Archiwa tagu: hard rock

Bobby Cannavale: „Vinyl” docierał się 8 lat

Bobby Cannavale w końcu doczekał się roli godnej swojego talentu, choć aktor pokazał się wcześniej od dobrej strony w: Third Watch, Oz, Will & Grace, Nurse Jackie czy Zakazanym imperium. Vinyl, świeżo odpalony przez HBO serial, pisany 8 lat, w którym gra on postać nieobliczalnego Richiego Finestry, dyrektora fikcyjnego labela American Century Records, dał mu prawdziwe pole do popisu.

Bobby, zapytany w wywiadzie dla IndieWire, czy jest to rola, na którą czekał dłuższy czas, odpowiada skromnie: Tak przypuszczam, ale nie czekałem na nią świadomie. Pracowałem tylko tam, gdzie trzeba było. Czuję, że cały czas się przygotowywałem, ale nie poświęcałem temu w myślach dużo uwagi. Zawsze mówiłem: „Główne role w filmie i w telewizji mnie omijają”. Po prostu nie byłem tym gościem.

Grałem główne role w teatrze, naprawdę sporo. Mam więc doświadczenie w graniu kolesi, którzy są bardzo kolorowi czy wielowymiarowi, bo charaktery pierwszoplanowe zazwyczaj są bardziej zaokrąglone. Ale dopiero przy Zakazanym imperium miałem okazję pracować z pisarskim talentem innego kalibru, bo wcześniej nie miałem możliwości pracy z kimś takim, jak Terry Winter czy Martin Scorsese. To naprawdę przygotowało mnie do tej roli, a kiedy w końcu przyszła, przejście od jednej do drugiej było czymś naturalnym.

Aktor po raz pierwszy usłyszał o Vinyl od Terry’ego Wintera na planie Zakazanego imperium. Pisarz chciał, żeby ten przeczytał coś, nad czym Scorsese i Jagger pracowali 8 lat. Po zapoznaniu się ze scenariuszem przysłanym pocztą, natychmiast zgodził się zagrać nową rolę, do której przygotowywał się przesiadując m.in. z Dannym Goldbergiem i Lennym Kayem.

Lata ’70 były mu znane z dzieciństwa, Cannavale urodził się w 1970 i wychował we włosko-amerykańskiej części New Jersey, gdzie z muzyką miał do czynienia po raz pierwszy poprzez swoich kuzynów. A gdy w wieku kilkunastu lat przeczytał nieautoryzowaną biografię Led Zeppelin, Hammer of the Gods, napisaną przez Stephena Davisa, jego fascynacja stała się jeszcze silniejsza.

Przygotowując się do roli Richiego, aktor musiał wiele czytać, dzięki czemu znalazł fantastyczną (jak twierdzi) książkę Hitmen, która naprawdę pomogła mu zrozumieć tajniki przemysłu winylowego. Ale tę mimo wszystko biły na głowę opowiastki tego typu z ust Lenny’ego Kaye’a: No wiesz, pracowałem razem z Patti Smith w sklepie z płytami i ktoś powiesił ulotkę koncertową New York Dolls. I pamiętam, że myślałem: „Wow, zajebista nazwa. Pójdę i sprawdzę.”

Cannavale przebywał też z Mickiem Jaggerem i wesoło wspomina zachowanie ludzi wokół niego, mówiąc: Są naprawdę zabawni. Ludzie są zabawni. Zależy czego chcą. To jak ze światłem. To jak bujanie się ze słońcem (śmiech). Nie, naprawdę, to jak bujanie się ze słońcem. To naprawdę interesujące, obserwować jak ludzie do niego podchodzą, jak pytają go o różne rzeczy, jak dostają to czego od niego chcą.

Innym miłym wspomnieniem jest dla niego przywołanie przez ekipę produkcyjną klimatu „złego Nowego Jorku”, który został wyczarowany w modnej dzielnicy Hell’s Kitchen. Tę Cannavale zna z autopsji. Ekipa zdarła wszystkie maty z podłogi lokalnego placu zabaw, żeby realistycznie przedstawić klimat epoki, w której przestępczość i bieda w Nowym Jorku przebijały sufit. Dzielnicowi weterani bez trudu rozpoznali old schoolowy klimat, mijając plan zdjęciowy.

Nowy Jork został wysprzątany w połowie lat ’90 i dzisiaj nie przypomina w żadnym miejscu strefy wojennej z legendarnego filmu The Warriors.

Conradino Beb

Źródło: IndieWire

Pokręcone korzenie metalu w „Metal Evolution”!

