Archiwa tagu: cyberkultura

„Star Wars Kid”… nigdy nie zostaniesz sam!

Jest taki moment w życiu nerda, że spadają okulary i w ruch idzie miecz laserowy czy mroczna dzida śmierci! W kilka sekund z wrogów Imperium pozostają tylko latające strzępy ciała, a koledzy nawet dają ci potem pograć na ataku w piłkę nożną na WF-ie. Ale to wszystko zależy od delikatnej równowagi i magicznej koordynacji mięśni, uzyskanych w ciągu lat morderczego treningu pod okiem mistrzów Jedi! Jeśli jesteś fanem Gwiezdnych Wojen, nie zapomnij oddać czci Star Wars Kidowi… szczególnie jeśli nie widziałeś nigdy wcześniej, a w utęsknieniu czekasz na premierę Przebudzenia Mocy.

„Hackers: Wizards of the Electronic Age” – klasyczny dokument na temat rewolucji komputerowej

Ten klasyczny dokument telewizyjny z lat ’80 przypomina jak rewolucja komputerowa opanowała świat, jak wcześni pionierzy z Doliny Krzemowej w stylu Steve’a Wozniaka, Andy’ego Hertzfelda, Billa Atkinsona, Lee Felsensteina, Richarda Stallmana, Richarda Greenblatta i Stevena Levy’ego zostali scaleni przez kontrkulturowe wizje Stewarda Branda (twórcę Whole Earth Catalog) i  Kevina Kelly’ego, którzy w komputerze osobistym widzieli narzędzie cyfrowej rewolucji.

Hakerzy są tu wciąż old schoolowymi mistrzami kodowania marzącymi o wyzwoleniu ludzkości ze szpon komercjalizacji i wolnej informacji, ale do głosu dochodzi też nowe pokolenie, które w wolnym kodzie widzi zagrożenie dla integralności swojej pracy!

Strains Pro 2 kontynuacją przebojowej aplikacji na iOS

strains_pro

Druga część popularnej aplikacji Strains Pro na wszystkie urządzenia z systemem iOS oferuje użytkownikom jeszcze więcej informacji na temat odmian medycznej marihuany.

W nowej aplikacji znajdziemy dane na temat 420 odmian medycznej marihuany włącznie z najnowszymi, tegorocznymi hybrydami, a jej twórcy Jetfire Apps zapewnili do tego piękną grafikę o wysokiej rozdzielczości.

Dzięki Strains Pro możesz segregować i katalogować swoje ulubione odmiany medycznej marihuany według znanych seedbanków czy własnego gustu i sprawdzać dokładną zawartość THC i CBD. Aplikację można ściągnąć z iTunes za jedyne $2,99, ale należy mieć ukończone 17 lat.

Czy Internet może zastąpić duże banki?

brixton_pound

Staliśmy się świadkami odpośredniczenia przez technologie cyfrowe wszystkiego, od wytwórni muzycznych po życiorysy uniwersyteckie. Ale system bankowy pozostał raczej odporny na to całe zamieszanie.

Jasne, że bankomaty i bankowość online mogą zagrażać związkom pracowników bankowych, ale centralny monopol banków nad pieniędzmi pozostał w zasadzie nienaruszony. W ten sam sposób, w który musimy pozyskiwać nasze jedzenie od prawdziwych fabryk i zwierząt, nasze pieniądze musimy pozyskiwać od banków. Lub przynajmniej tak wydaje się większości z nas.

Jednak szybko zmieniająca się cyfrowa ekonomia już wkrótce da powód bankom do wyścigu o pieniądze. Dosłownie. Ale jeśli nauczą się one pracować, zamiast konkurować, z nową rolą pieniędzy w rzeczywistości peer-to-peer, mogą ponownie uplasować się na szczycie lub przynajmniej stanąć ramię w ramię ze społecznościami, którym powinny w teorii służyć.

