Archiwa tagu: futurologia

Aldous Huxley w liście do George’a Orwella: „Narko-hipnoza jest bardziej wydajna”

W październiku 1949, kilka miesięcy po publikacji klasycznej dystopijnej powieści, 1984, George Orwell otrzymał list od Aldousa Huxleya, który 17 lat wcześniej wydał swoją własną książkę podejmującą temat koszmaru przyszłości, Nowy wspaniały świat. Huxley właśnie ukończył czytać 1984 i miał do powiedzenia autorowi kilka słów.

Wrightwood. Cal.
21 października, 1949

Drogi panie Orwell,

Było bardzo uprzejmie z twojej strony polecić wydawcom wysłanie mi twojej książki. Została ona doręczona w trakcie pracy wymagającej ode mnie dużo czytania i sprawdzania odniesień; a że słaby wzrok wymaga ode mnie oszczędnego czytania, musiałem czekać dłuższy czas zanim byłem w stanie porwać się na 1984.

Zgadzając się ze wszystkim co napisali krytycy, nie muszę ci powtarzać po raz kolejny, jak świetna i jak wielce ważna jest to książka. Czy mogę zamiast tego zagłębić się w materię, o której traktuje – ostateczną rewolucję? Pierwsze podrygi filozofii ostatecznej rewolucji – rewolucji, która leży poza polityką i ekonomią, a której celem jest totalne obalenie psychologii i fizjologii jednostki – można znaleźć u Markiza de Sade’a, który uważał się za kontynuatora i konsumatora Robespierre’a i Babeufa.

Filozofia rządzącej mniejszości w 1984 to sadyzm, który został doprowadzony do swojej logicznej konkluzji poprzez przekroczenie popędu seksualnego, a następnie jego zaprzeczenie. Wątpliwe wydaje się jednak, aby politykę buta na twarzy można było faktycznie kontynuować w nieskończoność. Osobiście wierzę w to, iż rządząca oligarchia znajdzie mniej wymagające i marnotrawne sposoby na rządzenie czy satysfakcjonowanie swojego pożądania władzy, a będą one przypominały te opisane przeze mnie w Nowym wspaniałym świecie.

Miałem ostatnio okazję zerknąć na historię zwierzęcego magnetyzmu i hipnotyzmu, i niezwykle uderzyło mnie to, jak przez 150 lat świat nie chciał brać poważnie pod uwagę odkryć Mesmera, Braida, Esdaile’a i całej reszty. Częściowo z powodu dominującego materializmu, a częściowo z powodu dominującego poważania, XIX-wieczni filozofowie i ludzie nauki nie chcieli badać dziwnych faktów psychologicznych dla ludzi praktycznych takich jak politycy, żołnierze czy policjanci, by dać im narzędzia rządzenia.

Dzięki ochotniczej ignorancji naszych ojców nadejście ostatecznej rewolucji zostało oddalone o pięć czy sześć pokoleń. Innym szczęśliwym przypadkiem była niezdolność hipnotyzowania przez Freuda z powodzeniem i jego konsekwentna dyskredytacja hipnotyzmu. To oddaliło generalne zastosowanie hipnozy w psychiatrii o przynajmniej 40 lat. Ale teraz psychoanaliza jest łączona z hipnozą, która stała się łatwa, wydłużona bez ograniczeń dzięki zastosowaniu barbituranów, które indukują hipnotyczny i podatny na sugestię stan nawet u najbardziej opornych pacjentów.

Wierzę, iż następne pokolenie władców świata odkryje, iż kondycjonowanie niemowląt i narko-hipnoza są bardziej wydajne jako instrumenty sprawowania władzy od klubów i więzień, oraz że pożądanie władzy może zostać zaspokojone w takim samym stopniu poprzez zasugerowanie ludziom pokochania swojego poddaństwa, jak poprzez tortury i wymuszanie posłuszeństwa.

Innymi słowy, czuję że przeznaczeniem koszmaru 1984 jest transformacja w koszmar świata, który ma więcej wspólnego z wyobrażeniem zawartym w Nowym wspaniałym świecie. Wprowadzona zmiana zostanie spowodowana potrzebą zwiększonej wydajności. W międzyczasie możemy mieć oczywiście do czynienia z wojną atomową lub biologiczną na dużą skalę – w przypadku której będziemy mieć koszmary zupełnie innego, trudnego do wyobrażenia sobie rodzaju.

Dziękuję ci ponownie za książkę.

Twój oddany,

Aldous Huxley

tłum. Conradino Beb

Źródło: Letters of Note

Świat Dzikiego Zachodu (1973)

westworld_1973_original_poster

Wyreżyserowany przez Michaela Crichtona w zaledwie 30 dni dla MGM, która zgodziła się dać mu pierwsze ostrogi pod warunkiem, że budżet nie przekroczy $1,3 mln, Świat Dzikiego Zachodu był pierwszym filmem w historii, w którym wykorzystano CGI. Debiut Crichtona otworzył również podwoje całej serii futurystycznych dystopii, w których główną rolę grała sztuczna inteligencja, buntująca się przeciwko swojemu twórcy – Terminator był filmem bezpośrednio zainspirowanym debiutem Crichtona.

Autor twierdzi, że jego pomysł stał się scenariuszem filmowym, bo nie działał jako powieść – miał zbyt wiele wizualnych pomysłów, które trudno było przetłumaczyć na medium książki. Sama idea zrodziła się zaś po odwiedzeniu Kennedy Space Center, w którym astronauci byli trenowani przez maszyny, starając się odwzorować (w jego oczach) cyfrową przewidywalność.

Sądzę, że to odczucie zrodziło ideę filmu. Pomysł na zabawę w sytuację, która rozmywa granice pomiędzy osobą i maszyną, pomiędzy samochodem i kierowcą, która pozwala inaczej spojrzeć na istotę tego co ludzkie i tego co mechaniczne – mówił Crichton w 1973.

Tytułowy Świat Dzikiego Zachodu to jedna z trzech sekcji futurystycznego parku rozrywki dla bogatej klasy średniej, który kusi również Światem Starożytnego Rzymu i Światem Średniowiecza za $1 tys. dziennie (czyli około $10 tys. na dzisiejsze pieniądze).

Są one realizacją współczesnych marzeń o cofnięciu się w przeszłość z jej prostotą, ale także przygodami i emocjami, jednak bez niebezpieczeństwa i negatywnych konsekwencji, bo wszystko tutaj ma być teoretycznie niewinną zabawą.

Forma jest przy tym dość mocno zakotwiczona w hollywoodzkiej klasyce, bo Crichton świadomie operuje westernowymi, przygodowymi czy peplumowymi kliszami, które tworzą narracje przeznaczone do wciągania użytkowników w wybrany przez siebie świat.

Na Dzikim Zachodzie mamy więc obowiązkowe bójki w saloonie i pościgi konne, w Średniowieczu uczty zamkowe i pojedynki na miecze, a w Starożytnym Rzymie orgie alkoholowo-seksualne… z tym, że aktorzy w tym spektaklu to androidy, nad którymi użytkownicy mają władzę absolutną.

Reżyser nie sili się jednak na jakieś wybitnie autorskie zabiegi i traktuje swój debiut, jak klasyczne kino gatunkowe. Mamy więc parę przyjaciół o przeciwstawnych charakterach, nieśmiałego Petera (Richard Benjamin) i aroganckiego Johna (James Brolin), którzy przybywają do parku na kilka dni, żeby zrzucić swoje nudne role społeczne i przeobrazić się w dwójkę rewolwerowców.

John od początku popycha Petera, by ten obudził swojego wewnętrznego tygrysa, co ten faktycznie czyni, już pierwszego dnia załatwiając swojego pierwszego androida po sprzeczce przy barze. Android pojawia się jednak niespodziewanie w pokoju Johna dzień później, terroryzując go swoim coltem, bo technicy naprawiają maszyny w nocy i uaktywniają je ponownie rano, co Crichton pokazuje widzowi wymownie w scenach takich jak ulica zasłana ciałami po całym dniu zabawy, które się ciekawie trawi.

Peter ponownie zabija androida, granego przez samego Yula Brynnera (członka obsady m.in. Siedmiu Wspaniałych), ale to ostatnia niewinna przygoda obydwóch kumpli, bo od tego momentu coś w Świecie Dzikiego Zachodu zaczyna się psuć i nieszkodliwe dotąd maszyny zaczynają żyć własnym życiem, co wprowadza klimat thrillera survivalowego, w którym zastraszone ludzkie ofiary muszą walczyć o przetrwanie w wyjętym spod wszelkiej kontroli środowisku, opanowanym przez wrogów dysponujących przytłaczającą przewagą.

Dzięki temu zabiegowi Świat Dzikiego Zachodu nabiera w drugiej połowie hitchcockowskiego suspensu, choć z mocnym akcentem na akcję. Pojawiają się też wspomniane, archaiczne efekty CGI, które dają wyobrażenie widzowi, jak świat postrzegają androidy.

Terror, jaki powoduje bunt maszyn, zostaje przeciwstawiony prostej rozrywce, do której miały w zamyśle służyć, co prowokuje oczywiście pewne pytania natury etycznej, które niekoniecznie są zamysłem reżysera i w latach ’70 pozostawały – o czym należy pamiętać – czystą fantazją.

Jednak w drugiej dekadzie XXI wieku, w rzeczywistości zdominowanej przez cyfrowe technologie i Internet, z podbijającą rynek wirtualną rzeczywistością i sztuczną inteligencją, której rozwój do poziomu wcześniej niewyobrażalnego pozostaje jedynie kwestią kilku lat, pytania poruszane przez Świat Dzikiego Zachodu nabierają zdumiewającego realizmu.

Na czasie jest również retromania, która z roku na rok staje się coraz silniejsza i pytanie, jak poradzimy sobie z technologiami, które z pełną premedytacją obdarzamy świadomością.

Conradino Beb

Oryginalny tytuł: Westworld
Produkcja: USA, 1973
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Gdyby korporacje mogły reklamować się w naszych snach…

Znany amerykański pisarz James B. Twitchell, autor Lead Us Into Temptation: The Triumph of American MaterialismAdcult USA: The Triumph of Advertising in American Culture czy 20 ads that shook the world, napisał że prawdziwym pytaniem nie jest, ile reklam widzimy? Prawdziwym pytaniem jest, co musimy zrobić, żeby nie widzieć żadnych reklam? A odpowiedzią jest: musimy pójść spać!

Jednak co, gdyby  korporacje nauczyły się w końcu uzyskiwać dostęp do naszych marzeń sennych i wykorzystywać je do nadawania reklam? Ten scenariusz rodem z powieści Philipa K. Dicka eksploruje krótki film zrealizowany przez Studio Smack… który sugeruje, że pierwsza oczywiście będzie Coca-Cola.

Ex Machina (2015)

ex-machina-poster-2015

Jedni mówią, że nie ma nic nowego pod słońcem, a inni, że wszystko jest remiksem, co na jedno wychodzi – kultura żywi się wiecznie samą sobą i kino nie jest tu wyjątkiem. Centralny wątek Ex Machiny przypomina Łowcę androidów, pytania poruszone przez debiutanta, Alexa Garlanda, 2001: Odyseję kosmiczną, a estetyka THX 1138 George’a Lucasa. Film ten należy jednak oceniać bardziej przez pryzmat egzekucji, niż przez źródła pomysłów, które zostają swoją drogą bezpośrednio zacytowane na ekranie.

Tajemniczy kod klepany przez programistę, Caleba, w drugiej części filmu, po uruchomieniu w Pythonie 2.7 kieruje do ISBN Embodiment and the inner life: Cognition and Consciousness in the Space of Possible Minds autorstwa Murraya Shanahana, prawdziwego specjalisty od sztucznej inteligencji. I jak tu nie kochać twórcy, który w ten sposób celebruje kulturę digitalną? Jego inne odniesienia są przy tym pełne osobistej wizji, co do roli której widz nie ma żadnych wątpliwości. To film, z którym reżyser w dużej mierze się utożsamia.

Dużym zaskoczeniem dla mnie była przede wszystkim prostota tej produkcji. Akcja rozgrywa się przez 95% czasu w czterech ścianach placówki badawczej, wybudowanej w malowniczej norweskiej głuszy, która stanowi ciekawy kontrast dla wysoce rozwiniętej technologii, będącej motywem przewodnim. A znajdujemy się w niedalekiej przyszłości, czy też w rzeczywistości alternatywnej, w której Nathan (znany m.in. z Drive Oscar Isaac), właściciel BlueBooka, gigantycznego silnika wyszukiwania, rozpoczął pracę nad stworzeniem sztucznej inteligencji.

Żeby zakończyć swój projekt, a jednocześnie potwierdzić sukces swojej pracy, Nathan werbuje na tydzień jednego z bardziej uzdolnionych programistów ze swojej firmy, Caleba (Domhnall Gleeson), który ma przeprowadzić na jego kreacji test Turinga – rodzaj testu sprawdzającego zdolności kognitywne sztucznej inteligencji, z dużym naciskiem na udowodnienie, że posiada ona samoświadomość na wzór ludzki. Problem w tym, że obiekt badania jest płci żeńskiej i nazywa się Ava, a Caleb nie ma wysokich zdolności interpersonalnych i jest także mocno aseksualnym geekiem.

Te słabości szybko dają o sobie znać, bo Ava okazuje się wysoce inteligentnym organizmem, który zasilany bezpośrednio przez BlueBooka, potrafi w zdumiewającym tempie pozyskiwać i analizować dostępną informację. Ava jest też niezwykle pociągająca, co zawdzięczamy delikatnej twarzy szwedzkiej piękności, Alicii Vikander (wciąż słabo znanej fanom kina, ale to się pewnie niedługo zmieni), której grę aktorską podziwia się od pierwszej do ostatniej sceny (było to dla mnie prawdziwe odkrycie).

Caleb zdaje codzienne raporty ze swoich sesji Nathanowi, który oprócz bycia geniuszem cybernetyki, okazuje się też pijakiem, kulturystą, fanem disco i miłośnikiem sushi o lumberseksualnym stylu. Nathan zadaje Calebowi pytania z pogranicza filozofii, kognitywistyki i psychologii, na które ten z trudem znajduje odpowiedzi, jednak zadowalające jego szefa na tyle, że ten szybko przekonuje się do jego geniuszu i do doniosłości jego pracy. Ale Caleb ma poważny problem, bo Ava zaczyna mu zdradzać informacje, które najpierw wywołują dysonans poznawczy, a w końcu kreują atmosferę paranoi…

I tak dzieło Garlanda, zgodnie z duchem czasów, z filmu wysoce artystycznego powoli zaczyna się zamieniać w klasyczny thriller, w którym napięcie rośnie aż do wybuchowego finału. Ten dla prawdziwych fanów kina gatunkowego nie będzie jednak wielkim zaskoczeniem, bo reżyser decyduje się operować „czerwonymi śledziami”, których nie powstydziłby się Lucio Fulci, Sergio Martino czy Dario Argento, a więc wpuszcza do swojego dzieła mnóstwo schematów wyjętych żywcem z filmów giallo. To jednak tylko drobny minus, który ma także swoje dobre strony, bo historia nabiera dzięki temu pewnej zwartości i nie schodzi na intelektualne manowce.

