Archiwa tagu: Anton Szandor LaVey

„Mansfield 66/67” łączy śmierć słynnej aktorki z satanistyczną klątwą!

Jayne Mansfield była słynną aktorką i piosenkarką, która w latach ’50 stała się hollywoodzkim symbolem seksu. Do historii przeszedł jej pin-upowy wizerunek medialny, śmiertelny wypadek samochodowy w 1967… a także przyjaźń z Antonem Szandorem LaVeyem, głową Kościoła Szatana.

W 50-tą rocznicę śmierci aktorki na ekrany wchodzi film dokumentalny Mansfield 66/67 w reż. P. Davida Ebersole’a i Todda Hughesa, spekulujący że spowodowana ona została satanistycznymi rytuałami w towarzystwie Antona LaVeya, który rzucił na aktorkę magiczną klątwę.

mansfield-6667

Film złożony jest z materiałów archiwalnych przemieszanych z animacjami, performance’ami oraz wywiadami z takimi osobistościami, jak John Waters, Kenneth Anger, Peaches Christ czy Dolly Read, co pomaga twórcom w podtrzymaniu mitu o niezwykłości ostatnich dwóch lat życia gwiazdy. Jak głosi zresztą plakat: „Historia jest oparta na plotkach i pogłoskach”.

Dokument ma swoją premierę dzisiaj na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Rotterdamie.

Zwiastun

Nudyści, pornografia i pokłony dla Szatana – drogi kinowej eksploatacji mroku i cielesności

pan_i_koza
Pan i koza / starożytny Rzym

 Mimo że krytycy erotyzmu w kulturze, stojący na gruncie obyczajowego konserwatyzmu, najchętniej zepchnęliby aktywność człowieka do sfery pracy, religii i rozmnażania się, powodowani religijną schizofrenią, która wyklucza pozytywność cielesnej ekstazy czyniąc z niej narzędzie grzechu, winy i wstydu, nawet oni nie są w stanie zakopać długiej tradycji kultury zachodniej, która gloryfikowała ludzką nagość i potencję seksualną już w czasach starożytnych.

To właśnie w sztuce antycznej Grecji i Rzymu należy upatrywać korzeni nowożytnego odrodzenia erotyki, pornografii i ogólnej eksploatacji wątków seksualnych. Niemal wymazane przez nienawistny Kościół Katolicki w okresie Średniowiecza, nawiedziły one ponownie europejską świadomość w czasach Renesansu, kiedy artyści tj. Giulio Romano postanowili skupić się na przywróceniu obrazów naturalnej seksualności człowieka.

Od Priapusa do Adwokata diabła

Połączenie analizy wykopalisk archeologicznych, poezji i zapisów kronikarskich na temat kultury starożytnego Rzymu daje nam dość wiarygodne wyobrażenie seksualności mieszkańców Imperium. Szczególna zasługa przypada tu oczywiście Pompejom, które zachowane w całości znacznie posunęły naprzód badania historyków kultury nad życiem codziennym wszystkich warstw społecznych Rzymu. Jedną z najbardziej fascynujących aktywności, na które udało się dzięki temu rzucić więcej światła, jest sex. Niemal perfekcyjnie zachowane burdele rzymskie w Pompejach pokazują wyraźnie, że erotyzm silnie przenikał życie Rzymian – starożytna pornografia łączyła się swobodnie ze sztuką sakralną, jeśli te dwie sfery w ogóle były od siebie oddzielone.

Boskim źródłem erotyzmu i potencji był w starożytnym Rzymie Priapus, przedstawiany zwykle jako karzeł z wielkim członkiem w stanie erekcji. Priapiczne amulety w formie penisów ze skrzydłami były przez mieszkańców Imperium noszone na szyi jako wisiorki, które miały odpędzać złe czy też zawistne oko. Moc Priapusa nie ograniczała się jednak tylko do świątyń, wizerunki fallusa znaleziono bowiem w Pompejach i innych miastach rzymskich (nawet na terenie dzisiejszej Wielkiej Brytanii) w sklepach, na rogach ulic oraz nomen omen w burdelach.

Te stanowią zaś często prawdziwe światynie antycznej pornografii z wizerunkami kopulujących par, seksu oralnego, sodomii i hasłami w formie graffiti typu: „Tu Harpocras poruchał sobie konkretnie za denara.” (pisownia oryginalna, napis zachowany w Pompejach). Te ostatnie stanowiły prawdopodobnie źródło chluby właścicieli domów rozpusty służąc również jako zachęta dla nowych klientów.

Wraz z upadkiem Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego w V w. n. e. i przejęciem rządu dusz przez dynamicznie rosnący od soboru w Konstantynopolu Kościół Katolicki, zaczął się bezlitosny proces niszczenia kultury rzymskiej. W ogień poszły pisma filozoficzne, poezja, kroniki, a figury bogów potrzaskano w drzazgi.

Mimo tego, kler musiał zaakceptować wiele z pogańskich zwyczajów tj. wypiekanie chleba fallicznego (który chrzczono teraz krzyżem), daty przesileń słonecznych i zrównań dnia z nocą (na które naniesono chrześcijańskie uroczystości), a nawet samą ikonografię (najlepszym przykładem jest wizerunek Matki Boskiej z dzieciątkiem, który przewędrował z Egiptu). Jednak pogańską pasję do sexu szybko wypędzono z nowego porzadku dziejów, a z bogów tj. Pan czy Priapus uczyniono demony, sługi Lucyfera. Nie mogąc się ich pozbyć ze zbiorowej podświadomości, zmieniono po prostu ich wartościowanie.

Biblia, na której całkowicie oparła się średniowieczna kultura, ukazuje sex niemal wyłącznie w kontekście negatywnym. I choć Chrześcijaństwo jest teoretycznie religią monistyczną, w praktyce szybko pojawiły się w nim elementy krypto manichejskie, dualistyczne, za sprawą stopienia się religii z polityką. Obrócenie go w teokratyczne narzędzie sprawowania władzy nad kulturą automatycznie wyniosło na wierzch wątki militarystyczne, represyjne i porządkowe, tworząc agresywną dychotomię pomiędzy naukami Jezusa, a imperialistyczną praxis.

Był on teraz używany do błogosławienia kopii i mieczy, które były z kolei używane przeciwko heretykom, poganom i innowiercom. Związek religii z militaryzmem jeszcze lepiej widać w ortodoksyjnym Islamie, który każdą walkę militarną niemal natychmiast sankcjonuje jako zmaganie duchowe, co jest zresztą pierwotnym znaczeniem słowa dżihad.

Katolicka walka z Szatanem jest wprawdzie przez teologów pojmowana jako zmaganie z duchowym złem, ale średniowieczna sensualność nie była jej w stanie oddzielić od oglądania się za ramię w lesie. Pogaństwo było przede wszystkim poczuciem wszechobecności natury w postaci setki realnych sił, które są dostrzegalne i odczuwalne na każdym kroku. Tego Chrześcijaństwo nie było w stanie zmienić, zamiast tego dokonano więc tabuizacji samej natury budując z roku na rok coraz większy strach przed nią w prostym ludzie.

Była to w zasadzie memetyczna bariera przed pewnym rodzajem aktywności, przed pewnymi roślinami, zwierzętami czy miejscami. Sex i Szatan utworzyli wkrótce nierozdzielną parą, ale nawet tutaj Kościół musiał zaakceptować stare, rzymskie wyobrażenie Pana – pół kozła, pół człowieka, bożka z rogami, racicami i brodą, obdarzonego niepohamowaną hucią. W wersji chrześcijańskiej Pan stał się jednak Księciem Ciemności, złowrogim niszczycielem porządku, patronem czarownic i mistrzem czarnej magii.

Perfidne wrzucenie do jednego worka przez Kościół erotyzmu z satanizmem, bestialstwem i czarownictwem udało się tak idealnie, że kilkaset lat później boleśnie ugryzło kler w tyłek. W 1922 roku czarno-biały, niemy film Czarownice wykorzystał tę samą ikonografię w odmalowaniu wizji sabatu czarownic osadzając w jego centrum Szatana z głową kozła tym samym czyniąc z niej pole eksploatacji artystycznej i kulturowej.

Jednak dopiero horrory sataniczne lat ’60 i ’70, zainspirowane m.in. współczesnym satanizmem Antona Szandora LaVeya – który postanowił  konsekwentnie wykorzystać średniowieczną mitologię reinterpretując ją na kontrkulturową, transgresyjną modłę ze szczyptą popkulturowych inspiracji – odkryły żywy potencjał rynkowy katolickiego strachu przed Złem i ruszyły do zmasowanego ataku na portfele głodnych wrażeń widzów.

Sukces był murowany, gdyż horrory te eksploatowały wyobrażenia, kultywowane w zbiorowej podświadomości przez setki lat, które dla wielu ludzi były czymś więcej niż sprawą wiary, były wymierną rzeczywistością! W nawałnicy Szatana, wylewającego się z każdego kina, Kościół Katolicki musiał zareagować i został w końcu paradoksalnie zmuszony do krytyki zasianych przez siebie setki lat wcześniej wyobrażeń. W terminologii insajderskiej można określić to jako próbę obezwładnienia zmontowanej własnoręcznie bomby PR-owej.

Sugestywność filmów tj. Egzorcysta Friedkina, AntyChryst De Martino, czy Opętanie Żuławskiego, stała się jednak szybko zbyt wielką siłą do obezwładnienia nawet przez doświadczonych, watykańskich PR-owców, którzy koniec końców ścisnęli pośladki i postanowili wyjść z modnym hasłem: „Szatan istnieje i ma się lepiej niż kiedykolwiek!” W efekcie siła filmowych egzorcystów wylała się w końcu z ekranu i Watykan produkuje ich dzisiaj więcej niż kiedykolwiek, głównie do walki z opętaniami w Polsce i we Włoszech.

Konsekwentnie, z czasem, do sztandarowej walki z Szatanem dorzucono także hasła walki z singlami, gejami, neopoganami, ateistami i buddystami, pracującymi dla wielkich korporacji, których wartości siłą rzeczy stoją w opozycji do modlenia się, wspomagania finansowego Kościoła i płodzenia nowych wyznawców.

Dzisiejszy Szatan miałby więc oficjalnie garnitur, pracował dla wielkiej korporacji, zarabiał dużo kasy, wciągał koks w weekendy, uprawiał sex tylko dla przyjemności i za żadne skarby nie chciał wstępować w związek małżeński. Te świeże przetasowania w socjotechnicznej mitologii propagandowej Watykanu idą przy tym łeb w łeb z popularnymi obrazami filmowymi, które w kulturze współczesnej pełnią główną rolę mitotwórczą. Nic nie może się równać z wdrukami, wpełzającymi do twojego mózgu w intymnej ciemności kina.

adwokat diabla
Al Pacino w „Adwokacie diabła”

Wypisz, wymaluj, idealnym nowym Rogatym jest korporacyjny władca życia i śmierci, grany przez Ala Pacino w Adwokacie diabła. Obraz Szatana jako bezbożnego prawnika, jako ateistycznego managera, jako kapitalistycznego pracownika biurowego, idealnie rezonuje z oficjalną ideologią Kościoła Katolickiego o cywilizacji śmierci, w której na każdym kroku marnowana jest przez materialistów święta sperma, a Jezus Chrystus płacze, gdy ujarany i nawalony spuszczasz się kochance na plecy.

Co mnie jednak dziwi, to że Watykan, siedzący na górze pieniędzy, nie postanowił zainwestować jeszcze we własną wytwórnię filmową, by aktywnie zmieniać, naginać i promować własny wizerunek zła, dobra, grzechu, kary, winy, wstydu, piekła, nieba, nagrody, odwagi i strachu. Jeśli Kościół w istocie jest tak zaniepokojony ostatnimi manifestacjami Księcia Ciemności w popkulturze, jak twierdzi, a stare metody prania mózgu już nie działają tak dobrze, jak kiedyś, dlaczego nie pójść z duchem czasów i nie programować po swojemu: filmami, jak robią to wszyscy? Telewizja Trwam i Andrzej Wajda mogą na dłuższą metę nie wystarczyć…

Pornografia, przemoc i nudyści

Eksplodujący we Włoszech Renesans przynosi nagły powrót zainteresowania sztuką antyczną wśród architektów, malarzy i rzeźbiarzy, którzy po niemal tysiącu lat bycia skazanymi na ciągłą interpretację motywów biblijnych, nagle odkrywają wielbione przez Rzymian piękno ludzkiego ciała wraz ze wszystkimi jego naturalnymi przymiotami.

A ciepły klimat Włoch – gdzie po upadku Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego germańscy Goci i Wandale zaczęli się swobodnie mieszać z rodzimą ludnością romańską – od zawsze zachęcała do poszukiwania cielesnej przyjemności. Ruiny siedzib i światyń dawnych władców Półwyspu Apenińskiego, jak nigdzie indziej, ułatwiają zaś artystyczną archeologię i odchodzenie od rygorystycznych, gotyckich wzorców tak popularnych na północy Europy. Wraz z pięknem ludzkiego ciała powróca też w końcu sex i erotyka, a obok nich rodzi się magia ceremonialna i alchemia.

Pierwszym dziełem renesansowym o charakterze erotyczno-pornograficznym staje się książka I modi (Le 16 posizioni), stworzona przez rysownika Marcantonia Raimondiego na podstawie 16 obrazów erotycznych, namalowanych przez Giulia Romana na zlecenia Federica II, który chciał nimi ozdobić swój Palazzo del Te w Mantovie (Lombardia).

