Archiwa tagu: American International Pictures

Hell’s Angels ’69 (1969)

hells_angels_sixty_nine_poster

Pierwszorzędni aktorzy trzeciorzędni, Jeremy Slate (Piękności piekieł, Straceńcy) i Tom Stern (Byt, a także Emmanuelle 3 i 4), grają główne role w tym kultowym filmidle motocyklowym, do którego stworzyli także pierwszy scenariusz, wygładzony przez Dona Taita (wcześniej telewizyjnego wyrobnika) i wyreżyserowany przez debiutanta Lee Maddena, który zasadniczo znany jest tylko z tego dzieła.

Obraz został wyprodukowany własnym sumptem, ale dystrybuowany był przez American International Pictures i na premierze w Nowym Jorku wyświetlany był częściowo – jak donosi stara recenzja w New York Times – bez należytej ostrości, jak przystało na prawdziwy eksploatacyjny śmieć. Film jest dość ciekawy przez pierwsze pół godziny, potem tonie – klasycznie – w morzu niedoklepanych dialogów, by w końcówce zrobić zwrot o 180°, kiedy akcja nagle przyśpiesza, a reżyser próbuje bawić się w artystę pokroju Dennisa Hoppera.

Ostatecznie, Hell’s Angels ’69 to dość ciekawa krzyżówka kryminalnej historii w konwencji heist movie z najlepszymi motocyklówkami swoich czasów, której klimat podtrzymuje ekranowa obecność całego oddziału Hells Angels MC z Oakland. O tak, jest Sonny Barger, Terry The Tramp, Magoo, Skip i wszyscy grają samych siebie, choć może to za dużo powiedziane, bo chłopcy po prostu przenoszą swoją codzienną energię na taśmę celuloidową. Są tacy, a nie inni i to film łapie naprawdę zajebiście!

Hellsi zostają do akcji wciągnięci przez dwóch kalifornijskich braci-playboyów, granych przez Slate’a i Sterna, którzy mają w planach obrabowanie jednego z największych kasyn w Las Vegas i chcą użyć klubu jako przykrywki, podszywając się pod członków fikcyjnego klubu Salem Witches z Bostonu. Ale wcześniej będą musieli zdobyć zaufanie Sonny’ego i reszty klubu, którzy szykują się właśnie na doroczny zjazd w północnej Kalifornii i nie zmienią tak po prostu planów.

I tu zaczyna się zabawa, bo Terry od początku szuka zaczepki i gdy tylko nadarza się okazja sprzedaje gościom strzała na imprezie w domku klubowym, co rozpętuje prawdziwe mordobicie, które jak głosi legenda zaczęło się jeszcze zanim reżyser krzyknął akcja. Bracia są okładani sztachetami, przebijają okna i barierki, a cała scena wygląda bardzo realistycznie, dokładnie tak, jak wyglądałby każdy uliczny czy koncertowy dym. Do tego są też swastyki, tańce, morze browarów i sprzedawanie mamuśek za paczkę fajek, a więc klasyczne motywy motocyklowe.

Ale najważniejsze są oczywiście sceny jazdy kastomizowanymi chopperami (Hellsi rozpoczęli cały boom) z obowiązkowymi akrobacjami i wygłupami, które należą do najlepszych w historii filmów motocyklowych. Prawdziwą ucztą jest też zakończenie, kiedy klub przesiada się na crossy, by gonić po pustyni za spierdalającymi ze strachu braćmi. Hellsi wyglądają tu jak militarny pluton zmotoryzowany, używając rac do jazdy po nocy, czy formując wzorowy szyk bojowy na nierównym terenie. Efektu dopełniają piękne ujęcia mknących po pustyni motorów z helikoptera.

Komu wejdzie jednak Hell’s Angels ’69? Przede wszystkim fanom motocyklowej eksploatacji, którzy przyzwyczajeni są do uroków konwencji, a także motocyklistom zainteresowanym zobaczeniem legendarnego odziału Hells Angels w filmie o nim samym. Z pewnością nie jest to więc propozycja na niewinny seansik z dziewczyną w nadziei, że zrozumie ona brutalny, męski świat Aniołów Piekieł, którzy trzy miesiące po premierze mieli zakończyć lata ’60 swoim „występem” w Altamont. To zabawa tylko dla miłośników gatunku!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Hell’s Angels ’69
Produkcja: USA, 1969
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Planeta wampirów (1965)

Planet of the Vampires poster

Planeta wampirów Maria Bavy była pierwszym dziełem reżysera współfinansowanym przez legendarnych eksploatatorów z American International Pictures. W istocie była to koprodukcja włosko-hiszpańsko-amerykańska zrealizowana przez Bavę w Cinecittà. Wyłożenie części pieniędzy na film przez AIP było zaś skutkiem wielkiego sukcesu Maski szatana (przezwanej w USA na Czarną niedzielę) oraz dużego zainteresowania generowanego przez włoskie filmy peplum, a więc logicznym krokiem zmierzającym w stronę zwiększenia przychodów przez Samuela Arkoffa i Jamesa H. Nicholsona.

Anglojęzyczny scenariusz został napisany przez Iba Melchiora z pomocą Louisa M. Heywarda, a włoskojęzyczną wersję oparto na opowiadaniu science-fiction One Night of 21 Hours Renata Pestriniera (jego autorem był Bava oraz czterech innych scenarzystów). Trzonem obsady stali się amerykański aktor Barry Sullivan, brazylijska piękność Norma Bengell (znana również z The Hellbenders Sergia Corbucciego), a także Włoszka Evi Marandi oraz Hiszpan Angel Aranda. Jako że każdy z aktorów mówił w innym języku, film – co typowe dla niskobudżetowych produkcji tego okresu – poszedł na ekrany w trzech wersjach dubingowych.