Ex Machina zadaje jednak – szczególnie w pierwszej połowie – mnóstwo istotnych pytań futurologicznych, psychologicznych czy duchowych. Poruszony zostaje problem człowieczeństwa, roli naszego gatunku w tworzeniu nowego życia, odpowiedzialności za inne życie, granic naszej inteligencji, a także roli chaosu czy przypadku w poszukiwaniu ideału. Są to pytania niezwykle fascynujące, które widz na pewnym poziomie będzie trawił jeszcze długo po zakończeniu seansu filmu Garlanda, który należy do najciekawszych produkcji europejskich ostatnich lat!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Ex Machina
Produkcja: Wielka Brytania, 2015
Dystrybucja w Polsce: United International Pictures
Ocena MGV: 4/5

Teoria wszystkiego (2013)

zero_theorem_poster

Po obejrzeniu ostatniego zrzutu Gilliama przez chwilę zastanawiałem się ilu specjalistów od marketingu natychmiast zaczęło pracę nad elektronicznymi reklamami goniącymi za konsumentem po ulicy. W Teorii wszystkiego pojawia się jednak także kilka innych ciekawych pomysłów na przyszłość, jaką czeka ludzkość, a wśród nich klasyk: wirtualny sex. Tak, 72-letni mistrz kinematografii, który znaczną część swojej kariery poświęcił kręceniu kultowych poniekąd dystopii tj. Brazil czy 12 Małp, powrócił z kolejnym futurystycznym filmem, być może najlepszym od psychotycznej Krainy traw (2002).

Co należy wspomnieć, to że Teoria wszystkiego jest najtańszym filmem Gilliama od trzech dekad (zrealizowanym w Rumunii). W istocie, widać to aż zanadto w montażu, a przede wszystkim w sposobie prowadzenia akcji, która pomimo nieskończonych możliwości wyjścia w świat, zostaje ograniczona głównie do zamieszkanego przez głównego bohatera kościoła. Jest nim zaś Qohen, cruncher, specjalista pracujący na codzień przed komputerem, z padem w stylu konsoli do gier, za pomocą którego znajduje i umieszcza w odpowiednim miejscu klocki, brakujące części równań matematycznych, używane przez wszechmocną korporację ManCorp do poszerzania swojej władzy nad światem.

Qohen jest zasadniczo filozoficznie usposobionym nerdem, cierpiącym na cały szereg zaburzeń osobowości, izolującym się od świata, nienawidzącym imprez i całkowicie niezdolnym do nawiązywania kontaktów międzyludzkich. Niestety, w kreacji Christopha Waltza, który przeżywa swoje piętnaście minut sławy od sukcesu Bękartów wojny, nie czuje się, że poświęcił jej wystarczająco dużo pracy. Mimika i dykcja aktora czasem sprowadzają obraz do czystej farsy… która nie do końca pasuje do cynizmu i ironii Gilliama.

Jednak osobowość reżysera jest tu obecna od początku do końca, szczególnie w warstwie wizualnej, która zdominowana zostaje estetycznie przez kolorowy retrofuturyzm z dodatkiem klasycznych cyberpunkowych elementów. Miasto, w którym mieszka nasz nihilista, to Londyn w niedalekiej przyszłości. Urbanistyczna dżungla zalana komunikatami reklamowymi, graffitti i wszechobecnym duchem imprezy – jedną z największych paranoi myślicieli lewicowych, którzy od lat ’60 główne zagrożenie widzą w ekspansji rozrywki… ludzie wolą się bawić niż zaczynać rewolucję.

Nieprzypadkowo Qohen ubiera się na czarno, by wyraźnie odróżnić się od barwnego tłumu. W jego życiu nie istnieje również TERAZ – poza pracą – a jedynie nostalgia za odebranym kiedyś anonimowym telefonem, który obiecał mu wytłumaczenie sensu życia. Powszechnie uznawany za wariata, Qohen dostaje jednak ostatecznie specjalne zadanie do rozwiązania po otrzymaniu zezwolenia na pracę w domu, a jest nim tytułowa teoria wszystkiego, której hipotezą jest 0 = 100%, lub że wszystko sprowadza się do niczego.

O ile scenariusz z tego rodzaju centralną ideą sam w sobie jest dość ciekawy, Gilliam traktuje ją bardziej jako pretekst do wyreżyserowania krótkiej historii, w której pojawia się kilka dodatkowych postaci drugoplanowych oraz masa bardzo miłej scenografii i efektów specjalnych. Znajdziemy tu wprawdzie kilka dobrych scen, zrealizowanych w konwencji manifestu, które przybliżają Teorię wszystkiego do wielkich dzieł kinematografii tj. Sieć, ale nie daje się im nigdy dobrze wybrzmieć w dialogach. Zamiast tego dostajemy dużo psychedelicznego eyecandy, który pomimo swojego piękna, nie daje jednak satysfakcji obcowania z lotem w stylu Enter The Void.

Głównym błędem Gilliama wydaje się brak dystansu do technologicznego przyśpieszenia, które zostaje przez niego sprowadzone do prostej dychotomii. Drażni także repetywność i nachalność wątku telefonicznego. Ostatecznie, najciekawsza pozostaje wizja wirtualnej rzeczywistości, która tak intensywnie pochłania Qohena, że ten niemal zapomina o swoim pragnieniu śmierci i poszukiwaniu sensu życia. Do myślenia zmusza także zakończenie filmu, enigmatyczne, zawieszające wszystkie postawione pytania w próżni, choć spadające na widza znikąd.

 Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Zero Theorem
Produkcja: Wielka Brytania/Rumunia
Dystrybucja w Polsce: Gutek Film
Ocena MGV: 3,5/5

Prince Rama i „Never Forever”, czyli apokalipsa w pop continuum!

Duet taneczno-muzyczny Prince Rama tworzą, pochodzące z Brooklynu w Nowym Jorku, siostry Taraka i Nimai Larson. Projekt zrodził się w komunie Hare Krishna na Florydzie i z czasem ewoluował w formę utopijnej sztuki-pajęczyny obejmującej manifesty w stylu The Now Age: Meditations on Sound and The Architecture of Utopia, psychedeliczno-elektroniczno-new age’owe płyty tj. Top Ten Hits of The End of The World (Paw Tracks, 2012), a także „grupowe egzorcyzmy przebrane za kursy fitness na VHS”. W Never Forever Prince Rama dokonują ostatecznego channelingu retro-futurystycznej wizji pop apokalipsy.

Na płycie Top Ten Hits of The End of The World siostry po raz pierwszy połączyły ideę pop apokalipsy, która kończy fikcyjne żywoty dziesięciu rożnych grup muzycznych tj. Metaphysixxx czy I.M.M.O.R.T.A.L.I.F.E., a które następnie zostają przywołane w duchowej formie, by wykonywać hity tj. Those Who Live For Love Will Live Forever, z formą konceptualnego performance’u i kultu Wieku Teraz (The Now Age). Ten jednak, jak głosi manifest, nie może zostać nazwany, gdyż w takim wypadku staje się natychmiast momentem w czasie, a więc zostaje stracony.

prince_rama_never_forever_kadr
„Never Forever” / reż. Lily X. Wahrman

Tyle jednak ideologicznego misz-maszu, gdyż znacznie ciekawsze rzeczy znajdziemy rezygnując z pierzyny tych metafor. Prince Rama posługują się bowiem ciekawą, retro-futurystyczną estetyką, która została niedawno zwerbalizowana w formie mini-pop-space-opery pt. Never Forever przy pomocy reżyserki Lily X. Wahrman i jej studia Astral Project. Ten 17-minutowy teledysk jest o tyle niezwykły, że pozostaje idealnym przykładem współczesnej sztuki-jako-hybrydy, wizualną translacją muzycznego ADHD, swoistym manifestem spiralnego trendu kultury – jednoczesnego cofania się i maszerowania naprzód.

Inspiracji dla Never Forever nie trzeba przy tym szukać daleko, gdyż jak mówią same siostry, w Never Forever znajdziemy: Forever 21, Ryana Trecartina, thriller, sporty ekstremalne, Kennetha Angera, Alejandra Jodorowsky’ego, Liquid Sky, estetykę zombie, The Apple, The Big Apple, Mathew Barneya, Monster Energy, Fun Fun, Stonehenge, Kate Bush, Lao Tsu, Muscle Milk, Nietzschego, Hooters, Setkę Hitów Billboardu, Charlesa Mansona, The Unarians, Abercrombie & Fitch, hologramy, cheerleaderki Dallas Cowboys, Meshes of the Afternoon i Donnę Summer.

I faktycznie, komputerowe hologramy żywcem wyjęte z cyberpunkowych powieści Williama Gibsona mieszają się w Never Forever z metroseksualnymi wzorcami utopijnej płci, hinduską estetyką pocztówkową, inicjacyjnymi wątkami charakterystycznymi dla kina Jodorowsky’ego i Angera oraz nowojorskim stylem disco z początku lat ’80, a wszystko utopione w duchowych niepokojach pokolenia dizajnu wnętrz a là Cremaster Matthew Barneya (prawdopodobnie pioniera tej estetyki) i z karabinami na cekiny. Łatwiej jednak obejrzeć niż opisać, z czym mamy tutaj do czynienia…

Neofilia, retromania i celebracja złotego wieku muzyki

Termin neofil pojawił się po raz pierwszy w kultowej książce Roberta Antona Wilsona Oko w piramidzie (pierwszym tomie Trylogii Illuminatus), która przez mainstreamową krytykę literacką została szybko osadzona w szufladce science-fiction, jednak dla środowiska headów była czymś więcej – prawdziwym manifestem kontrkultury, a do tego szczegółową analizą fenomenu społecznej rewolucji lat ’60, zgrabnie ujmującą w klamrę wszystkie jej twarze, fasady i odcienie.

Kontrkulturowy silnik, napędzany wierzeniami, wizjami i utopijnymi pomysłami na stworzenie nowego społeczeństwa był wprawdzie kompletnie niewyrażalny w języku zgredów, ale możliwy do ogarnięcia przez pisarzy, którzy znali osobiście koryfeuszy kultury psychedelicznej, którzy przeżyli niejeden trip i którzy po części sami utożsamiali się z kontrkulturowymi fantazjami.

Neofil u Wilsona to jednostka, która nie zawiesiła się na bezmyślnym kultywowaniu tradycji i funkcjonowaniu w utrwalonym konsensusie rzeczywistości, ale zmutowała duchowo i zerwała z wiarą w stałość porządku społecznego. Innymi słowy, neofil akceptuje zmiany duchowe i społeczne jako konieczny, a nawet pożądany element ciągłej ewolucji i po heraklitejsku nie wierzy w trwałość wszechświata.

Termin ten jest swoistym podsumowaniem psychedelicznej ideologii kontrkultury, która, jak stwierdził Paul Kantner – gitarzysta i założyciel Jefferson Airplane – posługiwała się w celu jej pełnej realizacji LSD, środkiem pozwalajacym na efektywne odcięcie się od stylu życia klasy średniej lat ’50, dla której głównymi składnikami języka były kariera i konsumpcja.

Kwas miał demaskować atomizację społeczną, korporatyzację życia codziennego i pozwalać na dynamiczne poszybowanie w kosmos, do ani-ani świata pierwotnego chaosu, gdzie możliwe były nowe sposoby myślenia i gdzie duch z dużym przyśpieszeniem mutował w nowe formy, niemal jak w Alicji w krainie czarów (która stała się ważna metaforą ruchu, uwiecznioną w hicie napisanym przez Darby’ego Slicka i zaśpiewanym przez Grace Slick wraz z The Great Society).

Energia, zdobyta na tych pirackich wyspach – jak określiłby to Hakim Bey – miała być podstawą budowania nowego społeczeństwa, które optymistycznie patrzyłoby w przyszłość. Ta miała się zaś obywać bez wojen, bez konflików rasowych, bez wilczej konkurencji, bez wyzysku i bez wszechobecnej nienawiści.

Podobnie dla Nowej Lewicy – zarówno w Europie Zachodniej, jak i w Stanach Zjednoczonych – nowy ład miał się opierać na równości społecznej i wolności wyboru. Ale system chciano zmusić do zmiany kierunku na optymalny w inny sposób: przez manifestacje polityczne, okupację fabryk, uniwersytetów, bojkotowanie poboru wojskowego i w końcu zbrojny opór. Ale w pewnym momencie wszystkie stronnictwa (te i inne) połączyła zbieżność celów – każda iskra miała znaczenie i nawet mały podmuch mógł wywołać duży ogień.

Ta idea wspólnego frontu wyszła głównie ze środowiska Kena Keseya, który niestrudzenie powtarzał, że: Działamy tu na wielu poziomach. Oznaczało to tyle, iż psychedeliczna transgresja dawała możliwość przemiany kulturowo-społecznej i ważne było zwrócenie uwagi na wszystkie części równania. Ale ta mistyka – ten szczególny system myślenia – była zrozumiała jedynie dla insajderów, dla neofili!

W istocie, ten ideologiczny i duchowy hermetyzm kontrkultury lat ’60, jej nieuchwytność, podkreśliło post factum wielu kultowych pisarzy, z których najbardziej znanym oprócz RAW jest oczywiście Hunter S. Thompson. Swoją melancholię dr dziennikarstwa gonzo wylał na kartach Lęku i odrazy w Las Vegas pisząc: San Francisco w połowie lat sześćdziesiątych było bardzo znaczącym przecięciem miejsca i czasu, szczególnie jeśli byłeś jego częścią. Może miało to jakieś znaczenie. A może nie w dłuższej perspektywie… ale żadne wytłumaczenie, żadna kombinacja słów, muzyki czy wspomnień nie jest w stanie oddać uczucia przebywania samemu w tym zakątku czasu i świata. Cokolwiek miało to znaczyć…

Ciężko jest zrozumieć historię z powodu tego całego, profesjonalnego gówna, ale nawet bez bycia pewnym „historii”, całkowicie usprawiedliwionym wydaje się sąd, że co pewien czas energia całego pokolenia kumuluje się w jednym, potężnym wybuchu z powodu, którego nikt w tym momencie tak naprawdę nie rozumie i którego nikt nie jest w stanie wytłumaczyć w retrospektywie.

I choć ciężko nie zgodzić się z Thompsonem, że nie możemy, niczym w powieści Orsona Wellsa, wskoczyć w magiczny wehikuł i przenieść się w przeszłość, by dokładnie zrozumieć ten drobny wycinek kulturowej czasoprzestrzeni – a tym bardziej ogarnąć go w retrospektywie – właśnie druga połowa lat ’60 stała się z czasem najbardziej rozchwytywanym fantazmatem na rynku konsumenckim. W myśl hasła: „Rewolucja się najlepiej sprzedaje”, siły rynku wciąż nie potrafią się oderwać od ponadczasowego magnetyzmu kontrkulturowego zrywu, który nie miał wcześniej precedensu, a później był niemożliwy do powtórzenia.

Siła rewolucji lat ’60 leżała bowiem w całkowitym zerwaniu więzów z kulturową tradycją i nieskrępowanym tworzeniu nowej przyszłości – psychedelicznym futuryzmie, który najlepiej został wyrażony w muzyce. I logicznie, segmentem który starannie przechował go w formie sentymentu, by od czasu do czasu skrupulatnie rewitalizować, stał się przede wszystkim biznes muzyczny, masowo obracający artefaktami własnej przeszłości, zajmujący się swoistym, emocjonalnym recyklingiem.

