Archiwa tagu: heroina

Brak zgody ekspertów na kontynuowanie Wojny z Narkotykami w przeddzień Specjalnej Sesji Zgromadzenia Generalnego ONZ!

Specjalna Sesja Zgromadzenia Generalnego ONZ, której głównym tematem będzie Wojna z Narkotykami, odbędzie się w dniach 19-21 kwietnia w Nowym Jorku. Ale hasła o świecie wolnym od narkotyków będą tym razem grać znacznie mniejszą rolę od głosów wołających otwarcie o zmianę polityki międzynarodowej w sprawie substancji psychoaktywnych. Czy jednak zmiana stanowiska ONZ jest nieunikniona? Co do tego można mieć poważne wątpliwości...

Jeszcze w 1998 przedstawiciele państw biorących udział w Specjalnej Sesji Zgromadzenia Generalnego ONZ (UNGASS) deklarowali, iż trzeba prowadzić twardy kurs wobec producentów, przemytników, handlarzy i użytkowników nielegalnych substancji psychoaktywnych, które niszczą zdrową tkankę społeczną, zagrażają rozwojowi ekonomicznemu, a ostatnio wspierają też terroryzm (patrz deklaracja z 2008)!

W preambule do Deklaracji Politycznej, przyjętej w 1998 przez Zgromadzenie czytamy: Narkotyki niszczą istnienia ludzkie i społeczności, podminowują zrównoważony rozwój i generują przestępczość. Narkotyki wpływają na wszystkie sektory społeczne we wszystkich krajach, nadużywanie narkotyków w szczególności wpływa na wolność i rozwój młodych ludzi, nasze najcenniejsze dobro. Narkotyki są śmiertelnym niebezpieczeństwem dla zdrowia i dobrobytu ludzkości, niezależności państwowej, demokracji, stabilności narodów, struktury wszystkich społeczeństw, a także godności i nadziei milionów ludzi oraz ich rodzin.

Jednym słowem, nie ma na świecie gorszego zła niż narkotyki, nawet jeśli porównać je z otyłością, smogiem, bezrobociem, alkoholizmem, stresem, deforestacją i globalnym ociepleniem. A przynajmniej taką wersję rzeczywistości sprzedają nam wszystkie reżimy polityczne, dla których narkotyki są idealnym wrogiem poprzez uosobienie cech „obcego” lub „niewidzialnego obcego”, który nie daje żadnych szans racjonalności i względnej obiektywności badań naukowych, pokazujących zupełnie inną wersję rzeczywistości.

Czym jest obcy? Pojęcie to wywodzi się z antropologii kultury (a konkretnie z prac Ruth Benedict i antropologów społecznych), w której używa się go często do zobrazowania kolektywnych fobii, najgłębszych lęków wspólnoty. Obcy symbolizuje grozę rozpadu pierwotnych więzi, utraty kontroli, powrotu do stanu zwierzęcego i chaosu. Konotuje również przy okazji wszelkie negatywne cechy, wobec których grupa może się postawić w opozycji, homogenizując swoje struktury wyobrażeniowe, czyli „zwierając szyki” na poziomie politycznym czy społecznym.

Problem w tym, że społeczeństwa na całym świecie zgodnie przestają wierzyć w mity i domagają się empirycznych dowodów, które potwierdzałyby zasadność Wojny z Narkotykami, kosztującej obecnie amerykańskich podatników $51 mld rocznie, brytyjskich £3,355 mld, australijskich $1,3 mld, a meksykańskich $9 mld, co równa się na poziomie międzynarodowym $100-150 mld rocznie wg raportu watchdoga Count The Costs.

Ale nawet gdyby budżet ten zwiększyć dwukrotnie, nie wystarczy on do zlikwidowania międzynarodowego rynku narkotykowego wartego $321 mld (który ten poziom osiągnął w 2005 zgodnie z raportem ONZ, bo od tego czasu na pewno się powiększył), z którego korzysta bardzo dużo obywateli Unii Europejskiej. Ci wydali w 2015 na narkotyki ponad €24 mld – głównie na marihuanę, która stanowi także najpopularniejszą nielegalną używkę na świecie – co ujawnił kilka dni temu raport EMCDDA.

A nie da się tego zrobić, gdyż jak trąbią dzisiaj na alarm wszystkie szanujące się media, agencje informacyjne i organizacje pozarządowe, nie udało się tego zrobić do tej pory… a mieliśmy czas od 1961, kiedy z inicjatywy Harry’ego J. Anslingera sygnowano pierwsze porozumienie międzynarodowe, wprowadzające globalną prohibicję, którego kolejne ratyfikacje ani na chwilę nie doprowadziły do zmniejszenia dostępności substancji uznanych za nielegalne! Nie, w ostatnich latach dostępność ta nawet się zwiększyła, Wojna z Narkotykami okazała się więc bardzo drogą porażką!

Udało się za to zapełnić więzienia, doprowadzić do niespotykanej wcześniej eskalacji przemocy, epidemii chorób zakaźnych i do minimum obniżyć zaufanie do organów ścigania, które zmuszone zostały do egzekucji absurdalnego prawa! W efekcie, w każdym kraju Zachodu, w tym w Polsce, znajdziemy dzisiaj grupy tworzone przez doświadczonych policjantów, domagające się zmiany prawa antynarkotykowego, których opinii również należy słuchać!

Nic również dziwnego w tym, że największymi wrogami kontynuowania Wojny z Narkotykami są dzisiaj Kolumbia, Ekwador, Wenezuela, Meksyk, Gwatemala i Urugwaj – kraje Ameryki Południowej, których narkotykowa prohibicja dotknęła najgłębiej, gdzie kartele narkotykowe stały się silniejsze niż demokratycznie wybrane rządy… tylko dlatego, że przez 40 lat miały do dyspozycji rynek nielegalnych substancji psychoaktywnych. Można nawet postawić śmiałą hipotezę, że nigdy nie mielibyśmy takiej epidemii kokainizmu i heroinizmu oraz korupcji, gdyby obrót tymi substancjami był legalny!

Potwierdza to bardzo obrazowo Maricio Rodriguez, dyplomata i ekonomista, który na nadchodzącym szczycie będzie reprezentował Kolumbię, mówiąc Los Angeles Times: Wojna narkotykowa w Cartagenie to największa tragedia, którą przeżyliśmy w Kolumbii i prawdopodobnie w całej Ameryce Łacińskiej. Całkowita liczba ofiar w tej wojnie przebija nawet liczbę ofiar wojennych w Syrii. Każdy dzień to strata kolejnych ludzi i setek milionów dolarów.

Rodriguez tłumaczy ten stan rzeczy odwołuje się do słów laureata Nagrody Nobla w ekonomii, Miltona Friedmana, który dorastał podczas prohibicji alkoholowej w Chicago, by zrozumieć wyraźnie, że gdy rząd zabrania sprzedaży jakiejkolwiek substancji (alkoholu, marihuany, MDMA czy kokainy), otwiera drzwi dla czarnego rynku i uzbrojonych gangów, które natychmiast zaczynają walczyć o kontrolę nad nim. Jednak gdy kończy się prohibicja, kończy się też przemoc.

I właśnie z tego powodu przed nadchodzącym szczytem z prohibicyjnego konsensusu wyłamują się także kraje bogate tj. Norwegia, Szwajcaria czy Australia, której sens uczestnictwa w UNGASS zakwestionował kilka dni temu dr Alex Wodak z Australian Drug Law Reform Foundation, mówiąc w wywiadzie dla Guardiana:

Nie sądzę, że Australia zostanie wysłuchana podczas UNGASS. Nie zobaczymy nic z tego, co Australia chciałaby zobaczyć. Co powinniśmy zaś zobaczyć w idealnym świecie, to jasne i wyraźne oświadczenie, że ścieżka obrana przez społeczność międzynarodową kilka dekad temu w ramach przeciwdziałania nielegalnym substancjom, nie doprowadziła do realizacji celów. Faktycznie, strategia kontroli narkotyków okazała się nieproduktywna i doprowadziła do bardzo poważnych, niezamierzonych konsekwencji.

To również potwierdzenie wątpliwości, iż nadchodzący szczyt zakończy się oficjalnym odwrotem od prohibicyjnej strategii narkotykowej. Jak pisze bowiem The Economist: Problem w tym, że na zmianę konwencji ONZ, które wprowadziły globalną prohibicję, potrzebna jest zgoda 193 państw członkowskich, z których wiele wciąż jest przeciwnych choćby minimalnym reformom. Najbardziej prawdopodobne jest więc to, iż samo zebranie skupi się na ględzeniu, konwencje ONZ wcale nie zostaną zreformowane, ale wiele krajów je zwyczajnie zignoruje.

W praktyce jest to bardzo realna możliwość, bo ONZ jako ciało ustawodawcze i kontrolne staje się z roku na rok coraz bardziej niewydolne i zwyczajnie nie jest w stanie powstrzymać reform prawa antynarkotykowego w wielu krajach, które tj. Urugwaj, już się z nich wyłamały, legalizując produkcję i obrót marihuaną. Paradoksalnie, od ONZ grubo dostaje się w ostatnich latach samym pionierom prohibicji, Stanom Zjednoczonym, za postępującą legalizację marihuany na szczeblu stanowym, których rząd mało sobie z tego jednak robi.

Conradino Beb

Bóg wie co (2014)

heaven_knows_what_2014_poster

Filmy o dragach można w zasadzie podzielić na trzy typy. Pierwszy to domena psychedelicznych eksperymentów, które stawiają przede wszystkim na emulację doświadczenia narkotycznego (patrz Enter the Void).

Drugi to różnego rodzaju psychologiczno-społeczne portrety użytkowników, narkomanów, dilerów i całej reszty związanej z produkcją i handlem narkotykami (patrz Panika w parku sztywnych). Trzeci to z kolei hybryda dwóch powyższych stylów (patrz Requiem dla snu).

Bóg wie co braci Bena i Joshuy Safdie należy do tego drugiego, twardo osadzony w tradycji ulicznego realizmu, nowojorskiego cinema vérité, niezależnego ducha spod znaku Lionela Rogosina, czy żeby daleko nie sięgać Johna Cassavetesa.

I faktycznie, oglądając to zaskakujące dzieło nie można się oprzeć myślom w stylu „spotkanie Twarzy i Paniki w parku sztywnych”, bo akcja kręcona obsesyjnie w zbliżeniach, niemal wyłącznie długimi obiektywami, takie właśnie wrażenia prowokuje.

W duchu Cassavetesa i Schatzberga, który dał nawet filmowcom radę: „Nie zatrudniajcie żadnych ćpunów” – jest więc bezpośrednie połączenie – bracia Safdie wymieszali konkretnie obsadę, kręcąc z udziałem narkomanów i dilerów zhaltowanych z nowojorskiej ulicy oraz kilku profesjonalnych aktorów, swój scenariusz opierając na dramatycznym pamiętniku Arielle Holmes, narkomanki odnalezionej żebrzącej na Manhattanie, która zagrała główną rolę w filmie, po tym jak przeszła terapię odwykową.

I to podejście naprawdę działa, pomimo tego że temat daleki jest od świeżości. Być może dlatego, iż amatorzy nie są przyzwyczajeni do grania. A może dlatego, że odgrywają własne życie.

Ale tutaj nie tylko casting robi halo, bo mamy również obskurne meliny i uliczne lokacje, które dopełniają obrazu rozpaczy i beznadziei w połączeniu z fantastycznymi zdjęciami – kamera z ręki przypomina wczesne filmy Aronofsky’ego, szczególnie Pi – oraz wyjątkową muzyką Ariela Pinka.

To film, który prawdziwie oddaje ducha amerykańskiego kina niezależnego, rezygnując z taniego efekciarstwa i rzadko robiąc wypady w stronę odrealnionego impresjonizmu, jak w scenie ćpuńskiego rave’u, która jednak działa idealnie.

Sama historia również odbiega od hollywoodzkich łuków narracyjnych, oferując serię małych tragedii, ludzkich momentów, nie próbując ani gloryfikować życia narkomana, ani go potępiać.

Jasne, końcowa scena jest dosyć jasna do odczytania, ale głównie dlatego, że życie ćpuna jest do bólu przewidywalne i są tylko dwa sposoby na przerwanie tej egzystencji: odwyk albo śmierć.

Ta egzystencja nie jest przy tym pozbawiona głębokich uczuć, a konkretnie miłości, którą w filmie główna bohaterka Harley żywi do Ilyi, zdegenerowanego śmiecia, wystawiającego ją na wszelkiego rodzaju upokorzenia, bo jego człowieczeństwo zostało sprowadzone zaledwie do kręcenia hajcu na następnego rzuta.

