan wojenny. Literatura polska – a przede wszystkim „młoda literatura polska” – przeżywała coś, co można nazwać „okresem przejściowym”. Nowa Fala już nie była taka nowa, a „bruLion” był dopiero gdzieś w planach. I nie wiem, czy to te pół wieku rozkurwiania ducha Polaków przez komunę zrobiło swoje, czy po prostu wzmożona cenzura skutecznie zniechęcała młodych do tworzenia dobrej literatury, ale poeci debiutujący na przełomie lat ‘70 i ‘80 (a w szczególności ci debiutujący w pierwszej połowie lat ‘80) zazwyczaj „niczego nie urywali”… co ciekawe, wśród wielu początkujących poetów pojawiło się też wtedy to specyficzne poczucie elitarności.

ginsberg teatr stu 1986
Allen Ginsberg podpisujący książki w Teatrze Stu, Kraków / 04-05.09.1986

Polityka trochę przygniotła polską literaturę, lecz pojawiło się też sporo tendencji „przemyconych” z Zachodu. Często zżynano z amerykańskich twórców, lecz o tych wpływach nie wypadało krajowemu literatowi mówić. W dobrym tonie było inspirować się Frankiem O’Harą, Johnem Ashberym, czy ogólnie „szkołą nowojorską”, ale otwarcie głosić, że przejęło się cokolwiek od Ginsberga… nie bardzo.

Oczywiście, należało znać, należało pamiętać, mówić „yhy, yhy, tak, owszem, ależ naturalnie”, lecz mimo wszystko Ginsberg był przecież popieprzonym typem, Bitnikiem, hipisem, często kosmicznie awangardowym i równie często zupełnie niezrozumiałym, a w Polsce byliśmy przecież wtedy poważnymi twórcami, palącymi męskie papierosy, pijącymi czystą, ze swoim etosem etc. Ogólna sytuacja w kraju nie dawała ponadto jakichś specjalnych powodów, by nagle młodzi literaci tłumnie urzeczywistniali swój „ginsbergowski coming out”. I w takiej atmosferze Ginsberg do Polski przybył powtórnie w 1986 roku!

Jako że wśród interesujących się kulturą literacką Polaków Ginsberg był wówczas dobrze znany, a prócz tego mienił się przybyszem z „legendarnego Zachodu”, nikt się nie martwił o audytorium podczas zaplanowanych spotkań z poetą. Ponadto wizyta Amerykanina była związana z premierą pierwszego polskiego przekładu Skowytu i organizatorzy liczyli na wielkie show.

Ginsberg rozpoczął swoje tournée po Polsce w Krakowie. Tam też wystąpił wraz z gitarzystą Stevenem Taylorem (z którym już od dłuższego czasu tworzył sceniczny duet),  Jerzym Trelą i innymi polskimi artystami w teatrze STU. Później odbywały się zaś bardziej kameralne spotkania autorskie. Niemniej małe, jak i duże pomieszczenia, pękają w szwach.

Ginsberg śpiewał, recytował, opowiadał, rozmawiał i przebywał ze swoją publiką, aż do kompletnego wyczerpania. Jedno ze spotkań zostało sfilmowanie, a z zarejestrowanego materiału powstał film dokumentalny (do którego trudno dziś dotrzeć). Każdemu występowi Amerykanina towarzyszyły też „supporty” młodych polskich poetów, które – wedle relacji ich wykonawców, oczywiście – były zajebiste.

Jednak tych relacji nie odważę się przytoczyć, ponieważ w zdecydowanej większości są napisane w tak snobistycznym tonie, że… nie. Dodatkowo, mało kto kojarzy dziś tych młodych, polskich poetów, zatem nikt na tym nie straci.

Kolejnym punktem na trasie były Kielce, gdzie Ginsberg dał wzruszający koncert, który wprost zachwycił publiczność i został obszernie skomentowany w lokalnych mediach. Później przyszedł czas na „podbój” Warszawy. Stolica przyjęła poetę zdecydowanie bardziej gościnnie niż dwie dekady temu.

Ex-Bitnik dał trzy występy, podczas których trudno było znaleźć wolne miejsce. Wejściówki na spotkania dostawali zresztą tylko wybrańcy, gdyż całe to liryczne show wzbudzało naprawdę duże zainteresowanie (jak na poetycki wieczorek). Ginsberg działał niczym magnes na polskich fanów literatury, osoby związane z kontrkulturą oraz… rozwijające się wówczas polskie środowisko gejowskie.

Choć Ginsberg nie został tak bardzo dowartościowany przez teoretyków queer, gender i LGBT, jak Burroughs czy White, to jego postać już wtedy wzbudzała wielkie zainteresowanie wśród młodej homoseksualnej śmietanki Warszawy. Krótko mówiąc, geje walili na jego literackie występy niczym na nocne pikiety.

Po jednym z występów poeta poprosił swoją opiekunkę o zaprowadzenie go do jakiegoś gejowskiego disco. Na lokal znaleziono szybko namiary, choć okazało się że był on tajny. Po krążeniu przez kilka godzin warszawskimi ulicami Ginsberg musiał jednak obejść się smakiem, bo klubu ostatecznie odnaleźć się nie udało.

W końcu, po kolejnym występie, artysta został zaproszony na gejowską prywatkę. Także tu zebrała się dziesiątka chłopaków i wbiła na kwadrat! Flirty, romanse, petting, gorące pocałunki, głębokie stosunki oralne, upojne stosunki analne, najdziwniejsze pozycje gejowskiej Kamasutry, branie na dwa baty, na trzy baty, libertyńskie orgie, lateksowe przebieranki, gra w kulki i kąpiele w wazelinie… niestety, żadna z tych rzeczy nie miała miejsca.

