Archiwa tagu: anarchizm

Anarchia, kontrola, dragi i seks analny – koślawa hierarchia wartości Williama S. Burroughsa

Spójrzcie tylko na niego… suchy, siwy, pomarszczony i jeszcze ta wiecznie zafrasowana gęba. Ginsberg mawiał o nim: „indywiduum o przejawach duchowej inteligencji”. U Kerouaca opisywany był jako „nauczyciel”. Francuski filozof Deleuze widział w nim „niesamowitego myśliciela”. William S. Burroughs. Mędrzec? Profeta? Mistyk? Co najmniej trzy pokolenia uważały go za swojego mentora, a on sensu stricto nigdy nie należał do żadnej z duchowych generacji; do żadnego głównego prądu myślowego. Był indywidualistą, człowiekiem, który potrafi zamknąć się w celi swoich poglądów i wyjść dopiero, gdy samemu uda mu się z niej wyprowadzić.

Pomarszczeni filozofowie, siwi uczeni, wybitni ludzie wielkiego umysłu zazwyczaj posiadali jakieś systemy etyczne; normy, którymi się kierowali. Natomiast Burroughs – który wybitnym człowiekiem wielkiego umysłu niewątpliwie był – sprawę hierarchii wartości zdaje się pozostawiać otwartą.

Choćbyśmy znaleźli poszlakę w którejś z jego książek czy biografii, którymś z artykułów czy wywiadów, która nagle poukładałaby nam całą „burroughsowską etykę”, to brnąc dalej w jego twórczość, z pewnością szybko natknęlibyśmy się na coś, co niniejszy uporządkowany system bezpowrotnie burzy. Dlatego też ta hierarchia wartości Mistrza będzie koślawa, a tak naprawdę będzie to tylko plansza wybranych kwestii, których wydźwięk w całej filozofii Burroughsa wydaje się najmocniej dawać po mordzie wnikliwemu odbiorcy. Także zapraszam do chaosu. Ale zacznijmy od początku.

Etyka – próba nieudana

Z całej twórczości Burroughsa możemy wyszczególnić jeden tylko pomysł na stworzenie całościowej filozofii, która obejmowałaby w sposób kompletny wszystkie dziedziny życia. Jest poukładana, spójna, lecz jednocześnie banalnie prosta, a nazwać ją można faktualizmem. Koncepcja to dość specyficzna, bo wszelakie rozważania, analizy, filozoficzne wywody, mądre dysputy i inne tego typu teorie, określające właściwe postawy moralne, wciskała w szczęki niszczarki zapomnienia.

Nie liczy się żaden akt na papierze, liczy się tylko to, co jest w rzeczywistości – liczą się fakty. W tym zamyśle jedyną słuszną etyką miała być całkowita wolność wyboru. Sam Burroughs nigdy nie wystosował żadnego dokumentu określającego dokładnie zasady tej filozofii, gdyż – rzecz jasna – byłoby to niezgodne z duchem faktualizmu. O istnieniu tej koncepcji wiemy wyłącznie z listów.

Rozmyślając nad tą filozofią – podobnie jak nad wieloma pomysłami Burroughsa – przychodzi mi na myśl cytat z Gombrowicza: Ostateczną instancją dla człowieka jest człowiek, nie zaś żadna wartość absolutna. Jednak pomysł amerykańskiego pisarza zdaje się być zdecydowanie „szerszy” i przez to dość utopijny, aczkolwiek to podobny „trop myślowy”.

Po kilku latach od powstania koncepcja ta musiała zmierzyć się z rzeczywistością, niestety sam Mistrz na własnej skórze doświadczył jej bezsensowności. Faktualizm będę więc musiał pominąć w tworzeniu niniejszej „hierarchii”. Lecz nic straconego, bowiem podobnych pomysłów Burroughs miał na pęczki.

Wolność

Trudno sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek w kraju – gdzie słowo freedom urosło do miana wyświechtanego sloganu, wyskrobywanego na badziewnych billboardach – mógł pominąć tę najwyższą wartość w swej życiowej filozofii, nawet gdyby takowej nie posiadał… jednak przy definiowaniu burroughsowskiej wolności należy odgrodzić ją od naszych podstawowych wyobrażeń. Bowiem wartość ta nie miała nic wspólnego z jej narodowym, czy też narodowowyzwoleńczym pojmowaniem.

Wiązało się to po części z amerykańskimi realiami społecznymi i historycznymi, a po części ze specyficzną, kosmopolityczną postawą samego Williama. Nie należy również łączyć jego postawy z typowym dla współobywateli przekonaniem, że wolność jest odgórnie dana każdemu człowiekowi i gwarantują ją wzniosłe formułki, wyryte na pamięć słowa Konstytucji.

Podobnie trzeba odciąć się od wolności firmowanej przez młodzieżowe ruchy kontrkulturowe, które wykrzykiwały piękne hasła związane z pacyfizmem, egalitaryzmem czy socjalizmem. Burroughs głównie hołdował wolności, która (przede wszystkim!) odnosiła się do jednostki i to w bardzo wąskim znaczeniu. W jego pojmowaniu ludzkiej swobody można zauważyć dość dużą dozę relatywizmu, co bezpośrednio neguje zasadę równości społecznej.

Poglądy te najlepiej ilustruje sposób, w jaki Burroughs odnosił się do kolejnych narracji społeczno-politycznych, które przyświecały Amerykanom na przestrzeni XX wieku. William urodził się 5 lutego 1914 roku w Saint Louis i jego młodość przypadła na lata dwudzieste i trzydzieste, a więc Wielki Kryzys (z lat 1929-1933), prohibicję, Nowy Ład Gospodarczy, wojny mafijne i upadek wolnorynkowego kapitalizmu, związany z ekspansją państwowego interwencjonizmu.

Były to czasy, gdy jeden ruch w gospodarce mógł cię wynieść na szczyt społecznej drabiny, a drugi zrobić z ciebie kloszarda bez centa przy dupie. Te realia, do których przyspawany został slogan „od zera do bohatera”, zakorzeniły w umysłach wszystkich obywateli USA piękny „amerykański mit”. Wedle narodowej mitologii opowiadał on przede wszystkim o wolności. Natomiast Burroughs – którego rodzina zasmakowała bycia na szczycie, jak i wielkiego upadku – widział w tym coś innego.

W jego rozumowaniu „amerykański mit” nie mówi o wolności, tylko o pieniądzach, które z kolei zniewalają człowieka. W przeciwieństwie do republikanów czy też amerykańskich konserwatystów nie uważał dobrobytu za główny czynnik bycia wolnym, a wręcz przeciwnie. Jego zdaniem pieniądze to gówno, które zabija w człowieku spontaniczność, kreatywność i beztroskę. Wolność istnieje dopiero po odrzuceniu konwencji społecznych, które przez wieki narzucano ludowi.

Z tych przyzwyczajeń rodziło się wg niego zniewolenie przez pieniądz, ślepa uległość wobec władz i przyjmowanie z góry narzuconych ról w demokratycznym układzie. Dojście do prawdziwej swobody miało nastąpić poprzez ukonstytuowanie się człowieka wokół własnego „ja” – dotarcie do kompletnego indywidualizmu życiowego.

A jak to uczynić? Po pierwsze odciąć się od norm społeczeństwa, zerwać z wszelakimi nawykami nabytymi w ciągu całego cyklu uspołeczniania jednostki i pozbyć się konwencji wyprodukowanych przez cywilizację. Dzięki temu człowiek miał stać się naprawdę wolny i mógł krytycznie spojrzeć na otaczającą go rzeczywistość.

Sprawa z kontrkulturową ideą wolności lat ‘60 i ‘70 wyglądała nieco inaczej. Burroughs cieszył się, że młodzież nareszcie doszła do głosu, ale dostrzegał słabość kontrkultury, gdy ta była jeszcze w powijakach. Wolność wyrażana w słowach „pokój i miłość” mogła posłużyć Mistrzowi tylko jako model, na którym można pokazać naiwność człowieka. William uważał bowiem, że jeśli chce się przeprowadzić rewolucję, należy raczej mówić o wojnie, a nie o pokoju. Wojna angażuje człowieka, rozwija go, pobudza do działania i to szybkiego działania, natomiast podczas pokoju człowiek gnuśnieje.

Warto zaznaczyć, że mimo tej radykalnej politycznie perspektywy Burroughs zdecydowanie potępiał działania skrajnych bojówek lewackich, które porównywał do działań nacjonalistów, nazistów oraz faszystów. A jeśli chodzi o miłość, to miał on z nią ogromny problem (o czym szerzej jeszcze tu napiszę), bo przez większość czasu uważał, że to bezsensowny wytwór żeńskiej części cywilizacji, który dobrze się sprzedaje w społeczeństwie. A poza tym miłość widział jako nonsens, więc powoływanie się na nią w hasłach rewolucyjnych było dla niego żałosne.

Ponadto, krytykował źródła ideowe ruchu hipisowskiego. Choć sam sięgał po księgi z Dalekiego Wschodu, to nie uważał ich za dobry fundament do budowania na nich filozofii. Jego zdaniem, by przekonać się o „nieżyciowości” filozofii hinduskiej, należy spojrzeć na dzisiejsze Indie, które: nie poradziły sobie z przeludnieniem, gdzie dominuje ubóstwo, gdzie ludzie są mocno uwikłani w społeczne siatki norm i konwencji.

Ogólnie, jak to mają w swoim zwyczaju indywidualiści, Burroughs nie przepadał za ludźmi, nie lubił tłoku, ścisku, zgiełku wielkich miast, co nawet zgadzało się z jego postulatami, które miały uratować ziemię, bowiem w jego mniemaniu należało tylko pozbyć się połowy ludności i świat byłby lepszy. Prócz tego w hipisach niebotycznie wkurwiały go idee braterstwa, przyjaźni, miłości, które realizowane miały być poprzez wspólne życie w komunach.

William podawał prosty argument: komuny są bezsensowne z powodów czysto ekonomicznych, gdyby hipisów odłączyć od społeczeństwa, to zdechliby z głodu – szach, kurwa, mat! (że pozwolę sobie zażartować). Ostatnim ważnym elementem kontrkultury krytykowanym przez Burroughsa był zaś hipisowski sposób bycia w społeczeństwie. Co go tu uwierało? Przede wszystko uważał, że jako mniejszość, która chce wywołać rewolucję, zbytnio rzucali się w oczy.

Rebelia musiała wg niego przebiegać po cichu i uderzać w najbardziej wrażliwe miejsca państwowego organizmu. Natomiast hipisi – pstrokaci, wiecznie odurzeni, wykrzykujący swoje naiwne hasła – nie nadawali się na rebeliantów. Taka rewolta szybko gaśnie, a sam sposób bycia staje się nie życiowym przesłaniem, a zwykłą modą. No i chyba miał tu sporo racji; w szczególności, gdy popatrzymy na nowoczesne wytwory popkultury tj. hipster, czyli jednostka żyjąca przejściową modą.

Po całej tej krytyce chyba nie trzeba się rozpisywać zbytnio o stosunku Burroughsa do wolności, jaka była głównym celem statecznych Amerykanów w statecznych czasach. Dokładnie chodzi mi tu o „klasę średnią”, która stała się grupą najbardziej reprezentatywną. Jej dążenia do dobrobytu, który pod II wojnie światowej wyrażał się w domku z ogródkiem, żonie (lub mężu), dzieciach, kolorowym telewizorze, spokojnej pracy w firmie oraz amerykańskiej furze w garażu, były dla Williama żałosne. Co więcej uważał, że należy dla dobra ogółu zmieść całą „klasę średnią” z powierzchni ziemi – w ich życiu nie ma miejsca nawet na gram wolności!

Warto tez wspomnieć, że Burroughs nieczęsto mówi o wolności sensu stricto. Najczęściej jest to wolność od czegoś: od rządu, od terroru, od konsumpcji, od norm społecznych, od narkotyków itd. Jeśli szukalibyśmy najbardziej powszechnego obrazu wolności w twórczości Williama, to zapewne taką ideą byłaby „prawda życiowa” z Nova Mit. Wartość ta usytuowana jest w otoczeniu specyficznych ram anarchii i ozdobiona legendami z odległego świata, w którym kultura Zachodu nie mogła nigdy zakiełkować.

„Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone” – głosi sentencja Hasana ibn Sabbaha, którą podobno przyswoił sobie Burroughs (a tak naprawdę sam stworzył). Receptę na wyzwolenie człowieka zawartą w tym przesłaniu należy odczytywać w ten sposób: negacja rzeczywistości + rzeczywista wolność = istota człowieczeństwa.

Oczywiście, odrzucenie wszystkiego co nas otacza jest niezwykle ryzykowne, ale zgodne z nauczaniem Mistrza. Lekko abstrahując, brzmi to niczym słowa Jezusa podczas głoszenia idei apostolstwa, no ale kto w naszym współczesnym katolicyzmie o tym pamięta? Niemniej, Burroughs był bardzo odważny w swoich poglądach i twierdził stanowczo: niebezpieczeństwo jest czymś nieodzownym dla każdego człowieka; nie ma bezstresowego wychowania; nie ma bezstresowego życia; człowiek definiuje sam siebie w ciągłej styczności z niebezpieczeństwem, taka jest konieczność, którą każdemu organizmowi żywemu daje natura.

 Kontrola/władza

burroughs_3
WSB był wielkim miłośnikiem broni palnej

Jeśli połączyć wszystkie poglądy społeczno-polityczne Burroughsa można by otrzymać konstrukcję przybliżoną do anarchistycznego konserwatyzmu. Choć może brzmi to dość dziwnie, to trudno mi znaleźć trafniejsze określenie na jego złożoną planszę światopoglądową. Burroughs miał jednak pasję do badania mechanizmów władzy, która po jakimś czasie urosła u niego do rangi obsesji.

Podstawy jego rozmyślań na ten temat wyrosły ze studiów nad semiotyką ogólną. Zasady funkcjonowania społeczeństwa według tej dziedziny normują symbole, a kto rządzi symbolami, ten rządzi również społeczeństwem. Symbol ma dość szeroki kontekst i wyraża się na wielu płaszczyznach społecznych. Żeby uwolnić się od kontroli należy zniszczyć te symbole. W jaki sposób? Z pomocą przychodzi tu burroughsowska technika „cut-up” (stworzona na bazie pomysłu Briona Gysina), czyli cięcie słów, a w konsekwencji zdań, obrazów, wyobrażeń itd. W ten sposób człowiek również odcina się od zastanej rzeczywistości, czyli dąży do faktycznej wolności.

Kolejnymi narzędziami, za pomocą których Burroughs badał mechanizmy władzy, były dwie dziedziny: „psychologia kontroli” i „socjologia kontroli” (w każdym razie tak je można nazwać, choć sam William wprost nie używa takich haseł). O co w nich chodziło? Po zakończeniu ery wielkich monarchii, tyranii i despotyzmu mamy do czynienia z nowym modelem zachodniego społeczeństwa postmodernistycznego – społeczeństwem kontroli.

I nie chodzi to bynajmniej o demokrację fasadową, czy jakiekolwiek pozorne modele państwowości. Chodzi tu o normalny ład polityczny, w którym dąży się do dobrobytu, bezpieczeństwa i powszechnie wielbionego socjalu. Kontrola w tych społeczeństwach jest zewnętrzna i wewnętrzna. Władza ingeruje zarówno w materialne oblicze obywatela, jak i w jego psychikę.

Państwo działa na zasadzie mętnego organicyzmu. Wewnątrz demokracji funkcjonują przedsiębiorstwa, które wprowadzają czynniki rywalizacji motywujące konflikty miedzy jednostkami i wewnątrz samych jednostek. Są to jednak konflikty jałowe, które przynoszą tylko pozorne rozwiązania. Ale są tak absorbujące dla obywateli, że ci nawet nie myślą o zmianach na wyższych poziomach politycznych (czy ogólnie – na wyższych poziomach otaczającego ich świata).

Dzięki temu postmodernistyczna i postindustrialna kontrola doskonale radzi sobie z ludem. A jej główne idee, to: równość, stabilność, unikanie ostatecznych rozgrywek, ład, bezpieczeństwo, życie rodzinne, życie bezstresowe, dobrobyt. Zatem, czy anarchia była najlepszym sposobem do wydobycia się spod macek władzy?

Z pewnością była to jedna z możliwości, po którą – po części – można sięgnąć w procesie konstytuowania swojego ja, a przez to zmieniania również całego świata. Z tym że burroughsowskiemu anarchizmowi daleko było do koncepcji spod znaku Bakunina, a jeszcze dalej do mutualizmu, czy innych opcji lewicowo-anarchistycznych, splecionych mocno z socjalizmem/komunizmem.

Człowiek, który chce żyć w społeczeństwie, musi mimo wszystko podlegać jakiejś kontroli. Burroughs podkreślał, że jednostka na nowo ukonstytuowana zawsze sceptycznie będzie podchodziła do władzy. Jednak główna kontrola, która będzie na niej spoczywała, zawsze będzie kontrolą, jaką sama nad sobą wytworzyła. Wszystko zależy tutaj od świadomości.

Kontrola i władza na zawsze pozostały wielkimi zagadkami dla Williama. Oczywiście nie był on tylko zwykłym badaczem. Sam, tworząc niezliczone teorie i projekty, próbował nie tylko zdefiniować mechanizmy kontroli, ale również samemu je posiąść. Niestety, ale przez prawie połowę swojego życia sam znajdował się pod – jak sam twierdził – „idealnym narzędziem kontroli”.

Uzależnienie od opiatów – bo o nich mowa – było dla niego czymś bardzo pouczającym, ale jednocześnie wyniszczającym. Nałóg z pewnością dał mu wiele doświadczeń, które niejednokrotnie opisywał w książkach i artykułach, lecz prócz tego pokazał mu jak nisko można upaść. Uzależnienie doprowadziło do destrukcji jego życie towarzyskie, „moralne” i po części intelektualne.

Oczywiście, nie byłby wielkim indywiduum, gdyby nie udało mu się z tego wyjść i ze zdwojoną siła przystąpić na nowo do pracy. Ponadto był tak aktywnym człowiekiem, że niemalże do końca swych dni (przeżył ponad 8 dych!) zachował trzeźwość umysłu. Zatem, czy udało mu się osobiście posiąść mechanizmy kontroli? Jeśli tak, to maksymalnie kilka sekund przed swoja śmiercią…

 Sztuka

By stać się artystą trzeba być twórczym. Niniejszej definicji raczej nikt nie uzna za wielkie odkrycie. Jednak konsekwencje powyżej określonego artyzmu dla Burroughsa nie były już takie oczywiste. Czemuż to? Przede wszystkim ze względu na to, jak rozumiał on bycie twórczym. Bycie twórczym polega u niego na ciągłym dozowaniu sobie mocnych wstrząsów, które doprowadzają do przyjęcia zewnętrznej perspektywy w odbiorze własnego ja.

Artysta nie może być sobą(!) – artysta musi być sobą, lecz tylko w sensie metafizycznym. Z kolei lista opcji, które kryły się pod terminem „mocne wstrząsy” była dość długa. Zaczynając od lekkich dragów, przez ciężkie, cięższe, najcięższe, nie omijając przeróżnych form zboczeń, dewiacji, medytacji, aż po sceniczne improwizacje w zamkniętym gronie znajomych, podczas których delikwent wcielał się w zupełnie nowe osobowości.

Sztuka była też ważnym elementem w ponownym ukonstytuowaniu się swojego „ja”. Zrywając z konwencjami starego świata, człowiek musi na bieżąco tworzyć nową rzeczywistość. Z tym, że w owym momencie do aspektu sztuki dołącza aspekt religii. Jednak nie jest to połączenie na zasadzie „zostajemy ateistami i jest porządek ze wszystkim, bo religii już nie ma i problem z głowy”.

Zdaniem Burroughsa, jednym z największych błędów współczesnej cywilizacji jest całkowite wyzbywanie się sfery duchowej. Magia, która wchodzi w skład pola religijnej tożsamości, jest koniecznym elementem w tworzeniu nowych mitów, które na nowo tworzą wolnego człowieka. Wiara jest potrzebna, lecz nie taka, jaką proponuje np. religia katolicka, ale taka, która przywraca nadzieje, że jest coś poza tym, co tu i teraz.

Następstwem takiego rozumowania jest specyficzna rola artysty, który staje się prorokiem dla samego siebie. Pisarz powinien być „szalonym wieszczem”, który pisze to, co jego zdaniem ma się wydarzyć. I nie ma tu miejsca na modernistyczne masturbowanie się do swoich artystowskich wierszyków. Jest tu tylko miejsce na kierowanie swojej pięści w stronę własnej mordy, a jeśli „przez przypadek” komuś obok się dostanie, to dla niego lepiej. Ból działa oczyszczająco, a blizny to trofea. Jedyne o czym trzeba pamiętać to warunek, że wszystko ma odbywać się w głowie, a nie na niej.

Zamiast narcyzmu i politykowania William proponował ciągłe tworzenie. Wyśmiewał literatów, którzy częściej niż po pióro sięgali po zaangażowane slogany oraz kolorowe transparenty i z całym polityczno-ideowym bagażem wyruszali na manifesty, czy też inne tego typu imprezy. Jeśli czegoś się nie stworzy (napisze), to można krzyczeć do końca życia, a i tak nic z tego się nie zachowa. Umysł jest silniejszy od ciała, a jeśli się tak nie uważa, to może lepiej nie bawić się w sztukę.

Jeśli chodzi o formę i technikę tworzenia, to Burroughs nie był już tak radykalny. Sam praktykował niemalże wszystko, co mu się nawinęło. Próbował własnych sił w filmie undergroundowym. Strzelał do puszek z farbą, które po eksplozji rozbryzgiwały się na płótno, tworząc „niewysublimowane” grafiki w jego autorskiej konwencji „shooting art”. Pisał na haju. Pisał na trzeźwo. Miał od groma pomysłów na zagospodarowanie własnej kreatywności.

Jeśli doszukać się najważniejszej zasady w podejmowaniu kolejnych inicjatyw twórczych Mistrza, to należałoby ponownie wspomnieć o technice „cut-up”. Oczywiście, w inny sposób odnosiła się ona do filozofii, a w inny do literatury czy sztuki. Jednym z ciekawszych sposobów tworzenia literatury było spisywanie nagranych przez Burroughsa „audycji”, które uprzednio „kroił”, by stworzyć treść możliwie „odsączoną” od norm kulturowych, językowych i społecznych.

„Cut-up” świetnie współgrał z całym zamysłem filozofii Williama. Odcinanie się, cięcie, przecinanie, krojenie, to nie tylko rewelacyjne metafory w postmodernistycznej rzeczywistości, opartej na klejeniu i odtwarzaniu cytatów, ale również ostre odpowiedzi na zarzuty braku spójności jego teorii. Bowiem w jaki lepszy sposób możemy uchwycić skomplikowaną rzeczywistość, jak nie poprzez rozczłonkowanie jej na drobne skrawki?

Prócz tego z takich kawałków można stworzyć coś zupełnie nowego, w przeciwieństwie do nakładania na siebie kolejnych warstw, jak to zwykli czynić wielcy filozofowie. Zresztą… dla lepszego zilustrowania tego procesu wewnątrz sztuki Szybki strzał Burroughsa:

Nie twierdzę, że moje metody są w stu procentach ludzkie, jednak mówię,

że jeśli nie możemy myśleć o niczym cichszym i czystszym niż to…

Jesteśmy wszyscy niewiele lepsi niż nowe cierpienia ziemi.

 Nie ma dokąd pójść

Teatr jest zamknięty

Nie ma dokąd pójść

Teatr jest zamknięty

Potnij linie słów

Potnij linie muzyki

Zniszcz obrazy kontrolne

Zniszcz machinę kontrolną

 Używki/narkotyki

william_s_burroughs_smoking
WSB próbował w życiu wielu używek…

O nich można by napisać wiele. Burroughs już za młodu wmieszał się w niziny społeczne i dzięki temu zyskał dostęp do wszelakich środków odurzających, jakie tylko były „dostępne na rynku”. Na początku brał z głupoty, później stawał się coraz bardziej świadomym użytkownikiem, by skończyć jako doświadczony psychonauta. Ale co ważne, William jako dojrzały człowiek wskazywał na jedną podstawową zasadę – człowiek nie potrzebuje żadnych substancji odurzających, by wprowadzić się w wyższe stany świadomości.

W szczególności osoby młode są zdolne wywołać u siebie doświadczenia psychodeliczne bez użycia jakichkolwiek narkotyków. Burroughs zdecydowanie bardziej zalecał medytację i nienarkotyczne metody pokrewne. Jeśli chodzi o „rekreacyjne” ćpanie, to również nie był wielkim zwolennikiem. Jaranie, łykanie czy walenie w żyłę tylko dla zabawy, łatwo może doprowadzić człowieka do stanu upodlenia.

William był zwolennikiem ciągłego poszerzania swoich granic umysłowych i rozwoju wewnętrznego, dlatego też wizja człowieka, który przychodzi z pracy do domu, włącza telewizor, łyka browca, odpala skręta, idzie spać, wstaje do pracy… i tak w kółko, budziła w nim odrazę (taki osobnik staje się idealnym obiektem do kontroli). Zapewne niemniejsze zniesmaczenie wzbudzałaby w nim wizja współczesnego nastolatka, który poza graniem w gry, zrastaniem się z ekranem komputera, jaraniem zielska i waleniem konia, nie robi dokładnie nic.

Nietrudno więc chyba zrozumieć jego postulat, iż narkotyki nie są tak naprawdę potrzebne, a z pewnością nie są potrzebne wszystkim. Pamiętajmy, że Mistrz postulował ciągłe zmaganie się z przeciwnościami – bezpieczeństwo obniża potencjał jednostki. I choć takie rady mogą wyglądać dość dziwnie – szczególnie że William przez kilkanaście lat nie wychodził z opiatowego cugu, a ćpał przeróżny towar przez zdecydowaną większość swojego życia – gdy  głębiej się to przemyśli, można stwierdzić, że jest to sensowne (a może tylko dla mnie?). Bo jeśli sami nie potrafimy zmobilizować organizmu do wytężonej pracy intelektualnej, to zawsze możemy odpocząć, pomedytować itd.

Ale jeśli chcemy wspiąć się na wyżyny swoich możliwości, za co gotowi jesteśmy poświecić sporo kasy oraz część swojego zdrowia i jesteśmy tego w stu procentach świadomi, to droga wolna i jebać medytację. Jak na moje oko, w takim wypadku wjebanie dwóch ścieżek fety zamiast porannej kawy jest rzeczą zupełnie uzasadnioną. Natomiast jeśli mamy wjebać tę samą dawkę z nudów, bez świadomości możliwych konsekwencji, to lepiej się napierdolić czymś z akcyzą i rano włączyć telewizor lub pograć w grę. Tak by to chyba widział Mistrz.

Warto również zaznaczyć, że Burroughs w swym rozumowaniu nie traktował wszystkich używek tak samo. Rozróżniał przede wszystkim dwie grupy. Pierwszą można nazwać – „prawdziwe narkotyki”, drugą – „normalne używki”. Jego zdaniem „normalne używki” nie były groźne, nie wprowadzały człowieka w nałóg i jeśli brać je świadomie (jak to wyjaśniliśmy sobie powyżej), to można uzyskać wyłącznie pozytywne efekty.

Do tych niegroźnych specyfików zaliczał m.in.: marihuanę, hasz, meskalinę, LSD, grzybki i inne halucynogeny. Natomiast „prawdziwe narkotyki” to opiaty – wszelakie możliwe formy. Jego zdaniem jedynie one mogą zupełnie upodlić „świadomego ćpuna”. Pochodne maku działają jak państwowa władza, są idealnym narzędziem kontroli.

Opisując proces opiatowego cugu, William widzi w nim istotę zła, którą definiuje jako „algebrę głodu”. „Dealer maku nie sprzedaje produktu konsumentowi, tylko konsumenta produktowi” – pisze Burroughs. Człowiek uzależniony od opium odczuwa głód totalny; nie zna żadnych barier i nie zna żadnej kontroli, prócz tej, którą wywiera na nim narkotyk.

Sam Mistrz przerwał swój nałóg dopiero po kuracji apomorfiną, ale wkrótce do niego wrócił, by ostatecznie zdecydować się na kurację metadonową, którą kontynuował do końca życia, w trakcie którego podtrzymywał, że mak to „wirus” silniejszy od jakiejkolwiek choroby cywilizacyjnej.

Zupełnie inaczej Burroughs odnosił się do narkotyków z grupy „zwykłych używek”. Bo niby tak je tu przedstawiam, ale ich normalność odnosi się tylko do stosowania, a już same efekty i ich otoczka jest – można by rzec – niezwykła. William od zawsze interesował się tubylczymi plemionami Ameryki, ich kulturą, religią itd. Oczywiście, w sferze religijnej tych społeczności często pojawiały się dragi.

W jego artykułach możemy przeczytać o kultach peyotlu, banisteriopsis, haszyszu, świętych grzybków wśród ludów, które takowymi specyfikami się posługiwały lub posługują. Toteż wszelakie halucynogeny są przez Burroughsa opisywane pozytywnie, gdyż on – jako mędrzec-psychonauta – wiedział, w jakim celu takie „używki” należy sobie przyswajać. William tak był zainteresowany poszerzaniem swojej świadomości, że pewnego dnia wybrał się specjalnie do lasów Amazonii, by tam skosztować mistycznego wywaru yage.

Oczywiście, tenże skosztował, doświadczenia spisał, a później jego psychodeliczna korespondencja z Allenem Ginsbergiem została opublikowana. Wszystkich zainteresowanych odsyłam do książki, gdzie niniejsza korespondencja się znajduje, czyli do The Yage Letters – dzieła sylwicznego, powieści epistolarnej, specyficznej próby „cut-up”, a może po prostu zbieraniny wysłanych i niewysłanych listów? (serio, konkretnie popierdolona książka, nawet jak na Beat Generation).

Dla zachęty wspomnę jeszcze, że fragment jednej z narkotycznych wizji po yage został wykorzystany w Nagim lunchu. Sam charakter The Yage Letters świetnie oddaje stosunek Mistrza do narkotyków, które są tutaj niczym mistyczne porty świadomości, wiążące się jednak z pewną formą twórczej odpowiedzialności.

Kończąc rozważania o narkotykach wspomnę jeszcze, że Burroughs musiał mieć bardzo dobry organizm – po prostu wygrał los na loterii – a ponadto zawsze był aktywny, zawsze się czegoś uczył, coś czytał, rozmyślał, analizował, tworzył. Ćpał niemal przez całe swoje życie. Zaczął we wczesnych latach ‘30, a skończył w późnych ’90, tuż przed wyciągnięciem kopyt.

 Miłość-seks-konsumpcja

Lepiej pójść do gejowskiego burdelu niż do supermarketu – zdaje się krzyczeć życiowa filozofia Williama. Miłość u Burroughsa jest tą wartością, z której definicją najtrudniej mi się zgodzić. I już nie chodzi o samo negowanie istnienia takowego „uczucia”, ale o sposób odnoszenia się do niego w perspektywie związku kobiety i mężczyzny.

Burroughs był biseksualny, ale z większą skłonnością do posuwania chłopców. Ponadto był mizoginem. Kobieta już jako sam archetyp odbierana jest w kulturze zachodniej jako strażniczka bezpieczeństwa domowego ogniska. Kobiety chcą stabilizacji. Przez naturę obdarzone są instynktem macierzyńskim, a przez waginę oraz cycki rządzą męskim gatunkiem, sprowadzając mężczyzn do roli statecznych grubasów z pilotami od TV w łapach.

William nienawidził bezpieczeństwa i nienawidził stabilizacji. Jego naturą była wojna, która sprawiała, że non stop się rozwijał. Kobiety nazywał „pomyłkami natury”, więc związek osobników płci żeńskiej i męskiej uważał za jeden z największych błędów naszej cywilizacji. Samą miłość nazywał natomiast „wirusem”, który wymyśliły kobiety, by lepiej kontrolować mężczyzn.

Ponadto, „romantyczna miłość” mieściła się w kręgu cywilizacyjnych konwencji, które trzeba wyrzucić ze swojego umysłu zaraz na początku konstytuowania się swojego nowego „ja”. Cóż można stwierdzić? Nic dziwnego, że 6 września 1951 William podczas pijackiej zabawy w Wilhelma Tella rozpierdolił łeb swojej konkubinie. Przypadek? Hmm… no chyba tak, bo później przeżył deprechę życia i bardzo płakał.

Kolejny aspekt nienawiści: zdaniem Burroughsa wszystko, co normowało ludzkie życie towarzyskie i seksualne pochodzi z nauczania św. Pawła, o czym szeroko pisze w Sexual Conditioning. Chrześcijańska idea trwałego związku kobiety i mężczyzny, idea miłosierdzia, idea czystości przedmałżeńskiej były dla Williama czymś kuriozalnym, co należy usunąć ze wszystkich umysłów.

Zresztą, za największe osiągnięcie kontrkultury lat ‘60 uważał „rewolucję seksualną”. Seks był dla niego idealnym środkiem odreagowania, czy też pozbycia się zbędnego napięcia w świecie kapitalizmu. Uczucia wyższe związane z tym aktem nie grały w jego pojmowaniu żadnej roli, tak więc podczas stosunku partnerzy mogą traktować się niemal jak przedmioty. Reasumując, jeśli jesteśmy w stanie permanentnego napięcia, to z opcji: naćpać się; pójść na zakupy lub poruchać – wybierzmy ostatnią możliwość.

Jak Burroughsa lubię, tak tu mnie niebotycznie wkurwia, toteż pozwolę sobie potraktować go Freudem. William nie miał łatwego dzieciństwa. W wieku 4 lat został zgwałcony przez fagasa swojej niańki. Później odkrywał swoją seksualność w konserwatywnej rzeczywistości, gdzie bycie nieheteroseksualnym równało się ze społecznym ostracyzmem.

Jeszcze później zastrzelił przez przypadek swoją konkubinę, z którą mimo wszystko łączyła go intelektualno-emocjonalna więź. Następnie, podczas przeprowadzanych na nim sesji psychoanalitycznych, okazało się, że gnieździ w sobie spory pierwiastek kobiecy. Prócz tego wolał „w anal” i zdecydowanie bardziej w swój.

Podczas analizowania… problemu romantyczności i miłości mógł mu się włączyć standardowy mechanizm wyparcia, typowy dla homofobów, którzy brzydzą się gejów czy lesbijek ze względu na własne, skrywane zainteresowanie seksualne osobami tej samej płci. William nie miał też szczęścia do związków, bo raz go ktoś nie chciał, raz kogoś musiał zostawić, a raz kogoś przez przypadek zastrzelił.

Do tego dochodzi element traumy z wczesnego dzieciństwa oraz dorastania w czasach piętnowania gejów. Dodatkowy aspekt w deprecjonowaniu miłości pochodzi z jego „filozofii wojny”, w której nie ma miejsca na tego typu ograniczające emocje. Dla uporządkowania wspomnę jeszcze, że na dzień przed swoją śmiercią pisał właśnie o miłości i chyba się do niej przekonał, częściowo… Bowiem zdefiniował ją następującymi słowami: „Najbardziej naturalny środek uśmierzający ból”. A całą notkę zamknął napisem: „L O V E”.

