Archiwa tagu: cultsploitation

Dziedzictwo Szatana (1974)

Nakręcone w 1974 roku przez twórcę legendarnego Głębokiego gardła (1972), Gerarda Damiano, Dziedzictwo Szatana otwiera długa scena okultystycznego obrządku, w ramach którego bezimienna kapłanka wraz z liderem kultu, dr. Muldavo (John Francis), musi dokonać wyboru nowej Królowej (rytuał ma miejsce raz na 1000 lat). Obiektem ich zainteresowania jest młoda i piękna Maya (Lisa Christian), która zaniedbywana przez męża wydaje się podatna na wspomagane halucynogennymi środkami przejście na ciemną stronę.

Choć nie ma żadnych konkretnych dowodów, plotka głosi, że film początkowo został nakręcony w konwencji XXX, jednak zmontowano go tak, że wszystkie pikantne sceny poszły do kosza. Wydaje się to prawdopodobne nie tylko ze względu na renomę Damiano, ale dlatego iż cały film jest mocno pocięty i wybrakowany. To co się ostało przypomina dziwaczną retro-ekstazę, uderzającą w widza przejaskrawionymi kolorami i elektroniczną muzyką.

Niestety, ostatecznie dostajemy niebywale mdły straszak, w którym reżyser aspirując do bycia prawdziwym artystą stara się nam wcisnąć halucynogenną historyjkę z kultem w tle. Cały ten artystyczny mariaż sprawił, że na planie panował jeden wielki bałagan. W kontraście do mocnego światłocienia, uwydatniającego kolorową scenografię, stoją naprawdę okropne charakteryzacje opętanych i przypominające operę mydlaną przestoje między chwilami grozy.

A te można policzyć na palcach jednej ręki – sprowadzają się one głównie do majaków głównej bohaterki. Pozbawione gore czy seksualności nie szokują, a jedynie irytują kakofoniczną elektroniką w tle. Całość okraszona jest wyjątkowo źle napisanymi dialogami, których sztuki sprawnego tworzenia Damiano nie potrafi ogarnąć.

Jeśli jednak doszukiwać się w Dziedzictwie Szatana jakiś dobrych stron, byłaby to z pewnością strona wizualna. Operator zrobił naprawdę świetną robotę i przy ograniczonym budżecie nasycił film krwistymi kolorami i pustoszącym umysł widza oświetleniem. Na uwagę zasługuje psychodeliczna sekwencja w której biegnąca po ogrodzie Maya wpada w oniryczny wir niczym w Alicji w Krainie Czarów.

I to właśnie estetyka jest tym, czym film Damiano jest w stanie kogokolwiek zainteresować. Z dzisiejszej perspektywy jest to kino bardziej pocieszne niż straszące, bo jak inaczej patrzyć na wampira noszącego różową, obcisłą koszulkę z różą dopełnioną przez falującą fryzurę modną w latach 70-tych? Film nakręcono w tym samym roku co słynniejsze Głębokie gardło i naprawdę ciężko mi zrozumieć decyzję wycięcia erotycznych sekwencji, gdyż to one mogły być najciekawszym momentem tego rozczarowującego seansu.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Legacy of Satan
Produkcja: USA, 1974
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 1,5/5

Piję Twoją krew (1970)

i_drink_your_blood_1970_poster

Scenariusz do I Drink Your Blood powstawał w najgorętszym dla Stanów Zjednoczonych okresie minionego wieku, pod koniec lat ’60. Będący u szczytu konfliktu wietnamskiego rząd USA brutalnie spacyfikował studenckie protesty antywojenne na Uniwersytecie w Kent i na Uniwersytecie Stanowym w Jackson, Charles Manson wydał słynny album LIE, a siła ruchu hipisowskiego stawała się odwrotnie proporcjonalna do siły dragów, jakich używała. Na tle tych wydarzeń reżyser David Durston umieścił historię hipisowskiej komuny czczącej Szatana.

Na swoje nieszczęście, Synowie i Córki Szatana – bo takim mianem określa się sekta – gwałcą nie tę dziewczynę co trzeba, narażając się tym samym na zemstę jej dziadka. Stetryczały starzec w swoim ferworze kończy jednak pobity i „poczęstowany” kwasem, co kończy jego zapędy do szukania sprawiedliwości.

Ale z pomocą przychodzi wnuczek, który niczym Pomysłowy Dobromir, wymyśla genialny plan uszlachetnienia ciasteczek krwią chorego na wściekliznę psa i podaniu ich niczego niespodziewającym się gówniarzom.

Jak chce tego pokrętna logika filmu, doprawione skażoną juchą placki zmieniają następnie „hipisów” w krwiożercze bestie, co prowadzi do bestialskiej, absurdalnej rzezi o wyjątkowej formie.

Sugerujący wampiryczne klimaty tytuł to przy tym jedynie marketingowy pomysł producenta Jerry’ego Grossa na sprzedawanie filmu w paczce razem z czarno białym I Eat Your Skin (1964).

Fobia, tytuł oryginalny, sugerowany przez reżysera, wydaje się bardziej adekwatny, bo film Durstona to obskurna eksploatacja wyrwana żywcem z kina samochodowego, będąca zarazem czymś w rodzaju „konserwatywnej krytyki” dla pełnej luzu i dekadencji dekady.

Nie da się ukryć, że Piję Twoją krew jest produktem swoich czasów, jednocześnie wyprzedzającym je w kwestii eskalacji brutalności, choć mowa tutaj raczej o kontekstowości w ukazywaniu śmierci, niż samej realizacji.

Obrywa się zarówno ludziom jak i zwierzętom, odcinane są ręce i nogi, a wiadra krwi radośnie ochlapują ściany pomieszczeń. Wszystko to zaś w aurze uroczej, niskobudżetowej umowności, mimo że sceny takie jak samospalenie, czy wychodzące z rany ciętej wnętrzności, naprawdę robią wrażenie!

Można powiedzieć, że Durston ciekawie połączył klimaty psychodelicznego szokera z charakterystycznym dla lat 70-tych kinem campowym. Łatwo tutaj doszukać się jawnych inspiracji kultową Nocą Żywych Trupów (1968), jednak z drugiej strony czy Romero nie podłapał co nieco z filmu Durstona, kręcąc 3 lata później swoich Szaleńców?

To kino mikro-apokalipsy, w której prym wiedzie wystylizowany na Apacza Horacy (Bhaskar Roy Chowdhury), będące świetną laurką dla jednej z najbardziej szalonych epok w historii ruchomych obrazów. Zdecydowanie warto zobaczyć, choć wspomagacze będą niezbędne, by przetrwać choćby kakofoniczną muzykę.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: I Drink Your Blood
Produkcja: USA, 1970
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3/5

Snuff (1976)

snuff_1976_poster

Nakręcony przez małżeństwo Findlay, Robertę i Michaela, film pierwotnie nosił wymowny tytuł Slaughter i pod taką też nazwą został przejęty przez wytwórnię Exploitation Film Extraordinaire. By nowy nabytek mógł wypłynąć na fali brutalnego i niezwykle popularnego w tamtym okresie kina eksploatacji, wytwórnia zleciła dokręcenie epilogu Simonowi Nuchternowi.

Ten wpadł na pomysł, by wstrząsnąć opinią publiczną faktem, wedle którego w końcowej scenie obserwujemy prawdziwe morderstwo, dokonane na filmowym planie. Do tego zmieniono również nazwę, która ze Slaughter zmieniła się na bardziej enigmatyczną Snuff. W ten właśnie sposób słowo to przeszło do historii, tworząc mitologiczny nurt filmowy, który ukazuje prawdziwe morderstwa.

Warto wspomnieć, że Ameryka w latach 70-tych dalej żyła zbrodniami dokonanymi przez bandę Charlesa Mansona. Nic więc dziwnego, że nakręcony na niskim budżecie Snuff kłania się tym wydarzeniom. Zamiast oczadzonych gówniarzy, przepowiadających wojnę rasową w piosenkach The Beatles, mamy jednak grupę zmotoryzowanych handlarzy narkotyków pod przewodnictwem charyzmatycznego typa o ksywie Szatan – w tej roli Enrique Larratelli.

