Archiwa tagu: film akcji

Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie (2016)

rogue_1_star_wars_poster

Po obejrzeniu Łotra 1 jedna rzecz tak naprawdę nie ulega wątpliwości: ten film żadnym spinoffem nie jest. To historia, która w integralny sposób została powiązana z głównym wątkiem gwiezdnej sagi i za kilka lat może się okazać seansem obowiązkowym dla wszystkich żółtodziobów, jak teraz jest już dla zagorzałych fanów.

To także film zdecydowanie lepszy od Przebudzenia mocy, które z trudem przeskoczyło trylogię prequelową, a które sam George Lucas nazwał remakiem, z czym naprawdę ciężko się kłócić, bo scenarzyści i reżyser ujawnili tyle kompromitujących szczegółów na temat preprodukcji, że w zasadzie należy im pogratulować zrealizowania dobrego remake’u (szperaczy odsyłam do riserczu).

Łotr 1 nie jest przy tym pozbawiony pewnych wad i powiedzmy sobie szczerze, starej trylogii wciąż nie przeskakuje (do Imperium kontratakuje dużo mu brakuje), ale film został przynajmniej zrobiony z ładem i składem, ma bardzo dobrą obsadę, ciekawe kreacje, gładki scenariusz, niezłą reżyserię – która umie odróżnić właściwe tempo od nieuzasadnionych zwrotów akcji – i nie dusi widza piardami narracyjnymi w stylu „obejrzyj następny film, to skumasz dlaczego”.

Czas akcji został osadzony pomiędzy upadkiem Republiki, wzorowanym oryginalnie przez Lucasa na upadku Stanów Zjednoczonych, czyli przejęciu władzy przez Richarda Nixona (oportunisty, paranoika i tyrana), jaki pamiętamy z nienajlepszej (choć może też nienajgorszej) Zemsty Sithów, kiedy ostatni Jedi udali się na galaktyczne wygnanie i nastały czasy mroku, grozy, i ciemności (sorki oczywiście za spojlery), a pierwszymi scenami Nowej nadziei.

W tymże mrocznym czasie zawiązał się szczęśliwie Sojusz Rebeliantów, który zaczął kombinować, jak skutecznie obalić Imperium i przywrócić ład w Galaktyce, co jak wiemy prawie się udało w Powrocie Jedi (sorki ponownie za spojlery), ale jednak się nie udało (sorry, ale nie mogłem się powstrzymać), dzięki czemu do boju ruszyli w końcu producenci Disneya i rozbudzili na świecie potrzebę Przebudzenia Mocy (2015), która tylko na terenie USA dała mocny wynik prawie $1 mld brutto.

Ale wracając do Łotra 1, film odkrywa przed widzem ważny epizod z okresu walki Sojuszu z Imperium, w którym grupa straceńców rabuje plany Gwiazdy Śmierci (megastacji kosmicznej o śmiercionośnej sile bojowej), by dać później Luke’owi Skywalkerowi okazję do zniszczenia jej raz i na zawsze, ale wcześniej musi ona odnaleźć Saw Gerrerę, schizmatyka w szeregach rebeliantów – jedyny ślad do miejsca przechowywania planów.

Wyreżyserowany przez Garetha Edwardsa, który zaczął swoją karierę w przemyśle filmowym od przygotowywania efektów specjalnych do programów BBC, PBS i Discovery, Łotr 1 nieco chwiejnie wprowadza widza w historię, która jednak dobrze się rozwija i już w połowie stoi na przyzwoitym poziomie, czemu pomagają znakomite role doświadczonych i utalentowanych aktorów takich jak: Ben Mendelsohn (Orson Krennic), Forest Whitaker (Saw Gerrera), Mads Mikkelsen (Galen Erso).

Biją oni na głowę warsztat Felicity Jones (Jyn Erso) i Diego Luny (Cassian Andor), wcielających się w protagonistów filmu, co jest z jednej strony bardzo zabawne, ale z drugiej zupełnie nie dziwi, jako że Disney na te role poszukuje przede wszystkim aktorów nadających się estetycznie do tłumaczenia franczyzy na język konsumencki, co sprawia, że są oni wymienni, jak felgi w legendarnym Golfie III.

Ale ich role nie są złe, a przez to że scenariusz uchwycił całkiem sporo dramatyzmu, a Edwards sam jest fanem sagi, ostateczny efekt daje sporo satysfakcji, która w moim osobistym wypadku pozostaje także wynikiem tego, iż nie znajdziemy na ekranie wyrachowanych prób wyciskania łez z widza, poza drobnymi ukłonami o bardzo nostalgicznym charakterze, które da się jednak w pełni usprawiedliwić po stronie narracji.

I choć jest to oczywiście film PG-13, bo innych Disney nie kręci, czyli dostajemy wojenną rzeź bez kropli krwi, Edwards montuje całkiem udaną wizję zmagań o losy Galaktyki z bohaterami, którzy muszą dokonywać trudnych decyzji, poświęcać się i ginąć, a więc mają jakiś zarys realizmu tak potrzebnego odświeżonym Gwiezdnym wojnom, balansującym w Przebudzeniu mocy na granicy kiczu.

Czy jest to jednak film polityczny? Zważywszy na to, że saga miała u swojego zarania bardzo polityczny charakter, co Lucas przyznał po latach bez owijania w bawełnę, Łotr 1 wraca po prostu do korzeni, choć nie naciągałbym teorii do tego stopnia, że film komentuje bieżące wydarzenia polityczne.