Po latach Bava wspominał, że z braku wystarczających funduszy plan został zbudowany z pozostałości po świeżo nakręconym filmie peplum, a jego niedostatki zakryto dymem. Kuriozalnie dziś wyglądające efekty specjalne były efektem fałszywej perspektywy, bądź kolorowych filtrów, które tworzą impresjonistyczną atmosferę w taki sam sposób, w jaki artysta uzyskał to w Sześciu kobietach dla zabójcy rok wcześniej. Ten retro kicz, pomimo swojego campowego klimatu, nie przeszkadza jednak w odbiorze filmu, którego scenariusz to chaos, a jego kręcenie było walką z budżetem.

Oto dwa statki kosmiczne, Galliott i Argos, odbierają tajemiczny sygnał radiowy z nieznanej planety o nazwie Aura. Podczas ryzykownego lądowania załoga Argosa zostaje niemal w całości opętana przez tajemniczą, hipnotyczną moc. Jedynym, który się jej opiera, jest kapitan Markary. To z jego pomocą załoga dochodzi do siebie i wkrótce wyrusza na poszukiwanie zaginionego Galliotta. Jak się okazuje po dotarciu na miejsce, jego załoga jest martwa… ale ciała złożone do grobu wkrótce zmartwychwstają i zaczynają stwarzać zagrożenie pozostałym przy życiu astronautom.

Jak się ma wkrótce okazać, Aurę zamieszkuje rasa pasożytów nie posiadających fizycznych ciał, egzystujących w postaci promieni i frekwencji dźwięku, ale pragnących opuścić swoją planetę w celu szukania lepszego domu. To może zaś zostać osiągnięte tylko poprzez podporządkowanie sobie żyjących organizmów, które raz opętane stają się na zawsze własnością „kosmitów-wampirów”. I tak rozpoczyna się dramatyczna walka pomiędzy schwytanymi w zasadzkę astronautami, a bezwględnymi pasożytami!

Planeta wampirów, pomimo swoich oczywistych ograniczeń, po 50 latach trzyma się całkiem dobrze – została nawet niedawno wydana na Blu-rayu przez Kino Lorber. Jeśli tylko przymknąć oko na scenografię czy efekty specjalne, dać się wciągnąć w magiczny świat Bavy, daje dużo radochy. I mimo że znana jako horror science-fiction, dziś bardziej bawi niż straszy. Napięcie generowane przez eksplorowanie nieznanego przetrwało jednak próbę czasu, a klimat filmu – przede wszystkim scena z opuszczonym statkiem obcych – stał się bezpośrednią inspiracją dla scenariusza Obcego.

W istocie, Dan O’Bannon, scenarzysta Obcego, wyznaje w wywiadzie dołączonym do box setu DVD Alien Quadrilogy, że wyjął słynną scenę ze szkieletem z Planety wampirów, a film puścił nawet Ridleyowi Scottowi (ten nie polubił dzieła Bavy), który oficjalnie nie przyznaje się jednak, że widział Planetę wampirów przed lub w trakcie kręcenia Obcego. Ta, co trzeba dodać, nosi jednak ślady innego klasyka science-fiction, Robinsona Crusoe na Marsie, który na ekrany wszedł rok wcześniej i również został napisany przez Melchiora.

Conradino Beb

 

Znany pod tytułami: Planet of the Vampires / Terrore nello spazio / Terror en el espazio
Produkcja: Włochy/Hiszpania/USA, 1965
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Pam Grier

Legendarna czarna aktorka obdarzona potężną naturalną charyzmą, której gwiazda zabłysła na początku lat ’70 wraz z sukcesem filmów women-in-prison produkowanych przez legendarną wytwornię New World Pictures. Niedługo potem Pam Grier stała sie symbolem blacksploitation – kina eksploatującego styl życia, slang i modę czarnych Amerykanów – grając w dwóch kultowych filmach: Foxy Brown i Coffy. Po odsunięciu na boczny tor w latach ’80 Pam Grier zaliczyła wielki comeback w 1997 dzięki Jackie Brown Quentina Tarantino.

Arystyka urodziła się pod nazwiskiem Pamala Suzette Grier 26 maja 1949 w Winston-Salem, w Północnej Karolinie jako córka mechanika lotniczego. Po zapisaniu się na Metropolitan State College w Denver Grier marzyła o studiowaniu medycyny, ale zmieniła zdanie po śmierci swojego chłopaka w Wietnamie chcąc przeżyć jakiś rodzaj catharsis. W międzyczasie koszty studiowania zmusiły ją do szukania szczęścia w konkursie Miss Colorado Universe, w którym zwycięstwo było nagradzane dużą sumę pieniędzy.

pam_grier_1

Grier zajęła ostatecznie drugie miejsce, ale przyciągnęła uwagę hollywoodzkiego agenta Davida Baumgartena, który reprezentował m.in. interesy komików Rowana i Martina, i zaprosił młodą piękność na przesłuchanie do Los Angeles; do pojechania ostatecznia namówiła ją matka. W Hollywood Pam dostała się pod skrzydła Agency of the Performing Arts i została wkrótce zapisana na lekcje aktorstwa – uczyła się m.in. metody Stanisławskiego – pomiędzy którymi pracowała jako telefonistka w biurze kultowej wytwórni American International Pictures.

