Archiwa tagu: czarownictwo

The Love Witch (2016)

the-love-witch-poster

Anna Biller zadebiutowała w 2007 z fascynującym neoeksploitem Viva – feministyczną satyrą na rewolucję seksualną w formie hołdu dla filmów Russa Meyera z przełomu lat ’60/’70. Film nie przedarł się do masowej publiczności, ale stał się małym hitem w środowisku fanów kina eksploatacji, których apetyt na wszelkie próby rewitalizacji niskobudżetowej konwencji rósł w miarę oglądania kolejnych odpałów Tarantino i Rodrigueza (projekt spółki pt. Grindhouse miał premierę w tym samym roku).

The Love Witch nadszedł po długiej przerwie, w trakcie której artystka miała dużo czasu na doskonalenie stylu, który na ekranie rozkwitł do prawdziwie gargantuicznych rozmiarów. Biller podjęła się ponownie niemal wszystkiego, rezygnując tylko z grania głównej roli, własnoręcznie projektując kostiumy, pisząc scenariusz, a także reżyserując, montując i produkując swoje dzieło, które całkowicie zaskoczyło krytyków swoim autorskim pazurem.

Film Biller nie jest łatwy w odbiorze, pomimo tego że zostaje „sprzedany” pod misterną retro fasadą – dwuwymiarowego w teorii – kina klasy B, czerpiąc z giallo (fascynacje żółtym thrillerem stają się absolutnie jasne, gdy sprawdzimy ścieżkę dźwiękową), cultsploitation, sexploitation i drugsploitation, co może łatwo zmylić mniej czujnych widzów.

Bebechy to jednak coś zupełnie innego – przewrotna, feministyczna satyra na współczesne pogaństwo z wiccą na czele (w swojej kalifornijskiej wersji), potęgę seksu, kobiecą drapieżność, męską bezradność, a przede wszystkim na psychologiczne rozbicie osobowości, doprowadzające do zawieszenia w świecie kompulsywnych marzeń-życzeń, kreujących potężną, magiczną siłę (dosłownie i w przenośni), która nie jest jednak w stanie zapełnić wewnętrznej pustki i ostatecznie prowadzi do tragedii.

Tytułowa Wiedźma Miłości, Elaine (grana przez piękną Samanthę Robinson), to młoda wiccanka, którą poznajemy w drodze z San Francisco na południe stanu, gdzie ma ona nadzieję rozpocząć nowe życie po świeżo zerwanym związku z pewnym mężczyzną (w jej myślach widzimy, jak pada on na podłogę pod wpływem trucizny).

Szczęśliwie się składa, że Elaine ma tam przyjaciółkę, która zaoferowała jej miejsce w swoim domu pod jej nieobecność… a także usługi dekoratorki wnętrz potrafiącej przeobrazić stary, wiktoriański budynek w prawdziwy okultystyczno-wiccańsko-tarotowy raj z tapetami wyjętymi żywcem z Vampyros Lesbos, dębowymi szafkami na magiczne eliksiry i obrazami, których nie powstydziłby się alchemik ze Świętej góry.

Elaine szybko odnajduje się w lokalnej społeczności, wystawiając swoje magiczne eliksiry na sprzedaż w sklepie dla wiedźm, odświeżając znajomość z operującym w okolicy wiccańskim covenem, a także rzucając miłosne uroki na spotkanych przez siebie mężczyzn, którzy jeden po drugim okazują się jednak zbyt wrażliwi na jej silną pozę i niepohamowaną żądzę spełniania męskich pragnień (Elaine czuje, że jej obowiązkiem jako kobiety jest dawanie mężczyznom pełni szczęścia).

Mentalna słabość rodzaju męskiego nie czyni oczywiście Elaine zbyt szczęśliwą, która roztacza przed swoimi ofiarami wizję zaspokojenia wszystkich pragnień, używając legendarnego wywaru z bielunia dziędzierzawy, aby wprowadzić ich w świat magii seksualnej i przywiązać do siebie na zawsze, co zawsze kończy się jednak u nich rozczarowującym załamaniem nerwowym.

Ideał silnego samca okazuje się nadzwyczaj trudny do znalezienia, aż nasza wiedźma nie spotka na swojej drodze lokalnego policjanta, który prowadzi śledztwo w sprawie nielegalnie pogrzebanego na terenie swojej posiadłości profesora lokalnego uniwerystetu i wpada wprost w jej sidła, próbując dowiedzieć się, czy miała ona z tym cokolwiek wspólnego.

Jednocześnie, w trakcie kolejnych podbojów erotycznych Elaine, wypełnionych komediowym ładunkiem, scen wiccańskich rytuałów – dość realistycznie swoją drogą zainscenizowanych – barowych pogawędek i konnych przejażdżek, Biller w gęstych oparach absurdu mierzy się z istotnymi problemami męsko-damskiego świata i post-patriarchalnej kultury, których próżno szukać w innych filmach niezależnych.

Dlaczego seks jest elementem kontroli? Czemu tak łatwo ogłupić mężczyzn? Czemu kobiety padają ofiarą patologicznych marzeń o miłości? Dlaczego magia i neopogaństwo są bliżej mainstreamu niż nam się to wydaje? W jaki sposób maskujemy własne słabości? Czy da się obłaskawić ludzki strach? A także dlaczego kochamy kultywować kłamstwo? Ten erotyczno-psychologiczny tour de force może was całkowicie powalić z nóg, jeśli lubicie mierzyć się z nieoczywistym pod powierzchnią oczywistego.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Love Witch
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4,5/5

The Witch (2015)

the-witch-poster-2015

Fama The Witch, debiutu Roberta Eggersa, zaczęła się od premiery na Festiwalu Sundance, gdzie film wywołał nie lada zamieszanie wśród zgromadzonej publiczności. Niektórzy już wtedy okrzyknęli go najlepszym horrorem XXI wieku, a wielu z miejsca porównało go do najlepszych dzieł Kubricka czy Bergmana. A gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą!

Film niedługo potem zdobył oficjalną aprobatę Świątyni Szatana, a po której stronie palety barw postawić taki PR? Trafili się więc tacy, którzy krytykowali go za diabelski pierwiastek, mogący zasiać okultystyczne fantazje w głowie młodszych. Czy ten policzek wymierzony purytańskiemu dziedzictwu Stanów Zjednoczonych może jednak przechylić szalę w wojnie między dobrem, a złem? To w zasadzie nieważne, bo bez względu na to po której stronie barykady się znajdujesz, The Witch to film, który zwyczajnie MUSISZ obejrzeć!

Akcja tej mrocznej opowieści proponuje kryzys już na starcie. Oto religijna rodzina zostaje skazana na opuszczenie swojego starego gospodarstwa i założenia nowego gdzieś na skraju dzikich ostępów Nowej Anglii. Rodzina wkrótce powiększa się też o jednego członka, jednak radość nie trwa długo, gdyż niemowlę ginie w niejasnych okolicznościach, porwane przez zamieszkujące posępny las wiedźmy. Każdy z domowników jest świadomy ich obecności, nikt jednak nie wie kto okaże się diabelska wtyką.

Eggers, mając całkowicie wolną rękę, stworzył niezwykle sprawnie działający mechanizm. Jego dzieło to horror okultystyczny, płynnie przeplatający się z dramatem rodzinnym, tworzący półtoragodzinne, pełne napięcia przeżycie. Tam gdzie inni twórcy wykorzystują krew, szok i terror, Eggers stosuje sugestię i tajemnicę. Wiedźmy, których istnienia nie jesteśmy nawet do końca pewni, przedstawione zostają w bardzo ambiwalentny sposób. Pierwsza scena jest mocnym ciosem, ale im dalej w las, tym więcej drzew, dosłownie!

Podjudzane przez nacisk na religijny wymiar „misji” odkrywców Nowej Ziemi, dzieci wkrótce zaczynają zachowywać się coraz bardziej podejrzanie. Słowa modlitwy, cytowane z ust przemierzającego samotnie leśną gęstwinę Caleba (Harvey Scrimshaw), przechodzą w formę przynęty zarzuconej na mieszkanki lasu. Chłopak wbrew litanii wiedziony jest bowiem na pokuszenie, w sidła magicznej siły, która wyprowadzi go wprost na spotkanie z Jezusem.

Film przesiąknięty jest zresztą religijno-okultystyczną symboliką, tą oczywistą, jak i tą niedostrzegalną na pierwszy rzut oka. A wszystko nakręcone zostało przez Eggersa w archaicznym wydawać by się mogło formacie 1:66:1 (tego samego używał w niemal wszystkich swoich filmach z lat ’70 Kubrick, wyjątkiem jest Odyseja kosmiczna nakręcona w formacie 2:20).

To nadaje The Witch niezwykle naturalistycznego rysu, spotęgowanego przez metaliczne i ziarniste filtry, które sprawiają że niesie on ogromny ładunek jeżących włos na plecach emocji. Tutaj, jak choćby w nagrodzonej Oscarem Zjawie, dominują tylko dwa kolory: czarny i szary. Z każdej sceny bije też autorska wizja twórcy, który wyjątkowo zadbał o zgodność z realiami historycznymi. Jednak dysponując dużo niższym budżetem, niż film Iñárritu, słusznie ograniczył historię do praktycznie jednego miejsca.

Pochwalić należy również tych, którzy odwalili całą robotę przed kamerą: aktorów. A tych nie mamy w filmie za wiele, ale żeby nie rzucać spoilerami, ograniczę się tylko do tych, których na ekranie widzimy najwięcej: Kate Dickie i Ralpha Inesona. Ci doświadczeni artyści tworzą filmowe małżeństwo, dla którego ewangelia to na tyle osobista sprawa, że zostaje ekskomunikowane z poprzedniego miejsca zamieszkania za lekceważenie jej misji w Nowym Świecie.

Ineson gra bardzo dobrze, ale to Dickie ze swoim demonicznym spojrzeniem przesuwa się stopniowo z drugiego planu na pierwszy. Dzieciaki też zagrały jednak jak należy, zważywszy na to, że oprócz Taylor-Joy nie miały okazji nigdy wcześniej stanąć przed kamerą.

Z tych i innych powodów The Witch to duże wydarzenie w świecie filmowej grozy – świecie, który z powrotem patrzy teraz na kameralne historie pełne folkloru i magii. To film, który śmiało można nazwać autorskim horrorem z mocnym naciskiem feministycznym i każdym innym, na który pozwoli tylko interpretacja widza.

