Archiwa tagu: hippiesploitation

Piję Twoją krew (1970)

i_drink_your_blood_1970_poster

Scenariusz do I Drink Your Blood powstawał w najgorętszym dla Stanów Zjednoczonych okresie minionego wieku, pod koniec lat ’60. Będący u szczytu konfliktu wietnamskiego rząd USA brutalnie spacyfikował studenckie protesty antywojenne na Uniwersytecie w Kent i na Uniwersytecie Stanowym w Jackson, Charles Manson wydał słynny album LIE, a siła ruchu hipisowskiego stawała się odwrotnie proporcjonalna do siły dragów, jakich używała. Na tle tych wydarzeń reżyser David Durston umieścił historię hipisowskiej komuny czczącej Szatana.

Na swoje nieszczęście, Synowie i Córki Szatana – bo takim mianem określa się sekta – gwałcą nie tę dziewczynę co trzeba, narażając się tym samym na zemstę jej dziadka. Stetryczały starzec w swoim ferworze kończy jednak pobity i „poczęstowany” kwasem, co kończy jego zapędy do szukania sprawiedliwości.

Ale z pomocą przychodzi wnuczek, który niczym Pomysłowy Dobromir, wymyśla genialny plan uszlachetnienia ciasteczek krwią chorego na wściekliznę psa i podaniu ich niczego niespodziewającym się gówniarzom.

Jak chce tego pokrętna logika filmu, doprawione skażoną juchą placki zmieniają następnie „hipisów” w krwiożercze bestie, co prowadzi do bestialskiej, absurdalnej rzezi o wyjątkowej formie.

Sugerujący wampiryczne klimaty tytuł to przy tym jedynie marketingowy pomysł producenta Jerry’ego Grossa na sprzedawanie filmu w paczce razem z czarno białym I Eat Your Skin (1964).

Fobia, tytuł oryginalny, sugerowany przez reżysera, wydaje się bardziej adekwatny, bo film Durstona to obskurna eksploatacja wyrwana żywcem z kina samochodowego, będąca zarazem czymś w rodzaju „konserwatywnej krytyki” dla pełnej luzu i dekadencji dekady.

Nie da się ukryć, że Piję Twoją krew jest produktem swoich czasów, jednocześnie wyprzedzającym je w kwestii eskalacji brutalności, choć mowa tutaj raczej o kontekstowości w ukazywaniu śmierci, niż samej realizacji.

Obrywa się zarówno ludziom jak i zwierzętom, odcinane są ręce i nogi, a wiadra krwi radośnie ochlapują ściany pomieszczeń. Wszystko to zaś w aurze uroczej, niskobudżetowej umowności, mimo że sceny takie jak samospalenie, czy wychodzące z rany ciętej wnętrzności, naprawdę robią wrażenie!

Można powiedzieć, że Durston ciekawie połączył klimaty psychodelicznego szokera z charakterystycznym dla lat 70-tych kinem campowym. Łatwo tutaj doszukać się jawnych inspiracji kultową Nocą Żywych Trupów (1968), jednak z drugiej strony czy Romero nie podłapał co nieco z filmu Durstona, kręcąc 3 lata później swoich Szaleńców?

To kino mikro-apokalipsy, w której prym wiedzie wystylizowany na Apacza Horacy (Bhaskar Roy Chowdhury), będące świetną laurką dla jednej z najbardziej szalonych epok w historii ruchomych obrazów. Zdecydowanie warto zobaczyć, choć wspomagacze będą niezbędne, by przetrwać choćby kakofoniczną muzykę.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: I Drink Your Blood
Produkcja: USA, 1970
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3/5

Wielka kostka (1969)

the-big-cube-movie-poster-1969

George Chakiris pojawia się naprzeciwko Lany Turner w tym mało znanym klasyku drugsgploitation/hippiesploitation. Gwiazda West Side Story gra jednak zupełnie inne skrzypce, gdyż tym razem wciela się w postać będąca krzyżówkę Timothy Leary’ego i łowcy posagów z pulpowych straszydeł w pomiętych okładkach. Obraz jest meksykańsko-amerykańską koprodukcją, wyreżyserowaną w Acapulco przez nikomu nieznanego, meksykańskiego reżysera, Tito Davidsona, który zrobił wcześniej kilka filmów. Jakich? Nawet mnie nie pytajcie Skąd pochodzi tytuł? Od legendarnej koski cukru z kwasem!

Sfinansowane to dzieło chorej wyobraźni zostało przez Warner Bros – Seven Arts, wytwórnię która dwa lata wcześniej wyprodukowała Bonnie i Clyde, potem Tęczę Finiana oraz Ludzi z deszczu Francisa Forda Coppoli, a w końcu Dziką bandę Peckinpaha. Dwa lata tej wyjątkowej aktywności były zasługą przejęcia, do jakiego doszło w 1967 ze strony firmy telewizyjnej Seven Arts Productions, która połknęła Warner Bros, a przy okazji pamiętną Reprise Records, by w połowie 1969 zostać kupiona przez Kinney National Company, co stało się zrębem Warner Music Group.

W tym okresie biznes był jednak mocno nastawiony na inwestowanie kasy w ambitne dzieła wykluwającego się Nowego Hollywood. A jak się okazuje po obejrzeniu kilku innych „perełek”, także eksploatacyjne śmieci, z których jednym z najciekawszych pozostaje Wielka kostka. Twórcy w cormanowskim stylu a là Wiadro krwi spotyka Podróż, eksplorują możliwości kwasowej mainpulacji, której zarysy znajdziemy w takich kultowych eksploitach, jak Pokolenie halucynacji czy znacznie lepszy Wild in the Streets.

Kwas jest tu bronią psychologiczną, którą młodsze pokolenie stosuje w celu obezwładniania establishmentu, czyli ludzi starszych i bezwstydnego ograbiania ich z rodzinnych fortun. I tak, noszący wielki Ankh na szyi i czarne golfiki Johnny, wykładowca z lokalnego uniwerstetu, a także mind-copper z bohemianymi powiązaniami, natychmiast dostrzega swoją okazję, gdy spotyka w locie blond piękność, Lisę. Zabiera ją nawet na kwasową imprezę, na której LSD ląduje z partyzanta w piwie kochanka seksownej Królowej Roju, która niestety jest postacią epizodyczną… film przeżywa tu jednak wizualnie swoje najlepsze momenty.

Ale ten sensacyjny surrealizm ustąpi szybko bezwzględnemu skokowi na kasę ojca Lisy, który w spadku pozostawia jej po swojej śmierci bardzo atrakcyjną sumę pieniędzy. Teraz jedyne co musi zrobić Johnny, to ożenić się z Lisą, potem narobić tyle kwasu ile tylko się da, następnie podać go jej macosze, Adrianie (Lana Turner), a potem… TAK, wykorzystać nieuchronne halucynacje do zagnieżdżenia hipnotycznego przekazu w jej umyśle. Czy ten niecny plan ujdzie jednak oczom jego żony, która nie jest w stanie biernie przyglądać się coraz większemu okrucieństwu Johnny’ego? Tego oczywiście nigdy w życiu wam nie zdradzę!

A teraz poważne pytanie, kto się będzie dobrze bawił na tym filmie? Na pewno koneserzy eksploatacji subkultury młodzieżowej końca lat ’60 i miłośnicy pop psychedelii, czyli wszelkich możliwych wpływów kwasowych w kulturze popularnej. Film mogą także obejrzeć kompletyści produkcji Warner Bros – Seven Arts, bo nie ma tam w zasadzie tony filmów, a także retromaniacy różnej maści, dizajnerzy mody, studenci wzornictwa przemysłowego… oraz ludzie, którzy zarzucą wszystko, nieważne jak bardzo to jest złe, bo szukają w kinie pewnych elementów, które potem składają do kupy. Nazwijmy ich świrami!

Conradino Beb

Oryginalny tytuł: The Big Cube
Produkcja: Meksyk/USA, 1969
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2,5/5

Odmienne stany grozy – horror, psychodelia, kontrkultura

Potężna psychodeliczna eksplozja wstrząsnęła w połowie lat sześćdziesiątych minionego stulecia nie tylko mainstreamem kultury amerykańskiej – szczególnie w sferze etyki, estetyki i polityki – ale wprawiła też w solidne drżenie jej obszary poboczne: kulturę popularną i kontrkulturę.