To że heroina zastępuje wszystkie potrzeby życiowe, wiemy zaś dobrze od ojca heroinowej gnozy, Williama S. Burroughsa, który swoim krótkim mottem: „Nigdy nie odwracaj się plecami do ćpuna” uzmysłowił swoim czytelnikom, że narkotykowy głód likwiduje wszelkie skrupuły u człowieka.

Można też przypomnieć słowa innego miłośnika makowego soku, Jerry’ego Garcii, który u szczytu swojego nałogu i swojej sławy stwierdził, że heroina pakuje wszystkie problemy człowieka do małego woreczka, którego interesuje tylko jedna sprawa: „Gdzie jest jego następny strzał?”

Czy ten film (który miał swoją polską premierę na Festiwalu Nowe Horyzonty) będzie się podobał wszystkim? Bardzo wątpię. Dla jednych będzie zbyt romantyczny, dla innych zbyt obskurny, a jeszcze dla innych mało koherentny.

Fanom Paniki w parku sztywnych powinien jednak podejść… jak też fanom Burzum, którego muzy namiętnie słucha Harley. Warto dodać, że to film pokrewny stylem Mandarynce, który jednak nie oferuje żadnych akcentów humorystycznych, jak też żadnych konkretnych odpowiedzi.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Heaven Knows What
Produkcja: USA, 2014
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

To już oficjalne, Danny Boyle nakręci „Trainspotting 2”

Grube ryby w Tri-Star wybrały życie, wybrała pracę… i zatwierdziły do produkcji Trainspotting 2, który wyreżyseruje ponownie Danny Boyle. Wytwórnia zarządzana przez Sony dała zielone światło na sequel do kultowego filmu z lat ’90, w którym pojawi się oryginalna obsada: Ewan McGregor, Jonny Lee Miller, Ewen Bremner i Robert Carlyle. Scenariusz napisze ponadto oryginalny scenarzysta, John Hodge.

Umowa doszła do skutku, gdyż Tom Rothman (jeden z członków zarządu Sony) jest długoletnim znajomym Danny’ego Boyle’a i wspierał jego Życie mniej zwyczajne (1997), kiedy wciąż piastował pozycję producenta wykonawczego w Fox.

Zasilający dzisiaj szeregi filmów kultowych, Trainspotting (1996) był adaptacją powieści Irvine’a Welsha, opowiadającej historię szkockich heroinistów z klasy robotniczej, którzy próbują w pokręcony sposób poukładać sobie życie. Ewan McGregor został narratorem filmu, wcielając się również w główną rolę Rentona, mając u swojego boku legendarnego Sick Boya (Jonny Lee Miller) i Spuda (Ewen Bremner).

Boyle ujawnił po raz pierwszy, że zamierza nakręcić kontynuację na swojej trasie poświęconej Steve’owi Jobsowi. Zdjęcia mają się zacząć na wiosnę 2016, a film ujrzałby światło dzienne w 2017. Media z kontaktami w Hollywood twierdzą, że umowa ma dużą szansę stać się faktem. Produkcją mają się zająć: Figment Films, Decibel Films, Cloud Eight Films oraz Film4.

Minęło 20 lat od kiedy oglądaliśmy te charaktery na ekranie, a John Hodge napisał scenariusz, który w fantastyczny sposób ciągnie dalej ich – i naszą – historię. Jesteśmy wdzięczni Tomowi i Hannah za ich wsparcie i nie możemy się doczekać przystąpienia do pracy. – podsumował Boyle.

Źródło: Hollywood Reporter

Ostatnie dni The 13th Floor Elevators

Początek 1968 był trudnym okresem dla wymęczonych problemami z prawem The 13th Floor Elevators. Mimo że na rynku właśnie ukazał się drugi album grupy, Easter Everywhere, życie muzyków w Houston nie należało do najłatwiejszych, bo teksaska policja nie miała litości dla długowłosych frików chodzących po ulicy i pałowała ich bez żadnych skrupułów, a wytwórnia International Artists, dla której nagrywała grupa, zacieśniała coraz bardziej sidła kontroli. W składzie brakowało także stałego basisty. 

W zespole coraz bardziej psuły się również stosunki personalne, a muzycy grali ciągle każdy koncert na kwasie, co wychodziło raz lepiej, raz gorzej. Prawdziwym problemem był jednak stopniowy rozwój schizofrenii u Roky’ego Ericksona, który zidentyfikował się z walką sądową Lenny’ego Bruce’a do tego stopnia, iż wydawało mu się, że sam jest znanym komikiem, aż do momentu kiedy przegryzł kabel od telefonu leżąc w wannie i zaliczył kopnięcie prądem.

Nagrywając Easter Everywhere Roky był jeszcze w doskonałej formie, ale już wkrótce zaczął prezentować coraz bardziej niepokojące objawy psychozy, paranoicznie bojąc się publicznych występów.

Swój strach artysta manifestował specjalną bandaną z trzecim okiem, noszoną na czole, która wcześniej służyła mu do transmitowania kosmicznych wibracji, a teraz ochraniała go również przed mówieniem/śpiewaniem zbyt głośno, co mogłoby wg niego złamać świat na dwoje, a więc zakończyć wszelkie istnienie.

W tym samym czasie rozwijał się konflikt pomiędzy Tommym Hallem i Stacym Sutherlandem. Kością niezgody był stosunek do mainstreamowej religijności, którą Tommy, natchniony Gurdżijewem i Learym, od zawsze mocno krytykował, a Stacy, teraz nowonarodzony chrześcijanin, udzielający nawet lokalnym hipisom wykładów w swoim mieszkaniu, zaczynał po długim okresie agnostycyzmu ponownie akceptować.

stacy_sutherland
Stacy Sutherland / circa 1968-69

Ale Stacy cierpiał w tym samym czasie na poważną depresję i był wyczerpany nerwowo, co doprowadziło do tego, że gitarzysta powiedział w końcu dość odbywanym w nieskończoność tripom na kwasie. To stanęło zaś w sprzeczności z podstawowym założeniem Tommy’ego, że zespół gra koncerty, jak i nagrywa płyty, tylko i wyłącznie na LSD, żeby tworzyć muzykę prawdziwie psychedeliczną.

Ewolucji artystyczno-duchowej The 13th Floor Elevators nie pomagał również stopniowy upadek ideałów psychedelicznej kontrkultury po Lecie Miłości 1967, kiedy kultura headów stała się polem eksploatacji przez amerykański przemysł rozrywkowy i reklamowy, oraz fakt, że w kontrkulturowej społeczności pojawiało się coraz więcej amfetaminy i heroiny, które jak tłumaczy w swojej znakomitej książce dziennikarz Rolling Stone Charles Perry, zamieszkujący w tym okresie Haight Ashbury, były sposobem na radzenie sobie z coraz większą presją społeczną.

Stacy nie należał do najsilniejszych jednostek i jak wielu innych artystów w tym okresie, szybko zaczął nadużywać pigułek z szuwaksem (tzw. fasolek), co jeszcze bardziej nakręciło przeciwko niemu Tommy’ego, który mówił mu teraz prosto w twarz, że „używa narkotyku Hitlera”.

Niedługo później gitarzysta zaczął także walić herkę, co przez jakiś czas pomagało mu na depresję. Początkowo przez przypadek, bo pewnego dnia dziewczyna jego współlokatora przyniosła heroinę zamiast amfetaminy. Jednak wkrótce grzał on już zawodowo i walczył z prawdziwym nałogiem.

*****

Z początkiem lutego wytwórnia International Artists, teraz w posiadaniu większości udziałów Gold Star Studios w Houston, nakazała wszystkim zakontraktowanym przez siebie zespołom rozpoczęcie pracy nad nowym materiałem.

Ze strony The 13th Floor Elevators jedynym, który wykazał inicjatywę, był Stacy, który wspólnie z Dannym Thomasem i Earlem „Dukem” Davisem wszedł do studia, by nagrać jeden kawałek, Wait for My Love. Wkrótce jednak obydwaj zostali sprzątnięci jako muzycy sesyjni przez Lightnin’ Hopkinsa, co wstrzymało na jakiś czas nagrywanie.

Sesja została wznowiona 13 lutego, kiedy Stacy nagrał Now the Time is Autumn oraz I Still Miss My Love, a kilka dni później nigdy nie wydany It’s You. Żaden z tych numerów nigdy nie znalazł się na kolejnej płycie zespołu, Bull of the Woods, która z początku miała się nazywać Beauty and the Beast, była niemal w całości złożona z kompozycji Stacy’ego i która zaczęła się wykluwać 22 lutego z udziałem Roky’ego i Tommy’ego, zaproszonych do studia głównie w celu nagrania overdubów.

Jednak praca nad płytą została wkrótce przerwana ponownie i wznowiona dopiero w sierpniu, tym razem bez Tommy’ego i Roky’ego, którzy w międzyczasie ulotnili się do San Francisco. W efekcie, jednym z niewielu kawałków na nowej płycie, które przypominały o świetności zespołu, był napisany przez Halla i nagrany w lutym Livin’ On. Reszta z numerów (Down by The River, Til Then, Scarlet and Gold, With You) była efektem szybkiej pracy Stacy’ego z Ronniem Davisem i Dannym Thomasem.

Mimo że sielankowy, mało psychedeliczny, niedopracowany aranżacyjnie i w zasadzie bez startu do dwóch pierwszych albumów, wypuszczony ostatecznie na rynek w marcu 1969, Bull of the Woods dość dobrze reprezentował kondycję zespołu w połowie ‘68, która była w strzępach, a która pomimo wielu oddolnych i odgórnych prób, nigdy nie miała się już poprawić.

Wkrótce, gdy zespół miał zacząć kolejną serię koncertów w Teksasie, stan psychiczny Roky’ego pogorszył się do tego stopnia, że wokalista nie stawiał się w klubach albo chował za wzmacniaczami, gdy już udało się go podstępem do nich zaciągnąć. W praktyce, The 13th Floor Elevators często musieli grać w trójkę, a ich występy były mierną kopią tego, co prezentowali jeszcze rok wcześniej.

20  kwietnia Roky został ostatecznie zbadany przez lekarza na prośbę rodziny, który nafaszerował go środkami uspokajającymi i trzymał pod obserwacją przez dwa tygodnie, co doprowadziło do wstrzymania wszystkich koncertów przez grupę.

W tym samym czasie International Artists przejęli całkowitą kontrolę nad singlami, które miały promować Bull of the Woods, a wkrótce wypuścili także fałszywy album live, złożony w większości z materiału demo, nagranego dwa lata wcześniej, do którego dodano overduby z meczu bokserskiego, co wywołało furię u Halla.

Po wypuszczeniu ze szpitala Roky dostał się pod opiekę matki, która w nie radziła sobie jednak z jego stanem psychicznym. Jak pisze ona w swoim pamiętniku, Danny Thomas nafaszerował go dragami (nie wiadomo jakimi) w noc pierwszego koncertu Roky’ego po hospitalizacji, na okazję którego Tommy przyszykował mu książeczkę z tekstami, bo ten ze względu na swoją chorobę zaczynał je zapominać. Skołowany artysta wkrótce był ponownie w szpitalu.

Ostatecznie, kontrolę nad Rokym przejęła wytwórnia, która zdecydowała o umieszczeniu go w prywatnym szpitalu Hedgecroft on Montrose, gdzie opiekę nad nim roztoczył niejaki dr Crow, który zadecydował o leczeniu go elektrowstrząsami i faszerowaniu lekami psychotropowymi bez wiedzy rodziny. 21 lipca Roky został ostatecznie odbity ze szpitala przez grupę swoich przyjaciół z Tommym Hallem na czele, który otworzył śrubokrętem zamknięte drzwi awaryjne i wpakował go do czekającego za rogiem samochodu.

*****

Po kilku tygodniach chowania Roky’ego w różnych mieszkaniach Tommy otrzymał w końcu nakaz sądowy uwolnienia swojego przyjaciela ze szpitala, co zakończyło etap kitrania się po Houston. Jego osobistą decyzją była natychmiastowa przeprowadzka do San Francisco, gdzie chciał znaleźć nowego perkusistę, a później sprowadzić Stacy’ego i Gay Jones (jego kochankę od grudnia 1967).

Roky wylądował w San Francisco kilka dni później po tym, jak „ogórek” Tommy’ego rozpadł się w Big Springs w Teksasie, a wsadzony przez swojego przyjaciela, Freda Hyde’a, do samochodu złapanego na stopa, został przez kierowcę wysadzony ze strachu w Los Angeles.

tommy_hall
Tommy Hall / circa 1967-68

Na miejscu nad chorym artystą opiekę roztoczyła żona Tommy’ego, Clementine, która pamięta ten moment następująco: Przyprowadzili do mnie Roky’ego. Nie byłam znacznie starsza od niego, ale czułam się znacznie starsza, bo był tak młody psychicznie. Trzymałam go w domu razem ze swoim synem i tak go też traktowałam, z tym że Roky był od niego znacznie delikatniejszy. Smutne było to, że mówił takie rzeczy jak „Przechwytuję rosyjskie transmisje w moim zębie. Mówią mi, żebym zabił Jacqueline Kennedy”.