Na imprezie toczyła się za to smutna rozmowa o życiu gejów w komunistycznym państwie, przerywana od czasu do czasu ubolewaniem Ginsberga, że już mu nie staje; zresztą podobną refleksją poeta uraczył publiczność podczas występu kolejnego dnia, choć przed widownią uczynił to zdecydowanie bardziej „z klasą”, bo zaśpiewał o tym piosenkę. Nie wszyscy byli zachwyceni…

Podczas tej wizyty Allen miał do załatwienia dwie ważne sprawy, z których jedną „załatwił” przypadkiem. Amerykanin stawił czoło polskiemu aparatowi władzy i terroru! Tłumacz Ginsberga, Tomasz Mirkowicz, miał na sumieniu ukrywanie poszukiwanego opozycjonisty (Zbigniewa Bujaka) w swym mieszkaniu. Służba Bezpieczeństwa – jako znawca wszystkich sumień – dowiedziała się o haniebnym czynie tłumacza i tłumacz poszedł siedzieć.

Ale po przyjeździe Ginsberga koledzy Mirkowicza wymyślili genialny plan, by poeta osobiście wybrał się do MSW i poprosił o wypuszczenie aresztowanego literata. Rzecz jasna ten zgodził się bez wahania i stanął twarzą w twarz z samym gen. Czesławem Kiszczakiem! Generał nie miał jednak pojęcia, kim jest Ginsberg, ale gdy poeta podał się za ważną personę w amerykańskich strukturach kulturalnych, generał jakimś cudem zmiękł i kazał uwolnić Mirkowicza!

Ważniejszą sprawę do załatwienia Ginsberg zostawił jednak na później. Podczas wieczornego spaceru warszawskimi uliczkami poeta wraz z nowymi znajomymi „buszował” po prawie pustych sklepach w poszukiwaniu specjału, którego w Polsce William S. Burroughs (jego wielki przyjaciel) kazał mu koniecznie skosztować.

Ostatecznie, ku wielkiej uciesze oraz zdziwieniu Allena, specyfik ten zapełniał regały w niemal każdym sklepie. Amerykanin wielokrotnie dopytywał Polaków, czy to na sto procent to, a oni mówili, że tak. Więc kupił tyle, ile mógł, po czym… poczuł się zawiedziony, bo szukał kompotu, kompot odnalazł , kompot wypił i nic. Dopiero później się okazało, że Burroughsowi chodziło o kompot z maku, a tego niestety w żadnych delikatesach nie sprzedawali…

Reasumując, wizyta w 1986 okazała się sukcesem. Poeta nie tylko zaspokoił własną ciekawość i wrodzoną potrzebę poznawania fascynujących, dalekich krajów, ale zyskał też wielu nowych fanów, którzy bardzo szybko wykupili cały nakład jego świeżo przełożonego tomiku. Warto również wspomnieć, że jego sławny wiersz Europe, who knows? został przez niego napisany tuż przed wylotem na warszawskim Okęciu pod wpływem polskiej aury:

(…)

Obudziłem się w Polsce, liście klonu przybierały kolor jesieni
Nie  jak chmury na niebie, niepojętnie zimne na ziemi
Dzieci bez żadnego odzienia radośnie biegały po dworze
W Europie całej ludzie mawiają, „Któż wiedzieć może?”

(…)

 1993

Po ’86 w Polsce zdarzyło się bardzo wiele. Fala strajków, Okrągły Stół, upadek PRL i powstanie III RP. Kapitalizm wkroczył jakby znienacka i nastały niespokojne, aczkolwiek szczęśliwe czasy. Polacy zachłysnęli się powszechnie Zachodem i „amerykańskim stylem życia”.

Na sklepowych półkach łatwiej było znaleźć coca-colę niż oranżadę, w kinach każdy wpierdalał popcorn, a 17 czerwca 1992 roku w Warszawie otwarto pierwszego McDonalda. Przez najbliższe kilkanaście lat mieliśmy bezkrytycznie przesiąknąć amerykańskim gównem i to z dumnym uśmiechem na ryju. W takiej właśnie atmosferze Allen Ginsberg ostatni raz przybył do Polski.

Wizyta w 1993 była zupełnie inna niż poprzednie. I nie chodzi tu nawet zmianę polityczną, ale o samą postać Ginsberga oraz jego odbiór wśród Polaków. Poeta nie był już tylko kontrkulturowym buntownikiem, literackim prorokiem czy szalonym artystą. Allen był teraz przede wszystkim przedstawicielem legendarnych Stanów, które od niedawna były bliżej niż kiedykolwiek.

Przeciętny obywatel, idąc na spotkanie z Ginsbergiem, szedł jak do zoo, którego klatki osobiście też chciałby zasilić. Przed wejściem szedł na burgera, którego popijał colą, palił lakistrajka i żując gumę bełkotał po angielsku, wplatając gdzie się tylko da mityczne, hiperbolizowane, retrofleksyjne r (bardzo popularne w Polsce na początku lat ‘90).

allen bydgoszcz 1993
Allen Ginsberg podczas spotkania w Kawiarni Artystycznej Węgliszek w Bydgoszczy / październik 1993 (z prywatnego archiwum Ryszarda Częstochowskiego)

Oczywiście, Ginsberg natychmiast to zauważył i podczas każdego z kilkunastu spotkań powtarzał, by Polacy nie dali się z jednej niewoli wpędzić w drugą, by rozwijali swoją duchowość, by nie ulegali molochowi cywilizacji, komercji i konsumpcji. Ile z tego faktycznie trafiło do publiki? Bardzo możliwe, że nic, ale wybuchł za to skandal, który napędził wartość rynkową Allena, co rzecz jasna niezwykle go ucieszyło.

