Archiwa tagu: David Cronenberg

„The Birth Of Body Horror” objaśnia korzenie kultowego gatunku filmowego

Body horror zaczyna się upowszechniać w połowie lat ’70 wraz z pierwszymi dziełami Davida Cronenberga takimi jak Dreszcze czy Wściekłość, do czego wkrótce dochodzi Obcy w reż. Ridleya Scotta, który zapoczątkował jedną z najdłużej eksploatowanych franczyz w historii przemysłu filmowego.

The Birth of Body Horror tłumaczy korzenie i losy gatunku, który efektownie straszy widzów mutacjami, chorobami i pasożytami ludzkiego ciała!

(Materiał z angielskimi napisami)

Debbie Harry i kontrowersje wokół „Wideodromu”

Debbie Harry została obsadzona przez Davida Cronenberga w Wideodromie (1983) w roli Nicki, mimo że nie miała w zasadzie żadnego doświadczenia aktorskiego. Ale mało wówczas znany reżyser pokręconych horrorów nie mógł przejść obojętnie nad tym, że piosenkarka znała Williama Burroughsa, Allena Ginsberga, była gwiazdą nowojorskiej Nowej Fali, a jej zespół, Blondie, wyprzedał swój album Eat to the Beat (1979) na poziomie platyny!

Jak mówi Debbie w wywiadzie udzielonym magazynowi Prevue March w kwietniu 1983: Lubię horror, thriller, fantasy, także science-fiction. W ten sposób poznałam Davida. To bardzo etyczny filmowiec, który ma unikalną filozofię, przenikającą wszystkie jego obrazy. Podoba mi się to (…)

Horrory bardzo mnie przerażają, więc chowam się za rękami, zamykam oczy i dopiero wtedy zerkam przez dziurkę. Psychoza naprawdę mnie przeraziła, kiedy obejrzałam ją po raz pierwszy. Omen był dobry, ale trzecia część już mi się nie podobała. Podobał mi się też Halloween, ale sequel nie był już tak intensywny. Egzorcysta był przerażający. Nie widziałam Amerykańskiego wilkołaka, Halloween III, Poltergeista i kilku innych nowości.

debbie_harry_bbc1_interview_1983
Debbie Harry udziela wywiadu BBC1 / 1983

Jestem prawdziwą kinomanką. Wydaje mi się, że to sprawa myślenia wizualnego. Na przykład, kiedy mam jakiś pomysł, widzę go jako obraz, prawie jak film. Rozwijam go stosując wizualizację, zamiast używać słów czy uczuć. Nie oglądam jednak bardzo starych filmów, bo techniki aktorskie są dla mnie śmieszne, trochę nie na czasie.

Do obsady Wideodromu Debbie Harry trafiła standardowo. Skontaktował się z nią agent Cronenberga, który zorganizował spotkanie z producentami w Nowym Jorku, po którym gwiazda poleciała do Toronto na rozmowę z reżyserem. Artysta początkowo nie był przekonany, że piosenkarka pasuje do roli, ale ta przekonała go przechodząc pozytywnie test ekranowy. Dalsze rozmowy pozwoliły też filmowej debiutantce zrozumieć różnicę pomiędzy rockową ekspresją sceniczną i pracą aktorską.

Wideodrom zszokował nie tylko fanów Blondie, ale również dziennikarzy i wielu kinomanów. Film nie zrobił również furory kasowej, zarabiając $3 mln mniej niż kosztował. Jednak sukces artystyczny, połączony z pozytywnymi opiniami takich osobistości jak Andy Warhol, a także szeroka dystrybucja na VHS, popchnęły z czasem dzieło Cronenberga w stronę szufladki z obrazami kultowymi, w której figuruje on do dziś!

Ciekawym komentarzem do tych historycznych kontrowersji pozostaje wywiad Debbie Harry dla BBC1, w którym broni ona filmu Cronenberga. Ten pojawił się w Wielkiej Brytanii, gdy kraj zaczynała ogarniać histeria video nasties i „złego wpływu” telewizji. Piosenkarka sięga, co ciekawe, do myśli McLuhana, żeby wyjaśnić, iż szokująca warstwa Wideodromu ma swoją ideologiczną podbudowę, nawet jeśli warstwa wizualna jest bardzo niepokojąca.

11 innych ciekawych filmów o narkotykach, których możesz nie znać!

Druga lista filmów o narkotykach opisuje zarówno te mniej, jak i bardziej znane produkcje. Mogą być one – choć nie muszą – odkryciem dla widzów, którzy zdążyli obejrzeć już wszystko to, co zostało streszczone na poprzedniej liście: 11 być może najlepszych filmów o narkotykach! Znajdziecie tu zarówno wyrafinowane kino autorskie, jak też niskobudżetowe filmy eksploatacji oraz skrajne eksperymenty artystyczne. Wszystkie bez wyjątku operują jednak w psychedeliczno-narkotykowym continuum. Kolejność jest jak zwykle przypadkowa.

  1. A Scanner Darkly / Przez ciemne zwierciadło (2006)

Adaptacja kultowej powieści Philipa K. Dicka w reż. Richarda Linklatera (Boyhood) ma zarówno swoich fanów, co i krytyków. Ci pierwsi wskazują na piękną realizację (ręcznie malowaną taśmę filmową), doskonałe kreacje aktorskie Woody’ego Harrelsona czy Winony Ryder, a ci drudzy na pozbawioną wyrazu grę Keanu Reevesa i zbyt linearną interpretację książki, która operuje w dużej mierze metaforami i środkami eksperymentalnymi, co kończy się na ekranie połowicznym sukcesem.

Protagonista, Bob Arctor, to tajny agent policji, który infiltruje środowisko lokalnych ćpunów w poszukiwaniu źródła tajemniczej substancji D – potężnego, euforycznego halucynogenu szybko zdobywającego popularność w undergroundzie narkotykowym. Problem leży w tym, że Bob sam jest ćpunem i szpieguje tak naprawdę samego siebie, bo substancja D po pewnym czasie zaczyna powodować rozdwojenie jaźni, a niemożliwe do opanowania halucynacje, zacierające granicę pomiędzy tym co realne i fałszywe! Dla fanów Budząc życie i kompletystów!

 

  1. Traffic (2000)

Czy prokurator generalny, walczący na wokandzie z plagą narkotyków, zdaje sobie sprawę, że do więzienia będzie musiał wsadzić także własne dziecko? Czy meksykański policjant, który w celu zwalczania przemytu z Kolumbii podejmują współpracę z FBI, wie że jedyne co robi, to staje się marionetką innego reżimu? Ten genialny thriller polityczno-narkotykowy obnaża hipokryzję władzy i brak prostych recept na kokainowy handel, który zdążył tak głęboko wniknąć w tkankę amerykańskiego społeczeństwa, że jakakolwiek próba jego agresywnego zwalczania przynosi więcej szkód niż korzyści.

Traffic został uhonorowany 4 Oscarami za scenariusz, montaż, reżyserię i drugoplanową rolę Benicio Del Toro. Obraz znaczy powrót do formy Stevena Soderbergha po latach alienacji i reżyserowania eksperymentalnych prac dla samego siebie. Jego comeback to niebagatelne, pełne napięcia i zapadających w pamięć scen, socjo-polityczne studium kokainowego problemu, który po obejrzeniu nie wydaje się ani jasny, ani prosty do rozwiązania. Jeden z tych filmów o dragach, których po prostu nie można pominąć!

 

  1. The Salton Sea / Jezioro Salton (2002)

Mimo że Val Kilmer przyjął rolę w tym niezależniaku D. J. Caruso nieco później w swojej karierze, aktorowi nie można odmówić braku klasy w odegraniu podwójnej roli Danny’ego Parkera (szalonego spidziarza) i Toma Van Allena (byłego muzyka jazzowego). Duża w tym na pewno zasługa tego, że Kilmer poświęcił się całkowicie swojej roli, spędzając czas z prawdziwymi ćpunami z obszaru Los Angeles, bo jego charakter żyje dla metamfetaminy, której krótka historia zostaje nawet przedstawiona w samym filmie.

Wielką zaletą Jeziora Salton są odrealnione, narkotyczne sceny z pocącymi się od dragów twarzami i szalone charaktery dilerów metamfetaminy. Ciekawy jest także scenariusz, który lawiruje gdzieś pomiędzy revenge thrillerem, melodramatem i dramatem psychologicznym, a także muzyka, ulatniający się z głośników jazzik! Kilmer nie sięga tutaj wprawdzie poziomu roli Jima Morrisona, ale prezentuje się bardzo paranoicznie z proszkiem w nosie, tak więc zachęcam wszystkich do obejrzenia.

 

  1. The panic in needle park / Narkomani / Panika w parku sztywnych (1971)

Panika w parku sztywnych wyreżyserowana z taką śmiałością przez Jerry’ego Schatzberga (pomniejszego z mistrzów Nowego Hollywood) pozostaje do dzisiaj jednym z najważniejszych filmów o heroinie i o narkotykach w ogóle. To prawda, że ma on słabsze momenty, dźwięk do dupy i montaż, który czasami kompletnie nie działa, ale zdjęcia Adama Holendra (Nocny kowboj) wraz z fantastycznymi kreacjami Ala Pacino i Kitty Winn, doskonałym scenariuszem Jamesa Milllsa i Joan Didion (która obecnie jest już pisarską legendą), stanowią o impecie tego dzieła.

Los łączy w filmie dwójkę wyrzutków, Bobby i Helen, w poszukiwaniu kolejnego strzału na nowojorskich ulicach. I nawet mimo tego, że ich związek przechodzi przez wszystkie stadia degeneracji, kłamstwa i upadku, ostatecznie to miłość wygrywa, bo to ona jest narkotykiem ostatecznym. Warto dodać, że obraz Schatzberga był pierwszym w historii, który realistycznie przedstawił nałóg heroinowy z jego całym ulicznym brudem. Posiłkując się włoskim neorealizmem i post-kontrkulturowym klimatem tragedii, artysta pozostawił w kinie coś, nad czym nie da się po prostu przejść obojętnie.

 

  1. Confessions of an Opium Eater / Wyznania zjadacza opium (1962)

Vincent Price gra pierwsze skrzypce w tym niskobudżetowym studium opiumowych snów, opartym luźno na słynnych Wyznananich angielskiego zjadacza opium De Quinceya. Wyprodukowany i wyreżyserowany przez mało znanego eksploatatora Alberta Zugsmitha, który w latach ’50 wstrzelił się dobrze w drive-inowe gusty dzięki dodawaniu większej dozy przemocy do cormanowskich ekspresówek rock’n’rollowych, pozostaje do dzisiaj pewnego rodzaju kuriozum – filmem, który w zręczny sposób wyłamuje się z szufladek gatunkowych.