Mimo marzeń Tommy’ego o wznowieniu prób z nowymi muzykami, a nawet koncertowaniu w Avalon pod patronatem Cheta Helmsa, nie pozwalała na to kondycja Roky’ego, który zdążył do tego momentu utracić jakąkolwiek kontrolę nad własnym życiem, a poprzez dryfowanie przez dogorywające w oparach twardych dragów Haight Ashbury natknął się w końcu na heroinę.

Wkrótce z żółtaczką od zakażonych igieł, mieszkający na melinie, muzyk był cieniem samego siebie i gdy jego stara paczka z Austin postanowiła go zabrać do domu w grudniu 1968, do samochodu wsiadał bez butów, a na stacji benzynowej zapodawał sobie w kiblu amfetaminę dożylnie.

Roky pojawił się w końcu w rodzinnym domu 2 stycznia 1969 mówiący sam do siebie, pokryty skrzepami od igieł i wykończony psychicznie. Po kilku tygodniach matczynej i lekarskiej opieki artysta wrócił jednak w miarę do formy, ale tylko po to, by znowu polecieć w dragi, gdy tylko nadarzyła się do tego okazja.

Niestety, los cały czas nie oszczędzał muzyka, gdyż 23 lutego został on złapany przez policję „przy próbie wyrzucenia fiolki z marihuaną przez okno samochodu”, co do której posiadania nigdy się nie przyznał.

Bez funduszy na prawnika Roky przyjął radę obrońcy publicznego i poprosił o zwolnienie z zarzutów ze względu na chorobę psychiczną, która została przez sąd pozytywnie rozpatrzona.

W ten sposób 12 marca artysta został wysłany do Szpitala Stanowego w Austin na obserwację, celem sprawdzenia, czy może być sądzony. Diagnoza dokonana w kolejnych dniach przez dr Edwina Taboada stwierdzała, że jest on chory na schizofrenię i że powinien być hospitalizowany.

10 kwietnia Roky stanął znowu przed sądem, ale wkrótce „zbiegł” bez płacenia kaucji i 23 maja sąd wydał nakaz jego ścigania. Miesiąc później muzyk za namową International Artists sam stawił się na leczenie w swoim dawnym szpitalu, Hedgecroft on Montrose, gdzie miał być doprowadzony do normy, tylko po to, by wytwórnia mogła mu organizować solowe występy na żywo.

To trwało jednak zaledwie kilka miesięcy, bo 4 września Roky został skazany przez sąd na karę więzienia, którą miał odbywać w Więzieniu o Maksymalnym Rygorze dla Chorych Psychicznie w Rusk.

Nie lepiej wyglądała w tym samym czasie sytuacja Tommy’ego w San Francisco, który z braku swojej grupy, próbujący wiązać koniec z końcem w obliczu upadku kontrkulturowych ideałów, zaczął  rozdawać kwas dzieciom pod lokalnymi szkołami, który zatroskana Gay skrzętnie im odbierała, nie mogąc zrozumieć co stało się z jej kochankiem.

Do 1969 lider The 13th Floor Elevators opuścił w końcu miasto i zdryfował w kierunku Laguna Beach, gdzie swoją siedzibę miało w tym czasie Bractwo Wieczystej Miłości – grupa surferów, przemytników marihuany i dystrybutorów LSD. Wkrótce wpadł on jednak w ręce policji na festiwalu w Seattle z dużą ilością psychedelików, w wyniku czego spędził trzy lata w więzieniu.

roky-erickson-70s
Roky Erickson / początek lat ’70

W tym czasie Stacy zamieszkiwał w Teksasie rezydencję ochrzczoną Funky Mansions, heroinową melinę, w której przez jakiś czas ukrywał nawet dwóch przyjaciół po obrabowaniu banku w Dallas.

Do połowy 1969 próbował jeszcze grać pod starym szyldem z Dannym Thomasem, Cecilem Morrisem oraz młodym gitarzystą, Paulem Tennisonem, ale jego szczęście skończyło się we wrześniu 1969, kiedy został kolejny raz aresztowany za dragi, a po wyjściu na wolność za kaucją złamał warunki swojego zwolnienia i został wysłany do więzienia na dwa lata w styczniu 1970.

Tymczasem Roky odbywał swój wyrok w Rusk, gdzie najpierw zafundowano mu terapię elektrowstrząsową, a potem leczono codziennymi dawkami Torazyny, która permanentnie zablokowała mu mięśnie od barku w dół. Lekarz przepisał mu także Navainę, która skutkowała spazmami języka i porażeniem nerwów wzrokowych, tak więc dodatkowo aplikowano mu leki uspokajające.

Zmieniony nie do poznania przez więzienie i „terapię” były wokalista The 13th Floor Elevators wyszedł na wolność w listopadzie 1972, by wkrótce odrodzić się jako artysta solowy!

Conradino Beb

O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu (2014)

girl_walks_home_alone_at_night_2014_poster

Pełnometrażowy debiut urodzonej w Wielkiej Brytanii Any Lily Amirpour to feministyczno-wampiryczna fantazja, oparta na wcześniej zrealizowanym szorcie o tym samym tytule, wykorzystująca motywy perskiej kultury, które wkradły się do twórczości młodej artystki ze względu na pochodzenie jej rodziców.

Nie jest to jednak sentymentalne kino irańskie spod znaku Asghara Farhadiego, a raczej artystyczno-gatunkowy niezależniak, których pełno ostatnio na Sundance czy Tribece. W istocie, film miał premierę na pierwszym z nich, gdzie został bardzo dobrze przyjęty.

Nakręcony przez artystkę w czerni i bieli, obraz korzysta obficie z klasycznej estetyki noir, przefiltrowanej przez dzieła Lyncha w stylu Dzikość serca czy Blue Velvet, do których wpływu Amirpour zdecydowanie się przyznaje. Ale na pierwszy rzut oka jej debiut krzyczy Jarmusch – przede wszystkim Truposz – co okazuje się jednak przypadkowym flirtem, bo reżyserka nigdy nie obejrzała wczesnych dzieł tytana amerykańskiego kina niezależnego.

Innym silnym wpływem okazuje się późny film Francisa Forda Coppoli, Rumble Fish, w którym Matt Dillon spotyka się na jednym planie z Dennisem Hopperem, Mickeyem Rourkiem, Nicolasem Cagem i Tomem Waitsem. Faktycznie, podobieństwo do tego  czarnego kryminału jest dość wyraźne, szczególnie osadzenie historii w anonimowym miejscu, którego dokładne położenie nigdy nie zostaje wyjaśnione.

O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu to jednak przede wszystkim film, który idealnie mieści się w artystycznych meandrach niezależnej sceny filmowej. Amirpour eksploatuje estetykę retro w podobny sposób, w jaki robił to Lynch we wspomnianych obrazach lub Tom DiCillo w Johnnym Suede z Bradem Pittem (w którym pojawia się muzyka Linka Wraya), każąc swoim bohaterom jeździć Cadillakiem, słuchać płyt winylowych (ten comeback widać w zasadzie wszędzie) i czesać się jak nastoletni chuligani z Buntownika bez powodu.

Reżyserka, o czym warto wspomnieć, swój film ochrzciła także spaghetti westernem w tradycji Sergia Leone, ale tego gatunku akurat jest w nim niewiele. Wampiryczna bohaterka, grana przez samą reżyserkę, zdecydowanie więcej wagi przykłada do nakładania makijażu w rytm cold wave’owych tune’ów i zdzierania zegarków z nadgarstków swoich ofiar, których nawiasem mówiąc nie ma tak wiele. Przemoc pojawia się sporadycznie, bo wampirzyca zostaje zaprezentowana nieco autystycznie, jako postać zagubiona w czasoprzestrzeni.

Pojawiają się za to sceny obyczajowe z udziałem twardych dragów: heroiny i kokainy, co odsyła do klasyków w stylu Panika w parku sztywnych, ale nie mają one na tyle dramatyzmu (poza jedną), żeby zredefiniować konwencję. Dobrze dźwięczą za to w uszach niektóre dialogi, które bywają naprawdę zabawne.

Niestety, praca kamery i montaż to wciąż poziom szkoły filmowej i tu kadr opanowuje banał, który wkrada się także do reżyserii. Wizja Amirpour okazuje się zdecydowanie zbyt szczątkowa, żeby zaangażować widza w jakiś głębszy sposób.

W pewien sposób można ten obraz zaklasyfikować do nowej szufladki balansujących na granicy szyderstwa i ironii filmów w stylu Tylko kochankowie przeżyją czy Co robimy w ukryciu, które otwierają wieczko horroru i dokonują przeszczepu tego statecznego gatunku na grunt szokumentu czy dramatu egzystencjalnego, z wielkim zresztą sukcesem.

Ale debiutowi Amirpour brakuje trochę dojrzałości artystycznej, bo ciekawa początkowo koncepcja okazuje się drogą donikąd, zabawą z charakterami, które nie mają tak naprawdę nic do przekazania.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: A Girl Walks Home Alone at Night
Produkcja: USA, 2014
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3/5

Anarchia, kontrola, dragi i seks analny – koślawa hierarchia wartości Williama S. Burroughsa

Spójrzcie tylko na niego… suchy, siwy, pomarszczony i jeszcze ta wiecznie zafrasowana gęba. Ginsberg mawiał o nim: „indywiduum o przejawach duchowej inteligencji”. U Kerouaca opisywany był jako „nauczyciel”. Francuski filozof Deleuze widział w nim „niesamowitego myśliciela”. William S. Burroughs. Mędrzec? Profeta? Mistyk? Co najmniej trzy pokolenia uważały go za swojego mentora, a on sensu stricto nigdy nie należał do żadnej z duchowych generacji; do żadnego głównego prądu myślowego. Był indywidualistą, człowiekiem, który potrafi zamknąć się w celi swoich poglądów i wyjść dopiero, gdy samemu uda mu się z niej wyprowadzić.

Pomarszczeni filozofowie, siwi uczeni, wybitni ludzie wielkiego umysłu zazwyczaj posiadali jakieś systemy etyczne; normy, którymi się kierowali. Natomiast Burroughs – który wybitnym człowiekiem wielkiego umysłu niewątpliwie był – sprawę hierarchii wartości zdaje się pozostawiać otwartą.

Choćbyśmy znaleźli poszlakę w którejś z jego książek czy biografii, którymś z artykułów czy wywiadów, która nagle poukładałaby nam całą „burroughsowską etykę”, to brnąc dalej w jego twórczość, z pewnością szybko natknęlibyśmy się na coś, co niniejszy uporządkowany system bezpowrotnie burzy. Dlatego też ta hierarchia wartości Mistrza będzie koślawa, a tak naprawdę będzie to tylko plansza wybranych kwestii, których wydźwięk w całej filozofii Burroughsa wydaje się najmocniej dawać po mordzie wnikliwemu odbiorcy. Także zapraszam do chaosu. Ale zacznijmy od początku.

Etyka – próba nieudana

Z całej twórczości Burroughsa możemy wyszczególnić jeden tylko pomysł na stworzenie całościowej filozofii, która obejmowałaby w sposób kompletny wszystkie dziedziny życia. Jest poukładana, spójna, lecz jednocześnie banalnie prosta, a nazwać ją można faktualizmem. Koncepcja to dość specyficzna, bo wszelakie rozważania, analizy, filozoficzne wywody, mądre dysputy i inne tego typu teorie, określające właściwe postawy moralne, wciskała w szczęki niszczarki zapomnienia.

Nie liczy się żaden akt na papierze, liczy się tylko to, co jest w rzeczywistości – liczą się fakty. W tym zamyśle jedyną słuszną etyką miała być całkowita wolność wyboru. Sam Burroughs nigdy nie wystosował żadnego dokumentu określającego dokładnie zasady tej filozofii, gdyż – rzecz jasna – byłoby to niezgodne z duchem faktualizmu. O istnieniu tej koncepcji wiemy wyłącznie z listów.

Rozmyślając nad tą filozofią – podobnie jak nad wieloma pomysłami Burroughsa – przychodzi mi na myśl cytat z Gombrowicza: Ostateczną instancją dla człowieka jest człowiek, nie zaś żadna wartość absolutna. Jednak pomysł amerykańskiego pisarza zdaje się być zdecydowanie „szerszy” i przez to dość utopijny, aczkolwiek to podobny „trop myślowy”.

