Archiwa tagu: body horror

„The Birth Of Body Horror” objaśnia korzenie kultowego gatunku filmowego

Body horror zaczyna się upowszechniać w połowie lat ’70 wraz z pierwszymi dziełami Davida Cronenberga takimi jak Dreszcze czy Wściekłość, do czego wkrótce dochodzi Obcy w reż. Ridleya Scotta, który zapoczątkował jedną z najdłużej eksploatowanych franczyz w historii przemysłu filmowego.

The Birth of Body Horror tłumaczy korzenie i losy gatunku, który efektownie straszy widzów mutacjami, chorobami i pasożytami ludzkiego ciała!

(Materiał z angielskimi napisami)

Debbie Harry i kontrowersje wokół „Wideodromu”

Debbie Harry została obsadzona przez Davida Cronenberga w Wideodromie (1983) w roli Nicki, mimo że nie miała w zasadzie żadnego doświadczenia aktorskiego. Ale mało wówczas znany reżyser pokręconych horrorów nie mógł przejść obojętnie nad tym, że piosenkarka znała Williama Burroughsa, Allena Ginsberga, była gwiazdą nowojorskiej Nowej Fali, a jej zespół, Blondie, wyprzedał swój album Eat to the Beat (1979) na poziomie platyny!

Jak mówi Debbie w wywiadzie udzielonym magazynowi Prevue March w kwietniu 1983: Lubię horror, thriller, fantasy, także science-fiction. W ten sposób poznałam Davida. To bardzo etyczny filmowiec, który ma unikalną filozofię, przenikającą wszystkie jego obrazy. Podoba mi się to (…)

Horrory bardzo mnie przerażają, więc chowam się za rękami, zamykam oczy i dopiero wtedy zerkam przez dziurkę. Psychoza naprawdę mnie przeraziła, kiedy obejrzałam ją po raz pierwszy. Omen był dobry, ale trzecia część już mi się nie podobała. Podobał mi się też Halloween, ale sequel nie był już tak intensywny. Egzorcysta był przerażający. Nie widziałam Amerykańskiego wilkołaka, Halloween III, Poltergeista i kilku innych nowości.

debbie_harry_bbc1_interview_1983
Debbie Harry udziela wywiadu BBC1 / 1983

Jestem prawdziwą kinomanką. Wydaje mi się, że to sprawa myślenia wizualnego. Na przykład, kiedy mam jakiś pomysł, widzę go jako obraz, prawie jak film. Rozwijam go stosując wizualizację, zamiast używać słów czy uczuć. Nie oglądam jednak bardzo starych filmów, bo techniki aktorskie są dla mnie śmieszne, trochę nie na czasie.

Do obsady Wideodromu Debbie Harry trafiła standardowo. Skontaktował się z nią agent Cronenberga, który zorganizował spotkanie z producentami w Nowym Jorku, po którym gwiazda poleciała do Toronto na rozmowę z reżyserem. Artysta początkowo nie był przekonany, że piosenkarka pasuje do roli, ale ta przekonała go przechodząc pozytywnie test ekranowy. Dalsze rozmowy pozwoliły też filmowej debiutantce zrozumieć różnicę pomiędzy rockową ekspresją sceniczną i pracą aktorską.

Wideodrom zszokował nie tylko fanów Blondie, ale również dziennikarzy i wielu kinomanów. Film nie zrobił również furory kasowej, zarabiając $3 mln mniej niż kosztował. Jednak sukces artystyczny, połączony z pozytywnymi opiniami takich osobistości jak Andy Warhol, a także szeroka dystrybucja na VHS, popchnęły z czasem dzieło Cronenberga w stronę szufladki z obrazami kultowymi, w której figuruje on do dziś!

Ciekawym komentarzem do tych historycznych kontrowersji pozostaje wywiad Debbie Harry dla BBC1, w którym broni ona filmu Cronenberga. Ten pojawił się w Wielkiej Brytanii, gdy kraj zaczynała ogarniać histeria video nasties i „złego wpływu” telewizji. Piosenkarka sięga, co ciekawe, do myśli McLuhana, żeby wyjaśnić, iż szokująca warstwa Wideodromu ma swoją ideologiczną podbudowę, nawet jeśli warstwa wizualna jest bardzo niepokojąca.