W pierwszym odcinku dokumentalnej serii Metal Evolution, wyprodukowanej przez VH1, Scott Dunn udaje się w podróż po całym świecie, która stopniowo odsłania skomplikowane, jak się okazuje, korzenie metalu.

Czy będzie to nieskrywana facynacja operowym stylem śpiewania Luciana Pavarottiego objawiona przez Roba Halforda z Judas Priest, zaskakujące korzenie ciężkiego riffu otwierającego tytułowy numer z debiutu Black Sabbath (zainspirowanego, jak tłumaczy Bill Ward, Marsem Gustava Holsta), bluesowa pentatonika i wokalna ekspresja Howlin’ Wolfa lub Little Richarda tak kochana przez Lemmy’ego Kilmistera, rock’n’rollowe brzmienie wykreowane w Sun Studio, czy też swingowa rytmika, na której wychował się Bill Ward (Black Sabbath), metal okazuje się absolutną hybrydą zasilaną dodatkowo przez jeden bardzo ważny wynalazek… przester.

Blues Pills – Blues Pills (2014)

Historia Blues Pills mogłaby stanowić kanwę barwnego hippiesploitation. Młoda Szwedka, po tym jak zostaje wyrzucona z pracy, wyrusza w podróż do Kalifornii, który była jej odwiecznym marzeniem. Tam poznaje 2 gości, z którymi zakłada kapelkę. Skład szybko uzupełnia młody, niezwykle utalentowany gitarzysta. Pierwszy materiał w mig przykuwa uwagę dużej wytwórni, która oferuje im kontrakt na wydanie debiutu. A w dalszej kolejności na scenę wkracza dużo dragów i fascynacja okultyzmem, co powoduje tragiczny finał historii.

Jak na razie Blues Pills wydali jednak tylko jedną płytę – to nie są lata ‘60, więc ćpanie chyba mają pod kontrolą. Sukces EP-ek Devil Man i Bliss sprawił, że kapelkę szybko wyłowiła Nuclear Blast. Wytwórnia ta ostatnio zauważyła, że lepszy interes zrobią na retro-rocku niż produkowanym hurtowo, plastikowym metalu. W ich katalogu figurują kraut-metalowcy z Kadavar, czy szwedzkie załogi tj. Witchcraft oraz Graveyard. Od tych ostatnich, międzynarodowy kwartet wyciągnął producenta Dona Alsterberga.

Patrząc na tracklistę Blues Pills można oskarżyć zespół o pójście na łatwiznę. Ponad połowa numerów to piosenki znane już z wcześniejszych wydawnictw. Wątpliwości rozwiewa jednak pierwszy odsłuch. Pod okiem Alsterberga zostały mocno przearanżowane, co zdecydowania poprawiło ich jakość. Z Devil Man wycięto nieco pretensjonalne popisy wokalne Larsson, od razu atakując słuchacza potężnym leadem, nie zwalniając tempa już do końca.

W River poskromiono również wokalistkę, dzięki czemu numer zyskał delikatnej, kwasowej słodyczy. Alsterberg okiełznał młodych muzyków, którzy wcześniej zbyt często popisywali się swoimi umiejętnościami, zapominając o sztuce dobrego aranżu. Szwed pokierował ich energię twórczą, tak by równomiernie rozłożyć emocje na płycie, dzięki czemu nowe numery bezpośrednio uderzają w słuchacza.

Głównym magnesami przyciągającymi słuchaczy do Blues Pills jest zmysłowy, pełen soulowej magii, śpiew Larsson, oraz nieposkromione gitarowe popisy Doriana Sorriauxa. Kolejną cechą wyróżniającą ich z vintage’owego tłumu jest unoszący się nad albumem duch Fleetwood Mac z okresu Petera Greena. Najpełniej zmaterializował się on na tryskającym energią Ain’t No Change.

Największym zaskoczeniem był jednak dla mnie cover ojca  twistu Chubby’ego Checkera – Gypsy. Ten odbiega nieco od inych numerów Checkera, ukazując jego ostre, psychodeliczne oblicze. W wykonaniu Blues Pills brzmi on, jakby było coverowany przez The Jimi Hendrix Experience po kilku grubych kreskach. Coś wspaniałego!

Niestety nie zawsze jest aż tak dobrze. W Black Smoke, czy chociażby Little Sun, numery aż nadto zaczynają zalatywać Graveyard. Oczywiście, dla chronicznie uzależnionych od Hisingen Blues, wersja tej płyty, przepełniona kobiecym pierwiastkiem, może okazać się spełnieniem najskrytszych marzeń. Osobiście, preferuję jednak więcej własnej tożsamości (oczywiście, jak na kapelę retro).  Ale mimo tych mankamentów Blues Pills spełnia pokładane w nim oczekiwania, pokazując dojrzalszą stronę znanych hitów i zapodając kilka nowych.