Po kilku latach od powstania koncepcja ta musiała zmierzyć się z rzeczywistością, niestety sam Mistrz na własnej skórze doświadczył jej bezsensowności. Faktualizm będę więc musiał pominąć w tworzeniu niniejszej „hierarchii”. Lecz nic straconego, bowiem podobnych pomysłów Burroughs miał na pęczki.

Wolność

Trudno sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek w kraju – gdzie słowo freedom urosło do miana wyświechtanego sloganu, wyskrobywanego na badziewnych billboardach – mógł pominąć tę najwyższą wartość w swej życiowej filozofii, nawet gdyby takowej nie posiadał… jednak przy definiowaniu burroughsowskiej wolności należy odgrodzić ją od naszych podstawowych wyobrażeń. Bowiem wartość ta nie miała nic wspólnego z jej narodowym, czy też narodowowyzwoleńczym pojmowaniem.

Wiązało się to po części z amerykańskimi realiami społecznymi i historycznymi, a po części ze specyficzną, kosmopolityczną postawą samego Williama. Nie należy również łączyć jego postawy z typowym dla współobywateli przekonaniem, że wolność jest odgórnie dana każdemu człowiekowi i gwarantują ją wzniosłe formułki, wyryte na pamięć słowa Konstytucji.

Podobnie trzeba odciąć się od wolności firmowanej przez młodzieżowe ruchy kontrkulturowe, które wykrzykiwały piękne hasła związane z pacyfizmem, egalitaryzmem czy socjalizmem. Burroughs głównie hołdował wolności, która (przede wszystkim!) odnosiła się do jednostki i to w bardzo wąskim znaczeniu. W jego pojmowaniu ludzkiej swobody można zauważyć dość dużą dozę relatywizmu, co bezpośrednio neguje zasadę równości społecznej.

Poglądy te najlepiej ilustruje sposób, w jaki Burroughs odnosił się do kolejnych narracji społeczno-politycznych, które przyświecały Amerykanom na przestrzeni XX wieku. William urodził się 5 lutego 1914 roku w Saint Louis i jego młodość przypadła na lata dwudzieste i trzydzieste, a więc Wielki Kryzys (z lat 1929-1933), prohibicję, Nowy Ład Gospodarczy, wojny mafijne i upadek wolnorynkowego kapitalizmu, związany z ekspansją państwowego interwencjonizmu.

Były to czasy, gdy jeden ruch w gospodarce mógł cię wynieść na szczyt społecznej drabiny, a drugi zrobić z ciebie kloszarda bez centa przy dupie. Te realia, do których przyspawany został slogan „od zera do bohatera”, zakorzeniły w umysłach wszystkich obywateli USA piękny „amerykański mit”. Wedle narodowej mitologii opowiadał on przede wszystkim o wolności. Natomiast Burroughs – którego rodzina zasmakowała bycia na szczycie, jak i wielkiego upadku – widział w tym coś innego.

W jego rozumowaniu „amerykański mit” nie mówi o wolności, tylko o pieniądzach, które z kolei zniewalają człowieka. W przeciwieństwie do republikanów czy też amerykańskich konserwatystów nie uważał dobrobytu za główny czynnik bycia wolnym, a wręcz przeciwnie. Jego zdaniem pieniądze to gówno, które zabija w człowieku spontaniczność, kreatywność i beztroskę. Wolność istnieje dopiero po odrzuceniu konwencji społecznych, które przez wieki narzucano ludowi.

Z tych przyzwyczajeń rodziło się wg niego zniewolenie przez pieniądz, ślepa uległość wobec władz i przyjmowanie z góry narzuconych ról w demokratycznym układzie. Dojście do prawdziwej swobody miało nastąpić poprzez ukonstytuowanie się człowieka wokół własnego „ja” – dotarcie do kompletnego indywidualizmu życiowego.

A jak to uczynić? Po pierwsze odciąć się od norm społeczeństwa, zerwać z wszelakimi nawykami nabytymi w ciągu całego cyklu uspołeczniania jednostki i pozbyć się konwencji wyprodukowanych przez cywilizację. Dzięki temu człowiek miał stać się naprawdę wolny i mógł krytycznie spojrzeć na otaczającą go rzeczywistość.

Sprawa z kontrkulturową ideą wolności lat ‘60 i ‘70 wyglądała nieco inaczej. Burroughs cieszył się, że młodzież nareszcie doszła do głosu, ale dostrzegał słabość kontrkultury, gdy ta była jeszcze w powijakach. Wolność wyrażana w słowach „pokój i miłość” mogła posłużyć Mistrzowi tylko jako model, na którym można pokazać naiwność człowieka. William uważał bowiem, że jeśli chce się przeprowadzić rewolucję, należy raczej mówić o wojnie, a nie o pokoju. Wojna angażuje człowieka, rozwija go, pobudza do działania i to szybkiego działania, natomiast podczas pokoju człowiek gnuśnieje.

Warto zaznaczyć, że mimo tej radykalnej politycznie perspektywy Burroughs zdecydowanie potępiał działania skrajnych bojówek lewackich, które porównywał do działań nacjonalistów, nazistów oraz faszystów. A jeśli chodzi o miłość, to miał on z nią ogromny problem (o czym szerzej jeszcze tu napiszę), bo przez większość czasu uważał, że to bezsensowny wytwór żeńskiej części cywilizacji, który dobrze się sprzedaje w społeczeństwie. A poza tym miłość widział jako nonsens, więc powoływanie się na nią w hasłach rewolucyjnych było dla niego żałosne.

Ponadto, krytykował źródła ideowe ruchu hipisowskiego. Choć sam sięgał po księgi z Dalekiego Wschodu, to nie uważał ich za dobry fundament do budowania na nich filozofii. Jego zdaniem, by przekonać się o „nieżyciowości” filozofii hinduskiej, należy spojrzeć na dzisiejsze Indie, które: nie poradziły sobie z przeludnieniem, gdzie dominuje ubóstwo, gdzie ludzie są mocno uwikłani w społeczne siatki norm i konwencji.

Ogólnie, jak to mają w swoim zwyczaju indywidualiści, Burroughs nie przepadał za ludźmi, nie lubił tłoku, ścisku, zgiełku wielkich miast, co nawet zgadzało się z jego postulatami, które miały uratować ziemię, bowiem w jego mniemaniu należało tylko pozbyć się połowy ludności i świat byłby lepszy. Prócz tego w hipisach niebotycznie wkurwiały go idee braterstwa, przyjaźni, miłości, które realizowane miały być poprzez wspólne życie w komunach.

William podawał prosty argument: komuny są bezsensowne z powodów czysto ekonomicznych, gdyby hipisów odłączyć od społeczeństwa, to zdechliby z głodu – szach, kurwa, mat! (że pozwolę sobie zażartować). Ostatnim ważnym elementem kontrkultury krytykowanym przez Burroughsa był zaś hipisowski sposób bycia w społeczeństwie. Co go tu uwierało? Przede wszystko uważał, że jako mniejszość, która chce wywołać rewolucję, zbytnio rzucali się w oczy.

Rebelia musiała wg niego przebiegać po cichu i uderzać w najbardziej wrażliwe miejsca państwowego organizmu. Natomiast hipisi – pstrokaci, wiecznie odurzeni, wykrzykujący swoje naiwne hasła – nie nadawali się na rebeliantów. Taka rewolta szybko gaśnie, a sam sposób bycia staje się nie życiowym przesłaniem, a zwykłą modą. No i chyba miał tu sporo racji; w szczególności, gdy popatrzymy na nowoczesne wytwory popkultury tj. hipster, czyli jednostka żyjąca przejściową modą.

Po całej tej krytyce chyba nie trzeba się rozpisywać zbytnio o stosunku Burroughsa do wolności, jaka była głównym celem statecznych Amerykanów w statecznych czasach. Dokładnie chodzi mi tu o „klasę średnią”, która stała się grupą najbardziej reprezentatywną. Jej dążenia do dobrobytu, który pod II wojnie światowej wyrażał się w domku z ogródkiem, żonie (lub mężu), dzieciach, kolorowym telewizorze, spokojnej pracy w firmie oraz amerykańskiej furze w garażu, były dla Williama żałosne. Co więcej uważał, że należy dla dobra ogółu zmieść całą „klasę średnią” z powierzchni ziemi – w ich życiu nie ma miejsca nawet na gram wolności!

Warto tez wspomnieć, że Burroughs nieczęsto mówi o wolności sensu stricto. Najczęściej jest to wolność od czegoś: od rządu, od terroru, od konsumpcji, od norm społecznych, od narkotyków itd. Jeśli szukalibyśmy najbardziej powszechnego obrazu wolności w twórczości Williama, to zapewne taką ideą byłaby „prawda życiowa” z Nova Mit. Wartość ta usytuowana jest w otoczeniu specyficznych ram anarchii i ozdobiona legendami z odległego świata, w którym kultura Zachodu nie mogła nigdy zakiełkować.

„Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone” – głosi sentencja Hasana ibn Sabbaha, którą podobno przyswoił sobie Burroughs (a tak naprawdę sam stworzył). Receptę na wyzwolenie człowieka zawartą w tym przesłaniu należy odczytywać w ten sposób: negacja rzeczywistości + rzeczywista wolność = istota człowieczeństwa.

Oczywiście, odrzucenie wszystkiego co nas otacza jest niezwykle ryzykowne, ale zgodne z nauczaniem Mistrza. Lekko abstrahując, brzmi to niczym słowa Jezusa podczas głoszenia idei apostolstwa, no ale kto w naszym współczesnym katolicyzmie o tym pamięta? Niemniej, Burroughs był bardzo odważny w swoich poglądach i twierdził stanowczo: niebezpieczeństwo jest czymś nieodzownym dla każdego człowieka; nie ma bezstresowego wychowania; nie ma bezstresowego życia; człowiek definiuje sam siebie w ciągłej styczności z niebezpieczeństwem, taka jest konieczność, którą każdemu organizmowi żywemu daje natura.

 Kontrola/władza

burroughs_3
WSB był wielkim miłośnikiem broni palnej

Jeśli połączyć wszystkie poglądy społeczno-polityczne Burroughsa można by otrzymać konstrukcję przybliżoną do anarchistycznego konserwatyzmu. Choć może brzmi to dość dziwnie, to trudno mi znaleźć trafniejsze określenie na jego złożoną planszę światopoglądową. Burroughs miał jednak pasję do badania mechanizmów władzy, która po jakimś czasie urosła u niego do rangi obsesji.

Podstawy jego rozmyślań na ten temat wyrosły ze studiów nad semiotyką ogólną. Zasady funkcjonowania społeczeństwa według tej dziedziny normują symbole, a kto rządzi symbolami, ten rządzi również społeczeństwem. Symbol ma dość szeroki kontekst i wyraża się na wielu płaszczyznach społecznych. Żeby uwolnić się od kontroli należy zniszczyć te symbole. W jaki sposób? Z pomocą przychodzi tu burroughsowska technika „cut-up” (stworzona na bazie pomysłu Briona Gysina), czyli cięcie słów, a w konsekwencji zdań, obrazów, wyobrażeń itd. W ten sposób człowiek również odcina się od zastanej rzeczywistości, czyli dąży do faktycznej wolności.

Kolejnymi narzędziami, za pomocą których Burroughs badał mechanizmy władzy, były dwie dziedziny: „psychologia kontroli” i „socjologia kontroli” (w każdym razie tak je można nazwać, choć sam William wprost nie używa takich haseł). O co w nich chodziło? Po zakończeniu ery wielkich monarchii, tyranii i despotyzmu mamy do czynienia z nowym modelem zachodniego społeczeństwa postmodernistycznego – społeczeństwem kontroli.

I nie chodzi to bynajmniej o demokrację fasadową, czy jakiekolwiek pozorne modele państwowości. Chodzi tu o normalny ład polityczny, w którym dąży się do dobrobytu, bezpieczeństwa i powszechnie wielbionego socjalu. Kontrola w tych społeczeństwach jest zewnętrzna i wewnętrzna. Władza ingeruje zarówno w materialne oblicze obywatela, jak i w jego psychikę.

Państwo działa na zasadzie mętnego organicyzmu. Wewnątrz demokracji funkcjonują przedsiębiorstwa, które wprowadzają czynniki rywalizacji motywujące konflikty miedzy jednostkami i wewnątrz samych jednostek. Są to jednak konflikty jałowe, które przynoszą tylko pozorne rozwiązania. Ale są tak absorbujące dla obywateli, że ci nawet nie myślą o zmianach na wyższych poziomach politycznych (czy ogólnie – na wyższych poziomach otaczającego ich świata).