Nekromantik (1987)

nekromantik_poster

Jak głosi motto filmu: Wszystko co żywe, ma swój początek w śmierci, co w subtelny sposób odsyła nas do treści Nekromantika – nekrofilii, dewiacji seksualnej polegającej na odbywaniu stosunku płciowego z osobą zmarłą (nazwa znana jest od XIX wieku). Temat obecny w kinie głównie w obrazach klasy B, stał się nieprzejednanym tabu dla wielu autorów, nawet spod znaku kina eksploatacji.

Oczywiście, nie możemy zapominać o Włoszech, gdzie m.in. Riccardo Freda próbował zgłębić temat swoim dyptykiem o doktorze Hichcocku, zaś w późniejszych latach tą tematyką próbował interesować widza Joe D’Amato w doskonałym Buio Omega. Ich śladami poszedł Jörg Buttgereit, który najpierw w krótkim metrażu Hot Love zarysował ów temat, by w pełni go rozwinąć w swoim najbardziej znanym dziele, Nekromantiku. Należy z góry zaznaczyć, iż nie bawił się w on w żadne metafory czy mgliste nawiązania – w obrazie śmierć widzimy w jej pełnej, jakże rzeczywistej formie.

Postacią centralną filmu jest Robert Schmadtke (Daktari Lorenz), pracownik Agencji Oczyszczania Miasta Joego (JSA). Jego praca polega na sprzątaniu miejsc po wypadkach samochodowych i zabójstwach. Nielubiany przez kolegów z pracy, Rob ma niezwykłe hobby, kolekcjonuje wraz ze swoją dziewczyną Betty (Beatrice M.) fragmenty ludzkich zwłok, które konserwuje w swoim mieszkaniu w słojach z formaliną.

Gdy pewnego dnia ma przetransportować ciało zabitego mężczyzny, Robert wpada jednak na pomysł sprawienia prezentu swojej nienasyconej ukochanej – oto gnijące zwłoki przynosi do domu i składa do wspólnego łoża, rozpoczynając niesamowite pożycie między trojgiem ciał. W przerwach między erotycznymi figlami kościotrup zawisa na ścianie ich mieszkania, tuż obok plakatu nagiej kobiety, jako swoisty stymulant erotycznych doznań pary nekrofilów. Pech chce jednak, że prześladowany przez kolegów Robert traci pracę, głównie z powodu swej alienacji.

Brak pracy równa się brakowi dostaw świeżych zwłok, a to za dużo dla Betty, która zabiera kościotrupa i pewnego dnia opuszcza zaciszny kącik zakochanych, kierując swe kroki ku bogatszemu partnerowi. Robert, nie mogąc pogodzić się z samotnością, zaczyna coraz bardziej oswajać się z myślami o śmierci. Niezrozumiany przez innych, chce w jak najbardziej bolesny sposób rozstać się ze światem.

Pełnometrażowy debiut Buttgereita to obraz kultowy w pełnym tego słowa znaczeniu. Tuż po premierze wywołał on obyczajowy skandal, zyskując status dzieła zakazanego w większości krajów, do których trafił, oraz miano najbardziej chorego, groteskowego i jednocześnie rewolucyjnego horroru wszech czasów. Trudno było jednak spodziewać się innej reakcji widzów, recenzentów, a przede wszystkim strażników moralności.

Film łamie wszelkie możliwe tabu związane ze śmiercią, każąc widzowi wpatrywać się w zwłoki, czyniąc to w sposób beznamiętny, koncentrując się na ukazywaniu scen agonii. Ale dokumentalne sekwencje patroszenia królika są moim zdaniem niepotrzebne, nawet jeśli w teorii mają zrównywać rzeczywistość filmową z prawdziwym życiem, dając mu posmak dzieła eksperymentalnego, do pewnego stopnia transgresyjnego, niczym w filmach Nicka Zedda czy Richarda Kerna.

