Archiwa tagu: elektronika

Beat na piątek: Neo-Londyn

Nie bez przyczyny Londyn to miasto, które nigdy nie śpi. Kokainowa dieta jest dla każdego – białych śmieci, imigrantów, nauczycieli, aż po kurwy. 3 dychy, szybka ściecha, pojawia się energia i uśmiech, masz wyjebane na cały świat. Rzeczywistość dogoniła cyberpunkowe wizje z kart Métal Hurlant lub Neuromancera.

Z jednej strony istnieje świat cyfrowych bilboardów, świetlistych drapaczy chmur, modnych klubów i wielkich korporacji. Ale parę pięter niżej, w zaszczurzonych uliczkach, wiecznie podłączeni do sieci ludzie dobijają narkotykowe deale, sprzedawane są ciała, rodzi się buntownicza sztuka.

Jednym z buntowników jest Gaika, urodzony w Brixton potomek karaibskich imigrantów. Jego pierwszym językiem wypowiedzi były sztuki wizualne. Muzykiem został po jednej pijackiej nocy, w trakcie której chwycił za mikrofon i zaczął freestylować.

Silny nacisk na aspekty wizualne przebija się w jego twórczości po dziś dzień. W swoich teledyskach Gaika jawi się jako wkurwiony, ostro ujarany szaman cyfrowej ery, ale jego muzyka ma również bardzo obrazowy charakter. Ostatni mixtape rapera – Security, to dźwiękowy, interaktywny przewodnik po współczesnym Londynie.

Do jego stworzenia artysta użył szerokiej palety stylów, które składają się na muzyczny pejzaż Zjednoczonego Królestwa – dancehall, grime, gotycki industrial, hip-hop. Nie brakuje też aspektów podkreślających jego kosmopolityczny charakter.

W Buta gruby dubowy wokal Seroce spotyka się z bliskowschodnią barwą Miss Red, znanej ze współpracy z The Bug. Security, tak jak Neo-Londyn, tworzy dychotomia. Pełen sacharozy, popowy autotune, łamią industrialne zgrzyty, eteryczne kaskady elektroniki – brutalny rap chuligana z centrum.

Futurystyczna, ciągle mutująca tekstura, wyłącza album z ram wszelkiej klasyfikacji (to rejony genreless). Z dancehallowego transu przepływamy do niskich basowych ciosów.

Obrazy zmieniają się w jak w kalejdoskopie: kreska – upadły klub – kreska – Gaika sieje spustoszenie na dzielni – dalsze kreski – centrum – Gaika wzywa do buntu – kreska-taniec-kreska-zwał. Security nie jest melodią przyszłości, to cyberpunkowy koszmar, który obudził Cię z krzykiem już dziś.

Jakub Gleń

Czarny Czwartek: Schronienie jest tylko iluzją

Parę miesięcy temu miałem okazje uczestniczyć w seansie dwóch japońskich filmów: Cure oraz Snake in June. Oba traktowały o ludziach zamkniętych w wielkich metropoliach, którym współczesna cywilizacja przyniosła jedynie depresję rodzącą szaleństwo, nie pozostawiając im szans na ucieczkę.

Porównując to z otaczającą mnie rzeczywistością upadku, moje myśli szybko podążyły w kierunku muzyki The Body, stanowiącej soundtrack dla niezliczonych szarych dni i ciągłych speedowych zwałów.

Muzycy z Portland mówią wprost, że żyją w stanie ciągłej depresji, znajdując szczątkowe ukojenie swojej marnej egzystencji w lekach i muzyce. W większości przypadków kończy się na pustym wielosłowiu i marnym rehu, lecz nie w przypadku The Body… po kontakcie z tą muzyką stoisz sam, nagi, czując smród porażki.

Nieprzypadkowo, w ostatnim utworze No One Deserves Happiness, jak mantra powraca zdanie: „I will find you”, które idealnie koresponduje z fatalistyczną wymową ostatnich kadrów Cure i Snake in June.

