Archiwa tagu: garage revival

People’s Temple – Musical Garden (2014)

Parę dni temu, gdy otworzyłem skrzynkę e-mailową, znalazłem 3 obszerne wiadomości z Piccadilly Records. Zawierały one szerokie zestawienie nowych albumów, kompilacji oraz reedycji wydanych w pierwszej połowie 2015.

Lada moment pojawi się wyczerpujące podsumowanie The Quietus, a ja sam już od dłuższego czasu szereguję w swojej głowie premiery, które szczególnie przypadły mi w tym roku do gustu. Wydaje się, że o 2014 wszyscy już zapomnieli, pędząc za kolejnymi wydawnictwami, na których wybite są cyfry 2 0 1 5.

Jest jednak jeden krążek, którego słucham nieprzerwanie od ubiegłego roku. W Polsce praktycznie olany, o którego istnieniu dowiedziałem się dzięki – złożonym kilka dni temu do sieciowego grobu – blogu Savage Saints. Mowa o Musical Garden, stworzonym przez People’s Temple. Kapelę, która od paru lat zdobywa coraz większą popularność na scenie Środkowego Zachodu USA.

W swojej dotychczasowej twórczości zespół balansował między psychedelicznym debiutem, a mocno garażowym More for the Masses. Na trzecim krążku oba te żywioły zostały jednak połączone, co dało najbardziej dojrzałe dzieło w jego karierze.

Musical Garden posiada siłę rażenia równą Hung at Hearts The Growlers. Ale to nie koniec porównań z gotyckim surferami, imprezującymi na plażach Kalifornii, bo album People’s Temple zaskakuje dopiero powyżej piątego przesłuchania. Jest to zaś spowodowane schizofreniczną mieszanką stylów, które łączy podskórna masa wzajemnych powiązań i pełnokrwiste, garażowe brzmienie.

Bez wysiłku usłyszymy echa Spiritualized, wyłapiemy spotkanie The Seeds z The Stone Roses, czy lizegeryczne riffowanie The 13 Floors Elevators. Nad całością unosi się niespokojny, rebeliancki duch The Rolling Stones, prowadzonych przez Briana Jonesa i Nuggetów.

Niemożliwym wydaje się wybranie kliku wyróżniających się hitów. Z równą mocą porywają mnie prostsze garażowo-glamowe kawałki tj. Handsome Nick czy Male Secretary, pełne psychedelicznych reverbów i loopów numery pokroju I don’t Mind lub The Dreamer. Musical Garden to schizofreniczny zbiór kapitalnych numerów, nad którym warto się na chwilę zatrzymać, zagłębić i dać się ponieść przywołanej na nowo magii kwasowo-grażowego grania z lat ‘60.

Jakub Gleń

The Sonics – This Is The Sonics (2015)

 

Kto by w ogóle pomyślał, że legenda garażowego punku wyda z siebie jeszcze jedno tchnienie? A tu proszę, taki albumik, że gardło zasycha w trakcie słuchania i serce rośnie! Ale gdy sobie ten materiał puściłem pierwszy raz, pozytywne impulsy zaczęły docierać do mózgu dopiero gdzieś w połowie tracklisty, kiedy nagle pomyślałem: „Ja pierdolę, to naprawdę nie jest złe”. I bez kitu nie jest! To album, który bije większość garażowego pierdzenia piątej fali, a Sonicy są przecież po siedemdziesiątce!

This Is The Sonics wytrzymuje zestawienie z Boom, z którym go zresztą sam zestawiłem. Jedyne co się tak naprawdę zmieniło, to głos Jerry’ego Roslie (wiadomo, postarzał się chłopak) i brzmienie basu (wiadomo, że w okresie 1964-67 w nagraniach grupy rządziła tania amplifikacja). Nawet produkcja jest podobna, wykonana razem z miksem i masteringiem przez Jima Diamonda z Ghetto Recorders z Detroit. Ale numery zostały wcześniej zarejestrowane w Seattle w Soundhouse, gdzie od 1999 nagrywają bardzo często High On Fire, a czasem także Earth. A jak? W MONO!!!!!

I nie ma co, to brzmienie jest rock’n’rollowe, solidne, z dobrym pierdolnięciem, ale bardzo ciepłe i miejscami tak old schoolowe, że zacząłem się zastanawiać, czy nie cofam się w czasie. Jednak garażowi pionierzy wyciągnęli mimo wszystko jakąś lekcję z tego, co działo się w ostatnich 5 dekadach, które minęły od czasu ich ostatniego wydawnictwa, Introducing The Sonics (Jerden, 1967) i dobrze czasem przyśpieszą, tak że punk’n’rollowe porównania nie są wcale nie na miejscu, a umcyk-umcyk w wersji The Sonics to prawdziwy miodzik!

No i te teksty, ten flow! Już tylko weterani potrafią grać rock’n’rolla bez artystycznych pretensji? A Sonicy śpiewają o szatanie, o doktorze, o panienkach i o tym, że pozory mylą, co sprawia że ten krążek rośnie we mnie z każdym następnym przesłuchaniem. Doskonale walą w palnik takie kawałki jak Be A Woman, The Hard Way, I Got Your Number czy Livin’ in Chaos, które sprawiają, że puls mocniej bije i chce się kurwa żyć! Jedna z tych płyt, które udowadniają, że comebacki mogą mieć jakiś inny sens niż tylko finansowy!

Conradino Beb

Gonzo & The Prezidents – Trixter EP (2014)

gonzo_and_the_prezidents

Gonzo & The Prezidents reprezentują warszawski front garażowego revivalu od kilku lat zamiatającego z sukcesem cały świat i mimo, że to już trzecia fala renesansu tego chropowatego stylu gitarowego, który został utrwalony w masowej świadomości przez MC5 i The Stooges, trend nie wygasa, bo garaż ma dwie mocne strony: prostotę i energię. I na tym w zasadzie zbudowana została debiutancka EP-ka zespołu, Trixter, która brzmi niemal jak nagranie live – minimum produkcji, ale maksimum emocji.