Groteska przeplata się tu z komedią, a kino przygodowe z „thrillerem cyrkowym”, co trochę może zbić z tropu niektórych widzów. Można także dostrzec próby rozliczenia się z rolą władzy w związkach damsko-męskich, gdyż w jednej ze scen De Quincey zostaje zmuszony do wysłuchania monologu Chinki o wszystkich cechach dominy, przed którą jednak ostatecznie ucieka, by dalej zanurzyć się w opiumowe sny. A te okazują się koszmarami, bo śmierć i ciemność czekają na nas wszystkich! Dla wytrawnych koneserów.

 

  1. Naked lunch / Nagi lunch (1991)

Cronenberg był zawsze wielkim fanem Burroughsa i nawet jeśli opus magnum geniusza Beat Generation pozostaje książką nie do sfilmowania, jej luźna adaptacja w formie niezakłóconego pasma delirycznych halucynacji, swobodnie mieszających się z wątkami transformacji seksualnej pisarza, zabójstwem żony, pobytem w Tangierze czy próbami odwyku od heroiny – zamienionego w filmie na proszek na robale – naprawdę daję radę, jeśli tylko pozbyć się automatycznych porównań do literackiego oryginału, które nie mają większego sensu.

Może dało się znaleźć lepszego aktora niż Peter Weller do roli Burroughsa, ale jego wersja kultowego suchotnika jest naprawdę przyzwoita, szczególnie kiedy bohater musi się zobaczyć z Ginsbergiem i Kerouakiem, którzy sprawdzają czy zaćpany po uszy wciąż trzyma rękę na pulsie. Organiczny horror Cronenberga zostaje tu połączony z halucynogennym filmem szpiegowsko-przygodowym, tyle że protagonista szpieguje sam siebie, elminując przy tym wszelką racjonalną myśl. To zdecydowanie seans obowiązkowy!

 

  1. Half baked / Żółtodzioby (1998)

Ta urocza komedia marihuanowa pełna mechanizmów alienujących to jeden z artefaktów lat ’90, kiedy odpalona została scena medyczna w Kalifornii. Ale akcja filmu toczy się w Nowym Jorku, gdzie czwórka konkretnych jaraczy angażuje się w masową dilerkę po tym, jak jeden z nich trafia do pierdla, gdzie broni własnej dupy, w czym pomaga mu treser wiewiórek z czarnym pasem (Tommy Chong). A że kaucja opiewa na $1 mln trzeba walczyć o rynek, który składa się z różnych dziwnych indywiduów, granych przez znanych aktorów i muzyków związanych z kulturą 420 tj. Jon Stewart, Stephen Baldwin czy Bob Saget.

To nie jest wprawdzie arcydzieło, ale ma zajebiście zabawne momenty, mnóstwo mniej lub bardziej udanych gagów, dużo pozytywnego ładunku, no i ducha Jerry’ego Garcii, który służy jako deus ex machina pod koniec filmu. Dobre są też sceny tj. włamanie po zioło, którym okazują się być najlepsze szczyty na świecie (Golden Thai etc.), gadki z klientami tj. 70-letni oldtimer – grany przez samego Willie Nelsona – który strzela dobrym żartem o kondomach, czy wbicie ulicznego sępa na jointa – cameo nikogo innego, tylko Snoop Dogga. Na trzeźwo nawet nie podchodź!

 

  1. Chappaqua (1966)

Traktowane przez miłośników kina eksperymentalnego jako pomniejszy klasyk, dzieło Conrada Rooksa to na wpoły poetycka improwizacja w stylu Pull My Daisy (bo kręcił je przecież sam Robert Frank, autor niesławnego dokumentu o Rolling Stonesach), a na wpoły pionierska próba przedstawienia szaleńczych wizji człowieka przechodzącego terapię odwykową. Sam film jest mało psychedeliczny, bo kręcony na bardzo niskim budżecie, ale miejscami całkiem dobrze sobie radzi dzięki prostym efektom optycznym i nakładaniu na siebie dwóch obrazów.

Swoją sławę Chappaqua zawdzięcza głównie pojawieniu się na ekranie kilku legendarnych osobistości tj. William Burroughs, Moondog, Ravi Shankar, Allen Ginsberg, Peter Orlovsky czy grupa The Fugs (wykonująca I Couldn’t Get High), bo sama koncepcja jest mocno rozchwiana i z trudem zachowuje rytm. Najlepsze momenty to te kolorowe, ozdobione muzyką Shankara, czy hinduistyczno-pogańskie sceny przywiezione przez Rooksa z Indii czy ze Stonehenge. Zdecydowanie nie jest to film dla szerszej publiczności, a raczej ciekawostka dla małej grupki fanatyków.

 

  1. Blood Freak (1972)

Kino niskobudżetowe wypluwa z siebie od czasu do czasu filmy, które można scharakteryzować jedynie jako totalne odloty. Do nich zdecydowanie należy kultowy Blood Freak duetu Brad F. Grinter i Steve Hawkes, w którym powracający z Wietnamu Herschell (nazwany tak na cześć króla splatterów) natyka się na słodką Angel – jezusowego frika – podczas jazdy na chopperze, która za swoją misję obiera chronienie go przed niebezpieczeństwem narkotyków. Ale niedługo potem dostaje się on w szpony jej rozwiązłej siostry Ann, która uzależnia go od jointów maczanych w opium (lub innym tajemniczym dragu).

Wkrótce Herschell w celach zarobkowych zatrudnia się na farmie genetycznie modyfikowanych indyków, gdzie testuje na swoim żołądku, czy ich mięso ma jakiś wpływ na człowieka. Ale skutek wymieszania toksycznej marihuany z indyczym mięsem okazuje się tragiczny i bohater zamienia się szybko w potwora z głową indyka (wykonaną obowiązkowo z papier mache), po czym terroryzuje okolicę wypijając krew niczego nie spodziewających się heroinistów. Ten kosmos jest do tego nieustannie przerywany kazaniami reżysera, czytanymi z kartki papieru, który pod koniec wypluwa płuca od nadmiaru palonych fajek. Trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć!

 

  1. Pusher (1996)

Bohaterem tego osadzonego w duńskim podziemiu narkotykowym, operującego skromnym budżetem thrillera, jest uliczny diler heroiny, Frank. Jego niski dotychczas profil to po części wynik małego mózgu, a po części braku szczęścia. Akcja rozkręca się jednak, kiedy Franka odwiedza jego ziom Hasse, który właśnie wyszedł z pierdla i ma plan, żeby zalać białym proszkiem Szwecję. A że Frank nie ma kasy, żeby pokryć koszt towaru, bierze go od swojego serbskiego hurtownika, Mila, w kredo, obiecując że wróci z kasą, gdy tylko go upłynni. Ale plan bierze w łeb i Frank musi teraz grubo kombinować, żeby nie stracić wszystkich kończyn.

Debiut Nicolasa Windinga Refna został nakręcony w okresie schyłku kultury rave, tak więc dobrze odzwierciedla klimat i estetykę tego okresu. Frank, jego dziewczyna-prostytutka, kumple i klienci to jednostki niespecjalnie przejmujące się karierą i przyszłością, włóczące się po barach, dbające głównie o to, żeby strzelić w kanał, wykombinować gotówkę na kolejny zakup i na krótki moment znaleźć gdzieś bezpieczną przystań. Jednak wyluzowane życie ma swoją ceną, bo gangsterzy mają brutalne reguły i zmuszają ostatecznie Franka do konfrontacji ze swoim długiem. Ciekawy, realistyczny film, którzy docenią fani Trainspotting i nie tylko!

 

  1. Performance / Przedstawienie (1970)

Performance Donalda Cammella i Nicolasa Roega nie jest wprawdzie najbardziej psychedelicznym filmem, jaki został nakręcony przez brytyjskich filmowców na przełomie lat ’60 i ’70, ale obrazy korzystające z wątków narkotycznych były w tym czasie na Wyspach raczej ewenementem niż regułą. Performance składa się zasadniczo z dwóch aktów. W pierwszym dominuje londyńskie kino gangsterskie, a w drugim wątki kontrkulturowo-rock’n’rollowe, które robią się bardziej intensywne po tym, jak uciekający przed policją Chas (James Fox) zostaje nakarmiony muchomorami przez Pherber (Anita Pallenberg) w domu na Notting Hill.

Jednak zanim to się stanie, musimy przebrnąć przez dosyć nudną część pierwszą, która w swoim czasie może i była ciekawa, bo ozdobiona eksperymentalnym montażem i zawierająca ciekawe scenki obyczajowe, ale w zdążyła się w międzyczasie trochę postarzeć. To zostaje na szczęście nieco nadrobione w drugiej części dzięki ujęciom pięknego ciała Anity Pallenberg i bardzo nowatorskiej jak na swoje czasy sekwencji wyreżyserowanej jak teledysk do muzyki Micka Jaggera, który jest tu gwiazdą. Aktorsko wokalista Stonesów wychodzi przy Foxie mizernie, ale wnosi oczekiwany przez twórców klimat buntu. Film, który spodoba się jedynie maniakom!

Conradino Beb  

Mapy gwiazd (2014)

mapstothestars_poster

W Hollywood popularne jest stare powiedzenie, że wszystkie filmy tam nakręcone są w pewnym sensie filmami o samym Hollywood i jeśli przyjrzeć się uważnie produkcjom z Fabryki Snów jest w nim wiele prawdy – mniej lub bardziej dyskretne analogie i odniesienia do życia filmowej elity są integralną częścią wielu z amerykańskich obrazów, nieważne jak dobrych, czy jak kiepskich.

To jednak świat daleki od filmowego ideału, który nieustannie balansuje na granicy prawdy i fikcji, sukcesu i porażki, czy ostatecznie sławy i zapomnienia. To świat, który ma swoje – już w zasadzie legendarne i dobrze opisane – mroczne podbrzusze w postaci arogancji, zawiści, nałogów, perwersji i psychozy.

Ten odrębny stan rzeczywistości, w którym żyje hollywoodzki światek, był w przeszłości tematem wielu świetnych książek, a także wielu genialnych filmów, do śmietanki których należą chociażby mityczny Bulwar Zachodzącego Słońca Billy’ego Wildera, kultowa komedia Przyjęcie z Peterem Sellersem w roli głównej czy Gracz, wielki powrót do formy Roberta Altmana.