W efekcie dostajemy obraz, który próbuje być czymś więcej, niż próbą wyciągnięcia pieniędzy z portfela i w pełni zasługuje na uwagę wszystkich fanów Gwiezdnych wojen, którzy znajdą w nim poza nowymi także dobrze znane przez siebie charaktery – zaliczającego brutalny epizod Dartha Vadera oraz wygenerowanych cyfrowo Wilhuffa Tarkina (Peter Cushing) i księżniczkę Leię (Carrie Fisher).

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Rogue One: A Star Wars Story
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Walt Disney Pictures Polska
Ocena MGV: 4/5

Świat Dzikiego Zachodu (1973)

westworld_1973_original_poster

Wyreżyserowany przez Michaela Crichtona w zaledwie 30 dni dla MGM, która zgodziła się dać mu pierwsze ostrogi pod warunkiem, że budżet nie przekroczy $1,3 mln, Świat Dzikiego Zachodu był pierwszym filmem w historii, w którym wykorzystano CGI. Debiut Crichtona otworzył również podwoje całej serii futurystycznych dystopii, w których główną rolę grała sztuczna inteligencja, buntująca się przeciwko swojemu twórcy – Terminator był filmem bezpośrednio zainspirowanym debiutem Crichtona.

Autor twierdzi, że jego pomysł stał się scenariuszem filmowym, bo nie działał jako powieść – miał zbyt wiele wizualnych pomysłów, które trudno było przetłumaczyć na medium książki. Sama idea zrodziła się zaś po odwiedzeniu Kennedy Space Center, w którym astronauci byli trenowani przez maszyny, starając się odwzorować (w jego oczach) cyfrową przewidywalność.

Sądzę, że to odczucie zrodziło ideę filmu. Pomysł na zabawę w sytuację, która rozmywa granice pomiędzy osobą i maszyną, pomiędzy samochodem i kierowcą, która pozwala inaczej spojrzeć na istotę tego co ludzkie i tego co mechaniczne – mówił Crichton w 1973.

Tytułowy Świat Dzikiego Zachodu to jedna z trzech sekcji futurystycznego parku rozrywki dla bogatej klasy średniej, który kusi również Światem Starożytnego Rzymu i Światem Średniowiecza za $1 tys. dziennie (czyli około $10 tys. na dzisiejsze pieniądze).

Są one realizacją współczesnych marzeń o cofnięciu się w przeszłość z jej prostotą, ale także przygodami i emocjami, jednak bez niebezpieczeństwa i negatywnych konsekwencji, bo wszystko tutaj ma być teoretycznie niewinną zabawą.

Forma jest przy tym dość mocno zakotwiczona w hollywoodzkiej klasyce, bo Crichton świadomie operuje westernowymi, przygodowymi czy peplumowymi kliszami, które tworzą narracje przeznaczone do wciągania użytkowników w wybrany przez siebie świat.

Na Dzikim Zachodzie mamy więc obowiązkowe bójki w saloonie i pościgi konne, w Średniowieczu uczty zamkowe i pojedynki na miecze, a w Starożytnym Rzymie orgie alkoholowo-seksualne… z tym, że aktorzy w tym spektaklu to androidy, nad którymi użytkownicy mają władzę absolutną.

Reżyser nie sili się jednak na jakieś wybitnie autorskie zabiegi i traktuje swój debiut, jak klasyczne kino gatunkowe. Mamy więc parę przyjaciół o przeciwstawnych charakterach, nieśmiałego Petera (Richard Benjamin) i aroganckiego Johna (James Brolin), którzy przybywają do parku na kilka dni, żeby zrzucić swoje nudne role społeczne i przeobrazić się w dwójkę rewolwerowców.

John od początku popycha Petera, by ten obudził swojego wewnętrznego tygrysa, co ten faktycznie czyni, już pierwszego dnia załatwiając swojego pierwszego androida po sprzeczce przy barze. Android pojawia się jednak niespodziewanie w pokoju Johna dzień później, terroryzując go swoim coltem, bo technicy naprawiają maszyny w nocy i uaktywniają je ponownie rano, co Crichton pokazuje widzowi wymownie w scenach takich jak ulica zasłana ciałami po całym dniu zabawy, które się ciekawie trawi.

Peter ponownie zabija androida, granego przez samego Yula Brynnera (członka obsady m.in. Siedmiu Wspaniałych), ale to ostatnia niewinna przygoda obydwóch kumpli, bo od tego momentu coś w Świecie Dzikiego Zachodu zaczyna się psuć i nieszkodliwe dotąd maszyny zaczynają żyć własnym życiem, co wprowadza klimat thrillera survivalowego, w którym zastraszone ludzkie ofiary muszą walczyć o przetrwanie w wyjętym spod wszelkiej kontroli środowisku, opanowanym przez wrogów dysponujących przytłaczającą przewagą.

Dzięki temu zabiegowi Świat Dzikiego Zachodu nabiera w drugiej połowie hitchcockowskiego suspensu, choć z mocnym akcentem na akcję. Pojawiają się też wspomniane, archaiczne efekty CGI, które dają wyobrażenie widzowi, jak świat postrzegają androidy.

Terror, jaki powoduje bunt maszyn, zostaje przeciwstawiony prostej rozrywce, do której miały w zamyśle służyć, co prowokuje oczywiście pewne pytania natury etycznej, które niekoniecznie są zamysłem reżysera i w latach ’70 pozostawały – o czym należy pamiętać – czystą fantazją.