Książka zostaje wydana w 1524 roku, lecz niemal natychmiast wpada w ręce papieża Klemensa VII, który konwiskuje cały nakład, pali go doszczętnie, a samego Raimondiego osadza w więzieniu. Kolejny nakład dzieła, zawierający również poezję Pietra Aretina, zostaje wydany trzy lata później, ale wkrótce spotyka go ten sam los. Raimondi ucieka wprawdzie z więzienia, ale musi się ukrywać do końca życia. Układ i treść dzieła poznajemy dzięki weneckiemu wydaniu z 1550, odkrytemu dopiero w 1920 roku.

achilles_i_bryzeida
16 pozycji / Achilles i Bryzeida

16 pozycji to w istocie erotyczna reinterpretacja wątków, pochodzących z mitologii grecko-rzymskiej i historii antycznej, wśród których znajdujemy m.in. przedstawienie zatytułowane Satyr i nimfa (nr 4) czy Mars i Wenera (nr 7). Niektóre z nich to typowe dla Renesansu, piękne, anatomiczne szkice, jedynie lekko erotyzujące, ale inne pokazują akt seksualny w całej jego oczywistości, z realistycznym członkiem w stanie erekcji i rozwartą waginą. Prekursorski styl spółki Raimondi i Romano ewoluuje w zasadzie niewiele przez następnych 400 lat, a do lamusa odchodzi dopiero wraz z wynalezieniem dagerotypu w 1835 i szybkim rozpowszechnieniem się zdjęć pornograficznych.

Co zdumiewające, to fakt, że wraz z pojawieniem się rynku nowej technologii, natychmiast wykorzystano ją do fotografowania nagiego ciała ludzkiego – pierwsze znane zdjęcia rozbierane pochodzą z 1835, a więc proces był ekspresowy. I mimo że erotyczne fotki krążyły jeszcze przez 100 lat wyłącznie w nieoficjalnym obiegu, droga do współczesnej pornografii została szeroko otwarta.

A powstanie oficjalnego obiegu uniemożliwiły ustawy, wymierzone w publikowanie erotyki tj. brytyjska Obscene Publications Act z 1857, czyniąca z procederu prawdziwe przestępstwo. „W Polsce” również zwalczano w tym czasie obsceniczność, jak wszędzie indziej. Na drodze pornografii stała jednak jeszcze inna sprawa: prawo rynku! Cena pornograficznych fotografii była początkowo wyższa niż wizyta w burdelu, tak więc krążyły one głównie w środowisku artystokratów i bogatych mieszczan, którzy mogli sobie na nie pozwolić.

W drugiej połowie XIX w. koszty odbitek z negatywu gwałtownie jednak spadły z powodu wynalezienia nowych technologii fotograficznych. To przyśpieszyło trend, jak też pozwoliło przeskoczyć z łagodnej erotyki, ukazującej samotnych nagich mężczyzn lub kobiety do pornografii z regularnym aktem seksualnym na pierwszym planie, zarówno klasycznym, jak i grupowym. Zdjęcia stały się też w końcu popularnym towarem, sprzedawanym w burdelach, salonach fotograficznych, jak i na rogach ulic. I mimo że ich rozpowszechnianie wciąż było nielegalne w większości krajów europejskich, stawały się one powoli normalną częścią kultury. Gdy Bracia Lumier wynaleźli jednak swój słynny kinematograf w 1895, pornografia zyskała medium, które miało się okazać dla niej przełomowe. Niemal natychmiast powstał film pornograficzny!

Pomimo że historycy kultury i seksuolodzy są pewni, iż pierwsze filmy pokazujące sex, zostały nakręcone jeszcze przed końcem XIX w. – znany jest np. tytuł Le Coucher De La Marie (1896) – do dnia dzisiejszego nie zachowały się niestety żadne przykłady. Znane jako stag movies lub blue movies, były wyświetlane głównie w burdelach na rozgrzanie dla klientów lub też w prywatnych rezydencjach dla ciekawskiej elity.

Ich długość nie przekraczała 15 minut i grały w nich głównie anonimowe prostytutki oraz ucharakteryzowani mężczyźni. Pierwszym zachowanym przykładem wczesnej pornografii filmowej jest argentyński obraz El Sartario, datowany na 1907. Film pokazuje trzy kobiety w kąpieli, które uprawiają sex grupowy. Jedna z nich zostaje następnie porwana przez diabła, z którym uprawia sex oralny, by przejść do pozycji 69 i w końcu klasycznej misjonarki. Wg wielu badaczy, w Buenos Aires tego czasu kwitł pierwszy, zorganizowany przemysł pornograficzny, którego produkty eksportowano głównie do USA.

Pierwszym, znanym, amerykańskim filmem pornograficznym jest Darmowa przejażdżka (A Free Ride aka. Grass Sandwich), datowana na 1915-1919. Aktorzy i reżyser pozostają anonimowi, jak też sama lokacja, gdzie nakręcono film. W tym dobrze przeanalizowanym klasyku kierowca podwozi dwie młode kobiety, z którymi jest w końcu zmuszony odbyć sex w plenerze po dwóch wojerystycznych scenach, w których bohaterowie obserwują się wzajemnie podczas oddawania moczu w trawę.

Biznes pornograficzny w USA miał zakwitnąć na dobre w latach ’20, kiedy obwoźni handlarze dostarczali taśmy bezpośrednio od producenta do klientów, którymi oprócz właścicieli burdeli były bractwa studenckie lub kluby dla gentlemanów. Ich koszt był w tym czasie dość wysoki, dlatego roczna ilość tytułów pozostawała ograniczona, choć czarny rynek był raczej chłonny i głodny nowych produktów.

wiktorianska_erotyka
Erotyczne zdjęcie z XIX w.

Stag movies, pomimo że bardzo popularne w Stanach Zjednoczonych, nie były w stanie wyjść z podziemia aż do końca lat ’60, gdyż prawo przeciwko obsceniczności skutecznie blokowało wszelkie próby publicznego wyświetlania filmów pokazujących faktyczny sex! Po II Wojnie Światowej wielu pornograficznych reżyserów przeszło na kamerę 8 mm, a zwiększająca się dostępność projektorów, pozwalajacych wyświetlać format, poszerzyła nieco rynek.

Była to jednak wciąż kropla w morzu w stosunku do kanałów dystrybucji, którymi dysponowała gigantyczna machina Hollywood. Pornografia filmowa, nie ewoluuowała także ani trochę od momentu swojego powstania aż do wczesnych lat ’70 pozostając w dużej mierze indywidualnym, podziemnym fenomenem bez wspomagającej ją sceny czy środowiska krytyków, specjalizujących się w  oglądaniu tego konkretnego gatunku. W powojennej Polsce pornografia nie istniała przy tym z oczywistych względów.

Mimo że słynny Kod Hayesa (znany także jako Motion Picture Production Code) podciął skrzydła produkcjom Hollywood w purytańskich latach ’30 wykluczając pokazywanie w nich nagości, a tym bardziej sexu, jego normy były omijane przez małych producentów i reżyserów, którzy w tym samym czasie wykorzystywali nośne, tabloidowe tematy popularnych gazet, produkowanych przez imperium W. R. Hearsta i obracali je w czystą, filmową eksploatację.

Po sukcesie klasycznego Traffic in Souls (1913), obrazującego przymusową prostytucję szwedzkich imigrantek w Nowym Jorku, mali producenci zdali sobie sprawę, że sensacjonalizm jest kluczem do wyobraźni widzów, gwarantującym duże wpływy z biletów. A najbardziej emocjonującym tematem ze wszystkich pozostawał ponownie sex!

Narodziny i szybkie rozprzestrzenienie się kinowej seksploatacji (sexploitation) było o tyle łatwe, że Hollywood nie mógł konkurować w tej półce ze względów moralnych, a twarda pornografia ze względów prawnych. Kino eksploatacji poniosło zatem pałeczkę oferując publice treści, których nie można było zobaczyć nigdzie indziej w oficjalnym obiegu.

W namiotach rozstawianych na kilka wieczorów pojawiały się filmy tj. Modern Motherhood, Sins Of Love czy Because Of Eve, które śledziły fatalne konsekwencje sterylizacji, aborcji, prostytucji czy samej aktywności seksualnej pod płaszczykiem filmu edukacyjnego. Kilka linijek, wyjaśniających widzom smutny koniec, czekajacy bohaterów angażujących się w pewne zachowania, wystarczał cenzorom, jak też usprawiedliwiał pokazywanie nagości na ekranie, która nigdy nie mogłyby zostać wyeksploatowana przez kino hollywoodzkie.

W ten sposób sexploitation jako podgatunek kina eksploatacji mógł się rozwijać przez lata ’30 i ’40 w Stanach Zjednoczonych, kiedy II Wojna Światowa nagle stała się znacznie ważniejsza od walki z obscenicznością, a burleska i pisma erotyczne były postrzegane jako ważny element, wspomagający morale żołnierzy na froncie. To z kolei doprowadziło do powojennego boomu na grindhouses, czyli męskie lokale pokazujące burleskę i striptiz, w których coraz częściej gościły tzw. beaver movies, stanowiące kompromis pomiędzy narracyjnym sexploitation, a twardą pornografią.

Pierwsze beaver movies to zwyczajne zapisy rozbierających się gwiazd burleski, które następnie były dystrybuowane wszędzie tam, gdzie można było zarobić na nich jakieś pieniądze. Później sceny rozbierane były jednak inscenizowane przez samych reżyserów, co w końcu doprowadziło do przejścia od formuły prostego striptizu do filmu nudystycznego na początku lat ’50, gdzie zwyczajnie można było zobaczyć jeszcze więcej nagich ciał.

Jednym z najbardziej znanych filmów nudystycznych tego okresu jest nakręcony w kolorze Garden of Eden (1954) w reż. Maxa Nossecka, skupiający się na losach młodej wdówki Susan Lattimore, która po śmierci męża ucieka przed okrutnym teściem do obozu dla nudystów wraz ze swoją 6-letnią córką. Film obywa się bez intrygi, ale zawiera mnóstwo rozbieranych sekwencji, jak chociażby kultowa gra nudystów w siatkówkę. Garden of Eden przeszedł do historii głównie z tego powodu, iż reżyserowi wytoczono proces o obsceniczność, który ten wygrał, gdyż sąd orzekł w 1955, iż pokazywanie nagiego ciała w filmie nie jest obsceniczne, jeśli nie towarzyszy temu sam akt miłosny. To otworzyło z kolei furtkę filmowi nudystycznemu jako podgatunkowi, który kontynuował swoją karierą aż do początku lat ’60, kiedy został wyparty przez narracyjne nudie-cuties.

Rewolucja ta stała się zasługą innego kultowego twórcy – Russa Meyera, który w 1959 wyreżyserował swoją pierwszą samodzielną komedię nudystyczną Niemoralny pan Teas z głównym bohaterem, domokrążcą, który czy chce, czy nie, wszędzie gdzie nie wejdzie widzi rozebrane kobiety. Zasługa Meyera polegała generalnie na tym, że w swoim debiucie postawił na fabułę, która wcześniej – jakkolwiek to nie zabrzmi – nie była nawet rozważana przez reżyserów nudystycznych jako ważny element filmowy.

Meyer kontynuował robienie swoich nudie-cuties z czterema innymi filmami: Eve and the Handyman (1961), Erotica (1961), Wild Gals of the Naked West (1962) oraz Heavenly Bodies! (1963), po których, jak kilku innych twórców, podążył ścieżką wyznaczoną przez roughies.

immoral_mr_teas
Scena z filmu „Niemoralny pan Teas” (1959)

Za pierwsze roughie jest uznawany film Gordona Herschella Lewisa i Davida F. Friedmana pt. Scum of the Earth (1964), który wraz innymi seksploatacyjnymi dziełami, wypuszczonymi na ekrany w tym samym roku tj. Olga’s House of Shame w reż. Doris Wishman czy Olga’s Girls w reż. Josepha P. Mawry, wyznaczył kierunek rozwoju sexploitation na następne cztery lata. Roughies w przeciwieństwie do nudie-cuties, podkreślających niewinność nagości i eksploatujących wojeryzm, starających się zabrać widza poza chrześcijańskie memy wstydu i winy, eksplorowały walkę płci oraz przemoc towarzyszącą seksowi będąc również pierwszym, masowym wyrazem rozwijającej się kultury fetyszystycznej.

Nie mogąc pokazywać samego seksu, filmy te uczyniły przedmiotem obserwacji jego substytut – przemoc, która zajmując przeciwny biegun skali, posiada jednak podobne napięcie emocjonalne. Konsekwentnie, roughies ukazują nagość w połączenie z tragedią uzależnienia od heroiny, orgiami marihuanowymi czy lochami, torturami i perwersyjnymi kostiumami, niemal zawsze w czerni i bieli.

Roughies stały się szybko bardzo zyskownymi produktami, pokazywanymi we wszystkich dużych miastach Stanów Zjednoczonych, w dzielnicach obfitujących w grindhouses – w tym okresie już lokale kinowe – tj. słynna 42-ga ulica w Nowym Jorku. Na pokład wskoczył też szybko sam Russ Meyer, który z kieszeniami pełnymi dolarów, zarobionych na swoich zabawnych nudie-cuties, był teraz w stanie realizować filmy z prawdziwego zdarzenia.

Na terytorium roughie Meyer wkroczył wraz z filmem Lorna (1964), który był znacznie łagodniejszy niż większość nowojorskich produkcji, niemniej stanowił dalszy krok w zabarwianiu sexploitation ciekawą fabułą. Kultowe roughies Meyera znacznie różniły się jednak od większość grindhouse’owych produkcji dzięki genialnym scenariuszom, zawierającym elementy komiksowego feminizmu, dużą dawkę akcji i świetnie rozrysowane postaci głównych bohaterów. Należą do nich: Mudhoney (1965), Szybciej koteczku! Zabij! Zabij! (1965) oraz Motorpsycho! (1965). Ostatni z nich otwiera przy tym następny rozdział kina eksploatacji – film motocyklowy!

Także Russ Meyer dokonał ostatecznej hybrydy filmowej łącząc klasyczną pornografię, pokazującą wyłącznie sex, z narracyjnym sexploitation w formie podgatunku, który do historii przeszedł jako softcore (w przeciwieństwie do hardcore, oznaczającego w zasadzie wykorzystanie zbliżeń na członka i waginę w trakcie aktu miłosnego). Jego kultowy film Vixen! (1968) jest uznawany za pierwszy softcore wszech czasów!