5 dynamicznych, z kopytem zagranych kawałków to fuzja trzech akordów na gitarze, organowych riffów i napierdalania w gary, ile wlezie. Ale efekt przekracza sumę wszystkich elementów, bo Trixter wchodzi bez smarowania, choć o achach i ochach nie ma raczej mowy. Zważywszy jednak na to, że chłopcy nagrali wszystko własnym sumptem i postarali się o to, żeby wykrzesać z siebie wszystko – a krążek to odzwierciedla – akustyczne niedostatki pozostawmy na dalekim planie.

Koniec końców nadają one Trixterowi soczystości i klimatu. To można zaś określić jako tango The Cramps z Count 5, The Sonics czy The Kinks. Retro na pełnej petardzie, ale nie bez własnego wkładu w postaci tekstów o waleniu panienek w windzie, jaraniu trawy, a nawet transgresji – bo dlaczego nie – który zawieszony jest we własnym świecie, bez żadnych gwiazdorskich pretensji (mówimy przecież o młodym bandzie), ale z bezbłędnym poczuciem szybko-i-do-przodu-zanim-nastanie-dzień.

Co należy także dodać, udzielający się na ryju Kacperro Guerrillero potrafi śpiewać po angielsku tak, że da się tego słuchać bez specjalnej żenady, a to w świecie polskich muzyków z ambicjami do eksportu swoich dźwięków za granicę już prawdziwa rewelacja. Pozytywnego efektu dopełnia okładkowy kolaż, w którym Bettie Page – słynnej striptizerce został poświęcony pierwszy numer – pływa wśród muchomorów, pejotli i apokaliptycznych symboli. Na Trixterze nie znajdziecie jednak specjalnie psychedelicznego klimatu, ale dużo surowego rock’n’rolla, który z powodzeniem umila wieczory i poranki.

Conradino Beb    

„Nic nie jest nasze i nic nie jest czyjeś” – wywiad z Kacprem Pokorskim, wokalistą i autorem tekstów Gonzo & The Prezidents

gonzo_and_the_presidents_promo_1
Zdj. Igor Romesz

Warszawscy królowie sceny garażowej: Gonzo & The Prezidents, atakują kolejną EP-ką. Tym razem najbliższą dźwiękowo temu, co zespół uosabia na żywo. Jest więc dużo seksu, psychodelii oraz niebezpiecznej jazdy bez trzymanki na rock’n rollowych autostradach. O nowej płycie, polskiej scenie alternatywnej, pojęciu „TriXter”, pierwszym oficjalnym klipie zespołu i wielu innych ciekawych historiach opowiada Kacper Pokorski, wokalista Gonzo & The Prezidents!

Łukasz „Ch-Fu” Szewczyk: Poprzednim razem, gdy przeprowadzałem z Wami wywiad, siedzieliśmy na dachu legendarnego już „Metalowca”. Rozmawialiśmy m.in. o Waszym stosunku do programów typu „Mam Talent”. Dzisiaj własnym sumptem, bez konieczności promowania się w nich, wydajecie „małą płytkę”. Opowiedzcie o tym, jak ona powstawała, bo wiem, że nie był to łatwy proces? A zarówno jej oprawa, jak i sama „treść”, robią wrażenie.

Kacper „Kacperro” Pokorski: Tak jest Prze Pana (śmiech)… „Wydajemy” to dość poważne i duże określenie, ale owszem mamy małą 5-numerową płytę/Ep-kę w wersji digipack, wyprodukowaną własnymi siłami na naszych zasadach, bez niczyjego dyktatu, w naszym świecie i po swojemu. Nie było to faktycznie łatwe zadanie. To trochę tak jak z utratą dziewictwa, nadal uczymy się to robić i nabierać wprawy. Najwięcej kłopotów było na etapie mixu. Z braku kasy nagrywaliśmy gdzie się da, nawet w garderobie. Brzmienie finalne nadal jest dalekie od naszych zamiarów i wyobrażeń. To raczej dopiero przedsmak przyszłości. Aktualnie bierzemy sie mocno za eksperymenty z rejestracją na stówkę, by wyeliminować ścieżkową sterylność. Będzie fun!

Ł.Sz: Płyta zaczyna się od potępieńczych jęków i utworu Bettie Page. Dalej wcale nie zwalniacie tempa i przez cały czas atakujecie słuchacza skomasowaną nawałnicą dźwięków. Czy ta płyta ma jakiś swój własny klucz, czy wolicie po prostu, by muzyka płynęła swoim własnym życiem zanurzona w chaosie?

K: Tą kwestię musi słuchacz rozgryźć sam.

Ł.Sz: Ciekaw jestem znaczenia tytułu płyty. „TriXter”, cóż to takiego?

K: TriXter to mocno złożona postać i zagadnienie. To pojęcie wiążące sie z mitologią stworzenia świata, pojawiające się właściwie w każdym kręgu kulturowym, odnoszące sie również do ambiwalentnej istoty człowieczeństwa i życia. Motyw trixtera to motyw postaci Boga lub bohatera – przechery, złośliwego oszusta, antagonisty demiurga, który kreuje siejąc zamęt i chaos. Jak Prometeusz czy Samael kuszący Ewę przy Drzewie Poznania.

Trixter może też mieć znaczenie społeczne i oznaczać osobę niepokorną, transgresywną (transgresja to przekraczanie granic, wykraczanie poza nie i poznawanie nowego, przestarzałe w angielskim „transgress” oznaczało grzech i grzeszyć, wg Kościoła to zaś działane nieortodoksyjne, skłanianie się ku heterodoksji i kontestacji porządku. To chęć poznania i rozwoju piętnowana w kręgu chrześcijańskim i nie tylko…), bitnika burzącego porządek i codzienne schematy.

Ł.Sz: To w zasadzie Wasza druga EP-ka. Czym różni się ona od swojej poprzedniczki LSD (Little Sound Demo)?

