Archiwa tagu: film akcji

W oku tygrysa, czyli klimaty synthwave we współczesnych ścieżkach dźwiękowych

Lata 80-te nadal w modzie (spójrzmy na Drive, Kung Fury czy Stranger Things), ale w stronę ejtisów tęsknie spoglądamy nie od roku czy dwóch, tylko niemal od dekady. Nasza kultura w ogóle chętnie zerka do tyłu, z różnych względów i przy różnych okazjach – a to na lata 70-te, a to 90-te czy zupełnie wstecz (odwołania do kina noir są np. nieustannie obecne w kinie), jednak to estetyka czasów Karate Kid zdaje się obecnie nurtem szczególnie silnym.

Prawdopodobnie wszelkie retro znajdzie swoich odbiorców, bo retro zabiera nas stąd – z twardego, opresyjnego TERAZ – ku pięknym krainom TAM, GDZIEŚ, KIEDYŚ. Wywołuje przyjemną melancholię czy rozmarzenie. Twórcom pozwala też korzystać ze sprawdzonych wzorców, stając się w miarę bezpiecznym rozwiązaniem. Poza tym ułatwia dobrą sprzedaż, daje szansę na łatkę kultowości i erudycji.

Nie inaczej działają ejtisy, aczkolwiek ich witalność ciężko obecnie porównać z czymkolwiek innym. Lata 80-te to różne style, różne gatunki i zjawiska, ale najlepiej pamiętamy je za rzeczy proste. W kinie owa dekada to zarówno mroczne produkcje Johna Carpentera, jak i wesołe przygodówki w stylu Goonies. To i krwawy Robocop, i rubaszna Akademia policyjna.

Ejtisy miały też swój mrok, przemoc i poczucie zagrożenia, ale unikały przekombinowania. Łatwo streścić fabułę filmu z lat 80-tych. Pozostawały zrozumiałe nawet wtedy, gdy oglądałeś dany tytuł z niemieckim dubbingiem. Łatwo wyodrębnić w nim pozytywnych bohaterów.

Na pewno były to obrazy energetyczne – taki Kickboxer, Rambo czy Dirty Dancing przede wszystkim pobudzały. Sprawiały, że chciało się wzuć białe adidasy i obiec w nich kulę ziemską, nucąc Time Of My Life lub Fight For Love, czy jakikolwiek inny kawałek, który pozwoli, by krew płynęła szybciej.

Time Of My Life (Dirty Dancing)

Pomijamy tu oczywiście pozycje w stylu Nagiego lunchu, trzymając się głównego nurtu, który stanowił główny składnik nawozu dla młodocianej świadomości wielu z nas. Naczelnym przesłaniem ejtisów było: działaj, próbuj, idź do przodu. Oblatuj śmigłowce, wygrywaj turnieje, podrywaj blondynki i eksterminuj narkotykowe gangi. Nieważne, ile krwi, potu i wyrzeczeń będzie cię to kosztowało – rób swoje!

W latach 90-tych postmodernizm namieszał i wszystko stanęło na głowie. Plugawe zło i zbrodnia zalały ekrany! Tarantino ruszył ze swoją kawalkadą szemranych typów; Schwarzenegger zaszedł w ciążę, a Steven Seagal dał się wypchnąć z samolotu w dwudziestej minucie filmu – zabili go i nie uciekł! Potem kino stopniowo zaczęło gubić lekkość i szlachetną prostotę, by w końcu utknąć w sklepie z zabawkami powodującymi epilepsję i raka (Transformersy, Piraci z Karaibów i legion innych).

Być może dlatego lata 80- te „wracają” ostatnio naprawdę namiętnie, zewsząd i w dużej ilości. Twórcy mody, filmu, muzyki czy grafiki znów korzystają z patentów sprzed 40 lat. Mało tego, być może nawet ich nadużywają, jakby chcieli tę cytrynę wycisnąć do ostatniej kropli.

W muzyce zaroiło się od zespołów nawiązujących do Depeche Mode, New Order czy Pet Shop Boys. Na ulicach od ludzi ubranych tak, jakby właśnie opuścili plan Powrotu do przyszłości (tyle że mężczyźni zdążyli zapuścić wcześniej brody).

Nie bez znaczenia jest tu wpływ francuskiej sceny house, która z radością zaczęła żenić swoje tradycyjne brzmienie z wpływami muzyki lat 80-tych. To stamtąd trafił do głównego nurtu jeden z bohaterów tego tekstu – Kavinsky. Na modę zareagowało kino. Obrodziło tytułami z oldskulowym sznytem.

A że pojawiły się ejtisowe filmy, to muzyka do nich także musiała stać się retro. Jest to o tyle istotne, że filmowy ejtis – bardziej niż np. twór wzorowany na stylu kręcenia lat 70-tych – wymaga dopełnienia w postaci takiegoż soundtracku. Bo retro electro to dwa w jednym; aktywacja wzroku i słuchu, która umożliwia włączenie odbiorcy w tryb przyjemnej nostalgii.

Umówmy się, każdy filmowy ejtis musi być jak teledysk. Obraz i dźwięk muszą wytworzyć pewien szczególny nastrój, który odbiorca łatwo zdekoduje: rozpozna nawiązania, a jego świadomość przyjmie ten miks jako przyjazny i kojący. Możesz w owym dziele wykreślać dialogi, możesz uprościć fabułę, ale audio-wizualna otoczka ma wgryzać się w korę mózgową jak critter.

To nie musi być głębokie, ale zmysłowe i estetyczne, owszem. Poza tym senne i marzycielskie. Eskapizm i nostalgia jako podwójne uderzenie wprost w serce. Chwyty na granicy kiczu są dopuszczalne – ważne, żeby uwieść i porwać odbiorcę. Okazuje się, że połączenie ejtisowych obrazów z ejtisową muzyką potrafi przyciągać widzów i słuchaczy, jak dyskoteka Travoltę w Gorączce sobotniej nocy.

Perturbator – Technoir (feat. Noir Deco)

Youtube pęcznieje od klipów w klimacie synthwave. Kanały takie jak New Retro Wave zapewnią wam uderzeniową dawkę ejtisów. To nieoficjalne klipy do klasyków filmowych (choćby Terminator czy Robocop), gier komputerowych czy dzikie kolaże, łączące wszystkie smaki dekady – często towarzyszą im efekty świadczące o fascynacji technologią VHS czy maszynami marki Atari lub Commodore.

Niekiedy zamiast klipów oczy cieszy jakaś soczysta grafika z odpowiednio nasyconymi kolorami i błyszczącymi literami tytułu. Auta, plaże, piękne kobiety w bikini, silni mężczyźni na tle groźnie wyglądających miast; cyborgi, palmy, neony i wielkie gnaty; sam miód z pasieki lat 80-tych. Barokowa kaskada i zestaw cukierków w opakowaniach, które zaprojektowano bez cienia przypadku.

Timecop 1983, Com Truise, Perturbator czy Night Runner, Carpenter Brut i paru innych, to już uznani twórcy gatunku, którzy zbudowali swoje kariery na czerpaniu z wiadomej estetyki. Dla wygody nazwijmy ich neoejtisowcami. Podgryzają i wyszarpują swoje od klasyków lat 80-tych. Od gwiazd popu i dance po twórców muzyki do gier i klasyków soundtracku: Johna Carpentera, Brada Fiedela, Tangerine Dream, Jana Hammera, Harolda Faltermeyera, Vangelisa i wielu innych.

Neoejtisowcy nie tylko nie ukrywają, skąd czerpią inspirację, oni nią epatują. Bryzgają retro electro klimatem, zapożyczając się nierzadko u paru klasyków naraz. Chcą być kojarzeni z tym nurtem, a o przynależności do niego świadczą nazwy tytułów na płytach, krój pisma na okładkach i każdy element, z pomocą którego można podkreślić swoją przynależność.

Mitch Murder – Telefuture Theme

Mamy tu wiele smaków, jak w lodziarni. Kawałki zwiewne (Mitch Murder) i te z tłustszym bitem (Perturbator); bardziej romantic (Timecop1983) i ciążące w stronę mroku (GosT, który jest fanem metalu). Wielu neoejtisowców nagrywa ścieżkę dźwiękową do naszego wyobrażenia/wspomnienia o latach 80-tych, miksując wszystko ze wszystkim i bardziej dbając raczej o klimat całości niż oryginalność czy wymuskaną produkcję.

Otrzymujemy glitch, impresję i przyczynek do wspomnień na temat cudownego lata czy magicznego seansu z czasów, kiedy królowały radiomagnetofony. Twórcy ci zazwyczaj nie pracują przy tworzeniu profesjonalnych soundtracków do dużych produkcji. Zdarza się, że użyczają niekiedy gotowego kawałka do jakiegoś filmu, o czym będzie zresztą poniżej.

My jednak zajmijmy się pełnoprawnymi ilustracjami, które są współczesną egzemplifikacją synthwave. Weźmiemy pod uwagę zarówno muzykę ilustracyjną, jak i utwory śpiewane. Uwzględnimy i nowe kawałki, które tylko nawiązują do ejtisów, jak i stare, użyte jako składowa część współczesnych filmów.

Przyjmijmy, że interesująca nas ścieżka dźwiękowa musi wyraźnie nawiązywać do retro electro i wzbogacać względnie nowy tytuł. Nie oceniamy brzmienia muzyki na płycie, lecz jej funkcjonalność do spółki z obrazem – w myśl zasady “dwa w jednym” daje wyrób ejtisowy.

Szczególnie zwróciłbym tu uwagę na Johna Carpentera – pozostając reżyserem wielu świetnych, ikonicznych wręcz filmów, przeważnie pisał też do nich muzykę. W efekcie jest on dziś cytowany, miksowany i uwielbiany przez wielu twórców… w jakimś sensie to on właśnie stał się papieżem syntezatorowego retro!