Sam obraz nie ma w zasadzie nic wspólnego z pornografią, choć zawiera dużo nagości i sceny seksu bez zbliżeń, ale właśnie on otworzył drogę hardcore porno, jak też lirycznemu filmowi erotycznemu lat ’70. To słynne dzieło zawiera sceny miłości lesbijskiej, wątki niewierności małżeńskiej i kazirodztwa, które ślicznie wymieszane zostały z jadowitym, antysocjalistycznym pamfletem politycznym. I choć jego pokazy były pikietowane przez wszystkie organizacje chrześcijańskie w USA, Meyer zarobił na nim miliony.

Vixen! nigdy nie zostałby jednak stworzony, gdyby nie fundamentalne zmiany, jakie zaszły w obyczajowości amerykańskiej w okresie 1963-68. Okres ten charakteryzował się rewolucją w podejściu do ludzkiej seksualności, eksperymentowaniem z tożsamością – zarówno seksualną, społeczną, co i duchową – oraz odrzuceniem tradycyjnych, purytańskich wartości na skutek działań wszelkiej maści ruchów kontrkulturowych, niesionych na fali sprzeciwu wobec Wojny w Wietnamie, niekończących się kłamstw politycznych, a także zmian wywołanych przez środki psychedeliczne tj. LSD-25, meskalina, grzyby psylocybinowe czy powszechnie palona marihuana. Paradoksalnie, ani Russ Meyer, ani przemysł pornograficzny lat ’70 nie mieli nigdy nic wspólnego z ruchami lewicowymi, ani nową duchowością. Meyer wyrażał się krytycznie o Nowej Lewicy, a późniejsi pornografowie rekrutowali się zazwyczaj z typowych republikańskich rodzin.

Jeśli pod koniec lat ’60 doszło jednak do jakiegoś nieoficjalnego sojuszu, był to bardziej zbieg okoliczności i wynik ogólnego kierunku ewolucji kultury amerykańskiej, który mimowolnie zbliżył do siebie obydwa środowiska. Powrót do naturalnego stanu człowieka, tak silnie promowany przez yipisów i środowiska związane z Haight-Ashbury, dał jednak współczesnej kulturze pewien powszechnie dzisiaj znany fenomen natury społeczno-seksualnej – swingerów.

Słowo, jak i sama praktyka wymiany partnerów pochodzi wprost z anonimowej komuny hipisowskiej, zamieszkującej Haight-Ashbury w okresie 1967-68, która udziela wywiadu na temat swojego stylu życia w rzadkim dokumencie Revolution (1968). Swingerski styl życia rozpowszechnił się właśnie od niej, a rozwój kalifornijskiego przemysłu seksualno-erotycznego w latach ’70 pociągnął tylko temat dalej w świat.

Do prawdziwego przełomu miało jednak dojść cztery lata później, gdy na ekrany amerykańskich kina weszło legendarne Głębokie gardło w reż. Gerarda Damiano – film uznawany za pierwsze hardcore porno, dostępne w masowej dystrybucji i pierwszy film pornograficzny z prawdziwą fabułą. Mimo prób zamknięcia obiegu przez rząd federalny, Głębokie gardło było pokazywane bez przerwy we wszystkich amerykańskich drive-inach aż do końca lat ’70.

Film stał się także elementem przelotnego zjawiska porno ciekawości (porn chic), które skruszyło purytańską tamę i wyzwoliło zwykłą ludzką ciekawość, której nic nie było w stanie zatrzymać – oglądały go nawet 80-letnie babcie! Dodatkowo, film stał się także pierwszym przykładem inwestowania w pornografię przez włosko-amerykańską mafię, która zaszantażowała reżysera i przejęła kontrolę na jego dystrybucją, gdy zysk z biletów okazał się przechodzić wszelkie wyobrażenia.

Sukces Głębokiego gardła wykorzystała natychmiast masa amerykańskich filmowców, z których najbardziej obrotnymi okazali się słynni bracia Mitchell – w latach ’80 współpracował z nimi sam Hunter S. Thompson – którzy niemal natychmiast zaproponowali Amerykanom swoją własną, psychedeliczną wersję twardej pornografii w filmie Za zielonymi drzwiami. Główną rolę zagrała w nim modelka reklamowa Marilyn Chambers – jedna z najsłynniejszych gwiazd złotej ery filmów porno.

Przy okazji należy także zwrócić uwagę na wyjście z szafy pornografów gejowskich niemal rok przed wejściem na ekrany Głębokiego gardła, którzy zaproponowali masowej publice film Boys in the Sand (1971) – sam tytuł był parodią The Boys in the Band Williama Friedkina. Wyprodukowany za śmieszną sumę $8 tys. przez niejakiego Wakefielda Poole’a, przedstawiał życie erotyczne dwóch gejów w kurorcie na malowniczej Fire Island, gdzie marnotrawili swój czas na słodkiej penetracji.

devil_in_miss_jones_1973
Scena z filmu „The Devil in Miss Jones” (1973)

I choć masowe rozpowszechnianie hardcore porno w USA zostało uniemożliwione na skutek nowelizacji prawa przeciwko obsceniczności przez gabinet Richarda Nixona w 1973 (tuż przed jego rezygnacją po aferze Watergate), lata ’70 stały się znane jako złoty wiek porno. Setki początkujących reżyserów zwietrzyło w tym okresie łatwe pieniądze nosem i na ekrany zaczęły wchodzić rocznie tuziny nowych produkcji, a wśród nich takie klasyczne perełki, jak: The Devil in Miss Jones (1973), Score (1974), The Autobiography of a Flea (1976), The Opening of Misty Beethoven (1976), Candy Strippers (1978) czy Debbie Does Dallas (1978).

Dalszy rozwój hardcore umożliwiła rewolucja VHS i upowszechnienie się nośnika na początku lat ’80, co doprowadziło jednak do spadku jakości narracyjnej klasycznego porno. Wymiana pokoleniowa w tym okresie i wejście do biznesu młodych wilków – zainteresowanych trzaskaniem jeszcze szybszych i jeszcze tańszych obrazów, które można by natychmiast pakować i sprzedawać – sprawiła, że złoty wiek zmienił się w srebrny.

Jednak nośnik VHS został w końcu zdominowany przez media digitalne pod koniec lat ’90. Kamery cyfrowe umożliwiły produkowanie pornografii amatorom, praktycznie bez żadnych kosztów, a Internet stał się największą siecią dystrybucyjną w historii. Kolejnym wyzwaniem dla pornografii zdaje się obecnie zaprzęgnięcie do pracy technologii 3D, która wyniesie masturbację na zupełnie inny poziom! Czekamy!

Conradino Beb

Witchcraft ’70 (1970)

witchcraft_70_poster

Jeden z najsłynniejszych szokumentów lat ’60, zawierający sceny pozorowanych rytuałów tubylczych, publiczne wersje rytuałów satanistycznych i wiccańskich… a nawet kilka prawdziwych ceremonii. Włoski reżyser Sergio Ricci dostarczył w swoim filmie tonę bzdurnych scen z Europy, Azji i Południowej/Północnej Ameryki, którym towarzyszy sensacyjna narracja mająca spotęgować emocje. Ten „szokujący film” został wyprodukowany przez Włochów i był początkowo dystrybuowany pod tytułem Angeli Bianchi, Angeli Neri.

Międzynarodową dystrybucję przechwyciła jednak wkrótce wytwórnia Trans American Films (Pokolenie halucynacji), która zmieniła tytuł na Witchcraft ’70 w USA i The Satanists w UK. W obydwóch krajach film był reklamowany, jak typowa eksploatacja („Nigdy wcześniej…”) targetowana na rynek młodzieżowy.

A tematyka mrocznych rytuałów była w tym czasie bardzo gorąca z powodu ogona medialnego ciągnącego się za zabójstwami Manson’s Family, rosnącej popularności sexploitation i wielkiego sukcesu Dziecka Rosemary. Był to zdecydowanie dobry czas na robienie kasy na satanistycznych sensacjach!

Mimo że materiał nigdy nie miał szans na stanie się wielkim klasykiem filmu mondo – a już zupełnie wykluczona jest w tej konwencji powaga badania tematu – z czasem udało mu się przedostać do wielu prywatnych kolekcji rzadkich filmów okultystycznych jako rodzajowi ciekawostki. Jeśl interesuje cię jednak współczesny powab, wiedz że Witchcraft ’70 daje rzadką okazję do zobaczenia na ekranie takich legendarnych postaci, jak Anton Szandor LaVey czy Alex Sanders.

Na poziomie koncepcyjnym film wciąż pozostaje jednak tanim szmatławicem, który raczej nie skłania do śmiechu. Kilka absurdalnych sentencji może wprawdzie wywołać grymas na twarzy, ale generalnie nie ma tu dużo absurdalnego humoru.

Tak naprawdę jest to niemal wyłącznie głupawa eksploatacja i maraton narracyjnego bełkotu, który posiada garstkę cennych scen rytualnych, ukrytych pod masą ceremonii turystycznych – odgrywanych na żądanie reżysera przez aktorów i członków różnych wspólnot za pieniądze …. które kupiły również nagość kultystów, więc są i dupy, i cycki.

Sceny dokumentalne – jak np. opętanie kobiety z południa Włoch przez ducha Alberta, która jest teraz w stanie przekazywać wiadomości zza grobu – są jednak mało interesujące. Do tego wyłaniają się one pod stertą „potajemnie złapanych na kamerze 8 mm” ceremonii Candomble czy rytuałów z Indonezji. Ale w połowie filmu reżysera rzuca nam perłę – eksploatację Alexa Sandersa i jego covenu wiccańskiego.

Jako że do dnia dzisiejszego zachowało się naprawdę niewiele materiałów wideo pokazujących mityczną osobistość zwaną w Anglii Królem Czarownic – który założył swoją własną gałąź wicca po schizmie w łonie porządku gardneriańskiego – jest to swoista nagroda. Sanders pozwala ekipie filmowej na nakręcenie wiccańskiej ceremonii weselnej, odprawionej w covenie najbliższych wyznawców, którzy są oczywiście „odziani w niebo”. Kamera pokazuje, jak Sanders zamyka mieczem krąg i całuje ciało Bogini, ale reszta to już obowiązkowy pokaz nagich cycków kultystek.

Nie łudźmy się jednak, iż film mondo miał w swoim złotym okresie jakieś większe ambicje – nie  odbiega więc od schematu także Witchcraft ’70. Chodzi tu przede wszystkim o sensacyjne przedstawienie wątków satanizmu i czarownictwa – mrocznych kultów, które nagle zakwitły na całym świecie, by odprawiać swoje rytuały nago w blasku świec. Nie wiem, jak wielki sukces film osiągnął w drive-inach (czy w telewizji), ale jego „mroczna atmosfera”, paternalistyczny ton i tanie przesłanie zapewniają średnio dobrą rozrywkę.

To prawda, że można tu zobaczyć kilka ślicznych męskich i kobiecych ciałek, ale z dzisiejszej perspektywy wszyscy mają gdzieś czy należą one do satanistów, wiccan, hooduistów, neopogan czy mormonów. Prawdziwą zwałą w filmie pozostaje narracja – kwintesencja wyssanych z palca pierdół – choć zawsze można przecież wyłączyć głos. Można także próbować czytać książkę i odwracać wzrok, kiedy narrator podnosi głos zwiastując kolejną sekwencję absurdalnych objawień.

Jeśli zdecydujesz się obejrzeć ten film dla LaVeya, wiedz że pojawia się on dopiero pod koniec filmu. Będziesz mógł jednak zobaczyć kultowy Czarny Dom w San Francisco oraz jeden ze słynnych pop satanistycznych rytuałów, odprawiany w legendarnym kostiumie z plastikowymi rogami. Naprawdę fascynujące… choć z pewnego dystansu marketingowa sensacyjność Witchcraft ’70 otwiera się na pewną pozaekranową analizę rytualnych tendencji kontrkultury późnych lat ’60.

Film w pewnym sensie zapowiada droga do sławy laveyowskiego Kościoła Szatana, odrodzenie się pogaństwa w postaci covenów wiccańskich w UK i w USA, przewiduje nagły urok kultów opętania, które są dzisiaj wiodącym nurtem duchowym na całym świecie (czyt. religie bezpośredniego doświadczenia) oraz fascynację filmowców mrocznymi kultami, których prorokiem medialnym stał się oczywiście Charles Manson. Witchcraft ’70 nadaje się więc do sprawdzenia, ale żeby film docenić, trzeba go oglądać nieco ponad klatkami.

Conradino Beb

 

Znany pod tytułami: Witchcraft ’70 / The Occult Experience / Angeli Bianchi, Angeli Neri / The Satanists
Produkcja: Włochy, 1970
Dystrybucja w Polsce: Magivanga Vaults
Ocena MGV: 2,5/5

Szatan w loży

Alegoria wolnomularska

„Wieść gminna” już od dosyć dawna z mniejszym lub większym skutkiem stara się utożsamiać wolnomularzy z satanistami. Niejednokrotnie na przestrzeni dziejów przekazywała nam ona rzeczy wartościowe, toteż z pewnością nie należy jej ignorować bez wnikliwszego nań spojrzenia. Biorąc jednak pod uwagę, że zdarzało się jej też popełniać błędy, nie można jej ufać bezgranicznie. Zawsze przecież istnieje obawa, że może to być „prawda” z gatunku tych mówiących o Żydach, którzy mordują rytualnie chrześcijańskie dzieci, by używać ich krwi do wyrobu macy.

Liczni autorzy mówiąc o religii w masonerii niejednokrotnie w swoich pracach poruszają kwestię satanizmu w tych organizacjach. Niektórzy z nich wręcz starają się utożsamiać religię głoszoną przez wolnomularzy z religią satanistyczną. W tekście tym w ogólnym zarysie poruszony zostanie problem „wierzeń masońskich”.