MC5_koncert
MC5, czyli proto punkowa rewolucja na scenie

Dla przemysłu muzycznego jest dzisiaj bardziej niż jasne, że dalsze sukcesy sprzedaży nie leżą dłużej w teraźniejszości, ale w złotym wieku 1958-1974, którego kreatywny szczyt trwał zaledwie 5 lat – mówimy oczywiście o przedziale 1964-69.

To wtedy zaczęła się Brytyjska Inwazja, The Sonics dali podstawy punk rockowi, The Monks stworzyli zręby krautrocka, The Grateful Dead rozwinęli rock’n’rollową improwizację grając od kilku do kilkunastu godzin pod rząd na Próbach Kwasu, The United States of America i Silver Apples dokonali proroczych, proto-elektronicznych nagrań studyjnych, a Bob Dylan wyznaczył nowy kierunek dla pisania tekstów w muzyce popularnej. To także wtedy The Yardbirds, Kaleidoscope i The Beatles po raz pierwszy użyli sitaru pokazując, że istnieje inna muzyka poza euro-amerykańską, The Bonzo Dog Band i The Fugs połączyli muzykę z performancem, a MC5 na stałe ożenili gitary i politykę.

To także wtedy La Monte Young, ojciec minimal music, przeprowadził swoje pionierskie eksperymenty z loopami taśmowymi, Led Zeppelin nagrali pierwszy album, a Jimi Hendrix wyznaczył poziom grania na gitarze, którego nikt od tej pory nie był nawet w stanie sięgnąć. W zasadzie niemal wszystkie gatunki muzyki współczesnej mają swoje korzenie w tym okresie albo silnie się nim inspirują. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że konsekwentna rewitalizacja lat ’60 w muzyce i modzie, która zachodzi w zasadzie od połowy lat ’70, przerodziła się w końcu w długotrwałą i nieustającą obsesję.

A ta nie ogranicza się już dłużej do małych zine’ów i sceny revivalowej, celebrującej kult specyficznych, niszowych gatunków tj. rockabilly, punk garażowy, freak folk, surf czy mod, ale również do mainstreamowych zespołów tj. The Hives, The Strokes, The Raconteurs i sprawujących nad nimi pieczę, dużych wytwórni muzycznych, które korzystając z każdej kolejnej fali powrotu przeszłości na scenę, odgrzebują i rzucają na rynek te same oryginały, które od lat przynoszą im zarobki.

W archiwach gigantów muzycznych znajdują się obszerne katalogi, które umożliwiają kontrolowanie bilansu przychodów poprzez: reedycje (kawałki poddane remasteringowi), kompilacje (największe hity), reedycje (oryginalny transfer z oryginalnych taśm), kompilacje rocznicowe (z bonusowymi kawałkami), reedycje (zawierające zarówno miks mono, jak i stereo), box sety, reedycje (oryginalne kawałki + odrzuty z sesji), kompilacje (najlepsze z najmniej znanych kawałków), pakiety (CD + winyl + kupon na ściągnięcie z sieci mp3) itd.

W każdym z tych przypadków nie muszą one inwestować nic w czas studyjny i grosze w promocję, gdyż sukces produktu zapewniają same nazwiska legend muzyki gitarowej: prawdziwe rock’n’rollowe brandy. The Rolling Stones, Eric Clapton, Bob Dylan, a w końcu The Beatles – kapela rozwiązana w 1970, a jednak przebijająca wszystkie inne wysokością sprzedaży płyt (poza Japonią, gdzie przebili ich The Ventures).

A dzisiejsi słuchacze, jak nigdy wcześniej, wrażliwi są na muzyczną nostalgię i gotowi wydać więcej na profesjonalnie wydane, ważne momenty z mitycznej przeszłości niż na debiutancki album, choćby nie wiadomo jak zdolnej i gorącej grupy, który wielu zwyczajnie ściąga, przesłuchuje dwa-trzy razy i zapomina o nim na wieki.

Czas przydatności do spożycia nowych nazwisk w muzyce skrócił się bowiem w ostatniej dekadzie do dwóch-trzech sezonów, po których artyści lecą w tę samą otchłań alkoholizmu, heroinizmu, kokainizmu i depresji, z której rzadko wychodzą. Jednak dinozaury muzyki rockowej tj. Keith Richards, po trzecim odwyku i kolejnym przetoczeniu krwi wciąż mają się doskonale i nagrywają nowe płyty pod starymi szyldami, które sprzedają się lepiej niż większość debiutów.

Ale nie bez powodu, gdyż starość w muzyce oznacza zupełnie co innego niż jej powszechny odpowiednik – twój sąsiad właśnie przeszedł na emeryturę po 40 latach harowania na budowie i czuje, że całe jego życie nagle straciło na znaczeniu – staje się potwierdzeniem statusu w branży, jak też wśród samych fanów. Jeśli zespołowi udało się przetrwać 50 lat – casus The Rolling Stones – nabiera on cech mitycznego monstrum i staje się pomostem pomiędzy złotym wiekiem (umiejscowionym najczęściej w latach ’60), a dzisiejszym wiekiem żelaznym.

To nie byłoby jednak możliwe bez wszechobecnej nostalgii, która deprecjonuje teraźniejszość – jej siła polega na idealizowaniu przeszłości, na szukaniu punktu duchowego zaczepienia, w którym siły kulturowej grawitacji jeszcze nie zaczęły istnieć. Innymi słowy, jest to poszukiwanie wymiaru poza racjonalną czasoprzestrzenią, który wśród australijskich aborygenów znany jest jako Czas Snu.

Ten trend jest zaś potwierdzany w formie ekonomicznej przez podmioty rynkowe, których celem jest kapitalizowanie na jego potencjale. Ten zaś ma swoje źródło w boomie ekonomicznym końca lat ’80, który był kontynuowany przez wczesne lata ’90 aż do początku nowego Millennium. W tym czasie eksplodowała cyfrowa rewolucja, a kontrkulturowe ideały powróciły w formie technoutopizmu, cybergnostycyzmu, a szerzej cyberkultury.

Na tej samej fali doszło przy tym do wykształcenia się innego, równie interesującego zjawiska kulturowego – powstania retro-labeli tj. Sundazed, Norton Records, Crypt Records, Akarma i wiele innych, które zajęły się wypuszczaniem reedycji płytowych i kompilacji wcześniej w zasadzie nieznanych grup psychedelicznych, garażowych i rock’n’rollowych. W tym samym okresie nadmiar gotówki i kolejna fala nostalgii doprowadziła zaś do wytworzenia się rynku kolekcjonerskiego, który szybko został rozbuchany przez handel Internetowy.

Co jednak symptomatyczne, to że po raz pierwszy w historii nowa muzyka – w latach ’90 głównie płyty elektroniczne, tworzone w ramach sceny rave’owej – musiała rywalizować ze starą. Z jednej strony wielkie koncerny zaczęły topić rynek w reedycjach klasyków na CD, nieobecnych przez wiele lat z powodu wymazywania katalogów po maksymalnie dwóch-trzech tłoczeniach.

Z drugiej, wspomniane retro-labele zaczęły wydawać płyty (zarówno na winylu, jak i na CD), które znane były przez wiele lat jedynie zapalonym kolekcjonerom i historykom muzyki, w efekcie doprowadzając do zwiększonego zainteresowania przeszłością oraz jej stopniowej reinterpretacji. Świat nagle poznał muzykę The Sonics, The Monks, The Trashmen, Dicka Dale’a, Nirvany i The 13th Floorn Elevators, którzy w swoim czasie osiągnęli zaledwie lokalny sukces lub odeszli w zapomnienie po jednym hicie, a to doprowadziło do zmiany paradygmatu.

Dzięki działalności retro-labeli, obfitość materiału wydanego w latach ’60 przez małe wytwórnie i pozostającego poza orbitą zainteresowania radia FM czy telewizji, okazała się oszałamiająca. Gorączka grzebania wywołała zaś automatycznie rewitalizację zapomnianych gatunków tj. surf, mod, garaż, psychedelia etc., które w świetle nowych odkryć okazały się posiadać zdumiewającą siłę, gdyż dopiero zostały odkryte przez nowe pokolenie.

To spowodowało z kolei inflację znaczenia kontaktu z autentyczną przeszłością i boom kolekcjonerski, którego podłożem stało się szukanie oryginałów w jak najlepszej kondycji. I retro-labele dość szybko zrozumiały ten trend – jako że właśnie one go rozpaliły – dzięki ich właścicielom, zapalonym kolekcjonerom, którzy swój sukces oparli na rzadkich znaleziskach. Ten nowy kult, u podłoża którego leży fizyczna niemal potrzeba kontaktu z duchem czasu, eksplodował oficjalnie z chwilą nawiązania porozumienia pomiędzy wydawcami, a fanami muzyki.

Jednak rynek retro szybko zdominowany został przez hard core’owych kolekcjonerów, szukających przede wszystkim oryginalnych kopii w stanie Near Mint (lub Mint, jeśli to możliwe). By rywalizować z trendem, retro-labele musiały więc nawiązać głęboki, psychologiczny kontakt ze swoimi klientami. Ten został zaś zawiązany poprzez oferowanie mistyki oryginału w bardziej oryginalnym opakowaniu.

Po reedycjach stereo wytwórnia Sundazed zaczęła trend na tłoczenia mono, umieszczając oryginalne hasło na okładce: „Tak, jak miało być to usłyszane”. Oczywiście, przy masteringu z oryginalnych taśm i wysokiej jakości tłoczeniu. Ale by zadowolić także zmysł estetyczny, płyty zaczęto tłoczyć coraz częściej na kolorowym, artystycznie zaprojektowanym winylu, przypominającym słynne kwasowe T-shirty. Od momentu, gdy abumy zaczęły się zaś pojawiać w kilku kolorach, ekonomiczne prawo rzadkości wzięło górę.

To szybko doprowadziło zaś do ekonomicznego fenomenu, który sprawił że to samo tłoczenie albumu w dwóch różnych kolorach może drastycznie różnić się ceną. Czarny winyl, wydany w 500 egzemplarzach po roku będzie kosztował dalej $25.90 i będzie go można kupić w każdym sklepie, ale fioletowo-złoto-zielony – który już zdążył zejść z rynku – będzie kosztował $55.90, pod warunkiem, że uda się go znaleźć na eBayu.

I choć kolorowy winyl będzie często brzmiał gorzej czy będzie pokryty drobnymi skazami, nie ma to żadnego znaczenia, gdyż kolekcjonowanie muzyki nie jest racjonalnym zajęciem, bardziej przypominając tajemniczy kult, rządzący się wewnętrznymi regułami. Kolekcjonerzy-fetyszyści, którzy nie mogą pozwolić sobie na oryginał lub znaleźć go w wystarczająco satysfakcjonującym stanie, nie zadowolą się niczym innym niż 180-gramową reedycją na fioletowo-złoto-zielonym winylu.

To oczywiście przypomina swoisty kult i nie pomylimy się, jeśli powiemy, że właśnie on jest podstawą ciągle odradzającego się zainteresowania złotym okresem muzyki będąc w istocie Kultem Złotego Wieku. W przeciwieństwie do New Age’owych utopii bezcielesnej przyszłości, powszechnego breatharianizmu i życia spędzanego na planie astralnym, ten specyficzny kult audio za cel obiera sobie jednak celebrację przeszłości z nostalgią jako liturgią i oryginalnymi tłoczeniami mono jako magicznymi artefaktami, pozwalajacymi na kontakt z muzycznym absolutem.

Boskość w wyobrażeniach audio kultystów wcielona została na stałe w winylową materię i w tym sensie jest to prawdziwe audio voodoo (termin został stworzony oryginalnie przez środowisko audiofilskie na określenie maniakalnego poszukiwania perfekcyjnych standardów odtwarzania dźwięku) z elementami quasi rytualnego wtajemniczenia.

Nie dziwi to jednak zupełnie, jeśli zważymy na fakt, że muzyka i rytuał od zawsze pozostawały ze sobą w głębokim związku, sięgającym pogańskich rytuałów plemiennych, w których konfrontacja z wieczną rzeczywistością lub Czasem Snu odbywała się w transie, osiąganym za pomocą silnych bodźców rytmicznych (gwałtownie zmieniających sposób funkcjonowania mózgu), środków halucynogennych lub dzięki połączeniu obydwóch metod (przypadek najczęściej poświadczony przez antropologów w badaniach terenowych).

A robiący dzisiaj furorę retro rock grup tj. Graveyard, Witchcraft, Kadavar czy Hot Lunch to nic innego, jak powrót do kolebki, do początku wszystkiego, tak jak rytualny trans jest zwróceniem umysłu pierwotnemu doświadczeniu całości. Czy początkiem są Black Sabbath, The Beatles czy The Sonics, najważniejsze jest wewnętrzne przekonanie muzyków, że krok po kroku starannie odtwarzają oryginalne doświadczenie, co samo w sobie jest niezwykle bliskie neoplatonizmowi.

Paradkosalnie, retromaniacy starają się wrócić rzeką czasu do momentu, w którym muzyka była najbardziej neofilska ze wszystkich okresów, które znamy. Black Sabbath ze swoim chropowatym, twardym brzmieniem byli w 1970 reprezentantami nowej, niewyobrażalnej wcześniej myśli muzycznej. Jimi Hendrix był uważany za pół-boga, a jego mówiąca gitara – która często analizowana jest pod kątem neoplemiennym – stawała się manifestem kosmicznego futuryzmu dźwiękowego.

The Sonics ze swoimi trzema akordami, szybkim tempem i totalnie sfuzzowanymi gitarami byli prorokami prostoty i surowości punk rocka w czasie, gdy Beatles wciąż śpiewali słodkimi głosami o chwytaniu za rękę. Zaś Silver Apples tworzyli rytmiczną proto-elektronikę, która jako nowa koncepcja muzyczna miała dopiero eksplodować wraz ze sceną rave pod koniec lat ’80.

Jeśli więc ostatnimi głosami neofilii w muzyce były brytyjskie gatunki lat ’00: dubstep i grime, które zaczęły się jednak wyczerpywać kilka lat temu, a z boku nie zdążyło wyrosnąć nic zupełnie nowego, czyż retro-scena nie jest logicznym trendem?

Poprzez manifestowanie braku chęci do przesuwania granic i tworzenia nowych gatunków muzycy mogą wprawdzie wyrażać zmęczenie ideą artysty jako proroka przyszłości, ale mogą również zwyczajnie odrzucać fałszywą – choć kultywowaną przez media – ideę nowości jako produktu teraźniejszości, biorącej się znikąd.

Czasy kryzysu ekonomicznego zazwyczaj pokazują zmniejszający się poziom optymizmu i brak zainteresowania ryzykiem. Ale patrzenie w przeszłość jest często nie tyle wyrazem strachu, co brakiem wiary w przyszłość. Jeśli przeszłość oferuje bowiem wszystko to, co najbardziej wartościowe, po co iść dalej?

