Archiwa tagu: dokument

„Mansfield 66/67” łączy śmierć słynnej aktorki z satanistyczną klątwą!

Jayne Mansfield była słynną aktorką i piosenkarką, która w latach ’50 stała się hollywoodzkim symbolem seksu. Do historii przeszedł jej pin-upowy wizerunek medialny, śmiertelny wypadek samochodowy w 1967… a także przyjaźń z Antonem Szandorem LaVeyem, głową Kościoła Szatana.

W 50-tą rocznicę śmierci aktorki na ekrany wchodzi film dokumentalny Mansfield 66/67 w reż. P. Davida Ebersole’a i Todda Hughesa, spekulujący że spowodowana ona została satanistycznymi rytuałami w towarzystwie Antona LaVeya, który rzucił na aktorkę magiczną klątwę.

mansfield-6667

Film złożony jest z materiałów archiwalnych przemieszanych z animacjami, performance’ami oraz wywiadami z takimi osobistościami, jak John Waters, Kenneth Anger, Peaches Christ czy Dolly Read, co pomaga twórcom w podtrzymaniu mitu o niezwykłości ostatnich dwóch lat życia gwiazdy. Jak głosi zresztą plakat: „Historia jest oparta na plotkach i pogłoskach”.

Dokument ma swoją premierę dzisiaj na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Rotterdamie.

Zwiastun

„Filmmaker”: wczesny dokument George’a Lucasa o Francisie Fordzie Coppoli

W 1968 Francis Ford Coppola oddał Warner Bros Tęczę Finiana, pierwszą wysokobudżetową produkcję w swojej karierze, z udziałem takich gwiazd Starego Hollywood, jak Fred Astaire czy Petula Clark. Reżyser był jednak skrajnie niezadowolony z efektu swojej pracy i wkrótce przystąpił do realizacji o wiele bardziej osobistego projektu, który nazwał Ludzie z deszczu.

Jak artysta wspomina w wywiadzie dla BBC: Byłem bardzo nieszczęśliwy w trakcie produkcji, ponieważ nie mogłem wybrać obsady, nie mogłem wybrać scenografa i nie mogłem zmontować filmu tak jak chciałem. Jednym z jasnych punktów produkcji był jednak chudy dzieciak, który był mniej więcej w moim wieku i który nazywał się George Lucas.

Zawiązaliśmy spisek w celu opuszczenia studia. Władowaliśmy nasze kamery na ciężarówkę i pojechaliśmy na drugi koniec kraju, by wyreżyserować film bardziej osobisty, artystyczny. Dałem sobie więc spokój z robieniem czegoś w stylu Tęczy Finiana i zacząłem realizację Ludzi z deszczu razem z Georgem.

Film, zrealizowany na podstawie szybkiego scenariusza FFC, oscyluje wokół nieszczęśliwej kury domowej, Natalie Ravenny, która rzuca wszystko i rusza w drogę po tym, jak dowiaduje się, że jest w ciąży (co dało krytykom podstawę do porównywania go do Easy Ridera).

W obsadzie znaleźli się: James Caan jako Jimmy Kilgannon (Zabójca), Shirley Knight jako Natalie Ravenna, Robert Duvall jako Gordon, Marya Zimmet jako Rosalie oraz Tom Aldredge jako pan Alfred.

Towarzyszący Francisowi na planie George Lucas nie miał w tym czasie żadnego doświadczenia z filmami długometrażowymi, ale miał pomysł na film dokumentalny w stylu vérité o kulisach Ludzi z deszczu, który zostałby nakręcony na kamerze 16 mm.

Rezultat pt. Filmmaker: A diary by George Lucas, pozostaje jednym z najbardziej fascynujących dokumentów na temat procesu twórczego FFC. Widzimy w nim artystę użerajacego się z Warner Bros przez telefon, rzucającego słynnym tekstem: System zawali się pod swoim własnym ciężarem! Nie może mu się nie udać!, czy krzyczącego na głos o Shirley Knight: Nie mogę jej rozpieszczać, to byłoby dla niej destruktywne!

Obserwujemy też Jamesa Caana walczącego z grypą żołądkową, próbującego grać pomimo choroby i kumulację twórczego chaosu, tak wielbionego przez Coppolę.

