Archiwa tagu: David Lynch

David Lynch potwierdza, że nie wyreżyseruje już więcej filmów!

Jak spekulowaliśmy prawie cztery lata temu, David Lynch, guru kina niezależnego, pragnie zakończyć karierę reżysera filmowego, co teraz kategorycznie potwierdził w wywiadzie dla australijskiego dziennika The Sydney Morning Herald.

Jak powiedział Lynch z goryczą: Sytuacja bardzo się zmieniła. Wiele filmów nie osiągnęło sukcesu kasowego, pomimo tego że mogły być to znakomite filmy, a te które podbijały box office nie miały nic wspólnego z tematami, które chciałem realizować.

Co jednak ważniejsza, to że artysta potwierdził silnym „TAK, to prawda”, choć po chwili wahania, że Inland Empire (2006), spektakularna klapa, która uczyniła z niego konia, na którego nikt nie chce postawić, oddalając jakąkolwiek szansę na sfinansowanie kolejnej produkcji, był jego ostatnim filmem w karierze.

Lynch skupia się teraz na zbliżającej się premierze trzeciego sezonu Miasteczka Twin Peaks, która będzie miała miejsce 21 maja, choć wciąż nie chce ujawniać żadnych szczegółów na temat fabuły, mówiąc:

Współczesny marketing kompletnie to (doświadczenie – przyp. red.) rujnuje. Ludzie chcą wiedzieć, aż w końcu się dowiadują, po czym tracą zainteresowanie. Tak więc, mówiąc za siebie, nie chcę wiedzieć nic na temat tego, co zobaczę. Chcę tego doświadczyć bez żadnego oczyszczenia, czystego. Chcę pójść w świat i pozwolić się temu stać.

Źródło: The Sydney Morning Herald

„King Cuts”: Odlotowe figurki wybitnych reżyserów Mike’a Leavitta

Mike Leavitt to rzeźbiarz zamieszkały w Seattle, którego projekt King Cuts przypomina dlaczego kochamy kino!

16 figurek sławnych reżyserów o wymiarach 16 cali (wysokości lub szerokości), wykonanych z polimeru, drewna i gliny oddaje hołd ich największym lub najbardziej znanym dokonaniom. Fantastyczne ciała filmowców są symbolem tego, jak sztuka transformuje i definiuje ich własne życie.

Jak pisze artysta na swojej stronie: Sztuka i film koją mój ból. To czysta magia. Zmuszają mnie do pamiętania, dlaczego ten świat jest tak cholernie piękny. Stworzyłem nawet Armię Sztuki, by bronić tego piękna.

Armia broni linii frontu. Klasa wielkich wizjonerów dowodzi z tyłu. Rządzą. Widzą drogę. Decydują o tym kto będzie żył, a kto umrze. Montują.

Nie ma już tajemniczej ligi za armią broniącą sztuki. Ich historia musi zostać opowiedziana, nawet jeśli oznacza to wyrzeczenie się moich własnych magicznych sztuczek. Oto „King Cuts”.

bigelow
Kathryn Bigelow
wes
Wes Anderson
mike-leavitt_woody-allen
Woody Allen
mike-leavitt_tim-burton
Tim Burton
mike-leavitt_steven-spielberg
Steven Spielberg
mike-leavitt_stanley-kubrick
Stanley Kubrick
mike-leavitt_spike-lee
Spike Lee
mike-leavitt_quentin-tarantino
Quentin Tarantino
mike-leavitt_orson-welles
Orson Welles
mike-leavitt_martin-scorsese
Martin Scorsese
mike-leavitt_james-cameron
James Cameron
mike-leavitt_hayao-miyazaki
Hayao Miyazaki
mike-leavitt_george-lucas
George Lucas
mike-leavitt_francis-ford-coppola
Francis Ford Coppola
mike-leavitt_david-lynch
David Lynch
mike-leavitt_alfred-hitchcock
Alfred Hitchcock

Nowy teaser do „Miasteczka Twin Peaks” nie zdradza nic z fabuły!