Dzięki temu postmodernistyczna i postindustrialna kontrola doskonale radzi sobie z ludem. A jej główne idee, to: równość, stabilność, unikanie ostatecznych rozgrywek, ład, bezpieczeństwo, życie rodzinne, życie bezstresowe, dobrobyt. Zatem, czy anarchia była najlepszym sposobem do wydobycia się spod macek władzy?

Z pewnością była to jedna z możliwości, po którą – po części – można sięgnąć w procesie konstytuowania swojego ja, a przez to zmieniania również całego świata. Z tym że burroughsowskiemu anarchizmowi daleko było do koncepcji spod znaku Bakunina, a jeszcze dalej do mutualizmu, czy innych opcji lewicowo-anarchistycznych, splecionych mocno z socjalizmem/komunizmem.

Człowiek, który chce żyć w społeczeństwie, musi mimo wszystko podlegać jakiejś kontroli. Burroughs podkreślał, że jednostka na nowo ukonstytuowana zawsze sceptycznie będzie podchodziła do władzy. Jednak główna kontrola, która będzie na niej spoczywała, zawsze będzie kontrolą, jaką sama nad sobą wytworzyła. Wszystko zależy tutaj od świadomości.

Kontrola i władza na zawsze pozostały wielkimi zagadkami dla Williama. Oczywiście nie był on tylko zwykłym badaczem. Sam, tworząc niezliczone teorie i projekty, próbował nie tylko zdefiniować mechanizmy kontroli, ale również samemu je posiąść. Niestety, ale przez prawie połowę swojego życia sam znajdował się pod – jak sam twierdził – „idealnym narzędziem kontroli”.

Uzależnienie od opiatów – bo o nich mowa – było dla niego czymś bardzo pouczającym, ale jednocześnie wyniszczającym. Nałóg z pewnością dał mu wiele doświadczeń, które niejednokrotnie opisywał w książkach i artykułach, lecz prócz tego pokazał mu jak nisko można upaść. Uzależnienie doprowadziło do destrukcji jego życie towarzyskie, „moralne” i po części intelektualne.

Oczywiście, nie byłby wielkim indywiduum, gdyby nie udało mu się z tego wyjść i ze zdwojoną siła przystąpić na nowo do pracy. Ponadto był tak aktywnym człowiekiem, że niemalże do końca swych dni (przeżył ponad 8 dych!) zachował trzeźwość umysłu. Zatem, czy udało mu się osobiście posiąść mechanizmy kontroli? Jeśli tak, to maksymalnie kilka sekund przed swoja śmiercią…

 Sztuka

By stać się artystą trzeba być twórczym. Niniejszej definicji raczej nikt nie uzna za wielkie odkrycie. Jednak konsekwencje powyżej określonego artyzmu dla Burroughsa nie były już takie oczywiste. Czemuż to? Przede wszystkim ze względu na to, jak rozumiał on bycie twórczym. Bycie twórczym polega u niego na ciągłym dozowaniu sobie mocnych wstrząsów, które doprowadzają do przyjęcia zewnętrznej perspektywy w odbiorze własnego ja.

Artysta nie może być sobą(!) – artysta musi być sobą, lecz tylko w sensie metafizycznym. Z kolei lista opcji, które kryły się pod terminem „mocne wstrząsy” była dość długa. Zaczynając od lekkich dragów, przez ciężkie, cięższe, najcięższe, nie omijając przeróżnych form zboczeń, dewiacji, medytacji, aż po sceniczne improwizacje w zamkniętym gronie znajomych, podczas których delikwent wcielał się w zupełnie nowe osobowości.

Sztuka była też ważnym elementem w ponownym ukonstytuowaniu się swojego „ja”. Zrywając z konwencjami starego świata, człowiek musi na bieżąco tworzyć nową rzeczywistość. Z tym, że w owym momencie do aspektu sztuki dołącza aspekt religii. Jednak nie jest to połączenie na zasadzie „zostajemy ateistami i jest porządek ze wszystkim, bo religii już nie ma i problem z głowy”.

Zdaniem Burroughsa, jednym z największych błędów współczesnej cywilizacji jest całkowite wyzbywanie się sfery duchowej. Magia, która wchodzi w skład pola religijnej tożsamości, jest koniecznym elementem w tworzeniu nowych mitów, które na nowo tworzą wolnego człowieka. Wiara jest potrzebna, lecz nie taka, jaką proponuje np. religia katolicka, ale taka, która przywraca nadzieje, że jest coś poza tym, co tu i teraz.

Następstwem takiego rozumowania jest specyficzna rola artysty, który staje się prorokiem dla samego siebie. Pisarz powinien być „szalonym wieszczem”, który pisze to, co jego zdaniem ma się wydarzyć. I nie ma tu miejsca na modernistyczne masturbowanie się do swoich artystowskich wierszyków. Jest tu tylko miejsce na kierowanie swojej pięści w stronę własnej mordy, a jeśli „przez przypadek” komuś obok się dostanie, to dla niego lepiej. Ból działa oczyszczająco, a blizny to trofea. Jedyne o czym trzeba pamiętać to warunek, że wszystko ma odbywać się w głowie, a nie na niej.

Zamiast narcyzmu i politykowania William proponował ciągłe tworzenie. Wyśmiewał literatów, którzy częściej niż po pióro sięgali po zaangażowane slogany oraz kolorowe transparenty i z całym polityczno-ideowym bagażem wyruszali na manifesty, czy też inne tego typu imprezy. Jeśli czegoś się nie stworzy (napisze), to można krzyczeć do końca życia, a i tak nic z tego się nie zachowa. Umysł jest silniejszy od ciała, a jeśli się tak nie uważa, to może lepiej nie bawić się w sztukę.

Jeśli chodzi o formę i technikę tworzenia, to Burroughs nie był już tak radykalny. Sam praktykował niemalże wszystko, co mu się nawinęło. Próbował własnych sił w filmie undergroundowym. Strzelał do puszek z farbą, które po eksplozji rozbryzgiwały się na płótno, tworząc „niewysublimowane” grafiki w jego autorskiej konwencji „shooting art”. Pisał na haju. Pisał na trzeźwo. Miał od groma pomysłów na zagospodarowanie własnej kreatywności.

Jeśli doszukać się najważniejszej zasady w podejmowaniu kolejnych inicjatyw twórczych Mistrza, to należałoby ponownie wspomnieć o technice „cut-up”. Oczywiście, w inny sposób odnosiła się ona do filozofii, a w inny do literatury czy sztuki. Jednym z ciekawszych sposobów tworzenia literatury było spisywanie nagranych przez Burroughsa „audycji”, które uprzednio „kroił”, by stworzyć treść możliwie „odsączoną” od norm kulturowych, językowych i społecznych.

„Cut-up” świetnie współgrał z całym zamysłem filozofii Williama. Odcinanie się, cięcie, przecinanie, krojenie, to nie tylko rewelacyjne metafory w postmodernistycznej rzeczywistości, opartej na klejeniu i odtwarzaniu cytatów, ale również ostre odpowiedzi na zarzuty braku spójności jego teorii. Bowiem w jaki lepszy sposób możemy uchwycić skomplikowaną rzeczywistość, jak nie poprzez rozczłonkowanie jej na drobne skrawki?

Prócz tego z takich kawałków można stworzyć coś zupełnie nowego, w przeciwieństwie do nakładania na siebie kolejnych warstw, jak to zwykli czynić wielcy filozofowie. Zresztą… dla lepszego zilustrowania tego procesu wewnątrz sztuki Szybki strzał Burroughsa:

Nie twierdzę, że moje metody są w stu procentach ludzkie, jednak mówię,

że jeśli nie możemy myśleć o niczym cichszym i czystszym niż to…

Jesteśmy wszyscy niewiele lepsi niż nowe cierpienia ziemi.

 Nie ma dokąd pójść

Teatr jest zamknięty

Nie ma dokąd pójść

Teatr jest zamknięty

Potnij linie słów

Potnij linie muzyki

Zniszcz obrazy kontrolne

Zniszcz machinę kontrolną

 Używki/narkotyki

william_s_burroughs_smoking
WSB próbował w życiu wielu używek…

O nich można by napisać wiele. Burroughs już za młodu wmieszał się w niziny społeczne i dzięki temu zyskał dostęp do wszelakich środków odurzających, jakie tylko były „dostępne na rynku”. Na początku brał z głupoty, później stawał się coraz bardziej świadomym użytkownikiem, by skończyć jako doświadczony psychonauta. Ale co ważne, William jako dojrzały człowiek wskazywał na jedną podstawową zasadę – człowiek nie potrzebuje żadnych substancji odurzających, by wprowadzić się w wyższe stany świadomości.

W szczególności osoby młode są zdolne wywołać u siebie doświadczenia psychodeliczne bez użycia jakichkolwiek narkotyków. Burroughs zdecydowanie bardziej zalecał medytację i nienarkotyczne metody pokrewne. Jeśli chodzi o „rekreacyjne” ćpanie, to również nie był wielkim zwolennikiem. Jaranie, łykanie czy walenie w żyłę tylko dla zabawy, łatwo może doprowadzić człowieka do stanu upodlenia.

William był zwolennikiem ciągłego poszerzania swoich granic umysłowych i rozwoju wewnętrznego, dlatego też wizja człowieka, który przychodzi z pracy do domu, włącza telewizor, łyka browca, odpala skręta, idzie spać, wstaje do pracy… i tak w kółko, budziła w nim odrazę (taki osobnik staje się idealnym obiektem do kontroli). Zapewne niemniejsze zniesmaczenie wzbudzałaby w nim wizja współczesnego nastolatka, który poza graniem w gry, zrastaniem się z ekranem komputera, jaraniem zielska i waleniem konia, nie robi dokładnie nic.

Nietrudno więc chyba zrozumieć jego postulat, iż narkotyki nie są tak naprawdę potrzebne, a z pewnością nie są potrzebne wszystkim. Pamiętajmy, że Mistrz postulował ciągłe zmaganie się z przeciwnościami – bezpieczeństwo obniża potencjał jednostki. I choć takie rady mogą wyglądać dość dziwnie – szczególnie że William przez kilkanaście lat nie wychodził z opiatowego cugu, a ćpał przeróżny towar przez zdecydowaną większość swojego życia – gdy  głębiej się to przemyśli, można stwierdzić, że jest to sensowne (a może tylko dla mnie?). Bo jeśli sami nie potrafimy zmobilizować organizmu do wytężonej pracy intelektualnej, to zawsze możemy odpocząć, pomedytować itd.

Ale jeśli chcemy wspiąć się na wyżyny swoich możliwości, za co gotowi jesteśmy poświecić sporo kasy oraz część swojego zdrowia i jesteśmy tego w stu procentach świadomi, to droga wolna i jebać medytację. Jak na moje oko, w takim wypadku wjebanie dwóch ścieżek fety zamiast porannej kawy jest rzeczą zupełnie uzasadnioną. Natomiast jeśli mamy wjebać tę samą dawkę z nudów, bez świadomości możliwych konsekwencji, to lepiej się napierdolić czymś z akcyzą i rano włączyć telewizor lub pograć w grę. Tak by to chyba widział Mistrz.

Warto również zaznaczyć, że Burroughs w swym rozumowaniu nie traktował wszystkich używek tak samo. Rozróżniał przede wszystkim dwie grupy. Pierwszą można nazwać – „prawdziwe narkotyki”, drugą – „normalne używki”. Jego zdaniem „normalne używki” nie były groźne, nie wprowadzały człowieka w nałóg i jeśli brać je świadomie (jak to wyjaśniliśmy sobie powyżej), to można uzyskać wyłącznie pozytywne efekty.

Do tych niegroźnych specyfików zaliczał m.in.: marihuanę, hasz, meskalinę, LSD, grzybki i inne halucynogeny. Natomiast „prawdziwe narkotyki” to opiaty – wszelakie możliwe formy. Jego zdaniem jedynie one mogą zupełnie upodlić „świadomego ćpuna”. Pochodne maku działają jak państwowa władza, są idealnym narzędziem kontroli.

Opisując proces opiatowego cugu, William widzi w nim istotę zła, którą definiuje jako „algebrę głodu”. „Dealer maku nie sprzedaje produktu konsumentowi, tylko konsumenta produktowi” – pisze Burroughs. Człowiek uzależniony od opium odczuwa głód totalny; nie zna żadnych barier i nie zna żadnej kontroli, prócz tej, którą wywiera na nim narkotyk.

Sam Mistrz przerwał swój nałóg dopiero po kuracji apomorfiną, ale wkrótce do niego wrócił, by ostatecznie zdecydować się na kurację metadonową, którą kontynuował do końca życia, w trakcie którego podtrzymywał, że mak to „wirus” silniejszy od jakiejkolwiek choroby cywilizacyjnej.