Ten rok później miał założyć American Zoetrope – legendarną wytwórnię, która sfinansowała w 1971 kultowy dzisiaj debiut Lucasa: THX 1138, a osiem lat później także Czas apokalipsy. Lucas scenariusz do swojego pierwszego filmu długometrażowego napisał zresztą kręcąc właśnie ten dokument.

Conradino Beb

Into The Inferno (2016)

into_the_inferno_poster

Zainteresowanie Herzoga wulkanami sięga 1977, kiedy reżyser oddał światu 30-minutowy dokument o wszystko mówiącym tytule Pod wulkanem (La Soufrière – Warten auf eine unausweichliche Katastrophe), który streszczał dramatyczny wybuch wulkanu na hiszpańskiej wyspie Guadelupe. Przewijamy taśmę 30 lat do przodu i Herzog reżyseruje Spotkania na krańcach świata o ludziach, którzy z różnych powodów zdecydowali się tymczasowo zamieszkać na zimnej Antarktydzie.

Ten ostatni obraz jest ważny z tego powodu, iż artysta spotkał podczas jego kręcenia brytyjskiego wulkanologa Clive’a Oppenheimera z Uniwersytetu w Cambridge, którego 9 lat później zabrał w podróż po Indonezji, Etiopii, Północnej Korei i Archipelagu Vanuatu (Oceania), gdzie powstał jego najnowszy dokument, Into The Inferno, traktujący ponownie o wulkanach, ale tym razem z antropologicznymi smaczkami.

I tak, w swoim projekcie, sfinansowanym z wielką ochotą przez Netflixa, bo dokumenty na szczęście kosztują fistaszki, Herzog z pomocą Oppenheimera tropi rytualne wątki wulkanologiczne, gdyż te wypluwające lawę góry cieszą się na całym świecie prawdziwą religijną czcią, która dla reżysera wydaje się znacznie bardziej interesująca od ich geologicznej ekspresji!

Od politeizmu mieszkańców Archipelagu Vanuatu, którzy wierzą, iż w wulkanach zamieszkują duchy zmarłych, które w każdym momencie mogą doprowadzić do apokalipsy (szczególnie, jeśli drażnią ich turyści), przez kult cargo, którego gównym bóstwem jest amerykański żółnierz John Frum – mesjanistyczna figura, która ma powrócić w przyszłości na wyspę i obdarzyć jej mieszkańców dobrodziejstwami amerykańskiego przemysłu żywnościowego (gumą do żucia i napojami gazowanymi), aż po islandzkie zapisy utożsamiające starożytną eksplozję wulkanu z XII wieku ze zmierzchem pogańskich bogów, Herzogowi udaje się udowodnić, jak znaczący dla kultur z naszego globu jest kult wulkanów.

Dokument, poza niezwykle ciekawymi wywiadami z przywódcami plemiennych kultów i dygresjami Oppenheimera, tłumaczącego potęgę historycznych wybuchów wulkanicznych, pokazuje znaczenie kultu wulkanów dla propagandy Partii Pracy Korei, której kariera zaczęła się od powstania przeciwko japońskiej inwazji w okolicach Góry Pektu (Pektu-san), a której przywódcy uwielbiają być przedstawiani na jej tle, korzystając z potężnego oddziaływania mitu o zrodzeniu przez nią narodu koreańskiego.

Artysta wykorzystuje ponadto rewelacyjne zdjęcia – nowe i archiwalne – pokazujące dziką potęgę wulkanów, którą kwituje następująco: Ta gotująca się masa jest absolutnie obojętna wobec pędzących karaluchów, powolnych gadów i bezbarwnych ludzi, jakby chcąc przypomnieć, że jesteśmy wszyscy zaledwie pyłkiem na ciele naszej planety. W ostatecznym rozrachunku, to połączenie wątków naukowych, duchowych i politycznych w pełni zdaje egzamin, udowadniając talent Herzoga do objawiania rzeczy nieoczywistych w ramach monumentalnej narracji.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Into The Inferno
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Netflix
Ocena MGV: 4/5

„Jarocin 82” przypomina o stanie ducha polskiej Generacji X

Jarocin 82 to pierwszy dokument o Festiwalu w Jarocinie, który na mapie muzycznej Polski pojawił się w 1980. Zrealizowany przez Pawła Karpińskiego na filmie 16 i 35 mm, utrwalił on występy zespołów: FBT, Atomic, Rejestracja, Dezerter i CDN oraz wypowiedzi ludzi, którzy mówią o swoich osobistych uczuciach związanych z muzyką i samym festiwalem. 