Jakub Gleń

11 siarczystych kawałków o Szatanie z czasów, gdy śpiewanie o nim nie było jeszcze modne!

Zanim na scenę wkroczyli metalowcy w stylu Venom, Judas Priest i Celtic Frost, tematyka satanistyczna w muzyce rockowej była już bardzo dobrze znana. Wraz z eksplozją psychedelii i kontrkultury odkryte zostały kosmiczne wymiary świadomości, a wkrótce także mroki duszy i tanie dreszcze, inspirowane w dużej mierze niskobudżetowymi horrorami i średniowiecznymi legendami. Poznajcie 11 mniej lub bardziej znanych kawałków o Szatanie nagranych w złotym okresie muzyki gitarowej!

1. Things To Come – Speak of The Devil

Ta wybitnie nieznana kapela garażowa pochodziła z Long Beach w Kalifornii i swoją karierę zakończyła na jednej siódemce wydanej w 1966 przez niewielką Starfire Records, ale za to jakiej! Speak of The Devil to strona B singla, na której dziki, sfuzzowany garaż tańczy kwasowe pogo w takt trzeszczących organów wyraźnie inspirowanych blues rockowym stylem Them czy Rolling Stones. Ta acid punkowa perła to jednocześnie pierwszy znany hymn dla Szatana w muzyce rockowej, który czeka na skwaszonego młodzieńca przy złotym stole. Trzeba usłyszeć, żeby uwierzyć!

2. Crazy World of Arthur Brown – Devil’s Grip

W połowie 1967 Arthur Brown wraz z zespołem podpisał dzięki wstawiennictwu Petera Townshenda kontrakt z wytwórnią Track Records, która była prowadzona przez managerów The Who, Kita Lamberta i Chrisa Stampa. Pierwszym singlem 7″ debiutującego zespołu stał się Devil’s Grip/Give Him a Flower, którego strona A wprowadziła satanistyczną symbolikę do brytyjskiej muzyki rockowej. Kwaśne organowe riffy mieszają się tu z dramatycznym crescendo wokalnym Browna, który jako pierwszy na Starym Kontynencie eksploruje duchowy wymiar mroku w bardzo wymownym tekście o tym, jak Szatan chwycił go za rękę!

3. The Rolling Stones – Sympathy For The Devil

Prawdopodobnie najsłynniejszy kawałek o Szatanie znany przeciętnemu zjadaczowi chleba, który nie był jednak pierwszym w muzyce brytyjskiej (patrz wyżej). Numer pojawił się po raz pierwszy na płycie Beggar’s Banquet (1968) i został napisany przez Jaggera po przeczytaniu Mistrza i Małgorzaty, która została mu podarowana przez Marianne Faithfull. Cały zespół był w tym czasie pod wielkim wpływem okultysty i filmowca Kennetha Angera, a sam kawałek nosi ślady fascynacji afrykańskimi rytmami. Jagger nigdy nie przyznał się jednak do fascynacji satanizmem, a Sympathy For The Devil nie był wcale grany podczas zabójstwa Mereditha Huntera przez Hell’s Angels w Altamont, co stało się jednym z najbardziej popularnych mitów muzyki rockowej.

4. The Gun – Race with The Devil

The Gun byli brytyjskim power trio, które zostało utworzone na gruncie wcześniejszego projektu The Knack pod koniec 1966. Zespół nagrał dwa albumy, by rozpaść się w 1970, ale do historii przeszedł proto-metalowym hitem Race with The Devil, który przebił się do pierwszej dziesiątki największych hitów w Wielkiej Brytani pod koniec 1968. Numer zawiera szaloną solówkę gitarową z hendrixowskim vibrato i chwytliwy tekst, śpiewany z żarliwą, rock’n’rollową pasją. Warto też zwrócić uwagę na rewelacyjną sekcję dętą w stylu The Electric Flag. Być może jeden z najciekawszych kawałków hard rockowych dekady!

5. Black Widow – Come to the Sabbat

Okultystyczny lans końca lat ’60 skusił również czarodziejów-rockmanów z Black Widow, których największym hitem stał się numer Come to the Sabbat. Jego hipnotyczna siła tkwi w połączeniu rytualnych zaśpiewów, prostego rytmu i folkowego fletu. Z czasem atmosfera się zagęszcza, aż do finału w którym zespół ogarnia dionizyjska mania! Mimo dobrej sprzedaży singla stacje radiowe odmówiły puszczania Come to the Sabbat ze względu na kontrowersyjny tekst. Koncerty grupy ściągnęły też uwagę policji. Kres marzeniom o wielkiej karierze położyło odwołanie trasy po USA ze względu na dewocyjną nagonkę, jaka narosła po zbrodni dokonanej przez Rodzinę Mansona.