Jednak w drugiej dekadzie XXI wieku, w rzeczywistości zdominowanej przez cyfrowe technologie i Internet, z podbijającą rynek wirtualną rzeczywistością i sztuczną inteligencją, której rozwój do poziomu wcześniej niewyobrażalnego pozostaje jedynie kwestią kilku lat, pytania poruszane przez Świat Dzikiego Zachodu nabierają zdumiewającego realizmu.

Na czasie jest również retromania, która z roku na rok staje się coraz silniejsza i pytanie, jak poradzimy sobie z technologiami, które z pełną premedytacją obdarzamy świadomością.

Conradino Beb

Oryginalny tytuł: Westworld
Produkcja: USA, 1973
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

The Park is Mine (1986)

the_park_is_mine_1986_poster

Film otwiera sekwencja samobójczego skoku jednego z wielu weteranów wojny w Wietnamie, którzy ze sfiksowaną psychiką powrócili do kraju. Jednym z nich jest Mitch (w tej roli Tommy Lee Jones), niepotrafiący pokonać ciążącego nad nim widma wojny bohater, który postanawia siłą przejąć władzę nad Central Parkiem.

Akt ten, będący u podstaw krzykiem rozpaczy, ma na celu zwrócenie uwagi rządu i społeczeństwa na problemy adaptacji w nowym środowisku jego kolegów po fachu.

Scenariusz napisany przez Stephena Petersa i Lyle Gorch bazuje na wydanej w 1981 noweli pod tym samym tytułem. Nietrudno się tutaj doszukać odniesień do kultowych filmów post-wietnamskiej ery kina tj. Rambo: Pierwsza krew czy Taksówkarz.

Jednak reżyser, Steven Hillard Stern, nie podchodzi w tak subtelny sposób do opowiadanej historii jak jego poprzednicy. Mitch nie zastanawia się długo, nie obmyśla szczegółowego planu. Korzystając z pokaźnego arsenału pozostawionego przez jego kumpla, w pełni uzbrojony wkracza do zielonych płuc Wielkiego Jabłka już w 15 minucie filmu.

Zabieg ten pozwala reżyserowi szybko przejść do sedna akcji – próby odbicia parku przez oddziały SWAT. I tutaj jest naprawdę dobrze! Mitch zastawia pułapki, miny czy zasieki, a sam pruje do niebieskich z M4.

Central Park staje się tutaj prawdziwym polem działań wojennych, po których nasz bohater przemieszcza się na swoim dwukołowcu. Choć sam koncept wojny jednego przeciw wszystkim wydaje się trochę naiwny, dzięki świadomie spłyconej konwencji film Sterna wychodzi z tego obronną ręką.

Z drugiej jednak strony, film aż prosi się o nieco bardziej pogłębione i mocniej nakreślone podłoże psychologiczne Mitcha, gdyż staje się on tutaj zaledwie głosem większości, skondensowaną frustracją byłych weteranów, z którymi Ameryka nie mogła sobie przez długi czas poradzić.

Jednak jak na tytuł przeznaczony dla telewizji – a Tommy Lee Jones w tamtym okresie był znany głównie z takich produkcji – jest on odważną wizją zwracającą uwagę na poważny problem społeczny. Produkcja zahacza w pewnym momencie o relacje złamanego weterana z jego bliskimi, jednak w skali filmu temat ten zostaje dosłownie liźnięty.

Jak na produkcję telewizyjną wrażenie robi również realizacja. Oparta na syntezatorach ścieżka dźwiękowa, skomponowana w głównej mierze przez Edgara Froese, to destylat brzemienia kina lat 80-tych.

Wrażenie robi również ekspozycja strzelanin, wybuchów i całej reszty wojennego rzemiosła. Stylistycznie twórcy czerpią pełnymi garściami z dorobku Johna Carpentera, szczególnie da się wyczuć mocne inspiracje klasykiem Oni żyją.

Ogólnie jest to seans wyjątkowo rozrywkowy z obowiązkowym romansem na drugim planie. Ale Tommy Lee Jones z wymazaną twarzą, w lustrzanych aviatorach i bejsbolówce Jankesów to nie jedyny powód, by sięgnąć po tę zapomnianą dzisiaj produkcję.

To spojrzenie na niechlubny kawał historii Stanów Zjednoczonych z lekkim przymrużeniem oka i ironicznym uśmiechem, wypełnione wybuchami i rzucanymi przez głównego bohatera badassowymi tekstami. Trzymający się wiernie kina akcji minionego wieku film, za którego kotarą kryje się głębsza refleksja, choć może trochę zbyt dosłowna.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: The Park Is Mine
Produkcja: Kanada, 1986
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Japoński superbohater Hentai Kamen czerpie siłę z seksownych majteczek!

Hentai Kamen (pl. Maska Perwersji) to oryginalnie manga autorstwa niejakiego Keishū Ando, który swoim superbohaterem uczynił nastolatka Kyōsuke Shikijō, mistrza kendo.

Trailer do filmu / angielskie napisy

Ale historia transformacji tego superbohatera ma wyjątkowy twist, bo niezdarny w kontaktach z kobietami Kyōsuke po raz pierwszy odkrywa swoje super zdolności, gdy zakłada na twarz koronkowe majtki jako maskę w trakcie próby odbicia swojej ukochanej z rąk bandytów.

Jego dar perwersji, odziedziczony po matce dominie, zostaje w tym samym momencie genetycznie aktywowany razem z bojowym potencjałem własnego ciała i od tej pory Hentai Kamen (bo takie już na wieki bedzię nosił imię) używa obydwóch do zwalczania zbrodni.

Hentai Kamen się nie pierdoli z kryminalistami!