I. Co Alicja odkryła (gdy wypiła wszystko do dna)…?

Dzieje rewolucji psychodelicznej dr. Leary’ego i jego akolitów – jej nadzieje, utopijne wizje, rozterki i klęski wspominali obszernie niegdysiejsi uczestnicy: Robert Anton Wilson, Tom Wolfe, Kerry W. Thornley czy Alejandro Jodorowsky. Śledzili zaś wnikliwie i nie bez dozy krytycyzmu roztropni obserwatorzy: Jay Stevens w książce Storming Heaven. LSD and The American Dream oraz Martin A. Lee i Bruce Shlain w Acid Dreams. The Complete Social History of LSD: The CIA, The Sixties, and Beyond.

A związki grozy z narkotykami są niemal tak stare, jak sam horror, sięgając opiumowych koszmarów Edgara Allana Poe i Thomasa de Quincey’a, dekadenckich spotkań haszyszystów kreślonych piórem Teophile’a Gautiera, a nawet złowrogiego wpływu zielonej herbaty na ludzki umysł, przedstawionego wdzięcznie przez Sheridana Le Fanu.

White-Rabbit-in-Wonderland-Grace-Slick
„White Rabbit in Wonderland” / Grace Slick

Pojawienie się kina jako nowego medium artystycznego oraz kariera, jaką (nie)oczekiwanie zrobiły w nim pierwsze opowieści z dreszczykiem, umożliwiły jednak przeniesienie owych dusznych narracji opiumistów w sferę obrazu, a co za tym idzie – wizualizację narkotycznego koszmaru. Psychodeliczna estetyka, która święciła triumfy w popkulturze przełomu lat ’60 i ’70 odnalazła także bez trudu swe doniosłe miejsce w ówczesnym kinie grozy.

Narkotyk, który, jak poucza nas Lewis Carroll, smakuje niczym „ciastko z wiśniami, zmieszane ze śmietanką, ananasem, pieczonym indykiem, ciągutką i gorącą grzanką posmarowaną masłem”, obiecuje bowiem swemu konsumentowi/niewolnikowi wiele, o czym przekonany był już Hassan Ibn Sabbah, tresując swych asasynów.

Opium, haszysz a później LSD otwierały ogrody rajskich rozkoszy, by nagle okazać się czymś, „co było, jak się wydawało, bardzo głęboką studnią”, którą zajmowały „szafy i półki na książki”. Cóż jednak począć, gdy każda z ksiąg okazuje się bluźnierczym Necronomiconem, zaś w każdej szafie kryje się (żywy) trup? Tak oto błogi sen opiumisty przekształca się, tyleż nieuchronnie co niepostrzeżenie, w psychotyczny koszmar i schizofreniczną halucynację. To zaś już domena literackiej i filmowej grozy, która mogła objawiać różne oblicza i przywdziewać rozmaite maski.

II. Ogród rozkoszy i wrota koszmaru

Odmienne stany świadomości – nakręcony w roku 1980, najsłynniejszy psychodeliczny horror wszech czasów autorstwa niekwestionowanego papieża estetyki camp, Kena Russella, był w istocie już tylko podzwonnym dziełem dla psychodelii w kinie, święcącej triumfy od połowy lat ‘60 aż po późne lata ‘70. W warstwie wizualnej obraz sprawia wrażenie wysublimowanej, estetycznej stylizacji na psychedelic kitsch, zaś w sferze ideowej bliżej mu do rozliczeniowego nurtu kina kontestacji demistyfikującego iluzoryczne efekty narkotycznego poszerzania świadomości. Dzieło Russella stało się jednak obrazem kluczowym dla definiowania filmowej psychodelii. Czy słusznie?

Ślady estetyki psychodelicznej odnajdziemy bez trudu o wiele wcześniej, w halucynacyjnych inscenizacjach koszmarów zdobiących kultowe filmy europejskiego kina eksploatacji: Femina Ridens (1969, reż. Piero Schivazappa), Baba Jaga (1973, reż. Corrado Farina) czy Le Orme (aka Footprint on the Moon, 1975, reż. Luigi Bazzoni), a także w klasycznym dziele filmowej awangardy L’éden et après (1970, reż. Alain Robbe-Grillet), gdzie osłabione władze rozumu wydają nieszczęsne ofiary na pastwę złudzeń i nagłych, przerażających iluminacji.

baba_yaga_1973
Ely Galleani w „Babie Jadze” (1973)

Bardzo konsekwentnie realizują poetykę psychodeliczną także niezliczone filmy z nurtu giallo, by wspomnieć tu tylko najsłynniejsze spośród nich: Jaszczurka w kobiecej skórze (1971, reż. Lucio Fulci) i Śmierć krąży o północy (1972, reż. Luciano Ercoli), czy wreszcie zaginiony Graal europejskiego horroru psychodelicznego: Microscopic Liquid Subway to Oblivion (1970, reż. John W. Shadow).

Psychodelicznych tropów nie brak wreszcie i w niezbyt wyrafinowanych obrazach prezentujących estetykę bliską pornografii, jak Fongaluli (1974, reż. Eduardo Cemano), który zdaje się doskonałą ilustracją znanej tezy Roberta Antona Wilsona, że w czasach hipisowskiej kontrkultury wszyscy brali narkotyki, aby poprawić swoje życie seksualne.

W europejskich filmach sceny narkotycznych halucynacji przypominają zwykle psychodeliczne spektakle rodem z magicznego teatru, o którym jeden z bohaterów Wilka stepowego powiadał innemu, że „jest to świat pańskiej własnej duszy. Tylko w pańskim wnętrzu żyje ta inna rzeczywistość, za którą pan tęskni”. Światy, za którymi tęsknią bohaterowie (a częściej bohaterki) eurotrashu, bywają okrutnie piękne i zniewalająco perwersyjne w swym podążaniu za wyzwolonym pragnieniem.

Postacią niezwykle istotną staje się w tym kontekście brazylijski kinowy ekscentryk, José Mojica Marins – twórca klasycznych dziś filmów grozy z cyklu Coffin Joe (1964-68), kontrkulturowego, hipisowskiego manifestu filmowego zwiastującego „powtórne przyjście” obłąkanego mesjasza (Finis Hominis, 1971) i wreszcie deliryczno-obscenicznych, psychodelicznych thrillerów: Strange Hostel of Naked Pleasures (1967), Awakening of the Beast (1970) i Hallucinations of a Deranged Mind (1978).

Ten pierwszy jest zainscenizowaną w psychodelicznej scenerii opowieścią o hotelu, który okazuje się „poczekalnią zmarłych” w drodze na „tamten świat” – zawierającą m.in. cudowną diagnozę hipisowskiej kontrkultury – w scenie, gdy grupa upojonych do nieprzytomności „dzieci kwiatów” skanduje podczas improwizowanej orgietki: „Everybody naked! Great!”. Drugi jest paradokumentalną narracją o kontrowersyjnym eksperymencie, podczas którego podana badanym dawka LSD miała obudzić w nich „ludzką bestię”.

Morins nie byłby jednak sobą, gdyby nie zafundował widzom przewrotnej puenty, informując iż rzekome narkotyczne koszmary były skutkiem podania ochotnikom… destylowanej wody. I wreszcie ostatni obraz – w istocie zmyślny brikolaż scen z filmów poprzednich, obrazów zdjętych z natury oraz zdjęć znalezionych, ujęty w kompozycyjną ramę psychiatrycznego przypadku badanego przez ekspertów w klinice – zrealizowany przy tym w myśl zasady wyrażonej wprost przez jednego z bohaterów: „Psychiatria ma wiele wspólnego z nadprzyrodzonym”.

Halucynacyjne obrazy wyjęte wprost z imaginarium grozy gotyckiej występują tu w takim nagromadzeniu, że prowokują, celowo lub nie, efekt groteskowy. We wszystkich swych filmach Marins pozostaje jednak konsekwentnie twórcą horroru jarmarczno-karnawałowego – przez to zaś zdecydowanie kontrkulturowego, rozsadzającego ramy estetycznej poprawności kultury wysokiej i popkultury.

fongaluli
Scena z „Fongaluli” aka. „The Leaf of Love” (1972)

Większa część omawianych w tym szkicu filmów zawiera znamienną sekwencję, którą można by z powodzeniem określić mianem „spektaklu iniekcji” – scenę przedstawiającą przyjmowanie narkotyku – prezentowaną niekiedy stricte naturalistycznie (lub wręcz hiperrealistycznie, jak w Awakening of the Beast Marinsa), ujętą w ramy symboliczne (jak w The Snuff Findlaya, gdzie wciąganie kokainy skojarzone jest z motocyklowym pędem), czy wreszcie skarykaturyzowaną groteskowo-komicznie (w Fongaluli).