Specjalnie z okazji jego wizyty Biblioteka NaGłosu wypuściła przez wydawnictwo Maszachaba nowy tomik wierszy Ginsberga pt. Znajomi z tego świata. Duża część nakładu rozeszła się po księgarniach, jednak po przyjeździe poety pojawiło się o nim kilka artykułów w prasie, gdzie został opisany jako skandalista, geniusz, ćpun, tudzież pedał.

Wszystko zdawało się być do przyjęcia, ale nie dla wydawnictwa Maszachaba (które obecnie nazwę Wydawnictwo M) i od zawsze było wydawnictwem katolickim. Jeśli chodzi o profil światopoglądowy redakcji, to cóż… Tygodnik Powszechny to nie był, więc pedał w gronie ich własnych autorów zdecydowanie im nie pasował. Nawet nie wspomnę o profesjonalizmie osób, którzy wypuścili książkę, nie mając pojęcia o jej autorze… lecz znacznie ważniejsze było to, że podjęto decyzję, by wycofać książkę z obiegu!

Właściciele byli jednak na tyle głupi, że zdecydowali o tym jeszcze, gdy Ginsberg był w Polsce, a twórcom Biblioteki NaGłosu (którzy wówczas organizowali spotkania z poetą) kazali milczeć. Rzecz jasna, żaden z nich nie miał zamiaru milczeć, sprawa szybko trafiła do mediów i zrobiła się wielka afera. Głos w tej sprawie zabierali artyści, redaktorzy, telewizyjne osobistości, a nawet sam Czesław Miłosz, który o poecie nierzadko wypowiadał się z ironią, lecz tutaj był po jego stronie.

Cała afera poskutkowała zwiększoną promocją – książka rozeszła się niczym świeże bułeczki, a sam Ginsberg chwalił się w zachodnich mediach, jaki to z niego „kozak”, bo w Polsce jego nazwisko widnieje w „indeksie ksiąg zakazanych”. Jednak entuzjazm związany z byciem „na czarnej liście” nie był dominującym uczuciem podczas ostatniej pielgrzymki do nadwiślańskiego kraju…

Andrzej Pietrasz (najrzetelniejszy spośród badających wpływ poezji Ginsberga na polską scenę literacką – gorąco polecam jego teksty) opisuje Ginsberga w latach ‘90 jako starzejącego się geniusza, który na scenie emanuje energią, lecz po zgaśnięciu świateł zmienia się w schorowanego starca.

Przed jednym z występów Allen wyrwał sobie jakiegoś młodzieniaszka i miał z nim gdzieś pójść tuż po zakończeniu show. Gdy opadła kurtyna Ginsberg zaczął krzątać się po sali, szukając swojego chłopca. Okazało się, że ten mu zwiał. Tego wieczoru amerykański buntownik pogrążył się w smutku i prawie nic nie mówił, bo wiedział, że jest już stary.

allen_ginsberg_poetry_reading
Allen Ginsberg czyta poezję na amerykańskim campusie / 1964

Takiego właśnie zapamiętali go polscy poeci, towarzyszący mu podczas wizyty, choć nie wszyscy, bo dla niektórych pozostał kimś w rodzaju niezwykłego twórcy, który nigdy nie wyrósł ze stanu młodzieńczej niedojrzałości – taki właśnie był dla Czesława Miłosza. Spotkanie z Ginsbergiem w 1993 roku nie było ich pierwszą „schadzką”. Wcześniej poeci widzieli się wielokrotnie w USA. Także po listach autora Ocalenia widać, że „coś było na rzeczy”. Nie chodzi tu jednak o związek erotyczny, ale o pewną skrywaną słabość Miłosza do Ginsberga.

Miłosz otwarcie nigdy nie zachwalał Ginsberga, jednak często bronił jego poezji, która przypominała mu twórczość Whitmana, czyli jednego z jego literackich autorytetów. Widać to choćby w jego korespondencji ze Zbigniewem Herbertem, gdzie autor Ocalenia wielokrotnie odpiera ataki na Ginsberga – Herbert był stuprocentowym klasykiem, trochę zadufanym w sobie i kultywującym etos intelektualisty.

Co prawda, Miłosz również przejawiał podobne cechy, ale posiadał pewien pierwiastek buntu – zamiłowania do wolności – który musiał często ukrywać. Kontakt z Ginsbergiem, a przede wszystkim z jego poezją, sprawiał, że polski literat na chwile wydobywał z siebie te „pokłady kontestacji”. I chyba o takim odbiorze własnej poezji marzył Allen… o literaturze, która daje wolność każdemu czytelnikowi – która pozwala „stanąć twarzą w twarz przed swym własnym wnętrzem” – niezależnie od tego, czy jest się Amerykaninem, Polakiem, ćpunem, gejem, artystą, robotnikiem, czy laureatem nagrody Nobla, jak np. w tym wypadku…

Czesław Miłosz

Do Allena Ginsberga

Allen, dobry człowieku, wielki poeto morderczego stulecia
ty, który upierając się w szaleństwie doszedłeś do mądrości.

Tobie wyznaję, moje życie nie było takie, jak bym chciał.

I teraz minęło, leży jak niepotrzebna opona na skraju
drogi.

Było takie jak życie milionów, przeciwko któremu buntowałeś
się w imię poezji i wszechobecnego Boga.

Poddane obyczajom, z wiedzą, że są absurdalne, i konieczności,
która zrywa co ranka i każe jechać do pracy.

Z niespełnionymi pragnieniami, nawet z niespełnioną chęcią
krzyku i bicia głową o ścianę, z powtarzanym sobie zakazem
„Nie wolno”

Nie wolno pobłażać sobie, pozwalać na nic-nierobienie
rozmyślać o swoim bólu, nie wolno szukać pomocy w szpitalu
i u psychiatry.

