Archiwa tagu: Bob Dylan

Liryki Boba Dylana sprzedawane jak chipsy w Chinach, czyli spadł w końcu „ciężki deszcz”

Czy to opakowanie do chipsów? Dokładnie. Czy w środku znajdziemy chipsy? Niezupełnie. Tak oto chiński wydawca próbuje jedynie promować „literaturę” Boba Dylana na lokalnym rynku, wykorzystując świeżego jeszcze Nobla artysty do kolejnej kampanii sprzedażowej.

Jak czytamy na stronie producenta: Co jest najpopularniejszą rzeczą? My wybraliśmy paczkę chipsów. Lubisz krążyć po sumermarkecie w poszukiwaniu paczki chipsów, lubisz ją rozrywać, nadgryzać, przebijać, przecinać. Miejmy nadzieję, że pojawi się ona też w ulicznej księgarni, metrze, sklepach spożywczych, automatach – pojawi się w ludzkim życiu.

Opublikowane teksty Dylana zostały przetłumaczone przez 15 wybitnych chińskich poetów i zostały podzielone na 8 tomów sprzedawanych w osobnych paczkach chipsów. Istnieje także zestaw, w ramach którego można je kupić wszystkie w miniaturowych wersjach, zapakowane do retro-walizki w stylu lat ’60.

Źródło (1999)

the_source_1999

Prawdziwie smaczny dokument na temat perypetii i wpływu Beat Generation na kulturę współczesną, oszałamiający mnogością kultowych osobistości, które zostały w nim utrwalone, nie tylko jako historyczne podmioty, ale także jako obiekty aktorskiej interpretacji. Film nie przytłacza jednak wywiadami, które stanowią tylko jeden z elementów barwnej narracji, starającej się odpowiedzieć na pytanie, gdzie i kiedy narodziła się energia Beat Generation oraz w jaki sposób została spożytkowana przez następne pokolenia w czterech kolejnych dekadach.

Źródło oferuje coś zarówno laikom, jak i ekspertom. Film ujawnia masę szczegółów w formie rzadko prezentowanych materiałów dokumentalnych, klipów filmowych, zdjęć, wypowiedzi i reportaży ze spotkań, koncertów czy wieczorków literackich. Reżyser Chuck Workman postawił sobie ambitne zadanie pokazania, jak termin Beat Generation ewoluował od małej grupki artystów, która spotkała się pod koniec lat ’40 w Nowym Jorku, przez ruch kontrkulturowy o trudnych do wyznaczenia granicach, aż po masową subkulturę bitników (nie mylić z Bitnikami), która stała się elementem satyrycznej eksploatacji medialnej.

Workman nie unika trudnych i rzadko zadawanych pytań, przekraczając interpretacyjną linię najmniejszego oporu – napisali kilka książek i stali się  mainstreamem – dzięki pokazaniu gigantycznego wpływu idei Ginsberga, Kerouaca i Burroughsa na kulturową rewolucję lat ’60 i ’70, której retro-futurystyczny renesans mieliśmy okazję obserwować w latach ’90 na skutek zwiększającego się wpływu sieci komputerowych i ponownego odkrycia potencjału środków psychedelicznych. Pomogło mu zaś odejście Ginsberga i Burroughsa, które wywołało nagły nawrót zainteresowania ich twórczością.

Jak można się spodziewać, reżyser nie próbuje nawet ukrywać, że Beat Generation nigdy nie weszłaby na kontrkulturowo-buddyjsko-surrealistyczne tory, gdyby nie dragi, choć gdy temat buddyzmu zostaje poruszony, William Burroughs – król narkotykowej prozy i mrocznych nurtów transgresji – mówi wprost: Nigdy nie miałem pojęcia o co chodzi w buddyzmie, Ginsberg był w to mocno wkręcony. Tu oczywiście pojawia się także Gary Snyder, przemawiający z wysuszoną prerią i górami w tle, który wskazuje na efekt, jaki dziki krajobraz miał na Bitników, gdy ci postanowili przenieść się z Nowego Jorku na Zachód.

Każdy z gigantów dostaje tu swoje 15 minut – zaś ci mniej znani, jak Herbert Huncke, Philip Whalen, Gregory Corso czy Michael McClure, dostają 5 – a W drodze, Skowyt i Nagi lunch zostają nawet wyrecytowane przez aktorów będących wielkimi fanami tych dzieł. Udział Dennisa Hoppera idzie jednak znacznie dalej, gdyż artysta oprócz niezwykle teatralnej, dramatycznej interpretacji Nagiego lunchu wciela się w postać Burroughsa (używając jako materiału jakiegoś mało znanego wywiadu), a częściowo służy również jako narrator cytujący ostatnie słowa Allena Ginsberga i Timothy Leary’ego (ten drugi również pojawia się w filmie).

Nie zaskakuje także obecność Johnny’ego Deppa, który oprócz urywków W drodze przypomina słynną listę dziesięciu rzeczy do zrobienia w życiu napisaną przez Kerouaca. W rolę Ginsberga wciela się zaś John Turturro (Barton Fink, Big Lebowski), który recytuje Skowyt – poemat, który przysporzył darmowej reklamy ruchowi i wyniósł go na piedestał. W istocie, jak mówi Ginsberg, kiedy magazyn Time chciał na tej fali zrobić wywiad z Bitnikami, oczywistym wydało się, że we współczesnej Ameryce nkt poza nimi nie ma w zasadzie nic do powiedzenia.