Rekapitulacja

Burroughs na początku swojego rozwoju miał być zupełnie kimś innym (trochę jak ten artykuł). No ale życie jakoś tak go urządziło, że skończył jako ćpun, pedał, mizogin, socjopata i niedoceniony geniusz. Choć dla wielu pokoleń młodzieży stał się idolem, to w „poważnym naukowym świecie” nigdy nie zajął godnego swoich czynów miejsca.

Jego przemyślenia w swoich projektach wykorzystywali m.in.: Gilles Deleuze, Michel Foucault, Marshall MacLuhan czy też Felix Guattari. Queer, gender, skrajny postindustrializm, posthumanizm – to Burroughs dał początek tym wszystkim „wynalazkom” na długo przed ich nazwaniem!

Dlaczego więc studenci filozofii, filologii czy socjologii nie muszą mieć najmniejszego pojęcia o Mistrzu? Niestety, odpowiedź jest prosta i udzieliłem jej powyżej… winą jest jego „koślawa hierarchia wartości”, a przede wszystkim to, że przed nikim jej nie krył.

W świecie akademickim dominuje obłuda, układy, fałszywa nieskazitelność. Więc – jako fascynaci kontrkultury czy też kulturowego buntu – chcąc oddać cześć Williamowi, dążmy zawsze do rzeczywistej wolności, nie kryjąc się z własnymi „koślawymi hierarchiami”. A na zakończenie (i zmotywowanie) wieloletni przyjaciel Burroughsa (jaki i kochanek) – Allen Ginsberg ze swoim wierszem On Burroughs’ Work.

(…) Nagi lunch to dla nas norma,
wszak zjadamy kanapki z rzeczywistością.
Jednak alegorie rozsadza od sałaty.
Nie kryj w sobie tego szaleństwa.

 

Dezydery Barłowski

 

Fragmenty, cytaty:

  1. S. Burroughs, Naked Lunch
  2. S. Burroughs, Quick Fix
  3. S. Burroughs, Queer
  4. S. Burroughs, A. Ginsberg, The Yage Letters
  5. Ginsberg, On Burroughs’ Work

i kilka innych…

Tłumaczenie z języka angielskiego: Dezydery Barłowski

Utopie spełnione? – życie w amerykańskich komunach hipisowskich

Summer_of_Love
Human Be-In / Park Golden Gate, 1967

Jaka jest rola miłości? Wszystko, co czytałem, było przepojone ideami chrystianizmu, humanitaryzmu, błagalnym nawoływaniem do miłości bliźniego… Wszystko, co zaboserwowałem sam, bezpośrednio, było niemal zupełnie wyzute z uczucia miłosierdzia. Życie przewijało się przede mną jak nieskończony łańcuch zawiści i okrucieństwa, jak nieustanna, brudna walka o zdobywanie rzeczy błachych, nieistotnych.

– Maksym Gorki, Moje uniwersytety

Wstęp

W ostatnich kilku latach zauważyć można wzrost zainteresowania kontrkulturą lat sześćdziesiątych. Współczesne grupy kontestatorów, wśród których większość stanowią ludzie młodzi, związani ze środowiskami artystycznymi i kontrkulturowymi, szukają swoich inspiracji w tamtym okresie. Był to niewątpliwie czas, który obfitował w różne, odważne, choć często oderwane od rzeczywitości pomysły społeczne, religijne i kulturowe. Wiele „utopii”, które próbowano wtedy realizować, znalazło jednak swoje spełnienie w teraźniejszości. Sny o wirtualnych światach i sztuce cyfrowej przestały być w pewnym momencie tylko i wyłącznie marzeniami.

Nie wszystkie idee, które narodziły się w czasach „rewolucji” młodzieżowej lat sześćdziesiątych, przetrwały jednak do dnia dzisiejszego. Jedną z nich było postulowanie powrotu do życia wspólnotowego, plemiennego. Kontrkulturowa komunia miała być w teorii kierowana zasadami miłości i wolności. Czy ta i inne utopie zostały zrealizowane, czy też raczej nie przetrwały konfrontacji z brutalną rzeczywistością? Na to pytanie postaram się udzielić poniżej wyczerpującej odpowiedzi.

Hipisi, headzi i hipsterzy

14 stycznia 1967 roku w Golden Gate Park, w San Francisco, odbył się World’s First Human Be-In, co można luźno przetłumaczyć jako Pierwsze Światowe Bycie Tu i Teraz Człowieka. Ten specyficzny festiwal kontrkultury przyciągnął do parku oprócz lewicowych rewolucjonistów i headów także tysiące młodych ludzi ze wszystkich stron USA, którzy dali początek masowemu ruchowi hipisowskiemu.

Jego głównymi hasłami były: „Make love not war” i „All people are one”. W wydarzeniu wzieli udział „guru” ówczesnej kontrkultury: Timothy Leary, Richard Alpert, Allen Ginsberg, Allan Watts i inni. W tłumie ktoś przebrany za Świętego Mikołaja rozdawał LSD i jointy. Rzeczą normalną był widok wielu par młodych ludzi oddających się miłosnym igraszkom bez żadnego wstydu na oczach wszystkich zebranych.

Z perspektywy historycznej ludzi zebranych w Golden Gate Park zwykle nazywa się hipisami. Kim jednak byli hipisi? Na to pytanie najlepiej odpowiedzieć słowami Kazimierza Jankowskiego – psychologa, który opisał zjawisko: Kim więc są hipisi? Łatwiej byłoby chyba odpowiedzieć na pytanie, kim nie są!1 Stwierdzenie to na samym wstępie pokazuje, że mamy do czynienia z grupą, której nie da się tak łatwo określić.

Aldona Jawłowska umieszcza hipisów w szerokim nurcie osób walczących o nową kulturę.2 Byli to więc kontestorzy stałego porządku, którzy sami siebie nazywali headami lub frikami. Warto tutaj przytoczyć cytat Kamila Sipowicza, który opisuje ruch w sposób otwarty i nie generalizujący: Hipisi […] stali się wizualną manifestacją całego szerokiego zjawiska społecznego, obejmującego ogromne terytorium Ameryki Północnej od Nowego Jorku po Kalifornię. Od San Diego po Halifax i Vancouver.

Kontrkulturowy wir wciągał coraz więcej białej młodzieży między piętnastym, a dwudziestym piątym rokiem życia, wywodzącej się z amerykańśkiej klasy średniej. Wir ten czerpał swą siłę z krytyki podstawowych wartości tejże uprzywilejowanej warstwy. Do tego dochodził bardzo silny sprzeciw wobec toczonej przez Amrykę wojny w Wietnamie. […] Przesłanie rewolucji hipisowskiej związane było właśnie z wartościami. Pytanie: co? Zastąpiono pytaniem: Jak? Jak żyć, aby żyć w pełni? Zastąpiło pytanie poprzedniej generacji co zdobyć, aby żyć komfortowo?3

Dość stereotypowo patrząc hipisa wyróżniał przede wszystkim wielobarwny strój, długie włosy i głowa pełna pochodzących z Dalekiego Wschodu koncepcji naprawy zniszczonego społeczeństwa. Po bitnikach, poprzedniej subkulturze, hipisi odziedziczyli zamiłowanie do wolności, podróży i ciekawość odmiennymi stanami świadomości, jakie wywoływały eksperymenty z narkotykami.

Hipisi zafascynowani byli również w dużym stopniu religiami Orientu i innymi koncepcjami rozwoju duchowego. Ich szerokie horyzonty poszukiwań były związane z tym, iż rekrutowali się głównie z klasy średniej, związanej ze starannym wykształceniem uniwersyteckim i szerokimi horyzontami. Po przyjęciu nowego stylu życia wg wskazówek Timothy Leary’ego, masowo jednak „odpadali” porzucając szkoły, studia i rodzinę.

Samo słowo hippie wywodzi się najprawdopodobniej od słów hep-cat oraz hip, określających początkowo czarny, hermetyczny tłum, związany ze sceną jazzową, a później szersze środowiska wielkomiejskiej białej cyganerii, zafascynowanej bebopem i wolnym stylem życia.4 ù

Bitnicy, a potem Ken Kesey ze swoją wspólnotą The Merry Pranksters, roznieśli ideały nowej kontrkultury po Ameryce, które wkrótce opanowały Baby Boomers – młodzież dorastającą w połowie lat sześćdziesiątych. Centrum tej nowej kontrkultury, nazwanej później hipisami, stała się przede wszystkim dzielnica Haight-Ashbury w San Francisco, gdzie można było czynnie włączyć się w tworzenie nowego stylu życia.

Tu chciałbym zatrzymać się na chwilę przy semantyce słowa „hipis” i jego często niejasnych korzeniach oraz konotacjach. Jak wspomniałem wcześniej, hipisi wywodzili się bezpośrednio od beatników, ale różnica pomiędzy nimi szybko stała się bardzo wyraźna, chociaż na samym początku obydwa terminy używane były zamiennie. Nawet Paul Bowles, przebywający w Tangerze, w swoim liście do matki pisze o hipisach korzystając z dawnej nazwy, jaką określali się jego przyjaciele: W końcu Tanger najechali bitnicy. Każdego dnia widzi się coraz więcej brodaczy w uwalonych dżinsach, a dziewczyny, umalowane białą szminką, z czarną mazią rozsmarowaną wokół oczu i skołtunionymi włosami, opadającymi na ramiona, wyglądają jak uciekinierki z domu wariatów.5

Młodzież tę przyciągnęła obecność Williama Burroughsa i jego świty, uważanych przez hipisów za starszyznę. Bowles, który od wielu lat przebywał w Afryce, nie rozpoznawał jeszcze nowej subkultury, więc nazywał ich bitnikami chcąc podkreślić to, iż są dziedzicami spuścizny Ginsberga, Kerouaca, Burroughsa i Cassady’ego. Ten ostatni zresztą miał niedługo później rozpocząć swoją przygodę z psychodeliczną grupą The Merry Pranksters i jej charyzmatycznym przywódcą Kenem Keseyem. Bardzo ważne jest również przywołanie postaci Normana Mailera, który w swoim felietonie The White Negro, wydanym drukiem w 1957 po raz pierwszy publicznie używa słowa hipster.

Może być to dla nas pewien trop i kolejne ważne źródło późniejszego słowa hipis. Mailer używa go w sposób pejoratywny określając nim głównie białą młodzież lat ’20, ’30 i ’40, zafascynowaną czarną muzyką, stylem życia getta i undergroundowym slangiem. Użyte w eseju określenie „Biały Murzyn” dotyczy wszystkich białych, którzy według Mailera zafascynowali się czarną kulturą do tego stopnia, że zaczęli ją sobie przywłaszczać.

Jeden z niekwestionowanych przedstawicieli Pobitego Pokolenia, Jack Kerouac, również używa słowa hipster w swojej książce W drodze, która wydana została dokładnie w tym samym roku co felieton Mailera. Kerouac nazywa hipsterami wszystkich zafascynowanych wolnym życiem i muzyką jazzową. Słowem tym określa swoje pokolenie i osobistych przyjaciół takich jak: Ginsberg, Burroughs czy Cassady.

Semantycznie i antropologicznie bardzo ważne jest pewne rozróżnienie, którego trzeba bezwzględnie dokonać. Należy pamiętać, że nazywani hipisami niechętnie stosowali to określenie wobec siebie o wiele częściej używając określeń tj. beautiful people czy też head lub freak. O ile pierwsze określenie da się przetłumaczyć jako rodzime „dzieci kwiaty” i dotyczy ono głównie wyglądu zewnętrznego, o tyle kolejne dwa wymagają krótkiego komentarza. Head to jednostka „oświecona kwasem”, ktoś kto dostąpił wtajemniczenia i przeszedł inicjację przy pomocy substancji psychoaktywnej, wynalezionej w 1943 przez Alberta Hoffmana. Headzi byli w zasadzie fundamentem i elitą psychodelicznej kontrkultury San Francisco.

To głównie do nich kierują swoje przemówienia Timothy Leary oraz Ken Kesey. Ogromną rolę w kształtowaniu się ruchu headów odegrał zespół rockowy The Grateful Dead, który otwarcie propagował używanie substancji psychodelicznych do zmiany społeczeństwa – głównie wspomnianego wyżej LSD-25 – jako swoistych eliksirów zmieniających świadomość.

Zespół założony został w San Francisco w 1964, pierwotnie pod nazwą The Warlocks i stanowił główną atrakcję Prób Kwasu organizowanych przez Keseya, podczas których LSD rozdawane było wszystkim, nawet rodzinom z dziećmi. Od tej psychodelicznej grupy wywodzi się także swoista podgrupa headów – dead heads. Zamiennie z określeniem head stosuje się też nazwę acid head.

timothy_leary_1967
Timothy Leary / Park Golden Gate, 1967

Tom Wolfe pisze w swojej książce Próba kwasu w elektrycznej oranżadzie: Prędko przekonałem się, że środowisko headów w San Francisco było już tak wielkie, że powrót Keseya oraz jego plan „kwasowej matury” powodowały pierwszy wielki polityczny kryzys w ich świecie. Wszystkie oczy zwrócone były na Keseya i jego grupę zwaną Merry Pranksters. Tysiące małolatow ciągnęło do San Francisco chcąc żyć LSD i sprawą psychedeliczną. Sprawa to kluczowe abstrakcyjne słowo w Haight-Ashbury. Mogło oznaczać wszystko, – izmy, sposoby życia, zwyczaje, tendencje, idee, organy płciowe; sprawa i frik; frik odnosiło się do stylów i obsesji, jak na przykład „Stewart Brand to indiański frik” lub „zodiak to jej frik” albo po prostu do headów w przebraniu.

Nie było to określenie negatywne. W każdym razie, ledwie parę tygodni wcześniej headzi odbyli swoje pierwsze wielkie „be-in” w Golden Gate Park, u stóp wzgorza prowadzącego do Haight-Ashbury, dla ironicznego uczczenia dnia, kiedy władze Kalifornii zdelegalizowały LSD. Był to zlot wszystkich szczepów, wszystkich komun.Wszystkie friki przyszły i robiły swoje.

Zorganizował to head o nazwisku Michael Bowen. I zjawiły się tysiące, w kostiumowej gali, dzwoniąc dzwonkami, zawodząc chórem, tańcząc ekstatycznie, rożnymi sposobami lasując sobie mozgi i demonstrując glinom swoje ulubione satyryczne gesty, wręczając im kwiaty, zasypując sukinsynów płatkami czułości i miłości. O Chryste, Tom, było fantastycznie, sfrikowany odlot, tysiące headów, amatorów odjazdu. Robiliśmy wodę z mozgu glinom i wszystkim innym.6

Określenie hipis jest nazwą, która pochodzi spoza samej subkultury/kontrkultury, chociaż z czasem przyjęła się również i w jej kręgach. Gdy słowo załapało w drugiej połowie lat ’60, gazety i media zaczęły w zasadzie nazywać hipisami wszystkich, którzy w latach ’60 i ’70 stanowili bardzo trudną do ujednolicenia scenę kontrkulturową spłaszczając tym samym jej przekaz i różnorodność. Pierwsze, nagrane użycie słowa, zanotowano 5 września 1965, gdy w audycji radiowej padło ono z ust pochodzącego z San Francisco pisarza Michaela Fallona. Określenia hipisi użył on do opisania ruchu, którego rozwój obserwował na ulicach swojego miasta.

Jednak dopiero rok ’67 ze słynnym Latem Miłości przyniósł medialne upowszechnienie słowa za sprawą niesamowicie popularnego w tamtych czasach dziennikarza Herberta Eugene’a Caena. Prowadził on bardzo poczytną rubrykę w gazecie San Francisco Chronicle, na łamach której komentował większość ważnych wydarzeń politycznych, kulturalnych i społecznych z okolic tzw. Bay Area. Kiedy Caen użył słowa hipis, wtargnęło ono szybko do słownika mediów, jak też zakotwiczyło się na dobre w samej kulturze, w tym, w dyskursie akademickim.

To właśnie z headowego, wolnościowego klimatu, wyrasta styl życia przeciwstawny konsumpcji poprzedniej generacji Amerykanów, a także członków kultury Zachodu w ogóle. Zanegowanie większości starych wartości otwiera furtkę wolnej miłości, nowym prądom religijnym, przyzwoleniu na poszerzanie świadomości za pomocą psychodelików, a także odrzuceniu represji aparatu ścigania oraz kontroli państwowej nad życiem i wyborami lajfsatjlowymi obywateli.

Uważano, że odrodzony człowiek nie może jednak znaleźć dla siebie miejsca w strukturach współczesnego świata, który został skonstruowany tak, aby nie było w nim miejsca na prawdziwe relacje między ludźmi. Drogą realizacji ideałów miało być odrodzenie życia wspólnotowego. Ale że współczesny świat takiej wspólnoty już od dawna nie znał, należało ją stworzyć od nowa.

Podstawową przyczyną braku istnienia takiej wspólnoty w oczach uczestników rewolucji hipisowskiej jest według Romana Tokarczyka: Konkurencyjność, wyniszczająca samą wspólnotę i warunki niezbędne do jej odrodzenia […] Krytyka konkurencyjności w myśli „Nowej Lewicy” amerykańskiej połączona jest z przekonaniem o możliwości znalezienia i zbudowania modelu społeczeństwa opartego na więzach wspólnoty.7

Z powyższego wynika, że w życiu wspólnotowym próbowano odnaleźć nową jakość społeczną, odmienną od tej, będącej doświadczeniem rodziców Baby Boomers. Miało być to życie wolne, pełne miłości, bez chęci posiadania i skonstruowane od nowa. Na ile marzenia dzieci kwiatów były realne do osiągnięcia zweryfikować można na przykładzie powstałych komun i tego, co z biegiem czasu z nich zostało. Hipisi, w świetle ich wspólnotowego życia, jawią się jako jednostki, które wybrały ponad dostatek świadome życie w ubóstwie. Należy jednak pamiętać, że uczstnicy ruchu dysponowali środkami do realizacji obu wariantów.

Sen o życiu w komunie

Życie z dala od społeczeństwa, które uważa się za zakłamane, nie było w latach szcześćdziesiętych niczym nowym. Ameryka Północna to kraj, który w swojej historii oglądał różne próby życia w kontrkulturowych wspólnotach. Można wręcz powiedzieć, że jest to zjawisko wpisane w historię tego kraju.8 Różnego rodzaju świeckie komuny rolne i religijne sięgają samych początków Stanów Zjednoczonych. Hipisi korzystali więc z pewnej tradycji ucieczki od dominującego świata, który w ich mniemaniu uosabiali rodzice i represyjny aparat władzy.

Należy tu przytoczyć pochodzącą z książki Tokarczyka definicję wspólnoty R.A. Nisbeta, która zdaniem badacza pasuje do opisywanego zjawiska. Pisze on, że: Wspólnota obejmuje grupę, której członkowie – obok przynależności – powiązani są wysokim stopniem osobistej intymności. Jedynie w rodzinie można spotkać wyższy stopień tej intymności i bardziej intensywne powiązania członków. Zatem wielkość wspólnoty mierzona liczbą jej członków warunkuje w znacznym stopniu zakres i rodzaje ich wzajemnych stosunków.9 Hipisi stawiali zatem na wspólnoty mało liczne, takie w których wytworzenie więzi intymności daje największe szanse powodzenia.

komuna_hipisowska
Jedna z komun hipisowskich w latach ’70 podczas pracy w polu

Z prac badaczy zajmujących się życiem wspólnotowym wyróżnić możemy kilka rodzajów komun. I tak za Rosabeth Moss Kanter można podzielić je na „ucieczkowe” oraz takie, które przyjmują jakiś z góry określony cel tzw. „komuny z misją”. Ta sama autorka wskazuje również na dodatkowy podział komun na: psychologiczne, religijne i polityczne.10 Aldona Jawłowska przytacza jeszcze podział na komuny produkcyjne, komuny twórcze oraz komuny-służby, które akcentują motyw poświęcania się dla kogoś.11

Mówiąc o komunach hipisowskich mamy do czynienia z całym kalejdoskopem różnych założeń. Występują więc tutaj zarówno komuny wiejskie jak i miejskie, polityczne i religijne czy też wspólnoty twórcze. Każda z nich wypracowywała nowy wzorzec życia starając się tworzyć coś, co w przyszłości będzie naśladowane przez ludzi z całego świata.

W różnych miejscach Stanów Zjednoczonych ludzie porzucali standardowe społeczeństwo i rozpoczynali odkrywczą wędrówkę, która miała odnaleźć ten jeden właściwy sposób życia. U podstaw hipisowskich komun miała jednak leżeć anarchistycznie postrzegana „wolność całkowita”. W rezultacie sprowadzało się to do tego, że jeśli ktoś źle czuł się w jakiejś wspólnocie i nie aprobował jej zasad, mógł ją opuścić i znaleźć sobie inną.

Dlaczego komuny hipisowskie, w których często panowała bieda, złe warunki sanitarne i kiepska organizacja, przyciągały tylu młodych ludzi? Odpowiedzią na to pytanie może być cytat pochodzący ze Współczesnych utopii Szackiego. Pisze on, że współczesnych twórców komun obchodzi: Alternatywa stosunków pomiędzy jednostkami. Jeśli mówią o instytucjach, to po to, by przeciwstawić im jednostkę […] Komuna okazuje się atrakcyjna nie dlatego, że rozwiązuje polityczne, społeczne czy ekonomiczne problemy współczesnego świata, ale dlatego, że rozwiązuje problemy psychologiczne i moralne: obiecuje likwidację samotności, sztuczności, obłudy, anonimowości, alienacji, nieautentyczności, urzeczowienia stosunków między ludzkich.12

Komuną, wokół której obrosły legendy o jej idealności, była wspólnota założona przez Gridleya Wrighta – Strawberry Fields. To właśnie o niej, w jednej ze swoich piosenek śpiewają The Beatles. Komuna przetrwała 6 miesięcy, a jej istnienie przerwał pożar. Członkowie Strawberry Fields za punkt wyjścia obierali ocenę człowieka we współczesnym świecie. Poszarpane ego, które człowiek opacznie uważa za istotę swojego bycia było wg Wrighta przyczyną cierpienia. Główną zasadą działania członków jego wspólnoty było przejęte potem przez inne grupy hasło: „Do your own thing”, które znaczyło tyle co „Rób swoje”.

Warto również przyjrzeć się przyczynom powodzenia komuny Strawberry Fields mając na uwadze często tragiczny los, jaki dotknął inne tego typu grupy, które opanowała fala narkomanii i przestępstwa. Można powiedzieć, że przyczyny te tkwiły w licznych odstępstwach od złotych zasad, którym hołdowali hipisi. Pierwszym odstępstwem było zaakceptowanie, niekwestionowanego przywództwa charyzmatycznego Gridleya Wrighta.

Mówił on, że: Gdyby znalazł się koś, kto zachowywałby się agresywnie wobec dziewcząt albo innych członków komuny , powiedziałbym mu wprost: człowieku, zabierają swoją śmierdzącą dupę i zjeżdżaj, nie podoba ci się tu widocznie, ty nam się też nie podobasz, rób swoje, ale nie tu.13 Strawberry Fields miała swoje własne, niepisane normy. Zawsze był tam ktoś, kto myślał o wszystkim, na przykład o tym, aby wszyscy byli najedzeni. Za powód powodzenia tej komuny uważa się również to, że tworzyli ją głównie ludzie po trzydziestce.

Jeśli idzie o cele i wartości hipisowskich komun to za podstawowe nalezy uznać te, które determinują kierunek dążeń członków komun. W komunach świadomość grupowa to suma świadomości indywidualnych. Starano się za wszelką cene wyrugować z życia zachowania, które potępiało się w społeczeństwie tradycyjnym.

Aldona Jawłowska uważa, że: Celem głównym jest stworzenie alternatywnego społeczeństwa […] Sprawdza się tu, jak można żyć odrzucając to wszystko, co oczywiste, uznane, usankcjonowane przez tradycję, obyczaj, wychowanie, wzory rodzinne i środowiskowe. […] Poszukuje się takich form istnienia, które pozwolą pogodzić wolność ze wspólnotą, zminimalizować w granicach możliwości nierówność oraz płynące stąd frustracje i cierpienia, znieść alienacje pracy. […] Celem życia jest odbudowa zniekształconej osobowości, zniszczonych więzi ze środowiskiem naturalnym,doprowadzenie do tego, żeby wszystkie czynności służyły samorealizacji, żeby zniknął sztuczny podział między pracą a czasem wolnym.14

Czytając ten cytat należy mieć na uwadzę to, że każda ze wspólnot wypracowała swój charakterystyczny obraz owych bardzo uogólnionych przez Jawłowską celów. Dla przykładu posłużę się tutaj dwoma komunami. Komuna Drop City stawiała na przemianą widzianą przez sztukę natomiast mistyczno-religijna komuna Oregon Family stawiała głównie na poszerzanie świadomości. Postulowanym celom w komunach hipisowskich przyporządkowywuje się całą codzienność.

Rytm życia wspólnot nie jest w niczym podobny do rytmu życia tradycyjnego społeczeństwa. Najważniejsze jest przede wszystkim zniesienie podziału na czas wolny i czas pracy wzorem idei anarchistycznych Charlesa Fouriera. Życie w komunie było podporządkowane idei samorozwoju. Czas traktowany był w wymiarach egzystencjalnych, a nie produkcyjnych czy też technicznych.

the_grateful_dead
The Grateful Dead

Odrzucenie wyścigu szczurów miało spowodować brak pośpiechu i jakiegokolwiek przymusu. Po raz kolejny warto przywołać słowa Aldony Jawlowskiej, która pisze że: Każda chwila powinna być dostzegana jako element trwania wieczności, kosmosu, nie tylko jako moment przebiegu ludzkiego życia. […] W wielu komunach pojęcie „czasu wolnego” zatraca sens, gdyż cały czas jest wolny, poświęcony na zajęcia wybrane, twórcze, nie podporządkowane rygorom cyklu produkcyjnego.15 Skoro odrzucano cykl produkcji, jak zatem pozyskiwano środki na utrzymanie się przy życiu? Wymienione wcześniej dwie komuny nie prowadzą żadnej działalności produkcyjnej. Utrzymują się z tego co wyrzuci społeczeństwo i z wszelkiego rodzaju nadwyżek. Powoduje to jednak paradoksalne uzależnienie od społeczeństwa, którego członkowie komun często nie zauważali.

W kwestiach rodziny i wychowania mieszkańscy wspólnot oddalili się jednak od tradycyjnego społeczeństwa chyba najdalej. Należy tutaj znowu przypomnieć, że nie w każdej grupie obowiązywały te same założenia. Szukając, na pewno udałoby nam się znaleźć takie komuny, w których funkcjonowały jak najbardziej tradycyjne modele rodziny i partnerstwa.

W większości jednak postulowano tak zwaną rodzinę powszechną, w której wszyscy odnosili się do siebie jakby byli spokrewnieni. Dzieci nie były traktowane jak własność rodziców tylko równorzędne istoty ludzkie, które również „robiły swoje”. Zazwyczaj prowadziło to jednak do sytuacji patologicznych, o których mówi Yablonsky – autor książki o hipisach pt. The Hippy Trip, którą spisał podczas podróży z Gridleyem Wrightem.

Pisze on: W czasie rozmowy poczułem się zmuszony wyłączyć magnetofon i zwrócić uwagę na małego czteroletniego blondasa, który kręcił się bez celu i głośno płakał. Dziecko miało na sobie długą zieloną suknię, potwornie brudną. Jedna nóżka była obuta, druga bosa. Nikt nie zwracał na nie uwagi. […] Poczułem, że cuchnie moczem i kałem.16

W kwestii wychowania i rodzicielstwa hipisi ponieśli sromotną klęske. Dzieci były z komun zabierane albo same z nich uciekały w opłakanym stanie. Nie była to również rzecz typowa dla wszystkich komun. Zdarzały się takie, jak np. Strawberry Fields, w którym o dzieci się troszczono i podobne sytuacje nie miały miejsca.

Wspólnoty w swoim codziennym życiu praktykowały wolną miłość, która polegała na swobodnym dobrze partnerów seksualnych. Było to przeciwstawienie się wzorowi rodziny tradycyjnej, w której hipisom przyszło się wychowywać. W komunach każdy miał być wolny, nikt nie był niczyją własnością. Związek kobiety i mężczyzny postrzegany był właśnie jako relacja własności, kierowana zazdrością i chęcią posiadania drugiej osoby na wyłączność.

Niestety, takie życie w połączeniu z kiepskimi warunkami sanitarnymi często prowadziło do opłakanych skutków. Zjawiskiem powszechnym były również gwałty na mieszkankach komun przez ciemnoskórych młodocianych przestępców, którzy często korzystali ze sposobności, jaką stwarzała komuna, położona nieopodal czarnego getta.

Jeśli chodzi o własność prywatną, wyglądało to różnie w zależności od wspólnoty. W większości przypadków postrzegano posiadanie rzeczy i chęć do ciągłego ich pomnażania jako jeden z powodów nieszczęścia i nadbudowywania porównywanego do nowotworu ego. Członkowie wspólnot mieli zazwyczaj wszystko wspólne. Podczas swoich podróży Yablonsky wraz z Wrightem znaleźli się w komunie Gorda, która chyliła się ku upadkowi.

Wizyta Wrighta była dla hipisów, zamieszkujących tą wspólnotę, niczym powiew ożywczego wiatru. Gridley Wright niczym guru przemawiał do zebranych, zrozpaczonych hipisów tymi słowami: Ci, którzy kradną, są jednymi z was. Jeśli ktoś chce mieć coś, co ja mam, proszę bardzo, może to mieć, to nie jest moja własność. Wszystko należy tu do wszystkich, jeśli ktoś chce zabrać mój śpiwór, ponieważ go potrzebuje, proszę bardzo – jest jego.17

Zdarzały się również komuny, które w swoich poszukiwaniach odeszły tak daleko od „normalnego” społeczeńśtwa, że często ciężko było zrozumieć o co w ogóle im chodzi. Ciągłe medytacje, połączone z zażywaniem środków psychodelicznych, powodowały przeniesienie środka ciężkości swojego życia na świat przeżyć wewnętrznych.

Świetnie ilustrują to słowa jednego z mieszkańców komuny mistycznej Amana, który starał się przedstawić życie w tej społeczności: Wszystko w komunie jest spersonifikowane i święte. Atmosferę tworzy sama samoekspresja uczuć , podobna do promieni słońca lub wiatru […] W stanie duchowego samoposiadania, cała wasza percepcja przestrzeni, koloru, struktury wewnętrznej rzeczy, jest zakwestionowana. […] Pamiętam jasne, słoneczne, poniedziałkowe popołudnie w Amana, kiedy melodyjne dźwięki południowych śpiewów mieszały się z brzęczeniem pszczół. Widziałem wtedy jak społeczność przekształca się w rozżażony blask żółtego i zielonego światła, płonący ponad wszystkimi rzeczami i ponad każdym z ludzi. Inspiracjoniści nazywają to duchową ekstazą, wizytą ducha świętego, gdy każdy zna i widzi w wyobraźni wszystkie myśli innych.18

Niektóre istniejące komuny utrzymały się do dnia dzisiejszego zmieniając sposób swojego funkcjonowania wraz z upływem lat. Przykładem takiej wspólnoty jest Farma, założona przez Stephena Gaskina i 320 hipisów na powierzchni 720 hektarów w Tennessee.19 W chwili obecnej zamieszkuje ją wiele rodzin, zajmujących się głównie pozyskiwaniem energii metodami naturalnymi. Inne wspólnoty rozpadały się jednak bardzo szybko zamieniając się w tzw. meliny, które stały się centrami przestępczości i patologii.

Tak np. stało się z wieloma komunami w Haight-Ashbury po opuszczeniu dzielnicy przez Diggerów – ruchu, który działał na zasadach wolontariatu, a którego celem było rozwijanie alternatywnej społeczności. Nie wolno również zapominać, że tak wielkie i pozytywnie odebrane wydarzenie, jak festiwal muzyki i sztuki Woodstock z roku 1969, zorganizowane zostało przez członków komuny zamieszkującej Sullivan Country. Można zatem wnioskować, że wszystko leży w gestii ludzi, którzy brali się za tworzenie danej wspólnoty.

Ken_kesey_Neal_Cassady
Ken Kesey i Neal Cassady na Próbie Kwasu

Mimo przypadków, w których komuny przetrwały do dnia dzisiejszego albo czasów nam bliskich, większość z nich rozpadła się po krótszym lub dłuższym okresie trwania. Zazwyczaj było to spowodowane ustąpieniem wzniosłych ideałów na rzecz zachowań patologicznych, które przedstawiłem powyżej. Do tego dochodziła szerząca się narkomania i zwyczajne „wyrastanie” hipisów z młodzieżowego buntu.

W książce Jankowskiego przeczytać możemy, że: Życie we wspólnocie przynosi może większą satysfakcję ale jest z pewnością niełatwe, wymagające wysiłku. Do komun hipisowskich przychodzą młodzi ludzie, którym wydaje się, że w ten prosty sposób rozwiążą wszystkie problemy z własnego życia. Jest to oczywiście mit i dlatego komuny te rozpadają się. Komuny dorosłych natomiast, podejmują decyzję znacznie bardziej świadomie […] Komuny te są znakomicie zorganizowane, podczas gdy komuny składające się głównie z nastolatków łatwo ulegają anarchii.20 Powyższy cytat podsumowuje w zasadzie poruszoną przeze mnie problematykę.

Zakończenie

Mieszkańcy komun przykładali wielką wagę do życia codziennego. Każdy jego element musiał być świadomy i często nabierał wręcz sakralnego znaczenia. Ta swoistego rodzaju ciągła medytacja brała się głównie z buddyzmu ZEN, który stanowił jedną z ważnych inspiracji ruchu. W tym eksperymencie, bo tak można mówić o życiu komunardów, chodziło o rozwój własnej, niepowtarzalnej wyjątkowości. Była to próba pogodzenia skrajnego indywidualizmu z życiem we wspólnocie. Uzależnienie się od Molocha, o którym pisał w Skowycie Allen Ginsberg, było celem, który w mniemaniu hipisów uświęcał środki. Dlatego można było przymrużyć oko na wiele nieudanych prób budowania wspólnot.

Ta misja tworzenia nowego człowieka przez kontrkulturę miała jednak również swoje ofiary. Liczni wykolejeńcy, narkomani i ludzie nieprzystosowani do społeczeństwa to wprawdzie marginalne, ale jednak realne pokłosie tamtych prób. Jak pisze Sipowicz: Życie w komunach miało być ciągłą terapią i autoterapią. Liberalizacja wychowania dzieci chciała doprowadzić do rewolucyjnych transformacji i naprawy zepsutych relacji międzyludzkich, a przede wszystkim wewnątrzrodzinnych. Destrukcyjny pęd życia w przemysłowym mieście starano się zastąpić wiejską sielanką z karmiczną matką spoczywająca w mistycznej mandali i zdobywającymi pożywienie mężczyznami.21

Czy jednak, mimo wielu nieudanych konfrontacji z twardą rzeczywistością i złudnymi marzeniami o pokojowym charakterze człowieka, można mówić o utopiach spełnionych? Jak już wspomniałem wyżej, utopie te zostały do pewnego stopnia zrealizowane, ale czy w obliczu bardzo małej liczby, tych, które przetrwały do dzisiaj, możemy mówić o całkowitym spełnieniu postulatów ruchu? Komuny miały dawać uniwersalny wzorzec dla całej ludzkości. Rozpatrując to zagadanie z tej właśnie strony musimy przyznać, że utopie w swoim założeniu przegrały w końcu z rzeczywistością.