6. Coven – Pact With Lucifer

W Pact With Lucifer kwas napędzający psychedeliczne kapelki z Zachodniego Wybrzeża nabrał wyraźnego, siarkowego posmaku. Ale Coven pewnie nie zaistnieliby nigdy w pamięci szerszego grona odbiorców, gdyby nie Jinx Dawson, która brzmi jak Janis Joplin krocząca Ścieżką Lewej Ręki. To właśnie jej ostry, opętany wokal w połączeniu z satanistyczną tematyką tekstów, nadał mrocznego tonu Pact With Lucifer, który w innym wypadku mógłby równie dobrze trafić na Cheap Thrills. Dzisiaj słucha się tego numeru raczej z uśmiechem na ustach.

7. The Grateful Dead – Friend of The Devil

Friend of The Devil był jednym z numerów, który zrodził się w głowie Roberta Huntera (legendarnego tekściarza The Grateful Dead), gdy grał on na basie w New Riders of The Purple Sage – pobocznym projekcie Jerry’ego Garcii. Zespół zagrał nowy kawałek po raz pierwszy w lutym 1970, niedługo przed wydaniem Workingman’s Dead, który znaczył odwrót pionierów rocka psychedelicznego od kwasowych improwizacji w stronę melancholijnej Americany, bluegrass i country rocka. Numer ten jest rewitalizacją starej bluesowej legendy o przymierzu diabła-trickstera z bezdomnym muzykiem.

8. Black Sabbath – Black Sabbath

Co prawda to nie Black Sabbath jako pierwsi poruszyli satanistyczną tematykę w swoich utworach,  lecz to właśnie Ozzy’emu i spółce najwcześniej udało się przekuć diabelską grozę w zawodzące, walcowate riffy. Mimo całej innowacyjności brzmieniowej, legendarny numer Black Sabbath był oparty na prostej, bluesowej pentatonice, która w rękach Iommiego sięgnęła piekielnych alikwotów. Za sprawą tego kawałka historia zatoczyła krąg, wracając na rozdroże, na którym Robert Johnson zawarł pakt z diabłem. Tym razem jednak umowa pozwoliła jej sygnatariuszom podbić cały świat.

9. Bulbous Creation – Satan

Prawie nic nie wiadomo o tym ciężkim, hard rockowym strzale, poza tym że zespół pochodził z amerykańskiego stanu Missouri i nagrał swój jedyny album You Won’t Rememeber Dying na początku 1970 w obskurnym studiu Cavern Sound. Satan jest jednym z wolniejszych, proto-doomowych kawałków na płycie, której słucha się generalnie jak spotkania Cream z Blue Cheer, czy też lżejszej wersji Black Sabbath. Przesterowana gitara nawiązuje wyraźny dialog z bluesową przeszłością rocka, a dość oryginalny, lekko zachrypnięty wokal zabiera nas w podróż z Szatanem, który pojawia się tu bardziej w formie upadłego anioła.

10. Lucifer’s Friend – Lucifer’s Friend

Lucifer’s Friend to kultowa grupa w kręgu fanów hard rocka i wczesnego doom metalu, utworzona w 1970 w Niemczech z Anglikiem Johnem Lawtonem na wokalu, który w 1976 dołączył do znacznie lepiej znanych Uriah Heep. Tytułowy kawałek Lucifer’s Friend pochodzi z debiutanckiego krążka grupy wydanego przez Vertigo Records (stajnię, w której wydawali także Black Sabbath) i jest prawdziwą eksplozją muzycznej energii z przejmującym do szpiku kości tenorem Lawtona, dziką gitarą i gotyckimi organami gdzieś w tle. Kawałek operuje ciekawymi zmianami tempa w ramach progowo-metalowej aranżacji i ciekawą wizją Szatana jako gościa pukającego w szybkę, który ulatnia się w mroku nocy.

11. Astaroth – Satanispiritus

Tak naprawdę nikt nie wie, kiedy legendarna kapela Astaroth z Motor City wydała swój jedyny singiel 7″, jako że do dnia dzisiejszego zachowała się absurdalnie niska liczba kopii i żadna nie zawiera wskazówek. Jedni twierdzą, że był to 1968, a drudzy że początek lat ’70, ale chropowate, proto-punkowe brzmienie zdaje się potwierdzać tę drugą wersję. Satanispiritus to garażowy numer z porządnym pierdolnięciem, który z furią gitarowego przesteru ewokuje glorię Pana Ciemności. On się zbliża! Jest tuż tuż!