Nierzadko spektakl ów przyjmuje postać quasi-rytualną, a wspólnemu odurzaniu się towarzyszą spektakularne ceremonie o charakterze plemiennym, okultystycznym czy satanistycznym, eksponujące związek sytuacji z sacrum oraz pokrewieństwo narkotyku z takimi substancjami mediacyjnymi, jak krew czy sperma, wykorzystywanymi w zabiegach o charakterze religijnym i magicznym. Znamienny jest tu jednak pewien rys hiperboliczny, często wprost groteskowy – znamienny dla estetyki camp, w której niezmiennie sytuują się analizowane tu filmy. Eksponuje on właśnie nie autentyczny, a spektakularny – adresowany do widza obeznanego z konwencją – aspekt tych psychodelicznych horrorów.

Tym co dominuje w wymienionych filmach jest jednak konsekwentne powiązanie doświadczenia psychodelicznego z koszmarem i obłędem, w halucynacyjnych scenach pełnych przemocy, makabry i sadomasochistyczej perwersji. W istocie bowiem większość omawianych tu „dzieł” zbliża się w swej wymowie ideowej do takich obrazów, jak Tell Your Children (1936, reż. Louis Gasnier) czy Alice in Acidland (1969, reż. John Donne), choć ten pierwszy to dość typowy przykład propagandowej produkcji antynarkotykowej o jednoznacznej wymowie pedagogicznej, ten drugi zaś – dużo bardziej perwersyjna opowieść o tragicznej w skutkach podróży do Krainy Kwasu. Jej twórcy pozostawali bowiem pod wyraźnym urokiem estetyki psychodelicznej, zaś natrętny dydaktyzm filmu okazał się li tylko pretekstem dla rzucenia na ekran halucynacyjnych scen rodem z kontrkulturowego undergroundu i wcale śmiałych sekwencji lesbijskiego seksu.

Z ambiwalencji doświadczenia psychodelicznego zdawali sobie doskonale sprawę jego filmowi sprawozdawcy i tłumacze: Conrad Rooks (Chappaqua, 1966), Roger Corman (Podróż, 1967) i Bernard Hirschenson (Pick-up, 1975), których dzieła okazywały się niezmiennie relacjami z nieudanej „wycieczki do głowy” – w kontrkulturowej nomenklaturze nazywanej po prostu bad tripem. Już jednak sposoby przedstawiania owego koszmaru, który wychynął znienacka spoza rajskiej scenerii, przywodzą na myśl obrazy wyjęte żywcem z literackiego i filmowego horroru, co nie powinno dziwić zwłaszcza w przypadku Cormana zwanego w owym czasie amerykańskim królem niskobudżetowego kina grozy.

podroz_1967_kadr
Peter Fonda i Dennis Hopper w „Podróży” Rogera Cormana

Skutkiem tego, ekspansja estetyki psychodelicznej w kinie w sposób nieunikniony spotkała się z eskalacją filmowej przemocy bliskiej poetyce gore, tworząc psychologiczne i kompozycyjne ramy dla scen gwałtu i obłędu jako wyrafinowana forma estetyzacji grozy.

III. Ci potworni hipisi na swych diabelskich maszynach…

Wrażenie to pogłębia się po obejrzeniu całego szeregu produkcji biorących za temat nie tyle „ciemną stronę” doświadczenia psychodelicznego, ile etyczne koszty funkcjonowania na marginesie oficjalnego porządku społecznego subkultur powiązanych z narkotykami: sekt, komun hipisów czy band rockersów. W większości tego typu produkcji bardzo trudno byłoby przeprowadzić wyraźną granicę między ujętą w formę filmowego manifestu afirmacją alternatywnych wizji społecznych (Finis hominis, Snuff…?), a „reakcyjnymi”, mieszczańskimi obrazami egzystencjalnej degeneracji narkomanów i „dzieci kwiatów” – nakręconymi w interesie „moralnej większości” (I Drink Your Blood).

Wyraźnym tego sygnałem jest choćby cała seria thrillerów, będących w istocie przestrogami przed hipisowskim stylem życia, wiodącym, zwłaszcza samotne, pozbawione męskiej kontroli kobiety, ku nieuchronnej zgubie: And Soon the Darkness (1970, reż. Robert Fuest), Welcome to Arrow Beach (1974, reż. Laurence Harvey) Avere vent’anni (1978, reż. Fernando Di Leo). Wszędzie tu włóczące się po Europie i Ameryce, zafascynowane ideami hipisowskimi dziewczęta padają ofiarami perwersyjnych dewiantów, seryjnych zabójców lub nawet… hipisowskich sekt poszukujących ofiar dla swych krwawych ceremonii.

Już wczesne thrillery z kręgu kina eksploatacji prezentowały jednak również morderczych narkomanów i zgubne skutki hipisowskiego stylu życia. Najlepszym tego przykładem jest urzekający, kiczowaty obraz Lila: Mantis in Lace (1968, reż. William Rotsler) – rzecz o morderczej striptizerce zabijającej swe ofiary podczas aktu seksualnego w „stanie odmienionej świadomości”. Z kolei wydarzenia roku 1969 – będące mrocznym pokłosiem Lata Miłości – związane ze zbrodnią Rodziny Mansona w Beverly Hills i zabójstwem Mereditha Huntera podczas koncertu w Altamont wywołały prawdziwą falę „mrożących krew w żyłach” opowieści o hipisowskich sektach i bandach rockersów terroryzujących całe miasteczka.

W owym czasie powstają takie filmy, jak I Drink Your Blood (1970, reż. David E. Durston) – historia hipisów-satanistów zarażonych wścieklizną przez chłopca mszczącego rytualny gwałt na siostrze; Night God Screamed (1971, reż. Lee Madden) – dzieje rodziny pastora ukrzyżowanego przez czcicieli „Jezusa-Mansona”, czy wreszcie osławiony Snuff (1971/76, reż. Michael Findlay), kreślący obraz hipisowskiej rewolucji rozpoczynającej się w Argentynie (sic!) serią krwawych mordów.

Ten ostatni film był zresztą owiany środowiskową legendą, głoszącą, iż podczas jego realizacji zamordowano na planie jedną z aktorek – do czego wydatnie przyczyniła się ostatnia, autotematyczna scena odsłaniająca wraz z odjazdem kamery miejsce rzekomej zbrodni. Trzeba tu dodać, że rozsmakowani w LSD hipisi znajdowali również swych „potwornych” pogromców. Najsłynniejszym z nich stało się indykogłowe monstrum z „bardzo złego” horroru Blood Freak (1972, reż. Brad F. Grinter), polujące na nafaszerowanych narkotykami otępieńców, by skosztować ich halucynogennej krwi.

werewolves_on_wheels_scene
Scena seksualnego rytuału z „Wilkołaków na kołach”

Z kolei bandy krwiożerczych rockersów pojawiły się w takich produkcjach, jak Wilkołaki na kołach (1971, reż. Michel Levesque) – groteskowej opowieści o gangu motocyklowym dotkniętym „klątwą wilkołaka”, Psychomania (1973, reż. Don Sharp) – inspirowana Mechaniczną pomarańczą Kubricka i pop okultyzmem, czy wreszcie, być może najciekawszym w tym zestawieniu, przywołującym klasyczne pozycje „kina drogi” (Peter Fonda w roli zawodowego motocyklisty!), autostradowym redneck horrorrze Race with the Devil (1975, reż. Jack Starrett), gdzie nie ma ani hipisów, ani narkotyków – jest za to intrygująca wykładnia złożonej szatanowi przez lokalną społeczność krwawej ofiary, którą miejscowy szeryf przypisuje właśnie działaniom „naćpanych hipisów”.

We wszystkich tych obrazach kontrkulturowy, psychodeliczny karnawał okazywał się ostatecznie makabrycznym i groteskowym jarmarkiem zbrodni, w którym przerażeni (w filmowej fabule) bądź zaniepokojeni (w kinie) poczciwi mieszkańcy „głębokiej Ameryki” mogli bez trudu rozpoznać to wszystko, co wzbudzało ich najgłębiej skrywany lęk („deepest, secret fear”, jak śpiewał w owym czasie Jim Morrison): satanizm, narkomanię, wyzwoloną seksualność (homo- i hetero-), emancypację mniejszości rasowych i, oczywiście, rock and rolla. Wszystko to zaś w ociekającej kiczem inscenizacji wyjętej wprost z najgorszego koszmaru hollywoodzkiego producenta.

Dariusz Brzostek

Kult przeklętych (1969)

cult_of_the_damned_poster_1969

Kolejny, straszliwy przykład, dobrze pokazujący co przechodziło przez filtr AIP pod koniec lat ’60. Film został oryginalnie zatytułowany Angel, Angel, Down We Go, a napisany i wyreżyserowany przez niejakiego Roberta Thoma, którego finansowo wsparł otoczony sławą najgorszego producenta  filmowego w historii – „Jungle” Sam Katzman. Ten sam, którego kultowa w pewnych kręgach Zadyma na Sunset Strip, weszła na ekrany poprzez AIP 2 lata wcześniej.

