Archiwa tagu: czarna komedia

The Love Witch (2016)

the-love-witch-poster

Anna Biller zadebiutowała w 2007 z fascynującym neoeksploitem Viva – feministyczną satyrą na rewolucję seksualną w formie hołdu dla filmów Russa Meyera z przełomu lat ’60/’70. Film nie przedarł się do masowej publiczności, ale stał się małym hitem w środowisku fanów kina eksploatacji, których apetyt na wszelkie próby rewitalizacji niskobudżetowej konwencji rósł w miarę oglądania kolejnych odpałów Tarantino i Rodrigueza (projekt spółki pt. Grindhouse miał premierę w tym samym roku).

The Love Witch nadszedł po długiej przerwie, w trakcie której artystka miała dużo czasu na doskonalenie stylu, który na ekranie rozkwitł do prawdziwie gargantuicznych rozmiarów. Biller podjęła się ponownie niemal wszystkiego, rezygnując tylko z grania głównej roli, własnoręcznie projektując kostiumy, pisząc scenariusz, a także reżyserując, montując i produkując swoje dzieło, które całkowicie zaskoczyło krytyków swoim autorskim pazurem.

Film Biller nie jest łatwy w odbiorze, pomimo tego że zostaje „sprzedany” pod misterną retro fasadą – dwuwymiarowego w teorii – kina klasy B, czerpiąc z giallo (fascynacje żółtym thrillerem stają się absolutnie jasne, gdy sprawdzimy ścieżkę dźwiękową), cultsploitation, sexploitation i drugsploitation, co może łatwo zmylić mniej czujnych widzów.

Bebechy to jednak coś zupełnie innego – przewrotna, feministyczna satyra na współczesne pogaństwo z wiccą na czele (w swojej kalifornijskiej wersji), potęgę seksu, kobiecą drapieżność, męską bezradność, a przede wszystkim na psychologiczne rozbicie osobowości, doprowadzające do zawieszenia w świecie kompulsywnych marzeń-życzeń, kreujących potężną, magiczną siłę (dosłownie i w przenośni), która nie jest jednak w stanie zapełnić wewnętrznej pustki i ostatecznie prowadzi do tragedii.

Tytułowa Wiedźma Miłości, Elaine (grana przez piękną Samanthę Robinson), to młoda wiccanka, którą poznajemy w drodze z San Francisco na południe stanu, gdzie ma ona nadzieję rozpocząć nowe życie po świeżo zerwanym związku z pewnym mężczyzną (w jej myślach widzimy, jak pada on na podłogę pod wpływem trucizny).

Szczęśliwie się składa, że Elaine ma tam przyjaciółkę, która zaoferowała jej miejsce w swoim domu pod jej nieobecność… a także usługi dekoratorki wnętrz potrafiącej przeobrazić stary, wiktoriański budynek w prawdziwy okultystyczno-wiccańsko-tarotowy raj z tapetami wyjętymi żywcem z Vampyros Lesbos, dębowymi szafkami na magiczne eliksiry i obrazami, których nie powstydziłby się alchemik ze Świętej góry.

Elaine szybko odnajduje się w lokalnej społeczności, wystawiając swoje magiczne eliksiry na sprzedaż w sklepie dla wiedźm, odświeżając znajomość z operującym w okolicy wiccańskim covenem, a także rzucając miłosne uroki na spotkanych przez siebie mężczyzn, którzy jeden po drugim okazują się jednak zbyt wrażliwi na jej silną pozę i niepohamowaną żądzę spełniania męskich pragnień (Elaine czuje, że jej obowiązkiem jako kobiety jest dawanie mężczyznom pełni szczęścia).

Mentalna słabość rodzaju męskiego nie czyni oczywiście Elaine zbyt szczęśliwą, która roztacza przed swoimi ofiarami wizję zaspokojenia wszystkich pragnień, używając legendarnego wywaru z bielunia dziędzierzawy, aby wprowadzić ich w świat magii seksualnej i przywiązać do siebie na zawsze, co zawsze kończy się jednak u nich rozczarowującym załamaniem nerwowym.

Ideał silnego samca okazuje się nadzwyczaj trudny do znalezienia, aż nasza wiedźma nie spotka na swojej drodze lokalnego policjanta, który prowadzi śledztwo w sprawie nielegalnie pogrzebanego na terenie swojej posiadłości profesora lokalnego uniwerystetu i wpada wprost w jej sidła, próbując dowiedzieć się, czy miała ona z tym cokolwiek wspólnego.

Jednocześnie, w trakcie kolejnych podbojów erotycznych Elaine, wypełnionych komediowym ładunkiem, scen wiccańskich rytuałów – dość realistycznie swoją drogą zainscenizowanych – barowych pogawędek i konnych przejażdżek, Biller w gęstych oparach absurdu mierzy się z istotnymi problemami męsko-damskiego świata i post-patriarchalnej kultury, których próżno szukać w innych filmach niezależnych.

Dlaczego seks jest elementem kontroli? Czemu tak łatwo ogłupić mężczyzn? Czemu kobiety padają ofiarą patologicznych marzeń o miłości? Dlaczego magia i neopogaństwo są bliżej mainstreamu niż nam się to wydaje? W jaki sposób maskujemy własne słabości? Czy da się obłaskawić ludzki strach? A także dlaczego kochamy kultywować kłamstwo? Ten erotyczno-psychologiczny tour de force może was całkowicie powalić z nóg, jeśli lubicie mierzyć się z nieoczywistym pod powierzchnią oczywistego.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Love Witch
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4,5/5

31 (2016)

31_poster

Po finansowej klapie Lords of Salem – film w dystrybucji kinowej nie zwrócił nawet 2 milionowego budżetu – wielu fanów zwątpiło w dalszą karierę Roba Zombiego, muzyka w branży filmowej. Płomykiem, który na nowo rozpalił serca widowni, okazał się jednak tajemniczy projekt zatytułowany 31.

Zombie, dysponując mniejszymi funduszami, niż przy poprzednim filmie, wsparł się Internetem i zorganizował dwie kampanie crowdfundingowe, które pozwoliły mu na sfinalizowanie  projektu. Ostatecznie produkcja trafiła do szerszej widowni za pośrednictwem platform VOD 16 września tego roku, a specjalne pokazy kinowe wystartowały 21 października.

31 od początku budziło kontrowersje. Wspomnieć należy choćby o tym, że mimo wielu cięć filmowi ciągle nakładano kategorię R, klasyfikując go jako wyjątkowo brutalny. I cała ta otoczka znajduje sens w kontekście fabuły, jaką Rob Zombie raczył obdarzyć swoje dzieło.

To historia grupy wypaczonych pracowników parku rozrywki, którzy na dzień przed Halloween zostają pojmani przez grupę jeszcze większych zwyrodnialców i zmuszeni do przerażającej zabawy na ich regułach. To gra o przeżycie, w której nasi bohaterowie, niczym w komputerowej strzelance, zmagają się z nadciągającymi falami coraz bardziej cudacznych psycholi, których celem jest pozbawienie ich życia.