Nakręcony z niezwykłą pieczołowitością i dbałością o każdy szczegół (aktorzy mówią staroangielskim dialektem), czy zwyczajnie piękny z artystycznego punktu widzenia, obraz Eggersa jest dla artysty przepustką do klasyki XXI wieku na miarę kubrickowskiego Lśnienia. Seans na pewno nadający się do powtórki, albowiem przy kolejnych obejrzeniach film będzie nabierał nowego wydźwięku.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: The Witch
Produkcja: Kanada/USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4,5/5

“The Witch”: horror, który podbił Sundance!

Debiut Roberta Eggersa to coś w rodzaju „Lśnienia”przeniesionego do 17-wiecznej Nowej Anglii, w której purytańska rodzina musi zmagać się z atakiem mocy nadprzyrodzonych. Film wzorowo eksploruje klimat społecznej izolacji i religijnej paranoi, które rzuciły na kolana publiczność na Festiwalu Sundance i dały jego twórcy nagrodę za najlepszą reżyserię.

W centrum The Witch znajdziemy młodą autsajderkę Thomasin (w tej roli debiutantka Anya Taylor Joy), która zmuszona jest przeprowadzić się ze swoją rodziną na skraj ciemnego lasu po tym, jak zostaje ona wygnana z rodzinnej wioski.

Jednak gdy kukurydza nie daje plonu, a najmłodsze dziecko ginie w tajemniczych okolicznościach, rodzina zaczyna przechodzić prawdziwy kryzys, który doprowadza do szukania wyjaśnienia w czarnej magii. Film błyszczy ponadto piękną scenografią i realistycznymi kostiumami.

the_witch_2015_kadr
Anya Taylor Joy jako Thomasin w „The Witch”

Jak tłumaczy Eggers: Do Nowej Anglii napływała ta fundamentalistyczna, religijna kultura i mimo że czyni to trochę ze mnie jednego z tych czcicieli kryształów spod znaku New Age, nawet dzisiaj czuje się tam ducha przeszłości. Ale sądzę, że w kulturze współczesnej marketing ma wciąż dużo wspólnego z fascynacją.

Chodzi mi o to, że za dzieciaka jeździłem do Salem na każde Halloween i wszędzie były „czarownice”, ale procesy o czary nie odbyły się wcale w Salem, tylko w miejscu zwanym Salem Village, które dzisiaj nazywa się Danvers.

Reżyser oparł scenariusz The Witch na poważnym riserczu, czytając tony książek z okresu, w którym osadzona została akcja. Wsparł się ponadto wizytami w muzeach i opiniami ekspertów.

Efekt zaskoczył jednak wszystkich, zważywszy na to, że był to dla Eggersa pełnometrażowy debiut. Produkcji pomogły jednak z drugiej strony całkowita swoboda twórcza i swoistego rodzaju szczęście nowicjusza.

The Witch jest porównywany przez filmoznawców do dzieł Kubricka i Bergmana, na co reżyser przystaje, mówiąc że nawija tyle o tym drugim, iż czasem robi się to żenujące. Jego innym wielkim idolem jest F.W. Murnau.

Nie wszyscy zgadzają się wprawdzie, że film Eggersa jest tak przerażający, iż włosy stają dęba, ale wśród krytyków panuje zgoda, iż suspens został skonstruowany po mistrzowsku! Film nie ma na razie polskiego dystrybutora.

Conradino Beb

Pole w Anglii (2013)

a_field_in_england_poster_2013

Valhalla Rising spotyka Enter The Void – tak można by opakować marketingowo nowy thriller historyczno-okultystyczny Bena Wheatleya, który po bardzo przeciętnych Turystach wrócił do poziomu wyznaczonego w Kill List i zaserwował nam prawdziwie pokręcony, psychedeliczny, a przy okazji trzymający w napięciu film z rodzaju tych, które międzynarodowi krytycy już zaczęli określać arthouse’owym kinem gatunkowym (prawdziwa hybryda semantyczna będąca znakiem naszych czasów).

Grzebiąc w anglosaskim folklorze i historii Wielkiej Brytanii, Wheatley nie dał się ponieść tym razem emocjonalnym wyborom i nadmiarze satyry, które pożarły jego poprzedni obraz, lecz rzucił na szalę magiczny urok angielskiego krajobrazu, minimalistyczny scenariusz i eksperymentalną narrację. Ale na Polu w Anglii rządzi przede wszystkim reżyserska wizja, która wspomagana brawurowym aktorstwem i narkotycznymi efektami specjalnymi, stawia znaczenie samej historii pod znakiem zapytania.

Scenariusz zdaje się tu jedynie pretekstem do przypuszczenia totalnego szturmu na umysł widza, który albo pozostaje na zewnątrz i płacze, że nic nie kuma, albo daje się wciągnąć i całkowicie rezygnuje z operowania szkolną logiką. Podobnie jak w przepięknej Valhalli Rising NWR, głównym pytaniem nie jest to, gdzie zmierzają bohaterowie, ale to, jak silnie oddziaływuje na nas ich wewnętrzna tajemnica. Artysta zmusza nas do snucia tysiąca przypuszczeń na minutę, które nigdy nie zostają całkowicie potwierdzone, a jednocześnie wali po nerkach pasywno-agresywną formą, która odwołuje się do antycznej zasady jedności miejsca i czasu.

Film Wheatleya operuje zasadniczo przez nałożenie na siebie dwóch warstw: szczegółowo przemyślanej warstwy wizualnej, krzyżówki długich narracyjnych ujęć z szybkimi przejściami do dynamicznych scen narkotycznych wizji, oraz warstwy werbalno-dialogowej, która odsłania niepokoje społeczne połowy XVII w., w którym artysta upatruje symbolicznego rozłamu pomiędzy integralnym, magicznym, holistycznym postrzeganiem świata, a naukowym, racjonalistycznym, scjentystycznym tunelem rzeczywistości (wypisz, wymaluj, foucaultowskim episteme). To co więc widzimy, jest ostatecznie pograniczem i z tego punktu widzenia Pole w Anglii to także spaghetti western Sergia Leone i film wojenny Eli Klimova.

A że obraz został nakręcony w zaledwie 12 dni, więc na miejscu sa także porównania cormanowskie. To stanowi zaś o jego oryginalności! Szaleńczy pomysł spersonalizowania kluczowego momentu w historii Wielkiej Brytanii w formie opowieści o zemście na zdradzieckim irlandzkim magu O’Neilu, który ukradł wartościowe grimuary z rąk anonimowego astrologa, reprezentowanego przez swojego ucznia Whiteheada i magicznych zmagań pomiędzy obydwoma, zdaje egzamin pomimo tego, że ostatecznie brakuje mu trochę ciężaru i bezkompromisowości Valhalli Rising czy Enter The Void, które są jednak mimo wszystko filmami z innej półki.

W samą historię wpadamy zaś bardzo gwałtownie, bez ekspozycji, intra, w zasadzie żadnej amortyzacji. Bohaterowie po prostu pojawiają się przed nami, jakby zrodzili się we mgle, z bardzo niejasną historią i motywami. Pierwszych kilka scen sugeruje wprawdzie bitwę, a żołnierze, którzy dezerterują pod pretekstem pójścia na piwo i zabierają ze sobą Whitheada, zdają się to potwierdzać, ale to w zasadzie tyle, bo już za chwilę dochodzi do całkowitego utopienia kontekstu historycznego w magicznym horrorze o szatańskim magu wyciągniętym z bagiennej kryjówki.

I tu zaczyna się prawdziwy tour de force inspirowany m.in. Odyseją 2001 Kubricka (na pewno zauważycie tę scenę), lynchowskimi rozliczeniami z ludzką podświadomością w stylu Głowy do wycierania, a także szaleńczym kinem autorskim Kena Russella a là Diabły. Wszystko dostaje zaś psychedelicznego kopa i zostaje odrealnione przez wciągnięcie do historii mandragory i świętych grzybów. Te drugie służą uczniowi do zassania całej złowieszczej mocy Irlandczyka i wykorzystania jej do podporządkowania sobie sił natury w szamańskim akcie otworzenia się na moce kosmosu (scena została jednak zaaranżowana dość metaforycznie, ponieważ grzyby zaczynają działać, zanim przechodzą przez gardło).

Osobnym zabiegiem jest zakończenie w formie tajemniczej introspekcji. Załamuje ono na do widzenia reguły świata przedstawionego jeszcze bardziej, jak też podważa całą historię, którą reżyser zdążył nam opowiedzieć. Z jednej strony zabieg ten przypomina ostatnią scenę Zagubionej autostrady, będącej podobnie do Pola w Anglii rodzajem historii wymłóconej w strumieniu świadomości, a z drugiej kultowe outro Domu przy cmentarzu Lucia Fulciego, który w swoich dziełach często rezygnował zupełnie z podporządkowywania swoich filmów logice, oddając widzowi coś w rodzaju niepokojącej, sennej wizji!

Inymi słowy, mamy do czynienia z filmem wyjątkowo otwartym na różne interpretacje, będącym swoistym hołdem dla północnych pokazów, legendarnych z tego powodu, że pokazywano na nich filmy, które całkowicie wyłamywały się z gatunkowych czy marketingowych szufladek (Kret, Różowe flamingi, The Rocky Horror Picture Show). Także z tego powodu Pole w Anglii nie jest produkcją dla każdego. To swoista hybryda eksperymentu i gatunku stworzona w niezależnym środowisku filmowym, patchwork odniesień do klasyków, które nie tyle zostają jednak wyeksploatowane, co wyssane do ostatniej kropli krwi.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: A Field In England
Produkcja: Wielka Brytania, 2013
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Pogromca czarownic (1968)

witchfinder_general_1968

W latach ’40 XVII wieku angielskie rzeki spływały krwią za sprawą toczącej się rewolucji, mającej na celu zakończenie rządów absolutnych Karola I. Ostatecznie, parlamentarzyści Olivera Cromwella pokonali rojalistów w bitwie pod Naseby w 1645 roku. Akcja filmu 24-letniego reżysera przenosi widzów w przeddzień tej bitwy, lecz polityka i wojna są tu jedynie tłem wydarzeń, zaś postać Cromwella pojawia się tylko w epizodzie.