Ale Mapy gwiazd Cronenberga to film nieco mroczniejszy, cyniczne stadium postępującej neurozy i schizofrenii, w którym maestro psychologicznej makabry znajduje miejsce na powrót do swoich klasycznych chwytów (fani Skanerów na pewno je docenią).

Po słabym Cosmopolis, zbudowanym na chwiejnym scenariuszu i dość niewyraźnej grze aktorskiej, Cronenberg zabrał się ponownie za to, co zawsze potrafił robić najlepiej, czyli pokazywanie mroków ludzkiej natury. Artysta nie wyszedłby jednak z tej gry obronną ręką, gdyby nie rewelacyjny materiał Bruce’a Wagnera, znanego m.in. z Koszmaru z ulicy Wiązów III, ale przede wszystkim usuniętego na bok scenarzysty, który spędził całe życie w Hollywood, pracując przez długi okres jako kierowca limuzyny dla celebrytów, co pozwoliło mu poznać te mniej rozkoszne strony gwiazd filmowych.

W Mapach gwiazd stajemy się świadkami drogi przez schizofrenię upadłej aktorki Havany Segrand, granej przez wielką Julianne Moore (Boogie Nights, Magnolia, Big Lebowski), która chce powrócić do sławy za sprawą remake’u czarno-białego filmu ze swoją matką w roli głównej, co ma jej pomóc w skonfrontowaniu się z urazami spowodowanymi przez molestowanie seksualne w dzieciństwie.

By trzymać chorobę pod kontrolą Havana uczęszcza na neo-reichowską terapię prowadzoną przez Dr. Stafforda Weissa (John Cusack), którego syn Benjie (Evan Bird) znajduje się na drugim biegunie kariery, będąc wschodzącą gwiazdą franczyzy teen slasherów o uroczej nazwie Bad Babysitter.

Ale choć Benjie ma jedynie 14 lat, już udziela mu się stres życia zawodowego. Dzieciak zdążył przejść odwyk alkoholowy, a do tego ma siostrę, która w wieku 11 lat została wysłana na Florydę na przymusowe leczenie psychiatryczne. Agatha, w roli której obsadzona została niezwykle w ostatnich latach popularna Mia Wasikowska, wraca jednak do Los Angeles, gdyż właśnie skończyła 18 lat, a jej „kariera” zawiązuje przy tym akcję filmu.

To przez nią poznajemy ostatecznie postać reprezentującą sam dół hollywoodzkiej drabiny sławy, początkującego aktora Jerome’a (owiany sławą Twilight Robert Pattinson), który stanie się zarówno obiektem jej pożądania, jak też akumulatorem jej szaleństwa.

Tak, scenariusz Wagnera zdecydowanie obfituje w pokręcone, sprzeczne charaktery (samo życie), które na każdym kroku wypluwają z siebie wyjątkowo cyniczne linijki. Te czasem śmieszą, czasem fascynują, ale niemal zawsze wzbudzają podziw dla Cronenberga, który dał im scenerię, w której mogą naprawdę wybrzmieć.

I choć artysta wiele razy udowodnił w przeszłości, że jak nikt inny potrafi unikać samocenzury, a dzięki temu realizować dzieła bezkompromisowe, bez grama lukru, ostatnimi czasy jego filmy były dosyć słabe. Ale Mapy gwiazd wyraźnie pokazują, że weterana wciąż nie wolno spisywać na straty!

Z zasłużenie nagrodzoną Złotą Palmą w Cannes za pierwszoplanową rolę żeńską Julianne Moore, Mapy gwiazd oferują prawdziwe aktorskie widowisko, w którym oprócz wyżej wymienionej nieprzeciętny talent pokazują zarówno John Cusack (choć tu zdziwienia nie ma), Evan Bird (dla mnie to odkrycie), co i Mia Wasikowska, która powoli staje się kluczową odtwórczynią ról młodych psychopatek w Hollywood.

Nie prezentuje wprawdzie jakiegoś specjalnego sznytu Robert Pattinson, ale jego rola jest także, co trzeba podkreślić, dość ograniczona. W epizodycznej kreacji pojawia się także piękna i seksowna Sarah Gadon, którą w nieco większej roli można obejrzeć w znakomitym Wrogu.

Pomimo tych wszystkich zalet Mapy gwiazd nie są jednak filmem idealnym! Są tu ujęcia, które prezentują się dość pokracznie. Jasne, Cronenberg chciał oddać kalifornijski kult dizajnu wnętrz poprzez stosowanie ostrego oświetlenia i i szerokich kątów, ale to uderza nieco w duszną atmosferę filmu. Ta zostaje mocno osadzona w granicach dramatu psychologicznego… do momentu, w którym pojawia się pasja mistrza, czyli stary dobry body horror.

Czy jest on tu jednak na miejscu? Osobiście, miałem mieszane uczucia. Pomimo bardzo dobrych dialogów obraz zdaje się również miejscami nieco przegadany i na skutek tego do akcji wkrada się nuda. Wciąż jest to jednak najlepszy film artysty od Historii przemocy i należy go obejrzeć obowiązkowo!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Maps to the Stars
Produkcja: Kanada/USA, 2014
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films
Ocena MGV: 4/5

Wściekłość (1977)

rabid-poster-1977

Legendarna Marylin Chambers gra swoją pierwszą niepornograficzną rolę w tym niezapomnianym body horrorze Davida Cronenberga, wyprodukowanym w celu rozwinięcia paranoicznych wątków z bardzo dobrze przyjętych Dreszczy. Ale reżyser przyznał się post factum, że na jego decyzję nie wpłynał sukces Za zielonymi drzwiami – którego nie widział – wyreżyserowanego przez braci Mitchell na fali popularności Głębokiego gardła, ale odmowa zatrudnienia przez studio Sissy Spacek (gwiazdy Carrie) operującej ciężkim, teksaskim akcentem.

Wściekłość jest filmem zainspirowanym epidemicznym horrorem The Crazies w reż. George’a A. Romera, który wyszedł kilka lat wcześniej, by szybko umrzeć w amerykańskich drive-inach i należy do całej serii dzieł Cronenberga eksplorujących wątki transformacji ciała, wpływu technologii na człowieka i karnalnego buntu (we Wściekłości znajdziemy krótkie ujęcie na Wstęp do psychonalizy Freuda czytany przez jedną z późniejszych ofiar), które po ostatecznym wyczerpaniu  w ramach kina gatunkowego staną się podbudową bardziej autorskich obrazów tj. Crash (1996).

Operując na kanwie surrealistycznego pomysłu o przeszczepie skóry, który zaczyna żyć własnym życiem w ciele młodej motocyklistki poturbowanej w wypadku drogowym, Cronenberg personalizuje strach w formie zombie-wampira roznoszącego tajemniczy rodzaj wścieklizny, wywołującej opętanie żądzą krwi! Na chorobę nie ma oczywiście lekarstwa i gdy po ulicach zaczną szaleć toczące pianę z ust kreatury, gubernator Quebecu wprowadza stan wyjątkowy z poleceniem odstrzelenia wszystkiego co wściekłe.

To zbliża z kolei film Cronenberga do apokaliptycznych klimatów rodem z Dnia żywych trupów czy Wioski przeklętych – filmów, które bazują zasadniczo na epidemii zagrożenia. Ten pierwszy straszy plagą zombie, a drugi wszechpotężnymi dziećmi nie z tej ziemi, od czego Wściekłość dzieli zaledwie rzut beretem. Tak, jak i we wspomnianych klasykach, akcja nabiera również w pewnym momencie zabarwienia politycznego, gdy okazuje się, że humanizm nie jest dłużej faworyzowaną opcją i żeby uratować ludzkość trzeba wybrać „mniejsze zło”.

Pomimo fantastycznie odmalowanej atmosfery strachu i ślicznych cycków Marilyn Chambers, Wściekłości brakuje jednak do pełnego sukcesu kilku zasadniczych elementów. Pierwszym jest aktorstwo, które oprócz roli Franka Moore’a, trzeba traktować z dużym przymrużeniem oka. Postaci najlepiej prezentują się, gdy nie mówią zupełnie nic, stąd najbardziej efektowne sceny to te, w których kolejny staruszek rzuca się na przypadkowego przechodnia, by przegryźć mu tętnicę, ktoś wypada z szafy w ciemności bełkocząc GRRRR albo kamera dokonuje zbliżenia na czerwonego fallusa wychodzącego spod pachy.

Dość przeciętne są także zdjęcia i montaż (Cronenberg dopiero później dobrał sobie współpracowników na poziomie), choć film ratuje na szczęście ciekawy scenariusz. Ale reżyseria jest niestety gorsza niż w Dreszczach (na co zwracają uwagę praktycznie wszyscy krytycy). Historia jest opowiedziana w bardzo nieskładny sposób, ze źle zaaranżowanymi scenami, które tak naprawdę można by wyciąć, co sprawia że w drugiej połowie Wściekłość bardzo traci na klimacie i robi się zwyczajnie nudna.

Gdzieś ten chaos ratuje wprawdzie tragiczne zakończenie, które przypomina o zdolności istoty ludzkiej do samopoświęcenia w imię wyższego dobra, ale ostatecznie film ten należy raczej ocenić jako połowiczny sukces. Nie można jednak przy tym zapominać, że Cronenberg pracował tu wciąż na bardzo niskim budżecie (560 tys. CAD) i raczej uczył się warsztatu niż wykorzystywał go z pełną premedytacją (jak np. w Musze), stając się mimochodem pionierem nowej fali horroru, twórczo wykorzystując klasyczne wątki kina eksploatacji (film motocyklowy, sexploitation) i kina gatunkowego (zombie movie, horror wampiryczny) do tworzenia własnego stylu.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Rabid
Produkcja: Kanada, 1977
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

10 najbardziej przerażających filmów wg Bena Wheatleya

Idź i patrz (1985) / reż. Elem Klimov

Jeśli spytasz kogoś, czy widzieli Idź i patrz, od razu jesteś w stanie stwierdzić, czy tak. Osoba ta wzdryga się, a jej oczy natychmiast się rozszerzają. Idź i patrz to jeden z moich ulubionych filmów wszech czasów. Chwyta cię on za kark i wciąga w wojenny horror. Nie chcesz patrzeć na ekran, ale jesteś zmuszony. Końcowa sekwencja w wiosce jest jedną z najstraszniejszych rzeczy, jakie widziałem. Gdybym zobaczył ten film mając 10 lat, spędziłbym mniej czasu na zabawie z żołnierzykami i pistoletami. Faktycznie rzecz biorąc, gdybym zobaczył go mając 10 lat, prawdopodobnie nigdy nie doszedłbym do siebie.