Conradino Beb / Jakub Gleń

Samsara Blues Experiment ujawniają datę wydania nowej płyty

untitled

Mamy dobre wieści z obozu Samsara Blues Experiment! Neopsychedeliczno-krautowi eksperymentatorzy właśnie ogłosili, że ich nowy album Waiting For The Flood ukaże się na początku listopada tego roku nakładem Electric Magic / World In Sound.

Jak czytamy w komunikacie na stronie zespołu: Cztery kawałki trwającego prawie 50 minut Waiting For The Flood znacznie przekraczają oczekiwania. Trzeci album niemieckich psychedelistów z Samsara Blues Experiment jest najbardziej zbalansowanym i harmonijnym dziełem, jaki do tej pory nagrali. 18 miesięcy w studiu i kawałki ze średnią przekraczającą 10 minut dają płytę, która łączy najlepsze elementy dwóch poprzednich albumów, wkraczając na terytorium rocka progresywnego połowy lat ’70.

Na płycie da się usłyszeć echa klasycznych brytyjskich grup w stylu Man, Khan czy Camel, ale wpływy te przefiltrowano tradycyjnie przez nieco cięższe stonerowe brzmienie. Strona A zaczyna się kawałkiem Shringara, mieszanki stonerowego fuzzu i odrestaurowanej hinduskiej ragi, po której nadchodzi mroczniejszy Don’t Belong w bardziej doomowym klimacie.

Na stronie B znajdziemy z kolei tytułowy numer Waiting For The Flood, 12-minutowy opus w neoprogowej aranżacji, który ma być w zamyśle hołdem dla Carlosa Santany i Jimiego Hendrixa. Wszystko zamyka zaś Brahmin’s Lament, klasyczny hard/blues rockowy numer z chwytliwym chórkiem i dobrze wyeksponowanym wokalem. Ponownie pojawia się tu sitar przywodzący na myśl klasyków raga rocka, ale zdominowany przez ciężkie, zawiesiste brzmienie w stylu Hawkwind.

Album zostal nagrany w Big Snuff Studio w Berlinie, a zmasterowany w Calyx Mastering. Okładkę Waiting For The Flood zdobi obraz nieżyjacego polskiego arysty Zdzisława Beksińskiego. Oto zajawka!

 

Źródło: Samsarabluesexperiment.com

Queens Of The Stone Age – …Like Clockwork (2013)

qotsa_like_clockwork_2013

Chyba nikt nie zaprzeczy, że QOTSA na nowym albumie nawet nie zbliżyli się do poziomu, wyznaczonym na legendarnym stonerowym artefakcie Songs For The Deaf. Z drugiej strony nie jest to w żadnym wypadku szukanie połączenia z Era Vulgaris, przedostatnim krążkiem grupy, a raczej solowy album Josha Homme’a z udziałem wielu prestiżowych gości, z których część – pewnie nieprzypadkowo – to byli lub aktualni członkowie QOTSA. I tutaj należy chyba szukać klucza do …Like Clockwork, która jest niezłą płytą, czyli miejscami lepszą, a miejscami gorszą.

Dla tych, którzy z Davem Grohlem na perkusji spodziewali się jednak powrotu do korzeni, ściany miażdżących riffów czy ciężkich aranżacji, Homme zgotował małą niespodziankę i do użytku oddał płytę wyjątkowo lekką. Metalu w jakiejkolwiek postaci jest tu znikoma ilość, a dominuje ślizganie się w stronę rocka alternatywnego, klasycznego hard rocka, a miejscami nawet pop rocka. Produkcji nie ma co zarzucić, tyle że gitary dostały miejscami bardzo mało przesteru, a basowi zdarzyło się zginąć w tle. Lekko fałszujący wokal lidera jest za to zawsze na pierwszej linii, choć same teksty nie trzymają niestety poziomu.

Na płycie dominują raczej delikatne nastroje i proste aranżacje. Klimat często ustawia cykanie na perkusji z zagrywkami a la Van Halen / Dire Straits w tle, wokalami w stylu Red Hot Chilli Peppers i funkującymi efektami, które są wprawdzie oznaką poszukiwania przez Homme’a nowej drogi muzycznej i dalszego porzucania stonerowego dziedzictwa – nikt nie może zabronić muzykowi wdzierania się na nowe terytorium – ale mocno zmiękczają przekaz i czasem wydają się paradoksalnie konserwatywne. Ta rzewność w dłuższej perspektywie przekonuje mnie jedynie w kawałkach, które nie wchodzą aż tak mocno w popowe ballady, jak bardzo dobry My God Is The Sun.