Aspirująca aktorka szybko nauczyła się nowego systemu łączenia rozmów, a ich słuchanie pozwoliło jej poznać tajniki bezwzględnego biznesu filmowego. Wkrótce Grier została wyciągnięta na światło dzienne przez reżysera Jack Hilla, który widział w niej idealną kreację do swojego kultowego filmu Wielki dom lalek (1971) produkowanego przez NWP na Filipinach. Obraz stał się wielkim hitem kasując $10 mln i w dużej mierze dał finansowego kopa nowej wytwórni, utworzonej w tym samym roku przez Rogera Cormana po odejściu z AIP. Ta ostatnia podpisała z nią pięcioletni kontrakt dwa lata później.

Kontrakt ten dał Grier szansę przebicia się dzięki rolom w serii filmów blacksploitation, z których większość została ponownie wyreżyserowana przez Jacka Hilla. W Coffy (1973) Grier zagrała pielęgniarkę, która szuka zemsty za śmierć swojej siostry na dilerach narkotyków,  w efekcie wplątując się w polityczną aferę i stając wrogiem włoskiej mafii. W Foxy Brown (1974) aktorka wcieliła się zaś w postać silnej kobiety ulicy, która bierze pracę luksusowej prostytutki, by zemścić się za śmierć swojego chłopaka – agenta FBI. Obydwa filmy są dziś klasykami blacksploitation!

Pam Grier jest uważana przez wielu krytyków filmowych za największą gwiazdę kina akcji lat ’70, której statusu aktorka dorobiła się dzięki potężnej prezencji na ekranie. Talent aktorski ujawniony w tych filmach jest dyskusyjny, ale że były to wszystko eksploatacyjne produkcje, Grier nie miała w praktyce co grać. Znacznie ważniejsza dla epoki pozostaje jednak symboliczna manifestacja czarnej osobowości jako przepełnionej siłą, dumą i wolą przetrwania.  Dzięki niej Pam otworzyła drzwi dla bezkompromisowych, kobiecych kreacji, które w drugiej połowie lat ’70 zaczęly się pojawiać w kinie coraz częściej. Jej charyzma została w retrospekcji porównana do hinduskiej bogini Kali.

pam_grier_foxy_brown
Pam Grier w „Foxy Brown”

Pod koniec lat ’70 kariera Pam przeżyła lekkie zalamanie, gdyż gatunek blacksploitation stracił popularność, a aktorka nie zdążyła zrobić skoku w stronę Hollywood, co zrobiło wielu innych aktorów związanych z AIP. W 1981 Grier zagrała małą rolę w Fort Apache: The Bronx, a  dwa lata później w Twardzielach i Coś paskudnego tu nadchodzi (produkcji Disneya), po których nastąpiła cała seria małych ról, z których na uwagę zasługuje ta z Nico: Ponad prawem (1988) ze Stevenem Seagalem. Lata ’80 dla Pam Grier to jednak głównie praca w telewizji – aktorka stała się ulubiennicą producentów serialu Policjanci z Miami (1985-1990).

W 1988 u Grier został zdiagnozowany rak szyjki macicy i była ona zmuszona przejść operację, po której lekarze dawali jej 18 miesięcy życia. Grier została skierowana do chińskiego zielarza, który do chemioterapii dorzucił jej zioła i nalewki. Do tego aktorka dodała jogę i w ten sposób po pewnym czasie pobiła chorobę, by w latach ’90 wrócić do aktorstwa, ale glównie teatralnego. Z tej otchłani wyciągnął ją w 1997 Quentin Tarantino obsadzając w roli Jackie Brown – stewardessy, która szmugluje koks i siano z Meksyku, ale zostaje złapana przez DEA.

Jej rola została doceniona nawet przez krytyków, którym nie podobał się sam film, co w efekcie zrewitalizowało karierę aktorki. Otrzymała ona za nią nominację do Złotego Globu. Innymi nagrodami, które dostała w swojej karierze Pam Grier, są: NAACP Image Award dla najlepszej aktorki za sztukę Fool for Love (1986), National Black Theatre Festival Achievement Award (1993), African American Film Society Achievement Award (1993) oraz Career Achievement Award na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago (1998).

Conradino Beb

Dekada pod wpływem (2003)

dekada_pod_wplywem_plakat

Wszystkie dokumenty na temat Nowego Hollywood można tak naprawdę policzyć na palcach jednej ręki, ale jeśli miałbym wskazać na najlepszy z nich wszystkich, byłaby nim zdecydowanie Dekada pod wpływem w reżyserii niezapomnianego Teda Demme’a (Blow), który zszedł po przedawkowaniu kokainy zanim film zdążył w ogóle wejść na ekrany. Ilość wywiadów z legendami kina autorskiego jest wprost imponująca, a maksymalne skupienie soczewki na zwykle pomijanych szczegółach rewolucji w kinie hollywoodzkim daje prawdziwą przyjemność obcowania z rzetelnym materiałem filmoznawczym.

Tytuł filmu można interpretować na dwa sposoby. Jednym z nich jest wpływ Francuskiej Nowej Fali czy też generalnie europejskiego i japońskiego kina autorskiego na młodych amerykańskich reżyserów, a drugim wpływ środków psychoaktywnych (żadna tajemnica). Demme pewnie celowo obrał zreszta taki tytuł, bo mógł on sugerować obydwie sprawy, ale pozostawiając ostateczny wybór odbiorcy. A ten zostaje skonfrontowany z niemal wszystkimi – dzisiaj starymi lub martwymi – artystami, którzy przeszli do historii sztuki filmowej jako pionierzy Nowego Hollywood, przez co oglądanie tego materiału daje wielką frajdę!