Na album ten można patrzeć jak na ostatnie ogniwo, spinające łańcuch kolaboracji z Krieg, Thou, Sandworm i Vampillią. Muzycy eksperymentowali na nich z industrialnymi beatami, noise’owymi częstotliwościami oraz naginali granice post-metalu i RIO.

Równocześnie, w licznych wywiadach oddawali swoje niezwykle trzeźwe spojrzenie na współczesne gatunki muzyczne. Z zaciętością tępili bong bandy, retromanię, podkreślając zarazem awangardowość hip-hopu. Z charakterystyczną dla siebie, cierpką przewrotnością, swoją nową płytę opisali jako najobrzydliwszy popowy album w dziejach.

Ale choć duet z Portland nie ukrywa swoich fascynacji mainstreamowym brzmieniem, to swoje kompozycje buduje w oparciu o noise, toksyczny sludge i majestatyczny doom metal. Ich wizję popu wykrzywia więc nihilizm, chłodna pustka i zgnilizna depresji.

Głównym elementem pchającym No One Deserves Happiness w stronę mainstreamu są Chrissy Wolpert i Marlie Armstrong. Ich styl pokrewny jest zawodzeniu Beth Gibbons, epickim hymnom PJ Harvey, czy odurzającej melancholii Kate Bush. Ale tło dla ich lamentów nie ma zbyt wiele wspólnego z popową wrażliwością.

Minimalistyczne melodie i chłodne elektroniczne loopy wraz z rozwojem poszczególnych kompozycji zostają rozdarte i okaleczone. Potężne, zwaliste riffy koroduje noise’owy szum, a mechaniczne kanonady bitów i akustycznych perkusjonaliów dopełniają dzieła zniszczenia.

Lodowate brzmienie albumu wyostrza efekt całości, otwierając pole do dywagacji, czy jego pierwowzór tkwi w ascezie norweskiego black metalu, czy w magii trapowych bogów.

Bez wątpienia No One Deserves Happiness jest płytą, która najodważniej – na przestrzeni ostatniego roku – penetruje zacieniony obszar między metalowym brzmieniem, elektroniką, a noisem. Jej emocjonalny ładunek przytłacza odbiorcę epickim nihilizmem, po kontakcie z którym pozostają dwa wyjścia -”(..) death or mental institution”.

Jakub Gleń

Scarlett Johansson coveruje New Order z nowym zespołem Sugar For Sugar!

Jak dobrze pamiętają fani Między słowami (2003), Scarlett Johansson popisała się tam wokalnie, coverując Brass in Pocket, hit legendarnego kwartetu post-punkowego, The Pretenders. Aktorka nie poprzestała jednak na tym epizodzie i w 2008 rozpoczęła profesjonalną karierę solową, debiutując albumem Anywhere I Lay My Head. Nowym dokonaniem Scarlett jest cover Bizarre Love Triangle New Order pod szyldem Sugar For Sugar, który wspomóc ma działalność fundacji amfAR.

Łącznie, artystka ma na koncie dwa albumy muzyczne (jeden w duecie z Peterem Yornem), kilka EP-ek, a także parę singli 7” i mp3, z których najbardziej znanym jest electro-popowy Candy, wydany jako The Singles w 2015.

Ponadto, Johnasson udzieliła się na ścieżkach dźwiękowych do takich filmów, jak: Ścigając arktyczny lód (2012), Ona (2013), Księga dżungli (2016), Sing (2016) oraz Alicja w Krainie Czarów (2016), wyreżyserowana przez jej siostrę.

Sugar For Sugar współtworzony jest oprócz Johansson przez Julię Haltigan, Holly Mirandę i Kendrę Morris. Cover Bizarre Love Triangle jest częścią kompilacji The Time Is Now, zawierającej odświeżone hity z lat ’80.

Płyta swoją premierę będzie miała 7. października tego roku, a dochód z jej sprzedaży zasili budżet fundacji amfAR, zajmującej się badaniem AIDS.