Nie można jednak zapominać, że od słynnych gości na tej płycie aż się roi, do studia zostali bowiem zaproszeni: Trent Reznor, Jake Shears, Alex Turner, James Lavalle, Brody Dalle oraz Elton John. Problem jednak w tym, że jeśli w ogóle ich słychać – a zdarza się to rzadko – całkowicie giną w miksie, co sprawia że ich obecność odbiera się bardziej jak hajp niż wniesienie pewnej indywidualnej energii. W praktyce kompozycje i decyzje produkcyjne Homme’a całkowicie zdominowały płytę (gra na niej aż trzech perkusistów), co ma swoje wady i zalety. Materiał jest bardzo spójny, ale nie czuć w nim ducha zespołu.

Wątpliwości nie ulega przy tym, że …Like Clockwork nie wszystkim wejdzie po pierwszym przesłuchaniu. Osobiście, musiałem się do tej płyty przyzwyczaić i docenić pewne rozwiązania tj. prince’ująco-funkowy Smooth Sailing, który kompletnie odstaje od reszty płyty, ale jest ciekawym wglądem w umysł Homme’a czy tytułowy …Like Clockwork. Do listy dobrych numerów należy poza tym dorzucić soczysty I Appear Missing z rewelacyjną perkusją Grohla, wspaniałym riffem gitarowym i romantycznymi chórkami, a także I Sat By The Ocean, który po cukierkowym rozbiegu nagle zostaje napompowany efektownym pulsem i wyłania się jako ciekawa kompozycja. Dobra, choć mało porywająca płyta.

Conradino Beb

Ampacity – Encounter One (2013)

Ampacity_Encounter One - front cover

Polska to bardzo specyficzny kraj, jeśli chodzi o wrażliwość muzyczną. Przez długie lata dziennikarze karmili Polaków brytyjskim prog rockiem, szczególną czcią darząc Floydów. Mimo to, pierwszy space rockowy zespół w naszym kraju założyli nostalgiczni stonerowcy z Trójmiasta. I całe szczęście, gdyż debiut Ampacity wolny jest dzięki temu od technicznego onanizmu oraz sztucznej pompy, tak charakterystycznych dla wielu neoprogowych kapelek w stylu Riverside czy Porcupine Tree.

Stonerowe korzenie dały muzyce Ampacity odpowiednio zbalansowany ciężar i hard core’ową energię. Idealnym przykładem jest otwierający Encounter One, utwór Ultima Hombre w którym stonerowe riffy rodem z Fu Manchu oparto o hard rockową rytmikę. Całość idealnie balansują progowo-space’owe klawisze, nadające utworowi głębi i lekkości. Pierwszy numer idealnie obrazuje muzyczną dwuznaczność Amapcity. Pierwotne wpływy Hawkwind mieszają się ze stonerowymi inspiracjami, których źródła tkwią po części w twórczości Brytyjczyków. Panteon space rocka to nie tylko załoga dowodzona przez Dave’a Brocka, ale również Pink Floyd, których atmosferą przesycony jest drugi kawałek – Asimov’s Sideburns.

Utwór rozpoczyna rozmarzony, syntezatorowy pejzaż, który po chwili zostaje wzbogacony o wyraźnie zainspirowaną Gilmourem partię gitary i subtelny rytm. Niespodziewanie, pod koniec, delikatnie rozwijająca się improwizacja zmieniona zostaje w ciężki pochód, niczym z kultowego stonerowego albumu Holy Mountain. Jednak pełnię swojego talentu aranżacyjnego Ampacity pokazują dopiero w zamykającym płytę Masters of Earth. Niemal 20-minutowa suita poraża swoim bogactwem. Zespół płynnie przechodzi od prostych, hawkwindowskich riffów, zanurzonych w kosmicznych efektach, przez stonerową mantrę, aż po prog rockowe hymny, kończąc na hard rockowym szaleństwie i syntezatorowym rozpasaniu.

Encounter One wprowadza na polską scenę powiew świeżości, proponując formułę, po którą nikt z naszego podwórka wcześniej nie odważył się sięgnąć. Jednak w szerszym kontekście zespół odcina się od narkotycznego space rocka w stylu Spirtualized czy mrocznych kraut rockowych tripów The Cosmic Dead. Ampacity proponują własną wersję gatunku, w którym za pomocą hard core’owej energii stoner rocka, wzięli w karby progową megalomanię, osadzając całość na pierwotnej hard rockowej rytmice. Debiutancki krążek idealnie pokazuje potencjał drzemiący w kapeli, który – miejmy nadzieję – nie zostanie zmarnowany.