Naprzemiennie obserwujemy też losy aktorki Terry London (Mirtha Massa) oraz jej kochanka Horsta (Clao Villanueva). Splot wydarzeń sprawi, że na swojej drodze spotkają oni Szatana ze swoją hordą półnagich lasek na motocyklach.

Film małżeństwa Findlay znany jest dzisiaj głównie z manipulacji w fazie promocji. To właśnie ta, trwająca jakieś 3 minuty i stylizowana na autentyczne nagranie scena, zapewniła mu marketingowy sukces. Cała reszta to, niestety, nudne i nieoferujące za wiele kino, jakiego pełne były wówczas podrzędne grindhouse’y.

Od naprawdę marnego aktorstwa, przez żenująco wyglądające i nieliczne sceny mordu, aż po ewidentnie wyrwaną z kontekstu całości końcówkę, Snuff nie stara się być niczym więcej, niż słabym pochłaniaczem czasu. I choć ma to swój specyficzny urok, docenią go tylko nieliczni fani naprawdę obskurnych produkcji.

Snuff to także budzące szyderczy uśmiech obrazki pokroju napadu na przydrożny sklep. Jednak te sympatyczne wstawki są niczym krople w morzu nudy i miałkości, choć produkcja w swoim zamyśle opierać się miała na obscenicznym ukazywaniu zbrodni bandy Szatana. Ta dziwaczna ekspozycja mordu przeważnie prezentowane jest w formie symultanicznego stanu ekstazy i cierpienia.

Ciekawy zabieg widzimy w otwierającej film sekwencji. Cięta nożem po stopach dziewczyna zawieszona wydaje się być między orgiastyczną uciechą, a skrajnym wyczerpaniem. Jednak to nie policzek wymierzony w sadystyczną rządzę oglądania skrajności amerykańskiej widownia, a zwykły pokaz słabego aktorstwa.

Będący u podstaw małym, nic nie znaczącym eksploitem, film dzięki jednemu pomysłowi zapisał się na kartach historii dla tych, którzy lubują się w kinematograficznej ekstremie. Najtrafniej sedno filmu ujął sam Nicolas Winding Refn w jednym z opcjonalnych wprowadzeń do wersji Blu-Ray: Lepiej w ogóle tego nie oglądać, niż być później zawiedzionym. Dla wielu fanów niskobudżetowego kina będą to jednak słowa wypowiedziane zupełnie na wyrost.

Oskar „Dziku” Dziki

Oryginalny tytuł: Snuff
Produkcja: Argentyna/USA, 1976
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2/5

Zjedzeni żywcem (1980)  

Eaten-Alive-1980-poster

Prawda jest taka, że to Umberto Lenzi wywołał szał na filmy o kanibalach swoim Il Paese del sesso selvaggio z 1972, który stał się kasowym hitem w USA. Prawdą jest również, że Zjedzeni żywcem zostali wprowadzeni do kin zanim trafił tam niesławny Cannibal Holocaust… i że tak samo jak film Deodata, także ten został ocenzurowany, dokładnie w 24 krajach. I choć dzieło Lenziego nie jest tak dobre, jak wyżej wymieniony klasyk, a często bywa stawiane niżej od nakręconego przez niego rok później Cannibal Ferox, warto dać mu szansę ze względu na ciekawy scenariusz i kilka rozkosznych pomysłów.

Większość z sekwencji „animalistycznych” – co trzeba wyraźnie podkreślić – została wyjęta przez Lenziego z Góry boga kanibali w reż. Sergia Martina i na chama wmontowana dla podbicia współczynnika okrucieństwa, tak więc reżyser nie posunął się tak daleko, jak Deodato w Cannibal Holocast. Ale miłośnicy zwierząt mogą sobie ten film spokojnie odpuścić, bo będą musieli zamykać oczy średnio raz na 15 minut. Podobnie powinni zrobić widzowie nie potrafiący oglądać na ekranie scen gwałtu. Tych jest tu kilka i choć są one w 100% pozorowane, mogą łatwo zbulwersować bardziej wrażliwych kinomanów.

Tak, mało się robi w naszych czasach takich filmów, ale przykład Srpskiego filmu, Enter The Void, Spring Breakers, a ostatnio Love, czy innych, posługujących się wizualną przemocą, pokazuje dobitnie że ludzi wciąż szokuje coś naprawdę surowego emocjonalnie, nawet jeśli zrobione zostało z artystycznym zacięciem. Czym jest jednak sztuka filmowa, jeśli nie tłumaczeniem osobistej wizji na język audiowizualny za pomocą kamery? Małe ma przy tym znaczenie, czy artysta był idealistą-suchotnikiem chodzącym w berecie i palącym fajki, czy grubaskiem robiącym umowy dystrybucyjne w oparciu o szokujący tytuł filmu, który nie został jeszcze nakręcony.

W Zjedzonych żywcem Lenzi umiejętnie wyeksploatował głośną tragedię Świątyni Ludu Jima Jonesa, która w 1978 popełniła masowe samobójstwo w Gujanie za radą swojego lidera i mesjasza. Z ciekawostek, aplikował on dzieciom elektrowstrząsy, jeśli te nie uśmiechały się na jego widok, sprawował też całkowitą kontrolę nad życiem swoich wyznawców. Lenzi zmienia nazwę grupy na Sekta Oczyszczenia, dodaje trochę akcji w dżungli, kilka pokręconych rytuałów, mnóstwo seksu na łonie natury i obowiązkową dawkę pożerania kończyn przez kanibali.

I wszystko byłoby cacy, gdyby nie Tamile ze Sri Lanki udający Papuasów z Nowej Gwinei, gdzie rozgrywa się akcja filmu, co daje absurdalny efekt. Jeden z nich odpala zresztą całą intrygę, siejąc spustoszenie w Nowym Jorku dmuchawką z zatrutymi strzałkami… zostawiając po swojej śmierci film 8 mm z bogatą Dianą Morris (Paola Senatore) w roli głównej (motyw lost footage), który doprowadza policję do jej pięknej siostry, Sheili (Janet Agren).

Ta, dysponując rodziną fortuną, decyduje się ją odnaleźć w dżungli Nowej Gwinei, gdzie przeniosła się razem z Sektą Oczyszczenia, werbując po drodze dezertera z Wietnamu, Marka Butkera, jako przewodnika i ochroniarza. Przedzierając się przez terytorium kanibali dwójka jest świadkiem horrorów rozgrywających się w dziczy, co ostatecznie doprowadza Sheilę na skraj załamania nerwowego, mimo że na Marku nic nie robi wrażenia, nawet pożeranie małpy żywcem przez anakondę (naprawdę jest taka scena).

Ale Mark jest także jedynym, który z rezerwą traktuje guru Sekty Oczyszczenia, Melvyna Jonasa – gdy ta w końcu zostaje odnaleziona – i czując niepewny klimat nosem próbuje ucieczki przez terytorium kanibali. Tymczasem Sheila (wraz z resztą sekty) jest codziennie faszerowana otępiejącym narkotykiem i gwałcona wielkim drewnianym fallusem polanym krwią węża, co ma nauczyć ją szacunku dla prawdy objawionej. Obserwujemy również pożeranie świeżych cycków przez kanibali i rytualny stosunek na stosie pogrzebowym. Wszystkiego dopełniają zaś sceny walki na dzidy i maczety oraz ostateczne samobójstwo sekty.

Scenariusz, pomimo że sam w sobie ciekawy (filmy w stylu cultsploitation zawsze gwarantują pełen odjazd), został nonsensownie wyreżyserowany. Odsłony historii zostają powiązane bez żadnego ładu i składu, a ekspozycję charakteru Lenzi zostawia tak naprawdę w szafie, jak to zwykle bywa w przypadku klasyków eksploatacji, z braku czasu ekranowego.