Conradino Beb

„Neurocomics” – zapomniany komiks Timothy Leary’ego

timothy_leary_neurocomics

W 1975-76 Timothy Leary – powtórnie odsiadujący wyrok za posiadanie pół uncji marihuany po złapaniu przez agentów FBI w  Afganistanie – zaczął pisać książkę Exo-Psychology, w której podsumował swoje neuroteologiczne teorie na temat ewolucji systemu nerwowego człowieka. Hasłem dnia dla Leary’ego była w tym czasie egzystencja istoty ludzkiej w kosmosie, która wyzwolona z przywiązania do swojej starej ojczyzny, radośnie oddawałaby się eksploracji nieskończonej przestrzeni wszechświata.

Jak napisał w przedmowie do książki Leary, która z czasem zmieniła tytuł na Info-Psychology: Zasugerowaliśmy osiem okresów i dwadzieścia cztery fazy ewolucji neurologicznej jako dydaktyczną metaforę, zapowiadającą, krystalizującą, porządkującą, personalizującą i oswajającą człowieka z szerokimi, postmechanicznymi, metapersonalnymi, post-newtonowskimi polami elektronów, które dopiero zostaną wdrukowane.

Książka, będąca specyficznym, wizjonerskim wykładem, upstrzona licznymi neologizmami, wypadkowymi doświadczeń na kwasie, wątkami futurystycznymi, elementami teorii neurologicznych, a w końcu odwołująca się do psychoastrologii, pozostaje do dzisiaj ogromną ciekawostką, która zapamiętana została głównie dzięki Teorii 8 Obwodów Neurologicznych (czterech newtonowskich i czterech einsteinowskich), które powiązane zostały prze Leary’ego z całym systemem licznych i znaczących korespondencji.

Przez długi czas nie zdawaliśmy sobie jednak sprawy, że niedługo później Leary wraz z pomocą rysowników Pete’a Von Sholly’ego, George’a DiCaprio (ojca Leonarda) oraz Tima Kummero, stworzył obrazkową wersję swojej książki – Neurocomics, wydany w 1979 przez małe wydawnictwo Last Gasp Eco-Funnies. Na 36 stronach guru kontrkultury wyjaśnia w przystępny sposób czym jest istota inteligencji, jak ewoluuje ona w wyższe formy, kim są jej wrogowie i co jest jej ostatecznym przeznaczeniem. Komiks można pobrać stąd.

Długi lot metafizycznego anarchisty – Conradino Beb rozmawia z Dariuszem Misiuną

W pewien piękny listopadowy poranek siadłem sobie do rozmowy z Dariuszem Misiuną – socjologiem, rebeliantem, metafizycznym anarchistą, filarem polskiego undergroundu, człowiekiem-legendą polskiej sceny wydawniczej… który jako właściciel założonego w 2001 wydawnictwa Okultura nieprzerwanie wzbogaca krajowy rynek o bezcenne pozycje z kategorii kontrkultury, współczesnego okultyzmu, kultury psychedelicznej oraz idei wywrotowych. Naprawdę nie ma w Polsce drugiego takiego wydawnictwa!

Mimo że DUŻE media nadały Darkowi w późnych latach ’90 etykietkę „czarnego papieża”, zatrwożone promowaną przez niego myślą, była to w dużej mierze część nieszczęśliwego kursu polskiego establishmentu w stronę bezwzględnego zamordyzmu, którego wraz z wieloma innymi osobami padł ofiarą, a który w ostatnim czasie osiągnął swoją kulminację. Jednak nawet w obliczu zbliżającego się końca świata, gigantycznego kryzysu ekonomicznego i anomalii piętrzących się na polskiej scenie politycznej, OKULTURA ma się lepiej niż kiedykolwiek, gdyż siła optyzmizmu jest w stanie przenosić góry i podbijać kosmos. Poniższy wywiad zbiegł się szczęśliwie w czasie wraz z oddaniem do druku 3. numeru kultowego pisma Trans:Wizje!

Conradino Beb: Ciężko się składało trzeci numer Trans:Wizji?

Dariusz Misiuna: Oddawanie pisma do druku zawsze wiąże się z pokaźnym wydatkiem energetycznym, ponieważ nie wszystko można kontrolować i w dużej mierze trzeba improwizować. Ot, na przykład rola czynnika X, tego co nieprzewidziane w procesie twórczym, okazuje się nie do przecenienia. Tym razem mieliśmy w redakcji grypę i zapalenie płuc, tak więc trzeci numer Trans:Wizji dosłownie wycisnął z nas siódme poty.

Conradino Beb: Ale będzie za to lepszy od poprzednich numerów?

Dariusz Misiuna: Nie mnie to oceniać. Będzie na pewno inny, bardziej spójny. Pracując nad poprzednimi numerami bawiliśmy się światem znaczeń. W pierwszym numerze tematem przewodnim była transformacja, pod którą podpięliśmy zarówno zjawiska odnoszące się do modyfikacji ciała i świadomości, jak i te związane z samym procesem twórczym. Drugi numer był poświęcony transgresjom i rownież dotyczył szerokiego wachlarza zjawisk. Obecny numer, dotyczący psychoszamanizmu, w 90% skupia się na szamanizmie psychodelicznym, kulturze psychodelicznej i badaniach nad psychodelikami. Jest więc bardziej wyrazisty, ale też pewnie mocniej specjalistyczny. Nie było jeszcze na rynku polskim publikacji, oddającej głos ludziom, którzy są „profesjonalistami od psychodelików”. Myślę, że nowy numer dobrze wypełni tę lukę.

Conradino Beb: No wlaśnie, ciekawą sprawą jest, że Trans:Wizje raczej nie są pismem przystępnym poruszając wiele tematów na poziomie akademickim czy wręcz ezoterycznym, a jednak zainteresowanie jest ogromne. Długo nie bylo na polskim rynku tego typu pisma, prawda?

Dariusz Misiuna: Mogę się tylko uśmiechnąć. Wydaje mi się, że przynajmniej część osób zainteresowanych szeroko pojmowanymi marginaliami kultury lubi kiedy docenia się inteligencję czytelników. Trans:Wizje nie są wprawdzie pismem naukowym, ale nie zamierzamy też traktować podejmowanych tematów po „łebkach”. Pisma, które tak robią, kopią sobie własny grób na podglebiu Internetu. Chcemy prowokować do myślenia. Nie podejmujemy tematów doraźnych. Nie powielamy njusów. Szukamy tego, co nieoczywiste w obszarze kultury. Tego, co pulsuje w jej tkance. Cieszy nas to, że nie nadajemy w głuszy, że są ludzie, którzy chcą nas czytać. Wielu z nich staje się później naszymi współpracownikami. Pewnie, niemały wpływ na ten rezonans ma fakt, że przy okazji wydawania kolejnych numerów pisma organizujemy mini-festiwale.

Conradino Beb: Coś sie faktycznie dzieje na polskiej scenie czytelniczej w ostanich, powiedzmy dwóch latach. Wygląda to trochę na efekt zmęczenia masowym kursem, obranym przez wszystkie niemal polskie segmenty medialne na początku nowego stulecia. Osobiście widzę w tym zapowiedź powrotu fantastycznej energii początku lat ’90, kiedy panowała ta radosna atmosfera tworzenia, poczucie że wszystko jest mozliwe… choć dużo sie od tego czasu zmieniło, nieprawdaż?

Dariusz Misiuna: Żyjemy w zupełnie innych czasach. Okres przełomu lat ’80 i ’90 to był w Polsce karnawał. Wszystko wydawało się możliwe. Braliśmy sprawy w swoje ręce. Tzw. trzeci obieg, czyli różne fanziny związane ze sceną HC/punk, art ziny oraz pisma anarchistyczne, był potężniejszy od całej suto sponsorowanej prasy solidarnościowej. Codziennie odbywały się demonstracje, koncerty, przeplatane szalonymi podróżami po kraju i balangami. Obecnie jest całkiem inaczej, choć wyraźne jest poczucie, że tak dłużej być nie może. Jednak nie wydaje mi się, abyśmy mieli do czynienia z rozkwitem inicjatyw wydawniczych. Wręcz przeciwnie. Wszystko raczej zwija się w stronę Internetu. Pytanie tylko, co czeka nas za rogiem? Eksplozja czy implozja? Nie wiem. Nie sposób nic przewidzieć. Trzeba więc „robić swoje”.

Conradino Beb: Jaki jest wiec sens wydawania jakościowego pisma papierowego w erze digitalizacji, kiedy większość tradycyjnych mediów dokonuje dynamicznej migracji online?

Dariusz Misiuna: Jest. Internet wciąż niesie ze sobą pewne ograniczenia. Czytanie długich tekstów bywa mało wygodne. Nie sposób nacieszyć się całym kontekstem związanym z papierową edycją: dotykiem, szelestem papieru, zapachem, przestrzenią ilustracyjną. Myślimy o T:W bardziej jak o mini-albumach dostarczających mocy inspiracji. Nasz przykład dowodzi, że jeśli dostrzega się inteligencję czytelników, otrzymuje się w zamian ich uwagę.

Conradino Beb: A uwaga jest tym co się liczy, poza sferą pieniędzy… to trochę takie wydawnicze ZEN. Kiedy zakładałeś OKULTURĘ w 2001 mialeś jednak tą samą ideę – oprócz realiów ekonomiczno-społecznych w twoim podejściu do wydawania książek czy magazynów niewiele się chyba zmieniło?

Dariusz Misiuna: Wydaję to, co lubię. Początkowo przyświecała mi jeszcze misja, by wypełnić pokaźną lukę istniejącą na polskim rynku w zakresie tekstów źródłowych z pogranicza kontrkultury i zachodniej tradycji ezoterycznej. W ciągu kilkunastu lat sytuacja uległa znacznej poprawie. Inne wydawnictwa podjęły za nami ten temat. Dlatego wpadliśmy na pomysł by robić dwa pisma: Hermaion – poświęcony naukowym badaniom ezoteryki oraz Trans:Wizje – pismo psycho-aktywne. Lubię ciągłe wyzwania. Nie dla mnie spoczywanie na laurach ani zjadanie resztek ze stołu kultury. Pieniądze w tym wszystkim mają znaczenie drugorzędne. Liczą się tylko po to, by móc realizować wizje.

Conradino Beb: Ale rynek polski robi się mimo wszystko coraz cięższy. Coraz wiecej wydawców drży na myśl o wydaniu czegoś ryzykownego. Faktem jest, że przyczyna leży bardzo często w ograniczeniu ich własnych gustów, ale dokłada się do tego dyktat hurtowni, wolno spływające pieniądze za towar i wysokie podatki na produkty drukowane, czyż nie?

dariusz_misiuna_promo_shoot

Dariusz Misiuna: Nikt nie mówił, że będzie lekko. Czytelnictwo gwałtownie spada, choć cierpią na tym głównie wielcy wydawcy, publikujący „mydło i powidło”. Na dodatek, wciąż kuleje rynek dystrybucyjny. Wielcy hurtownicy dyktują swoje warunki. Na płatności trzeba nieraz czekać dłużej niż pół roku. Jedyną drogą wyjścia jest sprzedaż bezpośrednia przez Internet oraz kontakt z małymi księgarniami, zainteresowanymi czytelnikiem. W takich galerio-kawiarnio-księgarniach upatruję nadzieję i alternatywę wobec książkowych supermarketów. Wiele zależy też od czytelników, czy będą wspierać EMPiK, Matras i innych potentatów nie sprzyjających rozwojowi rynku książek, czy też zechcą chodzić do małych księgarń lub kupować książki bezpośrednio od wydawców.

Conradino Beb: Taka jest prawda! Wielcy dyktują warunki, a mali albo sie podporzadkowują zakładając sobie stryczek na szyję, albo znajdują własne kanały dystrybucji. Na Zachodzie jest tak w zasadzie od późnych lat ’60. Można mówić o kulturze nisz, które oferują własne produkty tematyczne, dystrybuowane bezpośrednio do zainteresowanych. W ten sam sposób dzialała zresztą polska scena zinowa w latach ’80 i ’90. Internet jednak przywrócił pewną równowagę, gdyż każdy jest teraz w stanie znaleźć dokładnie to, co go interesuje. Okultura się jednak dobrze odnajduje w nowym cyfrowym świecie?

Dariusz Misiuna: Jesteśmy tu od początku czyli od połowy lat ’90. Już wtedy pojawiła się strona Okultury, pierwotnie z moimi tekstami. Osobiście, lubię skracać dystans. Nie potrzebuję skomplikowanej instytucji i fanfaronady. Mam gorący temperament i lubię działać pod wpływem natchnienia. Internet to ułatwia. Wpisuje się też dobrze w naszą wizję jak najmniejszego „zapośredniczenia”. Połowa nakładu naszych książek sprzedaje się przez nasz sklep internetowy, co czyni nas swego rodzaju fenomenem. Niemniej, wiem, że czeka nas jeszcze bardzo dużo wyzwań. Ot, choćby praca nad nową stroną, przekształcenie jej w portal, dodanie dwujęzyczności itd.

Conradino Beb: Fanpejdż fejsbukowy tez jest tłumanie odwiedzany i lajkowany?

Dariusz Misiuna: To prawda. Zresztą Facebook niemal całkowicie pożarł media społecznościowe. Posiada wygodną formułę i jest mało anonimowy. Cieszy nas, że profil facebookowy Wydawnictwa Okultura i Trans:Wizji jest tłumnie odwiedzany. A jednocześnie pozytywnie zaskakuje to, że w Internecie cieszymy się większą popularnością od wielkich wydawnictw.

Conradino Beb: Bo w Internecie wszyscy sa równi… zadziwia, jak dobrze broni się to medium mimo wysiłków zduszenia niezależnej myśli i twórczych inicjatw – przejęcia pałeczki przez wielkie korporacje medialne… ale wskoczyło mi właśnie do głowy inne pytanie: czy nie czujesz się czesto ograniczony w swoich manewrach wydawniczych wiedzą i horyzontami własnych czytelników?

Dariusz Misiuna: Nie. Z prostego względu – wydaję to, co lubię. Nie targetuję Okultury pod kątem jakiejś grupy czytelniczej. Zakładam, że mam do czynienia z inteligentnym, otwartym odbiorcą, nie do końca pogodzonym z zastaną rzeczywistością i otwartym na zmiany. Oczywiście, miewałem chwile zwątpienia, zwłaszcza na początku naszej działalności wydawniczej, kiedy byliśmy kojarzeni z hardcore’owym okultyzmem. Zdarzały się wtedy kontakty z czytelnikami, dla których okultyzm pełnił rolę substytutu wiary. A mnie nigdy nie interesowało serwowanie komukolwiek jakiejś sztywnej mapy rzeczywistości.

Z biegiem lat Okultura rozpostarła jednak skrzydła obejmując swoją działalnością znacznie szersze spektrum wiedzy. Dzięki temu zaczęli też do nas „napływać” bardziej inteligentni, ciekawi świata czytelnicy. Z wieloma z nich zadzierzgnąłem znajomość, która czasami przeradzała się w przyjaźń lub współpracę. I to jest właśnie najfajniejsze w tej działalności, że prowadząc małą firmę, posiadającą solidne oparcie w Internecie, czujesz ten obieg energii ze swymi czytelnikami i tworzysz coś więcej aniżeli ksiażki. Pojawia się pewna wartość dodana – wspólnota.