W skrócie, banki mogą kontynuować udzielanie pożyczek swoim społecznościom, ale tylko wtedy, gdy pomogą im również zainwestować w siebie. Przez wieki banki cieszyły się wyłącznym przywilejem dawania pieniędzy światu. Ten system operacyjny został stworzony w późnym Średniowieczu jako sposób na spowolnienie rosnącej w siłę klasy średniej i jej rynku peer-to-peer, który w jakiś sposób przypomina Burning Mana.

W celu zatrzymania własnego bogactwa arystokracja zdelegalizowała waluty lokalne i zmusiła wszystkich do pożyczania pieniędzy na procent. Pułapka polega jednak na tym, iż jeśli pieniądze mają być zwrócone z procentem, oznacza to również, że będzie ich jutro więcej niż dzisiaj. Tak długo jak ekonomia się rozwijała, tak długo jak istniały nowe terytoria do wyeksploatowania, wszystko to działało sprawnie – przynajmniej dla kolonizatorów.

Ale w momencie, w którym odchodzimy od społeczeństwa zdefiniowanego przez wzrost na rzecz przyszłego, skupionego na zrównoważeniu, poczucie wiecznej ekspansji załamuje się. Przez jakiś czas wydawało się, że Internet może zastąpić wzrost ekonomiczny, który wcześniej zapewniła ekspansja kolonialna. Patrzyliśmy na „długi boom” cyfrowej ekonomii, ale nadaremnie.

Na zdominowanym przez środowisko cyfrowe rynku wyłączna kontrola góra-dół nad pieniędzmi nie ma już żadnego sensu. Ludzie mogą zakładać firmy prawie bez żadnego kapitału i potem handlować bezpośrednio w sieci przez kanały peer-to-peer.

Nie ma potrzeby sprzedawania Wal-Martowi, który potem odsprzeda to innym jednostkom. Można sprzedawać bezpośrednio przez Etsy. Dzięki szyfrowaniu i kodom uwierzytelniającym tak wydajnym, że mieszczą się w smartfonie, nie potrzebujemy już nawet banków do przeprowadzania i weryfikowania naszych transakcji. Jak zasugerował Alan Greenspan w jednym ze swoich ostatnich zeznań senackich, niedługo zobaczymy prywatne, alternatywne formy pieniędzy zdolne do konkurowania z walutami centralnymi. I ma rację.

Nie mówię tylko Bitcoinie (który jest bardzo zmyślny, ale wciąż oparty na zależnej od podaży walucie centralnej), ale także o TimeDollarach, LETS-ach i innych lokalnych środkach wymiany. W przeciwieństwie do walut obciążonych kredytem, te nowe pieniądze – podobnie do swoich średniowiecznych przodków – przeznaczone są bardziej do transakcji niż oszczędzania. Nie rosną z czasem, a raczej zwiększają teraźniejszą szybkość swojego obrotu.

Takie możliwości są wyjątkowo kuszące w czasie, gdy wartości tj. lokalność, zrównoważenie i ruch Makerów zastępuje korporacjonizm, wzrost i handel detaliczny. Duże banki stają się wrogami, gdyż drenują wartość społeczności, które próbują osiągnąć jakiś poziom zrównoważenia. Jednak waluty lokalne, jakkolwiek atrakcyjne duchowo, nie są dobre dla kontraktów dalekodystansowych czy długoterminowych. Ludzie wciąż będą chcieli benzyny, iPhone’ów i innych produktów oferfowanych przez rynki nielokalne.

Co więc robią banki? Promują zarówno waluty lokalne i centralne, ramię w ramię. Rozważcie ten scenariusz: Joe, właściciel restauracji, idzie do oddziału Chase próbując wziąć kredyt na rozwinięcie działalności handlowej poprzez przejęcie lokalu obok. Obecnie większość banków mu odmówi, gdyż Joe nie posiada żadnego zabezpieczenia na wypadek upadku, a bankierzy nie znają lokalnego rynku na tyle, żeby ocenić jego sytuację. Ale zamiast odmówić udzielenia pożyczki lub wzięcia na siebie całego ryzyka, dlaczego nie wypracować kompromisu?