Także montaż scen z filmu Martina jest dosyć chaotyczny i nie ma żadnego sensu, ale dodaje Zjedzonym żywcem trochę stylu mondo, co ma swój urok. Gore jest komiczne, ale modelki, przede wszystkim Paola Senatore (w latach ’80 gwiazda filmów erotycznych, a potem porno), uwodzą pięknem swojego ciała. Uwodzi także soundtrack Roberta Donatiego!

Conradino Beb

 

Znany pod tytułami: Mangiati vivi! / Eaten Alive
Produkcja: Włochy, 1980
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3/5

Wszystkie kolory ciemności (1972)

tutti-i-colori-del-buio-poster-spanish

Po dwóch doskonałych thrillerach: Dziwny nałóg pani Wardh i Ogon skorpiona, Sergio Martino nakręcił film, który miał się stać swoistą legendą gatunku, a dla wielu fanów reżysera pozostaje wręcz najważniejszym giallo w jego dorobku – Wszystkie kolory ciemności. W głownych rolach Martino obsadził swoich ulubieńców: boską piękność Edwige Fenech i próbującego znaleźć sobie miejsce w kinie gatunkowym po wysadzeniu z westernowego siodła, George’a Hiltona. Aktorzy ponownie po Dziwnym nałogu zagrali tu parę.

We Wszystkich kolorach ciemności Martino czerpie po trochu z Dziecka Rosemary, historii Rodziny Mansona oraz brytyjskiej pulpy, osadzając akcję w Wielkiej Brytanii, gdzie włoscy aktorzy próbują udawać Anglików, co przychodzi im jednak z wielkim trudem, jako że południowy temperament nie tylko nie zostaje zamieniony na wyspiarską flegmatyczność, ale daje się mu pełne pole do popisu obłędnym scenariuszem – pewnie szczątkowym – dynamicznymi zdjęciami i bardzo sugestywną reżyserią.

Martino dokonuje tu podobnej operacji, co Fulci w Jaszczurce w kobiecej skórze, która wyszła rok wcześniej, dodając do giallo element pop psychedelii, ale jako uczeń Maria Bavy obowiązkowo miesza ją z horrorem gotyckim, atmosferą krwi i mroku, czy sataniczno-okultystycznymi wątkami, tak bardzo popularnymi w kinie niskobudżetowym początku lat ‘70. Artysta, z typowym dla siebie zamiłowaniem, nasyca poza tym obraz wątkami erotycznymi, które widz łyka jak młody wieloryb, bo swoje piękne ciało pokazuje przecież głównie Edwige Fenech.

A do tej mam wielką słabość! Pozostaje ona moją ulubioną włoską aktorką gatunkową, nawet jeśli inne były zdecydowanie bardziej utalentowane technicznie. Boska Edwige nie była może najbardziej wszechstronną artystką swoich czasów, ale do ekranu przykuwała nieprzeciętną charyzmą i urodą, które czynią z jej występów prawdziwą ucztę zmysłów. Z drugiej strony, jej aktorstwo nie było aż takie złe, bo w porównaniu chociażby z Barbarą Bouchet, Anitą Strindberg, czy Susan Scott, wypadała często znacznie lepiej.

To nie była może klasa Florindy Bolkan, ale Fenech dawała warsztatowo radę i z czasem robiła się coraz lepsza – tu trzeba dodać fanom, że kilka miesięcy temu wróciła do pracy, a w 2007 zagrała w Hostelu II Elia Rotha, tylko dlatego że ten jest wielkim fanem filmów Martina. A jest czemu hołdować, bo Edwige wystąpiła w sumie w 80 filmach! We Włoszech aktorka pamiętana jest głównie z całej serii komedii erotycznych, które utrwaliły jej pozycję jako sex symbolu epoki wśród liberalnej publiczności, choć reszta świata kojarzy ją głównie z żółtych thrillerów.

We Wszystkich kolorach ciemności aktorka wciela się w rolę Jane Harrison – młodą kobietę, która przeżywa ciężką traumę po stracie dziecka i leczy się u psychonalityka, analizującego jej sny i upiorne wizje. A te są najważniejszym elementem tkanki narracyjnej oraz ozdobą filmu, który płynnie przechodzi od w miarę normalnych stanów bohaterki, przez lekkie paranoje, do ciężkich halucynacji, snów i narkotycznych wizji, z naciskiem na te ostatnie. I trzeba przyznać, że w pewnych momentach Martino sztuka zatarcia różnicy pomiędzy nimi wszystkimi naprawdę się udaje!

A udaje się także dlatego, że reżyser współpracuje tu z bardzo utalentowanym dyrektorem zdjęć, Giancarlem Ferrando, oraz montażystą, Eugeniem Alabiso, tym samym który do legendy przeszedł pracą nad dwoma ostatnim częściami „trylogii dolarowej” Sergia Leone.

Alabiso tnie film genialnie, używa krótkich kadrów i bardzo dynamicznie łączy je ze sobą, co miejscami angażuje widza, jak nieprzeciętny film akcji w stylu Kierowcy Waltera Hilla. Napięcie jest poza tym bardzo zręcznie stopniowane przez Martina, który nawet nie udaje, że konstruuje tu jakąś fabuła, rzucając się najzwyczajniej w świecie w objęcia psychedelicznej fantasmagorii!

To obok wspomnianego dzieła Fulciego najbardziej halucynogenne giallo, jakie zdarzyło mi się widzieć, ozdobione do tego pizdencyjną ścieżką dźwiękową Bruna Nicolaiego, którego temat Sabba staje się tak zaraźliwy, że człowiek zaczyna go nucić po wstaniu z łóżka. Nicolai wychodzi od chórów gregoriańskich i łączy to z psychedelicznymi partiami gitary, stylizowanymi na sitar (tak, The Yardbirds), co w tym czasie było znaczącym trendem we włoskiej muzyce filmowej, ale świetnie się sprawdza 43 lata później, bo pewne rzeczy się po prostu nie starzeją.

Temat pojawia się w momencie, kiedy do akcji wkracza satanistyczny kult, znaczący swoje ciała iluminackim symbolem, a który Jane poznaje za pośrednictwem swojej tajemniczej sąsiadki, granej przez inną włoską piękność, Marinę Malfatti. Dodatkowo mamy okazję oglądać wspólnie na ekranie z Edwige Fenech jej gatunkową rywalkę, urodzoną w Andaluzji Susan Scott (wł. Nieves Navarro), która gra siostrę Jane. No i kto nie chciałby zobaczyć George’a Hiltona niewinnie kładącego swoją rękę na książce o szatanie i czarnej magii?

To film, który ogląda się rewelacyjnie, mimo że nakręcony został w dużej mierze po to, by odzwierciedlić krótką modę na mroczne kulty i pop psychedeliczną estetykę. Martino pokazuje się we Wszystkich kolorach ciemności jako hardcore’owy wyznawca Bavy i Hitchcocka, ale przetwarza wszystko na własny, niezwykle barwny i sensualny język. Ujęcie na jezioro, którym zaczyna się film, a które nie ma żadnego związku z resztą akcji, zdaje się przywoływać Krwawą zatokę – nonsensowny proto-slasher Bavy, który na ekrany wszedł rok wcześniej, a atmosfera wspomniane dzieło Polańskiego.

Conradino Beb

 

Znany pod tytułami: Tutti i colori del buio / All the Colors of the Dark / Todos los colores de la oscuridad
Produkcja: Włochy, 1972
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Północ (1982)

Midnight_poster

Satanizm i szeroko pojęte sekciarstwo jest tematem nad wyraz eksploatowanym w horrorach. Nic tak nie budzi grozy, jak tajemnicze rytuały, odprawiane przez wszelakiej maści zwyrodnialców. A w kraju tak bardzo katolickim, jakim jest Polska, historie te budzą dodatkowe kontrowersje. Jednym z twórców, który postanowił temat zekranizować, jest John A Russo, znany z scenariusza do kultowej Nocy Żywych Trupów. Czy udało mu się jednak stworzyć fabułę równie interesującą, jak w prekursorskiej eksploatacji zombie?