Stacja Showtime udostępniła nowy teaser do wznowionego Miasteczka Twin Peaks, w którym powracająca po 25 latach obsada mówi głównie o swoich uczuciach i odczuciach.

Pojawiają się: Kyle MacLachlan, Jim Belushi, Miguel Ferrer, Kimmy Robertson, Dana Ashbrook, Amy Shiels, James Marshall, Robert Knepper, Chrysta Bell oraz Harry Goaz.



Trzeci sezon będzie miał swoją premierę w pierwszej połowie 2017, najprawdopodobniej w kwietniu lub maju, jak wskazują dystrybutorzy!

Premiera trzeciego sezonu „Miasteczka Twin Peaks” planowana na wiosnę 2017

Prezydent Showtime, David Nevins, właśnie ujawnił garstkę informacji na temat nowego sezonu Miasteczka Twin Peaks, którego produkcja jest utrzymywana na żądanie Davida Lyncha w ścisłej tajemnicy.

Nevins oświadczył na konferencji prasowej, że Lynch jest obecnie w fazie montażu serialu i że stacja planuje premierę na drugi kwartał 2017, czyli na kwiecień, maj lub czerwiec, co współgra z premierą pierwszego sezonu, która miała miejsce 8 kwietnia 1990 roku.

 

Źródło: Vulture

David Bowie zaliczył przedziwne cameo w „Twin Peaks: Ogniu krocz ze mną”

Wśród wielu kreacji filmowych Davida Bowiego do tych mniej znanych należy cameo w Twin Peaks: Ogniu krocz ze mną Davida Lyncha.

Artysta pojawia się znikąd w jednej ze scen jako świeżo odnaleziony agent FBI Phillip Jeffries i mówiąc z ciężkim południowym akcentem opowiada o tajemniczym spotkaniu z Karłem… ale że nie było go dwa lata, nie jest teraz pewny, czy to wszystko nie było zwyczajnym snem. W scenie udziela się także kultowy Kyle MacLachlan oraz David Lynch we własnej osobie!

David Lynch wycofuje się z pracy przy trzecim sezonie „Miasteczka Twin Peaks”!

David Lynch potwierdził wczoraj plotki, które od kilku tygodni krążyły wokół „cudownego” wznowienia Miasteczka Twin Peaks. W swoim twitterowym oświadczeniu artysta ostatecznie przyznał, że porzuca projekt z powodu przyznania mu zbyt małego budżetu przez sieć Showtime, dla której razem z Markiem Frostem zdecydował się wcześniej zrewitalizować kultowy serial.

Jak napisał Lynch na Twitterze: Drodzy przyjaciele z Twittera, Showtime nie porzucił Miasteczka Twin Peaks. Po roku i czterech miesiącach negocjacji odszedłem, ponieważ nie zaoferowano mi wystarczającej ilości pieniędzy za napisanie scenariusza w sposób, który uważałem za słuszny. W ten weekend zacząłem dzwonić do aktorów, żeby dać im znać, iż nie będę reżyserował. Miasteczko Twin Peaks może jednak wciąż ożyć w Showtime. Kocham świat Miasteczka Twin Peaks i naprawdę chciałbym, żeby wszystko ułożyło się inaczej.

W odpowiedzi biuro PR-owe Showtime wystosowało następującą ripostę: Ogarnął nas smutek, gdy przeczytaliśmy dzisiaj oświadczenie Davida Lyncha, ponieważ wierzyliśmy, że pracowaliśmy wspólnie z Davidem i jego reprezentantami nad rozwiązaniami, nad kilkoma pozostałymi częściami umowy. Showtime także kocha świat Miasteczka Twin Peaks i wciąż mamy nadzieję, że możemy go przywrócić w pełni chwały, wspólnie z jego dwoma oryginalnymi twórcami, Davidem Lynchem i Markiem Frostem na czele.