Nici (1984) / reż. Mick Jackson

Nici to doskonały dokument telewizyjny zrealizowany przez BBC, mówiący o tym, co stałoby się z Wielką Brytanią podczas wojny atomowej. Możesz tkwić przy swoich wampirach i seryjnych mordercach, ale ten film to konkretny strzał. Obejrzałem go, kiedy byłem dzieckiem i wystraszyłem się nie na żarty. Wojna atomowa została w nim przedstawiona nie tak, jakby mogło do niej dojść, ale tak, jakby miała zdarzyć się na pewno.

W tym czasie byłem przyzwyczajony do myśli, że zapuszczę irokeza i będę strzelał z kuszy, siedząc na motocyklu gdy przyjdzie apokalipsa, ale okazało się, że to co szykował dla Wielkiej Brytanii Armageddon (szczególnie dla Sheffield), było o wiele mniej fantazyjne. Później obejrzałem Gry wojenne – suchy blueprint dla Nici – i jest to film równie niepokojący: Eksplodująca czteromegatonowa bomba brzmi, jak walenie drzwiami piekieł.

Fantastyczne. Kilka dni temu myślałem o tym, co przeraża mnie najbardziej i doszedłem do wniosku, że ostrzeżenia publiczne o zabójstwach dzieci na placach budowy i w stawach przez obcych z późnych lat ’70 i wczesnych lat ’80. Niedawno obejrzałem Nici ponownie i stwierdziłem, że są równie przerażające.

Ghosts… Of The Civil Dead (1988) / reż. John Hillcoat

Atmosfera tego filmu jest tak gęsta, że można ją kroić nożem. Oglądając go czułem się tak, jak gdyby jakiś ciężar wciskał mnie w siedzenie – byłem do tego stopnia pełen strachu i przerażenia. Przed seansem myślałem chyba, że więzienie może być tak przyjemnym miejscem jak Porridge, z przyjacielskimi typami w stylu Ronny’ego Barkera pokazującymi ci o co biega. Ale nie. Okazuje się, że więzienie jest żywym piekłem doprowadzonej do ekstremum przemocy, korupcji i gwałtu. Opuściłem kino (to była The Scala na King’s Cross w Londynie – teraz nieistniejąca, ale co za kino) wstrząśnięty i bardzo nieszczęśliwy.

Cannibal Holocaust (1980) / reż. Ruggero Deodato

Czułem się brudny po obejrzeniu tego filmu za pierwszym razem. To perwersyjna mieszanka eksploatacji, nagości, rzeczywistego zabijania zwierząt, bezpretensjonalnego rasizmu i gwałtu. I naprawdę przerażająca. Cannibal Holocaust jest jak ryzykowny wujek podgatunku fałszywego dokumentu w stylu Culloden, 84 Charlie MoPic, Blair Witch Project, Człowiek pogryzł psa czy Cloverfield. Obejrzałem to na trzeciej kopii VHS, co jeszcze bardziej dołożyło się do realizmu. Nigdy nie widziałem nic podobnego. Jeśli coś definiuje video nasties… to właśnie to.

Biedroneczko, biedroneczko (1994) / reż. Ken Loach

Pamiętam, że obejrzałem to z Amy, moją żoną, na Channel 4. To był potworny film. Podczas każdej przerwy reklamowej kręciliśmy głowami i patrzeliśmy się na siebie. Nigdy wcześniej nie oglądałem filmu, podczas którego z ulgą witałbym reklamy. Scena, w której Rock próbuje zdjąć dziecku bandaże, które przywarły do skóry, jest nie do zniesienia. To emocjonalny horror. Nie muszą cię gonić duchy (nie chodzi o to, że jest w tym coś złego), żebyś skończył zryty i straumatyzowany.

Nie oglądaj się teraz (1973) / reż. Nicolas Roeg

Nie sądzę, żebym mógł obejrzeć Nie oglądaj się teraz jeszcze raz. Nie od czasu, gdy zostałem tatą. Nie mogę strawić pierwszej sceny. To dla mnie pierwotny strach, który idzie za daleko. Ale dawno temu, kiedy byłem beztroskim cielęciem, bardzo kochałem ten film. Montaż Roega oraz jego kruszenie i modelowanie czasu jest dokładnie tym, o co chodzi w filmie.

Coś (1982) / reż. John Carpenter

Halloween, Atak na posterunek 13, Dark Star, Oni żyją… jestem wielkim fanem Carpentera. Oglądam Coś kilka razy rocznie. Efekty specjalne kreatury są ciągle rewelacyjne i odpychające. Oko Roba Bottina do szczegółów jest niesamowite: pies opluwający dziwnym płynem inne psy, długie kosmyki wypływające z serca ofiary ataku, pajęcza głowa. Oryginał Hawksa to też as. Naprawdę kocham filmy, które podejmują tematykę profesjonalistów próbujących się uporać z kryzysem (na przykład filmy Hawksa i Michaela Manna). Kocham też filmy oblężeniowe (Atak na posterunek 13, Zulu, Nędzne psy), a ten daje nam elementy obydwóch.

Full Metal Jacket (1987) / reż. Stanley Kubrick

Sądzę, że wiele z flmów Kubricka, to horrory. Full Metal Jacket wchodzi na moją listę ze względu na sekwencję snajperską, która jest absolutnie przerażająca. Pamiętam, jak oglądałem ją w kinie z sercem w żołądku. Chcesz uciec, chcesz się wymknąć, ale nie możesz przestać oglądać. To jak prosty slasher, żołnierze jak grupa nastolatków i snajper jak seryjny zabójca odstrzelający każdego z nich, jednego po drugim.

Świt żywych trupów (1978) / reż. George A. Romero

Kocham zombie movies. Widziałem ich mnóstwo i przeczytałem The Walking Dead (przekształcony w serial telewizyjny) obowiązkowo. Ze wszystkich potworów kinowych zombie to moi faworyci. Piekło to inni ludzie (a jeszcze bardziej, gdy są martwi i chcą cię zjeść). Jest coś słodkiego w Świcie żywych trupów George’a A. Romera. Wciąż góruje on nad wszystkimi współczesnymi horrorami.

Sądzę, że dzieje się tak dlatego, iż jest on tak inteligentny i że mówi wszystko, co należy powiedzieć (konsumenci to zombie, zostaliśmy zdefiniowani przez rzeczy, współczesny świat niekoniecznie jest warty ratowania, zawsze wal w mózg). Remake Snydera jest dobry i straszny, ale pozostaje on mimo wszystko w cieniu oryginału. Uważam, że to zasługa klimatów Nici, faktu że Romero i jego współpracownicy mieli faktycznie nad głową potencjalną apokalipsę nuklearną. W Świcie żywych trupów nie igrają sobie wcale z tymi wątkami, ale pokazują prawdę.

Wideodrom (1983) / reż. David Cronenberg

Istnieje tona fantastycznych horrorów Cronenberga, w których można przebierać. Co jednak bardzo podoba mi się w Wideodromie to fakt, że w radosny sposób przekracza on gatunek (Spectacular Opticals ma nawet numer muzyczny). Jako dzieciak oglądałem ten film i dosłownie urwało mi głowę.

Ben Wheatley

Źródło: Film4.com

Niebezpieczna metoda (2011)

Wczesne filmy Cronenberga, takie jak DreszczeWścieklizna i Mucha to produkcje niebezpiecznie balansujące na granicy dobrego smaku, odważne, przerażające i makabryczne. Mnie jednak najbardziej podobała się jego mniej ekstremalna, pozbawiona makabry Martwa strefa, adaptacja znakomitej powieści Stephena Kinga. Większości pozostałych filmów Cronenberga nie widziałem, nie należę więc do wielbicieli jego twórczości.

W swoim najnowszym filmie, wbrew tytułowi, reżyser odszedł od niebezpiecznych metod straszenia widzów obrazami śmierci, przemocy, seksu, perwersji. Rysunek psychologiczny postaci jest tu bardziej subtelny, a jakość techniczna doskonalsza, zaś dosłowność w przedstawieniu seksualności i perwersji została zastąpiona przez wnikliwe obserwacje psychologiczne i dwuznaczną grę pomiędzy trójką bohaterów.

Cronenberg, który dawniej pokazywał choroby ciała i makabryczne deformacje, w nowym filmie skupił się na pokazaniu ludzkiej duszy – w swojej długiej i burzliwej karierze przeszedł wędrówkę od zewnątrz do wnętrza ludzkiego ciała.

Dopracowana oprawa wizualna przenosi widzów w czasy sprzed stu lat. Początek wieku XX to czas przemian, powstawania nowych tendencji, kierunków i metod kształcenia. Zanim świat opanowały straszliwe wojny, intelektualiści zajęli się formułowaniem kontrowersyjnych teorii i prowadzeniem badań nad ludzką psychiką. Kiedy tradycyjna medycyna nie mogła sobie poradzić z jakimś trudnym przypadkiem wymyślono psychoanalizę.

Ta metoda okazała się nie tylko skuteczna, ale także wyjątkowo tania, bo nie wymagała wykorzystania żadnego nowoczesnego sprzętu. Wystarczył osobny pokój, dający poczucie bezpieczeństwa oraz dwa krzesła, dające ulgę i poczucie komfortu, tym większe, że nie trzeba patrzeć w oczy rozmówcy (pacjent jest odwrócony tyłem do psychiatry). Dlaczego więc ta metoda jest niebezpieczna, jak sugeruje tytuł? Myślę, że odpowiedź można znaleźć w filmie.

Scenarzysta Christopher Hampton, a za nim reżyser David Cronenberg dość szybko przechodzą do rzeczy. Już na początku widzimy kobietę ciężko chorą, rzucającą się jak opętana, by w jednej z następnych scen zobaczyć, jak szybko można ją wyleczyć za pomocą szczerej rozmowy.

Trochę trudno mi uwierzyć w to, że pacjentka może tak szybko otworzyć swój umysł przed lekarzem. Już przy pierwszym spotkaniu opowiada o skrywanych głęboko pragnieniach i trudnych wspomnieniach z dzieciństwa. Jej choroba ustępuje i zarówno pacjentka jak i lekarz uważają, że jest zdrowa, ale czy to prawda?