Eksplozja ejtisów zaczęła się od filmu Drive Nicolasa Windinga Refna z 2011 roku, jednak coś wisiało w powietrzu już wcześniej. Rok przed owym boomem strzelali na ekranie Niezniszczalni, a po ekranach od lat kręcili się bohaterowie przeszczepieni z lat 80-tych – a to w remake’ach, a to kontynuacjach (Indiana Jones, Rambo, Freddy Krueger, Terminator i inni).

Tron Dziedzictwo (Soundtrack)

Pojawił się też obraz Tron: Dziedzictwo – sequel przeboju z 1983 roku. Istotną rolę w kontynuacji odegrała muzyka. Stworzyli ją członkowie grupy Daft Punk wraz z 80-osobową orkiestrą, łącząc ilustrację symfoniczną i elektroniczną. Wyszedł im specyficzny misz- masz, który w wielu miejscach zahaczał o stylistykę retro electro.

Francuski duet nawiązywał do brzmienia Jeana Michaela Jarre’a czy Kraftwerk, ale wpływy te zostały przygniecione ciężarem orkiestry, walcującej całość w dość klasyczne brzmienie muzyki filmowej. Płyta okazała się sukcesem.

W tym samym roku na ekrany zawitał The Social Network Davida Finchera. Obraz o powstaniu Facebooka zilustrowano brzmieniem jak z thrillera, o co zadbał Trent Reznor, na co dzień władający kultową formacją Nine Inch Nails, i niejaki Atticus Ross. Ambientowe plamy i industrialne trzaski spotkały się z dźwiękami rodem z 8-bitowych gier.

Nawiązania do ejtisów były oczywiste, ale nie stanowiły dominanty na albumie. Soundtrack wyróżniał się i udowadniał, że nie potrzebujesz wielkiej orkiestry dmącej w rogi, żeby zaciekawić widza/słuchacza. Film był przebojem, a muzyka Reznora zgarnęła Oscara. Z pewnością to unaoczniło widzom na całym świecie, że igraszki z ejtisami są teraz w dobrym tonie i to na wagę złota.

Trent Reznor And Atticus Ross (Soundtrack do The Social Network)

Ale to Drive Nicolasa Windinga Refna (inspirowany kultowym Kierowcą Waltera Hilla) sprawił, że tamy puściły. Obraz o kierowcy-kaskaderze prowadzącym życie na krawędzi i uczuciu rodzącym się między nim, a jego sąsiadką, był jednocześnie romantyczny i brutalny. Film – z uproszczoną fabułą, małą ilością dialogów – postawił na klimat i niedopowiedzenia. Zabrał widzów na wieczorną przejażdżkę w stylu neo-noir i nasycił serią estetycznych obrazków.

A dla Ryana Goslinga stał się tym, czym kiedyś Top Gun dla Toma Cruise’a. Refn ma ten sam zmysł, co lata temu miał Tarantino (Pulp Fiction) czy Michael Mann (Gorączka). Chodzi o tę alchemiczną zdolność łączenia obrazów i dźwięków, których wynikiem jest zawładnięcie wyobraźnią widza. Film urzekł widownię, a tego, zdaje się, jej brakowało. Hipnotycznego zapomnienia. Wciągnięcia w historię przez oczy i uszy.

Nie udałoby się to jednak nigdy, gdyby nie ścieżka dźwiękowa. Jest ona prosta i oparta na elektronice. Zapomnijcie o przeładowanej orkiestracji, kotłach, kanonadzie dźwięków, jak u Hansa Zimmera czy Johna Williamsa, rażących bezlitośnie patosem i próbujących z ciebie wyciskać łzy, jak pan Endo informacje z Riggsa w Zabójczej broni.

Ścieżka z Drive to rzecz pożeniona z wieczornym nastrojem, prosta forma mająca indukować bogate emocjonalne reakcje. Większość utworów stanowią kompozycje Cliffa Martineza – czołowego obecnie dostawcy ambientu w kinie i byłego członka Red Hot Chili Peppers. Kompozytor i tym razem stawia na stonowane elektroniczne tło, gładko wprowadzając widza/słuchacza w świat pełen zagrożenia i napięcia.

Ale to nie on, lecz trzy electro popowe piosenki pociągnęły ten soundtrack w stronę ejtisów i kultowego statusu, jakim obecnie się cieszy. Z drugiej strony gdyby nie sugestywne obrazy filmowego Los Angeles, owe kawałki (zgrabne, ale nic ponadto) nie stałyby się takimi hitami, a ich wykonawcy nadal gnieździliby się w niszy.

Piosenki Under Your Spell Desire i Real Hero College to romantyczny electro pop. Nightcall Kavinskiego to podobna konwencja, choć w nieco mroczniejszej tonacji. Wszystkie one brzmią, jakby powstały w melancholijny wieczór pełen powolnego żucia gumy i wpatrywania się w plakat Sylvestra Stallone albo przejażdżki w deszczu po mieście pełnym neonów.

Kavinsky – Nightcall (Soundtrack do Drive)

Ejtisowo brzmi też instrumentalne Ticks of the Clock Chromatics – zespołu, którego cała twórczość również skłania do melancholijnych nocnych eskapad (ostatnio mignęli w trzecim sezonie Twin Peaks, grając samych siebie i prezentując kawałek Shadow).

Dodatkowo dostaliśmy utwór Oh My Love Ritza Ortolaniego (doskonały twórca soundtracków do włoskiego kina sprzed dekad). Jest to jedyna emocjonalnie rozbuchana kompozycja na płycie, całkowicie instrumentalna, z klasycznie użytym wokalem; ot, urozmaicenie, szczypta czegoś “innego”, która jednak świetnie uzupełnia całość.

Ponownie Refn udowodnił że kocha szperać w różnych dekadach kina i wie, jak korzystać z tego, co znajduje. Zresztą już we wcześniejszym Bronsonie pokazał, że jeśli kręcić scenę dyskoteki w psychiatryku, to tylko przy dźwiękach Pet Shop Boys. Drive rozpalił wyobraźnię widowni, ale nie zaspokoił głodu. Trzeba było więcej ejtisów – więcej obrazów i muzyki. Fala ruszyła.

W tym samym roku pojawił się też thriller Następny jesteś ty, nawiązujący do kina “home invasion” i stojący w wyraźnej opozycji do blockbusterów. Obraz wskrzeszał ducha z czasów Ostatniego domu po lewej czy Nędznych psów. Towarzysząca mu muzyka to już czystej wody retro electro. Syntezatorowe bicze, psychotyczne pulsowanie, groźne buczenia i pogłosy dają w efekcie materiał kojarzący się z muzyką do pierwszego Terminatora, a także ze slasherami w stylu Halloween.

Oto smakowita elektroniczna kaźnia. Klimat zaszczucia i walki o przetrwanie został zaznaczony dobitnie. Praca nie była odkrywcza, ale skutecznie wspomagała pompowanie adrenaliny do krwi. Rok 2012 przyniósł film światu Maniaka – remake obskurnego thrillera z lat 80-tych.

W roli dewianta mordującego kobiety wystąpił Elijah Wood. Jego mroczną historię zilustrował artysta tytułujący się Rob, decydując się na syntezatorowe brzmienie – zawiesiste i ciemne. Efektem jest dynamiczna, pełna napięcia muzyka, praktycznie pozbawiona lżejszych momentów. Praca nawiązuje zarówno do dokonań Carpentera, jak i włoskiego zespołu Goblin (autorzy muzyki do Odgłosów Argenta i wielu innych klasyków grozy).

BSO – You’re Next (Soundtrack do Następny jesteś ty)

Wkrótce zaskrzyło się od kolejnych dokonań synthwave. Gość z 2014 roku – kolejny film reżysera Następny jesteś ty – czerpie z retro electro równie ostentacyjnie co Drive. Estetycznie jest to po prostu skok w czasie – do tyłu, w stronę hitów epoki VHS. Muzycznie to kanonada piosenek z epoki. Nie dość więc, że opowiadana historia jest jak żywcem wyciągniętą z wypożyczalni, to jeszcze podpiera się zestawem kawałków z epoki.

Od popu po alternatywę, ale – zgodnie z programem Michaela Manna – zawsze z wyczuciem. Kultowe Sisters Of Mercy, równie kultowe Siouxsie And The Banshees, Stevie B w pościelówie Because I Love You, pan Perturbator w kawałku Vengeance i wielu innych.

Różna stylistyka w służbie jednego celu: uwypuklić, podkręcić emocje i – paradoksalnie – stworzyć spójny klimat. To jedna z tych płyt, które przepadłyby jako “zwykła” składanka, ale mając za sobą silnie oddziałujący film, przyciąga jego widzów, którzy chcą jeszcze raz – przynajmniej muzycznie – przeżyć emocje znane im z seansu.

Kolejnym obrazem był Chłód w lipcu – mieszanka thrillera i kina akcji. W roli głównej wystąpił znany z serialu Dexter Michael C. Hall, który tym razem nie ma zabójczych skłonności, ale takiż look – ewidentnie ejtisowy – i Dona Johnsona do pomocy. Dawny Sonny Crockett z Miami Vice samą obecnością dorzucił swoje do retro klimatu. Oto kolejny przykład filmu, który opowiada prostą historię, kładąc nacisk na styl i napięcie.