Jeśli nigdy nie czytaliście Easy Riders, Raging Bulls, absolutnie fenomenalnej książki Petera Biskinda na temat ataku kontrkultury na Hollywood pod koniec lat ’60, opatrzonej pikantnymi anegdotkami i często nigdzie indziej nie przytaczanymi faktami, Dekada pod wpływem może być dla was doskonałym wstępem do kina: Dennisa Hoppera, Martina Scorsese, Francisa Forda Coppoli, Roberta Altmana, Petera Bogdanovicha, Jerry’ego Schatzberga, Williama Friedkina, Paula Mazursky’ego, Sidneya Lumeta, Monte Hellmana, Johna Cassavetesa czy Sydneya Pollacka!

Jak mówi w filmie Paul Schrader, scenarzysta kultowego Taksówkarza, koniec lat ’60 zastał Hollywood w ruinach z wytworniami tj. Fox, które były zmuszone do sprzedaży swoich studiów ze względu na spektakularne klapy, w które wpompowano wcześniej masę pieniędzy. Na scenie pojawiła się tymczasem nowa publiczność, której nie interesowały dłuzej baśniowe historie nie mające nic wspólnego z prawdziwym życiem. A, jak podkreśla Julie Christie (Doktor Żywago, McCabe i Pani Miller), świadomość Baby Boomers została zmieniona przez dragi, przez poszukiwanie wolności i niespodzianek, czego hollywoodzcy mogule nie byli w stanie zrozumieć i w efekcie stali się nieadekwatni rynkowo.

Nowa publiczność chciała oglądać na ekranie samych siebie – ludzi z ulicy operujących tym samym językiem co ona, używajacych tych samych dragów co ona (nie tylko alkoholu) i pożądających tych samych rzeczy co ona. A jedynymi, którzy byli w stanie dostarczyć tego towaru w obfitości, byli reżyserzy z kontrkulturą współżyjący lub niemal utopieni w jej wibracjach. Jednymi z kluczowych graczy okazała sią mała wytwórnia BBS Productions, która wprowadziła na ekrany Easy Ridera i Pięć łatwych utworów na mocy umowy z Columbią, po których duże studia zdecydowały się oddać stery w ręce nowego pokolenia.

Ale w opinii Martina Scorsese czy Francisa Forda Coppoli, to nikt inny, tylko John Cassavetes otworzył nowy rozdział w historii amerykańskiej kinematografii ze swoim niskobudżetowym hitem Twarze (1968), w którym za radą Godarda wyprowadził film na ulice pozwalając gigantom zamknąć się we własnych gmachach. Bruce Dern czy Dennis Hopper wskazują poza tym na kultową stajnię AIP jako kluczową dla wyłonienia się nowej fali twórców. Był z nią związany sam Roger Corman i dawał on szansę każdemu, kto na nią zasługiwał – do uczniow jego nieoficjalnej szkoły należała niemal cała ww. czołówka.

Dekada pod wpływem w przeciwieństwie do kilku innych filmów nie upraszcza nadmiernie sprawy narodzin fenomenu Nowego Hollywood, ujawniając wszystkie kluczowe siły i inspiracje, które dały pole do rozkwitu kina amerykańskiego w pierwszej połowie lat ’70, a wszystko to w trzech częściach. I nawet jeśli zlośliwcy twierdzą, że ten film to nic więcej niż słuchanie bandy ludzi, którzy na każdym kroku walcują swoje ego… jest to piękne ego, które stworzyło szereg prawdziwych klejnotów. Dla chcących nieco wejrzeć w dusze tworców filmów, które na zawsze pozostaną już w kanonie kina, jest to pozycja obowiązkowa!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: A Decade Under The Influence
Produkcja: USA, 2003
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Jack Hill udziela interesującego wywiadu This Week In Horror

Videocast This Week In Horror bierze na warsztat kino eksploatacji wychodząc od dokumentu American Grindhouse. Specjalnym gościem programu jest legendarny reżyser Jack Hill nazwany przez Quentina Tarantino „Howardem Hawksem eksploatacji”, który wspomina swoje klasyczne perły tj. Foxy Brown, Switchblade Sisters czy Spider Baby i opowiada, jak odpalił z sukcesem serię filmów women-in-prison (The Big Doll House, The Big Bird Cage) i blacksploitation dla NWP i AIP.

Dowiadujemy się dużo na temat pracy Hilla z Pam Grier, Sidem Haigiem (legendami lat ’70) i jego długoletnim producentem Rogerem Cormanem, sztuki operowania na niskim budżecie, a także na temat cyfrowych transferów jego dzieł sfinansowanych przez Miramax za namową Quentina Tarantino i nadchodzących remake’ów.

Królowa krwi (1966)

queen_of_blood_poster

Oglądam produkcje American International Pictures religijnie, bo zawsze oczekuję kolejnego skarbu. I choć ciężko jest obejrzeć wszystkie, gdyż niektóre są dziś praktycznie nie do znalezienia – nie mówiąc o tym, że niektórych po prostu nie da się oglądać – z Rogerem Cormanem na stołku producenta wykonawczego i Curtisem Harrigtonem (Nocny przypływ) jako reżyserem Królowa krwi zwyczajnie prosi się, żeby dać jej szansę. I nawet jeśli po seansie czujemy, że straciliśmy prawie 1,5 godziny, film na pewno znajdzie swoich fanów wśród łowców śmiecia.

Jak dobrze wiemy, Roger Corman doskonale umiał grać zasobami przy produkcji swoich straszydeł. W połowie lat ’60 zaczął kupować prawa do radzieckich i jugosławiańskich filmów science-fiction, z których jego praktykanci (m.in. Francis Ford Coppola) wycinali najciekawsze sekwencje i wklejali je do cormanowskich produkcji. To właśnie z tego powodu najciekawsze sceny w Królowej krwi wyglądają jak wyglądają (całkiem nieźle jak na tamte czasy). Kiedy widzimy papierowe rakiety i groteskowe przestrzenie kosmiczne, możemy się tylko zastanawiać w ilu innych filmach wylądowały.