Co bardzo charakterystyczne, to że obserwując kolejne próby bohatera zbliżające go do upragnionego końca, nie jesteśmy w stanie się z nim utożsamić, nawet mimo subiektywizacji narracji oraz pewnego rodzaju współczucia okazywanego mu przez reżysera. Zostawiony przez kochankę na rzecz zwłok, całkowicie osamotniony ze swoimi ponurymi myślami, Robert nie jest w stanie powrócić do normalnej życiowej aktywności (choć czy takową osiągnął nie jesteśmy w stanie stwierdzić).

Wyzwoleniem dla niego może być tylko śmierć i w krwawym, choć groteskowym finale, reżyser nie pozostawia nam co do tego żadnych złudzeń. O ile pierwsze uniesienia, związane z bliskością śmierci, mogły być w pewien sposób odbierane jako romantyczne, o tyle sama śmierć takowa nie jest – to pełen krwi i innych płynów ustrojowych odpychający spektakl, z którym nigdy nie będziemy w stanie się oswoić. Choć dziś, 27 lat po premierze, współczesny widz widział na ekranie dużo gorsze rzeczy, debiut  Buttgereita nadal powoduje obrzydzenie i szok wśród publiczności, pozostając niechcianym wyrzutkiem kina.

Sam reżyser, mówiąc o kulisach powstawania debiutu, wyraźnie zaznacza, iż w finałowej scenie chciał ukazać relację między życiem, śmiercią, a seksualnym momentem uniesienia: Wraz z Franzem Rodenkirchenem (współscenarzystą obrazu – przyp. autor) rozmawialiśmy o związku między życiem, śmiercią, a miłością. Orgazm jako forma ekscytacji równa momentowi śmierci – czy to podobne uniesienie? Idea osoby przeżywającej swoją śmierć w formie radosnej, z samobójstwem rozumianym jako pozytywna rzecz, była dla nas bardzo kusząca.

Rozpatrywanego w ten sposób Nekromantika można podzielić na dwie części. W pierwszej poznajemy parę głównych bohaterów – nieśmiałego, zamkniętego w sobie Roba i ekstrawertyczną, pewną siebie Betty, której związek z chłopakiem jest spowodowany jedynie perwersyjną przyjemnością, jaką czerpie z widoku i bliskości zwłok. Tu obserwujemy codzienne zmagania Roba, polegające na czyszczeniu miejsc wypadków, brak bliższych znajomości, nieumiejętność wyjścia z pancerza dziwaka–samotnika. Na jego twarzy nie gości nigdy uśmiech, nie odczuwa on żadnych przyjemności – to typowy przedstawiciel klasy robotniczej, wieczorami oddający się swojemu hobby, które sprawia, że odżywa.

Druga część obrazu rozpoczyna się zaś wraz z odejściem Betty. Rob popada w depresję spowodowaną brakiem ukochanej, która kończy się w tragiczny sposób, by snuć się po mieście, nie mogąc poradzić sobie z odrzuceniem i samotnością. Przypadkowa wizyta w kinie, na seansie krwawego slashera, tylko pogłębia jego stan. Oddając się w objęcia prostytutki, ma już wyraźnie zarysowany plan działania, w którym jej śmierć jest tylko początkiem większego planu. Finałowe sceny są nieuchronnym następstwem działań bohatera. Obrzydliwe zakończenie obrazu pozostawia w widzu duży niesmak, jednocześnie zostawiając ostatnią sceną otwartą furtkę do realizacji sequela.

Co zaś, po prawie 30 lat od powstania filmu, można powiedzieć o nim dziś? Sama tematyka dawno przestała być kontrowersyjna, jak i też sposób jej ukazania. W kinie amerykańskim mamy np. Freda Vogela, który w swoich podziemnych obrazach z serii August Underground posunął się jeszcze dalej w kwestii ukazywania śmierci. Widza nieobytego z kinem klasy B na pewno razić będzie też słaby montaż, jak i surowość samego obrazu. Jednak minimalistyczna muzyka fortepianowa przetrwała próbę czasu, choć udźwiękowienie również pozostawia wiele do życzenia. To są jednak uroki realizowania filmu prawie bez żadnych pieniędzy, nad którymi po prostu należy przejść do porządku dziennego.