Zastanawiając się jednak nad człowiekiem jako jednostką i nad wielką zmianą, jaka zaszła za sprawą tamtych czasów w całej kulturze zachodniej i mentalności ludzi, można spojrzeć na zjawisko życia hipisowskich komun bardziej przychylnym okiem. Być może był to zbyt szybki krok w stronę powszechnego pokoju i miłości? Być może człowiek nie jest jeszcze na etapie, w którym da się postulowaną wolność i miłość pogodzić z rzeczywistością? Pozostaje nam jedynie mieć nadzieje, że kiedyś wartości te powrócą z taką samą siłą, jak w tamtych czasach i znajdą swoje realne potwierdzenie. Wydaje mi się, że świat postulowany ma realną szansę stać się światem rzeczywistym. Być może trzeba na niego jednak trochę dłużej poczekać.

Michał „AntAgonist” Knychaus

 

Przypisy:

1. K. Jankowski, Hipisi w poszukiwaniu ziemi obiecanej, Warszawa 2003, str. 40.

2. A. Jawłowska, Drogi kontrkultury, Warszawa 1975, str. 148.

3. K. Sipowicz, Hipisi w PRL-u, Warszawa 2008, str. 10.

4. K. Jankowski, op. cit., str. 41.

5. Paul Bowles [za:] Michelle Green, Sen na końcu świata, [w:] Literatura na świecie, nr 7-8, Warszawa 2005. s. 236.

6. T. Wolfe, Próba Kwasu w Elektrycznej Oranżadzie, Czarna Perła – wydanie elektroniczne. s.10-11.

7. R. Tokarczyk, Utopia „Nowej Lewicy” amerykańskiej, Warszawa 1979 str. 126.

8. Ibidem, str. 124.

9. Ibidem, str. 116.

10. A. Jawłowska, op. cit., str. 227.

11. Ibidem.

12. J. Szacki, Współczesne utopie (Amerykańskie komuny ostatniej dekady) [za:] R. Tokarczyk, Utopia „Nowej Lewicy” amerykańskiej, Warszawa 1979, s. 129.

13. G. Wright [za:] K. Jankowski, Hipisi w poszukiwaniu ziemi obiecanej, Warszawa 2003, s. 108.

14. A. Jawłowska, op. cit., s. 229.

15. Ibidem, s. 232.

16. L. Yablonsky [za:] K. Jankowsi, Hipisi w poszukiwaniu ziemi obiecanej, Warszawa 2003, s. 133.

17. G. Wright [za:] K. Jankowski, Hipisi w poszukiwaniu ziemi obiecanej, Warszawa 2003, s. 103.

18. W. C. Christen, Communal Mysticism and Geistliche Gelassenheit [za:] A. Jawłowska, Drogi kontrkultury, Warszawa 1975, s. 271.

19. K. Sipowicz, op. cit., s. 47.

20. K. Jankowski, op. cit., s. 112.

21. K. Sipowicz, op. cit., s. 59.

 

Bibliografia:

– Jankowski Kazimierz, Hipisi w poszukiwaniu ziemi obiecanej, Warszawa 2003.

– Jawłowska Aldona, Drogi kontrkultury, Warszawa 1975.

Kontrkultura. Co nam z tamtych lat?, red. Burszta J. Wojciech, Czubaj Mariusz, Rychlewski Marcin, Warszawa 2005.

– Tokarczyk Roman, Utopia „Nowej Lewicy” amerykańskiej, Warszawa 1979

Sipowicz Kamil, Hipisi w PRL-u, Warszawa 2008

Ukradnij tę książkę: PRZETRWANIE! – Wolne ubrania i meble

steal_this_book_hoffman

 

Wolne ubrania

Jeśli okradanie sklepów wygląda na łatwe, nie można tego porównywać z kradzieżą ubrań. Spróbuj to robić na schludnych, odosobnionych stoiskach. Lżejsze rzeczy tj. koszulki, kamizelki, paski czy skarpetki możesz przewiązać naokoło własnej talii lub nogi używając do tego w razie potrzeby gumek recepturek. Wybierz w środku parę towarów i wyjdź ze sklepu bez nich.

W większych miastach wciąż istnieją jakieś wolne sklepy pamiętające czasy flower power. Kościoły często przeprowadzają różne akcje charytatywne. Zacznij udawać duchownego i zgadaj się z jakąś większą fabryką odzieżową w twojej okolicy.. Zwykle z chęcią oddadzą skrzynkę albo dwie koszule, parę spodni czy bielizny dla kościelnych żebraków lub więźniów. Bądź pewny, że wysłali ci twój rozmiar. Powiedz im, że „twój chłopak” przyjdzie odebrać błogosławiony podarunek i że wspomnisz o nich w wieczornej modlitwie.

Jeśli zauważysz, że ktoś wyprowadza się z mieszkania albo z domu obok, zapytaj czy nie będą zostawiali ubrań. Zwykle wyrzucają różne rzeczy tj. jedzenie, meble czy książki. Zaoferuj im swoją pomoc podczas wynoszenia rzeczy w zamian za wzięcie tego, czego nie będą chcieli zabrać ze sobą. Wybierz się z ciężarówką i paroma przyjaciółmi do bogatszego sąsiedztwa. Dzwoń do drzwi i mów osobie, która otworzy, że zbierasz użyteczne ubranie dla „biednych, bezdomnych ofiar obecnej powodzi w Quianto, małej wiosce w Arabii Saudyjskiej”. Zgarniasz towar. Niech to będą jedzenie i ubrania. Powiedz że jesteś z grupy, która nazywa się Serce Dla Dobroczynności. Pomocny może być sfałszowany list z kościoła.

Coś takiego prowadzi Armia Zbawienia, możesz brać od nich ubrania za niską cenę. Możesz też kupić parę dobrych, zwyczajnych butów za 25 centów w kręgielniach po prostu w nich wychodząc. Jeśli musisz zostawić swoje własne buty w depozycie, przyjdź w najbardziej znoszonych, jakie masz. Zwróć uwagę czy twoi przyjaciele stracili lub zyskali na wadzę. Ta wielka zmiana jest równoznaczna z dużą ilością ubrań, które tylko leżą w szafie. Pojaw się w akademikach, kiedy college ma przerwę letnią lub zimową.

Pójdź na stacje kolejowe lub autobusowe i udaj się do biura rzeczy znalezionych. Powiedz, że zostawiłeś swój płaszcz, rękawiczki lub parasol kiedy przyjechałeś do miasta. Zabiorą cię do pokoju z tysiącem znalezionych rzeczy. Weź to, co ci się spodoba. W tym czasie zerknij na fajną torbę lub walizkę i zapamiętaj jej znaki szczególne. Może ją,później odebrać twój przyjaciel. W każdej torbie znajdzie się dużo niespodzianek. Mamy bliskiego przyjaciela, który w ten sposób znalazł kilka kilogramów marihuany.

Duże sieci pralni, zwykłych czy chemicznych, mają często tysiące rzeczy, które nie zostały odebrane. Fabryki przez zepsute szwy czy inne spierdolone rzeczy zawsze oferują parę koszul, sukienek i garniturów za niską cenę. Sklepy robią zaś obniżki na wystawione rzeczy: manekiny mają zwykle rozmiar 40 dla mężczyzn i 10 dla kobiet. Rozmiar 7 ½ jest standardowym rozmiarem pokazowym dla męskich butów. Jeśli masz dokładnie ten rozmiar, możesz dostać stylowe ciuchy za mniej niż połowę ceny.

Sandały

Wietnamczycy i ludzie z Trzeciego Świata, potrafią robić fantastyczną, mocną i wygodną parę sandałów z opony. Wycinają kawałek z zewnętrznej strony opony (obrysowując kredą stopę), by zrobić podeszwę. Następnie wycinają sześć otworów w podeszwie, by przewlec przez nie paski z gumy. Paski robi się z opony pneumatycznej. Nie potrzeba igieł. Jeśli masz szerokie stopy, skorzystaj z szerokich opon do tirów. Na cięższe dystanse spróbuj opon radialnych. W celu uzyskania największej satysfakcji i jakości ukradnij opony z radiowozu psiarni lub rządowej limuzyny. Spójrzmy prawdzie w oczy, jeśli naprawdę chcesz zwalczyć problem odzieży, przeprowadź się do ciężkich krajów i biegaj na golasa. Skóra jest absolutnie wolna i zawsze będzie w modzie. A jeśli już mówimy o modzie, dla mniejszych i większych, pojawią się oczywiste korzyści, kiedy dojdzie do kradzieży sklepów i przenoszenia broni lub bomb.


Wolne meble

Spółdzielnie mieszkaniowe mają ładne meble wszystkich rodzajów. Jeśli chcecie dobrze wystroić mieszkanie, wypożyczcie ciężarówkę (nie musi to być żadna firma przeprowadzkowa) i odbierzcie rzeczy w uniformach roboczych. Kiedy szkoły strajkują, a studenci wstrzymują zajęcia i debatują po nocach, można znaleźć tam yipisów szwędających się po akademikach i schowkach, zbierających kanapy, biurka, narzędzia do drukowania, maszyny do pisania, powielacze itp., by przechować je w podziemnych, sekretnych legowiskach. Bezczelna grupa yipisów ze wschodu próbowała ukraść gigantyczny komputer IBM 360 w czasie gdy w szkole był strajk. Cała zasługa przypadła tym, którzy zapewnili taczki do jego transportu.

Zamelduj się w wysokiej klasie motelu lub hotelu pamiętając o tym, by przebrać się w kolory tapety. Weź ze sobą wielką teczkę dla niepoznaki i podaj fałszywe imię. Miej pewność, że torbę przeniesiesz ty, a nie boj hotelowy. Niech znajomi odwrócą ich uwagę. Kiedy będziesz w pokoju, zagarnij wszystko, co możesz zmieścić w torbie: radio, telewizor (nawet jeśli ma specjalny kabel, możesz go przeciąć nożem i przestawić przewód), koce, papier toaletowy, szklanki, ręczniki, pościele, lampki (podróby Winslowa Homera ze ściany możesz sobie odpuścić), Biblię, mydła i dywaniki. Przed wyjściem (nocne godziny są najlepsze) wywieś karteczkę „NIE PRZESZKADZAĆ” na klamce. Da Ci to dodatkowych kilka godzin by zawinąć za granicę stanu i zarejestrować się w kolejnym hotelu.

Właściciele lokali, którzy remontują swoje budynki, wyrzucają kuchenki, stoły, lampy, lodówki i dywany. W większości miast każdy rejon ma jeden konkretny dzień przeznaczony na wyrzucanie stosów rupieci. Zadzwoń do służb oczyszczania miasta i powiedz, że żyjesz w tej części miasta, w której można zdobyć najdroższe gówna i wyznacz sobie dzień zbiorów. Tej nocy znajdą się fantastyczne okazje na ulicach. Ogarnij tyły dużych supermarketów, by wziąć sprzęt AGD, rzeczy z wystaw i lekko uszkodzone meble które zostały wyrzucone.

Budowy to świetne miejsca by skręcić materiały do skonstruowania mebli (nie wspominam nawet o materiałach wybuchowych). Z wielkich, drewnianych rolek na kable można zrobić świetne stoły. Z pustaków, cegieł i desek można zrobić regał. Z drzwi można zrobić stoły. Beczki można przerobić na stołki lub krzesła. Możesz oczywiście znaleźć różne inne zasoby, jak na przykład kable, rurki, latarki czy kaski. Nie zapominaj o znakach odblaskowych i czerwonych latarniach, które możesz wykorzystać do swoich pokazów świetlnych. Lampy naftowe są dobre do gotowania, a dymiące i jasno-świecące race mogą zostać użyte jako imitacje dynamitu.

Abbie Hoffman

(tłum. Michał Pasternacki / red. Conradino Beb)

 

Źródło: Abbie Hoffman, Steal This Book, Grove Press, USA 1972.

Długi lot metafizycznego anarchisty – Conradino Beb rozmawia z Dariuszem Misiuną

W pewien piękny listopadowy poranek siadłem sobie do rozmowy z Dariuszem Misiuną – socjologiem, rebeliantem, metafizycznym anarchistą, filarem polskiego undergroundu, człowiekiem-legendą polskiej sceny wydawniczej… który jako właściciel założonego w 2001 wydawnictwa Okultura nieprzerwanie wzbogaca krajowy rynek o bezcenne pozycje z kategorii kontrkultury, współczesnego okultyzmu, kultury psychedelicznej oraz idei wywrotowych. Naprawdę nie ma w Polsce drugiego takiego wydawnictwa!

Mimo że DUŻE media nadały Darkowi w późnych latach ’90 etykietkę „czarnego papieża”, zatrwożone promowaną przez niego myślą, była to w dużej mierze część nieszczęśliwego kursu polskiego establishmentu w stronę bezwzględnego zamordyzmu, którego wraz z wieloma innymi osobami padł ofiarą, a który w ostatnim czasie osiągnął swoją kulminację. Jednak nawet w obliczu zbliżającego się końca świata, gigantycznego kryzysu ekonomicznego i anomalii piętrzących się na polskiej scenie politycznej, OKULTURA ma się lepiej niż kiedykolwiek, gdyż siła optyzmizmu jest w stanie przenosić góry i podbijać kosmos. Poniższy wywiad zbiegł się szczęśliwie w czasie wraz z oddaniem do druku 3. numeru kultowego pisma Trans:Wizje!

Conradino Beb: Ciężko się składało trzeci numer Trans:Wizji?

Dariusz Misiuna: Oddawanie pisma do druku zawsze wiąże się z pokaźnym wydatkiem energetycznym, ponieważ nie wszystko można kontrolować i w dużej mierze trzeba improwizować. Ot, na przykład rola czynnika X, tego co nieprzewidziane w procesie twórczym, okazuje się nie do przecenienia. Tym razem mieliśmy w redakcji grypę i zapalenie płuc, tak więc trzeci numer Trans:Wizji dosłownie wycisnął z nas siódme poty.

Conradino Beb: Ale będzie za to lepszy od poprzednich numerów?

Dariusz Misiuna: Nie mnie to oceniać. Będzie na pewno inny, bardziej spójny. Pracując nad poprzednimi numerami bawiliśmy się światem znaczeń. W pierwszym numerze tematem przewodnim była transformacja, pod którą podpięliśmy zarówno zjawiska odnoszące się do modyfikacji ciała i świadomości, jak i te związane z samym procesem twórczym. Drugi numer był poświęcony transgresjom i rownież dotyczył szerokiego wachlarza zjawisk. Obecny numer, dotyczący psychoszamanizmu, w 90% skupia się na szamanizmie psychodelicznym, kulturze psychodelicznej i badaniach nad psychodelikami. Jest więc bardziej wyrazisty, ale też pewnie mocniej specjalistyczny. Nie było jeszcze na rynku polskim publikacji, oddającej głos ludziom, którzy są „profesjonalistami od psychodelików”. Myślę, że nowy numer dobrze wypełni tę lukę.

Conradino Beb: No wlaśnie, ciekawą sprawą jest, że Trans:Wizje raczej nie są pismem przystępnym poruszając wiele tematów na poziomie akademickim czy wręcz ezoterycznym, a jednak zainteresowanie jest ogromne. Długo nie bylo na polskim rynku tego typu pisma, prawda?

Dariusz Misiuna: Mogę się tylko uśmiechnąć. Wydaje mi się, że przynajmniej część osób zainteresowanych szeroko pojmowanymi marginaliami kultury lubi kiedy docenia się inteligencję czytelników. Trans:Wizje nie są wprawdzie pismem naukowym, ale nie zamierzamy też traktować podejmowanych tematów po „łebkach”. Pisma, które tak robią, kopią sobie własny grób na podglebiu Internetu. Chcemy prowokować do myślenia. Nie podejmujemy tematów doraźnych. Nie powielamy njusów. Szukamy tego, co nieoczywiste w obszarze kultury. Tego, co pulsuje w jej tkance. Cieszy nas to, że nie nadajemy w głuszy, że są ludzie, którzy chcą nas czytać. Wielu z nich staje się później naszymi współpracownikami. Pewnie, niemały wpływ na ten rezonans ma fakt, że przy okazji wydawania kolejnych numerów pisma organizujemy mini-festiwale.

Conradino Beb: Coś sie faktycznie dzieje na polskiej scenie czytelniczej w ostanich, powiedzmy dwóch latach. Wygląda to trochę na efekt zmęczenia masowym kursem, obranym przez wszystkie niemal polskie segmenty medialne na początku nowego stulecia. Osobiście widzę w tym zapowiedź powrotu fantastycznej energii początku lat ’90, kiedy panowała ta radosna atmosfera tworzenia, poczucie że wszystko jest mozliwe… choć dużo sie od tego czasu zmieniło, nieprawdaż?

Dariusz Misiuna: Żyjemy w zupełnie innych czasach. Okres przełomu lat ’80 i ’90 to był w Polsce karnawał. Wszystko wydawało się możliwe. Braliśmy sprawy w swoje ręce. Tzw. trzeci obieg, czyli różne fanziny związane ze sceną HC/punk, art ziny oraz pisma anarchistyczne, był potężniejszy od całej suto sponsorowanej prasy solidarnościowej. Codziennie odbywały się demonstracje, koncerty, przeplatane szalonymi podróżami po kraju i balangami. Obecnie jest całkiem inaczej, choć wyraźne jest poczucie, że tak dłużej być nie może. Jednak nie wydaje mi się, abyśmy mieli do czynienia z rozkwitem inicjatyw wydawniczych. Wręcz przeciwnie. Wszystko raczej zwija się w stronę Internetu. Pytanie tylko, co czeka nas za rogiem? Eksplozja czy implozja? Nie wiem. Nie sposób nic przewidzieć. Trzeba więc „robić swoje”.

Conradino Beb: Jaki jest wiec sens wydawania jakościowego pisma papierowego w erze digitalizacji, kiedy większość tradycyjnych mediów dokonuje dynamicznej migracji online?

Dariusz Misiuna: Jest. Internet wciąż niesie ze sobą pewne ograniczenia. Czytanie długich tekstów bywa mało wygodne. Nie sposób nacieszyć się całym kontekstem związanym z papierową edycją: dotykiem, szelestem papieru, zapachem, przestrzenią ilustracyjną. Myślimy o T:W bardziej jak o mini-albumach dostarczających mocy inspiracji. Nasz przykład dowodzi, że jeśli dostrzega się inteligencję czytelników, otrzymuje się w zamian ich uwagę.

Conradino Beb: A uwaga jest tym co się liczy, poza sferą pieniędzy… to trochę takie wydawnicze ZEN. Kiedy zakładałeś OKULTURĘ w 2001 mialeś jednak tą samą ideę – oprócz realiów ekonomiczno-społecznych w twoim podejściu do wydawania książek czy magazynów niewiele się chyba zmieniło?

Dariusz Misiuna: Wydaję to, co lubię. Początkowo przyświecała mi jeszcze misja, by wypełnić pokaźną lukę istniejącą na polskim rynku w zakresie tekstów źródłowych z pogranicza kontrkultury i zachodniej tradycji ezoterycznej. W ciągu kilkunastu lat sytuacja uległa znacznej poprawie. Inne wydawnictwa podjęły za nami ten temat. Dlatego wpadliśmy na pomysł by robić dwa pisma: Hermaion – poświęcony naukowym badaniom ezoteryki oraz Trans:Wizje – pismo psycho-aktywne. Lubię ciągłe wyzwania. Nie dla mnie spoczywanie na laurach ani zjadanie resztek ze stołu kultury. Pieniądze w tym wszystkim mają znaczenie drugorzędne. Liczą się tylko po to, by móc realizować wizje.

Conradino Beb: Ale rynek polski robi się mimo wszystko coraz cięższy. Coraz wiecej wydawców drży na myśl o wydaniu czegoś ryzykownego. Faktem jest, że przyczyna leży bardzo często w ograniczeniu ich własnych gustów, ale dokłada się do tego dyktat hurtowni, wolno spływające pieniądze za towar i wysokie podatki na produkty drukowane, czyż nie?

dariusz_misiuna_promo_shoot

Dariusz Misiuna: Nikt nie mówił, że będzie lekko. Czytelnictwo gwałtownie spada, choć cierpią na tym głównie wielcy wydawcy, publikujący „mydło i powidło”. Na dodatek, wciąż kuleje rynek dystrybucyjny. Wielcy hurtownicy dyktują swoje warunki. Na płatności trzeba nieraz czekać dłużej niż pół roku. Jedyną drogą wyjścia jest sprzedaż bezpośrednia przez Internet oraz kontakt z małymi księgarniami, zainteresowanymi czytelnikiem. W takich galerio-kawiarnio-księgarniach upatruję nadzieję i alternatywę wobec książkowych supermarketów. Wiele zależy też od czytelników, czy będą wspierać EMPiK, Matras i innych potentatów nie sprzyjających rozwojowi rynku książek, czy też zechcą chodzić do małych księgarń lub kupować książki bezpośrednio od wydawców.

Conradino Beb: Taka jest prawda! Wielcy dyktują warunki, a mali albo sie podporzadkowują zakładając sobie stryczek na szyję, albo znajdują własne kanały dystrybucji. Na Zachodzie jest tak w zasadzie od późnych lat ’60. Można mówić o kulturze nisz, które oferują własne produkty tematyczne, dystrybuowane bezpośrednio do zainteresowanych. W ten sam sposób dzialała zresztą polska scena zinowa w latach ’80 i ’90. Internet jednak przywrócił pewną równowagę, gdyż każdy jest teraz w stanie znaleźć dokładnie to, co go interesuje. Okultura się jednak dobrze odnajduje w nowym cyfrowym świecie?

Dariusz Misiuna: Jesteśmy tu od początku czyli od połowy lat ’90. Już wtedy pojawiła się strona Okultury, pierwotnie z moimi tekstami. Osobiście, lubię skracać dystans. Nie potrzebuję skomplikowanej instytucji i fanfaronady. Mam gorący temperament i lubię działać pod wpływem natchnienia. Internet to ułatwia. Wpisuje się też dobrze w naszą wizję jak najmniejszego „zapośredniczenia”. Połowa nakładu naszych książek sprzedaje się przez nasz sklep internetowy, co czyni nas swego rodzaju fenomenem. Niemniej, wiem, że czeka nas jeszcze bardzo dużo wyzwań. Ot, choćby praca nad nową stroną, przekształcenie jej w portal, dodanie dwujęzyczności itd.

Conradino Beb: Fanpejdż fejsbukowy tez jest tłumanie odwiedzany i lajkowany?

Dariusz Misiuna: To prawda. Zresztą Facebook niemal całkowicie pożarł media społecznościowe. Posiada wygodną formułę i jest mało anonimowy. Cieszy nas, że profil facebookowy Wydawnictwa Okultura i Trans:Wizji jest tłumnie odwiedzany. A jednocześnie pozytywnie zaskakuje to, że w Internecie cieszymy się większą popularnością od wielkich wydawnictw.

Conradino Beb: Bo w Internecie wszyscy sa równi… zadziwia, jak dobrze broni się to medium mimo wysiłków zduszenia niezależnej myśli i twórczych inicjatw – przejęcia pałeczki przez wielkie korporacje medialne… ale wskoczyło mi właśnie do głowy inne pytanie: czy nie czujesz się czesto ograniczony w swoich manewrach wydawniczych wiedzą i horyzontami własnych czytelników?

Dariusz Misiuna: Nie. Z prostego względu – wydaję to, co lubię. Nie targetuję Okultury pod kątem jakiejś grupy czytelniczej. Zakładam, że mam do czynienia z inteligentnym, otwartym odbiorcą, nie do końca pogodzonym z zastaną rzeczywistością i otwartym na zmiany. Oczywiście, miewałem chwile zwątpienia, zwłaszcza na początku naszej działalności wydawniczej, kiedy byliśmy kojarzeni z hardcore’owym okultyzmem. Zdarzały się wtedy kontakty z czytelnikami, dla których okultyzm pełnił rolę substytutu wiary. A mnie nigdy nie interesowało serwowanie komukolwiek jakiejś sztywnej mapy rzeczywistości.

Z biegiem lat Okultura rozpostarła jednak skrzydła obejmując swoją działalnością znacznie szersze spektrum wiedzy. Dzięki temu zaczęli też do nas „napływać” bardziej inteligentni, ciekawi świata czytelnicy. Z wieloma z nich zadzierzgnąłem znajomość, która czasami przeradzała się w przyjaźń lub współpracę. I to jest właśnie najfajniejsze w tej działalności, że prowadząc małą firmę, posiadającą solidne oparcie w Internecie, czujesz ten obieg energii ze swymi czytelnikami i tworzysz coś więcej aniżeli ksiażki. Pojawia się pewna wartość dodana – wspólnota.

Rzecz jasna, minimum dystansu bywa przydatne dla higieny psychicznej i ekonomizowania czasu. Inaczej, wydając książki o seksie, narkotykach i okultyzmie, można by się totalnie pogrążyć w ekscesie. Reasumując ten przydługi wywód, przyznam że dla mnie ta praca – która czasami bywa bardzo mozolna – to przede wszystkim fantastyczna przygoda, w której istotną rolę pełni cały proces wydawniczy, od kreowania wizji, poprzez ich materialne manifestacje, skończywszy na relacjach z czytelnikami.

Conradino Beb: Ale poznałeś legendarnego Andrzeja Urbanowicza, gdyż byłeś w swoim czasie jedynym tłumaczem Crowleya na język polski… czyli pewna fama wisiała nad tobą dosyć długo. Do dzisiaj jesteś kategoryzowany jako naczelny prorok mroku na polskiej scenie wydawniczej, he?

Dariusz Misiuna: Andrzeja poznałem w 2000 roku w Gardzienicach, w teatrze Staniewskiego. Pracował tam mój kumpel Joystick, który kilka lat wcześniej zrobił pierwszą Okulturową stronę z moimi przekładami i tekstami. Po spektaklu Metamorfozy wg Apulejusza odbyło się spotkanie aktorów z Urbanowiczem, podczas którego wygłosił on wykład na temat nowej ery, w której dominującą rolę odgrywa archetyp Dziecka. Wspominał w nim o wizjach Crowleya i przy tej okazji wyszło na jaw, że wśród słuchaczy znajduje się tłumacz książek Aleistera Crowleya. Sprezentował mi swój album, a ja mu przełożoną przeze mnie Principię Discordię.

Co do drugiej części pytania, odpowiedź brzmi tak. W latach 90-tych faktycznie uchodziłem za polskiego „czarnego papieża” z racji tego, że jako jedyny pisałem artykuły o Crowleyu i mrocznych odłamach okultyzmu. Czarowałem też wydawców, by publikowali przekłady jego książek. Jednak nie był to zaszczytny tytuł w kraju, gdzie nonkonformizm posiada diabelskie oblicze, nie za bardzo mi pasował i mocno mnie ograniczał.

Conradino Beb: Czarowaleś… dobrze 🙂

Dariusz Misiuna: Sam siebie zaczarowałem! Z Crowleyem jest taki problem, że choć dostarcza wielu fantastycznych technik na przezwyciężanie społecznych uwarunkowań i psychologicznych programowań, sam stwarza tak kompletny system, że łatwo potraktować jego świat jako doskonałą iluzję wypełniającą przestrzeń doświadczenia. A mnie jednak zawsze najbardziej interesowało doświadczenie wewnętrzne, życie jako wyzwanie, przygoda, eksperyment. Nie zaspokajanie się dogmatami, jakkolwiek rewolucyjnie, luzacko czy buntowniczo by one się nie prezentowały. Życie jest kolorowe, a nie czarne lub białe.

Conradino Beb: Fantastycznie! Rozszerzasz więc działalność na ogólne pole kontrkultury, myśli niepokornej i kultury psychedelicznej, żeby wyjść z mrocznej szufladki, a jednocześnie dać czytelnikom do zrozumienia, ze w życiu jest wiecej sposóbów na zabawę, niż odprawianie rytualów mniejszego pentagramu w czarnym worku na głowie i udawanie przed lustrem, że życie toczy się 24 godziny na planie astralnym. Czujesz się trochę dekonstrukcjonistą tej calej okultystycznej bzdury, która się w Polsce przyjęła jako obowiazujący model?

Dariusz Misiuna: Nie wiem czy bzdury, raczej bajki. Każdy ma prawo żyć według swojej bajki, ale to z pewnością nie moja formuła poetycka na życie. Interesują mnie twórcze odloty. Moją świątynią jest świat. Kręgiem magicznym jest przestrzeń sztuki i jej relacji z otoczeniem społecznym. Nie jest to zresztą takie odległe wobec crowleyowskiej definicji magii sformułowanej na łamach Magiji w teorii i praktyce. Ten wymiar fenomenologiczny jest tam bardzo wyraźnie zarysowany, niestety później tonie w mętach neoplatońskiej hierarchii. Widzisz, sam latałem w dziwnych ciuszkach uwalniając istoty z innych wymiarów. I rozumiem, że inni mogą odnajdywać w tym radość, szczególnie jeśli posiadają skłonność do fetyszyzmu oraz teatralizacji. Jednak obecnie najsilniej działa na mnie energia życia codziennego, którą przenika magia. Wystarczy tylko uwrażliwić się na nią i szerzej otworzyć oczy.

Conradino Beb: Niewymuszona (naturalna) działalność bez żądzy rezultatu jest najsilniejszym dzialaniem magicznym i nie trzeba do tego siedzieć w ciemnym pokoju probując oddzielić swój uduchowiony umysł od ciała, by mógł spotkać się z Wielkim Cthulhu… faktycznie, widać tu pewien neoplatonizm. Zresztą o czym my w ogóle mówimy, większość z tych domorosłych magów ślęczy obecnie 18 godzin na dobę przed komputerem wyszukując mroczne ikony, pod którymi mogą siedzieć na forach i prezentować się na Facebooku. Nie są zwykle zdolni do przełamania granicy pomiędzy poszukiwaniem wizerunku, a prostymi faktami życia. Zdaje mi się, że magia często bywa niczym więcej niż duchowym snobizmem. A jak z tobą, zdążyłeś go porzucić?

Dariusz Misiuna: Chyba musiałem być nieświadomym snobem, skoro go porzuciłem. A tak na serio, to mnie kwestia ornamentunku okultystycznego interesowała może przez pierwsze dwa lata. Nie dłużej. Jedyne przejawy mojego snobizmu objawiały się w pewnej skłonności do kupowania tajemniczych ksiąg w zdobionej oprawie. Ale nawet to nieszczególnie długo mnie trzymało. Myślę, że mam w sobie pewien rys antyspołeczny, przejawiający się w tym, że nie lubię tego, co modne, a wręcz czuję natychmiastowe znudzenie tym, co staje się modne. Kiedy Crowley stał się Polsce popularny, zacząłem postrzegać go jak starą raszplę. Owszem, nadal dostrzegam jego dawny urok, jak również doceniam jego geniusz, niemniej utraciłem fascynację całym budowanym wokół niego sztafażem. Faktycznie, jest w tym coś jasełkowego.

Conradino Beb: Anarchistyczne korzenie nigdy nie odeszły w przeszłość?

Dariusz Misiuna: Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Metafizyczna anarchia to wciąż dla mnie najbliższa formuła mitopoetycka.

Conradino Beb: A jak się anarchista, byly crowleyowiec, psychonauta odnajduje w brutalnych realiach IV RP?

Dariusz Misiuna: Dobrze. Konrad, przecież ta społeczna szopka to bzdura. Najwięcej prawicowych ustaw wprowadziły lewicowe rządy. Najbardziej zamordystyczni są tzw. liberałowie. Fakt faktem, że żyjemy w coraz bardziej opresywnym otoczeniu społecznym, które tylko czasami podsuwa nam lizaki, byśmy lepiej się z tym czuli.

Conradino Beb: Bronisz się przed ekspansją faszyzmu optymizmem?

Dariusz Misiuna: Jest kryzys, wszystko się sypie, pojawia się więc też i tęsknota za spójnym światem. A spójność można wytworzyć tylko kosztem wykluczenia, tylko poprzez grubo zakreślone granice. Tak właśnie rodzi się faszyzm. Jednak nie demonizowałbym tego zjawiska, skoro wielcy obrońcy narodu to często narkonaziści i dziwkarze. Spójność zapewniają im tylko fantazmaty, a nie praktyka życiowa.

Z drugiej strony straszenie ekstremami jest na rękę obecnej władzy, która bardzo chętnie dolewa oliwy do ognia. Dzięki temu jawi się przecież jako jedyny gwarant normalności i spokoju! Bardzo polecam lekturę komiksu Transmetropolitan. Warrenowi Ellisowi udało się uchwycić ten mechanizm polityczny robienia ludzi w balona poprzez polityczną ustawkę i grę złudzeniami.

Conradino Beb: Ale wladza demoralizuje – nawet, jeśli dzisiejsza polityka nie sprawuje już żadnej władzy nad procesami ekonomicznymi – i pojawia sie oczywiste pożądanie, żeby narzucać społeczeństwu coraz więcej krzywdzących, absurdalnych praw, które mają ograniczyć zdolność obywateli do partycypowania w „procesie demokratycznym”. Polska zaczyna trochę przypominać Republikę Delegalizacji Wszystkiego, nie sądzisz?

Dariusz Misiuna: Tak. Bo tak jest najłatwiej. Jeśli jest problem, prościej jest nie mierzyć się z nim, tylko go odcinać. Wiara, że można zaradzić czemuś poprzez zaostrzanie prawa to rodzaj myślenia magicznego – przekonania, że prawo zadziała jak klątwa. Nic bardziej mylnego. Życia społecznego nie da się kontrolować totalnie, nawet jeśli wszędzie postawimy kamery, a obywateli zaobrączkujemy w elektroniczne kajdanki. Największy problem w tym, że ludzie chcą tego, ponieważ najistotniejsza w ich życiu jest potrzeba bezpieczeństwa. Są przekonani, że to nie oni rezygnują z wolności, tylko ci, którzy w jakiś sposób im zagrażają. I tak oto zaciska się pętla samoograniczeń. Myślę też, że w tym procesie istotny aspekt odgrywa tzw. postęp techniczny i jego związki z biznesem. Na kontrolowaniu ludzi można przecież nieźle zarobić.

Conradino Beb: W Polsce wygrywa chyba na tym bardziej rozrośnięta administracja państwowa: policja, sądy i więziennictwo… chociaż z drugiej strony im bardziej skomplikowana sprawa, tym szybciej oprawcy chcą umyć ręce i pójść do domu, bo nie chce im się robić użytku ze wszystkich narzędzi konstytucyjno-technicznych, które maja do dyspozycji. Preferują raczej wybieranie tych najprostszych, godzących np. w nastolatkow, których złapano z jointem w parku, a nie lobbystów, przekupujących posłów i senatorów. Czyż nie?