Utwór Bizarre Love Triangle został oryginalnie napisany przez lidera New Order, Bernarda Sumnera (wcześniej Joy Division) i wypuszczony na płycie Brotherhood (1986).

Oprócz tego na kompilacji znajdą się: Take Me Home Phila Collinsa przerobiony przez Phantogram, Maneater Hala & Oatesa w wersji Lower Dens, a take Billie Jean Michaela Jacksona scoverowany przez Aloe Blacc.

Conradino Beb

Piękna pop psychedeliczna animacja promująca „Autobahn” Kraftwerk z 1979

W 1979 Autobahn, pionierski album Kraftwerk, był już wczorajszym njusem, ale szefostwo EMI miało na oku nowe medium, które „miało” zrewolucjonizować świat muzyki i filmu – LaserDisc. Cyfrowy nośnik wydawał się idealnym towarzyszem dla zrobotyzowanej utopii, wyłaniającej się z twórczości Kraftwerk i dobrą okazją dla odświeżenia wizerunku czterech Niemców, którzy rok wcześniej wydali synth popową płytę Die Mensch–Maschine.

Planowany LaserDisc miała promować animacja wyprodukowana przez węgierskiego animatora Johna Halasa (tego samego, który wyreżyserował Folwark zwierzęcy w 1954) i zlecona do wykonania brytyjskiemu artyście Rogerowi Mainwoodowi, który właśnie ukończył londyńską Royal College of Art Film and Television School.

Mainwood odrzucił bezpośrednią interpretację kawałka i zamiast autostrady postanowił stworzyć historię wyalienowanego kosmity-człowieka-cyborga podróżującego przez pop psychedeliczne, futurystyczne pejzaże w stylu Petera Marxa.

Artysta nigdy nie spotkał Kraftwerk, zespół nie miał żadnego wpływu na treść animacji, a sam LaserDisc nigdy nie doszedł do skutku. Ostatecznie, film ukazał się na rzadkiej dzisiaj taśmie VHS razem z dwoma innymi szortami: Flying Free i Dilemma.

Jak stwierdził po latach Mainwood w wywiadzie dla DJ Food: Była to prawdopodobnie dobra rzecz, bo w innym wypadku mógłbym próbować stworzyć coś, co apelowałoby do ich gustów zamiast wykorzystywać moje własne pomysły. Być może Kraftwerk chcieliby czegoś bardziej mechanicznego i uporządkowanego od mojego świata psychedelicznej fantazji.

Potwierdzam, że są tu hołdy dla wielu innych animacji, dla Żółtej łodzi podwodnej czy filmów Iana Emesa, w szczególności Francuskiego okna, animacji z muzyką Pink Floydów. Żadna z tych dwóch nie znalazłaby się pewnie na liście ulubionych filmów zespołu.

Marcelo Burlon wprowadza psychodeliki, neoszamanizm i UFO do świata mody

Urodzony w 1977 w surowej argentyńskiej Patagonii, Marcelo Burlon przeniósł się wraz z rodziną do Porto Potenza Picena na południu Włoch w wieku 14 lat. W 1998 przeprowadził się do Mediolanu, gdzie rozpoczął karierę klubową. Startując od selekcjonera w klubie Magazzini Generali, w końcu stał się rzecznikiem PR, didżejem, promotorem i stylistą, powiększając swoją bazę klientów o Nike, Adidasa, Versace, Calvina Kleina, Pradę i Jil Sander.

W 2013 Burlon wystartował z własną marką odzieżową County of Milan, zbudowaną na wcześniejszych doświadczeniach z produkcją T-shirtów, którą tak opisuje jej właściciel, konsekwentnie odmawiający nazywania się dizajnerem: Mówimy o prawdziwym szamańskim rytuale, momencie kolektywnej ekstazy i duchowej transformacji, który odnajdujemy w zachodniej kulturze, nawet jeśli w zupełnie odmiennym kontekście, w nocnych klubach, tańcząc w rytm pulsującej muzyki elektronicznej i stroboskopów. Obmywani przez substancje psychoaktywne, zawieszeni w pustce, bez świadomości istnienia.