Współczesna interpretacja obrazu wydaje się odzwierciedlać zmiany społeczne ostatnich 30 lat. Obecnie przedstawia się go jako „przewrotną i makabryczną fantazję, pozbawioną odniesień do rzeczywistości” (Piotr Sawicki, Odrażające, brudne, złe. 100 filmów gore), czy „chory, seksualny żart, będący ostateczną obroną najczarniejszych snów twórców horroru, będących katartyczną terapią dla artysty i widza” (Bryant Frazer w swojej recenzji obrazu, zamieszczonej na oficjalnej stronie reżysera). Tak czy owak, każdy z nas powinien sam zadecydować, czy jest sens doszukiwać się w tym obrazie drugiego dna.

Kuba Haczek (The Blog That Screamed)

 

Oryginalny tytuł: Nekromantik
Produkcja: Niemcy, 1987
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 5/5

Mapy gwiazd (2014)

mapstothestars_poster

W Hollywood popularne jest stare powiedzenie, że wszystkie filmy tam nakręcone są w pewnym sensie filmami o samym Hollywood i jeśli przyjrzeć się uważnie produkcjom z Fabryki Snów jest w nim wiele prawdy – mniej lub bardziej dyskretne analogie i odniesienia do życia filmowej elity są integralną częścią wielu z amerykańskich obrazów, nieważne jak dobrych, czy jak kiepskich.

To jednak świat daleki od filmowego ideału, który nieustannie balansuje na granicy prawdy i fikcji, sukcesu i porażki, czy ostatecznie sławy i zapomnienia. To świat, który ma swoje – już w zasadzie legendarne i dobrze opisane – mroczne podbrzusze w postaci arogancji, zawiści, nałogów, perwersji i psychozy.

Ten odrębny stan rzeczywistości, w którym żyje hollywoodzki światek, był w przeszłości tematem wielu świetnych książek, a także wielu genialnych filmów, do śmietanki których należą chociażby mityczny Bulwar Zachodzącego Słońca Billy’ego Wildera, kultowa komedia Przyjęcie z Peterem Sellersem w roli głównej czy Gracz, wielki powrót do formy Roberta Altmana.

Ale Mapy gwiazd Cronenberga to film nieco mroczniejszy, cyniczne stadium postępującej neurozy i schizofrenii, w którym maestro psychologicznej makabry znajduje miejsce na powrót do swoich klasycznych chwytów (fani Skanerów na pewno je docenią).

Po słabym Cosmopolis, zbudowanym na chwiejnym scenariuszu i dość niewyraźnej grze aktorskiej, Cronenberg zabrał się ponownie za to, co zawsze potrafił robić najlepiej, czyli pokazywanie mroków ludzkiej natury. Artysta nie wyszedłby jednak z tej gry obronną ręką, gdyby nie rewelacyjny materiał Bruce’a Wagnera, znanego m.in. z Koszmaru z ulicy Wiązów III, ale przede wszystkim usuniętego na bok scenarzysty, który spędził całe życie w Hollywood, pracując przez długi okres jako kierowca limuzyny dla celebrytów, co pozwoliło mu poznać te mniej rozkoszne strony gwiazd filmowych.

W Mapach gwiazd stajemy się świadkami drogi przez schizofrenię upadłej aktorki Havany Segrand, granej przez wielką Julianne Moore (Boogie Nights, Magnolia, Big Lebowski), która chce powrócić do sławy za sprawą remake’u czarno-białego filmu ze swoją matką w roli głównej, co ma jej pomóc w skonfrontowaniu się z urazami spowodowanymi przez molestowanie seksualne w dzieciństwie.

By trzymać chorobę pod kontrolą Havana uczęszcza na neo-reichowską terapię prowadzoną przez Dr. Stafforda Weissa (John Cusack), którego syn Benjie (Evan Bird) znajduje się na drugim biegunie kariery, będąc wschodzącą gwiazdą franczyzy teen slasherów o uroczej nazwie Bad Babysitter.