Dla tego kryzysu można wskazać dwa scenariusze rozwoju. W pierwszym sieć ugnie się pod żądaniami Lyncha i dołoży pieniądze do budżetu, co zadowoli zarówno fanów jak i samego reżysera. W drugim Showtime wstrzyma wszystkie zobowiązania wobec Lyncha i Frosta, a do pracy nad projektem zatrudni innych twórców, co spotka się z oczywistymi protestami fanów serialu, ale zadowoli menedżerów firmy należącej od 2005 do CBS Corporation (wcześniej Viacom).

Źródło: Twitter

Głowa do wycierania (1977)

eraserhead_original_poster_1977

Kocham cię, jesteś szaleńcem! – powiedział Mel Brooks Davidowi Lynchowi po seansie Głowy do wycierania, a był to moment, w którym artysta szukał pieniędzy na swój drugi pełnometrażowy film, Człowiek słoń. Lynch był oczywiście niepewny reakcji znanego hollywoodzkiego komika, którego gusta filmowe mogły się przecież rozmijać z jego wizją, choć efekt tego dzieła był taki, że zwalał z nóg nawet najbardziej zatwardziałych krytyków – Głowa do wycierania to przecież sztandarowy przykład tego, że w kinie czasem zwycięża czysta wyobraźnia!

Sam artysta nie wykazywał początkowo ciągotek do profesjonalnej reżyserii, bo studiował fotografię, czego genezy należy się doszukiwać w twórczości znanego malarza Francisa Bacona, którego figuratywne obrazy pozwoliły mu na przezwyciężenie ociężałości życiowej (przypisywanej mu przez żonę Peggy), podjęcie radykalnych działań, a przy okazji stały się długotrwałym źródłem inspiracji.

Zdeformowane, “wyjące z bólu” charaktery Lyncha, są absolutnie baconowskie, ale bliższe nocnym koszmarom niż zwyczajnym ludziom – mamy z nimi do czynienia także w Człowieku słoniu czy Zagubionej autostradzie. Lynchowski mariaż brutalności, okrucieństwa i bardzo tajemniczej atmosfery, zyskał w latach 70-tych liczne grono wielbicieli, a to okres, gdy w USA – w bardzo ograniczonym obiegu – zaczęły się pojawiać filmy z “gatunku” midnight movies, które charakteryzowały się bardzo eksperymentalnym podejściem. Były brudne, odrażające lub absolutnie dziwne.

Na sali kinowej zagościły tematy do tej pory niespotykane: transseksualizm, brzydota, fetyszyzm czy groteskowo-surrealistyczna przemoc. Obyczajowe kino w USA stało w tym punkcie na krawędzi, pomiędzy hipisami, a pokoleniem ludzi, którzy nie musieli się już zmagać z brzemieniem Wojny w Wietnamie. W dobie filmów otwarcie krytykujących amerykańską kulturę oraz styl życia klasy średniej, rozrywka w postaci acid westernów, kina eksploatacji czy wreszcie kina surrealistycznego, była czymś ciekawym dla spragnionych nowych wrażeń kinomanów i nie mogła ujść uwadze co odważniejszych dystrybutorów.

Lata 70-te to wszakże okres, w którym sukcesy kasowe świętowały takie filmy, jak Francuski łącznik, Brudny Harry czy Życzenie śmierci – obrazy odzwierciedlające otaczającą rzeczywistość, która w tamtym czasie nie była zbyt kolorowa. Chlebem codziennym były walki na tle rasowym, plaga heroiny, zwiększający się apetyt na kokainę, skrajne rozwarstwienie społeczne, skorumpowana policja i klasa polityczna. W kinie, które epatowało problemami dnia codziennego, nie było jednak dużo miejsca na surrealizm, filmowe eksperymenty i dziwactwa, a taki rodzaj filmów proponował ludziom właśnie David Lynch.

Architektura dzielnic, w których panowała bieda, alkoholizm i patologia społeczna, czyli tzw. ziemie spalone, były obiektem westchnień szalonego artysty. Trudno było jednak przypuszczać, że osadzone w takiej scenografii dzieło filmowe odniesie jakikolwiek sukces finansowy, choć zdaje się, że uśmiech satysfakcji u wytrawnych znawców filmów był dla młodego filmowca bardziej pożądanym celem od zbicia szybkiej fortuny.