W świeżym wywiadzie dla włoskiego Vice’a Burlon szczegółowo wyjaśnia nawet, skąd w jego kolekcji pojawiły się neoszamanistyczno-psychedeliczne wzory: Urodziłem się i wychowałem w hipisowskiej wiosce w Patagonii, gdzie jedna z moich przyjaciółek była szamanką. To ona wprowadziła mnie w szamanizm i nauczyła mnie pewnego rytuału, który miałem powtarzać. Razem z moim przyjacielem-czarownikiem omawialiśmy później pomysł na rytuał szamański, który chcieliśmy przeprowadzić na wybiegu mody. Tłumaczył mi on wtedy, iż bardzo ważne jest, żebym był centrum tego rytuału.

Dalej Burlon wyjaśnia również swoją wiarę w UFO mówiąc: Patagonia to bardzo ciekawa i uduchowiona kraina, znajdziemy tam również przybyszy z kosmosu. Pewnego razu wspólnie z moim przyjacielem widzieliśmy o zmierzchu smugę światła mknącą przez niebo z szybkością ponaddźwiękową. Wydawało nam się, że leci prosto na nas, ale przelatywała nad górami. Istnieją istoty o wyższym poziomie rozwoju należące do różnych społeczeństw, tak jak na Ziemi.

Burlon właśnie zaprezentował swoją męską kolekcję na jesień 2016. Ta została bardzo wysoko oceniona przez Luke’a Leitcha na łamach Vogue, który podkreśla jak zręcznie połączył on organiczne, halucynogenne motywy z etnicznymi wzorami z Patagonii, oferując w pełni neoplemienne doświadczenie pełne ciepła i dające uczucie przygody.

Prezentację swojej kolekcji Argentyńczyk otworzył słowami: W ten wieczór obchodzę trzecią rocznicę swojego brandu. Ale nie chodzi tylko o brand, bo to styl życia. Jestem didżejem i pracowałem dla dizajnerów bardzo długo jako dizajner i promotor. Ale w pewnym momencie zdecydowałem promować sam siebie i wystartować z tym brandem, który okazał się wielkim sukcesem. Dziękuję mediom społecznościowym i wszystkim rewolucjom, które zastałem. Dzisiaj celebrujemy szamańską ceremonię, którą przeprowadzam na wybiegu. Dziękuję wszystkim bogom.

Kolekcja męska jesień 2016:

men2016_burlon_1

men2016_burlon_2
men2016_burlon_3
men2016_burlon_4
men2016_burlon_5
men2016_burlon_6
men2016_burlon_7
men2016_burlon_8

Mandarynka (2015)

14004_JACKPOT_QUAD_AW.indd

Cassavetes pewnie piałby z zachwytu, że jego wyjątkowa domena sztuki – kino niezależne, cały czas wypluwa z siebie coś żywego, oryginalnego i nie podcinającego swojej własnej gałęzi onanizmem twórcy. A taka jest właśnie Mandarynka, kino transseksualne (motyw przewodni, ale wcale nie najważniejszy), uliczne, niskobudżetowe (wszystkie filmy niskobudżetowe mają jedną cechę wspólną – są kręcone na niskim budżecie), miejskie, etniczne, społeczne, amerykańskie i w przewrotny sposób romantyczne.

Historia Sin-Dee, latynoskiej, ulicznej prostytutki, która wychodzi z pierdla po krótkim pobycie, tylko po to by dowiedzieć się od swojej przyjaciółki i towarzyszki w zawodzie, Alexandry, że jej „tatuś” zaczął posuwać białą rybkę (tłumaczenie dosłowne słów głównej bohaterki), zostaje zamieniona w mini-odyseję – nomen omen wigilijną – przez Miasto Aniołów circa 2015, w którym, żeby zacytować Hanka Moody’ego z Californication (samo się narzuca): Seks zamawia się jak pizzę na wynos.