Ale choć Benjie ma jedynie 14 lat, już udziela mu się stres życia zawodowego. Dzieciak zdążył przejść odwyk alkoholowy, a do tego ma siostrę, która w wieku 11 lat została wysłana na Florydę na przymusowe leczenie psychiatryczne. Agatha, w roli której obsadzona została niezwykle w ostatnich latach popularna Mia Wasikowska, wraca jednak do Los Angeles, gdyż właśnie skończyła 18 lat, a jej „kariera” zawiązuje przy tym akcję filmu.

To przez nią poznajemy ostatecznie postać reprezentującą sam dół hollywoodzkiej drabiny sławy, początkującego aktora Jerome’a (owiany sławą Twilight Robert Pattinson), który stanie się zarówno obiektem jej pożądania, jak też akumulatorem jej szaleństwa.

Tak, scenariusz Wagnera zdecydowanie obfituje w pokręcone, sprzeczne charaktery (samo życie), które na każdym kroku wypluwają z siebie wyjątkowo cyniczne linijki. Te czasem śmieszą, czasem fascynują, ale niemal zawsze wzbudzają podziw dla Cronenberga, który dał im scenerię, w której mogą naprawdę wybrzmieć.

I choć artysta wiele razy udowodnił w przeszłości, że jak nikt inny potrafi unikać samocenzury, a dzięki temu realizować dzieła bezkompromisowe, bez grama lukru, ostatnimi czasy jego filmy były dosyć słabe. Ale Mapy gwiazd wyraźnie pokazują, że weterana wciąż nie wolno spisywać na straty!

Z zasłużenie nagrodzoną Złotą Palmą w Cannes za pierwszoplanową rolę żeńską Julianne Moore, Mapy gwiazd oferują prawdziwe aktorskie widowisko, w którym oprócz wyżej wymienionej nieprzeciętny talent pokazują zarówno John Cusack (choć tu zdziwienia nie ma), Evan Bird (dla mnie to odkrycie), co i Mia Wasikowska, która powoli staje się kluczową odtwórczynią ról młodych psychopatek w Hollywood.

Nie prezentuje wprawdzie jakiegoś specjalnego sznytu Robert Pattinson, ale jego rola jest także, co trzeba podkreślić, dość ograniczona. W epizodycznej kreacji pojawia się także piękna i seksowna Sarah Gadon, którą w nieco większej roli można obejrzeć w znakomitym Wrogu.

Pomimo tych wszystkich zalet Mapy gwiazd nie są jednak filmem idealnym! Są tu ujęcia, które prezentują się dość pokracznie. Jasne, Cronenberg chciał oddać kalifornijski kult dizajnu wnętrz poprzez stosowanie ostrego oświetlenia i i szerokich kątów, ale to uderza nieco w duszną atmosferę filmu. Ta zostaje mocno osadzona w granicach dramatu psychologicznego… do momentu, w którym pojawia się pasja mistrza, czyli stary dobry body horror.

Czy jest on tu jednak na miejscu? Osobiście, miałem mieszane uczucia. Pomimo bardzo dobrych dialogów obraz zdaje się również miejscami nieco przegadany i na skutek tego do akcji wkrada się nuda. Wciąż jest to jednak najlepszy film artysty od Historii przemocy i należy go obejrzeć obowiązkowo!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Maps to the Stars
Produkcja: Kanada/USA, 2014
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films
Ocena MGV: 4/5

Wściekłość (1977)

rabid-poster-1977

Legendarna Marylin Chambers gra swoją pierwszą niepornograficzną rolę w tym niezapomnianym body horrorze Davida Cronenberga, wyprodukowanym w celu rozwinięcia paranoicznych wątków z bardzo dobrze przyjętych Dreszczy. Ale reżyser przyznał się post factum, że na jego decyzję nie wpłynał sukces Za zielonymi drzwiami – którego nie widział – wyreżyserowanego przez braci Mitchell na fali popularności Głębokiego gardła, ale odmowa zatrudnienia przez studio Sissy Spacek (gwiazdy Carrie) operującej ciężkim, teksaskim akcentem.