Manga została zekranizowana w 2013 przez Yūichi Fukudę, reżysera znanego w Japonii z dramatów telewizyjnych tj. One Pound Gospel czy Saru Lock. W obsadzie filmu znajdziemy Ryohei Suzuki (Kyosuke) oraz Fumikę Shimizu (w roli obiektu westchnień). Głównym tematem muzycznym jest uroczy numer Emotions Man With A Mission, a w intrze wykorzystano Blast power metalowców z Anthem.

Anthem – „Blast”

Film nie zrobił furory w japońskim box office, ale i tak przekroczył oczekiwania wielu fanów i krytyków…

Na jakich gatunkach przemysł filmowy zarabia najwięcej?

Myśląc o ogromnych pieniądzach, jakie hollywoodzkie wytwórnie zarabiają na filmach, instynktownie myślimy o naładowanych efektami specjalnymi blockbusterach z gwiazdorską obsadą. Jednak filmy te kosztują majątek i zwrot z inwestycji (ROI) jest bardzo niewielki w porównaniu z tymi, które mają średni lub niski budżet i często nie posiadają żadnych znanych nazwisk.

Faktycznie, na liście filmów, które przyniosły największy zwrot z inwestycji w historii przemysłu filmowego, nie znajdziemy Iron Mana, Władcy pierścieni czy Titanica, bo przychód z biletów, licencji telewizyjnych i wydań DVD/Blu-ray tych behemotów musiał zostać pomniejszony o koszty produkcji, promocji i dystrybucji, a także ubezpieczenia, od których na końcu trzeba było jeszcze zapłacić podatek dochodowy.

Oczywiście, Złote Globy i Oscary zwiększają rentowność każdego produktu, więc studia wydają również dużo na bankiety i prezenty dla jurorów, które jeśli poskutkują otrzymaniem nagrody, wydłużają „okres trwałości”, a więc zapewniają długofalowe przychody bez potrzeby kontynuowania wydatków marketingowych, które średnio stanowią 50-70% wydatków produkcyjnych.

Popularne filmy o superbohaterach są zazwyczaj sprzedawane przez Hollywod jako przygodowe kino akcji. Ich produkcja kosztuje majątek, ale dzięki obniżeniu kategorii wiekowej do minimum studia stawiają na szeroki zasięg. Ze względu na to, że promocja obejmuje masowe kampanie marketingowe, które trafiają do bardzo szerokiej publiczności, mogułowie obstawiają pewne wpływy kasowe… ale że wtopy zdarzają się często, ryzyko finansowe tych produkcji jest również niezwykle wysokie!

the-most-profitable-movies-since-2010
Filmy o najwyższym ROI od 2010

Jako że na filmy te wydaje się jednak masę pieniędzy, zwrot z inwestycji jest zazwyczaj bardzo niski. Przykładowo, Avatar zarobił $2,7 mld, ale ROI filmu to zaledwie 500%, co jest liczbą śmiesznie niską w porównaniu z klasykiem kina drogi, Mad Maxem (1979), walczącym w tej samej kategorii, którego ROI to oszałamiające 24.837,5%. Budżet filmu Millera w tym przypadku okazał się wielkim atutem ekonomicznym.

Innymi ważnymi gatunkami dla przemysłu filmowego są melodramat i komedia romantyczna, często targetowane do tej samej grupy odbiorczej. Budżety tych filmów znacząco odbiegają od filmów akcji, a więc w przypadku sukcesu, mogą one przynieść znaczący zwrot z inwestycji, jak irlandzki musical romantyczny Once (2007), który nakręcony za $150 tys. zarobił prawie $19 mln, osiągając ROI w wysokości 6.232,39%.

Wśród innych filmów z tej samej kategorii na liście filmów z najwyższym ROI wszech czasów dziewiąte miejsce zajmuje American Graffiti George’a Lucasa z wynikiem 8.909,01%. Niezależna komedia Napoleon Wybuchowiec (2004) nakręcona za $400 tys., dwunaste z wynikiem 5.667,62%, a klasyczny melodramat Przeminęło z wiatrem piętnaste z wynikiem 4.906,73%. Wśród tych filmów bardzo dużo znajdziemy niestety również finansowych porażek, które nie są jednak dla przemysłu tak znaczące jak porażki blockbusterów.

Ponad nimi znajduje się jednak gatunek, który zajmuje bardzo wyjątkową pozycję w kwestii zwrotów z inwestycji… a jest nim dokument. Z minimalnymi kosztami produkcji, brakiem wysoko opłacanych gwiazd czy efektów specjalnych, dokumenty potrafią przynosić astronomiczne zarobki, jeśli tylko przebiją się do szerokiej publiczności, a zdarza się to coraz częściej w dwóch ostatnich dekadach.

Niezależny hit Tarnation (2003) został nakręcony przez Jonathana Caouette’a za $218, a jego promocja kosztowała $400 tys., czyli cempletki w porównaniu z innymi filmami niezależnymi. W efekcie jego ROI sięgnęło 266.416.97%, co daje mu trzecią pozycję na liście zwrotów z inwestycji wszech czasów. Tuż za nim uplasował się inny hit, Super Size Me, który kosztował $65 tys. i osiągnął ROI w wysokości 22.614,90%. Dodać należy, że dokumenty które na siebie nie zarabiają, praktycznie nie istnieją.

box_office_roi
ROI w latach 2003-2012 podzielone na gatunki

Poza dokumentami, przemysł filmowy nie mógłby istnieć bez jednego gatunku, który jest niemal tak stary jak samo kino, a jest nim oczywiście horror. Paranormal Activity (2007) plasuje się na podium listy najwyższych ROI z budżetem $15 tys. i zarobkami w box office, które sięgnęły prawie $162 mln., dając ROI w wysokości 539.336,30%.