Jak powiedział w 2002 reżyser dokumentu, Paweł Karpiński: W Jarocinie byłem wtedy po raz pierwszy (…) Władza traktowała wówczas muzykę rockową jako pewnego rodzaju wentyl. Gdzieś trzeba było odpuścić, coś dać. Być może były to próby sterowania polityką kulturalną. Nie udawało się sterować ludźmi dojrzałymi, na przykład aktorami. Próbowano więc sterować młodzieżą (…)

folder82
Archiwalna notka prasowa w Magazynie Folder / 1982

Teza tego filmu byla taka: Jest miejsce, gdzie następuje zespolenie przyjeżdzających tam ludzi i tych, którzy występują na scenie. Oni chcą tego samego, mówią to samo. To byla taka oaza wolności w tym zniewolonym kraju (…)

W Jarocinie w 1982 r. nie bylo widoczne, że wciąż obowiązywał stan wojenny, ale też ten film nie miał dotyczyć stanu wojennego. Miał być zapisem pewnego sposobu myślenia, powiedzenia, że ci młodzi ludzie nie mają żadnej alternatywy. Jedyny moment, w którym są szczęśliwi, to wtedy, kiedy mają swoją muzykę. Ta muzyka daje im radość życia, pokazuje, że w tym poczuciu beznadziejności może być nadzieja.

Dokument jest prawdziwą kapsułą czasu, pokazując stan ducha rodzimej Generacji X, która tłumnie nawiedzała Jarocin, by posłuchać muzyki, której nie można było posłuchać nigdzie indziej. Wywiady z muzykami i członkami publiki obnażają również, z jakimi wyzwaniami łączył się bunt na początku lat ’80 i jak wielka była frustracja brakiem zmian społecznych.

Na jakich gatunkach przemysł filmowy zarabia najwięcej?

Myśląc o ogromnych pieniądzach, jakie hollywoodzkie wytwórnie zarabiają na filmach, instynktownie myślimy o naładowanych efektami specjalnymi blockbusterach z gwiazdorską obsadą. Jednak filmy te kosztują majątek i zwrot z inwestycji (ROI) jest bardzo niewielki w porównaniu z tymi, które mają średni lub niski budżet i często nie posiadają żadnych znanych nazwisk.

Faktycznie, na liście filmów, które przyniosły największy zwrot z inwestycji w historii przemysłu filmowego, nie znajdziemy Iron Mana, Władcy pierścieni czy Titanica, bo przychód z biletów, licencji telewizyjnych i wydań DVD/Blu-ray tych behemotów musiał zostać pomniejszony o koszty produkcji, promocji i dystrybucji, a także ubezpieczenia, od których na końcu trzeba było jeszcze zapłacić podatek dochodowy.

Oczywiście, Złote Globy i Oscary zwiększają rentowność każdego produktu, więc studia wydają również dużo na bankiety i prezenty dla jurorów, które jeśli poskutkują otrzymaniem nagrody, wydłużają „okres trwałości”, a więc zapewniają długofalowe przychody bez potrzeby kontynuowania wydatków marketingowych, które średnio stanowią 50-70% wydatków produkcyjnych.

Popularne filmy o superbohaterach są zazwyczaj sprzedawane przez Hollywod jako przygodowe kino akcji. Ich produkcja kosztuje majątek, ale dzięki obniżeniu kategorii wiekowej do minimum studia stawiają na szeroki zasięg. Ze względu na to, że promocja obejmuje masowe kampanie marketingowe, które trafiają do bardzo szerokiej publiczności, mogułowie obstawiają pewne wpływy kasowe… ale że wtopy zdarzają się często, ryzyko finansowe tych produkcji jest również niezwykle wysokie!

the-most-profitable-movies-since-2010
Filmy o najwyższym ROI od 2010

Jako że na filmy te wydaje się jednak masę pieniędzy, zwrot z inwestycji jest zazwyczaj bardzo niski. Przykładowo, Avatar zarobił $2,7 mld, ale ROI filmu to zaledwie 500%, co jest liczbą śmiesznie niską w porównaniu z klasykiem kina drogi, Mad Maxem (1979), walczącym w tej samej kategorii, którego ROI to oszałamiające 24.837,5%. Budżet filmu Millera w tym przypadku okazał się wielkim atutem ekonomicznym.