Dariusz Misiuna: Oczywiście. Rozumiem, że nawiązujesz do polityki prohibicyjnej państwa. Cóż, to jednak tylko wierzchołek góry lodowej i choć uważam prawo do spożywania tego, czego się chce, za coś absolutnie elementarnego, nie wydaje mi się by był to największy problem społeczny.

Conradino Beb: Chciałbym, żebyś sie ustosunkował do problemów w Polsce gradacyjnie… a największym z nich nie jest chyba palenie trawy, co? GMO? Wysokie podatki? Mandaty za picie piwa w parku? Korupcja w mediach i w parlamencie? Niemozność skonstruowania pierdolonych autostrad?

Dariusz Misiuna: Żaden z partykularyzmów. Cały system misternie tka iluzję funkcjonalności, a jest kompletnie nieżyciowy. Zapewnia dobry byt tylko ludziom, którym się zdaje, że go kreują. Zresztą, o czym my gadamy, Konrad, przecież Polska nie istnieje, to tylko złudzenie podzielane przez 40 milionów ludzi.

Conradino Beb: Baudrillard?

Dariusz Misiuna: …is dead! Ale przynajmniej miał coś ciekawego do powiedzenia na temat ściemy społecznej. Może za wcześnie, bo jednak w epoce rozkwitu jego myśli jakieś tam formy społeczeństwa jeszcze istniały. Ale państwa narodowe to bzdura. Może w Ameryce Południowej spełnia się ta formuła, a to paradoksalnie dzięki kontynentalnemu internacjonalizmowi. To zresztą pewien paradoks – im bardziej zglobalizowane poszczególne społeczeństwa, tym silniejsza w nich iluzja narodowości.

Conradino Beb: Nie musisz dwa razy powtarzać, słyszę cię. Ale gdzie my zdążamy? Przyszłość będzie bardziej cyberpunkowa czy będzie raczej wyglądała, jak IV Rzesza Międzynarodowa?

Dariusz Misiuna: Może jedno i drugie. Cyberpunk w realiach międzynarodowej IV Rzeszy. Tak czy inaczej, jakiekolwiek tendencje będą wywoływać kontrtendencję, tak więc nawet w sytuacji IV Rzeszy pojawią się oazy wolności lub iluzje wolności, wyspy szczęśliwe, powroty do natury i do cudów naturalnego umysłu.

Conradino Beb: Wypiję za to…mądrości Williama Gibsona i Davida Cronenberga, choć tak naprawdę Burroughs.

Dariusz Misiuna: Grzybowe bad tripy.

Conradino Beb: Dokładnie, przyszlość jako kwasowy bad trip. A tymczasem nadchodzi 3. Festiwal Trans:Wizji. Dużo ludzi się zjawi?

Dariusz Misiuna: Pełna sala. Niestety, sporo osób odeszło z kwitkiem. Trochę przerosło nas zainteresowanie. Być może to czas na zmianę formuły. Najwyraźniej udało nam się wpaść na dobry pomysł organizacji festiwali podczas premier kolejnych numerów pisma. Festiwali łączących sztukę performance z warstwą audiowizualną, mocno zresztą transową. Zawsze jest to też okazja do fantastycznej wymiany energetycznej. Czyli święto!

Conradino Beb: Rośniecie, więc pora na zmianę formuly. To zresztą jedyne tego typu wydarzenie w Polsce, organizowane w starej dobrej tradycji jednoczenia środowiska… wypić lampkę wina, zapalić bata, wyrwać jakąś mroczną gotkę. Jaki rodzaj energii jest krzesany na festiwalach Trans:Wizji?

Dariusz Misiuna: Pociągający, magnetyczny. Ludzie zdają się być oczarowani, trochę jak w transie, a jednocześnie bardzo dużo jest w tym eksperymentu i przestrzeni do śmiechu. Gotek nie widziałem 🙂

Conradino Beb: Z gotką to był żart, ale piękne kociaczki widziałem na wielu zdjęciach z poprzednich edycji 🙂

Dariusz Misiuna: Staramy się to robić w ten sposób, by sam festiwal był doświadczeniem psycho-aktywnym. Piękne dziewczyny lubią piękno. To widać w ich oczach. Dlatego błyszczą.

Conradino Beb: I nie grozi za to w Polsce kara więzienia?

Dariusz Misiuna: Szczęśliwie, jeszcze nikt nas tu nie kara za dobre samopoczucie.

Conradino Beb: Ufff, nagadaliśmy się za wszystkie czasy, ale przynajmniej udowadniamy czytelnikom MGV i Trans:Wizji, że nawet w czasach kryzysu wszystkiego i rządow politycznych gabinetów, które bez uszczerbku dla kraju mogłyby zastąpić moje dwa niesforne koty, wciąż można cieszyć się życiem i robić coś twórczego.

Dariusz Misiuna: Ależ oczywiście, wystarczy nie oglądać się na nikogo!

Conradino Beb: Można chyba oczekiwać, ze Okultura nie da sie zdławić i będzie dalej myśleć samodzielnie?

Dariusz Misiuna: Gdyby stało się inaczej, nie mielibyśmy już do czynienia z Okulturą.

Conradino Beb: Fantastycznie, wszyscy na pewno odetchną z ulgą. Dzięki za możliwość wytargania cię za uszy 🙂

Dariusz Misiuna: My pleasure!

Prasa trzeciego obiegu w okresie przełomu

Podziemna drukarnia z lat ’80

Trzeci obieg to spontaniczna, kompletnie zwariowana, prywatna prasa. Zdrowy, samoobronny odruch ludzi wolnych

Krzysztof „Skiba” Skibiński,
Polish Art Press Exhibition, Galeria Działań Maniakalnych,
Łódź, 25.11-03.12.1989 r.

Lata ’80 to okres, w którym na niespotykaną wcześniej w Polsce skalę zaczęła rozwijać się niezależna (tj. poza oficjalnym obszarem) kultura młodzieżowa. Związane to było głównie z gwałtownym rozwojem muzyki rockowej z pierwszej połowy dekady – popularnie nazywanym „boomem polskiego rocka” (lata 1980-84)1 – i w jego następstwie, masowym rozwojem muzyki z obszaru rocka alternatywnego (niezależnego) w drugiej połowie dekady. Towarzyszące temu zjawiska z kręgu kultury młodzieżowej zaczęły funkcjonować w odrębnym obiegu informacji.

Bezkompromisowość tego młodego pokolenia okazała się na tyle silna, że bariery, które wcześniej stwarzał system komunistyczny, wyraźnie osłabły. Było to możliwe głównie wskutek postępującego rozpadu nie tylko PRL-u, ale i całego bloku komunistycznego.2 Innym, często pomijanym, a niezmiernie ważnym czynnikiem rozwoju kultury młodzieżowej, było pojawienie się w obrębie przestrzeni publicznej magnetofonów i kaset, co złamało monopol środków masowego przekazu i państwowych firm fonograficznych na nagrania. Kasety, nagrywane na przenośne magnetofony na koncertach, a potem przegrywane w domu, umożliwiały niezależną komunikację wśród młodzieży.3

To właśnie w latach 80. wyodrębnił się trzeci obieg kultury, tak różny od  dwóch pozostałych. Pierwszy obieg to całość kultury oficjalnej rozpowszechnianej za pomocą mass mediów, kontrolowanej (w mniejszym lub większym stopniu) przez państwo. Drugi obieg został powołany do życia przez opozycję demokratyczną w połowie lat ’70 i miał na celu nie tylko eksponowanie poglądów przeciwnej opcji politycznej, lecz także uzupełnienie obiegu oficjalnego o te dzieła, które nie miały szans ukazania się ze względów pozaartystycznych (najczęściej politycznych).

Zauważyć trzeba, że wartości, obecne w drugim obiegu kultury, w społeczeństwach rządzonych demokratycznie uchodziłyby raczej za tradycyjne –  chociaż więc w Polsce drugi obieg pozostawał  w opozycji,  nie można powiedzieć, że był przeciwny całości zastanej kultury, nie zamierzał też zrewoltować obyczajowości czy dominujących gustów estetycznych.4

Tego zadania podjął się dopiero trzeci obieg kultury, który stanowił ewidentną reakcję na kulturową rzeczywistość ówczesnych czasów i wpisał się jako specyficzna (alternatywna, a w niektórych przypadkach także kontrkulturowa) forma komunikacji. Trzeci obieg zaproponował inny sposób formułowania myśli, inną wrażliwość czy wreszcie hierarchię wartości,5  skupiał problemy lekceważone przez „dorosłe” społeczeństwo nie tylko w pierwszym, ale również w drugim obiegu. Najważniejszymi jego cechami były: negacja, dystans i niezwykła dynamika, która najczęściej przybierała formę efemeryczności działań.6

Trzeci obieg funkcjonował na marginesie kultury oficjalnej, promowanej przez państwo, a zarazem w innym obszarze i na innych zasadach niż drugi obieg, który był nielegalny. Nie posiadał państwowych pozwoleń na sprzedaż czy rozpowszechnianie, a nawet nie zabiegał o nie. Zazwyczaj również nie ponosił z tego powodu jakichś szczególnych konsekwencji, bo często była to po prostu działalność bardzo ograniczona. Jak zauważa Anna Idzikowska-Czubaj: ów trzeci obieg z odbijanymi na ksero gazetkami, a zwłaszcza z muzyką rockową niosącą buntowniczy przekaz, stworzył z czasem naszą  rodzimą, niezwykle ciekawą wersję kultury alternatywnej.7

Z punktu widzenia niniejszych rozważań istotne jest wyodrębnienie się trzeciego obiegu w kontekście kształtowania się w Polsce kultury punk.8 Właśnie w  odniesieniu do tego zjawiska Rafał Jesswein po raz pierwszy w Polsce użył terminu trzeci obieg.9 Kultura ta stworzyła szereg środków, za pomocą których młodzi ludzie mogli wyrażać swoje poglądy i zachowania, które nie mieściły się w kanonie kultury oficjalnej i tradycyjnej (pierwszego i drugiego obiegu).

Młodzież, posądzana w oficjalnych mediach o skrajną bezmyślność i apatię, zaczęła wydawać własne gazetki, nagrywać i rozprowadzać kasety, organizować koncerty (wynajem sali i sprzętu, przygotowanie plakatów reklamowych, organizowanie noclegu i wyżywienia dla muzyków etc.), produkować koszulki z nadrukowanymi hasłami czy nazwami zespołów, czy wreszcie komponować piosenki i pisać do nich teksty, bardzo często o charakterze politycznym, krytykującym system komunistyczny w stopniu wcześniej niespotykanym.

Nośnikiem nurtów alternatywnych w trzecim obiegu były kasety10 i fanziny. W trzecim obiegu znalazły się te zespoły, które nie miały żadnych szans (a niejednokrotnie aspiracji) na pokazywanie się w obiegu pierwszym. W latach wcześniejszych równało się to samounicestwieniu, nie istniały bowiem inne możliwości zdobycia popularności. W latach ’80 dzięki trzeciemu obiegowi sytuacja się zmieniła, wiele zespołów było znanych jedynie z niezależnego obiegu kaset.

Nagrywano je na koncertach lub w chałupniczych warunkach, a następnie powielano. Później  krążyły one po całej Polsce wśród określonego grona „wtajemniczonych”. Z kolei fanziny stały się istotnym nośnikiem alternatywnych treści światopoglądowych. Każdy mógł je współredagować, wystarczyło tylko nawiązać kontakt i wysłać artykuł. Tym samym oznaczało to akces do wspólnego tworzenia wartości. Zniesiony został podział na tych, co piszą (tworzą) i na tych, co czytają (konsumują).11

Idea fanzinu12 przywędrowała do Polski z Zachodu. Fanzin, najprościej rzecz ujmując,  to gazetka przygotowywana i wydawana poza oficjalnym obiegiem, zgodnie z założeniami DIY (Do It Yourself – ang. zrób to sam), najczęściej przez jedną osobę (pełniącą wszystkie redakcyjne funkcje: autora tekstów, redaktora, grafika, korektora, dystrybutora, itp.). Ważnym założeniem jest również chęć pozostania poza oficjalnymi kanałami dystrybucji kultury: jest to świadomy wybór autorów. Ziny najczęściej powstawały wtedy, gdy tematyka, którą podejmowały, nie była poruszana przez media głównego nurtu.

Jest to szczególnie istotne w odniesieniu do polskich realiów lat ’80, czy może nawet bardziej okresu tuż po przełomie. Pozostanie poza mainstreamem można odczytywać jako sygnał, iż młodzi ludzie (a przynajmniej ich część) nie identyfikowali się ani z systemem komunistycznym, ani obejmującymi po nich władzę ludźmi szeroko rozumianej opozycji demokratycznej. Przeglądając fanziny z lat 1989-1991 można odnieść wrażenie, że większość ich autorów oczekiwała jakiejś trzeciej drogi, która stałaby w opozycji zarówno do modelu komunistycznego (socjalistycznego), jak i kapitalistycznego (liberalnego czy konserwatywnego).13

Maтъ Парядка, nr 19, 1994

Wreszcie ostatnia rzecz wyróżniająca klasyczne fanziny, to idea non profit. Idee tam reprezentowane były ważniejsze niż ewentualne zyski – to miało sens w realiach PRL-u, gdy jakakolwiek działalność niekoncesjonowana przez państwo była zakazana. Po przełomie, gdy wszystko to co niezakazane, było dozwolone, trzymanie się powyższych założeń, sugerowało chęć tworzenia czegoś nowego i na swój sposób unikatowego.

Na świecie pierwsze fanziny pojawiły się w latach ’30 XX wieku w USA wśród fanów science fiction, którzy początkowo komunikowali się poprzez ogłoszenia i działy listów w magazynach poświęconych literaturze science fiction, a z czasem przenieśli te dyskusje do  samodzielnie wydawanych czasopism. W kolejnych latach praktycznie każdy nowy nurt w kulturze, czy jakiekolwiek działania o charakterze społecznym, miały swoje własne niezależne wydawnictwa. Szczególne nasilenie tego zjawiska nastąpiło w okresie kontrkultury lat ’60, a masowe upowszechnienie samych fanzinów nastąpiło w połowie lat ’70 przy okazji eksplozji muzyki punk, początkowo w Wielkiej Brytanii i USA, a zaraz potem na całym świecie.14

W polskich realiach fanzinowy boom związany jest bezpośrednio ze zjawiskiem punk rocka, czyli gatunku z obszaru muzyki rockowej, który narodził się równolegle w USA i Wielkiej Brytanii w latach 1976-1977, a do Polski dotarł około roku 1978. Punk rock był pierwszym gatunkiem muzyki popularnej tak mocno związanym z oddolnym zaangażowaniem młodych ludzi – fanów, którzy oprócz słuchania samej muzyki, twórczo angażowali się w jej tworzenie, jak i działania okołomuzyczne.

Jednym z takich działań było własnoręczne tworzenie gazetek przez samych fanów. Pisano w nich o nowej muzyce, nowych zjawiskach z tym związanych, wymieniano adresy i informacje, podejmowano te wszystkie tematy, o których  nie chciały pisać (lub których nie dostrzegały) oficjalne fachowe magazyny muzyczne. Poza tym pisali je młodzi ludzie w przedziale wiekowym 15-25 lat, językiem jakim posługiwali się na co dzień i kierując je przede wszystkim do swoich rówieśników.

W Polsce pierwsze fanziny zaczęły ukazywać się już pod koniec lat ’70, głównie w Warszawie i Gdańsku, czyli miastach, w których powstały pierwsze zespoły punkowe. Ówczesne ziny miały bardzo wąskie grono odbiorców, wychodziły w bardzo małych nakładach, głównie dla przyjaciół i najczęściej jako pojedyncze numery15. Kolejny okres dużej aktywności młodych ludzi tworzących fanziny przypadł na czas tzw. drugiej fali polskiego punk rocka, czyli lata 1981-1983.

W tym samym czasie, będącym równocześnie okresem stanu wojennego, doszło do największego rozkwitu niezależnej działalności wydawniczej drugiego obiegu, co było konsekwencją „(…) 16 miesięcy wolności (tzw. „1. Solidarności” – przyp. BG), sprzyjających samoorganizacji społeczeństwa oraz tworzenia i poszerzania technicznych możliwości zaistnienia niezależnego obiegu informacyjnego, jak również oznaką postępującego rozkładu systemu komunistycznego”.16

Fanziny z pierwszej połowy lat ’80 charakteryzowały się tym, że w dużym stopniu były tworzone przez ludzi z samych zespołów lub ich bliskiego otoczenia oraz, że po raz pierwszy zaczęto nawiązywać bezpośrednie kontakty z podobnymi wydawnictwami zza „żelaznej kurtyny”.17 Jednym z takich fanzinów ukazujących się w tym okresie był Azotox wydawany przez członków warszawskiej grupy Dezerter i darmowo rozprowadzany wśród znajomych.18 Ukazywał się w nakładzie nieprzekraczającym 100 egzemplarzy, bo taka liczba odbiorców gwarantowała brak ingerencji przedstawicieli cenzura.19

W połowie dekady pojawiły się w Polsce fanziny, które na wiele lat wyznaczyły pewne standardy odnośnie do tego, jak zin powinien wyglądać. Mam tu na myśli przede wszystkim dwa tytuły: warszawski QQRYQ20 (czytaj: kukuryku) i wrocławska Antena Krzyku. QQRYQ ukazywał się od 1985 do 1993 r. (w sumie 18 numerów) i posiadał różną szatę i jakość graficzną (od powielaczy, przez ksero po offset), jak i objętość (od ok. 12 stron formatu A5 w pierwszych numerach do ok. 88 stron formatu B4 w ostatnich).

W okresie przełomu był to najbardziej znany i posiadający największy zasięg oraz nakład polski fanzin. Gazeta od początku tworzona była przez jedną osobę – Pietię (Piotr Wierzbicki21), którego z czasem zaczęli wspierać Zbyszek (Zbigniew Matera) i Stasiek. QQRYQ w zasadzie od samego początku wyróżniał się stosunkowo starannymi i przejrzystymi, jak na fanzinowe standardy, szatą graficzną i layoutem, albowiem przypominał typową gazetę, podczas gdy zdecydowana większość zinów w tamtym okresie pod tym względem była mocno chaotyczna (by nie powiedzieć nieczytelna) i opierała się na swobodnym, kolażowym łączeniu fragmentów tekstu, zdjęć czy rysunków.

Także zawartość22 pisma prezentowała się na tle innych zinów wyjątkowo ciekawie. Od początku składały się na nią dział felietonów (zatytułowany Kolumny23, które z czasem zaczęły pisać także osoby spoza redakcji), informacje i wywiady z zespołami (także zagranicznymi), relacje z koncertów, raporty na temat funkcjonowania scen punkowych (ale także szerzej: wszelkich działań o alternatywnym charakterze) w różnych miastach Polski oraz świata, rysunki satyryczne (o różnej tematyce, od polityki  po zdarzenia z życia młodych ludzi czy kontrkultury, rysowane przez zaprzyjaźnionych z redakcją młodych rysowników), artykuły o wegetarianizmie, squattingu czy zastępczej służbie wojskowej, itp.

W miarę jak fanzin się rozrastał, przybył dział listów od czytelników (aczkolwiek redakcja zdecydowała się na podanie swojego adresu na łamach pisma dopiero w numerze 15. z czerwca 1990 r.), minikomiksy, recenzje płyt i fanzinów,24 czy wreszcie reklamy.25 W latach ’80 zasięg pisma był dość ograniczony i opierał się na dystrybucji poprzez pocztę oraz podczas koncertów. W pierwszym przypadku do fanzinu mogli dotrzeć tylko ludzie, którzy znali kogoś, kto znał adres redakcji, a w drugim tylko ci, którzy chodzili na wybrane koncerty (najlepiej organizowane przez osoby tworzące lub współpracujące z QQRYQ). Po przełomie nakład pisma wzrósł do ok. dwóch tysięcy, choć same formy dystrybucji się nie zmieniły.

Antena Krzyku, nr 5, 1988-89

Właściwy okres fanzinowego szaleństwa („xeroferii”, jak w tamtym okresie o tym mówiono) w Polsce przypadł na okres od końca 1988 r. do 1994 r., ze szczególnym nasileniem w latach 1988-1991. Wpłynęło na to szereg czynników, z których najistotniejsze to:

a) system komunistyczny z całym swoim aparatem represji nie był już tak silny i nie był w stanie wszystkiego kontrolować;

b) przemiany polityczne zapoczątkowały otworzenie się całkowicie nowych możliwości: nikt nie był w stanie przewidzieć, w jakim kierunku potoczy się sytuacja społeczno-polityczna, szukano nowych rozwiązań, możliwości i tzw. trzeciej drogi;

c) wraz z deregulacją rynku pojawiły się nowe możliwości, chociażby w obrębie środków technicznych (prywatne i legalne punkty ksero, offset, legalny dostęp do papieru, komputery etc.) umożliwiających powielanie gazetek;

d) last but not least, wśród słuchaczy i muzyków z kręgu punk pojawiła się bardzo prężna grupa próbująca robić coś więcej niż tylko siedzieć, pić i narzekać (zgodnie z hasłem No future – Bez przyszłości). Najczęściej identyfikowali się oni z jednym z podgatunków punk rocka – hard corem. Ci młodzi ludzie nie chcieli bezczynnie siedzieć i przyglądać się temu, co działo się dookoła nich, ale pragnęli czynnie się zaangażować.

Nie oznaczało to bynajmniej poparcia dla którejś z dwóch ścierających się opcji, ale raczej tworzenia czegoś nowego, niezależnego zarówno wobec upadającego reżimu, zastępujących go nowych elit. Elementem charakterystycznym dla wielu młodzieżowych ruchów kontrkulturowych tamtego okresu był brak akceptacji jakichkolwiek organizacji politycznych (w wypadku punków łącznie z Solidarnością26); ze swojej natury były one antyinstytucjonalne, a wszystkie istniejące organizacje formalne były traktowane jako rdzeń „systemu”, który zagrażał realizacji ważnych wartości jednostkowych.27

Samodzielne tworzenie fanzinów gwarantowało wolność wyrażania myśli, oraz dużą swobodę formy, bez przesadnej troski o  odpowiednie słownictwo, pisownię, konwenanse. W duchu kontrkultury łamano kanony, prowokowano, stawano w kontrze do kultury zastanej. W trzecim obiegu funkcjonowało specyficzne słownictwo młodzieżowe – w latach 1980-1981 nastąpił rozwój slangu młodzieżowego, często niezrozumiałego dla starszego pokolenia…

Język ten obfitował w wulgaryzmy, był bezkompromisowy i dosadny. Odzwierciedlał przemiany cywilizacyjno-obyczajowe, jakie zachodziły w Polsce w końcu lat ’70 i przez całą dekadę lat ’80 Ten szczególny rodzaj języka był wykorzystywany w tekstach utworów rockowych i fanzinach, wyrażał poglądy, sposób myślenia i przeżywania młodego człowieka.28 Szargano w nim narodowe i religijne wartości, łamano stereotypowe przyzwyczajenia, wyrażano okrucieństwo czasów współczesnych, tworzono swoistą poetykę szarości i niezgody na nią.29

Język fanzinów był językiem tych osób, do których fanzin był kierowany. Odbiorca nie był tutaj ani gorszy, ani lepszy od redaktorów. Nawet w najbardziej prowokacyjnych gazetkach, obok inwektyw kierowanych do czytelnika, znajdowały się teksty podkreślające jego podmiotowość, a raczej konieczność poczucia podmiotowości. Fanziny z początku lat 80-tych charakteryzowały się większą hasłowością, z czasem coraz większego znaczenia zaczęły nabierać same, coraz dłuższe, teksty.

Fanziny z okresu przełomu gwarantowały poczucie całkowitej wolności i swobody. A co najważniejsze przekazywanie informacji, co w społeczeństwie z ograniczą liczbą kanałów dystrybucji wiadomości miało kolosalne znaczenie. Siła tych wszystkich pisemek brała się stąd, że wydawane były poza zasięgiem urzędu cenzury. Niekontrolowane przez nikogo mogły umieszczać teksty, których nie można było spotkać w zwykłej, dostępnej w kiosku prasie – zawierały treści o sprawach, o których wielu obywatelom się nigdy nie śniło. Jak zaważył jeden z obserwatorów tego zjawiska, niezależność tych pism od cenzury wychodziła czytelnikom jedynie na dobre.30

Do najciekawszych fanzinów z tamtego okresu, które ukazywały się cyklicznie i miały wpływ na całą scenę zinową, należały: punkowo-hardcore’owe QQRYQ z Warszawy, Antena Krzyku z Wrocławia, A-Tak z Poznania, Kanaloza z Bydgoszczy, O.K.-urde z Piły, Ciach-zine z Grodziska Mazowieckiego, Woda z Bytomia, Truposz z Zielonej Góry, Anfall z Białej Podlaski; anarchistyczne i z pogranicza anarchizmu Przegięcie Pały z Łodzi, Maтъ Парядка (Mać Pariadka) z Sopotu, Homek z Gdańska, Rewolta z Warszawy, Kultura Nędzy z Lublina, Apolitik z Ełku; artystyczne Linie  i Iskra Boża z Warszawy; ekologiczne i z pogranicza ekologii Zielone Brygady z Krakowa, Greencore z Poznania, Trująca Fala z Trujmiasta (pisownia oryginalna); komiksowe Zakazany Owoc z Lublina, Prosiacek z Katowic, AQQ; wydawnictwo ruchu Wolność i PokójA-Capella z Krakowa; czy feministyczna Czarna Suko ze Szczecina.

Oszacowanie zjawiska nastręcza szeregu problemów: efemeryczność, przypadkowość i różny zasięg działań sprawia, iż dokładne określenie ilości wydawanych w trzecim obiegu tytułów (nie wspominając o nakładach i tym samym odbiorze społecznym)31 jest w zasadzie niemożliwe. Według bardzo ostrożnych szacunków32 można przyjąć, że w okresie 1988-1994 wychodziło łącznie od 1500 do ok. 2000 tysięcy tytułów pisemek w całości niekontrolowanych i pozostających poza oficjalnym obiegiem, a redagowanych przez młodych ludzi.33

Oczywiście gwałtowność zjawiska doprowadziła do jego umasowienia i, przez wielu autorów zinowych niechcianej, popularności. Oprócz fanzinów punkowych, hard core’owych, anarchistycznych czy ekologicznych, pojawiły się ziny polityczne, artystyczne, literackie, poetyckie, komiksowe, poświęcone graffiti, duchowości, religiom Wschodu, antyklerykalne,  nacjonalistyczne, etc. Zainteresowały się nimi również media oficjalne, głównie młodzieżowe, takie jak tygodnik dla młodzieży szkolnej Na przełaj czy oficjalne pisma muzyczne, np. miesięcznik Non Stop.34 Wywołało to szereg protestów i ostrych komentarzy; na przykład Pietia na łamach QQRYQ pisał: Na przełaj tworzy pozór jakiejś bliżej nieokreślonej alternatywy, która przy bliższym przyjrzeniu okazuje się jeszcze jednym szwindlem. (…) Są bezpieczni, ulegli, grzeczni, a jeśli już do czegoś się biorą, to wychodzi z tego pustka, lub żenująca bufonada.35

QQRYQ, nr 4, 1986

To podkreślanie niezależności i alternatywności (oraz w pewnym sensie elitarności), tak ważne dla ruchów kontrkulturowych, musiało zderzyć się ze zmieniającymi się realiami politycznymi, społecznymi i ekonomicznymi w przechodzącej transformację Polsce. Zmianom tym poddało się również część środowiska trzeciego obiegu i mniej więcej od około roku 1994 kolejne tytuły legalizowały swoją działalność, profesjonalizowały się, czy wreszcie sięgały po oficjalne formy dystrybucji (kioski, empiki, etc.), stając się (przynajmniej na papierze) prywatnymi przedsiębiorstwami prowadzącymi działalność wydawniczo-handlową.

Zapominane już dzisiaj zjawisko trzeciego obiegu odegrało w okresie przełomu bardzo ważną rolę na wielu płaszczyznach. Skupmy się na trzech z nich. Po pierwsze: poszerzyło zakres dyskursu publicznego o tematy i wartości dotychczas w nim nieobecne (w tym często tematy tabu, takie jak: feminizm, anarchizm, pacyfizm, ekologia, wegetarianizm, homoseksualizm, antyklerykalizm, etc.). Po drugie: fanziny zapewniły tak potrzebny wówczas niezależny obieg informacji, szczególnie w okresie przed i w trakcie formowania się niezależnych i wolnych mediów.

Szybkość, z jaką pojawiały się oraz znikały (a w ich miejsce powstawały nowe) kolejne tytuły, zapewniła wypełnienie luki i głodu informacji w społeczeństwie (głównie wśród młodzieży) okresu gwałtownych przemian ustrojowych. Po trzecie: trzeci obieg był klasycznym przykładem społeczeństwa w działaniu, które przybrało formę samoorganizowania się młodzieży w duchu obywatelskim. Zamiast czekać pasywnie na zmiany, można było w nich uczestniczyć; zamiast czekać na informacje, można było je samodzielnie zdobywać i następnie rozpowszechniać, a przecież tak naprawdę o to właśnie w fanzinach zawsze chodziło.

Przyczyny schyłku popularności i masowości fanzinów są skorelowane z czynnikami odpowiedzialnymi za jego sukces. Wydaje się, że decydujące znaczenie miała komercjalizacja i profesjonalizacja zjawiska w połowie lat 90-tych. Kilka kluczowych fanzinów trafiło do oficjalnej dystrybucji, wskazując nową ścieżkę dla pozostałych. Mam tu na myśli przede wszystkim anarchistyczny (potem anarchistyczno-muzyczny) fanzin Maтъ Парядка (z czasem spolszczono pisownię tytułu na Mać Pariadka), który nie tylko jako jeden z pierwszych trafił do legalnej dystrybucji, ale także potrafił utrzymać regularny cykl wydawniczy (co było obce innym tytułom) i dzięki temu na swój sposób zdominował scenę niezależnej prasy.

Podobną rolę odegrało pismo ekologiczne Zielone Brygady – skrzynka informacyjno-kontaktowa polskiego ruchu ekologicznego.36 Zielone Brygady w zasadzie nigdy nie miało charakteru czystego fanzinu, ale od początku kojarzone było z tym zjawiskiem,. Wpływ na to miała m.in. forma tworzenia pisma w całości oparta o nadsyłane materiały. Wreszcie Antena Krzyku, reaktywowana w latach 90-tych już jako legalne czasopismo a także wytwórnia płytowa, promowała szeroko rozumianą muzykę niezależną. Drugi czynnik to zmiany pokoleniowe. Młodzi ludzie żyjący w okresie przełomu mieli inne potrzeby i zainteresowania niż ich młodsi koledzy i koleżanki, którym przyszło dorastać od połowy lat 90-tych. Zmienił się nie tylko system wyznawanych wartości, ale i realia w których przyszło im żyć, albowiem nie bez znaczenia były przemiany ogólnosystemowe.

Uporządkowanie i krystalizacja sceny politycznej oraz postępująca normalizacja życia społecznego sprawiły, że bunt młodzieżowy zaczął przybierać inne, niekoniecznie polityczne czy nawet pokoleniowe, oblicze. Wykrystalizowanie się i profesjonalizacja niezależnych, a także różnorodnych mediów sprawiło, że zapotrzebowanie na dodatkowe źródła informacji, a takimi przecież były fanziny, było coraz mniejsze. Obecnie niezależne formy aktywności i komunikacji społecznej w dużym stopniu zostały przejęte przez internet (a szczególnie formułę web.2.0), który umożliwia samodzielne tworzenie i przekazywanie dalej różnorakich materiałów na zasadach non profit. Narzucające się podobieństwa do kserowanych fanzinów sprzed dwóch dekad są w tym przypadku jak najbardziej wskazane.

Dr Bartosz Głowacki

 

Przypisy:

1. Por.: L. Gnoiński i J. Skaradziński, Encyklopedia polskiego rocka, In Rock, Poznań 2001, ss. 88-90.

2. Inna popularna teoria, aczkolwiek nigdzie nieudokumentowana, tłumaczy eksplozję rocka w latach ’80. (jego umasowienie nastąpiło w okresie po wprowadzeniu stanu wojennego) cichym przyzwoleniem władz, które traktowały muzykę młodzieżową jako swoisty wentyl bezpieczeństwa, dzięki któremu młodzi ludzie zamiast bić się na ulicach w czasie protestów politycznych z milicją i ZOMO, chodzili na koncerty, gdzie w kontrolowanych warunkach mogli dać upust swoim emocjom. (por. np. wypowiedzi muzyków K. Grabowskiego, R. Brylewskiego, M. Staszczyka i organizatora Festiwalu w Jarocinie W. Chełstowskiego w: K. Lesiakowski, P. Perzyna, T. Toborek Jarocin w obiektywie bezpieki, IPN, Warszawa 2004, s.56).

3No future? Z dr J. Werensteinem-Żuławskim rozmawiała Inka Słodkowska, Więź nr 6/1987 s. 24.

4. M. Pęczak, O wybranych formach komunikowania alternatywnego w Polsce,  Kultura i Społeczeństwo nr 3/1988, s.172.

5. M. Pęczak, Kilka uwag o trzech obiegach, Więź nr 2/1988, s. 35.

6. B. Fatyga, Dzicy z naszej ulicy. Antropologia kultury młodzieżowej, ISNS UW, Warszawa 1999, s. 94.

7. A. Idzikowska-Czubaj, Funkcje kulturowe i historyczne znaczenie polskiego rocka, Wyd. Poznańskie, Poznań 2006, ss. 287-288.

8. W polskiej literaturze, w odniesieniu do większości działań młodzieżowych, używa się pejoratywnych  terminów „subkultura” lub „podkultura”. Ja skłaniam się raczej ku terminowi „kultura”, który w odniesieniu do opisywanych przeze mnie zjawisk nie jest tak nacechowany negatywnie jak dwa pozostałe.

9. R. Jesswein, Trzeci obieg. Trzecie pokolenie 1945-1985,  Odra nr 3/1985.

10. Kasety były również wykorzystywane w drugim obiegu kultury, np. kasety z piosenkami Jacka Karczmarskiego, zapisy negocjacji w Stoczni Gdańskiej z sierpnia 1980r., itp.

11. A. Idzikowska-Czubaj, Funkcje kulturowe i historyczne…, op. cit., ss. 289-290.

12. Z ang. „fanzine” (połączenie dwóch słów: „fan” + „magazine”), w skrócie „zine”; w Polsce funkcjonuje  spolszczona wersja – odpowiednio: fanzin i zin.

13. Stąd być może tak duże (i stosunkowo krótkie, bo trwające mniej więcej do końca 1992 r.) powodzenie wśród  młodych ludzi idei anarchistycznych, które wcześniej w Polsce nigdy nie przybrały formy masowej.

14Zine Scene Revolution. Xerox Crazy Kids Sniffing Toner In the Office After Closing Time, [w:] Do Or Die No 10/2002, ss. 299-302.