W zasadzie sam tytuł mówi wszystko o przynależności gatunkowej – nie mamy tu do czynienia z dramatem historycznym, ale z dramatem grozy na temat profesji, która budziła wówczas autentyczny strach i respekt. I co chyba najbardziej interesujące, przedstawieni w filmie witch-hunterzy: Matthew Hopkins i John Stearne, istnieli w rzeczywistości i w trakcie angielskiej wojny domowej faktycznie zajmowali się polowaniem na czarownice.

Wierząca w przesądy i magię wiejska społeczność wynajmuje za odpowiednią opłatą dwóch łowców w przekonaniu, że interwencja tych „boskich wysłanników” wypleni z ich wioski zło i zarazę pod postacią czarowników i wiedźm. Posiadający legalną władzę (daną im przez tzw. magistratów) łowcy mogą bezkarnie torturować i zabijać kogokolwiek. Proces eliminacji osób parających się czarną magią toczy się w trzech etapach. Pierwszy to aresztowanie na podstawie zeznań świadków, drugi to torturowanie delikwenta by wymusić przyznanie się do winy, a trzeci etap jest najbardziej bezsensowny: zanurzanie w akwenie. Jeśli oskarżony się utopił, był prawdopodobnie niewinny, jeśli przeżył musiał być czarownikiem i należało go powiesić lub spalić na stosie.

Atmosfera rebelii i wojny nie sprzyja poprawie stosunków międzyludzkich, wręcz przeciwnie – następuje zwykle upadek prawa, porządku i moralności. Ale zawsze znajdzie się desperat, który spróbuje powalczyć z bezdusznym systemem. W filmie Reevesa taką postacią jest porucznik armii parlamentu Richard Marshall, który poprzysiągł zemstę na pogromcach czarownic za zgwałcenie jego ukochanej i zabicie jej wuja. Oprócz walki z rojalistami młody oficer prowadzi więc prywatną wojnę – o honor i sprawiedliwość.

Hrabstwa nad Morzem Północnym pokrywają czarne chmury, które zwiastują trudny okres dla mieszkańców wschodnich wybrzeży Wielkiej Brytanii. Wojna domowa spowodowała ogromne straty w ludziach, a ci co przeżyli klepią biedę. Ludzie albo żyją z zabijania (jak kawalerzyści oraz tytułowy witchfinder general) lub są ofiarami przemocy i niesprawiedliwości (najczęściej kobiety i starcy).

Brytyjski reżyser Michael Reeves zmarł w wieku 25 lat na skutek przyjęcia zbyt dużej dawki środków nasennych, ale zdążył nakręcić trzy horrory. Za najważniejszy z nich uznaje się ostatni, Pogromcę czarownic. To dzieło wstrząsające i drapieżne, obfitujące w okrutne sceny przemocy i przerażające krzyki ofiar. Tortury, wieszanie, palenie na stosie pełnią ważną rolę i mają uzmysłowić widzom, do czego prowadzi wiara w zabobony i przepowiednie.

Matthew Hopkins w interpretacji Vincenta Price’a to człowiek, który nie wierzy w magię i istnienie czarowników, ale jest chciwy i bezlitosny, więc pełni swoją rolę bez żadnych wyrzutów sumienia, bo przynosi mu ona dochody, uznanie i szacunek (choć przysparza też wrogów). Ofiarami jego bezwzględności są także naiwni i bezmyślni wieśniacy, którzy nie zdają sobie sprawy, że działania witchfindera wcale nie służą Bogu i wcale nie odganiają Szatana, bo diabeł prawdopodobnie tkwi w każdym człowieku.

Ważną cechą filmu Reevesa jest znakomita obsada – Robert Russell jako amoralny głupiec John Stearne, czerpiący przyjemność z torturowania ludzi, Hilary Dwyer w roli bezbronnej, zhańbionej i upokorzonej Sary oraz Ian Ogilvy, który grał też w poprzednich filmach Reevesa. Tym razem jako porucznik kawalerii, człowiek szukający sprawiedliwości i satysfakcji, nie wahający się nawet zdezerterować, byle tylko wyrównać rachunki.

Bardzo interesującą kreację stworzył Vincent Price. Grany przez niego Wielki Łowca to człowiek pozbawiony skrupułów, dla którego jedynym bogiem są pieniądze. Aktor doskonale gra głosem i mimo że trudno w tej postaci znaleźć jakieś pozytywne cechy, wzbudza ona respekt i trudno uwierzyć, aby miał zostać pokonany przez młodego, niedoświadczonego oficera. Przy okazji warto wspomnieć, że prawdziwy Matthew Hopkins nie dożył 30-ki, więc Price teoretycznie nie pasował do tej roli, ale zagrał ją tak sugestywnie, że trudno wyobrazić sobie kogoś innego na jego miejscu.

Zaludniona przez hipokrytów, ignorantów i nikczemników, przepiękna angielska prowincja, filmowana jest przez brytyjskiego operatora Johna Coquillona w sposób bardzo wymowny. Nie ma wątpliwości, że świat przedstawiony jest zepsuty i zniszczony przez obskurantów i nawet bez rozgrywającej się w tle krwawej wojny ludzie staliby się dla siebie wilkami, których zżera głód, zazdrość i perfidia. Muzyka Paula Ferrisa łagodzi nieco wymowę filmu, pełna jest angielskiego szyku i elegancji typowych dla kostiumowych romansów – przypomina, że świat nie jest do końca zepsuty, skoro jest czas na miłość i walkę o zachowanie człowieczeństwa.

Konludując, byłem zdecydowanie pod wrażeniem Pogromcy czarownic. Brytyjskie obrazy (nawet sensacyjne i przygodowe) potrafią czasem nieźle wynudzić widzów, zanim się porządnie rozkręci akcja, jednak film Reevesa ani przez moment nie zanudza zbędnymi fragmentami. To znakomity przykład, że prawdziwy horror to nie spotkanie z duchami, wampirami czy demonami, lecz z pozbawionymi sumienia ludźmi o stępionych zasadach moralnych.

Film pokazywany był w Stanach pod tytułem Conqueror Worm (Robak Zwycięzca), który sugerował, iż to kolejna adaptacja twórczości Edgara Allana Poe, jako że gwiazdor filmu, Vincent Price, znany był za oceanem z filmów Rogera Cormana czerpiących pomysły z przesyconych atmosferą grozy utworów Poe’go (zarówno opowiadań, jak i poezji). Jednak film Reevesa, oprócz mrocznego klimatu i pesymistycznej tonacji, nie ma nic wspólnego z twórczością tego amerykańskiego, XIX-wiecznego autora.

Mariusz Czernic

 

Znany pod tytułami: Witchfinder General / The Conqueror Worm / Le Chasseur de Sorcieres / Le Grand Inquisiteur
Dystrybucja w Polsce: Brak
Produkcja: Wielka Brytania, 1968
Ocena MGV: 4/5

Witchcraft ’70 (1970)

witchcraft_70_poster

Jeden z najsłynniejszych szokumentów lat ’60, zawierający sceny pozorowanych rytuałów tubylczych, publiczne wersje rytuałów satanistycznych i wiccańskich… a nawet kilka prawdziwych ceremonii. Włoski reżyser Sergio Ricci dostarczył w swoim filmie tonę bzdurnych scen z Europy, Azji i Południowej/Północnej Ameryki, którym towarzyszy sensacyjna narracja mająca spotęgować emocje. Ten „szokujący film” został wyprodukowany przez Włochów i był początkowo dystrybuowany pod tytułem Angeli Bianchi, Angeli Neri.

Międzynarodową dystrybucję przechwyciła jednak wkrótce wytwórnia Trans American Films (Pokolenie halucynacji), która zmieniła tytuł na Witchcraft ’70 w USA i The Satanists w UK. W obydwóch krajach film był reklamowany, jak typowa eksploatacja („Nigdy wcześniej…”) targetowana na rynek młodzieżowy.

A tematyka mrocznych rytuałów była w tym czasie bardzo gorąca z powodu ogona medialnego ciągnącego się za zabójstwami Manson’s Family, rosnącej popularności sexploitation i wielkiego sukcesu Dziecka Rosemary. Był to zdecydowanie dobry czas na robienie kasy na satanistycznych sensacjach!

Mimo że materiał nigdy nie miał szans na stanie się wielkim klasykiem filmu mondo – a już zupełnie wykluczona jest w tej konwencji powaga badania tematu – z czasem udało mu się przedostać do wielu prywatnych kolekcji rzadkich filmów okultystycznych jako rodzajowi ciekawostki. Jeśl interesuje cię jednak współczesny powab, wiedz że Witchcraft ’70 daje rzadką okazję do zobaczenia na ekranie takich legendarnych postaci, jak Anton Szandor LaVey czy Alex Sanders.

Na poziomie koncepcyjnym film wciąż pozostaje jednak tanim szmatławicem, który raczej nie skłania do śmiechu. Kilka absurdalnych sentencji może wprawdzie wywołać grymas na twarzy, ale generalnie nie ma tu dużo absurdalnego humoru.

Tak naprawdę jest to niemal wyłącznie głupawa eksploatacja i maraton narracyjnego bełkotu, który posiada garstkę cennych scen rytualnych, ukrytych pod masą ceremonii turystycznych – odgrywanych na żądanie reżysera przez aktorów i członków różnych wspólnot za pieniądze …. które kupiły również nagość kultystów, więc są i dupy, i cycki.

Sceny dokumentalne – jak np. opętanie kobiety z południa Włoch przez ducha Alberta, która jest teraz w stanie przekazywać wiadomości zza grobu – są jednak mało interesujące. Do tego wyłaniają się one pod stertą „potajemnie złapanych na kamerze 8 mm” ceremonii Candomble czy rytuałów z Indonezji. Ale w połowie filmu reżysera rzuca nam perłę – eksploatację Alexa Sandersa i jego covenu wiccańskiego.

Jako że do dnia dzisiejszego zachowało się naprawdę niewiele materiałów wideo pokazujących mityczną osobistość zwaną w Anglii Królem Czarownic – który założył swoją własną gałąź wicca po schizmie w łonie porządku gardneriańskiego – jest to swoista nagroda. Sanders pozwala ekipie filmowej na nakręcenie wiccańskiej ceremonii weselnej, odprawionej w covenie najbliższych wyznawców, którzy są oczywiście „odziani w niebo”. Kamera pokazuje, jak Sanders zamyka mieczem krąg i całuje ciało Bogini, ale reszta to już obowiązkowy pokaz nagich cycków kultystek.