K: Wszystkim, od brzmienia po opakowanie – LSD pakowaliśmy w koperty z papieru pakowego i mazaliśmy sprayem. To była jazda – opary unosiły się kilka dni w moim pokoju. Wyglądały jak znaczki z kwasem w ogromnej skali

Ł.Sz: Bettie Page opowiada o tytułowej królowej występku i sado-maso, znanej pin-up girl. Opowiedz o czym traktują pozostałe teksty na płycie. Czy tematyka poruszana w nich jest równie barwna i kontrowersyjna?

K: Oouu, no tak to są szczere, proste kawałki i nie sądzę, by były kontrowersyjne. Uptown to po prostu piosenka o niedostępnej, zepsutej, snobce zachłystującej się sobą, w której próżno szukać czegooś więcej poza pozerstwem i samouwielbieniem, której istotą życia jest zmiana oprawy dzióbka na fejsie…. Nr.3 (Naked, przyp. red.) to hymn kościoła nudystycznego. W skrócie mówi on o nagości ideologicznej, kulturowej i fizycznej jako akcie szczerości.

Elevator Sex w gruncie rzeczy nie jest wcale o stosunku w windzie, to raczej wzgarda dla windy statusowej jeżdżącej między różnymi piętrami hierarchii społecznej i okropnym uczuciu utknięcia za jej drzwiami z ludźmi, dla których jedynym priorytetem jest wysiąść na jej ostatnim, właściwym piętrze. Ostatni jest mocny Trix, który będzie tym czym chcesz, bo my tego jeszcze nie wiemy…

Ideologia prowadzi do zwyrodnień, patologii, agresji i wykluczenia.

gonzo_and_the_prezidents_promo_2
Zdj. Igor Romesz

Ł.Sz: Oczywiście od razu rzuca się w oczy kolorowa, psychodeliczna okładka. Czy te wszystkie symbole, postacie na niej zawarte, w jakiś sposób oddają klimat płyty, ideologii Gonzo & The Prezidents, czy to tylko barwny dodatek mający przyciągnąć potencjalnych kupców?

K: Myślę, że już wiesz i musisz sam zdecydować albo zapytać okładki. Gonzo to brak ideologii. Ideologia prowadzi do zwyrodnień, patologii, agresji i wykluczenia.

Ł.Sz: Kto jest odpowiedzialny za jej grafikę?

K: Mirabella Liz, czyli Kacperro.

Ł.Sz: Wiem, że sami zajmujecie się promocją kapeli. Zarówno tworzeniem plakatów, często organizowaniem gigów, robieniem zwariowanych akcji happeningowych i szumu w Internecie. Jak będzie wyglądała sprawa promocji tym razem? Słyszałem, że uderzacie do dużych rozgłośni radiowych i nie dacie żyć prezenterom owych stacji, póki nie puszczą Waszej muzyki w eter?

K: Taki jest plan, w najbliższym czasie między innymi właśnie tym zamierzamy się zająć w ramach promo. Zobaczymy co na to dinozaury?

Ł.Sz: Widziałem filmowe promo płyty i muszę przyznać, że robi ono wrażenie. Kto jest za nie odpowiedzialny i w jaki sposób ono powstało?

K: Video powstało ad hoc i dla śmiechu. Na pomysł wpadłem ja gadając z Carlosem, a on skołował swojego znajomego Adasia Symonowicza operatora, z którym kiedyś realizowali jakiś klip. Wypiliśmy piwo, odpaliliśmy racę, buum i jest (śmiech).

Ł.Sz: Macie na swoim koncie jeden koncertowy klip, który promował płytę Kulturka – Outsider Rock Prezentuje do utworu Bettie Page. Słyszałem, że nakręciliście właśnie oficjalny klip. Ma być ponoć niezła sieczka. Klip powstał do ostatniego na płycie utworu Trix. Uchylcie rąbka tajemnicy czego możemy, albo nie możemy się w nim spodziewać? Jak przebiegał proces nagrywania klipu? Gdzie został on nagrany, kto jest odpowiedzialny za scenariusz i wykonanie, a także jaki klimat panował podczas jego kręcenia?

K: Ze zdjęciami do klipu uporaliśmy się w 24 godziny, właściwie tyle zajął cały plan filmowy. Wszystkie sceny ogrywane były w warszawskiej, garażowo-motocyklowej knajpie o nazwie 2koła. W miejscu, które jest jak zupełne złudzenie na warszawskiej mapie. Vintage’owa, tarantinowska psychodelia. Ludzie szwendający się późną nocą w okolicach Dworca Zachodniego nie wierzą w realność tego miejsca z wkomponowaną we wnętrzu beczką śmierci (mur de la mort). Idealne miejscówka na plan! Już musisz sobie wyobrażać jaki był klimat.

Scenariuszem i reżyserią zajął się Kuba Tomaszewicz i jego przyjaciele: Olo Pawluczuk i operator Maciej Kukulski. To była jego stara inwencja z szuflady, zmodyfikowana trochę o elementy, które narzuca sam song. Kuba podobnie jak my lubuje się w tripowych psychodelicznych treściach typu Fear and Loathing in Las Vegas, Midnight Cowboy czy Easy Rider i wiele innych, a właśnie o to nam chodziło. Na planie mieliśmy reżyserowaną video imprezę wzbogacaną o duuużą ilość paliwa! To był świetny dzień. Nieocenieni byli nasi znajomi, którzy wypełnili knajpę i zagięli czasoprzestrzeń!

Ł.Sz: Wiem, że udział w powstawaniu płyty miał Przemo, Wasz ex- klawiszowiec. Nie ma go już w kapeli. Co było przyczyną takiego stanu rzeczy i czy jego odejście nie wpływa na braki w Waszym brzmieniu? W końcu klawisze to był jeden z Waszych znaków rozpoznawczych.

K: Rozstaliśmy się z różnych powodów, ale nadal się kochamy (śmiech). Kwestia brzmienia jest relatywna. Dla jednych to dobrze z powodu przestrzeni między instrumentami, dla drugich to właśnie ją nadawały klawisze. Jest to raczej tymczasowa zmiana. Na razie dobrze nam w takiej konfiguracji. Na gigach nie ma klawiszy, jest surowiej i drapieżniej, co nie znaczy, że w tworzeniu zrezygnowaliśmy z klawiszy. Olson (perkusista grupy, przyp.red.) jest świetnym multiinstrumentalistą.