Lekarz chyba jednak w to wierzy, skoro pozwala kobiecie asystować przy badaniach, a nawet z nią romansuje, mimo że ma kochającą żonę. I jeszcze zapomniałem dodać, że tym lekarzem jest Carl Gustaw Jung, słynny szwajcarski psychiatra i psycholog.

Analiza ludzkich zachowań widoczna jest nie tylko w intelektualnych dialogach pomiędzy Jungiem i Freudem, ale także w wątku romansu Junga z Sabiną. Tylko że to już widz musi przeanalizować czy taki związek pomiędzy lekarzem i pacjentką jest akceptowalny, bulwersujący, przekraczający granice, a może jest wynikiem jakiejś choroby albo próbą zaspokojenia własnych pragnień.

W pewnym momencie Jung chce zerwać z Sabiną, boi się, że sprawy zaszły za daleko, interesująca jest wtedy reakcja Sabiny, a także dalsze rozmowy prowadzone już za pomocą korespondencji. Obok rozmowy ważnymi metodami badania ludzkich pragnień i emocji są: wolne skojarzenia i analiza marzeń sennych.

W filmie bohaterowie opisują swoje sny, jakby byli przekonani, że mają one wpływ na nasze życie, są komentarzem do naszych zachowań i ostrzegają nas przed niebezpieczeństwem. Ja nigdy nie miałem snu, nad którym bym się długo zastanawiał. Jednak bohaterowie filmu wierzą, że sny mają znaczenie i przywiązują do nich dużą wagę. Czy są one odzwierciedleniem naszych przeżyć lub myśli, czy można w nich znaleźć jakąś radę albo odpowiedzi na nurtujące nas pytania?

W podświadomości ukryte są lęki i obsesje, które kiedyś zostały wyparte przez świadomość, a wydobycie ich na powierzchnię może być niebezpieczne nie tylko dla pacjenta, ale również dla psychiatry. Tak przynajmniej można wywnioskować z filmu.

Aby psychoterapia się udała obie strony muszą wykazać inicjatywę i zaangażowanie, ale muszą się liczyć z nieprzewidzianymi konsekwencjami psychoterapii. Freud i Jung mieli szczęście, że trafili na takich odważnych pacjentów jak Sabina, bo dzięki temu ich teorie sprawdziły się w praktyce, co sprawiło, że to właśnie obaj psychiatrzy stali się sławni, a nie ich pacjentka (przed premierą filmu nie wiedziałem zupełnie nic na temat Sabiny Spielrein).

Czasy się zmieniają i tematy, które sto lat temu były tematami tabu w dzisiejszych czasach są podejmowane częściej i bez skrępowania, na przykład w filmach takich jak ten. Ale czy to oznacza, że ludzie chętniej rozmawiają na takie tematy jak seksualność czy nadal jest to temat drażliwy?

Autor monografii Davida Cronenberga, Ernest Mathijs, stwierdził, że Cronenberg jest raczej filozofem niż kaznodzieją i dlatego w jego filmach więcej jest pytań niż odpowiedzi.

W jego najnowszym filmie także można to zauważyć. Chyba mało kto wie, że debiut Cronenberga, krótkometrażowy Transfer (1966) przedstawia relacje pomiędzy psychiatrą a pacjentem. Tak więc jego nowy film tematycznie nie odbiega za bardzo od poszukiwań, jakie reżyser prowadził od początku swojej kariery. Zmienił się tylko sposób przedstawienia na bardziej przystępny dla zwykłych widzów, którzy nie interesują się taką tematyką, ale są chętni do szukania nowych wyzwań intelektualnych w kinie.

Mimo że Niebezpieczna metoda nie jest typowym thrillerem to parę razy miałem dreszcze, szczególnie na początku podczas sceny psychoterapii. Zaskoczyło mnie to jak głęboko Keira Knightley weszła w odgrywaną przez siebie postać. Bardzo przekonująco odegrała cechy charakteru swojej bohaterki i emocje, które nią targają – strach przed nową metodą leczenia, odwagę w wyrażaniu swoich uczuć i emocji, jak również ujawniającą się stopniowo przenikliwość, inteligencję i zaangażowanie w prace nad badaniem ludzkiego umysłu.

Odegranie nerwicy podczas psychoterapii na początku filmu nie powinno budzić zastrzeżeń – problemy z wypowiedzeniem zdania, niespokojne ruchy, wystraszony wzrok, konwulsje, sposób mówienia, a nawet często krytykowane zabiegi ze szczęką są adekwatne do sytuacji i charakteru postaci, cierpiącej na histerię.

Ta rola miała wzbudzać irytację i niepokój i mogła ją zagrać tylko aktorka, która nie boi się wyśmiania przez widzów i krytyków. Keira Knightley po raz kolejny udowodniła, że jest zdolną aktorką, zdecydowanie się w tym filmie wyróżnia niezwykłą osobowością i temperamentem. Udana jest również wykreowana przez Viggo Mortensena postać Freuda, natomiast sztywny i spięty Michael Fassbender w roli Junga może rozczarowywać.

Przemyślane, inteligentne dialogi pozwalają widzom bez bólu i bez znudzenia przetrwać seans, odpowiedzialni za oprawę wizualną artyści dość przekonująco pokazali na ekranie elegancki, ale nie pozbawiony perwersji, świat z początku XX stulecia, zaś aktorzy znakomicie wpasowali się w kostiumy z epoki.

To wszystko sprawiło, że Niebezpieczna metoda jest obrazem ponadprzeciętnym, niebanalnym i prowokującym do dyskusji. Przed obejrzeniem filmu dziwiłem się, że tak wiele osób chce studiować psychologię, ale ten film uświadomił mi, że zgłębianie ludzkiej psychiki może być inspirującym doświadczeniem, a komunikacja społeczna jest bardzo ważnym elementem w rozwoju każdego człowieka. Film Cronenberga nie jest filmem porywającym, ale na swój sposób ciekawym i inspirującym.

Mariusz Czernic

 

Oryginalny tytuł: A Dangerous Method
Produkcja: Francja/Kanada/Niemcy/Szwajcaria/Wielka Brytania, 2011
Dystrybucja w Polsce: Monolith Video
Ocena MGV: 3,5/5

Wyprawy na kraniec widnokręgu lub o pasji życia Beat Generation

W każdej kulturze istnieją wzory prowadzące jednostkę przez życie, pełniące w domyśle funkcjonalną rolę mapy, na której zarysowane są kontury lądów, wysp, dróg i zakamarków… O ile jesteśmy w stanie sobie taką mapę wyobrazić, natychmiast stajemy przepojeni potrzebą jej posiadania, jej odkrycia, jej zmierzenia i spożycia.

Ciężko właściwie rozstrzygnąć czy mapa taka, pełniąca modelową rolę mitu osobowości, niejako trampoliny duszy, jest w stanie powiedzieć nam więcej o rzeczywistości niż samo terytorium, na którym rozgrywa się walka o ziszczenie własnego języka, który domaga się urzeczywistnienia poprzez destrukcję tej mapy z jednej strony, a nieświadome tworzenie jej z drugiej.

Z pewnością jednak śmiałkowie, którzy dokonali wysiłku „przejścia na drugą stronę lustra” są nam w stanie opowiedzieć o samym procesie potyczki z ową mapą więcej niż rysownicy-kartografowie, którzy ślęcząc całe życie nad jej legendą (interpretacjami), nie odważyli się nigdy na samotne stawienie czoła duchom, inwokowanym przez jej tajemnicze wezwanie.

Wydaje się bowiem, że Ci którzy odrzucili iluzję bycia trybikiem kartograficznej maszyny, produkującej modele wrażeń i przeżyć, stali się swoimi własnymi kompasami w świecie, w którym wskazówki przychodzą z tą samą dziwną częstotliwością, z jaką jesteśmy w stanie natknąć się w życiu codziennym na samych siebie.

Nie jestem tu bynajmniej krytyczny wobec samej idei mapy, ale chciałbym zwrócić uwagę na naturalną dychotomię, którą powołuje ona dzięki sobie do życia, na rozdźwięk pomiędzy pragnieniem odkrycia terytorium, o którym mówi, a zbadaniem języka, którym przemawia.

Zakładam, że język mapy jest przeciwieństwem jej rzeczywistości, tak samo w istocie jak jej dopełnieniem, jednak „dwójmyślenie” jest możliwe tylko w domenie samego języka, w semantycznych pułapkach systemu znaczeniowego, którego naturą jest reprodukowanie obrazów dla formalnej ekstazy umieszczania ich w niszach mentalnego rozruchu, powodowanego przez niemożliwość oddzielenia wizji „prawdy” od wizji „kłamstwa”, które same są warunkami PRAGNIENIA ich wypełnienia.

Natura języka nie istnieje bez samej możliwości mówienia, która w takiej samej mierze może być bełkotem, jak i precyzyjnym drogowskazem. Dwoistość języka to brak spoistości jego natury, to chaos jeśli wolicie… lub też inna jego wizja.

*     *     *

Powojenny egzystencjalizm w filozofii i kulturze euro-atlantyckiej wyrażał się głównie w braku zaufania wobec natury człowieka w ogóle, a także w ostatecznym zerwaniu z ideą chrześcijańskiego monoteizmu, która, jak to pokazuje historia idei, manipulowana poprzez czynniki instytucjonalne, była dokładnym przeciwieństwem jej etyki antropologicznej.

Jak pokazała zaś II Wojna Światowa, czynniki te nieodzownie traciły jakikolwiek szacunek dla własnych wartości i ideałów w obliczu czystej siły, z którą zresztą od 1500 lat były sprzymierzone i nią wielce urzeczone. Tak więc sprzeciw wobec oświeceniowego optymizmu, starającego się przeobrazić człowieka na wzór naukowej doskonałości, kartezjańskiego cogito, nabrał mimowolnie charakteru anty-instytucjonalnego, antyspołecznego i koniec końców KONTRKULTUROWEGO.

O ile egzystencjalizm Sartre’a, Marcela, Camus posiada wyraźny charakter odwołania do konsensusu kultury europejskiej poprzez intelektualistyczny dyskurs wiedzy o rzeczywistości i nawet w swoim sprzeciwie wobec ontologii pozostaje skażony konstrukcjami umysłowymi, charakterystycznymi dla tradycjonalistycznego “racjozofa” (jeśli nawet egzystencjalizm jest humanizmem, to wciąż odwołuje się on do oświeceniowej wizji humanizmu), to na uboczu tychże ścieżek poznania tworzyć się zaczyna nowa awangarda pokoleniowa złożona z jednostek, pragnących odrzucić wszelkie znamiona charakterystyczne dla społecznych ról, zachowań i dążeń jednostek partycypujących w tradycyjnej kulturze europejskiej.