Nie łudźmy się jednak, iż film mondo miał w swoim złotym okresie jakieś większe ambicje – nie  odbiega więc od schematu także Witchcraft ’70. Chodzi tu przede wszystkim o sensacyjne przedstawienie wątków satanizmu i czarownictwa – mrocznych kultów, które nagle zakwitły na całym świecie, by odprawiać swoje rytuały nago w blasku świec. Nie wiem, jak wielki sukces film osiągnął w drive-inach (czy w telewizji), ale jego „mroczna atmosfera”, paternalistyczny ton i tanie przesłanie zapewniają średnio dobrą rozrywkę.

To prawda, że można tu zobaczyć kilka ślicznych męskich i kobiecych ciałek, ale z dzisiejszej perspektywy wszyscy mają gdzieś czy należą one do satanistów, wiccan, hooduistów, neopogan czy mormonów. Prawdziwą zwałą w filmie pozostaje narracja – kwintesencja wyssanych z palca pierdół – choć zawsze można przecież wyłączyć głos. Można także próbować czytać książkę i odwracać wzrok, kiedy narrator podnosi głos zwiastując kolejną sekwencję absurdalnych objawień.

Jeśli zdecydujesz się obejrzeć ten film dla LaVeya, wiedz że pojawia się on dopiero pod koniec filmu. Będziesz mógł jednak zobaczyć kultowy Czarny Dom w San Francisco oraz jeden ze słynnych pop satanistycznych rytuałów, odprawiany w legendarnym kostiumie z plastikowymi rogami. Naprawdę fascynujące… choć z pewnego dystansu marketingowa sensacyjność Witchcraft ’70 otwiera się na pewną pozaekranową analizę rytualnych tendencji kontrkultury późnych lat ’60.

Film w pewnym sensie zapowiada droga do sławy laveyowskiego Kościoła Szatana, odrodzenie się pogaństwa w postaci covenów wiccańskich w UK i w USA, przewiduje nagły urok kultów opętania, które są dzisiaj wiodącym nurtem duchowym na całym świecie (czyt. religie bezpośredniego doświadczenia) oraz fascynację filmowców mrocznymi kultami, których prorokiem medialnym stał się oczywiście Charles Manson. Witchcraft ’70 nadaje się więc do sprawdzenia, ale żeby film docenić, trzeba go oglądać nieco ponad klatkami.

Conradino Beb

 

Znany pod tytułami: Witchcraft ’70 / The Occult Experience / Angeli Bianchi, Angeli Neri / The Satanists
Produkcja: Włochy, 1970
Dystrybucja w Polsce: Magivanga Vaults
Ocena MGV: 2,5/5

Procesy o czary w regionie kaliskim – historia czarownictwa w Polsce

Nie może dobre drzewo wydać złych owoców
ani złe drzewo wydać dobrych owoców.
Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu,
będzie wycięte i w ogień wrzucone
Mt 7, 18-19

Wprowadzenie

Dzisiejszy człowiek słysząc słowo „czary” bądź „czarownica” przywołuje w myślach cały ciąg różnorodnych skojarzeń. Wśród nich znajdują się takie jak: wróżenie z kart, kryształowe kule, lot na miotle, uzdrawianie, zielarstwo, różdżkarstwo itp. Jeżeli wszystkie te skojarzenia zbierzemy w jedną całość otrzymamy pewien bardzo szeroki obraz, który zamiast wyjaśniać samo zjawisko powoduje, że wydaje nam się ono rozmyte i nieostre. Budując ten obraz sięgamy do przeróżnych źródeł tj. bajki, filmy, przysłowia, opowieści. Większość tych informacji ma jednak swoje głębokie korzenie w źródłach historycznych.

Badanie magii (rozumianej jako zbiór wszelkich czynności magicznych) przy użyciu warsztatu historycznego doprowadza nas do zaskakującego spostrzeżenia. Jest to sfera, gdzie fantazja buduje fakty historyczne, a te z kolei prowadzą do fantazji w postaci baśni, mitów, filmów i opowieści. Wymysł ludzkiego umysłu, napędzany przez brutalne tortury, zostawia swój ślad w protokołach sądowych na podstawie, których rekonstruuje się bajecznie bogaty, duchowy świat ludzi minionych epok. Żeby go w pełni zrozumieć potrzeba nam wyjaśnienia pewnych pojęć i skonfrontowania ich z rzeczywistością historyczną.

Historia magii, a przede wszystkim czarownic i ich procesów znalazła szeroki oddźwięk w licznych publikacjach. Badaczy przyczyn tego zjawiska szukać można już w czasach, kiedy tzw. „szaleństwo czarownic” nie wybrzmiało jeszcze zupełnie. Od końca czasów nowożytnych mówić możemy o dwóch nurtach historiografii poświęconej czarownicom: nurcie romantycznym i racjonalistycznym.1 W wieku XX, kiedy emocje związane z „polowaniem na czarownice” zaczynają opadać, całej sprawie zaczęto przyglądać się od strony psychologicznej – szczególnie w historiografii francuskiej.2

Pierwszym polskim badaczem procesów czarownic był Tadeusz Czacki, który temat badał na początek XIX w. Najbardziej znanym współczesnym historykiem polskich czarownic był zaś Bohdan Baronowski, którego wkład w badanie zjawiska zaowocował ukazaniem się bardzo wielu publikacji, w tym niezwykle ważnego dla tej pracy wydawnictwa źródłowego zawierającego fragmenty protokołów sądu kaliskiego dotyczącego procesów kobiet oskarżonych o czary w wiekach XVI i XVII. Współcześni polscy historycy, z Małgorzatą Pilaszek na czele, również poświęcili wiele miejsca badaniu dziejów czarownic na naszych ziemiach. Niedawno opublikowana książka Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII autorstwa Pilaszek stała się inspiracją i podstawą do napisania tej pracy.

Palenie czarownic na stosie

Przedstawię poniżej zarys historii czarownic i procesów o czary w regionie kaliskim epoki nowożytnej, uwzględniającego również przykłady i specyfikę zjawiska z terenu całego naszego kraju, który w świecie uważany był kiedyś za azyl, gdzie niechętnie rozpalano stosy i za miejsce panowania nieporównywalnej do innych krajów tolerancji wyznaniowej i wolności sumienia.

Wybrałem Kalisz nie tylko dlatego, że jestem z tym miastem związany urodzeniem ale również dlatego, że na podstawie prowadzonych przez tutejszy sąd procesów można idealnie prześledzić genezę, rozwój i upadek (związany z apogeum w sprawie doruchowskiej) „polowania na czarownice” w całym kraju. Ważny odnotowania jest również fakt, że nie kto inny ale właśnie wojewoda kaliski August Sułkowski był głównym pomysłodawcą ustawy sejmowej, która przyczyniła się do wygaśnięcia polowań na osoby oskarżone o czary w Polsce (1776 r.).3

Pojęcia i geneza zjawiska

Młot na czarownice / Jacques Sprenger i Heinrich Kramer

Dla lepszego zrozumienia tematu pragnę zarysować genezę zjawisk, jakimi były „szaleństwo czarownic” oraz „polowania na czarownice”. Niezbędne będzie przy tym odwołanie się nie tylko do terytorium Polski, ale również naszkicowanie sytuacji zaistniałej w Europie, ponieważ to właśnie z jej zachodnich stron przywędrowała „czarownica” jaką znamy z czasów nowożytnych. W ślad za nią (a może odwrotnie?) nasi przodkowie otrzymali gotowe sposoby radzenia sobie ze złem, w postaci popularnych i poczytnych poradników.

W terminologii magicznej dwie nazwy: „czarownica” i „wiedźma”, które zwykliśmy traktować jako jedno, mają różne znaczenia. Czarownica jest osobą, która magii musi się nauczyć lub dostać ją w darze np. od złego ducha, wiedźma zaś swoje zdolności posiada od urodzenia. Obydwie bywają złośliwe, ale to głównie czarownice po reformie trydenckiej uznane zostały za wspólniczki szatana.4

Sam termin „polowanie na czarownice” został po raz pierwszy użyty w XX wieku i związany jest z kulturą Stanów Zjednoczonych. W rozumieniu dosłownym może zaciemniać obraz zjawiska, gdyż sugeruje odgórnie zorganizowaną akcję ścigania czarownic – o czym w Europie nie może być mowy.5 Termin będę jednak stosował określając zjawisko dowolnych, niepowiązanych ze sobą procesów w sprawie czarów.

Bardzo ciekawym i pasującym do polskich realiów pojęciem jest „szaleństwo czarownic”, które stanowi zbiór wspólnych wierzeń i jest określeniem zjawisk występujących w tej epoce. Same czary to nazwa wszelkich działań o charakterze magicznym, których wykonywanie (związane zazwyczaj ze światem symboli) ma przynieść zamierzone efekty w świecie materialnym. Procesy o czary to zazwyczaj konfrontacja świata mężczyzn, postrzeganych w tamtych czasach jako istoty doskonałe i związane z Bogiem, ze światem kobiet, które uważano za skłonne do grzechu i bliskie diabłu. Świetnym tego przykładem jest pochodzący z XIII w. cysterski pamflet na kobiety, w którym czytamy, że: Ewa przekazała zarazek bałwochwalstwa wsączony jej przez diabła pod postacią węża, swoim córkom, to znaczy głupim kobietom.6

To właśnie pochodzące z wczesnych czasów dzieła budowały piramidę nienawiści do płci kobiecej, która potem znalazła wyraz w wielkiej liczbie kobiet skazanych na śmierć. Początkowo w Europie grzechem była sama wiara w istnienie czarów, a wszelkimi odstępstwami od doktryny kościoła katolickiego zajmowały się trybunały biskupie. Potem do walki z heretykami Rzym powoływał miejscowe trybunały inkwizycyjne. W 1327 roku Jan XXII powołuje trybunał dla Polski.

Jednak już wcześniej nastąpiła znacząca zmiana kościelnego poglądu na czary. Za Tomaszem z Akwinu uznano, że magia istnieje, a jest nią wszystko, co wymaga ingerencji sił demonicznych. Kościół sam zaczął napędzać wiarę w czary, a bulla papieża Innocentego VIII dotycząca procesów czarownic ukształtowała ich obraz jako niezwykle groźnej odmiany herezji. Początkowo sprawa czarów została podpisana pod sądy kościelne, a różne poradniki jak np. sławny poradnik inkwizytora Bernarda Gui pomagały takie procesy prowadzić.