Jakub Gleń

 

Hot Lunch – Hot Lunch (2013)

Hot_Lunch_lp

Who Can You Trust? to mała, ale prężnie działająca wytwórnia, która wydaje głównie grupy psychodeliczno/space’owe. Tym razem label postawił jednak na niekończący się groove i ogłuszający ryk Marshalli, które odnajdziemy na debiutanckim krążku kalifornijskiej grupy Hot Lunch. Jeśli wierzyć na słowo członkom zespołu, mają oni w życiu dwie pasje – oldschoolowy rock i skateboarding. W Hot Lunch łączą je obie, ozdabiając swoją muzykę deskorolkowym dizajnem z lat ’70.

Zespół w niebywały sposób złapał moment transformacji hard rocka w heavy metal, dodając do tego parę migawek z proto-punkowej sceny Detroit. Hot Lunch to płyta piekielnie autentyczna, a do tego wręcz atawistyczna. Nie znajdziemy tu nachalnej wpływologii – w kawałkach czuć kompozycyjny luz i świeżość. Album otwiera ogłuszający Handy Danny, który łączy garażową rytmikę z ciężarem Blue Cheer. W drugim numerze Killer Smile kapela wytacza zaś swoje najcięższe działa – najlepszy kawałek na płycie pięknie łączy agresywną poetykę MC5 z proto-stonerowymi walcami w stylu Sir Lord Baltimore. Następne dwa numery wypełnione są za to apokaliptycznymi riffami spod znaku Black Sabbath lub ich opętanych naśladowców z Pentagram.

Z dusznej piwnicy wychodzimy za sprawą Lady of the Lake. To nawiedzona, narkotyczna ballada, pełna prostych melodii i radykalnych zmian klimatu, z końcówką wyjętą żywcem z debiutu Captain Beyond. Po niej następuje She Wants Morekrótka petarda, oparta na pędzącym, sffuzowanym riffie i porywającym rytmie. Kolejny ostry rocker, wypełniony punkowymi wokalami to Tragedy Prevention, jednak tylko do czasu, gdyż gitarową erupcję zastępuje szybko organowy pochód rodem z The Doors. Kapela idzie dalej psychodelicznym tropem wraz z Golden Lyre. Zostajemy tu zahipnotyzowani przez monotonny rytm perkusji i wokal pełen reverbu. W dalszej części numer nabiera przyspieszenia – przypominając Budgie ze swojego najlepszego okresu – by powrócić w końcu do początkowego motywu.

Na pożegnanie kapela serwuje słuchaczom retro-futurystyczny numer Monks On The Moon, który zgrabnie rekapituluje całą płytę. Między proto-stonerowe frazy wprowadzono quasi gregoriańskie pieśni, nałożone na posępny riff w stylu Iommiego. Numer kończy się hołdem dla Hawkwind w postaci syntezatorowej burzy. Swoim debiutanckim albumem Hot Lunch raczej nie zbawi rocka i nie wypełni stadionów, ale czy o to chodzi? Płyta rozkręci za to niejedną imprezę i będzie idealnym podkładem do deskorolkowych przejazdów. Hot Lunch to dobry album, na którym muzykom udało się złapać pozornie nieuchwytne, najgorętsze momenty, ze starych numerów Blue Cheer, Captain Beyond czy Grand Funky Railroad bez charakterystycznego dla wielu retro kapel zamulania.

Jakub Gleń

AC/DC ruszają z własnym brandem piwnym

Ostatnia dekada to prawdziwe zbliżenie biznesu muzycznego z biznesem alkoholowym i odzieżowym. Agresywna konkurencja rynkowa i rozwój brandingu przy lejącej się na wszystkich graczy recesji ekonomicznej sprawiły, że ikoniczne – kiedyś niegrzeczne – grupy rockowe stały się nagłym sprzymierzeńcem w promocji nowych, dizajnerskich produktów.

Piwo i muzyka gitarowa to starzy znajomi. Jaki koncert może się w końcu obyć bez paru browarków, sączonych ze znajomymi, gdy kapela nadaje ze sceny kolejne hity? Po Motörhead i Kiss przyszła w końcu pora na dinozaury z AC/DC, by wypuścić swój własny brand piwny.

Produkowany i dostępny na razie tylko w Niemczech, a reklamowany sloganem: Piwo dla prawdziwych rockerów!, elektryczny napój chmielowy ma szansę stać się prawdziwym hitem.

Jak pisze zespół w oficjalnym komunikacie na swojej stronie: Jeśli chcesz konkretnie poczuć klimat, potrzebujesz odpowiedniego piwa. AC/DC, niesławne legendy hard rockowe z antypodów dostarczały ci prawdziwego rocka przez ostatnie 40 lat. Teraz oddają zaś swoje imię prawdziwemu, australijskiemu smakowi w półlitrowej formie. „Piwo Premium Lager AC/DC” to 568 ml prawdziwego niemieckiego, pierwszorzędnego lagera o smakowitej zawartości 5,0% alkoholu.