David nie był jednak człowiekiem z kosmosu, jak ojciec zdeformowanego dziecka z Głowy do wycierania i umiał przekuć życiowe problemy w filmowe szaty. Po otępiającym szorcie Babcia, w którym ledwie zarysował to, co siedziało mu w głowie, jego pełnometrażowy debiut był dziełem kompletnym i dojrzałym, co w przypadku młodego wieku reżysera (26 lat!) jest zjawiskiem nader rzadko spotykanym wśród filmowców.

Sam proces realizacji tego kultowego w niektórych kręgach filmu świadczy o tym, z jakiej klasy twórcą mamy do czynienia. Młody reżyser, jak powiedział Alan Splet (człowiek odpowiedzialny za warstwę dzwiekową filmu), “był bardzo staranny, profesjonalny w tym co robił i miał jasną wizję tego co chce osiągnąć”. A tempo, w jakim film został kręcony, było faktycznie zabójcze, bo scena, w której Henry przychodzi do domu państwa X (rodziców swojej “wybranki losu”) kręcona była przez 3 dni.

W piątek popołudniu ściągnięty został brud, posadzono rośliny, zrobiono chodnik oraz fasadę budynku. Sobota była czasem na oświetlenie, w niedzielę sfilmowano scenę, a na końcu wszystko posprzątano – czas upływał o 7 rano w poniedziałek. Najwięcej zaangażowania oraz pomysłowości wymagała początkowa scena eksplozji planety. Lynch i odtwórca głównej roli, Jack Nance, rozważali pierwotnie zbudowanie katapulty i włożenie do niej ołowianych ciężarków, które miały być potem wysadzone w powietrze. Użycie materiałów wybuchowych zostało jednak ostatecznie odrzucone, bo zepsułoby efekt (za dużo dymu, a tego nie chciał twórca).

Metody pracy Lyncha przy Głowie to seria dziwactw. Użyte zostały: martwy kot, oko kaczki czy świńska krew. A wszystko po to, by dopieścić film w każdym calu. Kręcony przez 4 lata (!!), zarobił ostatecznie $7 mln w samych Stanach Zjednoczonych z marnym budżetem $20 tys. To musi zaś budzić szacunek, który jeszcze bardziej rośnie, gdy zrozumiemy ogrom pracy włożony w stworzenie tego niesamowitego uniwersum, składające się z wielu technicznych detali.

Początkowa sekwencja robi piorunujące wrażenie, bo z ust głównego bohatera wydobywa się… płód, niczym wielki gigantyczny tasiemiec, który będzie go męczył! Ta skaza na cnotliwym usposobieniu naszego bohatera piętnuje wszystkie jego niedociągnięcia w dość przerażający sposób, a nie jest on łaskawie traktowany przez życie. Przede wszystkim nie znamy jego przeszłości, obserwujemy zaledwie ułamek jego życia, który można podsumować jednym zdaniem: koszmar. To zwierzę zamknięte w zakładzie karnym,  gdzie wszelkie potrzeby sprowadzone są do jedzenia, spania i kopulowania.

Henry przechodzi z jednego pomieszczenia do drugiego, ale w gruncie rzeczy pozostaje cały czas ten sam – obcy, milczący, sztywno stojący goguś, chodem łudząco przypominający Charliego Chaplina, choć bez komicznego uroku ulicznego łamagi. Ślamazarność ruchów, powolność reakcji i teatralnie wręcz uniesione brwi przy dziwnych – być może nadprzyrodzonych – zjawiskach, to cechy charakteryzujące tę osobliwą postać. To zbity z tropu gówniarz, który nie dorósł do udźwignięcia dorosłego, odpowiedzialnego życia.