Zombie próbuje tu jakby skondensować swoją dotychczasową twórczość filmową do postaci pigułki, którą jego fani chętnie łykną. Stylistycznie najwięcej artysta czerpie tu z Domu 1000 trupów i wspomnianych Lords of Salem. Groteska i psychodeliczny klimat łączą się z typowym dla kina grindhouse kurzem czy wszechobecnym brudem.

Trudno też nie dostrzec teledyskowego zacięcia Roba, ten wszak własnoręcznie reżyseruje klipy dla swojej kapeli White Zombie. Jego najnowszy film jest taki, jak on sam, jego wizja kina lub muzyka – szalony, zadziorny, eskalujący przesadną brutalnością, zlewającą się ze smoliście czarnym humorem.

Nie zabrakło oczywiście ulubionych aktorów reżysera. Prócz obecnej w każdym jego filmie małżonki Sheri Moon Zombie, obsadę zasilił między innymi Jeff Daniel Phillips (stylizowany tutaj na Sida Haiga), Lew Temple, czy znany i powszechnie lubiany Malcolm McDowell, który występuje w peruce rodem z czasów Rewolucji Francuskiej.

Paleta postaci, w jakie wcielają się aktorzy, to prawdziwy pokaz rozbuchanej fantazji Roba. Od klaunów-rednecków z piłami łańcuchowymi, przez nazistowskie karły, po okultystycznych arystokratów. Gdyby film powstawał w okolicach 2007 roku, z pewnością podpięty byłby pod neoeksploatacyjny szyld Grindhouse duetu Tarantino-Rodriguez.

Cała produkcja zresztą pogrążona jest w kwaśnych latach 70-tych, przyozdobiona o zagrania montażowe tamtych lat czy soundtrack. Wszakże Zombie wielokrotnie udowodnił, że potrafi doskonale dobierać muzykę do swojego obrazka. Filmowi ujmuje jednak pod względem realizacji uboga scenografia. Oczywiście, stoi za tym niski budżet, przez co większość akcji dzieje się na korytarzach jakiejś zatęchłej fabryki.

Z wyżej wymienionych powodów, jeśli polecić miałbym komuś 31, to tylko i wyłącznie wiernym fanom Roba Zombiego oraz przeżywającego rozkwit nurtu explotation revival, bo mimo całej swojej „fajności”, film nie daje emocji, które zostałyby z nami dłużej niż 2 godziny po seansie.

Kolejny trip wypchanej pomysłami głowy Roba okazuje się jednorazową wycieczką, w dodatku nie oferującą niczego nowego, serwującą kolejny raz talerz pełen krwawej, soczystej pulpy. Trudno szukać tutaj ciekawych postaci pokroju rodzinki Firefly, nie znajdziemy również głębi remake’u Halloween. Realizacyjnie dużo brakuje mu zaś do debiutanckiego Domu 1000 trupów.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: 31
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

On nigdy nie umarł (2015)

he-never-died-poster-2015

Czasem człowiek ma pewne oczekiwania od filmu, które próbuje podtrzymywać nawet wbrew temu co widzi na ekranie, bo czeka na nagły zwrot akcji czy cokolwiek, co ma go przekonać, że nie traci czasu. Niestety, równie często wpada on w sidła własnych oczekiwań i w efekcie dostaje czekoladkę z rzygiem w środku, parafrazując złotą myśl Forresta Gumpa.

Tak mniej więcej streściłbym seans gatunkowego niezależniaka Jasona Krawczyka z główną rolą Henry’ego Rollinsa (może dlatego tyle obiecującego), który próbuje nawiązywać romans z biblijnym mitem Kaina, kinem kanibalistycznym i miejskim thrillerem o małych ludziach, padając na pysk już gdzieś w połowie. Kilka chichów nie rekompensuje niestety chujowego scenariusza i nieskładnej reżyserii, która mogłaby zrobić lepszy użytek z tego mizernego budżetu.

Gwoli wyjaśnienia, pomysł na obsadzenie legendy HC w roli nieśmiertelnego kanibala, który dostaje pierdolca od towarzyszenia ludzkości od jej zarania, był fajny, tyle że egzekucja pozostawia wiele do życzenia. Jack śpi całymi dniami, a w wolnych chwilach chodzi po mieście, gra w bingo z lokalnymi emerytami lub przesiaduje w barze, gdzie zamawia dania wegetariańskie i to tyle… pomysł, na który mógłby wpaść student kulturoznawstwa żyjący przez tydzień na zupkach chińskich i doprowadzony w ten sposób do radykalnego obniżenia hemoglobiny.

Dziwnym trafem Jack pewnego dnia spotyka swoją córkę, bo przecież nigdy nie przestał wierzyć w sens życia małżeńskiego, więc czasem udaje mu się spłodzić potomka… choć miał przecież setki tysięcy lat, żeby nauczyć się czegoś od życia. Ale to tylko jeden z nonsensów On nigdy nie umarł, innym jest kryminalna intryga z udziałem lokalnego gangu, jego córki i pielęgniarza, od którego Jack kupuje świeżą krew – jedyną rzecz, która pozwala mu dzielnie stawiać czoła uzależnieniu od ludzkiego mięsa (czyt. Jack walczy o ludzki pierwiastek).

Całe szczęście, reżyser zdecydował się wprowadzić trochę jatki, bo w wypadku gdyby postawił tylko na psychologię charakteru, widz pewnie musiałby siedzieć przed ekranem z żyletkami gotowymi do użycia na własnych nadgarstkach. Henry Rollins gra dobrze, ale jego charakter przypomina przysłowiowego stracha na wróble, którego jedyną esencją są podkrążone oczy i blada skóra. Nie znajdziemy tu ani głębi Wywiadu z wampirem, ani akcji netfliksowego Daredevil, choć Jack w pewnych momentach wydaje się być charakterem komiksowym.

Jednak największym zarzutem jest to, że Krawczyk nie ma żadnego pomysłu na to, jak rozegrać akcję, ani jak wykorzystać ciekawy w teorii charakter. Jego film w efekcie balansuje na cienkiej granicy czarnej komedii, thrillera, filmu akcji i klasycznego monster movie. O ból głowy przyprawia do tego migająca w tle metafizyka, a gdy dochodzi do dialogu pomiędzy Jackiem, a Śmiercią, człowiek nie wie czy się śmiać czy płakać. Ale jeśli po przeczytaniu tekstu wciąż rozważacie oglądanie tego filmu, to przynajmniej zostaliście ostrzeżeni!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: He Never Died
Produkcja: USA/Kanada, 2015
Dystrybucja w Polsce: Netflix lub brak
Ocena MGV: 2,5/5

Krwawy obiad (1987)

blood_diner_1987

Kanibalizm to chyba najczęściej łamane tabu w kinie grozy. Od deszczowych lasów Amazonii po zamglone uliczki współczesnej Brytanii, antropofagi zawsze znajdą swoją niszę. I choć temat sam w sobie jest kontrowersyjny, to połączony z groteską czy czarnym humorem, wydaje się być idealny dla ludzi o mocno wypaczonej satyrze. I z myślą o nich właśnie powstał niesławny Krwawy Obiad z 1987 roku, wyreżyserowany przez Jackiego Konga.