Innymi ważnymi gatunkami dla przemysłu filmowego są melodramat i komedia romantyczna, często targetowane do tej samej grupy odbiorczej. Budżety tych filmów znacząco odbiegają od filmów akcji, a więc w przypadku sukcesu, mogą one przynieść znaczący zwrot z inwestycji, jak irlandzki musical romantyczny Once (2007), który nakręcony za $150 tys. zarobił prawie $19 mln, osiągając ROI w wysokości 6.232,39%.

Wśród innych filmów z tej samej kategorii na liście filmów z najwyższym ROI wszech czasów dziewiąte miejsce zajmuje American Graffiti George’a Lucasa z wynikiem 8.909,01%. Niezależna komedia Napoleon Wybuchowiec (2004) nakręcona za $400 tys., dwunaste z wynikiem 5.667,62%, a klasyczny melodramat Przeminęło z wiatrem piętnaste z wynikiem 4.906,73%. Wśród tych filmów bardzo dużo znajdziemy niestety również finansowych porażek, które nie są jednak dla przemysłu tak znaczące jak porażki blockbusterów.

Ponad nimi znajduje się jednak gatunek, który zajmuje bardzo wyjątkową pozycję w kwestii zwrotów z inwestycji… a jest nim dokument. Z minimalnymi kosztami produkcji, brakiem wysoko opłacanych gwiazd czy efektów specjalnych, dokumenty potrafią przynosić astronomiczne zarobki, jeśli tylko przebiją się do szerokiej publiczności, a zdarza się to coraz częściej w dwóch ostatnich dekadach.

Niezależny hit Tarnation (2003) został nakręcony przez Jonathana Caouette’a za $218, a jego promocja kosztowała $400 tys., czyli cempletki w porównaniu z innymi filmami niezależnymi. W efekcie jego ROI sięgnęło 266.416.97%, co daje mu trzecią pozycję na liście zwrotów z inwestycji wszech czasów. Tuż za nim uplasował się inny hit, Super Size Me, który kosztował $65 tys. i osiągnął ROI w wysokości 22.614,90%. Dodać należy, że dokumenty które na siebie nie zarabiają, praktycznie nie istnieją.

box_office_roi
ROI w latach 2003-2012 podzielone na gatunki

Poza dokumentami, przemysł filmowy nie mógłby istnieć bez jednego gatunku, który jest niemal tak stary jak samo kino, a jest nim oczywiście horror. Paranormal Activity (2007) plasuje się na podium listy najwyższych ROI z budżetem $15 tys. i zarobkami w box office, które sięgnęły prawie $162 mln., dając ROI w wysokości 539.336,30%.

Inny niezależny horror, The Blair Witch Project (1999), który przywrócił modę na konwencję found footage, osiągnął z kolei zwrot w wysokości 20.591%, a klasyczna Noc żywych trupów (1968) 13.057,89%. W pierwszej dwudziestce znajdziemy ponadto Piątek 13-go ze zwrotem 5.332,24%, Ocean strachu (2003) ze zwrotem 5.110,09% , Piłę ze zwrotem 4.195,68% oraz Martwe zło ze zwrotem 3.820%.

Ogólnie rzecz biorąc, horror jako gatunek zajmuje najwięcej miejsc w pierwszej dwudziestce najwyższych ROI w historii przemysłu filmowego, zaliczając także najmniej wtop. W latach 2003-2012 horror zrzucił wprawdzie z tego piedestału dokument, ale w dłuższej perspektywie jest to absolutny król finansowego sukcesu w kinie, którego wspiera dobrze zorganizowana scena fanowska i długa tradycja, co tłumaczy częściowo dlaczego mimo okresów kryzysu gatunek ten zawsze dokonywał rewizji własnych klisz i ponownie stawał na nogi.

Conradino Beb

Źródło: Investopedia

Cartel Land (2015)

Cartel_Land_Poster_2015

To że Meksyk jest niemal w całości kontrolowany przez brutalne, uzbrojone po zęby i dysponujące kieszeniami bez dna kartele narkotykowe, nie tylko nie jest tajemnicą, ale nawet doprowadziło w ostatnich latach do wykwitu specyficznego folkloru w formie piosenek, filmów i seriali telewizyjnych.