Inny niezależny horror, The Blair Witch Project (1999), który przywrócił modę na konwencję found footage, osiągnął z kolei zwrot w wysokości 20.591%, a klasyczna Noc żywych trupów (1968) 13.057,89%. W pierwszej dwudziestce znajdziemy ponadto Piątek 13-go ze zwrotem 5.332,24%, Ocean strachu (2003) ze zwrotem 5.110,09% , Piłę ze zwrotem 4.195,68% oraz Martwe zło ze zwrotem 3.820%.

Ogólnie rzecz biorąc, horror jako gatunek zajmuje najwięcej miejsc w pierwszej dwudziestce najwyższych ROI w historii przemysłu filmowego, zaliczając także najmniej wtop. W latach 2003-2012 horror zrzucił wprawdzie z tego piedestału dokument, ale w dłuższej perspektywie jest to absolutny król finansowego sukcesu w kinie, którego wspiera dobrze zorganizowana scena fanowska i długa tradycja, co tłumaczy częściowo dlaczego mimo okresów kryzysu gatunek ten zawsze dokonywał rewizji własnych klisz i ponownie stawał na nogi.

Conradino Beb

Źródło: Investopedia

On nigdy nie umarł (2015)

he-never-died-poster-2015

Czasem człowiek ma pewne oczekiwania od filmu, które próbuje podtrzymywać nawet wbrew temu co widzi na ekranie, bo czeka na nagły zwrot akcji czy cokolwiek, co ma go przekonać, że nie traci czasu. Niestety, równie często wpada on w sidła własnych oczekiwań i w efekcie dostaje czekoladkę z rzygiem w środku, parafrazując złotą myśl Forresta Gumpa.

Tak mniej więcej streściłbym seans gatunkowego niezależniaka Jasona Krawczyka z główną rolą Henry’ego Rollinsa (może dlatego tyle obiecującego), który próbuje nawiązywać romans z biblijnym mitem Kaina, kinem kanibalistycznym i miejskim thrillerem o małych ludziach, padając na pysk już gdzieś w połowie. Kilka chichów nie rekompensuje niestety chujowego scenariusza i nieskładnej reżyserii, która mogłaby zrobić lepszy użytek z tego mizernego budżetu.

Gwoli wyjaśnienia, pomysł na obsadzenie legendy HC w roli nieśmiertelnego kanibala, który dostaje pierdolca od towarzyszenia ludzkości od jej zarania, był fajny, tyle że egzekucja pozostawia wiele do życzenia. Jack śpi całymi dniami, a w wolnych chwilach chodzi po mieście, gra w bingo z lokalnymi emerytami lub przesiaduje w barze, gdzie zamawia dania wegetariańskie i to tyle… pomysł, na który mógłby wpaść student kulturoznawstwa żyjący przez tydzień na zupkach chińskich i doprowadzony w ten sposób do radykalnego obniżenia hemoglobiny.

Dziwnym trafem Jack pewnego dnia spotyka swoją córkę, bo przecież nigdy nie przestał wierzyć w sens życia małżeńskiego, więc czasem udaje mu się spłodzić potomka… choć miał przecież setki tysięcy lat, żeby nauczyć się czegoś od życia. Ale to tylko jeden z nonsensów On nigdy nie umarł, innym jest kryminalna intryga z udziałem lokalnego gangu, jego córki i pielęgniarza, od którego Jack kupuje świeżą krew – jedyną rzecz, która pozwala mu dzielnie stawiać czoła uzależnieniu od ludzkiego mięsa (czyt. Jack walczy o ludzki pierwiastek).

Całe szczęście, reżyser zdecydował się wprowadzić trochę jatki, bo w wypadku gdyby postawił tylko na psychologię charakteru, widz pewnie musiałby siedzieć przed ekranem z żyletkami gotowymi do użycia na własnych nadgarstkach. Henry Rollins gra dobrze, ale jego charakter przypomina przysłowiowego stracha na wróble, którego jedyną esencją są podkrążone oczy i blada skóra. Nie znajdziemy tu ani głębi Wywiadu z wampirem, ani akcji netfliksowego Daredevil, choć Jack w pewnych momentach wydaje się być charakterem komiksowym.

Jednak największym zarzutem jest to, że Krawczyk nie ma żadnego pomysłu na to, jak rozegrać akcję, ani jak wykorzystać ciekawy w teorii charakter. Jego film w efekcie balansuje na cienkiej granicy czarnej komedii, thrillera, filmu akcji i klasycznego monster movie. O ból głowy przyprawia do tego migająca w tle metafizyka, a gdy dochodzi do dialogu pomiędzy Jackiem, a Śmiercią, człowiek nie wie czy się śmiać czy płakać. Ale jeśli po przeczytaniu tekstu wciąż rozważacie oglądanie tego filmu, to przynajmniej zostaliście ostrzeżeni!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: He Never Died
Produkcja: USA/Kanada, 2015
Dystrybucja w Polsce: Netflix lub brak
Ocena MGV: 2,5/5

Gliniarz samuraj (1991)

samurai_cop_1991_poster

Akcja tego reliktu z czasów panowania kaset VHS zabiera nas w samo serce rozgrzanego letnim słońcem zachodniego wybrzeża USA. Bezradna policja w konfrontacji z lokalnym kartelem narkotykowym zostaje zmuszona do wezwania biegłego w sztukach walki wschodu Joe Marshalla.