Nie wolno dlatego, że obowiązek, ale także dlatego, że strach
przed siłami, którym tylko popuścić, a pokaże się nasze
błazeństwo.

I żyłem w Ameryce Molocha, krótkowłosy i ogolony, wiążąc
krawaty, pijąc bourbon przed telewizją co wieczór.

Diabelskie karły pożądań koziołkowały we mnie, byłem ich
świadomy i wzruszałem ramionami : Razem z życiem to minie.

Trwoga skradała się tuz tuż, musiałem udawać, że nigdy jej
nie ma i że z innymi łączy błogosławiona normalność.

Taka też może być szkoła wizji, bez narkotyków i odciętego
ucha Van Gogha i braterstwa najlepszych umysłów za kratkami
szpitali.

Byłem instrumentem, słuchałem, wyławiając głosy
z bełkotliwego chóru, tłumacząc na zdania jasne, z przecinkami
i kropką.

Zazdroszczę tobie odwagi absolutnego wyzwania, słów
gorejących, zaciekłej klątwy proroka.

Wstydliwe uśmiechy ironistów zachowano w muzeach i nie są
wielką sztuką, ale pamiątką niewiary.

Podczas kiedy twój wrzask bluźnierczy dalej rozlega się
w neonowej pustyni, po której błądzi ludzkie plemię skazane
na nierzeczywistość.

Walt Whitman słucha i mówi : Tak, tak właśnie trzeba, żeby
ciała mężczyzn i kobiet zaprowadzić tam, gdzie wszystko jest
spełnieniem i gdzie żyć odtąd będą w każdej przemienionej chwili.

I twoje dziennikarskie banały, twoja broda i paciorki i strój
buntownika tamtej epoki zostają wybaczone.

Albowiem nie szukamy tego co doskonałe, szukamy tego,
co zostaje z nieustannego dążenia.

Pamiętając, ile znaczy traf szczęśliwy, zbieg słów i okoliczności,
ranek z obłokami, który później wyda się nieuchronny.

Nie żądam od ciebie monumentalnego dzieła, które byłoby
jak średniowieczna katedra nad francuską równiną.

Sam miałem taka nadzieję i trudziłem się, już jednak na wpół
Wiedząc, że niezwykłe zmienia się w powszednie.

I w planetarnej mieszaninie wyznań i języków jesteśmy nie
bardziej pamiętani niż wynalazcy kołowrotka albo tranzystora.

Przyjmij ten hołd ode mnie, który byłem taki inny, ale tej samej
służbie nienazwanej.

W braku lepszych określeń podając ją jedynie za czynność
pisania wierszy.

Dezydery Barłowski

 

Tłumaczenie z języka angielskiego, Dezydery Barłowski (teksty źródłowe: Europe, Who Knows?, The Moments Return, Café in Warsaw ze zbioru: Allen Ginsberg, Collected Poems, 1947-1997, New York 2007)

 

Główne źródła:

– A. Dorobek, Beat czterdzieści lat później: Kerouac, Burroughs, Ginsberg i Kesey w Polsce, „Literatura na świecie” 1994, nr 12.

– S. Finbow, Allen Ginsberg, London 2012.

– A. Franaszek, Miłosz. Biografia, Kraków 2011.

– A. Jarniewicz, Wielki poeta morderczego stulecia – Allen Ginsberg, „Ex Libris” 1994, nr 42.

– A. Jarniewicz, Niepotrzebna opona na skraju drogi, czyli Miłosz rozlicza się z Ginsbergiem, „Przekładaniec” 2011, vol. 25.

– J. Johnson, Własnym głosem. Samotne zwycięstwo Jacka Kerouaca, tłum. F. Łobodziński, Warszawa 2015.

– J. Kerouac, A. Ginsberg, Listy, oprac. B. Morgan, D. Stanford, tłum. K. Majer, Wołowiec 2012.

– B. Miles, Allen Ginsberg. A Biography, London 2010.

– A. Pietrasz, Allen Ginsberg w Polsce, Warszawa 2014.

– T. Sobolewski, Człowiek Miron, Kraków 2012.

„Czasy sie zmieniają” – o medycznym zastosowaniu marihuany, czarnym rynku i pilnej potrzebie depenalizacji w Polsce z Jakubem Marcinem Gajewskim rozmawia Conradino Beb

Jakub Gajewski (znany też jako Siou) to inżynier, architekt krajobrazu, ogrodnik i miłośnik roślin. Praktykował w Instytucie Włókien Naturalnych pod okiem prof. Lidii Grabowskiej. Współzałożyciel i wiceprezes Wolnych Konopi, często reprezentuje ruch w mediach i debatach o polityce narkotykowej. Użył konopi w leczeniu obojga rodziców z zaskakująco dobrym skutkiem. Pomaga wielu chorym, doradza. Jakub stał się znany w całej Polsce, gdy w kwietniu 2015 r. został zatrzymany za import oleju z konopi. Za to grozi mu obecnie nawet 15 lat więzienia, ale ujmują się za nim różne środowiska, a w mediach pojawiły się nawet komentarze w jego obronie.

Poniższą rozmowę ciągnąłem z Jakubem chyba przez dwa miesiące, bo cały czas nie miał czasu, spędzając długie godziny w sądach, w urzędach, na spotkaniach i na wyjazdach (śmiech), ale w końcu udało się ją dociągnąć do końca, żeby każdy mógł się dowiedzieć dlaczego sprawy wyglądają tak, a nie inaczej. Nie będę tu tłumaczyć skąd pochodzą i czym są konopie, co to jest medyczna marihuana, THC, czy uprawa organiczna, bo w MGV można znaleźć objaśnienie każdego z tych tematów, kilkając w podane linki. Jakub tłumaczy wam za to rzeczy, o których wcześniej być może nie mieliście pojęcia!