Kult przeklętych nigdy nie został wydany na DVD – choć ostatnio udało się to w USA Zadymie – i to w jakiś sposób wciąż kreuje na niego popyt w kręgach koneserów hippiesploitation. Choć w dniu premiery Katzman ogłosił, iż odwraca się w końcu na niegodne kino eksploatacji i chce zaoferować publice coś prawdziwie głębokiego. Hmm, chyba nikt nie docenił jego geniuszu.

Mimo że Kult przeklętych miał swoją premierę w jednym z najbardziej prestiżowych kin hollywoodzkich, co odzwierciedlało wizję Katzmana, by poszybować wysoko, obraz został ściągnięty z ekranów przez AIP zaledwie po tygodniu i odłożony na półkę. Trzy lata później został jednak przycięty i pokazany światu pod nowym tytułem (pod którym jest najbardziej znany), który nie miał nic wspólnego z samą historią, ale dzięki temu stał się częścią gorącego double feature, w którym pierwsze skrzypce grało straszydło o lesbijskich wampirach, wyprodukowane przez brytyjską wytwórnię Hammer. Niestety, brakuje źródeł mówiących co stało się później z tym arcydziełem, ale bezpiecznie jest założyć, że rzucono go na żer drive-inowej publice, gdzie był pokazywany przez kilka miesięcy.

Scenariusz to rodzaj kwasowego tripu, zgwałconego przez tanią, histeryczną fantazję. Tara, spasła córka obrzydliwie bogatego przedsiębiorcy, spotyka Bogarta, gwiazdę rocka garażowego, który pozbawia ją dziewictwa i staje się duchowym guru, nadając jej życiu nowy sens za pomocą halucynogenów i prania mózgu (wszak jest to już USA po Mansonie).

Wkrótce decyduje się ona na przeprowadzkę do willi swojego kochanka, gdzie zalega z nim i jego ziomkami 24 godziny na dobę, otoczona „artystycznymi” tapetami z Humphreyem Bogartem i Charlesem Chaplinem. W końcu daje się zaś nawrócić na ścieżkę „demonicznej jogi”, która daje jej możliwość lewitowania pod sufitem i inne „supermoce”. Przy okazji musi też pilotować prywatną Cesnę, z której kultyści wyskakują na spadochronach wykrzykując satanistyczne afirmacje.

Ale ostatecznie wszyscy mają dosyć Tary i postanawiają zabawić się z jej matką (graną przez gwiazdę Starego Hollywood – Jennifer Jones), wykorzystując do tego jej pornograficzną przeszłość i brak zobowiązań wobec własnej rodziny. Bogart ma zaszczyt ją przelecieć, ukraść biżuterią i zaoferować lekcje sky divingu, żeby wprowadzić ją na właściwy tor.

Niestety, starsza pani ginie nie mogąc otworzyć spadochronu, a jej córka pogrąża się w szaleństwie. Jakkolwiek fascynująco nie brzmiałaby ta opowieść, film jest wyjątkowo gówniany, a efekt ten uwypuklają jeszcze bardziej próby eksperymentowania z nielineraną narracją czy statyczne filmowanie psychedelicznych kolaży na ścianach willi, co ma odzwierciedlać psychotyczne epizody Tary.

Czy film ma w ogóle jakąś wartość? Jest trudny do znalezienia… i może być samplowany na rave’y albo imprezy klubowe. Warto jednak przytoczyć to, co powiedział w wywiadzie dla Variety w 1969 sam reżyser: Oto znowu chcę powiedzieć coś o społeczeństwie. Mój film opowiada o reporterze, skupionym na przestępstwach podatkowych, który chce w ten sposób podejść mafię.

Zdecydowanie istnieje tu jakaś sprzeczność lub montażyści AIP pocięli obraz tak ekstensywnie, że przestał w ogóle przypominac oryginał… albo z początku wytwórnia zdecydowała się sprzedać go jako dramat kryminalny, będąc przekonana, że diaboliczna wersja The Rolling Stones może nie wejść publice tak jak powinna. W tym wypadku możecie wierzyć w to, co chcecie. Dla odważnych!

Conradino Beb

 

Znany pod tytułami: Cult of the Damned / Angel, Angel, Down We Go
Produkcja: USA, 1969
Dystrybucja w Polsce: Magivanga Vaults
Ocena MGV: 2/5

Analityk prezydenta (1967)

presidents_analyst_1967

Lata ’60 nie tylko utorowały drogę brutalnym filmom gangsterskim i buntowniczym dziełom autorskim, które tropiły powiększającą się lukę międzypokoleniową, ale były również momentem narodzin nowego rodzaju komedii, wyśmiewającej pustkę stylu życia bogatej klasy średniej, konserwatywne przekonania dużej części społeczeństwa, a koniec końców samego siebie, fenomen, który je zrodził – kontrkulturę. Przyczyna nagłego pojawienia się nowych form filmowych w Europie i USA tkwiła zasadniczo w dynamicznie zmieniającym się rynku odbiorców, których gustów Hollywood w żaden sposób nie potrafił zrozumieć.

Kiedy wysokobudżetowe, cukierkowe musicale i melodramaty nagle zaczeły przynosić ogromne straty, wiekowe tygrysy z wielkich wytwórni próbowały je desperacko zastąpić czymkolwiek, co generowałoby zyski. Stąd na ekranach nagle pojawiły się produkcje, które jeszcze dwa lata wcześniej zostałyby odrzucone bez czytania scenariusza. Analityk prezydenta był jednym z tych właśnie filmów i mimo że wyprodukowany przez Paramount – jedną z pół-niezależnych wytwórni, jak na ówczesne standardy Hollywood – był wystarczająco subwersywny, by grubasy za biurkami nieco spięły pośladki.

Napisany i wyreżyserowany przez Theodore’a J. Flickera, wcześniej zaledwie telewizyjnego wyrobnika, film spreparował cały amalgamat idei, które miały w teorii uśmażyć mózgi wchodzacych do kina, gniewnych Baby Boomers. Jednak tuż po rozpoczęciu zdjęć, filmowcy przeżyli swój pierwszy szok, gdy FBI zażądało usunięcia swojej nazwy ze scenariusza, zaniepokojone nadszarpniętym już i tak wizerunkiem.

Od 1963 agencja stawała się jedną z najbardziej znienawidzonych instytucji w USA pośród hipsterów, acid headów, lewaków i liberałów, którzy wspólnie oskarżali biuro o pomoc w zamordowaniu JFK. Z tego powodu dwie kluczowe nazwy zamieniono w końcu na głupawo brzmiące FBR i CBR. To jednak zupełnie nie obniżyło notowań tej fantastycznej, przezabawnej komedii, której udało się mimo wszystko zasygnalizować pewne idee krytyczne i która dzisiaj jest uważana za dzieło prawdziwie kultowe.

Intryga kręci się wokół nagłej zmiany w karierze dr. Schaefera, nowojorskiego psychonalityka, doskonale zagranego przez Jamesa Coburna, który silnie przywiązany jest do swoich metod. Właśnie przeszedł on pozytywnie drobiazgowe sprawdzanie swojego backgroundu, zamówione przez FBR i CBR, które uczyniło z niego oficjalnego psychonalityka prezydenta Stanów Zjednoczonych. Dr. Schaefer natychmiast przenosi się do Waszyngtonu, gdzie z miejsca zaczyna pracę.

Jednak zaledwie po kilku dniach wysoce stresującego pozostawania na wiecznym dyżurze, będąc prz tym wystawionym na największe sekrety bezpieczeństwa narodowego, zaczyna robić się bardzo nerwowy i w efekcie wpada w ciężką paranoję. Ostatecznie przechodzi załamanie nerwowe i ucieka ze stolicy z przypadkowo spotkaną „typową amerykańską rodziną”. Zmierzając na Wschodnie Wybrzeże zaczyna obawiać się o swoje życie, co okazuje się uzasadnione jako że FBR, CBR i tuzin innych agencji właśnie rozpoczęły bezwzględne polowanie na jego osobę!

W tym momencie film wybucha w umiejętnie zaaranżowaną, absolutnie zabawną satyrę społeczno-polityczną. Dr. Schaefer zostaje obskoczony przez agentów specjalnych przed nowojorską restauracją i musi uciekać, ile sił w nogach mijając po drodze kultową Cafe Wha? i bez namysłu wskakując do zaparkowanego obok vana w stylu flower power.