Rzecz jasna, minimum dystansu bywa przydatne dla higieny psychicznej i ekonomizowania czasu. Inaczej, wydając książki o seksie, narkotykach i okultyzmie, można by się totalnie pogrążyć w ekscesie. Reasumując ten przydługi wywód, przyznam że dla mnie ta praca – która czasami bywa bardzo mozolna – to przede wszystkim fantastyczna przygoda, w której istotną rolę pełni cały proces wydawniczy, od kreowania wizji, poprzez ich materialne manifestacje, skończywszy na relacjach z czytelnikami.

Conradino Beb: Ale poznałeś legendarnego Andrzeja Urbanowicza, gdyż byłeś w swoim czasie jedynym tłumaczem Crowleya na język polski… czyli pewna fama wisiała nad tobą dosyć długo. Do dzisiaj jesteś kategoryzowany jako naczelny prorok mroku na polskiej scenie wydawniczej, he?

Dariusz Misiuna: Andrzeja poznałem w 2000 roku w Gardzienicach, w teatrze Staniewskiego. Pracował tam mój kumpel Joystick, który kilka lat wcześniej zrobił pierwszą Okulturową stronę z moimi przekładami i tekstami. Po spektaklu Metamorfozy wg Apulejusza odbyło się spotkanie aktorów z Urbanowiczem, podczas którego wygłosił on wykład na temat nowej ery, w której dominującą rolę odgrywa archetyp Dziecka. Wspominał w nim o wizjach Crowleya i przy tej okazji wyszło na jaw, że wśród słuchaczy znajduje się tłumacz książek Aleistera Crowleya. Sprezentował mi swój album, a ja mu przełożoną przeze mnie Principię Discordię.

Co do drugiej części pytania, odpowiedź brzmi tak. W latach 90-tych faktycznie uchodziłem za polskiego „czarnego papieża” z racji tego, że jako jedyny pisałem artykuły o Crowleyu i mrocznych odłamach okultyzmu. Czarowałem też wydawców, by publikowali przekłady jego książek. Jednak nie był to zaszczytny tytuł w kraju, gdzie nonkonformizm posiada diabelskie oblicze, nie za bardzo mi pasował i mocno mnie ograniczał.

Conradino Beb: Czarowaleś… dobrze 🙂

Dariusz Misiuna: Sam siebie zaczarowałem! Z Crowleyem jest taki problem, że choć dostarcza wielu fantastycznych technik na przezwyciężanie społecznych uwarunkowań i psychologicznych programowań, sam stwarza tak kompletny system, że łatwo potraktować jego świat jako doskonałą iluzję wypełniającą przestrzeń doświadczenia. A mnie jednak zawsze najbardziej interesowało doświadczenie wewnętrzne, życie jako wyzwanie, przygoda, eksperyment. Nie zaspokajanie się dogmatami, jakkolwiek rewolucyjnie, luzacko czy buntowniczo by one się nie prezentowały. Życie jest kolorowe, a nie czarne lub białe.

Conradino Beb: Fantastycznie! Rozszerzasz więc działalność na ogólne pole kontrkultury, myśli niepokornej i kultury psychedelicznej, żeby wyjść z mrocznej szufladki, a jednocześnie dać czytelnikom do zrozumienia, ze w życiu jest wiecej sposóbów na zabawę, niż odprawianie rytualów mniejszego pentagramu w czarnym worku na głowie i udawanie przed lustrem, że życie toczy się 24 godziny na planie astralnym. Czujesz się trochę dekonstrukcjonistą tej calej okultystycznej bzdury, która się w Polsce przyjęła jako obowiazujący model?

Dariusz Misiuna: Nie wiem czy bzdury, raczej bajki. Każdy ma prawo żyć według swojej bajki, ale to z pewnością nie moja formuła poetycka na życie. Interesują mnie twórcze odloty. Moją świątynią jest świat. Kręgiem magicznym jest przestrzeń sztuki i jej relacji z otoczeniem społecznym. Nie jest to zresztą takie odległe wobec crowleyowskiej definicji magii sformułowanej na łamach Magiji w teorii i praktyce. Ten wymiar fenomenologiczny jest tam bardzo wyraźnie zarysowany, niestety później tonie w mętach neoplatońskiej hierarchii. Widzisz, sam latałem w dziwnych ciuszkach uwalniając istoty z innych wymiarów. I rozumiem, że inni mogą odnajdywać w tym radość, szczególnie jeśli posiadają skłonność do fetyszyzmu oraz teatralizacji. Jednak obecnie najsilniej działa na mnie energia życia codziennego, którą przenika magia. Wystarczy tylko uwrażliwić się na nią i szerzej otworzyć oczy.

Conradino Beb: Niewymuszona (naturalna) działalność bez żądzy rezultatu jest najsilniejszym dzialaniem magicznym i nie trzeba do tego siedzieć w ciemnym pokoju probując oddzielić swój uduchowiony umysł od ciała, by mógł spotkać się z Wielkim Cthulhu… faktycznie, widać tu pewien neoplatonizm. Zresztą o czym my w ogóle mówimy, większość z tych domorosłych magów ślęczy obecnie 18 godzin na dobę przed komputerem wyszukując mroczne ikony, pod którymi mogą siedzieć na forach i prezentować się na Facebooku. Nie są zwykle zdolni do przełamania granicy pomiędzy poszukiwaniem wizerunku, a prostymi faktami życia. Zdaje mi się, że magia często bywa niczym więcej niż duchowym snobizmem. A jak z tobą, zdążyłeś go porzucić?

Dariusz Misiuna: Chyba musiałem być nieświadomym snobem, skoro go porzuciłem. A tak na serio, to mnie kwestia ornamentunku okultystycznego interesowała może przez pierwsze dwa lata. Nie dłużej. Jedyne przejawy mojego snobizmu objawiały się w pewnej skłonności do kupowania tajemniczych ksiąg w zdobionej oprawie. Ale nawet to nieszczególnie długo mnie trzymało. Myślę, że mam w sobie pewien rys antyspołeczny, przejawiający się w tym, że nie lubię tego, co modne, a wręcz czuję natychmiastowe znudzenie tym, co staje się modne. Kiedy Crowley stał się Polsce popularny, zacząłem postrzegać go jak starą raszplę. Owszem, nadal dostrzegam jego dawny urok, jak również doceniam jego geniusz, niemniej utraciłem fascynację całym budowanym wokół niego sztafażem. Faktycznie, jest w tym coś jasełkowego.

Conradino Beb: Anarchistyczne korzenie nigdy nie odeszły w przeszłość?

Dariusz Misiuna: Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Metafizyczna anarchia to wciąż dla mnie najbliższa formuła mitopoetycka.

Conradino Beb: A jak się anarchista, byly crowleyowiec, psychonauta odnajduje w brutalnych realiach IV RP?

Dariusz Misiuna: Dobrze. Konrad, przecież ta społeczna szopka to bzdura. Najwięcej prawicowych ustaw wprowadziły lewicowe rządy. Najbardziej zamordystyczni są tzw. liberałowie. Fakt faktem, że żyjemy w coraz bardziej opresywnym otoczeniu społecznym, które tylko czasami podsuwa nam lizaki, byśmy lepiej się z tym czuli.

Conradino Beb: Bronisz się przed ekspansją faszyzmu optymizmem?

Dariusz Misiuna: Jest kryzys, wszystko się sypie, pojawia się więc też i tęsknota za spójnym światem. A spójność można wytworzyć tylko kosztem wykluczenia, tylko poprzez grubo zakreślone granice. Tak właśnie rodzi się faszyzm. Jednak nie demonizowałbym tego zjawiska, skoro wielcy obrońcy narodu to często narkonaziści i dziwkarze. Spójność zapewniają im tylko fantazmaty, a nie praktyka życiowa.

Z drugiej strony straszenie ekstremami jest na rękę obecnej władzy, która bardzo chętnie dolewa oliwy do ognia. Dzięki temu jawi się przecież jako jedyny gwarant normalności i spokoju! Bardzo polecam lekturę komiksu Transmetropolitan. Warrenowi Ellisowi udało się uchwycić ten mechanizm polityczny robienia ludzi w balona poprzez polityczną ustawkę i grę złudzeniami.

Conradino Beb: Ale wladza demoralizuje – nawet, jeśli dzisiejsza polityka nie sprawuje już żadnej władzy nad procesami ekonomicznymi – i pojawia sie oczywiste pożądanie, żeby narzucać społeczeństwu coraz więcej krzywdzących, absurdalnych praw, które mają ograniczyć zdolność obywateli do partycypowania w „procesie demokratycznym”. Polska zaczyna trochę przypominać Republikę Delegalizacji Wszystkiego, nie sądzisz?

Dariusz Misiuna: Tak. Bo tak jest najłatwiej. Jeśli jest problem, prościej jest nie mierzyć się z nim, tylko go odcinać. Wiara, że można zaradzić czemuś poprzez zaostrzanie prawa to rodzaj myślenia magicznego – przekonania, że prawo zadziała jak klątwa. Nic bardziej mylnego. Życia społecznego nie da się kontrolować totalnie, nawet jeśli wszędzie postawimy kamery, a obywateli zaobrączkujemy w elektroniczne kajdanki. Największy problem w tym, że ludzie chcą tego, ponieważ najistotniejsza w ich życiu jest potrzeba bezpieczeństwa. Są przekonani, że to nie oni rezygnują z wolności, tylko ci, którzy w jakiś sposób im zagrażają. I tak oto zaciska się pętla samoograniczeń. Myślę też, że w tym procesie istotny aspekt odgrywa tzw. postęp techniczny i jego związki z biznesem. Na kontrolowaniu ludzi można przecież nieźle zarobić.

Conradino Beb: W Polsce wygrywa chyba na tym bardziej rozrośnięta administracja państwowa: policja, sądy i więziennictwo… chociaż z drugiej strony im bardziej skomplikowana sprawa, tym szybciej oprawcy chcą umyć ręce i pójść do domu, bo nie chce im się robić użytku ze wszystkich narzędzi konstytucyjno-technicznych, które maja do dyspozycji. Preferują raczej wybieranie tych najprostszych, godzących np. w nastolatkow, których złapano z jointem w parku, a nie lobbystów, przekupujących posłów i senatorów. Czyż nie?

Dariusz Misiuna: Oczywiście. Rozumiem, że nawiązujesz do polityki prohibicyjnej państwa. Cóż, to jednak tylko wierzchołek góry lodowej i choć uważam prawo do spożywania tego, czego się chce, za coś absolutnie elementarnego, nie wydaje mi się by był to największy problem społeczny.

Conradino Beb: Chciałbym, żebyś sie ustosunkował do problemów w Polsce gradacyjnie… a największym z nich nie jest chyba palenie trawy, co? GMO? Wysokie podatki? Mandaty za picie piwa w parku? Korupcja w mediach i w parlamencie? Niemozność skonstruowania pierdolonych autostrad?

Dariusz Misiuna: Żaden z partykularyzmów. Cały system misternie tka iluzję funkcjonalności, a jest kompletnie nieżyciowy. Zapewnia dobry byt tylko ludziom, którym się zdaje, że go kreują. Zresztą, o czym my gadamy, Konrad, przecież Polska nie istnieje, to tylko złudzenie podzielane przez 40 milionów ludzi.

Conradino Beb: Baudrillard?

Dariusz Misiuna: …is dead! Ale przynajmniej miał coś ciekawego do powiedzenia na temat ściemy społecznej. Może za wcześnie, bo jednak w epoce rozkwitu jego myśli jakieś tam formy społeczeństwa jeszcze istniały. Ale państwa narodowe to bzdura. Może w Ameryce Południowej spełnia się ta formuła, a to paradoksalnie dzięki kontynentalnemu internacjonalizmowi. To zresztą pewien paradoks – im bardziej zglobalizowane poszczególne społeczeństwa, tym silniejsza w nich iluzja narodowości.

Conradino Beb: Nie musisz dwa razy powtarzać, słyszę cię. Ale gdzie my zdążamy? Przyszłość będzie bardziej cyberpunkowa czy będzie raczej wyglądała, jak IV Rzesza Międzynarodowa?

Dariusz Misiuna: Może jedno i drugie. Cyberpunk w realiach międzynarodowej IV Rzeszy. Tak czy inaczej, jakiekolwiek tendencje będą wywoływać kontrtendencję, tak więc nawet w sytuacji IV Rzeszy pojawią się oazy wolności lub iluzje wolności, wyspy szczęśliwe, powroty do natury i do cudów naturalnego umysłu.

Conradino Beb: Wypiję za to…mądrości Williama Gibsona i Davida Cronenberga, choć tak naprawdę Burroughs.

Dariusz Misiuna: Grzybowe bad tripy.

Conradino Beb: Dokładnie, przyszlość jako kwasowy bad trip. A tymczasem nadchodzi 3. Festiwal Trans:Wizji. Dużo ludzi się zjawi?

Dariusz Misiuna: Pełna sala. Niestety, sporo osób odeszło z kwitkiem. Trochę przerosło nas zainteresowanie. Być może to czas na zmianę formuły. Najwyraźniej udało nam się wpaść na dobry pomysł organizacji festiwali podczas premier kolejnych numerów pisma. Festiwali łączących sztukę performance z warstwą audiowizualną, mocno zresztą transową. Zawsze jest to też okazja do fantastycznej wymiany energetycznej. Czyli święto!

Conradino Beb: Rośniecie, więc pora na zmianę formuly. To zresztą jedyne tego typu wydarzenie w Polsce, organizowane w starej dobrej tradycji jednoczenia środowiska… wypić lampkę wina, zapalić bata, wyrwać jakąś mroczną gotkę. Jaki rodzaj energii jest krzesany na festiwalach Trans:Wizji?

Dariusz Misiuna: Pociągający, magnetyczny. Ludzie zdają się być oczarowani, trochę jak w transie, a jednocześnie bardzo dużo jest w tym eksperymentu i przestrzeni do śmiechu. Gotek nie widziałem 🙂

Conradino Beb: Z gotką to był żart, ale piękne kociaczki widziałem na wielu zdjęciach z poprzednich edycji 🙂

Dariusz Misiuna: Staramy się to robić w ten sposób, by sam festiwal był doświadczeniem psycho-aktywnym. Piękne dziewczyny lubią piękno. To widać w ich oczach. Dlatego błyszczą.

Conradino Beb: I nie grozi za to w Polsce kara więzienia?

Dariusz Misiuna: Szczęśliwie, jeszcze nikt nas tu nie kara za dobre samopoczucie.

Conradino Beb: Ufff, nagadaliśmy się za wszystkie czasy, ale przynajmniej udowadniamy czytelnikom MGV i Trans:Wizji, że nawet w czasach kryzysu wszystkiego i rządow politycznych gabinetów, które bez uszczerbku dla kraju mogłyby zastąpić moje dwa niesforne koty, wciąż można cieszyć się życiem i robić coś twórczego.

Dariusz Misiuna: Ależ oczywiście, wystarczy nie oglądać się na nikogo!

Conradino Beb: Można chyba oczekiwać, ze Okultura nie da sie zdławić i będzie dalej myśleć samodzielnie?

Dariusz Misiuna: Gdyby stało się inaczej, nie mielibyśmy już do czynienia z Okulturą.

Conradino Beb: Fantastycznie, wszyscy na pewno odetchną z ulgą. Dzięki za możliwość wytargania cię za uszy 🙂

Dariusz Misiuna: My pleasure!