Dwójka braci, George (Carl Crew) i Michael (Rick Burks) to kanibale. Prowadzą knajpę, a w przerwach zbierają składniki niezbędne do przywrócenia starożytnego bóstwa Shity. W pozyskaniu części ciał młodych kobiet, w które wcieli się reinkarnacja Shity, pomaga mózg szalonego wujka zamknięty w słoiku. Zwieńczeniem rytuału ma być tytułowa krwawa uczta, podczas której zgromadzony tłum przekroczy wszelkie granice obżarstwa, a ożywionej bogini zostanie złożona ofiara z dziewicy.

Lektor z początku czyta nam ostrzeżenie, w którym przekonuje, że wszystkie sceny w filmie zostały wykonane przez profesjonalistów, a sam seans odradzany jest widzom o słabszych nerwach. Bo Krwawy Obiad to nic innego, jak popularna w latach 80-tych komedia gore. Co prawda nie ma takiego polotu jak Martwica Mózgu, ale fani tego specyficznego nurtu będą z pewnością usatysfakcjonowani.

Humor jest tutaj wyjątkowo niskich lotów, więc jeśli nie śmieszy was rzyganie grubasa po gościach knajpy, czy policjant przepytujący kukiełkę brzuchomówcy, to seans okaże się wyjątkowo nudny. A właśnie kloaczna satyra, klimat szalonej drugiej połowy XX w. i tandetne efekty gore, tak charakterystyczne dla epoki VHS, są głównymi powodami, dla których warto sięgnąć po ten film.

Najsłabiej wypada aktorstwo, choć para kanibali jest jeszcze jako tako przekonująca, ale reszta raczej nie zasługuje na pochwały. Pojawiające się na drugim planie postaci przypominają statystów z filmów Tromy, zwłaszcza liczne postacie żeńskie. George i Michael to zaś typowy duet nieudaczników, którzy tylko dzięki wskazówkom mózgu ze słoika wiedzą co robić, by rytuał doszedł do skutku.

Należy także wspomnieć, że choć film ostrzega nas przed nadmiernym epatowaniem brutalnością, okazuje się to niestety nieprawdą. Mamy tutaj wprawdzie trochę ostrzejszych scen, ale w porównaniu ze wspomnianą Martwicą Mózgu, czy drugą częścią Martwego Zła, to bajeczka dla 16-latków. Do tego wszystkie efekty gore zostały wykonane bardzo tandetnie, choć wpisuje się to w obraną konwencję.

Wisienką na krwawym torcie pozostaje finał, parkiet dyskoteki wypełniony pożerającymi się nawzajem zombie na pigułach, stroboskopy migające w rytm electro, granego przez parę sobowtórów Adolfa Hitlera i stojąca na scenie Sithę, strzelającą do ludzi piorunami z oczu. Dla takich scen warto żyć.

Krwawy Obiad dla wielu kinomanów pozostaje dziełem kultowym, wręcz opus magnum komedii gore, ale ja w tym całym melanżu krwi, kiczu i tandety widzę przede wszystkim ducha najlepszych czasów kina grozy. Nie żałuję poświęconych mu 80 minut życia, ale kultowości tu nie widzę. Filmowi brakuje zdecydowanie ostrzejszego pazura, bo samo ocieranie się o kontrowersyjną tematykę nie wystarczy. Nie osiągnął on zresztą nigdy komercyjnego sukcesu. Jeśli jesteście fanami wymienionych produkcji, to możecie śmiało sięgać po obraz Konga. Jeśli nie, poczekajcie na kolejny seans w telewizji, może akurat Krwawy Obiad okaże się całkiem smakowitym kąskiem.

Oskar ‘Dziku’ Dziki

 

Oryginalny tytuł: Blood Diner
Produkcja: USA, 1987
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Głosy (2014)

the-voices-poster-2014

Są tacy aktorzy, którzy choćby ze wszystkich sił starali się wybierać role oryginalne i nierzadko odważne, to i tak kojarzą się raczej z gogusiami z komedii romantycznych i trudno na to cokolwiek poradzić. Cały świat miał tak do niedawna z Matthew McConaugheyem, a niektórzy wciąż tak pewnie mają z Bradleyem Cooperem, choć wiele wysiłku włożył on w odgrywanie szopów czy snajperów. Ja natomiast, wyznam szczerze, mam tak z Ryanem Reynoldsem.

Choć filmografia tego kanadyjskiego aktora jest raczej zróżnicowana (Pogrzebany, Amityville, Green Lantern), zawsze się dziwię, gdy widzę go w czymś, co nie jest dziełem pokroju Zakochanego mimo woli lub Wiecznego studenta. A jeszcze bardziej zdumiewa, gdy przychodzi zobaczyć Ryana Reynoldsa w Głosach, nowym filmie Marjane Satrapi.

Twórczyni uznanego Persepolis oraz Kurczaka ze śliwkami, obsadziła go tu w głównej roli, a sama występuje poniekąd jako podwójna debiutantka, gdyż nie dość, że zrobiła film w Ameryce – wcześniej robiła je raczej w Europie – to jeszcze po raz pierwszy ekranizuje scenariusz, którego nie jest autorką. Ten pochodzi z tak zwanej Black List, czyli listy, na którą trafiają godne uwagi, ale z różnych przyczyn niezrealizowane jeszcze scenariusze – stworzył go Michael R. Perry (Paranormal Activity 2).

Głównym bohaterem historii jest Jerry (Ryan Reynolds), mężczyzna sympatyczny, choć nieśmiały i w obejściu raczej dosyć dziecinny. Pracuje on w fabryce wanien (wygląda to na taki element dziwności wprost z wrażliwości indie, w przyszłości mający szansę umożliwić odkrycie tego filmu na imdb po tagu wanna), kocha się w pochodzącej z Anglii księgowej oraz choruje na schizofrenię. Mieszka sam, lecz w towarzystwie psa i kota.

Ten sam Jerry w końcu zbiera się jednak na odwagę i zaprasza dziewczynę na randkę do chińskiej knajpy. Fiona (Gemma Arterton) niestety go wystawia, ten ogląda więc samotnie występ chińskiego Elvisa i podróbki Bruce’a Lee. Ale że miasteczko jest zaiste niezwykle małe, na nieszczęście Fiony ich losy krzyżują się jeszcze tego samego wieczora i ta, choć pijana, przemoknięta, zmęczona, zmuszona jest zaprosić Jerry’ego na jakąś przekąskę.