Tam znajduje grupę headów – granych przez legendarną grupę psychedeliczną Clear Light – którzy stają się dla niego idealną przykrywką wprowadzając go w tajniki kontrkulturowego stylu życia, na który składają się oczywiście marihuana, kwas i muzyka rockowa. Piękne sceny z udziałem Clear Light są prz tym smacznym kąskiem dla fanów klasycznej psychedelii – grupa nagrała tylko jedną, ale za to doskonałą płytę pod koniec 1967 dla Elektra Records. W filmie ich lidera-wokalistę gra sam Barry McGuire pomagając wykonać kawałek She’s Ready to Be Free.

Związanie się głównego bohatera z przedstawicielami sceny psychedelicznej prowadzi oczywiście do sekwencji, eksploatujących muzykę rockową, kwasowe mądrości oraz idee powrotu na łono natury, które często szpikowane są dragowymi wątkami ze słynną sceną kwasową w klubie i wymianą haszu na LSD. Ładnie wygląda tu przez okienko wątek walki undergroundu z overgroundem, który napełnia film marihuanowym, hipsterskim humorem politycznym.

W miarę rozwoju intrygi pojawia się tu również stare anarchistyczne przesłanie o tym, że konkurencja sama wchodzi sobie w drogę, szczególnie jeśli biznesem jest zabijanie. To bowiem sprawia że dr. Schaeferowi szczęśliwie udaje się ocalić życie, a następnie przystąpić do kontrataku wobec rodzącej się technokracji, której nasiona zostały zasiane przez wszechmocną The Phone Company.

Ta doskonała, choć mało znana, komedia może być postawiona w jednym szeregu z innymi kultowymi obrazami z tej samej półki tj. I Love You Alice B. Toklas, The Party czy The Magic Christian. Z drugiej strony można ją także potraktować jako doskonałego towarzysza takich kultowych filmów, jak klasyczne hippiesploitation Wild In The Streets lub psychedeliczno-popowe sci-fi w stylu Barbarelli. Bez żadnej wątpliwości jest tofilm ponadczasowy, którego profetyczne wizje zaczynają się sprawdzać tak naprawdę dopiero dzisiaj. Zatwierdzony do wielokrotnego obejrzenia!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The President’s Analyst
Produkcja: USA, 1967
Dystrybucja w Polsce: Magivanga Vaults
Ocena MGV: 4/5

Dotykalni (1968)

Wprawdzie sam tytuł tego rzadkiego artefaktu – The Touchables czyli Dotykalni – sprawia, że wyobraźnia zaczyna dynamicznie pracować, ale w tym wypadku warto nieco schłodzić głodne neurony. Film był reklamowany na amerykańskim rynku oryginalnym sloganem: Miłość w piątym wymiarze, to jednak niewiele mu pomogło, gdyż umarł szybką śmiercią i zapomnieli o nim wszyscy oprócz spryciarzy ze sceny bootlegowej, która przechowała go aż do niedawnego odrodzenia kultury mod i psychedelii.

Na tej fali obraz może faktycznie wydawać się ciekawy ze swoją pseudo erotyczną otoczką i baśniową scenografią. Wyreżyserowany przez Roberta Freemana – tego samego gościa, który przez kilka lat był oficjalnym fotografem The Beatles i znany jest m.in. ze zdjęcia, które wylądowało na okładce Rubber Soul (1965) – daje okazję do zobaczenia Davida Anthony’ego jako gwiazdy pop oraz czterech pięknych modelek wyjętych z Vogue: Judy Huxtable, Esther Anderson, Marilyn Rickard oraz Kathy Simmonds, które grają gang niegrzecznych feministek.

Mimo że Dotykalni to filmczęsto sprzedawany jako sexploitation, jedynym elementem erotycznym są fetyszystyczne zabawy panienek ze swoją ofiarą, ale nagość jest tu nieobecna – brytyjskie kino B było w tym czasie nieco bardziej pruderyjne od amerykańskiego. Otrzymujemy za to przepiękną muzykę, charakterystyczne dla mod ciuszki i ładny dizajn wnętrz, które mają w zamierzeniu imitować swingującą scenę londyńską.

Pojawia się także próba eksploatowania dwóch światów: modnej sfery towarzyskiej, w której obracają się cztery znudzone rebeliantki, zajmujące się nawet kradzieżą figur woskowych z muzeum oraz kryminalnego półświatka, rządzonego przez bezwzględnego czarnego gangstera, wymuszającego hajc od przemysłu muzycznego.

Obydwa wątki zostają zawiązane poprzez absurdalne porwanie Christiana – wschodzącej gwiazdy muzycznej – przez nasz kobiecy gang podczas meczu wrestlingowego. Ogier zostaje następnie przetransportowany do inspirowanej – prawdopodobnie – kopułami Buckminstera Fullera, gigantycznej, dmuchanej kryjówki na brzegu tajemniczego jeziora. Tam zostaje też poddany erotycznym torturom i wykorzystany seksualnie… choć tego niestety nie zobaczymy, gdyż reżyser nie zdecydował się pokazać żadnych szczegółów bojąc się pewnie, że otrzyma kategorię X.

Po kilku dniach tego ciężkiego losu pojawia się w końcu znudzenie i Christian próbuje uciec ze swojej niewoli. Postrzelony przez jedną z kobiet – na szczęście niezbyt groźnie – jest jednak zmuszony, by wrócić do obdarzania mod-terrorystek wielkrotnymi wytryskami. Ostatecznie zostaje odnaleziony przez gangsterów, którzy wcześniej terroryzują jego menadżera i namierzają mieszkanie jednej z jego oprawczyń. Gdy wszystko wydaje się już stracone, na pomoc przychodzą zawodowi wrestlerzy, znajomi Christiana. Film się kończy, a my oddychamy z ulgą.

Dużą przeszkodą w oglądaniu The Touchables jest niestety sama historia, ale z drugiej strony jest tak głupia, że każdy może przez nią przebrnąć. Co ratuje film, to ładna scenografia, uroda modelek i fantastyczna ballada psychedeliczna Nirvany, którą usłyszeć można na samym wstępie, gdzieś pośrodku i na samym końcu.

All Of Us została napisana przez zespół specjalnie na potrzeby filmu i jako główny temat sprawdza się idealnie. W scenie pościgu motorówką możemy również usłyszeć instrumentalną kompozycję Traffic. Jeśli nie dla muzyki, film można polecić dla dekoracji wnętrz (lubujący się w modzie retro dizajnerzy będą zachwyceni).

Gdyby nie przekonywało was nawet to, obejrzyjcie go sobie dla panienek, które miały konkretne związki z brytyjskimi celebrytami tego okresu. Kathy Simmonds była na przykład dziewczyną Paula McCartneya, a złamała oprócz tego wiele innych serc. Wszystkie z nich są z pewnością cudowne i dotykalne, nawet jeśli nie potrafią grać, a to daje filmowi przynajmniej jeden silny punkt. W Dotykalnych znajdziemy jednak także trochę dobrej pracy z kamerą.

W istocie tą rękę fotografa widać tu wyraźnie – alienuje ona jednak widza, gdyż większość z ujęć czyni akcję bardzo nieprzejrzystą. Szkoda, że Freeman nie zdecydował się na wprowadzenie dragów, nagości i bardziej dosadnych wątków, które z wielu amerykańskich produkcji tego okresu zrobiły dobre, ponadczasowe mózgojeby. Może w ten sposób nieśmiałe, quasi erotyczne przesłanie stałoby się prawdziwie erotyczne, a tak film pozostaje jedynie specyficzną ciekawostką dla zapalonych fanów eksploatacji, dziennikarzy i pisarzy książek.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Touchables
Produkcja: Wielka Brytania, 1968
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2,5/5

Zadyma na Sunset Strip (1967)

Zadyma na Sunstet Strip to film gówniany, nawet jak na standardy AIP, który jednak został  wyprodukowany dla MGM przez „Jungle” Sama Katzmana (jednego z najgorszych reżyserów kina klasy B lat ’60). Scenariusz eksploatuje faktyczne starcia hipisów z policją, do których doszło w okolicy Sunset Strip w połowie 1967, kiedy właściciele lokalnych sklepów poczuli się zagrożeni rosnącą obecnością buntowniczej młodzieży i posłużyli się siłami porządkowymi, by przegnać ją gdzie pieprz rośnie.

Katzman zrealizował swój film krótko po tych wydarzeniach goniąc za ciągle gorącym medialnie tematem i mając nadzieję użyć go jako dźwigni promocyjnej, ale kierownictwo MGM zwlekało z dystrybucją kinową i film trafił w końcu do AIP. Sam Arkoff polubił pomysł Katzmana i zgodził się dać mu szansę, niestety obraz nie dał rady nawet w drive-inach… zresztą nie bez powodu.