Wyszła z tego bardzo solidna rzecz z ewidentnie ejtisowym sznytem. Obraz nie byłby tak elektryzujący i dynamiczny, gdyby nie jego ścieżka dźwiękowa. Jeff Grace – zazwyczaj zajmujący się horrorami – stworzył elektroniczny soundtrack, pulsujący poczuciem zagrożenia. Kompozytor nawet nie próbował ukrywać, ile zawdzięcza Carpenterowi. Praca do Chłodu w lipcu to – w przeciwieństwie do Gościa – muzyka ilustracyjna. Brak na niej piosenek.

Jeff Grace – He’s In the House (Soundtrack do Chłodu w lipcu)

Całość ciągnie syntezator brzmiący nieco jak w Coś czy Mgle. Poza kawałkami Grace’a znalazło się tu też miejsce dla jednego utworu Dynatron, który doskonale wypadł na ekranie. Wykonawca ten należy do posteejtisowych wyjadaczy pokroju Pertubatora czy Timecop 1983, więc doskonale zna konwencję.

Przejażdżka kabrioletem w rytm Cosmo Black z Johnsonem na pokładzie wskrzesza ducha Miami Vice. Soundtrack do Chłodu w lipcu nie stanowi rewolucji czy rewelacji, ale fanom wiadomej estetyki powinien zapewnić sporą dozę frajdy.

O wiele oryginalnej brzmi muzyka do horroru Coś za mną chodzi. Film znacząco wyróżnia się na polu współczesnej grozy. To swoisty hołd dla Carpentera i lat 80-tych, ale też kino zaskakująco poważne, bazujące na ciekawym pomyśle i efektowne. Obraz jest klimatyczny i nieoczywisty. Ucieka od serwowania krwawej młócki na rzecz zagęszczania napięcia.

Muzyka podążyła w tym samym kierunku. Artysta o xywce Disasterpeace stworzył soundtrack mroczny i unikający utartych ścieżek. Owszem, słuchać tu gdzieniegdzie Carpentera czy Martineza, ale twórca nie pozostaje zbyt długo w jednym miejscu. Znajdziemy u niego ambient, muzykę atonalną, zgrzyty, trzaski czy sporo pokręconej motoryki, mającej opisywać skrajne przerażenie.

Nie tylko lata 80-te, ale i 70-te (momentami brzmienie zbliżone do muzyki z obrazu Andromeda znaczy śmierć), jednak całość – pomimo dużego eklektyzmu – pozostaje spójna i świeża. Jest to jedna z tych prac, które świetnie spełniając kryteria ejtisowości, wielokrotnie też opuszczają tę szufladkę. Dla miłośników intrygujących ilustracji to rzecz nie do przeoczenia!

Coś za mną chodzi (Soundtrack)

Gdzieś na uboczu dużych filmowych wydarzeń pojawił się horror Gwiazdy w oczach (2014). Mocna niszowa produkcja przywodziła na myśl zarówno filmy Cronenberga, jak i Polańskiego. Film opowiadał historię początkującej aktorki gotowej na wszystko, by zostać gwiazdą, nawet jeśli ceną będzie rozpad ciała i psychiki. Tak deliryczne kino musiało otrzymać oczywiście odpowiednią oprawę.

Kompozytor Jonathan Snipes postawił na carpenterowskie brzmienie, chwilami pozwalając sobie na wycieczki w stronę Komedy z czasu Dziecka Rosemary – rzecz jasna, w wariancie synth. Wyszła z tego dość świeża, niepokojąca oprawa, która znacząco wzbogaca obraz.

Gwiazdy w oczach (Soundtrack)

W 2014 pojawiły się też kolejne efekty współpracy Trenta Reznora i Atticusa Rossa z Davidem Fincherem. Ścieżka dźwiękowa do Zaginionej dziewczyny ma w sobie pewien ejtisowy pierwiastek, ale jest to przede wszystkim elektroniczna tuba pełna różnych odniesień. Dominują na niej niepokojące plamy dźwiękowe i plumkania. Rzecz jest sugestywna, ale pozostaje raczej na marginesie naszych poszukiwań, bo prawdziwego retro nie ma tu zbyt wiele.

Za to prace Wojciecha Golczewskiego – Polaka, który po cichu i bez większego szumu tworzy oprawy muzyczne dla kina i świata gier – są już na tyle ejtisowe, że musimy się mu przyjrzeć bliżej. Golczewski – młody twórca zafascynowany elektroniczną muzyką i gatunkiem SF – zaczął od stworzenia ścieżki dźwiękowej do gry Linger in Shadows na PS3, a w chwilę potem trafił do kina.

W ciągu paru lat zilustrował kilkanaście tytułów filmowych (w grę wchodzą tylko tytuły zagraniczne, bo w Polsce jeszcze nikt nie wykorzystał jego talentu). Golczewski zadomowił się w ukochanym gatunku SF, horrorze i thrillerach. Projekty, w których bierze udział, często mają posmak retro (jak choćby inspirowane VHS-owymi horrorami Beyond the Gates z czy We Are Still Here z 2015, nawiązujące do twórczości włoskiego twórcy grozy, Lucia Fulciego).

Nieco bardziej znaną pozycją, przy której pracował muzyk, są Późne fazy człowieczeństwa z 2014 – udany obraz o wilkołakach. Golczewski stawia na proste, nieprzekombinowane brzmienia. Słychać tu – jakżeby inaczej – Carpentera, którego autor podobno ceni, ale zna dopiero od niedawna i nie na wyrywki, a poza tym Jarre’a czy Tangerine Dream. Jest w tej muzyce sporo naiwności i niemało uroku; warto śledzić dalsze kroki pana Golczewskiego.

Wojciech Golczewski – Being Human

W 2015 niedomówienia się skończyły: synthwave i cały ten kult wokół ejtisów to epidemia. Koronnym dowodem było Kung Fury – szwedzkie tornado pod postacią krótkiego metrażu. W trzydziestu minutach skondensowano tu taką ilość ejtisów, że antyfani tego okresu mogą zakończyć seans jako rozgotowany brokuł.

Film opowiada o niekonwencjonalnym, nieprzestrzegającym regulaminu, ultra skutecznym gliniarzu z Miami stającym do walki z Kung Fuhrerem – mistrzem kung fu i zła, znanym szerzej jako Adolf Hitler. Podróże w czasie, walki karate, dinozaury, nordycki bóg i wstawki animowane – to wszystko znajdziecie w Kung Fury.

Owa oda do ejtisów opakowana została w stosownie brokatowe szatki. Dajmy na chwilę odpocząć Carpenterowi; tym razem oprawa poszła w kierunku Faltermeyera, odpowiedzialnego za muzykę do Tango i Cash czy Fletch.

Mamy tu zadzierzyste, wesołe brzmienia ilustrujące bycie kozakiem i uber-gliną. Kawałki (wśród wykonawców dominuje Mitch Murder – neoejtisowiec) są niewyszukane i podobne do siebie, ale na ekranie robią dobrą robotę. Śpiewanym utworem True Survivor błysnął tu David Hasselhoff, trzymając poziom swoich wcześniejszych dokonań. Ta muzyka jest ostentacyjna i właściwie użyta, tak więc misja zakończyła się sukcesem.

David Hasselhoff (Soundtrack do Kung Fury)

W tym samym roku pojawił się jeszcze jeden hołd dla epoki – dłuższy, ale również ekscentryczny i ostentacyjny. Mowa o Turbo Kid, czyli Mad Maxie z bmx-ami. Kanadyjsko-nowozelandzkie postapo, które wyrosło z krótkometrażówki i uderzyło w widza nostalgiczną historią, dziką (acz niezbyt serio) brutalnością i nietypowym klimatem.

Film ma wyraźnie niszowy posmak, ale muzyka z niego to produkcja jak najbardziej profesjonalna. Kanadyjski zespół Le Matos przygotował koktajl oparty na inspiracjach Kraftwerk, Depeche Mode i Tangerine Dream. Jest raczej dynamicznie niż melancholijnie (pamiętajmy, sporo się w filmie gna na bmx-ach) i z pewnością atrakcyjnie dla słuchacza.

Moda na ejtisy nie ominęła także seriali. Stranger Things – przebojowa produkcja Netflixa – uderzyła skondensowaną dawkę retro. Serial gładko i zaskakująco naturalnie przeniósł nas w przeszłość. Akcja toczy się w latach 80-tych, a narracja przypomina filmowe hity z epoki. Muzyka postanowiła wskazywać ten sam kierunek, ale zrobiła to dwutorowo.

Po pierwsze, postarano się o zbiór odpowiednich piosenek. Clash, Joy Division, New Order , Peter Gabriel i wielu innych popularnych wykonawców, dobranych bez cienia przypadku, uświetniło liczne sceny z serialu, dodając do nich swoisty komentarz.

Głównie gitarowe brzmienia, ale także elektronika. Pop obok alternatywy – ramię w ramię i pożenione bez pudła. Głównie lata 80-te, ale także 60-te (The Doors i Jefferson Airplane). Powstał soundtrack równie retro i równie udany (i o zbliżonym klimacie), co ten z Donnie Darko.

Po drugie, do współpracy zaprzęgnięto też duet, który zadbał o muzykę ilustracyjną. Michael Stein i Michael Dixon z zespołu Survive to kolekcjonerzy syntezatorów. Używają sprzętu z lat 70-tych i 80-tych, będących celem ich eksploracji. Panowie mieli już wcześniej styczność z kinem – użyczyli dwóch swoich kawałków do filmu Gość, o którym było powyżej.

Na potrzeby serialu nagrali elektroniczną oprawę w swoim stylu. Co to oznacza? Jest mrocznie, tajemniczo, ale mniej klaustrofobicznie niż u Carpentera i bardziej przystępnie niż u Reznora. Artyści celują raczej w stylistyczne okolice Tangerine Dream, niż w klawiszową dyskotekę.