Conradino Beb: Jak się zaczęła ta cała sprawa z konopiami? Kiedy zapaliłeś zioło po raz pierwszy i jak zareagowałeś na kontakt z THC?

Jakub Gajewski: Kiedyś, mając 16 lat i wracając z treningu koszykarskiego, spotkałem kolegę, który siedział na schodach przed klatką i palił jointa. Po krótkiej rozmowie, bez dłuższej chwili zastanowienia, wziąłem macha i zrobiło mi się weselej. Potem wziąłem kolejnych kilka i było jeszcze weselej, ale zaczęło się też robić dziwnie. Niestety, kilkanaście minut później leżałem już w bezruchu pod klatką z cieknącą śliną z buzi, drgawkami i niemożnością ruszenia nawet palcem u ręki.

Okazało się, że przesadziłem z ilością i wskutek tego najzwyczajniej w świecie skamieniałem. Czułem się tragicznie. Po wszystkim powiedziałem sobie, że nigdy w życiu nie wezmę tego ponownie do ust…. ale później nauczyłem się zasady „nigdy nie mów nigdy”. Wszystkie kolejne próby konsumpcji zioła cały czas kończyły się tzw. „betonami”… ale początkowe stany euforii bardzo mnie ciekawiły (śmiech).

Jak się później okazało, waga mojego ciała i słaba tolerancja genetyczna na używki grały tutaj pierwsze skrzypce. Dodam, że po używaniu alkoholu czułem się jeszcze gorzej. Minęło sporo czasu, zanim nauczyłem się stosować marihuanę zgodnie z zasadami mojego organizmu.

CB: Kiedy z palacza stałeś się aktywistą? Kiedy włączyłeś się do działalności Wolnych Konopi?

JG: Aktywistą zostałem niedługo po pierwszym spotkaniu z marihuaną. Zaciekawiłem się tą rośliną. Internet wtedy raczkował, a komputer to był taki rarytas, jak dzisiaj własnościowe mieszkanie (śmiech). Korzystałem wtedy z komputera u kolegi,  u którego chłonąłem wszelkie informacje dotyczące marihuany. W tamtych czasach informacji w Internecie o konopiach było niewiele, a w języku polskim nie było prawie nic. Wychwytywałem wszystko, co tylko się pojawiło.

Niestety, były to również czasy całkowitego zaostrzenia polityki narkotykowej w Polsce, czyli wprowadzenia represji na użytkownikach, w imię nośnego, aczkolwiek nieprzemyślanego w tamtych czasach hasła „Zero Tolerancji”.  Moi koledzy, którzy legalnie palili, już nie mogli palić. Ciężko było im to zrozumieć. Niedługo po wprowadzeniu nowego prawa i zorganizowaniu się policji pod tym kątem zaczęły się łapanki. Wielu ludzi zostało niesprawiedliwie osądzonych. Wielu trafiło za kratki. Wielu złamano życie.

Wtedy też trafiłem na forum internetowe, gdzie jak się okazało zbierali się ludzie, których zdążyła już dotknąć ręka niesprawiedliwości, a część z nich została nawet brutalnie pobita. Ja nie godzę się na taką niesprawiedliwość, tym bardziej, że myśląc wtedy młodzieńczo, ale i logicznie obserwując wszechobecny alkoholizm, porównywałem racjonalnie działanie obydwóch używek.

Denerwowałem się, że nie można marihuany legalnie wykorzystywać, mimo iż jest dużo mniej szkodliwa, a jedyna używka powszechnie dostępna i akceptowana społecznie to alkohol, który tworzy patologię i agresję. Wtedy wstąpiłem też do Kanaby, pierwszego ruchu konopnego w Polsce. Dzięki Internetowi zaczęliśmy się łatwo komunikować i każdy z nas mógł rozpocząć działalność pro-konopną. Zorganizowaliśmy kilka partyzanckich akcji i rozpadliśmy się. W 2006 założyliśmy w końcu Wolne Konopie i powoli zaczęliśmy drążyć kroplę w skale.

Manifestacja pro-konopna Kanaby / Gdynia, 2003

CB: Faktycznie, ruch legalizacyjny w Polsce dużo się zmienił od czasów Kanaby. Sam pamiętam pierwszą manifestację pro-legalizacyjną w Gdyni, organizowaną właśnie przez Kanabę, w której wzięło udział może ze 150 osób, a na każdy Marsz Wyzwolenia Konopi przychodzą dzisiaj tysiące. Jak to oceniasz?

JG: Tak, przeszedł dużą ewolucję wraz z dojrzewaniem jego założycieli. Z czasem zmieniły się priorytety, z młodzieńczego myślenia przeszliśmy na dojrzałe. Z walki w edukację. Zauważyliśmy, że problem jest dużo bardziej złożony, niż nam się wydawało. 15-20 lat temu bardzo trudno było się przebić. Przez społeczeństwo postrzegani byliśmy jako młodzi narkomani, przez funkcjonariuszy jako grupa przestępcza, przez dilerów jako zagrożenie dla ich interesów… i tak też po części było.

Kilku z nas zniszczyło sobie faktycznie życie przez niekontrolowane użycie środków psychoaktywnych – bynajmniej nie marihuany – osoby z Wolnych Konopi co rusz wchodziły w problemy z prawem, a „chłopaki z miasta” potrafili wywozić aktywistów do lasu. Ludzie się nas bali i wciąż się boją. Jednak wiedząc, że w przyszłości społeczeństwo zmieni swoje postrzeganie konopi – bo to nieuniknione – robiliśmy swoje i waliliśmy głową w mur. Organizowaliśmy się we własnym środowisku, budowaliśmy podwaliny.