Na wstępie musimy jednak zaznaczyć, że jest to problem dość skomplikowany, gdyż oficjalne konstytucje na temat religii wypowiadają się w sposób bardzo ogólnikowy. Masoneria wbrew temu co niektórzy chcieliby w niej widzieć, wbrew niektórym ocenom przeciwników i nielicznym wypowiedziom członków nie jest ani religią, ani antyreligią. Nie jest ona religią przynajmniej w takim znaczeniu, jak to pojmujemy na co dzień. Nie jest religią, choć w swych podstawach odwołuje się niejednokrotnie do tych samych wartości co systemy religijne.

Wielokrotnie krótkie definicje encyklopedyczne zaczynają się właśnie od stwierdzeń, że chodzi tu o „międzynarodowy ruch parareligijny i etyczny. Oficjalne dokumenty mówią o tym dość ogólnikowo. O tym, jak interpretują te ogólniki i w co naprawdę wierzą masoni, możemy dowiedzieć się wsłuchując się w wypowiedzi dostojników lożowych. Zastrzec należy, że nie są to wypowiedzi organizacji, lecz jedynie przemyślenia poszczególnych jej członków. Biorąc jednak pod uwagę liczne powtórzenia pewnych myśli u różnych osób z dużym prawdopodobieństwem można założyć, iż są to koncepcje powszechnie zaakceptowane w tym środowisku.

Ivo Andrič mówiąc o dążeniach człowieka zauważył: W zasadzie pragniemy tylko jednego – prawdy. Uwolnić się od zgiełku słów, przebić się przez schematy obrazów i dojść do prawdy. No właśnie, podobnie jest i w tym wypadku. Zastanówmy się, jak jest naprawdę? W co wierzą masoni? Czy ich dzisiejsze wierzenia są tożsame z tymi z początku XVIII wieku, czy też ewoluowały na przestrzeni dziejów? W niniejszych rozważaniach spróbujemy dokonać krótkiej refleksji nad tymi właśnie pytaniami.

Za datę powstania współczesnej masonerii przyjmuje się dzień 24 czerwca 1717 roku, kiedy to z połączenia trzech lóż londyńskich i loży z opactwa Westminster powstała Wielka Loża Londynu z pełniącym obowiązki przewodniczącego wielkim mistrzem na czele. Na polecenie tej nowej struktury dwaj jej założyciele – pastor prezbiteriański Londynu doktor James Anderson i reformowany kaznodzieja dworu doktor praw John Theophilus Desaguliers – podjęli w 1721 roku próbę kodyfikacji dawnych przepisów obowiązujących w różnych lożach. Opracowana wówczas konstytucja została zatwierdzona, z pewnymi zmianami, 25 marca 1722 roku. Po raz pierwszy dokument ten pod tytułem Konstytucje wolnomularzy, zawierające historię, obowiązki i przepisy najstarszego i najszacowniejszego bractwa, na użytek lóż ukazał się drukiem 17 stycznia 1723 roku.

W tym pierwszym statucie organizacji masoneria przyjmowała formę religijną próbując dostosować swoje myślenie do tradycyjnych form i pojęć, aby przez to dotrzeć do jak najszerszych mas. Przejawem nowych treści, jakie niósł ten dokument, był brak rozpoczynającej konstytucje murarskie inwokacji do Kościoła i świętych. Artykuł pierwszy zatytułowany O Bogu i religii rozpoczyna się od myśli: Mason stosownie do swego stanu winien być posłuszny prawu moralnemu. Jeśli prawdziwie pojmuje Sztukę, nie będzie nigdy głupim ateistą ani niereligijnym libertynem.

Konstytucja wyraźnie odrzuca więc zarówno ateizm, jak i libertynizm, wymagając od adeptów wolnomularstwa, aby byli ludźmi religijnymi. Bliższe sprecyzowanie religii wyznawanej przez masonów zawarte jest w dalszej części tego artykułu: Pozostawiając każdemu jego poglądy osobiste, uważa się jednak obecnie za bardziej wskazane zobowiązać ich jedynie do religii, na którą wszyscy się zgadzają, tj. być człowiekiem dobrym i szczerym, człowiekiem honoru i uczciwości, niezależnie od wszelkich określeń czy przekonań, jakie ich dzielą.

Przytoczone tu sformułowanie dotyczące religii i Boga od samego początku było bardzo ogólnikowe. Spowodowane jest to tym, iż Wielki Architekt Wszechświata, do którego masoni kierują swe wezwania, nie jest Bogiem osobowym. Czytając określające go wypowiedzi dochodzimy raczej do wniosku, że jest on jakimś nieokreślonym i szczerze mówiąc bardzo abstrakcyjnym tworem. Niektórzy autorzy w związku z tym posuwają się dość daleko podkreślając wręcz, że: (…) tego rodzaju bóstwo nie jest niczym innym, jak kukłą, manekinem. I w dalszej części tego wystąpienia cytowany autor uzasadniał swoją wypowiedź w słowach: (…) zresztą masoni nigdy nie byli w stanie zgodzić się co do natury i osobowości tego fantomu.

Czymże więc jest Wielki Architekt Świata i jaką rolę pełni ta postać. Jak zauważa Guliano di Bernardo: W celu uniknięcia nieporozumień wprowadzono ideę transcendencji, wcieloną w postać Wielkiego Architekta Wszechświata; jest ona obiektywnym punktem odniesienia dla subiektywnie wyznawanych wartości moralnych; z niej także bierze swój początek idea doskonalenia się etycznego człowieka.

W związku z tym Oswald Wirth podkreślał, iż masoneria nie próbuje definiować czym jest Absolut lecz: daje każdemu członkowi szerokie pole do wytworzenia sobie na ten temat idei odpowiedniej dla swej wiary i filozofii. To pole do interpretacji jest niezwykle szerokie, lecz nie jest nieograniczone, gdyż, jak pisał Bronisław Ferdynand Trentowski, ważne jest to by pamiętać o jednym: Budowniczy Wszechświata jest i pozostaje najwyższą istotą, którą może sobie pojmować, jak się chce – którą zarówno chrześcijanin, jak Żyd, i mahometanin, i poganin, i monoteista, i deista, i panteista, tak, nawet ateista… uznawać musi. Wolnomularstwo nie próbowało definiować Absolutu lecz podkreślano konieczność uznania istnienia „najwyższej istoty”.

Bafomet Templariuszy (symbol upowszechniony przez Eliphasa Levi’ego)

To wskazywanie przez organizację na „religię powszechną” było zwrotem w stronę równoznacznej z deizmem, adogmatycznej religii naturalnej. Istotę deizmu stanowi odrzucenie religii objawionej, a tym samym traktowanie wszystkich religii pozytywnych jako do pewnego stopnia błędnych i co za tym idzie nieprawdziwych. Tadeusz Cegielski podkreśla w swoich pracach, iż uważa określanie masonerii anglosaskiej jako „masonerii deistycznej” za niewłaściwe. Gdyby rzeczywiście taka była to odrzucałaby wszelkie prawdy objawione, a w lożach adepci składają przysięgę na księgi objawione tj. na Biblię, Koran, czy księgi Wedy.

Zauważa on, że: Gdyby wolnomularstwo brytyjskie doby Andersona stało na gruncie deizmu, […] wówczas przysięga składana na księgi święte, księgi zawierające prawdy objawione przez Boga, nie miałaby mocy wiążącej dla adepta. Można by uznać tą argumentację, gdyby nie szereg wypowiedzi świadczących o tym, iż w rzeczywistości prawda jest o wiele bardziej skomplikowana.

Wiele wskazuje na to, że w przypadku umieszczania „świętej księgi” na ołtarzu lożowym chodzi w istocie nie o księgi objawione, a jedynie o teksty, w stosunku do których adept ma wewnętrzne przekonanie o ich prawdziwości. Wolno mu więc powoływać się w loży na teksty ksiąg uważanych przez niego za objawione, ale tylko pod tym warunkiem, iż jest to jego wewnętrzne przeświadczenie, a nie prawda powszechna. Wynika stąd, iż pojedynczy mason może wierzyć w objawienie, ale nie oznacza to, że organizacja, w której nie wolno mówić o objawieniu, przestaje być organizacją deistyczną.

W początkowym okresie niejednokrotnie miało miejsce utożsamianie Wielkiego Architekta z chrześcijańskim Bogiem. Ewidentny przykład takiej postawy znajdujemy chociażby w opracowanych przez Wielką Lożę Francji pomiędzy 1728 a 1735 Przepisach dla wolnych mularzy. Wyraźnie jest tam mowa o chrześcijańskim ujęciu Boga. W

tekście przesłanym 25 listopada 1737 roku przez ówczesnego wielkiego mistrza Stowarzyszenia Wolnomularstwa w królestwie Francji księcia Charlesa Darwentwater do założyciela pierwszej loży masońskiej w Szwecji barona Scheffera artykuł pierwszy dotyczący Boga i religii mówił, że: w minionych wiekach wolnomularze byli zobowiązani wyznawać religię katolicką, ale od pewnego czasu nie zwraca się uwagi na ich osobiste poglądy w tym względzie, byleby pozostali chrześcijanami.

Nawiązania do tradycji chrześcijańskiej kultywowane były w obediencjach nordyckich i w trzech lożach staropruskich, które określały siebie mianem „chrześcijańskich wielkich lóż”. Jeszcze obecnie Namiestnik Wielkiego Mistrza i Przewodniczący Rady Najwyższej Zakonu Szwedzkich Wolnomularzy podkreśla, iż w przynależności do organizacji zasadniczą kwestią jest tożsamość chrześcijańska . Są to jednak dzisiaj głosy raczej odosobnione. W chwili obecnej masoneria otrząsnęła się już z tego i, jak podkreśla prof. di Bernardo, dawne zaufanie masonów interesujących się chrześcijańskim Bogiem byłoby dzisiaj czymś źle widzianym.

Jakkolwiek współcześnie masoneria opowiada się raczej za wizją Boga bezosobowego, to jednak w imię głoszonej często tolerancji wskazuje na możliwość funkcjonowania innych poglądów. Cóż jednak oznacza to odwoływanie się do tolerancji? Wyraźnie widać to w wypowiedzi jednego z dostojników organizacji, który wskazywał, że: wiara w osobowego Boga również dzisiaj, podobnie jak w przeszłości, może być pomocną dla umysłów najbardziej prymitywnych i naiwnych w pewnym zbliżeniu się do Niego myślą i uczuciem.

Zasadniczo więc przedstawiany w tych wypowiedziach Bóg nie jest Osobą, lecz jedynie jakąś, nie określoną zresztą bliżej, siłą. Wizje takie pojawiały się na przestrzeni dziejów już wielokrotnie, gdyż od dawna była to możliwość niezwykle kusząca. Siła nie może przecież człowieka pouczać czy sądzić, nie może też oceniać jego postępowania. Ludzie mają w tym wypadku znacznie większe możliwości, oni mogą wykorzystać siłę do swoich własnych celów, zgodnie ze swoimi zamiarami i aktualną potrzebą.

Od dnia 13 września 1877 roku, kiedy to Konwent Wielkiego Wschodu Francji idąc za wnioskiem członka komisji rytów – pastora Frederica Demonsa definitywnie wykreślił formułę ku chwale Wielkiego Budowniczego Świata, datuje się istnienie drugiej gałęzi wolnomularstwa. Nurt ten zazwyczaj bywa przez autorów określany mianem „masonerii ateistycznej”. Przeważnie ateizm bywa rozumiany jako zaprzeczenie jakiemukolwiek istnieniu Boga. Czy wobec tego takie określenie masonerii jest określeniem właściwym?

Jak zauważa będący wybitnym znawcą tematyki wolnomularskiej Ludwik Hass, masoneria ta nie była i nie jest ateistyczna, lecz agnostyczna. To prawda, bardziej pasuje do niej określenie agnostyczna, gdyż nie zaprzecza ona istnieniu Boga. Tak naprawdę nie jest ważne czy Bóg w ogóle istnieje, stąd też „brat” Lantoine może bez najmniejszych skrupułów powiedzieć: Idea Boga jest z tych, które odrzucamy bez dyskusji, tak niegodna uwagi nam się wydaje. Więc dobrze! Nie jesteśmy mniej zwolennikami, że się przyjmuje Wielkiego Architekta Wszechświata. Jest to wypisane na początku pierwszych konstytucji. Zostawmy to. Niektórzy przyjmują to jako prawdę, my to podtrzymujemy jako pewną umowę.

Czy fakt, iż masoneria odrzuca konieczność istnienia jakiejś bliżej określonej rozumnej siły stwarzającej i pobudzającej świat do istnienia oznacza, iż negują oni jakąkolwiek boskość? Nie, Bóg istnieje, lecz masońska wizja Boga jest dość oryginalna, stąd też słyszy się niejednokrotnie o Bogu-rozumie, Bogu-narodzie, czy Bogu-człowieku. Niejednokrotnie to właśnie człowiek jest jedynym osobowym Bogiem, którego wolnomularze są w stanie uznać i zaakceptować, wobec czego nie brak wypowiedzi głoszących, iż jest on jedynym Bogiem osobowym, jaki istnieje. Zwracając się w 1924 roku do konwentu Wielkiej Loży Francji Marcel Cauwell podkreślał: Masoneria nie przyjmuje niczego poza tym, co Rozum może jasno pojąć, nie uznaje niczego, jak tylko Ludzkość.

Mason winien nieustannie dążyć ku dobru, które jest celem jego życia. Cóż to jednak oznacza w praktyce? Gulliano di Bernardo udziela nam bardzo wyraźnej odpowiedzi na tak postawione pytanie. W swych rozważaniach nad definicją masonerii zauważa on m.in., że: w oczach masona dobro oznacza to wszystko co jest dobre dla człowieka. Po cóż więc ludziom jakaś władza zwierzchnia nakazująca im przyjęcie takich czy innych zasad postępowania. Wszak: człowiek jest punktem wyjścia każdej rzeczy i każdego poznania. On sam jest źródłem dla siebie i swym własnym odniesieniem. Jedynie on w każdorazowym „dzisiaj” może powiedzieć, co jest dobre dla człowieka– podkreślał 4 lutego 1979 roku w wypowiedzi dla Radia France były wielki mistrz Wielkiego Wschodu Francji.