Ale jak na film o kurwach (lub jak kto woli, pracownicach seksualnych) w filmie jest zdumiewająco mało seksu, choć scena obciągania pały w myjni samochodowej należy do mistrzowskich i nie powstydziłby się jej żaden profesjonalny artysta. Jednak należy podkreślić, że nie jest to seks w znaczeniu pornograficznym czy eksploatacyjnym, tylko eksploracja aktu w wymiarze emocjonalno-uczuciowym. Tak, Mandarynka ma dużo paradoksów, ale tylko dlatego, że życie jest ich pełne i rzadko go starcza, żeby je wszystkie zrozumieć.

I za to należy reżyserowi, Seanowi Bakerowi, podać dłoń, bo niewielkimi środkami dokonał on cudu pokazania tych codziennych ludzkich absurdów, jak na dłoni. A że interesują go autsajderzy, ulicznicy, dilerzy, narkomani czy ludzie z marginesu społecznego, prezentuje je na przykładzie środowiska, które operuje minimalnymi regułami, w którym przemoc jest na porządku dziennym, a stabilizacja raczej rzadkością niż regułą, co tworzy z kolei bardzo silną presję na utrwalanie statusu grupowego i bezwzględną o niego walkę.

A o ten status walczy Sin-Dee, grana przez debiutującą na ekranie Kitanę Kiki Rodriguez, która „zdradzona” przez Chestera (wspomnianego alfonsa, a także dilera kokainy), za wszelką cenę próbuje znaleźć swoją konkurentkę i wytargać ją za włosy, co zresztą w końcu się udaje. Bocznym wejściem tymczasem wkrada się do filmu historia armeńskiego taksówkarza, który od domowych pieleszy (żony, dziecka, teściowej) woli płacić za seks z Alexandrą.

Razmik wnosi do tej opowieści optykę imigranta zakotwiczonego w tradycyjnej kulturze, która kontrastuje z brutalnym, choć bardzo wymownym, życiem transseksualnych prostytutek. Mimo tego istnieje nić łącząca te pozornie odmienne charaktery – determinacja i tragizm. Jakiekolwiek prowadzą bowiem życie codzienne, muszą walczyć o byt, jednocześnie będąc sobą i nie tracąc gruntu pod nogami, co zostaje przez reżysera bardzo zręcznie przeciwstawione sobie, a następnie wykorzystane do stworzenia wybuchowej kulminacji!

Film od warstwy realizacyjnej jest prawdziwą, niskobudżetową perełką (nakręconą za $100 tys). Cinema vérité wykorzystuje technologię cyfrową (a konkretnie iPhone’a) co skutkuje eksploatacyjnym realizmem ery YouTube, jednak bez utraty warstwy narracyjnej, która przypomina spotkanie Sprzedawców z Tarnation. Dzięki temu podczas seansu ani na chwilę nie pojawia się wątpliwość, że film jest tak surowy, jak tylko się da, a więc estetycznie prawdziwy.

Jako opowieść Mandarynka należy najbardziej do dramatu w stylu queer, ale film nie jest pozbawiony przy tym wątków komediowych, które ubarwiają go do tego stopnia, że można go nawet interpretować jako komediodramat czy dramedię. Innym, wartym przyjrzenia się bliżej, elementem tej historii jest elektroniczny soundtrack, który można potraktować jako przegląd muzycznego podziemia LA (dubstep, grime, syhthwave, trap, EDM).

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Tangerine
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: Tongariro Releasing
Ocena MGV: 4,5/5

Daczego synthwave?

Skąd wyrasta magia synthwave? Z nostalgicznego fetyszyzmu, który ewokuje ostatnią prostą Zimnej Wojny? Z elektronicznego pulsu stylizowanego na archaiczne syntezatory Rolanda? Czy też może z hipnotycznego eskapizmu, przypominającego starszym Milenialsom słodkie lata dzieciństwa przeżyte – zależnie od miejsca urodzenia – w cieniu Muru Berlińskiego, czołgów i kartek na mięso, lub na fali napędzanej reaganomiką i kokainą, na której surfowała nowa klasa japiszonów.