W ten sposób po raz któryś w historii kultury Zachodu, kontrkulturowe działania jednostek nie widzących dla siebie miejsca w odgórnie narzuconym modelu społecznym wyważają mityczne drzwi percepcji kierując ludzką energię w stronę wartości wyobrażeniowych, które w żaden sposób nie wiązałyby się z judeochrześcijańską wizją człowieka jako istoty grzesznej, ani ze społeczeństwem jako hierarchicznie uporządkowaną drabiną znaczeń i osiągnięć.

Odwrót tej młodej generacji w stronę kontrkultury nie dokonał się jednak tylko za sprawą oczywistego rozbicia humanistycznych złudzeń przez okrucieństwa II Wojny Światowej, ale także ze względu na towarzyszącą temu automatyzację i mechanizację kultury, która te wydarzenia powołała do życia. Ideologiczne wzory, systemy społeczne nabrały przez to dla niej jedynie charakteru przykrywek rządzących nimi najgorszych, ludzkich instynktów… żądzy posiadania, żądzy niszczenia i żądzy władzy.

Ni stąd, ni zowąd, w kraju, który został zbudowany na tych trzech fundamentach i który przyjął po wojnie najwięcej emigrantów ze spalonych europejskich wsi i miast, wyrosła jak kwiat nowa wizja życia, która miała przeobrazić całą późniejszą kulturę wdzierając się w nią, jak lis do kurnika.”Beat Generation”, bo pod taką nazwą przeszła do historii owa wysoce płynna grupa ludzi, nie posiadała żadnej struktury jednoczącej czy zarządzającej.

Grupa ludzi, która postanowiła wypowiedzieć wojnę ideałom śmierci, strachu i konformizmu nigdy nie był zwarta, ani zhierarchizowana, a mimo tego przeszła do legendy współczesnych stylów życia, aby znaleźć się w kanonie kontrkulturowych wizji biorących na barki problemy radzenia sobie z obcą i wrogą rzeczywistością społeczną, odrzucającą dzięki automatycznej, konsensualnej blokadzie wszelkie wpływy nie pochodzące z jej własnych źródeł.

Zwrot „Beat Generation” pochodzi od kultowych pisarzy: Jacka Kerouaca i Johna Clellona, którzy ukuli go w rozmowie telefonicznej z 1948 r. na temat życia, które sami prowadzili – bezpośrednią inspiracją był nowojorski slang Herberta Huncke’a.

Początkowo nie denotował on nic więcej poza bezpośrednim znaczeniem czyli: „pobite pokolenie” – generacja pozbawiona złudzeń przez wielką tragedię II Wojny Światowej, ale w miarę upływu czasu nabrał ideologicznej nadbudowy w postaci interpretacji pochodzącej od słowa „beatific” czyli święty, co prowadzić z kolei zaczęło do magicznych i inicjacyjnych treści, które pokolenie to odkrywało w swoich podróżach na kraniec widnokręgu.

I mimo, że słowo „trip” (wycieczka, podróż), spopularyzowane dopiero przez słynną Wielką Trójkę z Harvardu na początku lat ’60 nie miało wtedy jeszcze tak silnie zinterioryzowanego znaczenia, to włóczęgi stopem po bezdrożach Stanów Zjednoczonych właśnie od bitników zaczynają nabierać znaczenia duchowego i psychologicznego, tym samym odtwarzając eteryczną linię przekazu enteogenicznych i mistycznych technologii będących w użyciu od tysięcy lat, zapomnianych przez „Białą Amerykę”, ale kultywowanych przez inne społeczeństwa.

John Clellon w swoim słynnym artykule This is the beat generation pisał o niej tak: Jej członkowie posiadają instynktowną indywidualność, nie potrzebującą cyganerii czy udawanej ekscentryczności aby ją wyrazić. Dorastający podczas zbiorowych, fatalnych okoliczności koszmarnej depresji, postawieni przed życiem w czasie zbiorowego exodusu wojny światowej, nie ufają kolektywizmowi. Ale nigdy nie zapomnieli o swoich snach przeżywania świata (…)1 Te sny połączyły rozproszone, zawiedzione i samotne jednostki pod wspólnym celem, odkrycia świata na nowo, nadania mu nowego znaczenia, które bardziej przypominałoby o ekstatycznym duchu dającym jednostce szczęście, niż o koszmarze śmierci odbierającym człowiekowi wszelką nadzieję.

Przypomnijmy jednak, że Stany Zjednoczone końca lat ’40 i początku ’50 były krajem niezwykle konserwatywnym, przepojonym silnie purytańskimi ideałami czystości, wstrzemięźliwości, a nade wszystko krytycznie nastawionym wobec każdej odmienności czy był to odmienny kolor skóry (w większości stanów na południu kraju lincze, przeprowadzane przez Ku Klux Klan na czarnych obywatelach były czymś powszechnym i akceptowanym), czy odmienny model zachowania.

Tak więc bitnicy nie mogli nie spotkać się z silnym potępieniem społecznym ze swoimi odbiegającymi od normy praktykami życiowymi tj. palenie zioła, uwielbienie dla jazzu, jazda stopem bez pieniędzy, korzystanie ze swobody seksualnej, kradzieże samochodów, a także notoryczne kumanie się z murzynami i Meksykanami.

Życie w zorganizowanym społeczeństwie wymuszało standaryzację myślenia i zachowania, która nie pociągała bitników, widzących w nim zgniliznę i barykadę dla wolności, która stała się głównym celem ich własnego życia. Dzikie, namiętne i niepohamowane wybryki Bitników były proklamacją wolności absolutnej, zarówno tej od norm społecznych, jak też od norm osobistych.

W szale spełniania swoich pragnień byli oni doskonałymi praktykami znającymi tajemną technologię transgresji, która łącząc się z destrukcją swoich własnych złudzeń i koszmarów przynosiła błogość i szczęście wyzwolenia z wszelkich konwencji wraz z ekstazą miłości… zarówno do śmierdzących meneli z ciemnych zaułków, jak i do własnych przyjaciół oraz bliskich.

Allen Ginsberg

Tą niemal alchemiczną wrażliwością borykającą się z problematyką życia i śmierci, czystości i brudu, radości i smutku, naznaczona jest proza i poezja bitników, starająca się wyrazić to co niewyrażalne w przerwach pomiędzy słowami, które jak pisał William Blake, stwarzając cień odsłaniają wewnętrzną boskość… W jednym z kultowych dzieł bitników, napisanym po śmierci swojej szalonej matki – Naomi Ginsberg, noszącym tytuł Kadysz (w swoim czasie autor zasiadł za opublikowanie tego wiersza na ławie oskarżonych), poeta mówiący o sobie: „Żyd, pedał i buddysta” – Allen Ginsberg, pisze te słowa:

(…) O sławna muzo, z której łona wyszedłem, pozwoliłaś mi ssać pierwszą mistykę życia i nauczyłaś mnie mowy i muzyki, z twojej obolałej czaszki wyniosłem pierwszą Wizję – Dręczona i bita po głowie – jakież szalone majaczenia potępionych wydzierają mnie z wnętrza mojej własnej głowy, bym poszukiwał Wieczności, aż znajdę dla Ciebie Ukojenie, O, Poezjo – bym rodzajowi ludzkiemu przywrócił jego Źródło – Śmierci, która jesteś matką wszechświata! – Noś swoją nagość po Wieki, i białe kwiaty we włosach, Swój ślub przypieczętowany wśród niebios – dziewiczości twej nie zniszczy żadna rewolucja – O piękna Garbo mej Karmy – wszystkie zdjęcia z obozu Nicht Godeiget z 1920 roku mam tutaj nietknięte – z wszystkimi nauczycielami z Newark – I Elanor jeszcze nie umarła, i Maks nie spodziewał się swego upiora – ani Louis nie odszedł ze szkoły na emeryturę – (…)2

Jednak dla bitników niewyrażalność przede wszystkim łączyła się z samym życiem, w którego totalnym, kosmicznym strumieniu, roztapiały się dyskursywne przeciwności rządzące językową rzeczywistością, do której tak bardzo przywiązane było współczesne społeczeństwo.

W swoich heretyckich eksploracjach przestrzeni wew-zew-nętrznej wieczni podróżnicy porzucali język na rzecz czystego doświadczenia życia, jego pustki i energii… Podróż dająca poczucie wolności stawała się w ten sposób podporą nowej mistyki, zaczątkiem przemiany mentalno-duchowej, mającej w swoim czasie totalnie przeobrazić oblicze społeczeństwa Zachodu.

Mimo, że bohaterowie książek Kerouaca czy Burroughsa zdają sobie sprawę, że ich własną kulturę toczy rak zgnilizny, a puste maski sąsiadów z miejsca zajmowanego obok w autobusie są ostatecznym efektem działania wirusa apatii, to nie rezygnują oni z nadziei na ujrzenie twarzy tego narkotycznego spektaklu w jednym ekstatycznym rozbłysku, ani ze znalezienia tajemniczej, spokojnej wyspy, o której mówi buddyjska mitologia, dającej poczucie spełnienia swojej ludzkiej misji.

W swoich poszukiwaniach miażdżą oni klasyczne kanony piękna, prawdy i osobowości, nie próbując idealizować świata, w którym przyszło im żyć, będąc sobą we własnym szaleństwie, brudzie, szczerości i pragnieniach, stykając się tylko z takimi wizjami, na jakie zasługują, nie wymagając od ludzi niemożliwego, a mimo wszystko pozostawiając za sobą wrażenie czasu odnalezionego w swojej własnej nieskończonej naturze.