To jednak zmieniło się, gdy Kerouac pojawił się po raz pierwszy w telewizji w 1959, a dzielnica North Beach w San Francisco zaczęła się zaludniać hipsterami z brodą, w sweterkach i beretach, którzy dali okazję do eksploatacji rosnącego w popularność ruchu filmowcom tj. Roger Corman (Wiadro krwi) czy Charles Haas (The Beat Generation) i wykwitu krótkotrwałego fenomenu beatniksploitation, którego komercyjny sukces doprowadził nawet do adaptacji prozy Kerouaca (Podziemni, 1960, reż. Ranald MacDougall). To popchnęło z kolei do emigracji Ginsberga i Burroughsa ze Stanów Zjednoczonych, którzy wrócili dopiero po kilku latach.

Jednak wirus Bitników był nie do zatrzymania i już wkrótce zamącił w głowie kolejnemu pokoleniu twórców, z których najwybitniejszym stał się Ken Kesey. Przepytywany w filmie o wpływ, który wywarło na niego dzieło Kerouaca, znany pisarz odpowiada że „stała się nim droga jako krajobraz poszukiwania wolności absolutnej”. Jego mityczny autobus Further z komuną The Merry Pranksters na pokładzie wyruszył w 1964 w swoją własną drogę z Nealem Cassadym za kółkiem, który połączył mistykę Beat Generation z anarchistycznym duchem Baby Boomers. Co ciekawe, Ginsberg podkreśla, że Bitników oryginalnie polityka nie interesowała w ogóle.

W efekcie, rosnąca w siłę kontrkultura młodzieżowa szybko zaakceptowała Bitników jako „starszyznę plemienną”, która w osobie Snydera i Ginsberga pojawiła się nawet podczas słynnego Be-In zorganizowanego w 1967 w parku Golden Gate. Wiele na ten temat ma do powiedzenia Jerry Garcia, który był w centrum tej fuzji i miał okazję dobrzez poznać Cassady’ego – odrysowanego w filmie nie bez powodu jako muza Beat Generation. Za nim pojawia się także Bob Dylan, wierny uczeń Ginsberga, a w podsumowaniu dostajemy piękną prawdę: „Praktycznie żadna działalność kontrkulturowa nie byłaby możliwa, gdyby nie Beat Generation. Współcześni buntownicy stoją na ramionach swoich ojców.” Dokument obowiązkowy!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Source
Produkcja: USA, 1999
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4,5/5

Przedziwny wywiad z Rokym Ericksonem

roky_erickson

W latach ’70, po szczęśliwym wyjściu ze szpitala psychiatrycznego, Roky Erickson odpalił z wielkim sukcesem karierę solową, by w 1975 połączyć siły ponownie – choć na krótko – ze swoim starym przyjacielem Tommym Hallem, z którym zmontował band The Aliens. Niedługo potem muzyka The 13th Floor Elevators zaczęła zyskiwać drugi żywot dzięki eksplozji punk rocka, którego koryfeusze odkryli garażowo-psychedeliczną sieczkę legendy z Texasu. Tymczasem Roky’ego na dobre pochłonęła stara pasja do tanich horrów, którym dał ujście w nowych tekstach.

Zanim lata ’80 uderzyły na dobre, Roky przestał brać jednak leki psychotropowe i przesiadł się na starą dietę amfetaminy i heroiny. W tym czasie skumał się również z grupą The Explosives, z którą grał kilka lat na żywo, w międzyczasie wydając album The Evil One (415 Records, 1981), który ugruntował jego legendę… przede wszystkim w Skandynawii. Niedługo później z dwoma muzykami z The Aliens nagrał również album Don’t Slander Me, przez wielu fanów interpretowany jako totalny upadek.

Schizofrenia Roky’ego w tym czasie zaczęła narastać do tego stopnia, że z artystą coraz ciężej było nawiązać jakikolwiek kontakt, czego świadectwem jest przedziwny wywiad z 1984, przeprowadzony przez anonimowego dziennikarza mówiącego z niemieckiem akcentem. Gdy pyta on Roky’ego o znaczenie nazwy Evil Hook Wildlife ET (jego efemerycznego zespołu z tego okresu), ten wdaje się w surrealistyczną tyradę o rządzie jako starożytnym wrogu ludzkości, a następnie przechodzi w jeszcze dziwniejszą historię o pacjencie z hakiem zamiast ręki, który ucieka ze szpitala psychiatrycznego i wspina się na wzgórze…

Następnie Roky wyjaśnia, że lubi wszystkie kawałki Boba Dylana, choć ten jest demonem… ale dobrym, który nie krzywdzi ludzi, ponieważ śpiewa piosenki inspirowane Biblią. A żeby to udowodnić wykonuje Blowin’ In The Wind z własnym akompaniamentem, a potem zgadza się, że gra teraz horror rocka jako jedyny na świecie. Faza absolutna i jedyny w swoim rodzaju wgląd w szalony umysł jednego z najważniejszych muzyków lat ’60 i ’70. Klip pochodzi z rzadkiego dokumentu Demon Angel: A Day and Night with Roky Erickson, który można obejrzeć tutaj.