Pożyczyć Joe połowę tego, co potrzebuje dla swojego rozwoju w oparciu o zdolność do zebrania drugiej połowy od społeczności, której będzie pomagał. Przy użyciu systemu tj. Sockstock lub SmallKnot Joe może pozyskać pożyczki bezpośrednio od swoich klientów w zamian za vouchery na posiłki w nowej restauracji. Może zaoferować posiłki warte $120 w zamian za inwestycję wartą $100.

Lokalni inwestorzy zarabiają 20% jednocześnie widząc, jak rozwija się główna ulica ich miasta, wartość nieruchomości idzie w górę, a ulubiona restauracja idzie do przodu. W międyczasie bank zyskuje zabezpieczenie w formie poręczenia inwestycyjnego przez społeczność. W końcu zaś Joe dowiaduje się czy istnieje rynek na jego rozwój.

Bank staje się czymś więcej niż tylko pożyczkodawcą (i łupieżcą wartości); wspiera teraz aktywność lokalnej społeczności. Ze społeczności nie da się pozyskać dużej ilości pieniędzy w krótkiej perspektywie, ale w miarę gdy aktywnośc ekonomiczna lokalnej społeczności nabiera rozpędu, bank zyskuje nowych klientów biznesowych. Co jednak ważniejsze, to że bank, który wspiera lokalną ekonomię, zyska w zamian wsparcie lokalnych mieszkańców.

Szybko ewoluujemy poza etos „zwycięzcy, który bierze wszystko” tradycyjnej bankowości. Ponieważ kiedy wszystko dostaje się w czyjeś łapy, innym nie pozostaje zwyczajnie nic. To zaś tyczy się zarówno centralnego systemu bankowego i lokalnej „rewolucji”, która próbuje go zatrzymać. W cyfrowej ekonomii odzyskujemy zdolność do podtrzymywania stabilnej, stałej na państwowym szczeblu, lokalnej aktywności ekonomicznej bez odrzucania zdobyczy dalekodystansowych rynków korporacyjnych. To monetarystyczny mashup.

Douglas Rushkoff

(tłum. Conradino Beb)

Źródło: Mashable

Douglas Rushkoff na temat upadku wolnego Internetu

W zeszłym tygodniu Douglas Rushkoff wziął udział w konferencji Personal Democracy Forum, na której poruszył sprawę afery wokół PRISM – systemu inwigilacji Internetu przez amerykański kontrwywiad, a także upadku ideałów wczesnej cyberkultury. Doug ciągle promuje swoją ostatnią ksiażkę Present Shock, której streszczenia dokonuje także tutaj. Jej głównym przesłaniem jest to, iż zostaliśmy zdominowani przez manię czasu rzeczywistego wymuszoną przez informacyjny rozpęd, który zabija resztki demokracji i debaty obywatelskiej.

How To Operate Your Brain (1993)

how_to_operate_your_brain_1993_cover

W 1993 Timothy Leary otworzył nowy rozdział swojego życia wyruszając na podbój amerykańskich campusów uniwersyteckich z dwoma nowymi audioprezentacjami: Think For Yourself oraz How To Operate Your Brain, z których ta ostatnia była punktem kulminacyjnym wykładów na temat funkcjonowania ludzkiego umysłu w rzeczywistości opanowej przez media, a konkretnie telewizję i Internet.

Mottem Leary’ego dla studentów stała się parafraza znanego kontrkulturowego hasła z lat ’60: „Władza dla ludzi”, które zostało zmienione na bardziej współczesne: „Władza dla źrenic”, w myśl przejęcia kontroli nad programowaniem własnego życia.

Półgodzinna wizualizacja How To operate Your Brain została zrealizowana dla Leary’ego przez pionierskie trio Retinalogic (Chris Graves, Joey Cavella, Camilla Grace), tą samą bandę, która trzy trzy lata później odpaliła domową stronę doktora: Leary.com. Główną inspiracją zespołu było „dotrzymywanie kroku ewolucji wizualnej stymulacji”, czyli skonfrontowanie widza z chaosem dynamicznej transformacji obrazów – współczesnym krajobrazem medialnym, w którym źrenice są skazane na ciągłe bombardowanie impulsami wzrokowymi.