Co jakiś czas wyskakiwaliśmy z jakąś akcją zaczepną wobec władzy. Uczyliśmy się odnajdywać na wrogim terenie i chłonęliśmy wiedzę, aby być lepiej uzbrojonym. Dzisiejsze czasy to już inna bajka, bo wytłumaczyliśmy dużej części społeczeństwa absurd w jakim żyjemy, pokazaliśmy naszą nieugiętość i rację, dziękie czemu mamy teraz duże wsparcie i dużo mniejszy nacisk organów ścigania wobec naszych aktywistów. Kiedyś przez kilka lat nie mogliśmy założyć stowarzyszenia, w którego nazwie znajdowały się słowa „wolne konopie”. Sądy i urzędy robiły wszystko, abyśmy nie mogli go pod żadnym warunkiem założyć.

jakub_marcin_gajewski_promo3
Jakub Gajewski na manfestacji poparcia dla chorych leczących się medyczną marihuaną / zdj. P. Tabencki

CB: Ale jak jest łatwiej skoro tobie samemu oraz rodzicom Andrzeja Dołeckiego wytoczono w tym roku sprawę?

JG: Czasy się zmieniają, bo działalność społeczna jest faktycznie dużo łatwiejsza niż kiedyś, co wciąż nie znaczy że łatwa. Zazdrościmy naszym kolegom po fachu z Zachodu spokoju, w jakim mogą pracować, ale jeszcze 10 lat temu nie mogliśmy nawet założyć stowarzyszenia. Wcześniej bardzo trudno było cokolwiek zrobić, powiedzieć lub uzyskać, bo konsument zioła był postrzegany jak wróg, ćpun i zły człowiek nie tylko przez instytucje, polityków i urzędników, ale i zwykłych ludzi!

A jeśli nie masz wsparcia społecznego, to dużo trudniej ci działać oddolnie. Ale jeżeli prawda jest po twojej stronie, to trzeba być twardym i pracować nieprzerwanie, mimo kłód rzucanych pod nogi. Dzisiaj, poziom narkofobii w Polsce wciąż jest na wysokim poziomie, ale udało się nam pokazać, że użytkownicy marihuany to też ludzie… i wcale niemała grupa. Teraz czekamy na instytucje, polityków i urzędników aż przestaną traktować nas jak wrogów i zwrócą uwagę na fakty!

Marzy mi się, abyśmy wspólnie wykonali dobrą robotę, aby pacjenci mieli dostęp do taniego lekarstwa, żeby dorośli mogli decydować o własnym życiu, a dzieci nie używały konopi w innych celach niż medyczne. Nie jesteśmy wrogami społeczeństwa, jesteśmy przydatnymi ludźmi, którzy niosą bardzo często bezinteresowną pomoc innym. Negatywne opinie na nasz temat to wynik propagandowych zagrywek prohibicjonistówi i innych ignoranckich środowisk. Nasza organizacja zawsze będzie miała taką opinię, jaką ma marihuana.

organic_weed_california
Organiczna uprawa konopi w Kalifornii

CB: Tak, kończy sie zawsze na kontrowersjach, bo ludzie kochają łączyć się w grupy i nawzajem skakać sobie do oczu, nie zwracając uwagi na zalety wielu rzeczy, które uważają za z gruntu zwyrodniałe… a politycy kochają tymi grupami manipulować… co prowadzi mnie do pytania, w jaki sposób spowodować zmianę w Polsce? Ruchowi pro-konopnemu za oceanem udało się na przykład doprowadzić do stopniowego zwrotu polityki antynarkotykowej dlatego, że w latach ’80 NORML (najstarsza istniejąca organizacja pro-legalizacyjna w USA) przestawiła się na akcentowanie marihuany jako leku.

Amerykańscy politycy musieli się nagle zacząć mierzyć nie z wyimaginowanym problemem uzależnienia, a realnym problemem bólu i cierpienia… i w przypadku zaprezentowania obojętnej lub negatywnej postawy wobec chorych, tracili zaufanie społeczne, bo byli okrutni i pozbawieni współczucia… a jakie demokratyczne społeczeństwo chce takich polityków? Jednak z drugiej strony za oceanem ruch legalizacyjny wystartował pod koniec lat ’60, a w Polsce nie ma takich tradycji…

JG: Tak, naszym priorytetem jest marihuana medyczna, ale nie ze względu na to, że chcemy zalegalizować marihuanę rekreacyjną. Główna różnicą między tymi zagadnieniami jest taka, że w przypadku MM chodzi o śmierć i życie, a w przypadku MR o chowanie się przed panami w mundurach. Bzdurą jest, że to tylna furtka do legalizacji MR, mimo iż poniekąd można tak przypuszczać.

Jak ludzie poznają marihuanę na nowo, to ona sama się obroni. Już nie będzie można ponownie oszukiwać społeczeństwa, że konopia to diabelska roślina. Ludzie sami ją zalegalizują, tylko najpierw poznają jej walory zdrowotne i gospodarcze. Przyjemność przyjdzie na końcu, ale będzie wisienką na torcie przemian mentalnych społeczeństwa.

CB: Co sądzisz o polskim rynku palenia?

JG: Kiedyś zioło było mniej dostępne ale za to jakość była lepsza. Nie było w ogóle domieszek. Było po prostu rozróżnienie na Holendra i Polaka. Różnicę było widać gołym okiem. Odkąd polscy plantatorzy postanowili wziąć sprawy w swoje ręce jest dużo mniej importowanego towaru, a więcej rodzimego.