Zupełnie inaczej Burroughs odnosił się do narkotyków z grupy „zwykłych używek”. Bo niby tak je tu przedstawiam, ale ich normalność odnosi się tylko do stosowania, a już same efekty i ich otoczka jest – można by rzec – niezwykła. William od zawsze interesował się tubylczymi plemionami Ameryki, ich kulturą, religią itd. Oczywiście, w sferze religijnej tych społeczności często pojawiały się dragi.

W jego artykułach możemy przeczytać o kultach peyotlu, banisteriopsis, haszyszu, świętych grzybków wśród ludów, które takowymi specyfikami się posługiwały lub posługują. Toteż wszelakie halucynogeny są przez Burroughsa opisywane pozytywnie, gdyż on – jako mędrzec-psychonauta – wiedział, w jakim celu takie „używki” należy sobie przyswajać. William tak był zainteresowany poszerzaniem swojej świadomości, że pewnego dnia wybrał się specjalnie do lasów Amazonii, by tam skosztować mistycznego wywaru yage.

Oczywiście, tenże skosztował, doświadczenia spisał, a później jego psychodeliczna korespondencja z Allenem Ginsbergiem została opublikowana. Wszystkich zainteresowanych odsyłam do książki, gdzie niniejsza korespondencja się znajduje, czyli do The Yage Letters – dzieła sylwicznego, powieści epistolarnej, specyficznej próby „cut-up”, a może po prostu zbieraniny wysłanych i niewysłanych listów? (serio, konkretnie popierdolona książka, nawet jak na Beat Generation).

Dla zachęty wspomnę jeszcze, że fragment jednej z narkotycznych wizji po yage został wykorzystany w Nagim lunchu. Sam charakter The Yage Letters świetnie oddaje stosunek Mistrza do narkotyków, które są tutaj niczym mistyczne porty świadomości, wiążące się jednak z pewną formą twórczej odpowiedzialności.

Kończąc rozważania o narkotykach wspomnę jeszcze, że Burroughs musiał mieć bardzo dobry organizm – po prostu wygrał los na loterii – a ponadto zawsze był aktywny, zawsze się czegoś uczył, coś czytał, rozmyślał, analizował, tworzył. Ćpał niemal przez całe swoje życie. Zaczął we wczesnych latach ‘30, a skończył w późnych ’90, tuż przed wyciągnięciem kopyt.

 Miłość-seks-konsumpcja

Lepiej pójść do gejowskiego burdelu niż do supermarketu – zdaje się krzyczeć życiowa filozofia Williama. Miłość u Burroughsa jest tą wartością, z której definicją najtrudniej mi się zgodzić. I już nie chodzi o samo negowanie istnienia takowego „uczucia”, ale o sposób odnoszenia się do niego w perspektywie związku kobiety i mężczyzny.

Burroughs był biseksualny, ale z większą skłonnością do posuwania chłopców. Ponadto był mizoginem. Kobieta już jako sam archetyp odbierana jest w kulturze zachodniej jako strażniczka bezpieczeństwa domowego ogniska. Kobiety chcą stabilizacji. Przez naturę obdarzone są instynktem macierzyńskim, a przez waginę oraz cycki rządzą męskim gatunkiem, sprowadzając mężczyzn do roli statecznych grubasów z pilotami od TV w łapach.

William nienawidził bezpieczeństwa i nienawidził stabilizacji. Jego naturą była wojna, która sprawiała, że non stop się rozwijał. Kobiety nazywał „pomyłkami natury”, więc związek osobników płci żeńskiej i męskiej uważał za jeden z największych błędów naszej cywilizacji. Samą miłość nazywał natomiast „wirusem”, który wymyśliły kobiety, by lepiej kontrolować mężczyzn.

Ponadto, „romantyczna miłość” mieściła się w kręgu cywilizacyjnych konwencji, które trzeba wyrzucić ze swojego umysłu zaraz na początku konstytuowania się swojego nowego „ja”. Cóż można stwierdzić? Nic dziwnego, że 6 września 1951 William podczas pijackiej zabawy w Wilhelma Tella rozpierdolił łeb swojej konkubinie. Przypadek? Hmm… no chyba tak, bo później przeżył deprechę życia i bardzo płakał.

Kolejny aspekt nienawiści: zdaniem Burroughsa wszystko, co normowało ludzkie życie towarzyskie i seksualne pochodzi z nauczania św. Pawła, o czym szeroko pisze w Sexual Conditioning. Chrześcijańska idea trwałego związku kobiety i mężczyzny, idea miłosierdzia, idea czystości przedmałżeńskiej były dla Williama czymś kuriozalnym, co należy usunąć ze wszystkich umysłów.

Zresztą, za największe osiągnięcie kontrkultury lat ‘60 uważał „rewolucję seksualną”. Seks był dla niego idealnym środkiem odreagowania, czy też pozbycia się zbędnego napięcia w świecie kapitalizmu. Uczucia wyższe związane z tym aktem nie grały w jego pojmowaniu żadnej roli, tak więc podczas stosunku partnerzy mogą traktować się niemal jak przedmioty. Reasumując, jeśli jesteśmy w stanie permanentnego napięcia, to z opcji: naćpać się; pójść na zakupy lub poruchać – wybierzmy ostatnią możliwość.

Jak Burroughsa lubię, tak tu mnie niebotycznie wkurwia, toteż pozwolę sobie potraktować go Freudem. William nie miał łatwego dzieciństwa. W wieku 4 lat został zgwałcony przez fagasa swojej niańki. Później odkrywał swoją seksualność w konserwatywnej rzeczywistości, gdzie bycie nieheteroseksualnym równało się ze społecznym ostracyzmem.

Jeszcze później zastrzelił przez przypadek swoją konkubinę, z którą mimo wszystko łączyła go intelektualno-emocjonalna więź. Następnie, podczas przeprowadzanych na nim sesji psychoanalitycznych, okazało się, że gnieździ w sobie spory pierwiastek kobiecy. Prócz tego wolał „w anal” i zdecydowanie bardziej w swój.

Podczas analizowania… problemu romantyczności i miłości mógł mu się włączyć standardowy mechanizm wyparcia, typowy dla homofobów, którzy brzydzą się gejów czy lesbijek ze względu na własne, skrywane zainteresowanie seksualne osobami tej samej płci. William nie miał też szczęścia do związków, bo raz go ktoś nie chciał, raz kogoś musiał zostawić, a raz kogoś przez przypadek zastrzelił.

Do tego dochodzi element traumy z wczesnego dzieciństwa oraz dorastania w czasach piętnowania gejów. Dodatkowy aspekt w deprecjonowaniu miłości pochodzi z jego „filozofii wojny”, w której nie ma miejsca na tego typu ograniczające emocje. Dla uporządkowania wspomnę jeszcze, że na dzień przed swoją śmiercią pisał właśnie o miłości i chyba się do niej przekonał, częściowo… Bowiem zdefiniował ją następującymi słowami: „Najbardziej naturalny środek uśmierzający ból”. A całą notkę zamknął napisem: „L O V E”.

Rekapitulacja

Burroughs na początku swojego rozwoju miał być zupełnie kimś innym (trochę jak ten artykuł). No ale życie jakoś tak go urządziło, że skończył jako ćpun, pedał, mizogin, socjopata i niedoceniony geniusz. Choć dla wielu pokoleń młodzieży stał się idolem, to w „poważnym naukowym świecie” nigdy nie zajął godnego swoich czynów miejsca.

Jego przemyślenia w swoich projektach wykorzystywali m.in.: Gilles Deleuze, Michel Foucault, Marshall MacLuhan czy też Felix Guattari. Queer, gender, skrajny postindustrializm, posthumanizm – to Burroughs dał początek tym wszystkim „wynalazkom” na długo przed ich nazwaniem!

Dlaczego więc studenci filozofii, filologii czy socjologii nie muszą mieć najmniejszego pojęcia o Mistrzu? Niestety, odpowiedź jest prosta i udzieliłem jej powyżej… winą jest jego „koślawa hierarchia wartości”, a przede wszystkim to, że przed nikim jej nie krył.

W świecie akademickim dominuje obłuda, układy, fałszywa nieskazitelność. Więc – jako fascynaci kontrkultury czy też kulturowego buntu – chcąc oddać cześć Williamowi, dążmy zawsze do rzeczywistej wolności, nie kryjąc się z własnymi „koślawymi hierarchiami”. A na zakończenie (i zmotywowanie) wieloletni przyjaciel Burroughsa (jaki i kochanek) – Allen Ginsberg ze swoim wierszem On Burroughs’ Work.

(…) Nagi lunch to dla nas norma,
wszak zjadamy kanapki z rzeczywistością.
Jednak alegorie rozsadza od sałaty.
Nie kryj w sobie tego szaleństwa.

 

Dezydery Barłowski

 

Fragmenty, cytaty:

  1. S. Burroughs, Naked Lunch
  2. S. Burroughs, Quick Fix
  3. S. Burroughs, Queer
  4. S. Burroughs, A. Ginsberg, The Yage Letters
  5. Ginsberg, On Burroughs’ Work

i kilka innych…

Tłumaczenie z języka angielskiego: Dezydery Barłowski

Eric Clapton i jego kokainowy t-shirt

Eric Clapton podbił narkotykową poprzeczkę w rock’n’rollowym światku w 1977, gdy zdecydował się nagrać cover słynnego songu J.J. Cale’a, Cocaine, który zaczyna się wieszczymi słowami: If you want to hang out, you’ve gotta take her out, cocaine. If you want to get down, get down on the ground, cocaine. Ale muzyk poszedł jeszcze dalej i na swoim koncercie w Oakland Coliseum w lutym 1978 wystąpił w specjalnym t-shircie z hasłem „NO SNOW NO SHOW”!

Eric-Clapton-–-No-show-No-show-T-shirt-full
Eric Clapton w swoim kokainowym t-shircie / Oakland Coliseum, luty 1978

W swojej autobiografii In His Own Words Clapton samodzielnie wyliczył, iż w połowie lat ’70 wydawał odpowiednik dzisiejszych 8 tys. funtów (około 45 tys. PLN) na heroinę tygodniowo.

Gdy muzykowi udało się w końcu rzucić nałóg w 1977, przestawił się jednak szybko na alkohol i kokainę, co postanowił nawet reklamować zrobionym na zamówienie t-shirtem „NO SNOW NO SHOW”, czyli „Bez śniegu nie ma koncertu”, który przeszedł do legendy jako symbol narkotykowego ekscesu końca lat ’70.

Eric Clapton – Cocaine (Live Santa Monica, 1978)

W istocie, Clapton wyznaje, że przed koncertem w Toronto, na który zaprosili go John Lennon i Yoko Ono, wciągnął z członkami swojego zespołu tyle koksu, że się porzygał, odpadł i trzeba go było ściągać z podłogi, żeby w ogóle mógł wystąpić pomiędzy Jerrym Lee Lewisem i Chuckiem Berrym, co zrobił trzęsąc się na scenie od nadmiaru narkotyku we krwi.

Ale wiele lat później, już po odwyku, muzyk postanowił oczyścić swój wizerunek i dał wywiad, w którym wyjaśnił, że Cocaine był od samego początku numerem antynarkotykowym!

Co na to J.J. Cale, nie wiadomo, ale t-shirt Claptona przeszedł do legendy i pojawia się nawet w doskonałym dokumencie The Drug Years, wyprodukowanym przez VH1 i The Sundance Channel.

Conradino Beb

Dlaczego niewielu z użytkowników narkotyków się od nich uzależnia?

Używanie narkotyków lub środków psychoaktywnych jest powszechne, a uzależnienie rzadkie. Zaledwie jeden dorosły Europejczyk na trzech próbuje w ciągu życia jakiejkolwiek nielegalnej substancji zmieniającej świadomość, a nie więcej niż 10% populacji robi to raz rocznie – głównie jest to marihuana. Większość z nich nie odczuwa żadnych skutków ubocznych.

Większość substancji psychoaktywnych – zarówno legalnych i nielegalnych – nie wywołuje żadnych poważnych skutków ubocznych przy sporadycznym stosowaniu. Do zaburzenia funkcjonowania organizmu dochodzi tylko w wypadku poważnego nadużywania niektórych z nich, jak dzieje się np. w przypadku ketaminy, mefedronu, amfetaminy, heroiny, alkoholu czy kokainy. Znaczna część użytkowników nielegalnych substancji wchodzi jednak bez żadnych problemów w normalne życie po okresie eksperymentowania, ucząc się je dostosowywać do swojego lajfstajlu.

kokaina_marihuana_dragi
Marihuana i kokaina to najczęściej używane nielegalne substancje w Europie

Jak wynika przykładowo ze statystyk brytyjskich, około 3 mln mieszkańców Wysp (calkowita populacja Wielkiej Brytanii to 64,1 mln) używa nielegalnych substancji psychoaktywnych, ale zaledwie 300 tys. z nich (około 0,48% populacji) to jednostki uzależnione od heroiny lub kokainy/cracku, z których 30 tys, udało się w pełni wyleczyć w okresie 2011-2012, głównie chodzi tu o kokainę.