Dopiero odrzucając Boga jako istotę najwyższą, różną od człowieka i wyższą od niego, człowiek staje się w pełni wolny. Od tego momentu, jak mówi brat Lacroix, odpowiadamy za nasze czyny tylko przed nami samymi. W związku z tym Konwent Wielkiego Wschodu Francji z 1913 roku wyraźnie podkreśla, iż nie możemy przyjąć Boga jako celu naszego – wybraliśmy ideał niezależny od Boga, to jest ludzkość.

XIX-wieczne wyobrażenie ceremonii wolnomularskiej

Wśród licznych ujęć Boga prezentowanych przez wolnomularzy w różnych okresach i różnych obediencjach widać ogromne zróżnicowanie. Prezentują oni dość szeroki wachlarz wizji toteż to, co możemy określić ogólnie jako religijność wolnomularską, rozciąga się począwszy od „religii naturalnej” proponowanej przez Jamesa Andersona, poprzez ujęcie deistyczne widzące w Bogu jedynie jakąś bliżej nie określoną transcendencję, aż po agnostycyzm czy wręcz ateizm.

Wizji Boga jest wiele, lecz żadnej z nich nie można pogodzić z koncepcją Boga prezentowaną przez chrześcijaństwo. Jak do tej pory trudno jednak w tych wypowiedziach dostrzec jakiekolwiek przejawy mogące być podstawą oskarżeń o satanizm. Skąd więc się one biorą? Czyżby były one zupełnie bezpodstawne? A może poza tymi głównymi nurtami istniały jeszcze jakieś inne? Może te wypowiedzi nie oddawały pełnego obrazu „wierzeń masońskich”?

Istotnie, na przestrzeni dziejów zdarzało się czasem, że w lożach rozbrzmiewały słowa w zupełnie innym duchu. Wolnomularz włoski Giosue Carducci we wrześniu 1863 roku napisał składający się z 50 zwrotek Hymn do Szatana. Końcowe słowa tego utworu brzmiały: Bądź pozdrowiony, o szatanie, / O rebelio, o mściwa potęgo rozumu! / Niech uroczyście wznoszą się ku tobie kadzidło i śluby! / Ty zwyciężyłeś Jehowę kapłanów. Manfred Adler podaje, że kilka zwrotek tego hymnu posłużyło w późniejszym okresie za podstawę do ułożenia uroczystej pieśni wolnomularskiej.

Zaczerpnięte z tego tekstu określenia Szatana, czasem pojawiały się również na kartach publikacji masońskich. W roczniku włoskich wolnomularzy można więc przeczytać wydany przez jednego z nich okrzyk: Szatan, rebelia, mściwa potęga rozumu zwyciężyła per omnis saecula saeculorum, na wieki wieków. Nie były to wprawdzie wypowiedzi zbyt częste, ale pojawiając się tu i ówdzie utożsamiane były z organizacją i dawały doskonała pożywkę do rozmaitych podejrzeń o zakusy satanistyczne.

W tym momencie na arenie dziejów pojawiła się postać, którą długo będzie się wspominać – Leo Taxil. Głoszone przez niego pod koniec ubiegłego stulecia teorie mogły znaleźć dla siebie niezwykle podatny grunt do rozwoju. W sytuacji, gdy w uszach wielu wciąż rozbrzmiewały jeszcze słowa skomponowanego niedawno przez Carducciego utworu, nie powinna dziwić łatwość, z jaką poglądy te zostały powszechnie zaakceptowane przez przedstawicieli wszystkich warstw społecznych.

Leo Taxil, a właściwie Gabriel-Antoine Jogant-Pages, urodził się w 1854 roku w rodzinie katolickiej, lecz od samego początku trudno byłoby określić jego działalność mianem pobożności. Pierwszym istotnym posunięciem było założenie w 1880 roku Biblioteki antyklerykalnej, w której publikował pismo L’Anticlerical oraz szereg pozycji książkowych, wśród których znalazły się m.in.: Groteskowe sutanny, Święci pornografowie, Papieskie metresy, Joanna d’Arc, ofiara księży. Te niezwykle wyraziste tytuły z pewnością nie pasują nam do obrazu człowieka, który w kilka lat później w trakcie prywatnej audiencji będzie prosił papieża Leona XIII o błogosławieństwo.

Zgodnie z duchem ówczesnej epoki młody Jogant-Pages wstąpił do wolnomularstwa. Epizod te nie trwał jednak długo, gdyż dość szybko zostaje z tej organizacji wyrzucony. W tym samym czasie po czteroletniej działalności podupada prowadzona przez niego oficyna wydawnicza. Zaczyna on więc szukać nowego celu w życiu. Wkrótce korzystając z panujących w ówczesnej Francji napięć na linii Kościół – Państwo postanawia na tym właśnie ogniu upiec własną pieczeń. Ogłosiwszy swe cudowne nawrócenie rozpoczyna walkę z masonerią, opisując „czarne msze” i będące jakoby na porządku dziennym liczne profanacje hostii.

Pisząc pod licznymi pseudonimami snuł szereg rozważań wokół, stworzonego jego zdaniem przez Alberta Pike, Nowego i Reformowanego Rytu Palladystycznego mającego przygotować świat na przyjście Antychrysta. Lekkie pióro Taxila i sprzyjająca tego typu sensacjom atmosfera schyłku XIX wieku sprawiły, że jego prace zostały rychło uwiarygodnione opiniami wielu autorytetów kościelnych. Głosząc „najprawdziwszą prawdę” opisywał on barwnie masońskie ceremonie z udziałem Szatana, któremu składano ofiary z ludzi. Niemal cała Europa z zapartym tchem czytała wspomnienia Diany Vaughan, której w trakcie inicjacji palladystycznej ukazał się sam Lucyfer na tronie z brylantów.

Mimo wątpliwości, które raz po raz pojawiały się w tej sprawie, nawet ci, którzy dopatrywali się jakiejś mistyfikacji, przyjmowali do wiadomości „niepodważalny fakt” istnienia bardzo ścisłych związków masonerii z kultem szatana. Swoją akcję demaskowania masonerii zakończył Taxil podczas konferencji prasowej, w trakcie której powiedział do zebranych: Nie gniewajcie się, lecz śmiejcie z całego serca. Nie było śladu spisku masońskiego… Dr Bataille, Sophie Valder, Diana Vaughan, cała ta przerażająca maszyneria została w najdrobniejszych szczegółach przeze mnie wymyślona.

Afera Taxila zakończyła się z wielkim hukiem, lecz jego publicystyka nie poszła w zapomnienie. To nic, że przyznał się on do wielkiej mistyfikacji. To nic, że dociekliwi dziennikarze amerykańscy nie odnaleźli w Charlestown opisywanej szczegółowo przez miss Vaughan sześciobocznej świątyni palladystycznej, wysadzanej marmurem i drogimi kamieniami. Dla wielu to wszystko okazało się detalem i po dziś dzień pojawiają się w literaturze nawiązania do taxilowskiego „żartu palladystyczngo”. Niejednokrotnie są to jednak nawiązania wcale nie żartobliwe.

Edith Star Miller podkreśla we wznowionej na początku lat 80-tych Teokracji tajemnej, że: cały masoński świat był zorganizowany przy Charlestown, świętym mieście Palladium. Wciąż pokutuje w publicystyce podana przez Taxila informacja o Wielkim Suwerennym Komandorze Rady Najwyższej 33 i ostatniego stopnia Rytu Szkockiego Dawnego Uznanego – Albercie Pike spotykającym się w każdy piątek o godzinie piętnastej z samym Mistrzem Ciemności.

Stopnie wtajemniczenia na przykładzie dwóch rytów wolnomularskich

Osoby starające się oskarżać wolnomularstwo o satanizm dość chętnie powołują się przy tym na wypowiedzi tego żyjącego w latach 1809-1891 ideologa organizacji i autora pracy o charakterze podręcznikowym zatytułowanej Moralność i Dogmat w Rycie Szkockim Dawnym Uznanym. W poświęconym satanizmowi rozdziale książki Jawne historie tajemnych stowarzyszeń Jacek Golędzinowski wymienia go wręcz jako głównego przedstawiciela amerykańskiego satanizmu.

Trzeba zauważyć, że chętnie nawiązujący w swej pracy do religii Albert Pike okazał się dość wdzięcznym obiektem do tego typu oskarżeń. Do jego najczęściej przy tego typu okazjach cytowanych wypowiedzi należy myśl, którą miał sformułować w Instrukcji z 14 lipca 1889 roku (niektórzy autorzy przesuwają ją na rok 1891: religia wolnomularska powinna być przez wszystkich, którzy jesteśmy wtajemniczonymi najwyższych stopni, utrzymana w całej czystości swej doktryny lucyferskiej.

Tekst ten mógłby wyjaśnić nam choćby częściowo, dlaczego o satanizm oskarżana bywa przeważnie masoneria zrzeszająca „braci” w najwyższych stopniach wtajemniczenia. Równocześnie należy przyznać, że jest on niezwykle druzgocący w swej wymowie. Z pewnością wrażenie jakie wywołuje, byłoby jeszcze większe, gdyby w jego rozpowszechnieniu nie maczał palców osławiony Leo Taxil.

W cytowanym fragmencie Pike mówiąc o religii masońskiej wspominał więc wyraźnie o Lucyferze, jednak sposób, w jaki pojmuje tą postać, przybliża nam inna z wypowiedzi: Lucyfer, nosiciel światła! Dziwne i tajemnicze imię nadano temu duchowi ciemności! Lucyfer, syn jutrzenki! Czy jest tym, który niesie światłość i całą jego okazałością oślepia słabe, zmysłowe lub egoistyczne dusze? Nie wątpcie w to!

Bijący z tego typu wypowiedzi kult „syna jutrzenki” zdaje się być aż nadto widoczny, choć z pewnością nie jest to „satanizm”, jaki proponują nam co jakiś czas media. W związku z tym w książce Edith Star Miller możemy przeczytać m.in., iż palladyzm [do którego autorstwa, na co uczulam zapominalskich, przyznał się Taxil] jest w istocie rytem lucyferianistycznym.

Kolejnym „bohaterem” wyciąganym przez autorów piszących o masońskim satanizmie jest Aleister Crowley. A trzeba przyznać – prawdziwy to rarytas… Z jednej strony był on wolnomularzem w najwyższych stopniach wtajemniczenia i członkiem założonego przez Theodora Reussa Ordo Templi Orientis. Z drugiej strony w jego nauczaniu widzimy szereg myśli w sposób wyraźny delikatnie mówiąc „podejrzanych”. Po doznanym w 1896 roku widzeniu powiedział: Szatan nie jest wrogiem człowieka. On jest […] życiem […] miłością […] światłem. Droga do nieba prowadzi przez piekło.

W swoich pracach Crowley wskazywał, iż rzeczywistym rdzeniem wszechświata jest satanistyczna moc, którą jednak pojmował nie tyle na sposób antyboski, co raczej jako energię seksualno-orgiastyczną. Podkreślał on z mocą: każdemu mężczyźnie i każdej kobiecie mówię, ty jesteś jednorazowy i królewski, punktem centralnym całego Uniwersum. Głosił więc bezwzględną potrzebę oddania się człowieka tej mocy, składania jej hołdu i ofiar.

Edward Alexander Crowley – mason i satanista. Pozornie wszystkie klocki tej układanki zdają się do siebie pasować. Ale tylko pozornie… Crowley był wolnomularzem, lecz nie to stanowiło istotę jego życia. Za znacznie ważniejszy należałoby uznać jego udział w pracach Zakonu Świątyni Wschodu. Ta założona przez wolnomularzy i wzorowana na masonerii organizacja niekiedy w literaturze bywa z nią mylona.

Niezależnie od istniejących tam stopni wtajemniczenia czy struktury lożowej warto pamiętać, że jak powiedział w jednym z wywiadów Tadeusz Gliwic – w teatrze też są loże, a nikomu nie przyjdzie do głowy włączać teatr do masonerii. Ponieważ Crowley już na początku okazał się osobą nieprzeciętną, odgadując tajemnicę praktykowanego w O.T.O. okultyzmu seksualnego, potraktowano go w sposób nieprzeciętny. Stosunkowo szybko został zwierzchnikiem brytyjskiej filii Zakonu Świątyni Wschodu noszącej nazwę Mysteria Mystica Maxima. Gdy jednak w 1922 roku przejął po Reussie przywództwo Zakonu, niemal z miejsca dokonał reformy odchodząc od masońskiego charakteru organizacji na rzecz wyakcentowania magii seksualnej.

Posunięcie to świadczy wyraźnie o tym, że odwołania do wolnomularstwa bywały w jego życiu jedynie dodatkiem do stanowiącego istotę okultyzmu. Dziś o jego przynależności do masonerii wspominają czasem w swych pracach autorzy proweniencji okultystycznej. Entuzjazm samych wolnomularzy przy przytaczaniu tego faktu jest znacznie, ale to znacznie mniejszy. Ponieważ wszystkie jego afiliacje związane były ze strukturami nieregularnymi, Wielka Zjednoczona Loża Anglii odmawia mu swego uznania.

Aleister Crowley w stroju Baphomet X° O.T.O.