Jadą więc samochodem do jakiejś przydrożnej burgerowni, kiedy niespodziewanie na maskę wskakuje im jeleń, który tłucze szybę, ledwo dycha i prosi bohatera: „dobij mnie”. Ten wyciąga więc nóż i spełnia ostatnią wolę zwierzęcia, co budzi prawdziwą żądzę krwi i wprowadza nas na znaną ścieżkę slashera. Ale siła Głosów polega na tym, że Jerry pozostaje w gruncie rzeczy bohaterem ujmującym – choć nieszczególnie bystrym – a Ryan Reynolds dwoi się i troi robiąc zabawne miny, więc trudno z nim nie sympatyzować.

Przekonująco pokazano również to, że każde następne morderstwo wynika z poprzedniego, można więc w gruncie rzeczy kibicować bohaterowi, aby jak najdłużej pozostał na ścieżce bezkarności. Taki obraz seryjnego mordercy zdarza się zaś we współczesnym kinie gatunków nieczęsto – zwykle trzymamy za niego kciuki raczej z czystej przekory, gdy jego ofiary stają się tak irytujące, że nie da się już na nie dłużej patrzeć.

Kolejną zaletą Głosów są kolory. Wszystkie barwy są jaskrawe i nienaturalnie intensywne, pożyczone raczej ze świata Katy Perry, niż z tak popularnych ostatnio instagramowych filtrów. Kombinezony w fabryce wanien są różowe, niebo niebiańsko niebieskie, a szminki dziewcząt mają wyraziste odcienie i są grubo nałożone. A to swoisty styl, bo gdy Jerry po swojej pierwszej zbrodni decyduje się pokawałkować ciało i umieścić je w plastikowych pojemnikach na żywność, nawet te obrzydliwe szczątki zostają ustawione równo, porządnie, w gruncie rzeczy elegancko.

Ponadto, kot i pies Jerry’ego chętnie komentują jego życie, często udzielają rad. Są jak diabełek i aniołek z kreskówek. Kot bez ogródek mówi to co myśli, nie certoli się i ze szkockim akcentem, niczym lalka brzuchomówcy, wypowiada wszystko, czego wolałoby się nie usłyszeć. Pies jest natomiast najlepszym przyjacielem człowieka i zawsze ma w zanadrzu ciepłe słowa dla swojego pana. „Nie martw się, przecież jesteś dobrą osobą” – mówi na przykład po kolejnym morderstwie. A wszystko to ma bezpośredni związek z tym, że ciąg wydarzeń serwowany jest z perspektywy głównego bohatera – ta jest oczywiście zaburzona.

Wdzięcznym motywem pozostaje również odcięta głowa. W wielu filmach pozostaje ona niewidoczna, ledwie zasugerowana, choć intryguje (Wariatka z Alabamy, Barton Fink, Siedem). Jednak głowa może też atakować pod wpływem demonicznych sił tych, których za życia kochała (Evil Dead 2). W niej gromadzi się również wszystko to, co potrzebne do odtworzenia osoby (They Saved Hitler’s Brain). Mieszkańcy południowo-wschodniej Azji wierzą zaś w istnienie demona Krasue, objawiającego się właśnie pod postacią latającej w powietrzu głowy, okraszonej trzewiami. Niekiedy kręcą nawet o tym filmy.

Nic to jednak nie ma wspólnego z nowym filmem Satrapi! W Głosach odcięte głowy gadają i zdarza im się niekiedy wpływać na decyzje głównego bohatera, choć w gruncie rzeczy działają jako kamuflaż. Mają na celu odwrócenie uwagi widza od tego, że numer z gadającymi zwierzakami już się wyczerpał i nie da się go dalej ciągnąć w niezmienionej formule. Do dowcipu należy więc systematycznie dokładać kolejne gadające głowy, trzymając kciuki, że rzecz nie straci tempa. To niestety nie do końca się udaje.

Sama Satrapi mówi, że nie zależało jej tu na zrobieniu tradycyjnego filmu gatunkowego i Głosy po trosze zdają się to potwierdzać. Jest wprawdzie seryjny morderca, ale jest też dużo żartów. Z tymi drugimi mam problem, bo choć zdarzają się i te rzeczywiście zabawne (prowadzona tuż przed wypadkiem rozmowa o czterech znanych z imienia biblijnych aniołach), niejednokrotnie odnoszę wrażenie, że ktoś tu za wszelką cenę próbuje olśnić, rozbawić i trochę po omacku mizdrzy się na wszystkie strony.

Niemniej, pomijając miałkość niektórych żartów, można przyjąć, że Głosy to po prostu komedia grozy (hybrydyzację tych dwóch gatunków usprawiedliwia wypowiedź reżyserki). A skoro tak, nie można mieć raczej pretensji o schematyczność autorskiej wizji schizofrenii, ale również (nie zdradzę chyba zbyt dużo) o musicalową końcówkę, która nie wszystkim może przypaść do gustu. Ogólnie, Głosy są zaskakujące, ale raczej z tego względu, że rzecz o gadających zwierzakach, w której gra Ryan Reyonolds i Anna Kendrick, daje się całkiem gładko obejrzeć. I choć jest to raczej ekscentryczny bibelocik, gdyby nań trafić gdzieś przez przypadek, może sprawić nieco radości.

Natalka Suszczyńska

 

Oryginalny tytuł: The Voices
Produkcja: Niemcy/USA, 2014
Dystrybucja w Polsce: M2 Films
Ocena MGV: 3/5

Co robimy w ukryciu (2014)

what we do in the shadows

Kino wampiryczne przechodzi ostatnimi laty renesans, choćby w postaci nieśpiesznego, metaforycznego Tylko kochankowie przeżyją Jarmuscha, czy nakręconego z perspektywy pierwszej osoby Dotknięcia mroku. W Co robimy w ukryciu Taika Waititi i Jemaine Clement przeszczepili klasycznego krwiopijcę na teren Nowej Zelandii i nakręcili o nim paradokument. Czy efekt końcowy sprostał jednak genialnemu poniekąd założeniu?

Viago, Vladislav, Diakon i Petyr to czwórka przyjaciół mieszkająca w Wellington. Jednak wspólne lokum to nie jedyne co ich łączy, bo wszyscy są ponad kilkusetletnimi wampirami których codziennie losy, za ich pozwoleniem, pragnie udokumentować grupa filmowców. W ten sposób podglądać zaczynamy pełen cykl życia współczesnego wampira, od wieczornej pobudki po wypady na miasto w celu znalezienia niezbędnej do przeżycia ludzkiej krwi.

Film wciąga od pierwszych scen. Bohaterowie zostają przedstawieni niczym uczestnicy reality show, a na pierwszy plan wychodzi niemiecki szlachcic Viago (Taika Waititi), który staje się przewodnikiem po zamkniętym świecie nieśmiertelnych stworzeń. Świetną kreację stworzył także drugi reżyser, Jemaine Clement. Jego Vladislav jest co prawda kolejną wariacją na temat rumuńskiego księcia, ale teksty i mimika twarzy sprawiają, że od razu stał się moim ulubionym krwiopijcą.