Podstawowy wątek jest mdły, jak szare mydło. Eksploatuje on przygody grupy nastolatków, ale w bardzo nieudolny, wypłukany z inwencji twórczej sposób. Centrum akcji staje się klub Pandora’s Box na Sunset Blvd, gdzie przesiadują głównie młodzi hipsterzy słuchając dźwięków swoich ulubionych grup garażowych. W tym psychedelicznym przybytku marnowania czasu wkrótce pojawią się jednak pierwsze niesnaski pomiędzy zgredowatym właścicielem, a młodą klientelą.

Akcja zostanie nawet przeniesiona do ratusza miejskiego, gdzie w burzy mózgów policja, rodzice, radni i biznesmeni decydują, że hipisów trzeba niezwzłocznie usunąć z Sunset Strip. Jakkolwiek interesująco może brzmieć sam pomysł, cały potencjał konceptu wojny pokoleniowej zostaje zdruzgotany przez bezpośrednią narrację, chujowy scenariusz i amatorskie aktorstwo.

W rzeczy samej Zadyma na Sunset Strip jest przykładem niemal całkowitego pogrzebania idei taniej rozrywki filmowej, która zamienia się w torturowanie cierpliwości widza. A film mimo wszystko został z czasem otoczony swoistym kultem! Dlaczego? Z bardzo prostego powodu – znajdziemy w nim kilka scen występów kultowych grup garażowych, które nie pozostawiły po sobie wielu innych materiałów koncertowych. I właśnie dlatego warto sięgnąć po Zadymę na Sunset Strip. By sprawdzić dzikie dźwięki garażowej sceny z Los Angeles końca lat ’60.

W filmie pojawiają się: The Standells, The Mugwumps, The Chocolate Watchband oraz The Enemies – grupy dobrze znane, choć głównie kolekcjonerom i fanom gatunku. Jest to niestety jedyny dobry argument, by zachęcić do  obejrzenia Zadymy – tak naprawdę film można sobie jednak przewijać od koncertu do koncertu – z której cały soundtrack wydany został przez Sidewalk Records, amortyzującej przez wiele lat wyniki finansowe filmów AIP.

Oczywiście, jak w każdym eksploatacyjnym cudzie, także tutaj znajdziemy przynajmniej jedną, absurdalną scenę, która do dziś jest przywoływana jako klasyk drugsploitation. Udało się jej zwyczajnie zaistnieć gdzieś w środku tego całego gówna, co przynajmniej trochę podnosi element rozrywkowy filmu. Chodzi zaiste o młodą Mimsy Farmer, grającą Andy – postać tripującą na kwasie po tym jak nastolatki stwierdzają, że cały ten klub pachnie zgredem i uderzają na kwadrat. Jak niewinna dziewczyna słyszy od swojej starszej koleżanki: Ona nigdy nie tripowała… to kwas, kochanie.

W oczach Andy pojawia się przerażenie, parcie na ucieczkę i powiedzenie NIE groźnemu narkotykowi, co każe koledze skwasić naszego kociaczka na partyzanta ze szklanką coli. To sprawia, że Andy katapultuje się w nieznane, liże niebo i tańczy, jak opętana – co te dragi zrobią z twóją głową, dziecinko! Dla fanów filmów giallo ciekawostką będzie, iż Mimsy Farmer miała kilka lat później przenieść się do Włoch, gdzie zadebiutowała w kultowym dziele Daria Argenta Cztery muchy na szarym aksamicie (1971), była bowiem prawdziwym kociaczkiem!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Riot on Sunset Strip
Produkcja: USA, 1967
Dystrybucją w Polsce: Magivanga Vaults
Ocena MGV: 2/5

Wild In The Streets (1968)

Jeśli lubisz tanie kompoty filmowe, które AIP produkowała w latach ’50 i ’60, ale nigdy nie obejrzałeś Wild In The Streets, stoisz przed wielkim wyzwaniem. Jeśli nie lubisz jednak filmów klasy B albo nie trafia do ciebie działka hippiesploitaion/drugsploitation, może być to twardy orzech do zgryzienia, gdyż co tak naprawdę dostajesz w Wild In The Streets, to kontrkulturowe sny, wizje i slogany drugiej połowy lat ’60 kreatywnie wymieszane i ugotowane w eksploatacyjnym sosie.

Oczywiście, że jest to kolejny obraz, który był nastawiony na zarobienie kasy na gniewnej młodzieży, ale w tym wypadku z przedziwnym drugim dnem, które bardzo odbiega od schematów filmów plażowych, żeby daleko nie sięgać. Innymi słowy, reżyser Barry Shear (znany również z kultowego filmu gangsterskiego Across 110th Street, 1972) przyłożył się konkretnie do swojego zadania zapewniając nam mnóstwo zabawy!

Wild In The Streets był jednym z najbardziej rewolucyjnych filmów swoich czasów (a przynajmniej sam lubię myśleć w ten sposób) z kilku powodów. Po pierwsze, jego budżet dotknął $1 mln, co samo w sobie jest niezwykłe, jak na film drive-inowy. Po drugie, dostał nominację do Oscara w 1969… za montaż. Wydawać się to wprawdzie może mało znaczące, ale żaden film Meyera, Cormana czy Sarno nigdy nie dostał nominacji od Akademii. Po trzecie, samo przesłanie tego obrazu było mocno subwersywne, nawet jeśli scenariusz oferuje dużą domieszkę politycznej fantazji.

Slogan „Stare musi umrzeć” był wyjątkowy, gdyż do tego momentu nikt z nim praktycznie nie wyszedł w mainstreamowym filmie. Oczywiście, że było mnóstwo dzieł eksperymentalnych, magicznych i surrealistycznych, które w tym samym okresie podjęły wątek społecznej transformacji (krótkie formy Kennetha Angera czy autorskie dzieła Antonioniego i Godarda), ale było to kino z innej planety i świat musiał czekać jeszcze kilka lat na skandaliczne, punkowo-industrialne obrazy Dereka Jarmana, które dotarły pod strzechy. Ponad wszystko bardzo leży mi klimat tej fantazji, który przeciwstawia dragi i muzykę rockową starym, zatwardziałym politykierom… do tego film został nakręcony w dwa tygodnie.

Wrzuceni zostajemy w świat piętnastoletniego Maxa Flatlowa (w tej roli Christopher Jones), który właśnie zaczął odczuwać rodzinną pustkę i absurdalność burżuazyjnego stylu życia. Max nosi jednak w sobie prawdziwy geniusz i poprzez syntezę LSD w piwnicy, a następnie sprzedanie całej produkcji, zyskuje wystarczającą ilość gotówki, by kupić dynamit i wysadzić samochód swojego ojca w akcie emocjonalnego sprzeciwu.

Nareszcie może uciec z domu! Mija dziewięć lat i Max zmienia nazwisko na Frost, a w międzyczasie staje się supergwiazdą rocka – człowiekiem, który został milionerem w wieku 19 lat. Mieszka obecnie w dużej willi w Beverly Hills razem ze swoim garażowym bandem The Troopers, który składa się zresztą z jego najbliższych przyjaciół.

Wśród nich są zaś prawdziwe charaktery: Sally Leroy (grana przez Diane Varsi) – nudystka i gwiazda filmów dla dzieci; Abraham Salteen – kochanka Maxa, wegetarianka i miłośniczka tripowania na kwasie; Billy Cage – piętnastoletni prawnik, księgowy i najmłodszy absolwent Yale w historii uniwersytetu; Fuji Ellie – japońska stenotypistka i konkubina Maxa; a także Stanley X (w tej roli młody Richard Pryor!) – antropolog kultury i autor bestesellera The Aborigine Cook Book.

Cała brygada żyje w warunkach komunalnych spędzając większą część czasu na paleniu jointów i planowaniu podboju Ameryki z pomocą swojej wielkiej popularności. To nie są jednak tylko pobożne życzenia jako że ponad 50% populacji ma mniej niż 25 lat i młodzi tylko czekają, by wybuchnąć!

W efekcie Max włącza się w politykę wspierając kampanię senacką Johna Fergussona z Kalifornii, który w zamian obiecuje Maxowi prawo do głosowania dla każdego powyżej 18-go roku życia. Max przystaje na propozycję, ale już w trakcie kampanii decyduje się zmienić zasady gry wychodząc z bardziej radykalną ideą przyznania prawa do głosowania wszystkim powyżej 14-go roku życia.