Nie zaprzeczali, że palili, czyli znani artyści o swojej pasji do marihuany

Świadectwo nieżyjących apostołów…

 jimi_hendrix_pali

Jimi Hendrix (gitarzysta, geniusz muzyki współczesnej): Are You Experienced? – słuchałem tej płyty ostatnio i musiałem być nieźle ujarany, jak ją nagrywałem, czy coś w tym stylu.

 abbie_hoffman_photo

Abbie Hoffman (performer polityczny, legenda kontrkultury lat ’60): Zamiast kierowania tej całej energii i wysiłków w stronę wojny, która ma zakończyć branie dragów, może by tak poświęcić trochę uwagi dragom, co zakończy wojnę.

 hunter_s_thompson_photo

Hunter S. Thompson (kultowy pisarz i dziennikarz, twórca Lęku i odrazy w Las Vegas): Zawsze kochałem marihuanę. Była on dla mnie źródłem radości i komfortu przez wiele lat. I wciąż myślę o niej jako o podstawowym składniku życia razem z piwem, lodem i grejfrutami, a miliony Amerykanów się ze mną zgadzają. 

 william_s_burroughs_smoking

William S. Burroughs (legendarny autor Nagiego lunchu, wybitny przedstawiciel Beat Generation): Naszym narodowym dragiem jest alkohol. Wszystkie inne dragi postrzegamy z wyjątkowym przerażeniem.

 john_lennon_smoking

John Lennon (muzyk i poeta, jeden z członków The Beatles): Jazda The Beatles znalazła się poza wszelkimi granicami. Paliliśmy marihuanę na śniadanie. Byliśmy tak głęboko wkręceni w marihuanę, że nikt nie był w stanie się z nami komunikować. Byliśmy cały czas ujarani śmiejąc się ze wszystkiego.

 robert_anton_wilson_smoking

Robert Anton Wilson (wybitny myśliciel, legenda kontrkultury): Oczywiście, zawsze znajdą się tacy, którzy nadal będą twierdzić, że marihuana jest bardzo niebezpieczna. Problem w tym, że brakuje im przekonywujących argumentów. Ciężko jest znaleźć dane naukowe popierające ich twierdzenia, szczególnie wtedy gdy porówna się je z obfitą literaturą naukową mówiącą o tym, że marihuana nie jest bardziej szkodliwa od gumy do żucia.

 

Przesłanie żyjących celebrytów…

 lady_gaga_Smoking

Lady Gaga (znana piosenkarka pop): Palę dużo zioła, gdy piszę muzykę. Artyści ciągle kłamią na ten temat, choć nie powinni tego robić, a ja nie mam zamiaru kłamać, bo nie jestem hipokrytką.

 oliver_stone_Smoking

Oliver Stone (wybitny reżyser współczesny, twórca Urodzonych morderców): Marihuana w Wietnamie decydowała o tym czy pozostawałeś człowiekiem, czy zamieniałeś się w bestię. Wielu ludzi z mojego plutonu paliło, oczywiście nie na linii frontu, ale po powrocie do bazy, żeby się zrelaksować i pozostać w kontakcie z samym sobą. Widziałem w niej wtedy czynnik ratujący życie. My palący wyszliśmy z tego w miarę cało. Ludzie, którzy palili trawę byli bardziej świadomi życia.

 morgan_freeman

Morgan Freeman (znany aktor, Siedem i Bez przebaczenia): Nigdy nie rzucaj palenia ganjy. To boże zioło. Pamiętajcie o płonącym krzaku.

 jack_nicholson_smoking

Jack Nicholson (wybitny aktor znany z roli w Easy Riderze): Zwykle nie mówię tego publicznie, ale możemy postrzegać marihuanę jak lekarstwo. Przemysł narkotykowy jest ogromny. Wspiera finansowo terroryzm oraz – co jest wielkim problemem w Ameryce – zagraniczne gangi. Ponad 85% wszystkich mężczyzn zostało osadzonych w więzieniach na mocy wyroków za złamanie prawa narkotykowego. Każdy więzień kosztuje $40 tys. rocznie. Gdyby myśleli poważnie o ekonomii, zaczęłaby się rozsądna debata na temat legalizacji.

 rihanna_smoking

Rihanna (piosenkarka pop): Kush skręcony, waza pełna… preferuję lepsze rzeczy!

 bob_dylan_smoking

Bob Dylan (rewolucjonista muzyczny i poeta, legenda kontrkultury lat ’60): Te środki nie są w zasadzie dragami; po prostu trochę wyginają ci umysł. Sądzę, że każdy powinien się wygiąć od czasu do czasu.

 

Neil Young & Crazy Horse – Psychedelic Pill (2012)

Album weterana z Kanady, to jego drugie po płycie Americana wydawnictwo w tym roku. O ile na pierwszym znajdziemy zbiór utworów, które inspirowały gitarzystę na początku muzycznej drogi, Psychedelic Pill jest psychodeliczną odyseją poświęconą życiu artysty. Oba albumy można traktować jako muzyczne uzupełnienie wydanej w tym roku biografii Younga pt. Waging Heavy Peace.

Wrzucamy „psychodeliczną pigułę” i powoli odpływamy, prowadzeni przez zawodzący głos Younga, do lat ‘60, gdzie rządziło analogowe brzmienie i nie było pieprzonych mp3. Drifting Back jest kontestacją dzisiejszego świata i sztuki. Według Younga dzisiejsza sztuka jest odarta ze swojej organiczności i piękna – stała się zieloną pożywka dla mas. Dryfując dalej docieramy do Boba Dylana i The Grateful Dead, ale te lata też nie były idealne. W Walk Like a Giant zostaje poruszony temat niespełnionych dążeń pokolenia Lata Miłości, a konkluzje są zaskakująco podobne do wniosków Huntera S. Thompsona z Lęku i odrazy w Las Vegas. Część zbyt uwierzyła w ideały i stała się życiowymi kalekami, a reszta popłynęła przed siebie w kokainowym transie. Young w pierwszym utworze ironizuje również na temat guru Nowej Ery, w tym słynnego Maharishiego, któremu wytyka obłudę i chciwość.