Ł.Sz: Na zdjęciach we wkładce do płytki jawicie się jako zbuntowani rock’n rollowcy, jakby żywcem wyjęci z lat ’60/’70. Czy to tylko taka poza, by zdobyć jak najwięcej kobiecych tyłków, czy tacy jesteście naprawdę? A może jedno i drugie?

K: My tam tylko staliśmy, a Igor cykał. Ma dobry aparat, a tyłków nigdy za wiele, zwłaszcza kobiecych!!!

gonzo_and_the_prezidents_promo_3
Zdj. Igor Romesz

Ł.Sz: Mimo iż macie na swoim koncie naprawdę wiele koncertów. Można rzec, że jesteście profesjonalnymi muzykami, to jednak wciąż tkwicie w „podziemiu”, tylko nieśmiało pukając do drzwi mainstreamu. Czy to świadomy wybór, czy może w Polsce naprawdę jest tak ciężko się wybić?

K: Nie wiem, jak z tym jest, może potrzebna jest dobra rampa lub odskocznia?? Nie wiem też do końca, gdzie chcemy trafić i czy to ma być na pewno mainstream i koniecznie polski. Może po prostu wślizgniemy sie przez tylne drzwi… Nie wiem.

Ł.Sz: Skoro już jesteśmy w tym undergroundzie, to co sądzicie o polskiej scenie alternatywnej? Znacie jakieś ciekawe kapele godne polecenia naszym (i nie tylko) czytelnikom?

K: Najbardziej fascynują mnie kapele kreujące coś nowego, oryginalnego i niepowtarzalnego, nie tylko jak na polskie standardy, ale stojące na poziomie światowym. Część z nich już zaczyna się doceniać. Niestety myślę, że pod kontem finansowym w tym kraju to nie będzie nigdy możliwe. Ostatnio interesowało mnie zagłębie trójmiejskie i ciekawy projekt Pedal Distorsionador, czy Destructive Dasy – kobieca formacja, albo kapela Gówno, az Wa-wy to The Stubs, grząskie pojeby Latające Pięści, mniej znani pozaziemscy Augen X, czy jeżdżący na wschód Satellite Beaver. Zawsze podziwiam kapele, które same sobie radzą i walczą o przetrwanie – mam tu na myśli egzystencję artystyczną i nonkonformizm, ciągły kierunek pod prąd, co w tej rzeczywistości jest prawie równoznaczne z samobójstwem. Niemniej Ci ludzie robią to wszystko zupełnie samodzielnie.

Ł.Sz: Czy można w ogóle powiedzieć, że Gonzo gra w ramach jakiejś określonej sceny, czy może tworzycie coś zupełnie swojego?

K: To chyba międzygatunkowa mikstura, działamy intuicyjnie, nie lubimy sie ograniczać. Wszystko zaczyna sie od drobnego impulsu. Nic nie jest nasze i nic nie jest czyjeś.

Ł.Sz: Słyszałem, że pomimo iż dopiero co wyszła Wasza EP-ka, to w okolicach marca planujecie wypuszczenie kolejnej „małej płyty”. A kiedy pierwsza długogrająca płyta?

K: Może to będzie kwiecień, na pewno na wiosnę. Do LP jeszcze długa droga, to niestety zależy od naszego budżetu, a on jest gówniany, bo materiał jest gotowy od dawna.

Ł.Sz: Słuchając Waszej muzyki od razu wyświetlają się w mojej głowie obrazy do kilku filmów i komiksów razem wziętych. Mamy tutaj Kino Drogi, Bitnikowski klimat wiecznej, ekstatycznej jazdy w strumieniu świadomości, klimat jak w Cocksucker Blues, czy kino eksploatacji lat 70-tych. Jeśli mielibyście stworzyć własny fabularny film, to jaki gatunek byście chcieli eksplorować i o czym by opowiadało to wiekopomne dzieło? 🙂

K: Psychodeliczne porno!

Gonzo to nie do końca muzyka, to bardziej jednostka chorobowa

Ł.Sz: EP-ka trwa niewiele ponad 16 minut i nie ukrywam, że po jej przesłuchaniu pozostaje duży niedosyt. Chce się od razu zapuścić ją jeszcze raz, a potem jeszcze i jeszcze… Czy to był właśnie Wasz cel, czy zadecydowały kwestie finansowe, że jest ona tak krótka?

K: Celem było nagranie płyty i udało się sfinalizować 5 kawałków z sesji z brzmieniem oddającym najbliżej to, co robimy na żywo.

Ł.Sz: Wasza muzyka to wypadkowa wielu fascynacji. Słychać w niej echa rocka psychodelicznego lat ’60/’70, rocka garażowego, tradycyjnego rock’n’rolla, psychobilly w stylu The Cramps, ale również punku, ska czy reggae. Czy to świadomy eklektyzm, czy jeszcze poszukiwanie własnego „ja”? Czy Waszym zdaniem już teraz można mówić o stylu Gonzo& The Prezidents? A jeśli tak, to jak można go zdefiniować?

K: Hmmm… to breja z tego świństwa, którego lubimy słuchać. Chyba nie da się tego określić i sklasyfikować. Poza tym szuflady są duszne. Może to psych trip grunge. Gonzo to nie do końca muzyka, to bardziej jednostka chorobowa.

Ł.Sz: Jesteście typowo koncertową grupą. Kto nie był na Waszych koncertach ten nie do końca chyba zrozumie, czym jest Gonzo & The Prezidents. Opowiedzcie, więc o Waszych najbliższych planach koncertowych i tym czego się można na nich spodziewać?

K: Większość naszych koncertów wypada spontanicznie i dzieje się to dość szybko. Może w końcu uda nam się przestąpić granicę i zagrać gdzieś poza krajem. Na razie najbliższe ważniejsze daty to 7.02, impreza promująca klip oraz koncert z kalifornijską grupą z San Francisco: Glitter Wizard, 24.04.