Ale dokument Matthew Heinemana odchodzi od zabawiania gawiedzi, będąc jednym z tych obrazów, które łączą wizualną poezję z bezpośrednim, głęboko emocjonalnym wglądem w niełatwą tematykę narko-wojny i jej skutków ubocznych.

W centrum swojego filmu reżyser postawił dwóch nieznających się kompletnie ludzi, lidera zbrojnej milicji Autodefensas z Michoacán (południowej prowincji Meksyku), José Mirelesa, oraz Tima „Nailera” Foleya, przywódcę amerykańskiego oddziału vigilantes o dumnej nazwie Arizona Border Recon.

Ten pierwszy, jak szybko się dowiadujemy, miał do dyspozycji albo czekać na zarżnięcie przez członków lokalnego Kartelu Templariuszy, albo wziąć do ręki karabin. Ten drugi, po rocznym epizodzie z metamfetaminą, próbował znaleźć pracę w budowlance, ale nie mógł ze względu na konkurencję ze strony nielegalnych imigrantów i w efekcie zaczął patrolować granicę na własną rękę.

Tu warto podkreślić, że Cartel Land nie stosuje komentarza autorskiego, tak więc to co mówią bohaterowie dokumentu musimy wziąć na wiarę i samemu znaleźć klucz do ich wypowiedzi. Nie, to nie jest historia dwóch szlachetnych aktywistów propagujących swoje idee w Internecie popijając herbatkę na kanapie, ale realistyczna wizja brutalnego żywota ludzi, którzy mogą liczyć tylko na swój silny charakter i którzy bardzo rzadko rozstają się z karabinem maszynowym.

Z czasem wyłania nam się również obraz lokalnych społeczności, które nie mogą się odwołać do żadnej instytucji i z tego powodu muszą rządzić się na całkowicie anarchistycznych zasadach, bynajmniej nie pokojowych.

„Wojna”, w której obydwóch bohaterów bierze udział, nie pozostawia im zaś dużo wyboru. Jedynie zdecydowane decyzję mogą zagwarantować im przetrwanie, co sprawia że dokument ogląda się niczym fabułę osadzoną w post apokaliptycznym świecie.

Meksykańskie państwo okazuje się śmiesznym sentymentem, bo nie tylko nie ściga przestępców, ale po złapaniu pomaga im wyjść na wolność lub współpracuje z jednym z karteli przeciwko innym. USA okazuje się zaś politycznie i administracyjnie niewydolne, żeby chronić własne granice przed realnym zagrożeniem ze strony karteli. Tak, niewydolność państwa została w Cartel Land przedstawiona z bolesną dosłownością.

A to połączenie zwierzęcej walki o przetrwanie w świecie, który zapomniał o swoich zwierzęcych zasadach, ze świadectwem perwersyjnej, zwyrodniałej polityki, jaką prowadzi skorumpowana administracja wobec własnego społeczeństwa, bądź całkowicie o nim zapominając, bądź ustawiając jednych przeciwko drugim w myśl starożytnej idei „dziel i rządź”, sprawia że dokument ten należy do najciekawszych, obnażających mroki ludzkości ostatnich lat i można go postawić tuż obok The Act of Killing.

Ruch Autodefensas, mimo że startuje z bardzo jasnym celem przywrócenia porządku społecznego, zostaje kupiony przez rząd, gdy na jaw wychodzi, że może się stać konkurencją dla niego i dla karteli.

W tym samym czasie jego operatywność pozostaje uzależniona od sprzedaży narkotyków, z którą ruch oficjalnie walczy… bo w Meksyku nie ma wyjścia z błędnego koła, jeśli chcesz walczyć z kartelami narkotykowymi, musisz przejąć kontrolę nad ich produkcją i dystrybucją, a także zaakceptować przestępców we własnych szeregach, co prowadzi do wtórnej kartelizacji.

Także Arizona Border Recon okazuje się zbyt małą siłą, żeby chociaż minimalnie zmienić ogólną sytuację… bo to USA jest przecież głównym odbiorcą narkotyków czy nielegalnej siły roboczej i dopóki będzie istniał na nie popyt, pojawi się też podaż.

Innym, genialnym wglądem, jaki zapewnia reżyser, jest brutalne obnażenie tego, jak walka o status i szukanie własnego interesu ostatecznie odwracają kierunek walki o sprawiedliwość, jeśli tylko znajdzie się dla nich minimalna legitymizacja. Zmiana graczy nie zmienia reguł gry, a rewolucjoniści pierwsi trafiają na szafot!