I mimo że młokosów chodzących z głową traktujemy zwykle z pobłażliwością, tutaj niesie on ze sobą antypatyczną aurę. Udaje dość nieudolnie człowieka sumiennego, pracowitego, życzliwego, przyzwoitego, ale pierwsza lepsza sytuacja pokazuje jego hipokryzję, przez co staje się jeszcze smutniejszym, niegodnym nawet politowania błaznem.

Jest sam, ale pozostaje także najbardziej samotny pośród wszystkich bohaterów tego niecodziennego świata. Bo mimo że każda postać została tu okaleczona przez los, mają one pewną wyraźną rolę czy cel, a Henry cały czas pozostaje na rozstaju dróg, między małżeństwem, a  seksowną sąsiądką, statecznym odpowiedzialnym życiem, a jałowym jojczeniem się z samym sobą, ziemią, a niebem.

Głowa to także film, który mówi o lęku przed nieznanym, przed kobietami czy nowym życiem, ale przede wszystkim przed ojcostwem. Henry zagubiony jest w świecie realnym, nie potrafi sobie poradzić z głębokimi pragnieniami i uczuciami, naładowanymi agresją, wynikającą z niemocy zdobycia szacunku innych czy lepszej pracy – podczas kolacji u przyszłych teściów Henry mówi jak dobroduszny człowiek, że “właściwie to na niczym się nie zna”. Nie może sobie także poradzić z własną energią seksualną (symbolizowaną przez pożądanie do dojrzałej sąsiadki).

W świecie realnym bohater wyzbył się wszelkich oznak człowieczeństwa i stał się potworem – produktem środowiska industralnego, w którym żyje. Pozbawioną wszelkich złudzeń jednostką o słabym kręgosłupie moralnym i niezbyt silnej woli, która potrafi stoczyć się na samo dno, choć beznadzieja to przymiotnik znacznie lepiej definiujący otoczenie, w którym częściej można usłyszeć złowrogie szczekanie psów, niż miłe, przyjemne piosenki z lat ubiegłych.

Niektóre elementy scenografii wskazują, że mamy do czynienia z “realnym” światem zakotwiczonym w kosmosie vide siano imitujące przekrój mrowiska, wielka skorupa łudząco podobna do Marsa, ogródek dziewczyny Henry’ego, kontrast postaci głównego bohatera i gigantycznych budowli. Przekrój mrowiska zdaje się przy tym bardzo znaczący w kontekście przesłania – budynki mieszkalne to niższa sfera egzystencji, a pnącza sięgające sufitu to droga do mitycznego Nieba, w którym everything is fine.

Wielopłaszczyznowość objawia się również w montażu, bo Lynch bardzo płynnie przechodzi ze sfery kosmicznej (bardzo intrygująca scenografia) do sfery ziemskiej, gdy tajemniczy człowiek (Książę Ciemności?) wypluwany jest jako płód. Ale należy powiedzieć więcej, bo w Głowie do wycierania mamy również do czynienia z podziałem na mikro–makro, o czym świadczą kapitalne zbliżenia na z pozoru prozaiczne rzeczy tj. niezaradne życiowo dziecko–mutant lub pulsujące wnętrze kurczaka, przypominające erupcję wulkanu.

Uniwersum filmu Lyncha jest także niezwykle bogate i zróżnicowane, a zwierzęta – w przeciwieństwie do znanego nam porządu rzeczy w realnym świecie – stoją najwyżej na drabince rozwoju. To zwierzęta nadają bowiem ton i kształt dzisiejszemu światu, w którym seks i przemoc są nieodłącznymi elementami codzienności i stanowią idealną – niemalże boską całość – w odrażającym, przerażającym, ale jednocześnie fascynującym wszechświecie. To dziecko o twarzy konia (choć upiornością i kształtem głowy bardziej przypominające drapieżnika z Obcego) nadaje klimatu domowi Henry’ego, a ssące szczeniaki wzmagają napięcie podczas jego rozmowy z matką dziewczyny.