Ł.Sz: Dziękuję za wywiad i zapraszamy do Sochaczewa.

K: Dzieki. Dozo i uszanowanko.

Wywiad przeprowadził Łukasz „Ch-Fu” Szewczyk (Kulturka)

 

 

Oficjalny bandcamp Gonzo & The Prezidents

Redakcja MGV wybiera 11 najbardziej ulubionych płyt 2013!

turntable

2013 nie przejdzie pewnie do historii muzyki jako rok przełomowy, ale czy przełomowy był 2012 lub 2011? Z perspektywy zaledwie kilku lat druga dekada nowego milenium wydaje się przede wszystkim okresem retro rockowej podróży w złotą przeszłość muzyki gitarowej, ekstremalnego eklektyzmu stylistycznego, który zbliża gatunki tak pozornie przeciwstawne, jak krautrock i afrobeat, a także kurczowego poszukiwania nowych dróg w tanecznej elektronice, co czasem doprowadza do bardzo ciekawych efektów.

Jednak prawdziwe talenty, które mają szansę zostać zapamiętane przez następne pokolenia, można policzyć na palcach dwóch rąk. Większość tego, co zostało stworzone w kończącym się roku to zjadanie własnego ogona lub niezdarne próby emulowania niszowych gatunków muzycznych, które nigdy nie dotarły do przeciętnego odbiorcy muzyki, a więc mogą zostać wyeksploatowane przez hipsterskich muzyków… rzadko z jajami, a jeszcze rzadziej z artystyczną iskrą.

Z kilkunastu tysięcy nagranych w 2013 płyt przesłuchaliśmy w dwójkę zaledwie garstkę – nie miejcie do nas o to pretensji – by sklasyfikować jako najbardziej ulubione 11 z nich. Kolejność jest zupełnie przypadkowa.

The Growlers – Hung At Heart

Atak fuzji retro gatunków w wykonaniu kalifornijskich szczurów plażowych zakończony został tu pełnym sukcesem. Surfowa gitara przeplata się na płycie z chwytającym za serce, zręcznie dawkowanym smutkiem i country rockowymi harmoniami, czasem odkrywając garażową prostotę, a czasem brudny honky tonk. Muzykę The Growlers bardzo ciężko określić w dwóch słowach i choć nad stylem grupy zawisła etykietka gotyckiego surfu, dźwięki z Hung At Heart to coś znacznie bardziej nieuchwytnego, głęboko przemyślanego, ale naturalnie pięknego.

Beastmilk – Climax

Climax to bez wątpienia jeden z najciekawszych albumów ze smutnymi piosenkami, jaki został wydany w 2013. Przywołanie atmosfery nuklearnego holocaustu w zimnych rytmach post-punku okazało się strzałem w dziesiątkę.  Niezależnie od tego, czy smucą na modłę The Cure, czy pędzą jak wierni wyznawcy Misfits, Beastmilk pokazują niebywały kunszt pisania nieprzyzwoicie przebojowych numerów.  Genocidal Crush  czy Nuclear Winter mają potencjał, by zostać czymś więcej niż hitami jednej jesieni.

Corrections House – Last City Zero

Militarystyczna supergrupa złożona z członków Neuerosis, Eyehategod, Minsk i Yakuza zajebała jeden z najcięższych strzałów tego roku. Dystopijny debiut Correction House rozpierdala noise’owym szumem, industrialnym ciężarem, crustową  agresją, free jazzowymi wkrętami czy neofolkową deprechą, idealnie pokazując to, z czego znani są członkowie projektu oraz bogatą paletę ich inspiracji. Last Ciy Zero brzmi niezwykle aktualnie i świeżo,  idealnie oddając wszystkie paranoje, które nawiedzały nas w bieżącym roku, pokazując, że w następnym wcale nie musi być lepiej, a wręcz przeciwnie, będzie jeszcze gorzej.

Fat White Family – Champagne Holocaust  

Fat White Family przebyli niezwykle szybko długa drogę ze skłotów wschodniego Londynu na łamy Guardiana. Champagne Holocaust  to lewacko-neopsychedeliczny bękart The Fall i The Gun Club trawiony szaleństwem Charlesa Mansona i epicką poetyką spaghetti westernów. Członkowi FWF nie tylko zasysają morze koksu, lecz również większość konkurencji na indie rockowej scenie, plując przy tym w twarz   przymilającym się zespołowi mainstremowym mediom i kalectwu muzycznej branży. Nie wiem czy to jest tylko poza, czy na serio są tak zjebani, ale Champagne Holocaust biorę w ciemno!

Chelsea Wolfe – Pain is Beauty

Od nawiedzonego spotkania Neurosis i Portishead na debiucie, przez neofolkowe ballady, po anarcho-punkowe covery, na każdym ze swoich wydawnictw Chelsea przemycała black metalową atmosferę. Nie inaczej jest i tym razem. Pain is Beuaty jest albumem, na którym najwyraźniej widać ciężkie, elektroniczne oblicze opętanej Amerykanki, które zostało zbalansowane dream popową łagodnością w stylu 4AD. Z płyty na płytę Chelsea pisze zdecydowanie coraz lepsze piosenki pełne coraz szlachetniejszego smutku.

Obliteration Black Death Horizon

To zdecydowanie najlepszy metalowy LP, jaki było mi dane usłyszeć w tym roku, bo wszystko i tak zostało zmiecione przez EP-kę szwajcarskiego Bölzer. Młodzi Norwedzy coraz bardziej oddalają się od necrosound Autopsy, czy debiutu Darkthorne, prezentując coraz bardziej indywidualna wizję black i death metalowej fuzji. Oprócz potężnych numerów, przepełnionych wręcz noise rockową agresją, głównym atutem Black Death Horizon jest jego produkcja. Album zabija brzmieniem, które jest głębokie, pięknie przegniłe, bez plastikowego trykania stopek, które zabija większość albumów metalowych.