15. Wyjątkiem był zin Post, który do 1981 roku ukazał się w ok. 20 numerach; patrz: M. Kornak (Martin Eden) Zinofilia, Punk’s Not Dead nr 1/1994, s. 5.

16. P. Sztąberek, Życie codzienne podziemnego wydawnictwa, Kultura i społeczeństwo nr 2/1993, s. 131.

17. Spory wybór reprodukcji fanzinów z tego okresu, patrz: A. Dąbrowska-Lyons, Polski punk 1978-1982, Warszawa 1999.

18. K. Grabowski, Dezerter. Poroniona generacja?, Agora, Warszawa 2010, s.297-334.

19. A. Idzikowska-Czubaj, Funkcje kulturowe i historyczne…, op. cit., s. 290.

20. Warto w tym miejscu zaznaczyć, iż od samego początku pod szyldem QQRYQ wydawano nielegalnie  kasety z muzyką i organizowano koncerty (w tym także zespołów punkowych i hadcore’owych z zagranicy).

21. Zbieżność imienia i nazwiska z założycielem Gazety Polskiej całkowicie przypadkowa.

22. Pismo dość wyraźnie wzorowane było na amerykańskim fanzinie Maximumrocknroll, ukazującym się nieprzerwanie od 1981 r. w San Francisco.

23. Nazwa tego działu wyraźnie wskazuje na amatorski charakter wydawnictwa, albowiem felieton po angielsku to column: tak też nazywał się analogiczny dział we wspomnianym Maximumrocknroll. Z czasem zwrot „kolumny” został zaadoptowany przez większość polskich fanzinów.

24. Warto podkreślić, że w recenzji zawsze podawano  adres, pod którym pismo można było kupić, a także  jego cenę.

25. Reklamy w QQRYQ zgodnie z niepisaną zasadą obowiązującą twórców zinów do końca istnienia tytułu ukazywały się na zasadzie nieodpłatności. Podobnie było w przypadku innych fanzinów, jednak z czasem (mniej więcej ok. 1994 r.) na coraz bardziej profesjonalizującym się rynku fanzinów wprowadzono reklamy odpłatne (wg dostępnych mi informacji jako pierwszy zdecydował się na to anarchistyczny fanzin Maтъ Парядка).

26. Już jeden z pierwszych polskich wykonawców punkowych, Walek Dzedzej Pank Band w utworze z 1979 r.  śpiewał: Nie jestem duży, nie jestem mały / Nie jestem mądry, nie jestem głupi / Nie jestem w ZMS-ie, nie jestem w KOR-ze / Nie jestem w partii / Nie jestem kurwa niczym (Za: W. Rogowiecki, Surfing na polskiej Nowej Fali, Non Stop nr 2/1984).

27. B. Lenart, Etos kontestujących ruchów młodzieżowych hippies i punk w latach 80. w Polsce. Analiza porównawcza, Kultura i społeczeństwo nr 3/lipiec-wrzesień 1993, s. 194.

28. Badaniem języka fanzinów (aczkolwiek już z okresu 1995-1998) zajmował się m.in. W. Kajtoch – zob. tenże, Świat prasy alternatywnej w zwierciadle jej słownictwa,  Wyd. UJ, Kraków 1999.

29. A. Idzikowska-Czubaj, Funkcje kulturowe i historyczne…, op. cit, s. 290.

30. M. Szczygieł,  Xeroxy, Na przełaj nr 51/52 z 31.12.89 r., s. 9.

31. Należy pamiętać, że pojedyncze egzemplarze zinów były czytane nawet przez kilkadziesiąt osób (szczególnie  przed 1989 r.), lub wielokrotnie kserowane bez wiedzy ich autorów.

32. Najbardziej chyba pełny spis polskich fanzinów młodzieżowych, Antologia Zinów 1989-2001 (opr. D. Ciosmak, Kielce 2001), wyróżnia ok. 1200 tytułów, przy czym są to głównie pisma, które miały więcej niż 2 numery.

33. Pierwsza wystawa polskich Zinów (Polish Art Press Exhibition) zorganizowana w Łodzi w dniach 25.11-03.12.1989r. przez Krzysztofa „Skibę” Skibińskiego, zgromadziła ponad 200 tytułów (przy czym były to fanziny wyłącznie nadesłane przez samych autorów).

34. Od 1988 r. gazeta wychodziła w nowej kolorowej i bardzo chaotycznej (wzorowanej na fanzinach) szacie  graficznej.

35. Pietia, Kolumna, QQRYQ nr 12/wiosna 1989, ss. 3-4.

36. Warto wspomnieć, że Zielone Brygady były prawdopodobnie pierwszym polskim czasopismem, którego wszystkie numery były dostępne (za darmo) w internecie.

 

Źródło: Dr Bartosz Głowacki, Kultura – Media – Teologia, 2010( 3) nr 3, s. 33-43 (oryginalny tekt tutaj).

Ukradnij tę książkę: WYZWOLENIE! – Wolne granie

Filmy i koncerty

Jest wiele sposobów aby wkraść się do teatrów, na koncerty, stadiony i inne miejsca rozrywki. Każde z tych miejsc ma parę wejść awaryjnych z rozpieraczami, które można łatwo otworzyć od środka. Przyjdź wcześniej z paroma przyjaciółmi i zróbcie to zaraz po zjaraniu jointa oraz wybraniu najbardziej satysfakcjonującego wyjścia. Zapłaćcie za jedną osobę, która ma wejść do środka. Gdy bramkarzy nie ma nigdzie w pobliżu, otworzy on ustalone drzwi i wszyscy wejdą do środka.

Jeśli chodzi o sieci kinowe, zadzwońcie do głównego biura i poproście o połączenie z wiceprezesem zarządzającym widownią, sprzedażą lub personelem. Zapytajcie o jego imię i będziecie wiedzieli z kim macie przyjemność. Kiedy dostaniecie pożądaną informację, rozłączcie się. W tym momencie macie nazwisko wysoko postawionej osoby w tej firmie. Sporządźcie krótką listę ważnych ludzi w różnych firmach organizujących wydarzenia filmowe, teatralne i sportowe. Następnie sprawdźcie różne sale kinowe i to samo zróbcie z ich kierownikami.

Kiedy będziecie już mieć te dwie listy, możecie zaczynać. Zadzwoń do kina, w którym chcielibyście się zjawić. Kiedy zgłosi się ktoś z recepcji, powiedz że jesteś Panem ___________ i dzwonisz z domowego biura do Pana ____________ (nazwisko kierownika), i chciałbyś dwie wejściówki dla dwóch ważnych osobistości z miasta. Za każdym razem będziesz pytany o nazwiska lub poproszony, aby wspomnieć swoje nazwisko na poczcie. Dzięki temu oszustwu, nie tylko wejdziesz za darmo, ale równiesz uda ci się ominąć czekanie w kolejce.

W Los Angeles i Nowym Yorku studia filmowe trzymają jeszcze nie puszczane szpule z wszystkimi filmami. Jeśli wiesz na pewno kiedy film ma premierę, zadzwoń do działu obsługi prasowej studia produkującego film, powiedz, że jesteś krytykiem z gazety lub magazynu (podaj jakąć nazwę) i zapytaj kiedy mógłbyś zobaczyć film. Dostaniesz datę i miejsca różnych projekcji. Kiedy pójdziesz, poproś ich aby dopisali cię na listę kontaktów, w ten sposób dostaniesz powiadomienia o wszystkich przyszłych seansach.

Teraz dojdzie jeszcze jeden z naszych ulubionych sposobów na zakradnięcie się do kina ze stałym rozkładem pokazów. Pojawcie się w momencie, kiedy pokaz się kończy i ustawcie w kolejce wychodzącej z kina. Wrzaśnijcie „O mój boże!” waląc sobie w czoło, odwróćcie się i wejdźcie do środka, powiedźcie bramkarzowi, że zostawiliście w środku kapelusz, zeszyt itd. Kiedy już będziecie w środku, zakoście trochę popcornu i czekajcie na następny pokaz.

Nagrania i książki

Jeśli macie pod ręką parę adresów, możecie zdobyć wszystkie rodzaje nagrań i książek z klubów ofert promocyjnych. Do momentu kiedy karty, które odeślecie, nie będą podpisane, nie będziesz mógł być legalnie wypisany z ich listy. Dostaniesz wszelkie rodzaje poczty promocyjnej, która swoją drogą, także przychodzi za darmo.

Jeśli masz kumpla, który jest członkiem klubu nagraniowego, poproś go aby wysłał twoje nazwisko jako wolnego członka. Dostanie cztery darmowe nagrania za zapisanie ciebie. W momencie kiedy dostaniesz list gratulujący ci, że zostałeś członkiem, wypisz się. Mieliśmy zazwyczaj 10 różnych nazwisk i adresów, które funkcjonowały we wszystkich wydawnictwach muzycznych i literackich. Każdego dnia jeździliśmy odbierać wielkie paczki. By wyjść z tym na plus otworzyliśmy konto kredytowe w wielkim domu towarowym i zwracaliśmy większość albumów i książek do sklepu mówiąc, że były to podarunki i żadając czegoś innego. Od momentu, w którym otworzyliśmy konto w sklepie, zawsze brali od nas produkty i dawali kredyty na następne zamówienia.

Zawsze możesz korzystać także z publicznych bibliotek. Dowiedz się, kiedy mają coroczny remanent. Każda biblioteka oddaje tego dnia tysiące książek. Po prostu się pokaż i zapytaj czy możesz wziąć parę. Praktycznie wszystko co chciałbyś wiedzieć, od planu skonstruowania zegara słonecznego do kompletnego planu budowy budynku, możesz uzyskać za darmo z Rządowego Biura Drukarskiego. Napisz: do superintendenta ds. dokumentów: Rządowe Biuro Drukarskie, Washington D.C. 20402. Większość publikacji jest damowa. Te które nie są, możesz dostać za niewielką cenę. Poproś o umieszczenie cię na darmowej, dwutygodniowej liście Wybranych Amerykańskich Rządowych Publikacji.

Jedną z najlepszych metod uzyskania darmowych nagrań i książek będzie zainwestowanie dwunastu dolarów i wydrukowanie paru kopert z artystycznym logo jakiegoś nieistniejącego wydawnictwa. Napiszcie do wszystkich wydziałów PR wydawnictw muzycznych i literackich oraz do wytwórni filmowych. Przedstawcie się jako gazeta z dużą ilością młodych czytelników, która chce mieć aktualne recenzje książek, nagrań lub filmów i chcecie być umieszczeni na ich liście prasowej. Powiedzcie, że z chęcią prześlecie im wszystkie recenzje nagrań, jakie pojawią się w gazecie. To dodaje listowi nutki autentyczności. Po miesiącu lub więcej, będziecie dostawać nagrania i książki, z których możecie korzystać.

Jeśli naprawdę desperacko pragniecie mieć książkę, zasugerujcie się tytułem tej, którą czytacie!

 

Abbie Hoffman

(tłum. Michał Pasternacki / red. Conradino Beb)

Ukradnij tę książkę: PRZETRWANIE! – Wolne jedzenie

 

1.1 Restauracje

W krajach takich jak Stany Zjednoczone jest cholernie dużo jedzenia, które tylko czeka, żeby je zwinąć. Jeśli chcesz żyć jak król i nie zmywać przy tym naczyń – restauracje to idealne rozwiązanie. Zasadniczo, wiele z tych miejsc łatwiej obrobić, jeśli ubierzesz się odpowiednio. Powinieneś mieć w swojej garderobie garnitur albo ładną sukienkę, które pomogą ci zrealizować twój cel – wzorową kradzież. Stroje różnego rodzaju, jak na przykład księdza czy siostry zakonnej, są bardzo przydatne. Ogarnij lokalne sklepy z ubraniami i znajdź ubrania lub stroje, które pomogą ci wejść, a szczególnie wyjść, z dowolnego sklepu. Każda organizacja powinna mieć wydział kostiumów i rekwizytów.

W każdym większym mieście są bary, które wykarmiają tałatajstwo z klimatów Nowego Pokolenia, które buduje sobie ekspresową drogę w górę drabiny wielkiego biznesu. Wiele z tych barów posiada bufety czy szwedzkie stoły rozdające jedzenie za darmo, co ma zachęcić do bezmyślnego chlania wódy. Weź ze stołu do połowy pustą szklankę i użyj jej jako straszaka dla natrętnego kelnera. Spaceruj dookoła stołu nabierając na talerz tyle darmowego jedzenie ile się da, aż najesz się do syta. Często kilka barów tego typu zlokalizowanych jest blisko siebie, tak więc spacer po okolicy może sprawiać wrażenie „ulicy szwedzkich stołów”. Obiad zwykle zaczyna się o 17.1

Jeśli jesteś bardzo głodny, możesz udać się do knajpy samoobsługowej i skończyć posiłek osoby, która zostawiła sporo na talerzu. Samoobsługowe restauracje to wspaniałe miejsca, by zaopatrywać się w musztardę, keczup, sól, cukier, papier toaletowy, sztućce i kubki domowego użytku. Przyjdź z pustym plecakiem, który zaczniesz wypełniać zaraz po tym jak ogarniesz teren. Resztki można dojadać nawet w najlepszych restauracjach. Jeśli rozsiadłeś się w miejscu gdzie są jeszcze naczynia, usiądź i zacznij jeść najszybciej, jak możesz. W przypadku, gdy kelnerka podejdzie z menu, powiedz, że musisz spotkać kogoś na zewnątrz i wyjdź.

Są oczywiście restauracje, gdzie możesz zjeść ile chcesz za ustaloną cenę. Najlepsze miejsca tego typu są w Las Vegas. Przyszyj plastikowy worek do t-shirta lub paska, załóż luźną kurtę, lub płaszcz, by ukryć wybrzuszenia. Smażony kurczak jest najlepszy by go zachachmęcić do kieszeni czy raczej w tym wypadku do worka. Kolejny patent, to wlanie kolejnego kubka darmowej, gorącej kawy do plastikowej torby przyszytej do kieszeni i wzięcie jej ze sobą.

Jeśli chodzi o bary z jedzeniem na wynos, możesz powiedzieć, że ty albo twój brat zamówił piętnaście hamburgerów albo kubełek z kurczakami, ale go nie dostał. Nie słyszeliśmy nigdy, by ta metoda kogoś zawiodła. Jeśli chcesz ukraść większą ilość jedzenia z restauracji na telefon, możesz spróbować numeru dla ludzi o twardszych nerwach: zadzwoń do jakiejkolwiek restauracji z dostawą do domu, z budki telefonicznej. Złóż zamówienie na adres w okolicy. Rozłącz się, a potem poczekaj parę minut w budce, gdyż czasem oddzwaniają, by potwierdzić zamówienie. W momencie, gdy dostawca jest już pod domem i dostarcza zamówienie, weź szybko resztę jedzenia z jego samochodu.

W bardzo kulturalnych restauracjach możesz także zamówić duży posiłek i w połowie dania głównego wyjąć martwego karalucha bądź kawałek szkła z kieszeni i położyć to na talerzu. Podskocz zirytowany i zawołaj kelnera. „Nigdy nie traktowano mnie w taki sposób, mogliście mnie otruć!”, wykrzykuj coś w tym stylu wymachując przy tym serwetką. Możesz odmówić zapłaty i wyjść albo naciągnąć kelnera na kolejny posiłek za to straszne niedociągnięcie.

W restauracjach, w których płacisz przy barze przed wyjściem, można zrobić parę prostych wałków. Po tym jak zjadłeś już cały posiłek i dostałeś rachunek, idź do barowej części restauracji, by zamówić kawę i placek. Masz teraz dwa rachunki. Teraz po prostu zapłać ten tańszy i opuść lokal. Do następnego patentu potrzebujesz przyjaciela. Usiądźcie w rogu naprzeciwko siebie. On niech zamówi wielki posiłek, ty zamów tylko kawę.

Udawajcie, że się nie znacie. Kiedy on kończy, bierze twój rachunek i zostawia ten za posiłek na waszym stoliku. Kiedy zapłaci i wyjdzie z restauracji, pójdź do obsługi, i powiedz, że ktoś wziął zły rachunek. Skończysz na zapłacie za swoją kawę. Później spotkaj się z kumplem i zróbcie to samo w innym miejscu, ale odwróćcie role. Podczas tych akcji powinieneś zostawić niezły napiwek dla kelnera lub kelnerki, szczególnie w kawałku z karaluchem. Powinieneś unikać wprowadzania obsługi w problemy, bądź wykręcania się od płacenia napiwku.

Fantastyczną metodą na zdobycie nie tylko darmowego, ale i najlepszego możliwego posiłku, jest następująca sztuczka, którą można uskuteczniać w dużych miastach. Rozejrzyj się w sklepie z czasopismami za pozycjami dla smakoszy i przewodnikami turystycznymi. Zwiń jeden lub dwa i przepisz sobie jakieś nazwisko ze stopki redakcyjnej. Zmyślenie imienia też może się sprawdzić. Następnie zainwestuj 5 dolarów by wydrukować wizytówkę biznesową z wydrukowaną nazwą magazynu i nowym „zastępcą dyrektora”. Zadzwoń lub po prostu wpadnij do jakiejś wytwornej restauracji, pokaż numer czasopisma i zaprezentuj się menedżerowi ze swoją wizytówką. Będą błagali, by dać ci żarcie.

Świetnymi okazjami do zdobycia dobrego posiłku są śluby, bar mitzwy, imprezy firmowe czy zaręczynowe. Działy społeczne w gazetach zamieszczają informacje o zbliżających się ślubach. Jeśli w twoim mieście jest duża żydowska społeczność, zacznij czytać ich gazetę. Są tam długie listy rodzinnych imprez, gdzie rozdają tony jedzenia. Zjaw się przy synagodze parę godzin po tym jak spotkanie się zacznie i strzel historyjkę, jak bardzo chciałbyć wziąć resztki tego „dobrego, żydowskiego jedzenia” dla braci lub sióstr.

Jeśli chcesz, żeby podano ci jedzenie na widoku, musisz się normalnie ubrać. Kwestie w stylu „jestem kuzynem Marcina”, albo zapamiętania imiona narzeczonej („Jejku, Dorota wygląda cudownie”) są wskazane. Źle mogą się przyjąć spostrzeżenia jak: „Hm, Betty nie wygląda jakby była w ciąży!”. Para mieszana może w tym wypadku wyglądać lepiej niż jedna osoba, gdyż mogą rozmawiać podczas jedzenia.

Jeśli naprawdę chcesz zjeść za darmo, ale z klasą, a jesteś akurat w dużym mieście portowym, ogarnij w gazetach gdzie znajduje się port pasażerski. Znajdziesz tam rozkład odjazdów na rejsy oceaniczne. Większość podróży (tego rodzaju) zaczyna się fantastyczną, pożegnalną imprezą na pokładzie. Wejdź na parę godzin przed odpływem i pobujaj się po statku. Szampan, kawior, homar, krewetki i wiele innych są tam dostępne, jak otwarte morze. Jeśli odcumujecie, a ty nie chcesz się zwinąć, możesz zaryzykować podróż po oceanie. Odeślą cię najszybciej jak tylko się da, gdy dopłyniecie do celu, ale zaliczyłeś przynajmniej darmową wycieczkę po oceanie. Powinieneś zmyślić jakąś niezłą historyjkę albo skończysz wiosłując pod pokładem.

Inną możliwością darmowego posiłku jest zejście do doków i zakumplowanie się z jakimś marynarzem. Będzie cię często zapraszał na obiad, na pokładzie. Obcy żeglarze lubią nawiązywać przyjaźnie, przez co możesz zakwalifikować się na wiele darmowych posiłków.

1.2 Programy żywieniowe

W Stanach Zjednoczonych funkcjonuje narodowy program żywieniowy, który jest niestety kontrolowany jest przez państwo. Z rasistowskich powodów, wiele ze stanów nie chce za bardzo nagłaśniać faktu, że coś takiego w ogóle istnieje. To rozwiązanie jest o wiele lepsze niż program żywieniowy związany z opieką społeczną, gdyż możesz za to kupić jakikolwiek produkt spożywczy. Poza listą są jedynie wyroby tytoniowe i alkoholowe. Zasadniczo kwalifikujesz się do niego, jeśli zarabiasz mniej niż 165 dolarów miesięcznie; im mniej zarabiasz, tym więcej dostajesz bonów.

Na samym początku możesz mieć pewien problem. Staw się w lokalnym biurze bonów żywieniowych, który znajduje się w budynku opieki społecznej w twoim mieście. Spotkaj się z przedstawicielem twojego obszaru. Będą chcieli, byś przyniósł im wszystkie rodzaje kwitów, ale jedyne czego potrzebują to parę potwierdzeń finansowych z ostatnich miesięcy. Wzory różnych rodzajów pokwitowań to bardzo przydatny dodatek do twoich rekwizytów. Jeśli któryś kwit jest na wysoką sumę, powiedz, że wynajmujesz mieszkanie z dużą grupą ludzi oraz, że jadacie osobno. Oni chcą tylko, byś im udowodnił, że masz warunki do gotowania. Jeśli już raz zdobędziesz bony, możesz odbierać je regularnie. W niektórych stanach wysyłają ci je nawet na chatę. Możesz dobić do bonów o wartości stu dolarów w najbardziej hojnych stanach.

Duże zasoby odżywczego jedzenia mogą być dostępne za około trzy centy za posiłek dzięki non-profitowej organizacji Multi-Purpose Food For Millions Foundation Inc., 1800 Olympic Ave., Santa Monica, California. Napisz do nich, przyślą ci szczegóły.

1.3 Supermarkety

Jeśli mówimy o jedzeniu w Stanach Zjednoczonych, mówimy również o olbrzymich supermarketach, oświetlonych neonami alejach jedzenia upakowanych w sposób oszukujący konsumentów. Między regałami można znaleźć wiele yipisów, którzy wypełniają sobie kieszenie różnymi przysmakami. Regularnie okradaliśmy supermarkety nie wzbudzając żadnych podejrzeń odkąd zaczęły one działać.

Nie jesteśmy sami, fakt że biorąc pod uwagę ilość kradzieży w supermarketach, one dalej przynoszą zyski, pokazuje jakie tam jest przeładowanie. Supermarkety, jak inne przedsiębiorstwa, odbierają kradzież jako „skurcz inwentarza”. Wygląda to jak gdybyśmy my, złodzieje, pomagali Wielkiemu Biznesowi zrzucić wagę. Spójrzmy więc na nasze starania jak na metody zaprojektowane, by okroić ekonomię i popchnąć ją do przodu z właściwą postawą.

Kobiety nigdy nie powinny chodzić na zakupy bez wielkiej torebki. Między tymi zatłoczonymi korytarzami, szczególnie tymi, gdzie jest dużo pudełek, możne przenieść bardzo wiele dóbr z koszyka na zakupy do torebki. Można przyszyć woreczek do płaszcza, dla bardziej efektywnej kradzieży. Nie martw się o lustra, ochroniarze nigdy na nie nie patrzą. Stań się rozsądnym klientem i nie wkładaj żadnej taniochy do kieszeni.

Małe butelki i słoiki, mają często ten sam rozmiar nakrętki, co droższe i większe rozmiary. Jeśli cena jest na nakrętce, zamień nakrętki, by kupić większy rozmiar za tańszą cenę. Możesz opróżnić kilogramowe pudełko margaryny by wypełnić je kostkami masła. Małe, wąskie przedmioty można przemycić w rurce od papieru toaletowego. Duże supermarkety sprzedają płyty. Możesz przemycić dwa LP w pudełku od pizzy. W dziale produktów są woreczki na warzywa i owoce. Zapakuj parę steków, albo kotlet jagnięcy na dno, a na górę dorzuć parę ziemniaków. Poproś ekspedienta w białym płaszczu, by zważył worek, oznakował i przykleił cenę. Możesz pisać ceny własnym markerem albo przynieść naklejki z cenami.2

Najlepiej kraść razem z partnerem, który będzie stał na czujce i chronił cię przed oczami wścibskich pracowników, klientów i innych oszustów chcących ogarnąć parę patentów. Ustalcie wcześniej z partnerem zestaw sygnałów. Rozrywki takie, jak pukanie w szybkę ekspozycji, wdawanie się w bójkę na pięści z managerem, tłuczenie okien i tym podobne są efektywne, bo nawet jeśli nic nie osiągniesz, możesz się nieźle zabawić. Czy nie miałeś nigdy ochoty przewrócić tych starannie skonstruowanych, dwumetrowych piramid zrobionych z całego tego szmelcu?

Możesz wejść do supermarketu, wziąć parę rzeczy z półek i spacerować jedząc produkty z wystaw. Zjedz sobie parę czereśni. Noś przy sobie łyżeczkę i otwórz jakiś jogurt. Odkręć słoik z marynatami lub oliwkami. Weź trochę pokrojonego mięsa lub sera z działu delikatesów, i zjedz na miejscu, uprzednio upewniając się czy zamknąłeś opakowanie. Opakowanie pełne towarów, użyte jako zmyłka może być zostawione przy wyjściu ze sklepu. Zbadaj teren przed kradzieżą. Ogarnij najmniej zatłoczone godziny, zorientuj się które regały najlepiej obstawić i jak działa system ochrony w sklepie. Jeśli raz pójdziesz okradać supermarkety, spodoba ci się to. Zaskoczy cię to, że jedzenie smakuje lepiej.

Większe kradzieże można zorganizować z pomocą pracownika. Są dwa najlepiej działające sposoby. Kobieta może zatrudnić się jako kasjerka i wystawiać mały rachunek kiedy jej bracia i siostry wynoszą tony towarów. Faceci mogę się zatrudnić przy wypakowywaniu ciężarówek w wydziale przyjmowania towarów. Paru odpowiednio ubranych wspólników może podjechać i z twoją pomocą załadować parę kartonów. Przemycanie pracownika do sklepu, to najlepsza forma kradzieży. Kasjerzy, sprzedawcy, spedytorzy i tym podobne, to łatwo dostępne zawody z tak częstą rotacją kadry i tak małymi płacami, że nie będą cię bardzo kontrolować.

Co więcej, szybko nauczysz się co masz robić. Przez resztę czasu możesz planować, jak trochę oczyścić sklep. Po około miesiącu odwalania takiej akcji powinieneś przenieść się do innego sklepu, zanim stanie się zbyt głośno. Znaliśmy jedną kobietę, która pracując jako karierką zgarniała co tydzień jedzenie o wartości $500. Po miesiącu musiała zwykle zmieniać prace, gdyż szef myślał, że jest tak efektywną kasjerką, iż nalegał by wzięła awans na posadę, która nie przyniesie jej i jej przyjaciołom tylu profitów.

Większe sieci supermarketów, takie jak Safeway wyrzucają kilkudniowe warzywa, liście sałaty czy selera i tym podobne. Zwykle można je znaleźć w kratach z tyłu budynku. Powiedz im, że pracujesz w laboratorium akademickim albo że hodujesz świnki morskie. Mogą nawet zacząć zbierać to dla ciebie, ale tylko wtedy jeśli nie pojawią się przed zbiórką śmieci (czyli wcześnie rano), możesz wziąć cokolwiek zechcesz. Uszkodzone puszki i owoce można nieraz dostać za darmo, ale zwykle po prostu obniżają cenę. Zwykle są tak samo dobre jak te nieuszkodzone. Postaraj się pogiąć większość swoich puszek, zanim pójdziesz do kasjera.

Ogarnij firmy cateringowe i przedsiębiorstwa które sprzedają fabrykom i biurowcom gotowe kanapki. Zjawianie się w tych firmach w odpowiednim czasie (firmy cateringowe w późną niedzielną noc, a sprzedawcy kanapek o 17 w weekendy), może zaowocować dużą ilością dobrego jedzenia. Od strony prawnej są zobowiązani, by jakoś rozporządzić resztkami jedzenia. Uszczęśliwisz ich jeszcze bardziej, jeśli wymyślisz dobrą historyjkę. Od rzeźników można wziąć resztki mówiąc, że to „dla psa”, a w piekarniach można pytać o jednodniowe bułki i chleby.

1.4 Hurtownie

Duże miasta mają hurtownie warzyw i owoców, więc jeśli tylko spytasz, pracownicy dadzą ci tony darmowego jedzenia. Musisz mieć dobrą historyjkę. Weź jakieś materiały biurowe od kościoła i napisz list „Do zainteresowanych” przedstawiający twój kłopot lub lepiej przebierz się za księdza. Można również zwinąć co lepsze rzeczy z sadu po tym, jak skończą się żniwa.

Fabryki mogą dać ci jeden lub dwa kartony towaru dla celów „dobroczynnych”. Wykonaj parę telefonów i odbierz go pod koniec tygodnia. Świetnym pomysłem jest wykonanie listy paruset dużych organizacji na terenie twojego kraju, adresy można znaleźć w bibliotece. Najbardziej kompletną listę mają Poor’s Regester Of Companies czy Directors and Executives. Wyślij im wszystkim skargi dotyczące tego, że twoja paczka płatków śniadaniowych była do połowy pełna, czy też że znalazłeś muchę w brzoskwini.

Wyślą ci hojne dostawy, aby powstrzymać cię od oczerniania firmy przy znajomych lub, co gorsza od wprowadzenia sprawy sądowej. Tak samo mogą ci przysłać swoje towary, jeśli napiszesz, jakie mają dobry produkt, porównując do gówna jakie mają teraz na rynku. Wiecie, list w stylu „płatki ryżowe zwiększają moją potencję seksualną” albo „wasze mrożone szparagi nadały sens mojemu życiu”. Generalnie, im paskudniejszy temat, tym lepsze wyniki.

Rzeźnie mają dużo mięsa które mogą oddać. Wolą nie dawać go na kościelne programy żywieniowe dla dzieci, czy rzeczy tego typu. W niektórych stanach jest prawo, że jeśli płyta z mięsem przewróci się na ziemię, są zmuszeni je wyrzucić. Zrób sobie spacer dokoła rzeźni i odwiedź parę ciężarówek. Rybacy mają tony ryb, których muszą się pozbyć. Generalnie, jeśli tylko zapytasz, możesz wziąć tyle, ile uniesiesz. Łodzie wracają późnym popołudniem, możesz od nich trochę wziąć. Możesz też przejść się wczesnym poranek na rynek, gdzie połów jest najlepszy.

Wszystkie te sposoby zdobycia jedzenia w dużych ilościach są docenione tylko przez osoby które tego próbowały. Będziesz zaskoczony niewiarygodnymi ilościami jedzenia, czekającymi na ciebie i tym, jak łatwe jest żebranie. Zakupienie zamrażarki zapewni ci dwutygodniowe, a nawet miesięczne wyprawy po jedzenie, podczas których dostaniesz najświeższe kawałki. Nic nie może pobić hurtowego towaru za darmo. Albo może darmowego hurtowego towaru? Nieważne: „Bon appetit”.

1.5 Spiski żywieniowe

Uformowanie kooperacji żywnościowej to najlepsza droga do promowania solidarności i przetrwania przy wydawaniu mało na jedzenie. Buduje to również mosty porozumienia z czarnymi, Portorykanami, Meksykanami i innymi grupami, które walczą z naszymi codziennymi oprawcami społeczeństwa.

Zorganizuj spotkanie 20 komun, kolektywów albo organizacji społecznych. Opisz im podstawowe zasady. Głównym rdzeniem powinni być ludzie przedsiębiorczy, którzy działają jako część kupująca i polująca, inna grupa powinna zabrać się za księgowość i centralną dystrybucję dóbr. Po dwie, trzy osoby z każdego ugrupowania wystarczą. Jeśli się postarają, będą mieli jedzenie za darmo. Inną metodą jest rotacja czynności wszystkich członków spisku. Sposób jaki wybierzesz zależy od polityki którą prowadzisz i tego czy wolisz podział pracy, czy organizowanie jedzenia jako trening do życia w kolektywie.

Prawdopodobnie mieszanka tych dwóch będzie najlepsza, ale będziesz musiał sprawdzić to sam. Następną rzeczą, która wymaga ustalenia, to koszt operacji z całym gównem do wykonania. Opiera się to na wielu zmiennych, damy ci więc jedynie pewien wzorzec, który możesz dostosować do twojej obecnej sytuacji. Trzeba oszacować opłatę dla każdego członka komuny. Załóżmy, że chcesz uzbierać 2000 dolarów, co daje 10 dolarów na 200 członków. Po uzbieraniu składki, każda osoba lub grupa musi opłacić tylko jakieś niskobudżetowe jedzenie, które zamówili, będzie potrzebne jednak trochę sprzętu, by ruszyć sprawę do przodu.

Pieniądze idą na wynajęcie magazynu, albo garażu, tanią ciężarówkę, wagi, zamrażarki, torby, regały, deski do krojenia, krajalnice i inne potrzebne rekwizyty. Możesz zrobić niezły interes przeglądając ogłoszenia w lokalnych gazetach i szukając restauracji lub sklepów które zamykają działalność. Pamiętaj – idea spisku opiera się na przeniesieniu ton żarcia za naprawdę niskie ceny lub za darmo do magazynu, gdzie zostaje podzielone na mniejsze części dla każdej grupy lub ewentualnie każdego członka. Zamrażarka pomoże wam utrzymać łatwo psujące się jedzenie przez dłuższy czas.

Grupa łowców powinna zapoznać się z metodami zdobywania darmowego żarcia i wiedzą o miejscach, gdzie można ubić najlepszy interes. Powinni wiedzieć jakie jedzenie jest sezonowane i znać pożywne diety. Trzeba się wiele nauczyć, na przykład gdzie zdobyć surowe ziarna w stukilogramowych działkach albo, jak pociąć boczek wołowiny. Dobrym pomysłem jest zapoznanie się z kimś, kto ogarnia dietetykę, by robił cotygodniowe pogadanki w magazynie. Można także zorganizować lekcje gotowania, szczególnie dla mężczyzn, by kobiety mogły wyjść z kuchni.

Zakładanie społecznoście opartej na podstawach przetrwania, takich jak jedzenie, ma zasadniczy sens. Po tym jak spisek zapuszcza korzenie i wygląda już bardziej stabilnie, powinieneś go rozszerzyć, zaprosić więcej członków czy założyć fundusz awaryjnego pożywienia w razie problemów w samej społeczności. Powinien być również fundusz, w którym spisek sponsoruje różne obiady na celebracje. Zbierzcie się razem i walczcie o światową konspiracje żywieniową. Hasło: Zwiększenie tortu!

1.6 Tania wyżerka

W każdej księgarni można dostać setki normalnych książek kucharskich z pożywnymi, tanimi przepisami. Umiejętność gotowania jest bardzo przereklamowana. Otrzymacie teraz parę łatwych dań na każdą okazję, pożywnych i tanich, jak placki z błotem. Dla urozmaicenia można zmniejszyć lub zwiększyć ilość składników.