W ostatnich latach synthwave, znany też jako retrowave lub futuresynth, zrewolucjonizował pożerającą własny ogon muzykę elektroniczną. Korzystając z Internetu, młodzi artyści rozprzestrzenili muzycznego wirusa na cały świat. Duże znaczenie miała tu sieć NewRetroWave, która została założona w listopadzie 2011 i święci obecnie 4-tą rocznicę działalności.

Jak czytamy na oficjalnej stronie NRW: Retrowave to gatunek muzyczny, który poskramia brzmienie, pęd i czystą pasję do lat ’80. To najbardziej pobudzające brzmienie, które pojawiło się na scenie muzycznej, a które było już od dawna oczekiwane. Ludzie, rodzi się coś niesamowitego. Ruch muzyczny, który przywraca muzyce pasję i słuch, za którymi zdążyliśmy zatęsknić.

Podstawy kodu tego imponującego wirusa zostały napisane w połowie poprzedniej dekady przez graczy komputerowych i nerdów, zainspirowanych francuskimi artystami grającymi electro/tech house tj. Kavinsky (Teddy Boy EP), Justice (Water of Nazareth EP) czy College (Teenage Color EP), którzy z kolei zainspirowani zostali przez soundtracki filmowe Johna Carpentera, grupy Goblin czy Brada Fiedela (twórcy muzyki do Terminatora).

Ruch dostał pierwszy poważny zastrzyk energii po sukcesie Drive Nicolasa Windinga Refna, do którego muzykę napisał Cliff Martinez, były perkusista Captaina Beefhearta, The Dickies, The Weirdos, a także Red Hot Chili Peppers. Był to pierwszy komercyjny sukces rozwijającego się stylu, który stał się zauważalny głównie dzięki pięknie zaaranżowanym, wokalnym hitom tj. Under Your Spell grupy Desire, idealnie akcentującym znaną powszechnie retromanię NWR.

To słodkie uczucie nostalgii, które uderza w nas, gdy przypominamy sobie, jak oglądaliśmy po raz pierwszy Gliniarza z Beverly Hills, Akademię policyjną czy Terminatora na zdartej kasecie VHS, zostaje idealnie wyrażone przez synthwave’owe dźwięki, co potwierdza jedna z największych sław sceny, Mega Drive: Cały ten czas był bardzo magiczny, bo wszystko wciąż było wielkie i nowe.

Nasze uczucia potwierdza przy tym współczesna psychologia, która wskazuje na efekt czystej ekspozycji jako kluczowy dla odbioru muzyki. Emocje, które przechowywane są w centrum naszej pamięci długoterminowej, zostają na krótką chwilę uwolnione, gdy wyzwala je bodziec bezpośrednio z nimi powiązany, podświadomie kojarzony jako ich nośnik.

Ale to nie wszystko, bo artyści tj. Mitch Murder twierdzą, że lata ’80 reprezentują także dziwną mieszankę optymizmu i pesymizmu, fascynację latającymi samochodami i robotami, połączoną ze strachem przed III Wojną Światową, czy zagładą atomową: Z jednej strony kultura była pełna pozytywnego myślenia o najbliższej przyszłości, czego uosobieniem były filmy w stylu Powrotu do przyszłości, a z drugiej wszyscy obawiali się masowej zagłady na skutek wojny atomowej. Skutkiem tego ludzie żyli chwilą.

Ta dychotomia jest zdecydowanie obecna w synthwave’owych dźwiękach, które łączą technologiczne ciepło i futurystyczny magnetyzm ze strachem przed nieubłaganą apokalipsą, przeplatając syntezatorowe podkłady – bardzo często przesterowane – w średnich tempach i niskich tonacjach, słodkimi, eskapistycznymi samplami, które jednak ostatecznie zawsze znikają na rzecz monotonnego bitu. Sama muzyka ma przy tym bardzo maksymalistyczny charakter, odrzucając minimalistyczne samoograniczenie, pojmowane często przez artystów jako swoistego rodzaju estetyczny ascetyzm.