Ktoś mógłby w tym miejscu powiedzieć, że przecież wszystkie przytaczane dotychczas fakty i cytowane wypowiedzi pochodzą sprzed kilkudziesięciu czy nawet stu kilkudziesięciu lat. To prawda. Bez wątpienia bardziej interesujące byłoby odnotowanie postawy współczesnych wolnomularzy aniżeli takie „wycieczki” historyczne. Spróbujmy więc poszukać interesującego nas wątku w wypowiedziach dostojników lożowych schyłku XX wieku. Lucyfer – znaczy niosący światło, i tak mówimy o sobie my wolnomularze powiedział kilka lat temu w wywiadzie dla Polityki będący wówczas wielkim mistrzem Wielkiej Loży Narodowej Polski Tadeusz Gliwic. „LUCY FER”, bez wątpienia nie przypadkowo użył tego, a nie innego określenia.

Można w tym miejscu zastanowić się jedynie czy mówienie w ten o organizacji, którą reprezentował miało jakieś głębsze podłoże, czy chodziło tu jedynie o swoistą „grę słów”. Możemy się również zastanowić, jak w tym kontekście interpretować fakt, iż odprawiona w katolickim kościele Św. Karola Boromeusza w Warszawie ceremonia pogrzebowa Tadeusza Gliwica miała bez wymiar chrześcijański.

Znany pisarz chrześcijański C. S. Levis zarysowując w swojej książce kilka podstawowych wskazówek, których w dzisiejszych czasach mógłby udzielać stary diabeł swojemu wychowankowi pisze m. in. pomoże ci fakt, że „diabły” są we współczesnych wyobrażeniach przeważnie śmiesznymi postaciami. Jeśli w umyśle twojego „podopiecznego” zaczyna się pojawiać niewyraźne podejrzenie dotyczące twojego istnienia, zasugeruj mu obrazek czegoś z czerwonymi rogami i doprowadź do wniosku, że ponieważ nie może wierzyć w coś takiego […], nie może wierzyć w ciebie.

Dziś mało kto wyobraża sobie Szatana w taki właśnie sposób, stąd też również autorzy piszący o „satanizmie masońskim” wspominają raczej o pojawiającym się w lożach „aniele światłości”. Wielu jednak nadal uważa, że przecież coś pojawiać się musi… Jeżeli już nie sam Lucyfer, to może chociażby kopytko Belzebuba. Ile w tym prawdy? Nie mnie o to pytać… Brzmi to bardzo sensacyjnie i bez wątpienia kusząco dla osoby piszącej o masonerii.

Niestety nauka jest tak skonstruowana, że opiera się na dowodach, a w tym przypadku jakichkolwiek dowodów brak. W tej sytuacji można więc jedynie skorzystać z „godnych zaufania” informacji, które przekazała „… jedna pani – drugiej pani…”. Czasem te ślepe trafienia można by podsumować uwagą Miguela de Cervantes, że: Mówić nie myśląc to jak strzelać nie celując. I w jednym, i w drugim przypadku pożytek z tego typu działań będzie raczej niewielki. Kiedy czytamy o owych „pojawieniach się” diabła w loży, czasem mogą zrodzić się wątpliwości czy nie chodzi tu przypadkiem o materializacje z gatunku tych, jakie miewał Leo Taxil, gdy podarował jezuitom wykradziony masonom kawałek ogona Belzebuba.

Autorzy poruszający problem „satanizmu masońskiego” z upodobaniem posiłkują się przy tym faktem licznych potępień wolnomularstwa ze strony Kościoła. Wykazują oni bardzo chętnie, iż wypowiedzi w tym duchu na przestrzeni wieków było niezwykle dużo. Wszak tylko za pontyfikatu Leona XIII Stolica Apostolska ogłosiła aż 226 dokumentów dotyczących tego problemu. To wszystko prawda, ale czytając tego typu publikacje pamiętać należy, że przy tak licznych potępieniach Kościół nigdzie nie motywował swych wypowiedzi twierdzeniami, iż masoni są czcicielami Szatana. Mimo niewątpliwej presji społecznej nawet pracująca w okresie największego boomu na „satanizm masoński” rzymska komisja badająca sprawę prawdziwości oświadczeń miss Vaughan wydała decyzję „Non liquet”.

Masońskiego pojęcia Boga nie można przyrównać do chrześcijańskiego obrazu Boga objawiającego się w Jezusie Chrystusie. Bardzo dobitnie wyraził to papież Leon XIII pisząc: Przypomnijmy, że chrześcijaństwo i masoneria są sobie co do istoty przeciwstawne, tak iż przynależność do jednego jest równoznaczna z zerwaniem łączności z drugim. Nie można pogodzić słów Ewangelii z hasłami rewolucji, Chrystusa i Beliala, Kościoła Boga z Kościołem bez Boga.

Czasem w wypowiedziach niektórych przedstawicieli tej organizacji pojawiają się wątki kojarzone z powszechnym postrzeganiem satanizmu. Nie jest to jednak chyba wystarczającym powodem, by idąc śladem niektórych „ekspertów” utożsamiać ze sobą oba te ruchy.

A tak w ogóle to należałoby sobie w tym miejscu wyjaśnić, co rozumiemy pod pojęciem satanizm. Czy będą to krwiożercze rytuały, o których z lubością rozpisują się żądne sensacji media, czy też może filozoficzny satanizm odwołujący się do myśli Antona Szandora LaVeya. Czasem może to iść znacznie dalej… Niedawno miałem w ręku prace, których autor wskazywał z naciskiem, że: ateizm jest wyższą formą satanizmu . W taką definicję z pewnością wpisywałby się niejeden przedstawiciel liberalnego nurtu wolnomularstwa, włącznie z wielkim mistrzem Wielkiego Wschodu Polski, który podkreślał, że: obecność „myślących ateistów” może wzbogacić życie wewnętrzne lóż.

Osobiście jednak odradzałbym tak szerokie rozumienie pojęcia satanizm, gdyż w dzisiejszym zlaicyzowanym społeczeństwie mogłoby się to okazać dość ryzykowne. Niezależnie od tego, którą definicję przyjmiemy, przesadą byłoby oskarżać o praktyki satanistyczne wszystkich wolnomularzy. Być może w lożach są również sataniści, lecz czy nie wynika to po prostu z podkreślanej nieustannie otwartości lóż, bez względu na prywatne poglądy religijne danej osoby.

Norbert Wójtowicz

 

Źródło: Wiedza Tajemna, nr 18 (2000), str. 70-72 / nr 19 (2000), str. 42, 56-57.

Anton Szandor LaVey (1930-1997)

Zostało powiedziane, że „prawda uczyni człowieka wolnym”. Prawda sama w sobie jednak jeszcze nikogo nie wyzwoliła. Tylko ZWĄTPIENIE jest w stanie spowodować wyzwolenie umysłu.

Anton Szandor LaVey, Biblia szatana

 

Mimo że jego nazwisko kojarzy się z Szatanem w swojej czystej postaci, legenda życia ojca współczesnego satanizmu pozostaje w znacznej mierze plątaniną zagadek stworzonych przez niego samego. LaVey urodził się w 1930 roku i w jego żyłach płynęła mieszanina krwi  żydowskich imigrantów z Węgier. Twierdził jednak, iż był w istocie pochodzenia gruzińsko-rumuńsko-alzacko-cygańskiego. Już we wczesnej młodości pasjonowały go wszelkie niesamowite historie, które opowiadała mu matka. Treści tych opowieści wypełniały postacie wampirów i czarownic wywodzących się z Transylwanii.

Przyszedł na świat w wojennej atmosferze i już jako dziecko wybierany był najczęściej na dowódcę zabaw w wojnę. W 1942 roku LaVey po lekturach wojskowych podręczników stwierdził, że nauka Kościoła jest w każdym miejscu błędna. Uznał, że świat nie składa się wcale z miłych owieczek, które trzeba prowadzić przez życie za rączkę. Już wtedy rozumiał, że ludzie to dzikie bestie z którymi trzeba odpowiednio postępować.

Z tego powodu porzucił szkołę (mimo, że uznawany był za „cudowne dziecko”) i wstąpił do grupy cyrkowej Clyde’a Beatty’ego. Nie widząc różnicy między ludźmi a dzikimi bestiami zajmował się karmieniem lwów i tygrysów.

Jego genialne podejście do tego zagadnienia zostało dostrzeżone przez głównego tresera zwierząt, który mianował LaVeya swoim asystentem. LaVey nauczył się również w tym okresie gry na pianinie ze słuchu i zaczął zastępować cyrkowego pianistę, kiedy ten był zalany tak, że nie mógł sam spełniać swych obowiązków.

Cyrk porzucił kiedy miał osiemnaście lat i został asystentem magika. Tam nauczył się hipnozy i studiował okultyzm. W ramach zajęć dorywczych grał również na organach dla wędrownych kaznodziejów. Tam właśnie uderzyła go mocno dwulicowość chrześcijan.

Obserwując ludzi zrozumiał charakter ludzkiej hipokryzji i uznał, że ludzkich instynktów nie da się ograniczyć przez stawienie na ich drodze przykazań, czy innych nakazów. Zdawał sobie już sprawę, że ludzka, zmysłowa natura zawsze wygrywa. Sam o tym jeszcze nie wiedział, ale to właśnie stać się miało podwaliną doktryny Kościoła Szatana. W tym punkcie była jednak do tego jeszcze daleka droga.

W wieku lat 21 LaVey ożenił się i wstąpił na Wydział Kryminologii w City College of San Francisco. Niedługo potem został policyjnym fotografem i miał okazję podziwiać prawdziwą bestię, jaka siedzi w człowieku. Kiedy fotografował zmasakrowane ciała ofiar zadawał sobie pytanie o istotę i rolę Boga w świecie.

Powoli doszedł do wniosku, że wiara w Boga i Szatana nie ma sensu. Zaczął szukać w swym umyśle nowej drogi i ją znalazł . Stwierdził, że ani Bóg, ani Szatan nie są realnymi postaciami, lecz jedynie personifikacjami sił natury lub kosmosu, które zawsze fascynowały człowieka.

Zrozumiał, że na świecie nie ma kodyfikowalnego dobra i zła i że całą wiedzę o tych pojęciach trzeba konfrontować z zaistniałą sytuacją i umieszczać w pewnym kontekście. To były podwaliny jego satanistycznej myśli.

anton_szandor_lavey

Z pracy odszedł po trzech latach, nie wiedząc co do końca o tym wszystkim myśleć. Wrócił do gry na organach, ale tym razem w nocnych klubach i teatrach, co przyniosło mu pewien dochód. Cały czas wchodził przy tym głębiej w istotę okultyzmu i czarnej magii. Gromadził na ten temat materiały i szukał ludzi o podobnych zainteresowaniach.

Raz w tygodniu wygłaszał również w San Francisco wykłady na temat zagadek magicznych, tajemnic nawiedzenia, ESP (postrzegania pozazmysłowego), snów, wampirów, wilkołaków, przepowiedni, magii ceremonialnej itp.

Świeże podejście LaVeya i jego filozofia szybko zjednały mu sympatię różnych kontrkulturowych i kryminalnych środowisk – wśród nich hipisów z Haight-Ashbury oraz lokalnych mafiosów. Powoli wokół niego i Kennetha Angera wyrosło „Koło Magiczne”. Głównym celem tego zgromadzenia było celebrowanie magii rytualnej, wypracowanej na podstawie wcześniejszych osiągnięć w tej dziedzinie i własnych przemyśleń.

Nowa religia zaczęła powoli wyłaniać się z mroku, by zakwitnąć około 1966 roku – sam LaVey twierdzil, iż w ostatnią noc kwietnia (Noc Walpurgii) „Koło Magiczne” zostało ostatecznie przemianowane na Kościół Szatana. Data była bardzo szczególna, gdyż właśnie tego dnia przypadało wg. niego największe święto magiczne w roku.

Dzisiaj uważa się, że był to kolejny mit stworzony przez LaVeya … tak, jak bycie konsultantem Romana Polańskiego podczas kręcenia filmu Dziecko Rosemary i granie w samym filmie roli Szatana, gwałcącego główną bohaterkę. W rzeczywistości LaVey nigdy nie znał Polańskiego i nie miał żadnego udziału w kręceniu tego kultowego horroru.

Film stał się jednak dla niego kolejną inspiracją w rozwijaniu satanistycznej teorii, mówiącej, że wszystkie dotychczasowe religie były oparte na wstrzemięźliwości oraz ograniczaniu człowieka, z czym LaVey postanowił skończyć. Uznał, że duch buntowniczy zawsze był motorem postępu i ogłosił początek Ery Szatana, której był prorokiem.

Wszystkie zasady, jakimi miała być nacechowana nowa religia zostały zawarte w Biblii Szatana, wydanej w 1969 roku. Wydawnictwo to okazało się wielkim sukcesem LaVeya, ale doprowadziło do rozłamu w Kościele Szatana, który w tym czasie przeżywał prawdziwy rozkwit. LaVey pokłócił się z Angerem oraz dr Michaelem Aquino.

Poszło zasadniczo o kwestie ideologiczne i realność istnienia Szatana – Anger był zainteresowany rozwijaniem praktyki w oparciu o teorie okultystyczne Aleistera Crowleya, a Aquino satanistyczną indywiduacją. W końcu oboje, razem z nieliczną grupką zwolenników, odłączyli się i założyli Świątynię Seta. To nie przyniosło jednak szkody Kościołowi LaVeya, a nawet oczyściło jego szeregi i umocniło innych członków. Kościół cały czas zdobywał nowych wyznawców i rozwijał się, aż do sławetnej nagonki w latach osiemdziesiątych.

W tym okresie Stany Zjednoczone przeżywały odrodzenie fundamentalistycznej prawicy i pod adresem satanistów wysunięto tysiące oskarżeń o popełnianie przestępstw seksualnych na dzieciach. Ostatecznie skończyło się na całkowitym oczyszczeniu LaVeya z zarzutów. Nie doszło do ani jednego skazania.

Struktura Kościoła Szatana została jednak tak nadwyrężona, że do dzisiaj nie odbudował on całkowicie straconej wtedy pozycji. W czasie najsilniejszej nagonki jego szeregi stopniały tak, że przy LaVeyu zostało zaledwie kilku wiernych współpracowników. Sam LaVey wycofał się na ubocze i opuścił Czarny Dom, w którym zamieszkiwał, w obawie przed zamachem na swoje życie.