W ostatecznym rozrachunku Cartel Land okazuje się gorzką pigułką, która wielu widzów może wprawić w zakłopotanie. Nadzieja jest niczym więcej, niż matką głupich. Polityka jest ważniejsza od równowagi społecznej i sprawiedliwości, granice pomiędzy przestępcami, a przedstawicielami prawa są bardzo umowne, a wszelka zmiana jest w najlepszym wypadku tymczasowa, a w najgorszym całkowicie iluzoryczna. Nie do końca romantyczna wersja Wojny z Narkotykami, ale niezwykle otwierająca oczy!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Cartel Land
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 5/5

1986: Roman Kostrzewski śpiewa „Wyrocznię” w Jarocinie i rozmawia z księdzem

Romek Kostrzewski od zawsze symbolizował w moich kręgach śląski folklor metalowy. 666 to jedna z najzabawniejszych płyt polskiego heavy, w zasadzie true stoner metal… bo ujarani tarzaliśmy się zawsze z ziomkami po ziemi, gdy tylko poleciała jakaś z bardziej absurdalnych linijek w stylu „Aaaaa w nocy Szatana przyjąć w dłoń… tak jak Faust!!!”! Top playlisty imprezowej tuż po Minor Threat/In My Eyes.

Ale trzeba uczciwie przyznać, że w drugiej połowie lat ’80 Romek prezentował prawdziwe wyzwanie, zarówno dla komunistycznych, jak i kościelnych autorytetów, co zostało uwiecznione, w obecnie ciężkim do trafienia, dokumencie telewizyjnym z 1986, który przepięknie naświetla nastawienie ojca polskiego satanizmu do Kościoła Katolickiego.

Z wielką radością dokonuję transkrypcji: Proszę księdza, w XX wieku to właściwie potrzeba ludziom zupełnie nowej doktryny. Szczególnie młodym ludziom. Doktryny, która wzięłaby ich do ich podstaw, takich które są dla nich naturalne. Nie takich, które Kościół narzucił przez lata. Jest to niezgodne z moim duchem. Odwrócony krzyż świadczy o tym, że z tymi doktrynami się w ogóle nie zgadzam.

Aż się łezka w oku kręci – materiał do obejrzenia poniżej – i żeby nie było, doskonała wersja live Wyroczni! A swoją drogą to RK udzielił kilka dni temu nowego wywiadu o metalu, religii i śmierci.

Conradino Beb

80’s Guy fruwa przez film lat ’80 w 4:24!

Tak to właśnie jest jak człowiek zaczyna szukać dziwnych rzeczy na Jutjubie! Mnoży się liczba informacji na temat lat ’80 i już po kilku kliknięciach oglądamy kolejny hołd, klip, wideomontaż, mashup, wizualizację, krótkometrażowe dzieło amatorskiej – lub też nie – wyobraźni, które wibruje wręcz od nostalgii za estetyką VHS i za kultowymi bohaterami filmów z tej epoki.

1980 był jednym z ostatnich wielkich lat dla Nowego Hollywood, a na ekranach pojawił się Wściekły byk. Ale zanim 80’s Guy pokaże jedną ze scen z dramatycznego dzieła Martina Scorsese, odpala swoją podróż sceną z Czasu apokalipsy, filmu należącego do zupełnej epoki. Czyżby chciał pokazać, że czas nihilizmu dobiegł końca, kiedy wchodził on na ekrany w 1979? A może po prostu pasował mu klimat?

Ale wszystko się zgadza, bo jest też Akademia Policyjna, RamboIndiana Jones, Batman, Krokodyl Dundee oraz Tango i Cash. Mamy też dobry synthwave’owy klimat, numer Streets of Fire autorstwa VHS Glitch.

Pełna lista wykorzystanych filmów tutaj

“Narcos”: historia pewnego kartelu

Mimo że od śmierci Pabla Escobara upłynęły 22 lata, echo jego historii pozostaje obecne w Kolumbii, gdzie osadzona została akcja pierwszego sezonu Narcos – nowej, wybuchowej produkcji Netflixa. Dziesięć odcinków twórczo rozwija prawdziwą historię kartelu z Medellìn, który u szczytu swojego sukcesu zarabiał $60 mln dziennie, z czego gros zgarniał nikt inny, tylko sam don Pablo. Kokaina była przez prawie 15 lat fundamentem jego imperium narkotykowego, które kontrolowało nie tylko  Kolumbię, ale do pewnego stopnia kraje ościenne… i nikt nie był odporny na korupcję.