Swój pomysł promuje piosenką 14 Or Fight, którą wywołuje masową histerię na ulicach Stanów Zjednoczonych. John Fergusson nie ma teraz wyjścia i musi dobić targu zgadzając się na kompromis przyznania prawa wyborczego wszystkim powyżej 15 lat. Jednak tuż po wygranych wyborach odcina się szybko od swoich obietnic i nie dotrzymuje słowa – są to oczywiście  elementy ogólnej satyry politycznej.

Jednak historia się na tym nie kończy i Max postanawia wystawić Sally jako kandydatkę do Kongresu (jeden z kongresmenów umiera i w jej okręgu są organizowane przedterminowe wybory), która wygrywa z wielką przewagą nad innymi. Razem układają plan, by przeforsować swoje idee, ale z powodu małego poparcia politycznego muszą odwołać się do partyzantki i wlać flakon LSD do ujęcia wody w Waszyntgonie.

To pozwala im tego samego dnia przydzielić wszystkim skwaszonym kongresmenom małe dzieci jako doradców, które pomagają im podnieść ręce, gdy nowe prawo wyborcze znajduje się na wokandzie. Po nowych wyborach prezydenckich Max staje się  prezydentem USA otwierając obozy reedukacyjne na terenie całego kraju, w których członków społeczeństwa po 35-tym roku życia faszeruje się końskimi dawkami LSD – tripowanie jest obowiązkowe, nie ma żadnych wymówek. W efekcie wszystko układa się w kraju, jak należy, a Max może planować wysyłanie nadwyżek żywności do Afryki.

Wild In The Streets to film wyjątkowo charyzmatyczny i o dużej dawce absurdalnego humoru, który doskonale się sprawdza w stanie konkretnego upalenia. Sądzę, że bez zmiany świadomości, ta perła nie będzie błyszczeć w ten sam sposób… ale w odpowiednim momencie może zapewnić diabelskie koło śmiechu, co wydaje mi się największym atutem filmu. Nie warto szukać tu intelektualnych dygresji, gdyż to pozbawi Wild In The Streets całego ładunku emocjonalnego i doprowadzi do zawodu – to dzieło trzeba bardziej chłonąć, jak komedię.

Wielką ucztą dla fanów rocka garażowego jest soundtrack nagrany przez Davie Allana & The Arrows (pod pseudonimem Max and The Troopers) dla Tower Records. Ich absolutnie fantastyczny rocker A Shape Of Things To Come konkretnie uderza do głowy surowym brzmieniem gitary i pięknym wokalem. Film będzie także ucztą dla socjologów, dizajnerów, grafików i kolekcjonerów płyt, którzy mają zboczenie wobec tego konkretnego okresu!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Wild In the Streets
Produkcja: USA, 1968
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Podróż (1967)

 

Jeśli nigdy nie słyszałeś o The Trip Rogera Cormana, ale rozumiesz czym jest dwunastogodzinna jazda na kwasie, to propozycja w sam raz dla ciebie, która być może sprowokuje ten oczekiwany od dłuższego czasu flashback (tylko pozazdrościć).

Jeśli jednak stoisz po drugiej stronie barykady sądząc, że LSD to wstęp do dawania po kablach i środek wyłącznie dla degeneratów bez Boga w sercu, który wprowadza w życie duchowy chaos i każe ci skakać z dachu nabliższego bloku, nie zadawaj sobie trudu – to film zdecydowanie nie dla ciebie.

By w pełni rozkoszować się tym undergroundowym dziełem, musicie przynajmniej dobrze się uspawać. Nie zrozumcie mnie źle, ale ciężko oglądać film o tripie na kwasie w innym stanie świadomości. Zostaliście ostrzeżeni!

Jak głosi legenda, pewnego dnia Jack Nicholson pojawił się u Rogera Cormana z napisanym przez siebie scenariuszem, opowiadającym o doświadczeniu z LSD, które sam aktor miał już oczywiście za sobą (jak 50% przemysłu filmowego w 1967). Corman zaakceptował scenariusz sądząc, że można z tego zrobić naprawdę niezły film, ale chciał skrócić nieco całą opowieść, która była dość długa.

Na drodze stała tylko jedna przeszkoda – reżyser nie miał pojęcia czym był kwas! Jako że w tym czasie, w Los Angeles nie było jednak z załatwieniem LSD żadnego problemu, Corman pojechał razem z grupką przyjaciół na klify w Big Sur i połknął magiczną kostkę cukru, co przerodziło się w jedno z najwspanialszych przeżyć w jego życiu. To pozwoliło mu także wyprodukować The Trip z pozycji jednostki, która wie o czym mówi i sprawiło, że Corman nie był w stanie wprowadzić do filmu typowych dla klasycznego drugsploitation wątków śmiertelnej paranoi i potępienia.

Nie wszyscy jednak dobrze się bawili oglądając jego świeżo ukończone dzieło! Oryginalna wersja, trwająca 85 min. nigdy nie została sklasyfikowana przez MPAA z winy AIP, którego szefowie spanikowali po prywatnym pokazie i umieścili w nim jeden z najśmieszniejszych disklejmerów w historii kina… o naukowo-edukacyjnym przesłaniu obrazu.

Do tego dodano jeszcze absurdalne zakończenie zamrażając obraz głównego bohatera i krusząc go na kawałki, żeby zasugerować negatywny wpływ LSD. To rozwścieczyło Cormana, Nichosona, Fondę i Hoppera, ale nawet w tej wersji The Trip trafił w USA na półkę natychmiast po swojej premierze. Podobnie stało się w Wielkiej Brytanii, gdzie brytyjski instytut filmowy zbanował film aż do 2002!

W czym jednak widzieli zagrożenie cenzorzy? Film obywał się bez przemocy i bez seksu… opowiadał jedynie historię jednostki, która zarzuciła kwasa i wyruszyła w duchową podróż, jednocześnie dryfując po Los Angeles.

Niestety, obraz stał się w oczach cenzorów symbolem kontrkulturowej rebelii, hedonistycznym manifestem kultury narkotykowej, który miała potencjał do skorumpowania umysłów amerykańskiej młodzieży. Na skutek tych historycznych interwencji ze strony instytucji, które od zawsze wiedziały co jest dobre dla ludzi lepiej od nich samych, dopiero dzisiaj możemy rozkoszować się filmem, który przeżywa swoją drugą młodość na DVD.

Osobiście kocham The Trip. To piękny przykład surrealistycznego dzieła klasy B z wpływami europejskiego kina artystycznego a la Godard. Główny charakter, Paul Grove (grany przez Petera Fondę) jest reżyserem reklamówek, przeżywającym traumę rozwodu ze zdradzającą go żoną, który zachęcony przez przyjaciela (w tej roli Bruce Dern) zarzuca sporą dawkę LSD i wyrusza w podróż do wnętrza swojego umysłu.

To oczywiście stwarza Cormanowi pretekst do operowania na poziomie wizualnej abstrakcji i symbolizmu z tanimi efektami specjalnymi w stylu X – człowiek, który widział więcej (1963). W efekcie film staje się serią pięknych, halucynogennych sekwencji! Wszędzie wkrada się obowiązkowe prześwietlenie filmu (lens flare) – które nie wyszło z Absolwenta (1967) Mike’a Nicholsa, ale wprost ze stajni AIP – rozmywanie obrazu i inne rewelacje, a sama akcja toczy się na dwóch poziomach.

Warto przy tym wspomnieć, że Paul Grove nie traktuje swojego tripu rozrywkowo, ale jak prawdziwe lekarstwo duchowe. Przechodzi rozwód, nie podoba mu się kierunek, jaki obrała jego kariera zawodowa, a jednocześnie obserwuje, jak wokół „odpada” nowe pokolenie.

Dynamiczne ujęcia Sunset Strip, po którym dryfuje Paul w poszukiwaniu spokojnej przystani w swojej wycieczce, zostały wyreżyserowane przez Dennisa Hoppera (który w filmie gra także wyjebanego w kosmos heada – Maxa), a Fonda wciela się w swój charakter z prawdziwą charyzmą. Także Corman znajduje się tu w swojej najlepszej formie – pojechany, bezkompromisowy i totalnie oddany tematowi. To jeden z tych obrazów, gdzie reżyser kompletnie wyłamał się z szufladek.

Ale to nie wszystko, gdyż miłośnicy kwaśnego grania także otrzymują piękny prezent – soundtrack nagrany przez projekt Mike’a Bloomfielda, kultowe combo The Electric Flag (który został oryginalnie wydany przez Sidewalk Records). Album nagrano w ciągu dziesięciu dni i można go traktować jako arcydzieło amerykańskiej psychedelii! 18 urywających dupę kawałków miesza rock psychedeliczny, blues rock, free jazz, soul i bubblegum. To właśnie tutaj Bloomfield objawił się jako genialny kompozytor i aranżer ukazując także swój wielki gitarowy talent.