Kiedy działania te doprowadziły do ukształtowania obrazu czarownicy i czarownika jako sługi diabła, można zacząć mówić o wierze w pewien front magiczny, którego celem było zniszczenie boskiego porządku. I tak zbliżamy się do roku 1486, kiedy ukazała się sztandarowa praca poświęcona walce z czarownicami. Mowa oczywiście o słynnym Młocie na czarownice (Malleus maleficarum).

Autorami najpoczytniejszego opracowania demonologicznego na świecie było dwóch inkwizytorów: dominikanin Jacques Sprenger oraz Heinrich Kramer, znany jako Insistoris. Ich dzieło przetłumaczone na wiele języków (w Polsce ukazał się jedynie fragment w roku 1614) składało się z trzech części. Pierwsza opisywała sposób walki z czarownicami, druga mówiła o czarach jako takich i sposobie radzenia sobie z nimi, trzecia była poradnikiem dla inkwizytorów i sędziów prowadzących proces.7 Dzieło to sprawiło, że ławnicy z całej Europy dostali do ręki prawdziwy „młot”, za pomocą którego każda nie przystająca do wspólnoty kobieta stawała się czarownicą. Wpływ dzieła Insistorisa i Sprengera, jak i inne tego typu dzieła, stały się przyczynkiem prześladowań w naszym kraju.

Równie ważnym czynnikiem było samo oskarżenie. Kiedy procesy o czary zaczynają się upowszechniać, ludzie dostrzegają, że pozwanie kogoś staje się dogodnym narzędziem do usunięcia go ze wspólnoty lokalnej. Dlatego bardzo często szafowano tym argumentem chcąc usunąć z otoczenia osobę inną, dziwną, wydającą się zagrażać istnieniu wspólnoty, nie wspominając o innych powodach niskiej natury ludzkiej jakimi były: zazdrość, gniew czy chęć zemsty.

Powszechnie uznawano, iż czarostwo jest grzechem – grzech zaś utożsamiany był w tamtych czasach z przestępstwem. Czary uznane zostały za obrazę majestatu (jedna z najgorszych przewin), za którą, jak pisał polski jurysta Bartłomiej Groicki, groziła kara miecza, ćwiartowania lub ognia. 8 Czary to wystąpienie przeciwko porządkowi wspólnoty.9 Wspólnoty, której przestrzenią było przede wszystkim miasto. To właśnie tam odbywały się prawie wszystkie procesy.

W Polsce geneza procesów o czary również sięga czasów, kiedy głównym przeciwnikiem wiary byli heretycy. Już Władysław Jagiełło w swoim wieluńskim edykcie rozkazał ścigać heretyków i karać ich wedle przewin, których się dopuścili. W 1512 roku na synodzie łęczyckim nakazano duchowieństwu zwalczać wszelkie herezje szerzące się w ich diecezjach. Rozpoczęła się niezwykle krótka historia inkwizycyjnego zwalczania czarownic. Niezwykle krótka, gdyż głównym przeciwnikiem kleru okazała się polska szlachta.10 Dążenia naszych herbowych miały na celu uwolnienie się od prawa kościelnego oraz zrzucenie ciążących na nich świadczeń takich jak np. dziesięcina. Janusz Tazbir z wątpliwością wyraża się o szczytnych, mających na celu jedynie tolerancję, powodach walki szlachty polskiej z klerem. Była to tolerancja rozumiana raczej jako obojętność, niekoniecznie szacunek.11

Walka polityczna pomiędzy duchowieństwem a szlachtą zakończyła się przełomową dla spraw czarownic konstytucją sejmową z 1543 roku kiedy wszelkie czary szkodzące ludziom i ich majątkowi oddano pod jurysdykcję świecką. Było to postanowienie tymczasowe, ale kolejne sejmy (1563, 1565) tylko utrwaliły tę praktykę.12 W 1552 roku sejm postanawił o całkowitym wyjęciu szlachty spod jurysdykcji inkwizycyjnej. Powyższe postanowienia dotyczyły również poddanych szlachty, o co do końca „szaleństwa czarownic” walczył kler, uważając że nieprzygotowane sądy świeckie skazują bardzo często niewinne kobiety na śmierć.

Zanim przejdziemy do procesów w regionie kaliskim opiszę pokrótce na czym opierały się polskie sądy miejskie podczas procesów osób oskarżonych o czary. W głównej mierze praktyka sądowa opierała się na tzw. Karolinie (Constitutio Criminalis Carolina), która rozróżniała różne rodzaje maleficiów a wydana została w 1532 roku. Dzieło to uzupełniało a czasami nawet zastępowało popularne Zwierciadło saskie (1220-1235 r.). Zwyczajni mieszkańcy Korony nie wchodząc w zbyt skomplikowane rozróżnienia czarów korzystali z XIV artykułu Postępku około karania na gardle (1559 r.) , który dopuszczał kary za gusła i zabobony.13 Te oraz inne księgi wzmocnione przez Malleus maleficarum zaowocowały w 1511 roku procesem chwaliszewskim. Nieznana z imienia starsza kobieta, oskarżona o gusła po raz pierwszy, złożyła życie na stosie. Wyrok został wydany przez sąd miasta Poznań. Od tego momentu mówić możemy o właściwym „polowaniu na czarownice” na ziemiach Polski.

Twarzą w twarz z diabłem

Sabat czarownic / Andries Jacobsz

Kim były polskie czarownice? Czym się charakteryzowały? I w końcu kim były czarownice powołane przed sąd kaliski? Wiemy, że nasze rodzime „wspólniczki diabła” różniły się od tych zachodnich w przeważającej mierze swoimi pogańskimi, ludowymi korzeniami. Rzadko kiedy powoływały się otwarcie na kontakty z diabłem, a jeśli już, to na skutek poddawania ich rozmaitym torturom. Najczęściej, jak to miało również miejsce w Kaliszu, „zamawiały” w imię Boga, Maryi i wszystkich świętych. Nasze czarownice o wiele rzadziej bywały też na sabatach, które jeśli już się odbywały przypominały biesiadne uczty.

Jeśli chodzi o społeczne pochodzenie polskich czarownic, to przeważały wieśniaczki i mieszczanki, które jednak opowiadały o spotkaniach z zakapturzonymi czarownicami, obcującymi z elitą diabelską. Mówiły najprawdopodobniej o szlachciankach, które z równym upodobaniem oddawały się praktykom magicznym. Jeśli jednak chodzi o ich karalność, to prawie żadne nie były powoływane przez sąd i ani jedna nie złożyła swojego życia na stosie.14 Ludności wiejskiej nawet w czasach nowożytnych przypisywano skłonności ku pogaństwu i trwaniu w zabobonnej wierze. Jak pisze anonimowy autor: Wolą oni udać się do lasu niż do świątyni, a kiedy już przyjdą do kościoła, to najchętniej pozostają na cmentarzu, spędzając czas na rozmowach, aby tylko nie iść na nabożeństwo.15

Polskie czarownice swojego fachu często uczyły się podczas służby we dworze, jak to było w przypadku kaliskiej czarownicy Apolonii Porwitowej, która nauczyła się wszystkiego na zamku w Sieradzu. Jeśli chodzi o płeć, to jedynie 10,6% oskarżonych stanowili mężczyźni.16 Co ciekawe kara stosu dotknęła też szlachcica, ale to na zasadzie samosądu dokonanego przez ludność wiejską, która uznała swojego pana za upiora, kiedy ten wałęsał się w nocy po lesie w poszukiwaniu zaginionego konia.17 Ów Michał Makowski spłonął w roku 1738 a więc już w czasach, kiedy wiara w czarownice pomału przechodziła we wszechogarniającą obawę przed wampirami, upiorami i wilkołakami.

Osoby parające się magią najczęściej pozostawały na uboczu lokalnej wspólnoty i często utrzymywały kontakty z diabłem. Jak wyznawały Kaliszanki na torturach, znały one nawet imiona swoich demonicznych panów. Ceną za otrzymywanie od diabła pomocy było nieprzyjemne z nim obcowanie fizyczne. Kaliskie diabły często zmuszały do stosunku swoje służki bijąc je i rzucając po kątach, czyniąc często krzywdę fizyczną, jak to było w przypadku grupy czarownic ze wsi Kucharki z regionu kaliskiego. W tym rejonie demony rzadko kiedy zabierały jednak swoje wybranki na Łysą Górę. Częściej sabaty odbywały się na pobliskich, bliżej nie sprecyzowanych bagnach, gdzie oprócz wymienionych z imienia diabłów pojawiali się różni muzykanci i inne czarownice.

Te szatańskie opowieści dotyczą procesów z początku XVI wieku, gdyż wcześniejsze sprawy o czary rozsądzane przez kaliski sąd tylko powierzchownie dotykały ingerencji diabelskich mocy. Zeznania wyznawane podczas tortur były zazwyczaj bardzo szczegółowe i wymyślne, jak w przypadku wspomnianych wyżej czarownic ze wsi Kucharki. Połączone z zeznaniami innych tworzyły przebogaty świat diabelski gdzie demony często paradowały w szlacheckich strojach i zdawały się być podzielone społecznie – zupełnie jak mieszkańcy świata rzeczywistego.

Czy można mówić w Polsce o prawdziwych opętaniach? Jeśli chodzi o rejon kaliski mam co do tego szczere wątpliwości. Pozwolę sobie jednak przytoczyć dwa niezwykle ciekawe przykłady, pochodzące z poza obszaru moich zainteresowań, ale dające dużo do myślenia i stawiające całą sprawę w zupełnie innym świetle. Obydwa dotyczą ludzi pochodzenia szlacheckiego. Pierwszy miał miejsce w Krakowie 13 czerwca 1588 roku w kościele ojców karmelitów pod wezwaniem N. Marii Panny na Piasku. Podczas nabożeństwa do kościoła wszedł herbowy Zakrzewski krzycząc coś w różnych językach. Kiedy doszedł do ołtarza wyciągnął szablę i ranił nią księdza, mnicha oraz ciężko okaleczył małego ministranta, który w wyniku obrażeń niedługo potem zmarł. Chwilę później zbezcześcił ołtarz i rzucił się do ucieczki. Schwytany zeznał, że jest katolikiem i dokonał tego wszystkiego w przypływie szału. Za profanację i zbrodnię spalono go na rynku krakowskim.18

Drugi przykład dotyczy szlachcianki Magdy Gładyszówny i również związany jest z Krakowem. Owa szlachcianka została opętana przez 116 diabłów i sąd nie był w stanie poradzić sobie z jej przesłuchaniem. Sprawę oddano duchownym, którzy po przesłuchaniu wskazali winną. Była nią wieśniaczka Anna Markowa, która w 1645 roku została skazana na śmierć za sprowadzenie na Gładyszówną ogromnej ilości diabłów.19 Czarownicą stawało się w momencie oskarżenia, a powody ku temu były przeróżne.