Pablo Escobar w wykonaniu Wagnera Moury, brazylijskiego aktora znanego z sensacyjnego dramatu Elite Squad, to człowiek który dużo myśli, za plecami ma odrapane mury i brak butów na nogach, a przed sobą wizję pomagania ludziom… za pieniądze, które zarabia na imporcie potężnego agonisty dopaminy (tak, koksu).

To lewicowy konserwatysta z kapitalistycznym duchem, kochający swoją rodzinę ojciec dwojga dzieci, katolik… i wielki miłośnik jarania jointów z kolumbijską marihuaną!

Ot dziwny fakt z życia don Pabla, niechętnie odnosił się on do koksu, na którym zarabiał góry pieniędzy. A jeśli wciągał, robił to bardzo rzadko, bo zasadniczo preferował marihuanę, którą palił od 13-ego roku życia, kiedy został zresztą przyłapany na tym przez ojca.

Jego przyjaciele wspominają go jako człowieka, który po zapaleniu grubasa z Colombian Gold, sativy typu primo, bardzo się rozluźniał i zaczynał opowiadać historie o swoich przygodach, których przeżył mnóstwo.

narcos_kadr1
„Narcos” to historia kartelu z Medellìn

Escobar, jako jedyny chyba przestępca na świecie, rozdawał Kolumbijczykom pieniądze na ulicach (także dlatego, że nie wiedział co z nimi robić), budował szkoły, szpitale i dostał się nawet do parlamentu z ramienia Partii Liberalnej, którą oczywiście przekupił.

Ale jego pozytywne nastawianie szybko się zmieniło, kiedy tylko okazało się, że elity polityczne nie chcą z nim pozować do wspólnego zdjęcia. Przemoc, jaką w akcie goryczy rozpętał w Kolumbii, doprowadziła prawie do wojny domowej, a na pewno złamało kraj na dwoje.

I tę fascynującą historię próbują opowiedzieć twórcy Narcos: Chris Brancato, Paul Eckstein, Carlo Bernard, Doug Miro, sięgając do komediodramatu, do brutalnego kina akcji i uzupełniając to ciekawymi wątkami dokumentalnymi, które zaszczędziły pewnie przy okazji mnóstwo kasy potrzebnej na zrealizowanie scen prawdziwych wydarzeń tj. szturmowanie budynku sądu najwyższego przez oddziały wojskowe w celu odbicia go z rąk M-19, komunistycznej bojówki studenckiej.

narcos_kadr2
Pablo Escobar lubił sobie zapalić jointa, wolał to od kokainy

O tak, wielbiciele kina politycznego (występuje to jakieś podobieństwo do House of Cards) będą mieli prawdziwą ucztę, ale spora dawka emocji czeka również widzów szukających dobrych scenariuszy dramatycznych, gdyż jak mówi Pedro Pascal, grający w serialu rolę agenta DEA, Javiera Peny: Ludzie kochają to gówno, są zafascynowani historią Escobara, bo ma szekspirowskie proporcje.

Te zostały zaś bardzo dobrze wykorzystane przez scenarzystów i pięknie przeniesione na ekran przez samego José Padilhę, kolejne połączenie z Elite Squad,  który jest także dokumentarzystą.

Wciąż, jest to jednak przede wszystkim bardzo brutalny dramat, wypełniony dragami, seksem i obrazami z życia rodzinnego, które dopełniają wizji Escobara jako człowieka skomplikowanego, choć mało wyedukowanego, niejednoznacznego i skonfliktowanego, lubiącego sobie zapalić jointa z rana i wieczorem, ale jednocześnie podejmującego wyjątkowo okrutne decyzje w swojej głowie. Automatycznie narzuca się tu Człowiek z blizną, choć do poziomu De Palmy trochę brakuje.

Potwierdza to zresztą Chris Brancato mówiąc: Chcę podkreślić, że to fikcja oparta na prawdzie. Nie udajemy, że zrobiliśmy dokument o Escobarze. Zastosowaliśmy mnóstwo licencji poetyckiej, żeby uwolnić nieco ducha tej niewiarygodnej historii. Sprawiedliwie należy dodać, że jak na tak pokręconą historię, została ona bardzo profesjonalnie zaadaptowana na potrzeby serialu, którego najprawdopodobniej zobaczymy drugi sezon.