Jak zawsze na płycie legendy, nie mogło zabraknąć piosenek o trudnej miłości. To Ramada Inn, piękny utwór opowiadający o toczonej przez lata walce, o utrzymanie uczucia oraz rzewny For The Love of Man. Kawałki Psychedelic Pill i She’s Always Dancing powiązane są motywem zatracającej się w zabawie kobiety, dla której liczy się tylko przyjemność bez względu na jej cenę. Lżejszy klimat mają Born In Ontario i Twisted Road, które z humorem przedstawiają dzieciństwo Younga w Kanadzie i przyjazd do USA. Z tekstów wyłania się obraz człowieka rozczarowanego współczesnym światem i z gorzkim sentymentem wyrażającego się o przeszłości. Young uważa się za starego hipisa, ale nie wierzy ślepo w wartości minionej ery!

Pierwszym drogowskazem, pokazującym jaką drogę obierze Young na nowej płycie, był 38-minutowy jam z Crazy Horse, wydany na początku tego roku. W międzyczasie pojawiła się jednak płyta Americana, która sprawiła, że nagranie popadło w odmęty zapomnienia. Psychedelic Pill jest jednak kontynuacją tamtego kierunku. Sesja z początku 2012 odznaczała się na tle dotychczasowych materiałów Younga wyjątkowo psychodelicznym brzmieniem, ale jego nowy album jest prawdziwym zanurzeniem się w psychodeliczną głębię.

Brzmienie płyty jest ciepłe z dużą ilością przestrzeni – idealne środowisko dla długich utworów tj. Driftin’ Back, Ramada Inn czy Walk Like a Giant, które zabierają w sumie godzinę. Stanowią one główną część płyty. Mimo gargantuicznej długości mają prostą budowę – gitarowe progresje i serpentyny solówek dają im jednak kopa. Przeważająca część albumu jest wprawdzie oparta na gitarowych dialogach Younga i Sampedro, ale muzycy zachowali minimalistyczny styl gry. Krótsze utwory są zbliżone do country czy folku, jednak nie są przy tym pozbawione psychodelicznego zabarwienia. Moim faworytem jest Walk Like a Giant. Ujęło mnie po prostu to zadziorne pogwizdywanie, wpadające w ucho chórki i przywodzący na myśl Le Noise, gitarowy gruz w riffach i solówkach.

Stylistyczna wolta od kierunku obranego na Americanie wyszła Youngowi i Szalonemu Koniowi na dobre. Płyta zbiera na Zachodzie zdecydowanie lepsze recenzje, niż jej poprzedniczka, której zarzucano patos i wtórność. Jako zgorzały fan twórczości artysty, rozkoszuję się obydwoma albumami i ciesze się, że Young jest nadal w dobrej formie. Ma 66 lat na karku, a ciągle sięga po nowe środki wyrazu i nie boi się podejmować ryzyka. Chociaż tematyka Psychedelic Pill nie jest łatwa, album jest idealną propozycją dla szukających odlotu po ciężkim dniu, przy dobrej gitarowej muzyce.

Jakub Gleń

Hunter S. Thompson (1937-2005)

Nie lubię reklamować dragów,
alkoholu, przemocy czy szaleństwa,
ale oddawały mi one zawsze wielką przysługę.

– W prywatnej rozmowie –

Krawędź… Nie ma żadnego, prostego sposobu wyjaśnienia co to, bo tylko ci, którzy ją przekroczyli, wiedzą gdzie jest. Ci drudzy pozostali przy życiu, gdyż zaufali szczęściu na tyle, na ile było to możliwe, a potem zawrócili, zwolnili lub zajęli się swoją robotą, kiedy nadszedł CZAS WYBORU POMIĘDZY TERAZ I POTEM.

Hell’s Angels

I tyle by było z obiektywnego dziennikarstwa. Nawet nie próbuj go tutaj szukać, a na pewno nie w żadnym z moich zdań czy w tekstach kogokolwiek, kto przychodzi mi na myśl. Z wyjątkiem tabelek wyników sportowych, rezultatów wyścigów i zestawień wahań giełdowych, taka rzecz jak Obiektywne Dziennikarstwo nie istnieje. Samo to wyrażenie jest pompatycznym zaprzeczeniem.

Fear and Loathing on the Campaign Trail ’72

 

Hunter S. Thompson to jedna z najbarwniejszych postaci współczesnego dziennikarstwa i literatury, a jednocześnie ikona kontrkulturowego buntu wobec próbujących nas sobie codziennie podporządkować autorytetów. Samozwańczy doktor dziennikarstwa gonzo – stylu pisania, który nigdy nie znalazł żadnego innego przedstawiciela, oraz wielbiciel „dobrego przyjebania” marihuaną, meskaliną, kokainą, whisky i czym tam generalnie popadnie, Hunter S. Thompson aka. Raoul Duke, stanowił rzeczywistość samą w sobie – królestwo czystej fantazji.

Pomimo tego, iż pochodzenie terminu „gonzo” wydaje się równie niepewne, co pochodzenie Słowian, ten rewolucyjny stylu pisania zainspirował swoim heroizmem i brawurą wielu współczesnych pisarzy. W jednej z wersji określenie „gonzo” zostało stworzone przez Billa Cardoso, przyjaciele pisarza i dziennikarza Boston Globe. W drugiej Thompson podłapał je z kawałka anarchistycznego pianisty bluesowego, Jamesa Bookera.

Ten brak źródeł ciężko uznać za wadę, gdyż dzięki swojemu stylowi Thompson już za życia stał się legendą w Stanach Zjednoczonych. Kraj, który tak kochał, a jednocześnie tak mocno krytykował za postępującą degenerację społeczno-polityczną, był jego największą areną walki – obsesja ciemnego losu USA zdaje się niemal wyznaczać łuk jego pisarstwa.