Wściekłość jest filmem zainspirowanym epidemicznym horrorem The Crazies w reż. George’a A. Romera, który wyszedł kilka lat wcześniej, by szybko umrzeć w amerykańskich drive-inach i należy do całej serii dzieł Cronenberga eksplorujących wątki transformacji ciała, wpływu technologii na człowieka i karnalnego buntu (we Wściekłości znajdziemy krótkie ujęcie na Wstęp do psychonalizy Freuda czytany przez jedną z późniejszych ofiar), które po ostatecznym wyczerpaniu  w ramach kina gatunkowego staną się podbudową bardziej autorskich obrazów tj. Crash (1996).

Operując na kanwie surrealistycznego pomysłu o przeszczepie skóry, który zaczyna żyć własnym życiem w ciele młodej motocyklistki poturbowanej w wypadku drogowym, Cronenberg personalizuje strach w formie zombie-wampira roznoszącego tajemniczy rodzaj wścieklizny, wywołującej opętanie żądzą krwi! Na chorobę nie ma oczywiście lekarstwa i gdy po ulicach zaczną szaleć toczące pianę z ust kreatury, gubernator Quebecu wprowadza stan wyjątkowy z poleceniem odstrzelenia wszystkiego co wściekłe.

To zbliża z kolei film Cronenberga do apokaliptycznych klimatów rodem z Dnia żywych trupów czy Wioski przeklętych – filmów, które bazują zasadniczo na epidemii zagrożenia. Ten pierwszy straszy plagą zombie, a drugi wszechpotężnymi dziećmi nie z tej ziemi, od czego Wściekłość dzieli zaledwie rzut beretem. Tak, jak i we wspomnianych klasykach, akcja nabiera również w pewnym momencie zabarwienia politycznego, gdy okazuje się, że humanizm nie jest dłużej faworyzowaną opcją i żeby uratować ludzkość trzeba wybrać „mniejsze zło”.

Pomimo fantastycznie odmalowanej atmosfery strachu i ślicznych cycków Marilyn Chambers, Wściekłości brakuje jednak do pełnego sukcesu kilku zasadniczych elementów. Pierwszym jest aktorstwo, które oprócz roli Franka Moore’a, trzeba traktować z dużym przymrużeniem oka. Postaci najlepiej prezentują się, gdy nie mówią zupełnie nic, stąd najbardziej efektowne sceny to te, w których kolejny staruszek rzuca się na przypadkowego przechodnia, by przegryźć mu tętnicę, ktoś wypada z szafy w ciemności bełkocząc GRRRR albo kamera dokonuje zbliżenia na czerwonego fallusa wychodzącego spod pachy.

Dość przeciętne są także zdjęcia i montaż (Cronenberg dopiero później dobrał sobie współpracowników na poziomie), choć film ratuje na szczęście ciekawy scenariusz. Ale reżyseria jest niestety gorsza niż w Dreszczach (na co zwracają uwagę praktycznie wszyscy krytycy). Historia jest opowiedziana w bardzo nieskładny sposób, ze źle zaaranżowanymi scenami, które tak naprawdę można by wyciąć, co sprawia że w drugiej połowie Wściekłość bardzo traci na klimacie i robi się zwyczajnie nudna.

Gdzieś ten chaos ratuje wprawdzie tragiczne zakończenie, które przypomina o zdolności istoty ludzkiej do samopoświęcenia w imię wyższego dobra, ale ostatecznie film ten należy raczej ocenić jako połowiczny sukces. Nie można jednak przy tym zapominać, że Cronenberg pracował tu wciąż na bardzo niskim budżecie (560 tys. CAD) i raczej uczył się warsztatu niż wykorzystywał go z pełną premedytacją (jak np. w Musze), stając się mimochodem pionierem nowej fali horroru, twórczo wykorzystując klasyczne wątki kina eksploatacji (film motocyklowy, sexploitation) i kina gatunkowego (zombie movie, horror wampiryczny) do tworzenia własnego stylu.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Rabid
Produkcja: Kanada, 1977
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5