Bycie dla bitników „wszystkim na raz” prowadziło ich zarazem do bycia wszystkimi i do próbowania wszystkiego, czego tylko da się spróbować. Świętość bowiem charakteryzowała u nich nie chrześcijańska asceza, odmawiająca człowiekowi prawa do uciech, ale pan-ekstatyczny stan zatracenia się w przyjemnościach i nieprzyjemnościach życia, jakby takim postępowaniem chcieli cytować oni starożytną Tao-Te-Ching, w której napisane jest: (…) Dlatego człowiek powinien postępować zgodnie z zasadami tao. Postępując zgodnie z tao, utożsami się z nim. Jeśli mu się wiedzie, utożsamia się z powodzeniem. Jeśli mu się nie wiedzie, utożsamia się z niepowodzeniem. Jeżeli utożsami się z tao, to raduje się, osiągając je. Jeżeli utożsami się ze swoim powodzeniem, to podobnie raduje się, osiągając je. Jeżeli utożsami się ze swoim niepowodzeniem, to tak samo raduje się ze swojego niepowodzenia. (…)3

W myśl tej samej zasady bitnicy przestali stawiać ostra granicę pomiędzy tym co jest rzeczywistością, a tym co nią nie jest – w końcu każda wielka wizja wymaga porzucenia kapelusza, z którego wyrasta. Jeśli zaś życie w drodze jest ciągłym pasmem zmian, granice stają się tylko słupkami pełniącymi bardziej funkcję estetyczną niż tradycyjną funkcję nomotetyczną, zgodną z chrześcijańskim wartościowaniem rzeczywistości jako odbiciem Logosu, transcendentalnego systemu językowego nakładającego więzy semantyczne na poznanie, których złamanie zrzuca w Otchłań, zrywa przyrodzoną więź z hipnotycznym absolutem.

Wyrwanie się z tej pułapki sprawia, że uwolnieni od bicza bożego bohaterowie kreują wolność totalną, nie znającą dobra, ani zła. Im większa zaś wolność, tym większa odpowiedzialność – życie bitników staje się więc kosmicznym dramatem, w którym rządzą ślepe siły pragnień domagające się spełnienia, nie zawsze dające się między sobą pogodzić. Ich życie zdaje się być w ten sposób spełnioną przepowiednią Nietzschego o „duchach dostojnych”…

Uwolnienie się spod ślepej władzy, zapośredniczonego przez kulturę, gniewu istoty wyższej kieruje bitników na czyste ścieżki życia, wyrażające się w postawach bezkompromisowego hedonizmu, twórczości zaangażowanej, altruizmu, egoizmu, magicznego społecznictwa i awangardowego profetyzmu o nie zawsze słodkiej i pozytywnej wymowie. Meandry życia prowadzą ich tak samo w stronę światła, jak i mroku aby przynosić owoce mądrości w zetknięciu z najdziwniejszymi stanami i sytuacjami, jakie tylko mogą czekać człowieka.

Prawdopodobnie jeden z najciekawszych i najbardziej skrajnych sposobów przeżywania swojego życia wybrał William S. Burroughs, znany min. z tego iż w swoim najczarniejszym okresie pogrążył się w nałogu heroinowym, a przebywając w Meksyku, zabił z pistoletu na imprezie swoją żonę, za co zresztą nie poniósł najmniejszych konsekwencji penitencjarnych.

Dobry opis jego osoby przedstawia w swojej kultowej powieści W Drodze inna legenda bitników, Jack Kerouac: Całą noc zabrałoby opowiadanie o Starym Byku Lee; powiedzmy zaś teraz, że był nauczycielem i miał każde prawo do tego by nauczać, ponieważ całe swoje życie spędził ucząc się; a rzeczy których się nauczył, były tym co uważał za i nazywał „faktami życia”, których nauczył się nie bez potrzeby, ale ponieważ tego pragnął.

Włóczył w swoim czasie swe szczupłe, chude ciało przez całe Stany Zjednoczone i większość Europy oraz Afryki Północnej, aby zobaczyć tylko co się dzieje; poślubił białą, rosyjską hrabinę w Jugosławii aby uciec z nią przed Nazistami w latach trzydziestych; są jego zdjęcia z kokainową bandą z tego okresu – gangsterami o mokrych włosach, polegającymi na sobie nawzajem; są też inne jego zdjęcia w kapeluszu Panama, krążącego po uliczkach Algieru, nigdy nie zobaczył białej, rosyjskiej hrabiny ponownie. Był eksterminatorem w Chicago, barmanem w Nowym Jorku, zasiadał też w Newark na ławie oskarżonych. W Paryżu zwykł siadać przy stolikach kafejek oglądając przemykające się, ponure, francuskie twarze.

W Atenach spoglądał znad swojego ouzo na to, co nazywał najokropniejszymi ludźmi na ziemi. W Istanbulu torował sobie drogę przez tłumy uzależnionych od opium i handlarzy szmat, szukając faktów. W angielskich hotelach czytał Spenglera i Marquisa de Sade. W Chicago planował obrobić łaźnię turecką, wahał się jedynie o dwie minuty za długo jak na drinka i w końcu musiał wiać z dwoma dolcami w kieszeni, aby mieć cokolwiek. Robił to wszystko jedynie dla doświadczenia. Teraz ostatecznym stadium był nałóg narkotykowy. Mieszkał obecnie w Nowym Orleanie, sunąc wzdłuż ulic o mrocznych charakterach i barach z nawiedzonymi koneksjami.4

Jedna z najbarwniejszych postaci całego pokolenia, pisarz, poeta, muzyk, aktor, mag, twórca osobliwej sztuki zwanej shotgun art, ucieleśniał w sobie najmroczniejsze duchy jego wyobraźni, a jednocześnie inwokował w swoim życiu paranoje całej cywilizacji.

Oddany totalnej eksploracji możliwości ludzkiej psychiki, raz za razem ocierając się o śmierć, więzienie i szaleństwo, przez długi czas całkowicie oddany jedynej pasji – opiatom, doszedł w wieku 45 lat do konsensusu z samym sobą, który pozwolił mu spojrzeć na najgorszą, jego zdaniem, chorobę własnej cywilizacji i dogłębnie przeanalizować jej przyczyny.

Jak pisze w swoim prawdopodobnie największym dziele książkowym, Nagi Lunch: (…) Wirus narkomanii to dzisiaj światowy problem numer jeden zdrowia psychicznego. (…) i dalej: (…) Zakładanie własnej prawości jest bezcelowe, dopóki twoim celem jest podtrzymywanie wirusa narkomanii. Ta zaś to wielki biznes.

Pamiętam, jak kiedyś rozmawiałem z Amerykaninem, który pracował w Meksyku dla Komitetu do Walki z Aftozą. Sześć stów na miesiąc plus diety:
– Jak długo potrwa epidemia? – pytam
– Dopóki uda nam się ją podtrzymać… No i… może potem… wybuchnie w Południowej Afryce – powiedział z rozmarzeniem.
Jeśli chcesz zmienić lub zniszczyć piramidę zależności liczbowych, wymieniasz lub usuwasz elementy położone najniżej. Jeśli chcemy unicestwić piramidę narkotyczną, musimy zacząć od jej podstawy: od ćpuna z ulicy, nie zaś nacierać niczym Don Kichot na „dygnitarzy”, ci bowiem są wymienni. (…)5

Burroughs dzięki swoim mrocznym paranojom, wyleczony już z nałogu, analizując swoje życie dochodzi do jednego wniosku, myśli która stanie się jednym z najważniejszych haseł wykorzystywanych przez następne pokolenia kontrkulturowych działaczy: „Rzeczywistość ma narkotyczny charakter”, a więc reguły nią rządzące ze swojej natury ciągle balansują na granicy iluzji i rzeczywistości.

Język zaś, którym próbujemy o tej samej rzeczywistości mówić, jest tak samo płynny i nieprzewidywalny, jak ona sama; jak mawiał sam Burroughs: „Język to wirus przysłany z kosmosu”. Aby sobie jednak z tym wirusem komunikacji poradzić, Burroughs razem z innym znakomitym artystą, Brionem Gysinem, wynajduje, inspirując się dokonaniami zuryskich dadaistów, technikę „cut-up”, rodzaj magicznej manipulacji tworzywem tj. obraz, słowo i dźwięk, polegającej na jego cięciu i sklejaniu w przypadkowym kontekście, który stanowi całość dzieła, tym samym tworząc tunel pomagający przeskakiwać ostre poziomy języka.

Do legendy przechodzi eksperyment Burrougsa z magiczną klątwą – przekazem nagranym na taśmę magnetofonową, dzięki której zostaje spalony kiosk niemiłej dla Burroughsa sprzedawczyni gazet na rogu jednej z paryskich ulic, na której zamieszkuje on wówczas z Gysinem.

Oprócz takich skrajnych aktów sztuki, Burroughs wraz z Gysinem i Antonym Balchem kręcą w latach ’50, przy użyciu ww. techniki dwa kultowe, choć bardzo słabo znane filmy: The cut-ups oraz The towers open fire, ktorych halucynogenna estetyka przyciąga do kontynuowania idei „cut-up” jednego z największych artystów i magów XX wieku, Genesisa P.-Orridge’a, wyświetlającego obydwa wymienione filmy jako część synestezyjnego ataku na zmysły podczas koncertów legendarnej industrialnej grupy Throbbing Gristle, a także nagrywa z samym Burroughsem wiele ciekawych przekazów “z drugiej strony lustra” tj. np. Cold Spring Tape (1989), wydana w 100 egzemplarzach, składająca się z wywiadów, mruczanek i odgłosów kompozycji grupy Psychic TV.

Burroughs jako absolutnie kultowa postać stał się także inspiratorem i bohaterem filmów takich asów kina, jak Derek Jarman (The Pirate Tape), Gus van Sant (Drugstore Cowboy) czy David Cronnenberg (Naked Lunch), którzy w jego awangardowych technikach artystycznych i niecodziennym życiu szukali klucza do mrocznych tajemnic ludzkiej psychiki. O ile Burroughs jest dla bitników ewokacją najgłębszych paranoi, to uosobieniem drogi harmonii i spokoju wewnętrznego zdaje się być Gary Snyder.

Antropolog, orientalista, a przede wszystkim poeta, łączący w swoim pisarstwie krytykę współczesnej cywilizacji i tradycyjną tematykę, charakterystyczną dla poezji Wschodu – związek świadomości z obserwacją natury.

Zafascynowany od najmłodszego życiem dzikiej natury, wśród której się wychował, a jednocześnie studiujący języki i kulturę Japonii oraz Chin, jest on prekursorem tego, co potem w zwulgaryzowanej i pozbawionej głębszej treści formie stało się podstawą dyskursu ruchu New Age.

Uważany za jednego z najważniejszych ideologów „zaangażowanego buddyzmu” i „głębokiej ekologii” Gary Snyder w latach ’50 jako pierwszy przemyca do środowiska dzikich i buntowniczych bitników buddyjskie wątki. To dzięki niemu Jack Kerouac czyta swój pierwszy zbiór tekstów buddyjskich, który toruje mu drogę do napisania jednego ze swoich największych dzieł, Włóczęgów Dharmy, traktującym o wspólnie z nim przeżytym okresie życia w małej chatce, w Kanionie Colorado.