Jednak media skupiają się na sensacyjnej narracji niebezpieczeństwa nielegalnych substancji – wymijając przy okazji problemy płynące ze stosowania tych legalnych – pomimo piętrzących się dowodów całkowicie zaprzeczających tym twierdzeniom, co skutkuje z kolei represyjnymi decyzjami ustawodawczymi ze strony polityków partii rządzących. Narkotyki w narracjach medialnych stają się przyczyną destrukcji więzi społecznych i zagrożeniem dla produktywności narodu, chociaż są to argumenty bardziej należące do sfery mitologii niż faktów.

heroina_lyzeczka
Heroinista grzeje dawkę narkotyku

Jak wynika bowiem z badań środowiskowych, potencjał uzależnienia jednostek, które nie posiadają do tego genetycznych, psychologicznych lub społecznych skłonności, jest znikomy. Zaawansowani heroiniści i kokainiści stanowią w Europie ułamek wszystkich użytkowników narkotyków, a sam fenomen uzależnienia pozostaje skoncentrowany głównie w najbiedniejszych centrach miast, gdzie ekonomiczne przetrwanie bywa najcięższe.

Na tle reszty populacji Unii Europejskiej jednostki uzależnione od heroiny i kokainy to zwykle mężczyźni z niskim dochodem, figurujący w rejestrze skazanych, z wykształceniem podstawowym lub zawodowym, pozostający przez dłuższy czas bezrobotni lub pracujący mało, schorowani lub podatni na choroby psychiczne, a do tego wyalienowani społecznie.

W zestawieniu, przeciętni użytkownicy konopi mają zupełnie inny profil, a nadużywanie marihuany – mylone często z uzależnieniem – związane jest zazwyczaj z wysokim stresem zawodowym i niestabilnością psychiczną. Tylko 1% mieszkańców Unii Europejskiej pali jednak marihuanę conajmniej kilka razy w tygodniu, a szkodliwość jej stosowania w przypadku osób dorosłych jest żadna. Faktycznie, coraz więcej badań naukowych wskazuje, że jej palenie może mieć bardzo pozytywne skutki zdrowotne.

Jak wynika z coraz lepiej gromadzonych w Europie statystyk, większość użytkowników nielegalnych substancji to zmotywowani ludzie z cechami gwarantującymi normalne życie, posiadający sieć wsparcia i kochające rodziny, co znacznie obniża ryzyko związane z uzależnieniem, a dodatkowo pozwala na unikanie zagrożeń i maksymalizację przyjemności.

grandma_smoking_weed
Coraz więcej osób starszych pali marihuanę

Dla porównania, jednostki znacznie bardziej narażone na uzależnienia zamieszkują w skupiskach biedy, nie posiadają żadnych umiejętności wymaganych do radzenia sobie w życiu, a ich sieci społeczne generują przy tym mechanizmy, które pogłębiają problemy i nie oferują żadnych rozwiązań. Ich procesy decyzyjne rzadko oparte są na myśleniu długoterminowym i uwzględniają jedynie krótkotrwałe zyski. To sprawia zaś, że wystąpienie problemów staje się znacznie bardziej prawdopodobne od życiowego sukcesu.

Te czynniki sprawiają również, iż uważna ocena skutków używania narkotyków staje się prawie niemożliwa i w efekcie najbardziej niebezpieczne substancje są używane w najbardziej niebezpieczny sposób. A kiedy dochodzi do uzależnienia, motywacja odwykowa i szansa na sukces są bardzo słabe ze względu na brak wsparcia najbliższych, brak szans na zatrudnienie, brak stabilizacji mieszkaniowej i społeczną izolację. Innymi słowy, uzależnienie determinują bardziej czynniki psychologiczne, społeczne i ekonomiczne.

Te dane, dobrze poparte doświadczeniami psychologów i pracowników społecznych, są jednak całkowicie ignorowane na rzecz narkofobicznych frazesów o wszechmocnej potędze narkotyków, które nie tylko wyrządzają szkodę zwykłym użytkownikom, ale blokują najpotężniejsze narzędzie, jakie mamy obecnie w swoim arsenale: redukcję szkód.

Demonizacja używania narkotyków poprzez wykorzystywanie drastycznych obrazów i haseł sprawia, że ustawodawstwo zamienia się w polowanie na czarownice, a nie racjonalny, demokratyczny proces. Penalizacja nie tylko nie rozwiązuje problemu, ale go nasila poprzez całkowity brak zainteresowania doświadczeniami ekspertów i otwieranie drogi do recydywizmu.

Dodatkowo, wrzucanie wszystkich użytkowników narkotyków do jednego worka marnuje zasoby finansowe, które zamiast być wykorzystywane do leczenia problemu – tak czy siak marginalnego – tworzą inny, sztuczny, nieuzasadniony niczym poza krótkowzrocznymi celami politycznymi!

Conradino Beb

Źródło: The Conversation / European Monitoring Centre for Drugs and Drug Addiction

11 innych ciekawych filmów o narkotykach, których możesz nie znać!

Druga lista filmów o narkotykach opisuje zarówno te mniej, jak i bardziej znane produkcje. Mogą być one – choć nie muszą – odkryciem dla widzów, którzy zdążyli obejrzeć już wszystko to, co zostało streszczone na poprzedniej liście: 11 być może najlepszych filmów o narkotykach! Znajdziecie tu zarówno wyrafinowane kino autorskie, jak też niskobudżetowe filmy eksploatacji oraz skrajne eksperymenty artystyczne. Wszystkie bez wyjątku operują jednak w psychedeliczno-narkotykowym continuum. Kolejność jest jak zwykle przypadkowa.

  1. A Scanner Darkly / Przez ciemne zwierciadło (2006)

Adaptacja kultowej powieści Philipa K. Dicka w reż. Richarda Linklatera (Boyhood) ma zarówno swoich fanów, co i krytyków. Ci pierwsi wskazują na piękną realizację (ręcznie malowaną taśmę filmową), doskonałe kreacje aktorskie Woody’ego Harrelsona czy Winony Ryder, a ci drudzy na pozbawioną wyrazu grę Keanu Reevesa i zbyt linearną interpretację książki, która operuje w dużej mierze metaforami i środkami eksperymentalnymi, co kończy się na ekranie połowicznym sukcesem.

Protagonista, Bob Arctor, to tajny agent policji, który infiltruje środowisko lokalnych ćpunów w poszukiwaniu źródła tajemniczej substancji D – potężnego, euforycznego halucynogenu szybko zdobywającego popularność w undergroundzie narkotykowym. Problem leży w tym, że Bob sam jest ćpunem i szpieguje tak naprawdę samego siebie, bo substancja D po pewnym czasie zaczyna powodować rozdwojenie jaźni, a niemożliwe do opanowania halucynacje, zacierające granicę pomiędzy tym co realne i fałszywe! Dla fanów Budząc życie i kompletystów!

 

  1. Traffic (2000)

Czy prokurator generalny, walczący na wokandzie z plagą narkotyków, zdaje sobie sprawę, że do więzienia będzie musiał wsadzić także własne dziecko? Czy meksykański policjant, który w celu zwalczania przemytu z Kolumbii podejmują współpracę z FBI, wie że jedyne co robi, to staje się marionetką innego reżimu? Ten genialny thriller polityczno-narkotykowy obnaża hipokryzję władzy i brak prostych recept na kokainowy handel, który zdążył tak głęboko wniknąć w tkankę amerykańskiego społeczeństwa, że jakakolwiek próba jego agresywnego zwalczania przynosi więcej szkód niż korzyści.

Traffic został uhonorowany 4 Oscarami za scenariusz, montaż, reżyserię i drugoplanową rolę Benicio Del Toro. Obraz znaczy powrót do formy Stevena Soderbergha po latach alienacji i reżyserowania eksperymentalnych prac dla samego siebie. Jego comeback to niebagatelne, pełne napięcia i zapadających w pamięć scen, socjo-polityczne studium kokainowego problemu, który po obejrzeniu nie wydaje się ani jasny, ani prosty do rozwiązania. Jeden z tych filmów o dragach, których po prostu nie można pominąć!

 

  1. The Salton Sea / Jezioro Salton (2002)

Mimo że Val Kilmer przyjął rolę w tym niezależniaku D. J. Caruso nieco później w swojej karierze, aktorowi nie można odmówić braku klasy w odegraniu podwójnej roli Danny’ego Parkera (szalonego spidziarza) i Toma Van Allena (byłego muzyka jazzowego). Duża w tym na pewno zasługa tego, że Kilmer poświęcił się całkowicie swojej roli, spędzając czas z prawdziwymi ćpunami z obszaru Los Angeles, bo jego charakter żyje dla metamfetaminy, której krótka historia zostaje nawet przedstawiona w samym filmie.

Wielką zaletą Jeziora Salton są odrealnione, narkotyczne sceny z pocącymi się od dragów twarzami i szalone charaktery dilerów metamfetaminy. Ciekawy jest także scenariusz, który lawiruje gdzieś pomiędzy revenge thrillerem, melodramatem i dramatem psychologicznym, a także muzyka, ulatniający się z głośników jazzik! Kilmer nie sięga tutaj wprawdzie poziomu roli Jima Morrisona, ale prezentuje się bardzo paranoicznie z proszkiem w nosie, tak więc zachęcam wszystkich do obejrzenia.

 

  1. The panic in needle park / Narkomani / Panika w parku sztywnych (1971)

Panika w parku sztywnych wyreżyserowana z taką śmiałością przez Jerry’ego Schatzberga (pomniejszego z mistrzów Nowego Hollywood) pozostaje do dzisiaj jednym z najważniejszych filmów o heroinie i o narkotykach w ogóle. To prawda, że ma on słabsze momenty, dźwięk do dupy i montaż, który czasami kompletnie nie działa, ale zdjęcia Adama Holendra (Nocny kowboj) wraz z fantastycznymi kreacjami Ala Pacino i Kitty Winn, doskonałym scenariuszem Jamesa Milllsa i Joan Didion (która obecnie jest już pisarską legendą), stanowią o impecie tego dzieła.

Los łączy w filmie dwójkę wyrzutków, Bobby i Helen, w poszukiwaniu kolejnego strzału na nowojorskich ulicach. I nawet mimo tego, że ich związek przechodzi przez wszystkie stadia degeneracji, kłamstwa i upadku, ostatecznie to miłość wygrywa, bo to ona jest narkotykiem ostatecznym. Warto dodać, że obraz Schatzberga był pierwszym w historii, który realistycznie przedstawił nałóg heroinowy z jego całym ulicznym brudem. Posiłkując się włoskim neorealizmem i post-kontrkulturowym klimatem tragedii, artysta pozostawił w kinie coś, nad czym nie da się po prostu przejść obojętnie.

 

  1. Confessions of an Opium Eater / Wyznania zjadacza opium (1962)

Vincent Price gra pierwsze skrzypce w tym niskobudżetowym studium opiumowych snów, opartym luźno na słynnych Wyznananich angielskiego zjadacza opium De Quinceya. Wyprodukowany i wyreżyserowany przez mało znanego eksploatatora Alberta Zugsmitha, który w latach ’50 wstrzelił się dobrze w drive-inowe gusty dzięki dodawaniu większej dozy przemocy do cormanowskich ekspresówek rock’n’rollowych, pozostaje do dzisiaj pewnego rodzaju kuriozum – filmem, który w zręczny sposób wyłamuje się z szufladek gatunkowych.

Groteska przeplata się tu z komedią, a kino przygodowe z „thrillerem cyrkowym”, co trochę może zbić z tropu niektórych widzów. Można także dostrzec próby rozliczenia się z rolą władzy w związkach damsko-męskich, gdyż w jednej ze scen De Quincey zostaje zmuszony do wysłuchania monologu Chinki o wszystkich cechach dominy, przed którą jednak ostatecznie ucieka, by dalej zanurzyć się w opiumowe sny. A te okazują się koszmarami, bo śmierć i ciemność czekają na nas wszystkich! Dla wytrawnych koneserów.

 

  1. Naked lunch / Nagi lunch (1991)

Cronenberg był zawsze wielkim fanem Burroughsa i nawet jeśli opus magnum geniusza Beat Generation pozostaje książką nie do sfilmowania, jej luźna adaptacja w formie niezakłóconego pasma delirycznych halucynacji, swobodnie mieszających się z wątkami transformacji seksualnej pisarza, zabójstwem żony, pobytem w Tangierze czy próbami odwyku od heroiny – zamienionego w filmie na proszek na robale – naprawdę daję radę, jeśli tylko pozbyć się automatycznych porównań do literackiego oryginału, które nie mają większego sensu.