Ale mamy przecież do czynienia z klasą B, więc nie bądźmy nazbyt krytyczni i przyjrzyjmy się historii! Jest rok 1990 i naukowcy z Międzynarodowego Instytutu Technologii Kosmicznej właśnie otrzymali sygnał S.O.S. z obcego statku kosmicznego, na pomoc któremu wysyłają bandę elitarnych astronautów. Pośród nich znajdziemy zaś dwóch dzielnych gostków granych przez… Dennisa Hoppera (Easy Rider, Blue Velvet) i Johna Saxona (Wejście smoka, Dziewczyna, która wiedziała za dużo). Ten drugi jest bardziej wiarygodny w swojej roli, gdyż Hopper specjalnie się tu nie przyłożył.

Po tym, gdy udaje im się zlokalizować martwe ciała astronautów na Marsie, napotykają zielonoskórą, żeńską istotę na Phobosie (makeup nieco jej schodzi przy zbliżeniach kamery). Aby przywrócić ją do formy dają jej wodę i pożywienie, ale już wkrótce wybierze ona inny pokarm, wysysając krew swoich zbawicieli po uprzednim zahipnotyzowaniu ich rentgenowskimi oczami. Po śmierci dwóch członków załogi, reszta postanawia ją związać, ale dzięki magicznym mocom uwalnia się ona, by złożyć żelowate jaja na całym statku. Te stają się zaś jedyną nadzieją dla ziemskiej nauki, jako że ona sama wykrwawia się na śmierć po zadrapaniu paznokciem.

Choć scenariusz jest jednym z najgorszych, które widziałem w akcji, a o aktorstwie można właściwie zapomnieć, film broni się z parteru dzięki zachowaniu atmosfery gotyckiego horroru… niestety muzyka działa wbrew suspensowi, a całość jest bardzo kiepskim klonem Planety wampirów Maria Bavy, która także nakręcona na minimalnym budżecie wciąż bije ten obraz na głowę. Co mogę dodać? Być może niektórzy będą mieli przy tym filmie jakąś zabawę, ja miałem niewielką. Tylko dla zawodowych zjadaczy bardzo złych filmów!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Queen of Blood
Produkcja: USA, 1966
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2/5

=== Obejrzyj cały film ===

Wiadro krwi (1959)

bucket_of_blood_poster

Ta kultowa czarna komedia została nakręcona przez Rogera Cormana w zaledwie pięć dni dla AIP na śmiesznym budżecie $50 tys., ale okazała się prawdziwym przełomem artystycznym dla papieża eksploatacji, który szybko dokręcił Mały sklepik z horrorami na tym samym secie… tym razem w dwa dni. Wiadro krwi znaczy odwrót Cormana od tanich westernów i absurdalnych filmów o potworach z głębin, amazonkach i ośmiornicach-mutantach w stronę parodii kalifornijskiej bohemy i eksploatacji subkultury bitników, której stał się tu jednocześnie pionierem. Eksploatowanie kontrkultury czy subkultur młodzieżowych wróci zresztą jeszcze nieraz w jego późniejszej twórczości.

Bohaterem Wiadra krwi jest Walter Paisley, przygłupi kelner i chłopiec na posyłki, pracujący w opanowanym przez bitników lokalu Yellow Door (w tej roli znany ze Strachu, kultowy Dick Miller). Mimo że z początku widzimy go jako popychadło, postać pozbawioną poczucia własnej wartości, ten przejawia w istocie wysoce artystyczne ambicje i desperacko próbuje swoich sił w rzeźbie w domowym zaciszu. Środowiskowy przełom dla Waltera przychodzi, gdy ten przypadkowo zabija swojego kota przez ścianę – sama scena jest absurdalna, ale takie właśnie smaczki czynią z filmu Cormana fascynujący przypadek – by w przypływie winy obrócić go w rzeźbę z gliny.

To zbliża go zaś do bitników z Yellow Door, którym do niedawna jeszcze przynosił espresso do stołu. Ci, zauroczeni przez świeżo odkryty talent artystyczny, pobudzają Waltera do kontynuowania swojej twórczości. Ale akcja potoczy się w nieco bardziej surrealistycznym kierunku, kiedy lokalny agent narkotykowy, nakryje Waltera w domu z fiolką heroiny, wlepioną mu przez jedną z knajpianych postaci. Nasz świeżo upieczony rzeźbiarz nie rozumie o co chodzi i doprowadzony do rozpaczy zabija policjanta patelnią… po czym tworzy z niego kolejne dzieło sztuki. Tymczasem głosy w głowie dyktują mu poezję – parodię wierszy Allena Ginsberga – która sugeruje, że ten wpadł na trop prawdziwego przełomu.

Ostatecznie, nasz niesforny wannabe-bitnik wpada w sidła własnego szaleństwa, odkrywając nowe ofiary wśród lokalnych modelek i pracowników fabrycznych, co przynosi mu sławę i pieniądze, o których nigdy nie śnił… a to prowadzi do dramatycznego finału, doskonale napisanego przez Chucka Griifitha (stałego współpracownika Cormana). Mimo że film ma na karku już ponad 50 lat, jego satyryczny wydźwięk do dzisiaj nie stracił nic ze swojej aktualności. Reżyser parodiuje styl życia bitników z wielką precyzją, a przy tym koniecznym dystansem – załoga na planie miała pięciodniową imprezę, a publiczność na premierze bardzo doceniła akcję pełną humoru.