Synthwave w ostatnich latach stał się prawdziwie międzynarodowym fenomenem. Obecnie na scenie mamy m.in. Dynatron (Dania), Mitch Murder (Szwecja), Night Runner (Brazylia), Perturbator (Francja), Lazerhawk (USA), Power Glove (Australia), Miami Nights 1984 (Kanada), FutureCop (Wielka Brytania) czy Timecop1983 (Holandia). Żaden z tych twórców nie nagrywa jednak dla dużego labelu, a większość nie wypuszcza swoich EP-ek i abumów na żadnym innym nośniku poza mp3. Największym narzędziem promocyjnym jest oczywiście YouTube z takimi kanałami, jak New Retro Wave, Luigi Donatello i Maniac Synth (ostatnio zablokowany), które subskrybowane są przez 160 tys. użytkowników.

Conradino Beb

Chelsea Wolfe – Abyss (2015)

chelsea-wolfe-abyss-cover-art

Gdy przypominam sobie pierwsze odczucia po kontakcie z muzyką Chelsea, wydają mi się one okropnie jednowymiarowe. Na początku postrzegałem ją jako srogo naćpaną gotkę (i jak się okazuje, za bardzo się nie myliłem), której muzyka z czasem będzie coraz cięższa i metaliczna. Jednak każda z kolejnych płyt artystki okazywała się przyjemnym zaskoczeniem.

Melancholijny folk, depresyjne covery Rudimentary Peni, czy mroczna elektronika, tworzyły synkretyczny, lecz spójny styl, którego głównymi cechami były: minimalizm, oniryczność i krążący gdzieś w tle, black metalowych chłód. Najnowszy materiał Chelsea jest sumą wszystkich tych elementów, ukazaniem ich w ekstremalnej formie.

Piosenki otwierające Abyss należą do najcięższych utworów w jej dotychczasowej karierze. Potężne sludge’owe riffy o noise rockowej ostrości, połączone z pełnymi pasji wokalami robią niesamowite wrażenie. Szczególnie interesujący jest nawiedzony numer Dragged Out, dzięki czemu Amerykanka weszła na terytorium zajmowane dotychczas przez Jex Thoth, jednak dokładając do pełzającego doom metalu depresyjną manierę Beth Gibbons.

Ale to tylko jedna z kilku facjat, które posiada Abyss, bo pomiędzy łamiącym kości ciężarem, a bardziej odważnymi kompozycjami, znajdziemy również melancholijny folk. Maw posiada niezwykle silny ładunek emocjonalny, a poprzez swoją epickość zbliża się do Let England Shake Pj Harvey. Z kolei Crazy Love hipnotyzuje swoją prostotą i monotonnością gitary czy zblazowanego wokalu.

Gdy jednak spojrzymy głębiej, poza oczywistą przebojowość pierwszej części Abyss, wyłapiemy znacznie ciekawsze momenty. Kiedy na gitarowy ciężar opada całun elektronicznych dźwięków, pojawiają się post punkowe rytmy lub chaotyczny avant-folk, a Chelsea staje się bardziej przekonywująca.

Dzięki wyrazistej produkcji Johna Congletona, Abyss stanowi również dopełnienie jej stylu. Artystka zatoczyła koło w swoich muzycznych poszukiwaniach. Znajdziemy tu burzę negatywnych emocji, mroczny, choć lekko naiwny romantyzm i senną, folkową atmosferę. Mam nadzieję, że Chelsea nie poprzestanie na tym co wypracowała, a jej niespokojna natura rzuci ją dalej w kierunku odkrywania nowych muzycznych światów.