„Nie wierz w nic” – wywiad z Robertem Antonem Wilsonem

Chyba każdy z Was zna Roberta Antona Wilsona, a przynajmniej jeśli jesteście fanami undergroundowego science-fiction (m.in. Trylogii Illuminatus, Trylogii Kot Schrödingera, Maski Iluminatów), teorii spiskowych (Everything Is Under Control), zwolennikami semantyki Korzybskiego, neurolingwistycznego programowania (Psychologia kwantowa), anarcho-indywidualistami (T.S.O.G. The Creature That Ate the Constitution) czy jak kto woli „prawicowymi hipisami”.

Bob Wilson to obok Timothy Leary’ego, Williama Burroughsa i Kena Keseya (z którymi był zresztą blisko zaprzyjażniony) jedna z najważniejszych postaci posthipisowskiej kontrkultury. Urodzony w Irlandii profesor fizyki i psychologii wraz z innymi enfantes terribles amerykańskiego środowiska naukowego wstrząsnął w latach ’70 establishmentem pokazując, że z buntu się nie wyrasta. I choć od tamtego czasu minęło ponad trzydzieści lat papa Bob nadal nie spuszcza z tonu.

Wywiad ten może sprawiać wrażenie nieco chaotycznego, ale gdy rozmawia się ze swoim ulubionym autorem zasiadając na werandzie jego kalifornijskiego domu i popija chłodną margharitę, trudno jest zachować właściwą redaktorską postawę…

MindFuck: Wiele z Pańskich książek dotyczy sekretnego stowarzyszenia zwanego Iluminatami. Skąd Pańska fascynacja tą tematyką?

Robert Anton Wilson: Wszystko zaczęło się od Grega Hilla i Kerry’ego Thornleya, którzy w latach ’60 powołali Discordian Society – sektę religijną opartą na kulcie Eris, Bogini chaosu, nieporządku, konfuzji, biurokracji i stosunków międzynarodowych. Nie mieli żadnych dogmatów, a za wyznanie wiary wystarczył im jeden kotmat (gra słów, w j. angielskim dog znaczy pies – przyp. red.), w myśl którego wszystko co istnieje we wszechświecie ma taki lub inny (w zależności od pomysłowości interpretatora) związek z cyfrą pięć.

Ponieważ dyskordianizm okazał się być najciekawszą religią, z jaką dane mi się było zetknąć, postanowiłem zostać Dyskordiańskim Papieżem. W tym celu, opierając się na naukach Grega, który twierdził, że my dyskordianie nie powinniśmy trzymać się razem, ekskomunikowałem wszystkich Dyskordiańskich Papieży których znałem i powołałem własny Kościół Dyskordiański. W 1968 Jim Garrison, prokurator okręgowy z Nowego Orleanu, lub jak go póżniej nazywaliśmy: słodki żelkowy potwór, zarzucił Kerremu udział w spisku, który doprowadził do zabójstwa prezydenta Kennedy’ego. Z braku dowodów nigdy nie oskarżył go o to formalnie i w związku z tym sprawa nie trafiła do sądu, jednak przez wiele lat zarzuty te nie dawały Kerry’emu spokoju. W końcu zupełnie mu odbiło. Ponieważ służbę wojskową odbywał w tej samej jednostce co Oswald, ubzdurał sobie, że rzeczywiście w jakiś sposób był zamieszany w zabójstwo Kennedy’ego, a to że nic z tego nie pamiętał tłumaczył sobie tym, że Wywiad Marynarki USA poddał go praniu mózgu.

Im bardziej zagłębiał się w całą sprawę, tym bardziej wierzył w zarzuty przedstawiane mu przez Garrisona. Doszedł wręcz do wniosku, że Wywiad Marynarki wyprał mózg nie tylko jemu i Oswaldowi, ale także kilku innym osobom, a następnie posługiwał się nimi jako mandżurskimi kandydatami. Rzecz jasna nie mógł sobie przypomnieć niczego, co potwierdzałoby tą tezę, ale nie powstrzymało go to od snucia podejrzeń. W myśl jednej z jego teorii ja również byłem zamieszany w spisek. Jako agent CIA miałem kontrolować sposób w jaki wywiązywał się ze swoich tajnych zadań. Początkowo było to nawet zabawne, później jednak nasze drogi rozeszły się. Trudno jest porozumieć się z kimś, kogo uważasz za paranoika i który zarzuca ci, że jesteś diabolicznym agentem kontrolującym jego umysł.

W trakcie całego zamieszania z zabójstwem Kennedy’ego Kerry wpadł na pomysł, który w jego mniemaniu miał utrudnić Garissonowi dochodzenie. Zaczął rozgłaszać wszem i wobec, że jest członkiem Bawarskich Iluminatów. Ponieważ była to najbardziej absurdalna teoria na jaką wpadł, postanowiłem zapoznać się bliżej z tymi Iluminatami. Im bardziej się zagłębiałem w ich historię, tym bardziej mnie fascynowali, a że szkoda mi było nie wykorzystać zdobytej w trakcie tych badań wiedzy, postanowiłem połączyć iluminizm z dyskordianizmem. Skoro celem dyskordian jest promowanie chaosu, dlaczego Iluminaci nie mieliby dążyć do totalitaryzmu? W końcu, by Discordian Society było naprawdę dyskordiańskie powinno mieć wewnętrzną frakcje dysydencką, czyż nie?

Robert Anton Wilson oraz Timothy Leary / 1996

Papież Jan XXIV wyrzucił z chrześcijańskiego panteonu przeszło sześciuset świętych uznając, iż wszyscy byli postaciami fikcyjnymi. Wśród tych sakralnych banitów był m.in. Święty Mikołaj i cała rzesza irlandzkich świętych. Przygarnęliśmy ich do Discordian Society, uznając. że nie ma żadnego znaczenia czy istnieli, czy też nie. Jeśli nam się podobają, są nasi, a że święci ci byli bezdomni, w przypływie miłosierdzia postanowiliśmy ich adoptować. Z tego samego powodu przyjęliśmy w swoje ramiona Iluminatów. Skoro nikt się do nich nie przyznawał, sami wyciągnęliśmy do nich rękę.

Gdy adopcyjnym formalnościom stało się zadość ogłosiłem się przywódcą lIuminatów, co z kolei zaowocowało ożywiona korespondencją z innymi osobami, które przypisywały sobie ten tytuł. Jeden z tych epistografów nawet straszył mnie sądem. Gdy jednak w odpowiedzi na jego grożby poprosiłem go by przetłumaczył swój list na FORTRAN (jeden z najstarszych j. programowania – przyp. red.), gdyż mój komputer nie rozumie j. angielskiego, przestał do mnie pisać. Myślę, że wprawiłem go tym w małe zakłopotanie.

MindFuck: Jak Pan sądzi, kim naprawdę byli lub są Iluminaci?

RAW: Na przestrzeni wieków nazwy tej używało tak wiele grup i jednostek, że nie sposób na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie. Według prawicowych paranoików Bawarskimi Iluminatami byli niemal wszyscy czołowi XVIII-wieczni intelektualiści, a celem ich spisku miało być obalenie chrześcijaństwa. Nie sadzę jednak, by mieli rację. Zgodnie z moją wiedzą, Jefferson nie był Iluminatem i miał jedynie zbieżne z nimi cele. Beethoven był najprawdopodobniej ich członkiem, ale już Mozart nie. Podobnie rzecz ma się z Wolterem, choć on akurat należał do loży wolnomularskiej. Jednak nawet gdyby Iluminaci rzeczywiście mieli zamiar obalić chrześcijaństwo i wprowadzić na jego miejsce demokrację, to ja nie miałbym nic przeciw temu.

MindFuck: Jaki zatem mieli cel?

RAW: Głównym celem XVIII-wiecznych Iluminatów, w odróżnieniu od ich wcześniejszych inkarnacji, było obalenie papiestwa i monarchii, zastąpienie ich rządami republikańskimi oraz obdarzenie każdego chłopca i dziewczynki naukową wiedzą. Większość z tych zamierzeń powoli zaczyna się spełniać. W porównaniu z XVIII wiekiem rzeczy mają się niewątpliwie lepiej i myślę, że powinniśmy się z tego cieszyć.

MindFuck: Wiele z sekretnych informacji niegdyś skrzętnie ukrywanych przez takie organizacje, jak choćby Bawarscy Iiluminaci, dziś można znależć w książkach dostępnych w niemalże każdej księgarni. Jakie są Pańskim zdaniem społeczne konsekwencje dostępu do tych tajemnic?

RAW: Och, uważam że to wspaniałe. Wierzę bowiem, że wiele ze zła, jakie spotyka nas na co dzień, wynika właśnie z ukrywania przed nami pewnych wiadomości. Informacja jest obecnie najdroższym i najważniejszym towarem. Powiem więcej, jest źródłem wszelkiego bogactwa. Klasyczna ekonomia upatrywała źródła dobrobytu narodów w trzech elementach – ziemi, kapitale i pracy. Jednak nawet jeśli jesteś właścicielem olbrzymich połaci gruntu, masz pieniądze by zatrudnić pracowników i zaczniesz np. prowadzić odwierty w poszukiwaniu złóż ropy, a nie dysponujesz żadną informacją na temat ich położenia nie staniesz się bogaty. To co czyni z nafciarzy ludzi majętnych, to informacja gdzie szukać ropy. Podkreślę to raz jeszcze – wiedza to największe dobro materialne tego świata, dlatego każde ograniczenia w swobodzie jej przepływu i jej rozprzestrzeniania czyni nas wszystkich uboższymi.

MindFuck: Dlaczego zatem tak długo musieliśmy czekać na ujawnienie pewnych informacji należących do wiedzy tajemnej?

RAW: W dużej mierze winę należy zrzucić na Kościół Katolicki. Każdy kto głosił pewne niepopularne tezy zbyt otwarcie trafiał prędzej czy później na stos. Dlatego alchemicy, heretycy, Iluminaci i inne grupy tego rodzaju nauczyły się mówić szyfrem.

MindFuck: W jednej ze swoich ostatnich książek Everything Is Under Control: Conspiracies, Cults, and Cover-Ups opisał Pan dziesiątki mniej lub bardziej zwariowanych sekt, kultów i teorii spiskowych. Na które z nich powinniśmy zwrócić szczególną uwagę?

RAW: Myślę, że jedną z najbardziej fascynujących jest teoria wysnuta przez autorów książki Święty Graal, Święta Krew, w myśl której Jezus nie tylko nie umarł na krzyżu, ale wręcz założył własną dynastię, będącą dalszym ciągiem rodu Dawida. Jego królewską krew miała przewieźć do Francji (gdzie w owym czasie znajdowała się duża gmina żydowska) jego żona Maria Magdalena, która przekazała ją poprzez związki dynastyczne Merowingom. Linia ta podobno istnieje do dziś, a do jej ochrony powołano specjalny zakon zwany Zakonem Syjonu, którego członkami byli m.in. Leonardo da Vinci, Issack Newton i Victor Hugo… teoria ta, choć oparta na wątpliwych założeniach, wspierana jest przez jej zwolenników wynikami licznych badań historycznych, archeologicznych i biblioznawczych. Z jednej strony wygląda zatem na wielce prawdopodobną. Z drugiej zaś nie można oprzeć się wrażeniu, że jest to niezwykle wyrafinowany żart grupki doskonale wykształconych francuskich arystokratów.

Inną, wartą rozważenia teorią, jest ta wywodząca się z Alabamy, według której Stany Zjednoczone od samego początku swego istnienia były rządzone przez wolnomularzy. Nie byłoby pewnie w niej nic nadzwyczajnego, gdyby nie to że wierzący w nią ludzie utrzymują, iż masoni to w rzeczywistości tajne stowarzyszenie… homoseksualistów! Wszyscy wiedzą, że George Washington był masonem, nieprawdaż? Ale ile osób wie, że był też gejem? Lecz czy wszyscy masoni byli gejami? Od przeszło dwustu lat Stanami Zjednoczonymi rządzą cioty, które deprawują ten wspaniały naród wolnych i odważnych. To właśnie dlatego Jezus stworzył AIDS – by ukarać ten kraj. Myślę, że to najbardziej szalona teoria konspiracyjna, w jaką kiedykolwiek wierzono.

Struktura organizacyjna Iluminatów wg. Dyskordian

MindFuck: A jaka jest Pańska ulubiona teoria spiskowa?

RAW: Cóż, moją ulubioną teorią jest ta, którą sam wymyśliłem (śmiech). Nazwałem ją TSOG i proszę jej nie mylić ze znacznie popularniejszym ZOGiem. ZOG to teoria wyznawana przez prawicowych paranoików, wedle których Stany Zjednoczone są rządzone przez Syjonistyczny Rząd Okupacyjny (Zionist Occupation Government). Osobiście nie znalazłem żadnych śladów świadczących o syjonistach ukrywajacych w naszym rządzie. Mam natomiast dowody na to, że rządzi nami Car. Natknąłem się na nie badając mało znane dokumenty z 1945 roku. W tym właśnie roku Rheinhard Gehlen – jeden z szefów faszystowskiego kontrwywiadu, zajmujący się rozpracowywaniem radzieckich szpiegów – poddał się Amerykanom, uprzednio zakopując swoje akta operacyjne.

Znaczną część tych dokumentów pozyskał od generała Vlassova, ukrytego zwolennika caryzmu infiltrującego Armię Czerwoną w celu pokrzyżowania jej szyków. Wiedza Gehlena okazała się bardzo przydatną w czasie Zimnej Wojny, wkrótce więc znalazł się na liście płac Wuja Sama jako zwierzchnik agentów CIA działających w Związku Radzieckim. Jego najbliższym współpracownikiem na terenie wroga był nie kto inny, jak gen. Vlassov, który wraz z pozostałymi niedobitkami nazistowskiego wywiadu stał się głównym źródłem informacji na temat działań podejmowanych przez komunistów. Większość danych na temat ZSRR, jakie pozyskiwała CIA, pochodziła od bandy zakonspirowanych carystów i nazioli! Nic więc dziwnego, że nasza polityka wobec Bloku Wschodniego z biegiem czasu przybierała coraz bardziej paranoiczne formy.

Im bliżej przyglądałem się amerykańskiej prawicy, tym więcej dostrzegałem jej sekretnych związków z caryzmem. I nagle, po latach badań doznałem olśnienia: „my też mamy własnego Cara”.[1] Decyduje on o lekach, które możemy stosować. Stworzyłem nawet symbol konspiracji, który stanowi stopkę każdego wysyłanego przeze mnie e-maila. Te pięć znaków dolara, pozwala odróżnić zdemaskowany przeze mnie spisek od innych teorii tego rodzaju. Symbolizują one 0,5 % całej populacji, która trzymają łapy na niemal całym światowym majątku. Ludzie ci mogą się nienawidzić, zwalczać wzajemnie i podcinać pod sobą gałęzie, ale jednocześnie mają wspólne interesy, które są sprzeczne z interesami reszty ludzkości i w obronie których nie wahają się użyć swyoich połączonych sił.