Powodem większości kłótni, tej wydawać by się mogło z defnicji dysfunkcyjnej „rodziny”, jest Diakon (Jonathan Brugh), 183-letni domokrążca. To opasły, samolubny obibok, mieszkający w szafie i wykorzystujący swoją moc hipnozy do unikania różnych domowych prac. W stylowym, kamiennym sarkofagu w piwnicy mieszka także najstarszy z wampirów, Petyr (świetna rola Bena Franshama). Ale jest to postać, której potencjał nie został w pełni wykorzystany, bo mógł on zostać jedną z najciekawszych kreacji wampirycznych XXI wieku.

Wyglądający jak Nosferatu, smukły, blady i posiadający zestaw pokaźnej długości zębów, Petyr pojawia się niestety na ekranie zbyt rzadko, a jego rola ogranicza się do przemykania ciasnymi korytarzami domostwa. Gdyby dać mu więcej czasu, a do tego obdarzyć zdolnością mówienia, byłby idealnym gruntem dla większej ilości śmiesznych gagów.

Fabuła filmu zostaja podana w krótkich, zabawnych scenkach, choć ostatecznie składają się one na całkiem przyjemną historię z pacyfistycznym przesłaniem. Oprócz wampirów pojawiają się tu także demony, zombie, czy stojące po drugiej stronie barykady wilkołaki.

Między światem śmiertelników, a nadnaturalnych istot, pojawia się również pośrednik, Stu (Stuart Rutherford), który pokazuje zassanym przez czas wampirom wynalazki współczesnego świata tj. Internet. Wrażliwi na słońce krwiopijcy mogą w ten sposób obejrzeć wschód słońca na YouTube.

Co Robimy w Ukryciu to przede wszystkim hołd dla kina grozy. Fani horrorów znajdą tutaj sporo mniej lub bardziej widocznych nawiązań do swoich ulubionych horrorów, jak i tworów popkultury w ogóle. Wilkołaki przywiązują się do drzew łańcuchami podczas pełni, podobnie jak robił to główny bohater Złego wpływu księżyca. Viago podnosi się z trumny w identyczny sposób, jak Max Schreck w Nosferatu – symfonii grozy. A świeżo zamieniony w wampira Nick (Cori Gonzalez-Macuer) wyrywa laski na tekst „Oglądałaś Zmierzch? Tak, to ja jestem głównym bohaterem”.

Jednak ta referencyjność – znak czasów – ma bardzo wyrafinowany posmak i została podana w odpowiedniej dawce, przez co nie czujemy, że rzuca się w nas tymi odniesieniami na siłę, jak w przypadku Scary Movie. Found footage to najbardziej wyeksploatowana konwencja w kinie grozy, lecz w tym przypadku, oprócz nerwowego potrząsania kamerą, mamy jeszcze komentarze głównych bohaterów, a sama forma nie jest nachalna i ogląda się to jak zgrabny paradokument.

Do tego, efekty specjalne są wyjątkowo subtelne, a przez odpowiednią grę światłocieniem sztuczność praktycznie została wyeliminowana. Film, jak na historię o wampirach przystało,  posiada też odpowiednią dawkę krwi, która akcjentuje tutaj jednak aspekt komediowy, bo nic tak nie śmieszy jak przypadkowe przecięcie tętnicy szyjnej i zaplamienie wszystkiego dookoła juchą. Ostatecznie, Co robimy w ukryciu to świeży powiew dla kina wampirycznego, który korzysta sprawnie z mitologii gatunku i łączy ją z wysublimowanym czarnym humorem.

Oskar ‘Dziku’ Dziki

 

Oryginalny tytuł: What We Do In the Shadows
Produkcja: Nowa Zelandia, 2014
Dystrybucja w Polsce: Mayfly
Ocena MGV: 4,5/5

Wolny strzelec (2014)

alternative-poster-nightcrawler-2014

Jake Gyllenhaal ma być może połowę urody Ryana Goslinga, ale dwa razy tyle talentu aktorskiego, co udowodnił już wiele razy, na samym początku swojej kariery w kultowym Donnie Darko, a niedawno w surrealistycznym thrillerze Wróg, który pozostaje jedną z najlepszych egzekucji kina gatunkowego ostatnich lat. Jednak w Wolnym strzelcu aktor dopiero idzie na całość, pokazując wszechstronność godną Anthony’ego Hopkinsa, Ala Pacino czy Roberta De Niro, poprzez zagranie roli, którą każdy szanujący się aktor musi odwalić obowiązkowo: roli psychopaty!

Jego kreacja, Lou Bloom, to potrójna krzyżówka legendarnego bohatera Chłodnym okiem – który już w pierwszych minutach filmu Wexlera okazuje się reporterem wolącym najpierw sfilmować spektakularną śmierć, a dopiero potem myślącym o wzywaniu karetki pogotowia – Kierowcy (z filmu Hilla o tym samym tytule) oraz autystycznego niemal szaleńca w stylu Martina z Twisted Nerve (kultowego brytyjskiego thrillera z 1968), co świetnie skutkuje przy doskonałym scenariuszu i bezbłędnej, choć stylistycznie mało wyrazistej reżyserii Dana Gilroya, dla którego film ten pozostaje debiutem (wcześniej pisał on głównie scenariusze do romantycznych komedii).

Ale tu leży właśnie oryginalność tego strzału, bo reżyser nie posiadając żadnego stylu (to nie podlega dyskusji), tworzy na poziomie technicznym Paula Thomasa Andersona. I nawet jeśli ciężko oprzeć się wrażeniu, że Wolny strzelec (oryg. Nightcrawler, czyli bardziej owad niż człowiek, tj. Mucha Cronenberga) to pewnego rodzaju ćwiczenie reżyserskie (bo inaczej być nie może w debiucie), akcja filmu wciąga jak cholera, a ciągle podtrzymywane napięcie sprawia, że człowieka zaczynają pożerać nerwy, jak na horrorze Wesa Cravena.

Lou centralizuje akcję prezentując zestaw bardzo nieziemskich cech – czyt. przejawiając pełen zespół osobowości psychopatycznej – które czynią z niego fascynujące zjawisko do oglądania. Ale jest to psychopata nieszczególnie oddany zbrodniom, a bardziej biznesowi, który przyciąga zwyroli w takim samym stopniu co seryjne morderstwa czy polityka (o czym napisałem wyczerpująco tu). To, jak manipuluje osobami wokół siebie i jak zręcznie rozpoznaje przeciwników i sprzymierzeńców, podane zostaje w formie psychologicznego teatru, co odsyła do Psychozy, Milczenia owiec i Dextera.