Kim były czarownice kaliskie? Przykład z roku 1580 wskazuje, że sądzonymi były głównie osoby z nizin społecznych – dwie wędrowne złodziejki i prostytutki, którym żadne hańbiące zajęcie nie było obce. Sytuacja zdaje się być podobna w późniejszych procesach, które dotykają przeważnie wieśniaczek albo kobiet z rejonów oddalonych od centrum miasta. Co powodowało, że były stawiane przed sądem? Zazwyczaj oszczerstwa, mające swoje korzenie w prawdziwych wydarzeniach.

Kaliszanki postawione przed rajcami miejskimi trudniły się leczeniem i zielarstwem. Już sam fakt posiadania przy sobie zielarskich amuletów był wystarczający, jak możemy to zaobserwować na przykładzie kaliskim.20 Najczęściej jednak, zgodnie z obawami duchownych, mylono prawdziwe czary ze zwyczajnym zabobonem, do którego w pierwszej kolejności przyznawały się kaliskie czarownice. Opowieści o sabatach, demonach i diabelskich ślubach wychodziły z ich ust dopiero pod naciskiem przerażających tortur.

Echo kaliskich sal sądowych

Egzekucja czarownic przez powieszenie

Historia procesów o czary w Kaliszu zaczyna się według protokołów sądowych zebranych przez Bohdana Baronowskiego pod koniec XVI wieku. Jest to więc czas, kiedy „szaleństwo czarownic” w Polsce panuje i zbiera swoje żniwo. Pierwsza sprawa Zofii z Łekna i Barbary z Radomia ma miejsce w 1580 roku, a ostatni opisany przez niego proces dotyczył Reginy Dereniowej i odbył się w 1616. Na historię zawartą w wydawnictwie źródłowym Baronowskiego składa się sześć procesów z czego tylko niektóre kończą się śmiercią, a jedynie ostatnie noszą charakter kontaktów z diabłem. Dalej rozszerzę opis procesów o dwa dodatkowe, które udało mi się znaleźć w zamieszczonej w bibliografii literaturze przedmiotu.

Na szczególną uwagę zasługuje ostatni proces kilkunastu czarownic skazanych tuż przed wydaniem konstytucji z 1776 roku, który odbył się w niedalekim od Kalisza Doruchowie. Miał on bardzo tajemniczy charakter i do dzisiaj wielu badaczy omija go, uważając iż jest on zbyt mało udokumentowany przez źródła. Ja jednak nie będę go pomijał gdyż zdecydowanie jest to proces o charakterze najbardziej pasującym do romantycznej koncepcji czarownic, a mgła tajemnicy, która go osnuwa, dodaje mu tylko ciekawości. Omawiając go będę bazował głównie na książce Szymona Wrzesińskiego Wspólniczki Szatana. Czarownice na ziemiach polskich, gdyż właśnie tam znalazłem najdokładniejszy jego opis.

Należy przypuszczać, że dopiero po roku 1616 miało miejsce nasilenie polowania w regionie kaliskim, ale biorąc pod uwagę brak źródeł historycznych i protokołów, które by o tym donosiły dobra rekonstrukcja nie jest możliwa.21 Historia zaczyna się od dwóch jarmarcznych złodziejek: Zofii z Łekna i Barbary z Radomia.22 Obydwie miały status kobiet luźnych, a trudniły się złodziejstwem, prostytucją i paserstwem. Nie bały się nawet sprzedawać takich rzeczy, jak kradzione z kościoła krzyże. Obydwie poznały się przez wspólnego znajomego złodzieja Szymka, a do Kalisza udawały się by kraść na tutejszym jarmarku. Zostały jednak przyłapane na noszeniu ziołowych amuletów, czym wywołały podejrzenie i doprowadzenie przed sąd.

Po przesłuchaniu Zofia została oczyszczona z zarzutu o czary, ale to nie jej, tylko zeznania Barbary są dla nas bardzo interesujące. Poddana torturom opowiedziała swoją historię, która zwraca uwagę, gdyż jest bardzo podobna do historii czarownic z terenów niemieckich. Barbara magii uczyła się od matki i przez długi czas działała w Gdańsku, gdzie kradła mleko i robiła gusła z chleba. Była również znana z usuwania ciąży. Jak niemieckie czarownice, obchodziła różne magiczne święta w tym noc Walpurgii. Po kolejnych torturach wymuszono na niej zeznania kontaktów z diabłami, które przyzywała, by jej służyły za pomocą różnych magicznych przedmiotów.

Różnica polega na tym, że czarownica wzywa demony aby jej służyły a nie, jak to ma miejsce później, sama jest służebnicą diabła. Zapytana o spowiedź, powiedziała, że początkowo ksiądz kazał jej zadość uczynić wszystkim, którym czyniła zło. Później na spowiedziach już nie mówiła o swoich magicznych poczynaniach. Co ciekawe podczas próby jej pławienia, zamawiała diabła aby jej pomagał mówiąc: Czarcie nie daj mię jeszcze topić, iż jeszcze będę na tym świecie wojowała i obiecał mi to, że nie utoniesz.23 Dalszy los dwójki kobiet nie jest znany.

Kolejna sprawa dotyka Elżbiety z Tyńca, która oskarżona została o czary cztery lata po pierwszym procesie.24 Protokół jest bardzo zwięzły i mówi, że powołana nosiła amulety i obmywała bydło wodą pobraną z pobliskiej rzeki, aby dawało więcej mleka. Wróżyła również kobietom z wosku, aby przepowiedzieć losy płodu. Wszystko to czyniła w imieniu Boga, Maryi i wszystkich świętych, co zresztą jest bardzo charakterystyczne dla polskich czarownic. Z protokołów przytoczonych przez Baronowskiego znamy wynik sprawy. Elżbieta z Tyńca została wygnana z miasta. Wygnanie może się wydawać karą bardzo łagodną ale biorąc pod uwagę fakt, że osoby wygnane często nie znały świata poza swoją lokalną wspólnotą i nie miały innej możliwości zarobkowania, był to często wyrok powolnej i bolesnej śmierci.25

Trzecia sprawa z czarami ma związek jedynie z nazwy, gdyż w czasie procesu oskarżona została oczyszczona z zarzutu. Proces dotyczy Małgorzaty z Chmielnika, która przez swojego pana, szlachcica Pawła Pawłowskiego, postawiona została przed sądem z zarzutem czarów i kradzieży.26 Kobieta wyparła się wszelkich czarów, a jedyne do czego się przyznała, to kradzież pańskiej skrzyni z różnymi bibelotami. Dopuściła się tego przestępstwa dlatego, iż dowiedziała się, że pan nie zamierza jej zapłacić za ostatnie pół roku pracy. Przez kaliskich ławników skazana została na chłostę, a prośba o tortury w celu wymuszenia na niej zeznań o czary została oddalona.

Zupełnie inny wymiar ma sprawa, która miała miejsce w roku 1593 i dotyczyła Apolonii Porwitowej z Glinek.27 Kobieta została oskarżona o czary przez swojego męża, co spowodowała domniemaną zdradą. Oskarżenia posypały się dalej lawinowo, a wśród nich znalazł się nawet zarzut psucia piwa u niejakiego pana Sobka. Za swoją nauczycielkę podała Jadwigę Pieczanowską, od której nauczyła się wszystkiego służąc na dworze w zamku Sieradzkim. Zajmowała się zamawianiem bydła i piwa w celu ich uzdrowienia i naprawienia.

W świetle źródeł wydaje się być osobą, która ludziom raczej pomagała niż szkodziła. Za przykład niech posłuży prośba pewnej kobiety, która udała się do Porwitowej w sprawie otrucia jej męża. Apolonia podała jej zwyczajną wodę, a ta później dowiedziawszy się o wszystkim dziękowała jej za niedopuszczenie do śmierci męża, gdyż ich stosunki już się polepszyły. Podczas procesu opowiadała o innych kobietach, które parają się bardziej zabobonem niż magią i czynią to wszystko, jak zresztą i ona, w imię Boga, Maryi i wszystkich świętych. Jej główną przeciwniczką, którą oskarżyła, była żona miejskiego kata.

Prawdziwą rewolucją w kaliskich procesach o czary jest sprawa czarownic ze wsi Kucharki, skazanych na spalenie w 1613 roku.28 Opisane w protokole kobiety miały bezpośredni kontakt z diabłami i pasują do właściwego znaczenia terminu „czarownica”. Na samym początku oskarżono Dorotkę z Siedlikowa, która ponoć rzuciła czar na Macieja Gorczyce. Kobieta została pojmana w karczmie, gdzie nie raz kłóciła się z wyżej wymienionym Maciejem. Po torturach przyznała się do czarów, mówiąc że wszystkiego nauczyła się od matki i wróżki Serbicy. Mówiła, że pomagała ludziom odszukiwać zaginione rzeczy, o których opowiadał jej na ucho diabeł Kacper. Nie raz też nawiedzana była przez diabły, które w młynie w pewien czwartek dusiły ją i przymuszały do obcowania fizycznego. Dorota wydała też swoją przyjaciółkę Magdę Młynarkę, która również spierała się nie raz z Gorczycą. Magda opowiedziała na przesłuchaniach, że oddała się diabłu w celu polepszenia swojego życia.

Kiedy tak wzywała szatana pojawił się jej diabeł Marcin, który obiecał poprawę losu po czym dopuścił się na niej gwałtu. Kolejną oskarżoną była Gierusza Klimerzyna, która początkowo wyparła się wszystkiego. Kiedy kat poddał ją torturze opalania nad płomieniem świecy zeznała, że miała z diabłem romanse. Oprócz tej trójki również inne oskarżone kobiety opowiadały o seksualnych kontaktach i obietnicach, że tak długo jak będą sypiać z inkubem, tak długo będzie się im powodzić.

W sprawach czarownic z Kucharek występują też sabaty (odbywające się na pobliskich bagnach) i likantropia. Po wysmarowaniu się specjalnymi maściami kobiety zmieniały się w kotki i w takiej postaci wysysały mleko krowom pani Wysockiej. Im również zawdzięczamy dość szczegółowy opis ich piekielnych kochanków. Jak mówiły: Ci wszyscy diabli w ręku mieli długie palce u nich pazury długie ostre i czarne, kosmaci byli, używali z nimi póki kur nie zapiał, a mówili im oddawajcie się nam będziecie się przy nas dobrze miały.29 Po zakończeniu procesu wszystkie niewiasty skazane zostały na stos, na którym spłonęły ku uciesze miejscowej ludności.