Daft Punk – Random Access Memories

Ośmioletnia przerwa Francuzów w nagrywaniu posłużyła im wyjątkowo dobrze, bo Random Access Memories to płyta wyjątkowa! Przykład perfekcyjnie zrealizowanej koncepcji artystycznej – rekonstrukcji  oryginalnego brzmienie electro i disco funkowego późnych lat ’70. Album zręcznie lawiruje pomiędzy elektronicznym chill outem a là Touch i popowymi smasherami w stylu Get Lucky czy Lose Yourself To Dance, które przywołują słodko-ekstatyczną energię didżejskich setów Larry’ego Levana. Wszystko zaś tonie w sosie fantastycznej produkcji i genialnych aranżacji! Hipsterzy spod znaku nu disco mogą tylko topić zazdrość w kieliszku szampana.

Death Grips – Government Plates

Amerykański duet drugi rok z rzędu rozpierdolił stawkę w elektroniczno-eksperymentalnym światku. Podczas gdy wszyscy płakali nad końcem muzyki złożonej z bitów zjadając własny ogon, Death Grips dokonali prawdziwego szturmu, biorąc to co najlepsze z rapu, dubstepu, mashupu, postindustrialu, post-techno i filtrując to przez maszynkę mrocznych free jazzowych harmonii. A cały materiał wylądował w sieci w postaci empetrójek. W momencie, kiedy eksperyment w muzyce staje się w zasadzie swoim zaprzeczeniem, zaledwie utrwalając zdobycze dekad minionych, terroryści z Miasta Aniołów pokazują pazur wstrzykując do obiegu adrenalinowo-cybernetyczny koktajl, któremu w żaden sposób nie można zarzucić pretensjonalności.

The Black Heart Rebellion – Har Nevo

Już pierwsze dźwięki tego mrocznego albumu belgijskich post hard core’owców zwiastują niecodzienny klimat. Ciężko wyprodukowana perkusja spotyka się z agresywnym wokalem noszącym ślady inspiracji klasycznym screamo. Dalej zaś neofolk wpada w minimalnie potraktowany gotyk i to, co zostało z hard core’owej tradycji, gdy spotkała się ona ze światem etniczno-inicjacyjnych inspiracji. Har Nevo to płyta słodko-gorzka, przywołująca bestię w ludzkiej postaci oraz duchowe światło na końcu drogi. Zbalansowana, transowa, a jednocześnie żywa i emocjonalna.

The Knife – Shaking The Habitual

Dwupłytowy album The Knife świetnie pokazuje, w jakim kieruku zmierza muzyka w Skandynawii. Na początek dostajemy etno-elektroniczny A Tooth For An Eye, niemal w stylu Goat, by za chwilę dostać po głowie porcją ciężkiego breakbeatu, zapętlonymi dronami, a w końcu wylądować na dark ambientowym pustkowiu, które eksplorował kiedyś zawodnik z pierwszej ligi znany jako Lustmord. The Knife preferują szamańskie sample i neoprymitywistyczne rytmy, ale nie zapominają o dobrym wyprodukowaniu wokalu Shannon Funchess (prawdziwe odkrycie!), która pojawia się w dwóch numerach. Idealnie wykonany miks najmodniejszych inspiracji na rynku!

Stara Rzeka – Cień chmury nad ukrytym polem

Debiut Starej Rzeki stanowi najlepszy przykład, że polska scena w tym roku pokazała klasę, wypluwając wiele świetnych albumów. Kuba Ziołek odwołując się do uniwersalnych dźwięków prymitywnego folku, black metalu spod znaku Leviathan i legend krautrockowej sceny stworzył monumentalna narrację muzyczną przetkaną nicią słowiańskiej melancholii. Niepowtarzalna atmosfera Cienia chmury nad ukrytym polem pozostaje na długo, po tym gdy wybrzmi ostatni akord My Only Child.

Conradino Beb / Jakub Gleń

Wooden Shjips – Back to Land (2013)

Po rewelacyjnym West, neopsychedeliści z San Francisco – choć teraz nieco bardziej rozproszeni po USA – nagrali bardziej harmonijny i nieco lżejszy album, który dobrze jednak czesze beret o każdej porze dnia i nocy. Na Back to Land zespół postawił na równo zagrane, nastrojowe kompozycje oparte na twardym basowym riffie, garażowej perce i narkotycznych solówkach gitarowych. Brzmienie zostało wprawdzie uspokojone, niemal zszugejzowane, ale charakterystyczny, lizergiczny klimat pozostał i pięknie ciągnie się przez całą płytę.

Muzycy niemal rozstali się z klasycznym stonerem i polecieli bardziej w zmysłową orgię dźwięków typu Quicksilver Messenger Service spotyka Spacemen 3 – a przynajmniej tak mi się to kojarzy – co dało krążek bardzo równy i wciągający. Mniej eklektyczny, ale za to w zgrabny sposób odstający od innych twórów z szerokiej działki neopsychedelii-stonera-garage revival. Zaskakująco „folkowy” w pewnych momentach (These Shadows), a w innych zaskakująco prymitywistyczno-garażowy (In The Roses).

Przez Back To Land od samego początku prowadzi nas neoplemienne dudnienie, kwasowe kolory i nutka melancholii, a wszystko zestawione w smacznym, zawiesistym miksie, do którego zespół zdążył nas już przyzwyczaić. Brzmienie Wooden Shjips jest tak charakterystyczne, że trudno je pomylić z innymi kapelami. Jest słodsze od dźwięków The Black Angels czy Dead Skeletons i nie tak chropawe, jak tona kapel próbujących rżnąć riffy z albumów The Sonics, ale znacznie ciekawsze od typowej produkcji Thee Oh Sees i innych kapel z Los Angeles.

Ta płyta to oczywiście nic odkrywczego i fani najbardziej szalonych momentów z West, czy z wcześniejszych albumów, mogą się na początku poczuć zbici z tropu, ale to mija szybko i już przy drugim przesłuchaniu klimat pięknie siada, a uszy same kleją się do głośników. Back to Land do sukcesu prowadzi sprawnie wyważone połączenie „gotyckiej” liryki, psychedelicznego smęcenia i kompozycyjnej lekkości. Można bez problemu odpalić z rana po małym joinciku i zwyczajnie rozkoszować się, bo nie znajdziemy tu żadnych wybojów.