Zanim tytułowy gliniarz-samuraj uratuje jednak miłość swojego życia z paszczy smoka, zmuszony będzie do krwawej konfrontacji z nasłanymi na niego bandziorami oraz zadowalania w łóżku napotkanych kobiet.

Film w reż. Amira Shervana jest tym dla kina policyjnego, czym dla filmów wojennych jest niesławny Żywy cel. To produkcja na wskroś zła, na którą składają się wszelkie błędy, jakie tylko może popełnić ekipa filmowa na planie. Fabularnie, twórca czerpie pełnymi garściami z nurtu kung-fu, kina policyjnego oraz pełnych testosteronu akcyjniaków, masowo kręconych w drugiej połowie lat 80-tych.

Mamy zatem twardego komisarza, w którego wcielił się Jimmy Williams. Soczysty słowotok przerywa on zawsze kolejnym machem z cygara. Za pomagiera głównego bohatera robi zaś czarnoskóry Washington (Mark Frazer). Jego rola sprowadza się z kolei do oddania ostatniego strzału ratującego życie Marshalla.

Jednak to protagonista napędza to kuriozum pełne trafionych i nietrafionych pomysłów. Popisy aktorskie Mathew Karedasa, których określenie jako słabych byłoby jak porównywanie przydworcowej budy do restauracji z gwiazdką Michelin, są tu główną atrakcją. Facet albo stara się o status najbardziej drewnianego aktora na świecie, albo cierpi na zaawansowaną chorobę maskowatej twarzy.

Kiedy strzela z karabinu, uprawia seks z panią pilot helikoptera, czy poddaje się bezwzględnemu bossowi Okumura, wygląda zawsze jak podróbka. Po drugiej stronie barykady stoi z kolei Yamashita, którego gra tutaj znany choćby z trylogii o Maniakalnym glinie Robert Z’Dar (sic!) Koleś oprócz swojej dość pokaźnej żuchwy nie ma jednak nic innego do zaoferowania, co widać w każdej scenie z jego udziałem.

W całym tym chaosie, gdzie sceny mimo kilkusekundowej różnicy czasu wyglądają jakby nagrywane były w kilkugodzinnych odstępach, kryją się jednak pokłady czystej zabawy. To kino tak złe, że w niektórych kręgach osiągnęło już status kultowego, siadając obok takich dzieł jak The Room Tommy’ego Wiseau czy niesławnym Birdemic: Shock and Terror.

Film jest odpowiednio krwawy w swoim tandetnym sensie i przepełniony walkami kung-fu. Przez spłycenie fabuły seans mija zaskakująco szybko, bo zamiast zagłębiać się w zdegenerowane środowisko przestępcze USA, od razu kopiemy mu dupsko.

Z czystym sercem można polecić to dzieło wszystkim kinematograficznym masochistom, którzy w wyszukiwaniu takich „perełek” znajdują przyjemność. Jeśli chcesz zobaczyć jak wyglądałoby Kung Fury nakręcone w latach 90-tych i (chyba) z dużo mniejszym budżetem, to śmiało odpal sobie Gliniarza samuraja, ale pamiętaj, by seans wszedł gładko pomoże tylko dobrze nabite bongo.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Samurai Cop
Produkcja: USA, 1991
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2/5

2020: Gladiatorzy przyszłości (1982)

2020_texas_gladiators_vhs_cover
W lata 80-te Joe D’Amato wkroczył z pokaźnym dorobkiem filmowym na swoim koncie, na który składały się niskobudżetowe horrory i dziwne filmy erotyczno-przygodowe. Ale Włoch chciał również dołożyć cegiełkę do szalejącego wówczas kina post apokaliptycznego. Zanim jednak umoczył palce w dwóch podróbkach Mad Maxa: Wojownika szos – są to: W martwej strefie oraz Końcowa rozgrywka – nakręcił trashową produkcję o pięknym tytule 2020: Gladiatorzy przyszłości aka. Gladiatorzy z Teksasu Roku 2020.

Maczał palce to swoją drogą dobre określenie, bo jeśli wierzyć samemu D’Amato, za dzieło to odpowiedzialny jest w większości George Eastman. Joe miał tylko nadzorować poczynania swojego kolegi, lecz ze względu na zaskakująco dobrą pracę Eastmana, spędził na planie filmu tylko kilka dni.

Ta pokręcona wizja przyszłości przenosi nas na zrujnowane południe USA, gdzie miarą wartości człowieka jest jego siła fizyczna. Poznajemy mieszkańców pewnej rafinerii, którzy pod wodzą Nisusa (Al Cliver) oraz jego małżonki, blond piękności Maidy (Sabrina Siani), wiodą spokojne życie pośród zgliszczy cywilizacji. Ta sielanka jednak nie trwa długo, gdyż osada zostaje najechana przez wojska faszyzującego łysego Donala (Donald O’Brien), współpracującego z najemnikami pod wodzą Catch Doga (Daniel Stephen).

Już sceny tego ataku są doskonałym pretekstem, aby wyłączyć mózg i rzucić się w wir szalonej wyobraźni scenarzystów. Uzbrojeni w karabiny najemnicy szarżują na swoich ryczących motorach, ubrani w skóry, futra i obwieszeni pasami naboi, z obowiązkowym okrzykiem na ustach.  Z drugiej strony mamy prujących do nich z karabinów obrotowych facetów w koszulach i białych kaskach. Myślicie że to szaleństwo? To poczekajcie jeszcze chwilę!