Ale kultowa wizualizacja osiągnęła swoją halucynogenną jakość także dzięki acid house’owemu podkładowi, przygotowanemu i zmiksowanemu przez Genesisa P-Orridge’a i jego partnerkę, którzy w tym samym czasie przebywali na wygnaniu i otrzymali od Leary’ego schronienie w jego kalifornijskiej rezydencji.

W efekcie, How To Operate Your Brain stała się rodzajem sterowanej, psychedelicznej medytacji. Zarówno dźwięk, jak i obraz odgrywają tu ważną  rolę, otwierając widza na chaos poznawczy, wprowadzając stan otwartości na nowe informacje i przygotowując na krytyczną reprogramację – przejęcie kontroli nad własnymi oczami, a więc nad własnym życiem.

Głos Leary’ego unosi się nad halucynogennym podkładem dźwiękowym, jego twarz miesza się z kolorowym, wibrującym tłem, a sam wykład – esencja How To Operate Your Brain – jest przykładem dostosowania psychedelicznych teorii guru kontrkultury do dekady rozwoju technologii informacyjnych.

Podstawą wykładu jest uwypuklenie roli chaosu jako naturalnego stadium umysłu, jego roli w tworzeniu nowych połączeń pomiędzy neuronami – chaos u Leary’ego pozwala bowiem na wprowadzanie do mózgu wyzwalających indywidualność, antyautorytarnych informacji.

A jako że jest to początek lat ’90, doktor ewokuje tu także psychedeliczne odrodzenie, multimedialność ruchu rave i kulturę samplingu mówiąc otwarcie: Twórz swój styl… z chaosu. Leary porusza ponadto wątki filozoficzne i antropologiczne – mówi o łączeniu sił i rozwoju cyfrowych systemów komunikacji oraz ewokuje wizję globalnej wioski i podkreśla znaczenie rozumienia języka własnego mózgu (neurochemicznych wyładowań elektronów i fotonów). Żelazny klasyk sceny psychedelicznej i doskonały wgląd w kamień węgielny idei, które odpaliły epokę informacyjnego surfu!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: How To Operate Your Brain
Produkcja: USA, 1993
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 5/5

Dlaczego felieton jest martwą formą?

Surfując po stronach natemat.pl wpadłem na krótki wywiad z Krzysztofem Skibą, który użala się, że nikt już nie potrafi pisać dobrych felietonów i ciężko w ogóle takowe znaleźć zarówno w prasie, jak i w Internecie. Jednak dla mnie jako homo internauticusa problem ten pozostaje absolutnie nieistotny. Felieton nie posiada żadnej wartości w sieci, gdyż wraz z globalnym podłączeniem w przeszłość odchodzą wewnętrzne reguły prasy, do których ta szczytna forma apeluje!

Felieton bywa kategoryzowany jako prasowa córka eseju, za pomocą której autor rozprawia się ze swoimi aktualnymi obsesjami, spostrzeżeniami lub myślami nieuczesanymi, próbując je wtłoczyć w linearną strukturę wypowiedzi czy nawet mini-opowieści, która ma swój błyskotliwy początek i zaskakujący koniec z obowiązkową puentą. W prasie felieton jest zazwyczaj publikowany w formie rubryki, którą łączą dwie rzeczy: jej autor i regularność ukazywania się (zwykle tygodniowa, czasem miesięczna).

W pierwotnym kontekście medium papierowego felieton pozostaje formą w takim samym stopniu wolną, co i ograniczoną. Teoretycznie nieograniczony zakres tematyczny felietonu zostaje uwięziony w ramach jednowymiarowego, „gorącego” medium, które nie odpowiada na myśli, którego nie można komentować na bieżąco i wobec którego nie da się dokonywać aktów hiperdystrybucji. A że jest to forma skrajnie subiektywna, dialektycznie prosi się o polemikę, którą w czasach świetności monolitów medialnych reprezentowały listy do redakcji… a tych nikt już nie wysyła.