Może dało się znaleźć lepszego aktora niż Peter Weller do roli Burroughsa, ale jego wersja kultowego suchotnika jest naprawdę przyzwoita, szczególnie kiedy bohater musi się zobaczyć z Ginsbergiem i Kerouakiem, którzy sprawdzają czy zaćpany po uszy wciąż trzyma rękę na pulsie. Organiczny horror Cronenberga zostaje tu połączony z halucynogennym filmem szpiegowsko-przygodowym, tyle że protagonista szpieguje sam siebie, elminując przy tym wszelką racjonalną myśl. To zdecydowanie seans obowiązkowy!

 

  1. Half baked / Żółtodzioby (1998)

Ta urocza komedia marihuanowa pełna mechanizmów alienujących to jeden z artefaktów lat ’90, kiedy odpalona została scena medyczna w Kalifornii. Ale akcja filmu toczy się w Nowym Jorku, gdzie czwórka konkretnych jaraczy angażuje się w masową dilerkę po tym, jak jeden z nich trafia do pierdla, gdzie broni własnej dupy, w czym pomaga mu treser wiewiórek z czarnym pasem (Tommy Chong). A że kaucja opiewa na $1 mln trzeba walczyć o rynek, który składa się z różnych dziwnych indywiduów, granych przez znanych aktorów i muzyków związanych z kulturą 420 tj. Jon Stewart, Stephen Baldwin czy Bob Saget.

To nie jest wprawdzie arcydzieło, ale ma zajebiście zabawne momenty, mnóstwo mniej lub bardziej udanych gagów, dużo pozytywnego ładunku, no i ducha Jerry’ego Garcii, który służy jako deus ex machina pod koniec filmu. Dobre są też sceny tj. włamanie po zioło, którym okazują się być najlepsze szczyty na świecie (Golden Thai etc.), gadki z klientami tj. 70-letni oldtimer – grany przez samego Willie Nelsona – który strzela dobrym żartem o kondomach, czy wbicie ulicznego sępa na jointa – cameo nikogo innego, tylko Snoop Dogga. Na trzeźwo nawet nie podchodź!

 

  1. Chappaqua (1966)

Traktowane przez miłośników kina eksperymentalnego jako pomniejszy klasyk, dzieło Conrada Rooksa to na wpoły poetycka improwizacja w stylu Pull My Daisy (bo kręcił je przecież sam Robert Frank, autor niesławnego dokumentu o Rolling Stonesach), a na wpoły pionierska próba przedstawienia szaleńczych wizji człowieka przechodzącego terapię odwykową. Sam film jest mało psychedeliczny, bo kręcony na bardzo niskim budżecie, ale miejscami całkiem dobrze sobie radzi dzięki prostym efektom optycznym i nakładaniu na siebie dwóch obrazów.

Swoją sławę Chappaqua zawdzięcza głównie pojawieniu się na ekranie kilku legendarnych osobistości tj. William Burroughs, Moondog, Ravi Shankar, Allen Ginsberg, Peter Orlovsky czy grupa The Fugs (wykonująca I Couldn’t Get High), bo sama koncepcja jest mocno rozchwiana i z trudem zachowuje rytm. Najlepsze momenty to te kolorowe, ozdobione muzyką Shankara, czy hinduistyczno-pogańskie sceny przywiezione przez Rooksa z Indii czy ze Stonehenge. Zdecydowanie nie jest to film dla szerszej publiczności, a raczej ciekawostka dla małej grupki fanatyków.

 

  1. Blood Freak (1972)

Kino niskobudżetowe wypluwa z siebie od czasu do czasu filmy, które można scharakteryzować jedynie jako totalne odloty. Do nich zdecydowanie należy kultowy Blood Freak duetu Brad F. Grinter i Steve Hawkes, w którym powracający z Wietnamu Herschell (nazwany tak na cześć króla splatterów) natyka się na słodką Angel – jezusowego frika – podczas jazdy na chopperze, która za swoją misję obiera chronienie go przed niebezpieczeństwem narkotyków. Ale niedługo potem dostaje się on w szpony jej rozwiązłej siostry Ann, która uzależnia go od jointów maczanych w opium (lub innym tajemniczym dragu).

Wkrótce Herschell w celach zarobkowych zatrudnia się na farmie genetycznie modyfikowanych indyków, gdzie testuje na swoim żołądku, czy ich mięso ma jakiś wpływ na człowieka. Ale skutek wymieszania toksycznej marihuany z indyczym mięsem okazuje się tragiczny i bohater zamienia się szybko w potwora z głową indyka (wykonaną obowiązkowo z papier mache), po czym terroryzuje okolicę wypijając krew niczego nie spodziewających się heroinistów. Ten kosmos jest do tego nieustannie przerywany kazaniami reżysera, czytanymi z kartki papieru, który pod koniec wypluwa płuca od nadmiaru palonych fajek. Trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć!

 

  1. Pusher (1996)

Bohaterem tego osadzonego w duńskim podziemiu narkotykowym, operującego skromnym budżetem thrillera, jest uliczny diler heroiny, Frank. Jego niski dotychczas profil to po części wynik małego mózgu, a po części braku szczęścia. Akcja rozkręca się jednak, kiedy Franka odwiedza jego ziom Hasse, który właśnie wyszedł z pierdla i ma plan, żeby zalać białym proszkiem Szwecję. A że Frank nie ma kasy, żeby pokryć koszt towaru, bierze go od swojego serbskiego hurtownika, Mila, w kredo, obiecując że wróci z kasą, gdy tylko go upłynni. Ale plan bierze w łeb i Frank musi teraz grubo kombinować, żeby nie stracić wszystkich kończyn.

Debiut Nicolasa Windinga Refna został nakręcony w okresie schyłku kultury rave, tak więc dobrze odzwierciedla klimat i estetykę tego okresu. Frank, jego dziewczyna-prostytutka, kumple i klienci to jednostki niespecjalnie przejmujące się karierą i przyszłością, włóczące się po barach, dbające głównie o to, żeby strzelić w kanał, wykombinować gotówkę na kolejny zakup i na krótki moment znaleźć gdzieś bezpieczną przystań. Jednak wyluzowane życie ma swoją ceną, bo gangsterzy mają brutalne reguły i zmuszają ostatecznie Franka do konfrontacji ze swoim długiem. Ciekawy, realistyczny film, którzy docenią fani Trainspotting i nie tylko!

 

  1. Performance / Przedstawienie (1970)

Performance Donalda Cammella i Nicolasa Roega nie jest wprawdzie najbardziej psychedelicznym filmem, jaki został nakręcony przez brytyjskich filmowców na przełomie lat ’60 i ’70, ale obrazy korzystające z wątków narkotycznych były w tym czasie na Wyspach raczej ewenementem niż regułą. Performance składa się zasadniczo z dwóch aktów. W pierwszym dominuje londyńskie kino gangsterskie, a w drugim wątki kontrkulturowo-rock’n’rollowe, które robią się bardziej intensywne po tym, jak uciekający przed policją Chas (James Fox) zostaje nakarmiony muchomorami przez Pherber (Anita Pallenberg) w domu na Notting Hill.

Jednak zanim to się stanie, musimy przebrnąć przez dosyć nudną część pierwszą, która w swoim czasie może i była ciekawa, bo ozdobiona eksperymentalnym montażem i zawierająca ciekawe scenki obyczajowe, ale w zdążyła się w międzyczasie trochę postarzeć. To zostaje na szczęście nieco nadrobione w drugiej części dzięki ujęciom pięknego ciała Anity Pallenberg i bardzo nowatorskiej jak na swoje czasy sekwencji wyreżyserowanej jak teledysk do muzyki Micka Jaggera, który jest tu gwiazdą. Aktorsko wokalista Stonesów wychodzi przy Foxie mizernie, ale wnosi oczekiwany przez twórców klimat buntu. Film, który spodoba się jedynie maniakom!

Conradino Beb  

Światowa Organizacja Zdrowia nawołuje do dekryminalizacji narkotyków i szerokiej reformy prawa antynarkotykowego!

Rekomendacje obejmują redukcję szkód i całkowity zakaz przymusowej terapii odwykowej, co Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zasugerowała już na początku lipca w specjalnym raporcie. Ponadto sugeruje się dekryminalizację używania narkotyków, praktykę wymiany strzykawek i terapię substytucyjną dla uzależnionych od opiatów. Służyć ma to m.in. szerszemu zapobieganiu HIV w niektórych krajach.

Jak powiedział Ethan Nadelmann, dyrektor zarządzający Drug Policy Alliance: Dobrze widzieć Światową Organizację Zdrowia jako silny głos w sprawie dekryminalizacji narkotyków i odrzucenia przymusowej terapii dla ludzi, którzy używają narkotyków. Jej rekomendacje, mające silne podstawy w nauce i doświadczeniach służby zdrowia, przynoszą nam potrzebę fundamentalnych reform prawa antynarkotykowego, a w szczególności odrzucenia rosnącej tendencji do kierowania ludzi skazanych za posiadanie narkotyków na przymusową terapię odwykową.

W rozdziale Rekomendacje dotyczące dobrej praktyki w sprawie dekryminalizacji czytamy: Kraje powinny pracować nad uchwalaniem praw, które dekryminalizowałyby wstrzykiwanie sobie narkotyków i inne sposoby ich używania, przez co zmniejszyłaby się liczba skazań. Kraje powinny pracować nad uchwaleniem ustaw i praw, które dekryminalizowałyby używanie czystych strzykawek i igieł, co pozwoliłoby na uruchomienie programów ich wymiany oraz nad legalizacją terapii substytucyjnej dla uzależnionych od opiatów. Kraje powinny zabronić przymusowej terapii odwykowej dla ludzi, którzy wstrzykują sobie lub w inny sposób używają narkotyków.

Deklaracja ta następuje tuż po raporcie opublikowanym przez Biuro ds. Narkotyków i Przestępczości Organizacji Narodów Zjednoczonych (UNODC) w marcu, który nawołuje do porzucenia sankcji kryminalnych wobec użytkowników narkotyków. Rekomendacje grupy, która opracowała ten raport, składającej się m.in. z Nory Volkow, szefa amerykańkiego Instytutu ds. Nadużywania Narkotyków (NIDA), wskazują że sankcje kryminalne w zakresie używania i nadużywania narkotyków nie poprawiają sytuacji.

W 2016 Rada Generalna Narodów Zjednoczonych odbędzie specjalne zebranie na temat narkotyków (UNGASS) z inicjatywy byłego prezydenta Meksyku, Felipe Calderona, który poprosił o jej zwołanie dwa lata temu w celu systematycznej oceny sukcesów i porażek międzynarodowego prawa antynarkotykowego. Podczas gdy poprzednie zebranie z 1998 było zdominowane przez retoryczne hasła „świata bez narkotyków” i zakończyło się nierealistycznymi założeniami dotyczącymi produkcji nielegalnych środków psychoaktywnych, nadchodzące będzie z całą pewnością kształtowane przez rekomendacje WHO.

Rok temu Urugwaj ogłosił, że legalizuje marihuanę do celów rekreacyjnych tuż po tym, jak amerykańskie stany Colorado i Waszyngton stały się pierwszymi legalizującymi w USA. A w czerwcu tego roku do dekryminalizacji narkotyków i traktowania ich używania jako kwestii zdrowotnej nawoływała Zachodnioafrykańska Komisja ds. Narkotyków, założona przez byłego sekretarza generalnego Narodów Zjednoczonych Kofiego Annana, a przewodzona przez nigeryjskiego prezydenta Oluseguna Obasango.

Potem miało miejsce wystąpienie jamajskiego ministra sprawiedliwości, który ogłosił, że parlament jego kraju zdekryminalizował posiadanie dwo dwóch uncji (56 g) marihuany i używanie marihuany dla celów religijnych, naukowych i medycznych. W lipcu z kolei liderzy rządów Wspólnoty Karaibskiej (CARICOM) zgodzili się na zwołanie komisji, która miałaby się zająć rewizją polityki marihuanowej w regionie i przedstawieniem reform w zakresie prawa marihuanowego.

Rekomendacje WHO są zgodne z długo promowanymi założeniami i celami takich organizacji, jak Drug Policy Alliance, amerykańska służba zdrowia, Międzynarodowy Czerwony Krzyż, NAACP, Organizacja Krajów Amerykańskich, Organizacja Praw Człowieka, Kongres Latynoamerykański oraz Światowa Komisja ds. Polityki Narkotykowej.

Źródło: DrugPolicy.org