Tak samo kluczowa jak zdjęcia jest w filmie akustyka. W jednej ze scen spacerowych wybrzmiewa muzyka łudząca przypominającą tę z teatrzyka kukiełkowego, w którym ważną rolę odgrywa błazenada, dziwactwo. To jednak milsza część ścieżki dzwiękowej, bo mamy tu również do czynienia z dosć nieprzyjemnymi, agresywnymi dźwiękami, znanymi z dzielnic przemysłowych, jak huczenie nadciągającego pociągu, fabryczne kucie żelaza, czy syczące powietrze z jakiejś komory.

Ponadto, mamy jednak sygnały, które są nieco bardziej zastanawiające, jak ssące cycka matki szczeniaki (!), łudząco przypominające atak szarańczy, czy syczenie powietrza z kaloryfera. Innym bardzo ciekawym dźwiękiem jest… spadający z dużej wysokości kaloryfer. I choć, jak mówią fachowcy od dźwięku, film został zrobiony metodami z lat 30-tych i 40-tych, w żaden sposób nie umniejsza to jego rangi, którą podwyższa efekt “braku ciężaru” uzyskany dzięki wzorowej pracy kamery. Ten film to ścisła czołówka amerykańskiego kina autorskiego i eksperymentalnego lat 70-tych!

Michał Szeremeta

 

Oryginalny tytuł: Eraserhead
Produkcja: USA, 1977
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 5/5

Frank Booth woli Pabst Blue Ribbon!

Jeśli pamiętacie Blue Velvet, butelka Heinekena pojawia się tam jako jeden z kluczowych rekwizytów. W scenie w barze Jeffrey (Kyle MacLachlan) pyta Sandy (Laura Dern), czy kiedykolwiek piła Heinekena, a ta odpowiada, że nie, bo jej ojciec pije Budweisera znanego powszechnie za oceanem jako Bud. Ten semantyczny dialog burzy jednak Frank Booth, który woli Pabst Blue Ribbon.

Bawienie się konwencjami czy odniesieniami, tworzenie nowych połączeń pomiędzy zdawałoby się odległymi punktami kulturowej sieci, to w naszych czasach proces nieodłączny od konsumpcji mediów (filmów, książek, gier, reklam etc.), których nie da się już po prostu przyswajać, ale trzeba je transformować, interpretować – nawet jeśli nieświadomie – i aktywnie zakotwiczać w hologramie kultury, który bardziej przypomina przepływ energii niż samo źródło.

Język tej transformacji to mashup lub nielinearna logika podporządkowana czystej fantazji (pozostającej w ścisłym związku z doświadczeniem psychedelicznym), która objawia treści siedzące sobie spokojnie w zbiorowej nieświadomości aż nie zostaną wyciągnięte na wierzch. A gdzie szukać takiej wizji, jak nie w Blue Velvet Lyncha, filmie eksplorującym mrok  pod przykrywką ratio? Brandy piwne mają tu zdecydowanie swoje miejsce, bo ich rolą jest przecież tworzenie mitu, który żeby był skuteczny musi zostać zakotwiczony w podświadomości.

Jeśli Jeffrey lubi Heinekena, piwo w USA uchodzące za rodzaj żelaznego standardu europejskiego piwowarstwa (sic!), wybór odmienny od prostego etosu Buda, jego koszmar – Frank Booth, woli Pabst Blue Ribbon – piwo, które kiedyś miało etykietkę „najebki antyspołecznej”, ale wraz z inwazją hipsterów stało się modnym browcem, który tym samym zmienił swoją tożsamość na bardziej rozrywkową, hedonistyczną, idealnie odpowiadająca milenijnemu pokoleniu TERAZ!

Reklama-fejk, dokonująca fuzji pomiędzy filmem Lyncha, a korporacyjnym brandingiem, to przykład mniej lub bardziej świadomego wciągnięcia szaleństwa i machismo Franka Bootha (granego przez Dennisa Hoppera, szaleniec gra więc szaleńca) do kulturowo-internetowo-medialnej konwersacji. Frank pierdoli Heinekena, woli Pabst Blue Ribbon, nie zamierza brać udziału w grze o społeczny wizerunek, ale wspiera w ten sposób hipsterów, poszukujących tatusia dla swojego ukochanego brandu, wyższej instancji, czasu początku, który w ramach historii otwartej, płynącej we wszystkie strony, może zostać umieszczony gdziekolwiek.