Choć pierwsza fala napastników zostaje odparta, rafineria zostaje ostatecznie podbita, w wyniku czego ginie jej zarządca, Nisus. Kobiety zostają przetransportowane do post apokaliptycznych burdeli i kasyn, a faceci do ciężkich robót w kopalniach. Z pozostałych przy życiu i na wolności tworzy się ruch oporu pod przywództwem Maidy, która za wszelką cenę chce odzyskać porwaną córkę.


I tutaj zaczyna się właściwa akcja filmu. Razem z grupą bohaterów będziemy uciekać przed zmotoryzowanymi oddziałami najemników, zwiejemy z kopalni, której zarządcą jest psychopatyczny szeryf, a także trafimy do lasu zamieszkanego przez Indian, którzy pomogą naszym towarzyszom w wygraniu nierównej wojny!

W kategorii kina śmieciowego film broni się całkiem dobrze! Fani kiczowatej rozrywki spod znaku Tromy, czy wszelakiego kina klasy D lub niżej, będą mieli dużo radochy. Wartka akcja co prawda bardziej śmieszy, niż trzyma w napięciu, ale nie ukrywajmy, kto dzisiaj bierze te filmy na poważnie? Widok strzelających z łuków Indian do zasłaniającej się plastikowymi tarczami gwardii Donala niejednego rozbawi do łez.

Największą wadą filmu jest słaby scenariusz, który niezbyt starannie łączy wątki, zmienia perspektywę z bohatera na bohatera, dzięki czemu czasami trudno się w tym wszystkim połapać. Ale kiedy wykrystalizują się już najważniejsze postaci, film nie będzie wymagał od nas niczego ponad pogodzenie się z obraną przez twórców konwencją.

Subiektywnie rzecz biorąc, Gladiatorzy z Teksasu Roku 2020 to jeden z lepszych filmów w dorobku D’Amato, a na pewno najlepszy spaghetti western, którego znamion łatwo się jest tu doszukać. Mikroskopijny budżet, czerstwi aktorzy i praca kamery, wołająca czasami o pomstę do nieba, to nic w porównaniu z tym, ile rozrywki dostarcza nam ta szalona produkcja. Po seansie na usta ciśnie się tylko jedna fraza: „I jak tu nie kochać lat 80-tych?”.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Znany pod tytułami: 2020 Texas Gladiators / Anno 2020 – I gladiatori del futuro / One Eye Force / 2020: Freedom Fighters / Gladiatorzy z Teksasu roku 2020 / 2020: The Rangers of Texas / Sudden Death
Produkcja: Włochy, 1982
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Sicario (2015)

sicario_poster_2015

Denis Villeneuve to jeden z tych niezależniaków, którego kolejne kroki obserwować zdecydowanie warto. Jego poprzedni film, Wróg z Jakiem Gyllenhaalem w roli głównej, to przykład brawurowo wyreżyserowanego mystery thrillera, który długo zapada w pamięć, pomimo że został zbudowany na bardzo rzadko eksplorowanym przez filmowców temacie. Villeneuve’a w skrócie można określić jako przedstawiciela nowej fali kina gatunkowego, coraz częściej nazywanej artystycznym kinem akcji czy kinem hybrydowym.

W Sicario artysta skompletował fantastyczną obsadę z Benicio Del Toro na czele (Las Vegas Parano, Traffic, Przekręt), Emily Blunt (Diabeł ubiera się u Prady, Looper, Gideon’s Daughter) i Joshem Brolinem (Wada ukryta, To nie jest kraj dla starych ludzi, Planet Terror), z którą stworzył film o wojnie amerykańskich agencji federalnych z meksykańskimi kartelami narkotykowymi, a więc o Wojnie z Narkotykami. I choć dragi pojawiają się w Sicario jedynie w tle, zdajemy sobie sprawę, że przemoc, której jesteśmy świadkami, jest skutkiem handlu nielegalnymi substancjami (marihuaną, metamfetaminą i kokainą).

Nieszczęśliwie, Villeneuve w swojej próbie eksploatacji modnego tematu zdecydował się skorzystać ze scenariusza Taylora Sheridana, znanego z roli zastępcy szeryfa w Sons of Anarchy, który doświadczenia w pisaniu nie ma żadnego, co widać w Sicario na każdym niemal kroku. Skutkiem tego, postaci ożywione przez artystę są ciekawe tylko do momentu, kiedy zaczynamy zastanawiać się nad ich głębszymi motywacjami, kiedy ujawniają, że zbudowano je z wytartych klisz i kazano odgrywać ciężko ciosaną historię. Mocnymi punktami są jednak kunsztowna reżyseria i piękne zdjęcia.

Poznajemy więc Kate Macer, funkcjonariuszkę oddziału SWAT, która pomimo długiego stażu w FBI i codziennej porcji ofiar śmiertelnych, wciąż emanuje aurą idealistki i niewiniątka. Film jest opowiadany w dużej mierze z jej perspektywy – zmaskulinizowanej kobiety biorącej prysznic raz w tygodniu, wierzącej w sens własnej służby i przeżywającej ciągły szok w związku z brutalnymi realiami walki z Kartelem z Juárez (który jest tu centralnym wrogiem). I nawet jeśli Blunt gra swoją rolę idealnie, symultanicznie sygnalizuje, że została w niej uwięziona i choćby chciała pokazać więcej, nie ma na to żadnych szans.