Z powodu tejże nietypowości Wiadro krwi pozostaje jednym z najlepszych filmów króla kina pop. Reżyserowi udało się tu skutecznie przekroczyć zarówno ramy gatunkowe, co i eksploatacyjną konwencję – Corman pokazuje się jednocześnie jako zdolny satyryk oraz człowiek wyciskający maksimum z małego budżetu. Abusurdalne miejscami oświetlenie każe mu używać dużej ilości zbliżeń, co zwiększa dramaturgię, ale szersze kadry dodają filmowi klimatu godnego noir. Dodatkowo, tania scenografia i kostiumy sprawiają, że film wygląda jak surrealistyczne skrzyżowanie westernu z horrorem gotyckim.

I mimo że elementy horroru są tu obecne w bardzo niewielkim stopniu (psychotyczne głosy, szalone zabójstwa), film zawiera pierwszą w historii scenę mordu z użyciem piły elektrycznej (choć Corman tu jeszcze oszczędza nam krawych elementów). I faktycznie, Wiadro krwi można postrzegac jak zapowiedź gotyckich straszydeł w stylu Grobowca Ligei czy Przedwczesnego pogrzebu, choć jest on tak naprawdę pionierską czarną komedią. Ze swojej strony wielce polecam ją miłośnikom Cormana, którzy jeszcze nie skusili się na seans. Obraz należy oglądać z Małym sklepikiem z horrorami jako partnerem.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: A Bucket of Blood
Produkcja: USA, 1959
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Kult przeklętych (1969)

cult_of_the_damned_poster_1969

Kolejny, straszliwy przykład, dobrze pokazujący co przechodziło przez filtr AIP pod koniec lat ’60. Film został oryginalnie zatytułowany Angel, Angel, Down We Go, a napisany i wyreżyserowany przez niejakiego Roberta Thoma, którego finansowo wsparł otoczony sławą najgorszego producenta  filmowego w historii – „Jungle” Sam Katzman. Ten sam, którego kultowa w pewnych kręgach Zadyma na Sunset Strip, weszła na ekrany poprzez AIP 2 lata wcześniej.

Kult przeklętych nigdy nie został wydany na DVD – choć ostatnio udało się to w USA Zadymie – i to w jakiś sposób wciąż kreuje na niego popyt w kręgach koneserów hippiesploitation. Choć w dniu premiery Katzman ogłosił, iż odwraca się w końcu na niegodne kino eksploatacji i chce zaoferować publice coś prawdziwie głębokiego. Hmm, chyba nikt nie docenił jego geniuszu.

Mimo że Kult przeklętych miał swoją premierę w jednym z najbardziej prestiżowych kin hollywoodzkich, co odzwierciedlało wizję Katzmana, by poszybować wysoko, obraz został ściągnięty z ekranów przez AIP zaledwie po tygodniu i odłożony na półkę. Trzy lata później został jednak przycięty i pokazany światu pod nowym tytułem (pod którym jest najbardziej znany), który nie miał nic wspólnego z samą historią, ale dzięki temu stał się częścią gorącego double feature, w którym pierwsze skrzypce grało straszydło o lesbijskich wampirach, wyprodukowane przez brytyjską wytwórnię Hammer. Niestety, brakuje źródeł mówiących co stało się później z tym arcydziełem, ale bezpiecznie jest założyć, że rzucono go na żer drive-inowej publice, gdzie był pokazywany przez kilka miesięcy.

Scenariusz to rodzaj kwasowego tripu, zgwałconego przez tanią, histeryczną fantazję. Tara, spasła córka obrzydliwie bogatego przedsiębiorcy, spotyka Bogarta, gwiazdę rocka garażowego, który pozbawia ją dziewictwa i staje się duchowym guru, nadając jej życiu nowy sens za pomocą halucynogenów i prania mózgu (wszak jest to już USA po Mansonie).

Wkrótce decyduje się ona na przeprowadzkę do willi swojego kochanka, gdzie zalega z nim i jego ziomkami 24 godziny na dobę, otoczona „artystycznymi” tapetami z Humphreyem Bogartem i Charlesem Chaplinem. W końcu daje się zaś nawrócić na ścieżkę „demonicznej jogi”, która daje jej możliwość lewitowania pod sufitem i inne „supermoce”. Przy okazji musi też pilotować prywatną Cesnę, z której kultyści wyskakują na spadochronach wykrzykując satanistyczne afirmacje.

Ale ostatecznie wszyscy mają dosyć Tary i postanawiają zabawić się z jej matką (graną przez gwiazdę Starego Hollywood – Jennifer Jones), wykorzystując do tego jej pornograficzną przeszłość i brak zobowiązań wobec własnej rodziny. Bogart ma zaszczyt ją przelecieć, ukraść biżuterią i zaoferować lekcje sky divingu, żeby wprowadzić ją na właściwy tor.

Niestety, starsza pani ginie nie mogąc otworzyć spadochronu, a jej córka pogrąża się w szaleństwie. Jakkolwiek fascynująco nie brzmiałaby ta opowieść, film jest wyjątkowo gówniany, a efekt ten uwypuklają jeszcze bardziej próby eksperymentowania z nielineraną narracją czy statyczne filmowanie psychedelicznych kolaży na ścianach willi, co ma odzwierciedlać psychotyczne epizody Tary.

Czy film ma w ogóle jakąś wartość? Jest trudny do znalezienia… i może być samplowany na rave’y albo imprezy klubowe. Warto jednak przytoczyć to, co powiedział w wywiadzie dla Variety w 1969 sam reżyser: Oto znowu chcę powiedzieć coś o społeczeństwie. Mój film opowiada o reporterze, skupionym na przestępstwach podatkowych, który chce w ten sposób podejść mafię.