O ile mi wiadomo w języku japońskim istnieje nawet odpowiednie słowo na ich określenie. Używa się go w odniesieniu do tamtejszych fabrykantów i bankierów, współdziałających ze sobą dla zniszczenia konkurencji. Mechanizm ich funkcjonowania opisał jako pierwszy dziennikarz Danny Cassalero. Zauważył on, że wszelkie ośrodki władzy, niezależnie od tego, jak bardzo są sobie niechętne, współdziałają ze sobą, gdy ktoś rzuca im wyzwanie w równym stopniu zagrażające im wszystkim. Ponieważ nie znał on języka japońskiego, układ ten nazwał „Ośmiornicą”, ja zaś stworzyłem dla niego wyżej wspomniany symbol.

MindFuck: Skoro już znamy wroga, nie możemy nie zapytać, jak mamy go zwalczać?

RAW: Cóż, to nie takie łatwe. Nikt nie jest w stanie zwalczyć ich skutecznie posługując się konwencjonalnymi metodami. Milicje zbierają broń i ćwiczą na ukrytych w lasach poligonach, by móc przeciwstawić się amerykańskiemu rządowi. Jak jednak zamierzają to zrobić przy użyciu pistoletów, strzelb czy nawet karabinów maszynowych skoro ich przeciwnik dysponuje bronią jądrową?! Jedynym sposobem na obalenie Pięciu Znaków Dolara są zera i jedynki! Wojna informacyjna! Rozpierdolenie systemów komputerowych! Wojna w Zatoce Perskiej została zatrzymana na pięć dni, gdyż jakiś piętnastolatek zawirusował komputery Pentagonu.

Nie namawiam do takich czynów, w końcu jest to przestępstwo federalne, ale zapewniam was, że to się stanie. I nie jest to tylko kwestia mojej wiary. Ludzie, którym nie podoba się sposób, w jaki rządzony jest świat, będą coraz częściej sięgać po swoje komputery i przy ich pomocy mieszać szyki rządom i innym centrom dowodzenia. Będą to robić tak długo, aż ich przeciwnik nie upadnie. Jak wspomniałem nie namawiam do tego, ja to jedynie przewiduję (śmiech). Myślę, że to ostatnie zdanie wystarczy, bym w razie czego wymigał się od zarzutu zdrady. Nie chciałbym spędzić następnych 30 lat za kratkami…

MindFuck: Jaka nauka płynie z zapoznania się z tymi teoriami spiskowymi?

RAW: To proste – nie wierz w nic. Patrz na wszystko przez pryzmat skali prawdopodobieństwa. Pomysły, które wydają się być absurdalne, klasyfikuj jako mało prawdopodobne, zaś te które wydają ci się prawdziwe, uznawaj za prawdopodobne, ale nie przyjmuj niczego na słowo. Gdy zaczynasz w coś wierzyć, przestajesz się nad tym zastanawiać. W im więcej rzeczy wierzysz, tym mniej myślisz. Jeśli zaś dojdziesz do stanu w którym twoja wiara daje ci odpowiedź na wszelkie pytania, twój umysł w ogóle przestaje funkcjonować, co jak zapewne wiecie, jest traktowane we współczesnej medycynie za jeden z objawów śmierci. Dlatego wszystko umieszczaj na własnej skali prawdopodobieństwa i nigdy nie wierz ani nie odrzucaj niczego w całości.

MindFuck: Skoro już o wierze mowa… Wojny na Bliskim Wschodzie i wzrastający na Zachodzie fundamentalizm jest przez wielu traktowany za łabędzi śpiew, zapowiadający zmierzch wielkich zorganizowanych religii. Jednak zarówno chrześcijaństwo, jak też islam, przetrwały już wiele „świętych wojen”. Jaka jest pańskim zdaniem ich przyszłość?

RAW: Życzyłbym tak Wam, jak i sobie, by analitycy prorokujący zmierzch zorganizowanych religii mieli rację, ale obawiam się, że są oni w błędzie. Podobne głosy były przecież podnoszone już dwieście lat temu. Wolter twierdził, że Kościół Katolicki ulegnie rozpadowi „za dwadzieścia lat”. Od tamtego czasu minęło ponad dwieście, a banda papy trzyma się dzielnie. Inni twierdzili, że rozwiązanie Zakonu Jezuitów przypieczętuje upadek Kościoła, tymczasem zakon zreformowano, a Kościół trwa niewzruszony. Rycerze Maltańscy pociągają za sznurki w CIA, a Kościół Katolicki nie zamierza schodzić ze sceny. Fundamentalizm czeka wspaniały powrót…

Jestem wielkim fanem H.L. Menckena. Był on przezabawnym krytykiem społecznym, popularnym zwłaszcza w latach 20-tych. Jego książki na dłuższy czas wypadły z obiegu, gdyż rzeczy z których się naśmiewał, znikły z naszego pola widzenia. Dzisiaj są jednak wznawiane. Po wielu latach marginalizacji znowu do łaski wracają oszołomy w rodzaju Jerry’ego Falwella i Jima Bakkera. W pewnym sensie oni oraz im podobni są jak Frankenstein – już myślisz, że się ich na zawsze pozbyłeś, a oni ciągle powstają z grobu. Przy czym owe zmartwychwstania nie są charakterystyczne tylko i wyłącznie dla chrześcijaństwa. Weżmy choćby ciągle odradzające się Szare Wilki. To najwięksi handlarze heroiny na całym Środkowym Wschodzie, gdyż wierzą że Allah chce, by wymordowali wszystkich Żydów, a bez pieniędzy z dilowania narkotykami nie byliby w stanie zakupić odpowiednich ilości uzbrojenia, by zrealizować Jego wolę. Jest to równie sensowny pogląd jak wiara w Trójcę Świętą…

Osobiście uważam się za mistycznego agnostyka lub agnostycznego mistyka. Terminy te stworzył mój ulubiony pisarz science fiction – Olaf Stapledon. Gdy po raz pierwszy się na nie natknąłem, nie zrobiły na mnie większego wrażenia, z biegiem czasu przekonałem się jednak, że opisują one to w co wierzę lepiej niż jakikolwiek inny termin. Przez dłuższy okres swojego życia byłem ateistą, w końcu jednak zorientowałem się, że nie mam co krzyczeć podczas orgazmu. Przyznacie chyba, że: „0 ślepy losie! O ślepy losie!” nie brzmi najlepiej (śmiech). Dlatego zwróciłem się w stronę agnostycyzmu. Agnostykami zwykło się określać ludzi, którzy mają wątpliwości, w moim przypadku słowo to ma głębsze znaczenie. Wszechświat jest tak złożony, że nie jestem w stanie w żaden sposób go ogarnąć. Nie sądzę by ludzki żołądek był w stanie wszystko przetrawić i nie sądzę także, by nasz umysł był w stanie pojąć wszystkie bodźce, które odbiera. Dlatego nawet nie udaję, że jestem w stanie je zrozumieć…

MindFuck: Wkrótce problem ten może się skomplikować jeszcze bardziej. Wiele osób twierdzi, że już niedługo dzięki nowoczesnym technologiom zakres naszej percepcji poszerzy się jeszcze bardziej. Pan również wiele pisał na ten temat, by wspomnieć choćby Head Revolution

RAW: Head Revolution to nazwa zjawiska zapoczątkowanego w latach ’60 wraz z odkryciem nowych sposobów oddziaływania na funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Mam tu na myśli zarówno środki psychodeliczne, jak i biofeedback czy urządzenia typu Mind Mirror, za pomocą których możliwe jest uzyskanie obrazu chemiosfery mózgu oraz określenie częstotliwości, na jakich on działa. Z roku na rok takich urządzeń przybywa i przyznaję, że na samą myśl o nich dostaję gęsiej skórki.

Gdy amerykański rząd zakazał w latach ’60 eksperymentów z psychodelikami byłem przekonany, że jest to jedno z najgłupszych posunięć w historii. Patrząc jednak z perspektywy czasu widzę, że kretynizm waszyngtońskich biurokratów odegrał pozytywną rolę w ewolucji naszego gatunku. Odsunięci od akademickich laboratoriów naukowcy, pracujący nad zastosowaniem psychodelików, nie tylko przyczynili się do ich rozpowszechnienia, ale odkryli też inne sposoby, dzięki którym możemy wpływać na zachowania ludzkiego mózgu. Weżmy choćby Stana Grofa , który przyjechał do USA w poszukiwaniu przyjaznego środowiska do prowadzonych przez niego badań nad LSD. Rządowy zakaz spowodował, że skierował on swoją uwagę na inne obszary i dzięki temu możemy się dziś cieszyć nowymi technikami jogi, które w połączeniu z odkrytym przez niego oddziaływaniem dźwięków o podprogowej częstotliwości, umożliwiają nam odbycie tripów nie gorszych niż pod wpływem dragów.

Myślę, że ten przykład doskonale pokazuje rolę, jaką głupota ma do spełnienia w procesie ewolucji. Im głupszy jest establishment, tym bystrzejsi stają się wywrotowcy. Kretynizm rządzących jest największym bodźcem ludzkiej kreatywności. Dlatego uważam, że Reagan był prawdziwym błogosławieństwem dla tego kraju. Wprowadził ze swoją osobą do Waszyngtonu więcej debilizmu niż ktokolwiek inny za mojego życia i spójrzcie jaki nastąpił wówczas postęp.

MindFuck: Czy kiedykolwiek korzystał Pan z któregoś z tych urządzeń?

RAW: Z każdego, na którym zdołałem położyć swoje ręce. Rozpocząłem od Pulsaru – urządzenia, które wysyła do mózgu impulsy magnetyczne o zmiennej częstotliwości, którą możesz swobodnie kontrolować, dzięki czemu twój mózg zaczyna działać na zasadzie sinusoidy. Korzystałem też z Isis, które wykorzystuje impulsy świetlne oraz z Synchro-energetyzera i Neuro-popu, które łączą w swoim działaniu zarówno światło, jak i dźwięk o podprogowej częstotliwości. Mam nawet kilka z nich w domu. Niedawno korzystałem z urządzenia zwanego Potencjalizerem Grahama, które wygląda jak wielki stół stojący pomiędzy dwoma elektromagnetycznymi generatorami, emitującymi impulsy o matematycznie ustalonej częstotliwości. Jego twórca twierdzi, iż dziesięć sesji z tym urządzeniem dramatycznie zwiększa IQ. Póki co odbyłem tylko jedną, więc trudno mi się wypowiadać w sprawie jej efektów. Mogę powiedzieć jedynie tyle, że po jej zakończeniu czułem się ujarany jak bąk i to błogie uczucie trwało przez następne 24 godziny.

Ostatnim urządzeniem, z którego skorzystałem jest Mind Mirror, będący najbardziej zaawansowanym produktem biofeedbacku, jaki do tej pory stworzono. Jego główną zaletą jest natychmiastowy odczyt wyników. Okazało się, że mój umysł jest trochę nadpobudliwy i reaguje na bodźce nieco chaotycznie. To interesujący wynik, choć prawdę powiedziawszy nie specjalnie minie zdziwił.

MindFuck: Co on oznacza?

RAW: Mój umysł działa w sposób podobny do tego jaki udaje się osiągnąć mistrzom Zen i joginom. Zwykle spotyka się go u naukowców, głównie fizyków i artystów.

MindFuck: Jak pan sądzi, czy tego rodzaju urządzenia często wywołujące stany narkotyczne, czy wyprą tradycyjne dragi? Czy z biegiem czasu środki takie jak LSD będą tracić na znaczeniu?

RAW: Owszem, moim zdaniem awangardą rewolucji wyzwalającej świadomość będą nie chemikalia lecz maszyny, gdyż gwarantują nam one dużo większa kontrolę nad doznaniami. Jestem przekonany, że w bardzo krótkim czasie, być może nawet w ciągu pięciu najblizszych lat, będą dostępne komputery, które po wprowadzeniu odpowiedniego kodu będą wysyłały do naszych mózgów impulsy, dzięki którym będziemy w dowolny sposób kształtować swe odczucia. Chcesz przypomnieć sobie jak smakowały pierwsze lody czekoladowe, które zjadłeś? Wciskasz kilka klawiszy. Pierwszą przygodę seksualną, wciskasz inną kombinację… być może będziemy musieli poczekać trochę więcej niż 5 lat, ale tego rodzaju technologia zbliża się dużymi krokami.

Potencjalizer Grahama

MindFuck: Póki co większość z nas musi polegać na bardziej tradycyjnych środkach… Mógłby Pan nam opisać swoje pierwsze doświadczenia narkotyczne? Słyszeliśmy, ze wiąże się z nimi jakaś zabawna historia…

RAW: Pierwszy raz zapaliłem marihuanę – która wówczas wydawała mi się psychodelikiem – na koncercie The Modern Jazz Quartet w klubie Village Vanguard, w Nowym Yorku, w 1955 lub 1956 roku. W przerwie koncertu poszedłem do kibla, żeby się odlać i spotkałem w nim jednego z członków zespołu, który będąc pod wrażeniem mojego entuzjazmu dla ich muzy zaproponował mi jointa. Od wielu lat czytałem o maryśce, lecz nie miałem do niej żadnego dojścia, nie trudno więc wyobrazić sobie jak zareagowałem na taką ofertę. Po moim pierwszym razie udałem się z powrotem na salę, by wysłuchać ich drugiego seta i jeśli o mnie chodzi, było to najlepsze 40 minut w historii tego zespołu (śmiech).

Pierwszy poważny trip psychodeliczny odbyłem w 1962 roku na peytolu. Była to wręcz filozoficzna podróz pełna wspaniałych barw, fantastycznych wizji i… świątecznej atmosfery. Rzecz działa się bowiem w czasie nocy sylwestrowej. W pewnym momencie wszedłem do pokoju, w którym stała bogato zdobiona choinka, migotająca różnymi kolorami. Było to najpiękniejsze drzewko bożonarodzeniowe, jakie kiedykolwiek widziałem. Gdy dotarło do mnie jego piękno, rozpłakałem się, gdyż objawiła mi się wspaniała prawda. Wbiegłem cały we łzach do pomieszczenia, w którym trwała główna impreza, by obwieścić mojej żonie i wszystkim tam zgromadzonym, że: „Choinka mnie kocha!” Za każdym razem, gdy przypominam sobie tą historię łzy napływają mi do oczu (śmiech)…

MindFuck: W latach ’60 Timothy Leary, tak jak wielu innych aktywistów był przekonany, że za parę lat palenie marihuany będzie w Stanach całkowicie legalne. Od tamtego czasu minęło prawie 40 lat i za posiadanie trawy nadal można trafić do pierdla. Jak Pan sądzi dlaczego?

RAW: W chwili obecnej w amerykańskich więzieniach siedzi przeszło półtora miliona osób skazanych za „przestępstwa” związane z posiadaniem, sprzedawaniem lub uprawianiem marihuany. Szacuje się, że całkowita liczba palaczy sięga w USA 65 milionów osób. By znależć odpowiedź na postawione przez Was pytanie wystarczy obliczyć, jak olbrzymia liczba osób żyje z egzekwowania tych absurdalnych przepisów. Gliny, szeryfowie, agenci DEA, prokuratorzy, obrońcy, pracownicy socjalni, klawisze, firmy remontujące stare i budujące nowe więzienia, architekci, specjaliści od zabezpieczeń, pracownicy laboratoriów przeprowadzający narkotesty, chemicy, farmaceuci itd. Dodajcie do tego jeszcze kasę pochodzącą z łapówek i sami zrozumiecie diaboliczną logikę naszego systemu karnego…

MindFuck: W czasie urzędowania prezydenta Clintona był moment, gdy wydawało się, że istnieją spore szanse na zalegalizowanie używania marihuany w celach leczniczych. „Rockandrollowy prezydent” szybko jednak rozwiał te nadzieje. Co Pan sądzi o jego decyzji zakazującej jej terapeutycznego stosowania?