Kolejny proces związany jest z rzekomym pożarem Kalisza. Powołana przed sąd Regina Dereciowa ze Stawiszyna, skazana została na spalenie w roku 1616.30 Zarzucono jej znajomość ze spaloną niedawno w Stawiszynie Maruszą. Dereciowa przyznała, że Maruszę znała, ale czarów uczyła się od wróżki z Cholowa i Jagnieszki Korabskiej. Ta czarownica, chociaż próbowała pomagać ludziom, lecząc ich dzieci okazała się niezbyt skuteczna w tym, co robiła. Większość zaczarowanych umierała, a Dereciowa nie mogła pochwalić się zbyt dużą ilością udanych czarów. Przyznała się również do szkodzenia ludziom, ale starała się im zadość uczynić, jak jej kazał spowiednik. Posądzona o wywołanie pożaru, skazana została na stos.

Do mniej znanych, ale równie ciekawych procesów, należy sprawa Reginy Organiściny, która o czary została oskarżona przez Zygmunta Jaraczewskiego w 1680 roku.31 Czarownica zamieszkiwała dobra jego sąsiada Adama Kurczewskiego, właściciela wsi Kowalew, który swojej poddanej za nic nie chciał wydać na sąd. Jaraczewski namówił przyjaciela Jędrzeja Jaroszewskiego, żeby nakłonił Kurczewskiego do wydania czarownicy. Kiedy jednak Jaroszewski wraz z dwoma swoimi ludźmi wjechali na tereny Kurczewskiego, ten chcąc za wszelką cenę chronić czarownicy, dobył szabli i rzucił się na przyjezdnych.

Regina w swoich okolicach uchodziła za tak zwaną jawną czarownicę czyli taką, o której profesji wszyscy wiedzieli. Posądzano ją o zabicie 17 sztuk bydła i podpalenie młyna. Do stawianych jej zarzutów sama zresztą się przyznawała, wciąż pozostając na wolności. Jaraczewski złożył protestację do grodu kaliskiego przeciw samemu Adamowi Kurczewskiemu, którą rozpatrzono gdyż dotyczyła naruszenia pokoju publicznego (mowa o obiciu niewinnych sług pana Jędrzeja Jaroszewskiego).

Ostatnim i najbardziej kontrowersyjnym procesem o czary jest sprawa kilkunastu doruchowskich czarownic. Kontrowersyjnym dlatego, iż miał on charakter samosądu i odbył się tuż przed uchwaleniem konstytucji sejmowej zakazującej karania śmiercią za czary.32 W 1775 roku w Doruchowie dziedzicem był niejaki Stokowski, którego żona zachorowała na kołtun. Wezwana do wyleczenia kobiety wróżka stwierdziła, że jest to wynik rzuconych na jego żonę czarów. Wróżka wskazała też domniemane czarownice. Okazały się nimi Dobra, żona zamożnego gospodarza Kazimierza oraz pewna nieznana z imienia wdowa, której cała wieś przypisywała najgorsze rzeczy z uśmierceniem swojej córki na czele. Trzecią czarownicą miała być również nieznana z imienia dziewka, rzucająca przy wietrze w niebo liście mówiąc, że w taki sposób tworzy myszy. Stokowski aresztował te oraz inne podejrzane z powodu wykonywania szemranych zawodów kobiety. Oskarżonych zostało pięć córek gospodarskich, jedna wdowa i służąca.

Lokalny proboszcz prosił o nieczynienie samosądu, ale jego starania na nic się nie zdały. Pan wsi był tak zawzięty w polowaniu na doruchowskie czarownice, że wkrótce do zamkniętej już grupy kobiet doprowadzono kolejną siódemkę. Dziedzic wymusił na wójcie i gromadzie wiejskiej próbę wody, którą oczywiście wykonano. Nie rozebrano jednak wcześniej kobiet, co podobno sprawiło, iż nie utonęły, gdyż długie i grube suknie powoli nasiąkały wodą. Skoro nie tonęły zostały uznane za czarownice. Szybko wyciągnięto je z wody i zaciągnięto do pobliskiego spichlerza gdzie wsadzono je w beczki, w których wycięto uprzednio otwory, które były tak uciążliwe, że kobiety mogły w nich jedynie klęczeć. Od góry beczki przykryto płótnem a na boku przyczepiono kartki z napisami Jezus, Maria, Józef i w tych okrutnie ciężkich warunkach trzymano je jakiś czas. Stokowski nie chcąc przepuścić „czarownicom” odpowiedzialnym za krzywdę jego żony rozkazał sprowadzić do wsi kilku zakonników, kata i sędziów pochodzących z pobliskiego Grabowa.

Salą sądową uczyniono dom podstarosty gdzie ustawiono stół i sporządzono prowizorycznie narzędzia tortur. Procesy rozpoczynały się od rozebrania do naga oskarżonych i wieszaniu ich na hakach, które zadawały im taką krzywdę, że część z kobiet w ogóle procesu nie przeżyła. Cały proces był zwyczajnym teatrem, gdyż los „czarownic” już dawno został przesądzony. Na placu podczas przesłuchań zdążono ustawić wielki stos, na którym potem spalono wszystkie kobiety (nawet te, które umarły podczas tortur). Ten makabryczny proces jak podaje Wrzesiński musiał odbić się szerokim echem w całej Polsce, gdyż już niedługo sejm postanowił zakazać tego typu spraw.

Ostatni, makabryczny proces jest moim zdaniem idealnym zobrazowaniem do czego mogły prowadzić wynaturzenia postępowania w sprawie o czary. Mimo, iż jego autentyczność nie jest w zupełności poświadczona, to osobiście uznaję go za ostatni element „szaleństwa czarownic” na ziemiach kaliskich. Nawet jeśli nie wszystkie informacje dotyczące tamtejszych wydarzeń są prawdziwe, proces ten z pewnością zachował się w umysłach i pamięci ludzi jako część wyżej wymienionego zjawiska. W ten sposób doszliśmy też do końca rozdziału poświęconego „polowaniom na czarownice” w Kaliszu – regionie, który przez Baronowskiego został uznany za miejsce, gdzie z wyjątkową zawziętością walczy się z diabłem.33

Zakończenie

Piekło / Fra Angelico, 1435-1440

Niedługo po wydarzeniach, które miały miejsce w Doruchowie, sejm pod wpływem coraz popularniejszej idei humanitaryzmu, uchwalił konstytucję znoszącą tortury i karę śmierci za czary. Miało to miejsce w roku 1776 i dla uczczenia tego wydarzenia król Stanisław August nakazał bić pamiątkowy medal z napisem: Mękami wyciągać zawsze wątpliwe wyznania zbrodni, pociągać do sądu obwinionych o rzekome związki z mocą szatańską zakazał sejm roku 1776 na wniosek Króla Stanisława Augusta.34

Podsumowująć całość zjawiska na ziemiach polskich Bohdan Baronowski szacował w swoich pracach, że w Polsce śmierć poniosło 40.000 osób oskarżonych o magię.35 Małgorzata Pilaszek w swojej najnowszej książce stwierdza jednak, że taka liczba jest nie do przyjęcia, a za powód jej podania uważa umiłowanie historyków epoki PRL do krwi i podkreślania dramatyzmu. Sama szacuje zjawisko na trochę ponad 1000 procesów zaznaczając przy tym, że na pewno nie udało jej się dotrzeć do wszystkich zapisków.36 W skali europejskiej współcześni mówią o 60.000, co mnie osobiście wydaje się być liczbą prawdopodobną.37

Pozostaje jeszcze pytanie dlaczego w tak wielkim kraju jak Polska było tak mało procesów w skali całej Europy. Za przyczynę tego zjawiska może uchodzić zbyt słabe wykształcenie teologiczne i niski poziom edukacji prawniczej Polaków w sprawach demonologicznych.38 Ocenę prawdziwości zeznań kobiet oskarżonych o czary zostawiam czytelnikom, którzy sami wyrobili już sobie pewnie jakiś konkretny pogląd. Nie dysponujemy niestety żadnym aparatem, który pozwoliłby nam zweryfikować w sposób obiektywny idee, które tkwiły w umysłach przesłuchiwanych kobiet. Liczby ujawniają nam jednak pewną bezdyskusyjną prawdę.

„Polowanie na czarownice” było ruchem wymierzonym w kobiety, ruchem bezlitosnym, często podszytym chorą seksualnością. Napędzały go przyziemne ludzkie emocje takie jak zazdrość, zawiść, strach przed nieznanym. Same czarownice bardzo często nie były do końca świadome tego co robią i jakie skutki może to przynieść. O losowym powodzeniu ich działań może świadczyć kaliski przykład Reginy Dereciowej. Wszystkie zarzuty, zgodnie z obawami kościoła, dotyczyły raczej zabobonu niż prawdziwego „wysokiego” czarodziejstwa i paktowania z diabłami. Zabobon nie był jednak karalny.

Nie można też za niego winić kobiety tamtych czasów, gdyż dzisiejsze społeczeństwo bardzo często charakteryzuje się tymi samymi skłonnościami. Mam nadzieję, że moja praca, choć zbyt krótka by przedstawić całość zjawiska, w sposób zadowalający daje do myślenia. Należy zastanowić się przede wszystkim czy „polowania” były tak naprawdę konfrontacją z diabłem rzeczywistym i jego sługami, czy raczej z tym, który siedzi w każdym z nas? Być może zasądzane przez sędziów wyroki były jedynie obroną przed ich własnymi, ciemnymi stronami natury – tej. która była i jest obecna w każdym człowieku.

Michał „AntAgonist” Knychaus

 

Przypisy:

1. Małgorzata Pilaszek, Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII, Kraków 2008, s. 17-20.

2. Ibidem, s. 21.

3. Ibidem, s. 222.

4. Ibidem, s.48-51.

5. Ibidem, s. 54-55.

6. Katalog Magii mnicha Rudolfa z Rud Raciborskich, fragment rozdziału VIII, [za:] Szymon Wrzesiński, Wspólniczki szatana. Czarownice na ziemiach polskich, Warszawa 2006, s. 9.