Dla AC/DC nie jest to pierwszy krok w stronę użyczenia własnego brandu do sprzedaży alkoholu, gdyż grupa w zeszłym roku odsprzedała swoje logo amerykańskiemu producentowi, który wprowadził na rynek dwa wina: Back In Black Shiraz oraz Cabernet Sauvignon Highway To Hell.

Innym legendarnym zespołem, który wszedł na rynek alkoholowy, jest Motörhead. W USA jest dostępne od zeszłego roku zarówno piwo Bastards Lager, jak też wino Sacrifice Shiraz. Oficjalny mariaż rock’n’rollowej aury z jej nieodłącznym elementem – alkoholem, może zdziałać cuda na podminowanym kryzysem rynku!

Tomahawk – Oddfellows (2013)

tomahawk_oddfellows_2013

Tomahawk stał dla mnie zawsze nieco na uboczu licznych projektów Mike’a Pattona, z których Mr. Bungle, Fantômas, Mondo Cane, General Patton & The X-Ecutioners czy znakomity Peeping Tom należą do najbardziej znanych. Ale zespół nigdy wcześniej nie nagrał płyty tj. Oddfellows, która całkowicie odchodzi od zabawy w alt-world-country-western i w zamian przebiera w licznych inspiracjach, jak w koszyczku wisienek. Dokoptowanie genialnego Trevora Dunna do ekipy wyszło Tomahawk na dobre – nowy materiał został stworzony na przecięciu miliona alternatywnych rzeczywistości, przywołujących hard rockowe progresje, noisowe riffy i avant popową melodykę w ramach muzycznego kabaretu czy space opery, prowadzonej przez nieomylną intuicję maestra.

Wokalne fantazmaty krzyżują się na Oddfellows z przebojowymi rytmami tylko po to, by za chwilę ustąpić eksperymentalnej przestrzeni, pełnej efektów studyjnych („I Can Almost See Them”), które po chwili dają pole minimalnej, nastrojowej aranżacji (A Thousand Eyes). Ta zaś wędruje, wariuje i tańczy aż znajdzie ujście w następnym kawałku, który czerpie z klasycznych, włoskich soundtracków progowych, noise’owego nihilizmu, bądź post-punkowej atmosfery początku lat 80 – White Hats / Black Hats brzmi niemal jak wczesne Nine Inch Nails, a South Paw jak Killing Joke. Wtem jednak kolejny numer przywołuje bezpretensjonalna przebojowość Faith No More – Stone Letter został zagrany tak sztampowo, że zaczynamy podejrzewać Pattona o parodię – i jesteśmy już w połowie lat ’90.

To bez wątpienia najbardziej eklektyczny album Tomahawk, któremu masoński tytuł pasuje jak ulał. Patton, który ostatnimi czasy wyładowywał się ze swoim wokalem głównie w Mondo Cane, nagle zrobił ze swojego najbardziej tradycyjnego projektu kolejną katapultę szaleńczego geniuszu kompozycyjnego. Zresztą wystarczy posłuchać Rise Up Dirty Waters i zanurzamy się ponownie w otchłaniach znanych z The Director’s Cut, jednego z najgenialniejszych albumów w karierze artysty. Jazzowe triole na hi-hacie i werbelku w połączeniu z opętańczym zaśpiewem – wyjętym niemalże żywcem z soundtracku do Dziecka Rosemary Krzysztofa Komedy – są najlepszym świadectwem wyjścia poza wcześniej nakreślone dla Tomahawk ramy.

Jak zwykle na płytach generała Mike’a, na Oddfellows podziwać także należy bezbłędną produkcję – szczególnie pulsację basu, której nie powstydziłby się Bootsy Collins. Linie Dunna tworzą idealny podkład pod wokal Pattona, który sam się nagrywał, kierował realizacją i produkował z pomocą Collina Dupuisa. Wiele kawałków zostało oczywiście podporządkowanych głosowi artysty, którego rejestry nie tracą nic z wiekiem, choć konceptualnie nie proponują niczego, do czego nie zdążylibyśmy się wcześniej przyzwyczaić. Ale powiem szczerze, że właśnie ze względu na połączenie lekkości i odpału, jest to obecnie najczęściej u mnie lądujący krążek na tapecie. Nowy zestaw alternatywnych hitów Tomahawk posiada magnetyzm i oryginalność, których próżno szukać na hipsterskich zlewach.

Conradino Beb