LaVey miał jeszcze później kłopoty sądowe, ale zupełnie innej natury. Ex-żona skarżyła go o alimenty, a katolicka sędzina skorzystała z okazji, aby postawić go pod pręgierzem opinii publicznej i przychyliła się do jej argumentów. Były to jednak wyłącznie kłopoty osobiste.

LaVey zmarł nieoczekiwanie w 1997 roku na atak serca. Kościół Szatana mimo utraty przywódcy nie rozpadł się jednak i nadal działa jako jedna z najbardziej spójnych organizacji w USA –  jego glową była przez pewien czas córka Antona, Karla LaVey, a obecnie jest nią Peggy Nadramia. Jego placówki od przynajmniej dwudziestu lat zaczynają powstawać w większości krajów europejskich i nie tylko.

Krasnolud / red. Conradino Beb

 

Źródło: Satanorium.pl

 

Polecane strony:

Church Of Satan – official website [en]

Współczesny satanizm

Próba przedstawienia zjawiska

Tolerancja, słowo używane na co dzień tak często, że stopniowo traci swoje pierwotne znaczenie i staje się jak wytarte jeansy — kolejnym symbolem kultury masowej, która zamiast posługiwać się słowami niosącymi w sobie treść operuje niewiele znaczącymi sloganami. Tolerancja dla homoseksualistów, dla przedstawicieli innej rasy, religii, światopoglądu, innej opcji politycznej… czy po prostu tolerowanie, na co dzień zachowań ludzi, z którymi przyszło nam żyć. To tak powszechnie używane zwroty, że powoli nawet ich nie zauważamy. Wyznaczają one jednak kanon zachowań obowiązujących współczesnego człowieka, pretendującego do określenia siebie mianem humanisty. Czy jednak zasługuje na akceptację osoba, która w swoich poglądach odwołuje się do archetypu Szatana, dla której, ten wieczny oponent Boga, reprezentuje pożądaną i najwłaściwszą ścieżkę życia?

Gdy słyszymy słowo satanista… prawie natychmiast przywołujemy ze swojej pamięci informacje zaczerpnięte najczęściej z telewizji, radia, prasy, rzadziej od znajomych kształtujące w naszej pamięci przerażającą wizję. Jest to obraz zdegenerowanego, pozbawionego wszelkich zasad i moralności osobnika, którego ulubionym zajęciem jest dewastacja cmentarzy, rysowanie pentagramów na świątyniach oraz składanie, podczas czarnych mszy, krwawych ofiar. Zazwyczaj są to zwierzęta a niekiedy także ludzie. Tak malowany obraz satanisty, powielany przez media, pokutuje w świadomości ludzkiej. Czy rzeczywiście osoba przyznająca się do satanizmu jest potworem w ludzkiej skórze, krwiożerczą bestią czyhającą na niewinne duszyczki?

Satanizm jest zjawiskiem wielowymiarowym i nie sposób objąć wszystkie jego aspekty na kilku stronach. Przedmiotem poniższej analizy będzie zatem kilka jedynie kwestii, które uznałem za najważniejsze dla rzetelnego przedstawienia podstawowych założeń filozofii satanistycznej i związanego z nią światopoglądu. Nie pretenduję jednak, w najmniejszym stopniu do całościowego ujęcia tego zagadnienia.

*   *   *   *   *

Współczesny satanizm ma dwóch ojców. Aleister Crowley jest tym, który wprowadził satanizm w dwudziesty wiek; Anton Szandor LaVey wyprowadził Satanistów na „światło dzienne” i zapewnił im stałe miejsce w kulturze masowej.

Aleister Crowley (1875-1947) przyszedł na świat w Leamington w hrabstwie Warwickshire (Wielka Brytania) w drobnomieszczańskiej rodzinie. Jego rodzice należeli do ortodoksyjnej sekty Braci z Plymouth, która dosłownie traktowała zapisy biblijne wierząc, że są słowami samego Ducha Świętego. Po śmierci ojca, Aleister wyjechał do szkoły prowadzonej przez Braci Plymuckich. Dyscyplina i surowe metody wychowawcze stosowane w tej szkole spowodowały nieprzystosowanie i wycieńczenie psychiczne młodego Aleistera.

Z objawami załamania psychicznego został przeniesiony do szkoły powszechnej w Malvern. Po jej ukończeniu zaczął zdobywać wiedzę w Trinity College w Cambridge. Wolny czas spędzał na wspinaczkach po górach Szkocji, grze w szachy (w których osiągał podobno całkiem przyzwoite wyniki) oraz na pisaniu wierszy, baśni i powiastek erotycznych. W wieku około dwudziestu lat zaczął interesować się magią, okultyzmem oraz zagadnieniami mistycznymi. W roku 1898 wstąpił do Zakonu Złotego Brzasku, w którym zaczął szybko piąć się na coraz wyższe stopnie wtajemniczenia. Po pewnym czasie doszło jednak do wyrzucenia go z Zakonu. Sam Zakon zaczął przeżywać kryzys, który doprowadził do podziałów.

Po wydaleniu z Zakonu rozpoczyna się okres podróży po świecie dwudziestokilkuletniego już Aleistera. Odwiedził Amerykę Środkową, Południową Azję oraz Północną Afrykę. Podróże wykorzystał na zapoznanie się z kulturami pozaeuropejskimi co wywarło olbrzymi wpływ na jego późniejsze poglądy. To właśnie podczas podróży do Egiptu, wiosną 1904 roku powstało jego, najlepiej chyba znane, dzieło „Księga Al, czyli Prawa”, w której zawarł podstawową zasadę myśli satanistycznej: „…Czyń wolę swą, niechaj będzie całym Prawem…[…] Jedynym prawem jest miłość, miłość podług woli…”

Podróżując po świecie Aleister spotyka swoją pierwszą towarzyszkę życia, ekscentryczną Angielkę, Rose Kelly. Owocem tego związku jest córeczka, która jednak po kilku latach umiera. Śmierć dziecka miała pchnąć Crowley’a do porzucenia żony. Kolejne lata jego życia są naznaczone tułaczką po Afryce Północnej oraz działalnością w założonym przez niego zakonie Astrum Argentum. W roku 1912 zostaje przywódcą angielskiego oddziału Ordo Templi Orientis (O.T.O.) noszącego nazwę Mysteria Mistica Maxima. W 1920 założył na Sycyli Opactwo Thelemy, skupiające wyznawców Nowej religii. Działalność Opactwa budziła liczne kontrowersje. Przyczyniał się do tego niekonwencjonalny sposób życia jego członków praktykujących w swoich obrzędach magię seksualną (do rozwoju której znacznie przyczynił się sam Crowley). Po dojściu do władzy faszystów Opactwo zostało zlikwidowane a jego członkowie wydaleni z Włoch.

cro_1
Aleister Crowley

Od tej pory zaczyna się schyłkowy okres działalności Aleistera Crowley’a. Próbuje jeszcze coś pisać, wydawać własnym nakładem (coraz trudniej znaleźć mu wydawcę po wydaleniu z Włoch i określeniu go przez The Time „…najbardziej zdeprawowanym człowiekiem świata…”). Pogrąża się w narkotykach i osamotnieniu. Nie przeszkadza mu to jednak kontynuować pracy twórczej a gdy umiera Theodor Reuss, Crowley staje na czele O.T.O. W 1945 roku pisze jeszcze jedno z lepszych swoich dzieł Magia bez Łez. Umiera 1 grudnia 1947 r. w Netherwood. Pogrzeb gromadzi jego najbliższych przyjaciół i zwolenników a prasa określa „ostatnią czarną mszą”.

Trudno wymienić cały dorobek literacki Aleistera Crowley’a, oprócz wyżej wymienionych, wskażę te najbardziej rozpowszechnione: Liber Oz, Liber XV, Księga Jogi, Magija w teorii i praktyce. Zawarte w nich poglądy stały się kamieniem węgielnym współczesnego satanizmu. Sam Crowley uważał się za zwiastuna Nowej Ery. Dotychczasowe dzieje ludzkości podzielił na dwa etapy. Eon Izydy, w którym człowiek żył w zgodzie ale i pod presją natury. Był to okres dominacji matriarchatu jako podstawowego systemu organizacji społeczeństwa. Czas niewinności lecz zarazem i nieświadomości. Następnie nastał eon Ozyrysa, w którym na plan pierwszy wysunął się patriarchat wspomagany przez religię, państwo i prawo gwarantowane przez przymus. Był to czas wojen, konfliktów wewnątrz społeczeństw, walki człowieka z przyrodą ale też czas rozwoju ludzkiej świadomości.

Kolejnym ma być eon Horusa-dziecka. Miał się rozpocząć w 1905 r. Nowy Eon ma narodzić się w wielkich bólach gdyż ludzkość będzie zmuszona zerwać z dogmatami, z których budowała swoją rzeczywistość. W Eonie Horusa znikną struktury związane z hierarchiczną organizacją społeczeństwa. Będzie to era pogłębiania świadomości ludzkiej, w której każdy przejmie odpowiedzialność za własne życie. W świadomości ludzkiej ogromną rolę będzie odgrywał archetyp dziecka. Znamienne dla nowych czasów będzie zaspakajanie we wszelki dostępny sposób swoich potrzeb.

Jak bardzo niespójna wydawałaby się ta wizja, jak dziwaczne nie brzmiałaby nomenklatura stosowana przez Crowleya, jak kontrowersyjne nie byłoby jego życie (naznaczone uzależnieniem od heroiny) i poglądy, trudno nie dostrzec, że jego przewidywania stały się rzeczywistością, jeszcze w wieku, w którym przyszło mu żyć i tworzyć.

*   *   *   *   *

Bez względu na to, jak wielki był wpływ Crowley’a na satanizm, to jednak nie on, lecz Anton Szandor LaVey jest uważany (słusznie czy też nie) za tego, który ukształtował jego współczesne oblicze.

Trudno jest napisać cokolwiek pewnego o życiu LaVeya tak wiele, często sprzecznych informacji na jego temat krąży w obiegu. Jest to po części spowodowane działaniem samego LaVeya, który podtrzymując zamęt w tej materii próbował budować wokół siebie nimb tajemniczości. Postaram się jednak przedstawić kilka informacji, które uznawane są w większości jego biografii za fakty.

Urodzony w 1930 r. w Stanach Zjednoczonych w rodzinie rumuńskich imigrantów już od najmłodszych lat przejawiał zainteresowanie zagadnieniami magii i okultyzmu. Uzdolniony muzycznie, w wieku 16 lat rozpoczął współpracę z San Francisco Ballet Orchestra. W młodości parał się również tresurą zwierząt cyrkowych, występował w teatrze, pracował jako fotograf policyjny. W latach pięćdziesiątych założył wspólnie z przyjaciółmi Magiczne Koło, które skupiało osoby interesujące sie szerokopojętym okultyzmem. W roku 1966 zakłada wraz z Michaelem Aquino Kościół Szatana (mający obecnie blisko pół miliona członków) a 30 kwietnia tegoż roku ogłasza pierwszym dniem nowej ery.

Na fali rewolucji obyczajowej przygotowuje swoje najbardziej znane dzieło — Biblię Szatana, w którym wykłada podstawowe założenia swojej filozofii. Jest to niewątpliwie najbardziej twórczy okres w jego życiu, warto wspomnieć, że był doradcą Romana Polańskiego przy filmie Dziecko Rosemary, zagrał w nim również rolę Diabła. W roku 1975 dochodzi do rozłamu w Kościele Szatana, odchodzi z niego, zakładając nową organizację, Michael Aquino wraz z częścią członków. LaVey działa w nim nadal ogłaszając siebie jego papieżem i budując hierarchię na wzór Kościoła Katolickiego. A. Sz. LaVey zmarł w 1997r. Powołany przez niego Kościół Szatana istnieje nadal, na jego czele stoi obecnie córka LaVeya – Karla LaVey.

Zasadnicze założenia swojej filozofii zawarł LaVey we wspomnianej już wcześniej Biblii Szatana, która, śmiało można powiedzieć, stała się brewiarzem współczesnych satanistów. Poglądy LaVeya mają wydźwięk stricte materialistyczny. Posługuje się postacią Szatana jako symbolem raczej niż transcendentnym bytem, który istnieje w bliżej nieokreślonej rzeczywistości. Uosabia on wieczny sprzeciw wobec zaistniałych struktur społeczno-politycznych, zaspokojenie potrzeb, kult życia czy wreszcie własna drogę. Bardzo dużo miejsca poświęca krytyce chrześcijaństwa.

Szatan – średniowieczne wyobrażenie

Zarzuca mu, poza kwestiami czysto ideowymi, stagnację, skostniałe struktury organizacyjne, zbytni formalizm w sprawach kultu. Może brzmi to trochę dziwnie zważając, że sam LaVey powołując do życia Kościół Szatana odwzorował jego strukturę na hierarchii katolickiej. W jakim stopniu była to tylko prowokacja nie sposób dociec. Kościół Szatana miał zjednoczyć sympatyków satanizmu na całym świecie. Mimo, że jako organizacja rozrósł się do pokaźnych rozmiarów, jest tylko jednym z czynników, jak się wydaje, wcale nie najważniejszym, kształtujących oblicze dzisiejszego satanizmu.

*   *   *   *   *

Jaki jest obraz współczesnego satanizmu? Na tak postawione pytanie nie znajduję zadawalającej odpowiedzi. Jak już wspomniałem jest to zjawisko wyjątkowo niejednorodne nie dające się w łatwy sposób zdefiniować. Istnieje wiele grup i jeszcze więcej osób nie zrzeszonych w żadnej organizacji a określających siebie zwolennikami czy wręcz wyznawcami satanizmu. Warto wspomnieć, że różnią się one, często w sposób zasadniczy, pod względem podstawowych założeń.