Survive płynnie łączą różne nawiązania i bez problemu utrzymują zainteresowanie słuchacza. Ich praca jest znacznie dojrzalsza niż wielu innych twórców, łasych na korzystanie z mody na retro, a z drugiej strony perfekcyjnie zestrojona z klimatem serialu.

Twórcy zostali zaskoczeni wielkim sukcesem własnej pracy. Ścieżka dźwiękowa, której Netflix początkowo nie chciał nawet wydać, okazała się hitem, a Survive stali się gwiazdami. Ciekawy zespół – znany dotąd niewielkiej garstce miłośników elektroniki – wypłynął na szerokie wody i aktualnie nie może sobie pozwolić, by na koncercie nie zagrać tematu z czołówki serialu.

Stranger Things – Full Main Theme

Popularność okazała się tak duża, że przez szał medialny twórcy mieli problem ze skończeniem swojej płyty RR7349, która nie będąc żadnym soundtrackiem, brzmi jak świetny soundtrack do nieistniejącego filmu z pogranicza grozy i SF.

W 2016 roku nastąpiło ponowne uderzenie Nicolasa Windinga Refna. Twórca Drive wraz ze swoim nadwornym muzykiem, Cliffem Martinezem, dali światu Neon Demon – obraz, który podzielił publiczność. Ta prosta opowieść o okrutnym świecie mody była tak przeestetyzowana, że dla jednych niestrawna, a dla innych zachwycająca. Muzykę powszechnie uznano za jeden z najważniejszych atutów obrazu.

Film bez tych dźwięków (i psychodelicznych zdjęć) nie miałby racji bytu. Cliff Martinez zaproponował ambient kojarzący się z Brianem Eno, Jarrem, Vangelisem. Zestaw pulsacji i niepokojących motywów wykreował odrealnioną atmosferę – gdzieś pomiędzy baśnią, a sennym koszmarem. Mamy tu zarówno igiełki grozy, jak i drony makabry.

Trudno stwierdzić, czy jest to bardziej klimat ejtisowy, czy może praca zahaczająca o lata 70-te. Dość powiedzieć, że Martinez jest tu w świetnej formie, szarpiąc nerwami widza jak szmacianą lalką. Poza tym prace tego autora zawsze łączy pewien eklektyzm, co oznacza, że nawet jeśli czerpie on z ejtisów, to łączy je w spójną całość z innymi wpływami.

Julian Winding – The Demon Dance (Soundtrack do Neon Demon)

Retro electro zadomowiło się także w świecie gier komputerowych. Duet Pover Glowe – neoejtisowcy – to dwaj panowie o pociesznych pseudonimach Michael Dudikoff i Michael Biehn. Są z Australii i dali się poznać światu dzięki kawałkowi Hunters do filmu Włóczęga ze strzelbą.

W pewnym momencie pojawiła się propozycja ze strony firmy Ubisoft – tytana świata gier. Chodziło o zilustrowanie dodatku do gry Far Cry 3. Panowie się zgodzili i wyprodukowali bardzo ejtisowy soundtrack do gry inspirowanej ejtisowymi filmami. Żeby było jeszcze bardziej ejtisowo, głosu jednej z postaci w grze użyczył Michael Biehn, znany z Terminatora czy Aliens.

Futurystyczna rozwałka bazująca na byciu twardzielem, pełna wybuchów i wymyślnej broni, to kwintesencja klimatu lat 80-tych. Wtóruje jej oprawa, która nie próbuje powalać oryginalnością, ale zagrzewać do walki i wykreować atmosferę radosnego eskapizmu. Płyta z muzyką z gry została wydana na płycie, co zdarza się coraz częściej, ale jeszcze nie tak często, jak w przypadku filmowych soundtracków.

I tu wrócimy do Johna Carpentera. Reżyser Coś i Halloween to bez dwóch zdań klasyk kina. Tytuły ten jednak nie ułatwiały mu pracy ostatnimi laty. Artysta miał problemy z tym, żeby się odnaleźć, już w latach 90-tych, a w nowym tysiącleciu nakręcił ledwie parę rzeczy – bez większego niestety sukcesu.

Wyglądo to tak, jakby jego twórczy potencjał, którym kipiał pod koniec lat 70-tych i przez całe lata 80- te, wyczerpał się. Z pewnością nie pomogły też inne czynniki, takie jak zmiana upodobań widza i brak zaufania ze strony producentów, którzy czuli, że autorski styl reżysera niekoniecznie musi owocować wielkimi kasowymi przebojami.

Jednak zamiast iść na emeryturę, reżyser postanowił zabrać się za muzykę. Nie po raz pierwszy, bo tworzył przecież (często do spółki z Alanem Howarthem) ścieżki dźwiękowe do swoich filmów. Carpenter wybrał syntezatory, bo pozwalały tanio produkować soundtracki.

Postawił na proste motywy muzyczne, chłodne i pulsujące grozą, i na tyle wyraziste, że obecnie stanowią wzór dla młodych twórców, i mają status absolutnej klasyki. Lata temu taki minimalizm w świecie muzyki filmowej miał posmak punkowego przewrotu.

Dziś także uwodzi prostotą i staje w ostrym kontraście do przeładowanych ilustracji, w których orkiestrowy patos lub inwazyjny elektroniczny wyziew świdruje nam mózgi na papkę. Za dowód żywotności tych dźwięków niech posłuży fakt, że ostatnio mieliśmy okazję usłyszeć motyw przewodni z Ataku na posterunek 13 w scenie orgii w Love Gaspara Noé.

John Carpenter – Night

Całkiem niedawno też Carpenter wziął do pomocy swojego syna i Daniela Daviesa (twórca muzyki do obrazu Ja, Frankenstein) i postanowił pobawić się klawiszami. Bez żadnego ciśnienia i na własnych zasadach stworzył płytę Lost Themes, którą wydała wytwórnia Sacred Bones (ta sama, która ma w katalogu muzyczne poszukiwania Davida Lyncha).

Brzmi ona jak przegląd ulubionych filmowych klimatów reżysera: horror, thriller, SF. Dominuje elektronika, pojawiają się też gitarowe riffy i organy – jak to zwykle u twórcy Mgły. Jest złowieszczo, trochę naiwnie i w starym stylu. I jakby czyściej niż w przypadku wykonawców z kręgu new retro – bez pastiszu, ostentacji, przeładowania.

Może dlatego, że Carpenter gra tu Carpentera, a nie Carpentera w sosie z Faltermeyera i muzykę rodem z Macgyvera oraz Airwolfa. Kto lubi styl reżysera, nie rozczaruje się. Płyta spotkała się z pozytywnym odbiorem, więc Carpenter stworzył jej kontynuację – Lost Themes 2, która okazała się kolejnym dobrym zestawem mrocznego grania.

Za Lost Themes wzięli się także muzycy alternatywni (JG Thirwell czy Silent Servant), nagrywając album Lost Themes Remixed. Wyszła z tego elektroniczna smoła – jest jeszcze mroczniej, wręcz piekielnie, i bardziej nowocześnie.

W końcu, dobiegający 70-tki reżyser postanowił uświetnić sukces trasą koncertową po Europie i U.S.A. Nie reklamując przy okazji żadnego konkretnego filmu, hipnotyzując chłodnym, motorycznym brzmieniem, rzucał na publiczność urok – dziwny wąsacz w otulinie z siwizny i za konsoletą, która przenosi w czasie.

A co będzie z ejtisami? Na razie mają się dobrze i nic nie wskazuje na to, by miały zniknąć z areny. Być może dlatego, że wielu obecnych 30-40 latków mających wpływ na świat filmu, muzyki czy mody funkcjonuje właśnie w trybie nostalgicznej tęsknoty za “tymi pięknymi czasami, kiedy wszystko było prostsze”.

I nawet jeśli w świecie muzyki filmowej ejtisy trzymają się raczej na uboczu, w okolicach niszy, ich obecność zaznacza się dość dobitnie. Są z całą pewnością rozwiązaniem ożywczym i energetycznym, dającym wytchnienie od zjełczałych orkiestrowych wycieczek pod Wagnera, co zdaje się obecnie dominować w głównym nurcie soundtracków.

Niemniej kultura jest kapryśna; łatwo się nudzi i niezmiennie szuka nowej krwi. Za jakiś czas ejtisy mogą uchodzić za towar drugiej świeżości. Ale nawet jeśli moda wyhamuje, to i tak sądzę, że będą wracać. Może inaczej niż w obecnej formie, może jeszcze mocniej zmixowane z innymi epokami, ale wróżę im liczne “comebacki”.

Prawdą jest bowiem, że łaknącą świeżego mięsa popkultura pędząc do przodu, zawsze spogląda też wstecz, a retro electro rzuca zbyt jasny blask, żeby pozostać jedynie bladym wspomnieniem. Podobno świat dąży ku coraz większej komplikacji, a otaczająca nas rzeczywistiść zdaje się potwierdzać tę tezę. Co to oznacza w kontekście ejtisów? Synthwave, guma do żucia i proste kino będą nam jeszcze potrzebne. Do zobaczenia na potańcówce w Tech-Noir.

Tomasz Bot

Wojna o planetę małp (2017)

Nowe spojrzenie na klasyczną franczyzę zapoczątkowane przez Genezę planety małp (2011) i rozwinięte w Ewolucji planety małp (2014) w ciągu ostatnich 7 lat zapewniło studiu Chernin Entertainment przychód w wysokości około $1,2 mld.

Stawia to film o małpiej apokalipsie w czołówce najlepiej zarabiających serii filmowych, a premiera Wojny o planetę małp w 2017 roku ma szansę wypchnąć go przed nolanowską trylogię o Batmanie czy produkcje z Iron Manem w roli głównej. Z pomocą przychodzi świetna kampania marketingowa i napływające z każdej strony pozytywne recenzje zwieńczenia trylogii o Cezarze.