Jako zdeklarowany nonkonformista, Thompson szkalował w swoich pismach hipokryzję polityczną, wiarę w obiektywizm, manipulację medialną, korupcję i fanatyczne podejście do zapisów legislacyjnych, uniemożliwiających wolne spożywanie psychedelików i innych środków zmieniających percepcję. Silnie związany całe życie z amerykańską kontrkulturą, stał się szczególnie znany z przerysowania najbardziej utopijnych z jej wizji, ujęcią ich w klamrę i pokazania, gdzie zdają się prowadzić.

Pomimo tego, Thompson był bez wątpienia jednym z największych romantyków amerykańskiej literatury, a jego słowa silnie odzwierciedlały postawy i marzenia pokolenia ’68. Po śmierci pisarza, gonzo zostało bez jednego”ale” uznane na całym świecie jako jeden z najbardziej nowatorskich nurtów pisarskich XX wieku, stanowiąc żelazny przykład tzw. Nowego Dziennikarstwa.

Jego trzy największe książki: Hell’s Angels: The Strange and Terrible Saga of the Outlaw Motorcycle Gangs (1966)Fear and Loathing in Las Vegas (1971) oraz Fear and Loathing on the Campaign Trail ’72 (1973), zostały napisane na fali idei kontrkultury lat ’60, stając się niejako dziennikiem jej rozwoju, upadku i przemiany. Thompson oprócz pisarskich strzałów w stronę gabinetu Richarda Nixona, przekazał w nich całkowity brak złudzeń wobec amerykańskiego społeczeństwa, systemu społeczno-politycznego i marzeń tych, którzy chcieli go zmienić „sięgając nieba”.

Mimo tego nie da się nie zauważyć, iż to w jego wielkiej osobowości szczególnie uwydatniła się potężna siła charakteru, która nawet pomimo śmierci epizodycznego dla kontrkultury okresu, wciąż była w stanie wzbudzać ogień przemiany. Reformatorski styl pisania Thompsona nie skończył się bowiem, jak taśma z nabojami, wraz z upadkiem kultury psychedelicznej, ale rozwijał się w ciągu następnej dekady. Doktor Gonzo stał ramię w ramię z politycznym aktywizmem i nieugaszonym gniewem na „niesprawiedliwości tego świata” całe swoje życie.

Thompson pomimo dużej sławy, która przyszła w latach ’70, nigdy nie wyrzekł się swoich libertyńskich przekonań i wspierał swoją twórczość przykładem własnego stylu życia kreując mit buntowniczego dziennikarza i jednostki za żadną cenę nie podporządkowanej zgredom. Podważając zaś wszystkie odgórne zasady, stał się mimowolnie wzorem do naśladowania dla tysięcy młodych ludzi. Jak powiedział bowiem Tom Wolfe: – To Thompsonowi zawdzięczamy nagły wykwit młodych dziennikarzy, którzy kompletnie nie potrafili pisać, ale na konferencjach prasowych siedzeli ubrani w hawajskie koszule i palili papierosy przez fifkę.

Ponad wszystko był jednak doktor gonzo niefrasobliwym dzieckiem swojego pokolenia. Mimo tego, że pozostawił w jednej ze swoich książek gorzki komentarz na temat stylu życia, który Timothy Leary pomógł wykreować w latach ’60, miał potem napisać o nim panegiryk w Rolling Stone, który wydrukowany został potem w limitowanej do 300 sztuk książeczce Mistah Leary – He Dead. Jego słowa były zaś bardziej niż wymowne: – Tim był wodzem. Zstąpił na Ziemię i pozostawił elegancki odcisk swojego kopyta na naszym życiu.

gonitwa kentucky

Hunter S. Thompson urodził się 18 lipca 1937 w miasteczku Louisville, w stanie Kentucky jako syn agenta ubezpieczeniowego i matki bibliotekarki. Był jednym z trojga rodzeństwa wychowując się w warunkach ekonomicznych niższej klasy średniej. Jego ojciec umarł, kiedy Hunter miał 15 lat i od tego czasu pozostawał jedynie pod opieką matki. Uczył się dobrze uczęszczając do szkół publicznych w Louisville, był także zapalonym sportowcem i członkiem szkolnego kółka literackiego.

Jak twierdziła jednak jego matka, był tzw. trudnym dzieckiem. W swoim pierwszym epizodzie na kilka tygodni przed maturą, został aresztowany przez policję za wykroczenie, związane z kradzieżą samochodu i skazany na sześćdziesiąt dni aresztu. W związku z dobrym zachowaniem odsiedział trzydzieści.

Krótko po wyjściu z aresztu (1956 r.), Thompson zaciągnął się do wojsk lotniczych i został odesłany do bazy Eglin Air Proving Ground w miasteczku Pensacola, na Florydzie. Tam też podjął swoją pierwszą pracę dziennikarską w miejscowej gazetce wojskowej jako redaktor działu sportowego przekonując swoich pracodawców, że ma duże doświadczenie dziennikarskie. Jak pisał później: – Ludzie, którzy mnie zatrudnili nie sprawdzali nawet mojego dziennikarskiego doświadczenia. Udało mi się trzymać ich w ignorancji jakiś miesiąc.

W tym czasie pisał także po cichu do innej miejscowej gazety pod pseudonimem Thorne Stockton łamiąc tym samym warunki swojego kontraktu (standardowa praktyka dziennikarska na całym świecie – sic!). Gdy został zwolniony z wojska w październiku 1957, natychmiast rzucił się w objęcia freelancerki żyjąc jednocześnie jak pół-nomad w Pennsylvanii i Nowym Jorku, zainspirowany stylem życie bitników.