Film otwiera scena, w której grupa dzieci pod dowództwem wrzeszczącej staruchy łapie młodą kobietę, aby następnie złożyć ją w ofierze podczas tajemniczego rytuału. Następnie poznajemy siedemnastoletnią Nancy, na której ojczym próbował popełnić gwałt. Nieudana próba kończy się ucieczką dziewczyny z domu i dołączeniem do dwójki studentów zmierzających na Florydę. Chłopcy po kradzieży jedzenia z przydrożnego sklepu i zgubieniu pościgu policji, lekceważąc ostrzeżenia spotkanego wcześniej księdza dotyczące postoju na tych terenach, postanawiają spędzić noc na leśnej polanie. Czy przestroga duchownego ma coś wspólnego z dziwnym obrzędem na początku?

Umiejscowienie akcji na amerykańskiej prowincji było strzałem w dziesiątkę. Zamiast zabawnych frików w lateksowych strojach mamy tutaj grupę na wpół zdziczałych rednecków z obłędem w oczach. Antagoniści to jeden z najlepszych elementów filmu! Są autentycznie przerażający, bo wyglądają jak normalni ludzie, lecz jest w nich coś demonicznego. Ich śmiech podczas polowania na Nancy (Melanie Verlin) i odgłosy które wydają, przyprawiają widza o ciarki na plecach.

Kolejnym niewątpliwym plusem jest miejsce akcji. Małomiasteczkowy klimat udziela się od początku do końca filmu. Obskurne domostwa, połacie lasów nagich drzew skąpanych w opadłych liściach, opuszczone farmy, czy mgliste polany, tworzą bardzo przytłaczający obraz pogrążonej w jesiennej szarości prowincji. Sceny podczas tajemniczych rytuałów nie ustępują niczego tym kręconym ”na zewnątrz”. Czaszki, świece, krzyże, rytualne ostrza, czy ofiary jakimi są młode dziewczyny trzymane w klatkach na zwierzęta, powinny usatysfakcjonować każdego fana tego typu klimatów.

Efekty gore, choć nie są głównym założeniem filmu, naprawdę dają radę. W końcu odpowiedzialny był za nie mistrz kinowej masakry, Tom Savini. Dekapitacja, poderżnięte gardło czy rany postrzałowe, wyglądają tak jak powinny, choć nie należą do specjalnie krwawych. Ale największymi atutami filmu są klimat i wydźwięk. Jest brudno, szaro i depresyjnie, a postacie są naszkicowane tak, że oprócz głównej bohaterki nie jesteśmy w stanie nikogo polubić.

Ojczym (Lawrence Tierney) niby rusza na pomoc Nancy, ale wiemy że wcześniej próbował ją zgwałcić. Luke i Tom, czyli duet studentów, opiekują się bohaterką, ale przecież postanowili okraść sklep. Fabularnie, wszystko stoi na można powiedzieć średnim poziomie, czyli nie zaskakuje, ale też nie pozwala zasnąć podczas seansu. Do tego muzyka w filmie jest dziwna, elektroniczne dźwięki wprowadzają widza w nastrój grozy, niepewności i robią to wyjątkowo dobrze.

Największą wadą Północy jest brak zakończenia, które postawiłoby mocną kropkę nad I. Jest realistyczne i można powiedzieć ”zwyczajne”. Wydaje mi się, że wątek sekty i satanizmu nie został wykorzystany w stu procentach. Reżyser powinien był również postawić na większą ilość brutalnych scen, co na pewno nadałoby filmowi lepszy odbiór. Ale nie mówię tutaj o jakiś nierealistycznych sekwencjach rozciągania jelit, tylko o pokazanie tego, co czasami zakryte jest przez przedmiot stojący na pierwszym planie.

Aktorsko film również wypada słabo, oprócz postaci antagonistów. Bohaterowie grają troszkę sztucznie, co niektórych może kłuć po oczach. Kuleje też praca kamery, ale są to błędy typowe dla niskobudżetowej produkcji (choć Midnight do końca nie jest takim filmem). Ogólnie rzecz biorąc, pozytywnie się tu zaskoczyłem i wielka szkoda, że film ten został pogrzebany gdzieś pod gruzami niepamięci.

Fani staromodnych straszaków, horrorów z kultem w tle, czy po prostu dobrej grozy bez udziwniania, powinni odkopać ten relikt i poświęcić mu zasłużone 90 minut czasu antenowego. Większość pewnie nie ”łyknie” tego wspaniałego klimatu wczesnych lat 80-tych i wynudzi się tutaj na zabój, ale to przecież dla nich kręcony jest już kolejny sequel Resident Evil.

Dziku

Oryginalny tytuł: Midnight
Produkcja: USA, 1982
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3/5

Odmienne stany grozy – horror, psychodelia, kontrkultura

Potężna psychodeliczna eksplozja wstrząsnęła w połowie lat sześćdziesiątych minionego stulecia nie tylko mainstreamem kultury amerykańskiej – szczególnie w sferze etyki, estetyki i polityki – ale wprawiła też w solidne drżenie jej obszary poboczne: kulturę popularną i kontrkulturę.

I. Co Alicja odkryła (gdy wypiła wszystko do dna)…?

Dzieje rewolucji psychodelicznej dr. Leary’ego i jego akolitów – jej nadzieje, utopijne wizje, rozterki i klęski wspominali obszernie niegdysiejsi uczestnicy: Robert Anton Wilson, Tom Wolfe, Kerry W. Thornley czy Alejandro Jodorowsky. Śledzili zaś wnikliwie i nie bez dozy krytycyzmu roztropni obserwatorzy: Jay Stevens w książce Storming Heaven. LSD and The American Dream oraz Martin A. Lee i Bruce Shlain w Acid Dreams. The Complete Social History of LSD: The CIA, The Sixties, and Beyond.

A związki grozy z narkotykami są niemal tak stare, jak sam horror, sięgając opiumowych koszmarów Edgara Allana Poe i Thomasa de Quincey’a, dekadenckich spotkań haszyszystów kreślonych piórem Teophile’a Gautiera, a nawet złowrogiego wpływu zielonej herbaty na ludzki umysł, przedstawionego wdzięcznie przez Sheridana Le Fanu.

White-Rabbit-in-Wonderland-Grace-Slick
„White Rabbit in Wonderland” / Grace Slick

Pojawienie się kina jako nowego medium artystycznego oraz kariera, jaką (nie)oczekiwanie zrobiły w nim pierwsze opowieści z dreszczykiem, umożliwiły jednak przeniesienie owych dusznych narracji opiumistów w sferę obrazu, a co za tym idzie – wizualizację narkotycznego koszmaru. Psychodeliczna estetyka, która święciła triumfy w popkulturze przełomu lat ’60 i ’70 odnalazła także bez trudu swe doniosłe miejsce w ówczesnym kinie grozy.

Narkotyk, który, jak poucza nas Lewis Carroll, smakuje niczym „ciastko z wiśniami, zmieszane ze śmietanką, ananasem, pieczonym indykiem, ciągutką i gorącą grzanką posmarowaną masłem”, obiecuje bowiem swemu konsumentowi/niewolnikowi wiele, o czym przekonany był już Hassan Ibn Sabbah, tresując swych asasynów.

Opium, haszysz a później LSD otwierały ogrody rajskich rozkoszy, by nagle okazać się czymś, „co było, jak się wydawało, bardzo głęboką studnią”, którą zajmowały „szafy i półki na książki”. Cóż jednak począć, gdy każda z ksiąg okazuje się bluźnierczym Necronomiconem, zaś w każdej szafie kryje się (żywy) trup? Tak oto błogi sen opiumisty przekształca się, tyleż nieuchronnie co niepostrzeżenie, w psychotyczny koszmar i schizofreniczną halucynację. To zaś już domena literackiej i filmowej grozy, która mogła objawiać różne oblicza i przywdziewać rozmaite maski.