Z powodu większej ilości krajowej produkcji jakość się pogorszyła. Jest źle aż tak, że część konsumentów postanowiła zacząć uprawiać na własny użytek i zbierać się w małe, zamknięte grupki, w których to rozprowadzają zebrane plony. W ten sposób uzyskano efekt zamkniętego koła. Po prostu zioło nie trafia na ulicę, a ekipa konsumentów jest bezpieczna, bo nie spotyka się z dilerami i konsumuje swoje własne wyroby.

CB: Czarny rynek zawsze psuje jakość towaru?

JG: Powiem ci tak, obecnie w bramach u dilerów najniższego szczebla kupisz chrzczone zioło o niepełnej wadze, ale jak masz lepsze dojścia, bezpośrednio do plantatora, to możesz nabyć marihuanę z najwyższej półki za około 12-16 PLN za gram. W Polsce jest coraz więcej dobrych plantatorów, ale trzeba poczekać kilka lat, aby ich liczba jeszcze się powiększyła a umiejętności wzrosły. Wtedy na pewno będzie więcej dobrej jakości marihuany.

Szkoda, że to wszystko odbywa się na czarnym rynku. Policja już dawno przekonała się, że plantatorzy, czy użytkownicy konopi, to z reguły dobrzy i wrażliwi ludzie, nie wyrządzający społeczeństwu ŻADNYCH szkód. I nie ma tu nawet porównania do sklepów monopolowych na rogu, których szkodliwość jest bardzo wysoka.

afghan_kush_indoor_veg
Afghan Kush w uprawie indoor

CB: Jest to mocny argument na rzecz depenalizacji uprawy konopi, nie sądzisz? Bo jeśli rośliny uprawiają ludzie, którzy się na tym znają, którzy mają do tego pasję, ich produkt jest znacznie bezpieczniejszy od masowych upraw hydroponicznych czy glebowo-chemicznych, w których masowo stosuje się szkodliwe dla zdrowia ludzkiego nawozy syntetyczne oraz pestycydy, nie mówiąc nawet o traktowaniu gotowych plonów Brixem, czy jakimkolwiek innym gównem. Ze swojej strony widzę wzrost zainteresowania uprawą organiczną konopi w Polsce, ale więcej obywateli powinno mieć prawo do marihuany z najwyższej półki, z pacjentami MM na czele, nie sądzisz?

JG: Oczywiście. Powinniśmy organizować seminaria dotyczące wiedzy o uprawie marihuany. Wydawać książki „jak uprawiać”, rozwijać dziedzinę rynku konopnego i mówić, że zawsze najlepiej jest zrobić sobie swoje własne lekarstwo! Jak pokazują przykłady innych krajów jeszcze trochę potrwa zanim w aptekach będzie produkt najwyższej jakości, odpowiednio tani i dostępny dla wszystkich, którzy go potrzebują. Uprawa ekologiczna to najczystszy produkt, najbliższy naturze, a według mnie taka marihuana jest najlepsza, jeśli chodzi o walory medyczne i nie tylko.

CB: Ilu na razie mamy w Polsce oficjalnych pacjentów medycznej marihuany? Na co sie leczą? Z jaką skutecznością?

JG: Oficjalnych pacjentów medycznej marihuany mamy na dzień dzisiejszy około 10. Leczą się na nowotwory, chorobę Leśniewskiego-Crohna, stwardnienie rozsiane czy epilepsję. Jak wiemy, Adam Wierzba oraz Jakub Bartol wyleczyli się z nowotworów dzięki olejowi z konopi. Jakub był chemio i lekooporny. Adam miał ledwie 2 cykle chemioterapii, z której zrezygnował i leczył się potem tylko olejem RSO, stosując przy okazji odpowiednią dietę.

jakub_marcin_gajewski_promo2
Jakub Marcin Gajewski na manifestacji Wolnych Konopi / zdj. PR Jakub Gajewski

Maks od czasu zastosowania MM przez 9 miesięcy miał mniej napadów niż przed stosowaniem jednego dnia. Zrezygnował prawie ze wszystkich tabletek, które niszczyły mu organy. Teraz zaczyna się rozwijać, wypowiada pierwsze sylaby, siada, komunikuje się. Karol funkcjonuje normalnie, nie wyleczy tej choroby, ale zrezygnował ze wszystkich tabletek, żyje normalnie i nie ma objawów Leśniewskiego-Crohna.

Marihuana całkowicie niweluje objawy w jego przypadku. Choroba nie daje znaku życia. Jakub Szpak, inhalując marihuanę powstrzymuje spastykę. Jest uznanym sportowcem z sukcesami międzynarodowymi. Uprawia parakajakarstwo i szykuje się na olimpiadę w Rio De Janeiro. Nie wiem, czy bez marihuany byłby w stanie uprawiać sport. Sam mówi, że byłoby mu dużo ciężej z powodu ograniczeń, jakie spowodował wypadek na motocyklu. Z czasem pacjentów będzie więcej i więcej, wyleczeń również!

jakub_marcin_gajewski_promo1
Jakub Marcin Gajewski w otoczeniu natury / zdj. PR Jakub Gajewski

CB: Czy wizerunkowi jakiegokolwiek polityka czy jakiejkolwiek partii politycznej dobrze służy traktowanie pacjentów, dla których MM jest JEDYNA OPCJĄ, jak przestępców?

JG: Na szczęście mentalność społeczeństwa zmienia się z roku na rok. Jeszcze rok, dwa lata temu, politykom nie opłacało się mieć tego postulatu w swoim programie. Ale w dzisiejszych czasach każdy kandydat na prezydenta, oprócz Andrzeja Dudy, ma na sztandarze legalizację marihuany, lub jej depenalizację przynajmniej do celów medycznych.