Faktycznie, w ramach hybrydowego medium, którym jest Internet, felieton wydaje się formą z innej epoki, nie pasującą do logiki surfowania po falach informacji, jak Winchester do Wojny w Iraku. A dzieje się tak dlatego, iż korzenie felietonu tkwią w hierarchicznym systemie dystrybucji, który tworzyły trzy siostry: prasa, radio i telewizja. W tym systemie miał on oczywiście sens jako forma wyrażająca indywidualność w zuniformizowanym froncie informacyjnym, jednak Internet nie posiada hierarchicznej struktury i nie apeluje tak mocno do introwertycznej części aparatu poznawczego, jak słowo drukowane. Podstawą sieci jest nie odbiór, a uczestnictwo (nawet jeśli pasywane).

Jako hybryda słowa pisanego, audio, telewizji i najróżniejszych języków kodowania tj. HTML, XML czy Java, sieć apeluje do naszych mózgów na wiele sposobów naraz i robi to w czasie rzeczywistym. Odrzucona zostaje potrzeba czekania na rzecz natychmiastowej gratyfikacji, której felieton przeczy a priori. Będąc formą za sztywną na impulsywne udostępnienie dalej (chociaż nie można tego wykluczyć w niektórych wypadkach) i zbyt oderwaną od informacyjnej temporalności Internetu, felieton staje się rodzajem kiepskiego przeszczepu, wiszącego pomiędzy punktami zagęszczenia informacji, jak archaiczny most zwodzony.

O ile długi esej może w Internecie posłużyć użytkownikom jako nie-temporalne narzędzie narracyjno-edukacyjne, pod warunkiem że nie jest sfiksowany na punkcie własnej ważności, felieton nie odpowiada na żadne konkretne zapotrzebowanie: nie jest pomocą naukową, nie jest poradą, nie jest receptą i nie służy do nawiązywania kontaktu (nie jest usługą komunikacyjną). A do tego z miejsca zostaje wyparty przez hybrydy, naturalnie dostosowane do sieciowej interaktywności. Wśród nich królują zaś „wpisy blogowe”, które mogą sprowadzać się do jednego zdania, ale w połączeniu z klipem jutjubowym, bądź zdjęciem, otwierają użytkownika na szerszy typ uczestnictwa.

Z powodu otwartości formy wpisy blogowe często przechodzą w prostszą wersję felietonu – komentarz, którego przedmiotem może być wszystko, a forma ponownie bywa hybrydowa. A że ten komentarz otwarty jest na inne komentarze, zyskuje automatycznie wymiar metakomentarza, jeśli dojdzie do interakcji użytkowników. Taki wpis może żyć 5, 12 czy 24 godziny, a nawet 3 do pięciu dni (rzadko jednak dłużej), czyli znacznie krócej niż tradycyjny felieton, który z założenia miał dostarczać przemyśleń na cały tydzień. Internet, a szczególnie sieci społecznościowe zmuszają jednak człowieka do funkcjonowania w trybie tu i teraz (maksymalnie dobowym), w którym poruszony wątek może się wyczerpać po 15 minutach, jeśli otrzyma celny komentarz. To zaś sprawia, że wzniosłe formy intelektualne, które wzbraniają się od impulsywności i reaktywności, wglądają sztucznie i automatycznie alienują użytkowników.

Osobiście, nigdy nie byłem wielkim fanem felietonów w polskich mediach, być może dlatego, że rzadko trafiałem na temat, który mnie interesował, a być może dlatego, że rzadko pasował mi styl autorów – jedynymi, które naprawdę ceniłem, były kulinarne felietony zamieszkałego we Francji antropologa i alkoholika, Ludwika Stommy. Jednak w Internecie nawet ich nie szukam preferując materiały, które odpowiadają na konkretne impulsy. Jednym z nich jest zaś recenzja, której internetowy sukces jest – podobnie jak streszczenia – naprawdę zaskakujący. Innym jest porada lub instrukcja, a także zestawienie czy podsumowanie (10 najlepszych…) czy nawet nieśmiertelny reportaż.