II. Ogród rozkoszy i wrota koszmaru

Odmienne stany świadomości – nakręcony w roku 1980, najsłynniejszy psychodeliczny horror wszech czasów autorstwa niekwestionowanego papieża estetyki camp, Kena Russella, był w istocie już tylko podzwonnym dziełem dla psychodelii w kinie, święcącej triumfy od połowy lat ‘60 aż po późne lata ‘70. W warstwie wizualnej obraz sprawia wrażenie wysublimowanej, estetycznej stylizacji na psychedelic kitsch, zaś w sferze ideowej bliżej mu do rozliczeniowego nurtu kina kontestacji demistyfikującego iluzoryczne efekty narkotycznego poszerzania świadomości. Dzieło Russella stało się jednak obrazem kluczowym dla definiowania filmowej psychodelii. Czy słusznie?

Ślady estetyki psychodelicznej odnajdziemy bez trudu o wiele wcześniej, w halucynacyjnych inscenizacjach koszmarów zdobiących kultowe filmy europejskiego kina eksploatacji: Femina Ridens (1969, reż. Piero Schivazappa), Baba Jaga (1973, reż. Corrado Farina) czy Le Orme (aka Footprint on the Moon, 1975, reż. Luigi Bazzoni), a także w klasycznym dziele filmowej awangardy L’éden et après (1970, reż. Alain Robbe-Grillet), gdzie osłabione władze rozumu wydają nieszczęsne ofiary na pastwę złudzeń i nagłych, przerażających iluminacji.

baba_yaga_1973
Ely Galleani w „Babie Jadze” (1973)

Bardzo konsekwentnie realizują poetykę psychodeliczną także niezliczone filmy z nurtu giallo, by wspomnieć tu tylko najsłynniejsze spośród nich: Jaszczurka w kobiecej skórze (1971, reż. Lucio Fulci) i Śmierć krąży o północy (1972, reż. Luciano Ercoli), czy wreszcie zaginiony Graal europejskiego horroru psychodelicznego: Microscopic Liquid Subway to Oblivion (1970, reż. John W. Shadow).

Psychodelicznych tropów nie brak wreszcie i w niezbyt wyrafinowanych obrazach prezentujących estetykę bliską pornografii, jak Fongaluli (1974, reż. Eduardo Cemano), który zdaje się doskonałą ilustracją znanej tezy Roberta Antona Wilsona, że w czasach hipisowskiej kontrkultury wszyscy brali narkotyki, aby poprawić swoje życie seksualne.

W europejskich filmach sceny narkotycznych halucynacji przypominają zwykle psychodeliczne spektakle rodem z magicznego teatru, o którym jeden z bohaterów Wilka stepowego powiadał innemu, że „jest to świat pańskiej własnej duszy. Tylko w pańskim wnętrzu żyje ta inna rzeczywistość, za którą pan tęskni”. Światy, za którymi tęsknią bohaterowie (a częściej bohaterki) eurotrashu, bywają okrutnie piękne i zniewalająco perwersyjne w swym podążaniu za wyzwolonym pragnieniem.

Postacią niezwykle istotną staje się w tym kontekście brazylijski kinowy ekscentryk, José Mojica Marins – twórca klasycznych dziś filmów grozy z cyklu Coffin Joe (1964-68), kontrkulturowego, hipisowskiego manifestu filmowego zwiastującego „powtórne przyjście” obłąkanego mesjasza (Finis Hominis, 1971) i wreszcie deliryczno-obscenicznych, psychodelicznych thrillerów: Strange Hostel of Naked Pleasures (1967), Awakening of the Beast (1970) i Hallucinations of a Deranged Mind (1978).

Ten pierwszy jest zainscenizowaną w psychodelicznej scenerii opowieścią o hotelu, który okazuje się „poczekalnią zmarłych” w drodze na „tamten świat” – zawierającą m.in. cudowną diagnozę hipisowskiej kontrkultury – w scenie, gdy grupa upojonych do nieprzytomności „dzieci kwiatów” skanduje podczas improwizowanej orgietki: „Everybody naked! Great!”. Drugi jest paradokumentalną narracją o kontrowersyjnym eksperymencie, podczas którego podana badanym dawka LSD miała obudzić w nich „ludzką bestię”.

Morins nie byłby jednak sobą, gdyby nie zafundował widzom przewrotnej puenty, informując iż rzekome narkotyczne koszmary były skutkiem podania ochotnikom… destylowanej wody. I wreszcie ostatni obraz – w istocie zmyślny brikolaż scen z filmów poprzednich, obrazów zdjętych z natury oraz zdjęć znalezionych, ujęty w kompozycyjną ramę psychiatrycznego przypadku badanego przez ekspertów w klinice – zrealizowany przy tym w myśl zasady wyrażonej wprost przez jednego z bohaterów: „Psychiatria ma wiele wspólnego z nadprzyrodzonym”.

Halucynacyjne obrazy wyjęte wprost z imaginarium grozy gotyckiej występują tu w takim nagromadzeniu, że prowokują, celowo lub nie, efekt groteskowy. We wszystkich swych filmach Marins pozostaje jednak konsekwentnie twórcą horroru jarmarczno-karnawałowego – przez to zaś zdecydowanie kontrkulturowego, rozsadzającego ramy estetycznej poprawności kultury wysokiej i popkultury.

fongaluli
Scena z „Fongaluli” aka. „The Leaf of Love” (1972)

Większa część omawianych w tym szkicu filmów zawiera znamienną sekwencję, którą można by z powodzeniem określić mianem „spektaklu iniekcji” – scenę przedstawiającą przyjmowanie narkotyku – prezentowaną niekiedy stricte naturalistycznie (lub wręcz hiperrealistycznie, jak w Awakening of the Beast Marinsa), ujętą w ramy symboliczne (jak w The Snuff Findlaya, gdzie wciąganie kokainy skojarzone jest z motocyklowym pędem), czy wreszcie skarykaturyzowaną groteskowo-komicznie (w Fongaluli).

Nierzadko spektakl ów przyjmuje postać quasi-rytualną, a wspólnemu odurzaniu się towarzyszą spektakularne ceremonie o charakterze plemiennym, okultystycznym czy satanistycznym, eksponujące związek sytuacji z sacrum oraz pokrewieństwo narkotyku z takimi substancjami mediacyjnymi, jak krew czy sperma, wykorzystywanymi w zabiegach o charakterze religijnym i magicznym. Znamienny jest tu jednak pewien rys hiperboliczny, często wprost groteskowy – znamienny dla estetyki camp, w której niezmiennie sytuują się analizowane tu filmy. Eksponuje on właśnie nie autentyczny, a spektakularny – adresowany do widza obeznanego z konwencją – aspekt tych psychodelicznych horrorów.

Tym co dominuje w wymienionych filmach jest jednak konsekwentne powiązanie doświadczenia psychodelicznego z koszmarem i obłędem, w halucynacyjnych scenach pełnych przemocy, makabry i sadomasochistyczej perwersji. W istocie bowiem większość omawianych tu „dzieł” zbliża się w swej wymowie ideowej do takich obrazów, jak Tell Your Children (1936, reż. Louis Gasnier) czy Alice in Acidland (1969, reż. John Donne), choć ten pierwszy to dość typowy przykład propagandowej produkcji antynarkotykowej o jednoznacznej wymowie pedagogicznej, ten drugi zaś – dużo bardziej perwersyjna opowieść o tragicznej w skutkach podróży do Krainy Kwasu. Jej twórcy pozostawali bowiem pod wyraźnym urokiem estetyki psychodelicznej, zaś natrętny dydaktyzm filmu okazał się li tylko pretekstem dla rzucenia na ekran halucynacyjnych scen rodem z kontrkulturowego undergroundu i wcale śmiałych sekwencji lesbijskiego seksu.