Tak, jest tu faktycznie dużo telewizji, co wygląda jednak bardzo naturalnie, gdyż akcja rozgrywa się w środowisku mediów, które pozostają trudnym tematem do sfilmowania, przez co były one eksploatowane w Hollywood, jak i poza nim, bardzo rzadko, głównie przez kino autorskie. Oprócz wspomnianego Chłodnym okiem, największym klasykiem pozostaje tu kultowa Sieć Sidneya Lumeta, a w dalszej kolejności Wideodrom Cronenberga czy Truman Show (fantastyczny powrót Petera Weira po latach).

W Wolnym strzelcu telewizja zostaje potraktowana jednak dosłownie, gdyż w filmie pojawia się trójka aktorów grających w jednym z najlepszych seriali wszech czasów, czyli Mad Men! Podobnie było zresztą także w Drive, którego poziom podbiło pojawienie się Bryana Cranstona (Breaking Bad) i Christiny Hendricks (Mad Men). Gilroy również wydaje się bliższy małemu ekranowi ze względu na sposób filmowania i prowadzenia akcji – jego debiut to w zasadzie skompresowany serial autorski, przykuwający uwagę widza bardziej zagadkami i grą charakterów niż brutalnymi akcentami.

A film ten to zasadniczo thriller psychologiczno-insajderski, historia szybkiej kariery zawodowej Lou, który zaczynając od drobnych numerów (rowerek tu, kawałek płotu tam) nagle odkrywa, co naprawdę powinien robić, śledząc bezwzględną pracę lokalnego wideo-freelancera zajmującego się nagrywaniem wypadków samochodowych i scen zbrodni. Ale choć Lou ma o wiele mniej skrupułów od 99% ludzkości (jakkolwiek zakłamana by ona nie była), odkrywa bratnią duszę wśród pracowników lokalnej stacji telewizyjnej… panią dyrektor programową sekcji informacyjnej.

I tu dzieło Gilroya pokazuje swoją prawdziwą siłę. Na żer dostajemy kąski niemalże na poziomie wspomnianej Sieci, obrazki z życia ludzi mediów, które pokazują jak bardzo jest to biznes bazujący na najniższych instynktach, uzależniony od statystyk oglądalności. I nawet jeśli nie jest to temat specjalnie odkrywczy, jego niebanalne potraktowanie sprawia, że całość zyskuje ambitny ton. Gilroy nie opowiada bowiem tylko o karierze psychopaty, ale portretuje również pewną rzeczywistość, do której wielu ludzi nie ma na codzień dostępu.

Telewizja jako siedlisko takich samych zwyroli jak seryjni mordercy, którzy zamiast zabijania manipulują ludźmi za pośrednictwem teleodbiorników, to oczywiście bardzo ciekawa wizja, pozwalająca na wiele zarówno reżyserowi, jak i aktorom. Bo jeśli dotykamy piątej władzy, wchodzimy w świat bardzo silnych charakterów, które muszą być silne, żeby wytrzymać wyjątkowo silną presję, która z kolei weryfikuje, czy są one wystarczająco silne, żeby pracować w tym zawodzie… i dlatego odsetek psychopatów na wyższych stanowiskach w mediach jest bardzo wysoki.

Pani dyrektor programowa zasadniczo nie jest lepsza od Lou, który rozpoznaje to z bomby i przynosi jej dokładnie to czego żąda, oczywiście za wyznaczoną cenę. Lou ponadto zatrudnia jako swojego asystenta młodego chłopaka bez żadnego doświadczenia i żadnej inteligencji, a więc żadnej przyszłości, który wraz z rozwojem akcji staje się jego sumieniem i lustrem, pokazującym z jakim psycholem mamy tak naprawdę do czynienia. Koniec końców to właśnie brak człowieczeństwa uniemożliwia Lou jakąkolwiek przemianę, bo psychopatia to choroba, która nie podlega romantycznym transformacjom.

Ten żelazny wątek psychologiczny stanowi o dużej sile filmu, który ogląda się również częściowo jak obraz samochodowy z lat ’70 w stylu Kierowcy (nie da się mówić o artystycznym kinie gatunkowym ostatnich kilku lat nie mówiąc o tym filmie). Styl filmowania odbiera nam jednak pełen rytuał uczestniczenia w unii człowieka i maszyny, która była podstawą old schoolowego kina na czterech kołach. Nie jest to faktycznie najmocniejsza strona tego dzieła, które znacznie więcej ma do zaoferowania w sferze charakterologii.

Muzycznie też nie ma fajerwerków, ale na szczęście Gyllenhaal tak pochłania uwagę, że człowiek się jakoś specjalnie na tym nie skupia. Elektro, które gra sobie w tle, jest na tyle dobre, że nie burzy skupienia, a to wystarcza, żeby chłonąć film bez zakłóceń. Macie ochotę na coś nietypowego, nieprzeciętnego i dającego pełną satysfakcję z oglądania? Coś co dodatkowo zawiera sporą dawkę czarnego humoru, który eksploduje na samym końcu? Na Wolnego strzelca naprawdę warto poświęcić czas, bo szerokie czoło Lou pozostanie z wami jeszcze przez długi czas po tym, gdy polecą napisy!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Nightcrawler
Produkcja: USA, 2014
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films
Ocena MGV: 4,5/5

Visitor Q (2001)

visitor-q-poster

Film to stety, albo niestety, najsłabsze tworzywo ze wszystkich dziedzin sztuki, by wybudzić z otępienia człowieka wychowanego w homogenicznej kulturze. Inaczej odbieramy rodzimą martyrologię w Polsce, a inaczej odbieramy filmy krytykujące kulturę, historię i społeczeństwo Dalekiego Wschodu. To w gruncie rzeczy bardzo ważna sprawa, która niestety bardzo często jest pomijana przez krytyków.

Visitor Q Miike wpisuje się w trend autokrytyki pokolenia porzuconego, nie posiadającego kręgosłupa moralnego, pozbawionego systemu wartości promowanych bardzo mocno przez  rodzimego Yasujirego Ozu. A wydawać by się mogło, że w XXI wieku, w czasach coraz większej ekspansji technologii oraz  wzrastającego nacisku na realizację samego siebie, “ciepłe” filmy z lat 50-tych, zarówno te z Japonii jak i USA, nie mają przebicia wśród młodych adeptów kina. Jednak nic bardziej mylnego, gdyż Takashi Miike serwując skrajny przykład patologicznej rodziny z klasy średniej alarmuje, że cywilizacja Wschodu tkwi w głębokim dołku etycznym.

Miike to już w tej chwili klasyk współczesnej kinematografii japońskiej, znany przede wszystkim z brutalnych filmów gangsterskich oraz skrajnej niechęci do kobiet. Wśród bezkresnej przemocy można jednak dostrzec mądrość dzieł jego mentora, Shohei Imamury, który w swoich niewdzięcznych latach 60-tych – kiedy dzieci pokolenia II Wojny Światowej tworzyły nowy lepszy świat i zmieniały system wartości – krytykował establishment za zrywanie więzi ze starym światem, obserwując upadek tradycyjnej etyki, będącej od setek lat fundamentem zdrowego społeczeństwa, za jakie zawsze uznawano Japonię.