Conradino Beb

Thee Oh Sees – Floating Coffin (2013)

thee-oh-sees_floating_coffin

Po mało frapującej EP-ce Putrifiers II neopsychedeliści z San Francisco przeszli do stajni Castle Face i efekt jest natychmiastowy. Floating Coffin to bardzo dobry krążek, na którym Thee Oh Sees powracają do wypracowanej wcześniej formuły, ale z większą lekkością i polotem. Nie brakuje tu jednak przesteru i zmyślnych gitarowych overdubów, które w połączeniu z nastrojowym wokalem Brigid Dawson i garażową produkcją tworzą równy i przebojowy materiał. Zespół ponownie nabrał skrzydeł i zanurzył się w sosie, w którym czuje się najlepiej.

Buzujące, dynamiczne rockery w stylu I Come From The Mountain czy Tunnel Time zostają uzupełnione o bardziej wyszukane numery tj. Strawberries One & Two czy tytułowy Floating Coffin, gdzie tempo nieco zwalnia, a Thee Oh Sees poświęcają się tworzeniu nastroju, co wychodzi im zresztą rewelacyjnie. Na płycie znajdziemy także odskoki w stronę klasycznego indie/noise’u – Maze Fancier przypomina dokonania Pavement czy Shellac, a w opartym na modulowanym brzmieniu gitary Night Crawler Talking Heads spotykają się z Teenage Jesus & The Jerks.

Kombinacje studyjne wychodzą Floating Coffin na zdecydowany plus. Płyta oprócz zwartej całości, nastrojonej pod klasyczny garaż, oferuje nieco dziwnych smaczków zainspirowanych klasykami lat ’80. Gdzieś w miksie od czasu do czasu pojawia się także wiola czy klawesyn, jak w kończącym płytę zapychaczu Minotaur. Największym hiciorem jest jednak Toe Cutter / Thumb Buster, bardzo ciekawy kawałek z hipnotycznym przesterem w przejściach, który milknie jednak, gdy wchodzą partie wokalne. Materiał nie zabija, ale też nie rozczarowuje.

Conradino Beb

Iggy And The Stooges – Ready To Die (2013)

iggy-the-stooges-ready-to-die

W nowym składzie The Stooges poza nieśmiertelnym Iggym Popem nie ma wprawdzie nikogo z oryginalnych muzyków, ale materiał spełnia wszystkie nadzieje pokładane w nowym wcieleniu pionierów punk rocka. Ready To Die jest pozbawionym kombinacji, energicznym krążkiem, który spokojnie można położyć na półce garage revival obok kapel, dla których trzy pierwsze albumy The Stooges stanowiły jedno z najważniejszych źrodeł inspiracji. Garażowe rytmy zostają podane z właściwą gatunkowi werwą i prostotą, która sprawia, że Ready To Die to jeden z najlepszych albumów Popa od lat.

Od pierwszych dźwięków Burn po ostatni akord The Departed nóżka sama składa się do przytupów, a buntownicze teksty Popa pozwalają wczuć się w klimat nawet nastolatkom – muzyka bez kitu młodzieżowa – choć da się tu nieomylnie wyczuć smak długoletniego doświadczenia. Na to nakłada się jednak druga młodość – Job to bezpardonowy, punkowy manifest, który Iggy mógłby spokojnie wlepić na Fun House. I nawet jeśli w numerach typu Unfriendly World czy The Departed da się wyczuć zainteresowanie artysty tworzeniem głębszych, poetyckich pejzaży, te nie dominują na szczęście płyty.

A dinozaur rock’n’rolla niewątpliwie jest w formie, gdyż spójność przekazu wylewa się z każdego wersu i każdego akordu, gdy płyta tak sobie pędzi naprzód. Powrót do krótkich, proto punkowych form okazał się zbawieńczy, jako że nowe numery wkręcają się same, a pomagają temu rewelacyjnie brzmiące gitary, nakarmione lekkim przesterem i buczący, sfazowany echem bas. Przepity i przepalony wokal Popa miejscami nie wytrzymuje przeciągania struny, ale tak czy siak daje dużo radochy. Ciekawie prezentują się przy tym żeńskie chórki w numerze Beat That Guy, które jednorazowo wspomagają tam wokal Iggy’ego.

Jak mówią załoganci: „nie ma to tamto” i jeśli Iggy nie dał się w przeszłości zabić naturalnymi środkami, czyli alkoholem, heroiną i fajkami, pewnie pokopie piłkę jeszcze ładnych parę lat. A Ready To Die pokazuje wyraźnie, że legenda nie zamierza jeszcze skakać z mostu i pewnie za jakiś czas możemy się spodziewać kolejnej odsłony studyjnej The Stooges. Jeśli chcecie posłuchać bezpretensjonalnej płyty proto punkowej w wykonaniu człowieka, który tę drapieżną odmianę rock’n’rolla grał zanim przyszliście na świat, dajcie szansę Ready To Die. Efekt gwarantowany!

Conradino Beb

Ariel Pink’s Haunted Graffiti – Mature Themes (2012)

mature_themes_2012

Gwiazda sypialnianego proroka glo-fi: Ariela Pinka, wzeszła kilka lat temu, gdy jego nagrywane na czteroślad i wydawane głównie w formie kaset dźwięki, objawiły zjadającej własny ogon scenie indie, że w powietrzu pojawiła się „zupełnie nowa wibracja retro”. W odróżnieniu od bezwstydnie filtrującej Black Sabbath, Hawkwind i Blue Öyster Cult sceny hard-stoner-space, Ariel Pink inspiruje się jednak radosnymi dniami początków MTV: syntezatorowym popem, yuppie rockiem i new age’owymi taśmami z życia delfinów. Jego muzyka to ucho wciśnięte w tani głośnik telewizora z plakatami Ruperta Holmesa i 10cc wiszącymi nad łóżkiem.