Po wylądowaniu w Nowym Jorku pod imieniem Bill Thompson uczęszczał na zajęcia na Columbia University’s School of General Studies, gdzie ćwiczył się w pisaniu krótkich form. W tymże czasie powoli kształtował się jego gust literacki, gdyż Thompson przepisał na maszynie powieści Wielki Gatsby F.S. Fitzgeralda oraz Pożegnanie z Bronią Ernesta Hemingwaya mająca nadzieję zrozumieć dzięki temu ich warsztat pisarski. W jego głowie pracowała także głęboko twórczość Jacka Kerouaca, Allena Ginsberga i Williama S. Burroughsa (z którym miał się później zaprzyjaźnić). W tym samym czasie pracował krótko dla magazynu Time jako kopista za 50 dolarów na tydzień (jakieś 500 dolarów recesyjnych). Na początku 1959 został jednak wykopany z redakcji za niesubordynację.

W tym samym roku Thompson znalazł pracę jako reporter w dzienniku Middletown Daily Record, z którego wylany został z kolei za kopanie biurowej maszyny ze słodyczami i kłotnię z reklamodawcą. Z tego czasu pochodzą jego pierwsze listy i eseje, których katalogowanie stało się także obsesją wzorem Jacka Kerouaca. Wszystkie wydane zostały później w zbiorze The Proud Highway: Saga of a Desperate Southern Gentleman 1955-1967 (1998). Mniej więcej wtedy Thompson odkrył też twórczość jednego ze swoich głównych idoli, Henry’ego Louisa Menckena (1880-1956), amerykańskiego dziennikarza i komentatora politycznego o niezwykle libertariańskim usposobieniu.

Pod koniec 1959, zmęczony amerykańskim stylem życia i realiami dziennikarskiej profesji Thompson postanowił ruszyć na Karaiby. Gdy znalazł reklamę posady redaktorskiej w San Juan Star, w Puerto Rico, odpowiedział na nią z charakterystycznym dla siebie stylem: Upadek amerykańskiej prasy jest oczywisty już od dłuższego czasu, a mój czas zbyt cenny, by marnować go na wysiłki, które miałyby dostarczyć „człowiekowi na ulicy” dzienną porcję klisz, plotek i podniet erotycznych. Istnieje inna koncepcja dziennikarstwa, z którą możesz lub nie być zaznajomiony. Została ona wyryta na brązowej plakietce, w południowo-wschodnim rogu Times Tower w Nowym Jorku.

hunter_s_thompson_big_sur

Mimo, że otrzymał krótką, cyniczną odpowiedź od redaktora naczelnego, udało mu się złapać posadę w tygodniku kręglarskim El Sportivo. Praca ta nie trwała jednak długo, gdyż czeki okazywały się albo bez pokrycia, albo w ogóle nie przychodziły, co stawiało Thompsona w bardzo tudnej sytuacji materialnej.

Młody dziennikarz nie zrezygnował jednak ze swojej pisarskiej pasji atakując innych wydawców. Osamotniony, postanowił też w końcu sprowadzić do San Juan swoją dziewczynę Sandy Conklin, z którą podróżował przez pewien czas po Ameryce Południowej, na co pozwoliły mu freelancerskie kontrakty z nowojorskim New York Herald Tribune oraz Louisville Courier-Journal, gazetą z jego rodzinnych stron.

Dla obydwóch udawało mu się z powodzeniem opisywać życie miejscowych prostytutek, przemytników i handlarzy dragów oraz przygotowywać do napisania dwóch powieści: nigdy nie opublikowanej Prince Jellyfish oraz Dziennika Rumowego (1997), którą ukończył dopiero po powrocie do Nowego Jorku. Druga z tych książek pewnie nigdy nie ujrzałaby światła dziennego – odrzucana po kolei tuż po napisaniu przez wszystkich potencjalnych wydawców – gdyby Thompson nie zdecydował się jej opublikować nękany dotkliwym brakiem gotówki.

Szukając wraz ze swom przyjacielem, Paulem Semoninem, zajęcia jako pisarz, Thompson przeprowadził się następnie do Big Sur, w Kalifornii, gdzie znalazł pracę jako ochroniarz w Big Sur Hot Springs, które wtedy właśnie zmieniały nazwę na Instytut Esalen. Jako insajder napisał artykuł o bywalcach tego modnego wówczas kurortu duchowego dla magazynu Rogue, w którym objawił jego popularność wśród miejscowych gejów, co nie zjednało mu sympatii landlady i zaskutkowało wymówieniem umowy najmu jego mieszkania.

Thompson ponownie udał się więc w podróż po Ameryce Południowej, skąd prowadził tym razem freelancerską korespondencję dla dziennika National Observer. Praca dla tego pisma okazała się przełomem, dającym Thompsonowi solidną renomę w środowisku dziennikarskim, przyciągając oko Cary’ego Williamsa, redaktora The Nation, który zlecił mu napisanie artykułu na temat życia członków Free Speech Movement w kampusie Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley.

Był rok 1963, Thompson ożenił się ze swoją dziewczyną i przeniósł do Woody Creek nieopodal Aspen, w stanie Colorado. W listopadzie razem z całym krajem przeżył jednak szok obserwując zabójstwo JFK. Tak narodziła się słynne wyrażenie „fear and loathing”, którym Thompson starał się opisać myśli i emocje, zrodzone z tego horroru.

Krótko potem Thompson osiadł w San Francisco, które było dla niego idalną bazą do napisania kolejnego artykułu dla The Nation. Tym razem miał być to zapis przeżyć z jazdy z klubem motocyklowym Hell’s Angels. Artykuł ukazał się 17 maja 1965 i zrobił furorę, na fali której Thompson podpisał kontrakt na całą książkę o Hell’s Angels. Zbierając materiały, Thompson wszedł głęboko w środowisko kontrkulturowe San Francisco i okolic (tzw. Bay Area) zaprzyjaźniając się m.in. z zespołem Jefferson Airplane, Allenem Ginsbergiem i Kenem Keseym, którego zapoznał w zamian z członkami Hell’s Angels (co opisane jest w samej książce). Jego zapisy z dyktafonu posłużyły także pomocą w napisaniu przez Toma Wolfe’a Próby Kwasu w Elektryczne Oranżadzie.