Przypomnijmy, że w ujęciu geopolitycznym to Cywilizacja Wschodu była kiedyś tym zdrowszym organizmem, ideałem pełniącym rolę rozsądnego brata w konfrontacji z imperialistycznymi zapędami Zachodu, który w przeciwieństwie do Wschodu bardziej niszczył niż budował.

Miike, człowiek pozbawiony bagażu jaki posiadał Imamura, w żadnej mierze nie jest jednak uważany za typowego japońskiego reżysera. Skłonny byłbym nawet powiedzieć, że to filmowiec bardziej amerykański, stawiający przede wszystkim nacisk na tempo akcji, niż głęboką fabułę. W swoich filmach łączy on elementy kina akcji, znane z filmów Kinji Fukasaku, oraz kina familijnego, w których rozpoznajemy wpływy Franka Capry. To człowiek  z pokolenia wielkiej trójki punkowego kina z Kraju Kwitnącej Kwiśni, do której należą oprócz niego Sogo Ishii i Shinya Tsukamoto.

To trio jest niestety po macoszemu traktowane przez krytyków filmowych, chociaż to oni zapoczątkowali nowy trend w filmie japońskim, skostniałym od przestarzałego montażu i mało dynamicznym ze względu na wielkość kamery filmowej, jaką przez lata dysponowali japońscy reżyserzy. Pierwsi dwaj panowie w młodych latach bawili się kamerą 8 mm, a Miike największe laury zbierał tworząc z pomocą kamery 16 mm.

Wczesne lata 90-te to ostatnie akcenty mistrzów Nuberu Bagu (Japońskiej Nowej Fali) i odchodzenie od tradycyjnego sposobu filmowania, dzięki czemu do głosu doszli w końcu młodzi filmowcy poszukujący nowego języka w kinie. Wymieniona trójka podjęła przy tym tematykę poważną w mniej poważny, a niekiedy wręcz młodzieżowy sposób, co dosyć znacząco przełożyło się na target wiekowy odbiorców ich dzieł. Dość powiedzieć, że Miike robił z początku filmy niskobudżetowe utrzymując tempo Rogera Cormana. W samym 2001 roku trzasnął on 7 obrazów, które jakościowo nie są najgorsze i zostaly zrobione stricte dla japońskiej młodzieży.

Visitor Q to jeden z tych filmów, o którym można napisać, że pośpiech nie zawsze jest złym doradcą. Obraz zrealizowany w tydzień na budżecie 7 mln. jenów (czyli $70 tys.) przedstawia japońską familię w bardzo przerysowanej, wręcz groteskowej perspektywie, w której sprawne oko może znaleźć elementy poezji zagłady znane z filmów Pasoliniego tj. Włóczykij czy Chlew (tego nie można nie obejrzeć!!) czy Teorema.

Do tego ostatniego tytułu najbliżej zresztą filmowi Miike, ponieważ tutaj też pojawia się tajemniczny nieznajomy, przewracający życie mieszkańców do góry nogami. Ale nie będę zdradzał fabuły, żeby nie ukraść widzowi przyjemności obcowania z tym mrocznym, surrealistycznym światem, w którym ludzie grają drugą albo i trzeciorzędną rolę, a pole do popisu ma nasza wyobraźnia. Visitor Q to dowód , że kino niskobudżetowe może ocierać się o artyzm, a to wielce obiecujacy fakt w bardzo trudnych czasach dla filmowców z powołaniem.

Michał Szeremeta

 

Oryginalny tytuł: ビジタ / Bizhitā Kyū
Produkcja: Japonia, 2001
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3/5

Tylko kochankowie przeżyją (2013)

only_lovers_left_alive_poster

Jarmusch przyznał ponownie w niedawnym wywiadzie dla Vulture, że wszystkie jego filmy zaczynają się jako poważne projekty, ale z czasem wkrada się do nich coraz więcej zabawy z materiałem. W przypadku Tylko kochankowie przeżyją artysta chciał uchwycić mroczną i tajemniczą atmosferę życia wampirów, ale nie mógł sobie koniec końców odmówić wstrzyknięcia do filmu pewnej dawki humoru, dzięki czemu jego ostatnie dzieło ma tę samą ironię co Poza prawem czy Noc na ziemi.

To szczególnie jasne dla pokolenia transformacji, które często wychowało się na wczesnych filmach króla nowojorskiego kina niezależnego i ta specyficzna ironia jest dla niego tożsama z samym stylem. Tylko kochankowie przeżyją pozostaje jednak bliższy klimatycznie Truposzowi (życie jako część kosmicznego cyklu), a także Ghost Dogowi: Drodze samuraja (życia jako misja wypełniana podług specyficznego kodu honorowego), mimo że cyfrowa forma oddala ten obraz od wszystkich wcześniejszych dzieł Jarmuscha.

Po filmie tym nie należy się jednak spodziewać grania podług reguł gatunku, bo ten służy artyście zaledwie jako punkt wyjścia do ukazania miłosnej historii dwóch nieśmiertelnych istot, Adama i Eve, granych przez Toma Hiddlestona i Tildę Swinton. O il ten pierwszy może wydawać się dziwnym wyborem – do tej pory znany był głównie z blockbusterów o superbohaterach – jak głosi stare filmowe przysłowie: nie należy aktora wsadzać do szufladki ze względu na role, które grał wcześniej.

Jednak wielka Tilda Swinton (kiedyś muza Dereka Jarmana) ze swoją klasą i ponadprzeciętną erudycją udowadnia dobitnie, że nie pojawia się w filmie przypadkowo. W istocie, ten został stworzony z myślą głównie o niej.

Miłość granej przez nią postaci do starych grimuarów, tomików poezji, na tle których zostaje nawet sfotografowana od góry na samym początku filmu, to symbol pasji do wiedzy, do przemierzania myślą tuneli mroku, w których jak na wampira znaleźć można jednak sporo światła.

Adam to z kolei nihilista oddany romantycznym marzeniom o samozniszczeniu, który od wielu wieków wpływa potajemnie na losy muzyki rodzaju ludzkiego, nazywanego przez niego z pogardą zombie. Jego pieczara to opuszczony dom na przedmieściach Detroit ozdobiony portretami znanych magów, pisarzy i poetów.

Z pomocą młodego Iana – kolesia który załatwi ci wszystko – kolekcjonuje on wyjątkowo rzadkie gitary elektryczne (tu swoją drogę znalazła pasja Jarmuscha do sprzętu retro), a sygnał z wideorozmów z Eve kieruje do antycznego odbiornika telewizyjnego z lat ’60. Aaa, prywatne tłoczenia jego płyt pozostają do tego łakomym kąskiem na rynku kolekcjonerskim.