7. Szymon Wrzesiński, Wspólniczki szatana. Czarownice na ziemiach polskich, Warszawa 2006, s. 20-22.

8. Małgorzata Pilaszek, Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII, Kraków 2008, s.136.

9. Ibidem, s. 140-141.

10. Janusz Tazbir, Państwo bez stosów, [w:] Janusz Tazbir, Państwo bez stosów i inne szkice, Kraków 2000, s. 51-53.

11. Ibidem, s. 7.

12. Małgorzata Pilaszek, Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII, Kraków 2008, s. 209-220.

13. Ibidem, s. 65.

14. Janusz Tazbir, Kultura szlachecka w Polsce. Rozkwit, upadek, relikty, Warszawa 1978, s. 57.

15. Anonim, fragment z dzieła Podpora konfederacji, [za:]Janusz Tazbir, Państwo bez stosów, [w:] Janusz Tazbir, Państwo bez stosów i inne szkice, Kraków 2000, s. 108.

16. Małgorzata Pilaszek, Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII, Kraków 2008, s. 297.

17. Ibidem, s. 287.

18. Janusz Tazbir, Państwo bez stosów, [w:] Janusz Tazbir, Państwo bez stosów i inne szkice, Kraków 2000, s. 130.

19. Małgorzata Pilaszek, Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII, Kraków 2008, s. 233.

20. Bohdan Baronowski, Najdawniejsze procesy o czary w Kaliszu, Lublin 1951. s. 19-21.

21. Bohdan Baronowski, Najdawniejsze procesy o czary w Kaliszu, Lublin 1951. s. 8.

22. Ibidem, s. 13-24.

23. Ibidem, s. 23.

24. Ibidem, s. 24-27.

25. Małgorzata Pilaszek, Procesy czarownic w Polsce XVI-XVIII wieku, [w:] Mówią Wieki. Magazyn Historyczny, nr 1, 2002, s. 16-17.

26. Bohdan Baronowski, Najdawniejsze procesy o czary w Kaliszu, Lublin 1951. s. 27-30.

27. Ibidem, s. 30-39.

28. Ibidem, s. 39-58.

29. Ibidem, s. 46.

30. Ibidem, s. 56-66.

31. Małgorzata Pilaszek, Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII, Kraków 2008, s. 71-72 i 261.
32. Szymon Wrzesiński, Wspólniczki szatana. Czarownice na ziemiach polskich, Warszawa 2006, s.58-60.

33. Bohdan Baronowski, Najdawniejsze procesy o czary w Kaliszu, Lublin 1951. s. 6.

34. Szymon Wrzesiński, Wspólniczki szatana. Czarownice na ziemiach polskich, Warszawa 2006, s. 60.

35.Małgorzata Pilaszek, Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII, Kraków 2008, s. 266.

36. Małgorzata Pilaszek, Procesy czarownic w Polsce XVI-XVIII wieku, [w:] Mówią Wieki. Magazyn Historyczny, nr 1, 2002, s. 16.

37. Ibidem.

38. Małgorzata Pilaszek, Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII, Kraków 2008, s. 195.

 

Bibliografia:

– Baronowski Bohdan, Najdawniejsze procesy o czary w Kaliszu, Lublin 1951.
– Pilaszek Małgorzata, Procesy czarownic w Polsce XVI-XVIII wieku, [w:] Mówią Wieki. Magazyn Historyczny, nr 1, 2002.
– Pilaszek Małgorzata, Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII, Kraków 2008.
– Ryś Grzegorz, Inkwizycja, Kraków 1998.
– Tazbir Janusz, Kultura szlachecka w Polsce. Rozkwit, upadek, relikty, Warszawa 1978.
– Tazbir Janusz, Państwo bez stosów, [w:] Tazbir Janusz, Państwo bez stosów i inne szkice, Kraków 2000.
– Wrzesiński Szymon, Wspólniczki szatana. Czarownice na ziemiach polskich, Warszawa 2006.

Baba Jaga (1973) [wersja reżyserska]

Wśród wielu imponujących gialli mało jest obrazów z tak oryginalnym konceptem i ładunkiem emocjonalnym, co Baba Jaga w reż. mało znanego europejskiej publiczności Corrada Fariny, który zrealizował oprócz tego tylko jeden film fabularny. Scenariusz, oparty na jednym z zeszytów kultowej włoskiej serii komiksowej Valentina, został przez Farinę przekształcony w pogańską opowieść o bohemie artystycznej Milanu początku lat ’70, w której wątki czarownictwa mieszają się z satyrą polityczną i erotycznym fetyszyzmem.

Baba Jaga jest przy tym jednym z pierwszych gialli, obok Nie torturuj kaczuszki Fulciego, w których pojawiają się elementy paranormalne jako element kluczowy dla rozwoju intrygi, dodające charakterystycznego klimatu. I choć trudno Babę Jagę zdecydowanie nazwać horrorem, widać tu początki drugiej fali włoskiego kina grozy. Ale jest to ostrze zdecydowanie erotyczne, zainspirowane m.in. przez Barbarellę (1969).

Jednak sama Valentina to specyficzne fumetto. Seria zaczęta przez Guido Crepaxa na początku lat ’60 wprowadziła sylwetkę pięknej i smukłej – niemal anorektycznej – fotografki jako głównej bohaterki, która dużą część czasu spędza w świecie marzeń, wizji, snów – można powiedzieć, że w specyficznym stanie transu – gdzie napotyka różne nieziemskie postaci.

Do tego dochodzi jeszcze wrodzony sex appeal Valentiny, który rzuca w jej stronę wielu przystojnych mężczyzn, próbujących się z nią przespać. Artystka jest jednak istotą kapryśną i nie daje się po prostu uwieść, częściej zabawiając się ze swoimi amantami, szczególnie z tymi, którzy mogą jej posłużyć do realizacji fantazji erotycznych. W istocie bohaterka odsłania często swoją miłość do fetyszyzmu (jeden  z pierwszych przykładów wprowadzenia tego typu wątków do mainstreamu komiksowego).

Film przejmuje ogólną charakterystykę Valentiny jako niezależnej profesjonalistki, ale silniej kontekstualizuje jej perypetie, umieszczając je w twardej rzeczywistości polityczno-społecznej północnych Włoch początku lat ’70. Valentina (w tej roli Isabelle De Funès) staje się znaną w środowisku artystyką, odwiedzającą partyzanckie inscenizacje lokalnych teatrów eksperymentalnych (od jednej z nich zaczyna się film), pokazy niemieckiego kina ekspresjonistycznego oraz imprezy, na których dyskutuje się czy rewolucję zaczną związki zawodowe czy też pisarze i filmowcy.

To wszakże początek anni del piombo – najbardziej burzliwego okresu we współczesnej historii Włoch, nazwanego tak z powodu ogromnej liczby zamachów bombowych, zabójstw i wojen mafijnych – które skończyły się dopiero na początku lat ’80 po zamachu na dworcu kolejowym w Bolonii.

Pewnej nocy bohaterka wędruje przez opuszczone ulice w stronę domu, gdy przypadkowo znajduje małego owczarka niemieckiego w kręgu świec – sama scenografia zapowiada, że to raczej niezwykłe wydarzenie – którego decyduje się w mgnieniu oka uratować przed pędzącą limuzyną, z której wysiada… czarownica, każąca się zwać Babą Jagą. Akcja zostaje zawiązana, kiedy starsza pani (grana przez doskonale znaną wszystkim fanom giallo Carroll Baker) zaprasza Valentinę do wnętrza samochodu oferując podwiezienie, po czym odsłania jej nagie udo, by pożyczyć sobie zapinkę od pasa do pończoch w niewiadomym celu – choć możemy przypuszczać, że raczej z niecnym zamiarem.

Od tej pory Valentina będzie czuła na swoim życiu magiczny wzrok Baby Jagi, a do jej pracy wkrótce wkradnie się mroczny chaos. Jej aparat fotograficzny zacznie zabijać ludzi pstryknięciem, a darowana przez czarownicę, dziwna lalka, okaże się magicznym chowańcem, który posiada moc transformacji i zabija ostrą szpilą modelki, pracujące dla Valentiny, korzystając z osłony dziwnie zapadających ciemności. Valentina będzie wprawdzie próbowała zwierzyć się ze swoich podejrzeń Arno (George Eastman) – znajomemu reżyserowi reklamówek – ale ten tylko ją wyśmieje tłumacząc, że czarownice nie istnieją… aż w końcu będzie zmuszony uwierzyć w jej historie!

Przepiękny filmy Fariny korzysta zarówno z typowych dla wczesnego okresu giallo rozwiązań tj. tajemnicze zabójstwa, niepewna tożsamość, ale wprowadza również silnie kontrastujące elementy fantastyczne tj. istnienie czarownic, stare indoeuropejskie wierzenie w kradnięcie dusz przez zaczarowane rekwizyty lub chowańce, czyli zwierzęta, figury lub lalki, w które mag jest w stanie przelać część swojej siły, by wykorzystać je do pełnienia posług, oraz dziury w tajemnicznych miejscach, które są bramami do świata podziemnego. Dzięki tym pogańskim inspiracjom Baba Jaga staje się filmem nad wyraz interesującym – szczególnie, że praktycznie pozbawionym przemocy.

Zamiast niej Farina eksploruje fetyszym, wprowadzając seksowne sesje zdjęciowe z werbalnymi aluzjami do orgii seksualnej, sceny miłości fizycznej przedstawione w formie komiksowych kadrów, czy też niezwykłą scenę biczowania nagiej Valentiny przez lalkę w postaci młodej kobiety (granej przez Ely Galleani: Jaszczurka w kobiecej skórze, Emanuelle w Bangkoku), odzianej w perwersyjny, skórzany kostium.

Do tego dochodzą jeszcze wieloznaczne, surrealistyczne sekwencje snów Valentiny z eksploatacją nazistowskich i pruskich mundurów, które jeszcze bardziej mieszają dwa poziomy rzeczywistości filmowej i świetnie pokazują wielki talent reżysera. Z tych wszystkich powodów Baba Jaga powinna spodobać się zarówno miłośnikom horrorów erotycznych i softcore’ów, tym którzy w giallo szukają odskoku od szaleńca w czarnych rękawiczkach, a także miłośnikom pogańskich thrillerów w stylu Kultu.

Conradino Beb

 

Znany pod tytułami: Baba Yaga / Devil Witch / Baba Yaga, Devil Witch / Black Magic
Produkcja: Włochy, 1973
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5