Conradino Beb

Sukces „True Detective” kieruje uznanych reżyserów w stronę telewizji

fukunaga_na_planie_true_detective
Cary Fukunaga i Matthew McConaughey na planie „True Detective”

To nie tajemnica, że od kilku lat żyjemy w złotym wieku dramatów telewizyjnych, który odpaliło pojawienie się Rodziny Soprano oraz The Wire. Te otworzyły drzwi pojawieniu się nowej jakości w telewizji, która z czasem jeszcze bardziej poszła w górę. Dobra opowieść wciąż porywa widzów, a mnogość stacji telewizyjnych pozwala na przyjęcie przez autorów różnych sposobów jej opowiadania.  

Czy mamy do czynienia z transformacją chorego na raka nauczyciela chemii w narkotykowego gangstera w Breaking Bad, czy z socjologiczno-psychologicznym studium geniusza reklamy na tle przemian kulturowych lat ’60 w Mad Men, czy z nietypowym thrillerem proceduralnym tj. Homeland lub oryginalną reinterpretacją horroru w postaci Penny Dreadful, są to wszystko seriale z górnej półki. Jednak dziki pęd wywołał dopiero sukces True Detective!

Serial był ciekawostką z tego powodu, iż w całości został wyreżyserowany przez jednego reżysera, Cary’ego Fukunagę, który miał całkowitą kontrolę nad procesem artystycznym, nad wizualną warstwą całego przedsięwzięcia, zarezerwowaną zwykle dla filmowych autorów wagi ciężkiej… którzy teraz ustawiają się w kolejce do telewizyjnego sukcesu z Davidem Fincherem, Stevenem Soderberghem i Davidem Lynchem na czele. To zaś prowadzi nas do potencjalnego fenomenu wyłonienia się telewizji autorskiej, która już zmienia reguły medialnej gry!

Do momentu pojawienia się True Detective długo przyjmowano, iż nad filmem i serialem telewizyjnym kontrolę sprawują różni ludzie. Nad filmem pieczę sprawuje reżyser (choć ten bywa w swoich decyzjach ograniczany przez producenta), a nad serialem scenarzysta. W świecie filmu to reżyser pozostaje tradycyjnie nieodłączną częścią materiału od momentu pre-produkcji aż po premierę i to on podejmuje w tym czasie większość kluczowych decyzji. Jednak w telewizji rządzi scenarzysta i serialowe sezony są tworzone z wyprzedzeniem przez zespół pisarzy, którzy rozpisują każdy odcinek pod egidą głównego nadzorcy (creator).

don_draper_smoking_hashish
Don Draper pali hasz / scena z szóstego sezonu „Mad Men”

W istocie, reżyserzy byli do niedawna zatrudniani w telewizji jedynie w celu egzekwowania konkretnej wizji, która tworzyła atmosferę całego sezonu. Ponadto, aby podtrzymać szybkie tempo produkcji, mieliśmy do czynienia z ich ciągłą rotacją. True Detective całkowicie rozmył jednak tę granicę, gdyż serial nie tylko został zrealizowany w formie antologii, ale oddał duże pole do popisu aktorom, którzy wcielili się w role główne: Woody’emy Harrelsonowi i Matthew McConaugheyowi.

Co jednak najważniejsze, to że show został stworzony przez jednego reżysera i jednego scenarzystę-nadzorcę. Nic Pizzolatto napisał osobiście każdy z odcinków, a Cary Fukunaga wyreżyserował każdy z nich. Było to wielkie wyzwanie, z którego Fukunaga wywiązał się jednak brawurowo, wchodząc w okres post-produkcji dopiero kiedy niemal wszystkie odcinki zostały nakręcone. W efekcie musiał on spędzić sześć miesięcy w pokoju montażowym, ale rezultat przeszedł wszystkie oczekiwania, stając się kamieniem milowym dla dramatu telewizyjnego.