Pozostaje jeszcze Christopher Marlowe (w tej roli genialny John Hurt), senior tego małego klanu, który za swój dom obrał sobie Tangier (legendarną kryjówkę Paula Bowlesa czy Williama Burroughsa), miasto kochane również przez Eve… a także jej siostra Ava (Mia Wasikowska), wprowadzająca mały zamęt do tej wampirycznej iddyli.

W Tylko kochankowie przeżyją znajdziemy momenty wyjątkowej koncentracji artystycznej tj. przepiękna scena narkotycznego upojenia krwią wszystkich bohaterów, przywodząca na myśl kultową scenę z Trainspotting, lub nocny pejzaż z vintage’owym Jaguarem XJS Adama pędzącym przez industrialne pustkowie.

Czasem pędzel Jarmuscha wydaje się jednak nieco toporny i cały ten teatralizm (konspiracja szekspirowska pozostaje jednym z ważniejszych motywów filmu) traci nieco oddech. Zaraz obowiązkowo pojawia się jednak scena, która powoduje głośny chichot i jesteśmy w domu. Czarna komedia zdaje się koniec końców najbliższa temu obrazowi jako gatunek.

Film ozdabia wyjątkowa selekcja piosenek oraz przepiękny soundtrack drone-noise’owo-neopsychedeliczny skomponowany przez duńskiego kompozytora i lutnistę Jozefa Van Wissema oraz band SQÜRL, muzyczne dziecko Jarmuscha, w którym ten ostatnio gęsto się udziela i z którym wydał debiutancką EP-kę w zeszłym roku, tuż przed premierą swojego filmu w Cannes. Z dwóch nominacji na festiwalu, nagrodę zdobyła właśnie ścieżka dźwiękowa, mimo że film został bardzo dobrze przyjęty zarówno przez fanów artysty, jak też międzynarodową śmietankę krytyków, w tym przez Anthony’ego Lane’a z New Yorkera.

To bez wątpienia najlepszy zrzut Jarmuscha od lat, który podejmuje dialog z wieloma wątkami kultury współczesnej, której reżyser jest od wielu lat maniakalnym pożeraczem. Pojawia się tu kwestia fascynacji retro obok recesji ekonomicznej, a wszędobylskość technologii obok pytań o codzienność nieśmiertelności – fikcyjnej, ale uczłowieczonej i lekko też wygiętej, której interpretacja odsyła do klasycznych opowieści o wampirach niewiele mających wspólnego z gatunkową kodyfikacją tj. Uzależnienie Abla Ferrary czy Nosferatu Wernera Herzoga. Niewątpliwie smaczny kąsek!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Only Lovers Left Alive
Produkcja: Wielka Brytania/Niemcy, 2013
Dystrybucja w Polsce: Gutek Film
Ocena MGV: 4/5

Zabójczy Joe (2011)

KillerJoePoster

W jakikolwiek sposób ostatnie dzieło Williama Friedkina podzieliło publiczność, jedno nie ulega wątpliwości: ciężko pozostać po nim obojętnym! Killer Joe został określony jako czarna komedia, thriller, niskobudżetowy śmieć, perwersyjny dramat, ale znacznie łatwiej jest spojrzeć na ten obraz, jak na worek pełen cudów, w którym znaleźć można wszystkiego po trochu. Legendarny twórca Francuskiego łącznika i Egzorcysty za $10 mln wyczarował w trzy tygodnie film gatunkowy, który pomimo szkieletowej konstrukcji wciąga, bawi, a miejscami wręcz przykuwa do ekranu.

Killer Joe wygląda tanio i dla wielu kinomanów może być to element trudny do przezwyciężenia, ale im dalej w las, tym więcej butelek i oszczędna scenografia ustępuje z czasem wyrafinowanej grze aktorskiej Matthew McConaugheya, który jako Killer Joe Cooper wzorowo prowadzi akcję – jak prawdziwa gwiazda. Jego kreacja to prawdziwy atut filmu, iskra która wysadza gniazdka. Szczególnie w duecie z młodą, ale niezwykle utalentowaną Juno Temple (Notatki o skandalu), grającą upośledzoną nastolatkę Dottie.

Poza tymi dwoma ananasami i kilkoma genialnymi scenami, Killer Joe ma w zasadzie mało do zaoferowania, bo zarówno Emile Hirsch, Thomas Haden Church oraz Gina Gershon w swoich rolach nie przekraczają poziomu przeciętności. Jednak z tym budżetem – powiedzmy sobie szczerze – Friedkin dużo więcej zażądać po prostu nie mógł. Ale stworzenie klimatu, który miejscami osiąga kosmos rodem z Blue Velvet, było i tak wielkim osiągnięciem, szczególnie że ekranizacja każdej sztuki teatralnej jest zawsze ryzykownym przedsięwzięciem.

Scenariusz do Killer Joe jest prosty jak drut i nie zmienia tego nawet obowiązkowy zwrot akcji. Co sprawia jednak, że film Friedkina jest inny od tysiąca innych współczesnych thrillerów, to talent weterana do wyciągania na wierzch mroku ludzkiej duszy i bezkompromisowe pokazywanie seksu i przemocy – szczególnie trudne przy amerykańskiej cenzurze seksualnej i naciskach dystrybutorów do wycinania kontrowersyjnych scen – a wszystko z obowiązkowym poczuciem humoru, z którego znani byli wszyscy mistrzowie Nowego Hollywood.

W istocie, Friedkin zablokował wszystkie próby zrobienia ze swojego materiału filmu dla dzieci i nawet pomimo tego, że Killer Joe nie zwrócił ostatecznie kosztów, artysta obronił swój autorski honor. A jest przy czym brać głęboki oddech, bo gdy Chris namawia swojego ojca do zabójstwa jego ex-żony w celu skasowania sutej polisy na jej życie, a nie ma jak zapłacić zaliczki Joe, który pracuje w dzień jako teksaski policjant, by w nocy pozbywać się na zamówienie rodzinnych problemów, pierwszym pomysłem jest oddanie mu swojej siostry Dottie.

To jednak tylko początek problemów, gdyż romantyczny wewnątrz – choć twardy i bezwzględny – Joe, zaczyna widzieć w niej nie tylko obiekt seksualny (tu Friedkin serwuje naprawdę bezkompromisową scenę), ale także drogę do realizacji marzenia o prawdziwej miłości. To wszystko bierze jednak oczywiście w łeb i reżyser w dramatycznym finale obnaża wreszcie iluzję, w której żyją wszyscy bohaterowie. Ostatnia scena pozostaje przy tym równie wieloznaczna, co enigmatyczne zakończenie Francuskiego łącznika – w istocie wygląda jak autohołd – i dzięki temu możemy snuć nad filmem dłuższą refleksję. Panie Friedkin, dalej może być już tylko lepiej!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Killer Joe
Produkcja: USA, 2011
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films
Ocena MGV: 3,5/5