I to dzięki niemu także Allen Ginsberg zaczyna świadomie poszukiwać duchowej drogi poprzez buddyzm, natrafiając na swojego mistrza i inispiratora, kontrowersyjnego dla ludzi Zachodu, Chogyama Trungpę Rinpoche, mistrza tantrycznej ścieżki buddyjskiej z Tybetu, inicjowanego w jej dwóch głównych liniach przekazu: tradycji Kagyu oraz Nyingma, czynnie zaangażowanego w „skandal” z rozebraniem dwóch studentów do naga wbrew ich woli na seminarium buddyjskim, ku uciesze samego Ginsberga.

Gary Snyder chociaż sam nie lubił identyfikować się z ruchem bitników, a zamiast miejskich włóczęg i orgii, wolał pracę leśnika czy drwala, jest jego jedną z największych podpór duchowych, która poprzez swoje dogłębne studia nad buddyzmem w Japonii, w okresie 1956-68, z roczną przerwą na wyjazd do Indii w 1964 r. razem z Ginsbergiem, stała się także pośrednio obrońcą ideałów całego pokolenia… jakkolwiek niewinnie, jak np. w tym wierszu, Plaża w Północnej Albie:

budząc się wpół pijany okryty dziwnym kocem
odkrywając go dla zimnego szarego
świtu san francisco –
białe mewy nad białymi domami,
mgła nad zatoką,
oglądam świeże zielone wzgórze w nowym słońcu,
jadąc przez most w starym, obitym samochodzie
do pracy.
6

W swoim innym wierszu-klątwie-mantrze obrzuca kulturę Zachodu wyrzutami mającymi poprzez swój przekaz zasiać ziarnko świadomości i chęć odbudowy wewnętrznego wszechświata, zabitego przez judeochrześcijańskie rozdwojenie jaźni, napastliwego egregora, stworzonego przez patriarchalną, teokratyczną kulturę, zasłaniającą subiektywność/płynność każdego doświadczenia będącego udziałem jednostki ludzkiej, a tym samym pozwalającą odwracać plecy od żywego świata:

Wyzwalanie Demonicznych Energii w imię Ludzi
musi się skończyć
Nieczystości krwawej ofiary w imię
Natury
muszą się skończyć
Duszne folgowanie samemu sobie w gniewie w imię
Wolności

musi się skończyć

to śmierć jasności
śmierć współczucia
Człowiek z duszą wilka
zna powściągliwość
wilka
bezcelowe wyniszczenie i rzeź zwierząt
nie są dziełem wilków i orłów
ale pracą histerycznej owcy
Demoniczne musi zostać wchłonięte!

Służenie samemu sobie musi zostać
ukrócone
Gniew musi zostać
zaorany
Nieustraszoność, humor, brak przywiązania, to siła
Gnosis jest Tajemnicą Przekształcenia!

Precz z demonicznymi mordercami, których usta są pełne rewolucyjnych
sloganów i mętnego prądu przemiany, żeby ich tak
Złapać na lasso i Poinstruować Diamentowym Mieczem ACZALI, Niezachwianego, Pana Mądrości, Pana Ciepła
Zezowatego o budzącej przerażenie twarzy i nagich kłach,
którego koronę wieńczy girlanda odrąbanych
głów, ubranego w tygrysią skórę, tego który przemienia Gniew w
Oczyszczające Spełnienie,
którego moce to lawa,
magma, warstwy skalne, proch strzelniczy,
Słońce.

tego który ocalił torturowane inteligentne demony i jedzące brud
głodne duchy, jego zaklęciem jest,
NAMAH SOMANTAH VAJRANAM CHANDA
MAHAROSHANA SPHATAYA
HUM TRAKA HAM MAM7

W swoich pismach przedstawia on jednak, także odwołując się do buddyjskich nauk, wizje harmonijnej koniunkcji pomiędzy modelem kulturowym Zachodu i Wschodu dostrzegając w syndromie rozpadu i chaosu współczesnej kultury miejsce na rewolucję jako połączenie dwóch pierwiastków: zewnętrznego i wewnętrznego, w całość.

Jak pisał jeszcze w latach ’60 w jednym ze swoich esejów pt. Buddyjski Anarchizm: Łaską Zachodu była społeczna rewolucja; łaską Wschodu był indywidualny wgląd w rdzeń jaźni/pustki. Potrzebujemy obydwóch rzeczy. Zawierają się one obydwie w trzech, tradycyjnych aspektach ścieżki Dharmy: mądrości (prajna), medytacji (dhyana) i moralności (sila).8

Gary Snyder

Nawet jeśli idea ta jest nazbyt optymistyczna w stosunku do realnych możliwości przeprowadzenia takiej operacji – dzisiaj wiemy, że największą „porażką kulturowej alchemi”, którą zapoczątkowali swoją działalnością Bitnicy, jest przeformułowanie jej celów przez usprawnione do poziomu „synoptycznego”  technologie medialne (których świadomie sprawowana, halucynogenna funkcja jest wynikiem odkrycia przez Bitników „świata wiecznego samplingu” czy też nawet „kradzieżą ich doświadczeń przez pasożytniczą kulturę konsumpcyjną”), to musimy docenić rozmach tej wizji i pasję, z jaką była ona początkowo przeprowadzana.

Pętla, prowadząca od rewolucji zewnętrznej do rewolucji wewnętrznej i vice versa jest dziś jednak zwykłym truizmem wykorzystywanym szeroko nawet przez przemysł reklamowy ze względu na wysokie wartości hipnotyczne tego wyobrażenia, jednak na ścieżce do wolności absolutnej etap syntezy i łączenia przeciwieństw stał się dla Bitników wyborem koniecznym, a przez to pozostawił silny odcisk na kulturze Zachodu, który dopiero z biegiem czasu jesteśmy w stanie rozpoznać jako niemal działanie magiczne. Przebicie zasłony spektaklu w jednym miejscu pozwala innym kierować się w stronę światła przeświecającego zza drugiej strony… podwójne życie Bitników pozwoliło w końcu na odkrycie także tajemnicy podwójnego znaczenia każdego przewrotu.

*      *     *

Jeśli mielibyśmy jednak wskazać na elementy, pasje, anty-wartości, które Bitnicy na stałe już zaszczepili kulturze Zachodu, to byłoby to przede wszystkim pragnienie przekroczenia ograniczeń własnego ciała i umysłu z pomocą wykrzesanej w transie życia woli mocy.

Odnajdujemy tu ślady “archaicznych technik ekstazy” posługując się frazą Mircei Eliadego, używanych przez plemiennych szamanów, którzy w magicznym transie przebijali swoimi rogami błonę nieba lub zabijali Wodnego Potwora by dostać się w zależności od potrzeb do siedziby bogów, demonów lub duchów przodków. Mistyczne przeżycia były zresztą nieodłącznym towarzyszem życia Bitników i bez nich ruch ten z pewnością nie wniósłby tak wiele duchowych elementów do kultury Zachodu.

Od narkotycznych paranoi Burroughsa, poprzez amfetaminowe próby prześcignięcia czasu przez Neala Cassady’ego, po buddyjsko-homoseksualne odloty Ginsberga i chrześcijański mistycyzm Kerouaca, Bitnicy zawsze łamali granice powszedniego poznania, zakreślając szeroko granice współczesnej episteme.

Doświadczając na własnej skórze oddechu niecodziennej rzeczywistości (mówiąc językiem Michaela Harnera), pustki istnienia (używając terminologii buddyjskiej) przenosili stamtąd wizje i dźwięki by wykrzesać z nich barwny dywan cudownego, tantrę naturalnej energii służącą do znoszenia granic i jednoczenia sprzeczności, zarówno tych szalejących w środku jednostki ludzkiej, jak i tych rozpętanych przez ludzkie mrowie… nie można także zapominać, że to Bitnicy rozpoczęli w kulturze amerykańskiej „okres burzy i naporu”, podczas którego kontrkultura wyszła wreszcie z podziemia by zacząć głosić swoje dziwne wizje i pomysły światu.

Nawet jeśli okres lat ’50/’60 wydaje się dziś tylko bajkowym mitem, zaledwie przebłyskiem nadziei na świat nieco barwniejszy i dziwniejszy, niż oferują nam współcześni agenci konsumpcyjnej utopii, to praktycznie żadna z idei wykiełkowanych w tamtym okresie nie odeszła w pustkę, a jedynie ukryła się przed wzrokiem ślepców aby zabłysnąć w najbardziej sprzyjającym momencie.

Strategie tripu, wkręcania w film, squatingu, frikowania, ideologii daru, psycho-geograficznego aktywizmu, pomimo przyjętej przez kontrkulturę, na krótka metę, „taktyki bycia niewidzialnym” są potężnymi złożami psychedelicznego potencjału, który raz wprawiony w ruch nie może zostać zatrzymany… jak mawiał już bowiem nieżyjący mistrz psychedelicznej tantry, nazywany czasem „ostatnim z Bitników”, Ken Kesey: „Działamy tu na wielu poziomach.” Magiczne tarcze bitników, pomimo śmierci samych ich tfurcuf, naprawdę nie odeszły – działając więc tymczasem pod przykrywką czerpmy moc zarówno od umarłych ciał, jak i od wciąż żywych duchów.

Conradino Beb

Przypisy:

1. John Clellon, This is the beat generation, The New York Times Magazine, November 16, 1952, dostępne na http://www.litkicks.com (tłum. moje)
2. Allen Ginsberg, Kadysz, [w]: Literatura na Świecie nr. 8-9 (169-170), R. 1985.
3. Tao-Te-Ching, [w]: Literatura na Świecie nr. 1 (186), R. 1987.
4. Jack Kerouac, On the Road, Penguin Books, 1972 (tłum. moje)
5. William S. Burroughs, Nagi Lunch, Wyd. Prima, Warszawa 1995.
6. Gary Snyder, The Back Country, A New Directions Book, 1968 (tłum. moje)
7. Gary Snyder, Drogi Karmy i Ścieżka Dharmy: Antologia Poezji Buddyjskiej Ameryki, /red./ Jacek Sieradzan, Wyd. Verbum., Katowice 1993.
8. Gary Snyder, Buddyjski Anarchizm (tłum. moje)