Reżyser Wojny oraz Ewolucji planety małp, Matt Reeves, popchnął historię w stronę opowieści o ludziach, nawet jeśli bohaterami są szympansy. W swoim najnowszym dziele idea ta pociągnięta została do maksimum, dając nam całą gamę zależności, uczuć i interesów. Powoli odkrywając karty motywacji dwóch, a nawet trzech stron barykady, coraz trudniej określić tych naprawdę złych.

Sam Cezar grany przez Andego Serkisa, to postać nie tyle skomplikowana, co rozdarta emocjonalnie między fanatyczną wręcz chęcią zemsty, a zapewnieniem bezpieczeństwa swojej społeczności. Po drugiej stronie stoi Pułkownik o twarzy Woody’ego Harrelsona, który z nieprzeniknionym chłodem w oczach zbliża się do Waltera Kurtza z Czasu Apokalipsy (1979).

Wojna toczy się tutaj na wielu płaszczyznach, od tej dosłownej z karabinami i dzidami w ręku, po metaforyczną podróż targanego emocjami małpiego króla do samego jądra ciemności. I jest to zarazem obosieczna broń, gdyż film w trzecim akcie wytrąca tempo, a widz zamyka oczy na kolejne, patetyczne próby zagrania na emocjach.

To co zostało idealnie wyważone w poprzednim filmie, podkręcone do maksimum, skutkuje tym, że prawie każda śmierć, nawet którejś z drugo czy trzecioplanowych postaci, odbywa się na rękach Cezara, który zdąży wysłuchać jeszcze jakiejś łopatologicznej mądrości w rytm wzniosłej muzyki. Ujściem wydaje się być odgrywana przez Steva Zahna postać Złej Małpy, która pozwala odetchnąć od tej całej nadętej narracji, dając nam chwilę na szczerzenie się do granych przez komika gagów.

Wojna o planetę małp jest filmem pozbawionym typowego dla letnich blockbusterów tempa, stara się swoimi ambicjami wznieść w kierunku opowieści o nas samych, naszej przeszłości i przyszłości. I jest to chyba największa bolączka produkcji, bo zamiast subtelnych analogii scenariusz usilnie wlewa nam do głowy konkretne wydarzenia historyczne, jak Holocaust czy konflikt wietnamski.

Jednak film Reevesa to wciąż godny uwagi produkt, który w zalewie lekkostrawnej papki wydaje się swego rodzaju powiewem świeżości. Pochwalić należy nie tylko najwyższej klasy zdjęcia, które momentami zapierają dech w piersiach, ale także efekty specjalne, które z miejsca pretendują do wzięcia udziału w wyścigu po Oscary.

Zawiedzeni będą ci, którzy na wiarę wzięli poprzedzający film, pełen wybuchów i akcji zwiastun, bo choć prolog i epilog dostarczają odpowiednią dawkę ognia, najnowsza produkcja z małpiej serii to hołd dla wspomnianego kilkukrotnie Czasu Apokalipsy w którym fani pierwszych Planet znajdą całą masę smaczków i odniesień właśnie do tych starych filmów.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: War for the Planet of the Apes
Produkcja: USA, 2017
Dystrybucja w Polsce: Imperial CinePix
Ocena MGV: 4/5

 

Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie (2016)

rogue_1_star_wars_poster

Po obejrzeniu Łotra 1 jedna rzecz tak naprawdę nie ulega wątpliwości: ten film żadnym spinoffem nie jest. To historia, która w integralny sposób została powiązana z głównym wątkiem gwiezdnej sagi i za kilka lat może się okazać seansem obowiązkowym dla wszystkich żółtodziobów, jak teraz jest już dla zagorzałych fanów.

To także film zdecydowanie lepszy od Przebudzenia mocy, które z trudem przeskoczyło trylogię prequelową, a które sam George Lucas nazwał remakiem, z czym naprawdę ciężko się kłócić, bo scenarzyści i reżyser ujawnili tyle kompromitujących szczegółów na temat preprodukcji, że w zasadzie należy im pogratulować zrealizowania dobrego remake’u (szperaczy odsyłam do riserczu).

Łotr 1 nie jest przy tym pozbawiony pewnych wad i powiedzmy sobie szczerze, starej trylogii wciąż nie przeskakuje (do Imperium kontratakuje dużo mu brakuje), ale film został przynajmniej zrobiony z ładem i składem, ma bardzo dobrą obsadę, ciekawe kreacje, gładki scenariusz, niezłą reżyserię – która umie odróżnić właściwe tempo od nieuzasadnionych zwrotów akcji – i nie dusi widza piardami narracyjnymi w stylu „obejrzyj następny film, to skumasz dlaczego”.

Czas akcji został osadzony pomiędzy upadkiem Republiki, wzorowanym oryginalnie przez Lucasa na upadku Stanów Zjednoczonych, czyli przejęciu władzy przez Richarda Nixona (oportunisty, paranoika i tyrana), jaki pamiętamy z nienajlepszej (choć może też nienajgorszej) Zemsty Sithów, kiedy ostatni Jedi udali się na galaktyczne wygnanie i nastały czasy mroku, grozy, i ciemności (sorki oczywiście za spojlery), a pierwszymi scenami Nowej nadziei.

W tymże mrocznym czasie zawiązał się szczęśliwie Sojusz Rebeliantów, który zaczął kombinować, jak skutecznie obalić Imperium i przywrócić ład w Galaktyce, co jak wiemy prawie się udało w Powrocie Jedi (sorki ponownie za spojlery), ale jednak się nie udało (sorry, ale nie mogłem się powstrzymać), dzięki czemu do boju ruszyli w końcu producenci Disneya i rozbudzili na świecie potrzebę Przebudzenia Mocy (2015), która tylko na terenie USA dała mocny wynik prawie $1 mld brutto.

Ale wracając do Łotra 1, film odkrywa przed widzem ważny epizod z okresu walki Sojuszu z Imperium, w którym grupa straceńców rabuje plany Gwiazdy Śmierci (megastacji kosmicznej o śmiercionośnej sile bojowej), by dać później Luke’owi Skywalkerowi okazję do zniszczenia jej raz i na zawsze, ale wcześniej musi ona odnaleźć Saw Gerrerę, schizmatyka w szeregach rebeliantów – jedyny ślad do miejsca przechowywania planów.

Wyreżyserowany przez Garetha Edwardsa, który zaczął swoją karierę w przemyśle filmowym od przygotowywania efektów specjalnych do programów BBC, PBS i Discovery, Łotr 1 nieco chwiejnie wprowadza widza w historię, która jednak dobrze się rozwija i już w połowie stoi na przyzwoitym poziomie, czemu pomagają znakomite role doświadczonych i utalentowanych aktorów takich jak: Ben Mendelsohn (Orson Krennic), Forest Whitaker (Saw Gerrera), Mads Mikkelsen (Galen Erso).

Biją oni na głowę warsztat Felicity Jones (Jyn Erso) i Diego Luny (Cassian Andor), wcielających się w protagonistów filmu, co jest z jednej strony bardzo zabawne, ale z drugiej zupełnie nie dziwi, jako że Disney na te role poszukuje przede wszystkim aktorów nadających się estetycznie do tłumaczenia franczyzy na język konsumencki, co sprawia, że są oni wymienni, jak felgi w legendarnym Golfie III.

Ale ich role nie są złe, a przez to że scenariusz uchwycił całkiem sporo dramatyzmu, a Edwards sam jest fanem sagi, ostateczny efekt daje sporo satysfakcji, która w moim osobistym wypadku pozostaje także wynikiem tego, iż nie znajdziemy na ekranie wyrachowanych prób wyciskania łez z widza, poza drobnymi ukłonami o bardzo nostalgicznym charakterze, które da się jednak w pełni usprawiedliwić po stronie narracji.

I choć jest to oczywiście film PG-13, bo innych Disney nie kręci, czyli dostajemy wojenną rzeź bez kropli krwi, Edwards montuje całkiem udaną wizję zmagań o losy Galaktyki z bohaterami, którzy muszą dokonywać trudnych decyzji, poświęcać się i ginąć, a więc mają jakiś zarys realizmu tak potrzebnego odświeżonym Gwiezdnym wojnom, balansującym w Przebudzeniu mocy na granicy kiczu.

Czy jest to jednak film polityczny? Zważywszy na to, że saga miała u swojego zarania bardzo polityczny charakter, co Lucas przyznał po latach bez owijania w bawełnę, Łotr 1 wraca po prostu do korzeni, choć nie naciągałbym teorii do tego stopnia, że film komentuje bieżące wydarzenia polityczne.

W efekcie dostajemy obraz, który próbuje być czymś więcej, niż próbą wyciągnięcia pieniędzy z portfela i w pełni zasługuje na uwagę wszystkich fanów Gwiezdnych wojen, którzy znajdą w nim poza nowymi także dobrze znane przez siebie charaktery – zaliczającego brutalny epizod Dartha Vadera oraz wygenerowanych cyfrowo Wilhuffa Tarkina (Peter Cushing) i księżniczkę Leię (Carrie Fisher).

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Rogue One: A Star Wars Story
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Walt Disney Pictures Polska
Ocena MGV: 4/5

Świat Dzikiego Zachodu (1973)

westworld_1973_original_poster

Wyreżyserowany przez Michaela Crichtona w zaledwie 30 dni dla MGM, która zgodziła się dać mu pierwsze ostrogi pod warunkiem, że budżet nie przekroczy $1,3 mln, Świat Dzikiego Zachodu był pierwszym filmem w historii, w którym wykorzystano CGI. Debiut Crichtona otworzył również podwoje całej serii futurystycznych dystopii, w których główną rolę grała sztuczna inteligencja, buntująca się przeciwko swojemu twórcy – Terminator był filmem bezpośrednio zainspirowanym debiutem Crichtona.