Z ambiwalencji doświadczenia psychodelicznego zdawali sobie doskonale sprawę jego filmowi sprawozdawcy i tłumacze: Conrad Rooks (Chappaqua, 1966), Roger Corman (Podróż, 1967) i Bernard Hirschenson (Pick-up, 1975), których dzieła okazywały się niezmiennie relacjami z nieudanej „wycieczki do głowy” – w kontrkulturowej nomenklaturze nazywanej po prostu bad tripem. Już jednak sposoby przedstawiania owego koszmaru, który wychynął znienacka spoza rajskiej scenerii, przywodzą na myśl obrazy wyjęte żywcem z literackiego i filmowego horroru, co nie powinno dziwić zwłaszcza w przypadku Cormana zwanego w owym czasie amerykańskim królem niskobudżetowego kina grozy.

podroz_1967_kadr
Peter Fonda i Dennis Hopper w „Podróży” Rogera Cormana

Skutkiem tego, ekspansja estetyki psychodelicznej w kinie w sposób nieunikniony spotkała się z eskalacją filmowej przemocy bliskiej poetyce gore, tworząc psychologiczne i kompozycyjne ramy dla scen gwałtu i obłędu jako wyrafinowana forma estetyzacji grozy.

III. Ci potworni hipisi na swych diabelskich maszynach…

Wrażenie to pogłębia się po obejrzeniu całego szeregu produkcji biorących za temat nie tyle „ciemną stronę” doświadczenia psychodelicznego, ile etyczne koszty funkcjonowania na marginesie oficjalnego porządku społecznego subkultur powiązanych z narkotykami: sekt, komun hipisów czy band rockersów. W większości tego typu produkcji bardzo trudno byłoby przeprowadzić wyraźną granicę między ujętą w formę filmowego manifestu afirmacją alternatywnych wizji społecznych (Finis hominis, Snuff…?), a „reakcyjnymi”, mieszczańskimi obrazami egzystencjalnej degeneracji narkomanów i „dzieci kwiatów” – nakręconymi w interesie „moralnej większości” (I Drink Your Blood).

Wyraźnym tego sygnałem jest choćby cała seria thrillerów, będących w istocie przestrogami przed hipisowskim stylem życia, wiodącym, zwłaszcza samotne, pozbawione męskiej kontroli kobiety, ku nieuchronnej zgubie: And Soon the Darkness (1970, reż. Robert Fuest), Welcome to Arrow Beach (1974, reż. Laurence Harvey) Avere vent’anni (1978, reż. Fernando Di Leo). Wszędzie tu włóczące się po Europie i Ameryce, zafascynowane ideami hipisowskimi dziewczęta padają ofiarami perwersyjnych dewiantów, seryjnych zabójców lub nawet… hipisowskich sekt poszukujących ofiar dla swych krwawych ceremonii.

Już wczesne thrillery z kręgu kina eksploatacji prezentowały jednak również morderczych narkomanów i zgubne skutki hipisowskiego stylu życia. Najlepszym tego przykładem jest urzekający, kiczowaty obraz Lila: Mantis in Lace (1968, reż. William Rotsler) – rzecz o morderczej striptizerce zabijającej swe ofiary podczas aktu seksualnego w „stanie odmienionej świadomości”. Z kolei wydarzenia roku 1969 – będące mrocznym pokłosiem Lata Miłości – związane ze zbrodnią Rodziny Mansona w Beverly Hills i zabójstwem Mereditha Huntera podczas koncertu w Altamont wywołały prawdziwą falę „mrożących krew w żyłach” opowieści o hipisowskich sektach i bandach rockersów terroryzujących całe miasteczka.

W owym czasie powstają takie filmy, jak I Drink Your Blood (1970, reż. David E. Durston) – historia hipisów-satanistów zarażonych wścieklizną przez chłopca mszczącego rytualny gwałt na siostrze; Night God Screamed (1971, reż. Lee Madden) – dzieje rodziny pastora ukrzyżowanego przez czcicieli „Jezusa-Mansona”, czy wreszcie osławiony Snuff (1971/76, reż. Michael Findlay), kreślący obraz hipisowskiej rewolucji rozpoczynającej się w Argentynie (sic!) serią krwawych mordów.

Ten ostatni film był zresztą owiany środowiskową legendą, głoszącą, iż podczas jego realizacji zamordowano na planie jedną z aktorek – do czego wydatnie przyczyniła się ostatnia, autotematyczna scena odsłaniająca wraz z odjazdem kamery miejsce rzekomej zbrodni. Trzeba tu dodać, że rozsmakowani w LSD hipisi znajdowali również swych „potwornych” pogromców. Najsłynniejszym z nich stało się indykogłowe monstrum z „bardzo złego” horroru Blood Freak (1972, reż. Brad F. Grinter), polujące na nafaszerowanych narkotykami otępieńców, by skosztować ich halucynogennej krwi.

werewolves_on_wheels_scene
Scena seksualnego rytuału z „Wilkołaków na kołach”

Z kolei bandy krwiożerczych rockersów pojawiły się w takich produkcjach, jak Wilkołaki na kołach (1971, reż. Michel Levesque) – groteskowej opowieści o gangu motocyklowym dotkniętym „klątwą wilkołaka”, Psychomania (1973, reż. Don Sharp) – inspirowana Mechaniczną pomarańczą Kubricka i pop okultyzmem, czy wreszcie, być może najciekawszym w tym zestawieniu, przywołującym klasyczne pozycje „kina drogi” (Peter Fonda w roli zawodowego motocyklisty!), autostradowym redneck horrorrze Race with the Devil (1975, reż. Jack Starrett), gdzie nie ma ani hipisów, ani narkotyków – jest za to intrygująca wykładnia złożonej szatanowi przez lokalną społeczność krwawej ofiary, którą miejscowy szeryf przypisuje właśnie działaniom „naćpanych hipisów”.

We wszystkich tych obrazach kontrkulturowy, psychodeliczny karnawał okazywał się ostatecznie makabrycznym i groteskowym jarmarkiem zbrodni, w którym przerażeni (w filmowej fabule) bądź zaniepokojeni (w kinie) poczciwi mieszkańcy „głębokiej Ameryki” mogli bez trudu rozpoznać to wszystko, co wzbudzało ich najgłębiej skrywany lęk („deepest, secret fear”, jak śpiewał w owym czasie Jim Morrison): satanizm, narkomanię, wyzwoloną seksualność (homo- i hetero-), emancypację mniejszości rasowych i, oczywiście, rock and rolla. Wszystko to zaś w ociekającej kiczem inscenizacji wyjętej wprost z najgorszego koszmaru hollywoodzkiego producenta.

Dariusz Brzostek

Kult przeklętych (1969)

cult_of_the_damned_poster_1969

Kolejny, straszliwy przykład, dobrze pokazujący co przechodziło przez filtr AIP pod koniec lat ’60. Film został oryginalnie zatytułowany Angel, Angel, Down We Go, a napisany i wyreżyserowany przez niejakiego Roberta Thoma, którego finansowo wsparł otoczony sławą najgorszego producenta  filmowego w historii – „Jungle” Sam Katzman. Ten sam, którego kultowa w pewnych kręgach Zadyma na Sunset Strip, weszła na ekrany poprzez AIP 2 lata wcześniej.

Kult przeklętych nigdy nie został wydany na DVD – choć ostatnio udało się to w USA Zadymie – i to w jakiś sposób wciąż kreuje na niego popyt w kręgach koneserów hippiesploitation. Choć w dniu premiery Katzman ogłosił, iż odwraca się w końcu na niegodne kino eksploatacji i chce zaoferować publice coś prawdziwie głębokiego. Hmm, chyba nikt nie docenił jego geniuszu.