55-ty album (tak tylko żartuję) nagrany pod szyldem Ariel Pink’s Haunted Graffiti to realna faza na komponowanie pod wpływem muzyki z tanich winyli, znalezionych w dyskontowych piwnicach sklepów muzycznych Los Angeles i tematów z oscarowych filmów epoki Reagana w stylu „feel good America”. Całość zapiera jednak dech muzycznym impresjonizmem, gdyż Ariel Pink kreuje zupełnie nową jakość z prywatnych strzępów pop kultury – pop na Mature Themes zjada własny ogon, ale to zaledwie punkt wyjścia do rewitalizacji epoki, opartej na magicznej wrażliwości dziecka.

Songi Ala Greena zostają odświeżone w syntezatorowej konwencji – Baby, wspomnienie gitar Steinbergera ożywione w plastikowym miksie – Driftwood, a David Bowie z okresu yuppie beat nagle okazuje się posiadać niewykorzystany wcześniej potencjał – Is This The Best Spot. Naiwny optymizm, wylewający się z Mature Themes idealnie podkreśla hipnagogiczna balladka Only In My Dreams, w której plumkające ćwierćnuty klawiszy wprowadzają słuchacza w utopijny, senny nastrój kalifornijskich centrów handlowych o 5 nad ranem. Ale numery na Mature Themes rzadko uderzają w podobny ton, gdyż na Love Everyone Ariel Pink wchodzi nawet w klimaty garage revival czerpiąc ze stylu The Music Machine i Paul Revere & The Raiders.

Absurdalnym, ale genialnym przykładem geniuszu Pinka pozostaje Symphony of the Nymph, w której mimimalny z początku chillwave nagle zostaje doładowany po kilku taktach tematem z Chariots of Fire Vangelisa kreując jedyny w swoim rodzaju, subpompatyczny efekt, do czego dokłada się jeszcze absurdalny tekst o rock’n’rollerze z Beverly Hills, obcującym z lesbijkami i psychiatrami. To zaś dobrze pokazuje wyobrażeniowe uniwersum Pinka, zbudowane na fascynacji popem w najbardziej żenującej wersji, który dzięki talentowi artysty staje się jednak eskapistycznym wehikułem – idealnym narkotykiem dla pokolenia 00.

Conradino Beb

The Growlers – Hung At Heart (2013)

The-Growlers-Hung-at-Heart_cover

The Growlers to kapela, której koncertami mógłby się rozkoszować Tom Waits siedząc samotnie w kąciku obskurnego baru i pijąc kolejkę za kolejką. Intrygujący styl zespołu został ochrzczony gotyckim surfem przez amerykańską prasę muzyczną po sukcesie ostatniej EP-ki Hot Tropics (2010). Ale Growlersom daleko jest do gotyku, znacznie bliżej za to do wokalno-surfowych popisów Króla Surfowej Gitary, jednak przefiltrowanych przez grobowe harmonie garażowe – będące dalekim echem hitów ? & The Mysterians – z wpływami poetyckiego alternative country w stylu Nicka Cave’a czy rock’n’rollowego easy listening Ricky’ego Nelsona.

Jednak brzmienie The Growlers wznosi się ponad cześci składowe i swoją oryginalnością rozkłada słuchacza na łopatki powodując swoisty napływ romantycznej melancholii… choć zespół pozostaje w swojej ojczyźnie koncertową rewelacją, podrywając do tańca publikę od Chicago po Los Angeles. Osobiście nie mogę nacieszyć się nosowym wokalem Brooksa Nielsena, który przypomina słynny, zachrypnięty głos Genesisa P-Orridge’a. Ale to tylko jedno z tuzina skojarzeń, które nasuwają się przy okazji słuchania Hung At Heart, który miał być początkowo nagrany w rodzimym studiu hipsterów z The Black Keys w Nashville.

Całe szczęście chłopcy stwierdzili, że nie mają ochoty na lekkostrawną papkę i uciekli na rodzime plaże południowej Kalifornii, gdzie ¾ składu surfuje od rana do wieczora, a w wolnych chwilach komponuje nową muzykę słuchając przypadkowo wybranych stacji radiowych. Co ponownie każe nam się zająć wystrzałowym ekletyzmem numerów z Hung At Heart, które nagrane zaledwie w kilka dni posiadają mroczną, surrealistyczną siłę, odkurzającą klasyczny kalifornijski reverb, ale w oparciu o wbijający w fotel weltschmerz. The Growlers na nowej płycie stają się w istocie spadkobiercami heroinowych poetów z tej samej okolicy muzyczno-geograficznej – The Gun Club.

W żadnym wypadku nie da się pominąć smutku, lejącego się z tekstów o ciążącym na sercu brzemieniu czy wiecznym odchodzeniu kolejnych kochanek. Ale nie da się też nie zauważyć, że muzycy mają zdrowy dystans do swojej grobowej aury, która jest ciągle kontrapunktowana przez pełną reverbu, surfową gitarę oraz żywy honky tonk. A osnowę płyty tworzy właśnie połączenie pozornie przeciwstawnych elementów: surfowego bravado (minus sunshine popowe harmonie), poetyckiego zacięcia, storytellingu w stylu country oraz rustykalnego lo-fi. Wszystko zaś brzmi tak prymitywnie, jak brzmiały garażowe single z lat ’60, nagrywane w tanim, kartonowym studiu, co w tym przypadku jest dużym plusem!

O ile w ucho szybko wpadają echa artystów tak różnych, jak: The Clash, The Chantays, The Velvet Underground, John Denver, Buddy Holly & The Crickets, Serge Gainsbourg czy The Seeds, nasi bezdomni – jak twierdzą – surferzy stworzyli na Hung At Heart niezwykle intrygującą jakość, która reprezentuje wartościowe oblicze wszechobecnego ADHD-rocka. Muzyka w kawałkach tj. Someday, Salt On a Slug czy Burden of the Captain została oparta na świadomości własnych korzeni omijając męczący dla uszu hiperintelektualizm muzyczny grup w stylu Foxygen. Jeśli ktoś pokazuje obecnie przyszłość w oparciu o brzmienie retro, są nimi właśnie The Growlers – Hung At Heart to płyta, która już aspiruje do bycia klasykiem!

Conradino Beb