Optyka Kate nie jest jednak jedyną zaprezentowaną w filmie, bo w pewnym momencie reżyser odsłania – dosyć naiwny tak naprawdę – wątek szukającego zemsty, płatnego zabójcy Alejandro, o którym nie dowiadujemy się prawie niczego przez cały film, poza tym że pracuje z CIA, żeby przywrócić pierwotny sens w świecie karteli poprzez zabicie meksykańskiego bossa, Fausto Alarcona (sic!) Reżyser pokazuje nam jego „głębię” tyko raz, w jednej z ostatnich scen Sicario… w której dowiadujemy się, że świat to brutalna arena walki. Truizm ten podcina niestety wszystkie artystyczne zabiegi Villeneuve’a.

Całość zostaje sprzedana widzowi jako walka tajnych służb ze zorganizowaną przestępczością, w której stawką jest przywrócenie równowagi (wyjaśnienie samo w sobie absurdalne). Mamy więc operację CIA, którą dowodzi niejaki Matt Graver, w ramach której zatrudnieni zostają zarówno Kate, jej kolega ze SWAT, Reggie, jak i Alejandro, który… pracuje zwykle dla Kartelu z Medellín, ale dał się zwerbować Graverowi, bo jest przecież najemnikiem. Nie ma chyba nawet co wyjaśniać, że dodanie wątku kartelu uśmierconego na początku lat ’90, który teraz miałby współpracować z rządem USA, brzmi jak scenariusz Rambo IV i jest kolejnym strzałem w piętę.

Ale jeśli pominąć mało wiarygodną historię, Sicario oferuje bardzo ciekawy nastrój grozy i wyczekiwania, który kulminuje w szeroko komentowanej przez media „scenie wejścia do tunelu”. Villeneuve używa w niej kolorowych filtrów i zaskakującego montażu – który w innych scenach jest poprawny, ale brakuje mu pewnej gładkości – oferując perspektywę współczesnego żołnierza podłączonego do termowizora i wykonującego swoją misję, jak w grze komputerowej, a wszystko z mrocznymi dronami w tle, skomponowanymi przez Jóhanna Jóhannssona, którego muzyka w innych momentach jest jednak bardzo przeciętna.

Ta mroczna aura została generalnie dobrze nakreślona, szczególnie że od czasu do czasu akcentuje się ją zdjęciami krwawych zwłok, a to wywlekanych z sekretnych schowków w Arizonie, a to zwisających z mostu bez głów w centrum Juárez. Sicario posiłkuje się zresztą regułą Cormana, która mówi, że w pierwszych 10 minutach filmu musi dojść do jakiegoś brutalnego wydarzenia i faktycznie mamy wybuch zaminowanego schowka – w powietrzu fruwają poszarpane kończyny, co ustanawia klimat dla całego filmu.

Powiedzmy sobie jednak szczerze, że pomimo kilku jasnych punktów to nie jest Traffic, True Detective ani Beasts of no Nation, bo Sicario brakuje zwyczajnie głębi tychże dzieł. Wojna w filmie Villeneuve’a nie ma żadnych odcieni szarości i nie powoduje żadnych większych komplikacji. Amerykanie wjeżdżają do Meksyku, porywają kogo trzeba, zabijając po drodze wszystkich podejrzanych i jest cacy, bo kryminalistów traktuje się bez litości, a jeśli nie my ich, to oni nas. W skrócie, mającemu potencjał filmowi nie służą liczne uproszczenia. Do obejrzenia i zapomnienia.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Sicario
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: Monolith
Ocena MGV: 3/5

Ramon Film Productions, czyli takiego kina akcji jeszcze nie widzieliście!

Wakaliwood, bo tak właśnie ochrzczone zostało małe miasteczko Wakaliga w Ugandzie, wynurzyło się ostatnio z mroków afrykańskiego undergroundu i po raz pierwszy posmakowało międzynarodowej sławy dzięki dwóm niezwykłym dziełom filmowym: Who Killed Captain Alex i Tebaatusasula! Obydwa to arcydzieła campu z ostrą jak brzytwa akcją, oryginalnymi gagami i uniwersalnym przesłaniem.

Obydwa zostały wyreżyserowane przez lokalnego czarodzieja kina akcji, Nabwanę IGG, który ma na koncie aż 40 filmów niskobudżetowych i dowodzi w Wakalidze armią mistrzów kung-fu, kaskaderów i speców od CGI, którzy kochają kino do tego stopnia, że przenieśli się tam z różnych części Ugandy.

Nabwana realizuje swoje filmy za pieniądze, za które w Europie czy USA nie dałoby się zrealizować minuty teledysku muzycznego. Jego filmy nie są wyświetlane w kinach, a dystrybuowane przez samych aktorów na DVD, sprzedawane na ulicach, którzy potem dzielą się zyskami z Nabwaną. Kosztują one w granicach 2-3 tys. ugandyjskich szylingów (około 3,5-4 PLN), ale zysk wynosi niecałe 5-15%, co ledwo pokrywa koszty operowania wytwórni.

Z tego powodu Nabwana rozpoczął kampanię crowdfundingową apelującą do fanów sztuki filmowej z całego świata, którzy mogą rozpoznać w jego dziełach prawdziwy geniusz!

Trailer do jego nowego dzieła, Operation Kakongoliro! The Ugandan Expendables, już zdążył wywołać huragan na JuTjubie (cud, miód i malina). Budżet wyniósł $2 tys. (około 8 tys. PLN), więc teoretycznie film powinien być 10 razy lepszy od Who Killed Captain Alex, który został zrobiony za $200 i może być przy nim uważany niemal za wypadek przy pracy!

Conradino Beb