Autor twierdzi, że jego pomysł stał się scenariuszem filmowym, bo nie działał jako powieść – miał zbyt wiele wizualnych pomysłów, które trudno było przetłumaczyć na medium książki. Sama idea zrodziła się zaś po odwiedzeniu Kennedy Space Center, w którym astronauci byli trenowani przez maszyny, starając się odwzorować (w jego oczach) cyfrową przewidywalność.

Sądzę, że to odczucie zrodziło ideę filmu. Pomysł na zabawę w sytuację, która rozmywa granice pomiędzy osobą i maszyną, pomiędzy samochodem i kierowcą, która pozwala inaczej spojrzeć na istotę tego co ludzkie i tego co mechaniczne – mówił Crichton w 1973.

Tytułowy Świat Dzikiego Zachodu to jedna z trzech sekcji futurystycznego parku rozrywki dla bogatej klasy średniej, który kusi również Światem Starożytnego Rzymu i Światem Średniowiecza za $1 tys. dziennie (czyli około $10 tys. na dzisiejsze pieniądze).

Są one realizacją współczesnych marzeń o cofnięciu się w przeszłość z jej prostotą, ale także przygodami i emocjami, jednak bez niebezpieczeństwa i negatywnych konsekwencji, bo wszystko tutaj ma być teoretycznie niewinną zabawą.

Forma jest przy tym dość mocno zakotwiczona w hollywoodzkiej klasyce, bo Crichton świadomie operuje westernowymi, przygodowymi czy peplumowymi kliszami, które tworzą narracje przeznaczone do wciągania użytkowników w wybrany przez siebie świat.

Na Dzikim Zachodzie mamy więc obowiązkowe bójki w saloonie i pościgi konne, w Średniowieczu uczty zamkowe i pojedynki na miecze, a w Starożytnym Rzymie orgie alkoholowo-seksualne… z tym, że aktorzy w tym spektaklu to androidy, nad którymi użytkownicy mają władzę absolutną.

Reżyser nie sili się jednak na jakieś wybitnie autorskie zabiegi i traktuje swój debiut, jak klasyczne kino gatunkowe. Mamy więc parę przyjaciół o przeciwstawnych charakterach, nieśmiałego Petera (Richard Benjamin) i aroganckiego Johna (James Brolin), którzy przybywają do parku na kilka dni, żeby zrzucić swoje nudne role społeczne i przeobrazić się w dwójkę rewolwerowców.

John od początku popycha Petera, by ten obudził swojego wewnętrznego tygrysa, co ten faktycznie czyni, już pierwszego dnia załatwiając swojego pierwszego androida po sprzeczce przy barze. Android pojawia się jednak niespodziewanie w pokoju Johna dzień później, terroryzując go swoim coltem, bo technicy naprawiają maszyny w nocy i uaktywniają je ponownie rano, co Crichton pokazuje widzowi wymownie w scenach takich jak ulica zasłana ciałami po całym dniu zabawy, które się ciekawie trawi.

Peter ponownie zabija androida, granego przez samego Yula Brynnera (członka obsady m.in. Siedmiu Wspaniałych), ale to ostatnia niewinna przygoda obydwóch kumpli, bo od tego momentu coś w Świecie Dzikiego Zachodu zaczyna się psuć i nieszkodliwe dotąd maszyny zaczynają żyć własnym życiem, co wprowadza klimat thrillera survivalowego, w którym zastraszone ludzkie ofiary muszą walczyć o przetrwanie w wyjętym spod wszelkiej kontroli środowisku, opanowanym przez wrogów dysponujących przytłaczającą przewagą.

Dzięki temu zabiegowi Świat Dzikiego Zachodu nabiera w drugiej połowie hitchcockowskiego suspensu, choć z mocnym akcentem na akcję. Pojawiają się też wspomniane, archaiczne efekty CGI, które dają wyobrażenie widzowi, jak świat postrzegają androidy.

Terror, jaki powoduje bunt maszyn, zostaje przeciwstawiony prostej rozrywce, do której miały w zamyśle służyć, co prowokuje oczywiście pewne pytania natury etycznej, które niekoniecznie są zamysłem reżysera i w latach ’70 pozostawały – o czym należy pamiętać – czystą fantazją.

Jednak w drugiej dekadzie XXI wieku, w rzeczywistości zdominowanej przez cyfrowe technologie i Internet, z podbijającą rynek wirtualną rzeczywistością i sztuczną inteligencją, której rozwój do poziomu wcześniej niewyobrażalnego pozostaje jedynie kwestią kilku lat, pytania poruszane przez Świat Dzikiego Zachodu nabierają zdumiewającego realizmu.

Na czasie jest również retromania, która z roku na rok staje się coraz silniejsza i pytanie, jak poradzimy sobie z technologiami, które z pełną premedytacją obdarzamy świadomością.

Conradino Beb

Oryginalny tytuł: Westworld
Produkcja: USA, 1973
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

The Park is Mine (1986)

the_park_is_mine_1986_poster

Film otwiera sekwencja samobójczego skoku jednego z wielu weteranów wojny w Wietnamie, którzy ze sfiksowaną psychiką powrócili do kraju. Jednym z nich jest Mitch (w tej roli Tommy Lee Jones), niepotrafiący pokonać ciążącego nad nim widma wojny bohater, który postanawia siłą przejąć władzę nad Central Parkiem.

Akt ten, będący u podstaw krzykiem rozpaczy, ma na celu zwrócenie uwagi rządu i społeczeństwa na problemy adaptacji w nowym środowisku jego kolegów po fachu.

Scenariusz napisany przez Stephena Petersa i Lyle Gorch bazuje na wydanej w 1981 noweli pod tym samym tytułem. Nietrudno się tutaj doszukać odniesień do kultowych filmów post-wietnamskiej ery kina tj. Rambo: Pierwsza krew czy Taksówkarz.

Jednak reżyser, Steven Hillard Stern, nie podchodzi w tak subtelny sposób do opowiadanej historii jak jego poprzednicy. Mitch nie zastanawia się długo, nie obmyśla szczegółowego planu. Korzystając z pokaźnego arsenału pozostawionego przez jego kumpla, w pełni uzbrojony wkracza do zielonych płuc Wielkiego Jabłka już w 15 minucie filmu.

Zabieg ten pozwala reżyserowi szybko przejść do sedna akcji – próby odbicia parku przez oddziały SWAT. I tutaj jest naprawdę dobrze! Mitch zastawia pułapki, miny czy zasieki, a sam pruje do niebieskich z M4.

Central Park staje się tutaj prawdziwym polem działań wojennych, po których nasz bohater przemieszcza się na swoim dwukołowcu. Choć sam koncept wojny jednego przeciw wszystkim wydaje się trochę naiwny, dzięki świadomie spłyconej konwencji film Sterna wychodzi z tego obronną ręką.

Z drugiej jednak strony, film aż prosi się o nieco bardziej pogłębione i mocniej nakreślone podłoże psychologiczne Mitcha, gdyż staje się on tutaj zaledwie głosem większości, skondensowaną frustracją byłych weteranów, z którymi Ameryka nie mogła sobie przez długi czas poradzić.

Jednak jak na tytuł przeznaczony dla telewizji – a Tommy Lee Jones w tamtym okresie był znany głównie z takich produkcji – jest on odważną wizją zwracającą uwagę na poważny problem społeczny. Produkcja zahacza w pewnym momencie o relacje złamanego weterana z jego bliskimi, jednak w skali filmu temat ten zostaje dosłownie liźnięty.

Jak na produkcję telewizyjną wrażenie robi również realizacja. Oparta na syntezatorach ścieżka dźwiękowa, skomponowana w głównej mierze przez Edgara Froese, to destylat brzemienia kina lat 80-tych.

Wrażenie robi również ekspozycja strzelanin, wybuchów i całej reszty wojennego rzemiosła. Stylistycznie twórcy czerpią pełnymi garściami z dorobku Johna Carpentera, szczególnie da się wyczuć mocne inspiracje klasykiem Oni żyją.

Ogólnie jest to seans wyjątkowo rozrywkowy z obowiązkowym romansem na drugim planie. Ale Tommy Lee Jones z wymazaną twarzą, w lustrzanych aviatorach i bejsbolówce Jankesów to nie jedyny powód, by sięgnąć po tę zapomnianą dzisiaj produkcję.

To spojrzenie na niechlubny kawał historii Stanów Zjednoczonych z lekkim przymrużeniem oka i ironicznym uśmiechem, wypełnione wybuchami i rzucanymi przez głównego bohatera badassowymi tekstami. Trzymający się wiernie kina akcji minionego wieku film, za którego kotarą kryje się głębsza refleksja, choć może trochę zbyt dosłowna.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: The Park Is Mine
Produkcja: Kanada, 1986
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Japoński superbohater Hentai Kamen czerpie siłę z seksownych majteczek!

Hentai Kamen (pl. Maska Perwersji) to oryginalnie manga autorstwa niejakiego Keishū Ando, który swoim superbohaterem uczynił nastolatka Kyōsuke Shikijō, mistrza kendo.

Trailer do filmu / angielskie napisy

Ale historia transformacji tego superbohatera ma wyjątkowy twist, bo niezdarny w kontaktach z kobietami Kyōsuke po raz pierwszy odkrywa swoje super zdolności, gdy zakłada na twarz koronkowe majtki jako maskę w trakcie próby odbicia swojej ukochanej z rąk bandytów.