Narcos brakuje może epickości Mad Men, czy psychologicznych obsesji Rodziny Soprano, nie ma dokładnie tego samego ładunku emocjonalnego co Breaking Bad, czy ulicznego realizmu The Wire, ale zbliża się czasem do każdego z tych współczesnych arcydzieł.

W produkcji może drażnić przyciężka narracja agenta Steve’a Murphy’ego (Boyd Holbrook), czy pompowanie akcji, ale jest to obecnie jedna z najlepszych potraw telewizyjnych na ekranie obok The Americans, Orange is the New Black czy Homeland. Z jednej strony to serial nostalgiczny (lata ‘80), ale z drugiej wspomnienie wydarzeń wciąż żywych!

Conradino Beb

“Kiss My Baadasssss”: Ice-T jako przewodnik po kinie blaxploitation!

ice-t-kiss-my-baadasssss-kadr
Ice-T jako gospodarz „Kiss My Baadasssss”

Kiss My Baadasssss to fanastyczny relikt telewizyjny z lat ’90, który wyszedł, co ciekawe, spod ręki malutkiej brytyjskiej kompanii Fulmar Television & Film. Ta poszła z dymem dokładnie 4 lata temu. Kiss My Baadasssss to odcinek mini-dokumentalnej serii Without Walls, która była jedną z pierwszych produkcji Fulmara. Nazwa kompanii (rzadki rodzaj mewy) okazała się przy tym prorocza, bo już wkrótce poszła ona w niszowe filmy dokumentalne na temat sztuki, których nikt nigdy nie widział…

Nie mam pojęcia jak Brytyjczycy dokopali się do infomacji, że Ice-T jest fanem kina spod znaku blaxploitation – sam nie miałem pojęcia – ale to był dobry cynk. Znany raper, były czlonek NWA, czasem aktor, przebiera się w szatki alfonsa i z seksownym kociakiem polerującym mu paznokcie, wprowadza nas w temat, nie komplikując i nie owijając w bawełnę. Ice-T w przystępny sposób pokazuje nam barwną historię gatunku, który trwał zaledwie od 1971 do 1975, ale pozostawił blisko 200 mniej lub bardziej niskobudżetowych tytułów.

A te w połowie lat ’90 były wciąż obciachem (Tarantino czy Rodriguez dopiero zaczynali popularyzować wtedy kino eksploatacji na nowo). Ale Ice-T był w awangardzie, czy też w retrogardzie, zależy od punktu widzenia, twierdząc że czarna kultura bez blacksploitation nigdy nie byłaby czym jest dzisiaj i tłumacząc czemu był to gatunek w kinie amerykańskim prawdziwie rewolucyjny (bez lewicowych konotacji, bo pod grubą kreską siedział pan producent i liczył kasę z biletów).

W filmie znajdziemy bardzo ciekawe wypowiedzi gwiazd czarnej sceny intelektualnej lat ’90 tj. historyk filmu, Donald Bogle, które tłumaczą że to blacksploitation czarna mniejszość zawdzięcza pierwsze superwzory kulturowe, jak złamano w nich tabu seksualności, zarówno męskiej jak i żeńskiej, a także w jaki sposób filmy te odzwierciedlały amerykańskie realia społeczne lat ’70. Ponadto wyłania się jedna myśl przewodnia, filmy te pokazywały, w jaki sposób czarna mniejszość kreatywnie przyswajała sobie ideały zaradnej, białej większości. Jak dodaje Ice-T: Nie masz nic, więc wychodzisz na ulicę, żeby robić numery.

Kiss My Baadasssss, poza szybkim wprowadzeniem w gatunek, jest również rzadką okazją, żeby posłuchać co mają do powiedzenia na temat blacksploitation sami artyści: Melvin Van Peebles (Sweet Sweetback’s Baadasssss Song), Gordon Parks (Shaft), a także Iceberg Slim (postać kultowa w kręgu amerykańskich raperów), zreformowany alfons który zaczął pisać książki nasycone ulicznym realizmem w latach ’60, z których Trick Baby doczekała się ekranizacji w 1972, a Pimp stała się podstawą The Mack z Maxem Julienem.

Conradino Beb