Śniadanie Granola Hog Farm (Road Hog Crispies)

Pół szklanki prosa
Pół szklanki pokruszonej pszenicy
Pół szklanki kaszy gryczanej
1/2.szk. kiełków pszenicy
1/2.szk. słonecznika
1/4.szk. sezamu
Dwie łyżki stołowe kukurydzy
2.szk. surowego owsa
1.szk. płatków ryżowych
1.szk. płatków pszennych
1.szk. surowych owoców i/lub orzechów
Trzy łyżki stołowe soi
1 szk. miodu

Gotuj proso w garnku z gorącą wodą przez pół godziny. Wymieszaj w dużej misce wszystkie składniki, łącznie z prosem. Soja i miód powinny być podgrzewane w rondlu aż do wrzenia. Potem należy wsypać ziarna do brytfanny i polać syropem miodowym. Gotować w piekarniku, aż się zarumieni. Zamieszać raz, lub dwa, aby wszystkie ziarna były upieczone. Podawać na sucho, lub z mlekiem.

Warto zamrozić resztki włożone do przykrytego pojemnika. Wystarcza dla dziesięciu do dwunastu ludzi. Najlepiej zrobić więcej i zachować na później. Każdy ze składników można kupić w sklepie ze zdrową żywnością w różnych proporcjach. Jeśli lubisz słodkości, możesz dodać cukier. Jeśli kupiłeś odpowiednie proporcje, to fantastycznie i zdrowe śniadanie będzie tańsze niż markowe opakowane danie które uznaje się za płatki śniadaniowe.

Chleb całego świata

1 szk. owsa, mąki kukurydzianej lub kiełków pszenicy
1 1/2 szk. wody (ciepłej)
1/4 szk. cukru (najlepiej surowego)
Opakowanie suchych drożdży
1 szk. mleka w proszku
1 łyżeczka soli
Żółtka dwóch jaj
4 szk. mąki
olej kukurydziany lub masło

W dużej misce wymieszaj spokojnie owies, mąkę kukurydzianą lub kiełki pszenicy (zależy jaki smak chleba chcesz osiągnąć), wodę oraz cukier. Posyp drożdżami i poczekaj 10 minut by zrobił swoje. Dodaj sól, żółtka jajek, olej kukurydziany i mleko w proszku. Zamieszaj widelcem. Zmieszaj z mąką. Ciasto powinno być suche i lekko grudkowate. Przykryj ręcznikiem i postaw w ciepłym miejscu na pół godziny. Teraz gnieć, uderzaj, mieszaj i kop ciasto, a potem znowu połóż je w ciepłym miejscu. Ciasto powinno podwójnie zwiększyć objętość.

Kiedy tak się stanie, podziel ciasta na dwie masy i zagnieć jedną w wysmarowanej formie do chleba. Pokryj formy i pozostaw, do czasu gdy ciasto urośnie na wysokość formy. Gotuj w piekarniku, który nie był wcześniej podgrzewany, przez 40-45 minut w 350 stopniach Płytka tacka z wodą na dnie piekarnika sprawi, że chleb będzie miły i wilgotny. Kiedy wyjmiesz formy z piekarnika, wyjmij z niej chleb i poczekaj aż ostygnie. Jak raz to zrobisz, już nigdy nie będziesz chciał dotknąć gotowego chleba, a poza tym odjazdowe jest obserwowanie drożdży w pracy.

Uliczna sałatka

Sałatkę można zrobić krojąc wszystkie możliwe rodzaje warzyw, orzechy i warzywa plus rzeczy które wyżebrałeś na tyłach supermarketów; mlecze, szczaw i inne dzikie warzywa; wszystkie dobra które ukradłeś ze sklepów lub większych farm. Można zrobić przyzwoity sos z oleju, octu winnego, pokrojonych ząbków czosnku, solu i pieprzu. Zmieszać składniki w pojemniku, dodać do sałatki i podawać. Sos po rosyjsku to po prostu zmieszany majonez z keczupem.

Jogurt Yippie

Jogurt to jeden z najbardziej pożywnych posiłków na świecie. Ten który kupujesz w sklepie zawiera konserwanty przez które jest mniej zdrowy i droższy. Jogurt to bakteria która roznosi się przez odpowiednią kulturę w odpowiedniej temperaturze. Zacznij od pójścia do tureckiej lub syryjskiej restauracji i kupienia go sobie. Niektóre restauracje słyną z jogurtów które psują się po stu latach. Możesz go trzymać w lodówce.

Najpierw spreparuj kulturę, w której jogurt będzie się rozmnażał. Zamierzona konsystencja określa to, czego potrzebujesz. Kultury mleka stworzą rzadki jogurt, zaś słodki krem gęstą ciecz. Dodanie tłuszczu z masła determinuje konsystencje oraz liczbę kalorii. Pół mleka i pół kremu łączy to, co najlepsze z obu tych opcji. Ugotuj ćwiartkę połowy jednego i drugiego na małym ogniu do i zdejmij z kuchenki zanim zacznie wrzeć. To wytrąci bakterie, które tworzą jogurt.

Teraz weź łyżkę stołową, którą masz z restauracji i umieść ją w misce (byle nie metalowej). Dodaj ciepłej wody., Pokryj miskę pokrywą i owiń ciasno grubym ręcznikiem. Umieść miskę w ciepłym miejscu, na przykład na kaloryferze lub na w słońcu. Wyłączony piekarnik z miską wrzącej wody pod spodem również daje radę. Niech miska grzeje się osiem godzin (przez noc). Jogurt urośnie do rozmiarów pełnej miski. Yippie! Trzeba go trzymać około tydzień w lodówce zanim zrobi się kwaśny, ale nawet w tym czasie bakterie stworzą świeży produkt wysokiej jakości. Pamiętaj by podczas jedzenia zostawić resztki na zrobienie następnego.

Sos Rice and Cong

1 szklanka brązowego ryżu
warzywa
2 szklanki wody
2 1/2 łyżki stołowej sosu sojowego
łyżeczka soli

Nalej wody do garnka, by ją zagotować, dodaj sól oraz ryż. Przykryj i zmniejsz płomień. Czas gotowania wynosi 40 minut lub gotujesz do momentu kiedy ryż wchłonie wodę. W tym czasie na dobrze wysmarowanej patelni usmaż w tłuszczu różne rodzaje pokrojonych warzyw które lubisz. Kiedy staną się miękkie i przyrumienione, dodaj sól i dwie szklanki wody. Zostaw pod przykrywką i zmniejsz płomień. Gotuj na wolnym ogniu około 40 minut od czasu do czasu mieszając. Wtedy dodaj 2 1/2 łyżki stołowej sosu sojowego, wymieszaj i gotuj przez następne 10 minut. Ryż powinien już się studzić, więc można już polać go sosem i podawać. Wspaniała potrawa na długie, partyzanckie wycieczki. Praktycznie był to jedyny posiłek bojowników Narodowego Frontu Wyzwolenia.

Fasolka a la Weather3

1 funt fasoli
2 litry wody
1 cebula (pokrojona)
1 łyżka stołowa pokrojonego selera
1 łyżeczka zmielonego czosnku
2 łyżki stołowe pietruszki (pokrojonej)
1/2 funta wieprzowiny, kiełbasy wędzonej lub golonki
Jeden duży liść laurowy
Sól wedle uznania.

Obmyj fasole, później włóż do garnka pod przykrywką i dodaj wodę oraz sól. Gotuj na małym ogniu. Podczas gotowania pokrój mięso oraz przysmaż na patelni. Dodaj cebule, czosnek, pietruszkę i kontynuuj gotowanie na wolnym ogniu. Dodaj kawałki mięsa, warzywa oraz liść laurowy do fasoli i gotuj pod przykryciem od 1 1/2 do 2 godzin. Ewentualnie trzeba będzie dolać więcej wody, jeśli fasole za bardzo się wysuszą. Piętnaście minut przed tym jak fasole będą gotowe, zgnieć resztę na drugą stronę patelni by zmniejszyć wodnistość. Wlej wodę z fasolą do zrobionego ryżu który zrobiłeś według powyższych wskazań. To powinno nam dać tani, pożywny posiłek dla około sześciu osób.

Przysmak hedonisty

2 homary
2 litry wody
Wodorosty
1/4 funta masła

Ukradnij dwa homary, uważaj na ich szczypce. Wyżebraj trochę wodorostów z jakiegokolwiek sklepu rybnego. Upoluj masło korzystając z metody z działu o supermarketach. Gdy będziesz w domu, ugotuj wodę w dużym, przykrytym garnku i wrzuć wodorosty, a później homary. Przykryj znów i gotuj przez około 20 minut. Stop masło w rondlu, zanurz w nim kawałki homara i zjadaj. Ze złodziejskim pudełkiem którego budowa będzie opisana później, będziesz mógł ukraść butelkę doskonałego rocznika Poulliy-Fuisse w wystawnym sklepie z alkoholami. Co prawda ryż jest niezły, ale…

Abbie Hoffman

(tłum. Michał Pasternacki / red. Conradino Beb)

 

Przypisy:

1. Autor odnosi się tutaj do przykładu Stanów Zjednoczonych, który opisuje także realia Europy Zachodniej. Niestety dla polskiego czytelnika pozostaje to jedynie czystą teorią ze względu na różnice ekonomiczne i kulturowe (przyp. red.)

2. Oczywiście ten sposób jest we współczesnych supermarketach niemożliwy do zrealizowania ze względu na rozpowszechnione drukowanie kodu paskowego na naklejce z ceną (przyp. red.)

3. Chodzi o Weathermen – skrajnie lewicową organizację terrorystyczną, założoną na skutek rozpadu ideologicznego SDS w 1968. (przyp. red.)

 

Źródło: Abbie Hoffman, Steal This Book, Pirate Editions / Grove Press, USA 1971.

Ukradnij tę książkę: Wstęp

Dla Jerry’ego Lefcourta, prawnika i brata

Adekwatnym wydaje się fakt, że pisząc ten wstępniak siedzę w więzieniu – uniwersytecie przetrwania. Z tej książki nauczysz się, jak wykorzystać pastę do zębów jako klej, jak wykonać własnoręcznie nóż za pomocą łyżki oraz jak budować skomplikowane sieci komunikacyjne. Tutaj nauczysz się również jedynej skutecznej terapii – nienawiści dla represji.

Ukradnij tą książkę jest w gruncie rzeczy instrukcją przetrwania w więzieniu zwanym Ameryką. To zwiastun ucieczki. Pokazuje ci dokładnie gdzie umieścić dynamit, żeby rozsadzić ściany. Pierwsza część: PRZETRWANIE! – zawiera potencjalny plan działań naszego narodu. Nagłówki rozdziałów określają wymagania dla wolnego społeczeństwa. Społeczeństwa, w którym technologia produkuje dobra i usługi dla każdego kto ich potrzebuje, kto tylko może je wziąć. Wywołuje Robin Hooda z lasu Santa Barbara, by okradał nikczemnych baronów, którzy władają zamkami kapitalizmu.

To oznacza, że czytelnik jest już „ideologicznie przygotowany”, że rozumie korporacyjny feudalizm jako jedyną kradzież, którą można nazwać „przestępstwem”, której ofiarami jesteśmy my wszyscy. Rozporządzenie, które objaśnia co jest legalne, a co nie, jest w zasadzie nieistotne. Prawo zostało narzucone i napisane przez władców porządku. Nasze własne prawo moralne głosi zaś, że nie wolno okradać siebie nawzajem. Okradanie brata czy siostry jest złem. Nieokradanie instytucji, które są filarami Imperium Świń jest równie niemoralne.

Jedność w naszym narodzie, chaos w ich – to jest przesłanie PRZETRWANIA!

Nie możemy przetrwać nie wiedząc jak się bronić, a tego właśnie dotyczy druga część. WALKA! wyróżnia rewolucjonistów od wyrzutków. Przesłaniem części drugiej nie jest pierdolenie systemu, ale jego zniszczenie. Narzędzia walki są starannie dobrane. Zostały wykonane własnoręcznie, zaprojektowane do działania w naszej unikalnej, elektronicznej dżungli. Wielkomiejska krytyka znajdzie tutaj wiele przykładów dla naszej „agresywnej” natury. Prawo po raz kolejny nas jednak zawodzi. Zabójstwo w mundurze jest bohaterstwem, jednak przestępstwem w przebraniu.

Reklamy pełne kłamstw zdobywają nagrody, a fałszerze siedzą w więzieniu. Wzrost cen gwarantuje zyski, zaś złodzieje sklepów siedzą w celach. Politycy spiskują nad policyjnymi zamieszkami, zaś ich ofiary zostają osądzone. Studenci zostają ostrzelani, by później zostać oskarżeni przez sędziów okręgowych, którzy ogłoszą ich winnymi. Nowoczesna, zmechanizowana armia podróżuje 9000 mil i popełnia ludobójstwo na malutkim narodzie pełnym nadziei, by później oskarżyć go o agresję. Właściciele ziemscy pozwalają szczurom kaleczyć dzieci, by później skarżyć się na przemoc na ulicach. Wszystko zostało obrócone do góry nogami. Jeśli będziemy internalizować język i wyobrażenia świń, zawsze będziemy mieli przejebane.

Pozwólcie, że to zobrazuję. Ameryka została zbudowana na trupach. To jej historia. Przez lata oglądaliśmy filmy pokazujące życzliwość białych ludzi. Jimmy Stewart – słownikowy przykład uczciwości – obejmuje ramieniem Cochise’a mówiąc, że Indianie i biali mogą żyć razem w pokoju, jeśli obie strony będą rozsądne, odpowiedzialne i racjonalne (te trzy R: reasonable, responsible and rational, których imperialiści zawsze uczą „tubylców”). „Znajdziesz dobro wypasając po drugiej stronie góry”, wyjaśnia człowiek od public relations. „Weź swoich ludzi i odejdź w pokoju”. Cochise, jak miliony innych młodzików, został zrzucony na dno pokładu.

Dopóki nie zrozumiemy natury zinstytucjonalizowanej przemocy oraz tego, jak manipuluje ona wartościami i zwyczajami mniejszości, będziemy na zawsze uwięzieni w klatce ignorancji. Kiedy dojdziemy do wniosku, że to  złodzieje banków, a nie bankierzy, powinni być powiernikami uniwersytetów, zaczniemy jasno myśleć. W momencie gdy Wojskowy Instytut Matematyczny, Centrum Zarządzania, oraz Bank Ameryki objawią się nam wszystkie jako szambo przemocy, wypełniające młodzież nienawiścią i zwracające jednych przeciwko drugim, wreszcie zaczniemy myśleć rewolucyjnie.

Bądź przebiegły korzystając z części drugiej; przebiegły jak wąż. Poczuj ducha walki. Nie daj się pożreć tripowi ofiary. W rewolucji nie chodzi o samobójstwo, ale o przetrwanie. Własnymi palcami wybadaj świętość ciała, zobacz że jest ono stworzone do życia. Twoje ciało jest jednością w masie stłoczonej ludzkości. Zostań internacjonalistą i respektuj każde istnienie. Konstruuj maszyny wojenne, a w szczególności precyzyjne maszyny prowadzące do śmierci korporacji i wszystkich strażniczych robotów. Obowiązkiem rewolucjonisty jest kochać, co oznacza  pozostanie żywym i wolnym. To nie dotyczy tchórzy. Palenie trawki i wieszanie obrazka Che na ścianie jest takim samym wyzwaniem, jak picie mleka i zbieranie znaczków pocztowych. Rewolucja świadomości jest pustą jazdą, jeśli nie towarzyszy jej rewolucja u podstaw władzy. Nie interesuje nas zakwitanie Ameryki, chyba że chodzi o kwitnięcie na jej grobie.

Część trzecia: WYZWOLENIE! – dotyczy starań o wyzwolenie towarów (lub przynajmniej o obniżenia ich cen) w czterech miastach. To coś w stylu przetrwania w Ameryce bez dolara przy duszy. Tu zaczynamy rozwijać potencjał narodowych starań w tej materii. Dopóki jesteśmy narodem Cyganów, patenty na to jak zrobić krok do przodu, jak zdobyć cokolwiek, są niezbędne. Razem możemy rozwinąć tą część. Daleko jej do ukończenia, jak i całemu projektowi. Niedokończone rozdziały o tym, jak rozpoznać funkcjonariuszy policji, ukraść samochód, zorganizować centrum całodniowej opieki, prowadzić swój własny proces, zorganizować kafejkę, założyć kapele rockową, szyć schludne ciuchy, są rozrzucone po podłodze mojej celi.

Książka w obecnej formie została ukończona latem 1970 roku. Przez trzy miesiące rękopisy objeżdżały wszystkich większych wydawców. Koniec końców tekst został odrzucony ponad 30 razy, zanim zdecydowaliśmy się go wydać sami czy też raczej zrobiliśmy to sami dla siebie. Chyba żadna inna książka naszych czasów nie zajmowała się tą problematyką. Każdy wiedział, że odniesie komercyjny sukces, ale nawet chciwość ma swoje granice, IRS1 i FBI śledziły rękopis i swoją gadką krzyżowały nam plany. Trzydzieści „tak” od wydawców zamieniły się w trzydzieści „nie’, gdy tylko pozwolili sobie na „przemyślenia”. Liberałowie, którzy walczą z cenzurą, spekulowali w jaki sposób moja książka „zakończy wolność słowa”.

W końcu, kiedy przynieśliśmy manuskrypt do drukarni, wydawnictwo Grove zgodziło się zostać dystrybutorem. Pojechanie z tym wszystkim samemu wliczając dystrybucje, byłoby pożądane, ale wiedzieliśmy, że przedsięwzięcie od samego początku było niewypałem. Próbowaliśmy tego wcześniej, ale bez sukcesu. Tak naprawdę, jeśli ktoś jest zainteresowany 4000 kalendarzami Yippie z 1969 roku, jesteśmy w kontakcie. Nawet z dystrybutorem, który włącza się do walki, bitwa zacznie się dopiero wtedy, gdy książka wyjdzie z księgarni.

Mówiło się o tym w poprzednich latach, że „wolność prasy zależy od tego kto ją kontroluje”, co było problemem, ale obecnie szybkie metody składowania, drukowania offsetowego, i zagospodarowania innych czynników produkcji zmniejszyły o wiele koszta druku. Dosłownie każdy ma prawo drukować swoje własne prace. Nawet w najbardziej represyjnym społeczeństwie, jakie tylko można sobie wyobrazić, możesz wydawać już swoje własne, prywatne publikacje. Zaledwie z tego powodu, że w Ameryce się na to pozwala, nie czyni jej to jednak taką demokracją, o jakiej w swojej wizji marzył Jefferson.

Represyjna tolerancja to prawdziwy fenomen. Żeby mówić o wolności prasy, musimy wspomnieć o dostępności kanałów komunikacyjnych, które są zaprojektowane dla całej populacji, bądź przynajmniej dla tej części populacji która uczestniczyłaby w dialogu. Wolność prasy zależy od ludzi, którzy ją dystrybuują. Może był to dla nas zawsze problem, ale w społeczeństwie masowym, gdzie każdy jest natychmiastowo wcielany do różnorodnych, narodowych systemów komunikacji, szeroka dystrybucja informacji jest sednem sprawy. Przystanie na to, że możliwość drukowania własnej książki oznacza wolność prasy, wykazuje ogromne niezrozumienie dla natury masowego społeczeństwa. To jak ze stwierdzeniem, że każdy z wózkiem może zdobyć Safewaymarket, a każde dziecko może dorosnąć i zostać prezydentem.

Władze stanowe, bibliotekarze, członkowie PTA, agenci FBI, katole i rodzice: prawdziwy legion przyzwoitości i porządku maszeruje w naszą stronę. Największym wyzwaniem pozostaje dla nas przekazanie ci tej książki. Następne miesiące będą na pewno ekscytujące. Oczywiście, takiego projektu jak Ukradnij tą książkę nie zrealizowalibyśmy sami. Izak Haber podzielał naszą wizję od początku. Miesiącami przeprowadzał wartościowe badania i przyczynił się do powstania wielu technik przetrwania. Carole Ramer i Gus Reichbach z New Your Law Commune dyrygowali zaś rękopisem na wielu etapach. Anna Kaufman Moon jest autorką wszystkich fotografii. Ski Williamson i Gilbert Shaldon stworzyli rysunki. Tom Forcade z UPS cierpliwie pracował nad redakcją. Bert Cohen z Concert Hall zajął się oprawą graficzną. Amber i John Wilcox dokonali składu. Anita Hoffmann i Lynn Borman pomogły mi przepisać parę rozdziałów.

Jest parę osób które pomogły w testowaniu zademonstrowanych technik, ale z wiadomych powodów chcą pozostać anonimowi. Było bodajże 50 braci i sióstr którzy odgrywali różne barwne role w tym wielkim spisku. Niektórzy są dodatkowo wymienieni na poniższej liście. Postaramy się informować was o wszystkich na bieżąco. Jeśli macie komentarze, pozwy, sugestie, bądź śmiertelne pogróżki, proszę wysłać je na: Dear Abbie, P.O. Box 213, Cooper Station, New York, NY 10003. Wiele patentów może nie działać w twoim otoczeniu lub mogą wyjść z obiegu, zależnie od momentu w którym czytasz ten tekst, wiele adresów i numerów telefonicznych na pewno się zmieni. Jeśli czytelnik stanie się jednak badaczem-uczestnikiem, wtedy osiągniemy nasz cel.

Czekajcie też na specjalne wydanie książki pt. Ukradnij Biały Dom, będzie to kompletna wersja z planami przejść podziemnych, metodami siania fermentu w sieciach komunikacyjnych i szczegółowymi mapami pokoju świątecznego, gdzie, cytując Tricie Nixon: „Ojciec uwielbia słuchać nagrań Mantovanniego odpalając pełną parą klimatyzacje siadając przy kominku i patrząc przez okno na Pomnik Waszyngtona – medytując nad trudnymi problemami, z którymi mierzą się wszyscy ludzie na świecie.”

Grudzień, 1970
Więzienie Stanowe w Cook
Chicago

WOLNOŚĆ SŁOWA JEST PRAWEM ABY KRZYKNĄĆ „TEATR” W ZATŁOCZONYM POŻARZE2

– Yipisowskie przysłowie –

WSPARCIE I MOTYWACJA:

Tim Leary, Tom, Geronimo, Pearl Paperhanger, Sonny, Pat Solomon, Allan Katzman, Jacob Kohn, Nguyen Van Troi, Susan, Marty, Andy, Ami, Marshall Bloom, Viva, Ben, Oanh, Robin Palmer, Mama and Tata, Janie Fonda, Jerry, Denis, LNS, Bernardine Dohm, ściana na placu Harvardzkim, Nancy, anonimowa stewardessa, Shirley Wonderful, Roz, Gumbo, Janis, Jimi, Dylan Liberation Front, Jeannie, God Slick, David, Rusty, Barney, Richard Denny, Ron Cobb, cały Viet Cong, Sam Shephard, Ma Bell, Eric, David, Joe, Kim Agnew, Partridge Family, Carol, Alan Ginsburg, Woman’s Lib, Julius Lester, Lenny Bruce, Hack, Billy, Paul, Willy, Coleen, Sid, Johnny Appleseed, the Rat, Craig, Che, Willie Sutton, Wanda, EVO, Jeff, Crazy Horse, Huey, Casey, Bobby, Alice, Mao, Rip, Ed, Bob, Front Wyzwolenia Gejów, WPAX, Frank Duddock, Many, Mungo, Lottie, Rosemary, Marshall, Rennie, Judy, Jennifer, Mr. Martin, Keith, Madame Binh, Mike, Eleanor, Dr. Spock, Afeni, Candice, The Tupamaros, Berkeley Tribe, Gilbert Sheldon, Stanley Kubrick, Sam, Anna, Skip Williamson, UPS, Andy Stapp, Yippisi, Richard Brautigan, Jano, Carlos Marighella, Weathermen, Julius Jennings Hoffman, Quentin, więzniowie TIER A-I Cook County Jail, Houdini, 37, Rosa Luxenburg, Kent 25, Chicago 15, New York 21, Motor City 3, Indianapolis 500, Jack, Joan, Malcolm X, Mayakovsky, Doston, R. Crumb, Daniel Clyne, Justin, FBI Top 10 (teraz 16!), Unis, Dana, Jim Morrison, Brian, John, Gus, Ruth, Nancy Unger, Pun, Jomo, Peter, Mark, Rudd, Billy Kunstler, Genie, Ken, Law Commune, Paula, Robby, Terry, Dianna, Angela, Ted, Phil, Jefferson Airplane, Armstrong Brothers, Homer, Sharon, Fred Hampton, Jean Jacques Lebel, A.h. Maslow, Hanoi Rose, Sylvia, Fellini, Amaru, Ann Fettamen, Aratud, Bert, Merril, Lynne i w końcu nimniej ważny Spiro, którego imię zawsze było dla mnie dużym bodźcem.

Abbie Hoffman

(tłum. Michał Pasternacki / red. Conradino Beb)

Przypisy:

1. IRS – Internal Revenue Service, urząd podatkowy w USA

2. Jest to nawiązanie do popularnego w Ameryce przysłowia „krzyczeć ‚pożar’ w zatłoczonym teatrze”. Chodzi o to, iż każdy może krzyknąć „pożar”, przez co wolność słowa może być niebezpieczna dla tłumu.

Źródło: Abbie Hoffman, Steal This Book, Pirate Editions / Grove Press, USA 1971.

„Nie wierz w nic” – wywiad z Robertem Antonem Wilsonem

Chyba każdy z Was zna Roberta Antona Wilsona, a przynajmniej jeśli jesteście fanami undergroundowego science-fiction (m.in. Trylogii Illuminatus, Trylogii Kot Schrödingera, Maski Iluminatów), teorii spiskowych (Everything Is Under Control), zwolennikami semantyki Korzybskiego, neurolingwistycznego programowania (Psychologia kwantowa), anarcho-indywidualistami (T.S.O.G. The Creature That Ate the Constitution) czy jak kto woli „prawicowymi hipisami”.

Bob Wilson to obok Timothy Leary’ego, Williama Burroughsa i Kena Keseya (z którymi był zresztą blisko zaprzyjażniony) jedna z najważniejszych postaci posthipisowskiej kontrkultury. Urodzony w Irlandii profesor fizyki i psychologii wraz z innymi enfantes terribles amerykańskiego środowiska naukowego wstrząsnął w latach ’70 establishmentem pokazując, że z buntu się nie wyrasta. I choć od tamtego czasu minęło ponad trzydzieści lat papa Bob nadal nie spuszcza z tonu.

Wywiad ten może sprawiać wrażenie nieco chaotycznego, ale gdy rozmawia się ze swoim ulubionym autorem zasiadając na werandzie jego kalifornijskiego domu i popija chłodną margharitę, trudno jest zachować właściwą redaktorską postawę…

MindFuck: Wiele z Pańskich książek dotyczy sekretnego stowarzyszenia zwanego Iluminatami. Skąd Pańska fascynacja tą tematyką?

Robert Anton Wilson: Wszystko zaczęło się od Grega Hilla i Kerry’ego Thornleya, którzy w latach ’60 powołali Discordian Society – sektę religijną opartą na kulcie Eris, Bogini chaosu, nieporządku, konfuzji, biurokracji i stosunków międzynarodowych. Nie mieli żadnych dogmatów, a za wyznanie wiary wystarczył im jeden kotmat (gra słów, w j. angielskim dog znaczy pies – przyp. red.), w myśl którego wszystko co istnieje we wszechświecie ma taki lub inny (w zależności od pomysłowości interpretatora) związek z cyfrą pięć.

Ponieważ dyskordianizm okazał się być najciekawszą religią, z jaką dane mi się było zetknąć, postanowiłem zostać Dyskordiańskim Papieżem. W tym celu, opierając się na naukach Grega, który twierdził, że my dyskordianie nie powinniśmy trzymać się razem, ekskomunikowałem wszystkich Dyskordiańskich Papieży których znałem i powołałem własny Kościół Dyskordiański. W 1968 Jim Garrison, prokurator okręgowy z Nowego Orleanu, lub jak go póżniej nazywaliśmy: słodki żelkowy potwór, zarzucił Kerremu udział w spisku, który doprowadził do zabójstwa prezydenta Kennedy’ego. Z braku dowodów nigdy nie oskarżył go o to formalnie i w związku z tym sprawa nie trafiła do sądu, jednak przez wiele lat zarzuty te nie dawały Kerry’emu spokoju. W końcu zupełnie mu odbiło. Ponieważ służbę wojskową odbywał w tej samej jednostce co Oswald, ubzdurał sobie, że rzeczywiście w jakiś sposób był zamieszany w zabójstwo Kennedy’ego, a to że nic z tego nie pamiętał tłumaczył sobie tym, że Wywiad Marynarki USA poddał go praniu mózgu.

Im bardziej zagłębiał się w całą sprawę, tym bardziej wierzył w zarzuty przedstawiane mu przez Garrisona. Doszedł wręcz do wniosku, że Wywiad Marynarki wyprał mózg nie tylko jemu i Oswaldowi, ale także kilku innym osobom, a następnie posługiwał się nimi jako mandżurskimi kandydatami. Rzecz jasna nie mógł sobie przypomnieć niczego, co potwierdzałoby tą tezę, ale nie powstrzymało go to od snucia podejrzeń. W myśl jednej z jego teorii ja również byłem zamieszany w spisek. Jako agent CIA miałem kontrolować sposób w jaki wywiązywał się ze swoich tajnych zadań. Początkowo było to nawet zabawne, później jednak nasze drogi rozeszły się. Trudno jest porozumieć się z kimś, kogo uważasz za paranoika i który zarzuca ci, że jesteś diabolicznym agentem kontrolującym jego umysł.

W trakcie całego zamieszania z zabójstwem Kennedy’ego Kerry wpadł na pomysł, który w jego mniemaniu miał utrudnić Garissonowi dochodzenie. Zaczął rozgłaszać wszem i wobec, że jest członkiem Bawarskich Iluminatów. Ponieważ była to najbardziej absurdalna teoria na jaką wpadł, postanowiłem zapoznać się bliżej z tymi Iluminatami. Im bardziej się zagłębiałem w ich historię, tym bardziej mnie fascynowali, a że szkoda mi było nie wykorzystać zdobytej w trakcie tych badań wiedzy, postanowiłem połączyć iluminizm z dyskordianizmem. Skoro celem dyskordian jest promowanie chaosu, dlaczego Iluminaci nie mieliby dążyć do totalitaryzmu? W końcu, by Discordian Society było naprawdę dyskordiańskie powinno mieć wewnętrzną frakcje dysydencką, czyż nie?

Robert Anton Wilson oraz Timothy Leary / 1996

Papież Jan XXIV wyrzucił z chrześcijańskiego panteonu przeszło sześciuset świętych uznając, iż wszyscy byli postaciami fikcyjnymi. Wśród tych sakralnych banitów był m.in. Święty Mikołaj i cała rzesza irlandzkich świętych. Przygarnęliśmy ich do Discordian Society, uznając. że nie ma żadnego znaczenia czy istnieli, czy też nie. Jeśli nam się podobają, są nasi, a że święci ci byli bezdomni, w przypływie miłosierdzia postanowiliśmy ich adoptować. Z tego samego powodu przyjęliśmy w swoje ramiona Iluminatów. Skoro nikt się do nich nie przyznawał, sami wyciągnęliśmy do nich rękę.

Gdy adopcyjnym formalnościom stało się zadość ogłosiłem się przywódcą lIuminatów, co z kolei zaowocowało ożywiona korespondencją z innymi osobami, które przypisywały sobie ten tytuł. Jeden z tych epistografów nawet straszył mnie sądem. Gdy jednak w odpowiedzi na jego grożby poprosiłem go by przetłumaczył swój list na FORTRAN (jeden z najstarszych j. programowania – przyp. red.), gdyż mój komputer nie rozumie j. angielskiego, przestał do mnie pisać. Myślę, że wprawiłem go tym w małe zakłopotanie.

MindFuck: Jak Pan sądzi, kim naprawdę byli lub są Iluminaci?

RAW: Na przestrzeni wieków nazwy tej używało tak wiele grup i jednostek, że nie sposób na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie. Według prawicowych paranoików Bawarskimi Iluminatami byli niemal wszyscy czołowi XVIII-wieczni intelektualiści, a celem ich spisku miało być obalenie chrześcijaństwa. Nie sadzę jednak, by mieli rację. Zgodnie z moją wiedzą, Jefferson nie był Iluminatem i miał jedynie zbieżne z nimi cele. Beethoven był najprawdopodobniej ich członkiem, ale już Mozart nie. Podobnie rzecz ma się z Wolterem, choć on akurat należał do loży wolnomularskiej. Jednak nawet gdyby Iluminaci rzeczywiście mieli zamiar obalić chrześcijaństwo i wprowadzić na jego miejsce demokrację, to ja nie miałbym nic przeciw temu.

MindFuck: Jaki zatem mieli cel?

RAW: Głównym celem XVIII-wiecznych Iluminatów, w odróżnieniu od ich wcześniejszych inkarnacji, było obalenie papiestwa i monarchii, zastąpienie ich rządami republikańskimi oraz obdarzenie każdego chłopca i dziewczynki naukową wiedzą. Większość z tych zamierzeń powoli zaczyna się spełniać. W porównaniu z XVIII wiekiem rzeczy mają się niewątpliwie lepiej i myślę, że powinniśmy się z tego cieszyć.

MindFuck: Wiele z sekretnych informacji niegdyś skrzętnie ukrywanych przez takie organizacje, jak choćby Bawarscy Iiluminaci, dziś można znależć w książkach dostępnych w niemalże każdej księgarni. Jakie są Pańskim zdaniem społeczne konsekwencje dostępu do tych tajemnic?

RAW: Och, uważam że to wspaniałe. Wierzę bowiem, że wiele ze zła, jakie spotyka nas na co dzień, wynika właśnie z ukrywania przed nami pewnych wiadomości. Informacja jest obecnie najdroższym i najważniejszym towarem. Powiem więcej, jest źródłem wszelkiego bogactwa. Klasyczna ekonomia upatrywała źródła dobrobytu narodów w trzech elementach – ziemi, kapitale i pracy. Jednak nawet jeśli jesteś właścicielem olbrzymich połaci gruntu, masz pieniądze by zatrudnić pracowników i zaczniesz np. prowadzić odwierty w poszukiwaniu złóż ropy, a nie dysponujesz żadną informacją na temat ich położenia nie staniesz się bogaty. To co czyni z nafciarzy ludzi majętnych, to informacja gdzie szukać ropy. Podkreślę to raz jeszcze – wiedza to największe dobro materialne tego świata, dlatego każde ograniczenia w swobodzie jej przepływu i jej rozprzestrzeniania czyni nas wszystkich uboższymi.

MindFuck: Dlaczego zatem tak długo musieliśmy czekać na ujawnienie pewnych informacji należących do wiedzy tajemnej?

RAW: W dużej mierze winę należy zrzucić na Kościół Katolicki. Każdy kto głosił pewne niepopularne tezy zbyt otwarcie trafiał prędzej czy później na stos. Dlatego alchemicy, heretycy, Iluminaci i inne grupy tego rodzaju nauczyły się mówić szyfrem.

MindFuck: W jednej ze swoich ostatnich książek Everything Is Under Control: Conspiracies, Cults, and Cover-Ups opisał Pan dziesiątki mniej lub bardziej zwariowanych sekt, kultów i teorii spiskowych. Na które z nich powinniśmy zwrócić szczególną uwagę?