Pokutujący w świadomości społecznej, podsycany od czasu do czasu przez goniące za łatwą sensacją media, stereotyp satanisty jako młodego człowieka ubranego na czarno, obwieszonego pentagramami i dewastującego cmentarze przyczynia się do powstawania swoistego rodzaju mody na „satanizm”, a ściślej mówiąc: odwrócone chrześcijaństwo. Polega to na prostym odwróceniu pojęć, gdzie dobro jest złem a zło dobrem (oczywiście podstawą jest tutaj chrześcijańskie rozróżnienie tych wartości). Ofiarami tak pojętego „satanizmu” są najczęściej ludzie bardzo młodzi, szukający akceptacji uznania w swoim środowisku.

Nie muszę chyba dodawać, że taka postawa prowadzi do zupełnie innych rezultatów. To zjawisko nazywane często „satanizmem podwórkowym” lub „pseudosatanizmem” objawia się w przypadkach zabijania zwierząt podczas tzw. „czarnych mszy”. Występują również, chociaż są to zdarzenia odosobnione, ofiary z ludzi oraz rytualne samobójstwa! Tego typu patologiczne zjawiska, potępiane przez większość społeczeństw jak i samych satanistów, wymagają raczej rzeczowej dyskusji zamiast „polowań na czarownice” i rozpalania stosów społecznego potępienia.

Wydaje się, że we współczesnym satanizmie na plan pierwszy wysuwają się dwie tendencje. Po pierwsze organizacje, które określają siebie mianem satanistycznych. Wśród nich prym wiedzie Kościół Szatana założony przez LaVeya oraz Świątynia Seta Michaela Aquino. To chyba nie przypadek, że ten odłam satanizmu najlepiej przyjmuje się w Stanach Zjednoczonych. Głoszone przez te organizacje idee dobrze korespondują z amerykańskim, naznaczonym przez utylitaryzm i hedonizm, stylem życia. Również w Europie Zachodniej organizacje satanistyczne radzą sobie całkiem nieźle. Są to zazwyczaj walczące ze sobą odłamy dawnego O.T.O., nie brak jednak nowych organizacji odwołujących się w swoich poglądach do wierzeń przedchrześcijańskich.

lavey_satanic_altar
Anton Szandor LaVey

Najczęściej będą to wierzenia skandynawskie, germańskie i celtyckie, ale tez wątki zaczerpnięte z religii starożytnego wschodu (głównie Egiptu i Babilonii). W Polsce organizacje satanistyczne egzystują w „podziemiu” i dużo jeszcze czasu upłynie nim będą mogły działać oficjalnie. Mimo, że w Polsce nie ma ustawodawstwa antysatanistycznego, a Konstytucja gwarantuje swobodę sumienia i wyznania, nie znalazł się jeszcze śmiałek, który podjąłby się próby zarejestrowania organizacji odwołującej się do założeń satanizmu. W społeczeństwie posiadającym „chrześcijańską moralność”, umieszczającym w Konstytucji swojego, z założenia laickiego państwa, powołanie na „chrześcijańskie dziedzictwo”, będzie to niesłychanie trudne. Z działających w Polsce organizacji o proweniencji satanistycznej wymienić można Zakon Białego Wilka czy kaliską KalGroSę.

Znacznie liczniejszą grupę stanowią jednak tzw. „wolni strzelcy”, nie zrzeszeni w żadnej organizacji, przyznający się do sympatii satanistycznych i działający na własną rękę. Swoje poglądy szerzą przede wszystkim za pośrednictwem Internetu, niskonakładowych pism czy wydawnictw cyfrowych (CD, MP3). Są to osoby raczej młode, nie brak jednak wśród nich ludzi z pokaźnym bagażem życiowym, dążące do znalezienia własnej ścieżki życiowej. Kierują się maksymą: „Życie jest wielkim zaspokojeniem, śmierć wielką wstrzemięźliwością. Dlatego wykorzystaj życie — tu i teraz.”.

Przypomina to renesansową zasadę „carpe diem”. Często zarzuca się satanistom hedonizm. Inaczej patrzy się na tą kwestię gdy zauważymy, że satanizm jest zdeterminowany przez materializm i jego zwolennicy nie oczekują życia po śmierci, w którym mogliby zdyskontować bieżące zasługi. Kierują się również przekonaniem, że schlebianie swym cielesnym instynktom nie przeszkadza w osiąganiu rozwoju intelektualnego. Podstawowym medium wykorzystywanym do prezentacji swoich poglądów staje się Internet. Powstaje coraz więcej stron webowych prezentujących podstawowe założenia satanizmu. Nie są to jednak witryny, w natrętny sposób namawiające do „przejścia na satanizm”. Prezentują one raczej twórczość znanych i uznanych dzisiaj artystów (by wspomnieć Przybyszewskiego, Nietzschego, Epikura, Bakunina, Micińskiego czy nawet Reymonta i Iwaszkiewicza), jak i twórczość własną autorów tych stron.

Spotyka się to ze zdecydowanym sprzeciwem osób i organizacji, w ogromnej większości odwołujących się do „wartości narodowych i chrześcijańskich”, postulujących niejednokrotnie wprowadzenie cenzury w Internecie, uzasadniając to obrazą „uczuć religijnych”. Nie muszę chyba dodawać, że idzie tutaj o „uczucia religijne” ściśle określonej grupy ludzi przekonanych o wyższości własnego światopoglądu nad innymi. Szczególnie niepokojącym wydaje się fakt, że nawet osoby pracujące w administracji państwowej a zajmujące się sprawami nowych kultów religijnych wydają się stawać po stronie jednego światopoglądu.

W artykule Tomasza Jastrzębowskiego Dzieci ciemności zamieszczonym na stronie internetowej Centrum Informacji o Sektach pojawiła się wypowiedź tej oto treści: „…Zdaniem K. Wiktora (sekretarza Międzyresortowego Zespołu ds. Nowych Ruchów Religijnych) znacznie groźniejsza (od tzw. grup pseudosatanistycznych — przyp. mój) jest jednak działalność grup ideologicznych — są niebezpieczne, bo zmieniają światopogląd ludzi, przenikają tkankę społeczną z niebezpiecznymi ideami (nie tylko LaVeya, ale takze Schopenhauera, Nietzschego)…”. Takie podejście do sprawy wydaje się jakimś nieporozumieniem w państwie demokratycznym. Z istoty ustroju demokratycznego wynika równouprawnienie światopoglądów reprezentowanych przez obywateli. Opowiadanie się po stronie któregokolwiek z nich przez urzędników państwowych może wzbudzać podejrzenia o wyróżnianiu obywateli pierwszej i drugiej kategorii, w zależności od tego jakie mają zapatrywania na rzeczywistość.

*   *   *   *   *

Satanizm, w postaci jakiej jawi się obecnie, jest zjawiskiem niejednorodnym, występują w nim sprzeczności wydawałoby się nie do pogodzenia. To dodatkowo zamazuje obraz sytuacji. Trzeba zaznaczyć, że jest to twór nowy, kształtujący dopiero swoje oblicze. Czy jest on niebezpieczny? Jestem zmuszony odpowiedzieć twierdząco. Satanizm głosząc zasadę: „Nie ma większego prawa ponad czyń swoją wolę” przenosi wymiar najwyższej władzy (władzy nad własnym życiem i śmiercią) z Boga i Państwa na indywidualnego człowieka. Powierza mu tym samym przymioty boskości. Taka sytuacja wymaga odpowiedzialności wobec siebie i innych. Człowiek odbiera z rąk kapłanów i władców odpowiedzialność za samego siebie. Pobieżne i dosłowne traktowanie tej reguły może prowadzić do niebezpiecznych nadinterpretacji.

Potrzebna jest tutaj rozwaga i wyważenie interesów. Niebezpieczne mogą okazać się również różnego typu organizacje działające pod szyldem satanizmu. Prowadzą one działalność polegającą na finansowym wykorzystywaniu swoich członków (opłaty za wstąpienie do zrzeszenia, opłaty za przyznanie kolejnych stopni wtajemniczenia itp.), a także, co wydaje się bardziej niebezpieczne, psychicznym ich uzależnieniu. Nie twierdzę, że wszystkie organizacje tak postępują, nie wolno jednak zapominać o istnieniu takich, których celem nadrzędnym jest uzależnienie ludzi od przywódców tychże zrzeszeń.

Satanizm to jednak nie same zagrożenia to również swoista filozofia życia ceniąca ludzkie życie, promująca model człowieka silnego, niezależnego, kształtującego swoje poglądy, nie na zasadzie bezkrytycznej akceptacji tradycji i uznanych za obowiązujące zwyczajów, lecz kroczącego własną ścieżką i sceptycznie przyglądającemu się światu. Jest to droga odrzucenia wszelkich dogmatów, próby własnego spojrzenia na rzeczywistość. Rzeczywistość, która nie zawsze budowana jest w oparciu o uznane za obowiązujące idee współżycia społecznego lecz kreowana ręką silniejszego. Nie jawi się ona, mimo wielu prób „ucywilizowania” człowieka, jako kraina szczęścia i pokoju dla wszystkich ale raczej darwinowską walka o przetrwanie.

Od zarania dziejów różne systemy religijne, filozoficzne, czy prawne próbowały, z małym zazwyczaj powodzeniem, okiełznać naturę człowieka. Bogowie, kapłani, władcy próbowali narzucać swoją wolę zmniejszając możliwość dysponowania swoim życiem przez jednostkę. Satanizm próbuje wyjść naprzeciw dążeniu człowieka dowolności, pozbawia go wszelkiej zwierzchności i obarcza odpowiedzialnością za własne życie, które do Człowieka już należy.

Widziany w tym świetle satanizm nie jawi się już jako kult wszelkiego zła i niegodziwości. Jest jeszcze jednym sposobem na znalezienie Boga, rozumianego może nie jako istota transcendentna, będąca przyczyną wszechrzeczy, ale raczej jako symbol. Boga odartego z przymiotu wszechmocy, Boga-Człowieka próbującego stawić czoła życiu, budującego własną mitologię tłumaczącą otaczający świat. Jest to być może Bóg śmiertelny, przemijający, ale dla niektórych jedyny rzeczywisty. Czy można go prosić o duszę wieczną? Nie sądzę. Ale nie można go potraktować jak pluszowego misia-zabawkę ku pocieszeniu dzieci. Cały jego potencjał leży w człowieku i w człowieku się objawi — każdym z osobna.

*   *   *   *   *

Ciągle jeszcze nie mówi się: „satanista” bez negatywnych emocjonalnych kontekstów. O satanizm się oskarża, pomawia czy podejrzewa. Traktuje się jak zakaźną chorobę, której źródło należy odizolować od reszty i zniszczyć jeszcze w zarodku. Angielski pisarz R. Southey używał terminu satanizm atakując romantyczną twórczość G.G. Byrona, P.B. Shelley’a i J. Keatsa zarzucając im skłonności do udziwnień, perwersji i gwałtu.

Nie trzeba sięgać aż tak daleko by zauważyć, że również (a może przede wszystkim) w Polsce określenie tym mianem miało w zamyśle dyskredytację artysty. Przekonał się o tym S. Przybyszewski kiedy w 1899 r. skonfiskowano piąty numer Życia, które wydrukowało przekład jego dzieła Synagoga Szatana, problemy miał również T. Miciński. Kłopoty z rozpowszechnianiem swoich dzieł mają również artyści współcześni. Dla muzyków grających tzw. metal (ciężką i głośną odmianę rocka) odwołanie koncertu z powodu „obrazy uczuć religijnych” stało się niemal chlebem powszednim.

Warto by tutaj wspomnieć o odwołaniu koncertu zespołu KAT w Warszawie w 1999 r., dyskusję wokół koncertu Marylin Mansona na Torwarze w roku 2001, czy trudności ze znalezieniem miejsca do prób, najlepiej radzącego sobie za granicą polskiego zespołu Vader (zespół ten sprzedał więcej płyt CD za granicą niż jakakolwiek polska formacja wcześniej). Nie tylko muzykom marginalizacja w życiu społecznym daje się we znaki. Nieżyjący już T. Beksiński nie zaznał większego zainteresowania swoją twórczością. Podobnie rzeczy mają się z Dariuszem Misiuną, znakomitym eseistą, związanym z warszawskim wydawnictwem Okultura.

Twórczość wielu artystów z tego kręgu pozostaje znana jedynie osobom z nimi zaznajomionymi lub zadającym sobie trud znalezienia „czegoś innego”. Nie jest moim zamiarem przypinać tym artystom metki „satanista”. Wielu z nich odcina się stanowczo od jakichkolwiek powiązań z satanizmem, wydać się to może zupełnie zrozumiałe zważając jak postrzegany jest obecnie sam satanizm. Chcę jedynie zaznaczyć, że czerpią oni inspiracje z określonego dorobku kulturowego, który wyróżnia charakterystyczne postrzeganie rzeczywistości, który stoi często (co nie oznacza zawsze) w opozycji do oficjalnie propagowanych wartości.

Można nie zgadzać się z filozofią satanizmu, krytykować go za pokładanie zbyt wielkiego nacisku na kwestii doczesnego zaspokajania ludzkich popędów, ale demonizowanie i składanie na ołtarzu własnych uprzedzeń wydaje się nieporozumieniem. Fałszywe stereotypy podtrzymywane przez nierzetelne informacje kolportowane za pomocą środków przekazu przyczyniają się coraz większego niezrozumienia, kształtują fobie, które przeszkadzają w zapoznaniu się z tym zjawiskiem. To, że satanizm istnieje stało się już dawno faktem i prędzej czy później trzeba się będzie nad tym głębiej zastanowić. Pozostaje wyrazić nadzieję, że odbędzie się to w atmosferze wzajemnego zrozumienia i tolerancji wobec odmiennego światopoglądu nie zaś z pozycji dogmatycznych, wykluczających jakąkolwiek rzeczowa dyskusję.

Tomasz Szpyt

 

Źródło: Racjonalista.pl