Mimo że Kult przeklętych miał swoją premierę w jednym z najbardziej prestiżowych kin hollywoodzkich, co odzwierciedlało wizję Katzmana, by poszybować wysoko, obraz został ściągnięty z ekranów przez AIP zaledwie po tygodniu i odłożony na półkę. Trzy lata później został jednak przycięty i pokazany światu pod nowym tytułem (pod którym jest najbardziej znany), który nie miał nic wspólnego z samą historią, ale dzięki temu stał się częścią gorącego double feature, w którym pierwsze skrzypce grało straszydło o lesbijskich wampirach, wyprodukowane przez brytyjską wytwórnię Hammer. Niestety, brakuje źródeł mówiących co stało się później z tym arcydziełem, ale bezpiecznie jest założyć, że rzucono go na żer drive-inowej publice, gdzie był pokazywany przez kilka miesięcy.

Scenariusz to rodzaj kwasowego tripu, zgwałconego przez tanią, histeryczną fantazję. Tara, spasła córka obrzydliwie bogatego przedsiębiorcy, spotyka Bogarta, gwiazdę rocka garażowego, który pozbawia ją dziewictwa i staje się duchowym guru, nadając jej życiu nowy sens za pomocą halucynogenów i prania mózgu (wszak jest to już USA po Mansonie).

Wkrótce decyduje się ona na przeprowadzkę do willi swojego kochanka, gdzie zalega z nim i jego ziomkami 24 godziny na dobę, otoczona „artystycznymi” tapetami z Humphreyem Bogartem i Charlesem Chaplinem. W końcu daje się zaś nawrócić na ścieżkę „demonicznej jogi”, która daje jej możliwość lewitowania pod sufitem i inne „supermoce”. Przy okazji musi też pilotować prywatną Cesnę, z której kultyści wyskakują na spadochronach wykrzykując satanistyczne afirmacje.

Ale ostatecznie wszyscy mają dosyć Tary i postanawiają zabawić się z jej matką (graną przez gwiazdę Starego Hollywood – Jennifer Jones), wykorzystując do tego jej pornograficzną przeszłość i brak zobowiązań wobec własnej rodziny. Bogart ma zaszczyt ją przelecieć, ukraść biżuterią i zaoferować lekcje sky divingu, żeby wprowadzić ją na właściwy tor.

Niestety, starsza pani ginie nie mogąc otworzyć spadochronu, a jej córka pogrąża się w szaleństwie. Jakkolwiek fascynująco nie brzmiałaby ta opowieść, film jest wyjątkowo gówniany, a efekt ten uwypuklają jeszcze bardziej próby eksperymentowania z nielineraną narracją czy statyczne filmowanie psychedelicznych kolaży na ścianach willi, co ma odzwierciedlać psychotyczne epizody Tary.

Czy film ma w ogóle jakąś wartość? Jest trudny do znalezienia… i może być samplowany na rave’y albo imprezy klubowe. Warto jednak przytoczyć to, co powiedział w wywiadzie dla Variety w 1969 sam reżyser: Oto znowu chcę powiedzieć coś o społeczeństwie. Mój film opowiada o reporterze, skupionym na przestępstwach podatkowych, który chce w ten sposób podejść mafię.

Zdecydowanie istnieje tu jakaś sprzeczność lub montażyści AIP pocięli obraz tak ekstensywnie, że przestał w ogóle przypominac oryginał… albo z początku wytwórnia zdecydowała się sprzedać go jako dramat kryminalny, będąc przekonana, że diaboliczna wersja The Rolling Stones może nie wejść publice tak jak powinna. W tym wypadku możecie wierzyć w to, co chcecie. Dla odważnych!

Conradino Beb

 

Znany pod tytułami: Cult of the Damned / Angel, Angel, Down We Go
Produkcja: USA, 1969
Dystrybucja w Polsce: Magivanga Vaults
Ocena MGV: 2/5

Dzikie anielice (1972)

angels'_wild_women_poster

Ten rzadki śmieć motocyklowy, wyreżyserowany przez kultowego w kręgach fanów campu Ala Adamsona – który wcześniej nakręcił najgorszy film niskobudżetowy wszech czasów: Satan’s Sadists (1969) – podrzuca nam bandę wyjętych spod prawa motocyklistów pod wodza Speeda (Ross Hagen) razem z ich piersiastymi panienkami. To prawdziwe wilczyce, kóre żyją, by pieprzyć i walczyć! Bez problemów odsłonią ci swoje piękne piersi, ale nigdy nie będziesz mógł dotknąć tych skarbów bez zapłacenia ostatecznej ceny. Obetną ci fiuta i upieką go na rożnie wcześniej wykorzystając cię jednak jako mięso armatnie. Takie własnie są dzikie anielice, które będą musiały już wkrótce walczyć o przetrwanie w matni szaleństwa, narkotyków i przemocy z szatanem w tle.

Film Adamsona jest generalnie kolejnym klonem Szybciej koteczku! Zabij! Zabij!, tym razem osadzonym w post-mansonowskiej Ameryce. Scenariusz jest tępy, jak łokieć orangutana, aktorstwo to żart, a scenografia idealnie mieści się w definicji biednego minimalizmu, żeby określić to dyplomatycznie, ale kogo to tak naprawdę obchodzi? Tytułowe panienki mają przecież swoje potężne maszyny i zabawiają się ze wszystkimi napotkanymi redneckami, podczas gdy ich dzielni chłopcy planują ruszyć przed siebie. W końcu udaje im się zebrać do kupy i zaszyć się gdzieś na pustyni, gdzie ryją się czym popadnie przez następnych kilka dni.

Od czasu do czasu wymieniają nawet jakieś pomysły na życie, ale głównie bawią się w piasku oblewając browarami. A jak! Tymczasem pozostawione samotnie kobiety potwornie się nudzą, więc w końcu postanawiają odwiedzić pewną zaprzyjaźnioną komunę hipisowską, rządzoną przez brodatego, mansonowskiego guru, który nie marnuje sytuacji i naciąga jedną z nich na złoty strzał w swojej prywatnej komnacie. W rzeczy samej, żyje on głównie z handlu heroiną. Ten kreatywny element scenariusza zostaje oczywiście wyreżyserowany tak kiepsko, jak można się spodziewać, ale przynajmniej bawi do łez.

Reszta dziewczyn luzuje się tymczasem na farmie, a jedna prawie zakochuje na zabój. Wkrótce na jaw zaczną jednak wychodzić zamiary szatanowców i motocyklistki zostają zamknięte razem ze swoją umierającą przyjaciółką. Na drugi dzień wszystkie mają zostać poświęcone Szatanowi w krwawym rytuale. Adamson musiał mieć jasną ideę tego, co dobrze sprzedawało się na początku lat ’70 w amerykańskich drive-inach i prawdopodobnie wybąblował coś takiego: – Hej słuchajcie, dlaczego nie pchnąć lasek na motorach w objęcia hipisów, mrocznych kultystów, żyjących w górach i handlujących narkotykami? Fantastyczny pomysł. – Ale jestem przekonany, że film zarobił swoje. W innym wypadku nigdy nie wydaliby go na DVD, które obecnie jest tak rzadkie i drogie, że naprawdę trzeba mieć zacięcie, żeby się zakręcić wokół tematu.