Muzyka zespołu prowadzi nas przez cały trip Paula, od pierwszego uderzenia kwasu, przez momenty paranoi, euforii, cyrkowe zakamarki, aż do zejścia. Aby dobrze oddać atmosferę szczytowania na kwasie, zespół użył całej linii dziwnych efektów studyjnych, a Paul Beaver zagrał na świeżo wyprodukowanym syntezatorze Mooga, którego brzmienie miało już wkrótce zdominować brzmienie rocka psychedelicznego.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Trip
Produkcja: USA, 1967
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

== Obejrzyj cały film ==

Dzieci miłości (1968)

Zaraz po tym, jak Richard Rush sfinalizował swój słynny film motocyklowy Aniołowie piekieł na kołach (1967), ruszył na ulice San Francisco, by wykonać swój pierwszy projekt, finansowany bezpośrednio przez AIP. Tym razem miała być to eksploatacja usychającej kontkultury headów z Haight-Ashbury – kultowy już dzisiaj film hippiesploitation, w którym role otrzymała cała zgraja młodych gniewnych aktorów, wypatrzonych przez głównego selekcjonera studia, Rogera Cormana.

To właśnie w Psych-Out Rush udowodnił w końcu, jak doskonałego miał nosa do młodzieżowej rewolucji, jej subtelności i odcieni. Sukces filmu pozostaje jednak także zasługą wspaniałych kreacji, stworzonych na ekranie przez Jacka Nicholsona, Adama Roarke’a, Susan Strasberg, Bruce’a Derna, Deana Stockwella oraz Maxa Juliena, z których praktycznie wszyscy mieli już wkrótce stać się rozpoznawalnymi twarzami i znakami firmowymi Nowego Hollywood. Ale te przyszłe gwiazdy w tym punkcie grały jeszcze wciąż za małe gaże dla drive-inowej publiczności.

Film został nakręcony w całości w San Francisco z wieloma scenami wprost w sercu kontrkulturowej mekki, bądź w samym Haight-Ashbury, bądź w parku Golden Gate. Pomimo tego, że do 1968 wibracje Lata Miłości zdążyły już dawno przeminąć, poczucie kosmicznej zmiany zwiędło, a rewolucyjny zapał przechodził powoli w rosnącą depresję, był to idealny czas dla AIP na wyeksploatowanie „rynku hipisowskiego”.

Media wciąż przeżuwały bowiem kontrkulturowe idee roszarpując je na kawałki i wypluwając z powrotem jako nonesensowną papkę, nadającą się do spożycia dla amerykańskiej klasy średniej. Był to moment, w którym rewolucja zaczynała się dobrze sprzedawać, a wszystkie grupy psychedeliczne podpisywały kontrakty nagraniowe z dużymi wytwórniami tj. RCA, MGM, Columbia czy Capitol czy ich małymi sublabelami i tylko najtwardsi nie dali się zaciągnąć do studia.

Faktycznie rzecz biorąc, wielu z hipsterów i aktywistów, zamieszkujących Haight-Ashbury zdążyło już wyemigrować z San Francisco kierując się głównie do północnej Kalifornii, gdzie położyli fundamenty pod jednym z największych, nielegalnych biznesów w Stanach Zjednoczonych – hodowlą marihuany! Nastój ten był jednak idealnym podkładem dla AIP, żeby wciągnąć do filmu dwie popularne kapele z Los Angeles: garażowe kombo The Seeds oraz psychedeliczną grupę The Strawberry Alarm Clock, które możemy w ten sposób obserwować na ekranie.

Jack Nicholson wciela się w filmie w rolę Stoney’a – lidera i gitarzystę początkującego psychedeliczno-garażowego bandu Mumblin’ Jim z Haight-Ashbury. Stoney luzuje się właśnie z ziomkami w lokalnej kafejce, kiedy wpada na śliczną niemowę, Jenny (Susan Strasberg) – uciekinierkę z domu, której szuka policja. Muzycy prowokują tłuczkę, żeby pomóć dziewczynie uciec z lokalu, ale wkrótce spotykają ją ponownie na ulicy rozwieszając plakaty swojego koncertu.

Jenny jest dziewczyną z zasadami i najważniejszą rzeczą jest dla niej znalezienie swojego brata, Steve’a (Bruce Dern), który właśnie przysłał jej pocztówkę z inspirowaną LSD wiadomością: „Bóg ma się dobrze i żyje w kostce cukru”. Muzycy pomogą jej się ogarnąć zaprowadzając do wolnego sklepu, żeby otrząsnęła się z reszty zgredowatego życia, pokazując jej na czym polega życie w komunie i scena psychedeliczna.

Jenny ma szczęście i Stoney wkrótce znajduje namiary na chatę jej brata przez kwasowego guru – Dave’a (Dean Stockwell), który mieszka w kurniku na dachu jednego z okolicznych domów i szybko zaczyna przystawiać się do dziewczyny.

Jak się okazuje, Steve zdążył się już konkretnie wkręcić w dragową mistykę i zdobyć w okolicy nową xywkę – Poszukujący. Oprócz tego zajmuje się rzeźbiarstwem eksperymentalnym i ostatecznie okazuje się całkowitym schizofrenikiem, który przesadził z kwasem. Żeby odnaleźć Steve’a chłopcy będą musieli stoczyć bójkę z prawicowymi Amerykanami, medytować nad swoimi ciężarami i dzielnie przejść przez dżunglę psychedelicznych wymiarów prawdy.

Od swojej premiery Psych-Out zdążył się już stać filmem prawdziwie kultowym wśród fanów produkcji klasy B lat ’60. I nie bez powodu, jako że obraz ten jest sztandarowym przykładem angażującej zmysły, wysokiej klasy eksploatacji. Zawiera on popisowe role Bruce’a Derna, Jacka Nicholsona i Deana Stockwella. Ten ostatni jako Dave prezentuje pozę oświeconego pustelnika, który nie traci żadnej okazji, żeby objawić Stoney’owi naturę jego ciężkich jazd i niepotrzebne przywiązanie do materialnych wartości…. ale wciąż kocha romansować z panienkami.

Stoney z kolei to aspirujący, hipsterski muzyk z dużym sercem, kierujący się w życiu sprytem, ale nie unikający okazji do fizycznego wyładowania się. Poszukujący jest zaś balansującym na krawędzi, kontrkulturowym szaleńcem, który krąży po mieście skwaszony, jak stodoła czy wygłasza kazania w parku Golden Gate o zaletach palenia trawy. Warto także zwrócić uwagę na piękne, psychedeliczne zdjęcia Laszo Kovacsa (Easy Rider, Getting Straight) z klasycznymi przykładami prześwietlonego obiektywu (lens flare), rozmywania ostrości czy genialnymi zbliżeniami.

Ponadto, gdzie zobaczycie Jacka Nicholsona z kucykiem, grającego cover Purple Haze czy wspomniane wyżej, kultowe kapele The Seeds, The Strawberry Alarm Clock – doskonałe przykłady kalifornijskiego brzmienia końca lat ’60 – które pozostawiły takie kultowe albumy, jak: Incense and Peppermints (1967) oraz Web Of Sound (1967).

Akcja Psych-Out toczy się w swoim tempie z kilkoma większymi skokami, ale generalnie podąża za prostym scenariuszem z rozpoznawalnymi motywami: ucieknierka z domu, ambitny zespół muzyczny, szalony brat, ukrywający się za rogiem – co ma sens tylko wtedy, jeśli aktorzy znają swoje dialogi, ich role są grane z przekonaniem, a reżyser lubi swój fach.

Ostatecznie Psych-Out jest rodzajem eksploatacji z wglądam krzyżując ze sobą dwa światy filmowe – tani, kiczowaty, nastawiony wyłącznie na robienie kasy magiel klasy B oraz bogate znaczeniowo, przemyślne kino autorskie. Jak pokazała przyszłość, film ten stał się dla Rusha doskonałym ćwiczeniem przed jego największymi, artystycznymi dziełami, nakręconymi w latach ’70 (Getting Straight, Freebie and the Bean, The Stuntman).

Niektórym trudno sobie też będzie wyobrazić, że cała śmietanka aktorska, obsadzona w Psych-Out najbardziej znana jest z filmów autorskich tj. Easy Rider, King Of Marvin Gardens, The Last Movie, Coming Home i inne. Wszyscy z nich przewinęli się jednak wcześniej przez niskobudżetowe produkcje AIP.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Psych-Out
Produkcja: USA, 1968
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5