Jego dar perwersji, odziedziczony po matce dominie, zostaje w tym samym momencie genetycznie aktywowany razem z bojowym potencjałem własnego ciała i od tej pory Hentai Kamen (bo takie już na wieki bedzię nosił imię) używa obydwóch do zwalczania zbrodni.

Hentai Kamen się nie pierdoli z kryminalistami!

Manga została zekranizowana w 2013 przez Yūichi Fukudę, reżysera znanego w Japonii z dramatów telewizyjnych tj. One Pound Gospel czy Saru Lock. W obsadzie filmu znajdziemy Ryohei Suzuki (Kyosuke) oraz Fumikę Shimizu (w roli obiektu westchnień). Głównym tematem muzycznym jest uroczy numer Emotions Man With A Mission, a w intrze wykorzystano Blast power metalowców z Anthem.

Anthem – „Blast”

Film nie zrobił furory w japońskim box office, ale i tak przekroczył oczekiwania wielu fanów i krytyków…

Na jakich gatunkach przemysł filmowy zarabia najwięcej?

Myśląc o ogromnych pieniądzach, jakie hollywoodzkie wytwórnie zarabiają na filmach, instynktownie myślimy o naładowanych efektami specjalnymi blockbusterach z gwiazdorską obsadą. Jednak filmy te kosztują majątek i zwrot z inwestycji (ROI) jest bardzo niewielki w porównaniu z tymi, które mają średni lub niski budżet i często nie posiadają żadnych znanych nazwisk.

Faktycznie, na liście filmów, które przyniosły największy zwrot z inwestycji w historii przemysłu filmowego, nie znajdziemy Iron Mana, Władcy pierścieni czy Titanica, bo przychód z biletów, licencji telewizyjnych i wydań DVD/Blu-ray tych behemotów musiał zostać pomniejszony o koszty produkcji, promocji i dystrybucji, a także ubezpieczenia, od których na końcu trzeba było jeszcze zapłacić podatek dochodowy.

Oczywiście, Złote Globy i Oscary zwiększają rentowność każdego produktu, więc studia wydają również dużo na bankiety i prezenty dla jurorów, które jeśli poskutkują otrzymaniem nagrody, wydłużają „okres trwałości”, a więc zapewniają długofalowe przychody bez potrzeby kontynuowania wydatków marketingowych, które średnio stanowią 50-70% wydatków produkcyjnych.

Popularne filmy o superbohaterach są zazwyczaj sprzedawane przez Hollywod jako przygodowe kino akcji. Ich produkcja kosztuje majątek, ale dzięki obniżeniu kategorii wiekowej do minimum studia stawiają na szeroki zasięg. Ze względu na to, że promocja obejmuje masowe kampanie marketingowe, które trafiają do bardzo szerokiej publiczności, mogułowie obstawiają pewne wpływy kasowe… ale że wtopy zdarzają się często, ryzyko finansowe tych produkcji jest również niezwykle wysokie!

the-most-profitable-movies-since-2010
Filmy o najwyższym ROI od 2010

Jako że na filmy te wydaje się jednak masę pieniędzy, zwrot z inwestycji jest zazwyczaj bardzo niski. Przykładowo, Avatar zarobił $2,7 mld, ale ROI filmu to zaledwie 500%, co jest liczbą śmiesznie niską w porównaniu z klasykiem kina drogi, Mad Maxem (1979), walczącym w tej samej kategorii, którego ROI to oszałamiające 24.837,5%. Budżet filmu Millera w tym przypadku okazał się wielkim atutem ekonomicznym.

Innymi ważnymi gatunkami dla przemysłu filmowego są melodramat i komedia romantyczna, często targetowane do tej samej grupy odbiorczej. Budżety tych filmów znacząco odbiegają od filmów akcji, a więc w przypadku sukcesu, mogą one przynieść znaczący zwrot z inwestycji, jak irlandzki musical romantyczny Once (2007), który nakręcony za $150 tys. zarobił prawie $19 mln, osiągając ROI w wysokości 6.232,39%.

Wśród innych filmów z tej samej kategorii na liście filmów z najwyższym ROI wszech czasów dziewiąte miejsce zajmuje American Graffiti George’a Lucasa z wynikiem 8.909,01%. Niezależna komedia Napoleon Wybuchowiec (2004) nakręcona za $400 tys., dwunaste z wynikiem 5.667,62%, a klasyczny melodramat Przeminęło z wiatrem piętnaste z wynikiem 4.906,73%. Wśród tych filmów bardzo dużo znajdziemy niestety również finansowych porażek, które nie są jednak dla przemysłu tak znaczące jak porażki blockbusterów.

Ponad nimi znajduje się jednak gatunek, który zajmuje bardzo wyjątkową pozycję w kwestii zwrotów z inwestycji… a jest nim dokument. Z minimalnymi kosztami produkcji, brakiem wysoko opłacanych gwiazd czy efektów specjalnych, dokumenty potrafią przynosić astronomiczne zarobki, jeśli tylko przebiją się do szerokiej publiczności, a zdarza się to coraz częściej w dwóch ostatnich dekadach.

Niezależny hit Tarnation (2003) został nakręcony przez Jonathana Caouette’a za $218, a jego promocja kosztowała $400 tys., czyli cempletki w porównaniu z innymi filmami niezależnymi. W efekcie jego ROI sięgnęło 266.416.97%, co daje mu trzecią pozycję na liście zwrotów z inwestycji wszech czasów. Tuż za nim uplasował się inny hit, Super Size Me, który kosztował $65 tys. i osiągnął ROI w wysokości 22.614,90%. Dodać należy, że dokumenty które na siebie nie zarabiają, praktycznie nie istnieją.

box_office_roi
ROI w latach 2003-2012 podzielone na gatunki

Poza dokumentami, przemysł filmowy nie mógłby istnieć bez jednego gatunku, który jest niemal tak stary jak samo kino, a jest nim oczywiście horror. Paranormal Activity (2007) plasuje się na podium listy najwyższych ROI z budżetem $15 tys. i zarobkami w box office, które sięgnęły prawie $162 mln., dając ROI w wysokości 539.336,30%.

Inny niezależny horror, The Blair Witch Project (1999), który przywrócił modę na konwencję found footage, osiągnął z kolei zwrot w wysokości 20.591%, a klasyczna Noc żywych trupów (1968) 13.057,89%. W pierwszej dwudziestce znajdziemy ponadto Piątek 13-go ze zwrotem 5.332,24%, Ocean strachu (2003) ze zwrotem 5.110,09% , Piłę ze zwrotem 4.195,68% oraz Martwe zło ze zwrotem 3.820%.

Ogólnie rzecz biorąc, horror jako gatunek zajmuje najwięcej miejsc w pierwszej dwudziestce najwyższych ROI w historii przemysłu filmowego, zaliczając także najmniej wtop. W latach 2003-2012 horror zrzucił wprawdzie z tego piedestału dokument, ale w dłuższej perspektywie jest to absolutny król finansowego sukcesu w kinie, którego wspiera dobrze zorganizowana scena fanowska i długa tradycja, co tłumaczy częściowo dlaczego mimo okresów kryzysu gatunek ten zawsze dokonywał rewizji własnych klisz i ponownie stawał na nogi.

Conradino Beb

Źródło: Investopedia

On nigdy nie umarł (2015)

he-never-died-poster-2015

Czasem człowiek ma pewne oczekiwania od filmu, które próbuje podtrzymywać nawet wbrew temu co widzi na ekranie, bo czeka na nagły zwrot akcji czy cokolwiek, co ma go przekonać, że nie traci czasu. Niestety, równie często wpada on w sidła własnych oczekiwań i w efekcie dostaje czekoladkę z rzygiem w środku, parafrazując złotą myśl Forresta Gumpa.

Tak mniej więcej streściłbym seans gatunkowego niezależniaka Jasona Krawczyka z główną rolą Henry’ego Rollinsa (może dlatego tyle obiecującego), który próbuje nawiązywać romans z biblijnym mitem Kaina, kinem kanibalistycznym i miejskim thrillerem o małych ludziach, padając na pysk już gdzieś w połowie. Kilka chichów nie rekompensuje niestety chujowego scenariusza i nieskładnej reżyserii, która mogłaby zrobić lepszy użytek z tego mizernego budżetu.

Gwoli wyjaśnienia, pomysł na obsadzenie legendy HC w roli nieśmiertelnego kanibala, który dostaje pierdolca od towarzyszenia ludzkości od jej zarania, był fajny, tyle że egzekucja pozostawia wiele do życzenia. Jack śpi całymi dniami, a w wolnych chwilach chodzi po mieście, gra w bingo z lokalnymi emerytami lub przesiaduje w barze, gdzie zamawia dania wegetariańskie i to tyle… pomysł, na który mógłby wpaść student kulturoznawstwa żyjący przez tydzień na zupkach chińskich i doprowadzony w ten sposób do radykalnego obniżenia hemoglobiny.

Dziwnym trafem Jack pewnego dnia spotyka swoją córkę, bo przecież nigdy nie przestał wierzyć w sens życia małżeńskiego, więc czasem udaje mu się spłodzić potomka… choć miał przecież setki tysięcy lat, żeby nauczyć się czegoś od życia. Ale to tylko jeden z nonsensów On nigdy nie umarł, innym jest kryminalna intryga z udziałem lokalnego gangu, jego córki i pielęgniarza, od którego Jack kupuje świeżą krew – jedyną rzecz, która pozwala mu dzielnie stawiać czoła uzależnieniu od ludzkiego mięsa (czyt. Jack walczy o ludzki pierwiastek).