RAW: Myślę, że jedną z najbardziej fascynujących jest teoria wysnuta przez autorów książki Święty Graal, Święta Krew, w myśl której Jezus nie tylko nie umarł na krzyżu, ale wręcz założył własną dynastię, będącą dalszym ciągiem rodu Dawida. Jego królewską krew miała przewieźć do Francji (gdzie w owym czasie znajdowała się duża gmina żydowska) jego żona Maria Magdalena, która przekazała ją poprzez związki dynastyczne Merowingom. Linia ta podobno istnieje do dziś, a do jej ochrony powołano specjalny zakon zwany Zakonem Syjonu, którego członkami byli m.in. Leonardo da Vinci, Issack Newton i Victor Hugo… teoria ta, choć oparta na wątpliwych założeniach, wspierana jest przez jej zwolenników wynikami licznych badań historycznych, archeologicznych i biblioznawczych. Z jednej strony wygląda zatem na wielce prawdopodobną. Z drugiej zaś nie można oprzeć się wrażeniu, że jest to niezwykle wyrafinowany żart grupki doskonale wykształconych francuskich arystokratów.

Inną, wartą rozważenia teorią, jest ta wywodząca się z Alabamy, według której Stany Zjednoczone od samego początku swego istnienia były rządzone przez wolnomularzy. Nie byłoby pewnie w niej nic nadzwyczajnego, gdyby nie to że wierzący w nią ludzie utrzymują, iż masoni to w rzeczywistości tajne stowarzyszenie… homoseksualistów! Wszyscy wiedzą, że George Washington był masonem, nieprawdaż? Ale ile osób wie, że był też gejem? Lecz czy wszyscy masoni byli gejami? Od przeszło dwustu lat Stanami Zjednoczonymi rządzą cioty, które deprawują ten wspaniały naród wolnych i odważnych. To właśnie dlatego Jezus stworzył AIDS – by ukarać ten kraj. Myślę, że to najbardziej szalona teoria konspiracyjna, w jaką kiedykolwiek wierzono.

Struktura organizacyjna Iluminatów wg. Dyskordian

MindFuck: A jaka jest Pańska ulubiona teoria spiskowa?

RAW: Cóż, moją ulubioną teorią jest ta, którą sam wymyśliłem (śmiech). Nazwałem ją TSOG i proszę jej nie mylić ze znacznie popularniejszym ZOGiem. ZOG to teoria wyznawana przez prawicowych paranoików, wedle których Stany Zjednoczone są rządzone przez Syjonistyczny Rząd Okupacyjny (Zionist Occupation Government). Osobiście nie znalazłem żadnych śladów świadczących o syjonistach ukrywajacych w naszym rządzie. Mam natomiast dowody na to, że rządzi nami Car. Natknąłem się na nie badając mało znane dokumenty z 1945 roku. W tym właśnie roku Rheinhard Gehlen – jeden z szefów faszystowskiego kontrwywiadu, zajmujący się rozpracowywaniem radzieckich szpiegów – poddał się Amerykanom, uprzednio zakopując swoje akta operacyjne.

Znaczną część tych dokumentów pozyskał od generała Vlassova, ukrytego zwolennika caryzmu infiltrującego Armię Czerwoną w celu pokrzyżowania jej szyków. Wiedza Gehlena okazała się bardzo przydatną w czasie Zimnej Wojny, wkrótce więc znalazł się na liście płac Wuja Sama jako zwierzchnik agentów CIA działających w Związku Radzieckim. Jego najbliższym współpracownikiem na terenie wroga był nie kto inny, jak gen. Vlassov, który wraz z pozostałymi niedobitkami nazistowskiego wywiadu stał się głównym źródłem informacji na temat działań podejmowanych przez komunistów. Większość danych na temat ZSRR, jakie pozyskiwała CIA, pochodziła od bandy zakonspirowanych carystów i nazioli! Nic więc dziwnego, że nasza polityka wobec Bloku Wschodniego z biegiem czasu przybierała coraz bardziej paranoiczne formy.

Im bliżej przyglądałem się amerykańskiej prawicy, tym więcej dostrzegałem jej sekretnych związków z caryzmem. I nagle, po latach badań doznałem olśnienia: „my też mamy własnego Cara”.[1] Decyduje on o lekach, które możemy stosować. Stworzyłem nawet symbol konspiracji, który stanowi stopkę każdego wysyłanego przeze mnie e-maila. Te pięć znaków dolara, pozwala odróżnić zdemaskowany przeze mnie spisek od innych teorii tego rodzaju. Symbolizują one 0,5 % całej populacji, która trzymają łapy na niemal całym światowym majątku. Ludzie ci mogą się nienawidzić, zwalczać wzajemnie i podcinać pod sobą gałęzie, ale jednocześnie mają wspólne interesy, które są sprzeczne z interesami reszty ludzkości i w obronie których nie wahają się użyć swyoich połączonych sił.

O ile mi wiadomo w języku japońskim istnieje nawet odpowiednie słowo na ich określenie. Używa się go w odniesieniu do tamtejszych fabrykantów i bankierów, współdziałających ze sobą dla zniszczenia konkurencji. Mechanizm ich funkcjonowania opisał jako pierwszy dziennikarz Danny Cassalero. Zauważył on, że wszelkie ośrodki władzy, niezależnie od tego, jak bardzo są sobie niechętne, współdziałają ze sobą, gdy ktoś rzuca im wyzwanie w równym stopniu zagrażające im wszystkim. Ponieważ nie znał on języka japońskiego, układ ten nazwał „Ośmiornicą”, ja zaś stworzyłem dla niego wyżej wspomniany symbol.

MindFuck: Skoro już znamy wroga, nie możemy nie zapytać, jak mamy go zwalczać?

RAW: Cóż, to nie takie łatwe. Nikt nie jest w stanie zwalczyć ich skutecznie posługując się konwencjonalnymi metodami. Milicje zbierają broń i ćwiczą na ukrytych w lasach poligonach, by móc przeciwstawić się amerykańskiemu rządowi. Jak jednak zamierzają to zrobić przy użyciu pistoletów, strzelb czy nawet karabinów maszynowych skoro ich przeciwnik dysponuje bronią jądrową?! Jedynym sposobem na obalenie Pięciu Znaków Dolara są zera i jedynki! Wojna informacyjna! Rozpierdolenie systemów komputerowych! Wojna w Zatoce Perskiej została zatrzymana na pięć dni, gdyż jakiś piętnastolatek zawirusował komputery Pentagonu.

Nie namawiam do takich czynów, w końcu jest to przestępstwo federalne, ale zapewniam was, że to się stanie. I nie jest to tylko kwestia mojej wiary. Ludzie, którym nie podoba się sposób, w jaki rządzony jest świat, będą coraz częściej sięgać po swoje komputery i przy ich pomocy mieszać szyki rządom i innym centrom dowodzenia. Będą to robić tak długo, aż ich przeciwnik nie upadnie. Jak wspomniałem nie namawiam do tego, ja to jedynie przewiduję (śmiech). Myślę, że to ostatnie zdanie wystarczy, bym w razie czego wymigał się od zarzutu zdrady. Nie chciałbym spędzić następnych 30 lat za kratkami…

MindFuck: Jaka nauka płynie z zapoznania się z tymi teoriami spiskowymi?

RAW: To proste – nie wierz w nic. Patrz na wszystko przez pryzmat skali prawdopodobieństwa. Pomysły, które wydają się być absurdalne, klasyfikuj jako mało prawdopodobne, zaś te które wydają ci się prawdziwe, uznawaj za prawdopodobne, ale nie przyjmuj niczego na słowo. Gdy zaczynasz w coś wierzyć, przestajesz się nad tym zastanawiać. W im więcej rzeczy wierzysz, tym mniej myślisz. Jeśli zaś dojdziesz do stanu w którym twoja wiara daje ci odpowiedź na wszelkie pytania, twój umysł w ogóle przestaje funkcjonować, co jak zapewne wiecie, jest traktowane we współczesnej medycynie za jeden z objawów śmierci. Dlatego wszystko umieszczaj na własnej skali prawdopodobieństwa i nigdy nie wierz ani nie odrzucaj niczego w całości.

MindFuck: Skoro już o wierze mowa… Wojny na Bliskim Wschodzie i wzrastający na Zachodzie fundamentalizm jest przez wielu traktowany za łabędzi śpiew, zapowiadający zmierzch wielkich zorganizowanych religii. Jednak zarówno chrześcijaństwo, jak też islam, przetrwały już wiele „świętych wojen”. Jaka jest pańskim zdaniem ich przyszłość?

RAW: Życzyłbym tak Wam, jak i sobie, by analitycy prorokujący zmierzch zorganizowanych religii mieli rację, ale obawiam się, że są oni w błędzie. Podobne głosy były przecież podnoszone już dwieście lat temu. Wolter twierdził, że Kościół Katolicki ulegnie rozpadowi „za dwadzieścia lat”. Od tamtego czasu minęło ponad dwieście, a banda papy trzyma się dzielnie. Inni twierdzili, że rozwiązanie Zakonu Jezuitów przypieczętuje upadek Kościoła, tymczasem zakon zreformowano, a Kościół trwa niewzruszony. Rycerze Maltańscy pociągają za sznurki w CIA, a Kościół Katolicki nie zamierza schodzić ze sceny. Fundamentalizm czeka wspaniały powrót…

Jestem wielkim fanem H.L. Menckena. Był on przezabawnym krytykiem społecznym, popularnym zwłaszcza w latach 20-tych. Jego książki na dłuższy czas wypadły z obiegu, gdyż rzeczy z których się naśmiewał, znikły z naszego pola widzenia. Dzisiaj są jednak wznawiane. Po wielu latach marginalizacji znowu do łaski wracają oszołomy w rodzaju Jerry’ego Falwella i Jima Bakkera. W pewnym sensie oni oraz im podobni są jak Frankenstein – już myślisz, że się ich na zawsze pozbyłeś, a oni ciągle powstają z grobu. Przy czym owe zmartwychwstania nie są charakterystyczne tylko i wyłącznie dla chrześcijaństwa. Weżmy choćby ciągle odradzające się Szare Wilki. To najwięksi handlarze heroiny na całym Środkowym Wschodzie, gdyż wierzą że Allah chce, by wymordowali wszystkich Żydów, a bez pieniędzy z dilowania narkotykami nie byliby w stanie zakupić odpowiednich ilości uzbrojenia, by zrealizować Jego wolę. Jest to równie sensowny pogląd jak wiara w Trójcę Świętą…

Osobiście uważam się za mistycznego agnostyka lub agnostycznego mistyka. Terminy te stworzył mój ulubiony pisarz science fiction – Olaf Stapledon. Gdy po raz pierwszy się na nie natknąłem, nie zrobiły na mnie większego wrażenia, z biegiem czasu przekonałem się jednak, że opisują one to w co wierzę lepiej niż jakikolwiek inny termin. Przez dłuższy okres swojego życia byłem ateistą, w końcu jednak zorientowałem się, że nie mam co krzyczeć podczas orgazmu. Przyznacie chyba, że: „0 ślepy losie! O ślepy losie!” nie brzmi najlepiej (śmiech). Dlatego zwróciłem się w stronę agnostycyzmu. Agnostykami zwykło się określać ludzi, którzy mają wątpliwości, w moim przypadku słowo to ma głębsze znaczenie. Wszechświat jest tak złożony, że nie jestem w stanie w żaden sposób go ogarnąć. Nie sądzę by ludzki żołądek był w stanie wszystko przetrawić i nie sądzę także, by nasz umysł był w stanie pojąć wszystkie bodźce, które odbiera. Dlatego nawet nie udaję, że jestem w stanie je zrozumieć…

MindFuck: Wkrótce problem ten może się skomplikować jeszcze bardziej. Wiele osób twierdzi, że już niedługo dzięki nowoczesnym technologiom zakres naszej percepcji poszerzy się jeszcze bardziej. Pan również wiele pisał na ten temat, by wspomnieć choćby Head Revolution

RAW: Head Revolution to nazwa zjawiska zapoczątkowanego w latach ’60 wraz z odkryciem nowych sposobów oddziaływania na funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Mam tu na myśli zarówno środki psychodeliczne, jak i biofeedback czy urządzenia typu Mind Mirror, za pomocą których możliwe jest uzyskanie obrazu chemiosfery mózgu oraz określenie częstotliwości, na jakich on działa. Z roku na rok takich urządzeń przybywa i przyznaję, że na samą myśl o nich dostaję gęsiej skórki.

Gdy amerykański rząd zakazał w latach ’60 eksperymentów z psychodelikami byłem przekonany, że jest to jedno z najgłupszych posunięć w historii. Patrząc jednak z perspektywy czasu widzę, że kretynizm waszyngtońskich biurokratów odegrał pozytywną rolę w ewolucji naszego gatunku. Odsunięci od akademickich laboratoriów naukowcy, pracujący nad zastosowaniem psychodelików, nie tylko przyczynili się do ich rozpowszechnienia, ale odkryli też inne sposoby, dzięki którym możemy wpływać na zachowania ludzkiego mózgu. Weżmy choćby Stana Grofa , który przyjechał do USA w poszukiwaniu przyjaznego środowiska do prowadzonych przez niego badań nad LSD. Rządowy zakaz spowodował, że skierował on swoją uwagę na inne obszary i dzięki temu możemy się dziś cieszyć nowymi technikami jogi, które w połączeniu z odkrytym przez niego oddziaływaniem dźwięków o podprogowej częstotliwości, umożliwiają nam odbycie tripów nie gorszych niż pod wpływem dragów.

Myślę, że ten przykład doskonale pokazuje rolę, jaką głupota ma do spełnienia w procesie ewolucji. Im głupszy jest establishment, tym bystrzejsi stają się wywrotowcy. Kretynizm rządzących jest największym bodźcem ludzkiej kreatywności. Dlatego uważam, że Reagan był prawdziwym błogosławieństwem dla tego kraju. Wprowadził ze swoją osobą do Waszyngtonu więcej debilizmu niż ktokolwiek inny za mojego życia i spójrzcie jaki nastąpił wówczas postęp.

MindFuck: Czy kiedykolwiek korzystał Pan z któregoś z tych urządzeń?

RAW: Z każdego, na którym zdołałem położyć swoje ręce. Rozpocząłem od Pulsaru – urządzenia, które wysyła do mózgu impulsy magnetyczne o zmiennej częstotliwości, którą możesz swobodnie kontrolować, dzięki czemu twój mózg zaczyna działać na zasadzie sinusoidy. Korzystałem też z Isis, które wykorzystuje impulsy świetlne oraz z Synchro-energetyzera i Neuro-popu, które łączą w swoim działaniu zarówno światło, jak i dźwięk o podprogowej częstotliwości. Mam nawet kilka z nich w domu. Niedawno korzystałem z urządzenia zwanego Potencjalizerem Grahama, które wygląda jak wielki stół stojący pomiędzy dwoma elektromagnetycznymi generatorami, emitującymi impulsy o matematycznie ustalonej częstotliwości. Jego twórca twierdzi, iż dziesięć sesji z tym urządzeniem dramatycznie zwiększa IQ. Póki co odbyłem tylko jedną, więc trudno mi się wypowiadać w sprawie jej efektów. Mogę powiedzieć jedynie tyle, że po jej zakończeniu czułem się ujarany jak bąk i to błogie uczucie trwało przez następne 24 godziny.

Ostatnim urządzeniem, z którego skorzystałem jest Mind Mirror, będący najbardziej zaawansowanym produktem biofeedbacku, jaki do tej pory stworzono. Jego główną zaletą jest natychmiastowy odczyt wyników. Okazało się, że mój umysł jest trochę nadpobudliwy i reaguje na bodźce nieco chaotycznie. To interesujący wynik, choć prawdę powiedziawszy nie specjalnie minie zdziwił.

MindFuck: Co on oznacza?

RAW: Mój umysł działa w sposób podobny do tego jaki udaje się osiągnąć mistrzom Zen i joginom. Zwykle spotyka się go u naukowców, głównie fizyków i artystów.

MindFuck: Jak pan sądzi, czy tego rodzaju urządzenia często wywołujące stany narkotyczne, czy wyprą tradycyjne dragi? Czy z biegiem czasu środki takie jak LSD będą tracić na znaczeniu?

RAW: Owszem, moim zdaniem awangardą rewolucji wyzwalającej świadomość będą nie chemikalia lecz maszyny, gdyż gwarantują nam one dużo większa kontrolę nad doznaniami. Jestem przekonany, że w bardzo krótkim czasie, być może nawet w ciągu pięciu najblizszych lat, będą dostępne komputery, które po wprowadzeniu odpowiedniego kodu będą wysyłały do naszych mózgów impulsy, dzięki którym będziemy w dowolny sposób kształtować swe odczucia. Chcesz przypomnieć sobie jak smakowały pierwsze lody czekoladowe, które zjadłeś? Wciskasz kilka klawiszy. Pierwszą przygodę seksualną, wciskasz inną kombinację… być może będziemy musieli poczekać trochę więcej niż 5 lat, ale tego rodzaju technologia zbliża się dużymi krokami.

Potencjalizer Grahama

MindFuck: Póki co większość z nas musi polegać na bardziej tradycyjnych środkach… Mógłby Pan nam opisać swoje pierwsze doświadczenia narkotyczne? Słyszeliśmy, ze wiąże się z nimi jakaś zabawna historia…

RAW: Pierwszy raz zapaliłem marihuanę – która wówczas wydawała mi się psychodelikiem – na koncercie The Modern Jazz Quartet w klubie Village Vanguard, w Nowym Yorku, w 1955 lub 1956 roku. W przerwie koncertu poszedłem do kibla, żeby się odlać i spotkałem w nim jednego z członków zespołu, który będąc pod wrażeniem mojego entuzjazmu dla ich muzy zaproponował mi jointa. Od wielu lat czytałem o maryśce, lecz nie miałem do niej żadnego dojścia, nie trudno więc wyobrazić sobie jak zareagowałem na taką ofertę. Po moim pierwszym razie udałem się z powrotem na salę, by wysłuchać ich drugiego seta i jeśli o mnie chodzi, było to najlepsze 40 minut w historii tego zespołu (śmiech).

Pierwszy poważny trip psychodeliczny odbyłem w 1962 roku na peytolu. Była to wręcz filozoficzna podróz pełna wspaniałych barw, fantastycznych wizji i… świątecznej atmosfery. Rzecz działa się bowiem w czasie nocy sylwestrowej. W pewnym momencie wszedłem do pokoju, w którym stała bogato zdobiona choinka, migotająca różnymi kolorami. Było to najpiękniejsze drzewko bożonarodzeniowe, jakie kiedykolwiek widziałem. Gdy dotarło do mnie jego piękno, rozpłakałem się, gdyż objawiła mi się wspaniała prawda. Wbiegłem cały we łzach do pomieszczenia, w którym trwała główna impreza, by obwieścić mojej żonie i wszystkim tam zgromadzonym, że: „Choinka mnie kocha!” Za każdym razem, gdy przypominam sobie tą historię łzy napływają mi do oczu (śmiech)…

MindFuck: W latach ’60 Timothy Leary, tak jak wielu innych aktywistów był przekonany, że za parę lat palenie marihuany będzie w Stanach całkowicie legalne. Od tamtego czasu minęło prawie 40 lat i za posiadanie trawy nadal można trafić do pierdla. Jak Pan sądzi dlaczego?

RAW: W chwili obecnej w amerykańskich więzieniach siedzi przeszło półtora miliona osób skazanych za „przestępstwa” związane z posiadaniem, sprzedawaniem lub uprawianiem marihuany. Szacuje się, że całkowita liczba palaczy sięga w USA 65 milionów osób. By znależć odpowiedź na postawione przez Was pytanie wystarczy obliczyć, jak olbrzymia liczba osób żyje z egzekwowania tych absurdalnych przepisów. Gliny, szeryfowie, agenci DEA, prokuratorzy, obrońcy, pracownicy socjalni, klawisze, firmy remontujące stare i budujące nowe więzienia, architekci, specjaliści od zabezpieczeń, pracownicy laboratoriów przeprowadzający narkotesty, chemicy, farmaceuci itd. Dodajcie do tego jeszcze kasę pochodzącą z łapówek i sami zrozumiecie diaboliczną logikę naszego systemu karnego…

MindFuck: W czasie urzędowania prezydenta Clintona był moment, gdy wydawało się, że istnieją spore szanse na zalegalizowanie używania marihuany w celach leczniczych. „Rockandrollowy prezydent” szybko jednak rozwiał te nadzieje. Co Pan sądzi o jego decyzji zakazującej jej terapeutycznego stosowania?

RAW: Nie sądzę, aby była to dla Was szczególnie zaskakująca wiadomość, ale osobiście uważam jego posunięcie nie tylko za błędne z moralnego i medycznego punktu widzenia, ale także za sprzeczne z konstytucją, wręcz faszystowskie. Gdyby Bob Marley nie powiedział tego wcześniej o papieżu, to nazwałbym Clintona Naczelnym Zwierzchnikiem Ku Klux Klanu, Ojcem Chrzestnym Mafii i Zwiastunem Nadejścia Antychrysta, choć to ostatnie określenie lepiej chyba pasuje do papy. A mówiąc poważnie, konstytucja Stanów Zjednoczonych bardzo precyzyjnie wylicza uprawnienia rządu federalnego i o ile mi wiadomo, nigdzie nie jest w niej napisane, że władza jakiegokolwiek szczebla ma prawo rozstrzygać kwestie medyczne i decydować, która z przedstawionych jej metod leczenia chorych jest najwłaściwsza. Postępujący pomimo licznych konstytucyjnych ograniczeń wzrost władzy państwa jest jednym z najbardziej dokuczliwych znamion upadku z jakim mieliśmy do czynienia w ubiegłym wieku. Nie chodzi tu zresztą wyłącznie o pragnienie zwiększenia swych uprawnień.

FDA ściga dziś dziesiątki lekarzy, którzy wyłamują się z szeregu medycznej ortodoksji, która dziwnym zbiegiem okoliczności idzie ręka w rękę z miliardowymi zyskami koncernów farmaceutycznych. Dla mało uważnego obserwatora ten związek może się wydawać zupełnie przypadkowy, zwolennicy Junga mogą go nazwać synchronicznym, dla mnie jednak jest to spisek, zawiązany kosztem nas wszystkich. Jakiś czas temu media podały informację o nowym leku ułatwiającym życie chorym na AIDS. Ma on kosztować ok. 20 tysięcy dolarów. Ci, których nie będzie na niego stać, będą umierać w cierpieniach. Czy naprawdę sądzicie, że lek ten zostałby dopuszczony do stosowania, gdyby każdy mógł go wyhodować w swoim przydomowym ogródku i wypiąć się na korporacyjną elitę? Bismarck powiedział kiedyś, że prawo jest jak kiełbasa, lepiej nie wiedzieć jak się je robi…

MindFuck: Przejdźmy może do nieco bardziej optymistycznych kwestii. W latach ’70, wraz z Timothym Learem opracowaliście wizję rozwoju ludzkości w oparciu o formułę SMIILE – Space Migration (Migracja Kosmiczna), Intelligence Increase (Zwiększanie Inteligencji) i Life Extension (Wydłużanie Życia). Czy ten program nadal jest aktualny?

RAW: Pewnie. Nadal fascynują mnie programy podboju kosmosu, a zwłaszcza wizja zasiedlania nowych rubieży. Za każdym razem, gdy ludzkość zdobywała nowe tereny, następował gwałtowny wzrost kreatywności, którego dziś potrzebujemy bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Wiele z problemów, z jakimi się obecnie borykamy, przestanie mieć znaczenie, gdy skolonizujemy inne planety. Gdy ludzkość będzie rozrzucona po setkach koloni kosmicznych nie będziemy się już borykać z brakiem energii, gdyż „tam w górze” jest jej nieporównywalnie więcej niż na Ziemi. Przestanie nam doskwierać także przeludnienie, gdyż coraz więcej osób będzie opuszczać Ziemię i kierować się w poszukiwaniu lepszego życia ku gwiazdom. Sam też z chęcią bym się wybrał w taką podróż, choć wiele osób sądzi, że jestem już na to za stary. Prawdę powiedziawszy nie specjalnie się przejmuję takimi opiniami, jest bowiem wielce prawdopodobne, że za 10-15 lat starość przestanie nam spędzać sen z powiek.

MindFuck: Co prowadzi nas do drugiego elementu formuły SMIILE – wydłużania długości życia…

RAW: No cóż, jeśli wszystko pójdzie dobrze, to za dwadzieścia lat będę o dwadzieścia lat młodszy, a nie starszy…

MindFuck: Są więc spore szanse, że jednak wybierze się Pan kiedyś w kosmos.

RAW: Jestem tego pewny.

MindFuck: Czy sądzi Pan, że będąc tam w górze, natknie się Pan na UFO? Czy w ogóle Pan w nie wierzy?

RAW: Oczywiście. Nie mam wprawdzie pojęcia czym one są – statkami kosmicznymi, wehikułami czasu, archetypami masowej świadomości co sugerował Jung, czy co jest najbardziej prawdopodobne, halucynacjami wywołanymi przez anormalne wyładowania elektromagnetyczne – ale nie zamierzam kwestionować ich istnienia, tak jak nie zamierzam kwestionować istnienia Charlie’go Chaplina, choć nigdy na własne oczy go nie widziałem. On i UFO są równie realne, jak produkt narodowy brutto.

MindFuck: Rozmawialiśmy już o migracji w kosmos, wydłużaniu życia, czas na ostatni element SMIILE – zwiększanie inteligencji.

RAW: Jestem przekonany, że urządzenia o których wcześniej rozmawialiśmy, odegrają wkrótce olbrzymia rolę w zwiększaniu naszej inteligencji. Prof. Graham, który jest największym autorytetem naukowym w tej dziedzinie, twierdzi że jest w stanie udowodnić znaczący „przyrost” inteligencji u każdej osoby, która skorzysta co najmniej dziesięć razy z opracowanego przez niego Potencjalizera. Z własnego doświadczenia wiem, że część z tych urządzeń rzeczywiście korzystnie wpływa na IQ, a nawet na ogólny poziom zdrowia.

MindFuck: OK, wróćmy na koniec do nieco bardziej przyziemnych spraw. Ostatnie zamieszki w Seattle, Philadelphii i Pradze są dla wielu osób oznaką odradzania się anarchizmu jako ruchu masowego. Jako wieloletni aktywista ruchów wolnościowych ma Pan zapewne własny pogląd na ten temat?

RAW: Rzeczywiście mamy tu do czynienia z historycznym wydarzeniem. Pierwszy raz od niemal 70 lat radykalne frakcje związków zawodowych i podobnie myśląca młodzież połączyły siły w proteście przeciw wspólnemu wrogowi. Wiąże z tą współpracą spore nadzieje. Zanik więzi społecznych spowodował, że od czasów Wielkiej Depresji radykałowie nie odnieśli w Stanach żadnego naprawdę istotnego sukcesu. Przez ostatnie dziesięciolecia ludzie byli tłamszeni tak bardzo, że stali się zbyt wystraszeni, by podjąć jakąkolwiek działalność. Ogólny pesymizm wywołany niemożnością spłaty kredytów, opłacenia lekarzy i rosnącą przestępczością wepchnął ludzi w objęcia „cichej desperacji”.

Istnieje także problem odpowiedzialności za swych najbliższych.
Pamiętam, że gdy po raz pierwszy zostałem aresztowany – za udział w demonstracji przeciw segregacji rasowej – jedyne o czym mogłem myśleć to los moich dzieci. „Co się z nimi stanie, jeśli poślą mnie do więzienia na pięć lat? Jak mogłem im to zrobić?!” Na szczęście dla nich sprawa ta nie skończyła się aż tak dramatycznie, jak się spodziewałem. I choć nigdy nie zszedłem ze ścieżki aktywizmu, tamto doświadczenie nauczyło mnie szacunku dla tych, którzy nie chcą wyjść poza kordon obawiając się o los swych rodzin.

Cała sprawa ma jeszcze drugie dno. Jest nim zależność, którą określa się regułą SNAFU (Sytuacja Normalna Ale Fatalnie Upierdolona) – komunikacja jest możliwa tylko pomiędzy równymi. Gdy masz do czynienia z osobami postawionymi wyżej w hierarchii, szybko uczysz się by nie mówić im nic, czego nie chcą słyszeć. Jeśli powiesz im coś, czego sobie nie życzyli, ich reakcja jest natychmiastowa: „Jeszcze jedno słowo i pożegnasz się z pracą, cwaniaku”. Reguła ta jest właściwa całemu systemowi. Różnica polega jedynie na tym, że im wyższych szczebli drabiny społecznej dotyczy, tym więcej kłamstw się wypowiada. W związku z tym ci, którzy stoją na samym jej szczycie, nie mają najmniejszego pojęcia, co tak naprawdę się dzieje. W konsekwencji ci, których los zepchnął na jej dół, muszą się stosować do praw tworzonych przez kompletnych ignorantów.

Wykładam tę regułę już prawie czterdzieści lat i nigdy nie zdarzyło mi się, by ktoś podniósł rękę w odpowiedzi na prośbę zgłoszenia się osób, które w swoich kontaktach z rządowymi oficjelami mówiły im prawdę, tylko prawdę i nic ponad prawdę. Gdy jakaś biurowa urzędniczka zadaje nam pytanie, nigdy nie wiemy do czego tak naprawdę wykorzysta ujawnione przez nas informacje, więc na wszelki wypadek kłamiemy jak najęci. Myślę, że o podobnej prawidłowości możemy też mówić przy sporządzaniu sondaży opinii publicznej. Stąd też stwierdzenie, że rządzący żyją w wieżach z kości słoniowej, do których nie docierają żadne informacje oddające rzeczywisty stan rzeczy, nie wydaje się być szczególnie radykalne.

Niestety, prawidłowość ta ma także inne konsekwencje. Ponieważ nikt nie chce uchodzić za tchórza i kłamcę, rządzeni starają się nie dostrzegać, jak bardzo otaczająca ich rzeczywistość różni się od jej wizji, przedstawianej im przez rządzących. Z tego powodu większość osób nie ufa swoim zmysłom nawet jeśli oznacza to, iż od czasu do czasu staczają się z pochylni myląc ją ze schodami, bądż też klękają przed nieistniejącym ołtarzem. Taki stan rzeczy nazywam balastem wszechwiedzy – znajdujący się na szczycie hierarchii opierają swoje poczynania na wiadomościach, pochodzących z dołu drabiny społecznej, przekazywanych im przez osoby zbyt zastraszone by mówić prawdę.

Jedyną przeciwwagą dla tej patowej sytuacji jawi mi się anarchizm – teoretyczny ideał społeczeństwa, w którym każdy może mówić prawdę bez obawy, iż poniesie karę za swoje słowa. Nie sądzę wprawdzie, by udało nam się całkowicie obalić hierarchię, możemy ją jednak uczynić przejściową nadając jej charakter rotacyjny. Orkiestra symfoniczna potrzebuje dyrygenta, nie znaczy to jednak, iż może on kontrolować całe życie muzyków decydując, co mogą jeść, pić, palić, czytać, czy gdzie i kiedy wyjechać z miasta. Jest wiele innych sytuacji społecznych, w których hierarchia jest prawdopodobnie czymś niezbędnym, nie znaczy to jednak, że musi mieć ona charakter permanentny czy nawet czteroletni. Z pewnością nie musi też ona przyjmować takich rozmiarów, jak w dzisiejszych strukturach korporacyjnych, biurokratycznych i państwowych.

MindFuck: Sadząc po powyższej wypowiedzi nadal uważa się Pan za anarchistę?

RAW: Owszem, choć prawdę powiedziawszy bardzo rzadko używam tego określenia. Większość osób, z którymi przychodzi mi rozmawiać na ten temat, kojarzy anarchizm z podkładającymi bomby bandytami, a co gorsze, podobne wyobrażenia na ten temat ma także wiele samozwańczych anarchistów. Od dłuższego czasu nie używam też w odniesieniu do siebie słowa libertarianin, gdyż moim zdaniem postulaty wypowiadane ostatnio przez wielu zwolenników libertarianizmu urągają zdrowemu rozsądkowi. Myślę, że najbliższym oddania istoty moich poglądów jest określenie jeffersonowski decentralista.

Już jako bardzo młody człowiek zdałem sobie sprawę z tego, iż nie wierzę w kapitalizm. Jak powiedział kiedyś znany fizyk Fredrick Saudi: „Ekonomia? Powinno się ją raczej nazwać bandytyzmem”. Z drugiej strony marksistowska alternatywa jest jeszcze gorsza. Oczywiście istnieje jeszcze demokratyczny socjalizm na modłę skandynawską, w którym dostrzegam bardzo wiele zalet, jednak dużo bardziej pociąga mnie wizja społeczeństwa, jaką w XIX wieku stworzyli amerykańscy anarcho-indywidualiści. Dobrowolne stowarzyszenia, pomoc wzajemna, poszanowanie jednostkowych wyborów… Ludzie żyjący w małych plemiennych społecznościach, nie przekraczających 120 członków wydają mi się być najszczęśliwszymi ludźmi na ziemi. Nie sadzę, byśmy kiedykolwiek powrócili do tego poziomu, jednak idea bardzo małych, skrajnie zdecentralizowanych społeczności lokalnych, w których każda stuosobowa grupa podejmuje autonomiczne decyzje, wydaje mi się być niezwykle atrakcyjną. W stosunkach globalnych moglibyśmy korzystać z pomocy gigantycznego komputera, za pomocą którego wszyscy mogliby wyrażać swe opinie.

Nie ufam politykom. To co najbardziej spodobało mi się w postaci Hannibala Lectera, to zastosowanie jakie dla nich znalazł. Idea rządu reprezentacyjnego polega na istnieniu osób, które będą reprezentowały nas w rządzie. Jednak reprezentują one nie nas, lecz korporacje, które wpłacają pieniądze na ich fundusze wyborcze. Co więcej, nikogo takiego nie potrzebujemy. Internet pozwala każdemu z nas na wyrażanie własnych opinii. Wszyscy ci, którzy robią to za nas, powinni być strąceni ze swoich stołków i zmuszeni do zarabiania w uczciwy sposób, tak jak ci w imieniu których rzekomo się wypowiadają. Gwoli ścisłości, Buckminster Fuller – jedna z najbardziej błyskotliwych postaci XX wieku, często porównywany do Leonarda da Vinci i Benjamina Franklina – uczynił z powyższej obserwacji myśl przewodnią jednej ze swych ostatnich książek. Nazwał ją desuwerenizacją ludu: zastąpieniem głosu przedstawicieli głosem reprezentowanych. Nie jestem zatem wcale tak oryginalny, jak czasami mi się wydaje.

(tłum. redakcja MindFuck / kor. Conradino Beb)

 

Przypisy:

1. Dla tych, którzy nie znając amerykańskiej specyfiki, nie dostrzegli w tej opowiastce żartu należy się drobne wyjaśnienie. Mianem „Drug Tschar” (Narkotykowego Cara) określa się w Stanach szefa FDA (Food and Drug Administration), agencji federalnej zajmującej się m.in. kontrolą nad lekami. Skoro już wiecie, czy Wam również Leszek Sikorski nie wydaje się jakoś dziwnie podejrzany?