Zdecydowanie istnieje tu jakaś sprzeczność lub montażyści AIP pocięli obraz tak ekstensywnie, że przestał w ogóle przypominac oryginał… albo z początku wytwórnia zdecydowała się sprzedać go jako dramat kryminalny, będąc przekonana, że diaboliczna wersja The Rolling Stones może nie wejść publice tak jak powinna. W tym wypadku możecie wierzyć w to, co chcecie. Dla odważnych!

Conradino Beb

 

Znany pod tytułami: Cult of the Damned / Angel, Angel, Down We Go
Produkcja: USA, 1969
Dystrybucja w Polsce: Magivanga Vaults
Ocena MGV: 2/5

American Grindhouse (2010)

american_grindhouse_2010_poster

American Grindhouse to obficie opatrzony wywiadami dokument, śledzący pasjonującą historię kina eksploatacji w Stanach Zjednoczonych. Od pierwszych, niemych filmów, produkowanych przez legendarnego Thomasa Edisona, aż do odrodzenia eksploatacji w latach ’00, film dokładnie i wyczerpująco opowiada burzliwe dzieje szufladki przez długi czas uważanej za kontrowersyjną, niemoralną czy zwyczajnie gorszą od mainstreamowego kina hollywoodzkiego.

Przepytywani przez reżysera historycy kina i sami twórcy – legendarni reżyserzy w stylu Jacka Hilla, Joe Dantego czy Dona Edmondsa – opowiadają, w jaki sposób kino eksploatacji zyskało szanę na rozwój i w jaki sposób filmowcom udało się uciec szafarzom purytańskiej moralności.

Mimo że film nie rewolucjonizuje formy dokumentu samej w sobie, trzymając się silnie klasycznej struktury narracyjnej: wywiad —> wniosek —> opis wizualny —>, bogactwo wiedzy i doświadczenia przepytywanych jednostek są wystarczającym pretekstem, by oglądąć go z zainteresowaniem od początku do końca.

Dużą zaletą American Grindhouse jest zwięzła, ale docierająca do sedna, ekspozycja ważnych momentów historycznych i problemów, które musieli przezwyciężyć eksploatorzy, by zapewnić sobie rosnące zyski, jak też wzbogacić formę i treść swoich straszydeł. Film nie zapewnia wprawdzie nowej optyki na eksploatację, ale drąży przy okazji temat neoeksploatacji ostatnich lat, rzucając nieco światła na renesans kina „miałkiej treści”.

Historycy kina: Eric Schaefer, Eddie Muller i Kim Morgan, stoją w filmie na zdecydowanej, choć dobrze ugruntowanej pozycji, mówiącej że eksploatacja zaczęła się praktycznie w tym samym momencie, co pierwsze filmy braci Lumiere, a jej rozwój w Stanach Zjednoczonych wspomogła… prohibicja.

Atak purytańskich kółek kościelnych na alkohol, marihuanę, kokainę i „niemoralny” przemysł filmowy w latach ’20/’30 sprawił, że wszystko co wyklęte, zyskało transgresyjną, magiczną aurę i stworzyło rynek, na który natychmiast weszli eksploatorzy. Ich misję ułatwiło zaś wprowadzenie tzw. kodu Haysa w 1930, którego musieli się trzymać hollywoodzcy giganci, ale eksploatorzy wolni byli o tego typu zobowiązań.

Stawiając namioty w małych miasteczkach na kilka wieczorów – jak bowiem twierdzą eksperci: do wczesnych lat ’60 grindhouse’ów, pokazujących niskobudżetowe produkcje w USA, była może setka – eksploatorzy zgarniali szybką gotówkę na wczesnym sexploitation, filmach o porodzie, niebezpieczeństwie uzależnień czy potworach.

Po II Wojnie Światowej sytuacja zaś poprawiła się dla nich na lepsze, gdyż powracający z frontu żołnierze przynieśli ze sobą rozluźnienie obyczajów społecznych popularyzując typowo wojskową rozrywkę, którą była burleska czy pin-up. To z kolei doprowadziło do rozkwitu grindhouse’ów i wzrostu niektórych artystek burleski do pozycji gwiazd, z których najsłynniejszą jest oczywiście Bettie Page.

To zaś prowadzi reżysera American Grindhouse, Elijaha Drennera, do historii sexploitation, które, jak podkreślają historycy, dało impuls boomowi na pornografię na początku lat ’70. I choć jest to opinia nieprecyzyjna, gdyż pornografia filmowa istniała znacznie wcześniej i ewoluowała równorzędnie z kinem eksploatacji, a spod ziemi wyszła po prostu w tym samym momencie, gdy eksploatacja rozwinęła skrzydła, tego typu tezy nie dominują na szczęście filmu, który w wielu aspektach jest źródełkiem bardzo wartościowym. Szczególnie błyszczy w nim, jak zwykle, John Landis (Amerykański wilkołak w Londynie, Blues Brothers, Trzej Amigos).

Landis nazywa klasyczne nudie-cutie Russa Meyera: Niemoralnego pana Teasa (1959) jednym z najbardziej wpływowych filmów w historii kina, a Joe Dante wskazuje, że Szczęki (1976) Stevena Spielberga są tak naprawdę wysokobudżetową wersją Potwora z czarnej laguny (1954), do czego ten drugi się zresztą przyznał.

W filmie znajdziemy także momenty poświęcone mniej znanym rozdziałom kina eksploatacji tj. mroczny podgatunek sexploitation, znany jako roughie. Ponadto, ciekawym wnioskiem wysnutym przez historyków, jest ukazanie hollywoodzkiego kina noir jako wysokobudżetowej eksploatacji ze wszystkimi elementami swoich biednych kuzynów.