RAW: Nie sądzę, aby była to dla Was szczególnie zaskakująca wiadomość, ale osobiście uważam jego posunięcie nie tylko za błędne z moralnego i medycznego punktu widzenia, ale także za sprzeczne z konstytucją, wręcz faszystowskie. Gdyby Bob Marley nie powiedział tego wcześniej o papieżu, to nazwałbym Clintona Naczelnym Zwierzchnikiem Ku Klux Klanu, Ojcem Chrzestnym Mafii i Zwiastunem Nadejścia Antychrysta, choć to ostatnie określenie lepiej chyba pasuje do papy. A mówiąc poważnie, konstytucja Stanów Zjednoczonych bardzo precyzyjnie wylicza uprawnienia rządu federalnego i o ile mi wiadomo, nigdzie nie jest w niej napisane, że władza jakiegokolwiek szczebla ma prawo rozstrzygać kwestie medyczne i decydować, która z przedstawionych jej metod leczenia chorych jest najwłaściwsza. Postępujący pomimo licznych konstytucyjnych ograniczeń wzrost władzy państwa jest jednym z najbardziej dokuczliwych znamion upadku z jakim mieliśmy do czynienia w ubiegłym wieku. Nie chodzi tu zresztą wyłącznie o pragnienie zwiększenia swych uprawnień.

FDA ściga dziś dziesiątki lekarzy, którzy wyłamują się z szeregu medycznej ortodoksji, która dziwnym zbiegiem okoliczności idzie ręka w rękę z miliardowymi zyskami koncernów farmaceutycznych. Dla mało uważnego obserwatora ten związek może się wydawać zupełnie przypadkowy, zwolennicy Junga mogą go nazwać synchronicznym, dla mnie jednak jest to spisek, zawiązany kosztem nas wszystkich. Jakiś czas temu media podały informację o nowym leku ułatwiającym życie chorym na AIDS. Ma on kosztować ok. 20 tysięcy dolarów. Ci, których nie będzie na niego stać, będą umierać w cierpieniach. Czy naprawdę sądzicie, że lek ten zostałby dopuszczony do stosowania, gdyby każdy mógł go wyhodować w swoim przydomowym ogródku i wypiąć się na korporacyjną elitę? Bismarck powiedział kiedyś, że prawo jest jak kiełbasa, lepiej nie wiedzieć jak się je robi…

MindFuck: Przejdźmy może do nieco bardziej optymistycznych kwestii. W latach ’70, wraz z Timothym Learem opracowaliście wizję rozwoju ludzkości w oparciu o formułę SMIILE – Space Migration (Migracja Kosmiczna), Intelligence Increase (Zwiększanie Inteligencji) i Life Extension (Wydłużanie Życia). Czy ten program nadal jest aktualny?

RAW: Pewnie. Nadal fascynują mnie programy podboju kosmosu, a zwłaszcza wizja zasiedlania nowych rubieży. Za każdym razem, gdy ludzkość zdobywała nowe tereny, następował gwałtowny wzrost kreatywności, którego dziś potrzebujemy bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Wiele z problemów, z jakimi się obecnie borykamy, przestanie mieć znaczenie, gdy skolonizujemy inne planety. Gdy ludzkość będzie rozrzucona po setkach koloni kosmicznych nie będziemy się już borykać z brakiem energii, gdyż „tam w górze” jest jej nieporównywalnie więcej niż na Ziemi. Przestanie nam doskwierać także przeludnienie, gdyż coraz więcej osób będzie opuszczać Ziemię i kierować się w poszukiwaniu lepszego życia ku gwiazdom. Sam też z chęcią bym się wybrał w taką podróż, choć wiele osób sądzi, że jestem już na to za stary. Prawdę powiedziawszy nie specjalnie się przejmuję takimi opiniami, jest bowiem wielce prawdopodobne, że za 10-15 lat starość przestanie nam spędzać sen z powiek.

MindFuck: Co prowadzi nas do drugiego elementu formuły SMIILE – wydłużania długości życia…

RAW: No cóż, jeśli wszystko pójdzie dobrze, to za dwadzieścia lat będę o dwadzieścia lat młodszy, a nie starszy…

MindFuck: Są więc spore szanse, że jednak wybierze się Pan kiedyś w kosmos.

RAW: Jestem tego pewny.

MindFuck: Czy sądzi Pan, że będąc tam w górze, natknie się Pan na UFO? Czy w ogóle Pan w nie wierzy?

RAW: Oczywiście. Nie mam wprawdzie pojęcia czym one są – statkami kosmicznymi, wehikułami czasu, archetypami masowej świadomości co sugerował Jung, czy co jest najbardziej prawdopodobne, halucynacjami wywołanymi przez anormalne wyładowania elektromagnetyczne – ale nie zamierzam kwestionować ich istnienia, tak jak nie zamierzam kwestionować istnienia Charlie’go Chaplina, choć nigdy na własne oczy go nie widziałem. On i UFO są równie realne, jak produkt narodowy brutto.

MindFuck: Rozmawialiśmy już o migracji w kosmos, wydłużaniu życia, czas na ostatni element SMIILE – zwiększanie inteligencji.

RAW: Jestem przekonany, że urządzenia o których wcześniej rozmawialiśmy, odegrają wkrótce olbrzymia rolę w zwiększaniu naszej inteligencji. Prof. Graham, który jest największym autorytetem naukowym w tej dziedzinie, twierdzi że jest w stanie udowodnić znaczący „przyrost” inteligencji u każdej osoby, która skorzysta co najmniej dziesięć razy z opracowanego przez niego Potencjalizera. Z własnego doświadczenia wiem, że część z tych urządzeń rzeczywiście korzystnie wpływa na IQ, a nawet na ogólny poziom zdrowia.

MindFuck: OK, wróćmy na koniec do nieco bardziej przyziemnych spraw. Ostatnie zamieszki w Seattle, Philadelphii i Pradze są dla wielu osób oznaką odradzania się anarchizmu jako ruchu masowego. Jako wieloletni aktywista ruchów wolnościowych ma Pan zapewne własny pogląd na ten temat?

RAW: Rzeczywiście mamy tu do czynienia z historycznym wydarzeniem. Pierwszy raz od niemal 70 lat radykalne frakcje związków zawodowych i podobnie myśląca młodzież połączyły siły w proteście przeciw wspólnemu wrogowi. Wiąże z tą współpracą spore nadzieje. Zanik więzi społecznych spowodował, że od czasów Wielkiej Depresji radykałowie nie odnieśli w Stanach żadnego naprawdę istotnego sukcesu. Przez ostatnie dziesięciolecia ludzie byli tłamszeni tak bardzo, że stali się zbyt wystraszeni, by podjąć jakąkolwiek działalność. Ogólny pesymizm wywołany niemożnością spłaty kredytów, opłacenia lekarzy i rosnącą przestępczością wepchnął ludzi w objęcia „cichej desperacji”.

Istnieje także problem odpowiedzialności za swych najbliższych.
Pamiętam, że gdy po raz pierwszy zostałem aresztowany – za udział w demonstracji przeciw segregacji rasowej – jedyne o czym mogłem myśleć to los moich dzieci. „Co się z nimi stanie, jeśli poślą mnie do więzienia na pięć lat? Jak mogłem im to zrobić?!” Na szczęście dla nich sprawa ta nie skończyła się aż tak dramatycznie, jak się spodziewałem. I choć nigdy nie zszedłem ze ścieżki aktywizmu, tamto doświadczenie nauczyło mnie szacunku dla tych, którzy nie chcą wyjść poza kordon obawiając się o los swych rodzin.

Cała sprawa ma jeszcze drugie dno. Jest nim zależność, którą określa się regułą SNAFU (Sytuacja Normalna Ale Fatalnie Upierdolona) – komunikacja jest możliwa tylko pomiędzy równymi. Gdy masz do czynienia z osobami postawionymi wyżej w hierarchii, szybko uczysz się by nie mówić im nic, czego nie chcą słyszeć. Jeśli powiesz im coś, czego sobie nie życzyli, ich reakcja jest natychmiastowa: „Jeszcze jedno słowo i pożegnasz się z pracą, cwaniaku”. Reguła ta jest właściwa całemu systemowi. Różnica polega jedynie na tym, że im wyższych szczebli drabiny społecznej dotyczy, tym więcej kłamstw się wypowiada. W związku z tym ci, którzy stoją na samym jej szczycie, nie mają najmniejszego pojęcia, co tak naprawdę się dzieje. W konsekwencji ci, których los zepchnął na jej dół, muszą się stosować do praw tworzonych przez kompletnych ignorantów.

Wykładam tę regułę już prawie czterdzieści lat i nigdy nie zdarzyło mi się, by ktoś podniósł rękę w odpowiedzi na prośbę zgłoszenia się osób, które w swoich kontaktach z rządowymi oficjelami mówiły im prawdę, tylko prawdę i nic ponad prawdę. Gdy jakaś biurowa urzędniczka zadaje nam pytanie, nigdy nie wiemy do czego tak naprawdę wykorzysta ujawnione przez nas informacje, więc na wszelki wypadek kłamiemy jak najęci. Myślę, że o podobnej prawidłowości możemy też mówić przy sporządzaniu sondaży opinii publicznej. Stąd też stwierdzenie, że rządzący żyją w wieżach z kości słoniowej, do których nie docierają żadne informacje oddające rzeczywisty stan rzeczy, nie wydaje się być szczególnie radykalne.

Niestety, prawidłowość ta ma także inne konsekwencje. Ponieważ nikt nie chce uchodzić za tchórza i kłamcę, rządzeni starają się nie dostrzegać, jak bardzo otaczająca ich rzeczywistość różni się od jej wizji, przedstawianej im przez rządzących. Z tego powodu większość osób nie ufa swoim zmysłom nawet jeśli oznacza to, iż od czasu do czasu staczają się z pochylni myląc ją ze schodami, bądż też klękają przed nieistniejącym ołtarzem. Taki stan rzeczy nazywam balastem wszechwiedzy – znajdujący się na szczycie hierarchii opierają swoje poczynania na wiadomościach, pochodzących z dołu drabiny społecznej, przekazywanych im przez osoby zbyt zastraszone by mówić prawdę.

Jedyną przeciwwagą dla tej patowej sytuacji jawi mi się anarchizm – teoretyczny ideał społeczeństwa, w którym każdy może mówić prawdę bez obawy, iż poniesie karę za swoje słowa. Nie sądzę wprawdzie, by udało nam się całkowicie obalić hierarchię, możemy ją jednak uczynić przejściową nadając jej charakter rotacyjny. Orkiestra symfoniczna potrzebuje dyrygenta, nie znaczy to jednak, iż może on kontrolować całe życie muzyków decydując, co mogą jeść, pić, palić, czytać, czy gdzie i kiedy wyjechać z miasta. Jest wiele innych sytuacji społecznych, w których hierarchia jest prawdopodobnie czymś niezbędnym, nie znaczy to jednak, że musi mieć ona charakter permanentny czy nawet czteroletni. Z pewnością nie musi też ona przyjmować takich rozmiarów, jak w dzisiejszych strukturach korporacyjnych, biurokratycznych i państwowych.

MindFuck: Sadząc po powyższej wypowiedzi nadal uważa się Pan za anarchistę?

RAW: Owszem, choć prawdę powiedziawszy bardzo rzadko używam tego określenia. Większość osób, z którymi przychodzi mi rozmawiać na ten temat, kojarzy anarchizm z podkładającymi bomby bandytami, a co gorsze, podobne wyobrażenia na ten temat ma także wiele samozwańczych anarchistów. Od dłuższego czasu nie używam też w odniesieniu do siebie słowa libertarianin, gdyż moim zdaniem postulaty wypowiadane ostatnio przez wielu zwolenników libertarianizmu urągają zdrowemu rozsądkowi. Myślę, że najbliższym oddania istoty moich poglądów jest określenie jeffersonowski decentralista.

Już jako bardzo młody człowiek zdałem sobie sprawę z tego, iż nie wierzę w kapitalizm. Jak powiedział kiedyś znany fizyk Fredrick Saudi: „Ekonomia? Powinno się ją raczej nazwać bandytyzmem”. Z drugiej strony marksistowska alternatywa jest jeszcze gorsza. Oczywiście istnieje jeszcze demokratyczny socjalizm na modłę skandynawską, w którym dostrzegam bardzo wiele zalet, jednak dużo bardziej pociąga mnie wizja społeczeństwa, jaką w XIX wieku stworzyli amerykańscy anarcho-indywidualiści. Dobrowolne stowarzyszenia, pomoc wzajemna, poszanowanie jednostkowych wyborów… Ludzie żyjący w małych plemiennych społecznościach, nie przekraczających 120 członków wydają mi się być najszczęśliwszymi ludźmi na ziemi. Nie sadzę, byśmy kiedykolwiek powrócili do tego poziomu, jednak idea bardzo małych, skrajnie zdecentralizowanych społeczności lokalnych, w których każda stuosobowa grupa podejmuje autonomiczne decyzje, wydaje mi się być niezwykle atrakcyjną. W stosunkach globalnych moglibyśmy korzystać z pomocy gigantycznego komputera, za pomocą którego wszyscy mogliby wyrażać swe opinie.

Nie ufam politykom. To co najbardziej spodobało mi się w postaci Hannibala Lectera, to zastosowanie jakie dla nich znalazł. Idea rządu reprezentacyjnego polega na istnieniu osób, które będą reprezentowały nas w rządzie. Jednak reprezentują one nie nas, lecz korporacje, które wpłacają pieniądze na ich fundusze wyborcze. Co więcej, nikogo takiego nie potrzebujemy. Internet pozwala każdemu z nas na wyrażanie własnych opinii. Wszyscy ci, którzy robią to za nas, powinni być strąceni ze swoich stołków i zmuszeni do zarabiania w uczciwy sposób, tak jak ci w imieniu których rzekomo się wypowiadają. Gwoli ścisłości, Buckminster Fuller – jedna z najbardziej błyskotliwych postaci XX wieku, często porównywany do Leonarda da Vinci i Benjamina Franklina – uczynił z powyższej obserwacji myśl przewodnią jednej ze swych ostatnich książek. Nazwał ją desuwerenizacją ludu: zastąpieniem głosu przedstawicieli głosem reprezentowanych. Nie jestem zatem wcale tak oryginalny, jak czasami mi się wydaje.

(tłum. redakcja MindFuck / kor. Conradino Beb)

 

Przypisy:

1. Dla tych, którzy nie znając amerykańskiej specyfiki, nie dostrzegli w tej opowiastce żartu należy się drobne wyjaśnienie. Mianem „Drug Tschar” (Narkotykowego Cara) określa się w Stanach szefa FDA (Food and Drug Administration), agencji federalnej zajmującej się m.in. kontrolą nad lekami. Skoro już wiecie, czy Wam również Leszek Sikorski nie wydaje się jakoś dziwnie podejrzany?

Źródło: MindFuck Zine, nr 1, Lublin 2005.