Źródło: MindFuck Zine, nr 1, Lublin 2005.

Wojna informacyjna (wykład)

Ludzkość zawsze niewzruszenie inwestowała w każdy schemat, który oferował ucieczkę od ciała. I dlaczegóż by nie? Rzeczywistość materialna to taki burdel. Niektóre z najwcześniejszych „religijnych” artefaktów, takie jak pogrzeby zmarłych pomalowanych ochrą u Neandertalczyków, już sugerują wiarę w nieśmiertelność. Wszystkie współczesne (np. postpaleolityczne) religie zawierają „gnostycki ślad” braku zaufania lub nawet skrajnej wrogości wobec ciała i „stworzonego” świata. Dzisiejsze plemiona „prymitywne” lub nawet prości poganie posiadają wyobrażenie nieśmiertelności i wychodzenia z ciała (ekstazy) bez zbędnego ekshibicjonizmu i skrajnej nienawiści wobec ciału. Gnostycki ślad akumuluje się sukcesywnie (jak trująca rtęć) aż w końcu staje się patologiczny. Gnostycki dualizm egzemplifikuje skrajną pozycję tego obrzydzenia poprzez przeniesienie wszelkiej wartości z ciała na „ducha”.

Ta idea charakteryzuje to, co nazywamy „cywilizacją”. Podobną trajektorię można prześledzić dzięki fenomenowi „wojny”. Myśliwi/zbieracze praktykowali (i wciąż praktykują, tak jak Indianie Yanomamo1) rodzaj zrytualizowanej walki (pomyślcie o zwyczaju „zaliczania dotknięcia”2 u Indian Prerii). „Prawdziwa” wojna jest kontynuacją religii i ekonomii (jak np. polityka) innymi środkami i w ten sposób bierze ona swój historyczny początek z kapłańskiego wynalazku „niedoboru” w neolicie i wyłonienia się „kasty wojowników”. (Kategorycznie sprzeciwiam się teorii mówiącej, że „wojna” to prolongata „polowania”.) II Wojna Światowa wydaje się być ostatnią „prawdziwą” wojną. Hiperrzeczywista wojna zaczyna się w Wietnamie wraz z zaangażowaniem się telewizji i osiąga swój pełen obsceniczności wymiar w czasach nam bliskich, podczas „Wojny w Zatoce” z 1991. Wojna hiperrzeczywista nie jest już dłużej „ekonomiczna”, nie jest już dłużej „racją stanu”.

Walka rytualna jest ochotnicza i nie hierarchiczna (wodzowie wojenni są zawsze tymczasowi); prawdziwa wojna jest przymusowa i hierarchiczna; wojna hiperrzeczywista jest wyobrażeniowa i psychologicznie zinterioryzowana („czysta wojna”). Po pierwsze: zagrożone jest ciało; po drugie: ciało jest poświęcone w ofierze; po trzecie: ciało zanika. (Na temat wojny zob. P.Clastres, Archeologia Przemocy) Współczesna nauka także włącza anty-materialistyczne obawy, dialektyczny wynik swojej wojny z religią – w pewnym sensie ona także stała się religią. Nauka jako wiedza o materialnej rzeczywistości paradoksalnie dekomponuje jej materialność. Nauka zawsze była rodzajem kapłaństwa, gałęzią kosmologii oraz ideologią, wytłumaczeniem „jak się rzeczy mają”.

Dekonstrukcja „rzeczywistości” w postklasycznej fizyce jest odbiciem pustki irrealności, która stwarza „państwo”. Kiedyś wyobrażenie nieba na ziemi, teraz składające się z niczego więcej niż zarządzania wyobrażeniami. Nie jest to już „siła”, ale bezcielesny wzór informacyjny. Jednak tak, jak babilońska kosmologia usprawiedliwiała władzę w Babilonie, tak czyni także „teleologia” we współczesnej nauce służąc interesom ostatecznego państwa, państwa postnuklearnego, „państwa informacyjnego”. Lub też służy w taki sposób, żeby Nowy Paradygmat ten telos osiągnął. A „każdy” akceptuje aksjomatyczne warunki Nowego Paradygmatu. Nowy Paradygmat jest bardzo duchowy.

Nawet New Age ze swoimi gnostyckimi tendencjami akceptuje Nową Naukę i jej szybującą eteralizację jako źródło tekstów-dowodów na swój duchowy światopogląd. Medytacja i cybernetyka idą łeb w łeb. Oczywiście „państwo informacyjne” w jakiś sposób potrzebuje wsparcia siły policji i aparatu więziennictwa, żeby wstrząsnąć Nebuchadnezzarem i zredukować wszystkich kapłanów Molocha do paroksyzmów lęku. I „współczesna nauka” wciąż nie może się wyzbyć swoich intryg w niezwykle już bliskim sukcesu „podboju natury”. Największym triumfie cywilizacji nad ciałem.

Ale kogo to obchodzi? To wszystko jest „względne”, nieprawdaż? Przypuszczam, że będziemy musieli „ewoluować” poza ciało. Być może będzie to możliwe dzięki „skokowi kwantowemu”. W międzyczasie rozległa mediacja społeczna, która jest realizowana poprzez maszynerię medialną, zwiększa skalę naszej alienacji wobec ciała poprzez przeniesienie strumienia uwagi z bezpośredniego przeżycia na na informację. W tym sensie media grają rolę religijną lub kapłańską, pojawiają się aby oferować nam drogę wyjścia z ciała poprzez redefinicję ducha jako informacji. Esencją informacji jest obraz, sakralny i ikoniczny kompleks danych, który uzurpuje sobie pierwszeństwo „materialno-cielesnej zasady” jako wehikułu inkarnacji zastępując go bezcielesną ekstazą znajdującą się poza korupcją. Świadomość staje się czymś, co może być „ściągnięte”, wydobyte z matrycy zwierzęcości i unieśmiertelnione jako informacja. Już nie „duch w maszynie”, ale maszyna jak duch, maszyna jak Duch Święty, ostateczny mediator, który przetłumaczy nas z naszych potrafiących latać korpusów na Pleromę światła. Wirtualna rzeczywistość jako cybergnoza. Podłącz się, zostaw matkę Ziemię za sobą na zawsze.

Wszystkie zdobycze nauki proponują paradygmatyczny uniwersalizm – jak w nauce, tak w społeczeństwie. Klasyczna fizyka grała rolę akuszerki dla kapitalizmu, komunizmu, faszyzmu i innych nowoczesnych ideologii. Postklasyczna nauka także proponuje zestaw idei, które mają być w zamierzeniu dostosowane społecznie: Względność, kwantowa „nierzeczywistość”, cybernetyka, teoria informacji itd. Z pewnymi wyjątkami, postklasyczna tendencyjność wychodzi naprzeciw jeszcze większej eteralizacji. Niektórzy obrońcy np. teorii czarnej dziury rozmawiają, jak czyści paulińscy teologowie, podczas gdy niektórzy z teoretyków informacji zaczynają brzmieć jak wirtualni manichejczycy.3

Na poziomie społecznym te paradygmaty stają się glebą dla wzrostu retoryki bezcielesności – naprawdę podobnej wierzeniom pustynnych mnichów z III w. lub XVII wiecznych purytan z Nowej Anglii – ale są wyrażane w języku postindustrialno-postmodernistycznej, radosnej, konsumenckiej aberracji. Każda nasza konwersacja jest zainfekowana pewnymi paradygmatycznymi przypuszczeniami, które tak naprawdę nie są niczym więcej niż łysymi stwierdzeniami, ale które bierzemy za właściwe odzienie czy też podstawę rzeczywistości samej w sobie. Na przykład, odkąd przyjmujemy, że komputery reprezentują prawdziwy krok w kierunku „sztucznej inteligencji”, przyjmujemy także, iż kupowanie komputera sprawia, że jesteśmy bardziej inteligentni. Na swojej własnej działce spotkałem tuziny pisarzy, którzy szczerze wierzyli w to, że posiadanie peceta uczyniło ich lepszymi (nie bardziej „wydajnymi” lecz lepszymi) pisarzami.

To jednak śmieszne, jeśli zestawimy to samo wrażenie na temat komputerów z budżetem liczącym trylion dolarów, który wytwarza masowo Gwiezdne Wojny, zabójcze roboty itd. (Zob. Manuel de Landa, Wojna w erze inteligentnych maszyn z SI w nowoczesnym uzbrojeniu). Ważną część tej retoryki zajmuje koncepcja „ekonomii informacyjnej”. Postindustrialny świat ma jakoby teraz dawać początek tej nowej ekonomii. Jeden z najprostszych przykładów tej koncepcji można znaleźć w ostatniej książce człowieka, który jest libertarianinem i biskupem Gnostycznego Kościoła Dualistycznego w Kalifornii, wykształconym oraz respektowanym redaktorem magazynu o gnozie: Przemysł poprzedniej fazy cywilizacji (czasem zwanej „niską technologią”) był wielkim przemysłem, a wielkość zawsze implikuje monotonię. Nowa, wysoka technologia nie jest jednak wielka w ten sam sposób. Podczas gdy stara technologia produkowała i dystrybuowała zasoby materialne, nowa technologia produkuje i rozprzestrzenia informację. Zasoby urynkowione przez nową technologię są mniej powiązane z materią, a bardziej z umysłem. Pod impetem wysokiej technologii świat porusza się ciągle od fizycznej ekonomii do tego, co można by nazwać „ekonomią metafizyczną”. Żyjemy w procesie rozpoznawania, że to raczej świadomość, a nie prosta materia lub zasoby fizyczne tworzą bogactwo.” 4

Współczesny neognostycyzm zazwyczaj umniejsza znaczenie starego, manichejskiego ataku na ciało na rzecz ostrożniejszej, bardziej „zielonej” retoryki. Biskup Hoeller podkreśla na przykład wagę ekologii i środowiska (ponieważ nie chcemy „kalać własnego gniazda”, Ziemi), ale w tym rozdziale na temat duchowości rdzennych Amerykanów implikuje on, że kult Ziemi jest w oczywisty sposób gorszy od czystego, gnostyckiego ducha bezcielesności: Ale nie możemy zapominać, że gniazdo nie jest tym samym co ptak. Egzoteryczne i ezoteryczne tradycje deklarują, że Ziemia nie jest jedynym domem istot ludzkich, że nie wyrastamy jak chwasty na łące. Podczas gdy nasze ciała rzeczywiście mogą pochodzić z tej Ziemi, nasza esencja nie. Aby myśleć inaczej musielibyśmy stanąć poza wszystkimi znanymi tradycjami duchowymi i oddzielić się od mądrości wszystkich mędrców i mistrzów wszystkich er. Pomimo, że mądrzy na swój własny sposób, rdzenni Amerykanie mają słaby związek z duchowym dziedzictwem.5

Wyrażając się w takich terminach, (ciało = „dzikość”), nienawiść i pogarda Bishopa dla ciała rozświetla każdą stronę jego książki. W swoim entuzjazmie dla prawdziwie religijnej ekonomii zapomina on, że nie można jeść „informacji”. „Prawdziwe bogactwo” nigdy nie stanie się niematerialne, dopóki ludzkość nie osiągnie ostatecznej eteralizacji płynnej świadomości. Informację w formie kultury można nazwać metaforycznie bogactwem, ponieważ jest ona użyteczna i pożądana, ale nigdy nie może być ona bogactwem w dokładnie ten sam, zasadniczy sposób co ostrygi i śmietana lub pszenica i woda są bogactwem samym w sobie. Informacja jest zawsze tylko informacją o jakiejś rzeczy. Tak jak pieniądz, informacja nie jest rzeczą samą w sobie. Po jakimś czasie możemy dojść do wniosku, że pieniądz jest bogactwem (jak w przepięknym rytuale taoistycznym, który odnosi się do „wody i pieniędzy” jako dwóch najbardziej życiodajnych sił we wszechświecie), ale tak naprawdę jest to tylko byle jakie myślenie abstrakcyjne. Pozwoliło ono swojemu punktowi skupienia wałęsać się od słodkiej bułeczki do grosza, który symbolizuje ową bułeczkę. 6

Jako tefekt mamy „ekonomię informacyjną” odkąd tylko wynaleziono pieniądze. Ale wciąż nie nauczyliśmy się trawienia miedziaków. Ezopiańska prostota tych truizmów zawstydza mnie, ale muszę na siłę grać głupiego, leniwego jokielka orząc krętą bruzdę, podczas gdy wszyscy prosto myślący naokoło mnie wydają się mieć halucynacje. Amerykanie i reszta wzorcowych obywateli „Pierwszego Świata” wydają się być częściowo podejrzliwa wobec retoryki „metafizycznej ekonomii”, ponieważ nie jesteśmy już dłużej w stanie dostrzegać (czy też wyczuwać lub węszyć) wokół siebie namacalnej obecności fizycznego świata. Nasza architektura stała się symboliczna, zamknęliśmy się w manifestacjach myślenia abstrakcyjnego (samochody, mieszkania, biura, szkoły), pracujemy w „usługach” lub w rzeczach związanych z informacją pomagając na swój mały sposób w rozmieszczeniu bezcielesnych symboli bogactwa w abstrakcyjnej siatce kapitału i spędzamy nasz czas wypoczynku pochłonięci głównie mediami zamiast bezpośrednim doświadczeniem materialnej rzeczywistości.

Świat materialny stał się dla nas symbolem katastrofy, jak w naszych zdumiewająco histerycznych reakcjach na sztormy i huragany (dowód na to, że zawiedliśmy w „podboju natury” całkowicie) lub też nasz neopurytański strach przed seksualną odmiennością albo też nasze gustowanie w mdłym i pozbawionym swojej istoty (prawie abstrakcyjnym) jedzeniu. A dodatkowo, ekonomia tego „Pierwszego Świata” nie jest samowystarczalna. Zależy ona ze względu na swoją pozycję (czubek piramidy) od szerokiej substruktury staroświeckiej, materialnej produkcji. Meksykańscy robotnicy najemni uprawiają i paczkują dla nas całą tą „naturalną” żywność, żebyśmy mogli poświęcić swój czas na giełdę, ubezpieczenia, prawo, komputery, gry wideo. Chłopi na Tajwanie tworzą silikonowe chipy dla naszych pecetów. Imbecyle z Bliskiego Wschodu cierpią i giną za nasze grzechy. Życie? Och, nasi słudzy robią to dla nas. Nie mamy życia, a jedynie „styl życia” – abstrakcję życia opartą na uświęconym symbolizmie towaru, zapośredniczoną przez kler gwiazd, te „większe od życia” abstrakcje, które rządzą naszymi wartościami i wyznaczają marzenia – mediarchetypy lub być może lepszy byłby termin mediarchowie.

Oczywiście ta baudrillardowska dystopia nie istnieje naprawdę – jeszcze nie.7 To jednak zaskakujące widzieć, że wielu społecznych radykałów uznaje to za pożądany cel, przynajmniej tak długo, jak jest to nazywane „wojną informacyjną” lub czymś równie inspirującym. Lewacy rozmawiają o przejmowaniu środków informacji-produkcji od informacyjnych monopolistów.8 Tak naprawdę, informacja jest wszędzie – nawet bomby atomowe mogą zostać skonstruowane zgodnie z planami dostępnymi w bibliotekach publicznych. Jak wskazuje Noam Chomsky, można zawsze dotrzeć do informacji – zakładając, że ma się prywatny dochód i fanatyzm graniczący z szaleństwem. Uniwersytety oraz „sztaby ekspertów” czynią patetyczne próby zmonopolizowania informacji – oni także są zaślepieni przez pojęcie informacyjnej ekonomii – ale ich spiski są śmiechu warte. Informacja nie zawsze może być „wolna”, ale jest jej znacznie więcej niż ktokolwiek jest w stanie spożytkować.

Książki na każdy wyobrażalny temat mogą właściwie wciąż być odszukane dzięki wypożyczalniom międzybibliotecznym.9 W międzyczasie ktoś wciąż musi sadzić gruszki i podkuwać buty. Lub nawet jeśli te „gałęzie przemysłu” zostaną całkowicie zmechanizowane, ktoś wciąż będzie musiał jeść gruszki i nosić buty. Ciało wciąż jest podstawą bogactwa. Idea wyobrażeń jako bogactwa jest „spektakularną deluzją”. Nawet radykalny krytyk „informacji” może wciąż dać początek przesadnej waluacji abstrakcji i danych. W prosytu(acjonistycznym – przyp. tłum) zinie z Anglii o nazwie „NO”, na tylnej części okładki ostatniego numeru została niechlujnie nabazgrana następująca wiadomość: Kiedy czytasz te słowa era informacyjna eksploduje… wewnątrz i wokół ciebie – razem z pociskami dezinformacji i bombami propagandy bezwzględnej informacyjnej wojny. Tradycyjnie, wojna toczyła się o terytorium i korzyści ekonomiczne. Wojny informacyjne są toczone o zdobywanie terytoriów właściwych dla ery informacyjnej, np. dla samego ludzkiego umysłu… W szczególności jest to zdolność wyobraźni, która jest bezpośrednio zagrożona zagładą od szturmów multimedialnych przeciążeń… NIEBEZPIECZEŃSTWO – TWOJA WYOBRAŹNIA MOŻE NIE BYĆ TWOJĄ WŁASNĄ….

Kiedy kultura się komplikuje, pogłębia ona swoje uzależnienie od obrazów, ikon i symboli jako źródeł definiowania samej siebie i komunikowania się z innymi kulturami. Kiedy akumulujący się mix kulturowych wyobrażeń krąży po kolektywnej psyche, pewne izomorficzne ikony łączą się aby stworzyć i dokonać projekcji „iluzji” rzeczywistości. Przelotne mody, style, artystyczne trendy. TY ZNASZ WYNIK. „Mogę wziąć ich wyobrażenia za rzeczywistość, ponieważ wierzę w rzeczywistość ich wyobrażeń (ich wyobrażenie rzeczywistości).” KTOKOLWIEK KONTROLUJE METAFORY RZĄDZI UMYSŁEM. Warunki totalnej saturacji są powoli realizowane – postępujący paraliż – od trywializacji specjalnej/technicznej wiedzy do specjalizacji trywializmu. WOJNA INFORMACYJNA jest wojną, na której przegranie nie możemy sobie pozwolić. Rezultat jest niewyobrażalny.10

Jestem bardzo przychylny krytyce mediów wygłoszonej tu przez autora, ale czuję także, że zaproponowana demonizacja „informacji” składa się z niczego więcej niż tylko odbicia w lustrze: informacji jako zbawienia. Ponownie zostaje wywołana wizja informacyjnego wszechświata Baudrillarda, ale tym razem jako piekła, a nie gnostyckich zaświatów. Biskup Hoeller chce, aby wszyscy się podłączyli i zostali ściągnięci – anonimowy postsytuacjonistyczny ranter chce, żebyście rozwalili swój telewizor – ale obydwoje wierzą w mistyczną moc informacji. Jeden proponuje pax technologica, drugi deklaruje „wojnę”. Oboje tryskają rodzajem Manichejskiego punktu widzenia na dobro i zło, ale nie mogą się zgodzić które jest którym. Krytyczni teoretycy pławią się w morzu faktów. Lubimy je sobie także wyobrażać jako naszych maqui, z samym sobą jako „ontologicznymi partyzantami” swoistej infosfery.

Od XIX wieku wiecznie mutujące „nauki społeczne” wydobyły na wierzch długi szereg informacji na temat wszystkiego od szamanizmu do semiotyki. Każde „odkrycie” wpływa dzięki sprzężeniu zwrotnemu na „naukę społeczną” i zmienia ją. Dryfujemy. Łowimy poetyckie fakty, dane które zintensyfikują i zmutują nasze doświadczenie rzeczywistości. Wynajdujemy nowe hybrydy „nauk” jako narzędzi do tego procesu tj.: etnofarmakologia, etnohistoria, studia poznawcze, historia idei, antropologia relatywistyczna (poetyka antropologiczna czy etnopoetyka), „dada epistemologia” itp. Postrzegamy całą tą wiedzę nie jako „dobrą” samą w sobie, ale cenną tylko dopóki pomaga nam łapać lub konstruować własne szczęście. W tym sensie znamy „informację jako bogactwo”11; niemniej jednak nie zdecydowaliśmy się na objęcie ignorancji tylko ze względu na to, że „fakty” mogą zostać użyte jak trujący gaz. Ignorancja nie jest nawet adekwatną obroną będąc w tej wojnie zupełnie bezużyteczna.

Nie próbujemy ani fetyszyzować, ani demonizować „informacji”. Zamiast tego próbujemy ustanowić zestaw wartości, poprzez które informacja może być mierzona i szacowana. Naszym standardem w tym procesie może być jedynie ciało. Zgodnie z niektórymi mistykami, duch i ciało są „jednym”. Oczywiście duch stracił swoją ontologiczną solidność (od czasów Nietzschego, swoją drogą), podczas gdy roszczenie ciała co do „realności” zostało podważone przez współczesną naukę aż do punktu zniknięcia w chmurze „czystej energii”. Tak więc dlaczego w końcu nie założyć, że duch i ciało są jednym i że są bliźniaczymi (czy diadycznymi) aspektami tej samej, tkwiącej u podstaw, niewyrażalnej rzeczywistości? Nie ma ducha bez ciała, nie ma ciała bez ducha. Gnostyccy dualiści się mylą, tak samo jak pospolici „materialiści dialektyczni”. Ciało i duch razem tworzą życie. Jeśli jednej części brakuje, rezultatem jest śmierć. Tworzy to bardzo prosty zestaw wartości, zakładając że wolimy życie od śmierci.

Oczywiście unikam każdej ścisłej definicji zarówno ciała, jak i ducha. Mówię o „empirycznym”, codziennym doświadczeniu. Doświadczamy „ducha” kiedy śnimy lub tworzymy; doświadczamy „ciała” kiedy jemy lub sramy (lub może vice versa); doświadczamy obydwu naraz kiedy się kochamy. Nie proponuję tu metafizycznych kategorii. Wciąż dryfujemy, a to są punkty odniesienia ustanowione ad hoc, nic więcej. Nie musimy być mistykami aby zaproponować taką wersję „jednej rzeczywistości”. Musimy jedynie wskazać, że żadna inna rzeczywistość jeszcze się nie pojawiła w obrębie kontekstu naszego znanego doświadczenia. Dla wszystkich praktycznych celów świat jest „jeden”.12 Jakkolwiek historycznie, „cielesna” połowa tej jedni zawsze otrzymywała obelgi, miała złą opinię, biblijne potępienie i była ekonomicznie prześladowana przez „duchową” połowę. Samowyznaczeni reprezentanci ducha zawładnęli niemal wszystkimi sferami znanej historii zostawiając ciału tylko prymitywną prahistorię niknącą w mroku i kilka spazmów nieudanej, insurekcyjnej płodności.

Duch rządzi – w związku z tym ledwo wiemy jak wymawiać język ciała. Kiedy używamy słowa „informacja”, reifikujemy je, ponieważ zawsze reifikowaliśmy abstrakcje – odkąd tylko Bóg pojawił się jako płonący krzak. (Informacja jako katastroficzna dekorporalizacja „brutalnej” substancji). Chcielibyśmy teraz zaproponować identyfikację jaźni z ciałem. Nie zaprzeczamy, że „ciało również jest duchem”, ale życzymy sobie przywrócić trochę równowagi historycznemu równaniu. Postrzegamy całe ciało jako znienawidzone i zniesławione przez świat, jako nasze „zło”. Nalegamy na odrodzenie (i mutację) „pogańskich” wartości skupiających się na relacji ciała i ducha. Nie udaje nam się odczuwać żadnego wielkiego entuzjazmu na wieść o „informacyjnej ekonomii”, ponieważ postrzegamy ją jako jeszcze jedną maskę dla znienawidzenia-ciała. Nie możemy nawet trochę wierzyć w „wojnę informacyjną”, odkąd jest ona również hipostazą informacji, ale przykleja jej etykietkę „zła”. W tym sensie, „informacja” wydaje się być neutralna. Ale nie ufamy także tej trzeciej pozycji jako ciepłym kluchom i przegranej teoretycznej wizji. Każdy „fakt” przyjmuje odmienne znaczenia kiedy przeganiamy go przez nasz dialektyczny pryzmat13 i studiujemy jego zabrudzenia i cienie.

„Fakt” nigdy nie jest bierny czy „neutralny”, ale może być zarówno „dobry”, jak i „zły” (lub poza tymi kategoriami) w swoich niezliczonych wariacjach i kombinacjach. Jesteśmy w końcu artystami tego nie dającego się zmierzyć dyskursu. Tworzymy wartości. Robimy to, ponieważ jesteśmy żywi. Informacja jest sporym „bałaganem” kiedy materialny świat odbija ją i transformuje. Obejmujemy ten bałagan, cały. To wszystko, to życie. Ale pośród żywego chaosu, pewne informacje i pewne rzeczy materialne zaczynają się mieszać w poetyce lub drodze wiedzy albo w drodze czynu. Możemy naszkicować pewne „konkluzje” pro tem, dopóki nie otynkujemy nimi ścian i nie posadzimy ich na ołtarzu. Ani „informacja”, ani w zasadzie żaden „fakt” nie tworzy rzeczy samej w sobie.

Nasz świat „informacji” implikuje ideologię lub raczej paradygmat, zakotwiczony w nieświadomym lęku przed „ciszą”, przed materią i przed wszechświatem. „Informacja” jest z pewnością substytutem, pozostałością fetysza dogmatyków, supersitio, duchem. „Poetyckie fakty” nie są przyswajalne przez doktrynę „informacji”. Zdanie „wiedza to wolność” jest prawdziwe tylko wtedy, kiedy wolność jest rozumiana jako psychokinetyczna umiejętność. „Informacja” to chaos; wiedza jest spontanicznym porządkiem tego chaosu; wolność jest surfowaniem na fali tej spontaniczności. Te wstępne wnioski tworzą zmienny i grząski grunt naszej „teorii”. TSA14 pożąda całej informacji i całej cielesnej przyjemności w wielkim, skomplikowanym chaosie słodkich danych i słodkich dat – faktów i uczt – mądrości i bogactwa. To jest nasza ekonomia i nasza wojna.

Hakim Bey

 

Przypisy:

1. Indianie Yanomamo zamieszkują dżunglę Amazońską; pomimo naporu postindustrialnej cywilizacji wciąż jeszcze próbują utrzymywać ustrój plemienny. (przyp. tłum.)

2. „Zaliczanie dotknięcia” (counting a coup) to zwyczaj, który wykształcił się wśród Indian Prerii w Ameryce Pn. tj. Dakota, Cheyenne, Pawnee, Crow, Arikara, po zdobyciu przez nich koni. Polegał on na dotknięciu wroga dłonią w szybkim galopie, co było w „kodeksie wojennym” tych plemion cenione o wiele wyżej, niż zabicie wroga. (przyp. tłum.)

3. Nauki nowego „życia” oferują tu trochę dialektycznej opozycji lub mogłyby to zrobić gdyby zadziałały, jak również poprzez pewne paradygmaty. Teoria chaosu wydaje się traktować materialny świat w pozytywny sposób, tak jak czyni to teoria Gai, teoria pól morfogenetycznych i wiele innych „miękkich” i „neo-hermetycznych” dyscyplin. Gdzie indziej próbowałem włączyć te filozoficzne implikacje w „świąteczną” syntezę. Punktem wyjścia nie jest odrzucenie wszelkiej myśli o materialnym świecie, ale uświadomienie sobie, że cała nauka posiada filozoficzne i polityczne implikacje i że jako taka jest sposobem myślenia, a nie dogmatyczną strukturą niepodważalnej Prawdy. Oczywiście kwantowość, względność i teoria informacji są wszystkie „prawdziwe” w pewien sposób i można je pozytywnie zinterpretować. Zrobiłem to już w kilku esejach. Teraz chcę odkryć negatywne aspekty.

4. Freedom: Alchemy for a Voluntary Society, Stephan A. Hoeller (Wheaton, IL: Quest, 1992), 229-230.

5. Ibid., p. 164.

6. Jak psy Pawłowa śliniące się na dźwięk obiadowego dzwonka, zamiast samego obiadu – doskonała ilustracja tego co rozumiem przez „abstrakcję”.

7. Mimo iż niektórzy mogą powiedzieć, że już „wirtualnie” istnieje. Właśnie słyszałem od znajomego z Kalifornii o nowym schemacie na „uniwersalne więzienie” – przestępcom pozwoli się żyć w domu i chodzić do pracy, ale będą przez cały czas elektronicznie monitorowani, jak Winston Smith w 1984. Uniwersalny panopticon jest teraz potencjalnie zbieżny w indywidualny sposób z całą rzeczywistością; życie i praca znajdą swoje miejsce poza przestarzałym, fizycznym więziennictwem – Więzienna Społeczność zleje się w całość wraz z „elektroniczną demokracją” aby uformować Państwo Inwigilacyjne lub informacyjną totalność, z całą czasoprzestrzenią mieszczącą się pod nigdy nie zasypiającym spojrzeniem RoboCopa. Na poziomie czystej technologii, przynajmniej, będzie się wydawać, że nareszcie chociaż dotarliśmy do „przyszłości”. „Szczerzy obywatele” oczywiście nie będą się mieli czego obawiać; stąd terror będzie rządził bez wyzwań i porządek zatriumfuje jak uniwersalny lód. Naszą jedyną nadzieją może pozostać „chaotyczna perturbacja” masowo-połączonych komputerów i w mściwej głupocie znudzenia tych, którzy programują i monitorują system.

8. Z przyjemnością zapamiętam już na zawsze bycie określonym przez bułgarskiego delegata, na konferencji, na której byłem jako „współpracownik w filozofii”. Być może kapitalistyczną wersja byłby zwrot „przedsiębiorca w filozofii”, jak gdyby kupował on idee jak jabłka na przydrożnych stoiskach.

9. Oczywiście informacja może być czasem „okultystyczna”, jak w teorii spiskowej. Informacja moż być „dezinformacją”. Szpiedzy i propagandyści wymyślają rodzaj cienia „informacyjnej ekonomii”, aby być pewnym. Hakerzy, którzy wierzą w „wolność informacji” mają moją sympatię, szczególnie odkąd zostali namierzeni jako najświeższy wrogowie społeczeństwa spektaklu i poddani jego spazmom kontroli-poprzez-terror. Ale hakerzy muszą jeszcze „wyzwolić” pojedynczy bit informacji użytecznej w naszej walce. Ich impotencja i fascynacja wyobraźnią robi z nich idealne ofiary „państwa informacyjnego”, które samo bazuje na czystej symulacji. Nie trzeba kraść danych z post-militarno-industrialnego kompleksu by wiedzieć ogólnie, po co są. Rozumiemy wystarczająco aby sformułować krytykę. Więcej informacji samych w sobie nigdy nie zajmie miejsca działań, w których wykonaniu zawiedliśmy; dane same w sobie nigdy nie osiągną masy krytycznej. Pomimo mojego kochanego długu wobec myślicieli takich jak Robert Anton Wilson i Timothy Leary, nie mogę się zgodzić z ich optymistycznymi analizami kognitywnej funkcji technologii informacyjnej. To nie sam neutralny system osiągnie autonomię, ale całe ciało.

10. Issue #6, Nothing is True, Box 175, Liverpool L69 8DX, UK.

11. W rzeczy samej, cały projekt „poetyckiego terroryzmu” został zaproponowany jedynie jako strategia w tej wojnie.

12. Fraza „Świat jest jeden” może być i jest używana, aby usprawiedliwić totalność, metafizyczne zamawianie „rzeczywistości” poprzez „centrum” lub „szczyt”: jeden Bóg, jeden Król itd., itp. To jest monizm ortodoksji, który w naturalny sposób jest opozycją wobec dualizmu i jego kolejnego źródła mocy („zła”) – ortodoksja także zakłada, że jeden okupuje wyższą ontologiczną pozycję wobec wielu, że transcendencja poprzedza immanencję. To co nazywam radykalnym (lub heretyckim) monizmem żąda jedności jednego i wielu na poziomie immanencji; stąd jest postrzegany przez ortodoksję jako wywracający-górę-na-dół lub Saturnalia, które proponują żeby każdy „jeden” był równy „boskiemu”. Radykalny monizm jest „po stronie” wielu – co wyjaśnia dlaczego wydaje się on leżeć w sercu pogańskiego politeizmu i szamanizmu, tak samo jako ekstremalne formy monoteizmu takie jak izmailizm czy ranteryzm, oparte na naukach „wewnętrznego światła”. Dlatego też zdanie „Wszystko jest jednym” może wypowiedzieć każdy monista czy anty-dualista i mieć na myśli wiele różnych rzeczy.

13. Propozycja: nowa teoria taoistycznej dialektyki. Myśl o dysku yin/yang z czarną kropką w białym rombie i na odwrót – oddzielonym nie przez linię prostą, ale linię w kształcie S. Amiri Baraka mówi, że dialektyka jest po prostu „oddzielaniem dobra od zła” – ale taoista jest poza dobrem i złem. Dialektyka jest elastyczna, ale dialektyka taoistyczna jest jawnie się wijąca. Na przykład, używając taoistycznej dialektyki, możemy ponownie ocenić gnozę. To prawda, że prezentuje ona negatywny punkt widzenia ciała i stawania się. Ale jest także prawdą, że grała ona rolę wiecznego rebelianta przeciwko wszelkiej ortodoksji, a to sprawia że jest ona interesująca. W swoich libertyńskich i rewolucyjnych manifestacjach gnoza posiada wiele sekretów, z których niektóre są warte poznania. Formy organizacyjne gnozy – kult lunatyzmu, tajne stowarzyszenie – wydają się być płodne możliwościami dla projektu TSA/natychmiastowości. Oczywiście, jak wytknąłem gdzieś indziej, nie cała gnoza jest dualistyczna. Istnieje także monistyczna tradycja gnostycka, która czasem pożycza wiele od dualizmu i jest często przez niego pogmatwana. Gnoza monistyczna jest anty-eschatologiczna – używa religijnego języka aby opisać świat; ani niebo, ani gnostycka Pleroma. Szamanizm, pewne „szalone” formy taoizmu, tantry czy zen, heterodoksyjny sufizm i izmailizm, chrześcijańscy antynomiści tacy jak ranterzy itp. dzielą przekonanie o świętości „wewnętrznego ducha” i w końcu rzeczywistości, „świata”. To są nasi „duchowi przodkowie”.

14. „Tymczasowa Strefa Autonomiczna” jest podstawą wczesnej teorii Beya na temat wyzwolenia człowieka zarówno z sideł niewoli zewnętrznej, jak i wewnętrznej. Jak tworzyć TSA dowiecie się z książki T.A.Z. – Poetic Terrorism, Ontological Anarchy, Temporary Autonomous Zone, Autonomedia Publishing, New York 1989; wyd. polskie (zawierające tylko ostatnią część książki): Hakim Bey, Tymczasowa Strefa Autonomiczna, Wyd. Frisch vom Fass, Kraków 2001 – przyp. tłum.

(tłum. Conradino Beb)