Ale to nie wszystko, gdyż American Grindhouse oferuje także szybki przegląd popularnego w latach ’70 blacksploitation, filmów motocyklowych, produkowanych przez AIP, hiciorskich filmów typu women in prison (produkcje NWP) – które, jak mówi Jack Hill, stały się szybko tak popularne, że stworzyły gatunek w rok, a po dwóch latach były już autoparodią – oraz nazisploitation z Elzą: Wilczycą z SS na czele.

Dla fanów kina klasy B gratką są także historie, opowiadane przez takie kultowe osobistości, jak: Herschell Gordon Lewis (Święto krwi, Diablice na kołach, Color Me Blood Red), Ted V. Mikels (Dr. Sex, The Astro-Zombies, The Corpse Grinders) czy Fred Williamson (aktor znany z kultowego Czarnego cesarza czy Three The Hard Way). Do obejrzenia siłą rzeczy!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: American Grindhouse
Produkcja: USA, 2010
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Czarny cesarz (1973)

black_caesar_1973

Z legendarnym Larrym Cohenem za kółkiem i wielkim Fredem Williamsonem (Od zmierzchu do świtu) w roli głównej, Czarny cesarz był w swoim czasie jednym z największych sukcesów rynkowych świeżo odpalonego gatunku blacksploitation. Wyprodukowany przez AIP z budżetem $450 tys., obraz Cohena korzystał w dużej mierze z naturalnych uroków nowojorskiego getta, realistycznych ujęć ulicy, a nawet mieszkania należącego do rodziców reżysera, które w filmie kupuje główny bohater.

Ale Cohen nie tylko ciął wydatki gdzie potrzeba, nie prosił nawet o pozwolenie na filmowanie w centrum miasta – gdzie zrealizował słynną sceną zamachu na Cesarza, który ucieka potem taksówką z miejsca zdarzenia. Jednym słowem, produkcja była partyzancka od początku do końca.

Historia Czarnego cesarza toczy się w trzech aktach, które odsłaniają stopniową drogę do przestępczej sławy Tommy’ego Gibbsa, który swoja karierę zaczyna w latach ’50 od pastowania butów i wysługiwania się mafii jako pomocnik i kurier. Wkrótce, dotkliwie pobity przez McKinleya, rasistowskiego oficera nowojorskiej policji, spędza dłuższy czas w szpitalu, po czym trafia do więzienia, gdzie przebywa kilka lat z fałszywymi zarzutami.

Już po wyjściu Tommy odnajduje jednak swoją drogę z powrotem do półświatka. Jest połowa lat ’60 i choć dla czarnych jest to wciąż ciężki czas prześladowań i wszechobecnego rasizmu, Tommy swoją karierę chce oprzeć na współpracy ze znaną z nienawiści do czarnych, włoską mafią, dla której niepytany wykonuje pierwsze zadanie.

Na mocy umowy z Cardozem – capo jednej z nowojorskich rodzin, Tommy ustanawia następnie własne terytorium w Harlemie. To staje się punktem wyjścia do ekspansji terytorialnej i poszybowania w górę drabiny, w czym pomoże Tommy’emu brutalne skasowanie księgowego mafii, któremu z rąk wyjmuje on gorące księgi z zapisami kto, ile i kiedy dostał w łapę za krycie nielegalnej działalności.

 

Jako że zapisy te sięgają wielu lat wstecz, Tommy przejmuje automatycznie kontrolę polityczną nad wieloma policjantami, urzędnikami państwowymi, a nawet kongresmenami, co oczywiście obraca na swoją korzyść jeszcze bardziej powiększając rosnące imperium. Po kilku latach Cesarz będzie nawet w stanie przeprowadzić krwawy zamach na rodzinę Cardoza, przejmując z rąk pozostałych przy życiu resztkę kontroli nad Harlemem.

Tommy został przez Cohena rozrysowany jako idealistyczny kryminalista, którego mimo szczytnych zamiarów wspierania czarnej społeczności – jednym z punktów jego programu politycznego jest załatwienie jej funkcjonalnych, nowoczesnych mieszkań – pożera w końcu żądza władzy. Łuk narracyjny bazuje jednak na osobistych porachunkach – poszukiwaniu zemsty na McKinleyu.

Wszystko co robi Tommy, jest podporządkowane pogrzebaniu znienawidzonego oficera policji sześć stóp pod ziemią, które jednak musi zostać odwleczone, gdyż ten zdołał w międzyczasie awansować na komisarza najważniejszego posterunku na Manhattanie, jest więc potrzebny. Przy okazji charakter Tommy’ego zostaje pokazany od aspiracyjnej strony – kupuje on swojej mamie luksusowy apartament, który do niedawna musiała jeszcze codziennie sprzątać dla pewnego bogatego prawnika.

Zaletą filmu Cohena jest sięgnięcie poza jednowymiarowość eksploatacji i przedstawienie akcji jako alegorii problemów (klasowych, rasowych, socjalnych), z którymi Stany Zjednoczone musiały się borykać na początku lat ’70. AIP dała reżyserowi wolną rękę, a ten umiejętnie to wykorzystał realizując pełne pasji widowisko. Czarny cesarz posiada do tego jeden z najpiękniejszych soundtracków funkowo-soulowych epoki w wykonaniu samego Jamesa Browna z hiciorskim tematem Down and Out in New York City.

Obraz uwiarygodniają obskurne, wyjęte z rzeczywistości lokacje, bardzo udane kreacje aktorskie, nietypowy dla kina klasy B montaż i kilka mistrzowsko wykonanych ujęć. Jako że Czarnego cesarza w swojej kategorii przebija zaledwie kilka innych strzałów, równie dobrze możecie zacząć odkrywanie czarnej eksploatacji właśnie od niego!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Black Caesar
Produkcja: USA, 1973
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5