Fearandloathing_rollingstone

Jego niezwykły reportaż ukazał się w 1966 nakładem wydawnictwa Random House. Książka szybko stała się bestsellerem ze względu na zaprezentowany w niej punkt widzenia (nikt wcześniej nie napisał o klubie nic, wychodzącego poza tanią sensację) i głębokość obserwacji (klub nie dopuścił do siebie wcześniej żadnego dziennikarza), co pozwoliło Thompsonowi wybierać w ofertach pracy dziennikarskiej w całym kraju.

Opromieniony pierwszą sławą Thompson powrócił do Woody Creek, gdzie starał się pisać i choć trochę ustabilizować ze względu na syna Juana. Była to jedak sprawa przegrana. Dom wciąż nawiedzały tłumy gości, w tym Oscar „Zeta” Acosta, samoański prawnik z Los Angeles, z którym pisarz zawiązał spisek w celu napisania dzieła o upadku amerykańskiego snu, a używanie alkoholu i dragów tylko przybierało na sile.

Gdy nadszedł pamiętny rok 1968, Doktor Gonzo był już mocno zaaferowany polityką. W dziennikarskiej misji udał się więc na obserwację sierpniowych obrad Konwencji Partii Demokratyczej w Chicago. Brutalne przejęcie władzy w partii przez Huberta Humphreya, któremu towarzyszyła świeża jeszcze śmierć Roberta Kennedy’ego, stało się w jego oczach jednym z najmroczniejszych epizodów w historii Stanów Zjednoczonych.

Protesty Nowej Lewicy (m.in. Students for Democratic Society, Vietnam Summer, Women’s Liberation Front), połączone z happeningiem yipisów, którzy postanowili obwołać kandydatem na prezydenta świnię imieniem Pegasus, przerodziły się w krwawe zamieszki z użyciem gazu, pałek, armatek wodnych i broni palnej. 23 tys. policjantów i członków stanowej gwardii narodowej dosłownie zmasakrowały 10 tys. protestantów na oczach kamer telewizyjnych mając za sobą oficjalne poparcie prezydenta Lyndona B. Johnsona i ciche wsparcie amerykańskiego społeczeństwa, pałającego nienawiścią do całego ruchu antywojennego (wydarzenia chicagowskie posłużyły m.in. za inspirację dla Oka w Piramidzie). Sam pisarz został podczas zamieszek wyrzucony przez szybę.

O wywołanie przemocy oskarżono yipisów (słynny, perfidnie sfingowany proces Chicagowskiej Siódemki), ale Thompson nie miał złudzeń co do rozkazów, które spłynęły do oddziałów policji i gwardii narodowej, brutalnie pacyfikującej protestujących. Załamany tym, co zobaczył, wrócił na swoją farmę całkowicie odmieniony. Jak poświadczyła jego żona: „płacząc po raz pierwszy, jak małe dziecko”.

To wtedy zakiełkował w nim polityczny gniew i pragnienie zerwania z brudem dotychczasowego stylu rządzenia. Thompson postanowił „pobić skurwysynów na ich własnym terenie” i wystartować w wyborach na szeryfa w Aspen (jesień 1969) z ramienia partii Freak Power proponując m.in. legalizację psychedelików. Przegrał o włos, ale jego kampania wyborcza stała się absolutną legendą anty-kampanii politycznych, a artykuł „The Battle Of Aspen”, opisujący ją we wszystkich szczegółach stał się jego pierwszym materiałem dla pisma Rolling Stone (październik 1970).

hunter_s_thompson_photo

Lata 1970-73 były dla Doktora Gonzo złotym okresem, to wtedy bowiem zrodziły się, zainspirowana upadkiem rewolucji psychedelicznej, okresem nixonowskiej paranoji i jego własnymi przygodami dziennikarskimi, Fear and Loathing in Las Vegas oraz nastawiona na ukazanie „drugiej strony” amerykańskiej polityki, Fear and Loathing on the Campaign Trail ’72.

Potem, jak sugeruje kilka osób w dokumencie Gonzo: The Life and Work of Dr. Hunter S. Thompson (2008), w tym pierwsza żona doktora, Sandy, Jann Wenner (red. naczelny Rolling Stone) oraz rysownik Ralph Steadman, Hunter spoczął głównie na zbieraniu owoców swojej sławy, która zaczęła go powoli przerastać. Osiadły na swojej farmie w Woody Creek, pisarz kolekcjonował broń palną (jego kolekcja doszła do 22 sztuk – wszystkie zawsze naładowane), pił, wciągał kokainę i mocno imprezował pisząc od czasu do czasu dla Rolling Stone.

W tymże dokumencie, jak też w biografii książkowej o tym samym tytule, jego „sturlanie się w dół” Jann Wenner przypisuje nieukończonemu materiałowi na temat walki Muhammada Ali’ego w Zairze, który miał być realną cezurą – oznaką zaniku mocy twórczej. Wtedy też na jaw zaczęło wychodzić, że pisarz pogrąża się w otchłani alkoholizmu, choroby z której nigdy miał się nie wyleczyć.

Wiele wskazuje na to, że Thompson przestał sobie wtedy też radzić z drugą stroną swojej osobowości (którą sam nazwał Raoul Duke), nabierającą mimowolnie coraz bardziej mitycznych kształtów. Jak możemy przypuszczać mógł być to także, dobrze znany twardym zawodnikom, syndrom „wyprania mózgu” przez alkohol, psychedeliki i kokainę… te wszystkie małe przyjemności. Nie pomagały także ciągłe orgie i romanse z kobietami, które zaprowadziły go w końcu do rozwodu z jego żoną, Sandy.