Jakub Gleń

Giallo Disco Records prezentuje krótką historię horror disco!

lucio_fulci_zombie_1979_shark_scene
„Zombie”, reż. Lucio Fulci, Włochy, 1979

Giallo Disco Records to berliński label zajmujący się „dziwną niszą muzyki elektronicznej znaną jako horror disco”, której wpływy sięgają italo disco, krautrocka, EBM, new beat, house, techno oraz co najważniejsze, muzyki filmowej lat ’70 i ’80. Wśród swoich głównych inspiracji Antoni Maiovvi i Vercetti Technicolor wymieniają Ucieczkę z Nowego Jorku Johna Carpentera, Ciemności Daria Argenta i Zombie Lucia Fulciego.

Chłopcy oprócz wydawania muzyki (znakomity projekt The Hunt!) bawią się w miksowanie podkładów z klasycznych gialli i horrorów, a swoje miksy zamieszczają na JuTjubie. Efekt jest zdumiewający, gdyż pełne napięcia ścieżki dźwiękowe zostają ożywione w nowym kontekście (jak muzyczne zombiaki!) i stają się fantastycznym podkładem na weekendzik!

Wśród wykorzystanych numerów znajdziemy m.in. Riza Ortolaniego, Fabia Frizziego czy rodzimego Andrzeja Korzyńskiego! Pierwszy miks wykorzystuje klasyki, a drugi kawałki z ostatnich kilku lat! Obydwa są warte waszego czasu!

A Brief History Of Horror Disco Part 1 – The Birth

A Brief History Of Horror Disco Part 2 – The Revenge

La Femme – Psycho Tropical Berlin (2013)

 

Psycho Tropical Berlin francuskiego bandu La Femme to kolejny przykład zataczającego coraz szersze kręgi maksymalizmu, ADHD rocka czy muzyki kolekcjonerów płyt. Kluczem do jej zrozumienia jest informacyjne przeładowanie związane z natychmiastową dostępnością każdego gatunku muzycznego, który został stworzony na przestrzeni ostatnich stu lat, co sprawia, że źródła inspiracji multiplikują się, a efektem jest styl coraz częściej określany jako bezgatunkowy (genreless).

Debiut La Femme to produkt ery, w której rządzi retrofuturyzm (retro jako ciągłe odkrywanie rzeczy, które wcześniej nie zostały odkryte i futuryzm jako pragnienie stworzenia z tych składników nowego stylu), a popychanie muzyki do przodu nie jest już dłużej domeną awangardy (ta straciła bowiem intelektualną rację bytu), ale polega na korzystaniu z tylu inspiracji, ile tylko da się upchnąć w ostatecznym miksie, co skutkuje rokokową obfitością estetyczną i swoistym efektem déjà vu.

Dzięki temu na debiucie La Femme – bardzo dobrym, nawet jeśli ultraeklektycznym – surfowa gitara Dicka Dale’a (zespół przyznaje, że jest zakochany w Kalifornii) miesza się z typowo francuskim brzmieniem electro (The Comets?), choć mocno przefiltrowanym przez berliński electroclash circa 2005-2007, post-punkowym łupaniem (The Units?), romantycznie potraktowaną neopsychedelią, a wszystko w oparach seksownej chanson w stylu Serge’a Gainsbourga. W duchu maksymalizmu muzyka La Femme nie jest jednak ani taneczna, ani transowa, ani medytacyjna, ani nastrojowa, ale jest wszystkim tym po trochu.

Tego ducha idealnie oddaje kawałek Interlude, w którym barokowy klawesyn (czy tylko MIDI?) a là The Zombies z okresu Odessey and Oracle zostaje nagle wyparty przez wysokie drony, by zamienić się w balladę recytowaną na tle surfowego reverbu. Hypsoline (jeden z ciekawszych kawałków na płycie) brzmi zaś jak Killing Joke spotykający Spacemen 3 w poczekalni na lotnisku, bo tego typu mieszanka nie byłaby oczywiście możliwa bez wpływu avant popu lat ’90. Znajdziemy tu również niestety trochę zapychaczy, które można by wyciąć z pozytywnym skutkiem dla całości, ale słabe punkty nie powinny przysłaniać bardzo efektownie zrealizowanej koncepcji muzycznej.

Conradino Beb