Całe szczęście, reżyser zdecydował się wprowadzić trochę jatki, bo w wypadku gdyby postawił tylko na psychologię charakteru, widz pewnie musiałby siedzieć przed ekranem z żyletkami gotowymi do użycia na własnych nadgarstkach. Henry Rollins gra dobrze, ale jego charakter przypomina przysłowiowego stracha na wróble, którego jedyną esencją są podkrążone oczy i blada skóra. Nie znajdziemy tu ani głębi Wywiadu z wampirem, ani akcji netfliksowego Daredevil, choć Jack w pewnych momentach wydaje się być charakterem komiksowym.

Jednak największym zarzutem jest to, że Krawczyk nie ma żadnego pomysłu na to, jak rozegrać akcję, ani jak wykorzystać ciekawy w teorii charakter. Jego film w efekcie balansuje na cienkiej granicy czarnej komedii, thrillera, filmu akcji i klasycznego monster movie. O ból głowy przyprawia do tego migająca w tle metafizyka, a gdy dochodzi do dialogu pomiędzy Jackiem, a Śmiercią, człowiek nie wie czy się śmiać czy płakać. Ale jeśli po przeczytaniu tekstu wciąż rozważacie oglądanie tego filmu, to przynajmniej zostaliście ostrzeżeni!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: He Never Died
Produkcja: USA/Kanada, 2015
Dystrybucja w Polsce: Netflix lub brak
Ocena MGV: 2,5/5

Gliniarz samuraj (1991)

samurai_cop_1991_poster

Akcja tego reliktu z czasów panowania kaset VHS zabiera nas w samo serce rozgrzanego letnim słońcem zachodniego wybrzeża USA. Bezradna policja w konfrontacji z lokalnym kartelem narkotykowym zostaje zmuszona do wezwania biegłego w sztukach walki wschodu Joe Marshalla.

Zanim tytułowy gliniarz-samuraj uratuje jednak miłość swojego życia z paszczy smoka, zmuszony będzie do krwawej konfrontacji z nasłanymi na niego bandziorami oraz zadowalania w łóżku napotkanych kobiet.

Film w reż. Amira Shervana jest tym dla kina policyjnego, czym dla filmów wojennych jest niesławny Żywy cel. To produkcja na wskroś zła, na którą składają się wszelkie błędy, jakie tylko może popełnić ekipa filmowa na planie. Fabularnie, twórca czerpie pełnymi garściami z nurtu kung-fu, kina policyjnego oraz pełnych testosteronu akcyjniaków, masowo kręconych w drugiej połowie lat 80-tych.

Mamy zatem twardego komisarza, w którego wcielił się Jimmy Williams. Soczysty słowotok przerywa on zawsze kolejnym machem z cygara. Za pomagiera głównego bohatera robi zaś czarnoskóry Washington (Mark Frazer). Jego rola sprowadza się z kolei do oddania ostatniego strzału ratującego życie Marshalla.

Jednak to protagonista napędza to kuriozum pełne trafionych i nietrafionych pomysłów. Popisy aktorskie Mathew Karedasa, których określenie jako słabych byłoby jak porównywanie przydworcowej budy do restauracji z gwiazdką Michelin, są tu główną atrakcją. Facet albo stara się o status najbardziej drewnianego aktora na świecie, albo cierpi na zaawansowaną chorobę maskowatej twarzy.

Kiedy strzela z karabinu, uprawia seks z panią pilot helikoptera, czy poddaje się bezwzględnemu bossowi Okumura, wygląda zawsze jak podróbka. Po drugiej stronie barykady stoi z kolei Yamashita, którego gra tutaj znany choćby z trylogii o Maniakalnym glinie Robert Z’Dar (sic!) Koleś oprócz swojej dość pokaźnej żuchwy nie ma jednak nic innego do zaoferowania, co widać w każdej scenie z jego udziałem.

W całym tym chaosie, gdzie sceny mimo kilkusekundowej różnicy czasu wyglądają jakby nagrywane były w kilkugodzinnych odstępach, kryją się jednak pokłady czystej zabawy. To kino tak złe, że w niektórych kręgach osiągnęło już status kultowego, siadając obok takich dzieł jak The Room Tommy’ego Wiseau czy niesławnym Birdemic: Shock and Terror.

Film jest odpowiednio krwawy w swoim tandetnym sensie i przepełniony walkami kung-fu. Przez spłycenie fabuły seans mija zaskakująco szybko, bo zamiast zagłębiać się w zdegenerowane środowisko przestępcze USA, od razu kopiemy mu dupsko.

Z czystym sercem można polecić to dzieło wszystkim kinematograficznym masochistom, którzy w wyszukiwaniu takich „perełek” znajdują przyjemność. Jeśli chcesz zobaczyć jak wyglądałoby Kung Fury nakręcone w latach 90-tych i (chyba) z dużo mniejszym budżetem, to śmiało odpal sobie Gliniarza samuraja, ale pamiętaj, by seans wszedł gładko pomoże tylko dobrze nabite bongo.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Samurai Cop
Produkcja: USA, 1991
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2/5

2020: Gladiatorzy przyszłości (1982)

2020_texas_gladiators_vhs_cover
W lata 80-te Joe D’Amato wkroczył z pokaźnym dorobkiem filmowym na swoim koncie, na który składały się niskobudżetowe horrory i dziwne filmy erotyczno-przygodowe. Ale Włoch chciał również dołożyć cegiełkę do szalejącego wówczas kina post apokaliptycznego. Zanim jednak umoczył palce w dwóch podróbkach Mad Maxa: Wojownika szos – są to: W martwej strefie oraz Końcowa rozgrywka – nakręcił trashową produkcję o pięknym tytule 2020: Gladiatorzy przyszłości aka. Gladiatorzy z Teksasu Roku 2020.

Maczał palce to swoją drogą dobre określenie, bo jeśli wierzyć samemu D’Amato, za dzieło to odpowiedzialny jest w większości George Eastman. Joe miał tylko nadzorować poczynania swojego kolegi, lecz ze względu na zaskakująco dobrą pracę Eastmana, spędził na planie filmu tylko kilka dni.

Ta pokręcona wizja przyszłości przenosi nas na zrujnowane południe USA, gdzie miarą wartości człowieka jest jego siła fizyczna. Poznajemy mieszkańców pewnej rafinerii, którzy pod wodzą Nisusa (Al Cliver) oraz jego małżonki, blond piękności Maidy (Sabrina Siani), wiodą spokojne życie pośród zgliszczy cywilizacji. Ta sielanka jednak nie trwa długo, gdyż osada zostaje najechana przez wojska faszyzującego łysego Donala (Donald O’Brien), współpracującego z najemnikami pod wodzą Catch Doga (Daniel Stephen).

Już sceny tego ataku są doskonałym pretekstem, aby wyłączyć mózg i rzucić się w wir szalonej wyobraźni scenarzystów. Uzbrojeni w karabiny najemnicy szarżują na swoich ryczących motorach, ubrani w skóry, futra i obwieszeni pasami naboi, z obowiązkowym okrzykiem na ustach.  Z drugiej strony mamy prujących do nich z karabinów obrotowych facetów w koszulach i białych kaskach. Myślicie że to szaleństwo? To poczekajcie jeszcze chwilę!

Choć pierwsza fala napastników zostaje odparta, rafineria zostaje ostatecznie podbita, w wyniku czego ginie jej zarządca, Nisus. Kobiety zostają przetransportowane do post apokaliptycznych burdeli i kasyn, a faceci do ciężkich robót w kopalniach. Z pozostałych przy życiu i na wolności tworzy się ruch oporu pod przywództwem Maidy, która za wszelką cenę chce odzyskać porwaną córkę.


I tutaj zaczyna się właściwa akcja filmu. Razem z grupą bohaterów będziemy uciekać przed zmotoryzowanymi oddziałami najemników, zwiejemy z kopalni, której zarządcą jest psychopatyczny szeryf, a także trafimy do lasu zamieszkanego przez Indian, którzy pomogą naszym towarzyszom w wygraniu nierównej wojny!

W kategorii kina śmieciowego film broni się całkiem dobrze! Fani kiczowatej rozrywki spod znaku Tromy, czy wszelakiego kina klasy D lub niżej, będą mieli dużo radochy. Wartka akcja co prawda bardziej śmieszy, niż trzyma w napięciu, ale nie ukrywajmy, kto dzisiaj bierze te filmy na poważnie? Widok strzelających z łuków Indian do zasłaniającej się plastikowymi tarczami gwardii Donala niejednego rozbawi do łez.

Największą wadą filmu jest słaby scenariusz, który niezbyt starannie łączy wątki, zmienia perspektywę z bohatera na bohatera, dzięki czemu czasami trudno się w tym wszystkim połapać. Ale kiedy wykrystalizują się już najważniejsze postaci, film nie będzie wymagał od nas niczego ponad pogodzenie się z obraną przez twórców konwencją.

Subiektywnie rzecz biorąc, Gladiatorzy z Teksasu Roku 2020 to jeden z lepszych filmów w dorobku D’Amato, a na pewno najlepszy spaghetti western, którego znamion łatwo się jest tu doszukać. Mikroskopijny budżet, czerstwi aktorzy i praca kamery, wołająca czasami o pomstę do nieba, to nic w porównaniu z tym, ile rozrywki dostarcza nam ta szalona produkcja. Po seansie na usta ciśnie się tylko jedna fraza: „I jak tu nie kochać lat 80-tych?”.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Znany pod tytułami: 2020 Texas Gladiators / Anno 2020 – I gladiatori del futuro / One Eye Force / 2020: Freedom Fighters / Gladiatorzy z Teksasu roku 2020 / 2020: The Rangers of Texas / Sudden Death
Produkcja: Włochy, 1982
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5