Reasumując, Dzikie anielice to wyjątkowe straszydło, będące kiepską krzyżówką klasyka Meyera oraz I Drink Your Blood, ale z większą ilością cycków. To jednak może zachęcić wielu z fanów sexploitation, lubiących naturalne, duże kształty z lat ’70. Kolejnym plusem jest bardzo udany plakat, który faktycznie można zaliczyć do tych kultowych. Obraz może także podejść wielbicielom redneckowych softcore’ów w stylu Pigkeeper’s Daughter, podczas gdy znający wcześniejsze role Rossa Hagena w filmach tj. The Hellcats (1967) czy The Sidehackers (1969) na pewno będą się zastanawiali dlaczego aktor nie zatrzymał się na musicalach hot rodowych, gdy zagrał w jednym z nich razem z Elvisem Presleyem w 1968. Muszę się przyznać, że nie mam pojęcia.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Angels’ Wild Women
Produkcja: USA, 1972
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2/5

Kult (1973) [wersja reżyserska]

wicker_man_poster_1973

Znany dobrze fanom kina gatunkowego lat ’70 jako „najbardziej pogański film w historii kina”, ten brytyjski klejnot jest faktycznie jednym z niewielu, które w całości skupiły się na eksplorowaniu pogańskich wątków. Scenariusz oparty na książce The Ritual (1967) nie tyle eksploatuje jednak przedchrześcijańskie wierzenia w celu emocjonalnego sterroryzowania widza, co skłania się bardziej w stronę rewitalizacji kina detektywistycznego z dużą porcją antropologicznego rekonstrukcjonizmu i z tego powodu Kult (oryg. The Wicker Man) mało ma w ogóle wspólnego z horrorem (już bardziej z cultsploitation). Łatka ta jednak przywarła do filmu tak mocno, że jest on interpretowany niemal wyłącznie w kontekście kina grozy, a to dużo mu ujmuje.

Pierwsze plany sfilmowania książki pojawiły się na początku lat ’70, kiedy Christopher Lee wykupił do niej prawa chcąc zagrać w obrazie, który odchodziłby radykalnie od seryjnych horrorów kultowego studia Hammer. Aktor osiągał wówczas szczyt swojej kariery, jednak był coraz bardziej szufladkowany jako odtwórca ról wampirów i mrocznych kultystów w takich filmach, jak: Curse of the Crimson Altar, Taste the Blood of Dracula, Eugenie… The Story of Her Journey Into Perversion czy Count Dracula (dwa ostatnie w reż. Jesusa Franco). Scenariusz Anthony’ego Shaffera oddany został przez niego w ręce debiutanta Robina Hardy’ego, który sfilmował go w ciągu ośmiu tygodni jesienią 1972 (film został wyprodukowany przez British Lion).

Historia skupia się na losach funkcjonariusza szkockiej policji i głęboko wierzącego katolika Neila Howi’ego, który otrzymuje anonimowy list z pobliskiej wyspy Summerisle, zawiadamiający o zniknięciu młodej Rowan Morrison. Kierowany obowiązkiem zawodowym sierżant niezwłocznie udaje się na wyspę samolotem, by wszcząć śledztwo, ale na miejscu napotyka żelazny mur milczenia lokalnej społeczności.

I chociaż wzmacnia to jego determinację wyjaśnienia tajemniczego zniknięcia, przeżyje on wkrótce prawdziwy szok kulturowy, gdy odkryje że mieszkańcy wyspy są nie tylko małomówni, ale okazują się również wyznawcami wiary innej niż chrześcijańska – wszyscy bez wyjątku są neopoganami czczącymi odwieczne siły natury pod wodzą tajemniczego Lorda Summerisle’a (w tej roli sam Christopher Lee).

Gdyby interpretować The Wicker Man jako horror, jedynym elementem który ma jakiś związek z graniem pod strach widza jest samo zakończenie. Reszta jest zaś klasycznym scenariuszem detektywistycznym, w którym bohater porusza się po omacku w celu odkrycia podrzuconej mu zagadki. Co odróżnia film zarówno od adaptacji kryminałów Agathy Christie, jak i horrorów gotyckich czy proto-slasherów tego okresu, jest całkowity brak epatowania krwią i przemocą.

Do tego suspense jest praktycznie nieobecny, co skreśla kultowe dzieło także z listy thrillerów. To wydaje się w dużej mierze zasługą reżysera, który zwyczajnie nie miał doświadczenia w pracy z żadnym gatunkiem filmowym! W efekcie The Wicker Man przypomina bardziej paradokumentalne studium wspólnoty pogańskiej, przez co jest on często umieszczany na szczycie list ulubionych filmów przez neopogan z całego świata.

Akcja filmu jest powolna służąc głównie odsłanianiu pogańskich wierzeń mieszkańców wyspy oczom sierżanta, który już po przybyciu czuje, że coś jest nie tak. Pierwszej nocy stanie się jednak naocznym świadkiem seksualnego rytuału, co da mu faktyczne podstawy do umocnienia swoich wstępnych podejrzeń. Dnia następnego zobaczy też dzieci tańczące naokoło Drzewa Życia i nagie kultystki skaczące przez ogień w prastarym kamiennym kręgu, a do tego wszędzie słyszy dziwne pieśni nefolkowe o podtekście erotycznym (napisane przez efemeryczny band Magnet).

W końcu sam Lord Summerisle wyjaśni mu zaś bez ogródek, że ostatni księża uciekli z wyspy dawno temu przerażeni odrodzeniem się pogańskich rytuałów. Jako katolicki fundamentalista Neil przeżyje oczywiście prawdziwy szok i będzie protestował, ale w końcu nieświadomie da się wciągnąć w pułapkę, która doprowadzi go do ostatecznego końca.

Jako że Shaffer włączył do swojego scenariusza mnóstwo zapisów ze Złotej gałęzi Jamesa Frazera (klasyki tzw. antropologii gabinetowej), w filmie odtworzono kilka z pradawnych rytuałów europejskich (głównie celtyckich i germańskich). Włączone do fabuły stają się one niezwykle interesującym elementem, który w efekcie katapultuje walory artystyczne filmu. Ostateczny rytuał majowy – który wieńczy całą historię – zawiera pochód lajkonika, androgynicznej istoty i głupca, którym towarzyszy sześciu mężczyzn z mieczami pod sztandarem Słońca.

Jest to prawdziwie pogańska celebracja odradzających się sił solarnych, a do tego całkiem miło wyreżyserowana. Namaszczenie i złożenie sierżanta-głupca w ofierze całopalnej – z obowiązkowym wyjaśnieniem widzowi dlaczego – jest zaś prawdziwym majstersztykiem, który nie ma swojego odpowiednika w kinie klasy B… dalej jest już tylko Jodorowsky.

Kultowość The Wicker Man rosła jednak powoli. W 1973 British Lion próbował go promować w Cannes, ale filmem nie zainteresował się praktycznie nikt. Ale niedługo później zarząd otrzymał telefon ze Stanów Zjednoczonych od nikogo innego, jak Rogera Cormana, który zaoferował $50 tys. za prawa do dystrybucji obrazu przez New World Pictures. Szpule powędrowały za Ocean i mimo że Corman pociął film, dystrybucję za $200 tys. przejęła firma National General, która zbankrutowała jednak cztery dni po dobiciu targu. Ostatecznie łapę na dystrybucji położyli Warner Bros., którzy rzucili film na pastwę drive-inowej publiczności, gdzie wyświetlany jako krótka wersja, okazał się umiarkowanym sukcesem.

Czas dokonał jednak znacznej rewaloryzacji filmu (zainspirowali się nim m.in. Irona Maiden) i uczynił zeń ostatecznie dzieło kultowe, co pozwoliło także przywrócić wersję reżyserską, trwającą 99 min., którą można dzisiaj nabyć na DVD. Pochodzi ona paradoksalnie ze zbiorów Cormana, który przechował przez te wszystkie lata jedyną niepociętą kopię filmu, tym samym przyczyniając się do oddania mu oryginalnego kształtu (jeszcze jedna zasługa Papieża Filmu B). Wersja reżyserska zawiera więcej wątków śledztwa i scen nagości, które znacząco wpływają na poprawę jakości intrygi. Jeśli miałbym rekomendować, bardzo polecam obejrzenie filmu w tej właśnie wersji. Jeszcze więcej pogaństwa i jeszcze więcej zabawy!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Wicker Man
Produkcja: Wielka Brytania, 1973
Dystrybucja w Polsce: QDVD (Vision Film)
Ocena MGV: 4/5