Nawet Zbigniew Ziobro, który jeszcze dwa lata temu proponował 25 lat odsiadki dla każdego, kto używa marihuany, poszedł po olej do głowy i powiedział, że medyczne zastosowanie ma sens. Jeszcze rok, dwa lata temu, konserwatywni politycy występowali w mediach, mówiąc totalne dyrdymały na ten temat, a teraz wolą milczeć i nie wypowiadać się w ogóle, bo kalkulują i wiedzą, że straszenie marihuaną się już nie opłaca.

Oczywiście, użytkownicy rekreacyjni jeszcze długo będą przestępcami, a polski rząd doprowadził do tego, że jako jedyne państwo na świecie zmieniliśmy obowiązującą od wielu dekad definicję marihuany.

CB: Ta nowa definicja to beka (śmiech), ale zmieńmy temat na bardziej aktualny i wytłumaczmy przy okazji, czym jest olej RSO i na jakie choroby jest skuteczny?

JG: Olej RSO to nic innego jak żywica konopi indyjskiej w postaci oleistego ekstraktu. Jest to skuteczny lek na wiele schorzeń, szczególnie autoimmunologicznych, czyli takich, na które medycyna akademicka nie ma zbyt wielu rozwiązań. Nie jest to panaceum na wszystkie choroby. ale potrafi otrzeć się o „cudotwórstwo”! Olej RSO jest przy tym bezpieczny, mało toksyczny i jeżeli używa się go odpowiednio to można całkowicie pozbawić organizm psychoaktywnych efektów ubocznych.

CB: Potrafiłbyś go sam zrobić, mając potrzebny susz i resztę składników?

JG: Tak, to nie jest trudny proces. Potrzebne są: kuchenka indukcyjna, wentylator stołowy, garnek lub dwa, filtry do kawy, miski plastikowe, materiał ekstrakcyjny (alkohol isopropylowy, nafta, benzyna, eter itp.), odpowiednia ilość zioła i już możemy rozpocząć uzyskiwanie leku poprzez zalewanie ziół ekstraktem, odfiltrowanie zanieczyszczeń oraz odparowanie ekstraktu, później proces dekarboksylacji i gotowe.

rso_oil
Olej RSO

Zabiera to kilka godzin w zależności od np. rodzaju ekstraktu, temperatury otoczenia, ilości półproduktów. Należy spełnić wszelkie zasady BHP, bo sam proces może być niebezpieczny. Należy przede wszystkim uważać, aby nie doprowadzić do wybuchu podczas parowania alkoholu.

Na stronie Wolnych Konopi dokładnie wyjaśniamy jak wykonać olej z konopi metodą Ricka Simpsona (Rick Simpson Oil = RSO), ale generalnie odradzam robienie go samemu w domu! Najlepszym wyjściem byłoby uzyskanie marihuany samoistnie i pójście do apteki, aby tam wytworzono odpowiedni lek. Jednak dopóty tak nie będzie, należy raczej korzystać z umiejętności ludzi, którzy mają doświadczenie w robieniu tego produktu.

CB: Dopóki… ech. I tu właśnie dotykamy prawdziwego problemu, bo spędzam wiele czasu tłumacząc ludziom w Internecie, że marihuana powinna być zdepenalizowana, gdyż jej szkodliwość zdrowotna czy społeczna jest żadna… ale niektórzy po prostu nie chcą dostrzegać faktów, woląc wierzyć w mity. Dlaczego ludzie wierzą w bzdury i dlaczego tak ciężko wykorzenić głupotę?

JG: To jest efekt wieloletniej propagandy prohibicjonistów, powierzchowność myślenia, brak analiz i łatwowierność obywatela w to, co się mu wmawia. Mity można wykorzenić tylko i wyłącznie edukując i być w tym edukowaniu niezłomnym!

CB: Jakie wymierne korzyści przyniosła depenalizacja konsumpcji i sprzedaży marihuany naszym sąsiadom, Czechom?

JG: W Czechach jest jeszcze dużo do zrobienia, ale depenalizacja przede wszystkim dała spokój ducha użytkownikom rekreacyjnym i pacjentom. Depenalizacja poprawiła również wykrywalność cięższych przestępstw, a zarazem przyczyniła się do obniżenia ogólnej skali przestępczości.  Wreszcie użytkownicy konopi mogą spać spokojnie, bez obaw o wizytę panów policjantów.

marijuana_happy_crowd
Euforia na ulicach po legalizacji marihuany w Colorado

CB: Jaki osobiście chciałbyś zobaczyć model polityki marihuanowej w Polsce? Bardziej przemawia do ciebie wzór hiszpański, urugwajski, czy ten przyjęty w Colorado lub Waszyngtonie?

JG: Dla mnie wszystko powinno być rozwiązane najprościej jak to możliwe. Chciałbym, aby konopie w PL były uregulowane tak, jak wino we Włoszech. Każdy może uprawiać na własny użytek, ale nie może sprzedawać innym. Jeżeli chcesz robić biznes, musisz się zarejestrować. Aby móc uprawiać medyczną marihuanę musisz mieć licencję.

Powinien być uruchomiony szereg zasad, które będą sprzyjać uprawianiu wysokiej jakości produktu. Całkowity zakaz reklam dotyczących marihuany. Dostępność dla użytku rekreacyjnego od 18 roku życia. Ale nie powinno się ułatwiać dostępności, a do tego prowadzić analizy i monitoring. Powinno się również wprowadzić rzetelną edukację na temat problemów, które mogą wystąpić u młodego użytkownika marihuany, bez wątków propagandowych!

CB: Dzięki za wywiad!

JG: To ja dziękuję!

 

Odwiedź także oficjalną stronę Wolnych Konopi i fanpejdż FB