Dzisiaj można już powiedzieć, że sukces serialu to w dużej mierze zasługa intergralności wizji artystycznej Fukunagi, który dysponował doskonałym scenariuszem Pizzolatta. Zamiast bycia małym podwykonawcą w ramach telewizyjnej produkcji, który ma za zadanie pomóc w ukształtowaniu wcześniej doprecyzowanej wizji bez zbytniej ingerencji w materiał, reżyser stał się najważniejszą osobą nadzorującą wizualną ekspresję, co umożliwiło powstanie dzieła dorównującego majstersztykom kina autorskiego. W efekcie True Detective to bardziej długi film niż krótki serial.

Show stał się pupilkiem krytków i publiczności na całym świecie, co sprawiło że nagle obudzili się weterani i chcą robić to samo. Steven Soderbergh właśnie wyreżyserował cały sezon The Knick dla Cinemax ze wspaniałym rezultatem, a David Fincher planuje zrobić to samo z Utopią, nowym thrillerem wyprodukowanym przez HBO. Dodatkowo do telewizji wraca zaś egzystujący ostatnimi czasy poza kinem David Lynch, który już niedługo wskrzesi Miasteczko Twin Peaks dla Showtime, reżyserując osobiście wszystkie odcinki.

soderbergh_the_knick
Steven Soderbergh na planie „The Knick”

To zdejmuje zaś pewne brzemię z pracy w telewizji, która mimo tego, że stała się w ostatniej dekadzie bardzo atrakcyjnym medium dla filmowców, posiadała wciąż ograniczenia, które sprawiały, że wielkie nazwiska trzymały się od niej z daleka. Zdarzało się wprawdzie, że jeden ze znanych autorów podejmował się wyreżyserowania jednego lub dwóch odcinków jakiegoś serialu – jak w przypadku Quentina Tarantino z CSI lub Martina Scorsese z Zakazanym imperium – ale był to bardziej flirt niż pełne oddanie medium.

Ale wraz z rozwojem technologii cyfrowych, zwiększającą się konkurencją rynkową, liberalizacją gustów i dystrybucją coraz bardziej uzależnioną od Internetu, wiele z sieci telewizyjnych zaczyna grać coraz odważniej i stawia wszystko na jedną kartę, co skutkuje oddawaniem inicjatywy zarówno młodym, jak i uznanym talentom. Soderbergh był wielce entuzjastyczny po swoim doświadczeniu z The Knick i zadeklarował nawet, że będzie reżyserował dwa odcinki każdego następnego sezonu, a Fincher wskoczył na pokład Utopii po bardzo pozytywnym przyjęciu House of Cards, gdzie był producentem.

Warto wspomnieć, że ta rewolucja dokonuje się także za sprawą odchodzenia dużych studiów filmowych od poważnych dramatów na rzecz franczyz/bzdur o superbohaterach, co przykładowo doprowadziło Soderbergha do odejścia na emeryturę. Także Fincher, pomimo sukcesu Zaginionej dziewczyny, miał w ostatnich latach wiele problemów z akceptacją innych projektów. I właśnie w wyniku tego procesu infantylizacji kina, rolę produkowania ambitnych dramatów przejęła telewizja, która stała się poligonem koncepcji autorskich tj. na początku lat ’70 były nim duże hollywoodzkie studia.

Obecnie można już powiedzieć, że mamy do czynienia ze złotym wiekiem telewizji, która coraz mniej kojarzona jest z bezwartościowymi programami informacyjnymi i głupawymi operami mydlanymi, a coraz bardziej z ambitną rozrywką, która z roku na rok coraz bardziej przerasta poziom oferty kinowej i w efekcie staje się centrum dyskusji, produkując memy, inspirując tatuaże i stając się polem poważnych analiz medialnych.

Conradino Beb