Wśród „nowych form” warte uwagi są zaś: „raporty z surfowania” (hej, zobacz co znalazłem/am w sieci), „linki z komentarzem” (dobry klip, wszedł mi idealnie po bongu i dwóch piwach), „zażalenia publiczne” (kurwa, skasowali mi konto na fejsie) czy „opowieści dziwnej treści” (wczoraj na imprezie Rysiu pokazał wszystkim swój nowy wibrator). Spełniając wymogi nowego medium – nawet jeśli powodują odruchy wymiotne u polonistów, filozofów i socjologów wciąż żyjących w poprzedniej epoce – formy te idealnie wpasowują się w hiperaktywność użytkowników i temporalność funkcjonowania podczas surfu. Zapomnijcie więc proszę o felietonie, jak o mamucie – relikcie poprzedniej epoki, gdyż ewolucja technojęzyka odbywa się całkowicie poza kontrolą gatekeeperów.

Conradino Beb

W Watykanie nie ściąga się dużo blockbusterów, przeważa pornografia

Ciekawego odkrycia dokonała redakcja TorrentFreak próbująć ustalić, co ściąga się z sieci w Watykanie. Pomimo małego zainteresowania nowymi produkcjami z Hollywood i grami komputerowymi, obywatele stolicy apostolskiej ściągają obficie filmy porno kultywując przy tym bardzo niszowe zainteresowania.

Analizując watykańskie adresy IP, wśród sporadycznych downloadów mainstreamowych produkcji filmowych, redaktorzy TorrentFreak odnaleźli kilka ciekawych pozycji pornograficznych. Na liście znalazły się filmy z udziałem znanych gwiazd przemysłu tj. Tiffany Starr, Sheena Shaw, Lea Lexis i Krissy Lynn.

Jednak znacznie ciekawsze są bardziej niszowe pozycje. Wśród nie dających się rozpoznać na pierwszy rzut oka plików znalazły się m.in. RS77_Episode 01 (skrót od Russian Slaves, filmiku w klimatach seksualnej dominacji), a także inny smaczek, niemiecki produkt o nazwie BDSM Sklavin Zuchtigung im dunklen Hobbykeller teen fesselspiele. Watykańscy PR-owcy odmówili oficjalnego komentarza z braku czasu… pewnie byli zajęci ściąganiem.

Część długiej listy (pozycja nr 8, 13, 14):

vatican_porn_download

Źródło: TorrentFreak

Robert Tercek na temat wzrostu Facebooka, Google+ i upadku systemu telewizyjnego

Robert_Tercek_promo

Robert Tercek to jeden z największych ekspertów od treści interaktywnej na świecie – gwiazda rewolucji w dostarczaniu informacji przez cyfrowe kanały komunikowania. Jego doświadczenie rozciąga sie na niemal wszystkie istniejące platformy medialne: telewizję satelitarną, konsole do gier, Internet, telewizję interaktywną czy sieci komórkowe.

Jego przełomowe strategie zostały zastosowane do stworzenia całej serii programów online dla: Anthony’ego Robbinsa, Oprah Winfrey, Suze Orman, Dr Mehmeta Oza, Elizabeth Lesser, Jeana Chatsky’ego, Davida Bacha, Marcusa Buckinghama, Deepaka Chopry, Debbie Ford i Marthy Beck.

Jego poniższy wykład pochodzi z konferencji Prime Time w Ottawie i nosi tytuł Television’s New Ecosystem. Jego tematem są wyczerpujące się możliwości telewizyjnego modelu reklamowego, streaming bit torrent, precyzyjna reklama internetowa, rosnąca aktywność mediów spolecznościowych (w tym Facebooka i Google+) oraz innowacyjność w tworzeniu nowych mediów! Naprawdę warto wysłuchać!