Na świeży powiew trzeba czekać dość długo. W 1979 wychodzi pierwsza część trylogii, będąca jednocześnie zbiorem jego wczesnych artykułów, Gonzo Papers, Vol. 1: The Great Shark Hunt, który pozwala zagłębić się w proces kreowania przez pisarza jego heroicznego stylu. Następnie Thompson publikuje uznawaną za nawiększy diament tego okresu, książkę The Curse Of Lono (1983), opisującą „dziką jazdę na Hawajach”. Książka ta prawdopodobnie nigdy nie zostałaby opublikowana, gdyby nie wysiłek agenta literackiego, który sam musiał złożyć ją do kupy.

Na następne czytadło trzeba czekać pięć lat, tym razem dostajemy od pisarza bezlitosną analizę stylu życia pokolenia yuppie jako Gonzo Papers, Vol. 2: Generation Of Swine (1988) i w końcu Gonzo Papers, Vol. 3: Songs of the Doomed (1990), gorzką rozprawę z epoką Reagana, zawierającą także fragmenty niepublikowanych wczesniej prac oraz teksty krytyczne na temat technokratyzacji amerykańskiego społeczeństwa i współczesnego stylu pracy dziennikarskiej.

great_shark_hunt

W 1980 na ekrany wchodzi pierwszy film, zainspirowany postacią Thompsona, Where The Buffalo Roam z Billem Murrayem w roli głównej. Film pomimo bycia oficjalnym hołdem nie przypada pisarzowi do gustu, ze względu na sparodiowanie jego stylu życia, ale znajduje masę wielbicieli. Na zrealizowanie wielkiego pragnienia, ujrzenia filmu, nakręconego na podstawie jednej ze swoich książek, Thompson musi czekać aż do 1998, kiedy genialny Terry Gilliam realizuje Fear and Loathing in Las Vegas z Johnnym Deppem w roli głównej. Film należy już obecnie do klasyki kina psychedelicznego i jest również jednym z moich ulubionych filmów.

Jak uważa kilku z biografów Thompsona, wielki doktor gonzo wraca do formy wraz z wzięciem pod lupę kariery Billa Clintona i napisania na ten temat książki Gonzo Papers, Vol. 4: Better Than Sex, Confessions of a Political Junkie (1994) oraz na fali wyżej wymienionego filmu. W 2001 zatacza też koło i ponownie zaczyna prowadzić kolumnę sportową, tym razem jest to „Hey Rube!” dla witryny ESPN.com. Służy mu ona głównie do rozprawy z wrogami politycznymi i do klasycznego abstrahowania od sportu w stronę gonzo z dużym naciskiem na psychologiczne tajniki hazardu.

W 2001 Thompson (jak i wszyscy to czytający) staje się świadkiem zawalenia Twin Towers w Nowym Jorku nie omieszkając jako jeden z wielu nadać temu wydarzeniu rangi epokowego przełomu. Jego ostatnia książka, Kingdom Of Fear: Loathsome Secrets of a Star-Crossed Child in The Final Days of the American Century (2003) wychodzi od epoki terroru, zapoczątkowanej przez rządy George’a Busha lecz staje się głównie rodzajem gonzo pamiętnika uzyskując bardzo pozytywne recenzje i stanowiąc też jedną z jego najlepszych książek w ogóle.

gonzo_symbol

Gdy już wydaje się, że Thompson zaczyna swoją drugą młodość literacką, 20 lutego 2005 r. odbiera sobie życie strzałem w głowę na swojej farmie w Woody Creek, przed maszyną do pisania. Przy trupie zostaje znaleziony pistolet pół-automatyczny Smith & Wesson 645 załadowany amunicją typu 99.45 ACP (automatic pistol cartridge), jedna z ulubionych broni Thompsona. Broń ma pełen magazynek, ale u stóp pisarza policja znajduje jedną łuskę. Samobójstwo nie było jednak aż taką niespodzianką, co potwierdzają wypowiedzi przyjaciół HST w „Gonzo” pod redakcją Jana Wennera.

Pisarz miał się nieoficjalnie żegnać ze swoimi przyjaciółmi na klika miesięcy przed pociągnięciem za spust niemalże mówiąc prosto w twarz, na co się decyduje. Jego ciało zostaje na osobiste życzenie skremowane, a prochy wystrzelone w powietrze z gigantycznej armaty, odlanej w symbol gonzo z towarzyszącymy fajerwerkami, w takt muzyki Mister Tambourine Man Boba Dylana. Gigantyczne koszty pogrzebu pokrywa Johnny Depp. Jak potwierdzają wszyscy jego przyjaciele i rodzina, Thomspon tak właśnie pragnął odejść i nic skromniejszego nigdy by go nie zadowoliło…

Conradino Beb

 

Koniecznie zobacz też:

Literackie ekscesy Huntera S. Thompsona, czyli po nitce do kłębka

Współczesne ars moriendi – w oparach niezaprzeczalnych dragów oraz twardego geniuszu

Hunter S. Thompson: dobry doktor mówi wszystko… o Carterze, kokainie, adrenalinie i narodzinach dziennikarstwa gonzo [Ron Rosenbaum / High Times]

 

…oraz kanoniczne teksty Thompsona w MGV:

Wspomnienia z nieszczęsnego weekendu w Waszyngtonie

Pierwsze odwiedziny u Mescalito

Gonitwa Kentucky jest dekadencka i zdegenerowana